Ciuciubabka - Paulina Ziarko

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (35,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Chmura dymu z ta­nich pa­pie­ro­sów oto­czyła głowę mło­dego męż­czy­zny, który za­kasz­lał, pró­bu­jąc roz­go­nić ją ręką. W mię­dzy­cza­sie osoba, z winy któ­rej ta chmura po­wstała, odło­żyła nie­do­pa­łek do mi­ski po kra­ker­sach. Po chwili za­sta­no­wie­nia wzięła do ust ka­wa­łek sło­nej prze­ką­ski, który spadł jej na ko­szulę nocną. Młody męż­czy­zna nie chciał tego ko­men­to­wać, więc od­chrząk­nął po raz ko­lejny i de­li­kat­nie po­na­glił star­szą ko­bietę, by od­po­wie­działa na jego wcze­śniej za­dane py­ta­nie.

- Je­steś bar­dzo nie­uprzejmy - rze­kła ochry­płym gło­sem, po czym za­kasz­lała od dymu, który sama po­now­nie wy­two­rzyła. Wy­glą­dało na to, że za­pa­liła po raz pierw­szy po dłuż­szej prze­rwie i nie do końca od­po­wia­dał jej smak pa­pie­rosa, co rów­nież można było stwier­dzić po jej nie­za­do­wo­lo­nej mi­nie. - Na­cho-dzisz bez­bronną star­szą pa­nią w środku nocy - do­dała.

- Mi­nęła dwu­dzie­sta, sza­nowna pani - bro­nił się mło­dzie­niec.

Ko­bieta zdu­miona zer­k­nęła na ze­ga­rek. Są­dziła, że jest dużo póź­niej.

- No cóż, wiek zo­bo­wią­zuje do wcze­śniej­szych drze­mek. - Za­mil­kła, a na­stęp­nie przyj­rzała się nie­cier­pli­wemu go­ściowi. - To nie to, że nie chcę ci nic po­wie­dzieć, chłop­cze. Po pro­stu to bę­dzie długa, na­prawdę długa opo­wieść.

- Nie szko­dzi. Naj­waż­niej­sze, żeby po­mo­gła w mo­ich po­szu­ki­wa­niach. - Chło­pak się wzdry­gnął, gdy ko­bieta wy­buch­nęła śmie­chem.

- Po­szu­ki­wa­nia... Sporo osób przy­cho­dzi do mnie w tej spra­wie. Nie za­po­mnę ta­kiej jed­nej, która go­ściła u mnie czę­sto, na­wet za czę­sto. Było to... z czter­dzie­ści lat temu. Ga­dała i ga­dała... Cza­sem mia­łam jej dość, ale cóż mo­głam zro­bić. Taka moja ro­bota. - Przy­su­nęła się bli­żej swo­jego go­ścia, za­cią­gnęła się pa­pie­ro­sem i dmuch­nęła dy­mem w złotą po­piel­nicę w kształ­cie pier­ście­nia, za­wie­szoną obok sto­lika, przy któ­rym sie­działa.

Ruch po­wie­trza spo­wo­do­wał de­li­katny brzdęk po­piel­nicy.

Ko­bieta otwo­rzyła księgę le­żącą po jej pra­wej stro­nie, jakby miała za­miar za­cząć za­pi­sy­wać jej karty.

- Gdy ktoś ma wo­bec cie­bie pewne ocze­ki­wa­nia, w końcu za­czy­nasz wie­rzyć, że musi mieć ra­cję... - do­dała.

Roz­dział 2

Wie­dzia­łam, że to był sen, ale mimo to na­wet się nie po­ru­szy­łam. Sie­dzia­łam przez kilka se­kund w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, a dło­nie wo­kół mnie, wy­ra­sta­jące z ziemi jak trawa, były otwarte i go­towe, żeby coś zła­pać i uwię­zić. Na wieki.

Omio­tłam wzro­kiem oko­licę, upew­niw­szy się, że cały czas znaj­duję się w ogródku zło­dziejki kota. Czu­jąc pod sobą ruch, po­spiesz­nie wsta­łam i cof­nę­łam się, klu­cząc mię­dzy dłońmi i uni­ka­jąc tym sa­mym po­chwy­ce­nia przez ko­lejne, które wy­ro­sły w miej­scu, w któ­rym przed chwilą sie­dzia­łam. Unio­słam wzrok. Niebo było sza­rawe, za­po­wia­da­jące deszcz. On jed­nak nie spad­nie. Taką po­godę mia­łam za­wsze w tych "snach", co mu­siało od­zwier­cie­dlać mój wro­dzony pe­sy­mizm. Wie­dzia­łam, jak się tu za­cho­wać, a ra­czej czego na pewno nie ro­bić. Te mary były je­dy­nym do­wo­dem na to, że pły­nęła we mnie krew me­dium.

Głów­nym za­da­niem me­dium jest po­ro­zu­mie­wa­nie się z za­świa­tami. Naj­czę­ściej na­stę­puje to po­przez wy­słu­chi­wa­nie ich próśb bądź uży­cze­nie swo­jego ciała, by dana du­sza sama prze­ka­zała swoje ży­cze­nie. Każde me­dium jest wraż­liwe na po­czy­na­nia dru­giego świata, a pro­fe­sja prze­cho­dzi z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie i - co naj­waż­niej­sze i we­dług mnie naj­głup­sze - może być tylko jedno ak­tywne me­dium w ro­dzi­nie.

Ten nie­spo­ty­kany za­wód prze­ka­zuje się tuż przed śmier­cią ak­tu­al­nego me­dium. Ja otrzy­ma­łam swój ofi­cjalny ty­tuł sześć lat temu, tuż przed odej­ściem mo­jej babci, która była po­śred­niczką mię­dzy świa­tami przede mną. Do­piero co wcho­dzi­łam w do­ro­słość i wszy­scy za­pew­niali mnie, że mam jesz­cze czas zro­zu­mieć swoje po­wo­ła­nie. Czas jed­nak mi­jał, a u mnie je­dyną oznaką ro­dzin­nego sza­leń­stwa było Wi­dze­nie oraz te dziwne sny, które nie były pro­ro­cze, ani tym bar­dziej nie były ta­kim ob­ja­wem kon­taktu ze zmar­łymi, z ja­kim po­win­nam mieć do czy­nie­nia. Z cza­sem do­szedł mi "trupi" węch i zro­zu­mia­łam, że te sny są wspo­mnie­niami zmar­łych.

Wi­dze­nie nie było ni­czym szcze­gól­nym, wszy­scy w ro­dzi­nie me­dium mo­gli je mieć. Weźmy na przy­kład moją sio­strę, Różę, która do dziś ma mi za złe, że to ja zo­sta­łam wy­brana przez bab­cię, a nie ona, mimo że poza Wi­dze­niem nie ma wię­cej da­rów. Ja z ko­lei przy­znaję jej ra­cję, po­nie­waż rów­nież uwa­żam, że nie na­daję się do peł­nie­nia tej funk­cji.

Po­krą­ży­łam chwilę wo­kół grobu, przez który naj­wy­raź­niej zo­sta­łam wcią­gnięta do kosz­maru. Na pewno żadna ręka nie wy­strze­liła spod ziemi, to mu­siała być du­sza tego męż­czy­zny. Tylko dla­czego to zro­bił?

- Co ukry­wasz? - mruk­nę­łam. Kuc­nę­łam przy gro­bie i za­czę­łam roz­gar­niać zie­mię.

Była nie­przy­jem­nie zimna, lepka i wcho­dziła mi pod pa­znok­cie ra­zem z za­miesz­ku­ją­cym ją ro­bac­twem. To był je­den z po­wo­dów, dla któ­rych nie lu­bi­łam wcho­dzić we wspo­mnie­nia zmar­łych. Tu­taj dzia­łały wszyst­kie moje me­dialne zmy­sły i było tu re­al­niej niż w rze­czy­wi­sto­ści. Ro­biło mi się słabo na myśl, że kie­dyś mia­ła­bym to samo czuć na ja­wie.

Gdy skoń­czy­łam roz­gar­niać zie­mię, moim oczom uka­zał się sym­bol. Wy­glą­dał jak mo­tyl z po­strzę­pio­nymi skrzy­dłami i ludzką czaszką za­miast mo­ty­lej głowy. Pierw­szy raz wi­dzia­łam ten znak. Przy­po­mi­nał herb. Z grobu wy­le­ciał po­dobny mo­tyl, tyle że bez czaszki. I tego już ko­ja­rzy­łam. Wy­glą­dał, jakby ktoś nie do­koń­czył go ry­so­wać, ale nie prze­szka­dzało mu to w lo­cie. Bez wa­ha­nia po­dą­ży­łam za nim w głąb sadu.

Le­ciał na tyle po­woli, że mo­głam się po dro­dze ro­zej­rzeć. Je­żeli łą­czę się z du­szą we śnie i do­ty­kam jej wspo­mnień, naj­czę­ściej w ten spo­sób znaj­duję od­po­wie­dzi na nur­tu­jące mnie py­ta­nia. Mimo że nie była to zdol­ność po­żą­dana przez moją ro­dzinę, po­nie­waż nie kon­tak­to­wa­łam się ze zmar­łymi w od­po­wied­nim "cza­sie", do pew­nego stop­nia im po­ma­ga­łam, na przy­kład od­kry­wa­jąc prawdę o ich śmierci.

Jed­nak nie każde wej­ście w czy­jeś wspo­mnie­nia koń­czyło się do­brze.

Mo­tyl usiadł na jed­nej z rąk, która wy­sta­wała z ziemi po ło­kieć - czyli bar­dziej niż po­zo­stałe - i za­marła w po­zy­cji, jak gdyby chciała coś wy­pu­ścić. Zmarsz­czy­łam brwi. Mo­tyl roz­sy­pał się, gdy tylko do­tknę­łam pal­ców ręki, jak zro­biony z czar­nego pia­sku. My­śla­łam, że koń­czyna rów­nież się roz­pad­nie, ale nic ta­kiego się nie stało. My­li­łam się rów­nież co do po­zy­cji dłoni. Ona nic nie wy­pusz­czała, tylko coś ukry­wała. Roz­war­łam jej zimne i sztywne palce, ma­jąc wra­że­nie, że bez­czesz­czę ciało praw­dzi­wego nie­bosz­czyka. Na szczę­ście nie za­jęło to długo i już trzy­ma­łam w swo­ich dło­niach stary klucz.

Nie­raz za­gadki, które wspo­mnie­nia mi ser­wo­wały, były de­ner­wu­jące, ale tym ra­zem po­czu­łam nie­mal za­po­mniany już dresz­czyk emo­cji, który zmu­sił mnie do kon­ty­nu­owa­nia po­szu­ki­wań.

W końcu opu­ści­łam pole mar­twych rąk i we­szłam do za­mglo­nego sadu.

Ci­sza, jaka mnie oto­czyła, była gor­sza od tego, czego do­świad­czał wzrok, jako że tu­taj by­łam w sta­nie usły­szeć ele­menty dru­giego świata. Dla­tego też ta ci­sza mnie prze­ra­żała, bo nie by­łam pewna, skąd i kiedy spo­dzie­wać się na­stęp­nego ru­chu. Z każ­dym kro­kiem, z każ­dym sze­le­stem i chrup­nię­ciem pod sto­pami czu­łam, że wło­ski stają mi dęba na rę­kach. Kilka razy wy­da­wało mi się, że ktoś mnie śle­dzi, ale to tylko echo mo­ich kro­ków mie­szało mi w gło­wie.

W pew­nym mo­men­cie mu­sia­łam się za­trzy­mać.

Nad­sta­wi­łam uszu. By­łam pewna, że sły­szę wię­cej kro­ków, niż po­win­nam. Wzno­wi­łam marsz, po czym tro­chę przy­spie­szy­łam i gwał­tow­nie za­ha­mo­wa­łam. "Echo" stało się nie­re­gu­larne, jakby ktoś spró­bo­wał mnie na­śla­do­wać, ale po­gu­bił się w licz­bie stąp­nięć. Od­wró­ci­łam się gwał­tow­nie, jed­nak ni­kogo nie do­strze­głam. Kop­nę­łam przed sie­bie, oczy­wi­ście przede mną też wiało pustką. Zro­bi­łam krok na­przód, tyle że te­raz coś in­nego ka­zało mi za­nie­chać chodu. Sły­sząc od­głos od­dy­cha­nia nad głową, po­woli i bar­dzo nie­chęt­nie spoj­rza­łam w górę.

Z gru­bej ga­łęzi zwi­sało do góry no­gami unie­ru­cho­mione sznu­rami ciało, ma­jące na gło­wie wo­rek po ziem­nia­kach. Nie po­ru­szało się, poza lek­kim ko­ły­sa­niem w przód i w tył na nie­ist­nie­ją­cym wie­trze. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy od­dy­cha­nie na pewno usły­sza­łam stąd, kiedy za­uwa­ży­łam, że wo­rek w oko­li­cach twa­rzy się po­ru­szył.

Od­su­nę­łam się nieco, by mieć lep­szy wi­dok.

Już po ubio­rze do­my­śli­łam się, że to była ta sama ofiara, którą wi­dzia­łam w dro­dze na Ko­pytną. Sprana, czę­ściowo po­darta ko­szula, krew są­cząca się z otwar­tych ran. Albo za ży­cia zo­stał za­ata­ko­wany piłą, albo mu­siał wpaść do ma­szy­ne­rii, która roz­orała mu ciało aż do ko­ści, które miej­scami rów­nież były wi­doczne.

Po­de­szłam do ofiary i prze­szu­ka­łam jej kie­sze­nie, w na­dziei zna­le­zie­nia ja­kichś do­ku­men­tów po­twier­dza­ją­cych jej toż­sa­mość. Je­śli byłby to mąż tej ko­biety, mia­ła­bym wtedy do­wód, któ­rego nie mo­głaby pod­wa­żyć.

Wy­cią­gnę­łam szybko z kie­szeni rękę, jed­nak po­czu­łam, że coś mnie w nią ukłuło. Spoj­rza­łam na pa­lec, ale skóra nie zo­stała na­ru­szona, za to na zie­mię spa­dła płytka z łań­cusz­kiem. Nie­śmier­tel­nik? Pod­nio­słam go i wy­tar­łam z brudu, ale był zbyt znisz­czony, żeby co­kol­wiek z niego od­czy­tać. Wid­niał wpraw­dzie na nim ja­kiś nu­mer, ale nic mi nie mó­wił.

Na­gle mój nad­gar­stek chwy­ciła ko­ści­sta dłoń, chcąc ode­brać swoją wła­sność. Od­da­łam ją bez walki, a zwi­sa­jący do góry no­gami trup scho­wał do­by­tek z po­wro­tem do kie­szeni spodni, po czym trzy­ma­jący go sznur ze­rwał się i ciało wpa­dło do otwar­tego - i tym ra­zem cał­ko­wi­cie pu­stego - grobu.

Zaj­rza­łam do środka, ale po męż­czyź­nie nie było śladu. Pod­nio­słam się i jesz­cze raz do­kład­nie obej­rza­łam klucz. Był za­rdze­wiały i miej­scami wy­szczer­biony. Nie mia­łam po­ję­cia, do czego mógł słu­żyć. Po­trzą­snę­łam ręką i na­gle się roz­sy­pał, a z jego resz­tek wy­le­ciał ten sam mo­tyl, który do­pro­wa­dził mnie do tego miej­sca. Za­wio­dłam się tro­chę, ale ru­szy­łam za nim.

Coś się zmie­niło. Droga zda­wała się taka sama, tylko at­mos­fera stała się gęst­sza. Im głę­biej wcho­dzi­łam do ogrodu, tym czę­ściej sły­sza­łam szepty. Do­cho­dziły spo­mię­dzy drzew, zza krza­ków, a kilka roz­brzmiało tuż za mną i nade mną. Przy­ło­ży­łam dło­nie do uszu. Nie mo­głam się roz­pra­szać, je­śli to zro­bię, utknę tu na za­wsze.

Za­sada nu­mer je­den kon­taktu z za­świa­tami: nie po­zwól, by cię ocza­ro­wał, czy to w po­zy­tyw­nym, czy w ne­ga­tyw­nym zna­cze­niu. Szepty zmar­łych są prze­ra­ża­jące, ale jed­no­cze­śnie fa­scy­nu­jące. Czę­sto cie­ka­wość zwy­cięża i chcesz się do­wie­dzieć, co mó­wią. Czego pra­gną. Czego szu­kają.

- PO-O-MO-CY...

Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się od od­sko­cze­nia od źró­dła głosu, który brzmiał, jakby jego wła­ści­ciel był czymś przy­du­szany. Pod­nio­słam wzrok i tym ra­zem szpilki zimna wbiły mi się w każdy kręg krę­go­słupa.

Pra­wie z każ­dego drzewa zwi­sało ciało. Każde do góry no­gami i z wor­kiem na twa­rzy. Nie­ważne, czy to sen, czy jawa. Nie­ważne, że sie­dzę w tym całe ży­cie. Do tego nie spo­sób się przy­zwy­czaić. Wzię­łam głę­boki wdech, po czym kon­ty­nu­owa­łam drogę, którą wy­zna­czył mi mój ta­jem­ni­czy prze­wod­nik.

Czar­nych mo­tyli nie na­leży igno­ro­wać, zwłasz­cza przez ko­goś, kto jest w taki czy inny spo­sób po­wią­zany ze spra­wami dru­giego świata. W nie­któ­rych bo­wiem wie­rze­niach jest on sil­nie zwią­zany ze śmier­cią. Może ozna­czać zbli­ża­jącą się śmierć albo próbę kon­taktu tych, któ­rzy ode­szli. Taka forma ko­mu­ni­ka­cji czę­sto wy­stę­puje w po­staci czar­nego mo­tyla, cza­sem "nie­peł­nego", jakby ktoś za­po­mniał do­ry­so­wać mu frag­ment skrzy­dła czy nie­dbale stwo­rzył go z pro­chu. Po­dobno miał re­pre­zen­to­wać prze­mi­ja­jące i w końcu roz­pa­da­jące się ży­cie. Zda­rza się, że wi­duję go we wspo­mnie­niach dusz. Jed­nak im wię­cej tych la­ta­ją­cych owa­dów, tym więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że mam do czy­nie­nia z bar­dzo nie­za­do­wo­loną i pod­stępną du­szą, co tylko utrud­niało moją ucieczkę do rze­czy­wi­sto­ści.

Ob­ję­łam się rę­kami, sta­ra­jąc się nie do­tknąć po dro­dze żad­nego z nie­bosz­czy­ków. Na pewno tylko je­den był tym, któ­rego szu­ka­łam, reszta była frag­men­tami jego bytu - ilu­zją. I nie­ko­niecz­nie miały do­bre za­miary wo­bec ta­kich in­tru­zów jak ja.

Na­gle usły­sza­łam trzesz­cze­nie.

Za­ha­mo­wa­łam gwał­tow­nie, nie wie­dząc, skąd do­kład­nie do­cho­dzi.

Za mną - po­my­śla­łam. Oczy­wi­ście, że za mną.

Trzesz­cze­nie zwięk­szyło swoją czę­sto­tli­wość i do­piero wtedy zro­zu­mia­łam, że to nie był ka­wa­łek drewna, o czym po­my­śla­łam na po­czątku, tylko ko­ści. To tak, jakby ktoś, kto bar­dzo długo ich nie uży­wał, na­gle za­czął nimi po­ru­szać, skła­da­jąc je gło­śno jak klocki. Od­wró­ci­łam się bar­dzo po­woli, żeby nie ha­ła­so­wać.

Ciała już nie były na sznu­rach, ale na ziemi. Stały sztywno, po­roz­sta­wiane po oko­licy jak pionki sza­chów. Wszyst­kie zwró­cone były przo­dem do mnie.

- A pie­przyć to - wark­nę­łam, nie wy­trzy­mu­jąc dłu­żej. Chwy­ci­łam czar­nego mo­tyla krą­żą­cego nade mną, po czym zgnio­tłam go w dłoni.

Mo­tyle były waż­nymi prze­wod­ni­kami we wspo­mnie­niach zmar­łych, ale - tak jak oni - były kru­che. Otwo­rzy­łam prawą dłoń i zdmuch­nę­łam z niej czarny py­łek, który za­wisł na wy­so­ko­ści dwóch me­trów, a póź­niej z po­wro­tem za­ci­snę­łam prawą pięść, unio­słam ją gwał­tow­nie i ude­rzy­łam w szczękę naj­bliż­szego trupa.

Po nim obu­dziła się reszta.

Jak ma­wiała moja bab­cia: "Jak nie masz wyj­ścia, zrób je sama".

W tej sy­tu­acji mu­sia­łam tak po­stą­pić, ina­czej uwię­zi­łoby mnie w pę­tli, którą te frag­menty wspo­mnień wy­two­rzyły. Dla­tego były dwa mo­tyle? Je­den był ilu­zją, żeby mnie tu spro­wa­dzić i uwię­zić. Po czym to po­zna­łam? Mo­tyl za­czął się gu­bić, co jest nie­spo­ty­kane. Praw­dzi­wemu prze­wod­ni­kowi ni­gdy się to nie zda­rza. Była więc szansa, że rze­czy­wi­sty wła­ści­ciel wspo­mnień był po­śród tego tłumu. Jedno ude­rze­nie na każde ciało wy­star­czyło, żeby się roz­sy­pało jak fi­gura z pia­sku, dla­tego wie­dzia­łam, że do­tar­łam do celu, kiedy jedno z nich za­trzy­mało mój cios. Uśmiech­nę­łam się pół­gęb­kiem.

- Tu je­steś.

Wi­sie­lec tak sze­roko otwo­rzył usta, że zsu­nął mu się z głowy ciężki wo­rek. Za­nim przyj­rza­łam się jego twa­rzy, z jego gar­dła wy­ro­sły mo­tyle skrzy­dła i oto­czyły mnie jak ko­kon.

Wtedy się ock­nę­łam.

Za­czerp­nę­łam gwał­tow­nie po­wie­trza jak no­wo­na­ro­dzone dziecko. Ktoś po­mógł mi usiąść, a na­stęp­nie wstać.

- Bu­rak, ale od­lot! - syk­nę­łam do Ra­fała, wie­sza­jąc mu się na ra­mie­niu, żeby za­cho­wać rów­no­wagę.

- Flora, pro­szę...

- Czy brała pani nar­ko­tyki? - ode­zwał się je­den z po­li­cjan­tów.

Unio­słam ręce wy­soko, co, o dziwo, przy­wró­ciło mi czu­cie w no­gach.

- Nie mam żad­nych ero­ty­ków, pa­nie wła­dzo. - Na­chy­li­łam się ku Ra­fa­łowi i szep­nę­łam: - Dla­czego pyta mnie o ero­tyki?

- Nar­ko­tyki, nie ero­tyki. - Bu­rak wes­tchnął i zwró­cił się do po­li­cji. - Prze­pra­szam, jest tro­chę oszo­ło­miona. Czę­sto tak ma, jak zo­sta­nie wy­rwana z kosz­maru.

- Trup... - mruk­nę­łam, przy­po­mi­na­jąc so­bie ostat­nie wy­da­rze­nia. Wska­za­łam pal­cem na ogró­dek. - Tam jest trup.

Nikt nie za­re­ago­wał od razu, co mnie tylko bar­dziej zmie­szało. Na­wet przez mo­ment się za­sta­na­wia­łam, czy nie plotę bzdur. Za­raz jed­nak, nie­za­leż­nie od tego, czy wciąż wie­rzyli, że by­łam pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, po­szli we wska­za­nym kie­runku i fak­tycz­nie od­kryli to, co po­winni. W mię­dzy­cza­sie prze­ka­za­łam Ra­fa­łowi wszystko, co po­wie­dzia­łam matce bliź­nia­czek.

- Zwa­rio­wa­łaś?! Każdy by tak za­re­ago­wał! Kto przy­cho­dzi do czy­je­goś domu i za­czyna mó­wić o za­krwa­wio­nych tru­pach?! Nie je­steś z po­li­cji, dla­czego ba­brasz w czymś, co cię nie do­ty­czy?

- No prze­pra­szam, je­śli wy­ko­nuję le­piej pracę co nie­któ­rych i je­żeli było to zbyt bez­po­śred­nie z mo­jej strony, ale nie chcia­łam mar­no­wać czasu!

- Wi­dzisz, Flora, taki jest z tobą pro­blem. Ni­gdy nie chcesz mar­no­wać swo­jego czasu. A co z in­nymi? Ze sta­nem tej bied­nej matki, do któ­rego ty do­pro­wa­dzi­łaś? Albo z moim cza­sem, który po­wi­nie­nem spę­dzać w pracy, a nie wy­cią­gać z kło­po­tów do­ro­słą, dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nią ko­bietę?

Otwo­rzy­łam usta, by kon­ty­nu­ować kłót­nię, ale tak na­prawdę nie mia­łam nic mą­drego do po­wie­dze­nia. Ze zło­ścią za­ci­snę­łam pię­ści i prze­mil­cza­łam to. Nie było na­wet czasu na spory, bo wła­śnie roz­wią­zała się za­gadka trupa w ogródku.

Po­de­szli­śmy z po­li­cją do nie­wiel­kiej wy­pu­kło­ści, która była gro­bem. "Sen" w pew­nym stop­niu za­czął się speł­niać. Co­raz bar­dziej prze­ra­żona tym, co mo­gli w nim zna­leźć - albo co mo­gło za­raz nas za­ata­ko­wać - ga­pi­łam się na ręce lu­dzi za­kła­da­ją­cych rę­ka­wiczki, a na­stęp­nie roz­ko­pu­ją­cych zie­mię. Na szczę­ście wię­cej ele­men­tów z tru­pich wspo­mnień się nie po­ja­wiło, dzięki czemu mo­głam ode­tchnąć z ulgą. Ra­fał szturch­nął mnie, po­nie­waż od­czu­cie ulgi na wi­dok nie­bosz­czyka mo­gło źle o mnie świad­czyć. Spię­łam się z po­wro­tem, gdy wró­ci­łam wzro­kiem na szkie­let, który po­li­cjanci czę­ściowo od­ko­pali. Cze­kali te­raz na po­siłki, w tym me­dy­ków są­do­wych. Ogród za­bez­pie­czono jako miej­sce zbrodni, a matkę bliź­nia­czek za­trzy­mano do prze­słu­cha­nia.

Nieco póź­niej się do­wie­dzia­łam ze źró­deł Ra­fała, że szkie­let na­le­żał do nie­ja­kiego Ta­de­usza To­ma­szew­skiego i spo­czy­wał koło domu na Ko­pyt­nej od około trzy­dzie­stu lat. We­dług in­for­ma­cji na jego nie­śmier­tel­niku, który rów­nież znaj­do­wał się z nim pod zie­mią, był by­łym woj­sko­wym. W dniu śmierci mu­siał mieć czter­dzie­ści lat, więc nie mógł to być oj­ciec dzieci, co też po­twier­dzili funk­cjo­na­riu­sze prze­słu­chu­jący wła­ści­cielkę domu. Nie była ona do końca nie­winna. Do­sko­nale wie­działa, co ma w ogródku, po­nie­waż kie­dyś sama przy­pad­kiem od­ko­pała grób. Ni­komu jed­nak tego nie zgło­siła i jak gdyby ni­gdy nic miesz­kała koło po­ten­cjal­nej ofiary mordu do­ko­na­nego trzy de­kady wcze­śniej. Wię­cej się nie do­wie­dzia­łam, więc pew­nie zo­sta­nie na­ło­żona na nią kara za za­ta­je­nie istot­nych dla śledz­twa szcze­gó­łów sprawy, ale nie bar­dzo mnie to już ob­cho­dziło. Sama mu­sia­łam od­być swoją karę.

Jak też wcze­śniej za­po­wie­dziano, jesz­cze tego sa­mego dnia pod­dano mnie te­stom na obec­ność nar­ko­ty­ków, które przy­szły po ty­go­dniu. Oczy­wi­ście wy­nik był ne­ga­tywny.

To była ko­lejna cie­ka­wostka w moim ży­ciu. Gdy do­świad­cza­łam wspo­mnień bar­dzo mści­wej du­szy, bu­dzi­łam się w sta­nie upo­je­nia albo go­rzej. To ko­lejny po­wód, dla któ­rego nie chcia­łam po­ma­gać zmar­łym. W prze­szło­ści kilka razy się zda­rzyło, że taki se­ans omal nie za­koń­czył się moją śmier­cią. W po­przed­nim domu Ra­fała i Ha­liny pra­wie do tego do­szło, więc oboje do­sko­nale wie­dzieli, czym może skoń­czyć się ta moja pa­ra­nor­malna wę­drówka. Tak na­prawdę to do­piero te­raz, w ogro­dzie matki bliź­nia­czek, po raz pierw­szy udało mi się wy­rwać ze wspo­mnień zmar­łego, nie roz­wią­zu­jąc sprawy jego mor­der­stwa, ale też nie nisz­cząc przy tym jego du­szy. Albo sam mnie wy­rzu­cił, albo wy­star­czyło mu, że zna­le­ziono jego ciało.

Po wyj­ściu z ko­mi­sa­riatu na­tknę­łam się na ema­nu­jącą złym hu­mo­rem żonę mo­jego bro­kera in­for­ma­cji - Ha­linę. Była tro­chę star­sza od Ra­fała i ni­gdy nie ży­wiła do mnie urazy, że jej mąż po­święca mi tyle czasu. Oboje bar­dziej trak­to­wali mnie jak córkę niż przy­ja­ciółkę ro­dziny, być może dla­tego, że byli bez­dzietni. Za­wsze by­łam mile wi­dziana u nich na obie­dzie.

- Po­win­naś w końcu gdzieś wy­je­chać - po­wie­działa po raz enty parę go­dzin póź­niej, kiedy wpa­dłam do nich do miesz­ka­nia przy ulicy No­stra­da­musa coś prze­ką­sić. - Od­żyć! To miej­sce cię przy­tła­cza.

- Od­żyć. - Za­śmia­łam się, prze­sta­jąc mie­szać her­batę. Zda­wało mi się, że coś do niej wpa­dło. - Je­stem jak naj­bar­dziej żywa w mo­jej sa­motni. Nie mam za­miaru opusz­czać tego mia­sta.

Nie mia­łam wów­czas po­ję­cia, że wy­jazd uła­twiłby mi ży­cie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 1

Po­łu­dniowo-wschod­nia Pol­ska, rok 1996, Mię­dzy­słów

Gdy ktoś ma wo­bec cie­bie pewne ocze­ki­wa­nia, w końcu za­czy­nasz wie­rzyć, że musi mieć ra­cję. Po­woli wie­rzysz w ko­goś, kim nie je­steś. Mó­wią, iż każdy ma swoje prze­zna­cze­nie, a ja wów­czas do­daję, że tro­chę lep­sze lub znacz­nie gor­sze.

Mię­dzy­słów był mie­ściną nie­wielką i nie­zbyt znaną. W za­sa­dzie to mia­steczko po­wstało z przy­padku, gdy twórca są­sied­niej wsi prze­kro­czył wy­ma­gany te­ren i ja­koś tę "nad­wyżkę" trzeba było za­go­spo­da­ro­wać. Naj­pierw wieś, a po­tem pełne ży­cia mia­sto, któ­rym jest do dzi­siaj. Z cza­sem za­częto tu pro­du­ko­wać bar­dzo do­brą kawę, ale lata tej świet­no­ści dawno już prze­mi­nęły. A szkoda, bo z cze­goś by­śmy przy­naj­mniej za­sły­nęli.

Gdy po­pi­ja­łam swoją ni­sko­pro­cen­tową "kawę", za­cze­pił mnie męż­czy­zna w śred­nim wieku odziany w długi kre­mowy płaszcz.

- Nie za wcze­śnie na ta­kie kop­niaki? - za­żar­to­wał, wdy­cha­jąc za­pach do­cho­dzący z mo­jego kubka ter­micz­nego.

- Skoń­czyła mi się kawa - uspra­wie­dli­wi­łam się.

Wy­pi­łam ko­lejny, nieco więk­szy łyk drinka. Ra­fał Bu­rak był kie­dyś moim klien­tem, ale wkrótce za­mie­ni­li­śmy się ro­lami i te­raz ja czę­ściej ko­rzy­sta­łam z jego usług. Bu­rak nie cie­szył się do­brą opi­nią wśród swo­ich ko­le­gów dzien­ni­ka­rzy, ale za to miał wy­soką ocenę u mnie. Był rzad­kim ty­pem czło­wieka uczci­wego i - co naj­waż­niej­sze - nie miał nic prze­ciwko temu, czym się zaj­mo­wa­łam poza co­dzienną pracą.

- Masz to, o co pro­si­łam?

Ra­fał wy­cią­gnął zdję­cia z kie­szeni płasz­cza. Jedno przed­sta­wiało bal­kon, dru­gie ścianę ap­teki, inne jedną z ulic, ale każde z nich łą­czyło to samo.

- To na pewno Hra­bina? - za­py­ta­łam, po­ka­zu­jąc pal­cem na cze­ko­la­do­wego kota bry­tyj­skiego. - Do­brze wiesz, że to już trze­cie po­dej­ście i jak dzi­siaj nie znaj­dziemy tego cho­ler­nego pchla­rza, to we­zwę de­mony, żeby zro­biły to za mnie.

- Wy­śmiał­bym cię, gdy­bym cię nie znał - rzu­cił Bu­rak i po­dał mi na­zwę ulicy, na któ­rej zo­stały wy­ko­nane zdję­cia. - No, mu­szę wra­cać. Uwiel­biam być twoim chłop­cem na po­syłki, ale praw­dziwa praca nie hańbi.

Od­pro­wa­dzi­łam dzien­ni­ka­rza wzro­kiem, ale w pew­nym mo­men­cie za­trzy­ma­łam go na męż­czyź­nie, któ­rego mi­nął Ra­fał.

Był nieco przy­gar­biony i po­łowę ciała miał roz­oraną, jak gdyby tylko w tym miej­scu prze­je­chała po nim ko­siarka. Krew ska­py­wała na zie­mię, ale prze­cho­dzący obok niego lu­dzie zda­wali się tego nie za­uwa­żać. Do­koń­czy­łam swo­jego drinka, po czym ru­szy­łam tym sa­mym chod­ni­kiem w stronę ulicy Ko­pyt­nej.

Na świe­cie spo­ty­kamy wiele ku­rio­zal­no­ści, ale nic nie bę­dzie dziw­niej­sze od przy­na­leż­no­ści za­świa­tów, czyli pro­ściej mó­wiąc: du­chów. Nie są to jed­nak przy­ja­zne du­szyczki po­kroju Kac­pra czy szla­mo­wa­tych by­tów z Po­grom­ców du­chów. Te praw­dziwe cza­sem trudno od­róż­nić od ży­ją­cych. Mimo że nie za­wsze mają ochotę uka­zać się zwy­kłemu śmier­tel­ni­kowi, ist­nieją lu­dzie, któ­rzy wi­dzą je nie­za­leż­nie od ich na­stroju.

Na­leżę do tych nie­szczę­śni­ków.

Za­trzy­ma­łam się przed do­mem, który był na jed­nym ze zdjęć. Obej­rza­łam bal­kon z każ­dej strony, ale po Hra­bi­nie nie było śladu. Na­gle zo­ba­czy­łam pu­chaty, brą­zowy ogon nik­nący w oknie na dru­gim pię­trze. Bez za­sta­no­wie­nia ru­szy­łam przed sie­bie, ale po chwili się za­wa­ha­łam i sta­nę­łam przed drzwiami wej­ścio­wymi do ob­cego mi domu. Po­wstrzy­ma­łam się przed za­dzwo­nie­niem po Ra­fała.

Nie lu­bi­łam na kimś po­le­gać, za­wsze czu­łam się sa­mo­wy­star­czalna. Nie zli­czę, ile razy w dzie­ciń­stwie zo­sta­wi­łam gdzieś swoją part­nerkę tre­nin­gową, za­po­mi­na­jąc o jej ist­nie­niu, pod­czas gdy sama po­tra­fi­łam ukoń­czyć dane za­da­nie. Je­śli cho­dziło o co­dzienną in­te­rak­cję mię­dzy­ludzką, mu­sia­łam nie­stety pro­sić Ra­fała o po­moc, po­nie­waż pra­wie każda próba roz­mowy, jaką po­dej­mo­wa­łam z ob­cymi ludźmi, koń­czyła się wy­mio­tami. Raz na­wet sub­tel­nie rzy­gnę­łam do do­niczki, gdy wy­cho­dzi­łam z urzędu.

Za­pu­ka­łam do drzwi, by mieć z głowy tę ko­cią aferę. Za­ci­snę­łam od razu zęby, sta­ra­jąc się nie my­śleć o pod­cho­dzą­cym mi do gar­dła żo­łądku.

- Dzień do­bry - pi­snę­łam.

- Dzień do­bry - od­po­wie­działa nie­pew­nie ko­bieta z cho­chlą w dłoni. - W czym mogę po­móc?

- Ja... Ja ko­goś szu­kam. A do­kład­niej cze­goś. Mogę wejść?

Ko­bieta wy­da­wała się bar­dziej prze­stra­szona niż ja. Wpu­ściła mnie jed­nak do środka, za­pewne uzna­jąc mnie za bez­domną, która pra­gnie cie­płego po­siłku, bo po chwili przy­nio­sła mi mi­skę ro­sołu. Pie­nię­dzy ge­ne­ral­nie mi nie bra­ko­wało, ale jak ktoś czę­stuje dar­mową, pyszną zupą, to grzech po­gar­dzić.

- Mamo, ona mnie bije! - roz­legł się na­gle głos, kiedy ze scho­dów zbie­gła dziew­czynka, a po niej na­stępna, bar­dzo do niej po­dobna.

- Nie­prawda! Skar­ży­pyta!

- To nie­prawda czy skar­ży­pyta? - za­py­tała z uśmie­chem matka. Zła­pała swoje córki za ra­miona i wska­zała na mnie głową. - Mamy go­ścia. Za­cho­wuj­cie się.

Wy­star­czyło jedno spoj­rze­nie bliź­nia­czek w moim kie­runku, żeby za­nie­mó­wiły, choć nie wie­dzia­łam, czy to z cie­ka­wo­ści, czy z prze­ra­że­nia. Po chwili pod­bie­gły do mnie, za­in­try­go­wane.

- Mamo, mamo! Ta pani ma jedno nie­bie­skie i jedno zie­lone oko! - krzyk­nęła jedna z nich.

- Nie­któ­rzy tak mają, rybko. To się na­zywa he­te­ro­chro­mia.

- Mamo, mamo, a dla­czego ta pani ma brudną bu­zię?

- Ona nie jest brudna, ko­cha­nie, to piegi. Są bar­dzo uro­cze.

- Uro­cze to ma pani dzieci - wy­ce­dzi­łam przez zęby, od­sta­wi­łam pu­stą mi­skę na pa­ra­pet i kuc­nę­łam przed ma­lu­chami. - Szu­kam ta­kiego gru­bego, cze­ko­la­do­wego kotka. Na­zywa się Hra­bina, ma to też na­pi­sane na ob­roży. Na pewno wie­cie, o czym mó­wię, prawda?

Dziew­czynki spoj­rzały po so­bie, po­krę­ciły gło­wami i ucie­kły na górę, dość gło­śno szep­cząc mię­dzy sobą, że mu­szą ukryć kota. Wy­pro­sto­wa­łam się, a ich matka uśmiech­nęła się do mnie prze­pra­sza­jąco.

- Przy­szedł wczo­raj wie­czo­rem. Nie wie­dzia­łam, że do ko­goś na­leży.

- Ro­zu­miem, ła­two się po­my­lić. Ob­roże z imie­niem i ad­re­sem mają wszyst­kie bez­domne koty - po­wie­dzia­łam z sar­ka­zmem, ale ona na­wet nie za­re­ago­wała, co mnie po­iry­to­wało.

Na­gle po­czu­łam ciarki na ple­cach, po czym su­peł na moim żo­łądku się za­ci­snął i na­de­szły zna­jome mdło­ści. Otruła mnie! - było moją pierw­szą głu­pią my­ślą, choć z dru­giej strony nie­ko­niecz­nie bez­pod­stawną. Mo­gła chcieć za­tu­szo­wać kra­dzież kota. Ale wtem znowu go zo­ba­czy­łam.

Stał tuż obok wła­ści­cielki domu zmy­wa­ją­cej na­czy­nia. Wy­soki i za­krwa­wiony. Cia­łem był zwró­cony ku mnie, lecz głowę miał prze­chy­loną w bok i wpa­try­wał się w matkę bliź­nia­czek.

- Twoja żona? - za­py­ta­łam.

Obie głowy ob­ró­ciły się w moją stronę, z czego tylko jedna od­po­wie­działa:

- Słu­cham?

- Nic, nic.

Na­wet je­śli duch się zo­rien­to­wał, że go wi­dzia­łam, nie mia­łam moż­li­wo­ści uzy­skać od niego szcze­gó­łów. Wła­śnie taki był ze mną pro­blem: wi­dzia­łam je, jed­nak ich nie sły­sza­łam. Ale mimo że nie mo­głam usły­szeć, co mó­wił, wciąż mógł mi po­ka­zać - bo kto nie lubi ka­lam­bu­rów z tru­pami?

- Pani mąż w pracy?

- Nie ro­zu­miem pani py­tań. - Ko­bieta się zde­ner­wo­wała i gło­śno odło­żyła umyte ta­le­rze. - Ani po­wodu, dla któ­rego pani wciąż tu jest.

- Ge­ne­ral­nie to przy­szłam po kra­dzio­nego kota, ale za­in­te­re­so­wało mnie pani ży­cie. - Nie­któ­rzy po­wie­dzą, że je­stem gru­biań­ska i wścib­ska, a inni da­rują so­bie obe­lgi i od razu na­ślą na mnie po­li­cję. Przez ja­kiś czas uda­wało mi się unik­nąć kon­fron­ta­cji z nimi, ale coś mi się wy­daje, że dzi­siaj bę­dzie ina­czej. - Ktoś w tym domu umarł - do­da­łam.

Matka bliź­nia­czek mo­men­tal­nie zbla­dła, za­po­mi­na­jąc o zło­ści.

- Męż­czy­zna po trzy­dzie­stce, krót­kie włosy, oczy chyba brą­zowe, trudno zo­ba­czyć ko­lor pod pła­tami ode­rwa­nej skóry... - Uchy­li­łam się przed le­cącą pa­tel­nią, a na­stęp­nie opu­ści­łam dom, wi­dząc, że ko­bieta dzwoni po po­moc.

Za­nim jed­nak zdo­ła­łam uciec, wpa­dłam w siatkę dla zwie­rząt, która mu­siała być pre­zen­tem dla Hra­biny, aby nie ucie­kła przez bal­kon. To wy­star­czyło, żeby zła­pać mnie na "go­rą­cym uczynku", bo gdy tylko wy­plą­ta­łam się z sieci, nad­je­chał ra­dio­wóz, który aku­rat pa­tro­lo­wał oko­licę.

- Zdaje się, że po­trze­buję tłu­ma­cza mo­ich re­la­cji z dru­gim świa­tem, a nie ad­wo­kata - po­ża­li­łam się Ra­fa­łowi przez te­le­fon kilka mi­nut póź­niej.

- Tyle razy ci mó­wi­łem, że­byś uwa­żała! I co? Chcą cię aresz­to­wać?

- Jesz­cze nie wiem, ten su­kin­syn cały czas spi­suje skargi tej ko­biety. Czy moje piegi wy­glą­dają jak brud?

- Flora, skup się!

Obej­rza­łam się, gdy do­strze­głam nad­cho­dzą­cego po­li­cjanta.

- Za­dzwo­nię póź­niej...

- Pani god­ność?

- Flora Ju­traj.

Po­ste­run­kowy spoj­rzał na mnie nie­mal z roz­ba­wie­niem. Wes­tchnę­łam.

- Nie, to nie jest żart i nie, nie mam sio­stry Fauny.

Kiedy prze­szedł do no­to­wa­nia, za­czę­łam się roz­glą­dać i wtedy za­uwa­ży­łam w bło­cie ślady bo­sych stóp pro­wa­dzące na tyły domu. Wy­ko­rzy­sta­łam chwi­lową nie­uwagę funk­cjo­na­riu­sza i uda­łam się do ogrodu.

Za­trzy­ma­łam się w po­ło­wie drogi, gdy zo­ba­czy­łam przed sobą ścieżkę zro­bioną z ogryz­ków, które za­raz zo­stały za­stą­pione przez peł­niej­sze, choć nieco zmal­tre­to­wane jabłka - zu­peł­nie jakby ktoś pró­bo­wał ro­ze­rwać je pal­cami. Gdy do­szłam do końca tej prze­dziw­nej dróżki, moim oczom uka­zał się świeży grób. Kuc­nę­łam i chcia­łam wziąć je­den z ogryz­ków, ale na­gle spod ziemi wy­strze­liła ręka i mi go za­brała.

Ra­zem z ode­bra­nym nie­do­je­dzo­nym owo­cem po­czu­łam, jakby to coś chwy­ciło opusz­kami pal­ców rów­nież moją świa­do­mość.

Na­stęp­nie przez moje ciało prze­biegł prąd i od­le­cia­łam w ciem­ność.