Cieniobójcy. Księga II. Żniwa - Mateusz Żuchowski

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (37,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Tysiąc lat przed Wszech­nocą

Neph­ri­tion poczuł swoje naro­dziny, jakby były bły­skiem zstę­pu­ją­cym z nie­bios. W jed­nym momen­cie zdał sobie sprawę ze swo­jego bytu i cie­le­snej powłoki. W tej samej chwili zdo­był wie­dzę o mowie, swoim imie­niu i jeste­stwie, a wszystko to napły­wało do jego umy­słu jak wartki potok, znaj­du­jąc odpo­wied­nie i stałe miej­sce w zaka­mar­kach świa­do­mo­ści.

Otwo­rzył oczy, spo­glą­da­jąc na pierw­szy obraz w jego życiu. Rozej­rzał się. Wyglą­dało na to, że stał w okręgu razem z dzie­wię­cioma innymi isto­tami. Pół­prze­zro­czy­ste skrzy­dlate stwo­rze­nia wyma­chi­wały swo­imi ogo­nami i podob­nie jak Neph­ri­tion roz­glą­dały się wokół. Nie róż­niły się od sie­bie za bar­dzo. Może poza kry­sta­liczną powłoką, która iskrzyła inną barwą u każ­dej istoty. Neph­ri­tion z zacie­ka­wie­niem obser­wo­wał bicie widocz­nych przez powłokę serc tajem­ni­czych stwo­rzeń. Nagle wszystko stało się dla niego oczy­wi­ste. Wie­dział, że były dla niego braćmi, a ten fakt zako­rze­nił się w nim tak głę­boko, iż zostać miał z Neph­ri­tionem na zawsze.

Wtem, w śro­dek okręgu, w któ­rym stały stwo­rze­nia, ude­rzył słup świa­tła spły­wa­jący z fir­ma­mentu niczym wodo­spad. Błysk był na tyle jasny, że bra­cia odwró­cili wzrok. Kiedy świa­tłość zaczęła bled­nąć, Neph­ri­tion wbił wzrok w miej­sce, gdzie snop ude­rzył w zie­mię.

Jego oczom uka­zała się postać znacz­nie bar­dziej fili­gra­nowa niż on sam, jed­nak momen­tal­nie poczuł do niej respekt. Mleczna suk­nia, jakby utkana z czy­stego świa­tła, aż ponad pierś otu­lała smu­kłą i wypro­sto­waną syl­wetkę nie­zna­jo­mej istoty. Z ple­ców wyra­stały jej trzy pary bia­łych, upie­rzo­nych skrzy­deł o znacz­nie więk­szych roz­mia­rach niż ona sama. Dłu­gie białe loki opa­dały na odsło­nięte, zaró­żo­wione ramiona kobiety, a jej oczy błysz­czały zło­tem. W ręku dzier­żyła włócz­nię. Ide­al­nie czarną niczym serce ciem­no­ści. Tak, że nie dało się dostrzec na niej nic oprócz jej zdob­nego obrysu.

Gdy nie­wiel­kie usta nie­zna­jo­mej wydęły się, Neph­ri­tion klęk­nął, a za nim podą­żyli wszy­scy jego bra­cia.

- Jam jest Hella, Gwiazda i wasza stwo­rzy­cielka - powie­działa kobieta, a jej lekki głos roz­niósł się w powie­trzu niczym deli­katny wie­trzyk.

- Pani - ode­zwał się jeden z braci o kry­sta­licz­nej i nie­mal bez­barw­nej powłoce, choć jego usta się nie poru­szały. - Nasze uszy są otwarte na twoje słowa.

Wokół zapa­no­wała cisza, nie było sły­chać nawet naj­mniej­szego dźwięku. Po chwili jed­nak Gwiazda nabrała powie­trza w płuca, przy­go­to­wu­jąc się do prze­mowy.

- Pocho­dzę zza Hory­zontu Przej­ścia. Przy­by­łam tu, by tchnąć nowe życie w ten świat, a wy zosta­li­ście stwo­rzeni, by go strzec - rze­kła Hella. - Jeste­ście bytami zro­dzo­nymi z mocy zaklę­tej w gwiezd­nych kamie­niach. Każdy z was otrzy­mał pewien aspekt ich potęgi. Nauczy­cie śmier­telne stwo­rzenia, jak prze­trwać i pie­lę­gno­wać zie­mię, którą im dałam. Będzie­cie ich bro­nić, lecz także karać. Nauczać i pro­wa­dzić ku postę­powi, a przede wszyst­kim powstrzy­my­wać przed bez­sen­sow­nym roz­le­wem krwi. Od tej chwili jeste­ście odpo­wie­dzialni za świat, który wam powie­rzam.

Na odpo­wiedź nie trzeba było długo cze­kać.

- Ja, Day­enar, przy­rze­kam strzec powie­rzo­nego mi świata.

- Przy­rze­kamy - zawtó­ro­wali pozo­stali, pochy­la­jąc głowy.

- Jest jed­nak dodat­kowy waru­nek - głos Gwiazdy stał się ostrzej­szy i bar­dziej przy­po­mi­nał brzy­twę niż koły­szący wiatr. Unio­sła palec. - Nie wolno wam pło­dzić dzieci ze śmier­tel­nymi, two­rzyć nowego życia.

- Dla­czego? - zapy­tał z zacie­ka­wie­niem Neph­ri­tion, a inni zer­k­nęli na niego z obu­rze­niem.

- Pakt rów­no­wagi - stwier­dziła Hella. - Zbyt wielka moc na świe­cie spro­wa­dzi gniew Mroku, a ten nie będzie się wahał znisz­czyć mojego dzieła, ponie­waż to ja jestem za was odpo­wie­dzialna. Kiedy spło­dzi­cie dzieci ze śmier­tel­nymi, rów­no­waga zachwieje się. Mrok weź­mie ten świat w swoje obję­cia.

Bra­cia wydali z sie­bie poro­zu­mie­waw­cze pomruki. Wyglą­dało na to, że poj­mo­wali powagę tego zakazu, jed­nak Neph­ri­tion chciał wie­dzieć wię­cej.

- A jeśli nie posłu­chamy? - dopy­ty­wał. - Będzie jakaś szansa na ratu­nek?

Hella przy­mknęła oczy, tłu­miąc ich złoty blask. Wyda­wało się, że ocze­ki­wała takiego pyta­nia.

- Wtedy będzie­cie musieli oddać swoje życia. Bez was nawet świat z waszymi dziećmi nie będzie na tyle potężny, by zabu­rzyć rów­no­wagę. Jeśli jed­nak któ­ryś z was stchó­rzy, jedy­nie odwle­cze­cie nie­unik­nione, spro­wa­dzi­cie na Farean cier­pie­nie i długą, powolną śmierć. Ufam, że w takiej sytu­acji postą­pi­cie, jak należy - wes­tchnęła. - To nasza umowa i wasza obiet­nica. Albo nie będzie­cie pło­dzić dzieci, albo poświę­ci­cie swoje życia, a wasza moc powróci do gwiezd­nych kamieni.

- Skła­dam ci obiet­nicę, Pani - rzekł z powagą Day­enar i pochy­lił głowę. - Przy­się­gam jej nie zła­mać.

- Skła­damy ci obiet­nicę, Pani - zawtó­ro­wali pozo­stali. - Przy­się­gamy jej nie zła­mać.

Hella ski­nęła głową, deli­kat­nie opusz­cza­jąc pod­bró­dek.

- Dobrze - powie­działa z pogod­nym uśmie­chem, po czym zwró­ciła się do istoty o naj­bar­dziej bez­barw­nej powłoce. - Day­ena­rze, mia­nuję cię przy­wódcą, naj­wyż­szym spo­śród braci, Wysłan­ni­kiem Czasu. Będziesz trzy­mał pie­czę nad całą resztą, nad Neph­ri­tio­nem, Wysłan­ni­kiem Śmierci, oraz nad Helio­rem i Ona­tryk­sem, Wysłan­ni­kami Rów­no­wagi. Nad Rub­ba­shem, Wysłan­ni­kiem Ognia, i nad Ale­rem, Wysłan­ni­kiem Zmian. Nad Cyma­nem, Wysłan­ni­kiem Zmy­słów. Nad Sephi­rio­nem, Wysłan­ni­kiem Ruchu. Nad Eme­rem, Wysłan­ni­kiem Trwa­ło­ści, oraz nad Ame­tha­rem, Wysłan­ni­kiem Burz i Pogody.

- Nie zawie­dziemy cię, Pani - zade­kla­ro­wał Day­enar, wypi­na­jąc do przodu masywną pierś.

- Ten świat należy teraz do was - oświad­czyła Hella, po czym kla­snęła dwu­krot­nie dłońmi i wzbiła się w powie­trze.

Gdy tylko znik­nęła bra­ciom z oczu, na śro­dek okręgu wstą­pił Day­enar. Roz­po­starł skrzy­dła i sta­nął na dwóch łapach, pre­zen­tu­jąc dum­nie swoje błysz­czące w świe­tle ciało.

- Gwiazda będzie z nas dumna!

Rozdział I. Mów mi Fae

Roz­dział I

Mów mi Fae

...Kiedy spło­dzone zostały Kamienne Dzieci, gniew Mroku był dla tego świata wyro­kiem. Hella miała zwią­zane ręce, kiedy Bra­cia zła­mali pakt. Oni nas zdra­dzili. Niech będą prze­klęci na wieki.

Gwiezdna Biblia Sherr-Ikha, frag­ment roz­działu trze­ciego

***

Tego wie­czoru Ren prze­by­wała w kom­na­cie Faer­rien. Była pra­wie pewna, że nastał wie­czór, choć ostat­nie wyda­rze­nia zabu­rzyły jej postrze­ga­nie czasu, a wieczna ciem­ność pogar­szała sprawę. Ile minęło od śmierci Avil­liasa? Tydzień? Znała go tak krótko, a on zdą­żył się stać dla niej tak bli­ski.

Mistrzyni sie­działa nie­dbale na sze­ro­kim łóżku z bal­da­chi­mem. Frag­ment zie­lo­nej, pusz­czo­nej luźno zasłony spły­wał swo­bod­nie po jej odsło­nię­tym udzie, wychy­la­ją­cym się spod bia­łej koszuli noc­nej. Włosy Faer­rien były tak samo roz­wi­chrzone jak tam­tego dnia o poranku, kiedy przy­szła odwie­dzić uczen­nicę.

Ren usa­do­wiła się wygod­nie na nie­bie­skim fotelu naprze­ciwko swo­jej mistrzyni. Nie prze­szka­dzał jej nocny strój prze­ło­żo­nej, mimo że sama miała na sobie ubiór nieco bar­dziej for­malny - czarny kom­bi­ne­zon i cyno­browy płaszcz od Arcy­mi­strza Rock­swo­oda. Od czasu jego śmierci Ren i Faer­rien zbli­żyły się do sie­bie. Nie tylko razem ćwi­czyły, ale też spę­dzały ze sobą nie­mal każdy wie­czór. Do Ren cią­gle nie docie­rało, że zaczęła zaprzy­jaź­niać się z kimś z kró­lew­skiego rodu.

- Napi­jesz się? - zapy­tała zachryp­nię­tym gło­sem Faer­rien, prze­ry­wa­jąc ciszę.

Ren ski­nęła głową bez waha­nia. Sama była zasko­czona swoją pewną odpo­wie­dzią, bo przed przy­by­ciem do Gil­dii nie miała w ustach alko­holu. Zawsze źle jej się koja­rzył. Teraz jed­nak co wie­czór popi­jała lumi­fun­gówkę z mistrzy­nią. Wyda­wało się, że tru­nek pomaga, dawał chwi­lowe, złudne poczu­cie bez­tro­ski.

- Dobrze - odparła Faer­rien, po czym pode­szła do sto­ją­cej nie­opo­dal czar­nej skrzyni z gra­ne­tyku i wycią­gnęła z niej zdo­biony podob­nymi do liści wzo­rami kor­ko­ciąg i obłą butelkę wypeł­nioną ciem­no­czer­wo­nym trun­kiem.

- To nie jest lumi­fun­gówka, prawda? - zauwa­żyła Ren.

- To naj­praw­dziw­sze wino, dzie­cino - Faer­rien unio­sła kąciki ust, wpro­wa­dza­jąc pro­myk rado­ści na zalaną smut­kiem twarz.

Ren zasta­na­wiała się, czemu jej prze­ło­żona zwra­cała się do niej "dzie­cino" , wszak była na oko może dwa lata star­sza.

- Wino?

- Alko­hol ze sfer­men­to­wa­nych wino­gron - wyja­śniła życz­li­wie Faer­rien.

- Prze­pra­szam... Wino­gron? - Ren czuła się lekko skon­fun­do­wana.

- To owoce roślin z daw­nych lat. Teraz mamy je tylko dzięki vito­man­tom. Są owalne i zie­lone albo ciem­no­bor­dowe - stwier­dziła mistrzyni, gesty­ku­lu­jąc. - I pie­kiel­nie dro­gie.

To wiele wyja­śniało. W stro­nach Ren nikogo nie było stać na więk­szość roślin upra­wia­nych przez gemo­man­tów. Wśród alko­holi popu­larna była roz­po­wszech­niona od bie­doty po szla­chec­kie dwory lumi­fun­gówka, która zda­niem Ren nie sma­ko­wała szcze­gól­nie dobrze.

Faer­rien spraw­nie wkrę­ciła kor­ko­ciąg i wycią­gnęła korek, po czym rzu­ciła go nie­chluj­nie na gra­na­tową pościel. Usia­dła na łóżku, pocią­ga­jąc łyk wprost z butelki. Wytarła dło­nią zaczer­wie­nione usta i podała tru­nek Ren.

Na pewno? Mogę tak bez jakie­goś naczy­nia? - chciała zapy­tać dziew­czyna, ale zga­niła się w duchu. Nie­pewna i nie­śmiała Ren musiała znik­nąć. Chwy­ciła za szyjkę, sta­ra­jąc się uprzed­nio opa­no­wać drże­nie dłoni. Upiła łyk.

Napój wyda­wał się zaska­ku­jąco smaczny. Deli­kat­nie słodki i jed­no­cze­śnie ciut kwa­skowy. Nie parzył w język jak lumi­fun­gówka. Dziew­czyna długo trzy­mała płyn w ustach, jed­nak w końcu prze­łknęła, by wziąć kolejny łyk. Wino zaczy­nało pre­ten­do­wać do tytułu jej ulu­bio­nego napoju.

- Dobre, prawda? - zapy­tała Faer­rien, pró­bu­jąc opa­no­wać burzę czer­wo­nych wło­sów.

- Na Day­enara, jest prze­pyszne! - sap­nęła Ren i ponow­nie pod­nio­sła butelkę do ust.

- Może pozwoli choć tro­chę zapo­mnieć - mistrzyni zmar­kot­niała, wpa­tru­jąc się w ciemną pod­łogę. - To wszystko... Ja... - jej głos zaczął drgać jak trą­cona struna. - Nie radzę sobie, Ren - rzu­ciła w końcu, jakby wypluła zbyt długo zale­ga­jącą w ustach ślinę. - Codzien­nie ryczę jak beksa na tym pie­przo­nym łóżku, kiedy nikt nie może mnie zoba­czyć. Odkąd mama nie żyje. A odkąd umarł też wujek Avil­lias, ja... - z jej oczu zaczęły spły­wać łzy, które po chwili spa­dły na jej kolana. Pokrę­ciła głową, ocie­ra­jąc oczy. - Prze­pra­szam, że ci o tym mówię, ale musia­łam się komuś wyga­dać. Mogłam to zro­bić już wcze­śniej.

Ren pod­nio­sła się z wygod­nego fotela, by usiąść obok mistrzyni. Ni­gdy nie myślała, że Faer­rien codzien­nie łkała. Wcze­śniej wyda­wało się, że wszystko po niej spływa. Że nie da się jej zła­mać. To ona pocie­szała Ren, nie na odwrót. To wszystko oka­zało się złu­dze­niem, bar­dzo dobrze skro­joną szatą, która skry­wała poorane bli­znami wnę­trze. Teraz ilu­zja pękła jak bańka.

Młod­sza piro­mantka objęła Faer­rien ramie­niem. Chciała powie­dzieć, że wszystko będzie dobrze, ale wie­działa, że to kłam­stwo. Dość już łgarstw.

- Jestem przy tobie - rze­kła zamiast tego.

Faer­rien otarła łzy i pocią­gnęła głę­boki łyk wina.

- Dzię­kuję.

Sie­działy w ciszy, co jakiś czas stop­niowo opróż­nia­jąc zawar­tość butli.

- Ren? - ode­zwała się w końcu mistrzyni.

- Tak?

- Wino się skoń­czyło - Faer­rien popa­trzyła na pustą butelkę. - Weź­miesz nowe?

- Na pewno powin­ny­śmy?

- Noc jesz­cze młoda. Chyba.

Ren posłusz­nie wycią­gnęła kolejną butlę trunku i ze zdzi­wie­niem odkryła, że w skrzyni było ich przy­naj­mniej kil­ka­na­ście.

- Pamię­tasz naszą pierw­szą lek­cję? - zapy­tała Faer­rien, kiedy wino dostało się w jej ręce.

- Pamię­tam - odparła Ren nieco zmie­szana.

- Nie chcę być jedyną, która ma prawo się żalić - otwo­rzyła butelkę i wzięła obfity łyk. - Wiem, że mie­rzysz się z jakimś trud­nym wspo­mnie­niem. Jeśli chcesz się nim podzie­lić, to śmiało.

- Ja... Nie wiem, Faer­rien - kiedy zaczęła do niej mówić po imie­niu?

- Rozu­miem - mruk­nęła mistrzyni. - Może kiedy indziej.

- Pocze­kaj! Ja... - Ren wzięła głę­boki wdech, sta­ra­jąc się, by prze­bły­ski trau­ma­tycz­nej prze­szło­ści nie usi­dliły jej w swo­ich klesz­czach. Teraz była sil­niej­sza. Mogła o tym powie­dzieć. Cho­ciaż... - Zabi­łam swo­jego ojca - wypa­liła, zanim poja­wiły się wąt­pli­wo­ści.

Faer­rien popa­trzyła na dziew­czynę z prze­ra­że­niem i zamru­gała. Ren prze­łknęła ślinę, wzrok miała utkwiony w spo­czy­wa­ją­cych jej na kola­nach zaci­śnię­tych pię­ściach, któ­rych drże­nie sta­rała się opa­no­wać.

- Pró­bo­wał... Pró­bo­wał zro­bić mi krzywdę. Taką, któ­rej sama doświad­czy­łaś - Ren spoj­rzała men­torce głę­boko w oczy. Teraz już musiała dokoń­czyć. - Przez cały czas zamy­kał mnie w cia­snej piw­nicy, znę­cał się nade mną. Nade mną i matką. Tego jed­nego razu... - pokrę­ciła głową. - To był moment, kiedy pierw­szy raz uży­łam rubinu. Nie­świa­do­mie. Moja mama wzięła na sie­bie winę. Nie wie­dzia­łam, co działo się póź­niej. Została ska­zana na śmierć, ale... ja nawet... nie mia­łam poję­cia, kiedy i jak umarła. Dni mi się zle­wały, Faer­rien.

Po jej policzku spły­nęła łza. Przez chwilę w pomiesz­cze­niu pano­wała obez­wład­nia­jąca cisza. Faer­rien zatro­ska­nym wzro­kiem stu­dio­wała prze­peł­nione bólem oczy młod­szej gemo­mantki. Ren wie­działa, że nie może mil­czeć. Odsło­niła się przed mistrzy­nią, zaufała jej. Zresztą z wza­jem­no­ścią. Powoli roz­chy­liła spę­kane wargi i nabrała powie­trza.

- Dopiero jakiś czas póź­niej uświa­do­mi­łam sobie, że mama nie żyje - powie­działa cichym gło­sem i mimo­wol­nie zaczęła się trząść. - Ojciec zosta­wił mi pamiątkę - drżącą dło­nią roz­su­nęła frag­ment kom­bi­ne­zonu, by poka­zać część pro­tezy. - Medycy cięli mnie i zszy­wali. Podobno, bo nic z tego nie pamię­tam.

Faer­rien gwał­tow­nie przy­ci­snęła głowę Ren do piersi. Objęła ją czule i pogła­dziła po wło­sach.

- Co było dalej?

- Potem... - zaczęła Ren, sta­ra­jąc się nie zmo­czyć łzami koszuli Faer­rien. - Zaopie­ko­wał się mną daleki wuj, który posta­no­wił się zli­to­wać. Choć może "zaopie­ko­wał" to za dużo powie­dziane. Dawał mi jeść i pić, nie roz­ma­wiał ze mną za czę­sto, ale to wystar­czało. Cza­sem przy­cho­dził jego zna­jomy, arche­olog. Lubi­łam go. Zawsze opo­wia­dał cie­kawe histo­rie i mówił o swoim fachu. Cze­goś nawet mnie nauczył. Zafa­scy­no­wała mnie arche­ologia. Była tro­chę jak lekar­stwo - Ren wypro­sto­wała się i prze­jęła butelkę od Faer­rien. Była z sie­bie na swój spo­sób dumna, choć nie wie­działa, czy bez wina, po któ­rym zaczy­nało szu­mieć jej w gło­wie, byłoby rów­nie łatwo.

- Ren, ja... - mistrzyni zagry­zła zęby i chwy­ciła dziew­czynę za dłoń. - Byłam świa­doma, że masz trudną prze­szłość, ale nie mia­łam poję­cia, że... aż tak.

- Przy­naj­mniej mamy coś wspól­nego, Faer­rien - Ren wymu­siła deli­katny uśmiech, po czym pod­nio­sła butelkę do ust.

- Mów mi Fae, Ren - twarz mistrzyni nieco się roz­ja­śniła, a łzy wyschły już na oliw­ko­wych policz­kach. Dopiero z bli­ska młod­sza piro­mantka zauwa­żyła u swo­jej nauczy­cielki deli­katne piegi. Wyglą­dały ślicz­nie.

Mistrzyni wzięła butelkę z rąk Ren i wypiła do dna.

- Wezmę następne - rzu­ciła dla odmiany już dosyć pogod­nie. - Może teraz poroz­ma­wiamy o czymś weso­łym? Wystar­czy już smut­ków na dziś, w następ­nych dniach czeka nas ich i tak sporo.

