Cieniobójcy. Księga I. Ziarno - Mateusz Żuchowski

Kup ebooka

44.99 zł
37.73 zł (37,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Day­enar chwy­cił pazu­rami wierz­cho­łek samot­nej skały i wdra­pał się na nią, by obser­wo­wać nadej­ście nie­uchron­nego końca. Słońce oświe­tlało jego pół­prze­zro­czy­ste ciało, uka­zu­jąc zarys kości i narzą­dów wewnętrz­nych. Krysz­ta­łowa skóra migo­tała wyraź­nym i szla­chet­nym bla­skiem. Sie­dział na kamie­niu, wspie­ra­jąc się na przed­nich łapach i roz­po­ście­ra­jąc skrzy­dła. Na jego podłuż­nym pysku malo­wał się smu­tek zmie­szany z bez­rad­no­ścią.

- Zawie­dli­śmy - usły­szał.

Na skałę obok wpełzł stwór podobny do Day­enara, jed­nak pozba­wiony zewnętrz­nej powłoki. Jego szkie­let był dobrze widoczny, nato­miast trze­wia wyda­wały się mgli­ste i roz­myte. Skrzy­dła miał kości­ste, a ich błony wyglą­dały jak sfa­ty­go­wane długą bitwą cho­rą­gwie, postrzę­pione przy kra­wę­dziach i nie­re­gu­lar­nie podziu­ra­wione na całej powierzchni. Szczu­dla­ste łapy i poskła­dany z roz­pa­da­ją­cych się krę­gów ogon zadzi­wia­jąco dobrze wspo­ma­gały stwora w utrzy­ma­niu rów­no­wagi. Zarówno te, jak i wszyst­kie inne jego kości spo­wi­jała gęsta nefry­towa mgła, na pierw­szy rzut oka nie­sta­bilna, a jed­nak kur­czowo trzy­ma­jąca się gro­te­sko­wego ciała, jak dziecko mat­czy­nych objęć.

- To koniec, Day­ena­rze - słowa wydo­były się z wnę­trza kości­stego stwora, cho­ciaż ten nie otwie­rał uzę­bio­nej pasz­czy.

Obser­wo­wali czy­ste niebo i kojące pro­mie­nie słońca, które oświe­tlały kra­jo­braz, zale­wa­jąc go cie­płem i eks­po­nu­jąc jego piękno - zie­lone poła­cie łąk i gęste lasy, mia­sta, które zda­wały się z tej per­spek­tywy małe niczym minia­tu­rowe makiety, a w oddali także zarysy ośnie­żo­nych gór dum­nie poka­zu­ją­cych strome gra­nie i strze­li­ste szczyty. Kon­ty­nent Farean tęt­nił życiem, wszystko wyglą­dało tak, jak powinno. Wszystko, poza jed­nym szcze­gó­łem, który psuł całe to piękno jak robak drą­żący doj­rzałe jabłko. Na hory­zon­cie, niczym zaczą­tek śmier­tel­nej cho­roby, poja­wił się mrok, który stop­niowo pochła­niał fir­ma­ment. Kawa­łek po kawałku zabie­rał jaśnie­jące sło­necz­nym bla­skiem niebo. Ławica czar­nych jak smoła nici kłę­biła się pod błę­kitną kopułą, by uszyć wła­sne, pozba­wione świa­tła skle­pie­nie.

Sto­jący na skale towa­rzy­sze wymie­nili się spoj­rze­niami. Wszystko, na co teraz patrzyli, miało prze­stać ist­nieć.

- To nie koniec. Jesz­cze nie, wciąż możemy coś zro­bić. Mogę spró­bo­wać zakrzy­wić tę sferę i...

- Nie - prze­rwał kości­sty stwór, sły­sząc bez­sen­sowną despe­ra­cję w gło­sie Day­enara. - Czas się z tym pogo­dzić, już nic nie da się zro­bić. Zakrzy­wie­nie tylko odwle­cze w cza­sie naszą porażkę. Już tego pró­bo­wa­li­śmy.

Day­enar ode­tchnął głę­boko, przez skórę można było zauwa­żyć jego bijące serce.

- Jest jesz­cze jedno wyj­ście - popa­trzył zna­cząco na towa­rzy­sza.

Ten cof­nął lekko łeb. Wie­dział.

- To samo­bój­stwo, Day­ena­rze!

Day­enar odwró­cił się w kie­runku poże­ra­nego przez ciem­ność nie­bo­skłonu. Patrzył, jak czarne niczym smoła macki łap­czy­wie się­gają po kolejne skrawki fir­ma­mentu, dusząc błę­kit i zarzy­na­jąc szu­ka­jące drogi przez mrok pro­mie­nie sło­neczne.

- Nie zamie­rzam ucie­kać - powie­dział twardo. - Zło­ży­li­śmy obiet­nicę.

- Są rze­czy waż­niej­sze niż obiet­nice - stwier­dził kości­sty stwór. - Nie uda­waj, że jesteś taki szla­chetny.

Day­enar prze­szył go wzro­kiem.

- A co zamie­rzasz zro­bić?! - zapy­tał ostro. - Uciec? Dokąd? Tu nie ma dokąd ucie­kać! Strze­że­nie tych ziem to nasze jedyne zada­nie! Zosta­wisz te wszyst­kie istoty na śmierć i odle­cisz za Hory­zont Przej­ścia, by tam cze­kać na koniec? Nawet nie wiemy, gdzie on jest! Ani co tam na nas czeka.

- Zawsze można spró­bo­wać - mruk­nął w odpo­wie­dzi kości­sty stwór. - Lep­sze to niż śmierć tu i teraz. Mogli­by­śmy zna­leźć dla nas inny plan.

Day­enar pokrę­cił głową.

- Czas jest bez zna­cze­nia, Neph­ri­tio­nie. Nie ma innego planu. Dobrze wiesz, że mamy tylko jedną szansę.

Puste, spo­wite zie­lon­kawą mgłą oczo­doły jego towa­rzy­sza przez dłuż­szą chwilę pozo­sta­wały sku­pione na tra­wio­nym przez ciem­ność nie­bo­skło­nie.

- To będzie koniec wszyst­kiego, wiesz o tym? - powie­dział w końcu.

- Mylisz się - zaprze­czył Day­enar. - To będzie koniec jedy­nie naszych ist­nień. Przy­naj­mniej w for­mie, jaką znamy teraz. To brak dzia­ła­nia będzie koń­cem wszyst­kiego.

Neph­ri­tion mil­czał. Szu­ka­nie w nim teraz jakiej­kol­wiek pew­no­ści byłoby bez­ce­lowe. Czarna powłoka na nie­bie wciąż łap­czy­wie poże­rała dogo­ry­wa­jący błę­kit, jakby był bez­bronną ofiarą. Smo­li­ste smugi zaczęły spa­dać na zie­mię niczym ulewny deszcz, a powie­trze zro­biło się cięż­kie. Neph­ri­tion ugi­nał się na swo­ich wcze­śniej sta­bil­nych łapach, zupeł­nie jakby ktoś przy­wią­zał mu do szyi kowa­dło.

- Boję się, Day­ena­rze - wyszep­tał w końcu. - Cho­ler­nie się boję.

Ten posłał mu cie­płe spoj­rze­nie.

- Boimy się tego, co nie­znane, Neph­ri­tio­nie. Ja też się boję. Jed­nak dobrze wiem, że musimy to zro­bić. Ty też to wiesz.

Neph­ri­tion wydał z sie­bie coś w rodzaju despe­rac­kiego śmie­chu, stłu­mio­nego przez kłęby ota­cza­ją­cej go mgły.

- Day­ena­rze, ty sukin­synu! Ty i te twoje bzdury.

Roze­śmiali się.

- To jak? - zapy­tał towa­rzy­sza Day­enar. - Dotrzy­mamy obiet­nicy?

Zapa­no­wała cisza. Oba stwo­rze­nia patrzyły, jak błę­kitne niebo znika kawa­łek po kawałku. W oddali zaczęły wiro­wać kru­czo­czarne sku­pi­ska mgły.

- A niech cię Mrok pochło­nie, Day­ena­rze! Zwo­łam braci, zakończmy to raz na zawsze!

Rozdział I. Koliber

Roz­dział I

Koli­ber

Zakli­na­nie to sztuka sto­sun­kowo nowa, a jed­nak umi­ło­wana przez wszel­kie ludy, zwłasz­cza osoby zamożne, gdyż za odpo­wied­nią sumę zakląć przed­miot może każdy śmier­tel­nik.

***

Tysiąc lat później

Rhyan Fre­eze chwy­cił za miecz. Wysu­wa­jący się z pochwy sta­lowy oręż oto­czyły dwie mgli­ste smugi - sza­fi­rowo-nie­bie­ska oraz czarno-biała. Kolory wiły się wokół broni, po czym wto­piły w nią, zni­ka­jąc bez śladu. Zacho­wa­nie bla­do­skó­rego chło­paka wzbu­dziło czuj­ność jego towa­rzy­szy. Rhyan nie wypo­wie­dział ani jed­nego słowa. Zamiast tego fio­le­to­wymi jak ame­tyst oczami świ­dro­wał ciem­ność - wszech­obecną poza ubi­tym trak­tem, który patro­lo­wał wraz ze swoim oddzia­łem. Czarną noc roz­świe­tlały tylko bijące żół­tym bla­skiem helio­dory usta­wione wzdłuż drogi w nie­wy­so­kich lam­pach.

Fre­eze wie­dział, skąd nadej­dzie zagro­że­nie. W jakiś prze­dziwny spo­sób potra­fił wyczuć cie­nie w pobliżu, sam do końca nie zda­wał sobie sprawy, dla­czego. Nie mar­no­wał czasu. Kiedy tylko nad­szedł odpo­wiedni moment, wyko­nał piruet, zwra­ca­jąc się w lewą stronę i wysta­wia­jąc klingę przed sie­bie. Bez­kształtna czarna istota, któ­rej jesz­cze chwilę wcze­śniej tam nie było, nadziała się na pędzące ostrze, zanim zdą­żyła przy­brać formę. Roz­pły­nęła się we mgle.

- Wyczer­pany onyks! Tutaj! - krzyk­nął ktoś z oddziału Rhy­ana.

Chło­pak otarł pierw­sze kro­ple potu, które zro­siły jego dość krótko przy­strzy­żone włosy. Ogar­nął spoj­rze­niem sze­roki na dwa­dzie­ścia stóp trakt. Para wąskich oczu błą­dziła po oto­cze­niu, szu­ka­jąc zagro­że­nia.

W oka­mgnie­niu powie­trze zgęst­niało i pociem­niało, by chwilę póź­niej zacząć prze­ista­czać się w zbite kłęby czar­nego dymu. Widok ten zawsze mro­ził krew w żyłach, nie­za­leż­nie od tego, czy było się cie­nio­bójcą, czy też zwy­kłym kup­cem prze­mie­rza­ją­cym trakt. Smo­li­ste tumany prze­obra­żały się z każdą sekundą, two­rząc wokół sie­bie nie­re­gu­larne koń­czyny, powy­gi­nane kolce, gro­te­skowe wyrostki i coś na kształt pokracz­nych, wydłu­żo­nych łbów. Stwory nie potrze­bo­wały wiele czasu, by przy­brać mate­rialną formę, choć ta z jakie­goś powodu wyda­wała się wybra­ko­wana. Ich powy­krę­cane ciała o nie­okre­ślo­nych kształ­tach były oto­czone wień­cami ciem­nej mgły, która od czasu do czasu odpry­ski­wała na boki jak iskry.

Cie­nie - bo tak ludzie nazy­wali te istoty - for­mo­wały się w pośpie­chu. Roz­po­znały swoją sytu­ację. Oddział cie­nio­bój­ców był już w goto­wo­ści. Odziani w czarne, dwu­rzę­dowe mun­dury i białe pele­ryny wojow­nicy dobyli broni. Wokół obna­ża­nych ostrzy kłę­biły się czarno-białe smugi, by zaraz potem znik­nąć w głębi mie­czy. Stal zaświsz­czała w powie­trzu. Więk­szość cie­nio­bój­ców roz­po­częła likwi­da­cję cieni w ślad za Rhy­anem, zupeł­nie tak, jakby było to kolejne ruty­nowe zada­nie do wyko­na­nia. Będąc pod ochroną przed­niej for­ma­cji, jeden z pod­od­dzia­łów pod­jął się ope­ra­cji wymiany onyksu w usta­wio­nej obok traktu kamien­nej kapliczce, z któ­rej - podob­nie jak z lamp - wydo­by­wał się żółty, nie­mal zło­ci­sty blask nie­oszli­fo­wa­nego helio­doru. Obok świe­cą­cego kamie­nia, pod nie­wielką pół­ko­li­stą kopułą, znaj­do­wał się rów­nież drugi - czarny onyks, przy­ozdo­biony przez naturę bia­łymi akcen­tami. Oba spo­rych roz­mia­rów klej­noty doty­kały się wza­jem­nie, leżąc na gołej ziemi. Z jakie­goś powodu wyda­wało się, że są ze sobą połą­czone.

- Chro­nić kapliczkę i utrzy­mać pozy­cje!

Siwie­jący dowódca nie dobył mie­cza. Dha­ryl Pier­cer, bo tak się nazy­wał, stał z unie­sio­nym kan­cia­stym pod­bród­kiem tuż za swo­imi ludźmi, któ­rzy utwo­rzyli krąg wokół kapliczki. Wyda­wał roz­kazy. Mimo że nie brał udziału w bez­po­śred­niej walce, grał rolę dyry­genta, bez któ­rego oddział zacząłby dzia­łać cha­otycz­nie.

- Prawa flanka, zacie­śnić szyk! - pole­cił. - Lewa flanka, for­ma­cja igieł, będą nacie­rać! Tyły, ata­kuj­cie ten cień, jest odsło­nięty! Front... - prze­rwał mu dźwięk świsz­czą­cego ostrza Rhy­ana, który znaj­do­wał się we fron­tal­nej wzglę­dem dowódcy czę­ści kręgu. - Tak trzy­mać!

Cię­cie. Wrzask. Znowu cię­cie.

Śmier­telny balet roz­po­czął się na dobre. Dwa tuziny wojow­ni­ków sta­wiały opór coraz licz­niej­szym, for­mu­ją­cym się z kłę­bów dymu isto­tom, które - po zyska­niu jakiej­kol­wiek postaci - ruszały do ataku. Stal wiro­wała w powie­trzu, pozo­sta­wia­jąc po wro­gach jedy­nie czarną mgłę. Cie­nio­bójcy wyko­ny­wali cię­cia z chi­rur­giczną pre­cy­zją. Nie było miej­sca na błędy, jedno potknię­cie mogło ozna­czać zła­ma­nie szyku i nie­po­wo­dze­nie ope­ra­cji. Cie­nie musiały zostać wyeli­mi­no­wane szybko i tak też się działo. Kiedy tylko jakiś stwór zbli­żał się do for­ma­cji, tra­fiał na ścianę mie­czy, która roz­ry­wała jego powy­gi­nane ciało na strzępy i prze­ra­biała je na bez­kształtną mgłę. Trudno było się dzi­wić, oddziały cie­nio­bój­ców były jed­nost­kami eli­tar­nymi w każ­dym kraju, a te z Khi­goru ucho­dziły za naj­lep­sze na kon­ty­nen­cie.

- Nie pozwól­cie im wejść do środka! - rzu­cił ochry­płym gło­sem dowódca, a zmarszczki na jego czole, choć już i tak dosko­nale widoczne, jesz­cze bar­dziej się pogłę­biły.

Rhyan świet­nie zda­wał sobie sprawę ze zna­cze­nia słów prze­ło­żo­nego, jed­nak tym razem w oddziale byli rów­nież nowi rekruci. Taka sytu­acja za każ­dym razem rodziła obawy. Chło­pak popa­trzył na towa­rzy­szy. Żaden z nowi­cju­szy nie zawa­hał się ani razu, kiedy zoba­czył szar­żu­ją­cego stwora. To dobrze, cie­nio­bój­com nie wolno było się bać.

Roz­my­śla­nia prze­rwał mu cień, który ze strasz­li­wym piskiem rzu­cił się w jego kie­runku. Rhy­anowi nawet nie drgnęła powieka. Wer­ty­kalne cię­cie roz­dzie­liło tułów stwora na pół. Mimo wątłych ramion Rhyan ude­rzał z nie­praw­do­po­dobną pręd­ko­ścią, co dało mu przy­do­mek Koli­ber - nawią­zu­jący do ptaka z zamierz­chłych cza­sów, który poru­szał skrzy­dłami w nie­sa­mo­wi­tym tem­pie, zupeł­nie jak Fre­eze swoim Świ­stem - mie­czem zaklę­tym nie tylko onyk­sem pozwa­la­ją­cym ranić cie­nie, lecz także sza­fi­rem, co czy­niło go nie­sa­mo­wi­cie lek­kim dla dzier­żą­cego.

- Wyczer­pany onyks wyjęty, umiesz­czamy nowy! - zamel­do­wał Bhranny, krępy mło­dzie­niec z pod­od­działu wymie­nia­ją­cego, po czym sta­lo­wym szpi­kul­cem zaczął kre­ślić runę na czarno-bia­łym kamie­niu.

Sto­jące przy dro­dze onyksy odpę­dzały cie­nie na pew­nym obsza­rze, ale tylko jeśli miały kon­takt z helio­do­rem, klej­no­tem dają­cym blask. Mało tego, oba musiały zostać akty­wo­wane przez wyry­cie runy, zupeł­nie jakby ktoś zapro­jek­to­wał mecha­nizm, tak aby kamie­nie mogły two­rzyć nie­prze­rwany łań­cuch prze­trwa­nia dla ludz­ko­ści, ale tylko pod pew­nymi warun­kami. Bowiem wszyst­kie z cza­sem tra­ciły moc i trzeba je było wymie­niać.

- Rhyan, Koli­brze ty mój, pokaż im, jak to się robi! - wark­nął Dha­ryl z deli­kat­nym uśmie­chem na ustach, gdy zoba­czył, jak jego pod­opieczny zgrab­nym pchnię­ciem posłał w nie­byt następny cień.

Nie było tajem­nicą, że Fre­eze był ulu­bień­cem dowódcy. W ciągu zale­d­wie kilku lat służby poczy­nił więk­sze postępy niż nie­je­den wete­ran przez całą swoją karierę. Może nie był zbyt sym­pa­tyczny, za to pie­kiel­nie sku­teczny. Koli­ber uśmiech­nął się w duchu, a na jego twa­rzy malo­wał się wyraz sku­pie­nia. Tań­czył wraz ze Świ­stem pośród coraz licz­niej­szych cieni, zada­jąc śmier­telne ciosy. Ciął na ukos, by zaraz potem wyko­nać zama­szy­ste poprzeczne ude­rze­nie, zamie­nia­jąc w czarną mgłę kilku nacie­ra­ją­cych wro­gów naraz. Nie zatrzy­my­wał się nawet na moment, po jed­nej serii pre­cy­zyj­nych pchnięć wyko­ny­wał kolejną, zabi­ja­jąc następne cie­nie. Rhyan nie odczu­wał cię­żaru broni, nie ogra­ni­czała go w wypro­wa­dza­niu płyn­nych kom­bi­na­cji cio­sów. W jego ude­rze­niach nie było nie­na­wi­ści, nie miał wszak powodu, by nie­na­wi­dzić cieni. Trak­to­wał je jak zagro­że­nie, które trzeba wyeli­mi­no­wać. Oczy­wi­ście nie za darmo. Część cie­nio­bój­ców uwa­żała się za szla­chet­nych obroń­ców, ale Rhyan nie widział w tym nic szla­chet­nego. Cho­dziło mu przede wszyst­kim o wysoki żołd. Zresztą tak naprawdę żaden z jego towa­rzy­szy nie zostałby cno­tli­wym boha­te­rem, gdyby miał pra­co­wać bez odpo­wied­niego wyna­gro­dze­nia. W grun­cie rze­czy liczyły się tylko drew­niane monety. Świat był zbyt brudny dla ludzi o czy­stym sercu i zbyt drogi dla bez­in­te­re­sow­nych. Nie­któ­rzy trwo­nili mają­tek na wizyty w zamtu­zach, by zakosz­to­wać przy­jem­no­ści, inni na grze w alek­san­dry­towe sza­chy, łudząc się, że zbiją for­tunę. Jesz­cze inni za żołd utrzy­my­wali rodziny, które liczyły, że ich mąż lub ojciec wróci bez­piecz­nie z patrolu. Rhyan nato­miast miał obse­sję na punk­cie ostrzy, które nie­ustan­nie gro­ma­dził i ulep­szał.

