Przedmowa
PRZEDMOWA
W roku 2014 w "State of Sanderson" ogłosiłem, że spędziłem drugą połowę
tego roku, pisząc Cienie tożsamości, ale musiałem też do czegoś się
przyznać. Napisałem również kolejny tom.
Zanim zaczniecie pokazywać mnie palcem i nazywać robotem, miałem
naprawdę dobry powód. Widzicie, miałem ogromne problemy z powrotem do
Cieni tożsamości. Napisałem pierwszą jedną trzecią w roku 2012, między
kolejnymi redakcjami Pamięci Światłości. Czasami jednak bardzo trudno
mi wrócić do książki z serii po długiej przerwie.
I tak oto powrót do Cieni tożsamości dwa lata później był powolnym
procesem i odkryłem, że o wiele łatwiej pisze mi się kolejny tom -
Żałobne opaski - co pomaga mi przypomnieć sobie świat i bohaterów.
Kiedy to zrobiłem, mogłem wrócić do Cieni tożsamości i skończyć je.
Co zabawne, stworzenie tych dwóch książek ze świata Z Mgły Zrodzonego
w sumie zajęło połowę czasu poświęconego na napisanie jednego z tomów
Burzowego Światła. Możecie teraz zacząć sobie żartować, że piszę w tajemnicy dodatkowe książki, kiedy nikt nie patrzy.
Kiedy Cienie ukazały się rok później, w wywiadach dziennikarze pytali
mnie o to samo, o co pytają mnie za każdym razem, kiedy wydaję książkę -
o czym ona jest? Spodziewając się tego pytania, sam je sobie zadałem. O czym są Cienie tożsamości?
Odpowiedź jest skomplikowana.
Od początku chciałem, by Z Mgły Zrodzony był dłuższą serią, ukazującą
Allomancję w różnych okresach. Pierwotnie miały to być trzy trylogie,
każda opisująca inną epokę w historii Scadrialu - preindustrialną,
nowoczesną i kosmiczną. Szybko jednak się zorientowałem, że chcę pisać
historie między tymi trylogiami i tak zrodziły się książki z cyklu Wax
i Wayne (początek XX wieku). To przyjemna, szybka lektura - która
zapowiada pewne bardzo, ale to bardzo wielkie rzeczy nadchodzące w świecie Z Mgły Zrodzonego.
Ta druga epoka Z Mgły Zrodzonego zaczyna się od Stopu prawa i proponuję, żebyście zaczęli od niego, jeśli jeszcze go nie
przeczytaliście. Obok oryginalnej trylogii jest to kolejny punkt, w którym można wejść do świata Z Mgły Zrodzonego, ale pierwotnie nie był
to początek drugiej trylogii. Dzieje się kilkaset lat po wydarzeniach
Bohatera Wieków i była to moja próba zobaczenia, jak to jest żyć w świecie, w którym pierwotne dzieło jest podstawą mitów i legend.
Kiedy skończyłem Stop prawa, uznałem, że chcę kontynuować książki z cyklu Wax i Wayne jako przeciwwagę dla Burzowego Światła, coś
bardziej dynamicznego i skupionego. Dlatego usiadłem i stworzyłem
konspekt trylogii z tymi samymi bohaterami - która zaczyna się od Cieni
tożsamości.
Stop prawa był właściwie szczęśliwym przypadkiem. Następująca po nim
trylogia miała być bardziej zamierzona - sposób, by utrzymać
zainteresowanie czytelników światem Z Mgły Zrodzonego, kiedy
pracowałem nad obszerną serią Burzowego Światła.
Cienie tożsamości łączą się bezpośrednio ze Stopem prawa, ale są
staranniej zaplanowane, jeśli chodzi o to, dokąd prowadzą bohaterów, i wyraźnie stanowią część trylogii. Żałobne opaski, drugi tom cyklu,
wyszedł zaledwie kilka miesięcy po Cieniach, a ostatnia książka,
Zaginiony metal, właśnie się ukazała, dopełniając Drugą Erę Z Mgły
Zrodzonego.
Wracając więc do pytania, które postawiłem na początku tej przedmowy,
czym są Cienie tożsamości? To kontynuacja przygód dwóch Allomantów z Dziczy, którzy dają się wciągnąć w świat polityki i zbrodni w wielkim
mieście. To tak, jakby Clint Eastwood był magicznym rewolwerowcem i grał
w wersji CSI dziejącej się w Nowym Jorku w roku 1910 - wraz z pomocnikiem, Simonem Peggiem grającym lubieżnego byłego złodzieja
kieszonkowego, który umie zatrzymywać czas. A do tego epizody postaci z oryginalnej trylogii Z Mgły Zrodzonego.
Ale przede wszystkim to początek trylogii wewnątrz serii, który
następuje po pojedynczej książce z tymi samymi bohaterami, która z kolei
była sequelem oryginalnej trylogii z innymi bohaterami.
Widzicie, że czasami trudno to wyjaśnić.
Czym więc są Cienie tożsamości? Wieloma różnymi rzeczami, ale
obiecuję, że są niesamowite.
Prolog
Waxillium Ladrian, stróż prawa do wynajęcia, zeskoczył z siodła i odwrócił się w stronę saloonu.
- Ech - powiedział dzieciak, zeskakując z grzbietu własnego konia. - Nie
zaczepiłeś ostrogą o strzemię i nie potknąłeś się.
- To mi się przytrafiło tylko raz - zauważył Waxillium.
- Owszem, ale było bardzo zabawne.
- Zostań przy koniach. - Waxillium rzucił dzieciakowi wodze. - Nie
przywiązuj Niszczycielki. Mogę jej potrzebować.
- Pewnie.
- I niczego nie kradnij.
Dzieciak - pucołowaty siedemnastolatek ze śladami zarostu, wciąż ledwie
widocznymi mimo wielotygodniowych starań - poważnie pokiwał głową.
- Obiecuję, że nie zwinę niczego, co należy do ciebie, Wax.
Waxillium westchnął.
- Powiedziałem coś innego.
- Ale...
- Po prostu zostań przy koniach. I spróbuj z nikim nie rozmawiać.
Mężczyzna pokręcił głową i energicznym krokiem wszedł do saloonu. Powoli
napełniał metalmyśl, zmniejszając ciężar ciała o około dziesięciu
procent. Robił to bardzo często, odkąd w czasie jednej z pierwszych
wypraw zużył cały zmagazynowany ciężar.
Saloon był, rzecz jasna, brudny. Niemal wszystko w Dziczy było
zakurzone, zużyte albo połamane. Spędził w tych okolicach pięć lat i jeszcze się nie przyzwyczaił. Owszem, większość z tych pięciu lat
przeżył, próbując zarabiać na życie jako urzędnik, ale z obawy przed
rozpoznaniem coraz bardziej oddalał się od skupisk ludzkich. Jednak w Dziczy nawet większe miejscowości były brudniejsze niż ich odpowiedniki
w Elendel.
Tutaj zaś, na obrzeżach zamieszkanych terytoriów, "brud" był zbyt
łagodnym określeniem. Mężczyźni, których mijał, siedzieli pochyleni nad
stołami i niemal nie unosili głów. Kolejna cecha Dziczy. Ludzie,
podobnie jak rośliny, byli bardziej kolczaści i trzymali się blisko
ziemi. Nawet wachlarzowate akacje, które potrafiły wyrastać wysoko,
robiły wrażenie twardych i wytrzymałych.
Opierając dłonie na biodrach, rozejrzał się po sali. Miał nadzieję, że
przyciągnie uwagę. Nie udało mu się, co go zaniepokoiło. Po cóż wkładać
elegancki miejski garnitur z lawendowym fularem, skoro i tak nikt nie
zwrócił na niego uwagi? Przynajmniej się nie podśmiewali, jak w ostatnim
saloonie.
Nie zdejmując dłoni z pistoletu, Waxillium podszedł powoli do baru.
Barman był wysokim mężczyzną, którego smukła sylwetka sugerowała, że w jego żyłach płynie przynajmniej odrobina terrisańskiej krwi.
Wyrafinowani krewniacy bosmana w Kotlinie byliby jednak przerażeni,
widząc, jak w jednej dłoni trzyma na wpół obgryzione tłuste kurze udko,
a drugą podaje kufel. Waxillium próbował nie czuć obrzydzenia -
miejscowe podejście do higieny było kolejną rzeczą, do której jeszcze
się nie przyzwyczaił. Tutaj za pedantycznych uchodzili ci, którzy
pamiętali, żeby wytrzeć ręce o spodnie po dłubaniu w nosie, zanim podali
komuś rękę.
Waxillium czekał. I czekał. Wreszcie odchrząknął. Barman w końcu do
niego podszedł.
- No?
- Szukam kogoś - mruknął Waxillium. - Nazywają go Granitowy Joe.
- Nie znam - odparł barman.
- Nie... Jest najsłynniejszym wyjętym spod prawa w tych okolicach.
- Nie znam go.
- Ale...
- Bezpieczniej nie znać ludzi takich jak Joe. - Barman odgryzł kolejny
kęs z kurzego udka. - Ale mam przyjaciela.
- Zaskakujące.
Barman spiorunował go wzrokiem.
- Przepraszam. Mów dalej.
- Mój przyjaciel może zechce znać ludzi, których inni nie chcą znać.
Dotarcie do niego zajmie trochę czasu. Zapłacisz?
- Jestem stróżem prawa. W imię sprawiedliwości zrobię wszystko, co
będzie konieczne.
Barman zamrugał. Powoli, z rozmysłem, jakby wymagało to świadomego
wysiłku.
- Czyli... zapłacisz?
- Tak, zapłacę - odparł z westchnieniem Waxillium.
W duchu odliczał, ile już wydał podczas polowania na Granitowego Joe.
Nie mógł znów popaść w długi. Niszczycielka potrzebowała nowego siodła,
a on sam w tych okolicach koszmarnie szybko zużywał garnitury.
- Dobrze - powiedział barman i wezwał go gestem.
Razem przeszli przez salę, okrążając stoliki. Pod filarem, między dwoma
stołami, kurzyło się pianino. Nie wyglądało na to, by ktoś ostatnio na
nim grał, za to na klapie ustawiono rząd brudnych kufli. Obok schodów
znajdowało się wejście do niewielkiego zatęchłego pokoju.
- Czekaj - powiedział barman, zamknął drzwi i wyszedł.
Waxillium założył ręce na piersi i przyjrzał się uważnie jedynemu
krzesłu. Biała farba łuszczyła się i odpadała - gdyby usiadł, bez
wątpienia przykleiłaby mu się do spodni.
Czuł się coraz swobodniej w otoczeniu mieszkańców Dziczy, nawet jeśli
nie przyzwyczaił się jeszcze do ich nawyków. Przez kilka miesięcy
polowania na wyjętych spod prawa zrozumiał, że wśród mieszkańców tych
okolic byli również dobrzy mężczyźni i kobiety. Wszyscy jednak
charakteryzowali się tym upartym fatalizmem. Nie ufali władzom i często
unikali stróżów prawa, nawet jeśli oznaczało to pozwolenie komuś takiemu
jak Granitowy Joe na dalsze rabowanie i plądrowanie. Bez nagród
wyznaczonych przez koleje i kompanie górnicze nic by się nigdy...
Okno zaczęło się trząść. Waxillium znieruchomiał, a po chwili złapał
broń i spalił stal. Metal sprawił, że wypełniło go ciepło, jakby wypił
coś zbyt gorącego. Z jego piersi wystrzeliły błękitne linie wskazujące w stronę najbliższych źródeł metalu, z których kilka znajdowało się tuż za
okiennicami. Inne wskazywały w dół. Ten saloon miał piwnicę, co w Dziczy
nie zdarzało się często.
Mógłby Odepchnąć te linie, gdyby zechciał, odrzucając do tyłu metal, z którym były połączone. Jak na razie tylko się przyglądał. Między
skrzydłami okiennymi pojawił się niewielki pręt, po czym uniósł się,
jednocześnie podnosząc zasuwę. Okno otworzyło się z trzaskiem.
Do środka wskoczyła młoda kobieta w ciemnych spodniach, w ręku trzymała
strzelbę. Była szczupła, miała kwadratową twarz, a w zębach przygryzała
niezapalone cygaro. Waxillium poczuł, że skądś ją zna. Wyprostowała się,
wyraźnie zadowolona, i odwróciła się, by zamknąć okno. Wtedy go
zauważyła.
- A niech to piekło pochłonie! - zaklęła.
Cofnęła się gwałtownie, upuściła cygaro i uniosła strzelbę.
Waxillium uniósł własną broń i przygotował Allomancję, żałując, że nie
znalazł jeszcze sposobu, by ochronić się przed kulami. Owszem, umiał
Odpychać metal, ale nie był dość szybki, by powstrzymać ogień z broni
palnej, chyba że udało mu się Odepchnąć sam pistolet, zanim jego
właściciel pociągnął za spust.
- Ej - odezwała się kobieta, zerkając na niego ponad muszką. - Czy ty
nie jesteś tym facetem? Tym, który zabił Czarnego Pereta?
- Waxillium Ladrian - powiedział. - Stróż prawa do wynajęcia.
- Chyba żartujesz. Tak się przedstawiasz?
- Pewnie. A czemu nie?
Nie odpowiedziała, jedynie przyglądała mu się przez kilka chwil.
- Fular? - powiedziała w końcu. - Serio?
- To moje coś. Dżentelmen-łowca nagród.
- A po co w ogóle łowcy nagród to coś?
- Ważne, by mieć reputację - odparł Waxillium, unosząc brodę. - Wyjęci
spod prawa ją mają, o takich ludziach jak Granitowy Joe wiedzą wszyscy w całej Dziczy. Dlaczego ja nie miałbym postępować tak samo?
- Ponieważ równie dobrze mógłbyś wymalować sobie tarczę strzelniczą na
głowie.
- Warto. Ale skoro mowa o tarczach... - Machnął pistoletem, po czym skinął
w stronę jej strzelby.
- Chcesz zdobyć nagrodę za głowę Joe - powiedziała.
- Pewnie. A ty?
Skinęła głową.
- Dzielimy się? - spytał Waxillium.
Westchnęła i opuściła broń.
- W porządku. Ale ten, kto go zastrzeli, dostaje dwa razy więcej.
- Zamierzałem pojmać go żywego...
- Doskonale. Będę miała większą szansę, żeby strzelić do niego jako
pierwsza. - Uśmiechnęła się szeroko i przesunęła w stronę drzwi. -
Nazywam się Lessie. Granitowy jest tu gdzieś w okolicy? Widziałeś go?
- Nie. - Waxillium dołączył do niej przy drzwiach. - Spytałem barmana, a on przyprowadził mnie tutaj.
Odwróciła się do niego.
- Spytałeś barmana.
- Pewnie. Czytałem historie. Barmani wiedzą wszystko i... Dlaczego kręcisz
głową?
- Wszyscy w tym saloonie siedzą w kieszeni u Joego, panie Fular. Niech
to piekło, pół tego miasteczka siedzi mu w kieszeni. A ty spytałeś
barmana?
- Chyba już to ustaliliśmy.
- Na rdzę! - Uchyliła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. - Jak, na
Zniszczenie, udało ci się pokonać Czarnego Pereta?
- Z pewnością nie jest tak źle. Wszyscy w barze nie mogą...
Umilkł, wyglądając przez szparę w drzwiach. Wysoki barman po nikogo nie
pobiegł. Stał za barem, wskazywał w stronę bocznego pokoiku i zachęcał
zgromadzonych oprychów i rzezimieszków, żeby wstali i się uzbroili. Nie
sprawiali wrażenia zdecydowania, niektórzy gestykulowali gniewnie, ale
więcej niż kilku wyciągnęło broń.
- A niech to - mruknęła Lessie.
- Wychodzimy tak, jak weszłaś? - spytał Waxillium.
W odpowiedzi zamknęła ostrożnie drzwi, po czym odepchnęła go na bok i prześlizgnęła się w stronę okna. Chwyciła za parapet, zamierzając wyjść
na zewnątrz, ale w pobliżu rozległ się wystrzał, a z parapetu poleciały
drzazgi.
Lessie zaklęła i opadła na podłogę. Waxillium skulił się obok niej.
- Strzelec wyborowy! - syknął.
- Zawsze jesteś taki spostrzegawczy, panie Fular?
- Nie, tylko kiedy do mnie strzelają. - Wyjrzał ponad krawędzią
parapetu, ale w pobliżu było kilkanaście miejsc, w których mógł się
ukrywać strzelec wyborowy. - Mamy problem.
- I znów ta ogromna przenikliwość.
Lessie przeczołgała się po podłodze w stronę drzwi.
- I to z więcej niż jednego powodu. - Waxillium przeszedł przez pokój na
czworakach. - Jak to możliwe, że strzelec wyborowy zdążył zająć pozycję?
Musieli wiedzieć, że się tu dziś pojawię. Cały ten lokal może być
pułapką.
Lessie zaklęła cicho, kiedy dotarł do drzwi i znów je uchylił. Zbiry
kłóciły się cicho i gestykulowały, wskazując na drzwi.
- Traktują mnie poważnie - stwierdził Waxillium. - Ha! Reputacja działa.
Widzisz to? Boją się.
- Gratulacje. Myślisz, że dadzą mi nagrodę, jeśli cię zastrzelę?
- Musimy dostać się na górę - powiedział, spoglądając na schody
znajdujące się tuż za drzwiami.
- I co to nam da?
- Po pierwsze, wszyscy uzbrojeni ludzie, którzy chcą nas zabić, są tu na
dole. Ja wolałbym być gdzie indziej, a na schodach będzie nam się
łatwiej bronić niż w tym pokoju. Poza tym może uda nam się znaleźć okno
po drugiej stronie budynku i uciec.
- Jasne, jeśli masz ochotę zeskoczyć dwie kondygnacje w dół.
Dla Monetostrzelnego skakanie nie było problemem. Spadając, Waxillium
mógł się Odepchnąć od upuszczonego kawałka metalu, spowolnić upadek i wylądować bezpiecznie. Był również Feruchemikiem i mógł użyć metalmyśli,
by zmniejszyć swój ciężar o wiele bardziej, niż to robił w tej chwili,
tak bardzo, by właściwie unosić się w powietrzu.
Jednakże jego umiejętności nie były szeroko znane, a on wolał, by tak
pozostało. Słyszał opowieści o swoich cudownych ocaleniach i podobała mu
się otaczająca je aura tajemnicy. Oczywiście spekulowano, że jest
Metalicznym, ale dopóki ludzie nie wiedzieli do końca, do czego był
zdolny, miał przewagę.
- Posłuchaj, zamierzam pobiec w stronę schodów - powiedział do kobiety.
- Jeśli chcesz tu zostać i wywalczyć sobie drogę na zewnątrz, proszę
bardzo. Odwrócisz ich uwagę ode mnie.
Popatrzyła na niego i uśmiechnęła się szeroko.
- Dobra. Zrobimy, jak chcesz. Ale jeśli nas postrzelą, stawiasz mi
drinka.
Jest w niej coś znajomego, pomyślał Waxillium. Policzył cicho do trzech,
później wypadł na zewnątrz i wycelował broń w stronę najbliższego
oprycha. Mężczyzna odskoczył, gdy Waxillium strzelił trzy razy i...
spudłował. Jego kule trafiły w pianino, wygrywając fałszywe nuty.
Lessie wypadła zza niego i ruszyła na schody. Zbieranina łotrów z zaskoczeniem uniosła broń. Waxillium cofnął swoją, by nie przeszkadzała
mu w Allomancji, i bardzo delikatne popchnął niebieskie linie łączące go
z mężczyznami w barze. Otworzyli ogień, ale Odpychanie przesunęło lufy
ich broni na tyle, że nie trafili w cel.
Waxillium wbiegł po schodach za Lessie, uciekając przed ostrzałem.
- A niech to piekło pochłonie - powiedziała kobieta, kiedy dotarli do
pierwszego podestu. - Żyjemy.
Popatrzyła na niego. Na jej policzkach malował się rumieniec.
Coś w umyśle mężczyzny zaskoczyło jak zamek.
- Spotkałem cię wcześniej - powiedział.
- Wcale nie. - Odwróciła wzrok. - Zajmijmy się...
- Płaczący Byk! Tancerka!
- Boże Poza - jęknęła i znów ruszyła w górę. - Pamiętasz.
- Wiedziałem, że udajesz. Nawet Rusko nie zatrudniłby tak pozbawionej
gracji dziewczyny, choćby miała bardzo ładne nogi.
- Możemy już wyskoczyć przez okno. Proszę? - rzuciła, rozglądając się po
piętrze w poszukiwaniu zbirów.
- Dlaczego tam byłaś? Polowałaś na nagrodę?
- W pewnym sensie.
- I naprawdę nie wiedziałaś, że zamierzają zmusić cię do...
- Koniec rozmowy.
Znaleźli się na piętrze, gdzie Waxillium zaczekał, aż cień padający na
ścianę zapowie nadejście pościgu. Wystrzelił raz w stronę oprycha, który
pojawił się na schodach, znowu spudłował, ale zmusił go do cofnięcia
się. Słyszał dochodzące z dołu przekleństwa i kłótnie. Wszyscy obecni w saloonie mogli siedzieć w kieszeni u Granitowego Joe, ale nie byli
zbytnio wobec niego lojalni. Pierwsi wchodzący po schodach z pewnością
zostaliby postrzeleni, a żaden nie był gotów na takie ryzyko.
To mogło kupić Waxilliumowi nieco czasu. Lessie weszła do pokoju i minęła puste łóżko, obok którego stała para butów. Otworzyła okno
znajdujące się po przeciwnej stronie budynku niż strzelec wyborowy.
Przed nimi rozciągało się miasteczko Weathering, samotne zbiorowisko
domów i warsztatów, przygiętych do ziemi, jakby czekających - na próżno
- na dzień, kiedy palce kolei sięgną tak daleko. W pewnej odległości za
skromnymi budynkami pasło się kilka żyraf, jedynych zwierząt widocznych
na całej ogromnej równinie.
Pod oknem nie było nic, co spowolniłoby upadek, żadnego daszku, na który
mogliby zejść. Lessie wpatrywała się niepewnie w ziemię. Waxillium
wsunął palce do ust i zagwizdał ostro.
Nic się nie stało.
Znów zagwizdał.
- Co ty wyprawiasz, na piekło?
- Przywołuję swojego konia - wyjaśnił Waxillium i znów zagwizdał. -
Możemy zeskoczyć na jego siodło i odjechać.
Przez chwilę gapiła się na niego.
- Mówisz poważnie.
- Pewnie. Ćwiczyliśmy.
Na ulicy pojawiła się samotna postać, dzieciak, który towarzyszył
Waxilliumowi.
- Wax?! - zawołał. - Niszczycielka po prostu sobie stoi i pije.
- A niech to piekło pochłonie - zaklął Waxillium.
Lessie popatrzyła na niego.
- Nazwałeś swojego konia...
- Jest trochę za spokojna, rozumiesz? - warknął Waxillium i wspiął się
na parapet. - Pomyślałem, że takie imię może ją natchnąć. - Uniósł
dłonie do ust i zawołał do chłopaka: - Wayne! Przyprowadź ją tutaj.
Skaczemy!
- Nie ma mowy - sprzeciwiła się Lessie. - Myślisz, że w siodle jest coś
magicznego, co powstrzyma nas przed złamaniem koniowi grzbietu, kiedy na
niego spadniemy?
Waxillium się zawahał.
- Cóż, czytałem o ludziach, którzy robili coś takiego...
- Jasne, jasne. A może po prostu wyzwiesz Granitowego Joe i zorganizujecie sobie stary dobry pojedynek w samo południe?
- Myślisz, że to by się udało?
- Oczywiście, że nie - warknęła. - Nikt tak nie robi. To głupota. Na
Zniszczenie! Jak ty w ogóle zabiłeś Czarnego Pereta?
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
- No cóż...
- A niech to piekło pochłonie. Złapałeś go w wygódce, prawda?
Waxillium uśmiechnął się szeroko.
- Tak.
- I strzeliłeś mu w plecy?
- Tak odważnie, jak tylko można strzelić komuś w plecy.
- Ha. Jeszcze może być dla ciebie nadzieja.
Skinął w stronę okna.
- Skaczemy?
- Pewnie. A dlaczego mam nie połamać jeszcze obu nóg, nim zostanę
zastrzelona? Równie dobrze możemy pójść na całość, panie Fular.
- Sądzę, że nic nam nie będzie, panno Różowa Podwiązka.
Uniosła brew.
- Skoro ty zwracasz się do mnie przydomkiem związanym z moim ubiorem,
doszedłem do wniosku, że ja mogę zrobić to samo.
- Nigdy więcej go nie użyję. - Odetchnęła głęboko. - I jak?
Skinął głową i rozjarzył metale. Zamierzał trzymać ją mocno i spowolnić
ich oboje w czasie spadania - na tyle, by wydawało się, że przeżyli
jedynie cudem. Wtedy jednak zauważył, że jedna z jego niebieskich linii
się porusza - słaba, ale gruba, wskazująca na drugą stronę ulicy.
Okno w młynie. Promienie słońca odbiły się od czegoś w środku.
Waxillium natychmiast chwycił Lessie i pociągnął ją w dół. Ułamek
sekundy później nad ich głowami przeleciała kula i wbiła się w drzwi po
drugiej stronie pokoju.
- Kolejny strzelec wyborowy - syknęła kobieta.
- Twoja spostrzegawczość...
- Zamknij się. I co teraz?
Waxillium zmarszczył czoło, rozważając pytanie. Spojrzał na otwór po
kuli, oceniając trajektorię. Strzelec wyborowy wycelował zbyt wysoko -
nawet gdyby Waxillium się nie uchylił, pewnie nic by mu się nie stało.
Dlaczego celował tak wysoko? Poruszająca się linia połączona ze strzelbą
sugerowała, że strzelec wyborowy biegł, by zająć pozycję tuż przed
strzałem. Czy po prostu zbyt pośpiesznie wycelował? A może przyczyna
była inna? Żeby zrzucić mnie z nieba? Kiedy wylecę przez okno?
Usłyszał kroki na schodach, ale nie zobaczył niebieskich linii. Zaklął,
podkradł się do drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Po schodach wspinała się
grupa mężczyzn, nie były to jednak zwykłe oprychy z dołu. Ci mężczyźni
nosili obcisłe białe koszule, mieli wąsiki, a w rękach trzymali kusze.
Żaden z nich nie miał na sobie ani kawałka metalu.
Na rdzę! Wiedzieli, że Waxillium jest Monetostrzelnym i Granitowy Joe
przygotował ekipę zabójców.
Cofnął się do pokoju i chwycił Lessie za ramię.
- Twój informator powiedział, że Granitowy Joe jest w tym budynku?
- Tak - odparła. - Z całą pewnością. Woli być w pobliżu, kiedy jego gang
się zbiera. Lubi mieć oko na swoich ludzi.
- Ten budynek ma piwnicę.
- I co z tego?
- Trzymaj się mocno.
Objął ją obiema rękami i rzucił się na ziemię. Kobieta jęknęła, a później zaklęła. Trzymając ją nad sobą, zwiększył swój ciężar.
Po wielu tygodniach powolnego napełniania metalmyśli zgromadził całkiem
spory zapas. Teraz sięgnął po całość, w jednej chwili wielokrotnie
zwiększając swój ciężar. Drewniana podłoga zatrzeszczała, po czym
rozpadła się pod nimi.
Waxillium przebił się na drugą stronę, rozdzierając eleganckie ubranie,
i zaczął spadać, ciągnąc za sobą Lessie. Zacisnąwszy powieki, Odepchnął
się od setek niebieskich linii, które miał za plecami i które prowadziły
do gwoździ wbitych w deski podłogi. Pchnął je gwałtownie w dół, by
roztrzaskały podłogę parteru i otworzyły drogę do piwnicy.
W chmurze pyłu i drzazg przelecieli przez parter. Waxillium z pomocą
Odpychania Stali spowolnił ich upadek, ale i tak uderzyli mocno w stół,
który stał pośrodku piwnicy.
Waxillium jęknął, ale zmusił się, by się obrócić i otrząsnąć z połamanego drewna. Co zadziwiające, piwnica była wyłożona elegancką
drewnianą boazerią i oświetlona lampami w kształcie apetycznych kobiet.
Stół, w który uderzyli, przykrywał drogi biały obrus, obecnie zwinięty w kłębek - siła ich upadku połamała nogi mebla i przechyliła blat. U szczytu stołu siedział mężczyzna o prymitywnych rysach twarzy i szaroniebieskiej skórze - wyraźny znak, że wśród przodków miał kolossów.
Granitowy Joe. Waxillium wycelował w niego. Najwyraźniej przerwał mu
obiad, o czym świadczyła serwetka założona za kołnierz i rozlana zupa na
połamanym stole. Lessie jęknęła, przetoczyła się i strząsnęła drzazgi z ubrania.
Jej strzelba najwyraźniej została na górze. Waxillium mocno trzymał
broń, wpatrując się w dwoje odzianych w długie płaszcze ochroniarzy
stojących za Granitowym Joe - jak słyszał, byli rodzeństwem i doskonałymi strzelcami. Jego upadek najwyraźniej ich zaskoczył, gdyż,
mimo że trzymali dłonie na broni, nie wyciągnęli jej.
Waxillium miał przewagę, bo celował w Joego - ale gdyby rzeczywiście
wystrzelił, brat i siostra w jednej chwili by go zabili. Może jednak nie
przemyślał zbyt dobrze tego ataku.
Joe sięgnął do pozostałości popękanej miski, którą otaczały plamy
czerwonej zupy na obrusie. Udało mu się trochę nabrać na łyżkę, którą
uniósł do ust.
- Ty powinieneś być martwy - powiedział, gdy przełknął.
- Może powinieneś się zastanowić nad zatrudnieniem nowej grupy oprychów
- stwierdził Waxillium. - Ci na górze nie są wiele warci.
- Nie mówiłem o nich - stwierdził Joe. - Od jak dawna tu jesteś, w Dziczy, i sprawiasz kłopoty? Dwa lata?
- Rok.
W Dziczy przebywał dłużej, ale dopiero niedawno zaczął "sprawiać
kłopoty", jak to ujął Joe.
Granitowy Joe zacmokał.
- I myślisz, że jesteś tu czymś nowym, synu? Szeroko otwarte oczy, nisko
opuszczony pas z bronią, błyszczące ostrogi? Przyszedłeś, by skłonić nas
do porzucenia naszych niecywilizowanych zwyczajów. Każdego roku widzimy
dziesiątki takich jak ty. Inni mają dość przyzwoitości, by w końcu dać
się przekupić albo zabić, zanim zbytnio zaszkodzą. Ale nie ty.
Gra na czas, pomyślał Waxillium. Czeka, aż ci z góry zbiegną na dół.
- Rzućcie broń! - powiedział, wciąż celując w Joego. - Rzućcie ją albo
strzelam.
Dwoje ochroniarzy się nie poruszyło. Żadnych linii metalu na tej po
prawej, pomyślał Waxillium. Ani na samym Joem. Ten po lewej miał
pistolet, pewnie wierzył w szybkość swojej ręki przeciwko
Monetostrzelnemu. Waxillium mógł się założyć, że pozostała dwójka miała
w kaburach wymyślne ręczne kusze. Jednostrzałowe, z drewna i kompozytów.
Stworzone, by zabijać Monetostrzelnych.
Nawet z pomocą Allomancji Waxillium nie mógłby zabić całej trójki i nie
zostać postrzelonym. Poczuł, że po skroni spływa mu pot. Kusiło go, żeby
po prostu pociągnąć za spust i strzelić, ale wiedział, że zginie, jeśli
to zrobi. Oni również to wiedzieli. Pat - ale to oni czekali na
wsparcie.
- Nie pasujesz tutaj - stwierdził Joe. Pochylił się i oparł łokcie na
połamanym stole. - Przybyliśmy tu, by uciec przed ludźmi takimi jak ty.
Waszymi zasadami. Waszymi przekonaniami. Nie chcemy was.
- Gdyby to była prawda, ludzie nie przychodziliby do mnie z płaczem, bo
zabiłeś ich synów - powiedział Waxillium, dziwiąc się, jak spokojnie
brzmiał jego głos. - Być może rzeczywiście nie potrzebujecie tu praw
Elendel, ale to nie znaczy, że nie potrzebujecie żadnych praw. I to nie
znaczy, że ludzie tacy jak ty mogą robić, co tylko zechcą.
Granitowy Joe pokręcił głową, wstał i sięgnął do kabury.
- To nie twoje środowisko, synu. Tu każdy ma cenę. Jeśli nie pasuje, to
nie pasuje. Umrzesz, powoli i boleśnie, jak w tym twoim mieście
umierałby lew. To, co robię dzisiaj, jest aktem miłosierdzia.
Joe wyciągnął broń.
Waxillium zareagował szybko, Odpychając się od lamp na ścianie po
prawej. Były solidnie zamocowane, więc jego Allomancja Odepchnęła go w lewo. Przekręcił broń i wystrzelił.
Joe wyciągnął kuszę i wypuścił bełt, ale spudłował - pocisk przeszył
powietrze w miejscu, w którym Waxillium znajdował się jeszcze przed
chwilą. Samemu Waxilliumowi przynajmniej raz udało się trafić - w strażniczkę, która właśnie wyciągała kuszę. Upadła na ziemię, a kiedy
Waxillium uderzył w ścianę, Pchnął - wyrywając pistolet z ręki drugiego
strażnika w chwili, kiedy mężczyzna zaczął strzelać.
Niestety, Odpychanie Waxilliuma wyrwało również broń z jego własnej
ręki. Pistolet przekoziołkował w powietrzu i trafił drugiego ochroniarza
w twarz, powalając go na ziemię.
Waxillium wyprostował się i spojrzał przez pokój na Joego, który wydawał
się zdumiony tym, że obaj jego ochroniarze padli. Waxillium nie miał
czasu na zastanowienie. Ruszył w stronę wielkiego potomka kolossów.
Gdyby udało mu się sięgnąć po jakiś metal, to mógłby go wykorzystać jako
broń...
Za sobą usłyszał trzask broni. Zatrzymał się i obejrzał przez ramię na
Lessie, która celowała w niego z małej ręcznej kuszy.
- Tu każdy ma swoją cenę - powiedział Granitowy Joe.
Waxillium wpatrywał się w obsydianowy grot na końcu bełtu. Gdzie ją
nosiła? Powoli przełknął ślinę.
Znalazła się w niebezpieczeństwie, biegnąc ze mną po schodach! -
pomyślał. Skąd mogła...
Joe wiedział o jego Allomancji. Ona też. Kiedy Lessie zdecydowała się
dołączyć do niego na schodach, wiedziała, że Waxillium potrafi
uniemożliwić oprychom trafienie.
- Nareszcie - powiedział Joe. - Czy masz jakieś wyjaśnienie, dlaczego po
prostu nie zastrzeliłaś go w tamtym pokoju, w którym umieścił go barman?
Nie odpowiedziała, jedynie przyglądała się Waxilliumowi.
- Przecież ostrzegałam cię, że wszyscy w saloonie są ludźmi Joego -
zauważyła.
- Ja... - Waxillium przełknął ślinę. - Nadal uważam, że masz ładne nogi.
Spojrzała mu w oczy. Następnie westchnęła, przekręciła kuszę i postrzeliła Granitowego Joe w szyję.
Waxillium zamrugał, gdy ogromny mężczyzna padł z bulgotem na ziemię.
- To? - Lessie spiorunowała go wzrokiem. - Tylko to wymyśliłeś, żeby
przeciągnąć mnie na swoją stronę? "Masz ładne nogi"? Poważnie? Jesteś
skazany na niepowodzenie, Fular.
Waxillium westchnął z ulgą.
- Och, Harmonio. Myślałem, że mnie zastrzelisz.
- Powinnam - mruknęła. - Nie mogę uwierzyć...
Przerwała, gdy na schodach rozległ się trzask, kiedy banda rzezimieszków
z góry w końcu zebrała odwagę, by zbiec po schodach. Dobre pół tuzina
wpadło do środka z wyciągniętą bronią.
Lessie rzuciła się na ziemię, by chwycić broń powalonego ochroniarza.
Waxillium pomyślał szybko i zrobił to, co przyszło mu najłatwiej.
Przyjął dramatyczną pozę na gruzach, z jedną stopą wyżej, obok trupa
Granitowego Joe i dwóch powalonych strażników. Pył ze zniszczonego
sklepienia wciąż opadał w dół, rozświetlany blaskiem słońca.
Napastnicy się zatrzymali. Spojrzeli na ciało swojego szefa, a później
na Waxilliuma.
W końcu, niczym dzieci przyłapane na włamaniu do spiżarni, by ukraść
ciasteczka, opuścili broń. Ci z przodu próbowali się przebić przez tych
z tyłu, by się wydostać, i w końcu cała hałaśliwa banda wspięła się z powrotem po schodach, pozostawiając osamotnionego barmana. Ten uciekł
jako ostatni.
Waxillium odwrócił się i podał rękę Lessie, która pozwoliła, by pomógł
jej wstać. Odprowadziła wzrokiem uciekających bandytów. Po krótkiej
chwili w budynku zapanowała cisza.
- Ha. Jesteś równie zaskakujący jak osioł, który umie tańczyć, panie
Fular.
- Dobrze jest mieć to coś - zauważył Waxillium.
- Racja. Myślisz, że powinnam sobie to załatwić?
- To coś było jednym z najważniejszych wyborów, jakie podjąłem, kiedy
przybyłem do Dziczy.
Lessie powoli pokiwała głową.
- Nie mam pojęcia, o czym właściwie mówimy, ale brzmi to dość
niegrzecznie.
Spojrzała ponad jego ramieniem na trupa Granitowego Joe, który leżał z otwartymi oczyma w kałuży własnej krwi.
- Dzięki - powiedział Waxillium. - Za to, że mnie nie zamordowałaś.
- E tam. I tak zamierzałam go w końcu zabić i dostać nagrodę za jego
głowę.
- Cóż, wątpię, byś planowała zrobić to na oczach całego jego gangu,
uwięziona w piwnicy bez możliwości ucieczki.
- Racja. Prawdziwa głupota z mojej strony.
- Dlaczego więc to zrobiłaś?
Wciąż spoglądała na trupa.
- W imieniu Joego zrobiłam wiele rzeczy, których teraz żałuję, ale o ile
mi wiadomo, nigdy nie zastrzeliłam człowieka, który na to nie
zasługiwał. Zabicie cię... cóż, byłoby jak zabicie wszystkiego, co sobą
reprezentujesz. Rozumiesz?
- Chyba pojmuję tę koncepcję.
Rozmasowała krwawiące zadrapanie na szyi - w czasie upadku otarła się o połamane drewno.
- Ale następnym razem mam nadzieję, że nie zrobisz tak wielkiego
bałaganu. Lubiłam ten saloon.
- Postaram się. Zamierzam coś zmienić. Jeśli nie całą Dzicz, to
przynajmniej to miasteczko.
- Cóż... - Lessie podeszła do trupa Granitowego Joe - ...jestem pewna, że
jeśli jakieś złowrogie pianina myślały o ataku na miasto, teraz z pewnością się nad tym poważnie zastanowią, biorąc pod uwagę twoją
sprawność z tym pistoletem.
Waxillium skrzywił się.
- Widziałaś to, tak?
- Wspaniałe osiągnięcie. - Uklękła i zaczęła przeszukiwać kieszenie
Joego. - Trzy strzały, trzy różne nuty, żaden bandyta nie został ranny.
To wymaga umiejętności. Może powinieneś spędzać nieco mniej czasu ze
swoim czymś, a nieco więcej z pistoletem.
- A to z pewnością zabrzmiało niegrzecznie.
- I dobrze. Nie lubię być niemiła przypadkiem. - Wyjęła portfel Joego,
uśmiechnęła się, podrzuciła go w powietrze i złapała.
W dziurze w suficie pojawił się koński łeb, a obok niego mniejsza głowa
nastolatka w zbyt dużym meloniku. Gdzie on go znalazł?
Niszczycielka zarżała na powitanie.
- Pewnie, teraz przychodzisz - mruknął Waxillium. - Głupi koń.
- Właściwie wydaje mi się, że trzymanie się z dala od ciebie w czasie
strzelaniny czyni z niej piekielnie mądrą klacz - zauważyła Lessie.
Waxillium uśmiechnął się i wyciągnął rękę do Lessie. Przyjęła ją, a on
przyciągnął ją do siebie. Następnie na linii błękitnego światła podniósł
ich z gruzów.
Rozdział 1
Siedemnaście lat później
Winsting przyglądał się z uśmiechem zachodzącemu słońcu. Doskonały
wieczór, by wystawić się na aukcję.
- Czy mój schron jest gotowy? - spytał, zaciskając dłonie na
balustradzie balkonu. - Na wszelki wypadek?
- Tak, milordzie.
Bicz miał na sobie swój idiotyczny kapelusz i długi płaszcz z Dziczy,
choć przecież nigdy nie opuścił Kotliny Elendel. Mimo kiepskiego gustu
mężczyzna był doskonałym ochroniarzem, jednak Winsting i tak Przyciągnął
uczucia Bicza, dyskretnie wzmacniając jego poczucie lojalności.
Ostrożności nigdy za wiele.
- Milordzie? - Bicz obejrzał się w stronę sali za ich plecami. - Wszyscy
się zgromadzili. Jest pan gotowy?
Nie odwracając się od zachodzącego słońca, Winsting uniósł palec, by
uciszyć ochroniarza. Balkon budynku znajdującego się w Czwartym Oktancie
Elendel wychodził na kanał i Piastę, więc Winsting miał dobry widok na
Pole Odrodzenia. Pomniki Wojowniczki Wstąpienia i Ostatniego Cesarza
rzucały długie cienie na zielony park, w którym wedle legendy
odnaleziono ich ciała po Wielkiej Katacendre i Ostatnim Wstąpieniu.
Powietrze było parne, niewielką ulgę dawały jedynie podmuchy chłodnego
wiatru znad oddalonej o kilka mil na zachód Zatoki Hammondara.
Winsting postukał palcami w balustradę, cierpliwie wysyłając impulsy
Allomantycznej mocy, wpływając na uczucia osób zgromadzonych w sali za
plecami.
A przynajmniej tych na tyle głupich, by nie nosić kapeluszy wyłożonych
od środka aluminium.
Już za chwilę...
Mgła, która z początku miała postać niewielkich punkcików w powietrzu,
rozrastała się przed nim jak kwiaty mrozu na szybie. Jej macki wyciągały
się i owijały wokół siebie, zmieniając się w strumienie, a później w całe rzeki, jej prądy wirowały i przykrywały miasto. Zalewały je.
Pochłaniały.
- Mglista noc - powiedział Bicz. - To przynosi pecha.
- Nie bądź głupi.
Winsting poprawił fular.
- On nas obserwuje - dodał ochroniarz. - Mgły są Jego oczyma, milordzie.
To pewne jak Zniszczenie.
- Głupie przesądy.
Winsting odwrócił się i wszedł do środka. Za jego plecami Bicz zamknął
drzwi, zanim mgły zdołały wślizgnąć się na przyjęcie.
Ponad dwadzieścioro gości - plus nieodłączni ochroniarze - krążyło po
sali i rozmawiało. Wybrał ich bardzo starannie - byli nie tylko ważnymi
osobistościami, ale też bardzo nie lubili się nawzajem, mimo
przyklejonych do twarzy uśmiechów i pozbawionych znaczenia uprzejmych
rozmów. Na takie imprezy wolał zapraszać rywali. Niech zobaczą siebie
nawzajem i poznają cenę przegranej w walce o jego poparcie.
Winsting wkroczył między nich. Niestety, wielu rzeczywiście nosiło
kapelusze, a ukryte w nich aluminium chroniło ich przed Allomancją
wpływającą na uczucia - choć osobiście zapewnił każdego zaproszonego, że
żaden z pozostałych nie zabierze ze sobą Uspokajacza ani Podżegacza.
Oczywiście o swoich zdolnościach nie wspomniał. Nikt z nich nie
wiedział, że on sam jest Allomantą.
Spojrzał w stronę baru, za którym stał Blome. Mężczyzna pokręcił głową.
Nikt poza nim nie spalał żadnych metali. Doskonale.
Winsting podszedł do baru, po czym odwrócił się i uniósł ręce, by
przyciągnąć uwagę zgromadzonych. Gestem tym odsłonił migoczące
diamentowe spinki do mankietów, którymi ozdobił swoją sztywną białą
koszulę. Oprawiono je, rzecz jasna, w drewno.
- Panie i panowie, witam na swojej aukcji - powiedział. - Licytacja
zaczyna się w tej chwili, a skończy, kiedy usłyszę propozycję, która
spodoba mi się najbardziej.
Nie powiedział nic więcej, dłuższa przemowa popsułaby efekt dramatyczny.
Przyjął drinka podanego przez jednego z kelnerów i ruszył między ludzi,
jednak po chwili się zatrzymał.
- Nie ma Edwarna Ladriana - powiedział cicho.
Przydomek mężczyzny, Pan Garnitur, uważał za głupkowaty i nie zamierzał
go używać.
- Nie - zgodził się Bicz.
- Mówiłeś chyba, że zgromadzili się już wszyscy!
- Wszyscy, którzy potwierdzili swoje przybycie - wyjaśnił ochroniarz,
niezręcznie przestępując z nogi na nogę.
Winsting zacisnął wargi, ale poza tym ukrył rozczarowanie. Był
przekonany, że jego propozycja zaintrygowała Edwarna. Może tamten
podkupił innego z królów półświatka? Musiał rozważyć taką możliwość.
Przeszedł do ustawionego na środku stołu, na którym spoczywała oficjalna
największa atrakcja wieczoru - obraz przedstawiający odpoczywającą
kobietę. Winsting sam go namalował, a robił się coraz lepszy.
Obraz był bezwartościowy, ale zgromadzeni mężczyźni i kobiety i tak
zamierzali zaproponować za niego duże kwoty.
Jako pierwszy zbliżył się do niego Różdżkarz, który nadzorował większość
przemytu w Piątym Oktancie. Rondo melonika - nie zdecydował się zostawić
go w szatni - rzucało cień na trzydniowy zarost na jego policzkach.
Ładna kobieta u boku i elegancki garnitur niewiele poprawiały wygląd
człowieka takiego jak Różdżkarz. Winsting zmarszczył nos. Większość
zgromadzonych była pogardy godną hołotą, ale pozostali zachowali dość
przyzwoitości, by przynajmniej wyglądać przyzwoicie.
- Brzydki jak nieszczęście - stwierdził Różdżkarz, spoglądając na obraz.
- Nie wierzę, że mamy "licytować" to coś. Trochę to bezczelne, co?
- A wolałby pan raczej, żebym był całkiem bezpośredni, panie Różdżkarz?
- odparł Winsting. - Wolałby pan, żebym ogłosił wszem wobec: "Zapłaćcie
mi, a w zamian dostaniecie mój głos w senacie przez cały kolejny rok"?
Różdżkarz rozejrzał się uważnie, jakby się spodziewał, że do środka w każdej chwili wpadną konstable.
Winsting uśmiechnął się.
- Niech pan zwróci uwagę na szare cienie na jej policzkach. Symbolizują
popielną naturę życia w świecie sprzed Katacendre, hm? Moje najlepsze
dzieło. Ma pan jakąś propozycję? By rozpocząć licytację?
Różdżkarz nie odpowiedział. W końcu, rzecz jasna, weźmie udział w licytacji. Wszyscy obecni na sali krygowali się przez wiele tygodni,
zanim przyjęli zaproszenie na spotkanie. Połowa z nich była, jak
Różdżkarz, królami półświatka. Pozostali należeli do tej samej warstwy
co Winsting, byli lordami i damami z liczących się rodów - równie
skorumpowanymi, jak przestępcy.
- Nie boisz się, Winsting? - spytała kobieta towarzysząca Różdżkarzowi.
Winsting zmarszczył czoło. Nie rozpoznawał jej. Była szczupła, miała
duże oczy i przycięte krótko złociste włosy, a wyróżniał ją niezwykły
wzrost.
- Miałbym się bać, moja droga? - spytał Winsting. - Zgromadzonych tu
ludzi?
- Nie - odparła. - Że twój brat dowie się... co robisz.
- Zapewniam cię, że Replar doskonale wie, czym się zajmuję.
- Rodzony brat gubernatora - powiedziała kobieta. - Domaga się łapówek.
- Jeśli to cię rzeczywiście zaskakuje, moja droga, dotychczas żyłaś pod
kloszem - zauważył Winsting. - Na tym targu kupowano ryby znacznie
grubsze niż ja. Sama zobaczysz, kiedy przypłynie kolejny połów.
To zdanie przyciągnęło uwagę Różdżkarza. Winsting uśmiechnął się,
widząc, jak w oczach mężczyzny obracają się trybiki. Tak, pomyślał
Winsting, właśnie zasugerowałem, że nawet mój brat we własnej osobie
mógłby dać się przekupić. Może to podbije ofertę mężczyzny.
Winsting odszedł, by wziąć z tacy kelnera krewetkę i kawałek tarty.
- Kobieta towarzysząca Różdżkarzowi to szpieg - powiedział cicho do
Bicza, który nie opuszczał go nawet na chwilę. - Może opłacają ją
konstable.
Ochroniarz aż się wzdrygnął.
- Milordzie! Kilka razy sprawdziliśmy wszystkich zaproszonych.
- Ją jedną przegapiliście - szepnął Winsting. - Postawiłbym na to swój
majątek. Śledź ją po spotkaniu. Jeśli z jakiegoś powodu opuści
towarzystwo Różdżkarza, dopilnuj, żeby miała wypadek.
- Tak, milordzie.
- I jeszcze jedno, nie wydziwiaj. Nie chcę, żebyś szukał miejsca, w którym mgły nie będą patrzeć. Zrozumiano?
- Tak, milordzie.
- Doskonale.
Winsting uśmiechnął się szeroko i podszedł do lorda Hughesa Entrone'a,
krewniaka i powiernika głowy rodu Entrone.
Poświęcił godzinę na krążenie wśród zgromadzonych i powoli zaczynał
dostawać oferty. Niektórzy z obecnych byli niechętni. Bardziej by im
odpowiadało spotkanie w cztery oczy, potajemnie złożona propozycja i powrót do podziemia Elendel. Zarówno przestępcy, jak i szlachetnie
urodzeni woleli krążyć wokół tematu, nie omawiać go bezpośrednio. Ale
składali propozycje, i to niezłe. Pod koniec pierwszego obchodu Winsting
z trudem panował nad podnieceniem. Już nie będzie musiał ograniczać
wydatków. A gdyby jego brat...
Odgłos wystrzału był tak niespodziewany, że z początku pomyślał, iż to
jeden z kelnerów coś połamał. Ale nie. Ten trzask był tak głośny, że aż
zabolały go uszy. Nigdy wcześniej nie słyszał wystrzału w pomieszczeniu
i nie wiedział, jaki to ogłuszający odgłos.
Otworzył szeroko usta. Gdy próbował zlokalizować strzelca, z jego dłoni
wysunął się kieliszek. Rozległ się kolejny strzał i jeszcze jeden, a po
nich zaczęła się regularna strzelanina - różne frakcje ostrzeliwały się
w kakofonii śmierci.
Nim Winsting zdążył wezwać pomoc, Bicz chwycił go za ramię i pociągnął w stronę schodów prowadzących do schronu. Inny z jego ochroniarzy zatoczył
się w drzwiach i popatrzył szeroko otwartymi oczyma na plamę krwi na
koszuli. Winsting zbyt długo gapił się na umierającego mężczyznę, nim
Bicz zdołał go odciągnąć i wypchnąć na klatkę schodową.
- Co się dzieje? - spytał w końcu Winsting, gdy strażnik zatrzasnął za
nimi drzwi i zamknął je na klucz. Ochroniarze zbiegali z nim po ciemnych
schodach, których półmrok rozświetlało od czasu do czasu słabe
elektryczne światło. - Kto strzelał? Co się wydarzyło?
- Nie wiadomo - odparł Bicz. Z góry wciąż dochodziły odgłosy wystrzałów.
- Wszystko działo się zbyt szybko.
- Ktoś po prostu zaczął strzelać - dodał inny strażnik. - Być może
Różdżkarz.
- Nie, to był Darm - sprzeciwił się inny. - Pierwszy strzał padł z ich
strony, słyszałem.
Tak czy inaczej, aukcja skończyła się katastrofą. Winsting widział
oczyma duszy, jak jego fortuna ginie brutalną śmiercią w sali nad ich
głowami. Kiedy w końcu dotarli do końca schodów i masywnych drzwi, przez
które Bicz wepchnął go do środka, zrobiło mu się niedobrze.
- Wracam na górę - stwierdził Bicz. - Zobaczę, co da się uratować. I dowiem się, kto zaczął.
Winsting przytaknął i zamknął drzwi, blokując je od środka. Usiadł na
krześle i czekał zdenerwowany. Niewielki bunkier wyposażono w wino i inne udogodnienia, ale nie chciało mu się po nie sięgnąć. Załamał ręce.
Co powie jego brat? Na rdzę! Co napiszą w gazetach? Musiał znaleźć
sposób, żeby utrzymać te wydarzenia w tajemnicy.
W końcu Winsting usłyszał pukanie do drzwi, a kiedy wyjrzał przez otwór,
zobaczył Bicza. Za nim niewielka grupka ochroniarzy strzegła klatki
schodowej. Wydawało się, że strzelanina się zakończyła, choć na dole
słyszał ją jedynie jako słabe trzaski.
Winsting otworzył drzwi.
- I co?
- Wszyscy są martwi.
- Wszyscy?
- Co do jednego - potwierdził Bicz, wchodząc do środka.
Winsting opadł ciężko na krzesło.
- Może to i dobrze - powiedział, szukając jakiegoś jasnego punktu w tej
mrocznej katastrofie. - Nikt nie postawi nam żadnych zarzutów. Może uda
się nam po prostu stąd wyślizgnąć. Jakoś zatrzeć ślady...
Trudna sprawa. Budynek należał do niego, co wiązało go z tymi ofiarami.
Potrzebował alibi. Niech to piekło pochłonie, będzie musiał pójść do
brata. Cała ta sytuacja mogła go kosztować miejsce w senacie, nawet
gdyby opinia publiczna nigdy się nie dowiedziała, co się wydarzyło.
Skulił się na krześle.
- I co? - spytał ostro. - Co sądzisz?
W odpowiedzi ktoś chwycił Winstinga za włosy, odchylił jego głowę do
tyłu i sprawnie poderżnął odsłonięte gardło.
Rozdział 2
"Chyba powinienem napisać wspomnienia", czytał Wax w książeczce. "Aby
opowiedzieć, jak cała sytuacja wyglądała z mojej strony. Nie tak, jak
opiszą to historycy. Wątpię, żeby dobrze mnie rozumieli. Zresztą wcale
nie jestem pewien, czybym tego chciał". Wax postukał w książkę końcem
ołówka, po czym zanotował coś na luźnej kartce papieru.
- Zastanawiam się nad zaproszeniem braci Boris na wesele - powiedziała
Steris, siedząca na kanapie naprzeciwko Waxa.
Mruknął coś, nie przerywając lektury.
"Wiem, że Saze nie aprobuje tego, co zrobiłem", czytał dalej. "Ale czego
się po mnie spodziewał? Z wiedzą, którą mam...".
- Bracia Boris - mówiła dalej Steris. - To jacyś twoi znajomi, prawda?
- Zastrzeliłem ich ojca. - Wax nie podniósł wzroku znad lektury. - Dwa
razy.
"Nie mogłem pozwolić, żeby zginęła. To niewłaściwe. Sądzę, że Hemalurgia
jest teraz dobra. A Saze jest teraz przecież obiema stronami.
Zniszczenia już nie ma".
- I wciąż chcieliby cię zabić? - spytała Steris.
- Boris Junior przysięgał, że napije się mojej krwi. Boris Trzeci... tak,
jest bratem Borisa Juniora, i nie, nie pytaj... przysięgał, że... jak to
szło? Zje moje palce. Nie jest szczególnie inteligentny.
"Możemy ją wykorzystać. Powinniśmy ją wykorzystać. Prawda?".
- W takim razie umieszczę ich na liście - stwierdziła Steris.
Wax westchnął i podniósł wzrok znad książeczki.
- Zamierzasz zaprosić moich śmiertelnych wrogów na nasz ślub -
powiedział oschle.
- Kogoś musimy zaprosić - zauważyła.
Siedziała z jasnymi włosami upiętymi w kok, a sterty dokumentów
związanych z organizacją ślubu i wesela otaczały ją jak dworzanie. Jej
niebieska suknia w kwiatowy wzór była modna, ani trochę wyzywająca, a sztywny kapelusz trzymał się jej włosów tak mocno, jakby został przybity
gwoździami.
- Z pewnością lepszym pomysłem byłoby zaproszenie ludzi, którzy nie
pragną mojej śmierci. Jak słyszałem, tradycyjnie zaprasza się rodzinę.
- Skoro już o tym mowa, o ile mi wiadomo, pozostali przy życiu
członkowie twojej rodziny również pragną twojej śmierci.
Miała rację.
- Ale twojej nie. A w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo. Jeśli
brakuje ci gości na przyjęcie weselne, zaproś więcej osób z twojej
strony.
- Zaprosiłam wszystkich członków swojej rodziny, których zaproszenie
jest stosowne - stwierdziła Steris. - Jak również wszystkich znajomych,
którzy na to zasługują. - Wyciągnęła rękę po kartkę. - Ty jednak podałeś
mi jedynie dwie osoby, które twoim zdaniem powinnam zaprosić. Wayne'a i kobietę imieniem Ranette... która, jak zauważyłeś, najpewniej nie spróbuje
cię zastrzelić na twoim własnym weselu.
- To bardzo prawdopodobne - zgodził się Wax. - Od lat nie próbowała mnie
zabić. A w każdym razie nie podjęła żadnej poważnej próby.
Steris westchnęła i odłożyła kartkę.
- Steris... Przepraszam, nie chciałem być niepoważny. Ranette nie sprawi
problemów. Żartujemy sobie z niej, ale to moja dobra przyjaciółka. Nie
zepsuje wesela, obiecuję.
- W takim razie kto to zrobi?
- Przepraszam?
- Znam cię już od roku, lordzie Waxilliumie. Akceptuję to, kim jesteś,
ale nie mam złudzeń. Coś się wydarzy na naszym weselu. Jakiś oprych
wpadnie do środka i zacznie strzelać. Odkryjemy materiały wybuchowe w ołtarzu. Albo ojciec Bin nagle i niespodziewanie okaże się starym
wrogiem i spróbuje cię zamordować, zamiast przeprowadzić ceremonię. Tak
będzie. Ja się po prostu próbuję na to przygotować.
- Mówisz poważnie, prawda? - spytał z uśmiechem Wax. - Naprawdę
zamierzasz zaprosić jednego z moich wrogów, żeby móc zaplanować zamęt.
- Uporządkowałam ich pod względem stopnia zagrożenia i łatwości dotarcia
- powiedziała Steris, przeglądając papiery.
- Chwileczkę.
Wax podniósł się i podszedł do Steris. Nachylił się nad nią i ponad jej
ramieniem obejrzał notatki. Na każdej kartce znajdowała się szczegółowa
biografia.
- Małpa Manton... Dashirowie... Na rdzę! Nieznajomy Rick. Zupełnie o nim
zapomniałem. Skąd to wszystko wzięłaś?
- Twoje wyczyny są powszechnie znane - zauważyła. - I wzbudzają coraz
większe zainteresowanie w społeczeństwie.
- Jak wiele czasu ci to zajęło? - spytał, przerzucając kolejne kartki.
- Chciałam być skrupulatna. Takie notatki pomagają mi myśleć. Poza tym
chciałam wiedzieć, czemu poświęciłeś życie.
Właściwie to było urocze. W dość dziwaczny, typowy dla Steris sposób.
- Zaproś Douglasa Venture - stwierdził. - To w pewnym sensie mój
przyjaciel, ale ma problemy z alkoholem. Możesz liczyć, że wywoła
zamieszanie na przyjęciu.
- Doskonale. A pozostałe trzydzieści siedem miejsc w twojej części?
- Zaproś brygadzistów szwaczek i kowali z fabryk należących do mojego
rodu - zaproponował. - I konstabli-generałów z różnych oktantów. To
będzie miły gest.
- Dobrze.
- Gdybyś chciała, żebym jeszcze jakoś ci pomógł przy planowaniu ślubu...
- Nie, oficjalna prośba o poprowadzenie ceremonii, którą wysłałeś do
ojca Bina, była jedynym, czego wymagał od ciebie protokół. Poza tym
poradzę sobie, przynajmniej mam się czym zająć. Choć przyznam, że
pewnego dnia chciałabym się dowiedzieć, co kryje się w tej książeczce,
którą tak często studiujesz.
- Ja...
Frontowe drzwi rezydencji otworzyły się gwałtownie, a na schodach
rozległy się głośne kroki. Po chwili do gabinetu wpadł Wayne. Tuż za nim
stanął z przepraszającą miną kamerdyner Darriance.
Wayne był żylasty i średniego wzrostu, miał okrągłą, gładko ogoloną
twarz i jak zawsze nosił stare rzeczy z Dziczy - choć Steris przy co
najmniej trzech różnych okazjach kupiła mu nowe ubrania.
- Wayne, mógłbyś zacząć używać dzwonka - powiedział Wax.
- Nie chcę ostrzegać kamerdynera - odparł Wayne.
- I o to właśnie chodzi.
- Wścibskie małe kanalie - powiedział Wayne, zamykając drzwi przed nosem
Darriance'a. - Nie można im ufać. Posłuchaj, Wax. Musimy ruszać.
Strzelec w końcu zrobił ruch!
Nareszcie! - pomyślał Wax.
- Wezmę tylko płaszcz.
Wayne posłał spojrzenie Steris.
- Hej, szalona - powiedział, skinąwszy do niej głową.
- Cześć, idioto - odparła z podobnym kiwnięciem.
Wax zapiął pas z kaburą na eleganckim miejskim garniturze, w komplecie z kamizelką i fularem, a na wierzch zarzucił mgielny płaszcz.
- Chodźmy - powiedział, sprawdzając amunicję.
Wayne otworzył drzwi i zbiegł po schodach. Wax zatrzymał się przy sofie
Steris.
- Ja...
- Mężczyzna musi mieć swoje zainteresowania - stwierdziła, unosząc
kolejną kartkę. - Akceptuję twoje, lordzie Waxilliumie... ale bądź tak
miły i postaraj się uniknąć postrzelenia w twarz, gdyż dziś wieczorem
pozujemy do ślubnego portretu.
- Będę o tym pamiętał.
- I miej oko na moją siostrę.
- To niebezpieczny pościg - sprzeciwił się Wax, śpiesząc w stronę drzwi.
- Wątpię, by Marasi brała w nim udział.
- Jeśli tak uważasz, to zaczynam wątpić w twój profesjonalizm. To
niebezpieczny pościg, więc ona znajdzie sposób, by wziąć w nim udział.
Wax zawahał się przy drzwiach. Znów popatrzył na nią, a ona podniosła
wzrok. Ich spojrzenia się spotkały. Miał wrażenie, że temu rozstaniu
powinno towarzyszyć coś jeszcze. Jakieś pożegnanie. Czułość.
Steris chyba również to wyczuwała, ale żadne z nich się nie odezwało.
Wax odchylił głowę do tyłu, pociągnął łyk whiskey z płatkami metalu, po
czym przebiegł przez balkon i przeskoczył nad balustradą. Spowolnił
upadek, Odpychając się od srebrnej mozaiki na marmurowej podłodze holu,
jego buty z hukiem uderzyły o kamień. Darriance otworzył frontowe drzwi,
a Wax wybiegł na zewnątrz, by dołączyć do Wayne'a w powozie...
Znieruchomiał na schodach.
- Niech to piekło pochłonie, co to ma być?
- Pojazd silnikowy! - zawołał Wayne z tylnego siedzenia.
Wax jęknął, zbiegł po schodach i zbliżył się do machiny.
Za mechanizmem kierującym siedziała Marasi w modnej lawendowej sukni
zdobionej koronką. Wydawała się o wiele młodsza od swojej przyrodniej
siostry Steris, choć dzieliło je zaledwie pięć lat różnicy.
Formalnie była teraz konstablem. Doradcą konstabla-generała tego
oktantu. Nigdy nie wyjaśniła mu, dlaczego zrezygnowała z kariery
adwokata, by zostać jednym z konstabli, ale przynajmniej nie chodziła na
patrole, tylko pełniła obowiązki analityka i asystentki. W tej funkcji
nie powinno jej grozić niebezpieczeństwo.
A jednak oto była. Jej oczy błyszczały przejęciem, gdy odwróciła się do
niego.
- Zamierzasz w końcu wsiąść?
- Co ty tu robisz? - spytał Wax, otwierając z niechęcią drzwi.
- Prowadzę. Wolałbyś, żeby Wayne to robił?
- Wolałbym mieć powóz z dobrym zaprzęgiem.
Wax usiadł na jednym z miejsc.
- Przestań być taki staromodny. - Marasi poruszyła stopą i piekielna
machina ruszyła z szarpnięciem do przodu. - Strzelec obrabował Pierwszy
Bank, jak przewidywałeś.
Wax trzymał się mocno. Przewidywał, że Strzelec napadnie na bank przed
trzema dniami. Kiedy do tego nie doszło, uznał, że mężczyzna uciekł do
Dziczy.
- Kapitan Reddi sądzi, że Strzelec ucieknie do swojej kryjówki w Siódmym
Oktancie - dodała Marasi, omijając powóz konny.
- Reddi się myli - stwierdził Wax. - Jedź do Uciekinierów.
Nie protestowała. Pojazd silnikowy łomotał i podskakiwał, aż dotarli do
świeżo położonego bruku, o wiele gładszego, i wehikuł przyśpieszył. Był
to jeden z najnowszych modeli, którymi zachwycały się gazety,
wyposażonym w gumowe koła i silnik benzynowy.
Całe miasto się przeobrażało na ich przyjęcie. Tyle wysiłku tylko po to,
by ludzie mogli jeździć tymi ustrojstwami, pomyślał Wax. Konie nie
potrzebowały tak gładkich dróg - choć kiedy Marasi z dużą prędkością
pokonała zakręt, musiał przyznać, że automobil bardzo łatwo skręcał.
I tak była to koszmarna i bezduszna machina zniszczenia.
- Nie powinno cię tu być - stwierdził Wax, kiedy Marasi znów skręciła.
Kobieta patrzyła przed siebie. Z tyłu Wayne wychylał się przez jedno z okien, przyciskał kapelusz do głowy i uśmiechał się szeroko.
- Zdobyłaś wykształcenie prawnicze - dodał. - Powinnaś występować na
sali sądowej, a nie gonić mordercę.
- W przeszłości umiałam o siebie zadbać. Wtedy nie narzekałeś.
- Za każdym razem wydawało mi się, że to wyjątkowa sytuacja. A jednak
znów tu jesteś.
Marasi zrobiła coś z dźwignią po prawej i zmieniła biegi. Wax nigdy nie
zrozumiał do końca, o co w tym właściwie chodzi. Gwałtownie ominęła
kilka koni, jeden z jeźdźców zaczął coś krzyczeć. Ruch sprawił, że Wax
uderzył o bok pojazdu i stęknął.
- Co się z tobą dzieje? - spytała ostro Marasi. - Narzekasz na pojazd,
na moją obecność, na to, że rankiem herbata jest zbyt gorąca. Można by
sądzić, że podjąłeś jakąś koszmarną życiową decyzję, której teraz w głębi duszy żałujesz. Ciekawe jaką.
Wax dostrzegł w lusterku, że Wayne unosi brwi.
- Ona może mieć rację, stary.
- Nie pomagasz.
- Nie taki był mój zamiar - odparł Wayne. - Całe szczęście wiem, o jakiej koszmarnej życiowej decyzji ona mówi. Naprawdę powinieneś kupić
tamten kapelusz, który oglądaliśmy w ostatnim tygodniu. On by ci
przyniósł szczęście. Mam piąty zmysł do takich spraw.
- Piąty? - spytała Marasi.
- Tak, zupełnie nie mam węchu...
- Tutaj.
Wax pochylił się i wyjrzał przez przednią szybę. Z bocznej uliczki
wyfrunęła jakaś postać, wylądowała na chodniku i ruszyła naprzód szeroką
ulicą.
- Miałeś rację - powiedziała Marasi. - Skąd wiedziałeś?
- Strzelec lubi być widziany - odparł Wax, wyciągając Obrońcę z kabury.
- Uważa się za dżentelmena-włamywacza. Jeśli możesz, postaraj się jechać
spokojnie.
Wax nie dosłyszał odpowiedzi Marasi, gdyż otworzył drzwi i wyskoczył na
zewnątrz. Strzelił w dół i Odepchnął się od kuli, kierując się do
przodu. Odpychanie od przejeżdżającego powozu zakołysało pojazdem, a Waxa pchnęło w bok, więc kiedy zaczął spadać, wylądował na drewnianym
dachu automobilu Marasi.
Jedną ręką chwycił za przednią krawędź dachu, a rewolwer uniósł na
wysokość głowy. Wiatr szarpał jego mgielnym płaszczem. Przed nim
Strzelec wykorzystywał Odpychanie Stali, żeby podskakiwać nad ulicą. Wax
czuł w brzuchu uspokajające ciepło spalanego metalu.
Zeskoczył z pojazdu i wzniósł się nad drogę. Strzelec zawsze dokonywał
napadów w środku dnia i zawsze uciekał wzdłuż najbardziej ruchliwych
dróg w okolicy. Lubił swoją wątpliwą sławę. Pewnie uważał się za
niepokonanego. Bycie Allomantą czasem tak działało na ludzi.
Wax zaczął przeskakiwać nad kolejnymi pojazdami silnikowymi i powozami,
mijając wznoszące się po obu stronach kamienice. Pęd wiatru, wysokość i perspektywa oczyszczały jego umysł i uspokajały równie skutecznie, jak
dotyk Uspokajacza. Jego troski zniknęły i przez chwilę liczyła się
jedynie pogoń.
Strzelec był odziany w czerwień, a na twarzy miał starą maskę ulicznego
artysty - czarną z białymi kłami, jak demon Głębi z dawnych opowieści. I miał powiązania z Kręgiem, przynajmniej według notesu, który Wax ukradł
wujowi. Po tak wielu miesiącach przydatność notesu zaczynała się
wyczerpywać, ale wciąż pozostało w nim kilka perełek do wykorzystania.
Strzelec Odpychał się w stronę dzielnicy przemysłowej. Wax podążył za
nim, skacząc od automobilu do automobilu. Zadziwiające, jak bezpiecznie
się czuł, wznosząc się w popołudniowe niebo, w przeciwieństwie do
uwięzienia w jednym z tych koszmarnych zmotoryzowanych pudełek.
Strzelec zakręcił się w powietrzu i wyrzucił garść czegoś. Wax Odepchnął
się od latarni i szarpnął w bok, po czym zepchnął monety Strzelca z drogi przypadkowego automobilu jadącego dołem. Pojazd i tak gwałtownie
skręcił, kierując się w stronę kanału, gdy kierowca stracił nad nim
panowanie.
Na rdzę i Zniszczenie, pomyślał z irytacją Wax i Odepchnął się z powrotem w stronę automobilu. Sięgnął do metalmyśli, dwudziestokrotnie
zwiększając swój ciężar, i spadł na maskę pojazdu.
Mocno.
Uderzenie wbiło przód automobilu w ziemię, przyciskając go do kamieni,
spowalniając i zatrzymując, zanim zdążył wpaść do kanału. Zauważył
jeszcze oszołomione twarze ludzi w środku, po czym uwolnił metalmyśl i Odepchnął za Strzelcem. Prawie go zgubił, ale na szczęście czerwony
strój rzucał się w oczy. Wax zauważył mężczyznę, gdy ten wzniósł się nad
niskim budynkiem, a później Odepchnął wysoko wzdłuż ściany jednego z niższych drapaczy chmur w mieście. Wax podążył za nim, patrząc, jak
mężczyzna Odpycha się przez okno na najwyższym piętrze, dwunastej czy
czternastej kondygnacji od ziemi.
Wax wzniósł się w niebo tak szybko, że mijane okna zaczęły się rozmywać.
Wokół niego rozciągało się miasto Elendel, niezliczone chmury dymu
wznosiły się nad elektrowniami, fabrykami i domami. Dotarł do
najwyższego piętra i wylądował lekko na kamiennym gzymsie pod oknem
sąsiadującym z tym, przez które wszedł Strzelec. Rzucił monetę w stronę
tamtego okna.
Kawałek metalu odbił się od szyby. Natychmiast rozległy się strzały.
Jednocześnie Wax zwiększył swój ciężar, oparł się o okno i roztrzaskał
szybę, wpadając do środka. Poślizgnął się na szkle i uniósł Obrońcę w stronę gipsowej ściany dzielącej go od Strzelca.
Otoczyły go przezroczyste niebieskie linie, wskazujące w tysiąc różnych
stron, łączące go z każdym kawałkiem metalu w okolicy. Gwoździe,
spajające elementy biurka za jego plecami, przy którym kulił się
przerażony mężczyzna w garniturze. Metalowe przewody w ścianach
prowadzące do elektrycznych lamp. Co najważniejsze, kilka linii
znikających w ścianie sąsiedniego pomieszczenia. Były słabe, gdyż
przeszkody osłabiały jego Allomantyczny zmysł.
Jedna z tych linii zadrżała, gdy ktoś po drugiej stronie odwrócił się i uniósł broń. Wax przekręcił cylinder Obrońcy.
Pocisk mgłobójca.
Wystrzelił, a później Odepchnął, rozjarzając swój metal i popychając
pocisk do przodu z największą możliwą siłą. Kula przebiła ścianę, jakby
była z papieru.
Metal w sąsiednim pomieszczeniu opadł na podłogę. Wax rzucił się na
ścianę, znów zwiększając swój ciężar, aż popękał gips. Kolejne uderzenie
ramieniem i zmiażdżył go całkowicie, przebijając się na drugą stronę.
Uniósł broń i rozejrzał się w poszukiwaniu celu.
Zobaczył jedynie kałużę krwi wsiąkającą w dywan i porzucony pistolet
maszynowy. To pomieszczenie było biurem, na ziemi leżało kilkoro
przerażonych mężczyzn i kobiet. Jedna z urzędniczek uniosła palec,
wskazując drzwi. Wax skinął jej głową i kucnął przy ścianie obok
wejścia, po czym ostrożnie zajrzał do środka.
W jego stronę ruszyła z bolesnym jękiem metalowa szafa na dokumenty. Wax
zszedł jej z drogi, po czym wyskoczył i wycelował.
Rewolwer natychmiast odskoczył do tyłu. Wax chwycił go obiema rękami,
ale drugie Pchnięcie wyrwało mu drugi pistolet z kabury. Jego stopy
zaczęły przesuwać się po ziemi. Wax warknął przez zaciśnięte zęby, ale w końcu wypuścił Obrońcę. Rewolwer przeleciał przez cały korytarz i zatrzymał się przy resztkach szafy na dokumenty, która wbiła się w ścianę. Będzie musiał po niego wrócić, kiedy to wszystko się skończy.
Strzelec stał na drugim końcu korytarza, otoczony miękkim blaskiem
elektrycznych świateł. Krwawił z rany na ramieniu, a jego twarz wciąż
kryła się pod czarno-białą maską.
- W tym mieście są tysiące kryminalistów o wiele gorszych ode mnie -
dobiegł zza maski stłumiony głos. - A jednak ty polujesz na mnie, stróżu
prawa. Dlaczego? Jestem bohaterem zwykłych ludzi.
- Przestałeś być bohaterem przed kilkoma tygodniami. - Wax ruszył do
przodu z szelestem mgielnego płaszcza. - Kiedy zabiłeś dziecko.
- To nie była moja wina.
- Pociągnąłeś za spust, Strzelcu. Może i nie celowałeś do tej
dziewczynki, ale pociągnąłeś za spust.
Złodziej cofnął się o krok. Torba, którą trzymał na ramieniu, została
przedziurawiona - kulą Waxa albo jakimś odłamkiem. Wysypywały się z niej
banknoty.
Strzelec spiorunował go wzrokiem, choć jego oczy były ledwie widoczne w elektrycznym świetle. Trzymając się za ramię, uskoczył w bok i wpadł do
kolejnego pomieszczenia. Wax Odepchnął się od szafy na dokumenty i popędził korytarzem. Zatrzymał się gwałtownie przy drzwiach, za którymi
zniknął Strzelec, po czym Odepchnął się od lampy za plecami. Wbił ją w ścianę, a sam wpadł do środka.
Otwarte okno. Wax chwycił z biurka garść piór, po czym sam wyskoczył
przez okno na wysokości jedenastego piętra. W powietrzu unosiły się
opadające za Strzelcem banknoty. Wax zmniejszył ciężar, próbując
przyśpieszyć spadanie, ale nie miał się od czego Odepchnąć, a opór
powietrza zrównoważył większość zysków. Strzelec i tak uderzył w ziemię
przed nim, po czym Odepchnął się od monety, którą wcześniej wykorzystał,
żeby spowolnić upadek.
Wax Odepchnął od siebie dwa pióra - z metalowymi stalówkami - które
wbiły się w ziemię i spowolniły jego upadek wystarczająco, by nie zrobił
sobie krzywdy.
Strzelec oddalał się, przeskakując nad ulicznymi latarniami. Nie miał na
ciele żadnego metalu, który Wax mógłby wyczuć, ale poruszał się o wiele
wolniej niż wcześniej i zostawiał za sobą ślady krwi.
Wax podążał za nim. Strzelec bez wątpienia kierował się w stronę
Uciekinierów, slumsu, w którym ludzie wciąż go chronili. Nie obchodziło
ich, że podczas rabunków coraz częściej uciekał się do przemocy -
cieszyli się, że okradał tych, którzy na to zasługiwali.
Nie mogę pozwolić, by dotarł do bezpiecznego miejsca, pomyślał Wax,
Odpychając się do góry nad latarnią, a później do przodu, by zwiększyć
prędkość. Zbliżał się do ofiary, która co jakiś czas gorączkowo oglądała
się za siebie. Wax uniósł jedno z piór, zastanawiając się, jak wielkim
ryzykiem byłaby próba trafienia nim Strzelca w nogę. Nie chciał zadać
śmiertelnego ciosu. Ten człowiek coś wiedział.
Slumsy były tuż przed nimi.
Kolejny skok, pomyślał Wax, ściskając pióro. Przechodnie na chodnikach
patrzyli w górę, obserwując Allomantyczny pościg. Nie mógł ryzykować, że
trafi jednego z nich. Musiał...
Jedna z tych twarzy wyglądała znajomo.
Wax stracił panowanie nad Odpychaniem. Oszołomiony tym, co zobaczył, z trudem uchronił się przed połamaniem kości, kiedy uderzył w ziemię i przetoczył się po bruku. Znieruchomiał, a pasma mgielnego płaszcza
zwinęły się wokół jego ciała.
Podniósł się na kolana.
Nie. NIEMOŻLIWE. Nie.
Przedostał się na drugą stronę ulicy, ignorując zdenerwowanego czarnego
wierzchowca i jego przeklinającego jeźdźca.
Ta twarz. Ta twarz.
Kiedy po raz ostatni widział tę twarz, celował w jej czoło. Krwawy
Garbarz.
Człowiek, który zabił Lessie.
- Był tu mężczyzna! - krzyknął Wax, przepychając się przez tłum. -
Długie palce, rzadkie włosy. Twarz prawie jak czaszka. Widzieliście go?
Czy ktoś go widział?
Ludzie gapili się na niego, jakby zwariował. Może tak właśnie było. Wax
uniósł dłoń do głowy.
- Lordzie Waxilliumie?
Obrócił się. Marasi zatrzymała w pobliżu automobil i właśnie wysiadała z niego z Wayne'em. Udało jej się śledzić go w czasie pościgu? Nie... nie,
wcześniej powiedział jej, dokąd jego zdaniem kierował się Strzelec.
- Wax, stary? - zagadnął go Wayne. - Wszystko w porządku? Co on zrobił?
Zrzucił cię z powietrza?
- Coś w tym rodzaju - mruknął Wax i rozejrzał się po raz ostatni.
Na rdzę, pomyślał. Nerwy zżerają mi umysł.
- Udało mu się uciec - powiedziała Marasi z wyraźnym niezadowoleniem i zaplotła ręce na piersi.
- Jeszcze nie - sprzeciwił się Wax. - Krwawi i gubi pieniądze. Zostawi
ślad. Chodźcie.
Rozdział 3
- Musisz zostać tutaj, kiedy my wejdziemy do tych slumsów - powiedział
Wayne z wymuszoną powagą w głosie. - Nie chodzi o to, że nie potrzebuję
twojej pomocy. Potrzebuję jej. Po prostu dla ciebie byłoby to zbyt
niebezpieczne. Musisz zostać tu, gdzie będziesz bezpieczny. I nie próbuj
się sprzeciwiać. Przepraszam.
- Wayne - powiedział Wax, kiedy go mijał. - Przestań gadać do kapelusza
i chodź tutaj.
Wayne westchnął, poklepał kapelusz, po czym zmusił się, żeby go odłożyć
i zostawić w automobilu. Wax był naprawdę dobrym gościem, ale wielu
rzeczy nie rozumiał. Na przykład kobiet. Albo kapeluszy.
Wayne podbiegł do miejsca, z którego Wax i Marasi zaglądali ostrożnie do
Uciekinierów. Świat wyglądał tam zupełnie inaczej. Niebo przecinały
sznury na pranie, a zawieszone na nich podniszczone ubrania kołysały się
jak wisielcy. Wiatr z radością opuszczał to miejsce, niosąc ze sobą
niejasne wonie. Niedogotowane jedzenie. Niedomyte ciała. Niedokładnie
sprzątnięte ulice.
Wysokie, wąskie domy czynszowe nawet po południu rzucały głębokie
cienie. Jakby to było miejsce, w które zmrok udawał się na drinka i chwilę rozmowy, zanim wyruszy wypełniać swoje wieczorne obowiązki.
- Lord Zrodzony z Mgły nie chciał, żeby w mieście były slumsy -
powiedziała Marasi, gdy całą trójką weszli do środka. - Ze wszelkich sił
próbował powstrzymać ich rozrost. Wybudował ładne domy dla ubogich,
starał się, by były trwałe...
Wax pokiwał głową, w zamyśleniu przesuwając monetę po kostkach palców.
Wydawało się, że gdzieś zgubił broń. Wyżebrał jakieś monety od Marasi?
Czysta niesprawiedliwość. Kiedy Wayne pożyczał monety od ludzi, ci na
niego wrzeszczeli. Owszem, czasami zapominał poprosić, ale zawsze
zostawiał coś w zamian.
Kiedy znaleźli się w głębi Uciekinierów, Wayne został odrobinę z tyłu.
Potrzebuję porządnego kapelusza... - pomyślał. Kapelusz był ważny.
Dlatego zaczął wsłuchiwać się w kaszel.
Ach...
Znalazł gościa zwiniętego w kłębek w bramie, jego kolana okrywał
złachmaniony koc. Tacy jak on byli w każdym slumsie. Starzec, trzymający
się życia jak człowiek na gzymsie, płuca wypełnione różnymi
nieapetycznymi płynami. Stary mężczyzna zakaszlał w rękawiczkę, kiedy
Wayne usiadł na schodach obok niego.
- I co znowu - odezwał się mężczyzna. - Kim jesteś?
- I co znowu - powtórzył Wayne. - Kim jesteś?
- Jestem nikim - odparł tamten i splunął w bok. - Brudny bezdomny. Nic
nie zrobiłem.
- Jestem nikim - powtórzył Wayne, wyjmując flaszkę z kieszeni płaszcza.
- Brudny bezdomny. Nic nie zrobiłem.
Dobry akcent. Prawdziwie bełkotliwy, klasyczny rocznik, otulony
płaszczem historii. Zamykając oczy i nasłuchując, Wayne mógł sobie
wyobrazić, jak brzmieli ludzie przed wieloma laty. Wyciągnął flaszkę
whiskey.
- Próbujesz mnie otruć? - spytał mężczyzna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki