2. Jaka jestem wielka
Leniwie podniosła się z kremowej, skórzanej sofy, zrzucając na podłogę pled z wielbłądziej wełny. Postawiła bose stopy na białym dywanie i usiadła. Spojrzała na nie i pomyślała, że są naprawdę ładne; nie za małe, nie za duże, przepisowy rozmiar trzydzieści osiem. Poruszyła palcami, które wydały jej się także idealne. Począwszy od pierwszego, najdłuższego, schodziły równym łukiem do najmniejszego. Nie były powykrzywiane, ani za chude, ani za grube. Stopa była poza tym szczupła i pięknie wysklepiona. Alicja dbała o stopy od kiedy pamięta, bo nic nie brzydziło jej tak bardzo, jak szorstkie pięty czy długie, brudne paznokcie albo zrogowaciała skóra z białym nalotem, albo łuszczący się naskórek. Lato było przekleństwem, bo ludzie chodzili w sandałach zakładanych na gołe nogi. Nie mogła się powstrzymać od obserwowania ich stóp, co zwykle doprowadzało ją do stanu silnego dyskomfortu.
Pamięta doskonale spotkanie z wybitnym dyrygentem Tomaszem Potockim, który miał przygotować symfoniczny koncert z jej piosenkami. Był upalny dzień, spotkali się na kawie w Bristolu, żeby ustalić skład orkiestry i parę innych istotnych szczegółów. Właśnie sięgała do torby po zapisy nutowe, kiedy dostrzegła jego bose stopy w sandałach. Udając, że szpera w torebce, zlustrowała je dokładnie, i ten widok przyprawił ją o mdłości. Pazury były żółte, długie i brudne. Tak, dostrzegła wyraźną czarną smugę pod największym paznokciem. Zobaczyła też kawałek pięty, żółtej i popękanej. Wzdrygnęła się, a Tomaszowi powiedziała tylko, że zapomniała nut i musi wracać. Zadzwoniła szybko do menadżera; nie mogła przecież pracować z kimś, kto miał takie stopy, bo już zawsze będzie widziała tylko te stopy i nie skupi się na żadnej piosence. I rzeczywiście, znaleziono jej kogoś innego, kto na szczęście stóp nie odsłaniał. Muzycy z jej zespołu mieli zakaz noszenia sandałów, na wszelki wypadek.
Alicja wstała z sofy i wsunęła stopy w aksamitne białe kapcie. Podniosła kieliszek z grubego rzeźbionego szkła i przemierzyła salon w kierunku kuchni. Kuchnia była także biała i sterylna. Jedynie kamienne blaty miały odcień wanilii. Na parapecie z białego marmuru stały zioła w białych ceramicznych doniczkach. Melisa, mięta, rozmaryn i bazylia. Nad ogromną białą wyspą ustawioną w centralnej części kuchni połyskiwały garnki: takie z patyną czasu i zupełnie nowe, ciężkie patelnie i małe lekkie rondelki, ogromny wok oraz patelenka na jajecznicę dla jednej osoby. Z prawej strony, na specjalnych haczykach wisiały chochle, łyżki, mieszadła, srebrne i drewniane z wyraźnie pociemniałymi końcówkami. Poza tym nie było tam niczego, co świadczyłoby, że ktokolwiek tu gotuje. Ale jeszcze godzinę temu kuchnia wyglądała jak pobojowisko, z którym rozprawiła się niezawodna pani Wala przychodząca kilka razy w tygodniu. Dzisiaj Alicja przygotowywała świeżego dorsza przekładanego kolendrą, cytryną i natką pietruszki. Właśnie skończyła posiłek, jedząc samotnie i popijając schłodzone chardonnay.
Na kamiennym blacie stała zielona butelka wina, po którą sięgnęła. Złotawy płyn rozświetlił grube szkło i zamigotał w promieniach słońca. Nalała do pełna, podniosła kieliszek do ust. Oblizała wargi i pomyślała, że nadszedł czas, aby udać się do pana Adama. Jej usta z natury nie były idealne, ale od czego mamy współczesną medycynę estetyczną? Wystarczył jeden umiejętny zastrzyk kolagenu, aby zostały uwypuklone i nabrały pełnego wyrazu. Teraz wystarczyło nieznaczne ich muśnięcie transparentnym błyszczykiem. I w ten sposób, dzięki sztucznym ustom, Alicja pozostawała naturalnie piękna.
