Cigi de Montbazon i Robalium Platona - Anatol Ulman

Kup ebooka

24.75 zł
19.80 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Inwokacja

ZnękanyArchiwariusz, pracujący umysłowo w swojej ciemnej norze przy ulicyGrottgera sześć mieszkania dziewięć, jednym zdecydowanym naciśnięciemmocno wytartej klawiatury komputera wprowadza tekst do sieci. Bezżadnej jednak nadziei, że ktokolwiek pisaninę będzie czytał, tymbardziej adresatka, nieistniejąca cwana istota z jego pacholęctwaoraz wczesnej młodości. W żaden sposób nie może wiedzieć, że jegosmutna twórczość budzi szczególne zainteresowanie określonych osób zpożytecznego stowarzyszenia Congregatio Felix Stultitia bardzodbającego o to, by przeciętni ludzie, czyli absolutna większość istotrozumnych, byli szczęśliwi z tymi właściwościami osobowości, jakie wnaturalny sposób posiadają. Tekst przypomina starożytną inwokację:

- Gdziekolwiekjesteś jeśliś jest, wzywam cię panno Cigi de Montbazon, markizod'Hocquincourt, wnuczko Temidy, której nigdy nieobca zwyczajnaprzyzwoitość, byś się zjawiła oraz poświadczyła prawdę tego, coopisane w małym dziełku, jakie niniejszym, także w twoim imieniu,przedstawiam umiejącym czytać (niewinnym ignorantom przypominam, żeCigi de Montbazon, antyczna kobieta o długości chłopięcego ramienia,była moją okupacyjną przyjaciółką, a wyróżnia się wśród myślącychpiękną, zieloną barwą ciała oraz wszelkich włosów). Nieoceniona pannoCigi musisz wiedzieć, iż zamierzają mnie srogo ukarać w majestacieciemnego, strasznego prawa! Procurator Wydziału Karno-LiterackiegoKrajowej Procuratury, obywatel Chrétien, szykuje oskarżenie ozbrodnię cięższą obecnie od świadomego morderstwa popełnionego namatce, chce bowiem postawić mi potworny zarzut posiadania rozumu!Zarzut wzmocniony o nieuprawnioną według procuratury apoteozęOświecenia, tego krwawego wieku rewolucji oraz ohydnie plugawegolibertynizmu! O czym bezwzględnie świadczyć ma głównie pisemnarelacja z naszej dawnej wspólnej wyprawy w dziedziny Platona, jakąwłaśnie sporządziłem i którą tajni agenci swoimi nowoczesnymimetodami wyniuchali. Uwłaczam w niej bezczelnie owemu czczonemuogólnie filozofowi, co stanowi nie tylko bezbożne zbrukanie orazświadome zbezczeszczenie godności genialnego wynalazcy duszy, alejest także profanacją jego półświętości (jako poganin na całą niezasługuje). Przestępstwo zagrożone karą wiecznego zapomnienia! Zatemczeka mnie śmierć cywilna a przede wszystkim śmierć literacka,ponadczasowa. Procurator Chrétien jest bowiem absolutnie pewien, żedziedziny, jakie wkrótce po tamtej wojnie, z tobą jako przewodniczkąmoja Cigi, zwiedziłem, nie tylko w ogóle nie istniały i nie istnieją,ale są zwyczajnie niemożliwe, jeśli porządny człowiek uczciwieuprzytomni sobie niewątpliwe piękno oraz wspaniały, wieczny porządekświata. Ba, niemożliwa jest również tamta wojna. Oczywiście niezamierzam podnosić widocznej w oskarżeniu charakterystycznejniekonsekwencji procuratora, bowiem opisywanie, wyimaginowanychwedług niego, dziedzin Platona, świadczy raczej o brakuracjonalności, więc i rozumu, a nie o jego posiadaniu. Tępy Chrétiennie wie, bo i skąd, że jest typową ofiarą rozumowania Schellinga,który przecież mówił, że filozofia spekulatywna, niezdolnado wyjaśnienia przypadkowości zdarzeń i realności rzeczy doprowadziłajaźńdo stanu rozpaczy. Rozpacz ta-konkluduje Hannah Arendt - leżyu źródeł całej współczesnej wrogości wobec umysłu i rozumu.Wszystkowięc wygląda na potworny nonsens, nieomal na spisek w domu chorychpsychicznie. Niestety, procurator posiada druzgoczący argument, sąnim moje własne, mocne wątpliwości dotyczące naszego kiedyś pobytu(byłem wówczas pacholęciem) w dziedzinach Platona! Kto zaś mawątpliwości, jest niewątpliwie posiadaczem rozumu, gdyż tylko w nimmogą one powstawać! A rzeczywiście ze wszystkiego niepewnego, co misię kiedykolwiek zdarzyło, najbardziej niepewna jest owa wyprawa.Przecież, jak mi się równocześnie wydaje, pewna absolutnie. Skąd zaświem o grożącym mi procesie oraz szykowanych zarzutach? Otóż przedmiesiącem procurator wezwał mnie jako świadka na przesłuchanie wsprawie zagrożenia kończącej się właśnie kultury pisanej. Typowa dlaniego niebezpieczna enigmatyczność oraz w ogóle niejasność, w jakiejceluje literacka krytyka. Znam go osobiście, bowiem nie tak dawnopiliśmy razem tequilę na publicznej uroczystości. W urzędzie swoimprzyjął mnie chłodno, choć zaproponował szklankę kawy lub herbaty dowyboru. Kiedy się doń zgłosiłem i skołowany usiadłem na wskazanymkrześle, studiując jednocześnie jakieś dokumenty zadał kilka ogólnychpytań, po czym, niby otrzymawszy telefon wyszedł i na godzinęzniknął, zostawiając mnie samego w pokoju procuratury. Nieomieszkałem zajrzeć do leżących na biurku papierów, gdyż, jak sądzę,zostały właśnie pozostawione po to, bym się z nimi zapoznał iprzestraszył, typowa sztuczka chrétienadziałającegow wymiarze umownej sprawiedliwości.Stwierdziłem, że na grzbiecie zawierającego je segregatora, prócznumeru kolejnej sprawy, wypisane było moje nazwisko. Nie byłem więcjedynie świadkiem w sprawie, lecz winowajcą. Gruby plik akt wewnątrzzawierał kopię mojej relacji z wyprawy w dziedziny Platona oraz sporąliczbę anonimowych, jak to w zwyczaju, donosów oskarżających właśnieo posiadanie rozumu. Dlatego bardzo cię proszę przyjaciółko, przybądźskądś tam jak najszybciej i staw przed oblicze procuratora, byoczyścić bratnią ci duszę z groźnego zarzutu! Jestem bowiem pewien,że kiedy Chrétien cię ujrzy, właśnie taką, jaka jesteś, małą zielonągadułę, z pewnością pozbędzie się złudzeń, iż mógłbym być posiadaczemrozumu, szczególnie zaś oświeceniowego. Żaden bowiem rozum naświecie, więc i mój, nie jest w stanie przyjąć faktu twego istnienia,panno de Montbazon! Istotne będzie także twoje potwierdzenie, iżzasadniczą przyczyną, dla której zechciałem ci w tamtej wyprawietowarzyszyć, nie była chęć poznania śmierdzącej przyszłości, bowiemniezupełnie dojrzali szesnastolatkowie raczej podobnej wiedzy niełakną, ile że fascynowała mnie, naiwnego chłopaka, pozostającego podwpływem powieści dla młodzieży oraz dziecięcych jeszcze marzeń,możliwość zdobycia mitycznego skarbu Olafa Trygvasona. To równieżniezbity dowód mojej niepoczytalności, znakomicie zaprzeczającejmożliwości współistnienia przeróżnych wyobrażeń nieodłącznychprzecież od ostrego rozsądku.

Archiwariuszwstrzymuje się jednak przed wyjawieniem całej prawdy. Nie pisze, auczciwie rzecz biorąc powinien, że w poszukiwaniu Cigi kieruje nim,poza naturalną chęcią uchylenia się od odpowiedzialności karnej zadzierżawienie od losu indywidualnego rozumu, ukryte, mocne i dręczącepragnienie spotkania się (niech by było to nawet spotkanie ostatnie)z kobietą, cóż że karykaturalnie małego wzrostu oraz o niezwykłej(może nawet nieistniejącej) karnacji. Kobietą, którą, nadal o tym niewiedząc, namiętnie kocha. Nie zdaje sobie bowiem sprawy, że jest tonieostygłe nigdy uczucie chłopca, którym, mimo upływu dziesiątkówlat, w zasadzie na zawsze pozostaje. Jego dziecinne widzenie światapotwierdza nie tylko dziwaczna miłość, lecz przede wszystkim żywionazłudzeniami świadomość, że człowiek winien jest swemu gatunkowi, więckażdemu innemu człowiekowi, ustawiczne starania o jego pełneszczęście. Co oznacza absolutną niezgodę na poniżanie,niesprawiedliwość, wykluczanie oraz wszelką inną krzywdę zbiorowościoraz jednostek. Ot naiwność, wynikająca głównie z nieprawidłowegorozumienia rzeczywistości.

Ojcowiezałożyciele

Teraznatomiast z góry, bo i skąd się najwygodniej gapić, spójrzmyciepłonamiasteczko kartoflane Koszałkoopałkolin z niedalekiej przeszłości. Wżarłocznej zieleni parku nad rzeczką oraz stawem właśnie bujnierozkwita gorące lato pochodzenia wiejskiego. Na łączce z kilkomażelaznymi ławkami, pod starym murem obronnym za ulicą Mickiewicza,gdzie bujnie rośnie rozłożysty krzew, zawiany grubas o nazwiskuRozlazły siedzi na trawie w rozchełstanej koszuli w czerwoną kratę, zbrązową w dłoni napoczętą już butlą alkoholu.

Zatemrozbuchany lipiec ziemniaczany. Z zazwyczaj mokrego nieba wbagiennych barwach mroku, a teraz bławatkowego, jakby na jegopołaciach uprawiano lawendę, leje się jasny upał. Kamienny mostek narzece Drwince energicznie przekracza wysoki trzydziestolatek ourodzie nazistowskich cherubinów. Nazywa się Wissenteufel, doniedawna pracował jako licealny nauczyciel fizyki, teraz, zwolnionyza przekonania, ima się prac różnych, ale nie zaniedbał zrobić,dzięki przyjaciołom, doktoratu z nauk ścisłych. Właśnie posuwa siędziarsko wyżwirowaną ścieżką wzdłuż płynącej równolegle do ulicyPiastowskiej bystrej rzeczki, przeszukując bacznie wzrokiem ławki,krzewy oraz rabaty krwistych, a też i bladych kwiatów obficie w parkurosnących. Gdyby w pobliżu, na przykład wypoczywając wśródintensywnej zieleni, znajdował się jakiś wytrawny teolog, natychmiastrozpoznałby w idącym złego ducha pochodzenia niemieckiego, mimo żemężczyzna nie był ubrany kuso (na przykład w zjadliwie zielony pruskifrak), lecz zwyczajnie współcześnie. Zauważywszy go stadko sprytnychkawek, żerujących obok rozwalonego kosza na śmieci, zrywa się jednakz niespotykanym przerażeniem.

Siedzącyna łączce otyły, dyrygując flaszką, a mówiąc do nikogo, właśniewpływa duchem na pomorskiejeziora poezji. Recytuje głośno dla swojej tylko radości grubym,trochę zgrzytliwym głosem:

Myślęo mórz błękicie, o słodkich zachodach, o zapienionej grozie w wodnychwirów leju...

Nadchodzącegozauważa oraz przytomnie rozpoznaje, więc chrząka, niby uradowanyprosiak maciorę rozpoznający, i zmienia ton na uroczystą kpinę:

- Witajwędrowcze strudzony! Dokąd Bóg prowadzi? Do jakich podążasz krynicwiedzy? Do jakich zdrojów elektronów wolnych?

Przystojnyblondyn w jasnej marynarce, o oficerskiej twarzy żołnierza brunatnychHunów, przystaje, uśmiecha się ironicznie, lecz odpowiada serdecznie:

- Właśnieciebie, kolego, poszukuję. Przyznam, że nawet gorączkowo.

- Pokłonci, profesorze szkoły średniej, salve babiarzu gminny! Don Juanieziemniaczany! - ironizuje pijak.

Wysokipowoli otrzepuje spodnie z możliwych zarazków oraz kosmicznych pyłów.Wytwornie, choć z niesmakiem siada na trawniku obok pijącego. Zauważabez kpiny:

- Jednak,Romuś, zrealizowałeś marzenia?! Zostałeś poetą, leżysz na trawie,chlasz publicznie, bredzisz publicznie. Można wiedzieć, kto ciopilstwo finansuje?

Gruby,o ciemnej twarzy Ormianina, serdecznie wręcza mu swoją butelkę.Szczupły wyciera jej szyjkę wydobytą z kieszonki marynarki papierowąchusteczką i wpuszcza w siebie haust z apetytem. Flaszka, niby żywaistota, poczyna między nimi krążyć. Tłuścioch wyznaje z niecopłaczliwym żalem:

- Babkęmi fata odwieczne zabrały, ująłsen żelazny, twardy, nieprzespany.Po niej właśnie sygnety herbowe, srebra rodowe, dworskie skarbykresowe upłynniam.

DoktorWissenteufel mruży bladoniebieskie, zimne oczy.

- Babkętwoją dobrze pamiętam. Pulchna staroć w stylu ormiańskim. Do liceumbiegała dosyć często. Kiedy twoja matura wisiała na włosku,wytargowała ci tróję z fizyki.

Rozlazłyprzez moment śmieje się szyderczo, lecz jednocześnie poetycko. Pyta zciekawością dziecka:

- Płaczem,prośbami i wrzaskiem olbrzymim targowała? Czy datkiem hojnym,obdarowując nieskazitelnego łobuza, dziwek nieskalanych uwodziciela?

DoktorWissenteufel tężeje i pyta sucho:

- Wszystkojuż Romuś z żalu po babuni przeputałeś?

- Jeszczeputam - rozrechotuje się Rozlazły. - Ale zostało trochędukatów szczerozłotych. Błyszczą sobie niby słoneczka malutkie. Inie ma grozy większej, straszniejszej na ziemi, / Nad zimną srogośćsłońca z blaski lodowemi...

- Studiajednak jakieś, słyszałem, podobno skończyłeś? - pytaWissenteufel, choć widać, że wie o rozmówcy wszystko.

Rozlazływzrusza się i wyznaje miękko:

- Przezbabcię i dla babci. Przyrzekła, że nie umrze, dopóki nie zostanęmagistrem. A ja nie chciałem, by się męczyła nazbyt długo.

- Magistremczego?

- Dziejówludzkiego mordu w słodkiej polewie z uczonych marcepanów. Synwierny niewiernego historii zmełtu...Na studiach, profesorze, nauczono mnie sumiennie nazwisk wybitnychludobójców oraz nazw miejscowości, gdzie większych i mniejszych rzezidokonano, dla postępu oczywiście.

DoktorWissenteufel ogarnia go serdecznie ramieniem. Zmienia temat i szepcekonspiracyjnie:

- Szykujesię wielki, dochodowy interes dla mądrego inwestora.

Rozlazłyprostuje się leniwie i patrząc w słońce, najwyższe źródło prawdy,stwierdza z dumą:

- Panieprofesorze mało szanowny! Działam w sferach duszy, biznes jest miwstrętny mocniej niż historyczne łajno królów oraz pozostałychwodzów, przywódców, a także innych rzeźników ludzkości.

DoktorWissenteufel blednie trochę, ale zachowuje kamienny spokój. Jestdobrym nauczycielem, wie, jak zmiękczać nadwrażliwych.

- Noto może zrobiłbyś coś dla innych? Jako poeta musisz kochać naród?!

Objąłemw ramiona wszelkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia...- rzeczywiście wzrusza się Rozlazły.

- Nowłaśnie. Ile by się jeszcze zebrało tej kasy po dobrej babci?

Grubaszagląda przez szyjkę do butelki, jakby tam bilansował się jegomajątek.

- Boja wiem? Ileś tam dwusetek tłustych i miłych w dotyku. Szeleszczącychniby wykrochmalone suknie wielkiej księżnej, kiedy idzie przez pokojepałacowe, dumnie zarzucając kobylim zadem.

Jegorozmówca milczy długo, obserwując jak żółty motylek, trzepoczącskrzydełkami, dosiada swoją panienkę na białym niby niewinnośćkwiatku. Jest rad, bowiem przyroda widomie potwierdza najmilsze muzainteresowania. Wreszcie pyta nieśpiesznie, jakby dowodzącniewielkiego zainteresowania sprawą:

- Aprzeznaczyłbyś, Romek, tę topniejącą kasę na cel zbożny? Narodowyoraz społeczny? Z gwarancją nie tylko zwrotu, ale też pomnożenia!?

Rozlazłydosyć długo szuka w swej przepastnej dla poezji pamięci stosownegowierszyka, by wreszcie z przyjemnością zacytować:

Potrzebnesą pieniążki / duże pieniądze / za małe pieniądze / można zobaczyć /coś przez dziurkę od klucza / jednym słowem panie profesorze / chodzio pieniążki / po drugiej stronie czarnej dziury / też chodzi opieniążki...

- Anochodzi - potwierdza Wissenteufel, rozprostowując ramiona wszczerym geście podziwu dla uroku letniego dnia.

- Aw czym bym, bez kasy będąc, topił łzyme czyste, rzęsiste?Za co nabył odpowiednie płyny żal i sumienie wypalające?

- Szybkowyjmiesz z kasy o wiele więcej, niż włożysz. A zapić zdążysz sięzawsze!

Rozlazływaha się:

Trzebaz żywymi naprzód iść?

- Trzeba!Naprawdę! Uwierz mi.

Grubasprzełyka potężną porcję koniaku. Potem mówi jakby do siebie:

- Wiaramoja potężna niby armie niebiańskich husarzy! Przecież ty,profesorze, jeszcześ nigdy nikogo nie zawiódł! Naturalnie pozauczniami nazbyt biednymi i prócz dziewuch w malinowych majtach orazcenturii tutejszych bab napalonych na miłosne spazmy.

- Ściśleprawie sześciu centurii - szafuje szczerością Wissenteufel. -Mam w rejestrze tutejszym ponad sześćset wydmuchanych pań i panienek!Ale nie obiecywałem im niczego prócz wrażeń erotycznych. Nie moja to,Romek, sprawa, ale skąd u babuni taka kasa? Przecież nie zKazachstanu, gdzie się urodziłeś?

Rozlazłyz bólem zamyka oczy, by w palącym słońcu nastrojowo wspomnieć mroźnąprzeszłość.

- Tamtylko zadymy śnieżne lub kurz letni po horyzonty. I zlodowaciałeściany ziemianek. Otóż babka zdążyła zakopać skarby przedtem, nimprzyszli i nocą załomotali kolbami do drzwi modrzewiowych polskiegodworku, całego z krwi i modraków. Zupełnie niedawno udało się tampojechać i wybrać z ziemi ciemne złoto, posag przodków dla późnegownuka.

- Notak. A nie ciekawi cię, na co chciałbym obrócić resztki twojejfortuny?

- Czyżbyna cel szlachetny, od którego mdleją serca wzruszone?

- Właśnie!- stanowczo potwierdza doktor Wissenteufel.

- Ach!- rzecze chłodno Rozlazły. - Tyle że mnie specjalnie nieinteresuje czynienie dobra. Nadchodząnoce ze śniegiem i wyją umarli za miedzą...Żadnadzielność, prawość czy poświęcenie. Mam to w swojej tłustej, zapitejdupie. Apośród zmarłych byli najlepsi.Pijmy, nauczycielu głupich. Zastarą sukę kopaną w zęby, spartoloną cywilizację.

- Aprzeciw ludziom dałbyś grosze?

Tentrup, którego zasadziłeś zeszłego roku w ogrodzie, czy zaczął jużkiełkować? W tym roku czy będzie kwitł?

DoktorWissenteufel wkurza się:

- Żartujeszzafajdany poeto? Nie radzę ci kpić ze mnie!

Rozlazłychichocze cichutko, długo. Słońce wydobywa z jego opalonej twarzyodcień szlachetnego kruszcu.

Głupota,grzechy, błędy, lubieżność i chciwość duch i ciało nam gryzą niby ząbzatruty... Na rzeczy wstrętne patrzymy sympatycznym wzrokiem...- cytuje. I dodaje serio: - W żart owszem, zainwestuję.Przecież w co?

- Wduży, pożyteczny figiel - obiecuje Wissenteufel. - Otóżmiędzy innymi wiem, jak szkolnictwo wyższe dla celów wyższych zgównići dobrze na tym zarobić!

Grubasrozjaśnia się nagle i staje podobny do jaśniejącego właśnie dnia.

- Świetnasprawa.Egzystujemy,gdy działamy w oparciu o swą wolność zawartą wnaszejspontaniczności.Toprzez niąkomunikujęswą wolność innym.Zgównienieedukacji bardzo mi odpowiada. Lubię zgówniać, jak wszyscy. Ciekawe,że jeszcze coś do gównienia zostało!?

- Założymyw tej dziurze prywatną uczelnię. Naszą uczelnię - precyzujechłodno doktor Wissenteufel.

Rozlazływątpi.

- Tu?Wśród pól ziemniaczanych, zagonów długich dochodzących do ratusza?Dla wieśniaków kartoflanych, dziewek pasących krówska na miedzach,gdzie cykoria podróżnik z kwiatuszkami błękitnymi?

- No- potwierdza Wissenteufel. - Zamknij oczy, poeto, wzleć wniebo i popatrz. Jak to mówicie: oczymaduszy.Powiedz, co widzisz?

Rozlazłyżartobliwie zasłania oczy swą wielką łapą:

- Widzę!Szeroko,daleko pod potokami błyszczących gwiazd, pod sosen rzeką.Pola zielone niby placek krowi, zagłodzone drzewa, drogi nibyprzedłużone dżdżownice. Żadnej uczelni aż do nieboskłonu!

- Właśnie- zgadza się doktor Wissenteufel. - Znajdujemy się wcentrum dziczy!

Mimoże absolutnie nie jest poetą, cytuje Heinego, zwrot o ojczyźnie,która jest Pipidówkiem:

OSchilda, mein Vaterland!

Grubasajakby ogarnia entuzjazm. Napada go wizja:

- Więcoświecimy dzikich elektronicznymi lampkami wiedzy? Ostemplujemypieczęciami z dziobatym orłem i wytwornym napisem: magister! Nakażdym wiejskim spłachciu magister! W każdej kurzej zagrodziemagister kogut i magister kobyła! I kot uczony magister z łańcuchemzłotym pod dębem zielonym. I my, dwa sukinsyny w błękitnych togach.Nad niebieskim miasteczkiem z wypłowiałych obrazków Chagalla.

Rozlazłycieszy się wyraźnie. Cielsko drga mu od duchowych radości.

- Mniejwięcej tak - ciągnie jego rozmówca. - Damy tutejszym orazinnym studentom szansę na rozwój osobowości oraz ewentualnieniewielki przyrost głupoty. Wzbudzimy i zaspokoimy wyższe aspiracje.Otworzymy przed nimi rynek pracy. Spowodujemy popyt i podaż na naukę.Przede wszystkim jednak uczynimy ich szczęśliwymi. To najważniejsze,te iskry radości krzesane w wodnych mózgach tumanów. Pamiętasz?Jeszcze niedawno, kiedy wiedza była dla wszystkich za darmo, animłodzi, ani starzy brać jej nie chcieli. Teraz chętnie kupią, gdyżdla matoła wartość ma tylko kupione. Im co droższe, tym bardziejupragnione. Taka ludzka natura. A nauka jest towarem, jak wszystkozresztą.

- Jakrzekł poeta: Zawrępakt z tobą, kurwi synu-cytuje grubas z aplauzem.

Zostajejednak źle zrozumiany. Doktor Wissenteufel bowiem tężeje, podnosi toni pyta groźnie zimnym głosem:

- Przypierdolićci, pijaczku!?

- Licentiapoetica, profesorze - wyjaśnia przymilnie Rozlazły i dojaśnia:- Gałąźczy miecz przyjmiesz z mej ręki? W spotkań świergocie...Odczego zaczynamy?

Wissenteufelłagodnieje. Jego twarz staje się pogodna jak oblicze germańskiegobożka:

- Odpewnej damy, Romuś. Ona za dwa miesiące poprawkową, oczywiście przezniedopatrzenie, maturę w wieczorówce robi, a pragnie wyżej się piąć.Babsko błędnie sądzi, że wysokie wykształcenie bardzo jest niezbędnena wysokim stanowisku.

- Wykształcenieniezbędne jak wodogłowie? Jak dżuma? - pyta jego nowy wspólnik.

- Nieżartuj, Romek. To sprawa wagi państwowej. Ona będzie naszą pierwsząstudentką. Wyjątkowo uzdolnioną. W trybie indywidualnym. Już za rokzłoży pracę oraz egzamin magisterski na naszej rodzącej się właśnieuczelni.

Rozlazłyrównież pragnie poszerzać swoją wiedzę, pyta cudzymi słowami:

- Powiedz,jak to jest, że...jednaroślina wysysa z gleby i powietrza trujące jady, stając się zatrutymbluszczem, a inna z tej samej gleby i powietrza bierze słodkie soki ibarwę, stając się poziomką, i obie kwitną?

- Botak musi być. Jakżeby inaczej. Obaj szczęśliwie powołamy szczęśliwąuczelnię ludzi szczęśliwych, ty i ja!

DoktorWissenteufel jest niesłychanie stanowczy i wygląda na bardzowzruszonego. Grubas podejmuje ton:

Razemmłodzi przyjaciele! I wspólny będzie pracy plon!Jaszmal nieprzepity, a profesor co wnosi w zamierzenie? Czyżby jedyniesam pomysł?

Bladyprzystojniak uśmiecha się szeroko. W rozwodnionych oczach migotają mudiabelskie ognie. Jego wkład w inicjatywę posiada istotny charakternaukowy.

Rzeczeskromnie, bez chełpliwości:

- Dobrypomysł bez kasy, to majątek nie wart grosza. Ja, poza ideą, wnoszęswój świeżutki pachnący doktorat!

- Gratulujęw imieniu tutejszych koników polnych! Nie wiedziałem - wyznajetłuścioch. Nie jest zaskoczony: - Z liceum w doktory poszedłuczony mąż! Czyżby rozprawa o bozonach krągłych jak tyłeczkipensjonarek? Wielka księga o dziurach czarnych, kosmicznych ubrunetek?

- Niepojmiesz Romek - stwierdza pobłażliwie doktor Wissenteufel. -Moje dziełko dotyczy właściwości plazmy. Ale posiadam cośnajważniejszego, bez czego nie byłoby sprawy, mianowicie z wyższegoministerstwa pozwolenie na założenie uczelni wyższej w naszejmieścinie!

Rozlazłyudaje zdumienie, łapiąc się za głowę pokrytą gęstym, czarnym runem.

- Ażz ministerstwa! Przecież ministerpoecie gębę zamknąć może!Jakimcudem? Rozdają teraz dobrym ludziom zezwolenia takie?

- Swoimdają. Po prostu wstąpiłem do właściwej partii we właściwym czasie, wewłaściwym celu. A ona akurat rządzi.

Okroćset kroci tysięcy fur beczek furgonów diabłów!- wyraża żal tłuścioch. - Gdybym był i ja wstąpił wczasie stosownym, daliby mi zezwolenie na masowe wytwarzanie wierszypatriotycznych oraz zapewnili ich pełny zbyt w przedszkolach,szpitalach i garnizonach?

- Oczywiście.

- Czyżbychodziło o partię komicznych kurdupli zrośniętych ze sobą jedną pustąmózgownicą?

- Nigdynie ubliżaj dobrodziejom! - studzi go przystojniak. -Więc jak, Romuś? Umowa stoi?

Jasne,jakspojrzenie w oczy- meldujegrubas. - Zatem zostanę poetą wyższych uczelni wiejskich zawyższe pieniądze! A doktorat, profesorku, jak się otrzymało? Teżwolna, demokratyczna i niepodległa partia przydziela?

Zimnazwykle twarz Wissenteufla płonie szczerością. Wyznaje poufale:

- Przedwspólnikiem tajemnic nie mam. Otóż przypadkowo spotkałem w Gdańskukumpla z toruńskich studiów. Karierę robi na politechnice, kierownikzakładu, habilitowany. Wymyślił mi temat, swoich studentów popędziłdo badań, pomógł rzecz opisać. Wypiliśmy parę razy. Pewną znajomąnaszą przedmuchał chętnie na mój koszt, a w zasadzie bez ekspensu.

Apotem się pokłonimy / i to będzie farsy kres. / Spektatorzy pójdąspać / ubawiwszy się do łez.

- Nieznam się na twórczości literackiej - wyznaje doktorWissenteufel - ale to twoje opowiadanie o babci, która podczaspożogi ukryła na Ukrainie złote arbuzy, by po wojnach podarować jewnukowi na wódę, uważam za bardzo dobre.

- Quevoulez-vou, c'est la vie! - Rozlazły podkreśla, że takiejest życie. Następnie recytuje z emfazą: - Nagrodaza wypracowanie z angielskiego, / Stopień naukowy, order dygnitarza./ Wszystko staje się coraz bardziej złudne, / Człowiek brnie od złudydo złudy. / Ten człowiek zaślepiony, dążący z uporem / Dosamozagłady, / Brnie od oszustwa do oszustwa, / Od splendoru dosplendoru, aż po ostateczny pozór, / Zagubiony w podziwie dla własnejwielkości, / Wróg społeczeństw, wróg samego siebie.

wserii kwadratukazały się:

"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

JacekBielawa "Kościelec"

JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

JerzyFranczak"Święto odległości"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymskawojna"