Rozdział pierwszy
Kornwalia, 2013 rok
Mgła znad morza osiadła na lądzie, zaciemniła światło i sprowadziła
mżawkę na pola i wzgórza. Wilgotne powietrze wydawało się chłodniejsze.
Owce tłoczyły się między skałami, szukając ciepła, choć miały na sobie
wełniane palta, a samotny królik uznał, że lepiej wrócić do nory.
Bezlistne drzewa dygotały, rachityczne gałęzie wydawały się czarne na
tle szarości i tylko mewy odważyły się latać; ich upiorne krzyki
przywodziły na myśl lamenty po żeglarzach, których dawno temu pochłonęło
morze. Skończył się odpływ, pozostały po nim płytkie kałuże i mokry
piasek, po którym pełzały nieszczęsne stworzenia pozostawione przez
wodę; wszystko wokół zdawało się ponure i nieprzyjazne.
Nie był to dobry dzień na podróż, lecz Bruce i Olivia Talwynowie bardzo
chcieli osiąść w swoim nowym domu w Kornwalii przed Bożym Narodzeniem.
Bruce siedział za kierownicą lśniącego czarnego range rovera, skupiając
uwagę na wygłaszanych melodyjnym głosem wskazówkach nawigacji
satelitarnej, i powoli przedzierał się przez mgłę. Miał potargane rude
włosy, piwne oczy i szeroką, przystojną twarz, na której pozostały ślady
pewności siebie i dawnego uroku, lecz malujące się na niej znużenie
przygasiło blask, pozbawiło ją promiennego uśmiechu; ta twarz
przypominała teraz brzoskwinię pozostawioną zbyt długo w misce na owoce.
Bruce był po prostu zmęczony. Z kolei Olivia, ładna blondynka o pełnych
życia niebieskich oczach i szerokich ustach, wydawała się zadowolona.
Mimo lekkiego niepokoju nie zamierzała się poddać, ponieważ pokładała
wielkie nadzieje w tej nowej przygodzie.
-?Czy to nie fascynujące?! -?zawołała po raz setny ze zbytnim
entuzjazmem, odwracając się z uśmiechem do dwojga dzieci, gdy nawigacja
oznajmiła, że za dziesięć minut dotrą do celu.
Dzieci zignorowały zachwyt matki. Piętnastoletni Zach oglądał film na
iPadzie. Miał brązowe włosy, piwne oczy, w których widać było
inteligencję, i piegi na małym, wciąż chłopięcym nosie. Jego młodsza
siostra, trzynastoletnia Tabitha, mająca podobnie jak Olivia długie,
kręcone blond włosy i niebieskie oczy marzycielki, patrzyła przez szybę;
jej wyobraźnię rozbudziło piękno odludnej wsi. Naprawdę coś się w niej
rozpaliło, mała iskierka inwencji twórczej podsycana zdziwieniem, że
jeszcze z tego nie wyrosła. Bruce psioczył na pogodę, Olivia próbowała
zachować optymizm, Zacha pochłonął fantastyczny świat George'a R.R.
Martina, a Tabitha widziała sznury pereł w żywopłotach i brylanty
lśniące w trawie, a jej ekscytacja wzrosła, gdy kręte drogi stały się
węższe, a mgła pociemniała, ponieważ to miejsce znajdowało się
nieskończenie daleko od jasnych, zimnych ulic Notting Hill i kryło w sobie zapowiedź oczarowania.
Nowy dom rodziny, St Sidwell Manor, stał przy końcu długiej alei
wiekowych platanów. Była to elżbietańska rezydencja z szarego kamienia,
zbudowana w kształcie litery E, z trzema szczytami w stylu holenderskim
i wysokimi kominami na planie kwadratu. Budowla miała przyjemne dla oka,
harmonijne proporcje oraz piękne, zabawnie i ekstrawagancko rzeźbione
szczyty, lecz coś w oknach przeczyło pozornej aurze wesołości. Okna
wydawały się patrzeć na świat z niechęcią, przypominały oczy kogoś, kto
nie życzy sobie, by mu przeszkadzano. A ściślej mówiąc, oczy kogoś, kto
ostro sprzeciwiał się próbom przeszkadzania.
Co prawda, mgła nie pomogła. Wywoływała wrażenie, że dom wyłaniał się z niej niczym duch -?widmowy galeon błąkający się po morzach i ubarwiający
opowieści miejscowych rybaków, którzy przy kuflu piwa w pubie lubili
straszyć turystów siłami nadprzyrodzonymi. Olivia chciała, żeby wyszło
słońce i dzieci mogły zobaczyć rozmiary i wspaniałość ogrodów. Gdy
wiosną zobaczyła je po raz pierwszy, były urzekające, choć zaniedbane. W otoczonych murem ogrodach warzywnych królowały chwasty, ale wystarczyło
je wyplenić; dwie okazałe wiktoriańskie szklarnie będą jak nowe po
starannym wyszorowaniu szyb; w sadzie rosły jabłonie i grusze, a rozległe trawniki Bruce będzie z przyjemnością strzygł kosiarką.
Wszystko to wymagało mnóstwa pracy, ponieważ dalekiej krewnej Bruce'a,
która zapisała mu tę posiadłość, wyraźnie zabrakło i pieniędzy, i zapału, zostawiła ją więc na łasce natury. Olivia zastanawiała się, czy
postąpili rozsądnie, tak pospiesznie sprzedając dom w Londynie i przeprowadzając się tutaj. St Sidwell Manor znajdował się w opłakanym
stanie, a był środek zimy. Co oni sobie myśleli?
Zerknęła na męża. Bruce wydawał się spięty, chyba uważał, że podjęli
decyzję zbyt pochopnie, i przypomniała sobie, jaki był prawdziwy powód,
dla którego tak szybko porzucili życie w mieście, by przenieść się do
posiadłości na odludziu. Po prostu od tego zależało zdrowie Bruce'a. Gdy
nieoczekiwanie pojawiła się szansa przeprowadzki, chwycili się jej
niczym wspinacz liny ratunkowej, choć wcale nie mieli pewności, co
znajdą na końcu tej liny. Bruce potrzebował spokoju po załamaniu
nerwowym, do którego przyczynił się narastający stres związany z jego
pracą handlowca -?Olivia przekonała go w końcu, by zrezygnował z tego
zajęcia -?i musiał znaleźć nowy sposób na życie. Przyjemna perspektywa
gospodarowania na farmie na odległej kornwalijskiej wsi pojawiła się
właśnie wtedy, gdy najbardziej tego potrzebował. Bruce niczego nie
wiedział o pracy na farmie, ale jak ciężka mogła ona być?
Bruce zatrzymał samochód przed gankiem z kolumnami. W tej samej chwili
otworzyły się duże drewniane drzwi i pojawiła się tęga, siwowłosa
kobieta w długiej, czarnej sukience i kolorowym szalu z frędzlami, a za
nią korpulentny młody mężczyzna o potarganych brązowych włosach i nieogolonej twarzy, ubrany w gruby, granatowy rybacki golf i ciężkie
sznurowane buty. Olivia i Bruce poznali już Elsę Tregoning i jej syna
Toma, gdy wiosną po raz pierwszy przyjechali do tego miejsca, i uznali,
że są to przyzwoici, spokojni ludzie. Elsa pracowała przeszło
pięćdziesiąt lat dla poprzedniej właścicielki, pani Delaware, i chętnie
by odeszła. Olivia próbowała znaleźć kogoś, kto ją zastąpi, ale nikt nie
odpowiedział na jej ogłoszenie, choć przez siedem miesięcy wisiało na
tablicy ogłoszeń w miejscowym sklepie. Nawet sobie nie wyobrażała, że na
wsi tak trudno znaleźć pomoc domową. Tom zarządzał farmą, podobnie jak
wcześniej jego nieżyjący już ojciec, przydawał się też, gdy trzeba było
porąbać drewno czy udrożnić rury. Wydawało się, że odetchnął z ulgą, gdy
Bruce wyjaśnił, iż nie zamierza go zastępować, i był nieco oszołomiony,
gdy nowy właściciel dodał, że ma zamiar sam pracować na roli, jeśli
Tomowi wystarczy cierpliwości, aby go tego nauczyć. Olivia wyczytała z wyrazu twarzy mężczyzny, że jego zdaniem Bruce w dżinsach, sportowych
butach i drogiej marynarce nie wyglądał na kogoś, kogo łatwo będzie
przemienić w farmera.
Na szczęście Elsa zgodziła się zostać, dopóki rodzina się nie zadomowi.
-?Tak będzie najlepiej. Ten stary dom wymaga czasu, żeby się w nim
urządzić -?powiedziała z miękkim kornwalijskim zaśpiewem, uśmiechając
się znacząco. -?Może być trochę nieznośny dla nowych mieszkańców.
Olivia pomyślała, że to dość dziwne sugerować, że ten dom ma uczucia jak
człowiek. Uznała, że to śmieszne, a Elsa jest dziwaczką, i postanowiła
dać kolejne ogłoszenie gdzieś w dalszej okolicy. Gdy jednak gospodyni i jej syn zeszli ze schodów na żwirowy podjazd, by pomóc wnieść bagaże,
Olivia poczuła wdzięczność do nich obojga, ponieważ nie spodobałoby się
jej przybycie do pustego domu.
Olivia przyjęła z zadowoleniem, że w dużym kominku w holu pali się
ogień. Płomienie tańczyły żwawo na grubych polanach, które trzaskały i wypuszczały w powietrze pachnący drewnem dym. Zatrudniona przez nią
miejscowa firma budowlana wykonała tylko niezbędne naprawy, jako że dom
miał solidną konstrukcję, a w pokojach znajdowało się dużo marmurowych
kominków, mnóstwo pięknych starych mebli i obrazów w pozłacanych ramach.
