Rozdział 1: Koperty i nowe początki
Od pierwszej, historycznej, wrześniowej łączności Maksa minęło dziewięć miesięcy. Przez dom przetoczył się cały rok szkolny, niosąc ze sobą klasówki, zimowe wieczory i wiosenne roztopy, aż wreszcie nastały upragnione wakacje.
Radio "Stolica", to z zielonym, jarzącym się ciepło magicznym okiem, nadal stało na honorowym miejscu w kuchni. Było milczącym, a zarazem grającym świadkiem dorastania całej szóstki rodzeństwa. Tego wieczoru z jego głośnika dobiegał łagodny, uspokajający głos spikera radiowej Jedynki, wypełniając pomieszczenie aurą domowego bezpieczeństwa.
Dzieci były już o kolejny rok starsze i eter odcisnął na nich swoje wyraźne piętno. Osiemnastoletni Maks, świeżo upieczony dorosły, wydawał się jeszcze spokojniejszy i bardziej opanowany. Fale krótkie nauczyły go żelaznej cierpliwości. Z ucznia Dziadka Tadeusza stał się jego równorzędnym partnerem przy sprzęcie, a w ostatnich miesiącach wziął na siebie ciężar przygotowania młodszych braci do państwowego egzaminu.
Szesnastoletnia Zuzia wciąż szukała własnej ścieżki, nieco zdystansowana, ale to ona przejęła rolę domowego dyrektora artystycznego - projektowała niesamowite karty QSL, łącząc krótkofalarską tradycję z nowoczesną grafiką. Trzynastoletnia Oliwia, jak zwykle cicha i uważna, nie rozstawała się ze swoim notatnikiem, który z brudnopisu niepostrzeżenie zamienił się w profesjonalny Dziennik Łączności dla nasłuchowca. Z kolei czternastoletni Leon i jedenastoletni Igor pod okiem Maksa przeszli prawdziwą, wojskową musztrę. Literowania fonetycznego uczyli się przy obieraniu ziemniaków, a z podziału pasm byli odpytywani w drodze do szkoły. Najmłodsza, dziewięcioletnia Mi, wciąż traktowała radiostację w pokoju obok jak centrum dowodzenia statkiem kosmicznym, będąc wszędobylską maskotką całego zespołu.
- No dzieciaki! - głos Dziadka Tadeusza zabrzmiał doniośle, przekrzykując łagodny głos spikera.
- Koniec tego dobrego. Rok szkolny zamknięty, czas rozliczeń. Pochwalcie się swoimi świadectwami. Babcia Frania już parzy herbatę z tej okazji.
Zuzia, Oliwia i mała Mi niemal natychmiast położyły na dębowym stole swoje cenzurki. Każda ozdobiona pionowym, czerwonym paskiem, z którego Babcia Frania była zawsze niewyobrażalnie dumna. Dziadek pokiwał z uznaniem głową, poprawiając okulary, po czym przeniósł wzrok na Leona i Igora.
- A wy, panowie? - zapytał z udawaną surowością.
- Mam nadzieję, że eter nie wyciągnął wam z głów matematyki.
Leon i Igor spojrzeli na siebie porozumiewawczo. W ich oczach błysnęły znajome, szelmowskie iskierki. Zamiast sięgnąć do teczek po szkolne dokumenty, położyli na blacie dużą, grubą, szarą kopertę. Była starannie zaklejona.
Tadeusz zmarszczył brwi. Spojrzał na chłopców, potem na Maksa, który oparty o futrynę drzwi uśmiechał się pod nosem, i powoli chwycił za krawędź papieru. Rozdarł szarą kopertę. Wewnątrz, ku jego zdziwieniu, znajdowały się dwie kolejne. Mniejsze, równie szczelnie zaklejone, z wypisanymi starannym pismem imionami: "Igor" oraz "Leon".
W kuchni zapadła kompletna cisza, przerywana tylko cichym, wieczornym oddechem starego radia. Dziadek drżącymi palcami otworzył pierwszą z nich, a potem drugą.
Zamiast ocen ze szkoły, na dębowy stół wysunęły się oficjalne Pozwolenia Radiowe wydane przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. Na sztywnych kartonikach widniały ich własne, nowiutkie znaki wywoławcze. Zanim staruszek zdążył cokolwiek powiedzieć, Zuzia i Oliwia, nie chcąc być dłużne, natychmiast wyciągnęły z własnych kieszeni dwa jednakowe, zalaminowane dokumenty. Były to ich oficjalne, imienne certyfikaty nasłuchowców SWL, o które wystąpiły w całkowitej tajemnicy do krajowego stowarzyszenia krótkofalowców.