Cię­cie. Mły­nek. Unik.

Cie­nie nawet na moment nie prze­sta­wały nacie­rać. Chło­pak spa­ro­wał atak przy­po­mi­na­ją­cego ostrze ramie­nia, po czym bły­ska­wicz­nie zna­lazł lukę w obro­nie i wbił klingę pro­sto w pierś potwora, a ten z upior­nym wrza­skiem roz­pły­nął się w powie­trzu.

Tak, zde­cy­do­wa­nie miał obse­sję. Ostrza dawały mu siłę, namiastkę potęgi. Chciał coś sobie udo­wod­nić. Sobie i...

Nagle, w prze­rwie pomię­dzy jed­nym cię­ciem a dru­gim, Rhyan zauwa­żył coś nie­po­ko­ją­cego. Na tyle, że prze­szył go dreszcz, któ­rego nie doświad­czył od pamięt­nego patrolu, kiedy rzu­cił się w samo serce ciem­no­ści, aby pomóc Nha­tha­nie­lowi. Nie­mal o tym zapo­mniał. Dla­czego teraz to wspo­mnie­nie wró­ciło?

Otrzą­snął się z niego. To nie był moment na prze­my­śle­nia. W mroku nocy, na gra­nicy pola widze­nia zapew­nia­nego przez świa­tło lamp, dostrzegł zarys ludz­kiej syl­wetki. Prze­łknął ślinę, drgnęły mu powieki. To nie mógł być czło­wiek. Żaden nie nad­szedłby z ciem­no­ści Wszech­nocy. Co wię­cej, atak cieni chwi­lowo ustał, tak jakby te ocze­ki­wały czy­je­goś przy­by­cia. Na moment zapa­no­wała cisza. Zamilkł nawet wiatr, który wcze­śniej deli­kat­nie sma­gał ocie­plone futrem pele­ryny cie­nio­bój­ców. Potem sły­chać było jedy­nie kroki. Cięż­kie i powolne, jak gdyby z mroku nocy wyła­niał się olbrzym. Rhyan poczuł chłód prze­szy­wa­jący jego skórę. Zaczął drżeć. Miał wra­że­nie, że jego nos, ręce i policzki stały się czer­wone, jed­nak kiedy spoj­rzał na dłoń, ta oka­zała się tak samo blada jak zawsze. Szczęk­nął zębami, gdy postać pode­szła bli­żej. Teraz mógł lepiej jej się przyj­rzeć.

Tajem­ni­czy przy­bysz odziany był w czarny, dwu­rzę­dowy mun­dur cie­nio­bójcy, jed­nak brudny i pod­nisz­czony, z guzi­kami wybla­kłymi i wytar­tymi, które nie błysz­czały już w świe­tle helio­do­rów. Do peł­nego stroju bra­ko­wało mu jedy­nie bia­łej pele­ryny. To jed­nak nie ubiór budził naj­więk­szy nie­po­kój. Nad koł­nie­rzem, w miej­scu, gdzie powinna się znaj­do­wać twarz, można było dostrzec jedy­nie ciem­ność. Jed­no­li­cie czarna głowa przy­po­mi­nała zie­jącą pustkę, z któ­rej w ciszy buchały smo­li­ste pło­mie­nie.

Kiedy istota prze­rwała swój upiorny pochód, wyda­wało się, że wraz z nią zatrzy­mał się rów­nież czas. Cie­nio­bójcy tępo wpa­try­wali się w mroczną postać, zasty­ga­jąc w bez­ru­chu. Po chwili przy­bysz otwo­rzył dłoń, a powie­trze wokół niej zaczęło się zakrzy­wiać, two­rząc ospale krę­cący się wir, który ciem­niał z każdą sekundą, by w końcu wydłu­żyć się i ufor­mo­wać miecz. Jego ostrze wyglą­dało na nie­sta­bilne, zupeł­nie jakby zaraz miało się roz­wiać, a jed­nak trzy­mało się swo­jej nie­okre­ślo­nej formy, kiedy istota nim poru­szyła. Cie­nio­bójcy zaczęli drżeć, część opu­ściła gardy, wstrzy­mu­jąc powie­trze, zapo­mi­na­jąc o oddy­cha­niu.

- Kurwa jego mać - zaklął pod nosem Dha­ryl, a na jego skroni poja­wiła się kro­pelka potu. - Utrzy­mać pozy­cje!

Obna­żył miecz, a wokół ostrza oprócz czerni i bieli zawi­ro­wała także zie­leń. Szma­rag­dowe zaklę­cie. Dowódca zaci­snął dło­nie na ręko­je­ści. W tym momen­cie prze­stał jedy­nie dyry­go­wać, stał się peł­no­prawną czę­ścią bitew­nej orkie­stry, a to nie ozna­czało niczego dobrego.

- Upiór - wyją­kał Gehnn, jeden z młod­szych sta­żem i wie­kiem cie­nio­bój­ców, po czym zastygł, opusz­cza­jąc miecz.

Wtedy jeden z pobli­skich cieni bru­tal­nie wyko­rzy­stał oka­zję i zaata­ko­wał. Prze­bił pierś prze­stra­szo­nego mło­dzieńca swoim przy­po­mi­na­ją­cym kolec ramie­niem. Z rany try­snęła krew, kiedy potwór wydarł koń­czynę z ciała ofiary, pozo­sta­wia­jąc paskudną dziurę na środku torsu. Męż­czy­zna upadł, dła­wiąc się krwią. Cień zapisz­czał prze­raź­li­wie i natych­miast wdarł się do środka okręgu razem z trójką towa­rzy­szy. Pozo­stali cie­nio­bójcy zamknęli pier­ścień, ale dosko­nale wie­dzieli, że są na stra­co­nej pozy­cji, kiedy wyła­mał się kolejny z nich i runął na zie­mię pozba­wiony głowy. Do środka wdarły się następne pomioty Wszech­nocy. Rhyan nie mógł w to uwie­rzyć. Od mie­sięcy szyk w jego oddziale nie został zła­many.

Cie­nie, które prze­biły się do środka, zdą­żyły się już lepiej ufor­mo­wać. Ich łby nabrały kon­kret­nego, nieco jasz­czu­ro­wa­tego kształtu, przy­po­mi­na­jące ostrza lub kolce koń­czyny stały się licz­niej­sze, a ciała peł­niej­sze. Na­dal jed­nak wyglą­dały jak kary­ka­tury peł­no­praw­nych żywych istot, tak jakby cią­gle poszu­ki­wały wła­ści­wego kształtu.

Gdy tylko stwory zorien­to­wały się w sytu­acji, z nie­sły­chaną szyb­ko­ścią zaata­ko­wały pod­od­dział wymie­nia­jący. Dowódca wyko­nał potężne cię­cie i zabił jed­nego z nich, ale to wszystko, nie dał rady zatrzy­mać reszty. Cie­nio­bójcy wymie­nia­jący kamień nie zdą­żyli nawet wycią­gnąć mie­czy. Cie­nie roz­szar­pały ich na strzępy, upior­nie przy tym wyjąc. Głowa Bhranny'ego poszy­bo­wała w powie­trzu, po czym głu­cho ude­rzyła o zimny trakt, skra­pia­jąc go krwią. Pod­od­dzia­łowi udało się umie­ścić onyks w kapliczce, jed­nak nie prze­su­nęli go dosta­tecz­nie, by doty­kał helio­doru. Zabra­kło dosłow­nie sekundy.

- Utrzy­mać jebane pozy­cje! - wrza­snął dowódca, kiedy nie­przy­ja­ciel prze­ła­mał opór zdez­o­rien­to­wa­nych cie­nio­bój­ców. - Jeste­ście eli­tar­nymi żoł­nie­rzami czy nie? Nie daj­cie im znów uszko­dzić kręgu. Ja zajmę się tymi w środku.

Tym­cza­sem upiór zbli­żył się do nad­szarp­nię­tego szyku. Rhyan bły­ska­wicz­nie wyko­nał cię­cie od góry, jed­nak czar­no­głowy zatrzy­mał pędzący miecz dło­nią, po czym zła­mał go na pół jak zapałkę. Kolo­rowe smugi momen­tal­nie opu­ściły ostrze i roz­pły­nęły się w powie­trzu. Świst w ułamku sekundy stał się bez­u­ży­teczny.

- Co do...

Nie zdą­żył dokoń­czyć. Upiór wycią­gnął rękę, a z jego dłoni buch­nęła fala ude­rze­niowa, która z nie­sa­mo­witą siłą wepchnęła Rhy­ana do środka kręgu. Wpadł z hukiem wprost na wal­czą­cego dowódcę, tak że obaj stra­cili rów­no­wagę i upa­dli na zie­mię. Chło­pak wyczuł nad sobą obec­ność cie­nia i mimo potęż­nego ciosu pozo­stał czujny. Prze­tur­lał się pod spa­da­ją­cym na niego ostrzem. Krę­ciło mu się w gło­wie, ale nie ucier­piał. Nie­stety, jego dowódca nie miał tyle szczę­ścia. Gdy pró­bo­wał wstać, kolec innego stwora prze­bił mu krtań. Siwie­jący męż­czy­zna zakrztu­sił się krwią i wyzio­nął ducha. Jego oczy pozo­stały otwarte. Cień wydał z sie­bie trium­falny, ryt­micz­nie prze­ry­wany pau­zami skrzek. Rhyan nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom. Naj­bar­dziej zasłu­żony dowódca w histo­rii oddziału stra­cił życie w ułamku sekundy. Dyry­gent opu­ścił swoją orkie­strę. To była jego ostat­nia sym­fo­nia.

