Rozdział 3
Komisarz Grzegorz Wiśniewski, od kiedy starsza córka Dorota pokazała mu w aplikacji "Notatki" opcję tworzenia list, codziennie dopisywał nowe rzeczy, które zrobi, jak przejdzie na upragnioną emeryturę. Z końcem lipca planował zdać służbową broń i blachę, która zaczęła mu już mocno ciążyć. Tak naprawdę zostały mu niecałe dwa miesiące i czuł, że jest na to zupełnie nieprzygotowany, chociaż jednocześnie cieszył się jak dziecko na pierwszy dzień wakacji.
Zawsze kochał to, co robił przez praktycznie całe swoje dorosłe życie, jednak wszystko zmieniło się po drugim zawale. Doszedł do wniosku, że jego ciało odmawia posłuszeństwa, więc czas ustąpić miejsca młodszym. Co prawda, obiecał szefowi, że w wyjątkowych sytuacjach będzie wspomagał kolegów, ale traktował to jako niezwykle abstrakcyjny pomysł. Na początku chciał skupić się na najważniejszym - odpoczynku.
Dopisał właśnie do listy: "Zabrać Danusię na masaż tajski", gdy na wyświetlaczu pojawił się numer kolegi z pracy.
- Co jest? - rzucił trochę zniecierpliwiony.
Musiał jeszcze dopisać dwie rzeczy i bał się, że zaraz o nich zapomni, co niestety zdarzało mu się coraz częściej pomimo garści tabletek, które łykał co rano.
- Mamy ciało - odpowiedział rozmówca bez słowa wprowadzenia.
Aspirant Mikołaj Chmielewski pracował w policji raptem pięć lat, ale Grzegorz wiedział, że będzie z niego świetny glina. Miał w sobie to coś, czego niestety wielu jego kolegom brakowało, szczególnie tym młodszym - chęć do działania, błysk w oku i poczucie humoru, którym potrafił rozładować nawet najbardziej napiętą atmosferę, co przy częstym obcowaniu ze śmiercią i przemocą było niezwykle istotne.
- Prześlij adres, już jadę.
Rozłączył się i wstał z wysłużonej kanapy, która z biegiem lat delikatnie zapadła się pod jego ciężarem. Jej naprawę, a dokładniej wymianę obicia i zmianę gąbek w środku, też umieścił na liście. Zamierzał zrobić to z jednym z zięciów, który świetnie radził sobie z młotkiem, wiertarką i innymi tego typu narzędziami. Dobrze wiedział, że mógłby w ogóle tego nie ruszać, gdyby tylko poprosił mężczyznę. Ten bez wahania by się zgodził i ogarnął wszystko sam. Ale policjant miał wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś dla swojej rodziny.
Przez ostatnie trzydzieści lat wszystkie domowe sprawy zrzucił na barki żony, która znosiła to z godnością. Nigdy nie narzekała na jego nagłe zniknięcia, bo rozumiała, że przecież trup nie poczeka. Nigdy nie narzekała, że nie angażuje się w prace takie jak pranie, sprzątanie czy wynoszenie śmieci. Nie narzekała, że mąż nie ma czasu lub najzwyczajniej w świecie siły na przybicie kilku gwoździ czy wymianę rury pod zlewem.
Często sama wykonywała tego typu prace, czasami kogoś zatrudniała. Gdy parę lat temu u boku ich dwóch córek pojawili się mężczyźni, to właśnie ich prosiła o wsparcie.
Jednak perspektywa zbliżającej się emerytury, a tym samym nieograniczonego niczym czasu wolnego spowodowała, że Grzegorz Wiśniewski postanowił jak nigdy dotąd zająć się swoim domem, tak jak jego ojciec, który zawsze powtarzał, że żadna praca nie hańbi.
Dopisał szybko do listy dwie kolejne rzeczy, zarzucił na siebie koszulę i wyszedł z domu. Panujący od kilku dni upał nie odpuszczał, a z przedstawionej w telewizji śniadaniowej prognozy pogody wynikało, że ma być tylko gorzej.
Dojazd do wesołego miasteczka znajdującego się na obrzeżach Wilanowa zajął mu dwadzieścia minut. Zaparkował swoją wysłużoną mazdę 323, która wydawała bliżej nieokreślone dźwięki, domagając się jak najszybszej wizyty u mechanika, na dużym placu. Zdążyła się tam już zgromadzić spora grupka gapiów, którzy jak hieny czekali na jakieś ochłapy sensacji.
Nigdy nie mógł zrozumieć ich motywacji. Po co czasami godzinami, na deszczu lub mrozie, stali i obserwowali ich poczynania, często przy tym gadając niesamowite głupoty? Nie raz, nie dwa wysyłał jednego z funkcjonariuszy po cywilu, aby posłuchał, czy obserwujący ich działania ludzie wiedzą coś ciekawego i wnoszącego do sprawy. Niestety, dziewięćdziesiąt pięć procent tej gadaniny stanowiły wyssane z palca plotki.
Wiśniewski przeszedł obok młodego policjanta, który pilnował terenu, i skierował swoje kroki ku leżącemu na ziemi ciału. Już z daleka zauważył swoją ulubioną prokurator - Mirosławę Korzemiacką. Była to konkretna, wymagająca i - pomimo swoich niecałych stu sześćdziesięciu centymetrów wzrostu - bardzo charakterna kobieta. Niejeden facet nie miał takich jaj jak ona, a historie o jej przesłuchaniach czy uprzykrzaniu życia niektórym leniwym policjantom krążyły po warszawskich (i nie tylko) komisariatach niczym legendy.
Z daleka widział, jak chodzi po miejscu zbrodni, stawiając bardzo uważnie stopę za stopą, i jak wyrafinowany obserwator rejestruje obraz, co mocno kontrastowało z pracą większości jej kolegów i koleżanek po fachu. Ci często zjawiali się na miejscu zbrodni dopiero wtedy, gdy większość prac została już wykonana, podpisywali się pod protokołem, którego szczegółów nie znali, i unikali sekcji zwłok, jakby mieli silną alergię na trupa.
- Co mamy? - rzucił komisarz Grzegorz Wiśniewski, gdy stanął obok aspiranta Mikołaja Chmielewskiego, od którego dostał wezwanie.
Za każdym razem, gdy się widzieli, czuł, że już bardziej się od siebie różnić nie mogli. On - pan z brzuszkiem, średniego, a wręcz niskiego wzrostu, z upstrzoną delikatnym owłosieniem łysiną jak u noworodka i pulchną twarzą, która kształtem przypominała księżyc. A obok niego Chmielewski, który wzrostem mógł konkurować z graczami NBA, a jego długich do łopatek gęstych włosów zazdrościło mu wiele koleżanek z komisariatu.
- Mały chłopiec, idąc z tatą na samochodziki, zauważył wystającą z krzaków głowę kobiety. Na szczęście mężczyzna zachował się zapobiegawczo i zostawił na chwilę chłopca kawałek dalej, a sam podszedł i sprawdził, co się stało. Niestety dziewczyna już nie żyła. Od razu zadzwonił po nas. Twierdzi, że niczego poza jej szyją nie dotykał. Oczywiście wzięliśmy już jego odciski palców, a także butów.
- To zaliczył ciekawe wyjście z dzieckiem - powiedział komisarz sam do siebie.
- Dziećmi. Okazało się, że facet wybrał się z dwoma synami i żoną na rodzinną wycieczkę do wesołego miasteczka. Małżonka poszła z drugim maluchem do toalety.
- Okej. Coś wiadomo o ofierze? - dopytywał.
- Nie - wtrącił wiszący nad ofiarą z wielkim aparatem w rękach technik kryminalistyki Ignacy Bobrowski. - Zabezpieczam wszystko. Chłopaki przeczesują krzaki, może znajdą coś ciekawego - odpowiedział, nie odrywając wzroku od leżącej dziewczyny.
Komisarz Grzegorz Wiśniewski już dawno zakwalifikował go do grona najdziwniejszych osób, jakie kiedykolwiek spotkał. Bobrowski zazwyczaj odzywał się zdaniami pojedynczymi, najlepiej jednowyrazowymi. Czasami nawet ucinał słowa w połowie, jakby kończąc je, mógł się zanadto zmęczyć. Wszystko się jednak zmieniało, gdy sprawa dotyczyła piłki nożnej. Wtedy przerwanie mu graniczyło z cudem. Był w stanie zagadać w tej kwestii każdego. Wszyscy się śmiali, że gdyby spotkał Lewandowskiego, też wiedziałby więcej o tej dyscyplinie niż on i dał mu jakąś złotą radę. Jednak na tym nie kończyła się jego inność. Wyglądał niczym pająk. Matka natura obdarzyła go nieproporcjonalnie długimi rękoma i nogami, które powodowały, że doskonale odnalazłby się we wspinaczce. On jednak gardził każdą dyscypliną sportu, oczywiście poza piłką, ale i tę uprawiał jedynie w wersji niezwykle bezpiecznej i nienarażającej go na wysiłek fizyczny, czyli kanapowej.
W tym momencie podeszła do nich pani prokurator, która mimo letniej pogody jak zwykle wyglądała bardzo elegancko i nieadekwatnie do miejsca, w którym się znajdowali. Tego dnia, pomimo prawie trzydziestu paru stopni, jakie zapowiadali w radiu, włożyła czarne długie spodnie, białą koszulę i marynarkę, która wyglądała tak, jakby była pożyczona od starszego i dużo potężniejszego brata. Po szybkim przywitaniu uściskiem dłoni rzuciła:
- Przesłuchajcie obsługę, odwiedzających raczej nie ma sensu, bo dziewczyna nie żyje od kilku godzin, a dopiero co otworzyli, więc mało kto tędy dzisiaj przechodził.
- Dobrze. - Komisarz zapisał to sobie w notatkach, jak robił od niedawna. Zawsze wierzył w swoją pamięć, ale gdy po raz trzeci przekonał się, że robi się coraz bardziej zawodna, przeszedł na ten sprawdzony sposób.
- Później obejdźcie okoliczne domy i rozpytujcie o nią. Może mieszkała w pobliżu.
- Okej, tylko muszę mieć jakieś znośne zdjęcia. Nie rozdam funkcjonariuszom fotografii tego, jak teraz wygląda. Ludzie będą im mdleli, wpadali w histerię, a wieść o tym rozniesie się po okolicy szybciej niż plotka o wizycie Pudziana na okolicznej siłowni.
Wszyscy mimowolnie spojrzeli na kobietę na ziemi. Leżała na brzuchu, z rękoma ułożonymi wzdłuż boków i twarzą wciśniętą w błotnistą kałużę. Morderca ustawił ją tak po śmierci lub trzymał, gdy jeszcze żyła, ograniczając tym samym dopływ powietrza do płuc.
Już na pierwszy rzut oka wiedzieli, że prawdopodobnie została zgwałcona. Ściągnięte majtki, zakrwawione od wewnętrznej strony uda i leżąca nieopodal ubrudzona czerwoną mazią szklana butelka nie napawały optymizmem. Niemal nagie ciało ofiary wręcz raziło bielą skóry, z którą kontrastowała poszarpana i ubłocona koszulka na ramiączkach - jedyna część odzieży, którą nadal miała na sobie. Z perspektywy kilku metrów nie widzieli żadnych obrażeń, które mogły stanowić przyczynę śmierci, ale konkretną informację mógł dać tylko patolog po dogłębnych badaniach, a wiedzieli, że na to będą musieli chwilę poczekać.
Grzegorz Wiśniewski patrzył na ciało kobiety, tak zbezczeszczone i pozostawione niczym zużyty, niepotrzebny przedmiot, i chciało mu się płakać. Nie widział jeszcze twarzy ofiary, ale po jej ubraniu, które morderca porzucił nieopodal, sądził, że mogła być w wieku jego córek.
Komisarz cofnął się o kilka metrów i nie odrywając wzroku od ciała, rzucił do Mirosławy Korzemiackiej:
- Widziała pani?
- Co? - spytała i podeszła bliżej.
Obydwoje stali tak, że widzieli kobietę od strony nóg.
- Została ułożona symetrycznie, a majtki są jakoś nienaturalnie równo ułożone. Tak jakby od linijki.
- Faktycznie. - Pokiwała głową potwierdzająco. - Skupiłam się na jej twarzy zanurzonej w wodzie. Zastanawiam się, czy ten skurwiel ją utopił, czy to już inscenizacja pośmiertna.
- Oby to drugie... - skomentował i przykucnął.
Zawsze starał się patrzeć na miejsce zbrodni z różnych perspektyw. Kiedyś odnalazł narzędzie zbrodni na drzewie, a to tylko dlatego, że położył się w tym samym miejscu, gdzie często widywany był mężczyzna, który na trzy miesiące został zatrzymany. Nie mieli na niego zbyt wiele. Cały czas szukali miejsca ukrycia narzędzia zbrodni - noża, który wykorzystywał podczas napadów na młode kobiety. Czaił się na nie w ciemnych uliczkach, a potem szedł za nimi. Gdy pozwalała na to sytuacja, atakował. Groził nożem i wykorzystywał seksualnie. Pięć z siedmiu ofiar pociął po rękach i nogach. Nie były to głębokie rany, jednak według zeznań napawał się wypływającą z ran krwią, jakby podniecało go to bardziej niż chwilę wcześniej wymuszony stosunek.
Podczas tamtego śledztwa, nie mając już nadziei na happy end, położył się pod rozłożystym dębem niedaleko domu podejrzanego. Leżał tam dobre pół godziny i już chciał wrócić do domu, gdy zza chmur wyszło słońce i nad jego głową coś zabłyszczało. Początkowo zupełnie nie wiedział, co to może być. Podniósł się i nadal nie mogąc zidentyfikować źródła świecenia, poszedł po drabinę do sąsiada. Gdy wdrapał się na drzewo, oniemiał. Na jednej z gałęzi leżała drewniana skrzynka z metalowym zapięciem i to od niej odbijały się promienie słońca. Tam znalazł poszukiwane narzędzie zbrodni, a także kilka rzeczy należących do ofiar. Od tego czasu starał się patrzeć na wszystko z różnych perspektyw i jak najmocniej wchodzić w buty przestępcy. Kładł się, wspinał, oglądał miejsca zbrodni przez okno.
- Odwracamy! - krzyknął chudy technik, który dotychczas zbierał ślady z precyzją chirurga podczas operacji.
Trzech przyglądających się działaniom technika mężczyzn jak na komendę podeszło do ciała kobiety i w sposób niezwykle delikatny, a zarazem pewny w ruchach obrócili ją na plecy.
Komisarz Grzegorz Wiśniewski wraz z prokurator podeszli bliżej. Twarz dziewczyny wyglądała przerażająco i niestety wszystko wskazywało na to, że ustawienie głowy nie tylko stanowiło element jakieś chorej sceny, którą chciał stworzyć morderca. Ofiara została utopiona w niewielkiej kałuży, która prawdopodobnie powstała po środowej ulewie. Jej oczy wytrzeszczyły się, jakby chciały wyskoczyć z oczodołów, a całość nabrzmiała.
Jednak mimo ubrudzenia i zniekształcenia wynikającego z długiego zanurzenia w wodzie widać było, że dziewczyna miała sympatyczną twarz, jak to mawiał Grzegorz. Niewyróżniającą się, taką zwykłą, ale zarazem ciepłą i nienachalną. Stanowiła zdecydowane przeciwieństwo tych napompowanych blondynek, które nawet w napadach złości nie potrafiły wyrazić emocji mimiką i jedyne, co im pozostało, to wydymanie ust lub robienie dzióbków świadczących o niezadowoleniu.
Policjant patrzył na nią, a jego myśli momentalnie popłynęły w kierunku dwóch ukochanych córek - Hani i Doroty. Gdyby coś takiego przytrafiło się którejś z nich, nie dałby rady. Serce pękłoby mu na tysiące kawałków.
- To ona?! - usłyszeli nagle podniesiony kobiecy głos gdzieś z oddali.
Wszyscy odwrócili się, szukając źródła tych wrzasków. Przy taśmie odgradzającej miejsce zdarzenia od gapiów stała dziewczyna w wieku podobnym do denatki. Jej krótkie blond włosy i czarne ubranie, pomimo prażącego słońca, powodowały, że sprawiała wrażenie agresywnej. Próbowała przecisnąć się i podejść bliżej, jednak młody funkcjonariusz wydelegowany do zabezpieczenia terenu nie ustępował. Stał z wyciągniętymi do przodu rękoma, na wypadek gdyby siłą musiał ją odepchnąć z miejsca zdarzenia.
- Przepuść ją! - krzyknęła pani prokurator, momentalnie wywołując rozluźnienie napiętych mięśni policjanta.
- Czy to jest Lucyna?! - wrzeszczała dziewczyna, raz po raz wychylając się na prawą i lewą stronę, próbując zobaczyć, czy leżąca na ziemi osoba to rzeczywiście poszukiwana przez nią kobieta.
- Proszę pani. Proszę się uspokoić. Kogo pani szuka? - wtrącił Grzegorz Wiśniewski i od razu pożałował. To Mirosława Korzemiacka była na miejscu zbrodni głównodowodzącą i nie powinien zabierać jej tej funkcji.
- Mojej przyjaciółki. Od kilku dni nie mam z nią kontaktu, a wcześniej gadałyśmy praktycznie codziennie. Tylko wyjątkowe sytuacje to zaburzały, ale to trwało maks jeden dzień, a teraz już od środy rana nie mam z nią kontaktu. Najgorsze, że jej rodzice mają to gdzieś. A ja wiem, że coś się z nią stało. Lucy nigdy czegoś takiego by mi nie zrobiła. Wie, że jestem przewrażliwiona na punkcie bezpieczeństwa. Zawsze muszę wiedzieć, gdzie kto jest z moich bliskich, inaczej wariuję. Podobno to jakaś nerwica...
- Proszę pójść z kolegą - przerwała jej prokurator i kiwnęła głową na stojącego obok Grzegorza Wiśniewskiego.
Ten posłusznie wykonał polecenie. Podszedł do kobiety, odszedł z nią kilka metrów dalej i ustawił się tak, aby blondynka nie patrzyła na ciało.
- Proszę opowiedzieć, co dokładnie się stało - powiedział najspokojniej, jak potrafił.
- Mówiłam już, nie wiem, gdzie jest moja przyjaciółka. Nie mam kontaktu z Lucy od kilku dni. Mamy taki swój zwyczaj, że codziennie od ponad roku piszemy do siebie na Messengerze. Ostatni raz napisała do mnie w środę. I później nic. Cisza.
- Dzwoniła pani do niej?
- Za kogo mnie pan uważa, za tępą blondynkę? - pisnęła dziewczyna. - Oczywiście, że dzwoniłam, ale włącza się poczta. Poszłam nawet do jej domu. Pomyślałam, że może rozwalił jej się telefon lub jest chora. Ale nie zastałam jej, a jej rodzice tak jakby w ogóle nie zarejestrowali, że ich córka zniknęła i od kilku dni nie ma jej w domu. Zresztą się nie dziwię... - Dziewczyna westchnęła smutno.
- Dlaczego?
- Niechętnie o nich opowiadała. To, co wiem, to to, że nigdy nie czuła się kochana przez rodziców. Od zawsze woleli towarzystwo flaszki niż jej. Generalnie mieli ją gdzieś. Dlatego planowała jak najszybciej wyprowadzić się z domu.
- To może dlatego jej pani nie zastała?
- Nie, nie zrobiłaby mi tego. Zresztą to ona tam leży. Poznałam ją po butach... - Wskazała palcem na porzucony przez mordercę stos ubrań, na szczycie którego rzeczywiście leżały trampki, po czym zaczęła płakać.
- Butach?
- Tak, ma takie same jak ja. - W tym momencie uniosła prawą stopę znad ziemi, eksponując swoje obuwie. - Kto jej to zrobił? - wydukała, pociągając nosem.
- Ma pani zdjęcie przyjaciółki? - rzucił, ignorując zadane przez nią pytanie.
Dziewczyna wyciągnęła telefon z kieszeni krótkich spodenek, postukała na nim i podała policjantowi. Przez chwilę patrzył na uśmiechającą się do niego sympatyczną brunetkę.
- Mogę na sekundę telefon?
- Tak, oczywiście - odpowiedziała, a on czym prędzej podszedł do rozmawiającej z technikiem pani prokurator. Nieoficjalną identyfikację ofiary mieli już za sobą.