Poniedziałek, 1 IX 1997 r.
Prolog
Im dłużej żył, tym gorzej znosił codzienność. Życie nie ułożyło się tak, jak tego oczekiwał; jego kariera dawno się skończyła, poświęcenie dla pracy i sukcesy dawno zapomniano.
Dariusz Chaber siedział w starym fotelu pod kocem, jak starszy pan, i oglądał Teleexpress. Z zamyślenia wyrwał go syn, wchodzący do pokoju w szerokich dżinsach z krokiem przy kolanach i w wielgachnej bluzie z nazwą jakiegoś amerykańskiego zespołu. Młodzieżowa moda rzadko była rozumiana przez starsze pokolenia, a Chaber uważał dzisiejszy styl ubierania za upadek męskości - nie miał jednak wiele do powiedzenia, ponieważ syn na co dzień mieszkał z matką i przyjeżdżał do ojca na co drugi weekend, czasem rzadziej.
Dziewiętnastolatek rozejrzał się po stole, pomarudził pod nosem i rzucił:
- Ale mam ochotę na coś słodkiego.
Chaber wywrócił oczami.
- Chcesz cukierka? Idź do Gierka.
- Co?
"Chujów sto". Tak, to byłaby idealna riposta pasująca do jego nastroju i całej tej egzystencjalnej tragedii. Sens życia zamknięty w dwóch prostych słowach... W ułamku sekundy ta myśl przemknęła mu przez głowę, zatrzymując się tuż przed zębami, ale nagle, jakby z samego nieba, spadła na niego refleksja, że syn może naprawdę nie rozumieć, co ojciec miał na myśli. W ostatniej chwili wydukał:
- Nie mówi się "co", tylko "proszę". Nie wiesz, kim był Gierek? To czego was w szkole uczyli? Kiedyś to był poziom nauczania, dyscyplina, szacunek, zasady, porządek. A teraz? Kurwa, każdy robi, co chce, a nauka to jak oglądanie schnącej farby, nikt nie ma na to ochoty. Jeszcze parę lat i to uczniowie będą rządzić nauczycielami, bo czemu nie? Zobaczysz!
Chłopak wyglądał na niewzruszonego tym wykładem. Po chwili, żując intensywnie gumę, odparł:
- No bez przesady... Zresztą, zamiast tak narzekać na system edukacji, to może mi wyjaśnij, o co chodzi z tym cukierkiem i z tym Girkiem?
- Gierkiem, nie Girkiem, ja pierdolę...
Dariusz zapalił papierosa, zaciągnął się mocno i zmrużył oczy, jakby miał wpaść w jakiś indiański trans i odprawić tajemniczy rytuał - bo przecież to jedyny sposób, żeby zrozumieć tę całą absurdalną rzeczywistość. Syn zakaszlał, lecz Chaber zignorował ten odruch i nie zgasił papierosa.
- Drugą wojnę światową kojarzysz?
Jan wywrócił wymownie oczami, dając jasno do zrozumienia, że aż tak niedouczony nie jest.
- No bez jaj, tato.
- Okej, więc wiesz, że hitlerowcy zniszczyli nam kraj, dosłownie i w przenośni. Jednak przegrali wojnę, dostali wpierdol, należało im się. Jak to mówią: prawo Pascala, kto zaczyna, tego się ogniem napierdala. Na nasze nieszczęście wyzwoliła nas Armia Czerwona. Ruskie jak cię raz odwiedzą, to nie wiedzą, kiedy wyjść. Zaczynają od "tylko na chwilę", a kończą na tym, że przynoszą własne materace i zaczynają urządzać sobie stały pobyt. Ale przecież oni nigdy nikogo nie napadli, tylko zawsze przychodzili z bratnią pomocą... Koniec końców kacapy nas oszukały: zostaliśmy odcięci od świata zachodniego i skazani na wschodnią wersję dobrobytu, gdzie luksus to mieć więcej niż jeden rodzaj wódki na półce w sklepie.
- Zaraz, zaraz. Chyba należało nam się coś, nie wiem, jakieś odszkodowanie od Niemców za to, że zniszczyli nasz dom? - zainteresował się nastolatek i przysiadł na fotelu obok.
- No, należało się, jak psu buda. To się nazywało plan Marshalla. Stany chciały sypnąć kasą, żeby pomóc odbudować gospodarkę po wojnie. Oczywiście miały w tym swój interes, bo każdy kraj, a zwłaszcza mocarstwo, dba o swoje. Ale że to był amerykański plan, a Sowiety uważały USA za wroga, to powiedziały: niet. I tym sposobem znaleźliśmy się w czarnej dupie. Kurwa, zaczęły się naprawdę trudne i mroczne czasy. Ruskie zaczęli układać nam życie, całkowicie podporządkowywać sobie nasz kraj. Terror, aresztowania, kradzieże, rabunki, walka z podziemiem niepodległościowym... Wszystko po to, aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. To były chore czasy.
- I co? Nagle ten Gierek, czy jak mu tam, wjechał na białym koniu i uratował nas jak jakiś bohater z bajki? - spytał autentycznie zaciekawiony chłopak.
Chaber senior westchnął głęboko i zamknął oczy. Przez sekundę wizualizował sobie sto chujów. Tak, idealna riposta pozwoliłaby uniknąć tej rozmowy, a ciśnienie krwi mieściłoby się nadal w granicach normy. Tej wyższej, ale wciąż normy.
Postanowił zignorować wzmiankę o białym koniu. Otworzył oczy i kontynuował:
- Gdy już Ruskie opanowali cały kraj, przystąpili do naszego rozwoju. Stworzyli, ich zdaniem, zajebiście genialne plany. Budowano kopalnie, huty, wielkie zakłady przemysłowe oraz oczywiście kupa kasy szła na wojsko. Na zgniłym zachodzie, jak wtedy oficjalna propaganda określała wrogów, też podnoszono się z gruzów, ale tam kasa pochodziła z USA, a u nas panowali Rosjanie. To nie miało prawa się udać, oj, nie miało... I trwało to ładnych parę lat, aż pojawił się on. Na początku lat siedemdziesiątych. Wtedy właśnie zaczął rządzić towarzysz Edward Gierek.
Wypowiadając ostatnie zdanie, uśmiechnął się do siebie. Przypomniał sobie słynne słowa wypowiedziane przez poprzednika Gierka: "Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok". Wiedział, że syn nie zrozumie absurdu i śmieszności tych słów. Wielki krok w przepaść... Boki zrywać!
- Nareszcie, bo już zacząłeś przynudzać...
- Pomysł Gierka cechowała przede wszystkim prostota - kontynuował, ignorując komentarz. - Widział, co dzieje się wkoło: marazm, zastój, brak perspektyw, ogólnie syf. Wspaniałe plany nie wypaliły, nie dogoniliśmy Zachodu. Wtedy nasz wódz postanowił otworzyć się choćby trochę na świat po drugiej stronie, zaciągając pożyczki i kredyty na tym zgniłym Zachodzie. Chciano tę kasę zainwestować, zarobić i spłacić długi. Nie wiem, czy wiesz, ale właśnie wtedy zaczęto kupować na Zachodzie licencje, aby potem można było rozpocząć produkcję u nas w kraju. Każdy zna Malucha, fiata 126p. To właśnie dzięki licencji zakupionej od Włochów zaczęto produkować u nas tego kaszlaka. Bagażniki w Maluchach to było raptem sto dwadzieścia pięć litrów, a i tak całe rodziny jeździły nimi do Bułgarii na wczasy. Polacy to mistrzowie logistyki, mówię ci! Poza tym, kupowano technologie, rozwiązania techniczne, lekarstwa. W sklepach pojawiła się coca-cola i pepsi, kiedyś rzecz nie do pomyślenia, żeby taką kapitalistyczną zgniliznę można było dostać w kraju robotników. Na gigantyczną skalę zaczęto budować mieszkania, bo rodziło się coraz więcej dzieci i coraz więcej ludzi przenosiło się ze wsi do miast. Wyjazdy za granicę, czy to służbowo, czy na wakacje, stały się powszechniejsze, nasi piłkarze strzelali bramki na mistrzostwach świata, a w sklepach zaczęły pojawiać się pralki, lodówki i telewizory. Mówię ci, cuda na kiju!
Na chwilę zamilkł.
- Niektórzy ludzie z nostalgią wspominają tamte chwile. Chociaż nie, nie tęsknią za nimi. Tęsknią za młodością, którą tam zostawili...
- No dobra, chyba zaczynam rozumieć twój wierszyk o cukierku. Czyli co, udało się w końcu wyjść na prostą, tak? - podsumował Janek.
Ojciec wybuchnął głośnym śmiechem i tak szybko, jak się zaśmiał, urwał, a mina mu spoważniała.
- Stare porzekadło mówi, że nie ma czegoś takiego jak jebany, darmowy obiad. Za wszystko trzeba zapłacić. A kredyty? Te trzeba spłacać. Poza tym trzeba umieć wydawać pożyczoną kasę tak, aby nie stracić. A z tym, w naszym pięknym nadwiślańskim kraju, to do dzisiaj mamy problem. Chcesz wiedzieć, jak brzmi cały wierszyk o cukierku?
- Myślałem, że "Chcesz cukierka? Idź do Gierka" to już całość...
Dariusz przewrócił znów oczami. Denerwował się, że po raz kolejny syn nie ma bladego pojęcia, o czym on mówi. Z drugiej strony, jego PESEL na to nie pozwalał.
- Koniec? Nie, to dopiero początek. A cały wierszyk brzmi: "Chcesz cukierka? Idź do Gierka. On ci da, kopa w dupę i pa, pa!".