Rozdział 1
Od progu uderzył ją zapach kurzu i sentyment, którego nie potrafiła nazwać - za bliskością, utraconym poczuciem bezpieczeństwa? A może to tęsknota za mamą?
Chociaż dochodziło zaledwie południe, salon spowijał półmrok. Odsunęła zasłony, ale niewiele to zmieniło, bo styczniowe niebo wyglądało jak bura ścierka. Dotknęła kaloryfera i odkręciła ogrzewanie, modląc się, by piec zaskoczył. Skoro ma spędzić na Orłowie cały weekend, nie zamierza się hibernować, a wiedza o działaniu kotłów była jej wspaniale obojętna - zawsze dbał o to tata. Tylko że tata w trzy miesiące po śmierci mamy wyjechał do rodzinnego Toledo, a później postanowił zostać tam na stałe.
Rozmasowała kark zesztywniały podczas podróży pociągiem i poszła do kuchni. Wskoczyła do Intercity relacji Warszawa - Gdynia zaraz po powrocie z nocnego dyżuru i od godziny marzyła o kofeinowym shocie, bo to, co serwowało PKP, trudno było nazwać kawą.
W królestwie mamy zastała smutny chaos. Chwilę zajęło jej znalezienie puszki z kawą, kubki i talerze też zmieniły miejsce. Żal ścisnął ją za gardło, bo uświadomiła sobie, jak zagubiony był tata w ostatnich miesiącach przed wyjazdem.
Właśnie, tata! Wysupłała z torby telefon i wybrała numer. Usadowiła się na stałym miejscu przy kuchennym stole, przykleiła plecy do kaloryfera i z ulgą poczuła, że po żebrach rozchodzi się ciepło.
- Cześć, córeczko? Już jesteś w Gdyni? - Odebrał po dłuższej chwili.
- Cześć, tatku. Tak. Wpadłam rano po pracy na chwilę do domu, oddałam Natalkę Danielowi, Julkę Przemkowi i złapałam pociąg. Tylko... - przypomniał jej się bezzasadny teraz powód pośpiechu - tylko, że nic nie załatwię - dodała ponuro. - Cwaniak od nieruchomości bezczelnie mydlił mi oczy. Zadzwonił półtorej godziny temu, że ten na dwieście procent pewny klient zmienił zdanie. Pogoniłam go. Tego agenta. Ale jadąc Uberem, zauważyłam na Miodowej szyld agencji. Wyglądał na całkiem nowy, więc przejdę się tam i spiszę numer.
- Nie przejmuj się, córuś - odezwał się tata po chwili matowym głosem. - Szkoda tylko, że się na darmo spieszyłaś.
- W sumie to nic się nie stało.
Już trzymała kubek i z każdym łykiem americano wstępowała w nią nowa energia.
- Nie ma tego złego, jak to mówią. Julka złapała lekkie przeziębienie, ale to chyba nic wielkiego, Przemek się nią zajmie. Natka i Daniel mieli jakieś plany w Radziejowicach. A ja urwałam dla siebie dwa dni spokoju - oświadczyła pogodnym głosem, jakby mogła wlać w tatę nieco witalności. - Żyć nie umierać. Popakuję trochę rzeczy, opróżnię skrzynkę pocztową. Będzie mniej roboty, kiedy znajdę kupca.
- Agatko, tylko proszę cię...
- Wiem, wiem, pamiętam. - Kiwnęła potulnie głową. - Mam wysyłać zdjęcia i niczego nie wyrzucać bez twojego namaszczenia - wyrecytowała i przewróciła oczami.
- O właśnie. Świetnie to ujęłaś. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję. Ja sam chyba... - Zawiesił głos.
Agata w lot pojęła, do czego zmierza. Nie podołałby przeglądaniu rzeczy po mamie. Zapadł się w sobie po jej śmierci, jak osamotniony przez samicę łabędź, który krąży po jeziorze bez celu i nadziei.
- Niczym się nie kłopocz. Mówię przecież, że to dla mnie okazja, żeby zrobić sobie wagary od życia - tłumaczyła, siląc się na beztroskę, choć jej samej myśl o pakowaniu rzeczy stawała gulą w gardle.
- To powiedz teraz szybko, co u was. Jak dziewczynki? Jak wyniki Julki? To chyba był czas na kontrolę? - W głosie Miguela zabrzmiała namiastka dawnej werwy.
- Z Julką wszystko w porządku. Ma wzorowe wyniki jak na dziecko w trzy lata po przeszczepie. Nerka działa bez zarzutu. A Natalka, jak to Natalka. Oswoiła się już ze szkołą i rozstawia chłopaków w klasie po kątach.
- A propos rozstawiania chłopaków... Jak ty sobie radzisz?
Z uwagą przyjrzała się własnym paznokciom. Odkąd zarzuciła robienie hybrydy, strasznie się rozdwajały.
- Agatko?
- Jestem, jestem. - Westchnęła. - Daniela przecież znasz. Odkąd wyjawiliśmy Julce, że nie jest jej biologicznym ojcem, broni zażarcie swojego terytorium. Chyba łatwiej przyszło mu podjąć decyzję o ujawnieniu prawdy, niż wcielać tę prawdę w życie. Przemek obchodzi się z nim jak ze zgniłym jajem, ale też chciałby spędzać z córką jak najwięcej czasu.
- A ty obijasz się między nimi i robisz za sędziego ringowego.
- Coś w tym stylu - odparła ponuro. Doceniała troskę taty, ale sama nawarzyła sobie tego piwa i głaskanie po głowie nic tu nie wnosiło. Dopiła ostatni łyk kawy i postukała palcami w kubek. - Kończę, tatku. Przejdę się po ten namiar na agencję.
Rozłączyła się i wyjrzała przez okno. Z nieba siąpiło coś, co prawdopodobnie zaczynało jako śnieg, ale dodatnia temperatura zamieniała go w ciężkie krople. Wzdrygnęła się i z żalem pomyślała, że odłoży zaplanowany spacer na molo. Zresztą miał być nagrodą za załatwienie sprawy z domem, a nic nie załatwiła.
Założyła puchówkę i opatuliła się po czubek nosa szalikiem. Ulica, jak to w sobotę, była cicha i pusta. Jałowce i tuje za płotami sąsiadów zwieszały gałęzie pod ciężarem lepkiego śniegu, trawniki pokrywała śniegowo-solna breja. Szyld agencji znalazła na ogrodzeniu posesji sąsiadującej z biurem Polskiego Ratownictwa Okrętowego. Wiele lat temu ta nazwa rozbudzała jej wyobraźnię. Oglądała z wypiekami na twarzy Titanica, przekonana, że właśnie w takich brawurowych akcjach biorą udział nieomal jej sąsiedzi.
Pstryknęła zdjęcie, wcisnęła dłonie w kieszenie i zawróciła.
W domu otuliło ją ciepło. Stanęła przed lustrem i otrzepała włosy. Z trudem ujarzmiła ciemne sprężynki i upięła je w kok. Utkwiła na moment wzrok we własnej twarzy. W pracy nawet godzinkę się zdrzemnęła, ale to zbyt mało, żeby zniwelować cienie pod oczami. Wystawiła język do własnego odbicia i poszła do salonu. Chociaż wciąż budził ciepłe skojarzenia, w powietrzu wisiało odium przemijania. Przed wyjazdem taty rozdali sąsiadom draceny i benjaminki, które tak pieczołowicie pielęgnowała mama. Odciśnięte na parkiecie puste kółka boleśnie przypominały o ostateczności tego, co się stało. Dom, do którego nawet jako mężatka wracała jak do ciepłego gniazda, wkrótce zmieni właściciela. I to ona ma o to zadbać, bo tata zabrał żałobę do rodzinnej Hiszpanii.
Przygryzła kciuk i zastanowiła się, od czego zacząć. Zadanie nie należało do łatwych, bo rodzice przez ponad trzydzieści lat obrośli "przydasiami", pamiątkami i sprzętami, które nawet bezużyteczne stanowiły scenografię ich codzienności. Obiecała tacie konsultacje, ale było jasne, że wielu rzeczy pozbędzie się sama - inaczej ugrzęźnie tu na wiele weekendów, a przecież w Warszawie czekały na nią dziewczynki.
Postanowiła, że na pierwszy ogień weźmie swój pokój i ruszyła na górę. Tutaj najmniej się zmieniło. Nikt tam nie zaglądał, poza okazjami, gdy przyjeżdżali do dziadków całą rodziną. Wtedy oni z Danielem zajmowali pokój gościnny na dole, a Julka i Natalka tłoczyły się w panieńskim łóżku mamy i przed snem żądały w kółko historii z cyklu "jak byłam mała".
Ze wspomnień wytrącił ją przytłumiony dzwonek telefonu.
- Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach, mruknęła i zeszła na dół.
Jeszcze rok temu, nie mając pod ręką Julki, pędziłaby do telefonu jak pies Pawłowa, na złamanie karku. W miarę upływu czasu od przeszczepu nauczyła się reagować spokojniej.
Po drodze przypomniała sobie, że powinna jak najprędzej zadzwonić do nowego agenta nieruchomości. Kolejny dzwonek doprowadził ją do korytarza i kurtki.
- Hej, tato. Nudzi ci się?
- Nie, tylko mam jeszcze jedną sprawę. Zupełnie mi to wypadło z głowy.
- To dawaj, nie zdążyłam jeszcze wybebeszyć własnej młodości.
Ustawiła aparat na tryb głośnomówiący i otworzyła galerię zdjęć w poszukiwaniu czerwono-białego szyldu. Po paru sekundach ciszy odgadła, że wprawiła tatę w konsternację.
- W sensie mojej sypialni.
Sięgnęła do torby po kartkę i długopis.
- Bo widzisz, Agatko, znowu napisała do mnie Krystyna. Pytała, kiedy będziesz w Gdyni. Może znalazłabyś dla niej chwilkę?
- Tato, litości. Prosiłam, żebyś ją spławił. Mam na głowie ważniejsze sprawy niż herbatki z duchami. Co ja mam z nią wspólnego poza tym, że nauczyła mnie robić wkłucia i zdejmować szwy? To twoja i mamy koleżanka. Zaproś ją na herbatkę do Toledo - dorzuciła, zadowolona z dowcipu.
Zanotowała numer na odwrocie paragonu z Lidla.
- Tylko że ona koniecznie chce się spotkać właśnie z tobą.
- A niby co opiekunka praktyk, której nie widziałam od wieków na oczy, może mieć do mnie za interes?
- Nie mam pojęcia. Przechodzi wkrótce na emeryturę i podobno ma jakiś poważny kłopot, z którym mogłabyś jej pomóc.
Agata przewróciła oczami. Wspomnienie kobiety, która na przekór mikrej posturze stawiała w ciągu sekundy na baczność studentki pielęgniarstwa, zmąciło jej dobry nastrój.
- Dobra. Podeślij jej mój numer. Wyjeżdżam jutro koło osiemnastej, to może umówimy się w okolicach dworca. Ale robię to tylko dla ciebie - zastrzegła z uśmiechem.
I spławię Krechę z prędkością Pendolino, pocieszyła się w duchu, przypomniawszy sobie ksywę przełożonej.
- To wspaniale. Bardzo ci dziękuję, córeczko. Wiesz, że swojego czasu ja i mama byliśmy blisko z Krysią...
- Wiem i tylko dlatego poświęcę jej kilka minut mojego cennego czasu. Pa, tato. Kochaaaaam cię. - Ucięła zapędy ojca do snucia opowieści, tym razem nie miała na nie czasu.
Przez kolejne trzy godziny siedziała na środku podłogi w swojej sypialni i segregowała rzeczy na te do wyrzucenia i nieliczne, które zamierzała zachować jako pamiątkę. Najbliższe sercu zabrała do Warszawy już podczas wyprowadzki po studiach. Kręciła z niedowierzaniem głową na niereformowalność rodziców - nie tknęli nawet książek z liceum. Mama nie dała sobie wytłumaczyć, że chociaż chemia dwie dekady temu i teraz rządzi się z grubsza tymi samymi prawami, to Julka i Natalka nie skorzystają z jej podręczników.
Z szału porządków ocknęła się dopiero, gdy pokój spowił półmrok. Omal się nie przewróciła, bo zdrętwiała noga odmówiła współpracy. Opadając na łóżko, prawie nadziała się czołem na rękojeść miecza Hattori Hanso, który dzierżyła obleczona w żółty kombinezon Uma Thurman na plakacie z Kill Billa. Agata syknęła, wyciągnęła nogę przed siebie i rozmasowując udo, oceniła efekt pracy. Na środku dywany piętrzyły się stosy książek z wyblakłymi brzegami. Co z nimi zrobić? Wyrzucić głupio, a skupów makulatury chyba już nie ma? Zerknęła smętnie na puste regały. Śmierć mamy i wyjazd taty zakończyły pewną epokę.
Miała na karku czterdziestkę, a jej życiowe osiągnięcia to zakończone klapą małżeństwo i zafundowanie własnej córce karuzeli z dwoma ojcami - biologicznym i prawnym. Tylko w pracy układało się nieźle. Kochała pielęgniarstwo. Od przełożonych i - co ważniejsze - pacjentów na wyciągach i w gipsie dostawała każdego dnia sygnały, że dobrze wybrała zawód. Ale reszta... Pokręciła bezwiednie głową. Może dlatego tak długo odkładała przyjazd do Gdyni? Odwlekała podświadomie chwilę rozstania ze starymi kątami, bo to znaczyło, że teraz naprawdę jest dorosła i zdana na siebie? Jeszcze pół roku temu, kiedy życie ją przytłoczyło - a od czasu, kiedy oznajmili Julce, że Przemek nie jest tylko przyszywanym wujkiem, zdarzało się to nader często - dzwoniła do mamy, by się jej wygadać albo wypłakać. Wyobrażała sobie wtedy, jak mama krząta się w kuchni i ze słuchawką przy uchu otwiera szuflady z przyprawami albo miesza w garnku. A w międzyczasie znajduje słowa, które działają niczym chłodzący balsam na poparzoną skórę.
- Dobra, jeszcze tylko jedna półka i fajrant.
Wyjęła z regału kilka tomów na raz. Wtedy jej wzrok przyciągnęło coś kolorowego, co najwidoczniej musiało wpaść za podręczniki albo zostało tam wepchnięte. Ostrożnie odłożyła stos książek na podłogę i sięgnęła w głąb szafki. Jak mogła o nim zapomnieć? Brulion oprawiony w kartkę z kalendarza z kiczowatym widoczkiem - kobieta cwałująca na koniu brzegiem morza w pomarańczowej poświacie zachodzącego słońca. Uśmiechnęła się z lekkim zażenowaniem i w sekundę zapomniała o porządkach.
Wetknęła zeszyt pod pachę i zeszła na dół. Pogratulowała sobie w duchu pomysłu z wzięciem z budy koło dworca chińszczyzny, bo pusty żołądek nagłym skurczem przypomniał, że od rana uraczyła go tylko drożdżówką i kawą. Wstawiła danie do mikrofali, przysiadła na taborecie z kolanem podciągniętym pod brodę i otworzyła brulion na pierwszej stronie. Zdobił ją wykaligrafowany z nabożną starannością napis Nirvana i zdjęcie Curta Cobaina w typowym koncertowym wydaniu - z gitarą, przymkniętymi oczami i twarzą zasłoniętą długimi włosami. Pierwszy wpis przeniósł ją do początku drugiej klasy ogólniaka i imprezy, na której po raz pierwszy zatańczyła z Maćkiem - jak sądziła przez następne dwa miesiące - miłością jej życia.
Trzeci sygnał mikrofalówki wyrwał ją ze świata imprez, nieporadnych erotycznych uniesień i przekleństw kierowanych na babę od fizyki, która tępiła ją za niemerytoryczne dyskusje i zbyt kolorowe paznokcie. Przełożyła kurczaka gong bao na talerz i zerknęła na godzinę. Wysłała Przemkowi esemesa z przypominajką o lekach Julki i znowu wskoczyła w czasy cielęcej beztroski.
***
Julka zajrzała Przemkowi przez ramię i wycelowała palcem w ekran.
- Mówiłam, jest. Awatar i istota wody. Niedziela, dziewiętnasta trzydzieści w Galerii Mokotów. Za godzinę. Idealnie! - wykrzyknęła z triumfem.
- Hmm... A nie wolisz Wielkiego zielonego krokodyla? Poza tym nie wiem, czy nie za późno na kino. Powinienem cię wkrótce odwieźć. Mama mnie ukatrupi, jeśli zaśpisz do szkoły.
- Wujek, ile ja mam lat? - Zakipiała świętym oburzeniem. - Idziemy na Awatara. Mama i tak wraca dzisiaj późno. Zdążysz mnie odwieźć, a ja szybciutko wskoczę w piżamę i ekspresowo zasnę. Wisisz mi to kino zamiast basenu, zbieraj się. - Zerwała się z kanapy, gotowa z miejsca wyruszyć w świat podwodnych stworów.
Przemek podniósł dłonie w geście kapitulacji, a po chwili wskazał stojący na stole kubek.
- Chwilunia, chwilunia. Najpierw wypij wodę z miodem. Wcisnąłem dużo cytryny, jak lubisz. Jak się jest przeziębionym to...
- To trzeba dużo pić, wiem - dokończyła znudzonym głosem. - Ale mi się nie chce pić. Jestem już jak balon.
- Wiesz co? Niewdzięczna bestia z ciebie. Skoro masz już moją nerkę, to mogłabyś jej łaskawie używać. Im szybciej wypijesz, tym szybciej ruszymy. - Uciął dyskusję.
Zajrzał do szafy i przerzucił ciuchy w poszukiwaniu dżinsów. Nie pojedzie przecież do kina w rozciągniętych dresach. Nagle zamarł z ręką między bluzami, bo dotarł do niego sens ostatnich słów córki.
- Co to znaczy, że jesteś jak balon?
- Nic - odkrzyknęła już z antresoli, którą zbudował dla niej kilka miesięcy temu.
Wyciągnął bluzę na chybił trafił, podszedł do barierki i spojrzał na Julkę między szczebelkami.
- Jakie nic? Mówi mi natychmiast, co się dzieje.
Odwróciła się z ociąganiem, przygryzła wewnętrzną stronę policzka i spojrzała mu niepewnie w oczy.
- No? - ponaglił swobodnym tonem, choć niepokój rodził się gdzieś na wysokości przełyku i pełzł w górę.
- No... W sensie... Bo nie mogę się wysikać - wydukała.
- I dopiero teraz mi to mówisz?! - Nie wytrzymał i zaraz skarcił się w duchu. Od ponad roku spędzali ze sobą więcej czasu, oswajali nową sytuację, ale wciąż był dla Julki bardziej wujkiem niż tatą. Nie dziwne, że jedenastolatce trudno przychodzi mówienie mu o sprawach fizjologicznych. - Przepraszam - dodał skruszony i dał znak gestem, żeby nachyliła się nad balustradą antresoli.
Przyłożył dłoń do jej czoła. Poczuł pod palcami ciepło - zdecydowanie zbyt intensywne jak na lekką zimową infekcję. Lęk przelał się przez niego chłodną falą.
- To co z tym sikaniem? Od kiedy masz problem?
Miał teraz jej ciemnobrązowe oczy dokładnie na wysokości swoich. Szklisty błysk potwierdził skok temperatury.
- Od rana - przyznała z rezygnacją. - Ale poza tym świetnie się czuję.
Przemek już nie słuchał. Przemierzył pokój kilka razy, potem przysiadł na krześle i wyciągnął telefon. Mętnie pamiętał procedurę postępowania w przypadku niepokojących objawów u dawcy, ale Julka... Wziął głęboki wdech i przeszukał kilka stron dotyczących życia po przeszczepie.
- Boli cię w okolicach nerki? - Zadarł głowę, by dostrzec, że córka z grobową miną pokręciła głową. Najwyraźniej pojęła, że perspektywa kina oddala się niczym odjeżdżający tramwaj.
Zrobiło mu się jej żal, ale Awatar poczeka, a jemu nie wolno niczego zignorować.
- Schodź na dół i zmierz temperaturę - zakomenderował.
Niechętnie spuściła się po sznurze. Pod pachą trzymała plecak, jakby liczyła po cichu, że sprawa rozejdzie się po kościach. Wzięła termometr i wetknęła go pod koszulkę. Po dwóch minutach zerknęła na podziałkę i z kwaśną miną opadła na fotel.
- Trzydzieści dziewięć i dwa - mruknęła, po czym rzuciła plecak na podłogę.
Przemek postukał termometrem o palce, zastanawiając się, co robić. Przyszedł mu do głowy telefon do Agaty, ale przypomniał sobie, że pojechała do Gdyni. Objawy nie wyglądały jednoznacznie na odrzucenie przeszczepu i statystycznie rzecz biorąc, po trzech latach od zabiegu wydawało się to mało prawdopodobne. A może tylko starał się uspokoić? W każdym razie Agata nic na odległość nie zdziała, a tylko się zdenerwuje.
- Zbieraj manatki, za chwilę wychodzimy.
Wskazał Julce głową plecak i wybrał numer Daniela. Czekając, aż ten odbierze, przeanalizował możliwe scenariusze.
- I zabierz z łazienki szczoteczkę do zębów i... - W głowie zahuczała mu pustka. - Jakieś mydło czy coś? I może coś na zmianę? - Pogratulował sobie w duchu, że kilka podstawowych rzeczy Julki rezydowało na stałe w jego szafie.
- Cześć. Jedziesz gdzieś? - zapytał zdziwiony, gdy Daniel odebrał; w tle coś szumiało i tykało.
- Cześć. Tak. Muszę być jutro na szóstą trzydzieści na budowie w Poznaniu. Ściągnąłem panią Olę do Natalki i ruszyłem godzinkę temu. Prześpię się w hotelu i...
Przerwał mu stanowczo.
- Zawracaj. Tylko nie panikuj, bo może nic strasznego się nie dzieje. Julce podskoczyła gorączka i od rana ma problem z sikaniem.
- Od rana? I dopiero teraz do mnie dzwonisz?!
- Spokojnie, Krótki. Ledwie co puściła parę. Nie chodzę przecież za nią do toalety. - Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było spięcie z Danielem. - Temperatura też urosła dosłownie z godziny na godzinę.
Zerknął na otwarte drzwi łazienki, w której krzątała się Julka.
- Daj mi zebrać myśli. Minąłem już Wrześnię - odparł Daniel rzeczowo. Widocznie i on uznał, że nie pora na przeciąganie liny. - Jedź z nią do Centrum Zdrowia Dziecka i wbijaj się do profesora Karczewskiego. Albo kogokolwiek innego. Ja dołączę do was za jakieś ... poczekaj... - W słuchawce zaległa cisza. - Google pokazuje, że za około trzy godziny. Jeśli nie trafię na korki, w końcu to niedziela wieczór.
- To my ruszamy za moment, w kontakcie.
Wylosował z szafy dżinsy, potem ściągnął z oparcia fotela porzuconą bluzę.
Z łazienki wyszła Julka. Trzymała pod pachą kosmetyczkę i najwyraźniej zamierzała go minąć niczym słup ogłoszeniowy. Zatrzymał ją w pół kroku i zajrzał jej w oczy. Dostrzegł w nich teatralnego focha, ale i cień strachu. Przyciągnął ją do siebie i przytulił. Krótko, przelotnie. Tylko tyle, żeby przytknąć twarz do jej włosów i poczuć zapach brzoskwiniowego szamponu. Potem odsunął ją na wyciągnięcie rąk, uniósł dwa palce i oznajmił uroczyście:
- Obiecuję ci tego Awatara, a u mnie słowo droższe od pieniędzy. Ale najpierw sprawdzimy, co się dzieje. Słyszałaś moją rozmowę z tatą?
- Tak. Mniej więcej. Czyli zostawią mnie w szpitalu?
Uniósł ramiona, bo dopadła go dojmująca bezsilność.
- Nie wiem, Julka. Ale musimy być przygotowani i na taką ewentualność. Spakowałaś wszystko?
- Kosmetyczka, ręcznik, piżama, dres, klapki, telefon - wyrecytowała, a on zdał sobie boleśnie sprawę, że przez lata szpitalna wyprawka stanowiła dla niej przedłużenie ręki, jak karabin dla żołnierza. Miał cichą nadzieję, że tym razem unikną walki.
- Świetnie. To wkładaj kurtkę i buty, i spadamy. Tata do nas dojedzie.
Kilkanaście minut później pędzili pustawą Aleją Armii Ludowej w stronę Mostu Łazienkowskiego. Przemek lawirował między autami i przeklinał niedzielnych kierowców, sunących uparcie lewym pasem osiemdziesiąt na godzinę. Julka spoglądała smętnie za okno, odprowadzając wzrokiem mijane budynki. Spojrzała na Przemka zdziwiona, kiedy nagle zamilkł i zwolnił.
- Co jest? Już się nie spieszymy? To może odbijemy w Saską i skoczymy na Francuską na kebsa? - rzuciła z przekąsem i objęła się ciaśniej rękoma.
Zerknął na nią z niepokojem. Robiła dobrą miną do złej gry, ale trzęsło ją od gorączki. Nie chciał sam decydować czy podać jej jakiś lek. Liczył, że najpóźniej za pół godziny przekaże ją w ręce lekarzy. Właśnie dotarło do niego, że to nie nastąpi bez Daniela.
Wytarł spocone ręce o spodnie i zabębnił w kierownicę.
- Nie, już się nie spieszymy.