Rozdział 1
1
Damira zeszła ze wzgórza tropem krwi. Ziemia była miękka, nasiąknięta od
spodu wodą. Pomiędzy źdźbłami trawy ciekły odbijające promienie słońca
strumyczki. Stopy zapadały się jej na kilka centymetrów w górną warstwę
gleby, zanim napotkały gąbczastą matę sieci korzeniowej.
Krwi za wiele nie widziała, ale trop jej zapachu był wyraźny. Dotknęła
trąbą narządu Jacobsona na podniebieniu, co wyczarowało obraz mamuta,
którego nazywała "Kojon" - jego nieśmiałą, niezdarną sylwetkę,
poszarpane prawe ucho, ponurą włochatą głowę.
Miał jasne bursztynowe oczy, nie ciemnoziemiste jak większość innych.
Piękne oczy, z długimi rzęsami i uczuciowe. Damira przypomniała sobie,
jak dwie letnie pory temu stado go wypędziło. Przez wiele tygodni
ciągnął za nimi, trąbiąc rozpaczliwie, gdy ktokolwiek z nich odwrócił
się, aby na niego popatrzeć, i przeciągając trąbą po zapachowych tropach
matki i rodzeństwa. Nie zauważyli, kiedy wreszcie odwrócił się i poszedł
swoją drogą. Starała się za bardzo nie patrzeć w jego kierunku, to tylko
nasilało ból związany z jego wypędzeniem, z koniecznym oddzielaniem
samców od stada, niezbędnym elementem ich dorastania. Niektóre
odchodziły same, niektóre matrony musiały atakować, popychać, odganiać,
zmuszając do samotnego dorosłego życia.
Następnego lata widziała go z Jenekatem, najstarszym i największym z samców. Jenekat miał potężne ciosy, był wysoki i szeroki w piersi, skórę
miał złotawobrązowej maści. Kojon szedł za większym samcem w pełnej
szacunku odległości, patrząc, jak jego mentor zrywa trawę ze stepu.
Kiedy w oddali przeszły matrony i jego podrośnięci kuzyni, podniósł
trąbę, by wyczuć ich zapach na wietrze.
Ale nie podszedł. Tak jak inni, zrozumiał w końcu właściwy porządek
rzeczy.
Damira usłyszała muchy. Odgłos był cichszy niż na brzegach Ewaso Ng'iro...
***
Słyszała brzęczenie much i czuła smród śmierci w powietrzu. U podnóża
wzgórza zawahała się, przełożyła sztucer z jednego ramienia na drugie.
Ruhiu zatrzymał się obok. Widzieli sępy na niebie. Wiedzieli, co będzie
za tym czerwonym wzgórkiem. Żadne z nich nie miało ochoty oglądać tego
na własne oczy. Lecz odgłosy były chyba gorsze niż ten widok - to
potworne, oznaczające śmierć brzęczenie. Basowy pomruk zniszczenia.
Dotarła do nich gorąca fala smrodu. Ruhiu skrzywił się - widać było, że
mu się cofa - splunął bez wstydu w czerwony piach.
Damira nie dławiła się. Nie mogła sobie na to pozwolić. Jeśli sobie
pozwoli, zwymiotuje.
Parła naprzód, przez grzbiet wzgórza.
Było ich ośmioro. Sześć dorosłych, same samice. Jeden byczek, może sezon
czy dwa od wyrzucenia ze stada. I cielak, miał nie więcej niż kilka dni.
Muchy roiły się nad okaleczonymi pyskami matron i niedojrzałego
samczyka. Trąby były odcięte, ciosy wyłamane, poodcinane stopy.
Omwancha już tu był. Stał z farmerem, który ich znalazł, obaj palili.
Aby odpędzić smród. I żeby mieć coś do roboty, kiedy czekają, i nie
gapić się na rzeź.
- Zastrzelone z powietrza - powiedział Omwancha. - Pewnie dron z demobilu, latający karabin maszynowy, niewykrywalny dla radaru,
wyciszony. Potem przyjechali quadami zebrać ciosy. Jedna z tych
większych akcji. Dobre finansowanie. A swoją drogą dla nas zostawili
pułapkę, ajdika - linka była w trawie zaraz obok tego młodego byczka.
Pocisk do moździerza. To pozdrowienia od nich. Naokoło może być więcej
ajdików. Posprawdzałem, co się dało, ale uważajcie na siebie.
Imię Omwanchy było ironiczne. Znaczyło "ten, co kocha ludzi", ale jeśli
została w nim jakaś miłość dla ludzi, to Damira nigdy jej nie widziała.
Stała na skraju rzezi, patrząc na ostatnią z ofiar.
Różowy cielak leżał, jakby spał, nietknięty przez kłusowników. Samica.
Lecz pozycja zbyt sztywna jak na sen i zbyt blisko rozbrzęczanych trupów
matki i klanu. Trzymała się matki, głodowała przy niej, położyła się,
aby umrzeć, parę dni po przyjściu na świat. Różowe uszka wciąż były
przejrzyste jak liście kapusty.
Poszczególne zabite słonie zatracały się w liczbach - zamordowano ich
dziesiątki tysięcy, łowcy kości słoniowej rzezali je bez litości, póki
nie wyginęły na wolności. Lecz każdy taki pojedynczy akt przypominał, że
już zabicie jednego słonia jest czymś ogromnym, ogromnym jak sam słoń.
Aktem ogromnego ludzkiego okrucieństwa.
Ale kiedy Damira później wspominała te lata walki nad Ewaso Ng'iro, nie
myślała o liczbach. Ani o okaleczonych dorosłych i młodocianych
osobnikach. Najbardziej w głowie utkwił jej ten różowy noworodek, który
został z matką do końca.
Słoniowe cielątko stało się dla niej symbolem całej przegranej wojny z kłusownikami - i wspierającym ich systemem. Za każdym razem, gdy szukała
powodu, by walczyć dalej, miała to cielątko, na zawołanie widoczne pod
powiekami.
I nie poddała się. Nikt z nich się nie poddał. Ani ona, ani nikt ze
strażników parku narodowego, którzy walczyli z kłusownikami.
Omwancha popatrzył w niebo, które już robiło się białoniebieskie od
podnoszącej się w upale mgiełki.
- Przyjdzie nasz dzień i wtedy trupy kłusowników, którzy to zrobili,
będą leżały nad brzegami Ewaso Ng'iro i oblezą je muchy.
- Tak - powiedział Ruhiu. - Przyjdzie nasz dzień.
- Przyjdzie nasz dzień - powtórzyła Damira. Lecz jej głos był zbyt
słaby, żeby usłyszeć go przez bzyczenie much.
Niecały rok później Omwancha już nie żył, zabity przez snajpera w ich
głównym obozie, razem z trzema innymi strażnikami.
Dwa lata później Ruhiu zginął za kierownicą swojego range rovera, zabity
miną pułapką z pocisku artyleryjskiego na jednej z gruntowych dróg w parku narodowym.
A rok później zamordowano Damirę.
***
Trop krwi zakręcał wokół kurhanu i prowadził w niewielkie zagłębienie
obramowane roztopowymi strumykami. Jenekat i Kojon leżeli jeden przy
drugim, niecałe piętnaście metrów od siebie. Muchy unosiły się wirami i potem znów osiadały w miejscu, gdzie kiedyś oba mamuty miały głowy.
Zabrano im tylko ciosy, lecz cięcia były pośpieszne, rozrąbano im
czaszki, by wydobyć kość słoniową do ostatniego milimetra. Ze smutnej
twarzy Kojona, z władczej głowy Jenekata nie zostało zupełnie nic - jego
ciosy zrobiły się jeszcze grubsze u podstawy, kiedy wkraczał w średni
wiek jako jeden z pierwszych urodzonych na wolności odtworzonych
mamutów.
W miękkiej ziemi widać było odciski butów. Żadnych śladów opon, jedynie
ślady dziwnych jakby kopytek w miejscach, gdzie trawa była rzadsza. I oczywiście porozrzucane po stepie mosiężne łuski. Wszystko było świeże;
to stało się dziś. Zwłoki nawet nie zaczęły się rozkładać.
Kiedy wróciła do klanu, reszta ją obwąchała, przesuwając trąbami po
przesycającym jej skórę zapachu śmierci, obchodząc ją powoli i przytykając zapach śmierci do swoich podniebień. Młode przywarły bliżej
do matek, poszturchując je w boki i chwytając trąbami za ich włochatą
skórę.
Kara, matka Kojona, stała, kołysząc się, z zamkniętymi oczyma. Reszta
gładziła ją trąbami i pocieszała basowymi pomrukami.
Lecz Damira nie czuła smutku. Nic a nic. Nie miała na niego miejsca. Jej
myśli zajmował jedynie patrzący w niebo Omwancha.
"Przyjdzie nasz dzień i wtedy trupy kłusowników, którzy to zrobili, będą
leżały nad brzegami Ewaso Ng'iro."
Wściekłe trąbienie Damiry wyrwało pozostałych z żałoby. Zaraz jednak
emocje udzieliły się i im, chodziły tam i z powrotem, falowały uszami,
szarżowały na niby, jakby kłusownicy wciąż tu byli.
Rozdział 2
2
- Moja matka była Nienką. Dawno temu, jak jeszcze była mała, jej rodzina
przepędzała swoje renifery z jednego pastwiska na drugie. Kiedy
przechodzili przez rzekę, dziadek zobaczył coś dziwnego w błocie przy
brzegu. Coś jakby wielki kłąb włosów, z wystającymi z niego ogromnymi
wygiętymi rogami. Przyjrzał mu się bliżej, a potem zabronił całej
rodzinie zbliżać się do tego. Lecz wszyscy, przechodząc, wstrzymywali
renifery i się gapili. Matka mówiła, że po jednej stronie czaszki było
widać zęby, a te rogi rosły nie na czubku głowy, ale z przodu pyska. To
był mamut, odsłonięty przez wiosenną odwilż, kiedy woda z roztopów
podmyła brzegi rzeki. Tamtego wieczoru, później, kiedy rozbili obóz,
babcia zapytała dziadka, czemu nie pozwolił nikomu tego dotykać ani
choćby się zbliżać. Powiedział jej, że to jest sługa Ngi, pana
mroźnego podziemnego świata. Próbował uciec przez dziurę prowadzącą do
środkowego świata, tego, w którym żyjemy my, i uwiązł pomiędzy światami.
Dotknąć go czy nawet zbliżyć się oznacza nieszczęście - na rodzinę
spadłaby klątwa. Powiedział, że wielu Nieńców, co zakłócali spokój
podziemnym istotom, zmarło na ciężkie choroby lub oszalało. Że ginęły
tak całe wioski.
- A mówiła coś o wymiarach tych kłów? - zapytał Dmitri. - Ja tam się
założę, że ktoś się nieźle dorobił na tym "podziemnym potworze" i jeśli
nawet zwariował, to w bani w Moskwie, otoczony pięknymi blondynkami.
Mechanik, który to opowiadał, imieniem Miusena, pokręcił tylko głową i wrócił do miski ryżu z rybą.
Dmitri szturchnął Swiatosława.
- W zeszłym roku dotykaliśmy całej kupy potworów z podziemnego świata,
nie, synu? I jakoś nikt nie zwariował.
Swiatosław przypomniał sobie ekspedycję z ojcem z zeszłego roku, kiedy
szukali ciosów mamuta w topniejącej zmarzlinie wzdłuż błotnistej,
lodowatej rzeki. Wspomniał rany wydarte w ziemi przez węże z wodą
poszukiwaczy, ludzi w gumowych woderach wpełzających do ziejących jam,
wyłupujących z lodu odłamki kości, zębów, czaszek.
Żadnych ciosów nie znaleźli, ale w którymś momencie strop jamy, z topniejącego lodu, zawalił się. Jednego człowieka pogrzebało w tym syfie
na zawsze. Po wszystkim do reszty dotarło, że kojarzą tylko jego imię.
Nikt nawet nie pamiętał, co mówił, skąd był. Nie wiedzieli, komu
powiedzieć o jego śmierci.
Cała wyprawa była rozmazanym pijackim pasmem chaosu. W drodze z powrotem, z prądem, jedna z łodzi nabrała wody i zatonęła. Ekipa, cały
czas kłócąc się i wrzeszcząc, musiała pomieścić się w ścisku na drugiej
łodzi, która płynęła z trudem, niebezpiecznie nabierając wody, podczas
gdy mężczyźni podawali sobie flaszkę.
A pochwalić się mogli tylko jedną kompletną czaszką prażubra, którą
wyczyścili i zamontowali na dziobie łodzi.
Później, kiedy mężczyźni upili się w jakiejś zapadłej mieścinie, a Swiatosław leżał w pokoju hotelowym, nakrywając głowę poduszką, żeby stłumić
odgłosy tego, co działo się na korytarzu i w sąsiednich pokojach, ktoś
tę czaszkę ukradł. Nie została im żadna zdobycz.
- Twój dziadek chyba miał rację - powiedział do Miuseny. - Istoty z podziemi są przeklęte i ludziom zakłócającym im spokój przydarzają się
straszne rzeczy.
Miusena uniósł na niego wzrok. Swiatosław nie wiedział, czy patrzył z wdzięcznością, podejrzliwością, czy niechęcią. Wszyscy w namiocie byli
już pijani - w świetle bezbarwnej LED owej lampki ich twarze były
nieczytelne.
Tylko Swiatosław był trzeźwy. Nigdy nie pił. Patrzono na niego nieufnie,
wręcz ze strachem. Alkohol był jedyną rzeczą, do której ojciec go nie
popychał. Przez cały ten czas ani razu nie postawił przed nim szklanki.
- No to wypijmy za klątwy! - powiedział Dmitri.
Reszty Swiatosław nie słyszał. Narzucił na ramiona koc z plastipuchu i wyszedł z namiotu.
Muły drony stały jakieś trzydzieści metrów stąd. Kikutowate głowy miały
pochylone, w całkowitym bezruchu. Swiatosław nie mógł się do nich
przyzwyczaić. Za każdym razem, kiedy podchodził, spodziewał się, że
przestąpią z nogi na nogę czy machną ogonem, jak prawdziwe muły. One
jednak w ogóle ich nie przypominały. A kiedy były włączone, ruchami
przywodziły na myśl raczej pająki niż muły.
Należały do Miuseny - tylko dlatego był członkiem wyprawy. Kiedy Dmitri
i jego koledzy planowali polowanie, z początku myśleli, by jak zawsze
użyć quadów. Były jednak głośne i łatwe do śledzenia. Znaleźli więc
Miusenę, mulnika mechanika, i przekonali go, by pojechał z nimi. Quady
zostawili poza granicami rezerwatu, schowane w kępie modrzewi, przykryte
gałęziami i igliwiem, razem ze swoimi terminalami, wyłączonymi i schowanymi do torby Faradaya.
Muły były prawie bezgłośne, w terenie praktycznie tak samo ciche jak te
żywe.
Lecz poza nimi z ciszą było słabo. Słuchając dobiegających z namiotu
pijackich rechotów, Swiatosław zastanawiał się, jak daleko się niosą.
Rezerwat był ogromny, na końcu świata i nikt, kogo znali, wcześniej w nim nie kłusował. Swiatosław patrzył jednak w niebo i w każdej chwili
spodziewał się usłyszeć wśród rozgwieżdżonego mroku bzyczenie
patrolowego drona. Przecież ktoś musiał pilnować czegoś tak cennego jak
te mamuty. Będą pułapki z kamerami - i gorsze rzeczy.
Ale na razie nie ma. Może jednak uda się uciec. Może się wydostaną. Trzy
dni drogi do granicy rezerwatu. Do quadów. Potem dwa kolejne, jeśli
pogoda się utrzyma, do miejsca, gdzie za opuszczoną myśliwską chatą
czeka poobijany stary gazik. Załadować ciosy, sprzedać je agentowi -
suma, o której gadano, była nie do uwierzenia. Rynek był nienasycony.
Nikt dotąd nie oferował ciosów wskrzeszonego po wymarciu mamuta. Ale
chętni kupcy już czekali.
I proponowali jakieś kwoty z krainy fantazji. Wystarczające, by - gdyby
się udało - nikt już nigdy nie musiał nic robić. Wystarczające, by
urządzić się do końca życia. W Moskwie, pewnie - albo i dalej, w miejscach z marzeń. Londyn. Nowy Jork. Teoretyczne miasta, z których
nikt nigdy nie wraca. Które równie dobrze mogłyby być na innych
planetach.
Wydawało się niemożliwe, żeby to wszystko przeżyć. Wydostać się stąd.
Zostawić to życie za sobą. Ten smród namiotów kłusowników, umorusane
twarze pijanych mężczyzn, zmiażdżone kończyny, utonięcia, przypadkowe
postrzały.
Swiatosław miał szesnaście lat i od dawna nie znał niczego innego. Przed
śmiercią matki nic takiego w jego życiu nie istniało. Były tylko ponure
bloczyska w mieście - ciemne klatki schodowe zasypane złuszczoną farbą i śmieciami, kwiaty z mrozu na szybach jego pokoju, pordzewiałe huśtawki
na placu zabaw. A potem - matka w szpitalu, chuda, jakby wycofywała się
w głąb własnego szkieletu, jakby kości oddychały i żywiły się jej
ciałem.
Wtedy ojciec był w jego życiu rzadkim gościem - wpadał głośny, chaotyczny, w towarzystwie innych mężczyzn i trupów zwierząt. Planował nowe
polowania i oliwił strzelbę. Nie rodzic. Mit. Coś wyczekiwanego,
niespodziewane spotkanie - i rozstanie.
Kiedy zmarła matka, miał trzynaście lat. Gdy wylądowała w dole wyrąbanym
w zamarzniętej ziemi, zaczął polować razem z ojcem. Bo nie miał dokąd
pójść.
O ojcu mówili, że to najlepszy myśliwy w promieniu tysiąca kilometrów,
Swiatosław widział jednak tylko chaos, brud, zniszczenie. Polowanie nie
wyglądało mu na jakąś szczególną umiejętność - bierzesz broń, idziesz do
lasu, czekasz. A potem zabijasz coś, co nie dysponuje żadnym z tych
twoich narzędzi.
Oczekiwanie było proste - kierunek wiatru, maskowanie, ukrycia. Szło się
tego nauczyć w jeden sezon. Prawdziwą przewagą była broń, a umiejętność
obchodzenia się z nią nie była żadnym powodem do dumy. Każdy debil umiał
obsługiwać broń. I większość obsługujących ją ludzi była debilami.
Swiatosław umiał to od zawsze. We wczesnym dzieciństwie, kiedy ojciec
pojawiał się z rzadka, było aż nadto czasu, by się tego nauczyć, pykając
do puszek z małego sztucerka, na którym i ojciec się wcześniej uczył.
Strzelanie wchodziło w mięśnie, strzelać było tak łatwo jak chodzić.
Najtrudniejsze dla myśliwych było zachowanie trzeźwości. Zachować
czujność, trzymać się razem w bezkresnej tajdze, wśród rojów komarów,
wsysających buty mokradeł, podczas brutalnego mordowania zwierząt. Pójść
normalnie spać, nie siedzieć po pijaku do późna, a potem nie zataczać
się w otępieniu przez resztę polowania. I to przez picie wyprawy
kończyły się katastrofą, obrażeniami, śmiercią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki