Climax. Punkt kulminacyjny - Thomas B. Reverdy

Kup ebooka

39.90 zł
33.38 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

9 wrze­śnia

Tak na­praw­dę to nie jest mia­stecz­ko, lecz ra­czej ro­dzaj wio­ski ry­bac­kiej z jed­no­pi­ętro­wy­mi drew­nia­ny­mi do­ma­mi po­ma­lo­wa­ny­mi na ja­skra­we ko­lo­ry, po­ło­żo­nej nad mor­ską za­tocz­ką, któ­ra wci­na się w głąb lądu, jak­by była ujściem rze­ki, ale rze­ki tam nie ma, są tyl­ko góry ota­cza­jące jęzor sło­nej wody wci­ska­jący się w po­brze­że me­an­dra­mi, tyl­ko góry i lo­do­wiec na dnie do­li­ny, któ­ry wpa­da do tego po­zor­ne­go ujścia. To je­den z tych fior­dów, któ­re zimą wy­pe­łnia­ją się mgłą, na pó­łnoc od Trom­s? i koła pod­bie­gu­no­we­go, gdzie noc po­lar­na trwa pra­wie trzy mie­si­ące. Swo­ista wio­ska por­to­wa, któ­ra roz­ro­sła się w ostat­nich la­tach dzi­ęki głębo­kie­mu ka­na­ło­wi, na któ­re­go dru­gim brze­gu zbu­do­wa­no no­wo­cze­sny port han­dlo­wy z bu­dyn­ka­mi i do­ka­mi, fa­lo­chro­na­mi i ogrom­ny­mi be­to­no­wy­mi zbior­ni­ka­mi. Je­den z pierw­szych por­tów dla ropy naf­to­wej z Ark­ty­ki, po por­tach ro­syj­skich na Sy­be­rii, na wzór Kir­ke­nes na gra­ni­cy, po­nie­waż wraz z top­nie­niem lodu mor­skie­go po­ja­wi­ła się szan­sa na sta­łe otwar­cie w le­cie Prze­jścia Pó­łnoc­no-Wschod­nie­go.

Pak lo­do­wy z grow­le­ra­mi, czy­li odłam­ka­mi gór lo­do­wych i dry­fu­jący­mi kra­mi, usy­tu­owa­ny po­mi­ędzy lo­dem sta­łym a lo­dem mor­skim, te­raz za­ma­rza tyl­ko przez kil­ka mie­si­ęcy w roku, nad Sy­be­rią, da­lej na wschód. Nie­gdyś ten la­bi­rynt lodu wi­ęził wiel­kie stat­ki eks­pe­dy­cyj­ne, stop­nio­wo prze­kszta­łca­jąc Oce­an Ark­tycz­ny, w mia­rę po­stępu zimy, w prze­ra­ża­jący pły­wa­jący lo­do­wiec, po­prze­ci­na­ny szcze­li­na­mi, za­spa­mi śnie­żny­mi, gó­ra­mi lo­do­wy­mi i wy­brzu­sze­nia­mi kom­pre­syj­ny­mi wzno­szący­mi się jak góry. Ten la­bi­rynt lodu, któ­ry kie­dyś da­wał wy­tchnie­nie oce­anicz­nym wo­dom, po­zo­sta­wiał je­dy­nie na­dzie­ję na wy­tchnie­nie w po­sta­ci otwar­tej wody w le­cie, ten po­twór, któ­ry po­chło­nął tak wie­lu bo­ha­te­rów, te­raz za­ma­rza tyl­ko na kil­ka mie­si­ęcy w roku, nad Sy­be­rią, da­lej na wschód. Od­kry­cie pola naf­to­we­go u wy­brze­ży wysp, któ­re w po­god­ne dni wi­dać na ho­ry­zon­cie, jesz­cze bar­dziej przy­spie­szy­ło bieg wy­da­rzeń.

Wio­ska się roz­ro­sła, po­dob­nie jak li­nia brze­go­wa. Tam wła­śnie żó­łto-czer­wo­ny śmi­gło­wiec ra­tow­ni­czy po­zo­sta­wił mło­de­go ro­syj­skie­go pra­cow­ni­ka plat­for­my, przy­pa­sa­ne­go do no­szy i okry­te­go ko­cem ter­micz­nym po sam nos, oraz dwa cia­ła w du­żych, czar­nych wor­kach za­pi­na­nych na za­mek bły­ska­wicz­ny ni­czym sprzęt kem­pin­go­wy lub węd­kar­ski, ta­kże na no­szach - ciał nie nosi się na rękach, na­wet je­śli je­den z dwóch wor­ków jest tak na­praw­dę wy­pe­łnio­ny je­dy­nie frag­men­ta­mi, któ­rych nie wy­star­czy, aby zre­kon­stru­ować cia­ło w ca­ło­ści ni­czym po­two­ra Fran­ken­ste­ina, po­nie­waż mi­ędzy szcząt­ka­mi nie­mal zu­pe­łnie znisz­czo­ne­go most­ku zna­le­zio­no je­dy­nie tors mężczy­zny, któ­re­go nogi, mied­ni­ca i ra­mię ode­rwa­ły się pod­czas upad­ku wału wiert­ni­cze­go z wie­ży na dno, więc do wor­ka ze­bra­no tyl­ko gło­wę i tu­łów z brzu­chem roz­ci­ętym jak u ro­ba­ka, wy­pa­tro­szo­nym po­ni­żej że­ber, z kręga­mi ode­rwa­ny­mi od mied­ni­cy, wy­sta­jący­mi ni­czym ogon z za­krwa­wio­nych strzępów.

W he­li­kop­te­rze mło­dy czło­wiek, za­nim stra­cił przy­tom­ność, py­tał jesz­cze o swo­ich ko­le­gów, ale nikt nie od­wa­żył się mu od­po­wie­dzieć. Na­stąpi­ło coś, co w języ­ku naf­cia­rzy nazywane jest z an­giel­ska kick, czy­li erup­cją. Skok ci­śnie­nia. Wy­ciek gazu w obu­do­wie wy­ko­na­nej z po­łączo­nych ze sobą sta­lo­wych rur, któ­re prze­bi­ły sko­ru­pę ziem­ską i wda­rły się w jej głębi­ny ni­czym dłu­gi psz­cze­li rój, by wy­ssać miód naf­to­wy. Ofia­ra­mi byli pra­cow­ni­cy, którzy trzy ty­si­ące me­trów wy­żej, pod wie­żą wiert­ni­czą, mon­to­wa­li obu­do­wę, pod­czas gdy wier­tło na­dal się za­głębia­ło. Na­pręże­nia na ko­ńcu tej dłu­giej sta­lo­wej "słom­ki" były nie­praw­do­po­dob­ne. W mo­men­cie erup­cji obu­do­wa do­słow­nie eks­plo­do­wa­ła im w rękach. "Mia­łeś szczęście, Ju­rij" - po­wie­dzia­no mu po pro­stu. Wy­gląda na to, że ma na imię Ju­rij, tak jest na­pi­sa­ne po ro­syj­sku w le­gi­ty­ma­cji za­wo­do­wej, po­da­no tam też jego gru­pę krwi i wiek: 24 lata. Sta­no­wi­sko: brak. Ro­bot­nik. Mi­ęso ar­mat­nie. Nie­wol­nik ark­tycz­nej ropy. Wszędzie in­dziej, na­wet w Afry­ce, w An­go­li czy Ni­ge­rii, fir­my eu­ro­pej­skie i ame­ry­ka­ńskie sto­su­ją dra­ko­ńskie stan­dar­dy bez­pie­cze­ństwa, któ­rych do­ma­ga­ły się zwi­ąz­ki za­wo­do­we. Tu­taj Ro­sja­nie, któ­rzy do­mi­nu­ją na ryn­ku, po­wró­ci­li do wa­run­ków wy­do­by­cia, do ja­kich przy­wy­kli na wschód od Ura­lu. Rów­nie do­brze mo­żna by po­wie­dzieć: Ger­mi­nal - trud­na i bru­tal­na rze­czy­wi­sto­ść gór­ni­ków.

Chło­pak jest w fa­tal­nym sta­nie. Pra­wy oboj­czyk ma zmia­żdżo­ny, roz­łu­pa­ną ło­pat­kę, zła­ma­ną szczękę. Jego twarz jest zu­pe­łnie zde­for­mo­wa­na, nie do po­zna­nia. Kość ra­mien­na zła­ma­na na kil­ka ka­wa­łków, po­ła­ma­ne że­bra za­pad­ni­ęte. To jest naj­bar­dziej nie­po­ko­jące, bo plu­je krwią, może ma uszko­dzo­ne płu­ca, prze­dziu­ra­wio­ne lub na­de­rwa­ne przez kość, któ­ra prze­szy­ła je jak har­pun. Na lądo­wi­sku przed szpi­ta­lem wy­no­szą go z he­li­kop­te­ra, na no­szach, pod tle­nem, a wo­kół wszy­scy krzy­czą. Le­karz po­go­to­wia już prze­ka­zu­je przej­mu­jącym go me­dy­kom wszyst­kie pa­ra­me­try ży­cio­we, któ­re uda­ło mu się usta­lić, a któ­re za kil­ka mi­nut przy­da­ją się na sali ope­ra­cyj­nej.

Le­ka­rze szyb­ko roz­ma­wia­ją, rzu­ca­ją ter­mi­na­mi: uraz, krwiak pod­twar­dów­ko­wy, mówią o ci­śnie­niu krwi w czasz­ce i ry­zy­ku krwo­to­ku w płu­cach, dys­ku­tu­ją o tym, czy naj­pierw otwo­rzyć tu czy tam. Aby upo­rać się z naj­pil­niej­szy­mi pro­ble­ma­mi, pró­bu­ją ura­to­wać oko, a co do resz­ty... Co do resz­ty, zo­ba­czy się. Bark, ra­mię, kość udo­wa lub bio­dro­wa... Zo­ba­czy­my, zro­bi­my rent­gen na sali ope­ra­cyj­nej, kie­dy będzie już bez­piecz­ny. Po­świ­ęci­my mu tyle cza­su, ile będzie trze­ba. Będzie­my świ­ęto­wać, je­śli go ura­tu­je­my. Gwo­ździe, śru­by, płyt­ki i pręty... Ale naj­pierw trze­ba jak naj­szyb­ciej spraw­dzić, któ­re ura­zy gro­żą śmier­cią, i za­ła­tać je w ko­lej­no­ści od naj­bar­dziej do naj­mniej pil­nego, bo je­śli nie zda­rzy się cud, Ju­rij umrze rano, nie do­cze­kaw­szy swo­ich dwu­dzie­stych pi­ątych uro­dzin. Le­ka­rze o tym wie­dzą. Wszy­scy o tym wie­dzą. Wy­star­czy za­uwa­żyć po­łącze­nie po­śpie­chu i skru­pu­lat­no­ści w gru­pie, któ­ra ota­cza no­sze, aby zro­zu­mieć, że on umrze.

W mie­ście już się o tym mówi. Ka­żdy sły­szał sy­re­nę, wi­dział żó­łto-czer­wo­ny he­li­kop­ter ra­tow­nic­twa mor­skie­go, któ­ry przy­la­ty­wał i od­la­ty­wał. Wszy­scy wie­dzą, że zda­rzył się wy­pa­dek, że były ofia­ry śmier­tel­ne i co naj­mniej jed­na oso­ba jest po­wa­żnie ran­na. Mówi się, że jest w sta­nie kry­tycz­nym. Tej nocy nie­któ­rzy mó­wi­li, że obu­dzi­li się, po­czu­li jak­by wstrząs, ale może to było tyl­ko prze­czu­cie. W głębi fior­du, wy­so­ko w gó­rach, mia­ło miej­sce osu­ni­ęcie się lo­dow­ca, a może trzęsie­nie. Wszy­scy już wie­dzą, że to będzie dłu­gi dzień. A to do­pie­ro pierw­szy dzień.

Cza­sem nie trze­ba wie­le, wy­star­czy wy­pa­dek, zia­ren­ko pia­sku za­bu­rza­jące rów­no­wa­gę, by wszyst­ko roz­sy­pa­ło się bez ostrze­że­nia. Wy­star­czy jed­na mała rzecz. Czas pły­nie już tak dłu­go. Se­kun­dy do­da­ją się do se­kund. Nie my­śli się o tym. A po­tem na­gle się oka­zu­je, że jest jak­by o jed­ną se­kun­dę za dużo. Nie po­wo­du­je ona ni­cze­go, nie ró­żni się od in­nych, jest tyl­ko ko­lej­nym zia­ren­kiem pia­sku, ale na­gle, jak w klep­sy­drze, cała kup­ka pia­sku prze­su­wa się, prze­sy­pu­je i za­pa­da.

Tak na­stępu­je ko­niec świa­ta.