Prolog
Prolog
Dayenar chwycił pazurami wierzchołek samotnej skały i wdrapał się na
nią, by obserwować nadejście nieuchronnego końca. Słońce oświetlało jego
półprzezroczyste ciało, ukazując zarys kości i narządów wewnętrznych.
Kryształowa skóra migotała wyraźnym i szlachetnym blaskiem. Siedział na
kamieniu, wspierając się na przednich łapach i rozpościerając skrzydła.
Na jego podłużnym pysku malował się smutek zmieszany z bezradnością.
- Zawiedliśmy - usłyszał.
Na skałę obok wpełzł stwór podobny do Dayenara, jednak pozbawiony
zewnętrznej powłoki. Jego szkielet był dobrze widoczny, natomiast
trzewia wydawały się mgliste i rozmyte. Skrzydła miał kościste, a ich
błony wyglądały jak sfatygowane długą bitwą chorągwie, postrzępione przy
krawędziach i nieregularnie podziurawione na całej powierzchni.
Szczudlaste łapy i poskładany z rozpadających się kręgów ogon
zadziwiająco dobrze wspomagały stwora w utrzymaniu równowagi. Zarówno
te, jak i wszystkie inne jego kości spowijała gęsta nefrytowa mgła, na
pierwszy rzut oka niestabilna, a jednak kurczowo trzymająca się
groteskowego ciała, jak dziecko matczynych objęć.
- To koniec, Dayenarze - słowa wydobyły się z wnętrza kościstego stwora,
chociaż ten nie otwierał uzębionej paszczy.
Obserwowali czyste niebo i kojące promienie słońca, które oświetlały
krajobraz, zalewając go ciepłem i eksponując jego piękno - zielone
połacie łąk i gęste lasy, miasta, które zdawały się z tej perspektywy
małe niczym miniaturowe makiety, a w oddali także zarysy ośnieżonych gór
dumnie pokazujących strome granie i strzeliste szczyty. Kontynent Farean
tętnił życiem, wszystko wyglądało tak, jak powinno. Wszystko, poza
jednym szczegółem, który psuł całe to piękno jak robak drążący dojrzałe
jabłko. Na horyzoncie, niczym zaczątek śmiertelnej choroby, pojawił się
mrok, który stopniowo pochłaniał firmament. Kawałek po kawałku zabierał
jaśniejące słonecznym blaskiem niebo. Ławica czarnych jak smoła nici
kłębiła się pod błękitną kopułą, by uszyć własne, pozbawione światła
sklepienie.
Stojący na skale towarzysze wymienili się spojrzeniami. Wszystko, na co
teraz patrzyli, miało przestać istnieć.
- To nie koniec. Jeszcze nie, wciąż możemy coś zrobić. Mogę spróbować
zakrzywić tę sferę i...
- Nie - przerwał kościsty stwór, słysząc bezsensowną desperację w głosie
Dayenara. - Czas się z tym pogodzić, już nic nie da się zrobić.
Zakrzywienie tylko odwlecze w czasie naszą porażkę. Już tego
próbowaliśmy.
Dayenar odetchnął głęboko, przez skórę można było zauważyć jego bijące
serce.
- Jest jeszcze jedno wyjście - popatrzył znacząco na towarzysza.
Ten cofnął lekko łeb. Wiedział.
- To samobójstwo, Dayenarze!
Dayenar odwrócił się w kierunku pożeranego przez ciemność nieboskłonu.
Patrzył, jak czarne niczym smoła macki łapczywie sięgają po kolejne
skrawki firmamentu, dusząc błękit i zarzynając szukające drogi przez
mrok promienie słoneczne.
- Nie zamierzam uciekać - powiedział twardo. - Złożyliśmy obietnicę.
- Są rzeczy ważniejsze niż obietnice - stwierdził kościsty stwór. - Nie
udawaj, że jesteś taki szlachetny.
Dayenar przeszył go wzrokiem.
- A co zamierzasz zrobić?! - zapytał ostro. - Uciec? Dokąd? Tu nie ma
dokąd uciekać! Strzeżenie tych ziem to nasze jedyne zadanie! Zostawisz
te wszystkie istoty na śmierć i odlecisz za Horyzont Przejścia, by tam
czekać na koniec? Nawet nie wiemy, gdzie on jest! Ani co tam na nas
czeka.
- Zawsze można spróbować - mruknął w odpowiedzi kościsty stwór. - Lepsze
to niż śmierć tu i teraz. Moglibyśmy znaleźć dla nas inny plan.
Dayenar pokręcił głową.
- Czas jest bez znaczenia, Nephritionie. Nie ma innego planu. Dobrze
wiesz, że mamy tylko jedną szansę.
Puste, spowite zielonkawą mgłą oczodoły jego towarzysza przez dłuższą
chwilę pozostawały skupione na trawionym przez ciemność nieboskłonie.
- To będzie koniec wszystkiego, wiesz o tym? - powiedział w końcu.
- Mylisz się - zaprzeczył Dayenar. - To będzie koniec jedynie naszych
istnień. Przynajmniej w formie, jaką znamy teraz. To brak działania
będzie końcem wszystkiego.
Nephrition milczał. Szukanie w nim teraz jakiejkolwiek pewności byłoby
bezcelowe. Czarna powłoka na niebie wciąż łapczywie pożerała
dogorywający błękit, jakby był bezbronną ofiarą. Smoliste smugi zaczęły
spadać na ziemię niczym ulewny deszcz, a powietrze zrobiło się ciężkie.
Nephrition uginał się na swoich wcześniej stabilnych łapach, zupełnie
jakby ktoś przywiązał mu do szyi kowadło.
- Boję się, Dayenarze - wyszeptał w końcu. - Cholernie się boję.
Ten posłał mu ciepłe spojrzenie.
- Boimy się tego, co nieznane, Nephritionie. Ja też się boję. Jednak
dobrze wiem, że musimy to zrobić. Ty też to wiesz.
Nephrition wydał z siebie coś w rodzaju desperackiego śmiechu,
stłumionego przez kłęby otaczającej go mgły.
- Dayenarze, ty sukinsynu! Ty i te twoje bzdury.
Roześmiali się.
- To jak? - zapytał towarzysza Dayenar. - Dotrzymamy obietnicy?
Zapanowała cisza. Oba stworzenia patrzyły, jak błękitne niebo znika
kawałek po kawałku. W oddali zaczęły wirować kruczoczarne skupiska mgły.
- A niech cię Mrok pochłonie, Dayenarze! Zwołam braci, zakończmy to raz
na zawsze!
Rozdział I. Koliber
Rozdział I
Koliber
Zaklinanie to sztuka stosunkowo nowa, a jednak umiłowana przez wszelkie
ludy, zwłaszcza osoby zamożne, gdyż za odpowiednią sumę zakląć przedmiot
może każdy śmiertelnik.
***
Tysiąc lat później
Rhyan Freeze chwycił za miecz. Wysuwający się z pochwy stalowy oręż
otoczyły dwie mgliste smugi - szafirowo-niebieska oraz czarno-biała.
Kolory wiły się wokół broni, po czym wtopiły w nią, znikając bez śladu.
Zachowanie bladoskórego chłopaka wzbudziło czujność jego towarzyszy.
Rhyan nie wypowiedział ani jednego słowa. Zamiast tego fioletowymi jak
ametyst oczami świdrował ciemność - wszechobecną poza ubitym traktem,
który patrolował wraz ze swoim oddziałem. Czarną noc rozświetlały tylko
bijące żółtym blaskiem heliodory ustawione wzdłuż drogi w niewysokich
lampach.
Freeze wiedział, skąd nadejdzie zagrożenie. W jakiś przedziwny sposób
potrafił wyczuć cienie w pobliżu, sam do końca nie zdawał sobie sprawy,
dlaczego. Nie marnował czasu. Kiedy tylko nadszedł odpowiedni moment,
wykonał piruet, zwracając się w lewą stronę i wystawiając klingę przed
siebie. Bezkształtna czarna istota, której jeszcze chwilę wcześniej tam
nie było, nadziała się na pędzące ostrze, zanim zdążyła przybrać formę.
Rozpłynęła się we mgle.
- Wyczerpany onyks! Tutaj! - krzyknął ktoś z oddziału Rhyana.
Chłopak otarł pierwsze krople potu, które zrosiły jego dość krótko
przystrzyżone włosy. Ogarnął spojrzeniem szeroki na dwadzieścia stóp
trakt. Para wąskich oczu błądziła po otoczeniu, szukając zagrożenia.
W okamgnieniu powietrze zgęstniało i pociemniało, by chwilę później
zacząć przeistaczać się w zbite kłęby czarnego dymu. Widok ten zawsze
mroził krew w żyłach, niezależnie od tego, czy było się cieniobójcą, czy
też zwykłym kupcem przemierzającym trakt. Smoliste tumany przeobrażały
się z każdą sekundą, tworząc wokół siebie nieregularne kończyny,
powyginane kolce, groteskowe wyrostki i coś na kształt pokracznych,
wydłużonych łbów. Stwory nie potrzebowały wiele czasu, by przybrać
materialną formę, choć ta z jakiegoś powodu wydawała się wybrakowana.
Ich powykręcane ciała o nieokreślonych kształtach były otoczone wieńcami
ciemnej mgły, która od czasu do czasu odpryskiwała na boki jak iskry.
Cienie - bo tak ludzie nazywali te istoty - formowały się w pośpiechu.
Rozpoznały swoją sytuację. Oddział cieniobójców był już w gotowości.
Odziani w czarne, dwurzędowe mundury i białe peleryny wojownicy dobyli
broni. Wokół obnażanych ostrzy kłębiły się czarno-białe smugi, by zaraz
potem zniknąć w głębi mieczy. Stal zaświszczała w powietrzu. Większość
cieniobójców rozpoczęła likwidację cieni w ślad za Rhyanem, zupełnie
tak, jakby było to kolejne rutynowe zadanie do wykonania. Będąc pod
ochroną przedniej formacji, jeden z pododdziałów podjął się operacji
wymiany onyksu w ustawionej obok traktu kamiennej kapliczce, z której -
podobnie jak z lamp - wydobywał się żółty, niemal złocisty blask
nieoszlifowanego heliodoru. Obok świecącego kamienia, pod niewielką
półkolistą kopułą, znajdował się również drugi - czarny onyks,
przyozdobiony przez naturę białymi akcentami. Oba sporych rozmiarów
klejnoty dotykały się wzajemnie, leżąc na gołej ziemi. Z jakiegoś powodu
wydawało się, że są ze sobą połączone.
- Chronić kapliczkę i utrzymać pozycje!
Siwiejący dowódca nie dobył miecza. Dharyl Piercer, bo tak się nazywał,
stał z uniesionym kanciastym podbródkiem tuż za swoimi ludźmi, którzy
utworzyli krąg wokół kapliczki. Wydawał rozkazy. Mimo że nie brał
udziału w bezpośredniej walce, grał rolę dyrygenta, bez którego oddział
zacząłby działać chaotycznie.
- Prawa flanka, zacieśnić szyk! - polecił. - Lewa flanka, formacja
igieł, będą nacierać! Tyły, atakujcie ten cień, jest odsłonięty!
Front... - przerwał mu dźwięk świszczącego ostrza Rhyana, który
znajdował się we frontalnej względem dowódcy części kręgu. - Tak
trzymać!
Cięcie. Wrzask. Znowu cięcie.
Śmiertelny balet rozpoczął się na dobre. Dwa tuziny wojowników stawiały
opór coraz liczniejszym, formującym się z kłębów dymu istotom, które -
po zyskaniu jakiejkolwiek postaci - ruszały do ataku. Stal wirowała w powietrzu, pozostawiając po wrogach jedynie czarną mgłę. Cieniobójcy
wykonywali cięcia z chirurgiczną precyzją. Nie było miejsca na błędy,
jedno potknięcie mogło oznaczać złamanie szyku i niepowodzenie operacji.
Cienie musiały zostać wyeliminowane szybko i tak też się działo. Kiedy
tylko jakiś stwór zbliżał się do formacji, trafiał na ścianę mieczy,
która rozrywała jego powyginane ciało na strzępy i przerabiała je na
bezkształtną mgłę. Trudno było się dziwić, oddziały cieniobójców były
jednostkami elitarnymi w każdym kraju, a te z Khigoru uchodziły za
najlepsze na kontynencie.
- Nie pozwólcie im wejść do środka! - rzucił ochrypłym głosem dowódca, a zmarszczki na jego czole, choć już i tak doskonale widoczne, jeszcze
bardziej się pogłębiły.
Rhyan świetnie zdawał sobie sprawę ze znaczenia słów przełożonego,
jednak tym razem w oddziale byli również nowi rekruci. Taka sytuacja za
każdym razem rodziła obawy. Chłopak popatrzył na towarzyszy. Żaden z nowicjuszy nie zawahał się ani razu, kiedy zobaczył szarżującego stwora.
To dobrze, cieniobójcom nie wolno było się bać.
Rozmyślania przerwał mu cień, który ze straszliwym piskiem rzucił się w jego kierunku. Rhyanowi nawet nie drgnęła powieka. Wertykalne cięcie
rozdzieliło tułów stwora na pół. Mimo wątłych ramion Rhyan uderzał z nieprawdopodobną prędkością, co dało mu przydomek Koliber - nawiązujący
do ptaka z zamierzchłych czasów, który poruszał skrzydłami w niesamowitym tempie, zupełnie jak Freeze swoim Świstem - mieczem
zaklętym nie tylko onyksem pozwalającym ranić cienie, lecz także
szafirem, co czyniło go niesamowicie lekkim dla dzierżącego.
- Wyczerpany onyks wyjęty, umieszczamy nowy! - zameldował Bhranny, krępy
młodzieniec z pododdziału wymieniającego, po czym stalowym szpikulcem
zaczął kreślić runę na czarno-białym kamieniu.
Stojące przy drodze onyksy odpędzały cienie na pewnym obszarze, ale
tylko jeśli miały kontakt z heliodorem, klejnotem dającym blask. Mało
tego, oba musiały zostać aktywowane przez wyrycie runy, zupełnie jakby
ktoś zaprojektował mechanizm, tak aby kamienie mogły tworzyć
nieprzerwany łańcuch przetrwania dla ludzkości, ale tylko pod pewnymi
warunkami. Bowiem wszystkie z czasem traciły moc i trzeba je było
wymieniać.
- Rhyan, Kolibrze ty mój, pokaż im, jak to się robi! - warknął Dharyl z delikatnym uśmiechem na ustach, gdy zobaczył, jak jego podopieczny
zgrabnym pchnięciem posłał w niebyt następny cień.
Nie było tajemnicą, że Freeze był ulubieńcem dowódcy. W ciągu zaledwie
kilku lat służby poczynił większe postępy niż niejeden weteran przez
całą swoją karierę. Może nie był zbyt sympatyczny, za to piekielnie
skuteczny. Koliber uśmiechnął się w duchu, a na jego twarzy malował się
wyraz skupienia. Tańczył wraz ze Świstem pośród coraz liczniejszych
cieni, zadając śmiertelne ciosy. Ciął na ukos, by zaraz potem wykonać
zamaszyste poprzeczne uderzenie, zamieniając w czarną mgłę kilku
nacierających wrogów naraz. Nie zatrzymywał się nawet na moment, po
jednej serii precyzyjnych pchnięć wykonywał kolejną, zabijając następne
cienie. Rhyan nie odczuwał ciężaru broni, nie ograniczała go w wyprowadzaniu płynnych kombinacji ciosów. W jego uderzeniach nie było
nienawiści, nie miał wszak powodu, by nienawidzić cieni. Traktował je
jak zagrożenie, które trzeba wyeliminować. Oczywiście nie za darmo.
Część cieniobójców uważała się za szlachetnych obrońców, ale Rhyan nie
widział w tym nic szlachetnego. Chodziło mu przede wszystkim o wysoki
żołd. Zresztą tak naprawdę żaden z jego towarzyszy nie zostałby
cnotliwym bohaterem, gdyby miał pracować bez odpowiedniego
wynagrodzenia. W gruncie rzeczy liczyły się tylko drewniane monety.
Świat był zbyt brudny dla ludzi o czystym sercu i zbyt drogi dla
bezinteresownych. Niektórzy trwonili majątek na wizyty w zamtuzach, by
zakosztować przyjemności, inni na grze w aleksandrytowe szachy, łudząc
się, że zbiją fortunę. Jeszcze inni za żołd utrzymywali rodziny, które
liczyły, że ich mąż lub ojciec wróci bezpiecznie z patrolu. Rhyan
natomiast miał obsesję na punkcie ostrzy, które nieustannie gromadził i ulepszał.
Cięcie. Młynek. Unik.
Cienie nawet na moment nie przestawały nacierać. Chłopak sparował atak
przypominającego ostrze ramienia, po czym błyskawicznie znalazł lukę w obronie i wbił klingę prosto w pierś potwora, a ten z upiornym wrzaskiem
rozpłynął się w powietrzu.
Tak, zdecydowanie miał obsesję. Ostrza dawały mu siłę, namiastkę potęgi.
Chciał coś sobie udowodnić. Sobie i...
Nagle, w przerwie pomiędzy jednym cięciem a drugim, Rhyan zauważył coś
niepokojącego. Na tyle, że przeszył go dreszcz, którego nie doświadczył
od pamiętnego patrolu, kiedy rzucił się w samo serce ciemności, aby
pomóc Nhathanielowi. Niemal o tym zapomniał. Dlaczego teraz to
wspomnienie wróciło?
Otrząsnął się z niego. To nie był moment na przemyślenia. W mroku nocy,
na granicy pola widzenia zapewnianego przez światło lamp, dostrzegł
zarys ludzkiej sylwetki. Przełknął ślinę, drgnęły mu powieki. To nie
mógł być człowiek. Żaden nie nadszedłby z ciemności Wszechnocy. Co
więcej, atak cieni chwilowo ustał, tak jakby te oczekiwały czyjegoś
przybycia. Na moment zapanowała cisza. Zamilkł nawet wiatr, który
wcześniej delikatnie smagał ocieplone futrem peleryny cieniobójców.
Potem słychać było jedynie kroki. Ciężkie i powolne, jak gdyby z mroku
nocy wyłaniał się olbrzym. Rhyan poczuł chłód przeszywający jego skórę.
Zaczął drżeć. Miał wrażenie, że jego nos, ręce i policzki stały się
czerwone, jednak kiedy spojrzał na dłoń, ta okazała się tak samo blada
jak zawsze. Szczęknął zębami, gdy postać podeszła bliżej. Teraz mógł
lepiej jej się przyjrzeć.
Tajemniczy przybysz odziany był w czarny, dwurzędowy mundur cieniobójcy,
jednak brudny i podniszczony, z guzikami wyblakłymi i wytartymi, które
nie błyszczały już w świetle heliodorów. Do pełnego stroju brakowało mu
jedynie białej peleryny. To jednak nie ubiór budził największy niepokój.
Nad kołnierzem, w miejscu, gdzie powinna się znajdować twarz, można było
dostrzec jedynie ciemność. Jednolicie czarna głowa przypominała ziejącą
pustkę, z której w ciszy buchały smoliste płomienie.
Kiedy istota przerwała swój upiorny pochód, wydawało się, że wraz z nią
zatrzymał się również czas. Cieniobójcy tępo wpatrywali się w mroczną
postać, zastygając w bezruchu. Po chwili przybysz otworzył dłoń, a powietrze wokół niej zaczęło się zakrzywiać, tworząc ospale kręcący się
wir, który ciemniał z każdą sekundą, by w końcu wydłużyć się i uformować
miecz. Jego ostrze wyglądało na niestabilne, zupełnie jakby zaraz miało
się rozwiać, a jednak trzymało się swojej nieokreślonej formy, kiedy
istota nim poruszyła. Cieniobójcy zaczęli drżeć, część opuściła gardy,
wstrzymując powietrze, zapominając o oddychaniu.
- Kurwa jego mać - zaklął pod nosem Dharyl, a na jego skroni pojawiła
się kropelka potu. - Utrzymać pozycje!
Obnażył miecz, a wokół ostrza oprócz czerni i bieli zawirowała także
zieleń. Szmaragdowe zaklęcie. Dowódca zacisnął dłonie na rękojeści. W tym momencie przestał jedynie dyrygować, stał się pełnoprawną częścią
bitewnej orkiestry, a to nie oznaczało niczego dobrego.
- Upiór - wyjąkał Gehnn, jeden z młodszych stażem i wiekiem
cieniobójców, po czym zastygł, opuszczając miecz.
Wtedy jeden z pobliskich cieni brutalnie wykorzystał okazję i zaatakował. Przebił pierś przestraszonego młodzieńca swoim
przypominającym kolec ramieniem. Z rany trysnęła krew, kiedy potwór
wydarł kończynę z ciała ofiary, pozostawiając paskudną dziurę na środku
torsu. Mężczyzna upadł, dławiąc się krwią. Cień zapiszczał przeraźliwie
i natychmiast wdarł się do środka okręgu razem z trójką towarzyszy.
Pozostali cieniobójcy zamknęli pierścień, ale doskonale wiedzieli, że są
na straconej pozycji, kiedy wyłamał się kolejny z nich i runął na ziemię
pozbawiony głowy. Do środka wdarły się następne pomioty Wszechnocy.
Rhyan nie mógł w to uwierzyć. Od miesięcy szyk w jego oddziale nie
został złamany.
Cienie, które przebiły się do środka, zdążyły się już lepiej uformować.
Ich łby nabrały konkretnego, nieco jaszczurowatego kształtu,
przypominające ostrza lub kolce kończyny stały się liczniejsze, a ciała
pełniejsze. Nadal jednak wyglądały jak karykatury pełnoprawnych żywych
istot, tak jakby ciągle poszukiwały właściwego kształtu.
Gdy tylko stwory zorientowały się w sytuacji, z niesłychaną szybkością
zaatakowały pododdział wymieniający. Dowódca wykonał potężne cięcie i zabił jednego z nich, ale to wszystko, nie dał rady zatrzymać reszty.
Cieniobójcy wymieniający kamień nie zdążyli nawet wyciągnąć mieczy.
Cienie rozszarpały ich na strzępy, upiornie przy tym wyjąc. Głowa
Bhranny'ego poszybowała w powietrzu, po czym głucho uderzyła o zimny
trakt, skrapiając go krwią. Pododdziałowi udało się umieścić onyks w kapliczce, jednak nie przesunęli go dostatecznie, by dotykał heliodoru.
Zabrakło dosłownie sekundy.
- Utrzymać jebane pozycje! - wrzasnął dowódca, kiedy nieprzyjaciel
przełamał opór zdezorientowanych cieniobójców. - Jesteście elitarnymi
żołnierzami czy nie? Nie dajcie im znów uszkodzić kręgu. Ja zajmę się
tymi w środku.
Tymczasem upiór zbliżył się do nadszarpniętego szyku. Rhyan
błyskawicznie wykonał cięcie od góry, jednak czarnogłowy zatrzymał
pędzący miecz dłonią, po czym złamał go na pół jak zapałkę. Kolorowe
smugi momentalnie opuściły ostrze i rozpłynęły się w powietrzu. Świst w ułamku sekundy stał się bezużyteczny.
- Co do...
Nie zdążył dokończyć. Upiór wyciągnął rękę, a z jego dłoni buchnęła fala
uderzeniowa, która z niesamowitą siłą wepchnęła Rhyana do środka kręgu.
Wpadł z hukiem wprost na walczącego dowódcę, tak że obaj stracili
równowagę i upadli na ziemię. Chłopak wyczuł nad sobą obecność cienia i mimo potężnego ciosu pozostał czujny. Przeturlał się pod spadającym na
niego ostrzem. Kręciło mu się w głowie, ale nie ucierpiał. Niestety,
jego dowódca nie miał tyle szczęścia. Gdy próbował wstać, kolec innego
stwora przebił mu krtań. Siwiejący mężczyzna zakrztusił się krwią i wyzionął ducha. Jego oczy pozostały otwarte. Cień wydał z siebie
triumfalny, rytmicznie przerywany pauzami skrzek. Rhyan nie mógł
uwierzyć własnym oczom. Najbardziej zasłużony dowódca w historii
oddziału stracił życie w ułamku sekundy. Dyrygent opuścił swoją
orkiestrę. To była jego ostatnia symfonia.
Freeze nie miał jednak czasu na żałobę, musiał pomścić swojego
zwierzchnika. Kątem oka zauważył kolejny zbliżający się cios. Wykonał
przewrót w tył i stanął na nogi. Zlokalizował miecz martwego już
Piercera i popędził ku niemu. Chwycił za rękojeść, wykonał brutalne,
powolne cięcie od dołu, zanim cień, który zabił Dharyla, zorientował
się, co się dzieje. Przy wcześniejszych ciosach Rhyana wspomaganych
przez szafir, ten wydawał się wręcz ślimaczy, jednak okazał się
wystarczający. Koliber pozostał czujny. Zauważył kolejnego przeciwnika
nacierającego od flanki. Uchylił się przed ręką-ostrzem i wbił
zamaszystym ruchem klingę w pierś potwora, a ten rozpłynął się we mgle.
Rhyan nie miał czasu na odpoczynek, nadchodził kolejny atak. Wyczuł cień
za sobą, ale nie zdążył zrobić pełnego uniku. Stwór przeorał mu plecy
swoimi szponami. Rhyan warknął z bólu i ukląkł na jedno kolano.
Wyglądało na to, że rana była płytka, przynajmniej taką miał nadzieję.
Nie tracąc czasu, podniósł się i wyprowadził okrężne uderzenie odwetowe,
zabijając jednym ciosem napastnika i jego kompana, który właśnie się
zbliżył. Miecz zaklęty onyksem ciął cienie, jakby były co najwyżej
gęstym powietrzem.
Chłopak odetchnął. To był już ostatni.
Popatrzył dookoła. Upiór unikał mieczy z dziecinną łatwością. Był przy
tym jak tancerz, który wykonuje skomplikowaną choreografię.
Niespodziewanie zatrzymał się i ciął poprzecznie, z dziecinną łatwością
rozrywając trzech cieniobójców na pół, a jego ostrze zostawiło za sobą
cienistą smugę i fontannę posoki. Przy życiu pozostało ledwie czterech,
może pięciu ludzi z oddziału Rhyana. Koliber zauważył, że cienie nie
wchodziły do rozbitego już okręgu, trzymały się z boku, obserwując
działania upiora. Zupełnie tak, jakby ten wydał im rozkaz. Jakby sam
chciał wyrżnąć cały oddział. Ci, którzy jeszcze żyli, byli za blisko
upiora. Nie mieli szans, ale Rhyan mógł to wykorzystać. Podbiegł do
kapliczki co sił w nogach, by przesunąć onyks, wzbijając przy tym tumany
kurzu. Czarnogłowy musiał go jednak zauważyć, gdyż momentalnie zniknął
we mgle, by pojawić się w smolistych oparach między Rhyanem a kapliczką.
Upiór uniósł cieniste ostrze i opuścił je bezceremonialnie wprost na
głowę zszokowanego chłopaka, jednak ten w porę zablokował cios.
Zadziałał instynkt, miecze starły się, aż poleciały iskry. Podobna do
człowieka postać spokojnie oddaliła czarną klingę i opuściła gardę,
jakby prowokując do uderzenia. Chłopak od razu przeprowadził kontratak.
Nie myślał już o strachu, a adrenalina dodała siły jego ciału. Pewnie
poprowadził ostrze. Uderzenie biegło z góry, doskonale wiedział, co się
stanie. Upiór złapał miecz i ugiął rękę, próbując go złamać. Ostrze
jednak nie ustąpiło. Szmaragdowe zaklęcie. Rhyan uśmiechnął się
delikatnie, jego plan zadziałał.
Teraz albo nigdy.
Użył całej siły, by przerżnąć dłoń upiora, a ten zasyczał nieludzko.
Chłopak wykorzystał chwilę nieuwagi przeciwnika, przeturlał się obok
niego ku kapliczce i pchnął onyks, który zetknął się z bijącym żółtym
blaskiem heliodorem.
- Szach mat - mruknął niby triumfalnie, ale jednak ponuro, kiedy upiór
zaczął wyć, chroniąc się rękami przed mocą kamieni. Przybierając
groteskowe pozy, w końcu zniknął w kłębach czarnej mgły.
On nie zginął i Freeze doskonale o tym wiedział. Na szczęście udało się
go pozbyć na jakiś czas. Cienie, które mu towarzyszyły, usunęły się poza
oświetlony trakt w akompaniamencie pisków i jęków. Ale... jaka była tego
cena?
Rhyan rozejrzał się wokół. Był sam. Ocalał jako jedyny z całego
oddziału. Popatrzył na trupy, a potem osunął się na kolana. Adrenalina
opadła i poczuł w sercu mocne ukłucie, mocniejsze nawet niż przy śmierci
Nhathaniela.
Jego towarzysze nie żyli. Znowu. Znowu śmierć i porażka. Znowu krew. Ile
razy to się jeszcze powtórzy? Skrzywił się. Za każdym razem, kiedy
wszystko zaczynało wracać na dobrą drogę, pojawiało się coś, co
niweczyło jego starania. Kilka razy uderzył pięścią w ziemię, aż
poczerwieniały mu kostki.
Miał się stać potężny. To miała być ta potęga? Jak się objawiła, gdy
nadszedł czas próby, gdy nadeszła potrzeba obrony towarzyszy broni? Może
ci ludzie byli hipokrytami, być może część udawała bohaterów, ale z każdym z nich łączyła Rhyana pewna więź. Z większością niezbyt silna,
ale wciąż więź. Dharyl, Gehnn, Bhranny - oni wszyscy nie żyli, bo on nie
potrafił ich ochronić. Ostatnich pozostałych przy życiu nawet z premedytacją zostawił na śmierć, by zyskać czas na ocalenie samego
siebie. Odepchnął jednak te myśli. Nie miał innego wyjścia. Gdyby
postąpił inaczej, zginęliby wszyscy, a odcinek traktu byłby zajęty przez
cienie. Nie mógł zrobić nic więcej.
Bo nie mógł... prawda?
Popatrzył na złamany Świst. Wydał na niego fortunę, a teraz miecz leżał
na ziemi zupełnie bezużyteczny, złamany jednym ruchem ręki. Wyglądał
żałośnie. Zniszczona głownia, która kiedyś była pogromcą cieni, w okamgnieniu stała się martwa jak jej ofiary.
Rhyan nigdy wcześniej nie walczył z upiorem, wzmianki o nich pojawiały
się tak rzadko, że nie brał takiej możliwości pod uwagę. Niektórzy
uważali nawet, że to tylko legenda. Wszystkie plotki na temat tych istot
okazały się prawdziwe. Zerknął na czarny jak smoła firmament. Na
Wszechnoc. Nie znał innego widoku nieba. Był ciekaw, czy stare podania o dniu, tym prawdziwym dniu, też były faktem. Jak wyglądał świat przed...
tym? Wyobrażał sobie rozrywający mrok blask, tak jakby pochodził od
setek heliodorów, ogromne połacie terenu nieograniczone zasięgiem
bezpiecznych traktów i nieskrępowaną wolność. Na razie jednak musiał się
zadowolić namiastką legendarnego słońca - bladym złotożółtym światłem
roztaczanym po trakcie przez lampy.
Podniósł się z kolan i otarł z potu swoje ciemne włosy. Coś w nim jednak
pękło. Coś, co mogło go pociągnąć zarówno w górę, jak i w dół. Mimo że
wielokrotnie przeżywał śmierć swoich towarzyszy, teraz za przyczyną ich
odejścia stało coś bardziej... ludzkiego. To nie był tylko bezmyślny
stwór. Rhyan zacisnął pięści. W jego sercu wykiełkowało nowe uczucie,
którego wcześniej nie zaznał i nie spodziewał się zaznać.
- Jeszcze cię zabiję.
To była nienawiść.
Rozdział II. Dowódca
Rozdział II
Dowódca
Onyks i heliodor to kamienie wolne. Oznacza to, że jako jedyne wywierają
wpływ nawet wtedy, kiedy nie są elementem zaklęcia albo źródłem mocy
gemomanty. Ułożone na ziemi, roztaczają na pewnym obszarze niemożliwą do
sforsowania przez cienie barierę. Mogłoby się wydawać, że stanowią
całość, wolno stojący onyks nie odpędza cieni bez połączenia z heliodorem, może jedynie je ranić, choć o tej funkcji niemal zapomniano,
kiedy wynaleziono zaklinanie. Ponadto kiedy przedmiot zaklęty jest
zarówno onyksem, jak i heliodorem, czarno-biała i żółta smuga łączą się
w jedną. Nie znaleziono zastosowania dla owego połączenia, choć
podejrzewam, że zjawisko to nie jest zwykłym przypadkiem.
***
Dwudziestoletni dowódca - to nie zdarzało się zbyt często. Rhyan nie
miał wyboru, pozostał ostatnim z oddziału, więc zgodnie z zasadami
musiał objąć stanowisko. Wiązało się to z pokaźniejszym żołdem, ale
również większą odpowiedzialnością i liczbą obowiązków. Rhyan westchnął,
spoglądając na otulający jego tors bandaż z drogiego lnu. Przeżył, ale
jego umysł wciąż nie był spokojny. Zdarzało się, że cieniobójcy ginęli z rąk cieni, zawsze traktował to jednak jak nieszczęśliwy wypadek. Pomioty
Wszechnocy były dla niego jedynie zagrożeniem, skazą otaczającego go
świata, która musiała zostać wypleniona. Do teraz. Upiór, który wyrżnął
jego oddział, wydawał się jakby... ludzki. Rhyan mógłby przysiąc, że
jego działania nie były przypadkowe. On działał świadomie.
Minęły zaledwie trzy dni od wydarzeń na północnym trakcie. Koliber był
wojownikiem, nie ministrem, dlatego z rozpaczą zerknął na piętrzącą się
stertę dokumentów z papieru hebanolitowego. Sięgnął po pierwszą kartkę i natychmiast przypomniał sobie, jak nieprzyjemną i szorstką fakturę miał
ten materiał. Skrzywił się. Podobno wiele lat temu papier wytwarzany z drzew i innych roślin był bardziej powszechny, teraz kosztował jednak
naprawdę niemało. Rhyan zerknął na arkusz podbity hrabiowską pieczęcią i przeczytał to, o czym doskonale już wiedział - musiał zająć się
kompletowaniem nowego oddziału. Zdawał sobie sprawę, że trudno będzie
znaleźć osobę, która udzieli mu jakichkolwiek wskazówek. Od dziesiątek,
a może nawet setek lat nie było sytuacji, w której cały oddział wymagał
stworzenia od podstaw, toteż nikt nie przewidział planu na takie
okoliczności. Chłopak nie wiedział, od czego zacząć. W Hyrie, poza
nieżyjącymi już cieniobójcami, nie miał niemal żadnych koneksji czy
znajomości, a część mieszkańców podejrzewała go nawet o sabotowanie
misji, na której zdarzył się tragiczny wypadek. Jakkolwiek absurdalnie
by to brzmiało, plotki, podobnie jak religie, szybko pozyskiwały ludzi,
którzy skłonni byli w nie uwierzyć.
Freeze wytężył umysł, by znaleźć jakiś koncept. Zwykle wolał działać na
własną rękę, jednak w końcu stwierdził, że tym razem będzie potrzebował
drobnej pomocy. Osobą, która mogła mu jej udzielić, była Lydhia,
zaklinaczka i zarazem jedyna pozostała przy życiu persona w mieście,
która potrafiła zamienić z nim więcej niż dwa słowa. Rhyan uśmiechnął
się mimowolnie. Nigdy nie rozumiał, dlaczego ta dziewczyna chciała mieć
z nim coś wspólnego. Podobno słynął ze swojej raczej nieprzyjaznej i chłodnej natury, toteż nawet ludzie, którzy uważali cieniobójców za
bohaterów, nie spoglądali na niego z wielką sympatią. Lydhia była inna,
choć może tylko tak mu się wydawało. Tak czy inaczej, nigdy nie odmówiła
mu kieliszka lumifungówki po trudniejszych patrolach, i zaklinała jego
broń z największą dokładnością. Miał nadzieję, że nie odmówi mu małej
przysługi, mimo iż ostatnimi czasy nieco zaniedbał ich relację przez
natłok obowiązków. Westchnął. Lydhia była jego jedyną nadzieją. Z jej
usług korzystało wiele osób, a zaklinał u niej nie byle kto, w końcu
uchodziła za jedną z najlepszych w swoim fachu na południu kraju. Ale
czy ludzie, którzy mieli dość pieniędzy, by zaklinać u Lydhii, mogli być
chętni do służby w oddziale cieniobójców? Zwłaszcza po ostatnim
wydarzeniu? Cóż, zawsze mógł spróbować jakoś ich przekonać. Bez oddziału
trakty w pobliżu Hyrie były zagrożone, a jeśli miasteczko zostałoby
odcięte, czekałby je kryzys, a w końcu zagłada. Mieszkańcy mogli sami
produkować żywność, ale nie mieli kopalń, a bez heliodorów i onyksów
Hyrie spotkałaby katastrofa. To powinno zmotywować co odważniejszych. No
i, rzecz jasna, duże pieniądze - wysoki żołd. Rhyan pogładził się po
żuchwie. Wiele by dał, żeby zapytać teraz o radę swojego ojca, jednak
ten znajdował się na drugim końcu Khigoru. Wedle tradycji każda osoba,
która ukończyła szesnaście lat, musiała rozpocząć samodzielne życie,
często z dala od rodziny. To sprawiało, że Khigorczycy szybko się
uczyli, a także zachowywali tradycję koczowniczego ludu, którym byli
przed Wszechnocą. Nie dało się jednak ukryć, że taki model życia często
okazywał się brutalny dla rodzinnych więzi. Wybór zawodu pozostawał
decyzją każdego Khigorczyka, ale do każdej mieściny trafiali młodzi
ludzie o takich predyspozycjach, które obecnie były w danym miejscu
potrzebne. Oczywiście zdarzały się nadmiary i niedobory kandydatów do
różnych zawodów, ale ten system działał na tyle dobrze, że przez kilka
stuleci w zasadzie nie uległ zmianie. Nowe miejsce zamieszkania każdego
młodego Khigorczyka było narzucane przez Lorda Północy na podstawie
sprawozdań hrabiów.
Właśnie! Kiedy do Lorda dotrą wieści o krwawej potyczce, z pewnością do
Hyrie zawitają młodzi kandydaci na cieniobójców. Rhyan jednak szybko
stracił entuzjazm i pokręcił głową. Nie miał tyle czasu. Nie mógł też
oprzeć całego oddziału na młodych rekrutach, którzy wymagali najpierw
podstawowego szkolenia nawet we władaniu mieczem. Musiał mieć kogoś, kto
ma chociaż elementarne umiejętności. Spotkanie z Lydhią wydawało się
jedyną szansą na znalezienie kandydatów możliwie szybko.
Nie czekając dłużej, chłopak wstał z niewygodnego kamiennego siedziska,
przygotował się do wyjścia i opuścił lokum. Na zewnątrz nic się nie
zmieniło, niebo wciąż było czarne jak smoła, a powietrze gęste i obciążające płuca. Rhyan stał przez chwilę na ulicy, obrzucając
spojrzeniem swój przysadzisty dom zbudowany z ciosanych kamieni. Budowla
wydawała się solidna i jednocześnie bardzo surowa, a płaski dach tylko
potęgował to wrażenie. Z niewielkich okien wydobywało się blade światło
heliodorowej lampy, które niemrawo odganiało wszechobecny mrok.
Dom Rhyana nie był niczym nadzwyczajnym. Niemal wszystkie budowle w Hyrie wyglądały podobnie, tak samo jak w całym Khigorze. Stawiano na
jednolitość i prostotę. Ulice wybrukowane kocimi łbami łączyły
regularnie ustawione kamienne budynki w zorganizowaną i przemyślaną
całość. Miasteczko zbudowano na planie koła otoczonego przez kapliczki
podobne do tych przy traktach. Można było je znaleźć również wewnątrz
miasta, ustawione tak, by cały jego obszar znajdował się w zasięgu
działania niewidocznego ochronnego pola. Rozświetlone niskimi
heliodorowymi lampami ulice rozchodziły się we wszystkie strony,
przypominając misternie utkaną pajęczą sieć. Hyrie nie miało rynku ani
głównego placu, natomiast warsztat Lydhii, do którego Koliber miał
zamiar się udać, znajdował się w centralnym punkcie miasteczka, będącym
spoiwem najważniejszych miejskich dróg. To sprawiało, że więcej osób
przechodziło obok warsztatu, czasem do niego zaglądając.
Rhyan ruszył brukowaną ulicą na północ, poprawiając swój mundur.
Właściwie to bardzo rzadko ubierał się w coś innego. Tym razem założył
drugi komplet, pierwszy wymagał co najmniej cerowania. Chłopak odruchowo
położył dłoń na głowicy rękojeści przywiązanego do pasa miecza, który
jeszcze kilka dni temu należał do Dharyla. Teraz, zgodnie z prawem,
przeszedł w ręce nowego dowódcy, ale dla Rhyana był nieco za ciężki.
Przydałoby się przy okazji oddać go Lydhii do zaklinania, a że nie lubił
chodzić bezbronny nawet przez chwilę, na jego plecach, w rytm stawianych
na kocich łbach kroków, kołysało się drugie ostrze.
Po krótkim marszu Rhyan dotarł do skrzyżowania i skręcił w prawo,
mijając niewielką plantację lumifungów - grzybów o gęsto rozmieszczonych
blaszkach i świecących delikatną niebieską poświatą kapeluszach. Były
pożywne i stanowiły główny składnik większości potraw. Pozwalały także
wykarmić knurowce, których zagrodę dało się wypatrzeć nieopodal.
Potężne, ślepe stworzenia ze spłaszczonymi nosami nawet z dużej
odległości robiły na Rhyanie ogromne wrażenie. Masywne cielska pokryte
sztywną szarą szczeciną, która przechodziła do czerni na garbatym
grzbiecie, budziły w chłopaku respekt. Stworzenia nie miały oczu, jednak
długie szpiczaste uszy nie były jedynie na pokaz, knurowce brylowały,
jeśli chodzi o słuch, a ich umiejętność echolokacji sprawiała, że
zadziwiająco dobrze sprawdzały się w roli wierzchowców. Rhyanowi na ich
widok aż zaburczało w brzuchu. Mięso tych zwierząt stanowiło drogi
przysmak, choć czasem miał go już po dziurki w nosie. Niestety, nic nie
wskazywało na to, żeby jego jadłospis rozszerzył się w najbliższym
czasie, większość jadalnych roślin wymagała podtrzymywania przez
vitomantów, których w Hyrie próżno było szukać, a importowane z Laccii
rarytasy czy marchew i pszenica ze środkowego Khigoru pojawiały się w miasteczku dość rzadko. Podobno za czasów, kiedy dzień różnił się od
nocy, było inaczej. Ale czy te czasy w ogóle istniały? Od wielu pokoleń
nie słyszano, żeby ktokolwiek widział jasne niebo. Czarny jak smoła
firmament wydawał się czymś naturalnym i Rhyan nie mógł sobie wyobrazić
innego stanu rzeczy. Jednakże brunatna ziemia zmieniała kolor, kiedy
spadał na nią śnieg, więc może tak to kiedyś wyglądało? W jego głowie
pojawił się obraz nieba pokrytego białym puchem. Szybko jednak pokręcił
głową. Nieboskłon był czymś innym, sklepieniem, nie glebą, na którą
mogło coś spaść.
Przypominając sobie o śniegu, Rhyan chętnie pobłogosławiłby skrzydlatych
bogów, gdyby w nich wierzył, że Hyrie leżało na południu Khigoru i biała
pierzyna nie zalegała tu przez cały rok. Teraz brązowa gleba była od
niej wolna.
Chłopak stanął w końcu przed drzwiami warsztatu. Kamienny budynek
wyglądał podobnie jak większość innych w mieścinie. Niski sześcienny,
jakby wyrąbany topornie w skale, stał pomiędzy gmachem ratusza a miejskim bankiem. Wyróżniał go znak cechu wyryty nad drzwiami - miecz na
tle oszlifowanego klejnotu. Taki symbol miały jedynie dwa budynki w Hyrie. Koliber zerknął jeszcze na ratusz. Ten górował nad otoczeniem.
Jego gmach był niemal dwukrotnie wyższy niż warsztat, a przykryto go
jedynym w Hyrie spadzistym dachem wyłożonym dachówką. Wielki zegar na
frontowej ścianie przypominał o upływie czasu, który bez niego byłby
trudny do oszacowania.
Rhyan pchnął drzwi warsztatu wykonane z materiału nieudolnie imitującego
kosztowne drewno - hebanolitu. Jego oczom ukazało się znajome,
rozświetlone heliodorami wnętrze, obszerne i pozbawione zbędnych ozdób.
Na ścianach, w solidnych stalowych uchwytach, wisiały najróżniejsze
dobra. Wzrok Rhyana szybko przykuły miecze i inny rynsztunek bojowy, ale
kątem oka chłopak zauważył też sprzęty domowe, a nawet komplet szachów.
Przedmioty były zaklęte albo dopiero czekały na zaklęcie. Wielu bogatych
Khigorczyków przybywało do Hyrie, by skorzystać z usług Lydhii, stąd
ściany wydawały się uginać od wiszących na nich dóbr. Dziewczyna miała
talent do zaklinania. W prawym narożniku pomieszczenia stała masywna
kamienna lada, za którą znajdowały się ciężkie drzwi prowadzące do kuźni
zaklęć.
Po kilku chwilach wrota otworzyły się, a oczom Rhyana ukazała się młoda,
szczupła dziewczyna o czarnych włosach przyciętych ponad ramionami,
okrągłej twarzy i bladej, niemal papierowej cerze, charakterystycznej
dla Khigorczyków. Miała na sobie luźną koszulę, zapinaną na guziki,
wetkniętą w obcisłe, nieco znoszone czarne spodnie, które przyciągnęły
wzrok Rhyana. W przeciwieństwie do drogiej lnianej koszuli, te wykonano
z tańszych sztucznych włókien, masowo produkowanych w fabrykach, ale
zdaniem Kolibra bardzo dobrze na Lydhii leżały. Dziewczyna nie była może
najpiękniejszą kobietą w Hyrie, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że
należała do brzydkich. Z pewnością było w jej twarzy coś urokliwego.
Coś, co sprawiało, że Rhyan złapał się na tym, iż patrzył na nią dłużej,
niż powinien.
- Kolejny miecz? - zapytała, unosząc brew.
Zawsze gotowa do pracy, pomyślał Rhyan. Nigdy nie przestawał być pod
wrażeniem tego, że dziewczyna w jego wieku już stała się jedną z lepszych w swoim fachu, a jako czeladnik uczyła się jedynie półtora
roku.
- Coś w tym rodzaju - odwrócił wzrok, kiedy się zorientował, że wciąż
się jej przygląda. - Ale to przy okazji.
- Nie wierzę - skrzyżowała ręce na piersi. - Fanatyk mieczy przychodzi
zakląć oręż "przy okazji"? Czyżby naszło cię na zbroję?
- Nie potrzebuję zbroi - mruknął Rhyan.
- Jasne, zapomniałam, jesteś nieśmiertelny - przewróciła oczami. -
Miałeś szczęście, że w ogóle przeżyłeś.
Koliber skrzywił się.
- Czyli już słyszałaś?
- Całe Hyrie o tym huczy i to od kilku dni. Trudno się nie dowiedzieć -
wycedziła przez zęby. - Choć przyznam, że liczyłam na to, że powiesz mi
to osobiście.
- Miałem ostatnio sporo na głowie.
- No tak, obowiązki dowódcy - powiedziała Lydhia z przekąsem. - W końcu
będziesz mógł działać wyłącznie na swoich zasadach, tak jak zawsze
chciałeś.
- Wystarczy - stwierdził chłodno Rhyan. Nie chciał tego słuchać.
Dziewczyna spochmurniała i uciekła wzrokiem w kąt pomieszczenia.
- Dobrze, zapomnij, jestem dziś jakaś nerwowa.
- Nie da się ukryć - chłopak zmrużył oczy.
Zapanowała głucha cisza. Rhyan i Lydhia spoglądali na siebie w milczeniu, czekając, aż któreś w końcu się odezwie. Koliber nie
wiedział, jak długo to trwało, ale w pewnym momencie zaczęło mu się
wydawać, że odkąd przekroczył próg warsztatu, minęły całe wieki.
Otworzył usta, by przerwać ciszę, jednak nie zdążył powiedzieć ani
słowa.
- To z czym przychodzisz? - uprzedziła go Lydhia.
- W zasadzie to przyszedłem prosić o przysługę.
Zaklinaczka zamrugała. Przez chwilę wpatrywała się w Rhyana z niedowierzaniem, po czym uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Ty? O przysługę? - zaśmiała się w głos, a napięcie, które wcześniej
wisiało w powietrzu, momentalnie uleciało. - Nie sądziłam, że tego
dożyję.
- Tylko ten jeden raz - burknął.
Lydhia westchnęła.
- Chyba nigdy się nie zmienisz, co, Rhyan?
- Pewnie nie - skwitował.
- Dobrze, mów o co chodzi - oparła łokieć na ladzie, a następnie wsparła
głowę na dłoni, z satysfakcją czekając na prośbę Rhyana.
- Pewnie się domyślasz - zaczął. - Muszę stworzyć nowy oddział. Chcę
wyszkolić elitarną jednostkę. Wiesz, naprawdę elitarną. Nie mogę polegać
na młodzikach. Nawet jeśli zjawią się szybko, ich wyszkolenie zajmie
wieki.
- Chyba że okażą się niepokonanymi wybrańcami, jak Rhyan Freeze -
zaklinaczka mrugnęła złośliwie.
Koliber uśmiechnął się mimowolnie. Nie wiedział, czy to był komplement,
czy może obelga, ale mimo że podejrzewał Lydhię jedynie o to drugie,
zdołała go rozbawić.
- Nawet jeśli, to nie wystarczy. Potrzeba mi kogoś doświadczonego. Nie
mówię o biegłości w fachu cieniobójcy, ale o pojęciu o walce w ogóle.
Potrzebuję twojej pomocy. Wiesz, że prawie nikogo bliżej tu nie znam, a ludzie, którzy oddają broń do zaklinania, z reguły nie robią tego, by
potem wisiała na ścianie.
Lydhia zamyśliła się.
- Czyli szukasz wojowników, którzy przy okazji chętnie zaciągnęliby się
w szeregi cieniobójców? Pewnie zdajesz sobie sprawę, jak trudno jest
znaleźć takich ludzi wśród tych na tyle majętnych, by regularnie
zaklinać broń?
- Wiem, ale gdybyś kogoś takiego znała... Cóż, będę twoim dłużnikiem.
- Zaciągasz dług u Lydhii Snow, Rhyan. To będzie cię kosztować co
najmniej kilka kieliszków lumifungówki - wyszczerzyła zęby. - Wydaje mi
się, że mam kilku kandydatów, którzy mogliby cię zainteresować -
wyciągnęła spod lady chropowatą kartkę, która z pewnością nie była z prawdziwego papieru, atrament i słomkę do pisania.
Zaczęła notować. Rhyan w tym czasie sięgnął do pasa i obnażył miecz
byłego dowódcy, a w powietrzu zawirowały kolorowe smugi. Kiedy wtopiły
się w ostrze, chłopak niemal ceremonialnie odłożył broń na ladę.
- Ma być szafir, prawda? - mruknęła Lydhia, nie odrywając wzroku od
kartki.
- Jak ty mnie dobrze znasz.
Dziewczyna skończyła pisać i odłożyła słomkę. Zerknęła na ostrze i zamrugała.
- To miecz Dharyla, prawda? Jesteś pewny? To będzie trzecie zaklęcie.
- Stal z Urman-Aradu. Wytrzyma - zapewnił Koliber.
- Postaram się - powiedziała z dozą niepewności, bo nie było gwarancji
na to, że nawet tak dobry metal przetrwa obciążenie trzecim zaklęciem. -
Ale będzie cię to drogo kosztować.
- Ile? - rzucił Rhyan, choć zdawał sobie sprawę z wartości tak trudnego
zlecenia.
- Dla ciebie może być "dziękuję za pomoc, moja droga Lydhio", choć nie
wiem, czy zdołasz się wypłacić przy tak wygórowanej cenie.
Freeze zamrugał i początkowo się skrzywił, ale darmowe zaklinanie nie
chodziło piechotą.
- Dziękuję za pomoc, moja droga Lydhio - wykrztusił, a zaklinaczka
uśmiechnęła się triumfalnie. - A co do mojego długu - mruknął, chwytając
listę od Lydhii i wciskając za pas - co powiesz na lumifungówkę w Lodowym Szponie, kiedy już się ze wszystkim uporam?
- Na pewno? - Lydhia podparła dłoń na biodrze. - Tam mają najmocniejszą.
Ostatnim razem musiałam cię odprowadzać do domu.
- Rozumiem, że się zgadzasz.
Dziewczyna wyszczerzyła się w odpowiedzi i odgarnęła za ucho spadający
jej na policzek kosmyk włosów.
- Niech kamień cię strzeże! - rzucił Rhyan, powoli kierując się do
wyjścia.
- A serce prowadzi - dokończyła khigorskie pożegnanie Lydhia.
Chłopak pomaszerował w stronę drzwi i chwycił za zimną klamkę.
- Rhyan! - rzuciła niespodziewanie dziewczyna.
Koliber odwrócił wzrok w jej stronę. Szare oczy zaklinaczki wpatrywały
się w niego z dziwnym wyrazem. Nie wiedział, czy widzi w nich troskę,
czy może coś innego, ale z pewnością były urzekające. Na swój sposób.
- Po mieście krążą różne plotki o twojej misji. Uważaj na siebie -
szepnęła.
Rhyan uśmiechnął się ponuro i wyszedł w rozproszony heliodorami mrok.
Rozdział III. Śmierć
Rozdział III
Śmierć
Gemomancja od zawsze była sztuką tajemną. Wszyscy, którzy nią władają,
pilnie strzegą arkanów swojego fachu. Mimo że widziałem na własne oczy,
jak pojedynczy gemomanta obraca w pył cały oddział żołnierzy, to moje
pojęcie o ich mocy jest raczej nikłe. Gemomancja czerpie jednak swoją
siłę z tych samych kamieni, które używane są do zaklinania.
***
Ren była cała spocona i ciężko dyszała. Gorączkowo próbowała przypomnieć
sobie koszmar, który ją obudził.
To był koniec.
Nie potrafiła opisać, jak wyglądał. Po prostu. Widziała koniec. I jednocześnie początek. Nie umiała tego wytłumaczyć.
Usiadła na łóżku, ocierając spływające po czole krople potu i poprawiła
mały czarny kolczyk, który nosiła w uchu. Wyprostowała się, a twardy
stelaż łóżka boleśnie wbił się jej w pośladki. Odkąd została
archeologiem, życie nie rozpieszczało jej pod względem wygód.
Pomieszczenie, w którym mieszkała, wydawało się bardziej komórką niż
pełnoprawnym pokojem. Wydrążoną w skale izdebkę oświetlał ciepły blask
hebanolitowych pochodni, owiniętych nasączonymi tłuszczem szmatami.
Płonące sztuczne tkaniny roztaczały po wentylowanym cienkimi kanałami
pokoju nieprzyjemny zapach, ale Ren zdążyła do niego przywyknąć.
Ostatnio królestwo Laccii oszczędzało drogocenne heliodory, więc takie
źródła światła stawały się coraz powszechniejsze. Dziewczyna rozejrzała
się po pomieszczeniu. Oprócz łóżka znajdowało się tu niewielkie lustro i żłobiona wymyślnymi wzorami skrzynia z granetyku - sztucznego tworzywa o śliskiej, gładkiej powierzchni, które łączyło w sobie solidność oraz
lekkość. Pokój, mimo że niespecjalnie duży, i tak był sporo większy od
tych należących do jej współpracowników. Otrzymała obszerniejszą izbę
niż te, które normalnie przysługują nowicjuszom takim jak ona - wszystko
przez pewną niewygodną przypadłość. Ren krzywiła się na samą myśl o ciasnych przestrzeniach. Te niemal za każdym razem budziły w niej coś,
co od dawna chciała uśpić w najgłębszych odmętach umysłu. Stanowiło to
nie lada przeszkodę w zawodzie archeologa. Ren widziała w nim jednak
coś, co budziło w niej fascynację silniejszą niż lęk.
Na przykład ich ostatnie znalezisko. Dla nieobeznanych to tylko kamień,
jednak jeśli mu się przyjrzeć, był inny niż wszystkie - idealnie czarny
i gładki. Wydawał się niezwykły, nienaturalny. I pasjonujący. Wieczorem
umieścili go w specjalnym magazynie, by czekał tam na karawanę, która
przetransportuje go na badania.
Ściągnęła przepoconą koszulę nocną. Niestety, sztuczne włókna z granetyku nie oddychały za dobrze, a nie stać jej było na piekielnie
drogie ubrania z bawełny czy lnu. Wstała i obejrzała się w brudnym i pękniętym lustrze. W odbiciu zobaczyła młodą kobietę o wątłej budowie
ciała. Brązowe włosy opadały jej kaskadami na plecy, a na czole tańczyło
kilka niesfornych kosmyków. Twarz miała smukłą, choć delikatnie
zaokrągloną, a piegowaty nos nieznacznie zadarty. Piegi. To było coś
niespotykanego. Kiedyś podobno powszechne, teraz stanowiły prawie
anomalię. Ren skrzywiła się i przeniosła wzrok niżej. Delikatnie
dotknęła szyi. Jej dłonie podążyły w dół, mijając wystające obojczyki, w końcu docierając do piersi. Właściwie to tylko jednej - w miejscu
drugiej znajdowała się rozległa blizna. Dziewczyna westchnęła i zakryła
twarz dłońmi.
Od tamtych wydarzeń minęły już trzy lata, ale wciąż nie umiała sobie z tym poradzić. Nie tyle ze swoim wyglądem, ile z tym, co się wydarzyło.
Pokręciła głową i wyjęła ze skrzyni ubranie. Na nogi naciągnęła brudne
brunatne spodnie, po czym zamocowała zapinaną na paski protezę w miejscu
nieobecnej części ciała. Kiedy założyła grubą, białą koszulę o paskudnej, sztucznej fakturze, z zadowoleniem stwierdziła, że udało jej
się zamaskować brak połowy biustu. Dzięki iluzji, że wszystko było w porządku, nikt nie zadawał pytań.
Zaczęła upinać włosy, nucąc dawno zasłyszaną melodię, jednak coś
wytrąciło ją z równowagi. Zadrżała. Usłyszała krzyki. Rwane, rozpaczliwe
krzyki, które zamilkły równie szybko i niespodziewanie, jak się
pojawiły. Była niemal pewna tego, co usłyszała. Ręce zatrzęsły się jej
jak starcowi, w lustrze mogła dokładnie dostrzec, jak dygocze jej każdy
mięsień. Jednocześnie obudziła się w niej ciekawość, zbyt duża, by po
prostu się schować. Po cichu zbliżyła się do drzwi pokoju, uchyliła je i nasłuchiwała. Wrzaski musiały dobiegać z drugiego końca korytarza. Tam
znajdował się magazyn z czarnym kamieniem. Wychyliła niepewnie głowę,
dalej cała się trzęsła. Wiedziała, że to nie był dobry pomysł, ale
pokusa spojrzenia była zbyt duża. Jej oczy rozszerzyły się gwałtownie.
Drzwi do magazynu były otwarte na oścież.
Usłyszała kolejny krzyk, a potem ujrzała człowieka, który wybiegł z magazynu na wydrążony w skale korytarz, potykając się o własne nogi.
Takie zachowanie zupełnie nie pasowało do jego wyglądu - barczystego
bruneta ubranego w srebrzystą szatę, którą przykrywał wypolerowany
kirys.
- Stra... - zaczął, jednak nie zdążył dokończyć.
Mężczyznę uderzyła fala nefrytowego blasku, który prześwietlił jego
ciało w przedziwny sposób, tak że Ren mogła przez krótką chwilę dostrzec
znajdujący się w nim szkielet. Błysk zniknął tak szybko, jak się
pojawił, momentalnie zmieniając odcień skóry ofiary na blady niczym u nieboszczyka. Brunet runął na ziemię w bezruchu, a z ręki wypadł mu
błyszczący diament, który potoczył się po korytarzu, odbijając się
dźwięcznie od nierównej skalnej podłogi.
Ren uderzyła nagła fala gorąca, poczuła, jak jej kolana się uginają.
Chronomanta, potężny mag, który miał czuwać nad bezpieczeństwem ich
nowego znaleziska, leżał przed nią martwy.
Nie minęła chwila, a z magazynu wyłoniła się kolejna postać. Okutany w czarną szatę mężczyzna o długich do ramion kruczych włosach, które
przysłaniały mu część twarzy, postąpił dwa kroki do przodu. Powoli i niespiesznie przekroczył próg i omiótł wzrokiem korytarz. Jedyne
widoczne oko zabłyszczało wyraźnym, nefrytowym światłem, kiedy spojrzał
na Ren. Dziewczyna momentalnie zatrzasnęła drzwi. Zaczęła oddychać
szybko i nerwowo. Niewiele myśląc, schowała się pod łóżkiem i spróbowała
się uspokoić, jednak bezskutecznie. Straciła nad sobą kontrolę.
Łapczywie nabierała powietrza. Krótki, rwany oddech sprawił, że świat
zaczął wirować.
Uspokój się, powtarzała sobie w myślach, ale ciało nie reagowało.
Kiedy minął pierwszy szok, zorientowała się, że leży w ciasnej
przestrzeni pod łóżkiem. Miała wrażenie, że stelaż zbliża się do niej,
jakby chciał ją przygnieść. Zrobiło jej się duszno, ale zdecydowała, by
pozostać w kryjówce. Wyjęła z kieszeni mały oszlifowany rubin. Kiedyś
dostała go w prezencie od matki, jednak wtedy nie podejrzewała, że ten
na lata stanie się dla niej kłębowiskiem skrajnych uczuć, lęku i nadziei. Zacisnęła na nim palce. Oddychała płytko i szybko. Przez cały
czas zerkała, czy nieznajomy nie kręci się gdzieś blisko. Kim musiał być
ten człowiek, żeby zabić chronomantę? Do tej pory Ren myślała, że ci
magowie są niepokonani.
Drzwi otworzyły się, a dziewczyna jęknęła cicho. Mężczyzna wszedł
powolnym krokiem do środka. Kręcił się po pokoju, stawiając ciężkie
kroki, po czym zatrzymał się tuż obok łóżka. Serce Ren biło jak
oszalałe, zacisnęła mocniej dłoń na kamieniu, aż pobielały jej kłykcie.
Wierzyła, że to może pomóc. Jak wtedy.
Człowiek w czerni schylił się, a Ren ujrzała jego twarz i upiorne
świecące oczy. Wrzasnęła, wysuwając rękę z kamieniem do przodu. W powietrzu zawirowały szkarłatne wiązki magii. Z dłoni dziewczyny buchnął
strumień ognia, zalewając potwornym blaskiem twarz mężczyzny.
Zadziałało. Czerwone języki zasłoniły oblicze nieznajomego, którego
potem mogła już nie rozpoznać. Podtrzymała płomienie przez dobre pół
minuty. Przynajmniej tak jej się wydawało, bo straciła poczucie czasu.
Zlała się potem, ale nie miała pojęcia, czy to przez strach, czy też
piekielne gorąco. Myślała tylko o tym, by przetrwać. Nie zwróciła nawet
uwagi, że tajemniczy mężczyzna w ogóle nie reaguje na smagające go
płomienie.
Gdy ogień zgasł, Ren uświadomiła sobie z przerażeniem, że nie wyrządził
najmniejszej krzywdy nieznajomemu. Otworzyła szeroko oczy i usta, a jej
żuchwa zadrżała.
To koniec, pomyślała. Skuliła się i czekała na wyrok.
Mężczyzna wziął głęboki wdech w oparach dymu. Otworzył usta, a Ren
chciała krzyknąć.
- Cicho - jego głos był pusty. Przycisnął palec do ust.
Ren zdusiła mający wydostać się z jej krtani wrzask i powoli odwróciła
się w stronę nieznajomego. Pokiwała głową, nie mogąc niczego pojąć. Jej
oczy tępo wpatrywały się w upiorną twarz zielonookiego. Ten człowiek...
Kim on był?
- Nie zabiję cię - oświadczył beznamiętnie. - Wydaje mi się, że masz
naprawdę wspaniały dar, dziewczyno. I nie mówię wcale o tych
płomieniach. Szkoda byłoby go zmarnować.
Wstał, przecierając zasmoloną twarz, jak gdyby nigdy nic.
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
Nie, to nie mógł być człowiek, stwierdziła w myślach Ren. Żaden
człowiek nie byłby w stanie tego przetrwać.
- K... kim jesteś? - wyszeptała drżącym jak szarpnięta struna głosem.
Przeklęła się za swoje wścibstwo.
Włamywacz nie odpowiedział od razu. Zakołysał się na obcasach wysokich
butów, a kąciki jego ust uniosły się nieznacznie.
- Śmiercią - oznajmił.
Potem, nie mówiąc już nic, opuścił pokój i pozostawił skuloną pod
łóżkiem dziewczynę. Ren nie wiedziała, ile jeszcze czasu spędziła pod
stelażem, ale wydawało jej się, że były tolata. Słyszała tylko kolejne
krzyki, a z jej twarzy nie znikały łzy przerażenia.