Wciąż była zadowolona ze swojego wyglądu, ale w lustrze, w bezlitosnym świetle zimnych świetlówek, widziała, że czas mija. Starannie zdejmując makijaż, przyglądała się twarzy, z której zmyła warstwę wygładzającego fluidu. Oczy miała piękne, symetrycznie rozstawione. Błękitne, otoczone cieniem długich ciemnych rzęs. Całość wieńczyła lekko uniesiona linia wyrazistych brwi. Piękny prosty nos nadawał rysom arystokratycznej szlachetności, a uśmiech odsłaniał idealnie białe zęby i filmowy zgryz. Ciemnobrązowe włosy sięgały ramion i były jej największym atutem - kędzierzawe, gęste i falujące, z nieco krótszą grzywką opadającą zalotnie na twarz. Była idealną kobietą: szczupłą, wysoką i proporcjonalnie zbudowaną. Mimo tego, na jej twarzy nikłym cieniem kładł się czas. Skóra pod oczami wyraźnie robiła się cieńsza, a szeroki uśmiech pozostawiał pierwsze zmarszczki. Alicja niedawno skończyła trzydzieści pięć lat.
Wino przyjemnie ją ukoiło. Wypiła kolejny łyk, wyglądając przez okno. Uśmiechnęła się, bo ten widok zawsze napawał ją radością. Przed jej oczami rozpościerał się piękny park, położony tuż za wewnętrzną uliczką przebiegającą pod jej oknami. Od niedawna mieszkała w tym okazałym domu, położonym w samym sercu oficerskiego Żoliborza. Żeby go kupić, wydała całe oszczędności i weszła w morderczą trasę koncertową, reklamującą największego operatora sieci telefonii komórkowej w Polsce.
Dwadzieścia koncertów w dwudziestu miejscowościach, w ciągu trzydziestu dni lipca. W upale i zgiełku, na plażach i rynkach nadbałtyckich kurortów. Nie znosiła takich imprez. Ludzie przechodzili, patrzyli, rozmawiali, zatrzymywali się i szli dalej. Jeśli śpiewała o zmroku, nie było to takie krępujące, ale za dnia tak. Nie znosiła niebiletowanych koncertów, bo publiczność była przypadkowa i najczęściej pełna rezerwy. A to z kolei powodowało, że zaczynała się starać jeszcze bardziej. Wbrew wszystkiemu chciała tych ludzi zatrzymać, na chwilę, na moment; żeby się wsłuchali, żeby ich poniosło, żeby dali się porwać muzyce. Szybko zapominała o koncertach pełnych ekstazy tłumu, kiedy wszyscy śpiewali razem z nią, niesieni dźwiękami jej największych przebojów, a zostawiała w pamięci te nieliczne, kiedy w żaden sposób nie mogła słuchaczy poruszyć, wyrwać z niemego odrętwienia, albo kiedy publiczności było niewiele. Miała poczucie, że skoro ci ludzie nie kupili biletu, było im obojętne, czy zobaczą na scenie - ją, Kayę czy Michała Wiśniewskiego. Dlatego nie lubiła śpiewać na niebiletowanych imprezach.
Kiedy pojawiła się oferta kupna tego domu, nie miała całej kwoty w gotówce, więc propozycja koncertów spadła jak z nieba. Wzięła też kredyt hipoteczny i wystąpiła o zaliczkę do firmy fonograficznej. Oczywiście wiedziała, że w najbliższej przyszłości nie otrzyma złotówki ze sprzedaży płyt, i ta perspektywa napawała ją lękiem. Będzie musiała jeździć, śpiewać, żyć tylko z koncertów i z eventów, jeśli takie w ogóle się pojawią. A z tym niestety nigdy nic nie wiadomo. Bywały okresy, że nie mogła znaleźć wolnego miejsca w kalendarzu, a bywało i tak, że telefon milczał tygodniami.
Alicja usadowiła się wygodnie na sofie z kieliszkiem w dłoni. Była siódma wieczorem. Pomyślała o sprawach do załatwienia. O programie telewizyjnym, w którym miała wziąć udział w przyszłym tygodniu, i o tym, że nawet nie wie, o czym ma rozmawiać jako zaproszony gość. Wzięła telefon i wybrała numer Juliana.
- No cześć, to ja. Słuchaj, ja nawet nie wiem, o czym ma być ten wywiad... O czym oni chcą ze mną rozmawiać? Ja przecież muszę się zastanowić. To w końcu już za parę dni, a ty nic mi nie mówisz.
- Spokojnie. To przecież zwykły program o kulturze. Zapytają o plany na przyszłość, a ty powiesz, że właśnie przygotowujesz płytę; oni się zapytają, jaka będzie ta płyta, to im coś powiesz i po sprawie.
- Po jakiej sprawie?! Umawialiśmy się przecież, że mają wysyłać pytania. Łatwo ci mówić, że coś powiem. Coś to może każdy mówić, ja muszę mówić tak, żeby to miało sens. Ty nie wiesz nawet, jak ja się czuję po takim wywiadzie, z którego nie jestem zadowolona. Nie mogę w nocy spać, bo myślę, że za chwilę napiszą, że jestem idiotką, bo powiedziałam to czy tamto. Więc nie mów mi, że po sprawie i że...
- Ależ oczywiście, że masz rację - Julian przerwał jej w pół słowa, bo dokładnie wiedział, że jeśli tylko nie zatrzyma tego słowotoku, to z błahej sprawy zrobi się awantura. - Masz rację i nie pójdziesz na żaden wywiad bez pytań, mowy nie ma. Pytania będą.
- Kiedy będą?
- Dzisiaj jest czwartek, nagranie masz we wtorek, więc najpóźniej dostaniesz je w poniedziałek.
- Tylko pamiętaj, zrób tak, żeby było dobrze, żeby nikt się nie poobrażał i żeby nie mówili, że stawiam jakieś warunki. I żadnych prywatnych tematów.
Julian przytaknął, wymienili zdawkowe "pa" i się rozłączyli. Ta rozmowa wyprowadziła ją z równowagi. Nie mogła pojąć, dlaczego każdy menadżer okazywał się taki bierny w sprawach kluczowych? Najchętniej ograniczyliby swoją aktywność do odbierania telefonów. Cóż to za sztuka stwierdzić, że artysta ma wolny termin i może przyjechać na umówiony koncert. Rozmowę zaczynali najczęściej od: "Ile płacicie?", po czym łaskawie akceptowali stawkę bądź nie. Jeśli jej wynagrodzenie za koncert wynosiło średnio wraz z zespołem około dwudziestu tysięcy złotych, to jego dziesięć procent dawało mu dwa tysiące. A koncertów było najmniej około czterech w miesiącu. Więc nie robiąc praktycznie nic, nie wstając co rano do pracy i nie przesiadując w niej do dziewiętnastej, jak większość społeczeństwa, dostawał osiem tysięcy za dosłownie cztery dni, kiedy jeździł z nią i zespołem na koncerty. I były to "słabe miesiące", bo zazwyczaj koncertów wypadało dwa razy tyle, zwłaszcza w sezonie. Oczywiście dochodziły do tego inne wpływy: jakieś reklamy telewizyjne, programy i różne imprezy. Miał nawet pomysł, żeby brać procent z jej tantiem, ale w żadnym razie się na to nie godziła. I w zamian za to nie potrafi ustalić pytań! Co on właściwie potrafi, co oni wszyscy potrafią?! Gdyby nie jej determinacja, upór i praca nie miałaby nic. Na nikogo nie mogła liczyć. No właśnie. Radio FFM miało już w tym tygodniu grać tę piosenkę, którą napisała do nowego filmu Wasowskiego, i co? Nie grają.
Alicja przygryzła nerwowo wargę i chwyciła za telefon. Tym razem wybrała numer dyrektorki promocji w swojej firmie fonograficznej.
- Halo - odezwał się nosowy głos Angeli.
- Cześć, to ja - przywitała się Alicja.
- No cześć, kochanie, jak miło cię słyszeć.
- Słuchaj, Angela, nie ma tego numeru w radiu, zupełnie go nie grają, co się dzieje?
- To się dzieje, że nie chcą go. Mówią, że według ich rankingów ten numer się nie sprawdzi. No wiesz, Zalewski mi powiedział, że jest za wolny i za dużo mija czasu do refrenu. Nikt nie będzie czekał trzydziestu sekund, aż coś się zacznie dziać; słuchacz po prostu zmieni kanał.
- Tak ci powiedział? A ty co na to?
- No wiesz, ja go wciąż chcę przekonać, w końcu ten numer ma pociągnąć naszą płytę z soundtrackiem, więc mi na tym zależy.
- Ale ten film wchodzi za parę tygodni do kin, ruszyła już kampania, on m u s i być grany w tym tygodniu!
- OK, OK, jutro zadzwonię do Zalewskiego - powiedziała Angela.
- No dobrze, zadzwonisz do Zalewskiego i co? Jak niby zamierzasz go przekonać?
- Coś wymyślę. Powiem, że mu załatwię Celine Dion do reklamy radia, wywiad mu z nią załatwię ekskluzywny, załatwię to...
- Słuchaj, trzeba obalić jego argumenty. Skoro twierdzi, że numer za długo się ciągnie do refrenu, to możemy pierwsze kanto skrócić. Co do tempa się nie zgadzam, jest OK. Ale formę numeru mogę zmienić. Jutro wejdę do studia, nawet śpiewać nie muszę, bo wszystko się przemontuje.
- Skoro tak... nie sądziłam, że się zgodzisz na zmiany.
- To mogłaś zapytać - powiedziała Alicja, nie kryjąc wzburzenia. I dobitnie, acz spokojnym już głosem dodała: - Bardzo mi na tym numerze zależy, bo jest b a r d z o d o b r y. Pamiętaj, że promuje świetny film i wyjdzie z tego świetny soundtrack, który się nie sprzeda, jeśli piosenki ludzie nie usłyszą!