ROZDZIAŁ 1
Stany Zjednoczone
Dziewczyna w eleganckiej małej czarnej z całych sił starała się nie uderzyć głową w szybę. Smukłe palce nerwowo ściskały solidny, metalowy uchwyt nad drzwiami samochodu. Przy każdym gwałtownym skręcie delikatne linie ścięgien napinały się, tworząc wspaniałe widowisko dla każdego miłośnika ludzkiej anatomii. Tymczasem auto z piskiem opon pokonywało zakręty nocnego miasta, ignorując czerwone plamy świateł wiszących nad skrzyżowaniami. Kolorowe neony odbijały się gdzieniegdzie w małych lustrach kałuż rozrzuconych po asfalcie. Kierowca w ciemnych ray-banach w złotych oprawkach nonszalancko trzymał kierownicę trzema palcami lewej ręki ubranej w skórzaną rękawiczkę z dziurkami na kostkach. Druga ręka nieustannie operowała zaś lewarkiem, zakończonym gałką z białej, błyszczącej masy. Włoski silnik posłusznie zmieniał tonację, przechodząc od niskich pomruków do wysokiego gwizdu. Melodię urozmaicały dodatkowo dźwięki wydawane przez układ wydechowy, który bardziej przypominał instrument muzyczny niż część pojazdu. Nagle auto zatrzymało się pod bramą z prostych, stalowych prętów. Ciemne oko kamery zamontowanej na ogrodzeniu zlustrowało przybysza i po rozpoznaniu numeru rejestracyjnego pozwoliło na rozpoczęcie mozolnego otwierania wjazdu na posesję. Szerokie opony zachrzęściły więc na granitowych kamykach i auto zniknęło w ciemnościach.
Promienie słońca niedyskretnie wśliznęły się do wnętrza i zaczęły wędrować w stronę wielkiego łóżka zasłanego satynową pościelą. Najpierw jednak trafiły na kształtną gładkość drobnej stopy, a chwilę później sunęły już po bosko wyrzeźbionej łydce. Po drodze minęły nieistotne fałdy pościeli i wreszcie zatańczyły na krągłości pośladka. Kiedy już zaczynały rozgaszczać się na plecach, spektakl został ordynarnie zakłócony przez niebywale natrętny dźwięk. Leżący obok mężczyzna wyciągnął opalone ramię, by po omacku znaleźć hałasujący telefon. Uciszył alarm i zbliżył ekran do zaspanej twarzy. Na widok wyświetlającej się godziny zerwał się z łóżka, odkrywając przy okazji wszystkie wdzięki śpiącej obok kobiety. Zupełnie nagi powędrował następnie po tłumiącej hałas wykładzinie do łazienki. Dźwięk elektrycznej szczoteczki do zębów skutecznie przegonił resztki snu. Teraz trzeba było jeszcze doprowadzić się do porządku po wczorajszym wieczorze. Wziął więc prysznic, na zmianę gorący i zimny, a potem intensywnie wytarł się grubym ręcznikiem frotté. Kiedy wrócił zaś do sypialni, kobieta siedziała już na łóżku, opierając plecy o tapicerowane wezgłowie. Jej długie włosy częściowo skrywały drobne piersi, a w rękach trzymała smartfon, czegoś w nim zawzięcie szukając. Podniosła jednak wzrok i zatrzymała go na przyrodzeniu stojącego w progu mężczyzny. Powoli odłożyła telefon i smukłymi palcami pogładziła powierzchnię prześcieradła, wysyłając jednoznaczne spojrzenie ciemnych oczu.
- Wybacz, skarbie, ale jestem już spóźniony... - powiedział mężczyzna, pocierając powieki. Jak zwykle był w niedoczasie, choć już się do tego nawet przyzwyczaił. "Nawet fajna była ta mała" - pomyślał, wspominając wydarzenia z ostatniej nocy.
- Kate! - Dziewczyna zrobiła naburmuszoną minę. Jego reputacja wyprzedzała go o kilka długości ego, ale nie oznaczało to, że mógł ją nazywać uniwersalnym zwrotem niedzielnych podrywaczy. Przyznała jednak w duchu, że był bardzo przystojny
- Ale co, Kate? - odparł nieprzytomnie. "O co jej chodzi? To jakaś damska gierka? Nie ten adres! Gdzie ja położyłem ten zegarek?".
- Tak mam na imię! - rzuciła dziewczyna, zaciskając dłonie. Może było to dziecinne, ale jego zachowanie wyprowadziło ją z równowagi.
- A, jasne. Przepraszam... Kate!
Odwrócił się i ujrzał wreszcie swojego gustownego breitlinga. Kiedy zapinał stalową bransoletę, Kate zaczęła nerwowo przeczesywać bezkresy prześcieradła w poszukiwaniu swoich stringów.
- Nie spiesz się - powiedział łaskawie mężczyzna. - Możesz zostać, ile chcesz. Arnold zrobi ci kawę i zamówi taksówkę.
W końcu po to miał tego gościa. Arnold już niejeden raz odprawiał stąd jego przyjaciółki, zamawiał im taksówki, a w ostateczności odwoził swoim śmiesznym małym samochodem do miasteczka.
- Arnold? - zapytała dziewczyna, przerywając poszukiwania. "To tu był jeszcze jakiś facet!?" Dobrze, że dopiero teraz się dowiedziała.
- Tak, Arnold jest trochę... powiedzmy... specyficzny. Ale za to niezastąpiony - zaczął tłumaczyć mężczyzna, lecz po chwili zrezygnował, jeszcze bardziej komplikując sprawę. "Niech sama zobaczy. Teraz jeszcze spinki do mankietów. Gdzie one są?"
- Masz służącego? - Brwi Kate powędrowały do góry. Zakładała, że to służący, bo przecież nie partner. Chociaż z drugiej strony wszystko było przecież możliwe.
- Tak bym go nie nazwał, ale fakt, płacę mu... - odparł zagadkowo pan domu. W duchu cieszył się zaś niczym uczniak, który zrobił koleżance świetny kawał. "Kiedy zobaczy Arnolda, zwłaszcza jak będzie ćwiczył te swoje wygibasy, to dopiero się zdziwi!"
- Dokąd tak pędzisz? - Dziewczyna ciągle miała nadzieję na podtrzymanie tej konwersacji, ale jej rozmówca wyraźnie był już myślami gdzie indziej.
- Do Rzymu - usłyszała krótką odpowiedź.
- Byłam w zeszłym tygodniu...
- I co, fajnie było?
- Nie, nawet nie wypuścili nas z terminala - odparła ze smutkiem i pomyślała, że stewardesy mają jednak przesrane!
- O, to przykro. Ja tam zostaję na kilka dni - powiedział mężczyzna, wiążąc krawat przed małym lustrem.
- Szczęściarz! - Kate, mówiąc to, przesłała mu swój najlepszy uśmiech. "Takiemu to dobrze, ale z drugiej strony praca pilota też nie była usłana różami. Ta cała odpowiedzialność... Nie, to nie dla niej!"
- No ba! - powiedział zupełnie szczerze, gdyż naprawdę uważał się szczęściarza.
- Zobaczymy się jeszcze? - dziewczyna zrobiła proszącą minę, choć już wiedziała, że zupełnie na darmo. "Nie ten gość. Nie z nią. A może nie z żadną?"
- Zostaw swój numer, to się odezwę...
- Akurat! - roześmiała się dziewczyna i pokazała mu środkowy palec. Teraz, kiedy odpuściła, mogła sobie na coś takiego pozwolić. Ku jej zdziwieniu u mężczyzny wywołało to jednak pewne zainteresowanie.
Uśmiechnął się przelotnie, założył nieodłączne okulary i wyszedł z pokoju, zostawiając ją samą z trzymanym w dłoni jedwabnym skrawkiem materiału udającym majtki.
W biegu wypił jeszcze łyk świeżo zaparzonej kawy, która wypełniała pękaty dzbanek w skomplikowanym ekspresie, i spojrzał na szklaną ścianę salonu. Na trawniku przed domem, nad brzegiem niedużego basenu, wyglądający jak atleta mężczyzna w harmonijny sposób rozciągał zaś swoje nagie ciało. Coś jakby tai chi, cholera go wie, kiedyś tłumaczył, o co chodzi z tymi technikami medytacyjnymi. "To się ta Kate zdziwi..." - uśmiechnął się i ruszył w kierunku wyjścia, łapiąc po drodze pękatą torbę fotograficzną, a następnie walizeczkę na kółkach. Tymczasem słońce już dość mocno przypiekało, znęcając się nad czerwienią lakieru sportowego roadstera. Kiedy mężczyzna zatrzasnął pokrywę bagażnika, poczuł na sobie czyjś wzrok. Odwrócił się więc i ujrzał elegancko ubraną brunetkę w ciemnych okularach, z ręką opartą na ramce drzwi dwuosobowego mercedesa. Posłał w jej kierunku szeroki uśmiech, po czym odezwał się.
- Co u ciebie, Silvia? - Nie widział jej już od kilku dni i naprawdę zastanawiał się co u niej słychać. Mieszkali obok siebie, ale każde żyło swoim życiem. Zresztą, nawet kiedy mieszkali razem, to też żyli obok siebie.
- Dobrze, jakoś żyję. A ty, Mike? - odparła, odwzajemniając uśmiech. "Wygląda, jakby znów nie przespał nocy". Pomyślała, że kiedyś się to na nim zemści. "Oby tylko nie ściągnął na siebie i innych jakiegoś nieszczęścia".
- Lecę... - rzucił Mike, wykonując ręką gest, który miał symbolizować samolot. Czasem bawiło go droczenie się z nią. Tak uroczo potrafiła się wtedy denerwować.
- To wiem, nic nowego, a ta mała? - spytała Silvia, wskazując głową w stronę jego domu.
- Śledzisz mnie? - zażartował, bo wiedział, że nie miała żadnego problemu z jego przyjaciółkami.
- Nie można zapytać? - obruszyła się, udając obrażoną. W rzeczywistości była to ich gra. On też czasem komentował wizyty jej kolegów.
- Tak, akurat! Zresztą mogłaś przyjść i zobaczyć! - Mike zrobił dwuznaczną minę. Kiedyś namówił ją na trójkąt i rzeczywiście było ciekawie. Niewątpliwie seks był czymś, co im się nigdy nie nudziło.
- No jasne, jeszcze czego! - odparła Silvia trochę bardziej żywiołowo, niż zamierzała. Choć gdzieś w głębi ten pomysł trochę ją jednak zaintrygował.
- Co się tak oburzasz? Bo to pierwszy raz zabawilibyśmy się we trójkę? - powiedział, przesuwając palcem po klamce drzwi swojego samochodu. Jednocześnie w oknie sypialni zauważył jakiś ruch. "Pewnie ta mała mi się przygląda" - skonstatował z satysfakcją.
- Nieważne już, dokąd dziś? - Silvia bowiem uznała, że ta rozmowa nie zmierza do niczego konkretnego.
- Dzisiaj Rzym - odparł krótko z uśmiechem. Spędzili tam razem kilka upojnych dni. Pamiętał nawet, jaką miała fryzurę. Jednak co było, a nie jest...
- Pięknie, zazdroszczę. Pozdrów go ode mnie... - Kobieta zrobiła marzycielską minę, gdyż jej też coś się przypomniało.
- Jasne, pozdrowię! - odparł, wsiadając do ciasnego wnętrza samochodu.
Kobieta zamknęła swoje auto i - ciągnąc za sobą małą walizeczkę - ruszyła w kierunku sąsiadującego z rezydencją Mike'a, trochę mniejszego domu lecz o bardzo podobnej architekturze.
Silnik roadstera niechętnie obudził się do życia. Jednak już po chwili potoczył się po grysowym podjeździe. Tymczasem Mike pogładził swoją świeżo ogoloną szczękę i dodał agresywnie gazu, przejeżdżając przez ledwie co otwartą bramę. Rzut oka na zegarek uświadomił mu, że do odprawy zostało już niewiele czasu, nawet przy jego standardach uwzględniających notoryczne spóźnienia.
"No cóż, trzeba się pospieszyć" - pomyślał.
Szczęśliwie cała droga prowadziła autostradą, więc była szansa, że jednak zdąży, choćby na sam koniec. Slalom pomiędzy powolnie sunącymi bryłami innych pojazdów bardziej przypominał komputerową grę niż rzeczywistość. Dopiero widok szlabanu przy wjeździe na lotnisko zatrzymał przyspieszony film z podróży. Strażnik z ciekawością obrzucił wzrokiem sportowe auto i od niechcenia spojrzał na przepustkę, niedbale trzymaną w dwóch palcach dłoni w gustownej rękawiczce. Teren lotniska był ogromny i poszatkowany mnóstwem dróg, prowadzących do porozrzucanych wszędzie budynków i hangarów. Powietrze drgało od gorąca, wprawiając w ruch na pozór martwe bryły zabudowań. W oddali widniał z kolei główny terminal, na którego tle kolejne samoloty podrywały się do lotu. Tymczasem Mike pędził swoim roadsterem, mijając zaparkowane aeroplany i śmigłowce, aż wreszcie dotarł do rozległego parkingu przed trzypiętrowym biurowcem. Zatrzymał się, ze zgrzytem zaciągnął ręczny hamulec i wyskoczył na zewnątrz bez otwierania drzwiczek. Obszedł auto, zabrał bagaże z kufra i założył kapitańską czapkę. W białej koszuli ze złotymi pagonami i w ciemnych okularach prezentował się zaś doskonale. Pewnym krokiem ruszył ku wejściu, poprawiając po drodze służbowy krawat.
Za szklanymi drzwiami na pozór spokojnego budynku wrzało z kolei niczym w ulu. Wnętrze było pomyślane jako wspólna przestrzeń, wypełniona antresolami na różnych poziomach, połączonymi systemem stalowych schodów. We wszystkie strony biegali tam ludzie z jakimiś dokumentami. Osoby siedzące przy komputerach nieustannie mówiły coś do mikrofonów. Wszędzie walały się sterty wydruków. Najspokojniejszym miejscem wydawała się recepcja ze zjawiskową hostessą za drewniano-szklanym blatem. Dziewczyna uśmiechnęła się do Mike'a, pokazując mu dłonią pokój odpraw - miejsce za szklanym przepierzeniem z żaluzjami, chyba jako jedyne odgrodzone od zgiełku.
Zdążył! Jak zawsze!
Uśmiechnął się zatem zwycięsko do dziewczyny i ruszył na odprawę. W małej salce, przy dużym, białym stole, siedziało kilkanaście osób. Role były tam wyraźnie podzielone na mówiących i notujących. Obecny w pomieszczeniu prezes spojrzeniem wyrażającym bezsilność skwitował przybycie Mike'a. Ten, nie robiąc sobie jednak nic ze spóźnienia, usiadł na swoim miejscu i zaczął przeglądać leżący na blacie plan lotu. Była to standardowa operacja lotnicza, która nie powinna była przynieść żadnych niespodzianek, czyli ogólnie mówiąc - nuda. Pilot ziewnął więc dyskretnie i zaczął bawić się firmowym długopisem.