Na ścianach wisiały też wyblakłe gobeliny, a podłogę z desek pokrywały
wytarte dywany. Olivii i Bruce'owi wystarczyło jednak pieniędzy tylko na
odnowienie kilku pokojów, z których mieli korzystać. Chcieliby kiedyś
wymienić instalację elektryczną i odnowić cały budynek, ponieważ nic tu
nie zostało zmienione od czasów wiktoriańskich, ale kosztowałoby to
fortunę. Teraz było ważne, żeby tu zamieszkać, a dopiero potem
postanowić, co należy zrobić. Mimo że St Sidwell Manor wyglądał, jakby
czas się w nim zatrzymał, był to dom jak z marzeń, a gdy dzieci pobiegły
poszukać swoich pokoi, Olivia się uspokoiła i odetchnęła z ulgą; podróż
trwała długo, ale już byli na miejscu. Bruce wziął ją za rękę.
-?Wszystko w porządku, prawda? -?zapytał, szukając w oczach żony
potwierdzenia, bo choć decyzja o przeprowadzce była wspólna, wiedział,
że na jej podjęciu zaważył stan jego zdrowia.
-?Jest idealnie -?odparła z uspokajającym uśmiechem. -?Ale przydałby mi
się jeszcze jeden sweter -?dodała, dygocząc. Mimo głośno buzującego
ognia w kominku dom wydawał się zimny.
Olivia wędrowała spojrzeniem po holu i rozmyślała o poprzedniej
właścicielce St Sidwell Manor, tajemniczej krewnej Bruce'a; to ona
zapisała mu w testamencie całą posiadłość. Bruce nigdy o niej nie
słyszał, a ona niczego nie wyjaśniła, oświadczyła tylko, że Bruce jest
jej najbliższym żyjącym krewnym. Nie zajęło dużo czasu odkrycie, że
Delaware nazwała się po mężu, a jej nazwiskiem panieńskim było Pengower.
Elsa powiedziała im wiosną, że Pengowerowie zbudowali ten dom za
panowania Elżbiety Pierwszej i mieszkali w nim nieprzerwanie przez ponad
czterysta lat. Bruce przeprowadził krótkie poszukiwania i dowiedział
się, że wśród jego przodków nie było nikogo o nazwisku Delaware lub
Pengower, ale jakie to miało znaczenie? Pani Delaware zapisała mu
posiadłość i to bardzo miło z jej strony.
Ten dom jest o wiele za duży dla nich czworga, pomyślała Olivia,
wędrując po ogromnym salonie o wysokim, zdobionym suficie i również
wysokich, wielodzielnych oknach. Zastanawiała się, jak pani Delaware
mogła mieszkać tu sama tak długo. To z pewnością nie był dom dla jednej
osoby, lecz dla dużej rodziny i dużego zastępu służby. Olivia nie
wybrałaby takiej rezydencji na miejsce do życia, ale gdy przyjechała tu
po raz pierwszy ładnego dnia przed dziewięcioma miesiącami, zakochała
się w tym domu, bez wątpienia wspaniałym i dającym nadzieję na spokojne,
służące zdrowiu życie. Właśnie w tym miejscu biedny, załamany Bruce
mógłby wrócić do siebie, a Olivia miałaby pracownię, gdzie mogłaby
malować. Na swoje miejsce do pracy wybrała przyjemny pokój dzienny z widokiem na ogród. Nie musiałaby już ilustrować książek przy stole
kuchennym, nie przeszkadzałyby jej dzieci i dzwonek do drzwi bez końca
obwieszczający kolejne dostawy z Amazona. Będzie wspaniale.
Z przyjemnością myślała również o bliskości morza odległego od domu o zaledwie kilka kilometrów. Czy to nie cudownie, że można wędrować po
plaży? Spacerować boso po piasku, ilekroć ma się na to ochotę? Leżeć na
plecach w słońcu i słuchać delikatnego plusku fal? Spojrzała przez małe
prostokątne szybki okienne na ogród, wciąż niewidoczny z powodu mgły i zapadającego zmroku, i próbowała go sobie wyobrazić. Wszystko okaże się
piękne, gdy wyjdzie słońce, powiedziała sobie stanowczo.
Odeszła od okna i nagle poczuła się zniechęcona rozmiarami tego pokoju.
Nie przywykła do tak dużej przestrzeni. Nie wiedziała, co z nią zrobić.
Czuła się przytłoczona i przez okropną chwilę wątpiła, czy da sobie
radę. Oczywiście, że zostawienie domu, przyjaciół i wszystkiego, co
znała, było ryzykownym posunięciem, ale oboje się zgadzali, że
najważniejsze jest zdrowie Bruce'a. Bez tego nic mu nie pozostało. Bez
tego im obojgu nic nie pozostało. Poza tym dzieci będą dorastać w czystym powietrzu i będą miały dużo swobody. Każdemu z nich będzie tu
dobrze. Ta decyzja okaże się najlepsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek
podjęli, Olivia była tego pewna.
Właśnie wtedy jej optymizm otrzymał bolesny cios w samo serce. Zobaczyła
siebie w swojej małej kuchni w Londynie, gdzie piła herbatę przy cicho
grającej muzyce. Jakże miło i przytulnie było w tym małym, ale znanym
pomieszczeniu. Wyrzuciła ten obraz z głowy. Nie, wszystko będzie
wspaniale, zapewniła się po raz milionowy; to jest nowy początek i nowa
przygoda, a gdy się tu zadomowi, St Sidwell Manor będzie się wydawał
równie przytulny jak jej dom w Londynie.
Założyła ręce na piersi i zadrżała. Jak powiedziała mężowi, będzie
musiała po prostu nosić jeszcze jeden sweter lub dwa.
Przekształcenie rezydencji w dom zawsze będzie wyzwaniem, Olivia i Bruce
wprowadzili jednak pewne zmiany po to, by budynek wydawał się mniej
przepastny. Postanowili w ogóle nie korzystać z poddasza, bo do czego im
było potrzebnych sześć małych pokoików dla służby, skoro piętro niżej
znajdowało się dziesięć większych? Dlatego Olivia już zamknęła drzwi do
wąskiej klatki schodowej. Te pokoje ze starymi podłogami z desek, z białymi ścianami i prostymi żelaznymi łóżkami miały pozostać nieużywane.
-?Nie jestem pewna, czy ten dom będzie szczęśliwy z powodu tej zmiany -
stwierdziła Elsa, widząc, co się dzieje.
Olivia zapewniła ją, że dom się do tego przyzwyczai, lecz Elsa nie
wyglądała na przekonaną. Wzięła się pod boki, przymrużyła zielone oczy i złowieszczo potrząsnęła głową, nie wysunęła już jednak dalszych
obiekcji.
Olivia rozumiała, że nie wszystkim podobają się zmiany. Nic nie
pozostaje jednak takie samo. Taka jest natura rzeczy. St Sidwell Manor
musi się po prostu z tym pogodzić, podobnie jak Elsa Tregoning.
Wszystkim czworgu pierwsza noc wydawała się dziwna. Bruce i Olivia
wybrali dla siebie największą sypialnię. Z wychodzących na południe
okien widać było trawnik i jezioro. W sypialni stało staroświeckie łoże
z baldachimem, były tam też solidna szafa, komoda i elegancka toaletka,
wszystko wykonane z drewna orzecha włoskiego. Na jednej ścianie
dominowało duże, wychodzące na południe okno, typowe w czasach Tudorów,
z małymi prostokątnymi szybkami, z widokiem na trawnik i jezioro. W wyłożonych boazerią niszach znajdowały się piękne ławeczki. Olivia
urządziła sypialnię zgodnie ze swoim gustem -?tapety i zasłony we wzór
kwiatowy, niebieskozielony dywan i elegancka biała pościel -?ale pokój
wciąż wydawał się jej dziwnie upiorny. Miała wrażenie, że na nią patrzy,
że cały dom obserwuje ją z dezaprobatą.
Mgła osiadła nisko na ziemi, a gdy w ogrodach zapadł mrok, widać było
tylko nieprzeniknioną ciemność, którą rozjaśniało od czasu do czasu
słabe światło księżyca. Z tej czerni wyłaniało się lśniące jak onyks
jezioro. Wiatr smagał mury i gałęzie platanów, a stary dom skrzypiał i jęczał niczym zrzędliwy staruszek, któremu nie podobało się przybycie
obcych miastowych. Olivia nie spała, wychwytywała każdy nieznajomy
dźwięk. Brakowało jej odgłosów ruchu ulicznego i pomarańczowego światła,
które przenikało przez szpary w zasłonach w jej sypialni w Notting Hill.
Tutaj panowała całkowita ciemność, jakby Olivia znalazła się w brzuchu
wieloryba. Przytuliła się do ciepłych pleców Bruce'a i poczuła się
lepiej, gdy ten wziął ją za rękę i przyłożył do swojej piersi. Olivia
usnęła po kilku chwilach, po raz pierwszy w życiu wdzięczna mężowi za
chrapanie, ponieważ gdy chrapał, mniej się bała. Miała nadzieję, że
dzieci śpią, a nie leżą bezsennie tak jak ona, z uczuciem, że nie
powinna tu być.
Zach nie chciał przyznać, że się boi. Miał piętnaście lat, od ósmego
roku życia uczył się w szkole z internatem, tu jednak zawodzenie wiatru
przypominało płacz, a skrzypienie desek podłogowych -?odgłos kroków
zbliżających się do jego pokoju. Prawie się spodziewał, że w którymś
momencie otworzą się drzwi i Wildling1 albo Biały
Wędrowiec2 wejdzie do pokoju z toporem. Łóżko z baldachimem
uznał za dziwaczne. W gruncie rzeczy cały dom był jak z horroru. Rodzice
oszaleli, decydując się na przeprowadzkę tutaj, na tę odludną wieś,
gdzie nikogo nie znali. On wolałby zostać w Londynie. Tam mieli
przynajmniej miłych sąsiadów i latarnie uliczne. Zamrugał oczami i spróbował okiełznać wyobraźnię. W końcu pokonał strach, włożył do uszu
słuchawki i słuchał ulubionej muzyki, dopóki nie zapadł w niespokojny
sen.
Tabitha natomiast wcale się nie bała. Siedziała po turecku na ławeczce
we wnęce okiennej i obserwowała chmurę rozrzedzającą się powoli, dopóki
srebrzyste smugi światła księżyca nie zaczęły rozjaśniać nieba,
niespiesznie po nim frunąc jak anioły. Przez małe szybki patrzyła
oczarowana na urzekający nowy świat, stopniowo się przed nią
objawiający. Kontury drzew, których gałęzie się poruszały, w wyobraźni
dziewczynki budziły się do życia niczym olbrzymy zbierające się o północy w ogrodzie. Być może machały do niej, witały ją w nowym domu,
rozpoznawszy, że jest kimś wyjątkowym, ponieważ dostrzegła, kim są w rzeczywistości.
Tabitha już kochała to miejsce. Zachwycały ją łóżko z baldachimem i grubymi aksamitnymi zasłonami, boazerie i ławeczki pod oknami, historia
wyczuwalna w starych korytarzach, nierównych ścianach i skrzypiących
deskach podłogowych. Miała nadzieję, że zobaczy ducha, ponieważ dom tak
stary jak ten musi być siedliskiem duchów dawno zmarłych mieszkańców.
Gdy Tabitha była mała, często budziła się w nocy i widziała jakieś
półprzezroczyste istoty kręcące się po jej pokoju. Początkowo ją
przerażały, więc w panice włączała światło, a one znikały. Ale od kiedy
przeczytała The Ghosts (Duchy) Antonii Barber3, podniszczoną
książkę, którą znalazła w bibliotece i czytała przy latarce długo po
zgaszeniu światła, zjawiska paranormalne już jej nie przerażały, lecz
fascynowały. Zach nie wierzył w duchy, natomiast Tabitha nie rozmawiała
z rodzicami na ten temat, bo znaleźliby logiczne wytłumaczenia i zaprzeczyli istnieniu duchów, a ona nie chciała tego słuchać. Była
pewna, że to, co widziała, istniało naprawdę. Już dawno temu postanowiła
więc zatrzymać dla siebie to, czego doświadczyła. Ale czy nie byłoby
wspaniale zobaczyć choć jednego ducha tutaj? Przyglądała się chmurze,
teraz podzielonej, ujrzała okrągłe, jasne oblicze niezawodnego strażnika
nocy i miała wielką nadzieję, że zobaczy coś nie z tego świata.
Następnego dnia o świcie niebo było przejrzyste. Na trawniku pojawił się
szron skrzący się jak magiczny pył w bladym zimowym słońcu. Wiatr
ucichł, jego miejsce zajęła łagodna bryza niosąca nad ujście rzeki i St
Sidwell Manor słony zapach morza. Olivia rozsunęła zasłony i uśmiechnęła
się z ulgą, widząc, że nowy dom wygląda w bieli niewinnie i uspokajająco. Przerośnięte chwasty i splątane krzewy ukryte pod zimowymi
szatami prezentowały się czarująco. Po jasnym niebie szybował czerwony
latawiec, jego smutny świst przerwał ciszę, a po zamarzniętym nocą
jeziorze dreptała para kaczek krzyżówek. Olivia chłonęła ten widok,
ponieważ słońce wkrótce roztopi szron i ukaże się cała mizeria ogrodów
wraz z zapowiedzią ogromu pracy, którego będzie wymagało przywrócenie
ich do dawnej świetności. Ale ona to zrobi. Nie przyjęła żadnych nowych
zleceń, żeby mogła się poświęcić przemianie tej wspaniałej budowli w dom.
Elsa przygotowała śniadanie i zostawiła je w jadalni na gorącej płycie.
Budynek nie był modernizowany, więc kuchnia, spiżarnia, zmywalnia
naczyń, składziki nadal były odcięte od głównej części domu solidnymi
drzwiami. Pomieszczenia za nimi były domeną służby; zgodnie z tradycją
rodzina właścicieli nie była tam mile widziana. Olivia chciała otworzyć
tę cześć domu, tak by powstała duża przestrzeń łącząca kuchnię z pokojem
dziennym, lecz nie było na to pieniędzy. Przynajmniej na razie.
Olivia czuła się dziwnie, siedząc z mężem i dziećmi przy jednym końcu
długiego mahoniowego stołu, podczas gdy reszta blatu była pusta. Bruce
natomiast z przyjemnością zajadał jajka na bekonie i zaproponował, żeby
zaraz po śniadaniu poszli dokładnie obejrzeć dom. Nocą nie słyszał
odgłosów domu, bo spał, głośno chrapiąc. A teraz ubrany w niebieską
koszulę w kratkę z podwiniętymi rękawami i dżinsy nie wydawał się
zmarznięty.
-?Czy to nie wspaniałe? -?zapytał, patrząc to na syna, to na córkę. -
Jakie to uczucie mieszkać w rezydencji? Proponuję, żebyście zjedli, a potem możemy się tu rozejrzeć. Mam wrażenie, że to miejsce nie zmieniło
się od czasów wiktoriańskich. Czas naprawdę stanął tu w miejscu.
Zach cieszył się, że jest już dzień. Przez okna wpadało światło
słoneczne, przepędzając mroki nocy, a wraz z nimi strach. Entuzjazm ojca
sprawił, że Zachowi zrobiło się głupio, że tak się bał. Biali Wędrowcy,
rzeczywiście! Co za idiota z niego.
Tabitha niecierpliwie czekała na oglądanie domu, Olivia wolała jednak,
by wszyscy wyszli i nie plątali się jej pod nogami, ponieważ nadal stało
wiele pudeł do rozpakowania, różne rzeczy należało schować, a ona nie
życzyła sobie, by ktoś jej przeszkadzał i czegoś od niej chciał. Mieli
mnóstwo czasu na przeszukanie domu później.
-?Racja -?zgodził się Bruce, dopijając kawę i odsuwając swoje krzesło.
Uśmiechnął się szeroko do syna i córki, oczy mu błyszczały, był pełen
entuzjazmu. -?Gotowi na przygodę w dziczy? Będziemy potrzebowali kos i mieczy, żeby wyciąć ścieżkę między tymi chwastami. -?Zwrócił się do
Olivii: -?To będzie wyzwanie!
Zach posmarował masłem kolejną grzankę i ją ze sobą zabrał. Tabitha
pobiegła włożyć palto i kalosze. Olivia odłożyła serwetkę na talerz.
-?Całe to miejsce będzie wyzwaniem -?zauważyła z uśmiechem. -?Ale razem
zamienimy je w dom jak z bajki.
Po śniadaniu Olivia znalazła Elsę w kuchni. Było to jedno z pomieszczeń,
które najbardziej pragnęła zmienić, ponieważ wyglądało na przygnębiająco
staroświeckie. Stał tam duży sosnowy stół, w niszy, w której kiedyś z pewnością znajdował się kominek, zgromadzono różne żeliwne przybory i sprzęty, a kredens wypełniały lśniące mosiężne garnki i patelnie,
których nigdy nie używano. Oliwia wstawiła do kuchni zmywarkę, ale
sądząc po stercie talerzy w zlewie, wyglądało na to, że Elsa nie wie,
jak się ją obsługuje.
-?Czy wszystko jest tak, jak pani lubi, pani Olivio? -?zapytała Elsa.
Choć powiedziano jej, by zwracała się nowej właścicielki po imieniu,
Elsa uparcie trzymała się tradycyjnej formy. Nie wydawała się też
zadowolona z widoku Olivii na swoim terytorium.
-?Wszystko dobrze, dziękuję, Elso -?odparła Olivia wesoło, zdecydowana
zaprzyjaźnić się z tą kobietą.
Elsa pasowała do tej kuchni tak samo jak stół. Miała gołębioszare włosy
upięte w luźny kok, biały fartuszek na czarnej sukni sięgającej do pięt
i czarne sznurowane buty. W gruncie rzeczy wyglądała jak przeniesiona z innej epoki, podobnie jak ten dom. Wszystko w Elsie było staroświeckie,
z wyjątkiem dużego, połyskliwego kamienia, prehnitu, na jej szyi,
pasującego do niezwykłego, niebieskozielonego koloru oczu Elsy. Olivia
miała wrażenie, że jest intruzem we własnym domu.
-?Bardzo przydałaby mi się pomoc -?powiedziała przepraszającym tonem. -
Jest dużo pudeł do rozpakowania. Czy mogę na ciebie liczyć?
Elsa skinęła głową i podeszła do zlewu, aby umyć ręce.
-?Jak minęła pani pierwsza noc? Dobrze pani spała? -?Wzięła do ręki
mydło i odwróciła się do starego mosiężnego kranu. Woda bulgotała i rozpryskiwała się, wreszcie popłynął rdzawy strumień.
-?Szczerze mówiąc, było trochę strasznie -?odparła Olivia. -?Nigdy nie
spałam w tak dużym domu.
-?O tak, dom jest duży i trochę złośliwy -?zgodziła się Elsa, namydlając
ręce; na jej nadgarstkach brzęczały bransoletki. -?Po prostu musicie
poznać się nawzajem.
-?Nie jest nawiedzony, prawda? -?Olivia roześmiała się nerwowo. Nie
wierzyła w duchy, wolała jednak się upewnić.
Elsa się odwróciła, wyraz jej twarzy złagodniał.
-?Nie, pani Olivio. To tylko odgłosy wiatru i normalne skrzypienie
starego domu. Za kilka dni nawet nie zwróci pani na to uwagi.
Olivia poczuła ulgę.
-?To dobrze. Wszyscy przypuszczają, że w miejscach takich jak to roi się
od duchów.
-?Ludzie bardzo lubią takie opowieści, czyż nie? W okolicy jest mnóstwo
takich, którzy powiedzą pani, że ten dom jest nawiedzony. Proszę ich nie
słuchać. Mieszkam tu przeszło pięćdziesiąt lat i nigdy się tym nie
przejmowałam.
-?Dziękuję, Elso, dobrze to słyszeć -?powiedziała Olivia. -?Głupio z mojej strony, że o tym wspomniałam.
Elsa uśmiechnęła się ciepło i wytarła ręce ściereczką do naczyń.
-?A teraz proszę mi powiedzieć, od czego chce pani zacząć.
Tabitha w palcie i kaloszach poszła za ojcem i bratem do tylnych drzwi i na duży, wychodzący na ogród taras z kamienną balustradą, elegancką,
lecz omszałą. Tak samo omszałe schodki prowadziły z tarasu do brukowanej
ścieżki. Biegła ona przez coś, co niegdyś było nienagannie utrzymanym
trawnikiem, a potem stało się kawałkiem terenu porośniętym chwastami,
które, pokryte szronem, wystawały z ziemi niczym kępki futra. Na końcu
ścieżki znajdowała się żałośnie wyglądająca fontanna. Wydawała się
zagubiona w tej opuszczonej części ogrodu.
Tabitha przyglądała się z zachwytem, jak para jej oddechu miesza się z powietrzem. Panowało gryzące zimno, wszystko dookoła było białe,
ponieważ mróz miał pracowitą noc. Niebo skrzyło się milionami okruchów
lodu, a to, że krążyły pod nim mewy, wskazywało, że morze jest dla
ptaków niedostępne. Tabithę ekscytowała bliskość morza.
Z entuzjazmem szybko maszerowała ścieżką, po której obu stronach stały
rzędy cisów z ogromnymi, kulistymi koronami przypominającymi wielkie
puddingi bożonarodzeniowe posypane cukrem pudrem. Zeszła ze ścieżki i powędrowała po trawie, jej kalosze wellingtony zostawiały ślady tworzące
linię. Na podobny pomysł musiała wpaść para królików, które też zeszły
ze ścieżki; o ich nocnym tańcu świadczyły dwie splątane linie śladów
małych króliczych łapek.
Tabitha doszła do końca ścieżki i zatrzymała się przy fontannie.
Wykonana z szarego kamienia, miała kształt dość dużego koła. Pośrodku
znajdowała się intrygująca figura kobiety. Robiła wrażenie bardzo
samotnej, jakby nikt od bardzo dawna nie zwracał na nią uwagi. Nawet
kosy i kruki zdawały się ją opuścić, bo szukały pożywienia na drugim
końcu ścieżki. Kamień, z którego wyrzeźbiono figurę, w wielu miejscach
pokrywały porosty, czas nie obrabował jej jednak z urody. Twarz tej
kobiety była rzeczywiście zniewalająca, jednocześnie uderzająco piękna i smutna. Długie rozwiane spódnice stwarzały wrażenie, że smukła sylwetka
się porusza, a uniesione w górę ręce przywodziły na myśl błaganie o coś
niebios. Tabitha stała przez figurą, ogarnięta nagle dziwnym smutkiem.
Kobieta miała głowę przechyloną w jakiś taki wzruszający sposób, jakby
szukała czegoś cennego w górze, w chmurach. Fontanna była sucha, co
potęgowało wrażenie osamotnienia i opuszczenia. W basenie, gdzie kiedyś
była woda, leżały tylko zbrązowiałe liście.
-?Tabitho!
Rozmyślania dziewczynki przerwał ojciec, który machał do niej, stojąc
przy ładnej drewnianej furtce w wysokim kamiennym murze. Niechętnie
zostawiła kobietę na pastwę samotności i dołączyła do ojca. Za furtką
znajdował się otoczony murem ogród warzywny; leżała tam wyrzucona
pordzewiała taczka, a dalej stały ogromne szklarnie, puste inspekty i stodoła pełna wielkich kłód drewna. Bruce jęknął na widok pokrytych
pleśnią szyb w szklarniach nie nęciła go perspektywa mycia tego
wszystkiego. Tabitha i Zach przebiegli obok zapuszczonych grządek do
rozpadającej się furtki na końcu ogrodu i pognali do lasu. Ojciec wołał
za nimi, lecz go zignorowali i biegli dalej. Uczucie swobody działało
oszałamiająco, perspektywa przygody ekscytowała; żadne nie chciało
zwolnić, pójść krokiem spacerowym. Zbyt dużo było do zobaczenia. Zbyt
dużo do odkrycia. Po życiu na ulicach Londynu ta rozległa przestrzeń
wydawała się rajem. Nawet Zach zaczynał doceniać zalety przeprowadzki do
dużej posiadłości na wsi.
Za lasem ukazały się porośnięta bujną roślinnością łąka i błękitna,
połyskująca w porannym słońcu wstęga rzeki wpadającej do morza. Pośrodku
łąki stała mała, szara kaplica otoczona grobami. Siostra i brat
zatrzymali się i zapatrzyli, widok cmentarza ich otrzeźwił i nagle
ostudził entuzjazm obojga. Miejsce było upiornie ciche, najwyraźniej
opuszczone, być może od dziesiątków lat. Tylko wrony podskakiwały w wysokich trawach tam, gdzie szron już stopniał. Między tradycyjnymi
nagrobkami na cmentarzu stały też obeliski na cokołach. Jeden czy dwa
były przechylone, może przez potężne wichury, a może, pomyślała Tabitha,
wpatrując się z fascynacją w obeliski, wytrąciły je z równowagi dusze
zmarłych niezaznające spokoju pod ziemią.
Zach, który nie miał tak wybujałej wyobraźni jak jego siostra, widział
po prostu nagrobki, poczerniałe przez upływ czasu i podniszczone przez
wiatr. Zaciekawiły go jednak inskrypcje wykute w kamieniu, ponieważ były
świadectwem historii, a Zacha bardzo interesowała przeszłość. Pobiegł
przodem, aby się im przyjrzeć.
Bruce dogonił dzieci.
-?Coś takiego! Spójrzcie na to! -?zawołał, biorąc się pod boki i łapiąc
oddech. Żałował, że spędził tak dużo czasu, siedząc za biurkiem, i zaniedbał ćwiczenia. Ale teraz miał zostać farmerem i zamierzał zadbać o kondycję. -?Opuszczona kaplica! Niesamowite! -?Nie zwrócił uwagi na tę
budowlę, gdy wiosną po raz pierwszy oglądał posiadłość. Wziął Tabithę za
rękę i ruszyli w stronę kaplicy. -?Zobaczmy, co jest w środku, zgoda?
Gdy dotarli na miejsce, Zach już wycierał porosty z jednej z tablic
nagrobnych i próbował przeczytać widoczny na niej napis.
-?Czyje są te wszystkie nagrobki? -?zapytała Tabitha.
-?Ludzi, którzy umarli -?odparł Zach ze śmiechem.
-?Wiem, że oni nie żyją, głupku. -?Tabitha przewróciła oczami. -
Myślisz, że to są ludzie, którzy mieszkali w naszym domu?
-?Przypuszczam, że to kaplica rodziny Pengowerów -?włączył się Bruce. -
Niech zobaczę. -?Nachylił się, by przeczytać napis na jednym z kamieni.
-?"Bernard Pengower, tysiąc osiemset dwadzieścia jeden, tysiąc osiemset
osiemdziesiąt jeden". Widzicie? Miałem rację.
-?Tu też jest jakiś Pengower! -?zawołał Zach, wyskubując mech
pokrywający litery imienia. -?Tysiąc osiemset osiemdziesiąt sześć,
tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt pięć. Wydaje się, że to mógł być
Robert, Robin, Richard. Jakiś R.
Tabitha puściła dłoń ojca i pobiegła przyjrzeć się jednemu z pochylonych
obelisków. Stanęła przed nim. Na białym marmurowym cokole dostrzegła
płaskorzeźbę przedstawiającą kobiecą dłoń, w której spoczywała mała
rączka dziecka. Powyżej znajdowała się krótka inskrypcja: "Cordelia
Pengower 1862-1896. Niech spoczywa w spokoju".
-?Tato, spójrz tutaj. Jak myślisz, kim ona była?
Bruce podszedł bliżej. Przeczytał inskrypcję i przyjrzał się
wysmakowanej płaskorzeźbie. Te dłonie przypominały białego gołębia.
-?Cóż -?zaczął, starając się przypomnieć sobie nieliczne informacje,
które znalazł podczas poszukiwań przeprowadzonych po otrzymaniu
zaskakującej wiadomości o spadku. -?Thomas Pengower zbudował tę
rezydencję w tysiąc pięćset osiemdziesiątym szóstym roku po tym, jak
zarobił fortunę, dostarczając drewno flocie królewskiej. Moim zdaniem
Cordelia Pengower była kimś ważnym, skoro postawiono jej taki duży
pomnik. W czasach wiktoriańskich lubiano takie wyszukane nagrobki.
Przypuszczam, że była panią tego domu, a także matką, ponieważ trzyma
dziecięcą rączkę. I zmarła młodo, miała zaledwie trzydzieści cztery
lata. Być może umarła przy porodzie. Kto wie?
Tabitha zastanawiała się, czy właśnie tę kobietę przedstawia figura w ogrodzie. W chwili gdy wróciła do niej myślami, poczuła, że jeżą jej się
włosy na karku. Potarła to miejsce ręką.
-?Czy leżą tu sami Pengowerowie? -?zapytał Zach, biegający teraz od
grobu do grobu jak fryga i liczący, ilu Pengowerów udało mu się znaleźć.
-?Na to wygląda, prawda? Talwynów nie ma? -?dopytywał się Bruce.
-?Jeszcze nie -?odparł Zach.
-?Wejdziemy do środka? -?zaproponował Bruce, kierując się do drzwi. -
Potem wrócimy do domu i zobaczymy, co uda się znaleźć w bibliotece.
Księgozbiór w rezydencji -?dodał z dumą -?jest naprawdę wyjątkowy.
-?Do domu... -?Zach wzruszył ramionami. -?Brzmi śmiesznie.
-?Śmiesznie czy po prostu dziwnie? -?zapytał jego ojciec.
-?Dziwnie -?sprostował Zach. -?Jeszcze nie czuję się tam jak w domu.
-?A ja tak -?wtrąciła Tabitha. -?Wcale nie chcę wracać do Londynu.
Ku zaskoczeniu Bruce'a drzwi do kaplicy nie były zamknięte. Dzieci w milczeniu weszły za ojcem do środka. Sądząc z tablic z nazwiskiem
Pengower datowanych od siedemnastego wieku, była to po prostu kaplica
zbudowana dla tej rodziny. Przed ołtarzem stały rzędy drewnianych ławek,
duże okna zdobiły witraże. Biały obrus na ołtarzu był czysty, lecz nic
na nim nie leżało. Raczej nie było wątpliwości, że już nie korzystano z tego miejsca -?unosiła się w nim aura opuszczenia -?lecz najwyraźniej
ktoś przychodził, aby utrzymać je w czystości. Na parapetach okiennych
nie było martwych insektów, a na posadzce nie leżały w rogach suche
liście. Nie czuło się też zapachu stęchlizny, jakiego można by się
spodziewać w starym, niewykorzystywanym budynku. W krajobrazie tak
często nękanym przez wichry znad morza i deszcze kaplica robiła wrażenie
przyjemnej oazy spokoju i ciszy.
-?Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o Pengowerach -?mruknął Bruce,
przebiegając palcami po marmurowej płaskorzeźbie na tablicy ku pamięci
Arthura Pengowera zmarłego przed trzystu laty.
Bruce mówił do siebie, ale Tabitha usłyszała.
-?Nie żyje nikt z tej rodziny -?powiedziała. -?Gdyby było inaczej, nie
dostałbyś spadku.
-?Masz rację, kochanie -?przytaknął Bruce.
-?Czy pani Delaware była z domu Pengower?
-?Tak. Nazywała się Emily Pengower, ale wyszła za mąż za Henry'ego
Delaware'a, więc powinna być pochowana tutaj -?zauważył Bruce. -?Nie
widziałem tu świeżego grobu, a ty?
-?Tato, masz pewność, że nie jesteś Pengowerem? -?dopytywał się Zach,
padając z założonymi rękami na ławkę w pierwszym rzędzie. Cały się
trząsł, ponieważ w kaplicy panowało lodowate zimno. -?A poza tym w jaki
sposób jesteś spokrewniony z panią Delaware?
-?Nie wiem. Na pewno jest to dalekie pokrewieństwo.
Bruce i Olivia zadawali sobie to samo pytanie, a Elsa też nie potrafiła
ich oświecić. Nie mieli czasu na poszukiwania głębsze niż zapoznanie się
z drzewem genealogicznym rodziny Bruce'a, co nic nie dało. Szczerze
mówiąc, Bruce miał na głowie rzeczy ważniejsze niż genealogia.
-?Skąd to wiesz? -?nie ustępował Zach.
-?Krewni, do których dzwoniłem, nie mogli mi pomóc. Nikt nie słyszał ani
o Pengowerach, ani o Delaware'ach. Po tych rozmowach nie jestem
mądrzejszy.
Rodzice Bruce'a nie żyli, a młodszy brat mieszkał w Australii. Fakt, że
Olivia miała bardzo dużą rodzinę, w niemałym stopniu sprawił, że tak go
pociągała. Bruce'a zmęczyła samotność.
-?Z jakiego czasu są ślady twojej rodziny, które udało ci się znaleźć?
-?Naszej rodziny -?poprawiła brata Tabitha.
-?Z dość odległej przeszłości, ale nie ma w nich ani nazwiska Delaware,
ani Pengower. To pewne.
Zach zachichotał.
-?Czyli wierzysz, że jesteś krewnym pani Delaware dlatego, że ona tak
powiedziała?
-?Tak, synu. Jestem pewien, że tego nie zmyśliła. Być może jestem
potomkiem jakiejś jej dalekiej kuzynki. Nie musiała to być Delaware,
prawda? Mógł to być ktokolwiek. Znajdą się gdzieś jakieś powiązania. Ona
nie zamierzała przekazać domu przypadkowej osobie. Specjalnie
podkreśliła, że jestem jej najbliższym żyjącym krewnym. Dlatego tu
jesteśmy. -?Zaśmiał się. -?A ja nie narzekam.
Bruce doceniał swoje niezwykłe szczęście, cieszył się, że podano mu na
talerzu tak wspaniałą posiadłość.
Tabitha uśmiechnęła się od ucha do ucha.
-?Chciałabym nazywać się Pengower -?oznajmiła.
-?Dlaczego? -?zapytał Zach, wstając. -?Co w tym takiego dobrego? Z tego,
co widzę, oni wszyscy nie żyją.
-?Podoba mi się to nazwisko. Brzmi jak Pendragon4 -?odparła
Tabitha. Nie potrafiła ująć w słowa, jak bardzo podziwia rodzinę, która
wybudowała ten piękny dom i kaplicę, i postawiła figurę w ogrodzie.
-?Prawdopodobnie gdzieś w domu jest drzewo genealogiczne rodziny -
stwierdził Bruce, wyprowadzając dzieci na słońce, po czym zamknął za
nimi drzwi kaplicy. -?Możemy poszukać w bibliotece. Jest tam mnóstwo
książek. Rzucam wam obojgu wyzwanie. Kto pierwszy znajdzie drzewo,
dostanie piątaka.
Zachowi się to spodobało.
-?Znajdę je -?rzucił, wkładając ręce do kieszeni i szybko ruszył do
domu.
Tabitha wzięła ojca za rękę.
-?Wiem, że jesteś Pengowerem -?zapewniła i spojrzała na niego z powagą.
-?Skąd możesz to wiedzieć, skarbie?
-?Po prostu wiem.
Przez chwilę błądziła spojrzeniem po nagrobkach, gdy oboje szli za
Zachem przez wysokie trawy. Była pewna, że widziała coś przechodzącego
przed nimi. Coś ulotnego, widziała to kątem oka. To mógł być ptak albo
wiewiórka. Chłodna bryza lekko muskała jej policzek, a skóra na jej
ramieniu ścierpła. Tabitha szukała oczu, które ich obserwowały, ponieważ
czuła, że nie są sami, ale nie widziała nic prócz nagrobków -
spokojnych, milczących i zimnych.
Rozdział drugi
Następnego dnia rano Olivia pojechała z Tabithą do miasta, zostawiając
Zacha wciąż szukającego w bibliotece drzewa genealogicznego rodziny, i Bruce'a, któremu Tom zaproponował obchód farmy. Tej nocy Olivia nie
spała lepiej niż poprzedniej. Zostawiła zapalone światło w łazience i przytuliła się do męża nie po to, by się ogrzać, lecz by poczuć się
bezpieczniej. Niestety, jękom i skrzypieniu domu towarzyszył słaby, ale
wyraźny odgłos płaczu. Olivii przypominało to rozpaczliwy szloch
kobiety. Wiedząc, że coś takiego jest niemożliwe, uznała ten odgłos za
gwizd wiatru wokół budynku; te wichry znad morza były bardzo porywiste.
Było to jednak niepokojące. Miała nadzieję, że się przyzwyczai, ale
wiatr nie zamierzał odpuścić.
Obudziwszy się, zobaczyła, że Bruce śpi mocno niczym niedźwiedź zimą i poczuła się niemądra z powodu swojego strachu.
Tabitha była pewna, że słyszała łkanie, lecz gdy przy śniadaniu
powiedziała o tym Zachowi, ten się roześmiał i oznajmił, że to tylko
wiatr zawodził wokół kominów.
-?Naprawdę, Tab, każdy by się domyślił -?powiedział. Nie chciał
przyznać, że on też słyszał ten odgłos, wolał nie ujawniać własnego
strachu. Tabitha nie wątpiła jednak, że był to duch i postanowiła
przeprowadzić śledztwo, jeśli tej nocy znów usłyszy coś podobnego.
St Sidwell było malowniczym nadmorskim miasteczkiem w zacisznej zatoczce
na południowo-zachodnim wybrzeżu Kornwalii. Białe domy przywarły do
zbocza wzgórza jak muszle do skały, ich kryte szarym łupkiem dachy i lśniące okna nadawały temu miejscu przyjemne wrażenie jednolitości. Do
niedużego portu wpływały i odpływały z niego łodzie rybackie o niebieskich burtach, a nadmorski bulwar chwalił się latem uroczymi
kawiarenkami, restauracjami i sklepami z pamiątkami dla turystów, lecz
poza sezonem był cichy i raczej opuszczony, a gdy zimą na opustoszałych
ulicach szalały wichury, w mieście panował nastrój taki jak rano po
hucznym przyjęciu. Olivia zaparkowała samochód przy krawężniku i skierowała się do sklepu spożywczego, gdzie zostawiła ogłoszenie o pracy
dla dwóch osób, które miały zastąpić Elsę Tregoning i jej syna.
Po niebie przetaczały się ciężkie chmury, wiał silny wiatr, a mewy
kołowały, skrzecząc; dwie szczególnie łakome sprzeczały się o jedną
frytkę leżącą na chodniku przed restauracją rybną Captain Killigrew's. W jaskrawym świetle słonecznym biel domów aż oślepiała, ale słońce nie
grzało zbyt mocno. Olivia, w kaszmirowym płaszczu koloru gołębiej
szarości, czapce ze sztucznego futra, spod której spływały na jej plecy
kręcone blond włosy, i w czerwonym szalu z końcami wsuniętymi pod poły
płaszcza, prezentowała się elegancko, ale w zdecydowanie w wielkomiejskim stylu, gdy szła główną ulicą, stukając obcasami drogich
sztybletów. Tabitha truchtała ochoczo u boku matki. Niewysoka na swój
wiek i drobnej budowy, miała na sobie ubranie wybrane przez matkę; w karmazynowym, wciętym w talii płaszczu, dobranej kolorem czapce z pomponem i szalu wyglądała na stanowczo zbyt wystrojoną jak na osobę
mieszkającą na wsi. Olivia dostrzegała ciekawskie spojrzenia
przechodniów, ale przypisała je małomiasteczkowemu wścibstwu; nowi
przybysze, tacy jak one, zawsze się wyróżniali jak papugi wśród gołębi.
Gdy Olivia otworzyła drzwi sklepu i weszła do środka, zabrzęczał
dzwonek. Wewnątrz było przyjemnie ciepło i pachniało wilgocią. Tabitha
zaczęła wędrówkę między rzędami półek, a Olivia ruszyła prosto do lady,
przy której dwie młode kobiety pochylone nad swoimi smartfonami
przeglądały portale społecznościowe i plotkowały o wczorajszym
wieczorze. Na widok Olivii przerwały rozmowę, niechętnie odkładając
telefony. Od razu ją rozpoznały i ukradkiem wymieniły znaczące
spojrzenia.
-?Dzień dobry -?przywitała się Olivia, postukując palcami w ladę. -?Nie
przypuszczam, że ktokolwiek zainteresował się moim ogłoszeniem, mam
rację?
Dziewczyna o rudych włosach, piegowata, z kolczykiem w nosie, pokręciła
głową.
-?Niestety nie -?odparła, wpatrując się zimnymi niebieskimi oczami w tę
niewiarygodnie elegancką kobietę, równie jej obcą, jak królowa. -?Będzie
pani miała więcej szczęścia, jeżeli spróbuje pani gdzieś dalej stąd.
Olivia westchnęła, usiłując zrozumieć słowa wypowiadane przez dziewczynę
z typowo kornwalijskim przeciąganiem samogłosek.
-?Wiem. Ale naprawdę potrzebuję kogoś tutejszego, najlepiej pary. Ludzi
znających tę okolicę. Jeśli zatrudnię kogoś nie stąd, będzie po prostu
tak, jakby ślepy prowadził niewidomego. -?Zaśmiała się niewesoło.
Druga dziewczyna, która miała sterczące czarne włosy, absurdalnie długie
różowe paznokcie i żuła gumę, uśmiechnęła się do Olivii współczująco.
-?Czy próbowała pani przez internet? -?zapytała z wahaniem, jakby
niepewna, czy ktoś tak szykowny jak Olivia wie, czym jest internet.
-?Wolałam tego nie robić -?odparła Olivia. -?Nie chcę kogoś, kto będzie
u mnie mieszkał.
Dziewczyny wydawały się zaskoczone.
-?W takim dużym domu może pani mieć dziesięć mieszkających par i nawet
ich nie zauważyć -?stwierdziła rudowłosa i zachichotała. Zerknęła na
koleżankę, a dziewczyna żująca gumę też zachichotała.
-?Wiem, że brzmi to niemądrze. -?Olivia też się zaśmiała, ponieważ
zdawała sobie sprawę, jak głupio to zabrzmiało. -?W Londynie
mieszkaliśmy w małym domu i cenimy sobie naszą prywatność.
Żadna z dziewczyn nie była nigdy w Londynie, ale nie wyobrażały sobie,
że określenie "mały dom" oznacza dla Olivii to samo co dla nich. Gapiły
się na nią bezmyślnie. Olivia westchnęła.
-?Co tu robić? -?mruknęła, znów postukując palcami w ladę. Nie miała
pojęcia.
-?Na pani miejscu przekonałabym Elsę Tregoning, żeby została -?podsunęła
dziewczyna żująca gumę. -?Ona zna ten dom.
-?Powiedziała, że zostanie, dopóki nie znajdę kogoś, kto ją zastąpi.
Rudowłosa się skrzywiła.
-?A więc zostanie na jakiś czas -?orzekła. -?Gdybym była na pani
miejscu, nie zaglądałabym darowanemu koniowi w zęby. Może najlepiej
będzie zostawić wszystko tak, jak jest.
Olivia podziękowała dziewczynom, choć nie były zbyt pomocne, i poszła do
kiosku obok, by kupić "The Time" dla Bruce'a. Tabitha przyglądała się
tymczasem słodyczom wystawionym blisko lady. Sprzedawczynie jej nie
zauważyły.
-?Ktoś powinien powiedzieć tej biedaczce, że ten dom jest nawiedzony -
odezwała się cicho rudowłosa.
-?Szybko sama się o tym przekona -?dorzuciła jej koleżanka. -?Daję jej
tydzień.
Tabitha zamarła nad czekoladkami. Patrzyła zdumiona na dwie dziewczyny.
Poczuły na sobie jej spojrzenie i teraz one przyglądały się jej z zaskoczeniem.
-?O, cześć, kochana -?odezwała się rudowłosa, uśmiechając się niepewnie.
-?Chcesz je kupić?
Tabitha pokręciła głową, wymamrotała, że zmieniła zdanie i wyszła
poszukać matki.
W drodze do domu siedziała w samochodzie zamyślona. Patrzyła przez szybę
na uciekający wiejski krajobraz i zastanawiała się, czy dom rzeczywiście
jest nawiedzony. A jeżeli tak, to przez kogo? Może jednak nie wyobraziła
sobie odgłosu szlochania.
-?O czym tak rozmyślasz, skarbie? -?zapytała Olivia, ponieważ zauważyła,
że córka milczy, co jest do niej niepodobne.
-?Myślisz, że ten dom jest nawiedzony? -?odpowiedziała pytaniem Tabitha.
Olivia zaśmiała się nerwowo i trochę za szybko odparła:
-?Oczywiście, że nie. Dlaczego pytasz?
-?Może dlatego nikt nie chce w nim pracować.
-?Cóż, Elsa i Tom nie mają z tym problemu, prawda? Elsa pracuje w tym
domu ponad pięćdziesiąt lat, a Tom w nim dorastał. Elsa stanowczo mnie
zapewniła, że w St Sidwell Manor nie ma duchów.
-?Zapytałaś ją?
-?Owszem.
-?Może skłamała, żebyś przestała się bać.
Olivia zerknęła na córkę i zmarszczyła brwi.
-?Skąd ci to przyszło do głowy?
Tabitha w milczeniu rozważała, czy powiedzieć matce, co podsłuchała w sklepie. Nie chciała jej denerwować, ale z drugiej strony, to mogłoby
wyjaśnić, dlaczego nikt nie odpowiedział na ogłoszenie.
-?Słyszałam, jak te dziewczyny w sklepie mówiły, że ktoś powinien ci
powiedzieć, że dom jest nawiedzony -?odezwała się w końcu.
-?Typowe! -?wykrzyknęła zirytowana Olivia. -?Elsa mówiła, że ludzie
lubią plotkować. Gdy tylko wprowadzisz się do starego domu, zaczynają
się opowieści o duchach. Nic nowego. Nie wierzę w duchy i ty też nie
powinnaś -?dodała stanowczym tonem. -?To śmieszne.
Tabitha zagryzła wargi, odwróciła wzrok i znów zapatrzyła się na wiejski
krajobraz. Nie odzywała się, lecz była coraz bardziej podekscytowana.
Nawiedzony dom! Nie mogło jej się przydarzyć nic bardziej cudownego!
Jechały w milczeniu. Gdy skręciły na podjazd i przejeżdżały pod
platanami, Olivia nabrała nadziei, że ludzi do pielęgnacji ogrodów nie
będzie tak trudno znaleźć jak tych, którzy mieliby zadbać o dom.
*
Tabitha, zainspirowana teraz bardzo realną możliwością tego, że jej nowy
dom jest pełen duchów, postanowiła sama zapytać o to Elsę. Znalazła ją w kuchni, gdzie gospodyni przygotowywała lunch. Przysiadła na stołku i obserwowała starą kobietę, która sprawdzała, czy duszący się na kuchence
gazowej gulasz jagnięcy ma odpowiedni smak. Pachniał tak wybornie, że
dziewczynce zaburczało w brzuchu.
-?Jaka była pani Delaware? -?zapytała.
Elsa odłożyła drewnianą łyżkę i zamyślona popatrzyła na Tabithę. W zielonych oczach dziecka widać było entuzjazm i ciekawość, ale także
jakąś mądrość, jakąś przedwczesną dojrzałość.
-?Była zimną kobietą, skrytą i nietowarzyską -?zaczęła Elsa, chcąc
zaspokoić dziecięcą ciekawość, a jednocześnie poznać tę małą. Tom się
nie ożenił, Elsa nie miała więc wnuków do kochania i rozpieszczania.
Podejrzewała, sądząc ze skupienia i ciekawości widocznych na twarzy
Tabithy, że jest ona raczej wyjątkową istotą. -?Ale kiedy zdobyło się
jej zaufanie, miękła. Była jedynaczką i opiekowała się ojcem do jego
śmierci. Wtedy była już wdową i nie miała dzieci nie dlatego, że się nie
starała. Trzy razy poroniła. To była tragedia, rozumiesz, a ona nigdy
tego nie przebolała, niech Bóg ma ją w opiece. Nigdy nie wyszła ponownie
za mąż, mieszkała tutaj całkiem sama i chodziła po pustym domu.
-?Ale miała ciebie -?przypomniała Tabitha.
-?Miała, rzeczywiście. -?Elsa westchnęła i odeszła od kuchenki. -?Miała
mnie i Toma. Bardzo ją lubiłam. W pewien sposób była dla mnie jak matka.
Gdy przyszłam tu pracować, byłam jeszcze dziewczynką.
-?Czy miałaś męża, Elso?
-?Miałam, ale niedługo. Został zabrany.
-?Przez kogo?
Elsa się zaśmiała.
-?Pana Boga. Mój Gerren umarł po krótkiej chorobie, bo Bóg uznał za
stosowne zabrać go do siebie. -?Elsa posmutniała. -?Nie zaznaliśmy dużo
szczęścia w tym domu. Ale teraz, gdy tu jesteście, wszystko się zmieni.
To będzie szczęśliwy dom.
-?Gerren to zabawne imię -?orzekła Tabitha.
-?Kornwalijskie.
-?Jest ładne -?dodała Tabitha, nie chcąc wydać się niegrzeczna. -?Czy
pani Delaware jest pochowana w kaplicy?
-?Nie, jej prochy zostały rozsypane. Ja też chyba chciałabym zostać
rozsypana w jakimś spokojnym miejscu nad morzem.
-?Dlaczego pani Delaware nie dbała o ogrody?
-?Nie miała na to pieniędzy. Ten duży, stary dom pożera pieniądze, twoi
rodzice się o tym przekonają, Boże dopomóż im. -?Elsa zamieszała w garnku. -?Pani Delaware nie robiła nic w ogrodach od czasu, gdy
odziedziczyła dom po ojcu, ponieważ lubiła je po prostu takie, jakie
były. Ja też właśnie takie je lubię. My, starsi, nie lubimy zmian.
-?Jeśli tata jest krewnym pani Delaware -?ciągnęła Tabitha -?to musi być
Pengowerem, mam rację?
-?Och, tak będzie -?odparła Elsa z pewnością w głosie, która zaskoczyła
Tabithę. -?Dla pani Delaware było ważne, żeby dom pozostał w rodzinie, a ona sama nie miała dzieci. Pengowerowie zbudowali ten dom za czasów
królowej Elżbiety Pierwszej. Dziwnie jest mieszkać w takim domu, co?
Założę się, że nigdy wcześniej nie postawiłaś stopy w tak starym domu.
Tabitha nie rozmyślała o domu, lecz o Pengowerach.
-?Tata mówi, że nie ma drzewa genealogicznego -?powiedziała powoli. -?I mówi, że w jego rodzinie nie ma niczego interesującego.
-?Gdzieś tu prawdopodobnie jest historia rodziny Pengowerów. Pani
Delaware bardzo interesowała się genealogią.
-?Co to jest?
-?Drzewa rodzin.
-?Dlaczego się interesowała?
-?Bo Pengowerowie byli kiedyś dużą i potężną rodziną. Była z tego dumna.
W gruncie rzeczy ten dom był jedyną rzeczą, z której była dumna. Był dla
niej wszystkim. Biedaczka nic innego nie miała. Ale się zestarzała i pozwoliła, by dom zaczął popadać w ruinę. W pewien sposób sama też
doprowadziła się do ruiny, bo coraz bardziej i bardziej unikała ludzi. -
Spojrzenie Elsy nagle zrobiło się nieobecne. -?Dom był kiedyś piękny,
ale smutny. Zawsze był smutny. Gdy byłam dziewczynką...
-?Czy są tu duchy? -?przerwała jej Tabitha.
Elsa zamrugała i wrzuciła łyżkę do zlewu.
-?Nie zajmuj się duchami -?rzuciła lekceważącym tonem.
-?Ale słyszałam, jak panie w sklepie mówiły, że ten dom jest nawiedzony.
-?Bajki i tyle. Bajki. Ludzie uwielbiają myśleć o najgorszym.
-?Ja myślę, że jest nawiedzony. Zeszłej nocy słyszałam czyjś płacz -
oznajmiła nagle Tabitha.
-?To po prostu wiatr. -?Elsa pochyliła się z jękiem i otworzyła
drzwiczki piekarnika, by sprawdzić, jak pieką się ziemniaki.
-?To samo mówił Zach.
-?Rozsądny chłopiec. Wy, ludzie z Londynu, nie jesteście przyzwyczajeni
do wichrów znad morza.
-?Wierzysz w duchy, Elso?
Elsa wyprostowała się z trudem i krzywiąc się, położyła rękę na krzyżu.
-?Nie -?odparła szybko. -?Gdy ktoś odchodzi, to odchodzi i nie wraca.
-?Boisz się śmierci?
Elsa zmarszczyła brwi. To dziecko z pewnością jest niezwykłe.
-?Dziwne pytanie -?powiedziała.
-?Ja się nie boję.
-?I nie powinnaś. Jesteś młoda. Masz przed sobą długie życie. A ja
skończę w przyszłym roku siedemdziesiąt lat.
-?Dużo -?przyznała Tabitha.
-?Masz rację, moja kochana. Czasami czuję w kościach każdy rok z tych
siedemdziesięciu lat. -?Elsa zachichotała i zajęła się gulaszem. -?Lunch
będzie za dziesięć minut. Może pójdziesz i powiesz o tym bratu.
Tej nocy Tabitha leżała w łóżku, czekając na odgłos płaczu. Noc znów
była wietrzna, okno stukotało, lecz zawodzenie wiatru świszczącego wokół
kominów bardzo się różniło od płaczu, który Tabitha z całą pewnością
słyszała poprzedniej nocy. Wpatrywała się w daszek baldachimu. Migotliwe
światło księżyca przesączało się przez szpary w zasłonach, na drewnianym
daszku było więc dobrze widać malowane wyblakłą już farbą róże i dwa
ptaki. Tabitha zastanawiała się, kto wcześniej spał w tym łóżku. Może
sama królowa Elżbieta Pierwsza? Materac był miękki, Tabitha układała się
na nim z przyjemnością. Jej londyńskie łóżko było bez porównania mniej
wygodne i nie tak duże. Czujnie nasłuchiwała, rejestrując każde
skrzypnięcie czy skrobanie oraz hałas robiony przez myszy buszujące pod
podłogą, lecz cichy odgłos płaczu się nie powtórzył. W końcu odpłynęła,
uśpiona przez wiatr i zmęczenie, ale niedługo później obudził ją dźwięk,
którego wyczekiwała.
Leżała bez ruchu i słuchała. Bez wątpienia ktoś szlochał, kobieta albo
dziecko, sądząc z miękkiej i pełnej smutku tonacji. Tabitha zapragnęła
pocieszyć tego kogoś. Nie mogła znieść, że leży w łóżku, podczas gdy ta
biedna istota płacze tak rozpaczliwie. Ostatecznie po dyskusji z samą
sobą, rozdarta między zdenerwowaniem a ciekawością, wstała z łóżka. W pokoju było zimno. Sięgnęła po szlafrok wiszący na haczyku na drzwiach,
wsunęła stopy w kaszmirowych skarpetkach w kapcie z baraniej skóry.
Przekręciła mosiężną gałkę i otworzyła skrzypiące drzwi.
Płacz nie ucichł, stał się trochę głośniejszy.
Tabitha wyszła na korytarz. Zadrżała, ponieważ było tu zimniej niż w jej
pokoju. Nagle zaskoczył ją widok jakiejś postaci wyłaniającej się z ciemności. Zaparło jej dech, ale był to tylko jej brat.
-?Co, u diabła... -?szepnęła rozgniewana.
Zach położył palec na ustach, by ją uciszyć. Oczy mu błyszczały w świetle księżyca wpadającym przez małe okno; Tabitha zobaczyła w nich
strach. Ona się nie bała, przeciwnie, czuła swego rodzaju satysfakcję,
ponieważ Zach nie wyszedłby zobaczyć, co się dzieje, gdyby nadal
wierzył, że ten płacz to tylko wycie wiatru.
Ośmielony obecnością siostry Zach ruszył na palcach przed siebie w stronę, skąd dochodził płacz. Miał nadzieję, że się okaże, iż płacze
Elsa, więc będzie mógł wrócić do łóżka i już się nie przejmować, że dom
jest nawiedzony. Tabitha nie miała wątpliwości, że to duch. Nie brała
pod uwagę, że mogła być to Elsa. Byłaby bardzo rozczarowana, gdyby
odkryła, że płacze żywy człowiek.
Siostra i brat szli dalej, a płacz stawał się coraz głośniejszy. Na
końcu korytarza znajdował się zakręt w kształcie litery L. Z wysokiego
okna padała na podłogę siatka srebrzystych kwadracików. Skręcili za róg
i stanęli przed dużymi drewnianymi drzwiami. To zza nich dochodził
płacz. Zach się cofnął, ponieważ barwa głosu uświadomiła mu od razu, że
to nie może być Elsa, a poza tym pokoje Tregoningów znajdowały się w innej części domu, w skrzydle kuchennym.
Tabitha wyminęła brata i położyła dłoń na gałce u drzwi. Wzięła oddech i zbierając całą swoją odwagę, przekręciła gałkę.
Słyszeli niewiele więcej niż bicie własnych serc. A gdy Tabitha zapaliła
światło, zobaczyli tylko pustą sypialnię. Płacz ucichł. Stali i nasłuchiwali, obiegając wzrokiem wysokie metalowe łóżko, mahoniową
komodę i szafę, ławeczkę przy oknie i małe szybki, przez które wpadało
światło księżyca. W pokoju panowało lodowate zimno i unosił się
nieświeży zapach miejsca, w którym od dawna nie otwierano okna -?zapach
opuszczenia.
-?Nikogo tu nie ma -?Zach z ulgą stwierdził rzecz oczywistą.
-?Ktoś był -?powiedziała Tabitha, która wyczuła niedobrą energię, obecną
mimo jasno świecącej gołej żarówki. Ten, kto nawiedzał ten pokój, mógł
zniknąć, ale zostawił ślad własnych emocji. Tabitha wyraźnie to czuła.
-?Cóż, nikogo tu nie było, chyba że wyskoczył przez okno albo przeniknął
przez ścianę. Płacz musiał dochodzić z innego pokoju. -?Zach
zachichotał. Dźwięk własnego głosu rozwiał jego strach, a jemu znów
zrobiło się głupio, że tak się bał. -?Może to był kot -?dodał. -?Kot
mógł być w domu albo za oknem. Po prostu się wygłupiliśmy.
Tabitha wyzywająco podniosła głowę.
-?To był duch -?oznajmiła stanowczo. Zach już miał zaprzeczyć, ale tego
nie zrobił. -?Podsłuchałam, jak panie w sklepie mówiły, że to miejsce
jest nawiedzone i dlatego nikt nie chce tu pracować -?ciągnęła Tabitha
teatralnym szeptem. -?Powiedziałem mamie, a ona stwierdziła, że to
bzdury. Ale moim zdaniem ten dom jest nawiedzony. Czuję to.
-?Ty po prostu chcesz, żeby był nawiedzony.
Tabitha wzruszyła ramionami.
-?Nie mam nic przeciwko temu. -?Zmrużyła oczy. -?Ona tu była, wiem to.
Czuję to. Ona zostawiła za sobą swoje nieszczęście.
Zach zadrżał.
-?Chodźmy stąd -?rzucił, ruszając do drzwi.
-?Nie musisz się bać -?zapewniła Tabitha, idąc korytarzem za bratem. -
Nie przypuszczam, że to jakiś okropny duch, on jest po prostu smutny.
-?Ja się nie boję -?oznajmił Zach. -?Przecież przyszedłem zobaczyć, co
się dzieje, prawda?
Tabitha zachichotała.
-?Jesteś blady jak ściana.
-?Ty też.
-?Nie, nie jestem.
-?Tak, jesteś.
Szli korytarzem, nie dbając o to, że podłoga trzeszczy. Jeżeli w tym
domu był duch, niewykluczone, że hałas go wystraszył. Zach miał ochotę
poprosić siostrę, by spała w jego pokoju, ale nie chciał wydać się jej
godny politowania.
-?Może wolałabyś nie spać sama? -?zapytał w nadziei, że Tabitha
skorzysta z okazji dzielenia z nim sypialni.
-?Nie boję się -?odparła chłodno. -?Ale możesz przyjść do mnie i spać w moim łóżku, jeśli chcesz. Zmieści się w nim z dziesięć osób!
Zach wydawał się oburzony.
-?Jeszcze czego. -?Zaśmiał się. -?Okaże się, że Tregoningowie mają kota
i wtedy dopiero poczujemy się naprawdę głupio.
-?Rób, co chcesz -?powiedziała Tabitha, otwierając drzwi do swojego
pokoju, i weszła do środka. -?Sprawdź łóżko, zanim się położysz. Pod
podłogą jest dużo tłustych szczurów, a one uwielbiają ciepłe stopy! -
Roześmiała się i zamknęła za sobą drzwi.
Gdy wsuwała się pod kołdrę, znów usłyszała daleki odgłos płaczu.
Nasłuchiwała. To nie wiatr ani kot, ani oczywiście szczur. To był płacz
kobiety, pełen smutku płacz zrozpaczonej kobiety.
W sypialni małżeńskiej Olivia zwinęła się w kłębek przy głośno
chrapiącym mężu, który wypił zbyt dużo czerwonego wina do kolacji. Znów
słyszała ten sam odgłos. Wiatr czy nie, brzmiało to jak płacz. Nie
wiedziała, czy kiedykolwiek się do niego przyzwyczai. Ten dźwięk
poruszał w niej to, co pierwotne, pobudzał instynkt macierzyński i sprawiał jej ból. Zacisnęła powieki i próbowała skupić się na chrapaniu
Bruce'a, lecz żałosne łkanie nie ustawało.
Następnego dnia Bruce pojechał z Zachem do St Sidwell, by kupić choinkę,
a Olivia przeszukiwała półki w bibliotece, chcąc znaleźć coś o historii
domu. Dotychczas ani Zach, ani Bruce niczego nie zdołali znaleźć. Odkąd
Bruce odziedziczył St Sidwell Manor, jej rodzina przesadnie interesowała
się powiązaniem jej męża z panią Delaware. Nie mogli zrozumieć, dlaczego
ktoś, o kim Bruce nigdy nie słyszał, zapisał mu w spadku rezydencję.
Olivia musiała dowiedzieć się jak najwięcej o domu, bo inaczej uznano
by, że lekceważy rodzinę. Kto dziedziczy stary dom i nie zadaje sobie
trudu, by poznać jego historię?
Problem polegał na tym, że do tej pory ani Bruce, ani Olivia nie mieli
czasu ani chęci, by prowadzić poszukiwania. Olivia była zajęta
ilustrowaniem książki dla dzieci, której autorka była pedantką i w dążeniu do doskonałości nieskończoną ilość razy odsyłała rysunki. W dodatku Olivia zarządzała pracami budowlanymi w rezydencji i zajmowała
się dziećmi, co pozostawiało jej mało czasu na cokolwiek innego. Bruce
poświęcił sprawie domu niewiele uwagi; ustalił, kto i kiedy go
wybudował, i niczego więcej się nie dowiedział.
Teraz Olivia stała w bibliotece, otoczona niezliczonymi półkami pięknie
oprawionych starych książek, za które z pewnością otrzymałaby fortunę,
gdyby skontaktowała się z którymś z londyńskich antykwariuszy. Sam pokój
był wspaniały. Przy ścianach od podłogi do belkowanego sufitu stały
półki z książkami, na mocno zbrązowiałej ze starości dębowej podłodze
leżały dywany, pośrodku stał stół zarzucony ciężkimi tomami. W jednym
końcu pokoju było wysokie, wieloskrzydłowe okno z uroczą ławeczką w niszy; pośrodku jednej ze ścian znajdował się marmurowy kominek, a nad
nim wisiał portret mężczyzny w białej peruce, białych pończochach i szkarłatnym płaszczu podbitym futrem gronostaja. Gdy Olivia po raz
pierwszy oglądała rezydencję, na gzymsie kominka stał cenny francuski
zegar, antyk, lecz podobnie jak wiele innych skarbów musiał zostać
sprzedany na aukcji, ponieważ trzeba było zapłacić podatek od spadku.
Olivia postanowiła zacząć od końca pokoju i przeglądać półkę po półce.
Podczas gdy jej matka szukała w bibliotece informacji o historii
rodziny, kichając raz po raz z powodu kurzu, Tabitha wyruszyła na
wyprawę badawczą po domu. Nie widziała jeszcze dużej jego części, a przede wszystkim poddasza. Wiedziała, że matka odseparowała je od reszty
domu, polecając wstawić drzwi, ponieważ podsłuchała jej dyskusję
telefoniczną z budowlańcem. Matka przekonała też do swojej decyzji ojca,
który chciał początkowo przeznaczyć poddasze dla córki i jej brata, a także dla wielu przyjaciół obojga, których mogliby zapraszać w gości w czasie wakacji. Wchodzenie na poddasze nie zostało zabronione, po prostu
się o tym nie mówiło i dlatego Tabitha tym bardziej chciała się tam
rozejrzeć; nie ma nic bardziej ekscytującego niż sekretne piętro
oddzielone od reszty domu zamkniętym drzwiami.
Okazało się, że drzwi wcale nie były zamknięte, nie uczyniło to jednak
wyprawy mniej emocjonującą. Gdy tylko Tabitha zaczęła się wspinać
wąskimi schodami, których wszystkie stopnie były przez stulecia
wycierane pośrodku przez wchodzących i schodzących, poczuła dziwne
zimno. Było inne niż zimno panujące w reszcie domu, oblepiające i wilgotne. Zapach też był inny, być może z powodu martwych myszy
rozkładających się pod podłogą. Tabitha nie miała pewności. Po raz
kolejny poczuła, że jest obserwowana, że jakieś oczy wszędzie za nią
podążają, że wszystkie ściany mają oczy.
U szczytu schodów zaczynał się wąski, dość ciemny korytarz z rzędem
drzwi do sypialni. Tabitha rozejrzała się za kontaktem elektrycznym, ale
nie znalazła żadnego. Rzeczywiście, po dokładniejszych oględzinach
odkryła, że w ogóle nie było tam światła elektrycznego. Z rogów, gdzie
ściany stykały się z sufitem, zwisały zapomniane stare pajęczyny, na
białych ścianach widniały brązowe plamy wilgoci.
Tabitha wiedziała, że kiedyś sypiali tu służący, pokoje były skromne,
stały w nich żelazne łóżka, z wyglądu niezbyt wygodne. Zniknęły,
oczywiście, koce i prześcieradła, zostały tylko pasiaste cienkie
materace, zbyt powgniatane, by dobrze się na nich spało. Pokoje były
niskie, ponieważ poddasze zbudowano pod okapami; aby bezpiecznie przejść
korytarzem, dorosłe osoby musiały się pochylić. Tabitha była nieduża,
mogła więc chodzić z wysoko poniesioną głową, ale Zach nie byłby w stanie tego zrobić, podobnie jak ich rodzice.
Wędrowała od pokoju do pokoju, wyobrażając sobie, jak wyglądało życie
służących, którzy w nich mieszkali. Powietrze było zatęchłe i nieprzyjemne, panowała przerażająca cisza. Nagle dał się słyszeć odgłos
szurania nogami. Tabitha zatrzymała się i nadstawiła uszu. Nasłuchiwała.
Dźwięk dochodził z pokoju na końcu korytarza. Łomotanie i dziwny
przytłumiony odgłos. Serce zaczęło łomotać w jej piersi, a mimo to
dziewczynka nie odwróciła się i nie uciekła. Była całkowicie gotowa
zobaczyć ducha -?duchy były przecież istotami bezcielesnymi, więc nie
mogły jej skrzywdzić. Pomyślała o Elsie i dotarło do niej, że gospodyni
nie powiedziała jej prawdy. Ten dom był nawiedzony. Ale dlaczego Elsa
kłamała?
Tabitha powoli zbliżała się do drzwi. Hałas za nimi stawał się
głośniejszy. Wzięła głęboki oddech i przez chwilę trzymała dłoń na
mosiężnej gałce. Miała nadzieję, że gdy tym razem otworzy drzwi, duch
nadal tam będzie. Cicho przekręciła gałkę. Z pokoju znów doszedł łomot.
Otworzyła drzwi, drżąc, wstrzymała oddech i cofnęła się o krok, jakby
się spodziewała, że cokolwiek było w środku, nagle się na nią rzuci.
Ku jej rozczarowaniu nie był to wcale duch, lecz duża wrona, która
trzepocząc skrzydłami, latała po pokoju i próbowała wydostać się na
zewnątrz. Wystarczył rzut oka na wybitą szybę w oknie i Tabitha już
wiedziała, jak ptakowi udało się tu wlecieć. Szybko otworzyła okno, a potem równie szybko zamknęła za sobą drzwi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki