Ciosy zagłady - Ray Nayler

Kup ebooka

34.99 zł
29.48 zł (29,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Damira zeszła ze wzgó­rza tro­pem krwi. Zie­mia była miękka, nasiąk­nięta od spodu wodą. Pomię­dzy źdźbłami trawy cie­kły odbi­ja­jące pro­mie­nie słońca stru­myczki. Stopy zapa­dały się jej na kilka cen­ty­me­trów w górną war­stwę gleby, zanim napo­tkały gąb­cza­stą matę sieci korze­nio­wej.

Krwi za wiele nie widziała, ale trop jej zapa­chu był wyraźny. Dotknęła trąbą narządu Jacob­sona na pod­nie­bie­niu, co wycza­ro­wało obraz mamuta, któ­rego nazy­wała "Kojon" - jego nie­śmiałą, nie­zdarną syl­wetkę, poszar­pane prawe ucho, ponurą wło­chatą głowę.

Miał jasne bursz­ty­nowe oczy, nie ciem­no­zie­mi­ste jak więk­szość innych. Piękne oczy, z dłu­gimi rzę­sami i uczu­ciowe. Damira przy­po­mniała sobie, jak dwie let­nie pory temu stado go wypę­dziło. Przez wiele tygo­dni cią­gnął za nimi, trą­biąc roz­pacz­li­wie, gdy kto­kol­wiek z nich odwró­cił się, aby na niego popa­trzeć, i prze­cią­ga­jąc trąbą po zapa­cho­wych tro­pach matki i rodzeń­stwa. Nie zauwa­żyli, kiedy wresz­cie odwró­cił się i poszedł swoją drogą. Sta­rała się za bar­dzo nie patrzeć w jego kie­runku, to tylko nasi­lało ból zwią­zany z jego wypę­dze­niem, z koniecz­nym oddzie­la­niem sam­ców od stada, nie­zbęd­nym ele­men­tem ich dora­sta­nia. Nie­które odcho­dziły same, nie­które matrony musiały ata­ko­wać, popy­chać, odga­niać, zmu­sza­jąc do samot­nego doro­słego życia.

Następ­nego lata widziała go z Jene­ka­tem, naj­star­szym i naj­więk­szym z sam­ców. Jene­kat miał potężne ciosy, był wysoki i sze­roki w piersi, skórę miał zło­ta­wo­brą­zo­wej maści. Kojon szedł za więk­szym sam­cem w peł­nej sza­cunku odle­gło­ści, patrząc, jak jego men­tor zrywa trawę ze stepu. Kiedy w oddali prze­szły matrony i jego pod­ro­śnięci kuzyni, pod­niósł trąbę, by wyczuć ich zapach na wie­trze.

Ale nie pod­szedł. Tak jak inni, zro­zu­miał w końcu wła­ściwy porzą­dek rze­czy.

Damira usły­szała muchy. Odgłos był cich­szy niż na brze­gach Ewaso Ng'iro...

***

Sły­szała brzę­cze­nie much i czuła smród śmierci w powie­trzu. U pod­nóża wzgó­rza zawa­hała się, prze­ło­żyła sztu­cer z jed­nego ramie­nia na dru­gie. Ruhiu zatrzy­mał się obok. Widzieli sępy na nie­bie. Wie­dzieli, co będzie za tym czer­wo­nym wzgór­kiem. Żadne z nich nie miało ochoty oglą­dać tego na wła­sne oczy. Lecz odgłosy były chyba gor­sze niż ten widok - to potworne, ozna­cza­jące śmierć brzę­cze­nie. Basowy pomruk znisz­cze­nia. Dotarła do nich gorąca fala smrodu. Ruhiu skrzy­wił się - widać było, że mu się cofa - splu­nął bez wstydu w czer­wony piach.

Damira nie dła­wiła się. Nie mogła sobie na to pozwo­lić. Jeśli sobie pozwoli, zwy­mio­tuje.

Parła naprzód, przez grzbiet wzgó­rza.

Było ich ośmioro. Sześć doro­słych, same samice. Jeden byczek, może sezon czy dwa od wyrzu­ce­nia ze stada. I cie­lak, miał nie wię­cej niż kilka dni.

Muchy roiły się nad oka­le­czo­nymi pyskami matron i nie­doj­rza­łego sam­czyka. Trąby były odcięte, ciosy wyła­mane, pood­ci­nane stopy.

Omwan­cha już tu był. Stał z far­me­rem, który ich zna­lazł, obaj palili. Aby odpę­dzić smród. I żeby mieć coś do roboty, kiedy cze­kają, i nie gapić się na rzeź.

- Zastrze­lone z powie­trza - powie­dział Omwan­cha. - Pew­nie dron z demo­bilu, lata­jący kara­bin maszy­nowy, nie­wy­kry­walny dla radaru, wyci­szony. Potem przy­je­chali quadami zebrać ciosy. Jedna z tych więk­szych akcji. Dobre finan­so­wa­nie. A swoją drogą dla nas zosta­wili pułapkę, ajdika - linka była w tra­wie zaraz obok tego mło­dego byczka. Pocisk do moź­dzie­rza. To pozdro­wie­nia od nich. Naokoło może być wię­cej ajdi­ków. Pospraw­dza­łem, co się dało, ale uwa­żaj­cie na sie­bie.

Imię Omwan­chy było iro­niczne. Zna­czyło "ten, co kocha ludzi", ale jeśli została w nim jakaś miłość dla ludzi, to Damira ni­gdy jej nie widziała.

Stała na skraju rzezi, patrząc na ostat­nią z ofiar.

Różowy cie­lak leżał, jakby spał, nie­tknięty przez kłu­sow­ni­ków. Samica. Lecz pozy­cja zbyt sztywna jak na sen i zbyt bli­sko roz­brzę­cza­nych tru­pów matki i klanu. Trzy­mała się matki, gło­do­wała przy niej, poło­żyła się, aby umrzeć, parę dni po przyj­ściu na świat. Różowe uszka wciąż były przej­rzy­ste jak liście kapu­sty.

Poszcze­gólne zabite sło­nie zatra­cały się w licz­bach - zamor­do­wano ich dzie­siątki tysięcy, łowcy kości sło­nio­wej rze­zali je bez lito­ści, póki nie wygi­nęły na wol­no­ści. Lecz każdy taki poje­dyn­czy akt przy­po­mi­nał, że już zabi­cie jed­nego sło­nia jest czymś ogrom­nym, ogrom­nym jak sam słoń. Aktem ogrom­nego ludz­kiego okru­cień­stwa.

Ale kiedy Damira póź­niej wspo­mi­nała te lata walki nad Ewaso Ng'iro, nie myślała o licz­bach. Ani o oka­le­czo­nych doro­słych i mło­do­cia­nych osob­ni­kach. Naj­bar­dziej w gło­wie utkwił jej ten różowy nowo­ro­dek, który został z matką do końca.

Sło­niowe cie­lątko stało się dla niej sym­bo­lem całej prze­gra­nej wojny z kłu­sow­ni­kami - i wspie­ra­ją­cym ich sys­te­mem. Za każ­dym razem, gdy szu­kała powodu, by wal­czyć dalej, miała to cie­lątko, na zawo­ła­nie widoczne pod powie­kami.

I nie pod­dała się. Nikt z nich się nie pod­dał. Ani ona, ani nikt ze straż­ni­ków parku naro­do­wego, któ­rzy wal­czyli z kłu­sow­ni­kami.

Omwan­cha popa­trzył w niebo, które już robiło się bia­ło­nie­bie­skie od pod­no­szą­cej się w upale mgiełki.

- Przyj­dzie nasz dzień i wtedy trupy kłu­sow­ni­ków, któ­rzy to zro­bili, będą leżały nad brze­gami Ewaso Ng'iro i oblezą je muchy.

- Tak - powie­dział Ruhiu. - Przyj­dzie nasz dzień.

- Przyj­dzie nasz dzień - powtó­rzyła Damira. Lecz jej głos był zbyt słaby, żeby usły­szeć go przez bzy­cze­nie much.

Nie­cały rok póź­niej Omwan­cha już nie żył, zabity przez snaj­pera w ich głów­nym obo­zie, razem z trzema innymi straż­ni­kami.

Dwa lata póź­niej Ruhiu zgi­nął za kie­row­nicą swo­jego range rovera, zabity miną pułapką z poci­sku arty­le­ryj­skiego na jed­nej z grun­to­wych dróg w parku naro­do­wym.

A rok póź­niej zamor­do­wano Damirę.

***

Trop krwi zakrę­cał wokół kur­hanu i pro­wa­dził w nie­wiel­kie zagłę­bie­nie obra­mo­wane roz­to­po­wymi stru­my­kami. Jene­kat i Kojon leżeli jeden przy dru­gim, nie­całe pięt­na­ście metrów od sie­bie. Muchy uno­siły się wirami i potem znów osia­dały w miej­scu, gdzie kie­dyś oba mamuty miały głowy. Zabrano im tylko ciosy, lecz cię­cia były pośpieszne, roz­rą­bano im czaszki, by wydo­być kość sło­niową do ostat­niego mili­me­tra. Ze smut­nej twa­rzy Kojona, z wład­czej głowy Jene­kata nie zostało zupeł­nie nic - jego ciosy zro­biły się jesz­cze grub­sze u pod­stawy, kiedy wkra­czał w średni wiek jako jeden z pierw­szych uro­dzo­nych na wol­no­ści odtwo­rzo­nych mamu­tów.

W mięk­kiej ziemi widać było odci­ski butów. Żad­nych śla­dów opon, jedy­nie ślady dziw­nych jakby kopy­tek w miej­scach, gdzie trawa była rzad­sza. I oczy­wi­ście poroz­rzu­cane po ste­pie mosiężne łuski. Wszystko było świeże; to stało się dziś. Zwłoki nawet nie zaczęły się roz­kła­dać.

Kiedy wró­ciła do klanu, reszta ją obwą­chała, prze­su­wa­jąc trą­bami po prze­sy­ca­ją­cym jej skórę zapa­chu śmierci, obcho­dząc ją powoli i przy­ty­ka­jąc zapach śmierci do swo­ich pod­nie­bień. Młode przy­warły bli­żej do matek, posztur­chu­jąc je w boki i chwy­ta­jąc trą­bami za ich wło­chatą skórę.

Kara, matka Kojona, stała, koły­sząc się, z zamknię­tymi oczyma. Reszta gła­dziła ją trą­bami i pocie­szała baso­wymi pomru­kami.

Lecz Damira nie czuła smutku. Nic a nic. Nie miała na niego miej­sca. Jej myśli zaj­mo­wał jedy­nie patrzący w niebo Omwan­cha.

"Przyj­dzie nasz dzień i wtedy trupy kłu­sow­ni­ków, któ­rzy to zro­bili, będą leżały nad brze­gami Ewaso Ng'iro."

Wście­kłe trą­bie­nie Damiry wyrwało pozo­sta­łych z żałoby. Zaraz jed­nak emo­cje udzie­liły się i im, cho­dziły tam i z powro­tem, falo­wały uszami, szar­żo­wały na niby, jakby kłu­sow­nicy wciąż tu byli.

Rozdział 2

2

- Moja matka była Nienką. Dawno temu, jak jesz­cze była mała, jej rodzina prze­pę­dzała swoje reni­fery z jed­nego pastwi­ska na dru­gie. Kiedy prze­cho­dzili przez rzekę, dzia­dek zoba­czył coś dziw­nego w bło­cie przy brzegu. Coś jakby wielki kłąb wło­sów, z wysta­ją­cymi z niego ogrom­nymi wygię­tymi rogami. Przyj­rzał mu się bli­żej, a potem zabro­nił całej rodzi­nie zbli­żać się do tego. Lecz wszy­scy, prze­cho­dząc, wstrzy­my­wali reni­fery i się gapili. Matka mówiła, że po jed­nej stro­nie czaszki było widać zęby, a te rogi rosły nie na czubku głowy, ale z przodu pyska. To był mamut, odsło­nięty przez wio­senną odwilż, kiedy woda z roz­to­pów pod­myła brzegi rzeki. Tam­tego wie­czoru, póź­niej, kiedy roz­bili obóz, bab­cia zapy­tała dziadka, czemu nie pozwo­lił nikomu tego doty­kać ani choćby się zbli­żać. Powie­dział jej, że to jest sługa Ngi, pana mroź­nego pod­ziem­nego świata. Pró­bo­wał uciec przez dziurę pro­wa­dzącą do środ­ko­wego świata, tego, w któ­rym żyjemy my, i uwiązł pomię­dzy świa­tami. Dotknąć go czy nawet zbli­żyć się ozna­cza nie­szczę­ście - na rodzinę spa­dłaby klą­twa. Powie­dział, że wielu Nień­ców, co zakłó­cali spo­kój pod­ziem­nym isto­tom, zmarło na cięż­kie cho­roby lub osza­lało. Że ginęły tak całe wio­ski.

- A mówiła coś o wymia­rach tych kłów? - zapy­tał Dmi­tri. - Ja tam się założę, że ktoś się nie­źle doro­bił na tym "pod­ziem­nym potwo­rze" i jeśli nawet zwa­rio­wał, to w bani w Moskwie, oto­czony pięk­nymi blon­dyn­kami.

Mecha­nik, który to opo­wia­dał, imie­niem Miu­sena, pokrę­cił tylko głową i wró­cił do miski ryżu z rybą.

Dmi­tri szturch­nął Swia­to­sława.

- W zeszłym roku doty­ka­li­śmy całej kupy potwo­rów z pod­ziem­nego świata, nie, synu? I jakoś nikt nie zwa­rio­wał.

Swia­to­sław przy­po­mniał sobie eks­pe­dy­cję z ojcem z zeszłego roku, kiedy szu­kali cio­sów mamuta w top­nie­ją­cej zmar­z­li­nie wzdłuż błot­ni­stej, lodo­wa­tej rzeki. Wspo­mniał rany wydarte w ziemi przez węże z wodą poszu­ki­wa­czy, ludzi w gumo­wych wode­rach wpeł­za­ją­cych do zie­ją­cych jam, wyłu­pu­ją­cych z lodu odłamki kości, zębów, cza­szek.

Żad­nych cio­sów nie zna­leźli, ale w któ­rymś momen­cie strop jamy, z top­nie­ją­cego lodu, zawa­lił się. Jed­nego czło­wieka pogrze­bało w tym syfie na zawsze. Po wszyst­kim do reszty dotarło, że koja­rzą tylko jego imię. Nikt nawet nie pamię­tał, co mówił, skąd był. Nie wie­dzieli, komu powie­dzieć o jego śmierci.

Cała wyprawa była roz­ma­za­nym pijac­kim pasmem cha­osu. W dro­dze z powro­tem, z prą­dem, jedna z łodzi nabrała wody i zato­nęła. Ekipa, cały czas kłó­cąc się i wrzesz­cząc, musiała pomie­ścić się w ści­sku na dru­giej łodzi, która pły­nęła z tru­dem, nie­bez­piecz­nie nabie­ra­jąc wody, pod­czas gdy męż­czyźni poda­wali sobie flaszkę.

A pochwa­lić się mogli tylko jedną kom­pletną czaszką pra­żu­bra, którą wyczy­ścili i zamon­to­wali na dzio­bie łodzi.

Póź­niej, kiedy męż­czyźni upili się w jakiejś zapa­dłej mie­ści­nie, a Swia­to­sław leżał w pokoju hote­lo­wym, nakry­wa­jąc głowę poduszką, żeby stłu­mić odgłosy tego, co działo się na kory­ta­rzu i w sąsied­nich poko­jach, ktoś tę czaszkę ukradł. Nie została im żadna zdo­bycz.

- Twój dzia­dek chyba miał rację - powie­dział do Miu­seny. - Istoty z pod­ziemi są prze­klęte i ludziom zakłó­ca­ją­cym im spo­kój przy­da­rzają się straszne rze­czy.

Miu­sena uniósł na niego wzrok. Swia­to­sław nie wie­dział, czy patrzył z wdzięcz­no­ścią, podejrz­li­wo­ścią, czy nie­chę­cią. Wszy­scy w namio­cie byli już pijani - w świe­tle bez­barw­nej LED owej lampki ich twa­rze były nie­czy­telne.

Tylko Swia­to­sław był trzeźwy. Ni­gdy nie pił. Patrzono na niego nie­uf­nie, wręcz ze stra­chem. Alko­hol był jedyną rze­czą, do któ­rej ojciec go nie popy­chał. Przez cały ten czas ani razu nie posta­wił przed nim szklanki.

- No to wypijmy za klą­twy! - powie­dział Dmi­tri.

Reszty Swia­to­sław nie sły­szał. Narzu­cił na ramiona koc z pla­sti­pu­chu i wyszedł z namiotu.

Muły drony stały jakieś trzy­dzie­ści metrów stąd. Kiku­to­wate głowy miały pochy­lone, w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu. Swia­to­sław nie mógł się do nich przy­zwy­czaić. Za każ­dym razem, kiedy pod­cho­dził, spo­dzie­wał się, że prze­stą­pią z nogi na nogę czy machną ogo­nem, jak praw­dziwe muły. One jed­nak w ogóle ich nie przy­po­mi­nały. A kiedy były włą­czone, ruchami przy­wo­dziły na myśl raczej pająki niż muły.

Nale­żały do Miu­seny - tylko dla­tego był człon­kiem wyprawy. Kiedy Dmi­tri i jego kole­dzy pla­no­wali polo­wa­nie, z początku myśleli, by jak zawsze użyć quadów. Były jed­nak gło­śne i łatwe do śle­dze­nia. Zna­leźli więc Miu­senę, mul­nika mecha­nika, i prze­ko­nali go, by poje­chał z nimi. Quady zosta­wili poza gra­ni­cami rezer­watu, scho­wane w kępie modrzewi, przy­kryte gałę­ziami i igli­wiem, razem ze swo­imi ter­mi­na­lami, wyłą­czo­nymi i scho­wa­nymi do torby Fara­daya.

Muły były pra­wie bez­gło­śne, w tere­nie prak­tycz­nie tak samo ciche jak te żywe.

Lecz poza nimi z ciszą było słabo. Słu­cha­jąc dobie­ga­ją­cych z namiotu pijac­kich recho­tów, Swia­to­sław zasta­na­wiał się, jak daleko się niosą. Rezer­wat był ogromny, na końcu świata i nikt, kogo znali, wcze­śniej w nim nie kłu­so­wał. Swia­to­sław patrzył jed­nak w niebo i w każ­dej chwili spo­dzie­wał się usły­szeć wśród roz­gwież­dżo­nego mroku bzy­cze­nie patro­lo­wego drona. Prze­cież ktoś musiał pil­no­wać cze­goś tak cen­nego jak te mamuty. Będą pułapki z kame­rami - i gor­sze rze­czy.

Ale na razie nie ma. Może jed­nak uda się uciec. Może się wydo­staną. Trzy dni drogi do gra­nicy rezer­watu. Do quadów. Potem dwa kolejne, jeśli pogoda się utrzyma, do miej­sca, gdzie za opusz­czoną myśliw­ską chatą czeka poobi­jany stary gazik. Zała­do­wać ciosy, sprze­dać je agen­towi - suma, o któ­rej gadano, była nie do uwie­rze­nia. Rynek był nie­na­sy­cony. Nikt dotąd nie ofe­ro­wał cio­sów wskrze­szo­nego po wymar­ciu mamuta. Ale chętni kupcy już cze­kali.

I pro­po­no­wali jakieś kwoty z kra­iny fan­ta­zji. Wystar­cza­jące, by - gdyby się udało - nikt już ni­gdy nie musiał nic robić. Wystar­cza­jące, by urzą­dzić się do końca życia. W Moskwie, pew­nie - albo i dalej, w miej­scach z marzeń. Lon­dyn. Nowy Jork. Teo­re­tyczne mia­sta, z któ­rych nikt ni­gdy nie wraca. Które rów­nie dobrze mogłyby być na innych pla­ne­tach.

Wyda­wało się nie­moż­liwe, żeby to wszystko prze­żyć. Wydo­stać się stąd. Zosta­wić to życie za sobą. Ten smród namio­tów kłu­sow­ni­ków, umo­ru­sane twa­rze pija­nych męż­czyzn, zmiaż­dżone koń­czyny, uto­nię­cia, przy­pad­kowe postrzały.

Swia­to­sław miał szes­na­ście lat i od dawna nie znał niczego innego. Przed śmier­cią matki nic takiego w jego życiu nie ist­niało. Były tylko ponure blo­czy­ska w mie­ście - ciemne klatki scho­dowe zasy­pane złusz­czoną farbą i śmie­ciami, kwiaty z mrozu na szy­bach jego pokoju, pordze­wiałe huś­tawki na placu zabaw. A potem - matka w szpi­talu, chuda, jakby wyco­fy­wała się w głąb wła­snego szkie­letu, jakby kości oddy­chały i żywiły się jej cia­łem.

Wtedy ojciec był w jego życiu rzad­kim gościem - wpa­dał gło­śny, cha­otyczny, w towa­rzy­stwie innych męż­czyzn i tru­pów zwie­rząt. Pla­no­wał nowe polo­wa­nia i oli­wił strzelbę. Nie rodzic. Mit. Coś wycze­ki­wa­nego, nie­spo­dzie­wane spo­tka­nie - i roz­sta­nie.

Kiedy zmarła matka, miał trzy­na­ście lat. Gdy wylą­do­wała w dole wyrą­ba­nym w zamar­z­nię­tej ziemi, zaczął polo­wać razem z ojcem. Bo nie miał dokąd pójść.

O ojcu mówili, że to naj­lep­szy myśliwy w pro­mie­niu tysiąca kilo­me­trów, Swia­to­sław widział jed­nak tylko chaos, brud, znisz­cze­nie. Polo­wa­nie nie wyglą­dało mu na jakąś szcze­gólną umie­jęt­ność - bie­rzesz broń, idziesz do lasu, cze­kasz. A potem zabi­jasz coś, co nie dys­po­nuje żad­nym z tych two­ich narzę­dzi.

Ocze­ki­wa­nie było pro­ste - kie­ru­nek wia­tru, masko­wa­nie, ukry­cia. Szło się tego nauczyć w jeden sezon. Praw­dziwą prze­wagą była broń, a umie­jęt­ność obcho­dze­nia się z nią nie była żad­nym powo­dem do dumy. Każdy debil umiał obsłu­gi­wać broń. I więk­szość obsłu­gu­ją­cych ją ludzi była debi­lami. Swia­to­sław umiał to od zawsze. We wcze­snym dzie­ciń­stwie, kiedy ojciec poja­wiał się z rzadka, było aż nadto czasu, by się tego nauczyć, pyka­jąc do puszek z małego sztu­cerka, na któ­rym i ojciec się wcze­śniej uczył. Strze­la­nie wcho­dziło w mię­śnie, strze­lać było tak łatwo jak cho­dzić.

Naj­trud­niej­sze dla myśli­wych było zacho­wa­nie trzeź­wo­ści. Zacho­wać czuj­ność, trzy­mać się razem w bez­kre­snej taj­dze, wśród rojów koma­rów, wsy­sa­ją­cych buty mokra­deł, pod­czas bru­tal­nego mor­do­wa­nia zwie­rząt. Pójść nor­mal­nie spać, nie sie­dzieć po pijaku do późna, a potem nie zata­czać się w otę­pie­niu przez resztę polo­wa­nia. I to przez picie wyprawy koń­czyły się kata­strofą, obra­że­niami, śmier­cią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki