Rozdział 1
Ta decyzja skrajnie przeczyła naturze Przemka. Jednak gdy ogarnął wzrokiem kartony z kawalerskim dobytkiem, poczuł dreszcz ekscytacji. Pierwszy raz od lat podążył za głosem serca. Przestał analizować i szacować, obracać emocjonalną kostkę Rubika w poszukiwaniu wzoru i pewności. Bez wahania odparł: "Czemu nie", gdy Zuza tydzień temu, podczas weekendu w Rzymie, z bosymi stopami opartymi o balustradę hotelowego tarasu, rzuciła: "Może zamieszkamy razem?".
Teraz przysiadł na kanapie i obrzucił niepewnym spojrzeniem skrzynkę z gratami do urban exploring - z czego jak z czego, ale ze sprzętu przydatnego podczas wędrówek po opuszczonych budynkach na pewno nie zrezygnuje. Ucieszeni wizją wspólnego życia nie przemyśleli, jak to wszystko urządzą. Założyli tylko, że mieszkanie Zuzy łatwiej pomieści ich dwoje niż kawalerka przy Puławskiej. Poza tym, szczęśliwym trafem, lokum wynajęte przez nią kilka tygodni temu znajdowało się zaledwie parę minut piechotą od Archeonu. Będzie wpadał do domu, odrywał ją od piarowych bzdur i kochał się z nią, gdzie popadnie. Później uzasadnią nieróbstwo szybką kawą, i wrócą, każde do swoich obowiązków.
A graty...? One także prędzej czy później znajdą swoje miejsce, pomyślał.
Upchnął ostatni tom Sapkowskiego i sięgnął do najniższej półki po wyblakłe pudło z Ikei. Rozważał przez moment, czy go nie zostawić, ale wewnętrzny głos podszepnął mu, że obecność pamiątek w domu Zuzy przypieczętuje nowy rozdział solidniej niż szczoteczka do zębów na umywalce. Przykucnął, zdjął wieko i przerzucił szpargały: zaproszenie na przedpremierowy pokaz Strażników Galaktyki, bilety z koncertów Lao Che, przedszkolne zdjęcie u boku Gośki, na którym, ze względu na dłuższe włosy, wyglądał identycznie jak siostra. Uśmiechnął się na widok spłowiałego mandatu za zakłócanie porządku w Kuźnicy - efektu popisów Daniela przed Agatą podczas kursu windsurfingowego. Oglądał kolejno dowody na realność zdarzeń, które teraz zdawały się zupełnie nierzeczywiste. Daniel wycofał się z przyjaźni i, wraz z końcem dwa tysiące dziewiętnastego roku, także z Archeonu, a Agata - teoretycznie wciąż jego żona - chyba się wahała, czy dla dobra córek reanimować małżeństwo. To, co wiedział o życiu Kurców, czerpał głównie z dość systematycznych relacji Julki. Ona jedna...
Rozmyślania przerwał mu dźwięk telefonu. Spojrzał na wyświetlacz. O wilku mowa. Odebrał połączenie, bezwiednie obracając w palcach wyłowiony z dna pudła podłużny płaski przedmiot.
- Dzień dobry, wujku.
- Hej... Natalko? - Zdziwił się, bo zamiast Julki usłyszał głos jej młodszej siostry.
- Bo wujek... - Mała się zająknęła. - Bo my chciałyśmy cię zaprosić na moje urodziny.
- Hmm. Bardzo mi miło, Natalko. - Zastanowiła go liczba mnoga, ale sprawa się wyjaśniła, gdy w tle usłyszał podszepty Julki. - To ile skończysz lat? Dwadzieścia?
Mała chyba nie załapała żartu, bo w aparacie zawisło niezręczne milczenie.
- Dobra, nie mów. Zadzwonię na urodzinową informację. A dasz mi siostrę do telefonu?
- Już daję. - Usłyszał po drugiej stronie szmer. - Aha, wujek, my te urodziny urządzamy siedemnastego kwietnia! - dorzuciła pospiesznie. - To daję ci Julkę, pa!
- Pa - odparł Przemek z uczuciem, że jego słowa trafiają już w próżnię.
- Cze, wujek. Co tam? - Zaczęła Julka tonem niewiniątka.
- Dzień dobry, Julka. Jak zdrowie? - Powitał ją zgodnie z rytuałem.
- Bezet, wszystko w normie. A u ciebie?
- U mnie też bezet. A teraz mów, o co chodzi z tą imprezą.
- O nic.
Wyobraził sobie, jak Julka wzrusza ramionami i potrząsa ciemną grzywą.
- Rodzice urządzają Natalce urodziny i postanowiła cię zaprosić.
- No dobra, a uzgodniłyście to z nimi?
Nie mógł tak po prostu wparować na kinderbal sponsorowany przez byłego przyjaciela i jego, kij wie, czy wciąż żonę, z którymi łączą go ledwie kurtuazyjne relacje.
- A po co? Przecież to urodziny Natki. Zaprasza, kogo chce, nie?
- Niby tak. Ale.... - Przemek docisnął palcem wskazującym okulary do nasady nosa. Rozważał, jak wybrnąć z sytuacji, żeby nie zrobić przykrości Julce. - Wiesz, to serio bardzo miłe, ale nie gwarantuję, że przyjdę. Właśnie szykuję się do przeprowadzki. - Zaświtał mu w głowie idealny, bo najprostszy, w dodatku niewymagający kłamstwa wykręt.
- A dokąd się przeprowadzasz? - zainteresowała się Julka.
- Do Zuzy. Pamiętasz? Wspominałem ci o niej niedawno.
- I już się przeprowadzasz?
Szczere zdziwienie w głosie dziewczynki przypomniało Przemkowi o tym, jak bardzo cieszy go ten prezent od losu. Chciał wykrzyczeć, że tak, właśnie tak! Zna Zuzę tak krótko, a już wie, że to jest właśnie ONA!
- Jak będziesz dorosła, to zrozumiesz. - Frazes zazgrzytał mu w uszach jak skrobanie paznokciem o styropian. - Czasem zna się kogoś wiele lat i człowiek nie jest pewien swoich uczuć, a czasem wystarczy kilka rozmów i już wiesz, że trafiłaś na miłość do grobowej deski.
- No dobra - mruknęła bez przekonania. - To zabierz tę Zuzę na urodziny! - Rozpogodziła się. - Będzie też ciocia Gosia i wujek Darek z Miłoszem i Anią. Im więcej gości, tym weselej, prawda?
- Prawda.
Przemek westchnął. Wizja jego i Zuzy gawędzących przy torcie z Kurcami i jego siostrą jakoś go nie zachwyciła. Tak długo czekał na tę miłość, że pragnął napawać się szczęściem bez udziału osób trzecich, zwłaszcza Daniela i Agaty.
- Julka, to umówmy się tak. - Postukał o blat biurka trzymanym w ręku przedmiotem. - Upewnię się, czy rodzice rzeczywiście zaplanowali tak dużą imprezę i ustalę z Zuzą, czy akurat nie wyjeżdża służbowo. Potem dam ci znać. Zgoda?
- Zgoda. - Ton głosu Julki przeczył jej słowom. - Ale wiesz, Natce będzie przykro, jeśli nie przyjdziesz.
- A ty wiesz, że jesteś przebiegłą bestią? Dobra, kończę. Czeka mnie dziś jeszcze mnóstwo pakowania. Pozdrów... - Zawahał się. - Jesteś dzisiaj u mamy w Warszawie czy w Radziejowicach?
- W Radziejowicach. Jutro zaczyna się w szkole przerwa świąteczna, a mama idzie na noc do pracy, więc tata zabrał nas do siebie.
- To pozdrów tatę. I uściskaj ode mnie Natkę.
- Bez przesady z tymi uściskami. Ty wiesz, wujek, jak ona mi wczoraj...
- Juuulka, błagam! Bo zamiast w Wielkanoc przeprowadzę się do Zuzy w Boże Narodzenie.
- Jak kocha, to poczeka - odparowała nabzdyczonym głosem. - No dobra, opowiem ci na urodzinach. Pamiętaj, siedemnastego kwietnia w sobotę. Chyba u mamy. Pa - dorzuciła i się rozłączyła.
Odłożył telefon z umiarkowaną ulgą; w sumie niczego nie obiecał i niczemu nie zaprzeczył, a furtkę do odmowy uchylił wystarczająco szeroko. Porzucił rozmyślania o kinderbalu i obrócił się w poszukiwaniu pudełka, które nadawałoby się na dokumenty. Sięgnął po jedno ze stosu i zorientował się, że wciąż trzyma w ręku scyzoryk - pewnie wyjął go bezwiednie z pudła z pamiątkami. Wyglądał jak nowy, jedynie wyblakła czerwień rękojeści zdradzała, że przeleżał bezczynnie ponad dwadzieścia lat. Wyciągnął ostrze - lśniącą taflę stali znaczyło podłużne zadrapanie. Rysa, która powstała, gdy prezent od taty upadł na ostry kamień. Pamiętał rozpacz pięcioletniego siebie i pocieszania taty - że ostrze i tak się zużyje i porysuje przy struganiu bełtów do łuku. Strugali raz. A potem... Potem z jakiegoś powodu wszystko się zmieniło. Tata nie znajdował czasu ani na łuk, ani na łódki z kory, a mama nie pozwalała mu się bawić scyzorykiem samemu.
Wrzucił go z powrotem do pudełka. Zamknął je i popchnął w stronę drzwi, gdzie w kolejce do wyprowadzki czekały walizki z ubraniami. Po chwili dołączył do nich karton z dokumentami, a w ślad za nim większy, opatrzony napisem "bieżące projekty" i literą "A". Ten ostatecznie i tak wyląduje zapewne w Archeonie. Do tej pory woził część papierów do firmy i z powrotem, na wypadek, gdyby następnego dnia zdecydował, że popracuje z kanapy. Czasami też klienci niespodziewanie prosili o spotkanie wieczorem, a lubili oglądać projekty domów na papierze. Wodząc palcem po schematach, marzyli o dwuosobowych wannach i łóżkach na antresoli. Teraz w razie potrzeby po prostu podskoczy po dokumenty do biura.
Zadowolony z efektów pracy wyciągnął się na kanapie, podłożył ręce pod głowę i przemierzył wzrokiem osierocone półki poznaczone ciemnymi śladami wśród kurzu. Tylko figurki Avengersów i innych filmowych postaci ze stajni Marvela sterczały samotnie na posterunku. Zdawały się wyczekiwać na swoją kolej do wyprowadzki.
- Przepraszam, koledzy - powiedział na głos i pokręcił głową. - Zostajecie tutaj. Przemo zaczyna całkiem nowe, dorosłe życie. Z Zuzą. Z moją Zuzą.
Rozsmakował się w tym słowie, zdjęty nagłą, ściskającą trzewia tęsknotą. Sięgnął po telefon i wysłał jej esemesa:
Bzykałaś się z kimś kiedyś w magazynie? Masz niepowtarzalną okazję, zapraszam na Puławską.
Po chwili odczytał:
Oczywiście, Hipolicie. Tyle razy, że już mi zbrzydło. Wolę przelecieć magazyniera w NASZYM łóżku.
Roześmiał się; zawsze rozczulało go, gdy Zuzka zwracała się do niego drugim imieniem, które dostał po dziadku. To było tylko ich, tylko między nimi. Rozpłynął się w podsuniętej przez nią wizji i po chwili zasnął.
*
Zuza odgarnęła grzbietem dłoni kosmyk, który uparcie wymykał się z kucyka. Odłożyła wkrętarkę i oceniła efekty ostatnich zmagań. Biurko stało prosto i stabilnie, na podłodze nie walały się żadne śrubki, więc uznała montaż za szczęśliwie ukończony. Pozbierała styropian, folie i woreczki po nakrętkach i kołkach. Rozmasowała nadgarstki nawykłe bardziej do stukania w klawiaturę niż majsterkowania. Ból w przedramionach zapowiadał zakwasy, ale zamiast martwić, przepełniło ją to radością. Nowy rodzaj zmęczenia zwiastował nowe życie. Czekały ją dni wypełnione wyzwaniami i doznaniami, których od dawna wyglądała. Jeszcze raz zlustrowała pokój. Do południa wypchnęła najpilniejsze maile i odbębniła krótkiego calla. Akurat gdy kończyła, kurier dostarczył meble. Odtąd pracowała w pocie czoła, skręcając, wbijając i dociskając. Wysiłek się opłacił; sprzęty pachniały wprawdzie sklepowym magazynem, a nowy dywan gubił kłaczki, ale wszystko razem sprawiało wrażenie przytulnego porządku. Resztę dokupią, gdy codzienność ujawni realne potrzeby. Najważniejsza niespodzianka na przyjęcie Przemka została przygotowana. Pozostało zadbać o odpowiednią oprawę wielkiego dnia.
Upchnęła odpady do sporego worka i poszła do kuchni. Raptem zamarła, bo dotarło do niej, że nie robiła ostatnio zakupów, a Wielki Czwartek oznaczał gonitwę tłumów za jajkami, majonezem i czekoladowymi zajączkami. Szanse na to, że jakiś sklep dostarczy jeszcze dzisiaj zakupy pod drzwi, oszacowała na cztery miejsca po przecinku. Jeśli ma przygotować na jutro coś wyjątkowego, musi się wspiąć na wyżyny kreatywności. A do tego niezbędna jest kawa.
Gdy podniosła rękę, by sięgnąć po szklankę, pociągnęła nosem i uznała, że najpierw pilnie wymaga kąpieli. Wzięła szybki prysznic, wskoczyła w dres i upięła wysoko wilgotne włosy. Odświeżona wkroczyła do kuchni, gotowa na realizację projektu przy skrajnie ograniczonych zasobach. Włączyła ekspres i otworzyła podwoje lodówki. Widok mile ją zaskoczył. Nie jest źle, oceniła, parząc wargi gorącym latte i lustrując szuflady z warzywami. W zamrażarce odkryła dorsza, łososia, pół macki ośmiornicy i trochę krewetek, co nasunęło jej pomysł na całkiem wykwintne danie.
Czyli korpo uratowało mi tyłek, skonstatowała. Prawie nie tknęła ostatnich zakupów, bo szefowi działu PR z centrali zamarzył się rajd po warszawskich restauracjach - lunch w Korei albo Japonii, kolacja w Indiach, potem skok do Meksyku. Zuza towarzyszyła Andreasowi w gastronomicznej pielgrzymce, bo zależało jej, by jeszcze w Warszawie przyklepał najważniejsze pomysły. Tyrała przez ostatnie dwa tygodnie nad strategią na kolejny kwartał. Rynek koparek do bitcoinów zmieniał się niemal równie dynamicznie, co sam rynek kryptowalut; wyzwania wyrastały jedno za drugim niczym przeszkody w grze komputerowej. Wyrzut adrenaliny, mobilizacja, przygotowanie i skok - coraz wyżej, coraz trudniej, coraz ciekawiej. Dlatego dwumiesięczny bezpłatny urlop wymagał przewidzenia trendów, oszacowania ryzyka i przygotowania scenariuszy, którymi podeprą się członkowie zespołu, gdy zostaną sami na placu boju. Ostatecznie, z podprogowym wsparciem tikka masala i bulgogów, wydębiła od Andreasa swobodę decyzyjną, dzięki której zaraz po świętach dopnie plan. Potem zorganizuje spotkanie działowe, ustawi priorytety i...
Nagle dotarło do niej natarczywe pikanie i rozbłyski światła. To lodówka żądała zamknięcia drzwi. Porzuciła więc rozmyślania o pracy i uciszyła alarm. Przysiadła na rogu kuchennego stołu, dopiła niespiesznie kawę, oblizując brzeg szklanki z mlecznej piany. Rozejrzała się po kuchni, która dotąd spełniała raczej rolę spiżarni; Zuza jadała głównie na mieście, a gotowanie, choć nieźle jej wychodziło, postrzegała jako marnotrawstwo czasu. Teraz wszystko się zmieni. Od jutra zacznie używać przycisku do przygotowywania dwóch kaw jednocześnie, a kto wie, może nawet użyje patelni do naleśników, którą rok temu sprezentowała jej mama, a którą wciąż zdobiły fabryczne nalepki. Później zajdą tu jeszcze większe zmiany, w które wejdą z Przemkiem ramię w ramię.
- Na pewno - powiedziała na głos i ścisnęła ciaśniej gumkę kucyka, jakby trwałość fryzury przekładała się na panowanie nad sytuacją.
Na pewno. Uśmiechnęła się lekko na wspomnienie zaczepnego esemesa, którego odczytała między przykręcaniem kolejnych nóg do blatu biurka. Wyciągnęła paczki z rybami i wrzuciła je do zlewu, żeby się rozmroziły. Nic więcej nie mogła zdziałać w kwestiach kuchennych, więc postanowiła chwilę się polenić.
Salon tonął w czerwieni ostatnich promieni słońca. Te sięgające ściany na wprost okna zdawały się przenikać i stapiać z pociągnięciami pędzla na wielkoformatowej abstrakcji.
Zgarnęła ze stołu telefon, usiadła na kanapie, skrzyżowała wyciągnięte nogi na krześle i odnalazła wymianę wiadomości z Przemkiem. Naszła ją wielka, wzbierająca wrzeniem w brzuchu ochota, żeby wsiąść w samochód, pognać na Puławską i zastukać do jego drzwi. Zobaczyć, jak zewnętrzne kąciki ciemnych oczu unoszą się w uśmiechu. W ten sposób śmiał się tylko przy niej. A potem... potem rozsunęliby pudła i torby i kochali się wśród pustych szaf oraz półek, które zwiastowały wielką zmianę. Mężczyzna, którego kilka miesięcy temu uwolniła z toalety w Intercity, będzie naprawdę jej. Te kilka sekund, kiedy speszony dziękował jej za wezwanie obsługi, przesądziło o ich przyszłości. Zuza nie wierzyła dotąd w zrządzenia losu, ale w tym jednym wypadku była skłonna zrobić wyjątek. Pożegnawszy uratowanego, zamierzała przecież ruszyć dalej korytarzem do WARS-u. A jednak coś ją tknęło i zawróciła w stronę swojego siedzenia. Gdyby tego nie zrobiła, nie natknęłaby się na podpiętego do ładowania iPhone'a i nie skojarzyła, że to właśnie jego telefon. Gdy pociąg szarpnął i ruszył ze stacji Warszawa Zachodnia w kierunku Centralnego, stała bezradnie i patrzyła przez okno na oddalającą się w pośpiechu sylwetkę poznanego przed chwilą mężczyzny. Po kilku sekundach zniknął jej z pola widzenia, wessany przez tłum podróżnych.
Dostanie się do porzuconego smartfonu nie było może etyczne, ale inaczej nie odnalazłaby Przemka. Warto było pokonać opór zaprzyjaźnionego pentestera, który zazwyczaj włamywał się do systemów, sprawdzając skuteczność zabezpieczeń, i namówić go, by ten jeden raz użył wiedzy w praktyce.
Może jednak cel uświęca środki? - pomyślała z rozmarzeniem.
Postukała telefonem w kolano, zamknęła okno wiadomości i zdecydowała, że zostanie u siebie. Odhaczyła w głowie kolejne punkty checklisty na dziś. W szafie czekały puste wieszaki, ścieśniła kosmetyki w łazience, wbrew matematycznej logice uznając, że facetowi wystarczy mniejsza połowa. Wyznaczyła nawet w piwnicy półkę na latarki, rękawice, coś jakby miarki i inne sprzęty, których nie potrafiła nazwać, a które zabierał na włóczęgę po miejskich i podmiejskich ruinach. Nie pojmowała, co go w tym pociąga. Oczywiście poza adrenaliną - nigdy nie wiadomo, czy rozetnie mu łeb dachówka, czy się zarwą zbutwiałe schody. Po cichu liczyła, że rodzinne obowiązki odciągną Przemka od późnochłopięcej fascynacji urbeksem.
Do pokoju niepostrzeżenie zakradł się zmrok, więc namacała włącznik lampki. Światło padło na leżącego przy kanapie laptopa. W ferworze przygotowań zapomniała o jeszcze jednej, może najważniejszej tego dnia, sprawie. Usiadła po turecku z komputerem na kolanach, przedarła się przez kaskadę haseł i otworzyła prywatnego maila. W folderze z wersjami roboczymi czekała wiadomość, którą napisała dwa dni wcześniej, ale wciąż wstrzymywała się z jej wysłaniem. Jakby los, który zesłał miłość życia, mógł kapryśnym gestem zgarnąć ze stołu szczęśliwe żetony. Teraz, gdy przeprowadzka Przemka stawała się faktem, pozwoliła sobie na wiarę, że niektóre marzenia ot tak, po prostu spełniają się parami, i nie należy doszukiwać się w tym drugiego dna.
Chociaż korespondowała z Karoliną od kilku miesięcy, sprawdziła, czy w adresie nie brak żadnej litery. Kliknęła "wyślij" i zamknęła laptopa, omijając zręcznie ikonę służbowej poczty - rano zdziałała o wiele więcej niż towarzystwo w biurze odliczające godziny do krótkiej przerwy świątecznej. Teraz włączy muzykę, otworzy wino, zapali w łazience świeczki i oblepiona pianą pomarzy o przyszłości.
Poszła do łazienki i odkręciła wodę. Okrągłe świeczki dookoła wanny - pamiątka po romantycznym wieczorze - wypaliły się do spodu, więc postanowiła poszukać nowych. Wysunęła szufladę komody i wygarnęła kilka mniejszych, egzotycznie pachnących. Z ostatnią mocowała się chwilę, bo oplotły ją macki złotawej wstążki. Ile to razy miała ją wyrzucić?
A może dobrze, że nie wyrzuciła? Wydobyła wstążkę, jak się okazało, zwieńczoną wielką przypłaszczoną kokardą. Odszukała nożyczki, przeciągnęła ostrzem wzdłuż zawijasów i przywróciła ozdobnemu węzłowi dawny kształt. W drodze do najmniejszego pokoju zajrzała do łazienki i skontrolowała poziom wody w wannie. Potem zawiązała kokardę na klamce.