ROZDZIAŁ 2
Majka czuła złość. Czasem gniew. Wściekłość. Wszystkie te uczucia, głęboko zakopane, istniały w niej zawsze. Terapeuta bezskutecznie próbował do nich dotrzeć.
Za to burmistrzowi Karboskiemu ta sztuka udała się bardzo szybko.
Do tej pory Maja, siedmioletnia dziewczynka, która stała się świadkiem zabójstwa swojego taty, nie miała do kogo zwrócić się ze swoimi gniewnymi pytaniami. Dlaczego to się stało? Czemu spotkało właśnie ją? Jak to możliwe, że to rodzice, te osoby, które najbardziej powinny chronić i wspierać dziecko, najmocniej je skrzywdziły? Zupełnie nie sprawdzili się w swojej roli. Ani tata, ani mama.
Nie umiała się jednak na nich złościć. Zbyt dobrze rozumiała mechanizmy, które ich do tego doprowadziły. W pewnym sensie oni oboje też byli ofiarami. Wzrok kierował się więc w stronę dziadków, ale tam prawdopodobnie było tak samo. Wychowani przez niedojrzałych, uginających się pod różnymi problemami rodziców niewiele mieli do ofiarowania. I tak dalej w przeszłość, w pokolenia.
Miała wrażenie, że jej dłoń wpada w tunel czasu. W nicość. Nie mogła się na nikim oprzeć. Cała długa linia cierpienia.
Mogła oczywiście złościć się na Boga, co też czyniła. Ktoś przecież musiał przyjąć odpowiedzialność za kształt tego świata, choć lista chętnych ziała pustką. Każdy miał jakieś wytłumaczenie.
Pewnie burmistrz Oskar Karboski też miał swoje powody, dla których kiedyś zaczepił Olka, jej ojca, namówił do ciemnych interesów, w końcu stał się przestępcą. Tylko że ona ich nie znała i nie chciała poznać. Była na niego wściekła.
Temat nie istniał w głośniej dyskusji mieszkańców miasta. Ale po cichu trwał. Wiele osób zastanawiało się, w jaki sposób Karboski wywinie się z rąk sprawiedliwości. Co do pozostałych kwestii nie było bowiem wątpliwości. Jest winny i ujdzie mu to na sucho.
Majka wiedziała, co zrobi jej największy przeciwnik. Zrzuci winę na ojca.
Aleksander Sokołowski przestanie być miejscowym bohaterem. Ze ściany komisariatu zniknie tablica z jego nazwiskiem. Oskar Karboski rzuci się na niego. Oszkaluje, opluje, oskarży o poważne przestępstwo. Być może nawet niejedno.
W mieszkaniu rozległ się dźwięk odpadającego tynku. Majka robiła remont. Nowe otwarcie. Reset.
Właśnie jedną dłonią skuwała tynk w sypialni rodziców. Druga ręka, wciąż w gipsie, przytrzymywana była na kolorowej chuście. Malarz pokojowy, który miał przyjść za godzinę, pewnie się zdziwi, ile zdołała od świtu zrobić jedna dziewczyna drobnej budowy, na dodatek ze złamaną ręką.
Pewnie nie wyobrażał sobie nawet, jakie emocje wyładowywała na tej ścianie. Jak wielki gniew. Sięgający do podstaw, na których zbudowany jest świat. Skrzywdzonego, całkowicie niewinnego dziecka. Ale też młodej dziewczyny, której ktoś teraz chciał odebrać jeszcze więcej. Nędzne resztki, jakie miała. Pamięć o tym, co ojciec zrobił dobrego. Bo i takie miał momenty. Żałował, chciał się zmienić, próbował to naprawić. Nieudolnie, za późno, nieskutecznie, ale jednak się starał. Za swoje błędy zapłacił najwyższą cenę. Nie trzeba więcej. Nie był mordercą!
Majka mocniej zaatakowała ścianę. Musiała coś wymyślić. Pilnie. Ta cisza w temacie nie wróżyła nic dobrego.
Zadzwonił dzwonek do drzwi, więc dziewczyna pobiegła tak szybko, jak tylko pozwalał na to gips, przekonana, że punktualny fachowiec chce już rozpocząć pracę. Nie wiedziała jeszcze, że punktualny fachowiec to coś niezwykle rzadkiego i raczej mało prawdopodobnego. Po raz pierwszy w życiu robiła remont. Toteż zdumiała się, gdy po drugiej stronie zobaczyła panią Baniakową, mamę Michała. Przyszła dziś wcześniej niż zwykle.
Przez chwilę ujrzała w jej oczach wszystkie niewypowiedziane słowa, bo kobieta błyskawicznie ogarnęła sytuację. Dostrzegła pył z tynku we włosach Majki, brudną dłoń i ubranie, więc bez trudu domyśliła się, czym dziewczyna się właśnie zajmowała. Obolała, wciąż na chorobowym z powodu niedawnych ciężkich przeżyć, z nakazem od lekarza, by odpoczywała i się nie przemęczała!
Majka już miała zamiar westchnąć ciężko i odeprzeć pełne troski argumenty, które niestety zbyt często przyjmuje się jak ględzenie, ale nie miała takiej szansy. Pani Baniakowa uśmiechnęła się tylko i bez jednego słowa komentarza weszła do środka.
- Dzień dobry, kochana - powiedziała. - Miałam nadzieję, że cię zastanę. Przywiozłam ci zakupy.
- Naprawdę? Dziękuję. - Majka się zmieszała. Nie bardzo umiała przyjmować takie serdeczne gesty i wciąż się do tego nie przyzwyczaiła.
- Spokojnie - odparła pani Baniakowa, która chyba wszystko rozumiała. - Jak tylko znów będziesz mogła jeździć samochodem, dam ci spokój. Ale na razie to nie problem. Nic takiego zresztą nie przywiozłam. Trochę pieczywa, kawałek ciasta i parę rzeczy do kanapek. Obiad sobie zamówisz?
- Pewnie. - Majka kiwnęła głową.
Od momentu, kiedy wyszła ze szpitala, a Michał wyjechał na studia do Katowic, była poddawana dyskretnej, ale dość skutecznej opiece, jak również kontroli ze strony jego mamy. I co bardzo dziwne, nie broniła się. Jakby straciła całą swoją moc stawiania oporu. Jedzenie pani Baniakowej gładko przechodziło przez jej zasznurowane stresem gardło, karmiąc ją na wielu poziomach. Odżywiało nie tylko szczupłe ciało, lecz także wychudzoną duszę.
Nikt nigdy o nią nie dbał. Zawsze musiała być samowystarczalna. Nawet w czasach, gdy żyli jeszcze rodzice, wiecznie zajęci wzajemnym konfliktem i nieszczęśliwą miłością, była sama. Wyrosła w przekonaniu, że nie potrzebuje nikogo, da sobie radę.
Jednak starcie z Rząskim pokazało, że trzeba mieć szacunek wobec niebezpieczeństw życia i własnych sił. Bo nie ma z nim żartów. Za chwilę miała się zmierzyć z o wiele trudniejszym przeciwnikiem i musiała się wzmocnić. Nigdy nie była tchórzem, więc teraz też śmiało spojrzała w oczy tej prawdzie, że nie jest samowystarczalna.
- Dziękuję - powiedziała i usiadła przy kuchennym stole, jak co dzień rano od momentu powrotu ze szpitala. A pani Baniakowa zaczęła jej przygotowywać śniadanie. Jakby to było zupełnie naturalne. Poruszała się po tej kuchni z całkowitą swobodą. Ona jedna nie spoglądała z przerażeniem na przedpokój, gdzie wiele lat temu leżały zwłoki Aleksandra Sokołowskiego. Jakby nie miała żadnych skojarzeń.
Teraz odbywał się tu remont, by choć trochę uwolnić to miejsce od duchów przeszłości.
Kuchnia trwała w nienaruszonym stanie, ale wszędobylski pył wdzierał się tutaj każdą szparą. Pani Baniakowa zdawała się mieć dwanaście rąk. Wycierała stół i blaty, przekrawała bułki, parzyła herbatę, kroiła pomidory - wszystko jednocześnie. I do tego jeszcze rozmawiała, opowiadając o tym, że młodszy syn świetnie sobie radzi z matematyki i ona ma ogromną nadzieję, że dostanie się na studia informatyczne bez problemu.
O Michale nigdy nie wspominała.
- To niesamowite - powiedziała Majka po chwili, kiedy już śniadanie zostało położone na stole - że robi pani dla mnie to wszystko. Obie przecież wiemy, że w mojej historii z Michałem nie będzie happy endu - powiedziała cicho, po czym spojrzała na nią czujnie.
Może pani Baniakowa nie zdaje sobie z tego sprawy?
Majka za wszelką cenę chciała uniknąć sytuacji, by ta kobieta troszczyła się o nią, mając nadzieję, że dzięki temu pomoże synowi. Za nic nie chciała stwarzać fałszywej nadziei, choćby miała tutaj paść z głodu. Zresztą dała radę zrywać tynk jedną ręką, kanapkę też sobie przygotuje.
Jej dłoń, która właśnie prowadziła bułkę do ust, zatrzymała się. Pani Baniakowa odwróciła się. Spoważniała.
- Wiem o tym - powiedziała. - Myślisz, że jestem naiwna? Nigdy bym nie zbudowała prawdziwej rodziny i nie przeprowadziła jej przez kilka życiowych zakrętów, gdyby tak było.
To fakt. Mama Michała mimo całej serdeczności sprawiała wrażenie konkretnej kobiety. Majka kiwnęła głową, po czym westchnęła. To dobrze, że się rozumiały, ale nie zrobiło jej się od tego lżej. Michał z powodu Majki zmienił wiele we własnym życiu i nic dobrego nie otrzymał w zamian. Nie żałowała swojej decyzji, ale było jej przykro.
- Przepraszam - powiedziałam Majka. - Przyjechałam tutaj w zupełnie innym celu. Nie szukałam żadnego związku.
- Wiem - przytaknęła pani Baniakowa. - To nie twoja wina. Michał sam wybrał. Jest dorosły. Widocznie tak mu w sercu grało.
- A co z Justyną? Macie jakieś informacje? Wiecie, jak ona się trzyma?
Była dziewczyna Michała źle zniosła ich rozstanie i Majka ostatnio coraz częściej o niej myślała. Ile jest takich pobocznych wątków w historii każdego człowieka? Zwyczajne, pozornie nic nieznaczące wydarzenie wpływa na czyjeś życie, radykalnie je zmieniając. Gdyby nie przyjazd Majki, może Justyna i Michał byliby już małżeństwem? Spokojnie układaliby sobie los według dobrze znanych i sprawdzonych standardów. Dwie szczęśliwe rodziny połączone miłością zakochanych ludzi. Na pewno szybko pojawiłoby się dziecko. A Michał byłby dobrym ojcem, bo wzór na to miał wdrukowany w mózg, wpisany w podświadomość. Całe dzieciństwo obserwował swojego tatę. Wiedziałby, co robić, odruchy działałyby same, a rodzice by mu pomogli.
- Justyna jakoś się trzyma - powiedziała pani Baniakowa. - Opowiem ci o niej, ale jedz.
Majka posłusznie ugryzła kawałek bułki. Chrupiąca skórka bardzo jej smakowała. Napiła się herbaty, patrząc, jak mama Michała sprawnie parzy kawę. To dało się bez problemu zrobić jedną ręką, ale Majka od rana nie miała jeszcze na to czasu.
- Jesteśmy w kontakcie - powiedziała pani Baniakowa. - Spotykamy się. To nie jest takie łatwe, ale pomyślałam, że to źle gwałtownie zrywać relację, która była tak bliska. Odwiedziłam je obydwie: mamę Justyny i ją samą. Popłakałyśmy sobie razem, porozmawiałyśmy. Jest nam wszystkim nieco lżej.
- To moja wina - powiedziała Majka, a dłoń z pożywieniem znów wylądowała na talerzu.
- Nie twoja - zaprotestowała pani Baniakowa. - O tym też rozmawiałyśmy. Justyna jest teraz rozbita, bo całe jej życie kręciło się wyłącznie wokół Michała. Nagle znalazła się w pustym polu. To też trochę nasza wina, moja i jej matki. Nakręcałyśmy ją w tym kierunku, nie przygotowałyśmy na to, że może być różnie. Przecież rozstanie jest wersją możliwą, a nikomu nawet raz nie przyszło do głowy. Człowiek nie chce wierzyć w takie rzeczy, na przekór statystykom, realiom i wszystkiemu, co widzi dokoła. Zamykasz oczy i starasz się wierzyć, że w twoim przypadku to się nigdy nie stanie.
Majka słuchała, chłonąc każde słowo.
- Analizowaliśmy wszystko z mamą Justyny, kiedy ona poszła już do siebie. Teraz z perspektywy czasu widać, że to się już psuło dużo wcześniej, zanim ty przyjechałaś. Ale tego też nikt z nas nie chciał zobaczyć.
- Bardzo to przykre - powiedziała Majka.
- Owszem - przyznała pani Baniakowa.
- Może gdyby nie ja, naprawiliby kryzys? - Majka wciąż czuła się winna. Nie miała Michałowi nic do zaproponowania, a odebrała mu to, co sobie wcześniej poukładał.
- Może... - Tym razem pani Baniakowa jej nie pomogła. - Ale to już nieistotne. Gdybanie nie pomaga. Jedz.
- Dlaczego pani się mną tak opiekuje? - zapytała znowu. Mama Michała usiadła naprzeciwko niej. Złożyła dłonie na blacie stołu, a potem westchnęła. Majka wiedziała, że teraz dostanie szczerą, rzetelną odpowiedź.
- Powodów jest dużo - odparła. - Po pierwsze, to nie twoja wina - podkreśliła. - Nikogo nie chciałaś skrzywdzić. Michał podjął swoją decyzję. Jest dorosły. Po drugie, bez względu na to, jak to wygląda z twojej strony, dla mojego syna jesteś bliską osobą i wiem, że chciałby, żebyśmy się tobą zaopiekowali. Robimy to więc dla niego. A po trzecie, to miasto ma swoje wady, ale wciąż jest małą społecznością, co oznacza, że ludzie trzymają się razem i czują się za siebie odpowiedzialni. Ty jesteś nasza.
Majka zadrżała. To było jak cios między oczy. Na dodatek zupełnie niespodziewany. Kiedy kompletnie się rozluźniła i skupiła na Michale, jego mamie, na bułce i ciągle spadającym z niej pomidorze, nagle dostała takie mocne uderzenie.
"Jesteś nasza".
Aż jej się słabo zrobiło od tych słów. Nigdy do nikogo nie należała. Nie czuła się nawet częścią własnej rodziny, bardziej takim dodatkiem do taty i mamy, do ich wielkiej nieszczęśliwej miłości. Tym bardziej nie była u siebie w mieszkaniu ciotki, która wychowywała ją po śmierci ojca i na każdym kroku dawała jej to do zrozumienia. Do tej pory płaciła za czynsz, ale nie miała odwagi przełożyć choćby jednej rzeczy w mieszkaniu, które odziedziczyła. Zachowywała się tam jak w muzeum, gdzie nie wolno dotykać eksponatów. A tu nagle takie słowa!
Zamrugała. Nie płakała, nie miała takiego zwyczaju, a już na pewno nie publicznie. Tylko w wyjątkowych sytuacjach. Szybko otarła łzy. Wiedziała, że musi natychmiast zmienić temat. Panicznie poszukiwała więc czegoś, co odwróci uwagę pani Baniakowej. Nie miała złudzeń, że cokolwiek pozostało niezauważone, po prostu nie chciała, by o tym rozmawiały. Czuła, że nie udźwignie.
- Karboski niedługo wyjdzie na wolność - powiedziała szybko, a potem wypiła pół filiżanki kawy.
- Istnieje taka obawa. - Pani Baniakowa nie naciskała na kontynuację poprzedniego tematu. - Mój mąż też tak mówi. Na pewno zrobi wszystko, co w jego mocy. A tej wciąż ma sporo.
- Ten człowiek zrzuci winę na mojego ojca! - powiedziała Majka z żalem. - Ale on tego nie zrobił! - dodała z mocą. - Wiem o tym na pewno. Chociaż niestety był przy tym. Nie ma jednak żadnych dowodów na niewinność taty, a na pewno linia obrony naszego burmistrza będzie mocna.
- Nic nie znalazłaś w mieszkaniu? - Pani Baniakowa rozejrzała się wokół.
- Nie. - Majka pokręciła głową. - Tylko ten pierścionek, zdjęcie i jeszcze jedna prywatna rzecz, które były w pudełku. To wszystko. Zacisnęłam zęby i przekopałam każdą szafkę. Wyniosłam meble z sypialni, salonu i mojego pokoiku. Ludzie, którzy to zabierali, pomogli mi przejrzeć każdą rzecz. Każdą - podkreśliła.
- Wiem. - Mama Michała położyła dłoń na jej ręce. A Majka nie cofnęła swojej. To też był swoisty fenomen. Dotyk tej kobiety bardzo jej pomagał, choć do tej pory każda bliskość wzbudzała w niej opór. - Musimy być gotowi na wszystko, tak mówi mój mąż - dodała. - Na razie dla prokuratury najważniejsze jest, żeby wskazał miejsce, gdzie ukrył zwłoki. Nie mamy zbyt dużo przecieków. Ale w związku z tym, że w mieście nic się nie dzieje, można wnioskować, że Karboski jak na razie nic nie powiedział. Nie oskarżył twojego ojca.
- Ja wiem, gdzie to może być! - Majka nagle się zerwała. Pobiegła do salonu, gdzie jeszcze nie tak dawno zostały zakupione przez ojca drogie meble, a teraz leżał tylko zwykły materac, a pod ścianą stało kilka kartonów. Pochyliła się nad jednym z nich, po czym z pudełka wyciągnęła zdjęcie. Przedstawiało kawałek odrapanego muru i krzak. - To musi być tutaj! Nie będziemy czekać na jego łaskę. Jeszcze dzisiaj pojadę do tego sklepu jubilerskiego i porozmawiam z bratem zamordowanego chłopaka. Przecież rodzinie najbardziej na tym zależy. Wyobrażam sobie, co muszą czuć. Tyle lat nie mieli pojęcia, co się z nim stało. Teraz już wiedzą, ale nie mogą go pochować. Po raz kolejny będą musieli to wszystko przeżyć. Na pewno im zależy, żeby sprawa się zakończyła.
Mina mamy Michała wyraźnie mówiła, że Majka nie jest odpowiednią osobą do tej roli. Jednocześnie kobieta podjęła błyskawiczną decyzję, by się nie wypowiadać.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytała tylko.
- Weźmiemy samochód, przejedziemy się po mieście i sprawdzimy każdy mur, obok którego rośnie krzak. W końcu ileż tego może być w takim niewielkim miasteczku?
Pani Baniakowa ciężko westchnęła.
- To nie takie proste. Jak to sprawdzicie? Trzeba by było kopać pod każdym. Krzak na pewno się zmienił przez ten czas. Muru może już nie ma. Minęło wiele lat.
- Może - przyznała Majka. - Ale zawęzimy krąg. Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Cywilizacja. Zarząd zieleni pilnuje, żeby miasto dobrze wyglądało. Ile jest murów, obok których rosną dzikie krzaki? Jeśli dawno go wycięli, to wtedy będziemy się martwić, ale chociaż spróbujmy.
Mama Michała myślała intensywnie. Nie dawała tej akcji większych szans, ale przede wszystkim chciała chronić Majkę. Oboje z mężem byli zgodni, że do czasu, gdy burmistrz Karboski dostanie wyrok, należy zachować szczególną ostrożność.
- Nie mam pojęcia, kto mógłby z tobą pojechać - zastanawiała się intensywnie. - Komendant Mirski wyszedł już ze szpitala, ale czuje się słabo. Mój mąż może by pomógł? Zna miasto i pamięta wciąż, jak wyglądało dawno temu. Michała oczywiście nie ma. Pewnie by chciał, ale nawet nie będę mu dawać znać. Musi się teraz uczyć, jest mu ciężko.
- Lepiej nie. - Majka szybko przyznała jej rację. Nie chciała, by ten chłopak cokolwiek jeszcze dla niej rzucał. Medycyna wymaga sporo poświęcenia, zwłaszcza kiedy się zaczęło dwa tygodnie później niż wszyscy. A on tak długo czekał, by móc studiować. - Kogoś znajdę - powiedziała. Skończyła jedzenie, wypiła herbatę, dokończyła kawę.
Pani Baniakowa siedziała obok w milczeniu. To w niczym nie przeszkadzało. Za oknem znów zaczął padać deszcz. Jesień w tym roku była wyjątkowo nieżyczliwa wobec ludzi.
Majka pomyślała o młodym mężczyźnie zakopanym gdzieś bez litości. O jego ojcu, który do końca swoich dni miał nadzieję, że tajemnica kiedyś zostanie rozwikłana. Dziewczyna najlepiej wiedziała, jak bardzo potrafią ciążyć rodzinne sekrety.
Nagle poczuła dreszcz. Zrobiło jej się zimno.
- Boję się - usłyszała swój cichy głos, po czym drgnęła zaskoczona, że w ogóle to powiedziała.
Pani Baniakowa wstała. Objęła ją szybko, ale zaraz potem się odwróciła. Zaczęła odkładać kubki do zlewu i dopiero wtedy Majka poczuła prawdziwe przerażenie. Nie liczyła na wiele, ale spodziewała się chociaż paru słów pociechy, że wszystko będzie dobrze i sobie poradzi. Jednak mama Michała się na to nie zdecydowała. W gruncie rzeczy i ona miała mnóstwo obaw. Coraz więcej. Nie chciała pocieszać Majki, zagłuszać tego ostrzegawczego głosu. Był ważny.
Zerknęła na Majkę i dostrzegła w jej oczach wszystkie targające nią uczucia. Nie tylko strach, lecz także nadzieję i odwagę. Teraz już rozumiała, dlaczego Michał tak szybko się w niej zakochał. Ta dziewczyna miała w sobie coś takiego, co rwało za serce. Człowiek chciałby jej dać poczucie bezpieczeństwa, odrobinę szczęścia. Jak maluchowi z domu dziecka, który stoi przy drzwiach i wielkimi oczami patrzy z nadzieją na przechodzących ludzi, licząc na to, że ktoś go zabierze.
Jednak pani Baniakowa naprawdę nie była naiwna. Miała sporo podejrzeń w stosunku do burmistrza Karboskiego już dużo wcześniej. Nawet gdy nie istniało nawet podejrzenie, że może on być mordercą. Teraz wiedziała, że może posunąć się do wszystkiego. A policja w Borkach jest słaba.
Kto ochroni Majkę? - to pytanie kołatało jej w głowie, kiedy wspólnie posprzątały kuchnię. Obejrzały postępy prac w sypialni, poodkurzały w salonie i przewietrzyły pomieszczenie. Wilgotne powietrze wdarło się do wnętrza. Fachowca wciąż nie było, Majka musiała więc na razie zostać w mieszkaniu i czekać na niego. Pani Baniakowa pożegnała się, po czym wyszła, zabierając ze sobą wszelką dobrą energię.
Majka usiadła na materacu. Oparła głowę na zdrowej ręce, drugą umieściła ostrożnie na kolanach. Już nie bolało tak bardzo jak na początku, ale wciąż czuła rwanie w tym miejscu i ogólny dyskomfort, z powodu którego słabo też spała. Źle to na nią wpływało.
Potrzebowała odpoczynku. Póki co jednak taka perspektywa słabo się rysowała.
Majka nie chciała tej ciągłej walki, lecz historia rodziców nie dawała jej spokoju. Nawet teraz, gdy znalazła już prawdę, na której tak jej zależało.
Ojcowie jedli kwaśne winogrona, a dzieciom cierpną usta. To znane powiedzenie. Majka uważała je za bardzo niesprawiedliwe.
Od czasu pobytu w szpitalu chciała zacząć własne życie. Zostawić to wreszcie za sobą. Ale nie wystarczy odnowić ścian, sprzedać mebli i pozbyć się niepotrzebnych rzeczy. Stare sprawy czasem przyklejone są do człowieka stanowczo zbyt mocno.