***
Najpierw cioteczka ściągnęła ze ściany ślubną pamiątkę naszych rodziców. Niewielką czarno-białą fotografię, oprawioną w srebrną ramkę, na której mama i ojciec uwiecznieni zostali z minami tak skwaszonymi, jakby fotograf przed zapaleniem magnezji wetknął im w usta co najmniej połówkę cytryny. Wylęknione oczy nowożeńców daremnie wypatrywały przed sobą chociażby najdelikatniejszych symptomów lepszego jutra. Fotograf celowo ujął ich z bardzo bliska. I tylko do pasa. Inaczej nie wypadało. Gdyż wianek na głowie panny młodej wyraźnie kolidował z jej już napęczniałym brzuchem, w którym siedział sobie wygodnie nasz najstarszy braciszek - Grzesiu. Późniejszy niezastąpiony znawca kurzych obyczajów. Głupek jeden. Nie miał się kiedy pchać na ten zasrany świat, tylko akurat teraz.
Początek szóstego miesiąca ciąży jeszcze wyraźniej kolidował jednak z brakiem własnego mieszkania i widmem wiszącej nad światem już na włosku wojny. Wszak ujadanie tego bezczelnego austriackiego szaleńca, z przyklejoną pod nosem szczoteczką do pastowania czarnych butów, było w Europie coraz głośniejsze. Synagogi łódzkie pustoszały w oczach, a zamożni i obrotni Żydzi w pośpiechu ewakuowali się z tego miasta za ocean.
Później poszły pod topór wszystkie matczyne kiecki i buty. Darła je i paliła w piecu z dziką satysfakcją, krasząc sardonicznym uśmieszkiem każdy etap ich utylizacji. Jedne pantofle, całkiem nowe zresztą, to chyba nawet przypadły cioteczce do gustu, bo paradowała w nich przez całe popołudnie niczym modelka na wybiegu.
Oglądała je ze wszystkich stron z wielką uwagą. A trzeba pamiętać, iż w owym czasie takie eleganckie czółenka były ostatnim krzykiem mody i kosztowały wcale niemało. Wieczorem jednak zaskoczyła nas niesamowitą woltą. Bo ni z tego, ni z owego z wielkim impetem szmyrgnęła je do buzującego pieca, aż ogień buchnął wtedy na pokój.
- Niutuś - syknęła pełnym jadu głosem. - Całkowite bezguście. Jak w ogóle można było coś takiego włożyć na nogę? Nie pomyślałam, przecież ona mogła mieć grzybicę, nie uważasz?
Ojciec całą swoją uwagę w tym momencie skupił na wiadomościach ze świata. Siedział w swoim ulubionym bujanym fotelu i przeglądał "Trybunę Szczęśliwego Ludu", najpoczytniejszy dziennik ogólnopolski.
Mnie zaś ta jej podła insynuacja ubodła aż do żywego. Cioteczka z takim niebywałym zacięciem niszczyła bowiem nie tyle matczyną garderobę, co wszelkie ślady jej istnienia w tym domu. Wymazywała ją brutalnie z naszej pamięci. Złapałem się na tym, że od kilku dni obgryzam z nerwów paznokcie aż do krwi.
Nasz tatuś to urodzony kawalarz, człowiek o niespotykanym poczuciu humoru. Nawet po śmierci wyciął swojej żonie perfidny numer. Bo wbrew życzeniu matki przyodział ją na drogę do niebios w najokropniejszą z jej sukien. Z rozmysłem wybrał właśnie tę, której tak nie cierpiała. O czym najlepiej świadczył fakt, że tylko raz jeden w swoim życiu miała ją na sobie. Z autoironią podkreślała, że wygląda w niej "jak stara pudernica". A przecież zeszła z tego świata mając zaledwie trzydzieści osiem lat. Cóż to więc była za starość? Dzisiejsze panny w tym wieku to dopiero zaczynają myśleć poważnie o zamążpójściu. Pamiętam, że kiedyś nawet goszcząca w naszym domu Cyganka wzgardziła tą jej sukienką. I pozostawiła ją na ostatnim stopniu naszych niezwykle stromych schodów.
***
Jeżeli w Kryćkach szczekały wszystkie psy, to zawsze oznaczało tylko jedno: że do tej zapyziałej dziury przytelepał się listonosz. Najpierw Iwiński tłukł się do nas rowerem, poniemieckim, takim z przepuszczającym okropnie łańcuchem. Jego trach! trach! słychać było niemalże na kilometr. Później - motorowerem, popularnym w tym czasie komarem. Po nim miał wuefemkę. A jeszcze później przestał się już w ogóle telepać i po czterdziestu latach pracy w niezwykle trudnych warunkach przeszedł wreszcie na zasłużoną emeryturę. Zdążył w tym czasie całkowicie wyłysieć, dorobić się bolesnych hemoroidów na tyłku i żylaków na nogach oraz chronicznego bronchitu.
Gdy tamtego dnia zobaczyłem go na ścieżce wiodącej do ogródka, to od razu tknęło mnie złe przeczucie. Zobaczywszy w jego ręce telegram, wiedziałem już wszystko. Bo przychodzące do nas telegramy zwiastowały dotychczas jedynie czyjąś śmierć albo jakieś inne tragiczne wydarzenie. Jeszcze żaden mówiący o weselu tutaj nie trafił.
Ojciec kopał akurat przydomowy ogródek, przygotowywał go do przyjęcia nasion warzyw i cebulek kwiatowych. Zgięty w pałąk, podążałem za nim, wybierając z ziemi długie i cienkie jak rosołowy makaron korzenie perzu. Byliśmy tam we trójkę: ja, ojciec i ta, ustawiająca zawsze twarz w stronę słońca, cioteczka. Ojciec pokwitował przesyłkę, zamieniając przy tej okazji z listonoszem kilka zdań o pogodzie.
Kiedy Iwiński się oddalił, ojciec rozerwał palcem kopertę z celofanowym okienkiem, wyjął z środka kartę z naklejonymi nań paskami depeszy i zaczął ją bezgłośnie czytać. Niemalże w tej samej chwili na jego twarzy pojawił się radosny uśmieszek.
- Cóż tam takiego, Niutuś? - spytała go cioteczka, wieszając swoje pulchne ramiona wraz z biustem na zmurszałym płocie. Nawet przez chwilę bała się pozostawić ojca gdziekolwiek samego. Wyjątek stanowiła droga wiodąca do wychodka.
- Bogu niech będą dzięki! - rzekł rozbawiony, wznosząc wymownie swoje niebrzydkie, niebieskie oczy w górę.
Przez chwilę nawet dałem się na tę jego perfidną gierkę nabrać, sądząc, że może wreszcie i do nas trafiła jakaś radosna nowina.
- Nic poważnego, Żuczku - odparł, bagatelizując sprawę i sięgnął do kieszeni spodni po papierosa. - To tylko ta stara jędza raczyła w końcu zamknąć oczy - uspokoił ją, zapalając sporta.
Nie wierzyłem własnym uszom i ostra szpila ukłuła mnie zaraz prosto w serce. Bo ojciec z takim niebywałym "szacunkiem" wyrażał się o śmierci swojej własnej teściowej, a mojej babci. Doskonale wiedząc o tym, że kochałem ją nie mniej niż matkę.
- Chyba nie myślisz tracić czasu i pieniędzy na jej pogrzeb? - zaniepokoiła się cioteczka, patrząc na ojca wystraszonym wzrokiem. - Niutuś, błagam cię, nie każ mi umierać z tęsknoty na tym pustkowiu. Oszaleję, siedząc tutaj sama z tymi bękartami. No powiedz, że mi tego nie zrobisz, prawda? Przyrzeknij, błagam - zażądała od ojca jasnej deklaracji. Przyciśnięty do muru, zaciągnął się z lubością dymem z papierosa i nie zwracając nawet najmniejszej uwagi na wyraz, "bękarty", odparł pospiesznie:
- Słowo ci daję, Żuczku. - Po czym podarł na strzępy telegram i wrzucił go do kompostownika. - Dadzą sobie radę beze mnie. Nigdzie nie pojadę. Nie miałem nawet takiego zamiaru. - Podszedł do cioteczki i pogłaskał ją czule wierzchem dłoni po nadętych policzkach.
Nie mogłem tego już dłużej ścierpieć. Patrzeć na nich też już dłużej nie mogłem ani nie chciałem, tak mi obrzydli. Poryczałem się w głos i wybiegłem z ogródka. Ojciec darł się za mną, nawołując mnie do natychmiastowego powrotu. Miałem go gdzieś.
- Pożałujesz tego, ty s...synu!
Ta pogróżka już do mnie ledwo dotarła. Po raz pierwszy w życiu zignorowałem jego polecenie, nie bacząc na przykre konsekwencje.
Pobiegłem nad rzekę i wypłakałem się tam do woli, prosząc Boga o spokój dla babcinej duszy oraz o to, żeby Grzegorz z Natalką dali sobie jakoś w tych ciężkich chwilach radę. Dopiero po paru godzinach zdołał mnie tam odnaleźć Piotrek. Głodnego jak wilk i trochę przemarzniętego, bo od rzeki ciągle jeszcze wiało chłodem.