Fre­eze nie miał jed­nak czasu na żałobę, musiał pomścić swo­jego zwierzch­nika. Kątem oka zauwa­żył kolejny zbli­ża­jący się cios. Wyko­nał prze­wrót w tył i sta­nął na nogi. Zlo­ka­li­zo­wał miecz mar­twego już Pier­cera i popę­dził ku niemu. Chwy­cił za ręko­jeść, wyko­nał bru­talne, powolne cię­cie od dołu, zanim cień, który zabił Dha­ryla, zorien­to­wał się, co się dzieje. Przy wcze­śniej­szych cio­sach Rhy­ana wspo­ma­ga­nych przez sza­fir, ten wyda­wał się wręcz śli­ma­czy, jed­nak oka­zał się wystar­cza­jący. Koli­ber pozo­stał czujny. Zauwa­żył kolej­nego prze­ciw­nika nacie­ra­ją­cego od flanki. Uchy­lił się przed ręką-ostrzem i wbił zama­szy­stym ruchem klingę w pierś potwora, a ten roz­pły­nął się we mgle. Rhyan nie miał czasu na odpo­czy­nek, nad­cho­dził kolejny atak. Wyczuł cień za sobą, ale nie zdą­żył zro­bić peł­nego uniku. Stwór prze­orał mu plecy swo­imi szpo­nami. Rhyan wark­nął z bólu i ukląkł na jedno kolano. Wyglą­dało na to, że rana była płytka, przy­naj­mniej taką miał nadzieję. Nie tra­cąc czasu, pod­niósł się i wypro­wa­dził okrężne ude­rze­nie odwe­towe, zabi­ja­jąc jed­nym cio­sem napast­nika i jego kom­pana, który wła­śnie się zbli­żył. Miecz zaklęty onyk­sem ciął cie­nie, jakby były co naj­wy­żej gęstym powie­trzem.

Chło­pak ode­tchnął. To był już ostatni.

Popa­trzył dookoła. Upiór uni­kał mie­czy z dzie­cinną łatwo­ścią. Był przy tym jak tan­cerz, który wyko­nuje skom­pli­ko­waną cho­re­ogra­fię. Nie­spo­dzie­wa­nie zatrzy­mał się i ciął poprzecz­nie, z dzie­cinną łatwo­ścią roz­ry­wa­jąc trzech cie­nio­bój­ców na pół, a jego ostrze zosta­wiło za sobą cie­ni­stą smugę i fon­tannę posoki. Przy życiu pozo­stało led­wie czte­rech, może pię­ciu ludzi z oddziału Rhy­ana. Koli­ber zauwa­żył, że cie­nie nie wcho­dziły do roz­bi­tego już okręgu, trzy­mały się z boku, obser­wu­jąc dzia­ła­nia upiora. Zupeł­nie tak, jakby ten wydał im roz­kaz. Jakby sam chciał wyrżnąć cały oddział. Ci, któ­rzy jesz­cze żyli, byli za bli­sko upiora. Nie mieli szans, ale Rhyan mógł to wyko­rzy­stać. Pod­biegł do kapliczki co sił w nogach, by prze­su­nąć onyks, wzbi­ja­jąc przy tym tumany kurzu. Czar­no­głowy musiał go jed­nak zauwa­żyć, gdyż momen­tal­nie znik­nął we mgle, by poja­wić się w smo­li­stych opa­rach mię­dzy Rhy­anem a kapliczką. Upiór uniósł cie­ni­ste ostrze i opu­ścił je bez­ce­re­mo­nial­nie wprost na głowę zszo­ko­wa­nego chło­paka, jed­nak ten w porę zablo­ko­wał cios. Zadzia­łał instynkt, mie­cze starły się, aż pole­ciały iskry. Podobna do czło­wieka postać spo­koj­nie odda­liła czarną klingę i opu­ściła gardę, jakby pro­wo­ku­jąc do ude­rze­nia. Chło­pak od razu prze­pro­wa­dził kontr­atak. Nie myślał już o stra­chu, a adre­na­lina dodała siły jego ciału. Pew­nie popro­wa­dził ostrze. Ude­rze­nie bie­gło z góry, dosko­nale wie­dział, co się sta­nie. Upiór zła­pał miecz i ugiął rękę, pró­bu­jąc go zła­mać. Ostrze jed­nak nie ustą­piło. Szma­rag­dowe zaklę­cie. Rhyan uśmiech­nął się deli­kat­nie, jego plan zadzia­łał.

Teraz albo ni­gdy.

Użył całej siły, by prze­rżnąć dłoń upiora, a ten zasy­czał nie­ludzko. Chło­pak wyko­rzy­stał chwilę nie­uwagi prze­ciw­nika, prze­tur­lał się obok niego ku kapliczce i pchnął onyks, który zetknął się z biją­cym żół­tym bla­skiem helio­do­rem.

- Szach mat - mruk­nął niby trium­fal­nie, ale jed­nak ponuro, kiedy upiór zaczął wyć, chro­niąc się rękami przed mocą kamieni. Przy­bie­ra­jąc gro­te­skowe pozy, w końcu znik­nął w kłę­bach czar­nej mgły.

On nie zgi­nął i Fre­eze dosko­nale o tym wie­dział. Na szczę­ście udało się go pozbyć na jakiś czas. Cie­nie, które mu towa­rzy­szyły, usu­nęły się poza oświe­tlony trakt w akom­pa­nia­men­cie pisków i jęków. Ale... jaka była tego cena?

Rhyan rozej­rzał się wokół. Był sam. Oca­lał jako jedyny z całego oddziału. Popa­trzył na trupy, a potem osu­nął się na kolana. Adre­na­lina opa­dła i poczuł w sercu mocne ukłu­cie, moc­niej­sze nawet niż przy śmierci Nha­tha­niela.

Jego towa­rzy­sze nie żyli. Znowu. Znowu śmierć i porażka. Znowu krew. Ile razy to się jesz­cze powtó­rzy? Skrzy­wił się. Za każ­dym razem, kiedy wszystko zaczy­nało wra­cać na dobrą drogę, poja­wiało się coś, co niwe­czyło jego sta­ra­nia. Kilka razy ude­rzył pię­ścią w zie­mię, aż poczer­wie­niały mu kostki.

Miał się stać potężny. To miała być ta potęga? Jak się obja­wiła, gdy nad­szedł czas próby, gdy nade­szła potrzeba obrony towa­rzy­szy broni? Może ci ludzie byli hipo­kry­tami, być może część uda­wała boha­te­rów, ale z każ­dym z nich łączyła Rhy­ana pewna więź. Z więk­szo­ścią nie­zbyt silna, ale wciąż więź. Dha­ryl, Gehnn, Bhranny - oni wszy­scy nie żyli, bo on nie potra­fił ich ochro­nić. Ostat­nich pozo­sta­łych przy życiu nawet z pre­me­dy­ta­cją zosta­wił na śmierć, by zyskać czas na oca­le­nie samego sie­bie. Ode­pchnął jed­nak te myśli. Nie miał innego wyj­ścia. Gdyby postą­pił ina­czej, zgi­nę­liby wszy­scy, a odci­nek traktu byłby zajęty przez cie­nie. Nie mógł zro­bić nic wię­cej.

Bo nie mógł... prawda?

Popa­trzył na zła­many Świst. Wydał na niego for­tunę, a teraz miecz leżał na ziemi zupeł­nie bez­u­ży­teczny, zła­many jed­nym ruchem ręki. Wyglą­dał żało­śnie. Znisz­czona głow­nia, która kie­dyś była pogromcą cieni, w oka­mgnie­niu stała się mar­twa jak jej ofiary.

Rhyan ni­gdy wcze­śniej nie wal­czył z upio­rem, wzmianki o nich poja­wiały się tak rzadko, że nie brał takiej moż­li­wo­ści pod uwagę. Nie­któ­rzy uwa­żali nawet, że to tylko legenda. Wszyst­kie plotki na temat tych istot oka­zały się praw­dziwe. Zer­k­nął na czarny jak smoła fir­ma­ment. Na Wszech­noc. Nie znał innego widoku nieba. Był cie­kaw, czy stare poda­nia o dniu, tym praw­dzi­wym dniu, też były fak­tem. Jak wyglą­dał świat przed... tym? Wyobra­żał sobie roz­ry­wa­jący mrok blask, tak jakby pocho­dził od setek helio­do­rów, ogromne poła­cie terenu nie­ogra­ni­czone zasię­giem bez­piecz­nych trak­tów i nie­skrę­po­waną wol­ność. Na razie jed­nak musiał się zado­wo­lić namiastką legen­dar­nego słońca - bla­dym zło­to­żół­tym świa­tłem roz­ta­cza­nym po trak­cie przez lampy.

Pod­niósł się z kolan i otarł z potu swoje ciemne włosy. Coś w nim jed­nak pękło. Coś, co mogło go pocią­gnąć zarówno w górę, jak i w dół. Mimo że wie­lo­krot­nie prze­ży­wał śmierć swo­ich towa­rzy­szy, teraz za przy­czyną ich odej­ścia stało coś bar­dziej... ludz­kiego. To nie był tylko bez­myślny stwór. Rhyan zaci­snął pię­ści. W jego sercu wykieł­ko­wało nowe uczu­cie, któ­rego wcze­śniej nie zaznał i nie spo­dzie­wał się zaznać.

- Jesz­cze cię zabiję.

To była nie­na­wiść.

Rozdział II. Dowódca

Roz­dział II

Dowódca

Onyks i helio­dor to kamie­nie wolne. Ozna­cza to, że jako jedyne wywie­rają wpływ nawet wtedy, kiedy nie są ele­men­tem zaklę­cia albo źró­dłem mocy gemo­manty. Uło­żone na ziemi, roz­ta­czają na pew­nym obsza­rze nie­moż­liwą do sfor­so­wa­nia przez cie­nie barierę. Mogłoby się wyda­wać, że sta­no­wią całość, wolno sto­jący onyks nie odpę­dza cieni bez połą­cze­nia z helio­dorem, może jedy­nie je ranić, choć o tej funk­cji nie­mal zapo­mniano, kiedy wyna­le­ziono zakli­na­nie. Ponadto kiedy przed­miot zaklęty jest zarówno onyk­sem, jak i helio­dorem, czarno-biała i żółta smuga łączą się w jedną. Nie zna­le­ziono zasto­so­wa­nia dla owego połą­cze­nia, choć podej­rze­wam, że zja­wi­sko to nie jest zwy­kłym przy­pad­kiem.

***

Dwu­dzie­sto­letni dowódca - to nie zda­rzało się zbyt czę­sto. Rhyan nie miał wyboru, pozo­stał ostat­nim z oddziału, więc zgod­nie z zasa­dami musiał objąć sta­no­wi­sko. Wią­zało się to z pokaź­niej­szym żoł­dem, ale rów­nież więk­szą odpo­wie­dzial­no­ścią i liczbą obo­wiąz­ków. Rhyan wes­tchnął, spo­glą­da­jąc na otu­la­jący jego tors ban­daż z dro­giego lnu. Prze­żył, ale jego umysł wciąż nie był spo­kojny. Zda­rzało się, że cie­nio­bójcy ginęli z rąk cieni, zawsze trak­to­wał to jed­nak jak nie­szczę­śliwy wypa­dek. Pomioty Wszech­nocy były dla niego jedy­nie zagro­że­niem, skazą ota­cza­ją­cego go świata, która musiała zostać wyple­niona. Do teraz. Upiór, który wyrżnął jego oddział, wyda­wał się jakby... ludzki. Rhyan mógłby przy­siąc, że jego dzia­ła­nia nie były przy­pad­kowe. On dzia­łał świa­do­mie.

Minęły zale­d­wie trzy dni od wyda­rzeń na pół­noc­nym trak­cie. Koli­ber był wojow­ni­kiem, nie mini­strem, dla­tego z roz­pa­czą zer­k­nął na pię­trzącą się stertę doku­men­tów z papieru heba­no­li­to­wego. Się­gnął po pierw­szą kartkę i natych­miast przy­po­mniał sobie, jak nie­przy­jemną i szorstką fak­turę miał ten mate­riał. Skrzy­wił się. Podobno wiele lat temu papier wytwa­rzany z drzew i innych roślin był bar­dziej powszechny, teraz kosz­to­wał jed­nak naprawdę nie­mało. Rhyan zer­k­nął na arkusz pod­bity hra­biow­ską pie­czę­cią i prze­czy­tał to, o czym dosko­nale już wie­dział - musiał zająć się kom­ple­to­wa­niem nowego oddziału. Zda­wał sobie sprawę, że trudno będzie zna­leźć osobę, która udzieli mu jakich­kol­wiek wska­zó­wek. Od dzie­sią­tek, a może nawet setek lat nie było sytu­acji, w któ­rej cały oddział wyma­gał stwo­rze­nia od pod­staw, toteż nikt nie prze­wi­dział planu na takie oko­licz­no­ści. Chło­pak nie wie­dział, od czego zacząć. W Hyrie, poza nie­ży­ją­cymi już cie­nio­bój­cami, nie miał nie­mal żad­nych konek­sji czy zna­jo­mo­ści, a część miesz­kań­ców podej­rze­wała go nawet o sabo­to­wa­nie misji, na któ­rej zda­rzył się tra­giczny wypa­dek. Jak­kol­wiek absur­dal­nie by to brzmiało, plotki, podob­nie jak reli­gie, szybko pozy­ski­wały ludzi, któ­rzy skłonni byli w nie uwie­rzyć.

Fre­eze wytę­żył umysł, by zna­leźć jakiś kon­cept. Zwy­kle wolał dzia­łać na wła­sną rękę, jed­nak w końcu stwier­dził, że tym razem będzie potrze­bo­wał drob­nej pomocy. Osobą, która mogła mu jej udzie­lić, była Lydhia, zakli­naczka i zara­zem jedyna pozo­stała przy życiu per­sona w mie­ście, która potra­fiła zamie­nić z nim wię­cej niż dwa słowa. Rhyan uśmiech­nął się mimo­wol­nie. Ni­gdy nie rozu­miał, dla­czego ta dziew­czyna chciała mieć z nim coś wspól­nego. Podobno sły­nął ze swo­jej raczej nie­przy­ja­znej i chłod­nej natury, toteż nawet ludzie, któ­rzy uwa­żali cie­nio­bój­ców za boha­te­rów, nie spo­glą­dali na niego z wielką sym­pa­tią. Lydhia była inna, choć może tylko tak mu się wyda­wało. Tak czy ina­czej, ni­gdy nie odmó­wiła mu kie­liszka lumi­fun­gówki po trud­niej­szych patro­lach, i zakli­nała jego broń z naj­więk­szą dokład­no­ścią. Miał nadzieję, że nie odmówi mu małej przy­sługi, mimo iż ostat­nimi czasy nieco zanie­dbał ich rela­cję przez natłok obo­wiąz­ków. Wes­tchnął. Lydhia była jego jedyną nadzieją. Z jej usług korzy­stało wiele osób, a zakli­nał u niej nie byle kto, w końcu ucho­dziła za jedną z naj­lep­szych w swoim fachu na połu­dniu kraju. Ale czy ludzie, któ­rzy mieli dość pie­nię­dzy, by zakli­nać u Lydhii, mogli być chętni do służby w oddziale cie­nio­bój­ców? Zwłasz­cza po ostat­nim wyda­rze­niu? Cóż, zawsze mógł spró­bo­wać jakoś ich prze­ko­nać. Bez oddziału trakty w pobliżu Hyrie były zagro­żone, a jeśli mia­steczko zosta­łoby odcięte, cze­kałby je kry­zys, a w końcu zagłada. Miesz­kańcy mogli sami pro­du­ko­wać żyw­ność, ale nie mieli kopalń, a bez helio­do­rów i onyk­sów Hyrie spo­tka­łaby kata­strofa. To powinno zmo­ty­wo­wać co odważ­niej­szych. No i, rzecz jasna, duże pie­nią­dze - wysoki żołd. Rhyan pogła­dził się po żuchwie. Wiele by dał, żeby zapy­tać teraz o radę swo­jego ojca, jed­nak ten znaj­do­wał się na dru­gim końcu Khi­goru. Wedle tra­dy­cji każda osoba, która ukoń­czyła szes­na­ście lat, musiała roz­po­cząć samo­dzielne życie, czę­sto z dala od rodziny. To spra­wiało, że Khi­gor­czycy szybko się uczyli, a także zacho­wy­wali tra­dy­cję koczow­ni­czego ludu, któ­rym byli przed Wszech­nocą. Nie dało się jed­nak ukryć, że taki model życia czę­sto oka­zy­wał się bru­talny dla rodzin­nych więzi. Wybór zawodu pozo­sta­wał decy­zją każ­dego Khi­gor­czyka, ale do każ­dej mie­ściny tra­fiali mło­dzi ludzie o takich pre­dys­po­zy­cjach, które obec­nie były w danym miej­scu potrzebne. Oczy­wi­ście zda­rzały się nad­miary i nie­do­bory kan­dy­da­tów do róż­nych zawo­dów, ale ten sys­tem dzia­łał na tyle dobrze, że przez kilka stu­leci w zasa­dzie nie uległ zmia­nie. Nowe miej­sce zamiesz­ka­nia każ­dego mło­dego Khi­gor­czyka było narzu­cane przez Lorda Pół­nocy na pod­sta­wie spra­woz­dań hra­biów.

Wła­śnie! Kiedy do Lorda dotrą wie­ści o krwa­wej potyczce, z pew­no­ścią do Hyrie zawi­tają mło­dzi kan­dy­daci na cie­nio­bój­ców. Rhyan jed­nak szybko stra­cił entu­zjazm i pokrę­cił głową. Nie miał tyle czasu. Nie mógł też oprzeć całego oddziału na mło­dych rekru­tach, któ­rzy wyma­gali naj­pierw pod­sta­wo­wego szko­le­nia nawet we wła­da­niu mie­czem. Musiał mieć kogoś, kto ma cho­ciaż ele­men­tarne umie­jęt­no­ści. Spo­tka­nie z Lydhią wyda­wało się jedyną szansą na zna­le­zie­nie kan­dy­da­tów moż­li­wie szybko.

Nie cze­ka­jąc dłu­żej, chło­pak wstał z nie­wy­god­nego kamien­nego sie­dzi­ska, przy­go­to­wał się do wyj­ścia i opu­ścił lokum. Na zewnątrz nic się nie zmie­niło, niebo wciąż było czarne jak smoła, a powie­trze gęste i obcią­ża­jące płuca. Rhyan stał przez chwilę na ulicy, obrzu­ca­jąc spoj­rze­niem swój przy­sa­dzi­sty dom zbu­do­wany z cio­sa­nych kamieni. Budowla wyda­wała się solidna i jed­no­cze­śnie bar­dzo surowa, a pła­ski dach tylko potę­go­wał to wra­że­nie. Z nie­wiel­kich okien wydo­by­wało się blade świa­tło helio­do­ro­wej lampy, które nie­mrawo odga­niało wszech­obecny mrok.

Dom Rhy­ana nie był niczym nad­zwy­czaj­nym. Nie­mal wszyst­kie budowle w Hyrie wyglą­dały podob­nie, tak samo jak w całym Khi­go­rze. Sta­wiano na jed­no­li­tość i pro­stotę. Ulice wybru­ko­wane kocimi łbami łączyły regu­lar­nie usta­wione kamienne budynki w zor­ga­ni­zo­waną i prze­my­ślaną całość. Mia­steczko zbu­do­wano na pla­nie koła oto­czo­nego przez kapliczki podobne do tych przy trak­tach. Można było je zna­leźć rów­nież wewnątrz mia­sta, usta­wione tak, by cały jego obszar znaj­do­wał się w zasięgu dzia­ła­nia nie­wi­docz­nego ochron­nego pola. Roz­świe­tlone niskimi helio­do­ro­wymi lam­pami ulice roz­cho­dziły się we wszyst­kie strony, przy­po­mi­na­jąc mister­nie utkaną paję­czą sieć. Hyrie nie miało rynku ani głów­nego placu, nato­miast warsz­tat Lydhii, do któ­rego Koli­ber miał zamiar się udać, znaj­do­wał się w cen­tral­nym punk­cie mia­steczka, będą­cym spo­iwem naj­waż­niej­szych miej­skich dróg. To spra­wiało, że wię­cej osób prze­cho­dziło obok warsz­tatu, cza­sem do niego zaglą­da­jąc.

Rhyan ruszył bru­ko­waną ulicą na pół­noc, popra­wia­jąc swój mun­dur. Wła­ści­wie to bar­dzo rzadko ubie­rał się w coś innego. Tym razem zało­żył drugi kom­plet, pierw­szy wyma­gał co naj­mniej cero­wa­nia. Chło­pak odru­chowo poło­żył dłoń na gło­wicy ręko­je­ści przy­wią­za­nego do pasa mie­cza, który jesz­cze kilka dni temu nale­żał do Dha­ryla. Teraz, zgod­nie z pra­wem, prze­szedł w ręce nowego dowódcy, ale dla Rhy­ana był nieco za ciężki. Przy­da­łoby się przy oka­zji oddać go Lydhii do zakli­na­nia, a że nie lubił cho­dzić bez­bronny nawet przez chwilę, na jego ple­cach, w rytm sta­wia­nych na kocich łbach kro­ków, koły­sało się dru­gie ostrze.

Po krót­kim mar­szu Rhyan dotarł do skrzy­żo­wa­nia i skrę­cił w prawo, mija­jąc nie­wielką plan­ta­cję lumi­fun­gów - grzy­bów o gęsto roz­miesz­czo­nych blasz­kach i świe­cą­cych deli­katną nie­bie­ską poświatą kape­lu­szach. Były pożywne i sta­no­wiły główny skład­nik więk­szo­ści potraw. Pozwa­lały także wykar­mić knu­rowce, któ­rych zagrodę dało się wypa­trzeć nie­opo­dal. Potężne, ślepe stwo­rze­nia ze spłasz­czo­nymi nosami nawet z dużej odle­gło­ści robiły na Rhy­anie ogromne wra­że­nie. Masywne ciel­ska pokryte sztywną szarą szcze­ciną, która prze­cho­dziła do czerni na gar­ba­tym grzbie­cie, budziły w chło­paku respekt. Stwo­rze­nia nie miały oczu, jed­nak dłu­gie szpi­cza­ste uszy nie były jedy­nie na pokaz, knu­rowce bry­lo­wały, jeśli cho­dzi o słuch, a ich umie­jęt­ność echo­lo­ka­cji spra­wiała, że zadzi­wia­jąco dobrze spraw­dzały się w roli wierz­chow­ców. Rhy­anowi na ich widok aż zabur­czało w brzu­chu. Mięso tych zwie­rząt sta­no­wiło drogi przy­smak, choć cza­sem miał go już po dziurki w nosie. Nie­stety, nic nie wska­zy­wało na to, żeby jego jadło­spis roz­sze­rzył się w naj­bliż­szym cza­sie, więk­szość jadal­nych roślin wyma­gała pod­trzy­my­wa­nia przez vito­man­tów, któ­rych w Hyrie próżno było szu­kać, a impor­to­wane z Lac­cii rary­tasy czy mar­chew i psze­nica ze środ­ko­wego Khi­goru poja­wiały się w mia­steczku dość rzadko. Podobno za cza­sów, kiedy dzień róż­nił się od nocy, było ina­czej. Ale czy te czasy w ogóle ist­niały? Od wielu poko­leń nie sły­szano, żeby kto­kol­wiek widział jasne niebo. Czarny jak smoła fir­ma­ment wyda­wał się czymś natu­ral­nym i Rhyan nie mógł sobie wyobra­zić innego stanu rze­czy. Jed­nakże bru­natna zie­mia zmie­niała kolor, kiedy spa­dał na nią śnieg, więc może tak to kie­dyś wyglą­dało? W jego gło­wie poja­wił się obraz nieba pokry­tego bia­łym puchem. Szybko jed­nak pokrę­cił głową. Nie­bo­skłon był czymś innym, skle­pie­niem, nie glebą, na którą mogło coś spaść.

Przy­po­mi­na­jąc sobie o śniegu, Rhyan chęt­nie pobło­go­sła­wiłby skrzy­dla­tych bogów, gdyby w nich wie­rzył, że Hyrie leżało na połu­dniu Khi­goru i biała pie­rzyna nie zale­gała tu przez cały rok. Teraz brą­zowa gleba była od niej wolna.

Chło­pak sta­nął w końcu przed drzwiami warsz­tatu. Kamienny budy­nek wyglą­dał podob­nie jak więk­szość innych w mie­ści­nie. Niski sze­ścienny, jakby wyrą­bany topor­nie w skale, stał pomię­dzy gma­chem ratu­sza a miej­skim ban­kiem. Wyróż­niał go znak cechu wyryty nad drzwiami - miecz na tle oszli­fo­wa­nego klej­notu. Taki sym­bol miały jedy­nie dwa budynki w Hyrie. Koli­ber zer­k­nął jesz­cze na ratusz. Ten góro­wał nad oto­cze­niem. Jego gmach był nie­mal dwu­krot­nie wyż­szy niż warsz­tat, a przy­kryto go jedy­nym w Hyrie spa­dzi­stym dachem wyło­żo­nym dachówką. Wielki zegar na fron­to­wej ścia­nie przy­po­mi­nał o upły­wie czasu, który bez niego byłby trudny do osza­co­wa­nia.

Rhyan pchnął drzwi warsz­tatu wyko­nane z mate­riału nie­udol­nie imi­tu­ją­cego kosz­towne drewno - heba­no­litu. Jego oczom uka­zało się zna­jome, roz­świe­tlone helio­do­rami wnę­trze, obszerne i pozba­wione zbęd­nych ozdób. Na ścia­nach, w solid­nych sta­lo­wych uchwy­tach, wisiały naj­róż­niej­sze dobra. Wzrok Rhy­ana szybko przy­kuły mie­cze i inny rynsz­tu­nek bojowy, ale kątem oka chło­pak zauwa­żył też sprzęty domowe, a nawet kom­plet sza­chów. Przed­mioty były zaklęte albo dopiero cze­kały na zaklę­cie. Wielu boga­tych Khi­gor­czy­ków przy­by­wało do Hyrie, by sko­rzy­stać z usług Lydhii, stąd ściany wyda­wały się ugi­nać od wiszą­cych na nich dóbr. Dziew­czyna miała talent do zakli­na­nia. W pra­wym naroż­niku pomiesz­cze­nia stała masywna kamienna lada, za którą znaj­do­wały się cięż­kie drzwi pro­wa­dzące do kuźni zaklęć.

Po kilku chwi­lach wrota otwo­rzyły się, a oczom Rhy­ana uka­zała się młoda, szczu­pła dziew­czyna o czar­nych wło­sach przy­cię­tych ponad ramio­nami, okrą­głej twa­rzy i bla­dej, nie­mal papie­ro­wej cerze, cha­rak­te­ry­stycz­nej dla Khi­gor­czy­ków. Miała na sobie luźną koszulę, zapi­naną na guziki, wetkniętą w obci­słe, nieco zno­szone czarne spodnie, które przy­cią­gnęły wzrok Rhy­ana. W prze­ci­wień­stwie do dro­giej lnia­nej koszuli, te wyko­nano z tań­szych sztucz­nych włó­kien, masowo pro­du­ko­wa­nych w fabry­kach, ale zda­niem Koli­bra bar­dzo dobrze na Lydhii leżały. Dziew­czyna nie była może naj­pięk­niej­szą kobietą w Hyrie, ale kłam­stwem byłoby stwier­dze­nie, że nale­żała do brzyd­kich. Z pew­no­ścią było w jej twa­rzy coś uro­kli­wego. Coś, co spra­wiało, że Rhyan zła­pał się na tym, iż patrzył na nią dłu­żej, niż powi­nien.

- Kolejny miecz? - zapy­tała, uno­sząc brew.

Zawsze gotowa do pracy, pomy­ślał Rhyan. Ni­gdy nie prze­sta­wał być pod wra­że­niem tego, że dziew­czyna w jego wieku już stała się jedną z lep­szych w swoim fachu, a jako cze­lad­nik uczyła się jedy­nie pół­tora roku.

- Coś w tym rodzaju - odwró­cił wzrok, kiedy się zorien­to­wał, że wciąż się jej przy­gląda. - Ale to przy oka­zji.

- Nie wie­rzę - skrzy­żo­wała ręce na piersi. - Fana­tyk mie­czy przy­cho­dzi zakląć oręż "przy oka­zji"? Czyżby naszło cię na zbroję?

- Nie potrze­buję zbroi - mruk­nął Rhyan.

- Jasne, zapo­mnia­łam, jesteś nie­śmier­telny - prze­wró­ciła oczami. - Mia­łeś szczę­ście, że w ogóle prze­ży­łeś.

Koli­ber skrzy­wił się.

- Czyli już sły­sza­łaś?

- Całe Hyrie o tym huczy i to od kilku dni. Trudno się nie dowie­dzieć - wyce­dziła przez zęby. - Choć przy­znam, że liczy­łam na to, że powiesz mi to oso­bi­ście.

- Mia­łem ostat­nio sporo na gło­wie.

- No tak, obo­wiązki dowódcy - powie­działa Lydhia z prze­ką­sem. - W końcu będziesz mógł dzia­łać wyłącz­nie na swo­ich zasa­dach, tak jak zawsze chcia­łeś.

- Wystar­czy - stwier­dził chłodno Rhyan. Nie chciał tego słu­chać.

Dziew­czyna spo­chmur­niała i ucie­kła wzro­kiem w kąt pomiesz­cze­nia.

- Dobrze, zapo­mnij, jestem dziś jakaś ner­wowa.

- Nie da się ukryć - chło­pak zmru­żył oczy.

Zapa­no­wała głu­cha cisza. Rhyan i Lydhia spo­glą­dali na sie­bie w mil­cze­niu, cze­ka­jąc, aż któ­reś w końcu się ode­zwie. Koli­ber nie wie­dział, jak długo to trwało, ale w pew­nym momen­cie zaczęło mu się wyda­wać, że odkąd prze­kro­czył próg warsz­tatu, minęły całe wieki. Otwo­rzył usta, by prze­rwać ciszę, jed­nak nie zdą­żył powie­dzieć ani słowa.

- To z czym przy­cho­dzisz? - uprze­dziła go Lydhia.

- W zasa­dzie to przy­sze­dłem pro­sić o przy­sługę.

Zakli­naczka zamru­gała. Przez chwilę wpa­try­wała się w Rhy­ana z nie­do­wie­rza­niem, po czym uśmiech­nęła się od ucha do ucha.

- Ty? O przy­sługę? - zaśmiała się w głos, a napię­cie, które wcze­śniej wisiało w powie­trzu, momen­tal­nie ule­ciało. - Nie sądzi­łam, że tego dożyję.

- Tylko ten jeden raz - burk­nął.

Lydhia wes­tchnęła.

- Chyba ni­gdy się nie zmie­nisz, co, Rhyan?

- Pew­nie nie - skwi­to­wał.

- Dobrze, mów o co cho­dzi - oparła łokieć na ladzie, a następ­nie wsparła głowę na dłoni, z satys­fak­cją cze­ka­jąc na prośbę Rhy­ana.

- Pew­nie się domy­ślasz - zaczął. - Muszę stwo­rzyć nowy oddział. Chcę wyszko­lić eli­tarną jed­nostkę. Wiesz, naprawdę eli­tarną. Nie mogę pole­gać na mło­dzi­kach. Nawet jeśli zja­wią się szybko, ich wyszko­le­nie zaj­mie wieki.

- Chyba że okażą się nie­po­ko­na­nymi wybrań­cami, jak Rhyan Fre­eze - zakli­naczka mru­gnęła zło­śli­wie.

Koli­ber uśmiech­nął się mimo­wol­nie. Nie wie­dział, czy to był kom­ple­ment, czy może obe­lga, ale mimo że podej­rze­wał Lydhię jedy­nie o to dru­gie, zdo­łała go roz­ba­wić.

- Nawet jeśli, to nie wystar­czy. Potrzeba mi kogoś doświad­czo­nego. Nie mówię o bie­gło­ści w fachu cie­nio­bójcy, ale o poję­ciu o walce w ogóle. Potrze­buję two­jej pomocy. Wiesz, że pra­wie nikogo bli­żej tu nie znam, a ludzie, któ­rzy oddają broń do zakli­na­nia, z reguły nie robią tego, by potem wisiała na ścia­nie.

Lydhia zamy­śliła się.

- Czyli szu­kasz wojow­ni­ków, któ­rzy przy oka­zji chęt­nie zacią­gnę­liby się w sze­regi cie­nio­bój­ców? Pew­nie zda­jesz sobie sprawę, jak trudno jest zna­leźć takich ludzi wśród tych na tyle majęt­nych, by regu­lar­nie zakli­nać broń?

- Wiem, ale gdy­byś kogoś takiego znała... Cóż, będę twoim dłuż­ni­kiem.

- Zacią­gasz dług u Lydhii Snow, Rhyan. To będzie cię kosz­to­wać co naj­mniej kilka kie­lisz­ków lumi­fun­gówki - wyszcze­rzyła zęby. - Wydaje mi się, że mam kilku kan­dy­da­tów, któ­rzy mogliby cię zain­te­re­so­wać - wycią­gnęła spod lady chro­po­watą kartkę, która z pew­no­ścią nie była z praw­dzi­wego papieru, atra­ment i słomkę do pisa­nia.

Zaczęła noto­wać. Rhyan w tym cza­sie się­gnął do pasa i obna­żył miecz byłego dowódcy, a w powie­trzu zawi­ro­wały kolo­rowe smugi. Kiedy wto­piły się w ostrze, chło­pak nie­mal cere­mo­nial­nie odło­żył broń na ladę.

- Ma być sza­fir, prawda? - mruk­nęła Lydhia, nie odry­wa­jąc wzroku od kartki.

- Jak ty mnie dobrze znasz.

Dziew­czyna skoń­czyła pisać i odło­żyła słomkę. Zer­k­nęła na ostrze i zamru­gała.

- To miecz Dha­ryla, prawda? Jesteś pewny? To będzie trze­cie zaklę­cie.

- Stal z Urman-Aradu. Wytrzyma - zapew­nił Koli­ber.

- Posta­ram się - powie­działa z dozą nie­pew­no­ści, bo nie było gwa­ran­cji na to, że nawet tak dobry metal prze­trwa obcią­że­nie trze­cim zaklę­ciem. - Ale będzie cię to drogo kosz­to­wać.

- Ile? - rzu­cił Rhyan, choć zda­wał sobie sprawę z war­to­ści tak trud­nego zle­ce­nia.

- Dla cie­bie może być "dzię­kuję za pomoc, moja droga Lydhio", choć nie wiem, czy zdo­łasz się wypła­cić przy tak wygó­ro­wa­nej cenie.

Fre­eze zamru­gał i począt­kowo się skrzy­wił, ale dar­mowe zakli­na­nie nie cho­dziło pie­chotą.

- Dzię­kuję za pomoc, moja droga Lydhio - wykrztu­sił, a zakli­naczka uśmiech­nęła się trium­fal­nie. - A co do mojego długu - mruk­nął, chwy­ta­jąc listę od Lydhii i wci­ska­jąc za pas - co powiesz na lumi­fun­gówkę w Lodo­wym Szpo­nie, kiedy już się ze wszyst­kim upo­ram?

- Na pewno? - Lydhia pod­parła dłoń na bio­drze. - Tam mają naj­moc­niej­szą. Ostat­nim razem musia­łam cię odpro­wa­dzać do domu.

- Rozu­miem, że się zga­dzasz.

Dziew­czyna wyszcze­rzyła się w odpo­wie­dzi i odgar­nęła za ucho spa­da­jący jej na poli­czek kosmyk wło­sów.

- Niech kamień cię strzeże! - rzu­cił Rhyan, powoli kie­ru­jąc się do wyj­ścia.

- A serce pro­wa­dzi - dokoń­czyła khi­gor­skie poże­gna­nie Lydhia.

Chło­pak poma­sze­ro­wał w stronę drzwi i chwy­cił za zimną klamkę.

- Rhyan! - rzu­ciła nie­spo­dzie­wa­nie dziew­czyna.

Koli­ber odwró­cił wzrok w jej stronę. Szare oczy zakli­naczki wpa­try­wały się w niego z dziw­nym wyra­zem. Nie wie­dział, czy widzi w nich tro­skę, czy może coś innego, ale z pew­no­ścią były urze­ka­jące. Na swój spo­sób.

- Po mie­ście krążą różne plotki o two­jej misji. Uwa­żaj na sie­bie - szep­nęła.

Rhyan uśmiech­nął się ponuro i wyszedł w roz­pro­szony helio­do­rami mrok.

Rozdział III. Śmierć

Roz­dział III

Śmierć

Gemo­man­cja od zawsze była sztuką tajemną. Wszy­scy, któ­rzy nią wła­dają, pil­nie strzegą arka­nów swo­jego fachu. Mimo że widzia­łem na wła­sne oczy, jak poje­dyn­czy gemo­manta obraca w pył cały oddział żoł­nie­rzy, to moje poję­cie o ich mocy jest raczej nikłe. Gemo­man­cja czer­pie jed­nak swoją siłę z tych samych kamieni, które uży­wane są do zakli­na­nia.

***

Ren była cała spo­cona i ciężko dyszała. Gorącz­kowo pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie kosz­mar, który ją obu­dził.

To był koniec.

Nie potra­fiła opi­sać, jak wyglą­dał. Po pro­stu. Widziała koniec. I jed­no­cze­śnie począ­tek. Nie umiała tego wytłu­ma­czyć.

Usia­dła na łóżku, ocie­ra­jąc spły­wa­jące po czole kro­ple potu i popra­wiła mały czarny kol­czyk, który nosiła w uchu. Wypro­sto­wała się, a twardy ste­laż łóżka bole­śnie wbił się jej w pośladki. Odkąd została arche­olo­giem, życie nie roz­piesz­czało jej pod wzglę­dem wygód. Pomiesz­cze­nie, w któ­rym miesz­kała, wyda­wało się bar­dziej komórką niż peł­no­praw­nym poko­jem. Wydrą­żoną w skale izdebkę oświe­tlał cie­pły blask heba­no­li­to­wych pochodni, owi­nię­tych nasą­czo­nymi tłusz­czem szma­tami. Pło­nące sztuczne tka­niny roz­ta­czały po wen­ty­lo­wa­nym cien­kimi kana­łami pokoju nie­przy­jemny zapach, ale Ren zdą­żyła do niego przy­wyk­nąć. Ostat­nio kró­le­stwo Lac­cii oszczę­dzało dro­go­cenne helio­dory, więc takie źró­dła świa­tła sta­wały się coraz powszech­niej­sze. Dziew­czyna rozej­rzała się po pomiesz­cze­niu. Oprócz łóżka znaj­do­wało się tu nie­wiel­kie lustro i żło­biona wymyśl­nymi wzo­rami skrzy­nia z gra­ne­tyku - sztucz­nego two­rzywa o śli­skiej, gład­kiej powierzchni, które łączyło w sobie solid­ność oraz lek­kość. Pokój, mimo że nie­spe­cjal­nie duży, i tak był sporo więk­szy od tych nale­żą­cych do jej współ­pra­cow­ni­ków. Otrzy­mała obszer­niej­szą izbę niż te, które nor­mal­nie przy­słu­gują nowi­cju­szom takim jak ona - wszystko przez pewną nie­wy­godną przy­pa­dłość. Ren krzy­wiła się na samą myśl o cia­snych prze­strze­niach. Te nie­mal za każ­dym razem budziły w niej coś, co od dawna chciała uśpić w naj­głęb­szych odmę­tach umy­słu. Sta­no­wiło to nie lada prze­szkodę w zawo­dzie arche­ologa. Ren widziała w nim jed­nak coś, co budziło w niej fascy­na­cję sil­niej­szą niż lęk.

Na przy­kład ich ostat­nie zna­le­zi­sko. Dla nie­obe­zna­nych to tylko kamień, jed­nak jeśli mu się przyj­rzeć, był inny niż wszyst­kie - ide­al­nie czarny i gładki. Wyda­wał się nie­zwy­kły, nie­na­tu­ralny. I pasjo­nu­jący. Wie­czo­rem umie­ścili go w spe­cjal­nym maga­zy­nie, by cze­kał tam na kara­wanę, która prze­trans­por­tuje go na bada­nia.

Ścią­gnęła prze­po­coną koszulę nocną. Nie­stety, sztuczne włókna z gra­ne­tyku nie oddy­chały za dobrze, a nie stać jej było na pie­kiel­nie dro­gie ubra­nia z bawełny czy lnu. Wstała i obej­rzała się w brud­nym i pęk­nię­tym lustrze. W odbi­ciu zoba­czyła młodą kobietę o wątłej budo­wie ciała. Brą­zowe włosy opa­dały jej kaska­dami na plecy, a na czole tań­czyło kilka nie­sfor­nych kosmy­ków. Twarz miała smu­kłą, choć deli­kat­nie zaokrą­gloną, a pie­go­waty nos nie­znacz­nie zadarty. Piegi. To było coś nie­spo­ty­ka­nego. Kie­dyś podobno powszechne, teraz sta­no­wiły pra­wie ano­ma­lię. Ren skrzy­wiła się i prze­nio­sła wzrok niżej. Deli­kat­nie dotknęła szyi. Jej dło­nie podą­żyły w dół, mija­jąc wysta­jące oboj­czyki, w końcu docie­ra­jąc do piersi. Wła­ści­wie to tylko jed­nej - w miej­scu dru­giej znaj­do­wała się roz­le­gła bli­zna. Dziew­czyna wes­tchnęła i zakryła twarz dłońmi.

Od tam­tych wyda­rzeń minęły już trzy lata, ale wciąż nie umiała sobie z tym pora­dzić. Nie tyle ze swoim wyglą­dem, ile z tym, co się wyda­rzyło. Pokrę­ciła głową i wyjęła ze skrzyni ubra­nie. Na nogi nacią­gnęła brudne bru­natne spodnie, po czym zamo­co­wała zapi­naną na paski pro­tezę w miej­scu nie­obec­nej czę­ści ciała. Kiedy zało­żyła grubą, białą koszulę o paskud­nej, sztucz­nej fak­tu­rze, z zado­wo­le­niem stwier­dziła, że udało jej się zama­sko­wać brak połowy biu­stu. Dzięki ilu­zji, że wszystko było w porządku, nikt nie zada­wał pytań.

Zaczęła upi­nać włosy, nucąc dawno zasły­szaną melo­dię, jed­nak coś wytrą­ciło ją z rów­no­wagi. Zadrżała. Usły­szała krzyki. Rwane, roz­pacz­liwe krzyki, które zamil­kły rów­nie szybko i nie­spo­dzie­wa­nie, jak się poja­wiły. Była nie­mal pewna tego, co usły­szała. Ręce zatrzę­sły się jej jak star­cowi, w lustrze mogła dokład­nie dostrzec, jak dygo­cze jej każdy mię­sień. Jed­no­cze­śnie obu­dziła się w niej cie­ka­wość, zbyt duża, by po pro­stu się scho­wać. Po cichu zbli­żyła się do drzwi pokoju, uchy­liła je i nasłu­chi­wała. Wrza­ski musiały dobie­gać z dru­giego końca kory­ta­rza. Tam znaj­do­wał się maga­zyn z czar­nym kamie­niem. Wychy­liła nie­pew­nie głowę, dalej cała się trzę­sła. Wie­działa, że to nie był dobry pomysł, ale pokusa spoj­rze­nia była zbyt duża. Jej oczy roz­sze­rzyły się gwał­tow­nie. Drzwi do maga­zynu były otwarte na oścież.

Usły­szała kolejny krzyk, a potem ujrzała czło­wieka, który wybiegł z maga­zynu na wydrą­żony w skale kory­tarz, poty­ka­jąc się o wła­sne nogi. Takie zacho­wa­nie zupeł­nie nie paso­wało do jego wyglądu - bar­czy­stego bru­neta ubra­nego w sre­brzy­stą szatę, którą przy­kry­wał wypo­le­ro­wany kirys.

- Stra... - zaczął, jed­nak nie zdą­żył dokoń­czyć.

Męż­czy­znę ude­rzyła fala nefry­to­wego bla­sku, który prze­świe­tlił jego ciało w prze­dziwny spo­sób, tak że Ren mogła przez krótką chwilę dostrzec znaj­du­jący się w nim szkie­let. Błysk znik­nął tak szybko, jak się poja­wił, momen­tal­nie zmie­nia­jąc odcień skóry ofiary na blady niczym u nie­bosz­czyka. Bru­net runął na zie­mię w bez­ru­chu, a z ręki wypadł mu błysz­czący dia­ment, który poto­czył się po kory­ta­rzu, odbi­ja­jąc się dźwięcz­nie od nie­rów­nej skal­nej pod­łogi.

Ren ude­rzyła nagła fala gorąca, poczuła, jak jej kolana się ugi­nają. Chro­no­manta, potężny mag, który miał czu­wać nad bez­pie­czeń­stwem ich nowego zna­le­zi­ska, leżał przed nią mar­twy.

Nie minęła chwila, a z maga­zynu wyło­niła się kolejna postać. Oku­tany w czarną szatę męż­czy­zna o dłu­gich do ramion kru­czych wło­sach, które przy­sła­niały mu część twa­rzy, postą­pił dwa kroki do przodu. Powoli i nie­spiesz­nie prze­kro­czył próg i omiótł wzro­kiem kory­tarz. Jedyne widoczne oko zabłysz­czało wyraź­nym, nefry­to­wym świa­tłem, kiedy spoj­rzał na Ren. Dziew­czyna momen­tal­nie zatrza­snęła drzwi. Zaczęła oddy­chać szybko i ner­wowo. Nie­wiele myśląc, scho­wała się pod łóż­kiem i spró­bo­wała się uspo­koić, jed­nak bez­sku­tecz­nie. Stra­ciła nad sobą kon­trolę. Łap­czy­wie nabie­rała powie­trza. Krótki, rwany oddech spra­wił, że świat zaczął wiro­wać.

Uspo­kój się, powta­rzała sobie w myślach, ale ciało nie reago­wało.

Kiedy minął pierw­szy szok, zorien­to­wała się, że leży w cia­snej prze­strzeni pod łóż­kiem. Miała wra­że­nie, że ste­laż zbliża się do niej, jakby chciał ją przy­gnieść. Zro­biło jej się duszno, ale zde­cy­do­wała, by pozo­stać w kry­jówce. Wyjęła z kie­szeni mały oszli­fo­wany rubin. Kie­dyś dostała go w pre­zen­cie od matki, jed­nak wtedy nie podej­rze­wała, że ten na lata sta­nie się dla niej kłę­bo­wi­skiem skraj­nych uczuć, lęku i nadziei. Zaci­snęła na nim palce. Oddy­chała płytko i szybko. Przez cały czas zer­kała, czy nie­zna­jomy nie kręci się gdzieś bli­sko. Kim musiał być ten czło­wiek, żeby zabić chro­no­mantę? Do tej pory Ren myślała, że ci mago­wie są nie­po­ko­nani.

Drzwi otwo­rzyły się, a dziew­czyna jęk­nęła cicho. Męż­czy­zna wszedł powol­nym kro­kiem do środka. Krę­cił się po pokoju, sta­wia­jąc cięż­kie kroki, po czym zatrzy­mał się tuż obok łóżka. Serce Ren biło jak osza­lałe, zaci­snęła moc­niej dłoń na kamie­niu, aż pobie­lały jej kłyk­cie. Wie­rzyła, że to może pomóc. Jak wtedy.

Czło­wiek w czerni schy­lił się, a Ren ujrzała jego twarz i upiorne świe­cące oczy. Wrza­snęła, wysu­wa­jąc rękę z kamie­niem do przodu. W powie­trzu zawi­ro­wały szkar­łatne wiązki magii. Z dłoni dziew­czyny buch­nął stru­mień ognia, zale­wa­jąc potwor­nym bla­skiem twarz męż­czy­zny. Zadzia­łało. Czer­wone języki zasło­niły obli­cze nie­zna­jo­mego, któ­rego potem mogła już nie roz­po­znać. Pod­trzy­mała pło­mie­nie przez dobre pół minuty. Przy­naj­mniej tak jej się wyda­wało, bo stra­ciła poczu­cie czasu. Zlała się potem, ale nie miała poję­cia, czy to przez strach, czy też pie­kielne gorąco. Myślała tylko o tym, by prze­trwać. Nie zwró­ciła nawet uwagi, że tajem­ni­czy męż­czy­zna w ogóle nie reaguje na sma­ga­jące go pło­mie­nie.

Gdy ogień zgasł, Ren uświa­do­miła sobie z prze­ra­że­niem, że nie wyrzą­dził naj­mniej­szej krzywdy nie­zna­jo­memu. Otwo­rzyła sze­roko oczy i usta, a jej żuchwa zadrżała.

To koniec, pomy­ślała. Sku­liła się i cze­kała na wyrok.

Męż­czy­zna wziął głę­boki wdech w opa­rach dymu. Otwo­rzył usta, a Ren chciała krzyk­nąć.

- Cicho - jego głos był pusty. Przy­ci­snął palec do ust.

Ren zdu­siła mający wydo­stać się z jej krtani wrzask i powoli odwró­ciła się w stronę nie­zna­jo­mego. Poki­wała głową, nie mogąc niczego pojąć. Jej oczy tępo wpa­try­wały się w upiorną twarz zie­lo­no­okiego. Ten czło­wiek... Kim on był?

- Nie zabiję cię - oświad­czył bez­na­mięt­nie. - Wydaje mi się, że masz naprawdę wspa­niały dar, dziew­czyno. I nie mówię wcale o tych pło­mie­niach. Szkoda byłoby go zmar­no­wać.

Wstał, prze­cie­ra­jąc zasmo­loną twarz, jak gdyby ni­gdy nic.

- Mam nadzieję, że jesz­cze kie­dyś się spo­tkamy.

Nie, to nie mógł być czło­wiek, stwier­dziła w myślach Ren. Żaden czło­wiek nie byłby w sta­nie tego prze­trwać.

- K... kim jesteś? - wyszep­tała drżą­cym jak szarp­nięta struna gło­sem. Prze­klęła się za swoje wścib­stwo.

Wła­my­wacz nie odpo­wie­dział od razu. Zako­ły­sał się na obca­sach wyso­kich butów, a kąciki jego ust unio­sły się nie­znacz­nie.

- Śmier­cią - oznaj­mił.

Potem, nie mówiąc już nic, opu­ścił pokój i pozo­sta­wił sku­loną pod łóż­kiem dziew­czynę. Ren nie wie­działa, ile jesz­cze czasu spę­dziła pod ste­la­żem, ale wyda­wało jej się, że były tolata. Sły­szała tylko kolejne krzyki, a z jej twa­rzy nie zni­kały łzy prze­ra­że­nia.