Cios za cios - Agnieszka Peszek

Kup ebooka

43.90 zł
35.12 zł (32,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

- Mi­chaś, ty idź z tatą w stronę placu z sa­mo­cho­dzi­kami, a ja pójdę z An­to­siem do to­a­lety - po­wie­działa dwu­dzie­sto­ośmio­let­nia Pau­lina Wie­rucka i ode­szła w kie­runku wska­zy­wa­nym przez za­wie­szony na jed­nej z la­tarni drew­niany znak z na­pi­sem "to­a­lety". - Idź­cie po­woli, a my was do­go­nimy! - krzyk­nęła już do ich ple­ców.

- Tato, a dla­czego ptaki nie spa­dają, gdy lecą? - rzu­cił sze­ścio­letni chło­piec, nic so­bie nie ro­biąc z faktu, że jego mama od­da­liła się, za­bie­ra­jąc młod­szego brata. Da­lej szedł za rękę z męż­czy­zną, który tego dnia za­brał swoją czte­ro­oso­bową ro­dzinę do we­so­łego mia­steczka. Miesz­kali za­le­d­wie ki­lo­metr od niego, ale do­piero dzi­siaj, po dwóch ty­go­dniach oglą­da­nia go z okien sa­mo­chodu pod­czas drogi do przed­szkola czy pracy, udało im się tu do­trzeć.

Jako ma­luch Mar­cel Wie­rucki uwiel­biał tego typu miej­sca. Dla dzie­ciaka z ma­łej dziury pod Wro­cła­wiem wy­cieczka do parku roz­rywki sta­no­wiła nie­sa­mo­wite prze­ży­cie, jesz­cze faj­niej­sze niż wyj­ścia do kina, które ro­dzice or­ga­ni­zo­wali mu dość rzadko, mak­sy­mal­nie dwa razy w roku.

Te­raz na szczę­ście to się zmie­niło i mógł dużo czę­ściej ko­rzy­stać z ta­kich atrak­cji wraz z dwójką swo­ich dzieci, ale jak to stwier­dził pod­czas wie­czor­nej roz­mowy z żoną dzień wcze­śniej, to nie brak fun­du­szy sta­no­wił pro­blem, lecz brak czasu. Dla­tego gdy w końcu do­stał dwa dni wol­nego w pracy, po­sta­no­wił naj­pierw się do­brze wy­spać, a na­stęp­nie za­brać dzieci do we­so­łego mia­steczka i pójść nad staw, nad któ­rym od nie­dawna wy­naj­mo­wano ka­jaki i ro­werki wodne. Pla­no­wał w końcu spę­dzić czas jak praw­dziwa ko­cha­jąca się ro­dzina, o któ­rej za­wsze tak ma­rzył.

- To nie jest taka pro­sta sprawa - od­po­wie­dział Mi­cha­siowi po dłuż­szej chwili. Kro­czący obok niego chło­piec od ja­kie­goś czasu za­sy­py­wał jego i żonę mnó­stwem py­tań. Część z nich wcale nie na­le­żała do naj­ła­twiej­szych, a mimo to sta­rał się na każde od­po­wie­dzieć. Nie chciał być jak jego ro­dzice, któ­rzy za każ­dym ra­zem zby­wali go tek­stami w stylu "Nie mam te­raz czasu", "Nie wiem" lub "Przyjdź póź­niej". - Z tego, co kie­dyś prze­czy­ta­łem, to ko­ści pta­ków są bar­dzo lek­kie, a to za sprawą dziur, które się w nich znaj­dują. Poza tym mają wła­sne sil­niczki w po­staci skrzy­deł. No i po­ma­gają im jesz­cze pióra...

- A dla­czego domy bu­duje się do góry, a nie w dół? - młody za­dał ko­lejne py­ta­nie.

- Do­bre py­ta­nie, skąd je bie­rzesz, chło­paku? - sko­men­to­wał z uśmie­chem na twa­rzy i zmierz­wił blond włosy syna. W od­le­gło­ści dwu­stu me­trów od nich do­strzegł mie­niący się wie­loma bar­wami plac do jazdy sa­mo­cho­dzi­kami, który sta­no­wił główny cel ich wy­cieczki.

Obaj sy­no­wie po­mimo mło­dego wieku już wy­ka­zy­wali za­mi­ło­wa­nie do mo­to­ry­za­cji i czę­sto spę­dzali z tatą dłu­gie go­dziny w ga­rażu, grze­biąc w sta­rym tra­ban­cie odzie­dzi­czo­nym po ojcu Mar­cela. Choć próby jego na­pra­wie­nia za­wsze koń­czyły się tak samo, chłopcy wspie­rali tatę, jak mo­gli. A może wie­dzieli, że za­wsze spo­tka ich na­groda i na po­cie­sze­nie wy­jadą na po­dwórko, sie­dząc za kie­row­nicą ich dzia­ła­ją­cego sa­mo­chodu? Do pe­da­łów jesz­cze nie do­się­gali, dla­tego wy­god­nie umosz­czeni na ko­la­nach ojca, sku­pieni jak ni­gdy, z pręd­ko­ścią pię­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę ro­bili pę­telkę wo­kół domu.

Mar­cel Wie­rucki skrę­cił w prawo w małą szu­trową alejkę, świa­domy, że wi­zyta w to­a­le­cie z młod­szym sy­nem zaj­mie żo­nie dłuż­szą chwilę. Męż­czy­zna do­brze wie­dział, że gdy kro­czący koło niego Mi­chaś zo­ba­czy atrak­cję, o któ­rej mó­wił od kilku dni, nie da mu spo­koju, aż nie usiądą ra­zem w sa­mo­cho­dziku, a jemu nie­zmier­nie za­le­żało na tym, aby chłopcy mieli tyle samo prze­jaz­dów.

Nie­stety fo­bia młod­szego syna do­ty­cząca ko­rzy­sta­nia z to­a­lety poza do­mem po­wo­do­wała, że czyn­ność, która trwała za­zwy­czaj pięć mi­nut, w ta­kich sy­tu­acjach roz­cią­gała się jak stara guma w majt­kach. Kie­dyś pod­czas spo­tka­nia to­wa­rzy­skiego, na które wpa­dło do nich do domu kil­koro zna­jo­mych jesz­cze z cza­sów li­ce­al­nych, ktoś po­wie­dział, że tego typu strach ma na­wet swoją na­zwę. Z tego, co pa­mię­tał, na­zywa się to de­tri­me­no­fo­bia i jest jedną z ogromu fo­bii, o któ­rych ist­nie­niu nie miał zie­lo­nego po­ję­cia.

- Po­wtó­rzysz py­ta­nie? Za­my­śli­łem się.

- Czemu domy ro­sną do góry, a nie do środka ziemi?

- Hmm... - za­mru­czał i osten­ta­cyj­nie po­dra­pał się po gło­wie. - Ni­gdy się nad tym nie za­sta­na­wia­łem. Wy­daje mi się, że ła­twiej bu­do­wać do góry, niż ro­bić ol­brzy­mie doły, aby zmie­ścić cały dom pod zie­mią. Poza tym lu­dzie po­trze­bują słońca. Bez niego nie czu­li­by­śmy się do­brze. Na przy­kład jest wi­ta­mina D, która...

- No, ale z ta­kich do­mów pod zie­mią mo­gliby wy­cho­dzić na po­wierzch­nię i wtedy sie­dzieć na słońcu. U nas w domu nie wi­dać słońca, bo za­sła­niasz z mamą wszyst­kie okna.

- Masz ra­cję, ale dzięki temu, że je­ste­śmy nad zie­mią, do na­szego miesz­ka­nia wpada cho­ciaż tro­chę świa­tła.

- Ale pod zie­mią można mieć lampy. Tak jak w nocy.

- Tak, można, jed­nak to na­tu­ralne świa­tło jest nam po­trzebne. Poza tym w ta­kich do­mach mógłby być pro­blem z po­wie­trzem. Czło­wiek, żeby żyć, po­trze­buje tlenu, a tam pod zie­mią mo­głoby go za­brak­nąć - od­po­wie­dział pew­nym gło­sem, ale czuł, że py­ta­nia syna za­czy­nają go prze­ra­stać.

Chło­piec le­dwo skoń­czył sześć lat, a już pa­ro­krot­nie udało mu się zro­bić lub po­wie­dzieć coś, czym nie­zmier­nie za­dzi­wił ojca. Mar­cel Wie­rucki ni­gdy nie czuł się wy­bit­nym in­te­lek­tu­ali­stą. Skoń­czył li­ceum, na stu­dia nie po­szedł, bo mu­siał iść do pracy. Czy­tał książki, ale od­no­sił wra­że­nie, że roz­mowy z tym ma­łym czło­wie­kiem kro­czą­cym obok niego cza­sami są po­nad jego ilo­raz in­te­li­gen­cji.

- To dla­czego u dziad­ków w piw­nicy da radę od­dy­chać? Taki dom byłby jak piw­nica.

W tym mo­men­cie Mar­cel chciał po­wie­dzieć: "Szach-mat!", ale wtedy mu­siałby za­cząć tłu­ma­czyć, co to ta­kiego. Już chciał rzu­cić ja­kąś za­ska­ku­jącą ri­po­stę, gdy po­czuł de­li­katne szarp­nię­cie i dłoń syna wy­śli­zgnęła się z jego.

- Tato, za­wsze mó­wisz, że nie można kłaść się na ziemi... - Chło­piec zmie­nił te­mat, bie­gnąc już w stronę krza­ków ro­sną­cych wzdłuż alejki.

- Tak, nie można. Na­wet jak ktoś jest bar­dzo zmę­czony, nie po­wi­nien tego ro­bić.

- To dla­czego ta pani tam leży? - spy­tał Mi­chaś i wska­zał pal­cem le­d­wie wi­doczną blond głowę spo­czy­wa­jącą na tra­wie.

Roz­dział 2

Dag­mara Za­tor­ska usia­dła na pię­cio­oso­bo­wej ka­na­pie, która ni­czym we wnę­trzar­skim ma­ga­zy­nie przy­ozdo­biona zo­stała zde­cy­do­wa­nie za dużą liczbą po­du­szek. Każdą z nich uło­żono w prze­my­ślany spo­sób, tak by wszyst­kie ra­zem two­rzyły róż­no­barwne ombre. Po pra­wej stro­nie le­żały trzy po­duszki in­ten­syw­nie zie­lone, obok dwie już bar­dziej sto­no­wane, na­stęp­nie dwie ka­nar­kowe, a po le­wej krzy­kli­wie żółte.

Gaga, jak na­zy­wali ją naj­bliżsi, naj­chęt­niej wzię­łaby je wszyst­kie i po­mie­szała, po­prze­sta­wiała, a jesz­cze chęt­niej rzu­ciła jedną z nich w sie­dzącą przy ba­ro­wym stole ko­bietę. Jed­nak ani jedna, ani druga opcja nie wcho­dziła w grę, gdyż jej wdro­że­nie w ży­cie wią­za­łoby się z awan­turą. I tak prze­wi­dy­wała, że w ten spo­sób skoń­czy się jej wi­zyta. W końcu pod­jęła de­cy­zję, aby po­in­for­mo­wać matkę o swo­ich pla­nach na naj­bliż­szą przy­szłość.

- Ona zro­zu­mie - po­wie­dział dzień wcze­śniej oj­ciec, gdy jak co czwar­tek je­dli we dwoje lunch w ich ulu­bio­nej taj­skiej re­stau­ra­cji. Zwy­czaj ten pie­lę­gno­wali od czasu, gdy pięć lat wcze­śniej za­częła stu­dia. Cza­sami zmie­niała się go­dzina ich spo­tka­nia i za­miast o trzy­na­stej uma­wiali się wcze­śniej lub póź­niej, jed­nak nie­zmienne było miej­sce oraz dzień. Każde z nich tak ukła­dało swoje plany, aby móc się sta­wić. Je­dy­nie wy­jazdy lub po­ważne pro­blemy zdro­wotne mo­gły za­kłó­cić ich ry­tuał.

- Ty się z cho­inki urwa­łeś? Nie zro­zu­mie. Ona wszyst­kim do­okoła mówi, że wkrótce to ja przejmę szkołę. Opo­wiada, że ma godną za­stęp­czy­nię, cho­ciaż nie są­dzę, aby na­prawdę tak o mnie my­ślała.

- Oj, chyba prze­sa­dzasz... - po­wie­dział męż­czy­zna i wziął po ust ko­lejną por­cję pad thaia po­kry­tego grubą war­stwą ostrego sosu.

Córka pa­trzyła na niego z nie­do­wie­rza­niem, mimo że sy­tu­acja ta po­wta­rzała się co ty­dzień, a na­wet i czę­ściej. Sie­dzący na­prze­ciwko niej oj­ciec co­kol­wiek jadł, przy­ozda­biał to war­stwą pie­przu, pa­pry­czek chili lub pie­kiel­nie ostrego sosu i ni­gdy na­wet się nie skrzy­wił, prze­ły­ka­jąc ko­lejne kęsy.

- Tato, nie prze­sa­dzam. Wczo­raj, gdy wpa­dłam na chwilę do szkoły, ja­kaś pani, którą wi­dzia­łam pierw­szy raz na oczy, spy­tała, kiedy ru­szają za­pisy na moje za­ję­cia z tańca to­wa­rzy­skiego.

- Aha... - wes­tchnął i spraw­nie na­ło­żył pa­łecz­kami ko­lejną por­cję. - Po­roz­ma­wiaj z nią. Opo­wiedz o swo­ich pla­nach. Masz już dwa­dzie­ścia cztery lata. Obro­ni­łaś się wła­śnie, i to nie z tańca. Twoja matka na pewno musi brać pod uwagę, że nie stu­dio­wa­łaś tej masy przed­mio­tów na marne. Chyba to pięć lat dało jej do my­śle­nia. Wiem, że ni­gdy z nią o tym nie roz­ma­wia­łaś, ale ona nie jest ode­rwana od rze­czy­wi­sto­ści, przy­naj­mniej nie aż tak bar­dzo, jak ci się wy­daje. Uwa­żam, że mu­sisz ją po­trak­to­wać jak osobę do­ro­słą, szcze­gól­nie że sama chcesz być tak trak­to­wana. Zro­zu­mie, wie­rzę w to.

- Oby - mruk­nęła bez prze­ko­na­nia i zmie­nili te­mat.

Te­raz, sie­dząc wśród tej masy ko­lo­ro­wych po­du­szek, ma­rzyła, aby ja­kimś cu­dow­nym we­hi­ku­łem prze­trans­por­to­wać się w od­ludne miej­sce, gdzie nie mu­sia­łaby sta­wić czoła matce. Ko­chała ro­dzi­cielkę po­nad wszystko, ale za­wsze stre­so­wała ją roz­mowa z nią o po­waż­nych spra­wach. Na­wet w szkole pod­sta­wo­wej wszystko za­ła­twiała z oj­cem. Wszy­scy uwa­żali ją za wy­ga­daną i cie­kawą świata. Osobę, która za­wsze wy­cho­dzi przed sze­reg i ni­czego się nie boi. Gdy miała dwa­na­ście lat, ktoś wła­mał się do ich domu, a ona wraz z ko­le­żanką pró­bo­wały wy­śle­dzić zło­dzieja. In­nym ra­zem zor­ga­ni­zo­wała nocne pod­chody, czym ze­zło­ściła kil­koro ro­dzi­ców ko­le­ża­nek i ko­le­gów, któ­rych wy­cią­gnęła nocą do lasu. Ni­czego i ni­kogo się nie bała. Oprócz matki.

Choć od cza­sów dzie­ciń­stwa upły­nęło sporo wody w Wi­śle, to strach na myśl o kon­fron­ta­cji z matką na­dal pa­ra­li­żo­wał ją prak­tycz­nie z taką samą siłą. Na po­czątku chciała na­pi­sać jej wszystko w SMS-ie lub ma­ilu, jed­nak po chwili na­my­słu stwier­dziła, że to głupi po­mysł. Taki dzie­cinny.

Wzięła trzy głę­bo­kie wde­chy i nie­zgrab­nie wy­gra­mo­liła się spo­śród po­du­szek, jak dziecko z ba­senu z kul­kami. Nie­śpiesz­nie po­de­szła do matki, która jak co rano czy­tała prasę. Ma­rianna Za­tor­ska na­le­żała do sys­te­ma­tycz­nie ma­le­ją­cej grupy osób, które pie­lę­gnują stary zwy­czaj czy­ta­nia pa­pie­ro­wych wy­dań dzien­ni­ków. Do­piero gdy Dag­mara usia­dła obok przy ba­ro­wym stole, matka odło­żyła "Wy­bor­czą" na blat i w końcu spoj­rzała na córkę.

- To o czym chcia­łaś po­roz­ma­wiać? - spy­tała, na­wią­zu­jąc do krót­kiego SMS-a, któ­rego do­stała wie­czór wcze­śniej: "Mu­simy po­ga­dać".

- Wiesz co, to chyba nie jest ta­kie pilne... - rzu­ciła dziew­czyna i się­gnęła po jedno z ja­błek le­żą­cych na zie­lo­nej por­ce­la­no­wej pla­te­rze.

- Wiem, że coś cię gry­zie - za­częła. - Krą­żysz wo­kół mnie od ja­kie­goś czasu i chcesz mi coś po­wie­dzieć. Chora je­steś? - spy­tała i mo­men­tal­nie po­smut­niały jej oczy.

Dag­mara zu­peł­nie się nie spo­dzie­wała, że matka w taki spo­sób może zin­ter­pre­to­wać jej za­cho­wa­nie. Pa­trzyła w jej błę­kitne oczy, które po niej odzie­dzi­czyła, na po­dob­nie upstrzony pie­gami nos, za­sta­na­wia­jąc się, od czego za­cząć. "Naj­le­piej od naj­waż­niej­szego" - usły­szała w gło­wie słowa ojca.

- Nie je­stem chora. Ja... - Nie mo­gła wy­du­sić słowa, mimo że za­zwy­czaj się nie stre­so­wała, a umie­jęt­ność za­ga­dy­wa­nia opo­nenta opa­no­wała do per­fek­cji.

- Cho­dzi o szkołę? - rzu­ciła matka. - Nie chcesz jej?

- To nie tak, że jej nie chcę... - po­wie­działa i wy­pu­ściła po­wie­trze, które mi­mo­wol­nie wstrzy­mała. Czuła, że jej ciało się roz­luź­nia, jakby ktoś wy­swo­bo­dził je z że­la­znego uści­sku. - Ja ma­rzę o czymś zu­peł­nie in­nym.

- Chcesz śle­dzić lu­dzi? - spy­tała Ma­rianna ze sły­szalną nutą żalu w gło­sie.

- Roz­ma­wia­ły­śmy o tym tyle razy... Ja nie chcę ni­kogo śle­dzić. Nie będę jak w fil­mach szpie­gow­skich cho­dzić za ludźmi, spać w sa­mo­cho­dzie i cze­kać na schadzkę czy inną wpadkę. W Pol­sce co roku firmy tracą pie­nią­dze na współ­pracy z nie­uczci­wymi pod­wy­ko­naw­cami. Są oszu­ki­wani na ty­siące róż­nych spo­so­bów i nie po­tra­fią lub nie są w sta­nie so­bie z tym po­ra­dzić. Chcę ich wspie­rać. Nie ma w tym nic nie­bez­piecz­nego. Czę­sto opiera się to na wy­chwy­ty­wa­niu błę­dów w fak­tu­rach, roz­li­cze­niach. Cza­sami, jed­nak nie­zwy­kle rzadko, trzeba za­mon­to­wać ja­kiś sprzęt szpie­gow­ski, ale tym zaj­mie się Car­los.

- No tak, ten twój ni to chło­pak, ni to fun­fel.

- To jest przy­ja­ciel - od­po­wie­działa Dag­mara i ugry­zła ko­lejny kęs so­czy­stego jabłka.

Ni­gdy nie wie­działa, jak to się działo, ale matka za­wsze umiała ku­pić naj­lep­sze owoce, a w ku­po­wa­niu ja­błek, w szcze­gól­no­ści li­goli, osią­gnęła per­fek­cję. Kie­dyś na­wet tłu­ma­czyła córce, że to kwe­stia za­pa­chu, ale jej ni­gdy się to nie uda­wało. Niby ku­pione przez nią jabłko pach­niało pięk­nie, ale gdy się w nie wgry­zała, nie try­skało so­kiem, a skórka nie trzesz­czała pod zę­bami - nie tak jak w tym jabłku, któ­rym się wła­śnie roz­ko­szo­wała.

- Z przy­ja­cie­lem się nie sy­pia - fuk­nęła Ma­rianna pod­nie­sio­nym gło­sem i po­pra­wiła przy­li­zane włosy, które swoim zwy­cza­jem spięła w ni­ski ku­cyk. - Wy, mło­dzi, nie ma­cie za grosz sza­cunku do re­la­cji. Nie można ze sobą spać, póź­niej prze­stać i żyć jak gdyby ni­gdy nic, uda­jąc, że to się nie stało, to nie­nor­malne.

- Mamo, czasy się zmie­niły.

- Na gor­sze - prych­nęła ko­bieta.

- Może i na gor­sze, ale z wielu do­bro­dziejstw ko­rzy­stasz i ja­koś nie masz z tym pro­blemu. A poza tym Car­los jest nie­zwy­kle in­te­li­gent­nym czło­wie­kiem. Mamy ja­sno okre­ślone kom­pe­ten­cje, usta­li­li­śmy, kto czym bę­dzie się zaj­mo­wał. A do­dat­kowo...

Nie zdą­żyła skoń­czyć, bo matka jej prze­rwała:

- Czyli co ja mam zro­bić ze szkołą? - po­wie­działa płacz­li­wym gło­sem, który uru­cha­miała, gdy chciała na kimś coś wy­mu­sić.

Dag­mara już jako małe dziecko znała te sztuczki matki, która nie raz i nie dwa wy­ko­rzy­sty­wała swoje ak­tor­skie umie­jęt­no­ści w domu, szcze­gól­nie w re­la­cjach z oj­cem, ale i cza­sami z nią i bra­tem.

- Nie zmie­nię zda­nia - po­wie­działa pew­nym gło­sem Gaga, jed­no­cze­śnie mocno za­ci­ska­jąc pięść. - Mamo, mu­sisz zro­zu­mieć, że ta­niec to twoje ży­cie. Nie moje. Oczy­wi­ście ko­cham to, uwiel­biam uczyć dzie­ciaki, ale trak­tuję to jako swoją do­dat­kową pracę, a nie sens ist­nie­nia. Ni­gdy nie będę taka jak ty, mu­sisz to w końcu za­ak­cep­to­wać.

- Tylko po­wiedz, co ja mam zro­bić?

- Za­trud­nij ko­goś, kto bę­dzie tym za­rzą­dzał. Sprze­daj. Znajdź wspól­nika. Ja nie­stety ci nie po­mogę - po­wie­działa.

Po tych sło­wach się­gnęła po swoją wor­ko­watą torbę, która dzięki szel­kom do­sko­nale spraw­dzała się jako ple­cak na ro­wer. Po mi­nie matki wie­działa, że musi się szybko ewa­ku­ować. Nad­cho­dziło za­ła­ma­nie hu­moru, i to ostre, czego wy­ra­zem były słowa, które usły­szała, za­my­ka­jąc za sobą drzwi:

- Nie mo­żesz mnie zo­sta­wiać. Je­steś mi to winna!

Dag­mara Za­tor­ska się­gnęła po opartą o ze­wnętrzną ścianę domu biało-ró­żową szo­sówkę, którą ku­piła za pierw­sze za­ro­bione pie­nią­dze, i wes­tchnęła za­smu­cona. Li­czyła, że matka tak nie my­śli. Nie mo­gła. Przy­naj­mniej tak po­wta­rzał jej oj­ciec.

Roz­dział 3

Ko­mi­sarz Grze­gorz Wi­śniew­ski, od kiedy star­sza córka Do­rota po­ka­zała mu w apli­ka­cji "No­tatki" opcję two­rze­nia list, co­dzien­nie do­pi­sy­wał nowe rze­czy, które zrobi, jak przej­dzie na upra­gnioną eme­ry­turę. Z koń­cem lipca pla­no­wał zdać służ­bową broń i bla­chę, która za­częła mu już mocno cią­żyć. Tak na­prawdę zo­stały mu nie­całe dwa mie­siące i czuł, że jest na to zu­peł­nie nie­przy­go­to­wany, cho­ciaż jed­no­cze­śnie cie­szył się jak dziecko na pierw­szy dzień wa­ka­cji.

Za­wsze ko­chał to, co ro­bił przez prak­tycz­nie całe swoje do­ro­słe ży­cie, jed­nak wszystko zmie­niło się po dru­gim za­wale. Do­szedł do wnio­sku, że jego ciało od­ma­wia po­słu­szeń­stwa, więc czas ustą­pić miej­sca młod­szym. Co prawda, obie­cał sze­fowi, że w wy­jąt­ko­wych sy­tu­acjach bę­dzie wspo­ma­gał ko­le­gów, ale trak­to­wał to jako nie­zwy­kle abs­trak­cyjny po­mysł. Na po­czątku chciał sku­pić się na naj­waż­niej­szym - od­po­czynku.

Do­pi­sał wła­śnie do li­sty: "Za­brać Da­nu­się na ma­saż taj­ski", gdy na wy­świe­tla­czu po­ja­wił się nu­mer ko­legi z pracy.

- Co jest? - rzu­cił tro­chę znie­cier­pli­wiony.

Mu­siał jesz­cze do­pi­sać dwie rze­czy i bał się, że za­raz o nich za­po­mni, co nie­stety zda­rzało mu się co­raz czę­ściej po­mimo gar­ści ta­ble­tek, które ły­kał co rano.

- Mamy ciało - od­po­wie­dział roz­mówca bez słowa wpro­wa­dze­nia.

Aspi­rant Mi­ko­łaj Chmie­lew­ski pra­co­wał w po­li­cji rap­tem pięć lat, ale Grze­gorz wie­dział, że bę­dzie z niego świetny glina. Miał w so­bie to coś, czego nie­stety wielu jego ko­le­gom bra­ko­wało, szcze­gól­nie tym młod­szym - chęć do dzia­ła­nia, błysk w oku i po­czu­cie hu­moru, któ­rym po­tra­fił roz­ła­do­wać na­wet naj­bar­dziej na­piętą at­mos­ferę, co przy czę­stym ob­co­wa­niu ze śmier­cią i prze­mocą było nie­zwy­kle istotne.

- Prze­ślij ad­res, już jadę.

Roz­łą­czył się i wstał z wy­słu­żo­nej ka­napy, która z bie­giem lat de­li­kat­nie za­pa­dła się pod jego cię­ża­rem. Jej na­prawę, a do­kład­niej wy­mianę obi­cia i zmianę gą­bek w środku, też umie­ścił na li­ście. Za­mie­rzał zro­bić to z jed­nym z zię­ciów, który świet­nie ra­dził so­bie z młot­kiem, wier­tarką i in­nymi tego typu na­rzę­dziami. Do­brze wie­dział, że mógłby w ogóle tego nie ru­szać, gdyby tylko po­pro­sił męż­czy­znę. Ten bez wa­ha­nia by się zgo­dził i ogar­nął wszystko sam. Ale po­li­cjant miał we­wnętrzną po­trzebę zro­bie­nia cze­goś dla swo­jej ro­dziny.

Przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat wszyst­kie do­mowe sprawy zrzu­cił na barki żony, która zno­siła to z god­no­ścią. Ni­gdy nie na­rze­kała na jego na­głe znik­nię­cia, bo ro­zu­miała, że prze­cież trup nie po­czeka. Ni­gdy nie na­rze­kała, że nie an­ga­żuje się w prace ta­kie jak pra­nie, sprzą­ta­nie czy wy­no­sze­nie śmieci. Nie na­rze­kała, że mąż nie ma czasu lub naj­zwy­czaj­niej w świe­cie siły na przy­bi­cie kilku gwoź­dzi czy wy­mianę rury pod zle­wem.

Czę­sto sama wy­ko­ny­wała tego typu prace, cza­sami ko­goś za­trud­niała. Gdy parę lat temu u boku ich dwóch có­rek po­ja­wili się męż­czyźni, to wła­śnie ich pro­siła o wspar­cie.

Jed­nak per­spek­tywa zbli­ża­ją­cej się eme­ry­tury, a tym sa­mym nie­ogra­ni­czo­nego ni­czym czasu wol­nego spo­wo­do­wała, że Grze­gorz Wi­śniew­ski po­sta­no­wił jak ni­gdy do­tąd za­jąć się swoim do­mem, tak jak jego oj­ciec, który za­wsze po­wta­rzał, że żadna praca nie hańbi.

Do­pi­sał szybko do li­sty dwie ko­lejne rze­czy, za­rzu­cił na sie­bie ko­szulę i wy­szedł z domu. Pa­nu­jący od kilku dni upał nie od­pusz­czał, a z przed­sta­wio­nej w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej pro­gnozy po­gody wy­ni­kało, że ma być tylko go­rzej.

Do­jazd do we­so­łego mia­steczka znaj­du­ją­cego się na obrze­żach Wi­la­nowa za­jął mu dwa­dzie­ścia mi­nut. Za­par­ko­wał swoją wy­słu­żoną mazdę 323, która wy­da­wała bli­żej nie­okre­ślone dźwięki, do­ma­ga­jąc się jak naj­szyb­szej wi­zyty u me­cha­nika, na du­żym placu. Zdą­żyła się tam już zgro­ma­dzić spora grupka ga­piów, któ­rzy jak hieny cze­kali na ja­kieś ochłapy sen­sa­cji.

Ni­gdy nie mógł zro­zu­mieć ich mo­ty­wa­cji. Po co cza­sami go­dzi­nami, na desz­czu lub mro­zie, stali i ob­ser­wo­wali ich po­czy­na­nia, czę­sto przy tym ga­da­jąc nie­sa­mo­wite głu­poty? Nie raz, nie dwa wy­sy­łał jed­nego z funk­cjo­na­riu­szy po cy­wilu, aby po­słu­chał, czy ob­ser­wu­jący ich dzia­ła­nia lu­dzie wie­dzą coś cie­ka­wego i wno­szą­cego do sprawy. Nie­stety, dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent tej ga­da­niny sta­no­wiły wy­ssane z palca plotki.

Wi­śniew­ski prze­szedł obok mło­dego po­li­cjanta, który pil­no­wał te­renu, i skie­ro­wał swoje kroki ku le­żą­cemu na ziemi ciału. Już z da­leka za­uwa­żył swoją ulu­bioną pro­ku­ra­tor - Mi­ro­sławę Ko­rze­miacką. Była to kon­kretna, wy­ma­ga­jąca i - po­mimo swo­ich nie­ca­łych stu sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu - bar­dzo cha­rak­terna ko­bieta. Nie­je­den fa­cet nie miał ta­kich jaj jak ona, a hi­sto­rie o jej prze­słu­cha­niach czy uprzy­krza­niu ży­cia nie­któ­rym le­ni­wym po­li­cjan­tom krą­żyły po war­szaw­skich (i nie tylko) ko­mi­sa­ria­tach ni­czym le­gendy.

Z da­leka wi­dział, jak cho­dzi po miej­scu zbrodni, sta­wia­jąc bar­dzo uważ­nie stopę za stopą, i jak wy­ra­fi­no­wany ob­ser­wa­tor re­je­struje ob­raz, co mocno kon­tra­sto­wało z pracą więk­szo­ści jej ko­le­gów i ko­le­ża­nek po fa­chu. Ci czę­sto zja­wiali się na miej­scu zbrodni do­piero wtedy, gdy więk­szość prac zo­stała już wy­ko­nana, pod­pi­sy­wali się pod pro­to­ko­łem, któ­rego szcze­gó­łów nie znali, i uni­kali sek­cji zwłok, jakby mieli silną aler­gię na trupa.

- Co mamy? - rzu­cił ko­mi­sarz Grze­gorz Wi­śniew­ski, gdy sta­nął obok aspi­ranta Mi­ko­łaja Chmie­lew­skiego, od któ­rego do­stał we­zwa­nie.

Za każ­dym ra­zem, gdy się wi­dzieli, czuł, że już bar­dziej się od sie­bie róż­nić nie mo­gli. On - pan z brzusz­kiem, śred­niego, a wręcz ni­skiego wzro­stu, z upstrzoną de­li­kat­nym owło­sie­niem ły­siną jak u no­wo­rodka i pulchną twa­rzą, która kształ­tem przy­po­mi­nała księ­życ. A obok niego Chmie­lew­ski, który wzro­stem mógł kon­ku­ro­wać z gra­czami NBA, a jego dłu­gich do ło­pa­tek gę­stych wło­sów za­zdro­ściło mu wiele ko­le­ża­nek z ko­mi­sa­riatu.

- Mały chło­piec, idąc z tatą na sa­mo­cho­dziki, za­uwa­żył wy­sta­jącą z krza­ków głowę ko­biety. Na szczę­ście męż­czy­zna za­cho­wał się za­po­bie­gaw­czo i zo­sta­wił na chwilę chłopca ka­wa­łek da­lej, a sam pod­szedł i spraw­dził, co się stało. Nie­stety dziew­czyna już nie żyła. Od razu za­dzwo­nił po nas. Twier­dzi, że ni­czego poza jej szyją nie do­ty­kał. Oczy­wi­ście wzię­li­śmy już jego od­ci­ski pal­ców, a także bu­tów.

- To za­li­czył cie­kawe wyj­ście z dziec­kiem - po­wie­dział ko­mi­sarz sam do sie­bie.

- Dziećmi. Oka­zało się, że fa­cet wy­brał się z dwoma sy­nami i żoną na ro­dzinną wy­cieczkę do we­so­łego mia­steczka. Mał­żonka po­szła z dru­gim ma­lu­chem do to­a­lety.

- Okej. Coś wia­domo o ofie­rze? - do­py­ty­wał.

- Nie - wtrą­cił wi­szący nad ofiarą z wiel­kim apa­ra­tem w rę­kach tech­nik kry­mi­na­li­styki Ignacy Bo­brow­ski. - Za­bez­pie­czam wszystko. Chło­paki prze­cze­sują krzaki, może znajdą coś cie­ka­wego - od­po­wie­dział, nie od­ry­wa­jąc wzroku od le­żą­cej dziew­czyny.

Ko­mi­sarz Grze­gorz Wi­śniew­ski już dawno za­kwa­li­fi­ko­wał go do grona naj­dziw­niej­szych osób, ja­kie kie­dy­kol­wiek spo­tkał. Bo­brow­ski za­zwy­czaj od­zy­wał się zda­niami po­je­dyn­czymi, naj­le­piej jed­no­wy­ra­zo­wymi. Cza­sami na­wet uci­nał słowa w po­ło­wie, jakby koń­cząc je, mógł się za­nadto zmę­czyć. Wszystko się jed­nak zmie­niało, gdy sprawa do­ty­czyła piłki noż­nej. Wtedy prze­rwa­nie mu gra­ni­czyło z cu­dem. Był w sta­nie za­ga­dać w tej kwe­stii każ­dego. Wszy­scy się śmiali, że gdyby spo­tkał Le­wan­dow­skiego, też wie­działby wię­cej o tej dys­cy­pli­nie niż on i dał mu ja­kąś złotą radę. Jed­nak na tym nie koń­czyła się jego in­ność. Wy­glą­dał ni­czym pa­jąk. Matka na­tura ob­da­rzyła go nie­pro­por­cjo­nal­nie dłu­gimi rę­koma i no­gami, które po­wo­do­wały, że do­sko­nale od­na­la­złby się we wspi­naczce. On jed­nak gar­dził każdą dys­cy­pliną sportu, oczy­wi­ście poza piłką, ale i tę upra­wiał je­dy­nie w wer­sji nie­zwy­kle bez­piecz­nej i nie­na­ra­ża­ją­cej go na wy­si­łek fi­zyczny, czyli ka­na­po­wej.

W tym mo­men­cie po­de­szła do nich pani pro­ku­ra­tor, która mimo let­niej po­gody jak zwy­kle wy­glą­dała bar­dzo ele­gancko i nie­ade­kwat­nie do miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wali. Tego dnia, po­mimo pra­wie trzy­dzie­stu paru stopni, ja­kie za­po­wia­dali w ra­diu, wło­żyła czarne dłu­gie spodnie, białą ko­szulę i ma­ry­narkę, która wy­glą­dała tak, jakby była po­ży­czona od star­szego i dużo po­tęż­niej­szego brata. Po szyb­kim przy­wi­ta­niu uści­skiem dłoni rzu­ciła:

- Prze­słu­chaj­cie ob­sługę, od­wie­dza­ją­cych ra­czej nie ma sensu, bo dziew­czyna nie żyje od kilku go­dzin, a do­piero co otwo­rzyli, więc mało kto tędy dzi­siaj prze­cho­dził.

- Do­brze. - Ko­mi­sarz za­pi­sał to so­bie w no­tat­kach, jak ro­bił od nie­dawna. Za­wsze wie­rzył w swoją pa­mięć, ale gdy po raz trzeci prze­ko­nał się, że robi się co­raz bar­dziej za­wodna, prze­szedł na ten spraw­dzony spo­sób.

- Póź­niej obejdź­cie oko­liczne domy i roz­py­tuj­cie o nią. Może miesz­kała w po­bliżu.

- Okej, tylko mu­szę mieć ja­kieś zno­śne zdję­cia. Nie roz­dam funk­cjo­na­riu­szom fo­to­gra­fii tego, jak te­raz wy­gląda. Lu­dzie będą im mdleli, wpa­dali w hi­ste­rię, a wieść o tym roz­nie­sie się po oko­licy szyb­ciej niż plotka o wi­zy­cie Pu­dziana na oko­licz­nej si­łowni.

Wszy­scy mi­mo­wol­nie spoj­rzeli na ko­bietę na ziemi. Le­żała na brzu­chu, z rę­koma uło­żo­nymi wzdłuż bo­ków i twa­rzą wci­śniętą w błot­ni­stą ka­łużę. Mor­derca usta­wił ją tak po śmierci lub trzy­mał, gdy jesz­cze żyła, ogra­ni­cza­jąc tym sa­mym do­pływ po­wie­trza do płuc.

Już na pierw­szy rzut oka wie­dzieli, że praw­do­po­dob­nie zo­stała zgwał­cona. Ścią­gnięte majtki, za­krwa­wione od we­wnętrz­nej strony uda i le­żąca nie­opo­dal ubru­dzona czer­woną ma­zią szklana bu­telka nie na­pa­wały opty­mi­zmem. Nie­mal na­gie ciało ofiary wręcz ra­ziło bielą skóry, z którą kon­tra­sto­wała po­szar­pana i ubło­cona ko­szulka na ra­miącz­kach - je­dyna część odzieży, którą na­dal miała na so­bie. Z per­spek­tywy kilku me­trów nie wi­dzieli żad­nych ob­ra­żeń, które mo­gły sta­no­wić przy­czynę śmierci, ale kon­kretną in­for­ma­cję mógł dać tylko pa­to­log po do­głęb­nych ba­da­niach, a wie­dzieli, że na to będą mu­sieli chwilę po­cze­kać.

Grze­gorz Wi­śniew­ski pa­trzył na ciało ko­biety, tak zbez­czesz­czone i po­zo­sta­wione ni­czym zu­żyty, nie­po­trzebny przed­miot, i chciało mu się pła­kać. Nie wi­dział jesz­cze twa­rzy ofiary, ale po jej ubra­niu, które mor­derca po­rzu­cił nie­opo­dal, są­dził, że mo­gła być w wieku jego có­rek.

Ko­mi­sarz cof­nął się o kilka me­trów i nie od­ry­wa­jąc wzroku od ciała, rzu­cił do Mi­ro­sławy Ko­rze­miac­kiej:

- Wi­działa pani?

- Co? - spy­tała i po­de­szła bli­żej.

Oby­dwoje stali tak, że wi­dzieli ko­bietę od strony nóg.

- Zo­stała uło­żona sy­me­trycz­nie, a majtki są ja­koś nie­na­tu­ral­nie równo uło­żone. Tak jakby od li­nijki.

- Fak­tycz­nie. - Po­ki­wała głową po­twier­dza­jąco. - Sku­pi­łam się na jej twa­rzy za­nu­rzo­nej w wo­dzie. Za­sta­na­wiam się, czy ten skur­wiel ją uto­pił, czy to już in­sce­ni­za­cja po­śmiertna.

- Oby to dru­gie... - sko­men­to­wał i przy­kuc­nął.

Za­wsze sta­rał się pa­trzeć na miej­sce zbrodni z róż­nych per­spek­tyw. Kie­dyś od­na­lazł na­rzę­dzie zbrodni na drze­wie, a to tylko dla­tego, że po­ło­żył się w tym sa­mym miej­scu, gdzie czę­sto wi­dy­wany był męż­czy­zna, który na trzy mie­siące zo­stał za­trzy­many. Nie mieli na niego zbyt wiele. Cały czas szu­kali miej­sca ukry­cia na­rzę­dzia zbrodni - noża, który wy­ko­rzy­sty­wał pod­czas na­pa­dów na młode ko­biety. Czaił się na nie w ciem­nych ulicz­kach, a po­tem szedł za nimi. Gdy po­zwa­lała na to sy­tu­acja, ata­ko­wał. Gro­ził no­żem i wy­ko­rzy­sty­wał sek­su­al­nie. Pięć z sied­miu ofiar po­ciął po rę­kach i no­gach. Nie były to głę­bo­kie rany, jed­nak we­dług ze­znań na­pa­wał się wy­pły­wa­jącą z ran krwią, jakby pod­nie­cało go to bar­dziej niż chwilę wcze­śniej wy­mu­szony sto­su­nek.

Pod­czas tam­tego śledz­twa, nie ma­jąc już na­dziei na happy end, po­ło­żył się pod roz­ło­ży­stym dę­bem nie­da­leko domu po­dej­rza­nego. Le­żał tam do­bre pół go­dziny i już chciał wró­cić do domu, gdy zza chmur wy­szło słońce i nad jego głową coś za­błysz­czało. Po­cząt­kowo zu­peł­nie nie wie­dział, co to może być. Pod­niósł się i na­dal nie mo­gąc zi­den­ty­fi­ko­wać źró­dła świe­ce­nia, po­szedł po dra­binę do są­siada. Gdy wdra­pał się na drzewo, onie­miał. Na jed­nej z ga­łęzi le­żała drew­niana skrzynka z me­ta­lo­wym za­pię­ciem i to od niej od­bi­jały się pro­mie­nie słońca. Tam zna­lazł po­szu­ki­wane na­rzę­dzie zbrodni, a także kilka rze­czy na­le­żą­cych do ofiar. Od tego czasu sta­rał się pa­trzeć na wszystko z róż­nych per­spek­tyw i jak naj­moc­niej wcho­dzić w buty prze­stępcy. Kładł się, wspi­nał, oglą­dał miej­sca zbrodni przez okno.

- Od­wra­camy! - krzyk­nął chudy tech­nik, który do­tych­czas zbie­rał ślady z pre­cy­zją chi­rurga pod­czas ope­ra­cji.

Trzech przy­glą­da­ją­cych się dzia­ła­niom tech­nika męż­czyzn jak na ko­mendę po­de­szło do ciała ko­biety i w spo­sób nie­zwy­kle de­li­katny, a za­ra­zem pewny w ru­chach ob­ró­cili ją na plecy.

Ko­mi­sarz Grze­gorz Wi­śniew­ski wraz z pro­ku­ra­tor po­de­szli bli­żej. Twarz dziew­czyny wy­glą­dała prze­ra­ża­jąco i nie­stety wszystko wska­zy­wało na to, że usta­wie­nie głowy nie tylko sta­no­wiło ele­ment ja­kieś cho­rej sceny, którą chciał stwo­rzyć mor­derca. Ofiara zo­stała uto­piona w nie­wiel­kiej ka­łuży, która praw­do­po­dob­nie po­wstała po śro­do­wej ule­wie. Jej oczy wy­trzesz­czyły się, jakby chciały wy­sko­czyć z oczo­do­łów, a ca­łość na­brzmiała.

Jed­nak mimo ubru­dze­nia i znie­kształ­ce­nia wy­ni­ka­ją­cego z dłu­giego za­nu­rze­nia w wo­dzie wi­dać było, że dziew­czyna miała sym­pa­tyczną twarz, jak to ma­wiał Grze­gorz. Nie­wy­róż­nia­jącą się, taką zwy­kłą, ale za­ra­zem cie­płą i nie­na­chalną. Sta­no­wiła zde­cy­do­wane prze­ci­wień­stwo tych na­pom­po­wa­nych blon­dy­nek, które na­wet w na­pa­dach zło­ści nie po­tra­fiły wy­ra­zić emo­cji mi­miką i je­dyne, co im po­zo­stało, to wy­dy­ma­nie ust lub ro­bie­nie dziób­ków świad­czą­cych o nie­za­do­wo­le­niu.

Po­li­cjant pa­trzył na nią, a jego my­śli mo­men­tal­nie po­pły­nęły w kie­runku dwóch uko­cha­nych có­rek - Hani i Do­roty. Gdyby coś ta­kiego przy­tra­fiło się któ­rejś z nich, nie dałby rady. Serce pę­kłoby mu na ty­siące ka­wał­ków.

- To ona?! - usły­szeli na­gle pod­nie­siony ko­biecy głos gdzieś z od­dali.

Wszy­scy od­wró­cili się, szu­ka­jąc źró­dła tych wrza­sków. Przy ta­śmie od­gra­dza­ją­cej miej­sce zda­rze­nia od ga­piów stała dziew­czyna w wieku po­dob­nym do de­natki. Jej krót­kie blond włosy i czarne ubra­nie, po­mimo pra­żą­cego słońca, po­wo­do­wały, że spra­wiała wra­że­nie agre­syw­nej. Pró­bo­wała prze­ci­snąć się i po­dejść bli­żej, jed­nak młody funk­cjo­na­riusz wy­de­le­go­wany do za­bez­pie­cze­nia te­renu nie ustę­po­wał. Stał z wy­cią­gnię­tymi do przodu rę­koma, na wy­pa­dek gdyby siłą mu­siał ją ode­pchnąć z miej­sca zda­rze­nia.

- Prze­puść ją! - krzyk­nęła pani pro­ku­ra­tor, mo­men­tal­nie wy­wo­łu­jąc roz­luź­nie­nie na­pię­tych mię­śni po­li­cjanta.

- Czy to jest Lu­cyna?! - wrzesz­czała dziew­czyna, raz po raz wy­chy­la­jąc się na prawą i lewą stronę, pró­bu­jąc zo­ba­czyć, czy le­żąca na ziemi osoba to rze­czy­wi­ście po­szu­ki­wana przez nią ko­bieta.

- Pro­szę pani. Pro­szę się uspo­koić. Kogo pani szuka? - wtrą­cił Grze­gorz Wi­śniew­ski i od razu po­ża­ło­wał. To Mi­ro­sława Ko­rze­miacka była na miej­scu zbrodni głów­no­do­wo­dzącą i nie po­wi­nien za­bie­rać jej tej funk­cji.

- Mo­jej przy­ja­ciółki. Od kilku dni nie mam z nią kon­taktu, a wcze­śniej ga­da­ły­śmy prak­tycz­nie co­dzien­nie. Tylko wy­jąt­kowe sy­tu­acje to za­bu­rzały, ale to trwało maks je­den dzień, a te­raz już od środy rana nie mam z nią kon­taktu. Naj­gor­sze, że jej ro­dzice mają to gdzieś. A ja wiem, że coś się z nią stało. Lucy ni­gdy cze­goś ta­kiego by mi nie zro­biła. Wie, że je­stem prze­wraż­li­wiona na punk­cie bez­pie­czeń­stwa. Za­wsze mu­szę wie­dzieć, gdzie kto jest z mo­ich bli­skich, ina­czej wa­riuję. Po­dobno to ja­kaś ner­wica...

- Pro­szę pójść z ko­legą - prze­rwała jej pro­ku­ra­tor i kiw­nęła głową na sto­ją­cego obok Grze­go­rza Wi­śniew­skiego.

Ten po­słusz­nie wy­ko­nał po­le­ce­nie. Pod­szedł do ko­biety, od­szedł z nią kilka me­trów da­lej i usta­wił się tak, aby blon­dynka nie pa­trzyła na ciało.

- Pro­szę opo­wie­dzieć, co do­kład­nie się stało - po­wie­dział naj­spo­koj­niej, jak po­tra­fił.

- Mó­wi­łam już, nie wiem, gdzie jest moja przy­ja­ciółka. Nie mam kon­taktu z Lucy od kilku dni. Mamy taki swój zwy­czaj, że co­dzien­nie od po­nad roku pi­szemy do sie­bie na Mes­sen­ge­rze. Ostatni raz na­pi­sała do mnie w środę. I póź­niej nic. Ci­sza.

- Dzwo­niła pani do niej?

- Za kogo mnie pan uważa, za tępą blon­dynkę? - pi­snęła dziew­czyna. - Oczy­wi­ście, że dzwo­ni­łam, ale włą­cza się poczta. Po­szłam na­wet do jej domu. Po­my­śla­łam, że może roz­wa­lił jej się te­le­fon lub jest chora. Ale nie za­sta­łam jej, a jej ro­dzice tak jakby w ogóle nie za­re­je­stro­wali, że ich córka znik­nęła i od kilku dni nie ma jej w domu. Zresztą się nie dzi­wię... - Dziew­czyna wes­tchnęła smutno.

- Dla­czego?

- Nie­chęt­nie o nich opo­wia­dała. To, co wiem, to to, że ni­gdy nie czuła się ko­chana przez ro­dzi­ców. Od za­wsze wo­leli to­wa­rzy­stwo flaszki niż jej. Ge­ne­ral­nie mieli ją gdzieś. Dla­tego pla­no­wała jak naj­szyb­ciej wy­pro­wa­dzić się z domu.

- To może dla­tego jej pani nie za­stała?

- Nie, nie zro­bi­łaby mi tego. Zresztą to ona tam leży. Po­zna­łam ją po bu­tach... - Wska­zała pal­cem na po­rzu­cony przez mor­dercę stos ubrań, na szczy­cie któ­rego rze­czy­wi­ście le­żały trampki, po czym za­częła pła­kać.

- Bu­tach?

- Tak, ma ta­kie same jak ja. - W tym mo­men­cie unio­sła prawą stopę znad ziemi, eks­po­nu­jąc swoje obu­wie. - Kto jej to zro­bił? - wy­du­kała, po­cią­ga­jąc no­sem.

- Ma pani zdję­cie przy­ja­ciółki? - rzu­cił, igno­ru­jąc za­dane przez nią py­ta­nie.

Dziew­czyna wy­cią­gnęła te­le­fon z kie­szeni krót­kich spode­nek, po­stu­kała na nim i po­dała po­li­cjan­towi. Przez chwilę pa­trzył na uśmie­cha­jącą się do niego sym­pa­tyczną bru­netkę.

- Mogę na se­kundę te­le­fon?

- Tak, oczy­wi­ście - od­po­wie­działa, a on czym prę­dzej pod­szedł do roz­ma­wia­ją­cej z tech­ni­kiem pani pro­ku­ra­tor. Nie­ofi­cjalną iden­ty­fi­ka­cję ofiary mieli już za sobą.

Roz­dział 4

ON

Od za­wsze mnie do nich cią­gnęło. Cycki, dupy, śniły mi się wie­lo­krot­nie, a ja bu­dzi­łem się ze sto­ją­cym fre­dem, stre­su­jąc się, że matka lub oj­ciec zo­ba­czą. Raz stara po­wie­działa, że to nor­malne i nie mam co się stre­so­wać. Może i tak, ale gdyby wie­działa, co mi po gło­wie łazi, nie by­łaby już taka pewna swo­ich rad.

A ja ich do­ty­ka­łem, ma­ca­łem. W su­mie za­nim pani na bio­lo­gii, czer­wie­niąc się i ją­ka­jąc, opo­wie­działa nam o róż­nicy mię­dzy ko­bietą a męż­czy­zną, ja już wie­dzia­łem, że mają w so­bie coś pod­nie­ca­ją­cego. A gdy zo­ba­czy­łem, jak do­kład­nie są zbu­do­wane, śni­łem bar­dziej. In­ten­syw­niej.

Wtedy wpa­dłem na pro­sty, lecz ge­nialny po­mysł. Za­czą­łem pod­glą­dać dziew­czyny. Cho­dzi­łem do ko­le­gów, a przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji pa­trzy­łem na ich sio­stry i matki, cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie wo­la­łem te młod­sze.

Dzień, gdy od­kry­łem małe okienko w szatni dam­skiej przy hali do WF-u, był chyba lep­szy niż Boże Na­ro­dze­nie, moje uro­dziny i Dzień Dziecka ra­zem wzięte. Usta­wi­łem obok wielki ku­beł na śmieci, który póź­niej stał tam la­tami, jakby nikt nie po­my­ślał, dla­czego ktoś go umie­ścił w tym wła­śnie miej­scu. Gdy dzwo­nił dzwo­nek, a wszy­scy roz­cho­dzili się do sal, ja za­miast iść na lek­cję, cho­wa­łem się w to­a­le­cie i cze­ka­łem. Gdy w końcu nie do­cho­dził do mnie ża­den dźwięk z ko­ry­ta­rza, wy­cho­dzi­łem. Sze­dłem naj­ci­szej, jak po­tra­fi­łem, cho­ciaż mama za­wsze po­wta­rzała, że je­stem naj­gło­śniej­szą osobą, jaką zna. Ale mia­łem mo­ty­wa­cję. Tak bar­dzo chcia­łem wejść na ten ku­beł i pa­trzeć na ich roz­ne­gli­żo­wane ciała, że by­łem w sta­nie się kon­tro­lo­wać.

Nie­stety te wsty­dliwe pindy ni­gdy nie roz­bie­rały się do ro­sołu. Zo­sta­wały w sta­ni­kach, które z re­guły jesz­cze za­kry­wały przed ko­le­żan­kami ko­szul­kami, jakby róż­niły się mię­dzy sobą bu­dową ciała.

Poza jedną.

Agatą.

Dziew­czyną o rok star­szą, na którą chyba ża­den z chło­pa­ków nie pa­trzył. Za­wsze miała po­skle­jane włosy, jakby po umy­ciu sta­wały się od razu brudne, jej twarz po­kry­wały czer­wone prysz­cze i no­siła dziwne swe­terki, jakby do­stała je po sta­rej cioci.

Ale nie li­czyło się to dla mnie, gdy ścią­gała ko­szulkę, a na­stęp­nie sta­nik. Jej jędrne piersi fa­lo­wały przy każ­dym ru­chu, a ja za każ­dym ra­zem czu­łem, jak cia­sno robi mi się w spodniach, mimo że pro­si­łem mamę, żeby ku­po­wała mi te z lu­zem w kroku. Ta śmiała się po­gar­dli­wie, twier­dząc, że tylko de­bile w ta­kich cho­dzą i że jak bar­dzo chcę ścią­gnąć na sie­bie kło­poty, to może mi jesz­cze skręta ku­pić i droga wolna.

Cie­kaw je­stem, co by po­wie­działa, gdyby do­wie­działa się, po co mi ten luz w kroku.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach wszyst­kie wy­cho­dziły, ale Agata za­wsze na końcu. Ocią­gała się z ubie­ra­niem, jakby wie­działa, że tam je­stem i się na nią ga­pię. Może trak­to­wała to jako je­dyne w swoim ży­ciu chwile triumfu, kiedy ktoś się nią za­in­te­re­so­wał. Raz wy­da­wało mi się na­wet, że pod­nio­sła głowę i się do mnie uśmiech­nęła. Ale nie­moż­liwe. Prze­cież po­winna ko­goś we­zwać, że ja­kiś zbo­cze­niec ją pod­gląda.

Kie­dyś mama na­zwała tak fa­ceta, który stał w krza­kach i ma­cał się po ja­jach. Mia­łem wtedy z sześć lat i wbiło mi się to do głowy. Może dla­tego, że wie­dzia­łem pod­skór­nie, że sam nim je­stem.

Zbo­czeń­cem.

Roz­dział 5

Trasę z Mo­ko­towa, gdzie od lat miesz­kali jej ro­dzice, na Żo­li­borz Dag­mara po­ko­nała w go­dzinę. Może prze­je­cha­łaby ją szyb­ciej, ale dwa razy mu­siała sta­nąć - raz, by po­ga­dać z oj­cem, do któ­rego zdą­żyła za­dzwo­nić roz­hi­ste­ry­zo­wana matka, a po­tem znowu, aby ku­pić za­pa­sową dętkę w swoim ulu­bio­nym skle­pie ro­we­ro­wym przy Wi­sło­stra­dzie.

Przez ostat­nie pięt­na­ście mi­nut po­dróży sta­rała się uspo­koić głowę. Bli­scy od ma­łego po­wta­rzali, że jest w go­rą­cej wo­dzie ką­pana. Wszystko mu­siało być tu i te­raz, a jak nie było, to wstę­po­wały w nią de­mony i każdy wie­dział, że le­piej się wtedy do niej nie zbli­żać. Jej ro­dzina prze­żyła to nie raz, nie dwa. Kie­dyś ob­ra­żona scho­wała się w piw­nicy, bo prąd siadł, a ona chciała oglą­dać bajkę. Ża­den ra­cjo­nalny ar­gu­ment do niej nie do­cie­rał, a fakt, że sie­dzi sama w ciem­nej piw­nicy, nie ro­bił wra­że­nia. Zresztą brak stra­chu rów­nież czę­sto sta­no­wił pro­blem.

- Nie baw się ogniem - po­wta­rzała matka, wi­dząc ją cho­dzącą z za­pal­niczką.

- Noże służą do kro­je­nia - mó­wił oj­ciec i za­bie­rał z jej ma­łych rą­czek ostre na­rzę­dzia, któ­rych uży­wała do ostrze­nia kre­dek.

Jako kil­ku­let­nia dziew­czynka czę­sto jeź­dziła na działkę do ro­dzi­ców taty, przy­wo­żąc ko­lejne si­niaki i bli­zny, które dla matki tan­cerki były nie do za­ak­cep­to­wa­nia. Wra­cała rów­nież z ba­ga­żem nie­stwo­rzo­nych hi­sto­ry­jek, które z bie­giem czasu uro­sły do rangi le­gend.

Jako czte­ro­latka do­stała swoją pierw­szą brykę, jak na­zy­wała czte­ro­ko­łowy czer­wony ro­we­rek z wstą­żecz­kami po­przy­pi­na­nymi do bia­łej kie­row­nicy. Jeź­dziła nim prak­tycz­nie wszę­dzie. Nie in­te­re­so­wało jej, czy ktoś za nią je­dzie, czy nie, a tym, że pę­dzi as­fal­tową drogą bez ścieżki ro­we­ro­wej, a na­wet po­bo­cza, nie przej­mo­wała się. Nie­stety nie każdy miał tyle luzu i ze dwa razy zda­rzyło się, że do domu przy­pro­wa­dziła ją po­li­cja, po­nie­waż ja­dąc środ­kiem ulicy, zro­biła ko­rek na pół wsi.

Za każ­dym ra­zem ro­biła się z tego afera, po­nie­waż matka nie wi­działa w tym nic faj­nego i uwa­żała to za ob­jaw braku od­po­wie­dzial­no­ści dziad­ków, któ­rzy po­zwa­lali wnuczce na wszystko i do­pro­wa­dzali do nie­bez­piecz­nych sy­tu­acji.

Dla­tego z cza­sem Dag­mara prze­stała opo­wia­dać w domu o swo­ich wy­czy­nach. Cho­dziła po drze­wach, wdra­py­wała się na dach na działce u dziad­ków ze strony ojca, nie ba­cząc na to, że może wpaść do środka, bo zro­biono go z dykty. Jako dzie­się­cio­latka jeź­dziła sama au­to­bu­sami, tram­wa­jami, a jako dwu­na­sto­latka po raz pierw­szy wsia­dła bez asy­sty do­ro­słego do po­ciągu. Chciała czer­pać z ży­cia jak naj­wię­cej. Dla­tego tak trudno do­ga­dy­wała się z matką, która ni­gdy nie zro­biła nic nie­bez­piecz­nego, a je­dy­nym sza­leń­stwem, na ja­kie so­bie po­zwa­lała ostat­nimi czasy, było po­ma­lo­wa­nie pa­znokci na ciemny fio­let.

Z prze­wie­trzoną głową pod­je­chała pod starą ka­mie­nicę na Żo­li­bo­rzu, gdzie kie­dyś miesz­kali ci sami dziad­ko­wie, któ­rzy na wa­ka­cje prze­pro­wa­dzali się na nie­wielką le­śną działkę, i zdę­biała. Przed drzwiami pro­wa­dzą­cymi do jej klatki scho­do­wej stała ko­bieta. Wi­działa ją kil­ka­krot­nie w szkole u mamy, uczyła dzieci pod­staw tańca to­wa­rzy­skiego. Roz­ma­wiała z nią może dwa razy przy oka­zji ja­kichś spo­tkań wszyst­kich na­uczy­cieli tańca.

Ko­bieta przy­po­mi­nała jej ka­te­chetkę z li­ceum, która no­siła pli­so­wane spód­nice do po­łowy łydki, a do tego nie­za­leż­nie od po­gody za­kła­dała swe­try z gol­fem. Nie to jed­nak przy­cią­gało uwagę. Za­wsze cho­dziła ze spusz­czoną głową, jakby prze­pra­szała, że żyje. Sto­jąca przed Dag­marą ko­bieta ro­biła do­kład­nie to samo. Głowę po­chy­lała nie­na­tu­ral­nie do przodu, a sku­lone barki po­wo­do­wały, że wy­glą­dała, jakby na jej ple­cach wy­rósł cał­kiem spo­rych roz­mia­rów garb. Na pierw­szy rzut oka Dag­mara oce­niła, że ko­bieta mo­gła być rów­no­latką jej matki, jed­nak wy­wo­ły­wała zu­peł­nie inną gamę uczuć. Ma­rianna Za­tor­ska za­wsze no­siła brodę wy­soko, przez co wielu uzna­wało, że za­dziera nosa, ale ona, od kiedy tylko po­ko­chała ta­niec, chciała zo­stać ba­let­nicą, a one się nie gar­bią, po­wta­rzała swoim pod­opiecz­nym, de­li­kat­nie trą­ca­jąc je la­ską, którą za­wsze miała pod ręką.

- Dzień do­bry - ode­zwała się, gdy tylko Dag­mara ze­szła z ro­weru. Jej głos do­sko­nale pa­so­wał do po­stawy osoby wy­co­fa­nej. Ci­chy, spo­kojny, jakby z tru­dem wy­do­by­wała go z sie­bie.

- Dzień do­bry, ja pa­nią znam - po­wie­działa i na­dal ze zdzi­wie­niem przy­glą­dała się ko­bie­cie.

- Tak. Na­zy­wam się Mi­lena Gór­ska, pra­cuję u pani matki, w szkole tańca.

- Wej­dzie pani? - rzu­ciła Dag­mara i od razu tego po­ża­ło­wała. Ma­rzyła o tym, żeby zrzu­cić z sie­bie prze­po­cone ciu­chy, wziąć ką­piel, a na­stęp­nie z pi­wem w ręku za­siąść na ka­na­pie i obej­rzeć ko­lejny od­ci­nek Gry o tron.

- Tak, bar­dzo chęt­nie.

Otwo­rzyła klu­czem drzwi na klatkę scho­dową i ru­szyła przo­dem, trzy­ma­jąc pod pa­chą ro­wer. Czasy zo­sta­wia­nia sprzętu, na­wet przy­pię­tego do słupa czy ogro­dze­nia, po­że­gnała już dawno temu, po tym jak ktoś piłą prze­ciął ka­bel i odzie­dzi­czony po ojcu, pa­mię­ta­jący za­mierz­chłe czasy sprzęt roz­pły­nął się w po­wie­trzu.

Sta­nęła przed miesz­ka­niem nu­mer 3 na ostat­nim, czyli pierw­szym pię­trze i wpu­ściła ko­bietę do swo­jego kró­le­stwa, jak w my­ślach za­wsze okre­ślała to miej­sce. Ze­staw zwią­za­nych z nim wspo­mnień mógłby wy­star­czyć na kilka sce­na­riu­szy fil­mo­wych. To tu­taj ucie­kała po kłót­niach z matką. To tu­taj pła­kała, gdy ze­rwała z chło­pa­kiem lub wi­siała nad nią groźba ki­blo­wa­nia w trze­ciej kla­sie li­ceum. Co naj­śmiesz­niej­sze, nie dla­tego, że się nie uczyła, ale dla­tego, że nie zga­dzała się z pro­gra­mem szkol­nym i czy­tała książki inne niż te, które wpi­sano do ka­nonu lek­tur. Po­tra­fiła prze­sie­dzieć w dam­skiej to­a­le­cie po­łowę lek­cji po­chło­nięta po­wie­ścią, o któ­rej na­uczy­cielka ję­zyka pol­skiego na­wet nie sły­szała.

Gdy zmarli dziad­ko­wie, nikt ani przez se­kundę nie my­ślał o sprze­daży miesz­ka­nia. Każdy wie­dział, że gdy Dag­mara skoń­czy osiem­na­ście lat, wpro­wa­dzi się tu­taj, jed­nak nikt nie brał pod uwagę, że stwo­rzy w tym miej­scu tak nie­ty­powy wy­strój. Dwu­po­zio­mowe miesz­ka­nie prze­ro­biła nie do po­zna­nia. W sa­lo­nie po­wstała an­tre­sola, któ­rej całą po­wierzch­nię zaj­mo­wało łóżko mo­gące po­mie­ścić na­wet i cztery osoby, a żeby się na nie do­stać, trzeba było użyć dra­biny lub wspiąć się po li­nie jak Tar­zan.

Wpro­wa­dziła go­ścia do środka, szyb­kim ru­chem zrzu­ciła buty ro­we­rowe, li­cząc, że jej stopy nie śmier­dzą za mocno, po­sta­wiła ro­wer pod ścianą i za­pro­siła ko­bietę do sa­lonu, który mie­ścił się pod an­tre­solą.

- Na­pije się pani cze­goś? - rzu­ciła, li­cząc, że Gór­ska od­mówi. Nie chciała prze­cią­gać roz­mowy, któ­rej te­matu na­wet nie znała. Poza tym do­skwie­rał jej bar­dzo przy­ziemny pro­blem. Sama piła tylko czarną her­batę, i to w ty­pie En­glish bre­ak­fast, bez cu­kru, dla­tego w jej kuchni próżno było szu­kać kawy, sło­dzika czy her­baty sma­ko­wej.

- Nie, dzię­kuję - od­po­wie­działa ko­bieta. - Nie chcę ci za­bie­rać czasu.

Dag­mara za­uwa­żyła, że już nie jest "pa­nią", ale ze względu na róż­nicę wieku nie za­mie­rzała zwra­cać na to uwagi.

- Nie ma pro­blemu - skła­mała i ru­chem ręki wska­zała na ka­napę.

- Twoja mama wspo­mi­nała, że bę­dziesz de­tek­ty­wem... Chcia­ła­bym pro­sić cię o po­moc - po­wie­działa ko­bieta i wy­cią­gnęła z du­żej płó­cien­nej torby zwy­kłą szarą teczkę za­my­kaną na gumkę.

- Moja mama? - spy­tała zdzi­wiona.

- Tak, mó­wiła, że za­kła­dasz firmę i bę­dziesz de­tek­ty­wem. I to naj­lep­szym w kraju. Jest z cie­bie bar­dzo dumna. Chwali się tobą na prawo i lewo.

- Hmm...

Dag­mara, zu­peł­nie jak nie ona, po­czuła, że za­bra­kło jej ję­zyka w gę­bie. Po roz­mo­wie z matką sprzed go­dziny i po cyrku, jaki usku­tecz­niła po jej wyj­ściu, była prze­ko­nana, że jej plany uważa za naj­gor­szą rzecz na świe­cie i ni­komu o tym nie po­wie. Naj­wy­raź­niej jed­nak jak zwy­kle się po­my­liła. Jej matka za­wsze sta­no­wiła za­gadkę, a jej re­ak­cje były nie­prze­wi­dy­walne.

Pa­trząc na sie­dzącą na­prze­ciwko ko­bietę, szybko po­łą­czyła kropki. Matka ro­biła grunt pod to, co wie­działa, że nie­uchron­nie na­stąpi. Czuła już od dawna, że córka nie zaj­mie się szkołą, i mu­siała wszyst­kim do­okoła po­ka­zać, że po­piera tę de­cy­zję, a może że wręcz sama po­pchnęła córkę w jej kie­runku, więc suk­ces Dag­mary bę­dzie też po czę­ści jej.

- To nie­prawda? - spy­tała Gór­ska, wi­dząc za­fra­po­wane ob­li­cze go­spo­dyni.

- Nie... To zna­czy tak.

- Nie ro­zu­miem - sko­men­to­wała ko­bieta, marsz­cząc przy tym czoło, na któ­rym mo­men­tal­nie po­ja­wiły się głę­bo­kie zmarszczki, do­da­jąc jej co naj­mniej dzie­sięć lat.

- Zga­dza się to, że będę de­tek­ty­wem.

- Ufff... - wes­tchnęła z ulgą Mi­lena Gór­ska. - Moją córkę za­mor­do­wano. Po­li­cja nic w tej spra­wie...

- Pro­szę pani, ale ja nie po­mogę - wtrą­ciła szybko.

- Nie ro­zu­miem, prze­cież po­wie­dzia­łaś, że...

- Ale ja nie ta­kimi spra­wami będę się zaj­mo­wała.

- Bła­gam! - krzyk­nęła ko­bieta, za­ska­ku­jąc ją. - Moja Ga­bry­sia umarła pięć lat temu. Nikt nie wie, co się z nią stało. Po­li­cja od­pu­ściła so­bie, jakby moja córka była nic nie­zna­czą­cym przed­mio­tem. Była, nie ma, bez róż­nicy.

Ko­bieta cały czas mó­wiła, mimo że Dag­mara krę­ciła głową, wy­raź­nie da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie po­może.

- Pro­szę pani... Za­kła­dam wła­śnie z przy­ja­cie­lem firmę, ale na­szymi klien­tami będą róż­nego ro­dzaju pod­mioty go­spo­dar­cze, które po­dej­rze­wają swo­ich kon­tra­hen­tów o nie­uczciwe dzia­ła­nia. Jest to zde­cy­do­wa­nie inny za­kres dzia­łań niż pani sprawa. Bar­dzo mi przy­kro z po­wodu pani córki, ale nie je­stem w sta­nie po­móc. Mogę po­py­tać wśród zna­jo­mych, ale nic nie obie­cuję.

- Pro­szę, zer­k­nij cho­ciaż na jej zdję­cie.

Ko­bieta wy­cią­gnęła z teczki pierw­szą lep­szą fo­to­gra­fię i wierzch­nią stroną pod­su­nęła jej pra­wie pod twarz. Uwiecz­niona na niej dziew­czyna mo­gła mieć około osiem­na­stu, mak­sy­mal­nie dwu­dzie­stu lat. Sym­pa­tyczny wy­raz twa­rzy pod­kre­ślał ja­kąś nie­win­ność w jej oczach. Przez uła­mek se­kundy Dag­mara chciała wy­cią­gnąć rękę po zdję­cie, ale wie­działa, że da­łaby tym ko­bie­cie na­dzieję, że coś z tym zrobi. A prze­cież obie­cała ojcu kilka lat wcze­śniej, że nie bę­dzie zaj­mo­wała się tego typu spra­wami. Ich ro­dzina prze­żyła dość tra­ge­dii i za­mie­rzała to usza­no­wać, a tym sa­mym nie na­ra­żać bli­skich na ko­lejne cier­pie­nia.

- Prze­pra­szam, ale mam coś do zro­bie­nia - po­wie­działa, czu­jąc wy­rzuty su­mie­nia, i wstała z ka­napy, da­jąc tym sa­mym znak, że to ko­niec ich spo­tka­nia.