Dziadek Tadeusz zamarł. Przeniósł wzrok ze stosu radiowych dokumentów na dumne, roześmiane twarze wnuków. Oczy mu zaszkliły.
- Nie patrz tak na nas, Dziadku - zaśmiał się Maks, widząc, że Tadeusz wciąż przeciera okulary, nie wierząc w to, co widzi.
- Przygotowywałem ich do tego po cichu przez cały rok szkolny. Egzaminy państwowe zdali w Lublinie jeszcze pod koniec kwietnia, tuż przed majowym weekendem. Mama i Tata o wszystkim wiedzieli - musieli przecież podpisać zgody i pełnomocnictwa, bo chłopcy są niepełnoletni. Dokumenty przyszły pocztą do Lublina tydzień temu, akurat, gdy rodzice pakowali się do wyjazdu. Ubłagaliśmy ich, żeby nam je dali i pozwolili zachować wszystko w tajemnicy przed tobą aż do dzisiaj. To miał być nasz wspólny prezent na otwarcie wakacji.
- Wy łobuzy... - wyszeptał w końcu, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Mój własny, domowy zespół...
Opadł ciężko na krzesło, wciąż wpatrując się w rozłożone na blacie licencje. Nagle jego wzrok stwardniał, a na twarzy pojawił się wyraz absolutnej determinacji. Przesunął dłonią po dokumentach i spojrzał na Maksa.
- Skoro wy zrobiliście swój krok w tajemnicy, to teraz moja kolej - powiedział twardo.
- Nie będziecie się rozbijać po pasmach każdy w swoją stronę. Zuzia, Oliwia, Mi... wy też nie będziecie wiecznie tylko słuchać w cieniu braci. Jutro z samego rana dzwonię do mecenasa Zawadzkiego.
- Do prawnika? - zapytał ze zdziwieniem Leon.
- Tak. Zakładamy Rodzinny Klub Krótkofalowców. Do tego będziemy musieli założyć stowarzyszenie zwykłe. Mecenas Zawadzki nam to wszystko formalnie przygotuje - Tadeusz mówił szybko, a jego umysł już analizował procedury.
- Ustawa wymaga trzech pełnoletnich założycieli. Ja i Maks to dwóch.
Spojrzał na żonę, która właśnie stawiała na stole tacę z parującymi kubkami herbaty.
- Franiu, zostaniesz członkiem założycielem naszego klubu. Twój podpis będzie na statucie.
Babcia zamarła z dzbankiem w dłoni.
- Tadeuszu, przecież ja nie odróżniam opornika od kondensatora, a z telegrafii znam tylko SOS - odpowiedziała, mrugając ze zdumieniem.
- W urzędzie miasta to nie ma żadnego znaczenia. Jesteś nam potrzebna do trójki założycielskiej. Złożymy papiery, a potem wyślemy wniosek do UKE. Ja zostanę oficjalnym kierownikiem radiostacji klubowej, wezmę na siebie odpowiedzialność techniczną, organizacyjną oraz prawną. I jak tylko dostaniemy z Warszawy nasz własny, klubowy znak, cała wasza szóstka będzie mogła legalnie usiąść do tego mikrofonu.
Dziadek Tadeusz dopił herbatę jednym, długim haustem, odstawił kubek na stół i wstał z krzesła. W jego ruchach nagle pojawiła się dawna, młodzieńcza energia, która zawsze budziła się w nim, gdy w grę wchodziły fale krótkie.
- Chodźcie za mną - rzucił krótko, kiwając na całą szóstkę.
Zostawili kuchnię z szumiącą cicho "Stolicą" i ruszyli gęsiego wąskim korytarzem do pokoju na końcu domu. Do "shacku" - domowego sanktuarium, w którym czas płynął według uniwersalnego zegara UTC. Pomieszczenie powitało ich znajomym, ciepłym zapachem rozgrzanej elektroniki, kalafonii i starego papieru. Na głównym biurku dumnie prężyła się potężna radiostacja, której wyświetlacz jarzył się bursztynowym światłem, a z głośnika dobiegał miarowy, hipnotyzujący szum pustego pasma.
Tadeusz nie usiadł jednak w fotelu operatora. Zamiast tego podszedł do ciężkiej, dębowej szafy stojącej w rogu pokoju. Przekręcił kluczyk i z lekkim trudem pociągnął za mosiężną klamkę. Z najniższej szuflady wyciągnął gruby, oprawiony w wytartą skórę brulion oraz dużą, zwiniętą w rulon mapę świata.
Położył wszystko na wolnej części blatu i ostrożnie rozłożył mapę. Była gęsto usiana kolorowymi pinezkami, poprzecinana liniami i naniesionymi odręcznie strefami czasowymi. Następnie otworzył stary brulion. Strony były pożółkłe, a równe rzędy liter i cyfr zapisano wyblakłym, wiecznym piórem.
- Skoro procedury w urzędach potrwają kilka tygodni, nie możemy tego czasu zmarnować na bezcelowe wołanie w eterze - zaczął Dziadek, przesuwając dłonią po szorstkim papierze swojego Dziennika Łączności.
- Musicie zgrać się jako zespół. Zrozumieć propagację, nauczyć się słuchać, kiedy inni krzyczą i wyczekiwać momentów, gdy słońce i jonosfera otwierają na kilka minut drzwi na drugi koniec globu.
Spojrzał na zafascynowane twarze wnuków pochylone nad mapą. Nawet mała Mi wspięła się na palce, by lepiej widzieć.
- To jest mój stary Dziennik Łączności - kontynuował Tadeusz, a w jego głosie pobrzmiewała głęboka nostalgia.
- Zanim jeszcze wasi rodzice przyszli na świat, zdobyłem swój najważniejszy dyplom. DXCC. Wiecie w ogóle, co to znaczy? Skrót DX w telegrafii oznacza wielką odległość, z angielskiego distance. Z kolei CC to Century Club, czyli Klub Stu. DXCC to najbardziej prestiżowe wyróżnienie krótkofalarskie na świecie, wydawane przez organizację ARRL. W wolnym tłumaczeniu to Amerykańska Liga Sztafet Radiowych. Ta archaiczna nazwa wzięła się z początków dwudziestego wieku, kiedy pierwsze nadajniki miały bardzo słaby zasięg. Aby przesłać wiadomość na dużą odległość, amatorzy musieli podawać ją sobie z miasta do miasta, tworząc żywą, radiową sztafetę. Dla uproszczenia w Polsce mówimy jednak na nich po prostu Amerykański Związek Krótkofalowców. To elitarny klub zrzeszający tych, którzy nawiązali i potwierdzili kartami QSL łączności z minimum stu różnymi krajami i terytoriami radiowymi na całej kuli ziemskiej.
Oliwia odruchowo sięgnęła po swój ołówek, a Leon i Igor wymienili błyszczące ekscytacją spojrzenia.
- Sto państw? - zapytał z niedowierzaniem Igor.
- Przecież my ledwo robimy Europę...
- Sto podmiotów DXCC - poprawił go łagodnie Maks, opierając się o oparcie fotela.
- To nie zawsze są niepodległe państwa. Czasem to odizolowana wyspa na środku oceanu, czasem baza badawcza na Antarktydzie, a czasem bezludna rafa koralowa, która znika pod wodą w czasie przypływu.
Dziadek Tadeusz pokiwał z aprobatą głową.
- Dokładnie. Włochy czy Niemcy to zaledwie rozgrzewka. Prawdziwe łowy zaczynają się tam, gdzie kończy się cywilizacja. To będzie wasze zadanie na ten lipiec, podczas gdy mecenas Zawadzki będzie walczył z naszymi klubowymi papierami. Wasze wielkie wyzwanie. Sto krańców świata.
Tadeusz postukał palcem w mapę, wskazując na maleńką kropkę u wybrzeży Afryki, a potem przeniósł palec daleko na północ, w okolice koła podbiegunowego.
- Chłopcy, macie swoje znaki, więc siadacie do klucza i mikrofonu. Wywołujecie i przebijacie się przez zakłócenia. Dziewczyny, wasze licencje SWL to teraz nasze największe atuty. Będziecie uszami tego zespołu. Wyłapiecie z szumów najsłabsze sygnały, będziecie śledzić zapowiedzi ekspedycji i prowadzić nasz klubowy Dziennik Łączności. Będziecie polować.
Zapadła cisza. Słowa Dziadka zawisły w gęstym, ciepłym powietrzu pokoju. Wyzwanie było potężne, niemal obezwładniające, ale w oczach całej szóstki nie było widać strachu. Była w nich tylko czysta, radiowa gorączka.
- To co? - szepnął Leon, łamiąc ciszę i uśmiechając się szeroko.
- Od czego zaczynamy nasz Dziennik Łączności?