Przy kolej­nej butelce Faer­rien opo­wia­dała Ren o swoim życiu na dwo­rze i naj­róż­niej­szych histo­riach, które się jej przy­da­rzyły. Atmos­fera stop­niowo się roz­luź­niała. Trze­cie wino koń­czyło się rów­nie szybko jak poprzed­nie, a na twa­rze piro­man­tek zaczęły wstę­po­wać rumieńce. Ren szu­miało w gło­wie, ale przy­naj­mniej na chwilę zapo­mniała o wszyst­kim, co ją drę­czyło. Faer­rien snuła histo­rię o tym, jak zamknęła swo­jego dziadka w pokoju, wzięła jego koronę i udała się na spo­tka­nie Rady zamiast niego. Jej było do śmie­chu, ale ojcu i dziad­kowi już nie. Kiedy tafla wina zna­la­zła się bli­sko dna, Ren zdała sobie sprawę, że wła­śnie prze­pi­jała for­tunę. Faer­rien zaczęła kolejną opo­wieść o tym, jak ukra­dła Ten­na­erowi, wtedy jesz­cze księ­ciu, buty.

- Bie­da­czek szu­kał ich przez cały pora­nek, a ja cho­dzi­łam w nich dumna z sie­bie, bo po jed­nym z moich wybry­ków powie­dział, żebym spró­bo­wała wejść w jego buty - dokoń­czyła aneg­dotę, chi­cho­cząc. - Byłam okrop­nym dziec­kiem.

Ren zaśmiała się w głos. Musiała przy­znać, że Faer­rien dosko­nale snuła histo­rie. Czuła się przy niej bez­piecz­nie i eks­cy­to­wała ją myśl, że dane było jej zbli­żyć się do swo­jej mistrzyni, poznać z róż­nych stron, zarówno tej rado­snej, jak i smut­nej. Słu­cha­jąc Fae, Ren przez więk­szość czasu wpa­try­wała się w jej kocie oczy. Piękne i cie­płe. Faer­rien miała w sobie coś nie­zwy­kłego. Ren zapo­mniała o wszyst­kim, czuła się przy niej ina­czej. Moc wina przy­nio­sła ze sobą jed­nak coś jesz­cze.

- Fae, muszę ci powie­dzieć... - zaczęła Ren już nieco mniej wyraź­nie niż zazwy­czaj, ale zatrzy­mała się.

Tro­chę krę­ciło jej się w gło­wie. Faer­rien zachi­cho­tała, a Ren jej zawtó­ro­wała.

- Nie śmiej się - kon­ty­nu­owała po chwili. - Chcia­łam ci powie­dzieć, że świet­nie się przy tobie czuję, ale to nie wszystko. Iii tak - zawie­siła się na chwilę, a jej mistrzyni wybu­chła śmie­chem. Wyglą­dała na rów­nie wsta­wioną co Ren.

Dziew­czyna otak­so­wała Faer­rien wzro­kiem. Patrzyła na jej rubi­nowe włosy i oczy świe­cące jak dwa helio­dory. Ren nawet nie zauwa­żyła, kiedy zapło­nęły jej policzki, a szyjka butelki, którą trzy­mała w dłoni, zaczęła być śli­ska od potu.

- Także chcia­łam ci powie­dzieć, że... - ode­zwała się, nie spusz­cza­jąc wzroku z Fae. - Wyglą­dasz tak ślicz­nie - nie wie­rzyła, że to powie­działa. - Tro­chę ci zazdrosz­czę.

- Och, dzię­kuję, Ren, ty też jesteś niczego sobie - star­sza piro­mantka szturch­nęła Ren łok­ciem.

- Tak tylko mówisz - Ren mach­nęła ręką, wypi­ja­jąc łyk wina i odsta­wia­jąc je na chwilę na pod­łogę.

Faer­rien zbli­żyła się do adeptki tak, że ta mogła poczuć jej cie­pły oddech na policz­kach i roz­chy­lo­nych ustach. Serce Ren zabiło szyb­ciej.

- Jesteś wyjąt­kowa - szep­nęła mistrzyni. - Ni­gdy nie cią­gnęło mnie do męż­czyzn, Ren. Któ­ryż z nich mógłby się rów­nać z twoją urodą?

Młod­szą piro­mantkę prze­szedł przy­jemny dreszcz. Co Fae chciała przez to powie­dzieć? Ich twa­rze. Były tak bli­sko.

- Myśla­łam, że trak­tu­jesz mnie bar­dziej jak...

- Sio­strę? - zapy­tała Faer­rien, muska­jąc pal­cem pod­bró­dek adeptki. - Jakaś ty naiwna.

Ren zro­biła maślane oczy, a jej policzki pokryły się jesz­cze sil­niej­szym rumień­cem.

- Ale nie chcę cię skrzyw­dzić - stwier­dziła mistrzyni i odsu­nęła dłoń.

Ren sap­nęła cicho. Skrzyw­dzić? Ten dotyk... On nie był krzyw­dzący. Nie miał w sobie nic z bru­tal­no­ści i nachal­no­ści. Wyda­wał się deli­katny i miękki jak natu­ralne tka­niny. Jeśli nie takiemu miała się pod­dać, to jakiemu? Miała stać się silna, nie mogła przez cały czas ule­gać lękom.

- Chcę tego - stwier­dziła, chwy­ta­jąc Fae za rękę i przy­ci­ska­jąc ją sobie do policzka. - Two­ich oczu. Ciała. Całej cie­bie.

Musnęła swo­imi war­gami usta mistrzyni. To był impuls. Nie myśląc zbyt wiele, poca­ło­wała Faer­rien jesz­cze raz, tym razem moc­niej, zata­pia­jąc się w jej deli­kat­nych war­gach. Serce Ren łomo­tało jak sza­lone. Chwy­ciła za burzę czer­wo­nych wło­sów i prze­wró­ciła się razem z mistrzy­nią na gra­na­tową pościel. Ode­rwała się na chwilę od poca­łunku i poczuła, że robi się jej gorąco. Nocna koszula Faer­rien prze­świ­ty­wała w bla­sku helio­do­ro­wego świa­tła.

- Co my wypra­wiamy? - sap­nęła Fae.

- Popro­wadź mnie - wyszep­tała Ren, kła­dąc mistrzyni dłoń na bio­drze.

Ręka dziew­czyny prze­su­nęła się w górę, mnąc i pod­wi­ja­jąc przy­kry­wa­jącą nagość tka­ninę. Faer­rien dopa­dła do guzi­ków kom­bi­ne­zonu adeptki, które jeden po dru­gim zaczęły ustę­po­wać. Czoła piro­man­tek spo­tkały się ze sobą, roz­pa­la­jąc nie­wi­dzialny pło­mień.

- Co teraz, Fae? - szep­nęła Ren.

- Będziemy się kochać - ogni­sty oddech Faer­rien roz­grze­wał powie­trze wokół nich. - Aż zasta­nie nas ranek.

- A potem?

Mistrzyni pokrę­ciła głową. Przy­cią­gnęła Ren do sie­bie, cału­jąc ją bez słowa.

***

Ell­ser Dra­co­na­ris stał samot­nie na sze­ro­kim bal­ko­nie zdol­nym pomie­ścić bez­miar ludzi. Białą balu­stradę skła­da­jącą się ze słup­ków wyrzeź­bio­nych na kształt naj­wy­myśl­niej­szych wyobra­żeń smo­ków zdo­bił pokru­szony helio­dor, niczym świe­cący pyłek. Świeżo upie­czony regent Lac­cii patrzył na strze­li­ste wieże pędzące ku niebu jak strzały.

Wes­tchnął. Minął zale­d­wie tydzień, odkąd tym­cza­sowo prze­jął wła­dzę, a już ogrom obo­wiąz­ków odro­binę go przy­tła­czał. Zwłasz­cza teraz, kiedy nikt sobie nie ufał. Przez ostat­nie intrygi cały auto­ry­tet Rady roz­sy­pał się w drobny mak. Każdy mógł być zamie­szany w spi­sek. Nic się nie zga­dzało, wszyst­kie ele­menty ukła­danki były poroz­rzu­cane i nie kle­iły się w żadną logiczną całość, choć Ell­ser miał wra­że­nie, że bra­ko­wało tylko tego jed­nego klu­czo­wego frag­mentu. Pil­nie strze­żona kom­nata wcale nie spra­wiała, że czuł się bez­piecz­nie. Wolałby pozo­stać w cie­niu. Nie było jed­nak wyj­ścia, jego brat pod­jął taką, a nie inną decy­zję, a on, jako zastępca króla, musiał wypeł­niać swoje obo­wiązki. Teraz wypa­try­wał fenik­sów. O tej porze przy­la­ty­wało ich sporo.

Nie cze­kał długo. W bla­sku wszech­obec­nych helio­do­ro­wych latarni ujrzał ptaka o sza­rych skrzy­dłach zwień­czo­nych poje­dyn­czym rzę­dem czer­wo­nych piór. Feniks zato­czył koło nad głową regenta, po czym przy­cup­nął na balu­stra­dzie, skła­da­jąc skrzy­dła. Ell­ser z nale­żytą sta­ran­no­ścią odwią­zał list od cien­kiej nogi stwo­rze­nia. Zwój miał na sobie pie­częć świad­czącą o opóź­nie­niu, musiał więc dotrzeć z daleka, poprzez kilka miast. Regent pokrę­cił głową. Roz­wi­nął i prze­czy­tał.

- Na Day­enara... - wymam­ro­tał do sie­bie. To była wia­do­mość od Avil­liasa. - "W Gil­dii dzieją się dziwne rze­czy" - czy­tał na głos frag­menty. - "Pro­szę Cię, drogi przy­ja­cielu, byś roz­po­czął pracę nad dzien­ni­kiem. Spisz wszyst­kie infor­ma­cje, które posia­dasz na temat magii" - resztę do końca prze­czy­tał w ciszy.

Ell­ser nie zamie­rzał mar­no­wać czasu. Wie­dział, że sprawa była poważna. Serce biło mu nad­zwy­czaj szybko. Jeśli wia­do­mość była opóź­niona, mogło to ozna­czać, że...

Popę­dził do biurka, chwy­cił znaj­du­jący się na nim dzien­nik, któ­rego wcze­śniej uży­wał do rapor­to­wa­nia dzia­łań cie­nio­bój­ców, i zaczął noto­wać. Posta­no­wił roz­po­cząć od pierw­szych rze­czy, które przy­szły mu do głowy.

Zakli­na­nie to sztuka sto­sun­kowo nowa, a jed­nak umi­ło­wana przez wszel­kie ludy, zwłasz­cza osoby zamożne, gdyż za odpo­wied­nią sumę zakląć przed­miot może każdy śmier­tel­nik.

***

Odziany w zbroję z wize­run­kiem smo­czego łba Ten­naer poru­szał się mia­rowo na swoim opan­ce­rzo­nym zło­to­grz­bie­cie, a za nim i przed nim cią­gnęły tabuny żoł­nie­rzy. Sze­ścio­nogi, masywny jasz­czur kłap­nął pasz­czą, kiedy król odwró­cił się w stronę wie­lo­ty­sięcz­nych zastę­pów. Arcy­mistrz Wojny nucił pod nosem jakąś melo­dię, postu­ku­jąc pal­cem w zbroję.

- Taką armią jesz­cze nie dowo­dzi­łeś, co Poell?

- Zdaje się, że nie - odparł mło­dzie­niec, prze­ry­wa­jąc na chwilę cichy śpiew. Ode­rwał palce od zbroi, by prze­cze­sać blond włosy, które po dłu­giej wędrówce nie były już tak sta­ran­nie ucze­sane jak zazwy­czaj. Hełm trzy­mał pod pachą, naj­wy­raź­niej nie prze­pa­dał za zaku­wa­niem głowy w stal. - Mogę o coś spy­tać?

- Śmiało.

- Jak sądzisz, kto jest zamie­szany w ten cały spi­sek?

- Jak to kto? Pół­noc - burk­nął król. Miał nadzieję, że Khi­gor­czycy byli za to odpo­wie­dzialni, wszystko na to wska­zy­wało. Pod­jął takie decy­zje, że teraz nie było odwrotu. Chciał, żeby to się już skoń­czyło, żeby było jak daw­niej. Żeby znów mógł przy­tu­lić Aqen.

- Mam na myśli osoby ze sto­licy. Ktoś musiał maczać w tym palce - stwier­dził Poell, obgry­za­jąc rze­mień ręka­wicy.

Ten­naer wzru­szył ramio­nami.

- Liczę, że Ell­ser się tym zaj­mie. Jemu aku­rat ufam i...

- Wcze­śniej myśla­łem, że to Van­ca­ster - wciął się w zda­nie Poell, nie zwra­ca­jąc uwagi na swój brak taktu i wąt­pliwe maniery. - Ale kiedy zgi­nął, zaczą­łem mieć w gło­wie mętlik. Myślę, że jest coś, o czym zapo­mnie­li­śmy. Coś, czego nie bra­li­śmy pod uwagę. Jakieś spo­iwo, które połą­czy to wszystko w całość.

- Oby­śmy je zna­leźli - mruk­nął Ten­naer, patrząc w dół na pan­cerz okry­wa­jący zło­tawy grzbiet bojo­wego jasz­czura. - Ina­czej nawet po woj­nie nie będzie bez­piecz­nie w Dra­co­da­rze.

Władca uniósł wzrok, a jego oczom uka­zały się mury Tallo upstrzone nie­na­tu­ral­nie wyso­kimi wie­żami. Te odzna­czały się cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla pro­win­cji Cel­la­po­lium zie­lo­nymi wstę­gami zwi­sa­ją­cymi z każ­dego pię­tra. Mia­sto łączyła z resztą kró­le­stwa liczna sieć dróg, nie bez powodu mawiano, że wszyst­kie drogi pro­wa­dzą do Tallo. To tutaj miały cze­kać na Ten­na­era bata­liony z całego Cel­la­po­lium, wschod­niej pro­win­cji Zen­shi i wysu­nię­tego na zachód Fret­zlandu.

Król uśmiech­nął się lekko. Byli w poło­wie drogi. Jesz­cze pięć­dzie­siąt mil wędrówki i dotrą do Czer­wo­nego Grodu. A stam­tąd do Gil­dii pozo­sta­nie już nie­całe trzy­dzie­ści. Za mniej niż tydzień będzie mógł zoba­czyć córkę. I tego cho­ler­nego dra­nia, Avil­liasa, który był jego nadzieją.

Nie mógł się docze­kać.

Rozdział II. Przydomek

Roz­dział II

Przy­do­mek

...A Kamienne Dzieci niech zwane będą Ska­żo­nymi, gdyż pły­nie w nich krew zdraj­ców. Nie one są winne, lecz noszą w sobie grzech przod­ków. Obo­wiąz­kiem ich jest napra­wić błędy pra­dzia­dów, któ­rzy oddali naszą wol­ność za swoją roz­pu­stę.

Gwiezdna Biblia Sherr-Ikha, frag­ment roz­działu trze­ciego

***

Rhyan prze­cha­dzał się z Lydhią po jed­nej z ulic Bhayec. Zgod­nie z ocze­ki­wa­niami po serii cie­płych dni nastą­piło spore ochło­dze­nie. Zimno zaczer­wie­niało im kostki, ale sta­rali się je ogrzać, trzy­ma­jąc się za ręce. Żółty blask niskich helio­do­ro­wych latarni otu­lał przy­sa­dzi­ste budynki po obu stro­nach bru­ko­wa­nej drogi. Mogło się wyda­wać, że wszyst­kie mia­sta w Khi­go­rze zostały wybu­do­wane według jed­nego sche­matu i Koli­ber wcale nie zdzi­wiłby się, gdyby tak wła­śnie było. Wciąż krą­żyły mu po gło­wie słowa Ghil­forda.

Kim była Ren Crown? Dla­czego hra­biemu zale­żało na niej tak bar­dzo, że szan­ta­żo­wał Rhy­ana śmier­cią sekre­ta­rza? Tak naprawdę mło­demu dowódcy nie było nic do tego, mógł po pro­stu wyko­nać zada­nie - przy­pro­wa­dzić dziew­czynę z Wyżyny do Bhayec i zyskać popar­cie potęż­nego hra­biego. Miał wszak oka­zję zostać Lor­dem Pół­nocy! Biały Tron nie mógł długo stać pusty, gdyby Dha­gnar umarł. Rhyan nie wie­dział, czy mło­dzik taki jak on byłby dobrym kan­dy­da­tem na sta­no­wi­sko władcy całego Khi­goru, a jed­nak coś go kusiło, by wyko­rzy­stać tę szansę. Mógłby pokie­ro­wać kra­jem, by zapo­biec zbli­ża­ją­cemu się nie­bez­pie­czeń­stwu, ochro­nić Lydhię. Ochro­nić wszyst­kich, któ­rych nor­mal­nie by nie zdo­łał. Zyskać siłę więk­szą, niż kie­dy­kol­wiek marzył. Z tym, że nie wie­dział nawet, jak się do tego zabrać. Może już do końca postra­dał zmy­sły?

Pokrę­cił głową. Tak czy siak, musiał wypeł­nić zada­nie. Dość już polało się krwi. Dostał sporo drew­nia­nych monet na zaliczkę dla lac­cyj­skich cie­nio­bój­ców, mógł po pro­stu pod­kraść kilka z nich i dać tajem­ni­czej Ren Crown w zamian za podróż u jego boku. W jakim domnie­ma­nym celu? Tego Rhyan jesz­cze nie wie­dział, ale miał dwa dni wędrówki na zasta­no­wie­nie. Każ­dego można było kupić.

Nim się obej­rzał, wkro­czył razem z zakli­naczką na okrą­gły rynek - miej­sce, któ­rego próżno było szu­kać w więk­szo­ści khi­gor­skich miast. To aku­rat odróż­niało Bhayec od cho­ciażby Hyrie. Wyło­żony kocimi łbami plac pełen był róż­nych han­dla­rzy sie­dzą­cych na dzi­wacz­nych dywa­nach z haftami w złote smoki czy liście. To lac­cyj­skie wzory, ale trudno było się temu dzi­wić - do gra­nicz­nego mia­sta wielu przy­by­wało z Połu­dnia, by sprze­dać naj­róż­niej­sze dobra. Kup­com jed­nak wyraź­nie koń­czył się towar, a na kolo­ro­wych kobier­cach wysta­wione były jedy­nie poje­dyn­cze sztuki drob­nych ozdób i egzo­tycz­nych roślin. Utkane ze sztucz­nych nici ubra­nia han­dla­rzy nie suge­ro­wały prze­py­chu, to musiał być dla nich ciężki czas. W dodatku w zacho­wa­niu kup­ców było coś nie­po­ko­ją­cego. Męż­czyźni i kobiety o róż­nym kolo­rze skóry i rysach twa­rzy zda­wali się spięci i zestre­so­wani. Rhyan szybko jed­nak prze­stał ich obser­wo­wać, w cen­trum mia­sta dużo się działo. Na środku rynku śpie­wak o wąt­pli­wych umie­jęt­no­ściach wyję­ki­wał bal­ladę o skrzy­dla­tych bogach, a po jego obu stro­nach stali wysocy męż­czyźni w dzi­wacz­nych stro­jach z przy­twier­dzo­nymi do ramion imi­ta­cjami skrzy­deł. Odgry­wali rolę wspo­mi­na­nych w pie­śni bóstw, prę­żąc przy tym nie­na­ganne muskuły. Skromna publika powta­rzała każdy refren bal­lady za odzia­nym w tani biały płaszcz śpie­wakiem. Wszystko to wyglą­dało nieco komicz­nie.

Rhyan wes­tchnął. Nie­mal zapo­mniał o Świę­cie Zro­dze­nia. Nie obcho­dziły go spe­cjal­nie tra­dy­cje reli­gijne. Z jed­nej strony czuł zaże­no­wa­nie, ale z dru­giej - cie­szył się, że ludzie mogli zaznać tro­chę rado­ści. Nie­długo zapewne dowie­dzą się, co stało się w Hyrie, ale na razie mogli żyć jesz­cze bez stra­chu, pewni tego, że cie­nio­bójcy uchro­nią ich przed każ­dym złem, które czai się w ciem­no­ści.

Lydhia zer­k­nęła na przed­sta­wie­nie z uśmie­chem, Rhyan nato­miast zapa­trzył się na nią. Na jej ciemne, przy­cięte ponad ramio­nami włosy, deli­katny pod­bró­dek i lekko zadarty nos. Wes­tchnął cicho. W końcu mógł zwy­czaj­nie trzy­mać ją za rękę. Bez nie­pew­no­ści. Bez gie­rek.

Nie zorien­to­wał się nawet, że ze smo­li­stego nieba zaczął pró­szyć śnieg. Na tle mrocz­nego fir­ma­mentu wyglą­dał jak białe akcenty na onyk­sie.

- Wcze­śnie w tym roku - mruk­nął cie­nio­bójca.

- Prawda? Zazwy­czaj spada dopiero po Świę­cie Zro­dze­nia, a jeste­śmy prze­cież na połu­dnie od domu - stwier­dziła. - Rhyan?

- Tak?

- Wyjedźmy na daleką pół­noc, kiedy to wszystko się skoń­czy - wyszep­tała Lydhia. Wciąż była zapa­trzona w przed­sta­wie­nie na rynku, ale wyda­wało się, że jej myśli krążą po zupeł­nie innym miej­scu. - Może uda nam się wywal­czyć wspólny przy­dział w Rha­ve­hall. Albo w Ahld­peak. Bywa tam zimno, ale trakty gór­skie oświe­tlają kra­jo­braz widoczny z gra­nicy miast. Podobno jest piękny.

Daleka pół­noc. Tam musiało być bez­piecz­niej. Lepiej zabez­pie­czone trakty, licz­niej­sze oddziały cie­nio­bój­ców. To nie był głupi pomysł, zwłasz­cza gdyby został Lor­dem Pół­nocy. Nie­stety, nic nie zapo­wia­dało, by całe to sza­leń­stwo miało rychło dobiec końca.

- Spró­bu­jemy - powie­dział z uśmie­chem.

- Byłoby wspa­niale - dziew­czyna spoj­rzała z roz­ma­rze­niem w dal. - Naj­pierw jed­nak jedziemy do Lac­cii, prawda?

Rhyan zamru­gał.

- My?

- Chyba nie sądzi­łeś, że pusz­czę cię tam samego?

- Nie ma mow... - Rhyan ugryzł się w język. Prze­cież dosko­nale wie­dział, jak poto­czy się ta roz­mowa. - Jesteś pewna?

- Nie zaczy­naj, Rhyan - dziew­czyna rzu­ciła mu ni to wro­gie, ni to zadziorne spoj­rze­nie. - Chyba że chcesz, żebym znowu się na cie­bie wydarła.

Rhyan prych­nął i uniósł kącik ust.

- Jeśli ma się skoń­czyć tak jak ostat­nio, nie mam nic prze­ciwko temu.

Lydhia zmru­żyła oczy, prze­szy­wa­jąc chło­paka spoj­rze­niem niby włócz­nią.

- Uwa­żaj, żebym cza­sem przy­pad­kiem nie zaci­snęła zębów w nie­od­po­wied­nim momen­cie.

- Lydhia Zabój­cze Szczęki - rzu­cił żar­to­bli­wie Rhyan. - Nawet by ci paso­wało.

- Wola­ła­bym Lydhia Cie­nio­bój­czyni.

Rhyan uniósł brew, prze­krzy­wia­jąc głowę tak, że nie­mal strze­liła mu szyja.

- Słu­cham?

- Ja mówię poważ­nie. Przy­go­tuj dla mnie umowę - popa­trzyła na niego zna­cząco.

Fre­eze wes­tchnął i chwy­cił się pal­cami za nasadę nosa. Cza­sem ta dziew­czyna dopro­wa­dzała go do szału. A może do sza­leń­stwa?

- Nie ma sensu się z tobą kłó­cić, prawda?

- Naj­mniej­szego - odparła Lydhia z trium­fal­nym uśmie­chem.

***

- Gotowi do drogi? - zapy­tał dowódca Kha­la­had, dosia­da­jąc masyw­nego knu­rowca. Zwy­kle cie­nio­bójcy poru­szali się bez wierz­chow­ców, jed­nak teraz nie mogli zwle­kać.

Cała dru­żyna mruk­nęła potwier­dza­jąco.

- A ty? - rzu­cił szpa­ko­waty dowódca do Lydhii. - Co tu robisz? Co to za prze­bie­ranki? - wska­zał pal­cem jej czarny mun­dur z przy­mo­co­waną do koł­nie­rza białą, futrzaną pele­ryną.

- Jestem cie­nio­bójcą - stwier­dziła, wzru­sza­jąc ramio­nami. - A może powin­nam mówić "cie­nio­bój­czy­nią"?

- Kobieta cie­nio­bójcą? Nie roz­śmie­szaj mnie.

- Dam głowę, że wal­czy lepiej od cie­bie - powie­dział Rhyan z uśmiesz­kiem na twa­rzy.

- Ty...

- W sumie to tęsk­ni­łem za dam­skim towa­rzy­stwem - mruk­nął Bay­whick, wci­na­jąc się w zda­nie i popra­wia­jąc nieco za mały mun­dur. - Miło cię widzieć w oddziale - ukło­nił się lekko z sio­dła, a dziew­czyna odpo­wie­działa mu uśmie­chem.

Kha­la­had prych­nął.

- Tylko żeby nie trzeba było cię rato­wać - burk­nął. - Ruszamy!

Spoj­rzał przed sie­bie i już miał poga­niać knu­rowca.

- Zacze­kaj­cie! - dobiegł ich głos z oddali.

- A ten to kto? - zapy­tał podi­ry­to­wany dowódca z Bhayec.

- Casyn? - zdzi­wił się Rhyan, igno­ru­jąc Kha­la­hada, kiedy bia­ło­włosy męż­czy­zna na knu­rowcu nieco się zbli­żył. - Kto ci powie­dział?

- On - wska­zał Bay­whicka, hamu­jąc. - Widocz­nie nie umie trzy­mać języka za zębami. I ma przy oka­zji nie­wy­pa­rzoną gębę.

Black­stone zer­k­nął na Casyna spode łba, a Kha­la­had się skrzy­wił.

- Co cię tak do nas cią­gnie? - zapy­tał Koli­ber.

Bia­ło­włosy wzru­szył ramio­nami.

- A co mam lep­szego do roboty? Moje poprzed­nie życie legło w gru­zach, a ja lubię wal­czyć - wska­zał miecz. - W tym zasra­nym mie­ście nie mają nawet areny, pomy­śla­łem, że tu będzie oka­zja, żeby się wyka­zać. W razie gdyby jakiś lac­cyj­ski śmieć spra­wiał kło­poty. Poza tym mam fajne cacko, przyda wam się - dokoń­czył, ponow­nie wska­zu­jąc oręż.

Kha­la­had wyda­wał się zbity z tropu.

- Jesteś cie­nio­bójcą? Nie? Przy­kro mi, ale nie jedziesz - syk­nął.

Koli­ber namy­ślił się przez krótką chwilę. Wła­ści­wie Casyn mógł się oka­zać uży­teczny.

- Przyda się nam, ma miecz zaklęty cymo­fa­nem - zauwa­żył. - Biorę za niego odpo­wie­dzial­ność.

W głębi duszy trzy­mał kciuki, żeby żad­nej brać nie musiał.

- Jak sobie chcesz - Kha­la­had mla­snął z nie­sma­kiem. - Lepiej, żeby nie zro­bił niczego głu­piego.

- Służę pomocą - ode­zwał się Casyn, wyszcze­rza­jąc zęby.

Dru­żyna popę­dziła knu­rowce, nie­które obju­czone baga­żem, i ruszyła w stronę otwar­tej połu­dnio­wej bramy.

Wrota spra­wiały wra­że­nie solid­niej­szych niż te pół­nocne. Sta­lowe podwoje mie­rzyły co naj­mniej pięt­na­ście stóp, a i mury wzno­siły się wyżej po tej stro­nie mia­sta. Kamienna ściana wyda­wała się nie­prze­kra­czalna, a wysoki kre­ne­laż na jej szczy­cie zosta­wiał wąskie prze­rwy dla łucz­ni­ków. Cała kon­struk­cja oto­czona została z tej strony płytką fosą, z któ­rej wysta­wały meta­lowe pale. Rów­nie ostre, co strzały bodące poten­cjal­nych wro­gów ze szczytu muru. Mia­sto było tech­nicz­nie nie do zdo­by­cia od połu­dnia.

Rhyan ode­tchnął głę­boko, kiedy prze­kro­czył bramę. Nie wie­dział, czy to przez strach, czy przez resztki nadziei. Bał się, że znów spo­tka upiora oraz tego, że ten po raz kolejny spró­buje wedrzeć się do jego umy­słu jak nie­pro­szony gość albo raczej jak par­szywy zło­dziej. Jed­no­cze­śnie chło­pak pra­gnął ich ponow­nego spo­tkania. Chciał skró­cić upiora o głowę.

Śnieg zaczął powoli ozda­biać syl­wetki nie­spełna trzy­dzie­stu cie­nio­bój­ców i towa­rzy­szą­cego im Casyna Rog­blocka. Białe pele­ryny spły­wały na kupry knu­row­ców, a guziki czar­nych mun­du­rów migo­tały w bla­sku helio­do­ro­wych lamp.

Wkro­czyli na tery­to­rium Lac­cii.

***

Oku­tana w czarne szaty postać powstała z klę­czek, obser­wu­jąc grób pocho­wa­nego przez niego Adriena. Śmierć nie wie­dział, czy to wła­śnie tak powi­nien postą­pić z cia­łem mło­dego oby­wa­tela Lac­cii. Już dawno prze­stał śle­dzić ich zwy­czaje. Przy­gryzł wargi.

Szkoda, pomy­ślał. Wielka szkoda.

Adrien musiał kie­dyś zgi­nąć, jak każdy śmier­tel­nik, ale jesz­cze nie teraz. Miał do wyko­na­nia ważne zada­nie, któ­remu nie podo­łał. Śmierć prze­klął się w duchu, że nie zdą­żył. Powi­nien sam ode­brać kamień od Adriena, a nie liczyć, że ten bez­piecz­nie go prze­trans­por­tuje. Potrze­bo­wał jed­nak pomocy, samemu ciężko było prze­chwy­cić wszyst­kie anty­ka­mie­nie. Nawet gdyby pró­bo­wał, zużyłby na to wię­cej mocy, niż pozwa­lały mu resztki jego zapa­sów. Ren wyda­wała się obie­cu­jącą współ­pra­cow­nicą. Miała dar. Poznał już takich ludzi. Nazy­wał ich Śnią­cymi. Mógł się z nimi skon­tak­to­wać, kiedy spali. Czę­sto jed­nak napo­ty­kał opór, jakby ktoś pró­bo­wał go wyrzu­cić. Podej­rze­wał, że to Matka, z którą miał wąt­pliwą przy­jem­ność się spo­tkać w jed­nym ze snów.

Byłaby wielka szkoda, jeśli oka­za­łoby się, że Ren nie jest w sta­nie znieść pod­szep­tów kamie­nia. Wtedy naj­pew­niej musiałby ją zabić.

Tak samo jak poprzed­niego władcę Lac­cii.

Śmierć zamknął oczy. Kiedy wła­ści­wie przy­jął ten przy­do­mek? Kiedy mu go nadano? Nie pamię­tał. Swo­jego praw­dzi­wego imie­nia wyrzekł się jed­nak już dawno temu.

Rozdział III. Laccia

Roz­dział III

Lac­cia

...A tych, któ­rzy wró­cili, niech ostrza i kamie­nie strącą w cze­lu­ści pie­kielne, jak ongiś włócz­nia czarna, jak nasza pięść żela­zna.

Gwiezdna Biblia Sherr-Ikha, frag­ment roz­działu trze­ciego

***

Rhyan sły­szał w swoim życiu o róż­no­rod­nym lac­cyj­skim zdob­nic­twie, archi­tek­tu­rze i ogól­nym prze­py­chu, ale dopiero teraz miał oka­zję poznać jego namiastkę. Wyso­kie, powy­krę­cane latar­nie po obu stro­nach traktu były ozdo­bione pięk­nymi relie­fami przed­sta­wia­ją­cymi liścia­ste wzory lub smoki w dzi­wacz­nych, wręcz nie­na­tu­ral­nych, ale za to arty­stycz­nych pozach. Wyda­wało się, jakby patrzyły na prze­cho­dzą­cych drogą cie­nio­bój­ców z dziwną wro­go­ścią w swo­ich wyrzeź­bio­nych mister­nie oczach.

Koli­ber prych­nął. Nie rozu­miał tej wytwor­no­ści. Czemu miała słu­żyć? Tak wyso­kie latar­nie były zupeł­nie nie­prak­tyczne, a wymie­nia­nie zatknię­tego na ich czubku oszli­fo­wa­nego helio­doru, który na doda­tek owi­nięty został sta­lo­wym liściem, musiało być ist­nym utra­pie­niem. Teraz Rhyan doce­nił pro­stotę i uży­tecz­ność khi­gor­skich kon­struk­cji. Zer­k­nął jesz­cze na lac­cyj­ską kapliczkę i z ulgą stwier­dził, że przy­naj­mniej ta zda­wała się choć tro­chę prak­tyczna.

- Cóż, prze­ży­łem bunt w Phe­rick­dale, prze­ży­łem masa­krę w Hyrie, to i Lac­cię prze­żyję - zagaił Bay­whick. Wciąż pró­bo­wał dopiąć nie­sforny guzik mun­duru. Nie było czasu, by szyć stroje na miarę, toteż Dharth Amber i Bay­whick Black­stone musieli przy­jąć jakieś z maga­zynu. Tylko dla Lydhii udało się zna­leźć pasu­jący mun­dur.

- Nie mów hop, póki nie prze­sko­czysz - burk­nął mar­kot­nie Dharth. - Mój brat nie miał tyle szczę­ścia, co ty do tej pory.

