Rozdział 1
Marta sięgnęła do torby i wyjęła paczkę cieniasów. Rzadko paliła, ale teraz naszła ją nieodparta ochota, by odbębnioną wreszcie rutynową wizytę u lekarza nagrodzić smakiem Vogue'a. Przez listowie przedarł się promień słońca i pudełko zabłysło obiecująco perłową zielenią. Sięgała po zapalniczkę, gdy coś twardego pacnęło ją w ramię. Papieros przepadł w czeluściach torby. Fuknęła i się rozejrzała. W trawie leżała zszargana piłka tenisowa. Kilka sekund później obok piłki pojawiły się dziecięce stopy i posiniaczone kolana.
- Przepraszam. - Na oko czteroletni rudzielec przestępował z nogi na nogę. Palce zakończone paznokciami z żałobą zwijały róg szortów w rulonik, druga ręka wskazywała piłkę. Szmaragdowe punkciki oczu spoglądały na Martę z przesadzoną skruchą; mały opanował procedurę przeprosin do perfekcji.
- Nie ma sprawy, zmiataj. - Machnęła ręką.
Odprowadziła go rozbawionym spojrzeniem. Dołączył do siedzącej na ocienionej ławce kobiety. Towarzyszyła jej niemal doskonała kopia rudzielca. Kobieta pogładziła drugiego syna po chudych łopatkach i - pewnie w nagrodę za odwagę cywilną - wręczyła mu banana. Chłopcy siedzieli teraz ramię w ramię, majtali nogami i zajadali, poszturchując się i gestykulując.
Marta obserwowała ich przez dłuższą chwilę; wyławiała zaczepne spojrzenia, odgadywała potyczki słowne. Wyczuwała więź, która sprawiała, że brat w jednej sekundzie przeistacza się z przyjaciela w śmiertelnego wroga i na odwrót. Próbowała oderwać od nich wzrok, zawrócić z drogi, która tyle razy zagnała ją w groźne zaułki wspomnień. Wbrew instynktowi zachowawczemu przywołała smak przynależności; bezpiecznej i oczywistej jak oddychanie. Pozwoliła sobie na to, choć wiedziała, że na końcu tej drogi, niczym na uciekającego bohatera filmu, czeka na nią mur nie do przeskoczenia.
Z zamyślenia wyrwało ją piknięcie smartfona. Odczytała wiadomość od Renaty:
Mamy małą zmianę. Bądź gotowa na 12.30.
Straciła ochotę na palenie. Zamknęła oczy i zwróciła twarz ku koronie drzewa, by nasycić się gościnnym chłodem, zanim wyjdzie na rozpaloną ulicę.
Związała włosy w gruby supeł na czubku głowy, uzbroiła się w okulary przeciwsłoneczne, wyszła z Lasku Brzozowego i ruszyła Lanciego w stronę Płaskowickiej.
Niespełna godzinę później, ubrana w szafirową sukienkę bez ramiączek i szpilki, wsiadła do czekającego przed bramą osiedla audi.
- Cześć, a ty przypadkiem nie miałeś dziś kuć do egzaminu z makroekonomii? - Wsunęła się na miejsce obok kierowcy. Pomyślała, że w ciemnych okularach rodem z Top Gun, z lekką opalenizną łagodzącą blizny po trądziku i modnie wymodelowaną fryzurą Igor prezentował się niczego sobie. Co nie zmieniało faktu, że nie był w jej typie.
- W świetle nadchodzących wakacyjnych wydatków bardziej interesuje mnie mikroekonomia mojego własnego portfela - odparł i ruszył. - Poza tym muszę załatwić coś przy placu Zawiszy, więc wspaniałomyślnie zaoferowałem Renacie, że cię podrzucę.
- Dzięki, łaskawco. Znasz procedurę - raczej stwierdziła niż zapytała. Nie słuchała odpowiedzi; wiedziała, że Igor zadba o nią lepiej niż którykolwiek z chłopaków podsyłanych przez Oskara. Zapatrzyła się w okno. Jak zwykle potrzebowała chwili na wczucie się w rolę.
Wchodząc w dyskretnej asyście Igora do Radissona, przylepiła do twarzy uśmiech.
*
Daniel dostrzegł Agatę w progu restauracji; szukała ich wzrokiem. Uniósł rękę, ale uprzedziła go Natka.
- Mama! - Objęła ramionami jej uda i wtuliła buzię w plisy spódnicy. - Pachnies spitalem. - Wyciągnęła w górę ręce.
Agata posadziła ją na biodrze i nadstawiła policzek do całusów. Spod uśmiechu przebijało znużenie.
- Co to za okazja, że gnałam tu prosto z pracy? - Uwolniła się od Natki i usadowiła na kanapie naprzeciw Daniela i Julki. - Padam z nóg. - Westchnęła. - Mieliśmy robotnika przywalonego przez rusztowanie i adepta parkuru po upadku z dachu, w dodatku Iwona musiała pójść na zastępstwo na chirurgię... - Urwała i spojrzała badawczo na Daniela. Słuchał jej sprawozdania z ledwo wstrzymywanym uśmiechem.
- No dobra, mówcie, co się dzieje. Tylko, błagam, zamówmy coś najpierw, bo mam żołądek jak zasuszona śliwka. - Dała znak kelnerowi.
- Buon giorno! - Śniady nastolatek obdarzył ją klasycznym południowym uśmiechem. - Miło mi znów państwa widzieć.
- Buon giorno, Marcello! Dla mnie na początek bruschetta, a potem średnia prosciutto, dla dziewczynek średnia na spółkę. Połówka Julki z kurczakiem i symbolicznie sera, trzeba jej ograniczać tłuszcze. Natka może dostać szynkę i więcej sera.
- Dla mnie jak zwykle duża diabolo. Poproś tatę, żeby nie żałował peperoncino - dorzucił Daniel. - Poprosimy też o butelkę białego, dobrze schłodzonego wina, może być z bąbelkami.
- No, no... - Agata uniosła brwi.
- Bo tata dostał zlecenie na osiedle! - Julka przykryła dłonią usta i łypnęła na Daniela.
- No tak! Przez ten kociokwik na oddziale kompletnie zapomniałam! Naprawdę macie to zlecenie? - Nie czekając na odpowiedź, podeszła do Daniela i musnęła ustami jego policzek.
Przytrzymał ją lekko za rękę i zrobił miejsce obok siebie. Zawahała się, ale skorzystała. Owionął go swojski, niepowtarzalny miks perfum Versace Bright Crystal i środków dezynfekujących.
Julka przesiadła się na miejsce mamy. Podparta na łokciach, z rozjaśnioną buzią, obserwowała, jak tata otacza ją ramieniem.
- Tak, po tysiącu poprawek nasza wizja ostatecznie przypadła prezesowi do gustu. Podpiszemy za parę dni umowę i zapłacą nam za projekt koncepcyjny. Wygląda na to, że zamkniemy dwa tysiące dziewiętnasty rok na sporym plusie. - Daniel emanował aurą zdobywcy.
- Prosecco dla państwa, tata poleca, sam testował. - Marcello zaprezentował operloną butelkę. Na znak Daniela nalał wina do kieliszków. Zniknął w kuchni i po kilku sekundach wrócił na salę obładowany talerzami.
- Pizza idzie! - Natka porzuciła segregowanie kamyczków w donicy z beniaminkiem.
Na widok bruschetty Agacie zaburczało w brzuchu tak głośno, że kelner z trudem zachował powagę. Rodzina nie okazała ani krzty taktu.
Daniel uniósł kieliszek, ale Agata go powstrzymała.
- Za twój sukces. - Spojrzała mężowi w oczy. - Jesteśmy... Jestem z ciebie bardzo dumna.
- Tak, tata, jesteś najlepsiejszym architektem na świecie! - Julka spełniła toast wodą mineralną.
- Raczej handlowcem, ale bardzo dziękuję. - Skłonił nisko głowę i upił łyk. Bąbelki przyjemnie łaskotały podniebienie. - Tylko musicie wiedzieć, że zlecenie nie oznacza końca pracy, a dopiero jej początek - zastrzegł, zwracając się do dziewczynek. - Ktoś kupił nasz pomysł, zaufał nam, ale zapłaci dopiero wtedy, gdy przygotujemy projekt i uzyskamy pozwolenie na budowę. To długa droga. Mnie i wujka Przemka czeka baaardzo dużo roboty.
- Ale pójdziesz z nami jutro do zoo? Obiecałeś. - Julkę frapowały raczej plany krótkoterminowe.
- Obiecałem, więc pójdę, tylko może w piątek. Jutro rano jadę do biura, a wieczorem świętuję z pracownikami. - Zerknął z ukosa na Agatę. Zeskrobywała z bluzki Natki kropki sosu pomidorowego.
Daniel przyciągnął żonę do siebie, a ona wtuliła się w jego ramię. Stuknęli się kieliszkami.
- A jak już tata zarobi te pieniądze, to przeprowadzimy się do Radziejowic. Zbuduje nam domek na drzewie. Z drabinką linową. I postawimy basen - rzuciła Julka znad talerza. - O, taki głęboki. - Zademonstrowała poziom wody na własnej szyi.
Kieliszek w dłoni Daniela znieruchomiał.
- Słucham? - Agata puściła jego ramię.
- Tata mówił, że dom po babci Hani jest teraz nasz - wyjaśniła Julka, wydłubując z pizzy skrawki rukoli.
- Szkoda, że tata nie porozmawiał o tym najpierw ze mną. - Agata wwierciła wzrok w Daniela. Jej kości policzkowe drżały, ślad po ospie na płatku nosa podrygiwał rytmicznie. Mechanicznym ruchem uwolniła z wysokiego krzesełka Natalkę. Zmięła leżącą obok talerza serwetkę.
Julka spoglądała spłoszona to na mamę, to na tatę.
Daniel w milczeniu studiował etykietę na flakoniku z oliwą.
- Czy ty naprawdę musisz myśleć tylko o sobie? - Agata nie wytrzymała. - Nie przyszło ci do głowy, że powinieneś ustalić to ze mną, zanim namieszasz dzieciom w głowach?
- Przecież porozmawiałbym z tobą, to oczywiste - odparł znużonym tonem. Wiedział już, że to koniec sielanki. - Ale przyznaj chociaż, że to niezły pomysł. Mógłbym pracować z domu, dziewczynki miałyby miejsce do zabawy na powietrzu, a...
- Widzę, że już wszystko obmyśliłeś! - Serwetka w palcach Agaty zamieniła się w twardą kulkę. - A co z moją pracą? - Zignorowała ciekawskie spojrzenia pary przy sąsiednim stoliku. - Może nie mam ochoty tkwić na zadupiu tylko dlatego, że masz do niego sentyment!
- Radziejowice to nie żadne zadupie. Odkąd otworzyli ekspresówkę, dojazd do Warszawy zajmuje niewiele ponad pół godziny. Wiedziałabyś o tym, gdybyś częściej tam bywała - odgryzł się. - I nie chodzi tu wcale o mój sentyment, tylko...
Urwał, gdy Agata sięgnęła po torbę. Przywołała Natalię i ponagliła Julkę, która grzebała smętnie w jedzeniu. Wreszcie pochyliła się ku Danielowi.
- Jesteś pieprzonym egoistą. - Zniżyła głos. - I nie wycieraj sobie ust dobrem Julki. Najlepszą opiekę będzie miała w Warszawie, mając obok swojego lekarza. Jestem pielęgniarką i potrafię zadbać o własną córkę - dorzuciła. - Nie zamieszkam w domu, w którym na każdym kroku straszy duch Hanki. Myślałam, że po jej śmierci pęknie ta wasza cholerna stalowa pępowina. Mój błąd. - Pociągnęła Natalkę, ignorując jej głośne protesty.
Julka przylgnęła przelotnie do Daniela, zajrzała mu przepraszająco w oczy i dołączyła do Agaty. Z progu posłała tacie smutny uśmiech.
Osamotniony, popatrzył ponuro po talerzach i potarł w zamyśleniu płatek ucha. Rozumiał, że Agatę zmęczył dyżur, ale zdecydowanie przesadziła. Przede wszystkim jednak był wściekły na siebie. Nie tak miało wyglądać to popołudnie. Po wyjściu z BDC zarezerwował stolik, odwołał panią Olę i odebrał dziewczynki kolejno z przedszkola i szkoły. Gawędził z Julką i Natką w drodze do Fabrizia. Opowiedział im o sukcesie Archeonu i niesiony entuzjazmem wspomniał o Radziejowicach. Chciał tylko, żeby dzieliły z nim nastrój, a trudno, żeby ekscytowała je umowa z deweloperem. A może wcale nie? Może podświadomie próbował zaskarbić sobie ich przychylność, mieć po swojej stronie, gdy przedstawi pomysł Agacie? Powinien zgadnąć, że podzielą się bajeczną wizją z mamą. Fuck!
Najbardziej szkoda mu było Julki; zapewne obwiniała się o zepsuty wieczór. Z takim rozanieleniem patrzyła na niego i Agatę, gdy przez tę krótką chwilę siedzieli objęci niczym zgodna para... Naprawdę myślał głównie o niej, gdy rozważał przeprowadzkę. Ta niesprawiedliwość ze strony Agaty bolała najbardziej.
Nadgryzł od niechcenia kawałek zimnej pizzy i popił ciepławym prosecco.
Ciekawe, czy w ogóle zauważy piwonie, które dla niej kupił? Może ich widok jeszcze bardziej ją rozjuszy? I bardzo dobrze, niech je nawet wywali. Nie będzie płaszczył się przed! I mogłaby wreszcie przestać czepiać się mamy. Chociaż po jej śmierci.
Przywołał w końcu Marcella, zapłacił rachunek i wyszedł na zalaną popołudniowym słońcem ulicę. Od chodnika bił żar, ale powietrze rozrzedzały słabe powiewy.
Zawahał się i ruszył do domu okrężną drogą. Kluczył w zamyśleniu ulicami, studiował wystawy sklepów. Park, dwie godziny temu niemal wymarły, rozkwitł gwarem rozmów i śmiechu. Po alejkach śmigały nastolatki na hulajnogach i brzdące na rowerkach biegowych; miasto łapało oddech. U wylotu skweru zatrzymała go wibracja w kieszeni.
Piwonie cudnie pachną. Dziękuję.
Wypuścił głośno powietrze. Podarował uśmiech staruszce doglądającej rozłożonego przy przystanku autobusowym kramiku z bukietami. Uszedł kilka kroków i zawrócił. Kupił dwa pęczki spiętych gumką recepturką stokrotek.