- Gerth wyka­zał się odwagą - mruk­nął Blakc­stone, prze­cze­su­jąc pal­cami swoją nie­sta­ran­nie przy­ciętą brodę.

- W prze­ci­wień­stwie do cie­bie, Bay­whick.

Bar­czy­sty hazar­dzi­sta popa­trzył na towa­rzy­sza z wyrzu­tem.

- Ha! Mówisz, jak­byś sam nie spie­przał przed upio­rem! W Phe­rick­dale ura­to­wa­łeś swo­jego brata, ale w Hyrie byłeś rów­nie tchórz­liwy co ja.

- Skoro mowa o Phe­rick­dale, gdzie byłeś, kiedy Gerth potrze­bo­wał pomocy?! - wark­nął Dharth. - Wyży­wa­łeś się na rebe­lian­tach?

- Pro­szę - wtrą­ciła się Lydhia, a na jej twarz wstą­pił dziw­nie smutny gry­mas. - Możemy nie mówić o bun­cie w Phe­rick­dale?

Rhyan spoj­rzał na nią z zacie­ka­wie­niem. Czy to wtedy stra­ciła uko­cha­nego? Przez moment poczuł ukłu­cie zazdro­ści, ale szybko je stłu­mił. To była prze­szłość. I to na pewno nie­ła­twa.

- Oho, ode­zwała się waleczna kobietka - skwi­to­wał szy­der­czo Bay­whick. - Będę mówić, o czym mi się podoba.

- Na twoim miej­scu bym zamilkł, Black­stone - Rhyan obrzu­cił bro­da­tego cie­nio­bójcę nie­przy­chyl­nym wzro­kiem.

- O, pan dowódca obrońcą dam w opa­łach! - par­sk­nął Bay­whick wyraź­nie ziry­to­wany całą roz­mową, którą prze­cież sam zaczął. - Szkoda, że nie bro­ni­łeś tak swo­jego oddziału, kiedy przy­był upiór!

- Stul już ten pysk, idioto - mruk­nął Dharth.

- Mówi­łem - wtrą­cił znie­nacka Casyn, wyszcze­rza­jąc nie­na­gan­nie białe zęby i wska­zu­jąc Black­stone'a. - Ma nie­wy­pa­rzoną gębę.

- Zdą­ży­łem zauwa­żyć - syk­nął Rhyan. - Bay­whicku, pyta­łeś mnie nie­dawno, jakie są moje zain­te­re­so­wa­nia i tematy do roz­mów. A jakie są twoje? Bo ja sły­szę tylko szcze­ka­nie.

W byłym hazar­dzi­ście aż się zago­to­wało. Poczer­wie­niał na twa­rzy i zaci­snął masywne pię­ści tak, że aż pobie­lały mu kłyk­cie, a Rhyan trium­fal­nie uniósł pod­bró­dek.

- Cze­kam na jakąś odpo­wiedź. Picie? Kur­ty­zany? Czy może zbi­ja­nie drew­nia­nych monet na alek­san­dry­to­wych sza­chach? Pytam poważ­nie, nic wię­cej o tobie nie wiem, Bay­whicku Black­stone.

Bar­czy­sty cie­nio­bójca zagryzł zęby. Coś chyba w nim pękło, przez chwilę nie przy­po­mi­nał już sie­bie. Jego twarz nagle stała się inna. Koli­ber nie potra­fił jed­nak okre­ślić, co dokład­nie się w niej zmie­niło.

- Gdy­byś... Gdy­byś wie­dział o mnie choć tro­chę, mówił­byś ina­czej - stwier­dził Bay­whick, prze­cho­dząc w kilka sekund przez całe spek­trum emo­cji, od zło­ści do smutku.

- Tu się muszę zgo­dzić - przy­znał nie­chęt­nie Dharth. - Bay­whick łatwo w życiu nie miał.

Rhyan prych­nął.

- A kto miał? Więk­szość ludzi, któ­rych pozna­łem, albo nie żyje, albo stra­ciła kogoś bli­skiego - oznaj­mił lek­ce­wa­żąco.

- Ale ni­gdy nie poczu­łeś, panie dowódco, jak to jest patrzeć na śmierć wła­snej córki - wyce­dził Bay­whick, patrząc na Rhy­ana chłod­nymi jak lód oczyma. - I ni­gdy ci tego nie życzę.

Koli­ber nie odpo­wie­dział. Nie wie­dział, co miałby niby odrzec. Zro­biło mu się głu­pio. Skrzy­wił się i rozej­rzał. Ota­czali go ludzie z bli­znami. Może nie powi­nien tak szybko fero­wać wyro­ków? Im dłu­żej żył na świe­cie, tym bar­dziej zda­wał sobie sprawę, że nie ma podziału na dobrych i złych ludzi. Wszy­scy byli gdzieś pośrodku. Łącz­nie z nim samym.

***

Rzeka Pori­vca prze­ci­nała trakt wąskim kory­tem. W zasa­dzie to bar­dziej przy­po­mi­nała stru­myk niż rzekę. W żół­ta­wym bla­sku helio­do­rów rwący gra­na­towy nurt roz­szar­py­wał wysta­jące kamie­nie. Na brzegu, tuż przed nie­wielką kamienną kładką, droga zamie­niała się w obszerny pół­ko­li­sty plac oto­czony latar­niami. Rhyan zauwa­żył, że nie­które z nich stra­ciły blask i naj­wy­raź­niej nikt nie pomy­ślał o wymia­nie kamieni. Na środku pół­kola znaj­do­wała się zdo­biona kapliczka. Wyglą­dało na to, że Lac­cia­nie urzą­dzili tu miej­sce posto­jowe.

- Tu się zatrzy­mamy - zarzą­dził Kha­la­had. - Ruszymy z samego rana, roz­kła­dać namioty - pole­cił. Naj­wy­raź­niej był dumny z tego, że to on wyda­wał więk­szość roz­ka­zów, a nie Rhyan.

Jakieś dwa kwa­dranse póź­niej plac był usiany sza­rymi płach­tami, a ślepe knu­rowce stały przy­wią­zane do małych pachoł­ków przy brzegu. Cie­nio­bójcy wycią­gali z juków nie­wiel­kie heba­no­li­towe belki i bryłki węgla, by zro­bić z nich kilka ognisk. Kiedy te zapło­nęły żywym ogniem, dru­żyna poczęła przy­żą­dzać posiłki, głów­nie z lumi­fun­gów. Rhyan usiadł przy jed­nym ogni­sku z wła­snym oddzia­łem i Casy­nem Rog­bloc­kiem. Chciał poroz­ma­wiać ze swo­imi ludźmi. Ostat­nio zro­dziła się mię­dzy nimi tylko sieć nie­po­ro­zu­mień. Musieli się stać zespo­łem. Lydhia miała rację, nie mógł liczyć już tylko na sie­bie.

- Prze­pra­szam, Bay­whicku - powie­dział Koli­ber cicho, pra­wie szep­cząc. - Zbyt pochop­nie cię oce­ni­łem.

Black­stone mach­nął ręką.

- Nie szko­dzi. Skąd mogłeś wie­dzieć, panie dowódco?

- Nie uspra­wie­dli­wia to two­jego zacho­wa­nia, Bay­whicku, powi­nie­neś oka­zy­wać dowódcy wię­cej sza­cunku - mruk­nął Dharth.

- Racja - burk­nął bro­daty, wle­pia­jąc prze­peł­nione gory­czą oczy w trza­ska­jące pło­mie­nie.

Rhyan wpa­try­wał się w ciszy w pło­nące belki. Ogień iskrzył na palo­nym mate­riale, tań­cząc wokół topią­cego się śniegu.

- Nie chcia­łem was zosta­wiać - stwier­dził w końcu Koli­ber, obra­ca­jąc suro­wego jesz­cze lumi­funga nad ogni­skiem. - Po pro­stu nie widzia­łem szansy, by wam pomóc. Gdy­bym pró­bo­wał was oca­lić... nie ura­to­wałby się nikt.

- Prawda - potwier­dził Casyn, prze­cze­su­jąc białe włosy. - To był jedyny słuszny wybór.

- Pew­nie masz rację - mruk­nął Bay­whick. - Tro­chę ponio­sły mnie emo­cje. Ale ty, Casyn - wska­zał na bia­ło­wło­sego. - Wisisz mi drew­nianą monetę za naszą par­tię.

Rhyan spio­ru­no­wał bar­czy­stego cie­nio­bójcę wzro­kiem, ale Black­stone tylko wzru­szył ramio­nami. Jego oczy zda­wały się mówić "gra­łem uczci­wie".

- Chyba od sza­chów ni­gdy się nie wyzwolę.

- Spró­bo­wał­byś kie­dyś takich nie­alek­san­dry­to­wych - Rhyan uniósł kącik ust. - Przy oka­zji, wisisz mi mój miecz.

- Daj spo­kój, panie dowódco, został w Hyrie, kto wie, czy w ogóle prze­trwał?

- Tylko żar­tuję - Koli­ber mach­nął ręką. Sam sie­bie zadzi­wił. Kie­dyś wal­czyłby całym sobą o to ostrze.

- Chyba zaczy­nam dowódcę lubić - mruk­nął Bay­whick z uśmiesz­kiem. - Bar­dzo powoli, ale jestem na dobrej dro­dze.

- Cie­szy mnie to - odparł Rhyan. - Kiedy upiór zaata­kuje po raz kolejny, a sta­nie się to na pewno, musimy dzia­łać razem.

Black­stone ode­tchnął ciężko i zapa­trzył się w tań­czące pło­mie­nie, jakby nie do końca wie­rzył, że prze­żyje kolejne spo­tka­nie z upio­rem.

- Oba­wiam się, że prze­ce­niasz swój opty­mizm i nasze moż­li­wo­ści, panie dowódco - stwier­dził w końcu.

- Być może - przy­znał Koli­ber. - Ale to chyba jedyne, co nam pozo­stało.

Zapa­no­wała cisza. Patrzyli na sie­bie nie­pew­nym wzro­kiem.

- Potrak­tuj­cie to jak wyróż­nie­nie - wtrą­ciła nagle Lydhia, sztur­cha­jąc Rhy­ana ramie­niem. - Ten drań pra­wie ni­gdy nie gra dru­ży­nowo.

- I jest nie­ufny jak dia­bli - zauwa­żył Bay­whick.

- Pra­cuję nad tym - mruk­nął Fre­eze. - Musimy wszy­scy zacząć sobie ufać, jeśli nie chcemy zgi­nąć z ręki upiora. Dharth - zwró­cił się do Ambera. - Przy­kro mi, że nie dałem rady oca­lić two­jego brata, ale skoro ty i Bay­whick żyje­cie, to zna­czy, że jego śmierć nie poszła na marne. Nie pozwólmy na to, by stała się nic nie­warta.

- Nie zamie­rzam na to pozwo­lić, panie dowódco - stwier­dził twardo Dharth, co Koli­ber skwi­to­wał kiw­nię­ciem głową.

Casyn nie­spo­dzie­wa­nie odło­żył jedze­nie, prze­cze­sał pal­cami białe włosy i zaczął cicho kla­skać, mogłoby się wyda­wać, że w rytm trza­ska­ją­cego ognia.

- Podoba mi się ta wasza paczka - oznaj­mił, roz­kła­da­jąc ręce. - Potrzeba jakiejś przy­sięgi, aby dołą­czyć?

Rhyan począt­kowo był zasko­czony, ale zaraz potem uśmiech­nął się. Wyglą­dało na to, że oddział miał się powięk­szyć.

- Nie, jest tylko umowa. Na razie może być ustna.

***

Rhyan sap­nął tar­gnięty spa­zmami roz­ko­szy i opadł zdy­szany na twarde posła­nie tuż obok Lydhii.

- Robisz postępy - stwier­dziła dziew­czyna, gła­dząc go po tor­sie.

Leżeli razem na sztucz­nych kocach, oddzie­leni od wiecz­nej nocy szarą płachtą namiotu, przez którą prze­bi­jało się blade świa­tło helio­do­rów. Dziew­czyna zało­żyła udo na nogi Rhy­ana i wtu­liła się w jego pierś. Oboje byli przy­kryci gru­bym futrem, które miało chro­nić przed coraz niż­szą tem­pe­ra­turą.

- Chęt­nie zapi­szę się na kolejne tre­ningi - mruk­nął Koli­ber, zacze­su­jąc kosmyk ciem­nych wło­sów Lydhii za jej ucho.

- Nie mówię o tym, Rhyan - szep­nęła. - W końcu zaczęło coś do cie­bie docie­rać.

Fre­eze uśmiech­nął się cie­pło. To była jej zasługa. Nie mógł już pole­gać tylko na sobie, choć wie­dział, że pew­nie ciężko będzie mu się przy­zwy­czaić. Obie­cał jej, że będzie żyć, musiał dotrzy­mać słowa. Gdyby umarł, nie mógłby już jej chro­nić. Nawet nie wie­dział, w któ­rym momen­cie Lydhia stała się dla niego oczkiem w gło­wie. Gdy skła­dał jej przy­sięgę? A może wcze­śniej?

- Mam dobrą nauczy­cielkę - szep­nął, po czym namięt­nie ją poca­ło­wał.

Dziew­czyna zaci­snęła dło­nie na jego policz­kach. Gorąco momen­tal­nie ude­rzyło Rhy­anowi do głowy. Nie myśląc wiele, musnął Lydhię po wzno­szą­cym się niczym fala bio­drze. Zanim się zorien­to­wał, jego ręka zna­la­zła się na jej nagim pośladku, a serce łomo­tało mu jak sza­lone. Cało­wał dziew­czynę w amoku, przy­ci­ska­jąc do sie­bie jej roz­grzane jak piec ciało.

- Widzę, że nie masz dość - sap­nęła Lydhia, kiedy na moment ode­rwała się od jego warg.

- Mógł­bym tak przez cały dzień - Rhyan uśmiech­nął się i zanur­ko­wał dło­nią mię­dzy jej uda.

***

Droga zaczęła się wzno­sić. Naj­wy­raź­niej nazwa Wyżyna nie wzięła się zni­kąd. Nie mieli mia­steczka nawet w zasięgu wzroku, a teren już robił cię cięż­szy. Rhyan i Lydhia jechali z tyłu kawal­kady, zakli­naczka miała chło­pa­kowi coś do powie­dze­nia.

- Chcia­ła­bym, żebyś wie­dział, zasłu­gu­jesz na to - cicho powie­działa dziew­czyna.

- O czym? - zapy­tał Rhyan, choć domy­ślał się, o co cho­dzi.

- O Phe­rick­dale. O mojej poprzed­niej miło­ści.

Rhyan mach­nął dło­nią.

- Daj spo­kój, to prze­szłość.

Lydhia prych­nęła.

- Nie obcho­dzi cię to?

- Obcho­dzi - mruk­nął Rhyan. - Po pro­stu myśla­łem, że to dla cie­bie trudne.

- Bo jest! Mógł­byś to doce­nić.

Koli­ber ode­tchnął ciężko, jakby zła­pał zadyszkę.

- A więc zgi­nął pod­czas buntu?

- Był jed­nym z ini­cja­to­rów - Lydhia zaci­snęła pię­ści. - To stało się tuż przed tym, zanim otrzy­ma­łam przy­dział. Byłam młoda, może zbyt młoda, żeby zawczasu zro­zu­mieć, co działo się wewnątrz Rhobba. Kiedy w mie­ście zapa­no­wał głód i zaczęto wydzie­lać racje, dla jego scho­ro­wa­nej matki to było jak wyrok. Dla niej i dla wielu innych, któ­rzy nie mieli dość pie­nię­dzy na łapówki. Rozu­mia­łam to, ale... ten bunt nie miał sensu. Zabi­jali przy tym nie­win­nych ludzi, by poka­zać swoje racje. Poza tym, wyobra­żasz to sobie? Szes­na­sto­letni chło­pak i podobni mu mło­dzieńcy prze­ciw wyszko­lo­nym żoł­nie­rzom. Cał­kiem nie­źle im szło, ale nie mieli szans. Znie­na­wi­dzi­łam Rhobba. A jed­nak, kiedy odszedł, ból był nie do opi­sa­nia.

Lydhia wbiła posępny wzrok w atra­men­towe niebo. Zmarsz­czyła brwi. Rhyan poczuł gulę w gar­dle. Czemu wszy­scy musieli prze­cho­dzić przez pie­kło? Skrzy­dlaci bogo­wie nie ist­nieli. Nie mogli.

- Nie masz za złe Bay­whic­kowi i Dhar­thowi? - zapy­tał nie­mal szep­tem. - Tego, że wal­czyli prze­ciw niemu?

Zakli­naczka pokrę­ciła głową.

- To Rhobb był idiotą. Żoł­nie­rze tylko wyko­ny­wali obo­wiązki, bro­nili innych.

- Rozu­miem...

- Mia­łam się już ni­gdy nie zako­chać. Nie w kimś, kto nie boi się śmierci - rzu­ciła Lydhia, zanim Koli­ber zdą­żył dodać choć słowo. - Nie­za­leż­nie od tego, jak szla­chetne masz pobudki, Rhyan, nie umie­raj - zaci­snęła ręce na wodzach. - Przy­naj­mniej nie wcze­śniej niż ja.

- Obie­ca­łem - mruk­nął chło­pak, choć wcale nie był pewny, czy będzie w sta­nie dotrzy­mać słowa.

Wpa­try­wali się w sie­bie przez moment, po czym pospie­szyli knu­rowce, by dogo­nić pozo­sta­łych jeźdź­ców. Kiedy zna­leźli się tuż obok reszty, Koli­ber dostrzegł, że Bay­whick szep­nął coś do Dhar­tha i zachi­cho­tał.

- Z czego się śmie­je­cie? - zapy­tał Rhyan.

- Wszystko sły­sze­li­śmy, panie dowódco - powie­dział Black­stone.

- Dalej nie­wy­pa­rzona gęba - stwier­dził Casyn, wzdy­cha­jąc.

Koli­ber uniósł brew. Sły­szeli? Co? Roz­mowę? Nie­moż­liwe, to musiało być coś innego. Bay­whick dalej chi­chrał się pod nosem.

- Co sły­sze­li­ście? Co cię tak bawi, Black­stone? - syk­nął Rhyan.

- Nic, po pro­stu nie spo­dzie­wa­łem się, że dowódca jest taki gło­śny w... No wiesz - Bay­whick mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo.

Koli­ber zgrzyt­nął zębami, jego policzki przy­krył czer­wony jak rubin rumie­niec. Więc to o to cho­dziło, teraz rozu­miał. Zer­k­nął na Lydhię.

- Zazdro­ścisz? - rzu­ciła zakli­naczka z zadzior­nym uśmie­chem.

- Oczy­wi­ście, że zazdro­ści - mruk­nął Dharth, uno­sząc kącik ust. - Nie może się pogo­dzić z utratą mło­doś...

- Hej! - zawo­łał gło­śno Kha­la­had, który jechał na samym czele kolumny i prze­rwał oddzia­łowi Rhy­ana poga­wędkę. - Już pra­wie jeste­śmy!

Fak­tycz­nie, w oddali zaczęło się poja­wiać wię­cej świa­teł, co nie­mal zawsze wska­zy­wało na mia­sto albo osadę. Droga wypię­trzała się coraz bar­dziej, a wokół można było dostrzec wysta­jące głazy.

Nagle coś zama­ja­czyło w oddali. Rhyan zauwa­żył nakre­ślone w świe­tle syl­wetki i spiął mię­śnie. Po chwili roz­strzy­gnął jed­nak, że kształty są ludz­kie. Ode­tchnął z ulgą.

Zaraz.

Coś się nie zga­dzało. Czy oni...

- Na zie­mię! - ryk­nął.

- Co ty... - zaczął szpa­ko­waty Kha­la­had, ale nie zdą­żył dokoń­czyć. Strzała ze świ­stem wbiła się w jego czaszkę, zwa­la­jąc go z wierz­chowca i skra­pia­jąc szkar­ła­tem zale­ga­jący na trak­cie śnieg.

Seria poci­sków zatań­czyła w powie­trzu. Część z nich powbi­jała się w mun­dury cie­nio­bój­ców z czoła for­ma­cji, robiąc z nich krwawe tar­cze strzel­ni­cze. Krzyki roz­darły ciszę. Oddział Rhy­ana padł na zie­mię. Mieli szczę­ście, że znaj­do­wali się z tyłu.

Koli­ber zaklął siar­czy­ście. Dla­czego ich zaata­ko­wali? Nie było czasu się nad tym zasta­na­wiać. Musiał coś wymy­ślić. Ina­czej wystrze­lają ich jak kaczki ze sta­rych podań.

Lydhia wark­nęła ze zło­ścią. Spoj­rzała na Rhy­ana, zaci­snęła zęby, po czym unio­sła się na klęczki i dobyła łuku, pró­bu­jąc wyce­lo­wać w nie­zna­jo­mych wro­gów.

- Lyd, kryj się! - krzyk­nął Rhyan.

Zbłą­kana strzała zaśpie­wała piskliwą melo­dię, po czym dra­snęła zakli­naczkę w ramię, nim ta zdą­żyła wystrze­lić. Dziew­czyna syk­nęła i opu­ściła łuk. Rhyan rzu­cił się na nią, by powa­lić ją z powro­tem na zie­mię. Na szczę­ście rana oka­zała się led­wie zadra­pa­niem.

Cho­lera, pomy­ślał. Cho­lera, cho­lera, cho­lera!

Miał mało czasu. Znowu grad strzał, jedna świ­snęła mu koło ucha. Patrzył, jak kolejni cie­nio­bójcy padają mar­twi, lamen­tu­jąc w ago­nal­nym bólu.

Stać go było tylko na jeden pomysł. Szyb­kim ruchem odpiął swoją białą pele­rynę i obna­żył Przy­sięgę, która roz­bły­sła magicz­nymi smu­gami. Zatknął futrzane okry­cie na szty­chu i, zerwaw­szy się na równe nogi, zaczął nim wyma­chi­wać tak, by było jak naj­le­piej widoczne. Biała flaga.

Ostrzał ustał. Kolana ugięły się pod Rhy­anem, omal nie upadł. Udało się.

Rozdział IV. Więźniowie

Roz­dział IV

Więź­nio­wie

Wtedy padło nasze wyzna­nie. Każdy, który pra­gnie zba­wie­nia dostą­pić, musi odrzu­cić fał­szy­wych bogów, któ­rzy nas zdra­dzili i stali się bytem nie­czy­stym. Gło­ście tę wieść wszę­dzie, ludu Sherr-Ikha i złóż­cie wyzna­nie wiary nastę­pu­jącą rotą: "Wie­rzę w Hellę, bogi­nię ponad bogami, Gwiazdę jaśnie­jącą na czar­nym nie­bie, opie­kunkę Fare­anu, stwór­czy­nię i wyba­wi­cielkę. Wie­rzę w powrót świa­tło­ści i wyrze­kam się ciem­no­ści. Przyj­muję pokor­nie karę za grze­chy Braci Wysłan­ni­ków i wypie­ram się fał­szy­wych bogów całym ser­cem moim i całą duszą moją. Kiedy przyj­dzie czas, stanę u boku innych wyznaw­ców, by sto­czyć bitwę z Mro­kiem. Tedy też nawrócę nie­wier­nych, gło­sząc im prawdę, by i oni prze­ciw­sta­wili się ciem­no­ści, a ty, Hello, daj mi siłę, by wytrwać w wie­rze". Ci, któ­rzy według owego wyzna­nia żyją, nie umrą, a wiecz­nie ist­nieć będą.

Gwiezdna Biblia Sherr-Ikha, frag­ment roz­działu trze­ciego

***

Rhyan jesz­cze nie otrzą­snął się do końca, kiedy ludzie, któ­rzy zaata­ko­wali jego dru­żynę, zbli­żyli się na tyle, że był w sta­nie okre­ślić, jak wyglą­dali.

Dwa tuziny uzbro­jo­nych w łuki męż­czyzn dopeł­niała kolejna dwu­nastka dzier­żąca deli­kat­nie zakrzy­wione przy szty­chu mie­cze. Wszy­scy nosili lek­kie pan­ce­rze, a na ich nara­mien­ni­kach malo­wały się podo­bi­zny smo­ków. Skóra żoł­nie­rzy była dużo ciem­niej­sza niż u Khi­gor­czy­ków, oliw­kowa lub śniada, a u jed­nego nawet wcho­dząca w brąz.

- Czego chce­cie, khi­gor­skie psy? - wark­nął jeden z męż­czyzn, który wyszedł przed sze­reg, uno­sząc gęstą, czarną brew. Kiedy mówił, miał dziwny dla Rhy­ana akcent.

- Przy­szli­śmy tylko pro­sić o pomoc - wyce­dził przez zęby Koli­ber, powoli roz­luź­nia­jąc mię­śnie i opusz­cza­jąc białą flagę.

- Hej, sły­sze­li­ście? Te kur­wie syny chcą pro­sić o pomoc! - męż­czy­zna, który wyda­wał się dowódcą, zachi­cho­tał z pogardą, a jego oddział zawtó­ro­wał mu salwą śmie­chu.

- Co was tak bawi? - zapy­tał zimno Rhyan. Miał złe prze­czu­cia. - Wymor­do­wa­li­ście pół tuzina naszych ludzi - wska­zał bez­władne ciało Kha­la­hada i innych pole­głych, któ­rzy leżeli na trak­cie we krwi obok tru­cheł knu­row­ców.

- Uwa­żaj, szcze­niaku, bo nie ręczę za sie­bie - odparł, gro­żąc pal­cem, lac­cyj­ski dowódca. Był nie­wiele wyż­szy i star­szy od Rhy­ana, ale znacz­nie lepiej zbu­do­wany, a czarne jak smoła kosmyki wyry­wały się nie­sfor­nie spod szy­szaka na jego gło­wie. - Jak cię zwą?

- Rhyan Fre­eze - powie­dział Koli­ber sucho, prze­ły­ka­jąc ślinę. - Dowódca cie­nio­bój­ców z Hyrie.

Jego roz­mówca nie krył szy­der­czego uśmieszku.

- Masz bab­skie imię, cie­nio­bójco? - zapy­tał. Rhyan nie wie­dział, o co mu cho­dziło, lecz żoł­nie­rze zaśmiali się gre­mial­nie. - Jestem Artem Bjo­vic, Rava­da­nin z krwi i kości, kapi­tan nowego oddziału straży z Wyżyny. Nie­miło mi poznać.

Fre­eze zaci­snął pię­ści. Wszystko wyda­wało się dziwne i nie­zro­zu­miałe. Dla­czego? Po co to wszystko? Znów musiał patrzeć na krew kom­pa­nów. Tym razem zgi­nęli z rąk ludzi. To nie był dobry moment, by zaczy­nać wojnę, czemu więc ci żoł­nie­rze zacho­wy­wali się tak, jakby mieli zaraz ją wsz­cząć?

- O co tu cho­dzi, do cho­lery? - wypa­lił Koli­ber ziry­to­wany. - Przy­szli do was cie­nio­bójcy, nie woj­sko prze­pro­wa­dza­jące inwa­zję. A wy do nas strze­la­cie jak do tarcz! Kiedy Lord Pół­nocy o tym usły­szy...

- To co? - prze­rwał mu Artem. - Wynaj­mie zdraj­ców, by zabić jesz­cze kogoś? Nie nabie­rzemy się już na wasze sztuczki.

Rhyan zamru­gał ner­wowo, sta­ra­jąc się połą­czyć wątki.

- O czym ty mówisz?

- Nie uda­waj, babo-cie­nio­bójco. Khi­gor musi zapła­cić za swoją zbrod­nię.

- Odpo­wiedz na pyta­nie - rzu­cił wrogo Koli­ber.

- Zabi­ja­jąc żonę naszego króla - zaczął twardo tłu­ma­czyć kapi­tan. - Pod­pi­sa­li­ście na sie­bie wyrok. Teraz wasza prośba o pomoc gówno nas obcho­dzi, o ile nie jest to kolejny pod­stęp. Łucz­nicy!

Dwa tuziny żoł­nie­rzy pod­nio­sło swoje łuki ze strza­łami nało­żo­nymi na cię­ciwy. Męż­czyźni wyce­lo­wali broń w cie­nio­bój­ców.

Rhyan miał mętlik w gło­wie. Jakie zabój­stwo? Jaki pod­stęp?

- Nie przy­cho­dzimy was naje­chać, do jasnej cho­lery! - rzu­cił. - Upiór znisz­czył nasze mia­sto, a jeśli cze­goś z nim nie zro­bimy, z tej waszej Wyżyny zostaną tylko gruzy.

Kapi­tan nagle spo­waż­niał, zupeł­nie jakby zda­wał sobie sprawę z fak­tycz­nego ist­nie­nia upio­rów. Namy­ślił się i zamie­nił słówko z jed­nym ze swo­ich żoł­nie­rzy.

- Rzuć­cie broń - pole­cił po chwili Rhy­anowi i splu­nął mu pod nogi. - Może was oszczę­dzimy.

Koli­ber zaci­snął dłoń na ręko­je­ści Przy­sięgi. Poło­żył broń nie­mal cere­mo­nial­nie na ziemi. Zer­k­nął na pozo­sta­łych cie­nio­bój­ców. Odrzu­cili oręż. Kipiał w nim gniew. Spoj­rzał na ciało Kha­la­hada i zaci­snął zęby. Nie lubił go, ale nie życzył mu śmierci. Strata każ­dego cie­nio­bójcy była teraz wiel­kim cio­sem.

- Chodź­cie - mruk­nął Artem. - Pomy­ślimy, co z wami zro­bić, ale na pewno nie puścimy was z powro­tem do Khi­goru. Nie pró­buj­cie niczego, bo strzały utkwią w waszych gar­dłach - chwy­cił się kary­ka­tu­ral­nie za szyję, po czym zwró­cił się do swo­jego oddziału. - Zbierz­cie te śmieszne mie­czyki i par­szywe zwie­rzęta. Cia­łami zaj­miemy się jutro.

***

Rhyan sie­dział w obskur­nej celi razem z Lydhią, Bay­whic­kiem, Dhar­them i Casy­nem. Nawet nie zdą­żył zoba­czyć Wyżyny, bo straż zawią­zała im oczy, kiedy prze­kra­czali gra­nicę mia­sta.

Pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wali, zostało wykute w kamie­niu, toteż ściany zda­wały się litą skałą oświe­tloną heba­no­li­to­wymi pochod­niami rzu­ca­ją­cymi blask na twa­rze Khi­gor­czy­ków. Grube sta­lowe kraty oddzie­lały tę dość obszerną celę od kory­ta­rza, po któ­rym co jakiś czas masze­ro­wał straż­nik. Meta­lowe pry­cze przy­mo­co­wane do ścian wyglą­dały na nie­zbyt wygodne i takie też się oka­zały. W zasa­dzie nie nada­wały się do spa­nia, lep­sza była już kamienna pod­łoga.

Mieli tu zostać do przy­by­cia króla Ten­na­era. On miał zade­cy­do­wać, co zro­bić z cie­nio­bój­cami. Artem nie chciał ich zabi­jać od razu. Nie­chęt­nie stwier­dził, że mogą być przy­datni.

- Nie­złe bagno, panie dowódco - mruk­nął Bay­whick.

- Widzę.

- Cał­kiem tu przy­tul­nie - ode­zwał się Casyn. - Umie­ra­nie w takiej wygo­dzie brzmi jak nie­zły plan.

- Humor się cie­bie trzyma - zauwa­żył Bay­whick. - Ja umie­rać nie zamie­rzam.

- Przy­po­mnę - bia­ło­włosy pod­niósł palec. - To nie ty teraz o tym decy­du­jesz, twój los roz­strzy­gną słowa wiel­kiego władcy wszech­rze­czy, miło­ści­wego zapewne, króla Ten­na­era - uśmiech­nął się sze­roko.

Lydhia zaci­snęła pię­ści, pró­bu­jąc usa­do­wić się choć tro­chę wygod­niej na wrzy­na­ją­cej się w pośladki pry­czy.

- Lac­cyj­skie ścierwa - mruk­nął Black­stone i splu­nął obfi­cie.

- Prze­ży­jemy - oświad­czył Rhyan z nadzieją. - Ci tutaj choć tro­chę respek­tują siłę upio­rów. Wie­dzą, że będą nas prę­dzej czy póź­niej potrze­bo­wać. Miejmy nadzieję, że takiego samego zda­nia będzie ich król - przy ostat­nich sło­wach jego entu­zjazm nieco przy­gasł.

- Tak z cie­ka­wo­ści - zapy­tał Bay­whick. - Wiesz, panie dowódco, o czym oni mówili? Jakie zabój­stwo? Podej­rze­wają nas o spi­sek?

- Naj­wi­docz­niej - odparł Koli­ber. - Wygląda na to, że mieli intrygę na dwo­rze i potrze­bo­wali kozła ofiar­nego. Bo nie wie­rzę, że Dha­gnar posu­nął się do cze­goś takiego, zwłasz­cza nie infor­mu­jąc pod­da­nych.

- Chyba że osza­lał - burk­nął Black­stone.

- Spo­kojna głowa - stwier­dził Casyn Rog­block. - Może ostat­nio cho­dzą pogło­ski o jego sła­bym zdro­wiu, ale na pewno nie psy­chicz­nym.

- A ty skąd to wiesz?

Bia­ło­włosy męż­czy­zna wyszcze­rzył zęby.

- Powiedzmy, że to moja słodka tajem­nica.

- Cały jesteś jak jedna wielka tajem­nica - mruk­nął Dharth Amber. - W Hyrie poja­wi­łeś się zni­kąd, a kiedy z Bay­whic­kiem spo­tka­li­śmy cię w Bhayec, wspo­mi­na­łeś, że byłeś w woj­sku w naszym oddziale. Szcze­rze to cię nie koja­rzę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki