Cienie i śmierć - Nora Roberts

Kup ebooka

45.00 zł
35.89 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Jak to się czę­sto zda­rzało, odkąd poślu­bił poli­cjantkę, mor­der­stwo ode­rwało ich od przy­jem­niej­szego zaję­cia. Cho­ciaż z dru­giej strony, pomy­ślał Roarke, kobieta leżąca w kałuży wła­snej krwi pod łukiem w Washing­ton Squ­are Park mogła mieć znacz­nie więk­sze pre­ten­sje do losu.

Osta­tecz­nie, jako były prze­stępca (ni­gdy nie­ska­zany), wie­dział, w co się pakuje, kiedy się zako­chał w poli­cjantce. Ale kobieta w mod­nym spor­to­wym stroju nie mogła przy­pusz­czać, że zakoń­czy ten ładny wio­senny wie­czór z roz­pru­tym brzu­chem.

On i jego poli­cjantka stra­cili ostat­nią scenę zabaw­nej sztuki, ona - resztę życia.

I tak oto pod­czas cie­płego majo­wego wie­czoru wio­sną dwa tysiące sześć­dzie­sią­tego pierw­szego roku przy­glą­dał się innemu spek­ta­klowi.

W cen­trum uwagi znaj­do­wały się jego poli­cjantka i ofiara, oświe­tlone moc­nymi poli­cyj­nymi reflek­to­rami. Ich syl­wetki widoczne były za cienką zasłoną, mającą odgro­dzić śmierć od spoj­rzeń wścib­skich gapiów.

Mun­du­rowi roz­sta­wili barierki, żeby odse­pa­ro­wać widzów. Uliczni sprze­dawcy i zako­chani, spa­ce­ro­wi­cze i tury­ści, graj­ko­wie i opie­ku­no­wie czwo­ro­no­gów, któ­rzy wypro­wa­dzili swych pod­opiecz­nych na spa­cer, z wyba­łu­szo­nymi oczami gapili się na śmierć.

Trzy­mał się z boku, kiedy porucz­nik Eve Dal­las, kie­ru­jąca docho­dze­niem, wyko­ny­wała swoje obo­wiązki w tej opo­wie­ści o moral­no­ści i śmierci.

Przy­kuc­nęła obok zwłok, szczu­pła twar­dzielka w skó­rza­nej kurtce i bot­kach, jej krót­kie, brą­zowe włosy lśniły w świe­tle reflek­to­rów. Obok niej leżał otwarty zestaw pod­ręczny.

- Ofiarą jest Galla Mode­sto, lat trzy­dzie­ści trzy, zamiesz­kała przy Prince.

- Galla Mode­sto.

Kiedy Roarke się ode­zwał, Eve unio­sła głowę, zmru­żyła brą­zowe, prze­ni­kliwe oczy poli­cjantki.

- Znasz ją?

- Nie. Tro­chę jej brata. Wina i Alko­hole Mode­sto. Należy do grona spad­ko­bier­ców. Zdaje się, że to już trze­cie poko­le­nie. Mię­dzy­na­ro­dowa rodzinna firma z sie­dzibą w Toska­nii.

- Cie­kawe. Od sze­ściu lat żona Jorge Twe­ena. Jedno dziecko, czte­ro­letni syn. - Wyjęła mier­nik. - Czas zgonu: dwu­dzie­sta druga osiem­na­ście. Przy­czyną śmierci, z tego, co mogę stwier­dzić, jest dwu­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wej dłu­go­ści rana cięta wzdłuż brzu­cha.

Zało­żyw­szy mikro­go­gle, nachy­liła się, by bli­żej przyj­rzeć się otwar­tej ranie.

- Wygląda, jakby ktoś wbił jej nóż głę­boko w pod­brzu­sze, a następ­nie prze­cią­gnął nim w górę, żeby ją roz­pła­tać. Do potwier­dze­nia przez leka­rza sądo­wego.

Cią­gle kuca­jąc, zmie­niła nieco pozy­cję.

- Nie widać, żeby się bro­niła. Brak rów­nież innych obra­żeń. Nie zna­le­ziono torebki, ale ofiara jest tak ubrana, jakby wybrała się pobie­gać lub poćwi­czyć. Na lewym ręku ma pier­ścio­nek ze spo­rym bry­lan­tem, oto­czo­nym mniej­szymi bry­lan­ci­kami, w uszach bry­lan­towe kol­czyki - dwa w lewym, jeden w pra­wym. I spor­towy zega­rek na rękę.

- Brak dowo­dów, że to ban­dycki napad.

Eve roz­pięła zapiętą na zamek bły­ska­wiczny kie­szeń bluzy tre­nin­go­wej, którą miała na sobie kobieta.

- Komórka. - Umie­ściła ją w tor­bie na dowody, się­gnęła do kie­szeni spodni do bie­ga­nia. - Doku­ment toż­sa­mo­ści.

Wypro­sto­wała się i zro­biła kilka kro­ków, żeby zna­leźć się po dru­giej stro­nie zwłok, następ­nie roz­pięła drugą kie­szeń.

- Alarm oso­bi­sty. Naj­wy­raź­niej nie uru­cho­miła go w porę.

- A oto i nasza Peabody - ode­zwał się Roarke. - Z McNa­bem.

Part­nerka Eve szyb­kim kro­kiem pode­szła do zapór, towa­rzy­szył jej narze­czony, detek­tyw Ian McNab z wydziału infor­ma­tyki śled­czej.

Ponie­waż Peabody miała pod różo­wym płasz­czem sukienkę w różowe tuli­pany, a McNab wystroił się w wor­ko­wate, różowe spodnie, tak wście­kle zie­lone buty, że biły po oczach, i koszulę w esy-flo­resy w obu tych kolo­rach, Roarke się domy­ślił, że otrzy­mali wezwa­nie, kiedy byli na jakiejś impre­zie.

Oboje mach­nęli mun­du­ro­wym swo­imi odzna­kami i weszli na odgro­dzony teren. Peabody, z odświęt­nie uło­żo­nymi ciem­nymi wło­sami, w któ­rych poły­ski­wały czer­wone pasemka, pode­szła pro­sto do Eve i zwłok.

- Sorki, Dal­las, byli­śmy w klu­bie w East Side, dotar­cie tutaj zajęło nam tro­chę czasu.

Eve krótko obrzu­ciła wzro­kiem strój Peabody, łącz­nie z jej wyj­ścio­wymi szpil­kami.

- Funk­cjo­na­riu­sze Frist i Nadir byli pierwsi na miej­scu prze­stęp­stwa. Poroz­ma­wiaj z nimi, zacznij prze­słu­chi­wać poten­cjal­nych świad­ków. - Obej­rzała się za sie­bie. - McNab, skoro już tu jesteś, sprawdź nagra­nia z kamer moni­to­ru­ją­cych.

- Tak jest.

- Peabody, zabez­piecz się i pomóż mi ją prze­krę­cić na brzuch. Ofiara to Galla Mode­sto - zaczęła wyja­śniać i nie prze­ry­wa­jąc pracy, prze­ka­zała swo­jej part­nerce to, co już zdą­żyła usta­lić.

Po odwró­ce­niu zwłok Eve nie stwier­dziła żad­nych innych ran ani obra­żeń, ale zoba­czyła małą kie­szonkę z tyłu spodni do bie­ga­nia.

- Karta magne­tyczna - powie­działa do mikro­fonu. - Body and Mind Fit­ness Cen­ter - odczy­tała, po czym umie­ściła kartę w tor­bie na dowody.

Zamknęła zestaw pod­ręczny, wyjęła komu­ni­ka­tor, żeby skon­tak­to­wać się z tech­ni­kami i kost­nicą.

Kiedy się odwró­ciła, Roarke podał jej kubek czar­nej kawy.

- Skąd to masz?

- Od przed­się­bior­czego sprze­dawcy. Mam nadzieję, że okaże się zno­śna.

Napiła się i wzru­szyła ramio­nami.

- Da się prze­łknąć. Dzięki. Powi­nie­neś wró­cić do domu. Muszę poroz­ma­wiać ze świad­kami, zawia­do­mić męża ofiary, wstą­pić do siłowni, z któ­rej usług korzy­stała.

- Wydam pole­ce­nie, żeby pod­sta­wiono tu twój wóz, i zała­twię trans­port dla sie­bie.

Napiła się jesz­cze tro­chę ledwo zno­śnej kawy i spoj­rzała na niego.

Ta twarz. Ta twarz. Jeden z praw­dzi­wych cudów natury, który na doda­tek tra­fił się jej. Patrzył na nią tymi swo­imi inten­syw­nie nie­bie­skimi oczami, ocie­nio­nymi rzę­sami rów­nie jedwa­bi­stymi jak się­ga­jące mu pra­wie do ramion czarne włosy. Miał usta wyrzeź­bione przez wyjąt­kowo szczo­dre anioły. Zmy­słowe rysy twa­rzy, które mógł wymy­ślić tylko roman­tyczny poeta. Jeśli dodać do tego śpiewne irlandz­kie tony w jego gło­sie, otrzy­my­wało się wyjąt­kowy pakiet.

- Zawsze uży­teczny.

Roz­cią­gnął w uśmie­chu swoje per­fek­cyjne usta.

- Wszy­scy robimy to, co do nas należy. Będę pod ręką, póki nie pojawi się twój wóz. - Obrzu­cił roz­tar­gnio­nym wzro­kiem tłum za barier­kami. - McNab powi­nien wkrótce wró­cić z nagra­niami z kamer moni­to­ru­ją­cych, więc...

Zauwa­żyła, że zmru­żył oczy, poja­wiło się w nich coś mrocz­nego.

- O co cho­dzi? - Natych­miast się odwró­ciła, żeby spoj­rzeć w tym samym kie­runku. - Co takiego zoba­czy­łeś?

- Kogoś, kogo kie­dyś zna­łem.

Nim zdą­żyła znów się ode­zwać, odda­lił się szybko, ale spo­koj­nie.

- Kurde. - Ski­nęła na mun­du­ro­wego, żeby popil­no­wał zwłok, i ruszyła za Roar­kiem, lecz aku­rat wtedy poja­wiła się przed nią Peabody.

- Mamy kilku świad­ków, któ­rzy widzieli, jak upa­dała, i jed­nego, który tego nie widział, ale twier­dzi, że przy­szła tu, by się z nim spo­tkać. Jest zdru­zgo­tany, więc przy­pusz­czam, że coś ich łączyło.

- Prze­słu­chajmy go w pierw­szej kolej­no­ści.

Co, u dia­bła, robi Roarke?, zasta­na­wiała się.

Prze­ci­snął się przez tłum. Potra­fił szybko się prze­miesz­czać w ludz­kiej ciż­bie. Kie­dyś po takim spa­cerku miałby kie­sze­nie pełne tego, co wycią­gnąłby niczego nie­podej­rze­wa­ją­cym fra­je­rom.

Ale cho­ciaż szedł szybko, czuj­nie się roz­glą­da­jąc, nie dostrzegł wię­cej tam­tej twa­rzy.

Prze­klęty cień z prze­szło­ści, pomy­ślał Roarke, spo­glą­da­jąc w mrok, gdzie nie było tłu­mów, skrzyła się fon­tanna, stały puste ławki. Roz­myśl­nie mu się poka­zał.

Drwina. Coś w rodzaju poka­za­nia środ­ko­wego palca, bo - znów roz­myśl­nie - znaj­do­wał się wystar­cza­jąco daleko, żeby z łatwo­ścią roz­pły­nąć się w ciem­no­ściach i znów znik­nąć.

No cóż, jeśli ten pie­przony łaj­dak chce się ujaw­nić i z nim poigrać, bar­dzo chęt­nie weź­mie udział w tej grze.

- Jeste­śmy teraz daleko od zauł­ków Dublina, chłop­ta­siu - mruk­nął i zawró­cił.

Świa­dek, Mar­lon Stowe, dygo­tał, łzy pły­nęły mu po twa­rzy, więc Eve zapro­wa­dziła go do jed­nej z ławek.

Po trzy­dzie­stce, oce­niła, pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, gęste, jasne włosy, brą­zowe oczy, szcze­ci­nia­sta kozia bródka.

- Umó­wił się pan tu z panią Mode­sto?

- Tak, koło fon­tanny. Powie­działa, że postara się przyjść kwa­drans po dzie­sią­tej, naj­póź­niej o wpół do jede­na­stej.

Ponie­waż miał na sobie czarne spodnie, cienki czarny swe­ter i czarne buty za kostkę, uznała, że nie pla­no­wali wspól­nego bie­ga­nia.

- Dla­czego się pań­stwo umó­wili?

Prze­su­nął ręką po twa­rzy. Na kciuku miał smugę nie­bie­skiej farby.

- Mie­li­śmy romans. Pozna­li­śmy się zeszłego lata. Galla kupiła jeden z moich obra­zów. Wysta­wia­łem swoje prace na ulicy, spodo­bał jej się obraz, który nama­lo­wa­łem w Toska­nii. Jest... Zna­czy się, jej rodzina pocho­dzi z Toska­nii, Galla powie­działa, że ten obraz budzi w niej miłe wspo­mnie­nia. Wpa­dła kilka razy do gale­rii i... Zako­cha­li­śmy się.

- Pozo­sta­wał pan w uczu­cio­wym i intym­nym związku z panią Mode­sto.

- Zako­cha­li­śmy się - powtó­rzył. - Cza­sami uma­wia­li­śmy się tutaj, by posie­dzieć i poroz­ma­wiać. Cza­sami szli­śmy do mnie. Wie­dzia­łem, że jest mężatką, wyznała mi to. Ni­gdy się nie okła­my­wa­li­śmy. Ma małego synka. Chciała odejść od męża, lecz z uwagi na synka... Chciała odejść od męża, nawet roz­ma­wiała ze swoim praw­ni­kiem, lecz...

Ukrył twarz w dło­niach.

- Pod­czas naszego ostat­niego spo­tka­nia oświad­czyła, że to koniec. Oboje wie­dzie­li­śmy... Od samego początku oboje wie­dzie­li­śmy, że to nie będzie trwało wiecz­nie. Przede wszyst­kim musiała myśleć o synku. Musiała spró­bo­wać rato­wać swoje mał­żeń­stwo.

- Ale zgo­dziła się spo­tkać tu z panem dziś wie­czo­rem.

- Popro­si­łem ją o to. Nie, żeby być razem. Tylko żeby się poże­gnać. Chcia­łem jej coś dać.

- To zna­czy co?

Otwo­rzył torbę, którą miał przy sobie, wyjął z niej paku­nek, zawi­nięty w gruby, brą­zowy papier.

- Obraz. Sta­nowi dopeł­nie­nie tego, który kie­dyś kupiła. Pomy­śla­łem sobie: tam­ten był pierw­szy, ten będzie ostatni.

- Musiał się pan czuć zra­niony. I odczu­wać złość.

Pokrę­cił głową i do oczu znów napły­nęły mu łzy.

- Kocha­łem ją. Wie­dzia­łem, że jest mężatką, ma dziecko. Ni­gdy mnie nie okła­my­wała. Ni­gdy mi niczego nie obie­cy­wała. I... - wziął głę­boki oddech - wie­dzia­łem, że mnie kocha. Nie mogła ze mną być, ale mnie kochała. Gdy­bym jej nie popro­sił dziś wie­czo­rem o spo­tka­nie tutaj...

Zała­mał się, więc Eve spoj­rzała na Peabody, pocie­szy­cielkę.

- Mar­lo­nie. - Peabody usia­dła obok niego. - Nie możesz winić sie­bie, ale może uda ci się nam pomóc. Czy ktoś wie­dział, że dziś wie­czo­rem mia­łeś się tu spo­tkać z Gallą?

- Nie. Byli­śmy ostrożni. Utrzy­my­wa­li­śmy naszą zna­jo­mość w tajem­nicy. To była... - Nasadą dłoni wytarł twarz. - To była nasza pry­watna sprawa. Galla miała poin­for­mo­wać męża, że idzie poćwi­czyć na siłowni. Na krótko, sama. Cza­sami tak robiła, więc nie byłoby to nic podej­rza­nego. Nie powie­dzia­łaby nikomu, że tu przyj­dzie. Ja nikomu tego nie zdra­dzi­łem.

- W jaki spo­sób się poro­zu­mie­wa­li­ście?

- Pisa­li­śmy SMS-y.

- Kiedy zako­mu­ni­ko­wała panu, że chce zakoń­czyć waszą zna­jo­mość?

- W zeszłym tygo­dniu. Przy­szła do mnie i mi powie­działa. Kocha­li­śmy się ostatni raz. Dziś ukoń­czy­łem obraz, więc wysła­łem jej SMS i popro­si­łem, żeby tu przy­szła, bym mógł jej go poda­ro­wać. By łatwiej było mi się z nią poże­gnać.

- Kiedy się tu spo­ty­ka­li­ście, czy kie­dy­kol­wiek zauwa­żył pan, by ktoś zwra­cał uwagę na nią, na pań­stwa?

- Nie. To takie dobre miej­sce. Zawsze czu­li­śmy się tu bez­piecz­nie.

- A kiedy odwie­dzała pana? - Eve znów sku­piła jego uwagę na sobie. - Czy kie­dy­kol­wiek zauwa­żył pan kogoś na ulicy, kogoś, kto spra­wiał, że poczuł się pan nie­swojo?

- Nie. Miesz­kam w Vil­lage w małym lof­cie nad gale­rią. Pra­cuję tam, urzą­dzam wystawy, udzie­lam lek­cji. Mogła mnie odwie­dzać tylko raz w tygo­dniu, cza­sami dwa razy. Ale zwy­kle mogła się wyrwać z domu raz w tygo­dniu, kiedy jej synek był na spa­ce­rze z opie­kunką albo na przy­ję­ciu dla dzieci. Mie­li­śmy dla sie­bie tylko godzinę, może dwie. Sta­ra­li­śmy się mak­sy­mal­nie wyko­rzy­stać ten czas. Wie­dzie­li­śmy, że nie będziemy go mieli wiele.

- Czy kie­dy­kol­wiek powie­działa panu, że czuje się zagro­żona albo że ktoś jej gro­ził?

- Nie, nie. Na Boga, nie.

- Czy kłó­ciła się z mężem?

Nie­mal machi­nal­nie potarł pal­cami powieki.

- Wła­ści­wie nie, ni­gdy o tym nie mówiła. Bar­dziej pochła­niała go praca i zacho­wy­wa­nie pozo­rów. No wie pani, jak się razem pre­zen­tują, kiedy gdzieś się poja­wiają. Chciała wró­cić do Toska­nii, zabrać ze sobą synka. Żeby­śmy mogli tam zamiesz­kać. Marzy­li­śmy o tym, cho­ciaż wie­dzie­li­śmy, że to tylko marze­nie.

Wci­snął Eve obraz.

- Weź­mie go pani? Nie mogę na niego patrzeć. Nie chcę go. To zbyt bole­sne.

- Peabody, wypisz panu Stowe'owi pokwi­to­wa­nie na obraz. Na razie to jeden z dowo­dów.

- Nie chcę go. - Znów zaczął pła­kać. - Nie mogę go sprze­dać. Pro­szę go zatrzy­mać.

- Nie wolno nam tego zro­bić. Ale coś wymy­ślimy. Detek­tyw Peabody da panu pokwi­to­wa­nie i zapi­sze pań­skie dane kon­tak­towe.

Eve dostrze­gła Roarke'a i prze­ka­zała obraz Peabody.

- Nie będziemy pana dłu­żej zatrzy­my­wać. Czy pod­wieźć pana?

- Nie, nie. Pójdę pie­chotą.

- Pro­szę przy­jąć wyrazy współ­czu­cia, panie Stowe. Może się pan skon­tak­to­wać ze mną albo detek­tyw Peabody, jeśli przy­po­mni pan sobie coś, co mogłoby pomóc w docho­dze­niu.

Wstała, pospiesz­nie pode­szła do Roarke'a.

- O co cho­dzi? - spy­tała go. - Jesteś wku­rzony. Groźny Roarke wku­rzony?

Ujął ją pod ramię.

- Przejdźmy się.

- Nie mogę ot tak...

- Chodź ze mną. - Ujął ją moc­niej i zabrał z miej­sca prze­stęp­stwa. - Lor­can Cobbe - powie­dział. - Sprawdź go. Jest z Dublina. Trzy, cztery, może pięć lat star­szy ode mnie.

- To jeden z two­ich daw­nych przy­ja­ciół?

- Wprost prze­ciw­nie. - Zapro­wa­dził ją tam, gdzie nie docie­rało świa­tło reflek­to­rów, więc stali w mroku. - Pra­co­wał dla mojego ojca, a ponie­waż nie miał smy­kałki do kra­dzieży, a wyróż­niał się bru­tal­no­ścią, zaj­mo­wał się wymu­sza­niem, zastra­sza­niem, poma­gał przy ścią­ga­niu hara­czy za "ochronę". Możemy poroz­ma­wiać o tym póź­niej, jeśli zechcesz, ale przyj­rzyj mu się. I zacho­waj ostroż­ność.

Poło­żył dło­nie na jej ramio­nach.

- Wyjąt­kową ostroż­ność, Eve.

- Dla­czego?

- Gdyby mógł, ugo­dziłby mnie pro­sto w serce, ale jesz­cze więk­szą przy­jem­ność spra­wi­łoby mu ode­bra­nie życia tym, na któ­rych mi zależy. Jest i zawsze był zabójcą.

- I zauwa­ży­łeś go na miej­scu prze­stęp­stwa.

- Widzia­łem go. Upew­nił się, że go zoba­czy­łem. O tak, już się o to posta­rał, prze­klęty drań.

Znów rozej­rzał się po parku, cho­ciaż wie­dział, że nie ujrzy jego twa­rzy ponow­nie. Nie dzi­siej­szego wie­czoru.

- Uwierz mi, że nie musia­łem widzieć, jak wbija nóż tej kobie­cie, by mieć pew­ność, że to jego dzieło. To twój sprawca.

- Dla­czego zabił aku­rat ją? Nie mógł wie­dzieć, że tu będziesz.

- Tak się aku­rat dla niego szczę­śli­wie zło­żyło. Zabija dla przy­jem­no­ści i zysku, Eve. Działa głów­nie w Euro­pie, ale to raczej nie pierw­sza jego robota w Sta­nach. Nie sły­sza­łem, by wcze­śniej przy­jeż­dżał do Nowego Jorku, przy­naj­mniej nie służ­bowo, a sądzę, że wie­dział­bym o tym. Ale teraz tu jest.

Zanie­po­ko­iło ją to, co powie­dział. Rzadko widziała go tak poru­szo­nego, wię­cej niż zagnie­wa­nego. Dla­tego zasta­no­wiła się nad tym i potrak­to­wała jego słowa poważ­nie.

- Opisz mi go. Opisz, jak dziś wyglą­dał.

- Ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, moc­nej budowy ciała, sze­roki w barach, jasno­brą­zowe włosy zwią­zane na czubku głowy. Jasna kar­na­cja, gładko ogo­lony. Miał na sobie czarne spodnie, koszulę i czer­woną kurtkę. Wyszedł z tłumu, żebym go zoba­czył, patrzył mi pro­sto w twarz. Uśmie­chał się.

Prze­su­nął dłońmi w dół i w górę jej ramion.

- Zorien­tuje się, ile dla mnie zna­czysz. Jeśli jesz­cze tego nie wie, postara się dowie­dzieć.

- Dla­czego tak bar­dzo cię nie­na­wi­dzi?

- Dla­czego? Twier­dzi, że jest synem Patricka Roarke'a, a ponie­waż jest star­szy ode mnie, więc jego pier­wo­rod­nym.

- A jest?

- To mało praw­do­po­dobne, cho­ciaż przy­pusz­czam, że nie można tego wyklu­czyć. Mało praw­do­po­dobne, bo stary lubił go o wiele bar­dziej niż mnie, a gdyby w jego żyłach pły­nęła krew mojego ojca, przy­gar­nąłby go. Ale w tej chwili to nie ma zna­cze­nia. Z całą pew­no­ścią nie zna­lazł się w parku przy­pad­kiem, kiedy kobie­cie - boga­tej kobie­cie - roz­pła­tano brzuch. A patro­sze­nie, pod­ci­na­nie gar­deł, wypru­wa­nie wnętrz­no­ści to ulu­bione zaję­cia Lor­cana Cobbe'a.

- No dobrze, spraw­dzę go. Wydam pole­ce­nie, żeby go odszu­kano.

Ujął jej twarz w obie dło­nie, zanim mogła się sprze­ci­wić.

- I bądź ostrożna. Wyjąt­kowo ostrożna.

- Dobrze - powie­działa, wie­dząc, że Roarke chce to usły­szeć. - Ty też.

- Nie będzie mnie pró­bo­wał dorwać od razu, bo to żadna frajda. Muszę się skon­tak­to­wać z kil­koma oso­bami.

- Będziemy musieli o tym poroz­ma­wiać bar­dziej szcze­gó­łowo.

- I poroz­ma­wiamy. Twój wóz już tu jest. - Wska­zał w stronę łuku. - Do zoba­cze­nia w domu.

Spo­glą­da­jąc za nim, uświa­do­miła sobie, że czuje nie­po­kój, ponie­waż Roarke jest zanie­po­ko­jony.

Mał­żeń­stwo, pomy­ślała. Potrafi zupeł­nie czło­wie­kowi spie­przyć życie.

- Pani porucz­nik. - McNab zbli­żył się tanecz­nym kro­kiem, dłu­gie, jasne włosy zwią­zane w kucyk poru­szały się w rytm jego kro­ków. - Mam dyski z kamer moni­to­ru­ją­cych. Już obej­rza­łem nagra­nie zabój­stwa.

- Mamy nagra­nie zabój­stwa?

- Tak i nie. Śmiem twier­dzić, że zabójca wie­dział, gdzie są roz­miesz­czone kamery, i nie poka­zał twa­rzy. Ale widać, jak poja­wia się ofiara, a po chwili prze­cina jej drogę naj­praw­do­po­dob­niej męż­czy­zna, jakieś metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, z dzie­więć­dzie­siąt kilo wagi, w czar­nych spodniach, w czar­nej blu­zie z kap­tu­rem. Widać go z tyłu, więc nie można ze stu­pro­cen­tową pew­no­ścią okre­ślić wieku, rasy ani nawet płci.

McNab obej­rzał się za sie­bie, kiedy ekipa z kost­nicy umiesz­czała zwłoki w worku. Kilka kolo­ro­wych kół zalśniło w jego uchu.

- Ręce trzy­mał w kie­szeni, głowę miał spusz­czoną, szedł pro­sto na nią. Zatrzy­mała się. Widać, jak gwał­tow­nie uniósł prawą rękę, a potem się cof­nął. Poszedł dalej, a kobieta się zato­czyła. Jesz­cze zanim upa­dła, poja­wiło się mnó­stwo krwi. Potem widać dwoje ludzi, bie­gną­cych w jej stronę. Jeden z nich odwró­cił ją i zaczął krzy­czeć. Ale wtedy sprawca był już poza zasię­giem kamery.

- Weź dyski i prze­ana­li­zuj nagra­nia. Potrzebne mi będą kopie. Ze wszyst­kich kamer.

- Jasne. Sądząc po tym, jak do niej pod­szedł, musiał na nią cze­kać, Dal­las. Nie było w tym nic przy­pad­ko­wego. Zro­bił to celowo. Takie odnosi się wra­że­nie.

Może McNab ubiera się jak cyr­kowy klown, ale Eve wie­działa, że świetny z niego gli­niarz.

- Nie, nie sądzę, że to było przy­pad­kowe. Peabody - zwró­ciła się do swo­jej part­nerki, kiedy ta do nich dołą­czyła.

- Roz­ma­wia­łam z kil­koma oso­bami i z dwójką gli­nia­rzy, któ­rzy prze­słu­chali świad­ków. Więk­szość niczego nie widziała ani niczego nie zauwa­żyła, póki ofiara nie upa­dła, ale dwoje zeznało, że widziało męż­czy­znę w czar­nej blu­zie z kap­tu­rem, odda­la­ją­cego się z miej­sca, gdzie leżała kobieta. Nie potra­fią powie­dzieć nic wię­cej poza tym, że miał na sobie zno­szoną bluzę i przy­pusz­czają, że to męż­czy­zna.

- To się zga­dza z nagra­niem z kamery. McNab, prze­glą­da­jąc dyski, szu­kaj męż­czy­zny wzro­stu i budowy, jakie opi­sa­łeś, bia­łego, trzy­dzie­sto-, czter­dzie­sto­let­niego, z jasno­brą­zo­wymi wło­sami zwią­za­nymi na czubku głowy, w czer­wo­nej kurtce. Oznacz wszyst­kie nagra­nia, na któ­rych go wypa­trzysz.

- Dobra. Czy to nasz podej­rzany?

- To wielce praw­do­po­dobne. Nazywa się Lor­can Cobbe, pocho­dzi z Dublina. Roarke dostrzegł go w tłu­mie i roz­po­znał. To zawo­do­wiec.

- Mogę tu zostać i zacząć oglą­dać nagra­nia na prze­no­śnym sprzę­cie - powie­dział McNab.

- Świet­nie. W takim razie do roboty. Peabody, sprawdź męża ofiary, Jorge Twe­ena. I trzeba go poin­for­mo­wać, co się stało.

- Jeśli ktoś wyna­jął zabójcę... - zaczęła Peabody.

- Mał­żo­nek jest podej­rza­nym numer jeden - dokoń­czyła Eve.

Jej wóz cze­kał przy kra­węż­niku, zgod­nie ze sło­wami Roarke'a. Wsia­dła i pomy­ślała chwilę.

- Cobbe'a też spraw­dzimy, roze­ślij komu­ni­kat, że jest poszu­ki­wany, ale naj­pierw prze­ko­najmy się, z kim teraz poroz­ma­wiamy.

Peabody zajęła miej­sce w fotelu dla pasa­żera i nie­zbyt dys­kret­nie uwol­niła stopy od czó­łe­nek, McNab usiadł z tyłu.

- Tween ma czter­dzie­ści dwa lata, jest wice­pre­ze­sem Mode­sto odpo­wie­dzial­nym za dys­try­bu­cję. Pra­cuje dla nich od szes­na­stu lat. Ma czy­stą kar­to­tekę. Poślu­bił Gallę Mode­sto sześć lat temu. Wcze­śniej nie był żonaty, ani ona zamężna. Mają czte­ro­let­niego syna Angelo.

Eve uru­cho­miła sil­nik i ruszyła do znaj­du­ją­cej się w pobliżu rezy­den­cji Mode­sto i Twe­ena.

- Kupili ten dom pięć lat temu. Tween urzę­duje w cen­trali firmy w Nowym Jorku. Jego mają­tek wyce­niany jest na pra­wie dzie­więć milio­nów.

- Ona ma ponad dzie­sięć razy tyle - przy­po­mniała sobie Eve. - To dosko­nały motyw, jeśli dodać do tego, że miała romans.

- Ale go zakoń­czyła - zwró­ciła jej uwagę Peabody, lecz Eve tylko pokrę­ciła głową.

- Miała romans, a co wię­cej, jeśli Stowe nie kła­mie, zako­chała się w nim. Zle­ce­nie zabój­stwa wymaga tro­chę czasu. I czy rezy­gnu­jesz z usług płat­nego zabójcy, ponie­waż żona zakoń­czyła romans? Czy można mieć pew­ność, że to zro­biła? Czy wszystko wyznała? Wąt­pię. Poza tym co mogłoby ją powstrzy­mać przed zmianą decy­zji, powro­tem do kochanka mala­rza, zabra­niem nale­żą­cej do niej góry pie­nię­dzy i prze­pro­wadzką do Włoch?

Kiedy Eve wci­snęła się w nie­wielką lukę przy kra­węż­niku, Peabody z ocią­ga­niem z powro­tem wsu­nęła stopy w czó­łenka.

- Zostanę w wozie - powie­dział McNab z tyl­nego sie­dze­nia. - Szcze­gól­nie, jeśli mi pozwo­lisz wziąć z lodówki jakiś napój gazo­wany.

- Nie krę­puj się.

Uśmiech­nął się cza­ru­jąco.

- Może znajdą się też czipsy.

- Nie mam poję­cia, co jest w auto­ku­cha­rzu. - Eve wysia­dła, zosta­wia­jąc spraw­dze­nie tego McNa­bowi.

Peabody nawet nie ukryła gry­masu, kiedy ruszyły chod­ni­kiem.

- Dla­czego wło­ży­łaś te kre­tyń­skie czó­łenka?

- Bo są ładne. Wybra­li­śmy się na tańce. Kiedy idziesz potań­czyć, musisz mieć ładne pan­to­fle. Nie wie­dzia­łam, że będę musiała w nich para­do­wać na służ­bie.

Jęk­nęła cicho.

- Są pie­kiel­nie nie­wy­godne.

- Zaci­śnij zęby.

- Już je zaci­snę­łam. Czyli Roarke zna tego Cobbe'a z Irlan­dii?

- Poznał go w Dubli­nie, kiedy był dziec­kiem. Póź­niej poznam wię­cej szcze­gó­łów, na razie wiem, że Cobbe chciał, by Roarke go zoba­czył. Posta­rał się o to. Według Roarke'a to uro­dzony mor­derca. A zabi­ja­nie to jego zawód. Póź­niej poznam wię­cej szcze­gó­łów - powtó­rzyła i zatrzy­mała się przed budyn­kiem, żeby mu się przyj­rzeć.

Liczył trzy kon­dy­gna­cje, wznie­siono go z pobie­lo­nych cegieł, był ele­gancki i miał nie­od­party urok. Dioda alarmu świe­ciła bla­do­zie­lono, ale lampy po obu stro­nach drzwi fron­to­wych były zga­szone.

Lampy, które powinny witać przy­by­szy.

W oknach było ciemno, czyli nikt nie cze­kał na kobietę, która już ni­gdy nie wróci do domu. Kwiaty wysy­py­wały się z malo­wa­nych pojem­ni­ków w oknach po obu stro­nach wej­ścia.

Poczuła ich deli­katną, słodką woń, kiedy weszła po stop­niach i naci­snęła guzik dzwonka.

Miesz­kańcy domu udali się na nocny spo­czy­nek. Pro­szę zosta­wić nazwi­sko i dane kon­tak­towe. Jeśli sprawa jest pilna...

- Poli­cja - prze­rwała Eve kom­pu­te­rowi, poka­zała odznakę. - Poin­for­muj Jorge Twe­ena, że poli­cja nowo­jor­ska musi z nim poroz­ma­wiać.

Pro­szę okre­ślić cha­rak­ter sprawy.

- Twoje obwody będą wyma­gały pil­nej naprawy, jeśli nie poin­for­mu­jesz pana Twe­ena, że poli­cja nowo­jor­ska stoi na progu jego domu. Prze­ska­nuj odznakę i wyko­naj pole­ce­nie.

Pro­mień ska­nera prze­su­nął się po odznace.

Zwe­ry­fi­ko­wano toż­sa­mość porucz­nik Eve Dal­las. Pro­szę zacze­kać.

- Nie­na­wi­dzę tych prze­klę­tych urzą­dzeń.

- Sama masz zain­sta­lo­wane te prze­klęte urzą­dze­nia. No wiesz, w bra­mie i w...

- To nie zna­czy, że nie mogę ich nie­na­wi­dzić. Wszyst­kie świa­tła w domu są zga­szone - zauwa­żyła Eve. - Twoja żona idzie na siłow­nię, nie wraca, powiedzmy, po godzi­nie. A ty gasisz wszyst­kie świa­tła i kła­dziesz się spać?

- Coś mi tu nie gra - zgo­dziła się z nią Peabody. - Nawet gdy jeste­ście na sie­bie wku­rzeni, tak się nie postę­puje. Jeśli ktoś jest poza domem, powinny się palić przy­naj­mniej lampy przy wej­ściu. Kto postę­puje ina­czej?

- Ktoś, kto się nikogo nie spo­dziewa. To dro­biazg. To zupełny dro­biazg.

W środku zapa­liło się świa­tło, które zalało falą kolo­rowe kwiaty w oknach. Szczęk­nęły zamki.

W otwar­tych drzwiach ujrzały pięć­dzie­się­cio­let­nią kobietę w ciem­no­nie­bie­skim szla­froku. Ciemne włosy wiły się wokół jej twa­rzy. W brą­zo­wych oczach malo­wały się strach i nie­po­kój.

- Panie są z poli­cji?

- Zga­dza się, pro­szę pani. - Eve znów unio­sła swoją odznakę. - Musimy poroz­ma­wiać z panem Twe­enem.

- Och! Obu­dził mnie alarm. Jestem gospo­dy­nią. Pro­szę wejść.

Mówiła z wło­skim akcen­tem, paznok­cie u nóg miała poma­lo­wane na jaskra­wo­czer­wony kolor.

Po obu stro­nach wej­ścia stały wąskie sto­liki, na nich umiesz­czono dłu­gie, fio­le­towe kwiaty w wyso­kich, smu­kłych wazo­nach, odbi­ja­ją­cych się w wyso­kich lustrach. Pod­łoga wyło­żona była płyt­kami cera­micz­nymi koloru zło­tego pia­sku.

- Pro­szę, mogą panie usiąść w salo­nie. - Ruszyła przo­dem, wska­zu­jąc im drogę. - Napiją się panie kawy? Her­baty?

- Nie, dzię­ku­jemy. Czy mogłaby pani podać nam swoje nazwi­sko?

- Natu­ral­nie. Elena Rinaldi, gospo­dyni. Pro­szę usiąść. Zawia­do­mię pana Twe­ena. On i pani Mode­sto już śpią. Jest bar­dzo późno.

- Pani Rinaldi, kiedy ostatni raz widziała pani pana Twe­ena albo panią Mode­sto lub roz­ma­wiała pani z nimi?

- Ach... Chyba o dzie­wią­tej wie­czo­rem. Tak, koło dzie­wią­tej, nim uda­łam się na noc do swo­ich poko­jów. Pro­szę usiąść - powtó­rzyła i wyszła.

- Zanim Mode­sto opu­ściła dom - mruk­nęła Peabody.

- Taa. - Eve rozej­rzała się po salo­nie.

Dużo kwia­tów - ktoś ma do nich sła­bość. I dość ofi­cjalny wystrój: kre­mowe kanapy, nie­bie­skie fotele, sto­liki z lek­kim zło­ta­wym poły­skiem. Złota, bogato zdo­biona rama dużego, owal­nego lustra nad komin­kiem z bia­łego mar­muru, do któ­rego wsta­wiono świece i wio­senne kwiaty.

Obrazy przed­sta­wiały wło­skie pej­zaże. Dachy pokryte czer­woną dachówką, mury ozdo­bione stiu­kami, wiel­kie kopuły katedr. Wzgó­rza i wiej­skie domy. Roz­po­znała Toska­nię, bo tam była. I Hisz­pań­skie Schody w Rzy­mie.

Pode­szła do jed­nego obrazu, przed­sta­wia­ją­cego Toska­nię - wzgó­rza, wyso­kie, smu­kłe drzewa, win­nice ze zwi­sa­ją­cymi fio­le­to­wymi kiściami wino­gron, krętą drogę, pro­wa­dzącą do bla­do­ró­żo­wego domu w kwia­tach mie­nią­cych się wszyst­kimi kolo­rami tęczy.

A w rogu pod­pis arty­sty.

M. Stowe.

- Cał­kiem nie­zły - stwier­dziła Peabody. - Drugi wysła­łam do komendy, nie roz­pa­ko­wu­jąc go. Byłaś tam, prawda?

- Taa.

- Czy naprawdę tak tam jest?

- Ow­szem. To jej pokój.

- Dla­czego tak uwa­żasz?

- Jest urzą­dzony ofi­cjal­nie, a zara­zem ele­gancko. Kwiaty, obrazy - szcze­gól­nie ten. Parę zdjęć. - Eve wska­zała ręką foto­gra­fie. - Dzie­ciaka, jej z dzie­cia­kiem, ale nie jej męża. Naj­praw­do­po­dob­niej jej krew­nych, ale bez niego. Te bibe­loty są bar­dzo kobiece.

Peabody się rozej­rzała, zmarsz­czyw­szy czoło.

- Masz rację. To wszystko jest kobiece. Nie nazbyt ozdobne, ale kobiece.

- Ten tablet na sto­liku obok krze­sła naprze­ciwko obrazu Mar­lona Stowe'a? - Eve wska­zała go ręką. - Mogła przy nim prze­sia­dy­wać, czy­tać, pra­co­wać i spo­glą­dać na obraz. Myśleć o swoim kochanku. Myśleć o domu rodzin­nym.

- To salon, gdzie przyj­mują gości - dodała Eve. - Ale przede wszyst­kim jej pokój.

Eve, cze­ka­jąc na spo­tka­nie z Jorge Twe­enem, odwró­ciła się, kiedy usły­szała kroki.

Rozdział 2

2

Śred­niego wzro­stu i prze­cięt­nej budowy ciała, stwier­dziła Eve. Jasno­blond włosy zacze­sane do tyłu odsła­niały przy­stojną twarz pokrytą złotą opa­le­ni­zną, raczej o mięk­kich niż ostrych rysach, z głę­boko osa­dzo­nymi, sen­nymi, nie­bie­skimi oczami.

Był ubrany w czarne dre­sowe spodnie z lek­kim poły­skiem, biały pulo­wer i czarne domowe pan­to­fle.

Na jego twa­rzy malo­wała się prę­dzej iry­ta­cja niż nie­po­kój.

- Ponie­waż pierw­szy raz zosta­łem obu­dzony w środku nocy przez poli­cję, chciał­bym spraw­dzić toż­sa­mość pań.

Spo­kojny, łagodny głos, pasu­jący do wyglądu męż­czy­zny, uznała Eve, kiedy razem z Peabody poka­zały swoje odznaki.

- Porucz­nik Dal­las, detek­tyw Peabody - powie­działa. - Panie Tween, mamy do prze­ka­za­nia przy­krą wia­do­mość. Z żalem infor­mu­jemy, że pań­ska żona, Galla Mode­sto, nie żyje. Pro­szę przy­jąć wyrazy współ­czu­cia.

- Cóż za absurd - odparł, pstry­ka­jąc pal­cami. - Moja żona śpi na górze.

- Czy spraw­dził pan to przed zej­ściem tutaj?

- Nie muszę spraw­dzać tego, co wiem. To pomyłka.

- Panie Tween, czy pań­ska żona wycho­dziła dziś wie­czo­rem?

- Nie wiem, dla­czego to panie inte­re­suje, ale ow­szem, poszła na siłow­nię, jak to cza­sami robi wie­czo­rem przed snem. Twier­dzi, że ćwi­cze­nia poma­gają jej usnąć.

- O któ­rej godzi­nie wró­ciła?

- Nie wiem. Bolała mnie głowa, wzią­łem tabletkę i poło­ży­łem się do łóżka. Cza­sami cier­pię na migrenę. Wie­dząc o tym, Galla po powro­cie z siłowni sko­rzy­stała z jed­nego z pokoi gościn­nych.

- Czyli nie widział pan żony, odkąd opu­ściła dom? Która to była godzina?

- Nie wiem. - W jego gło­sie dało się sły­szeć czy­stą iry­ta­cję, bez śladu nie­po­koju czy obawy. - Koło dzie­sią­tej.

- O dwu­dzie­stej dru­giej osiem­na­ście Galla Mode­sto zmarła w Washing­ton Squ­are Park w wyniku dźgnię­cia nożem w brzuch. Jej zwłoki zostały ofi­cjal­nie ziden­ty­fi­ko­wane.

- To nie­moż­liwe - oświad­czył, kiedy Eve wyj­mo­wała swoją komórkę.

Wyświe­tliła zdję­cie ofiary, zro­bione na miej­scu zbrodni, i poka­zała mu je.

- Czy to pań­ska żona?

Wpa­try­wał się w zdję­cie przez dłuż­szą chwilę, nim się odwró­cił, pod­szedł do fotela, usiadł.

- Jak mogło do tego dojść? - Przy­ło­żył dłoń do czoła, osła­nia­jąc twarz, spu­ścił wzrok. - Ktoś... Ktoś napadł na Gallę?

Eve posta­no­wiła nie cze­kać na pozwo­le­nie i usia­dła, dając znak Peabody, by uczy­niła to samo.

- Czy zna pan kogoś, kto chciałby ją skrzyw­dzić?

- Czemu kto­kol­wiek miałby chcieć ją skrzyw­dzić? Nie rozu­miem, to bar­dzo bez­pieczne oko­lice. Miała do przej­ścia tylko kilka prze­cznic. Zawsze nosi przy sobie alarm oso­bi­sty. Kto jej to zro­bił? Kto?

Opu­ścił rękę. Nie udało mu się zmu­sić do pła­czu, ale cał­kiem udat­nie oka­zał roz­pacz.

- Jesz­cze nie ziden­ty­fi­ko­wano napast­nika. Ana­li­zu­jemy nagra­nia z kamer. Nie wie­dział pan, że żona zamie­rzała pójść do parku?

- Do parku? - Odwró­cił wzrok. - Powie­działa, że idzie na siłow­nię. Nie wiem, dla­czego poszła do parku. Przy­pusz­czam, że chciała zaczerp­nąć świe­żego powie­trza. Nie wiem.

- Nie wie­dział pan, że zamie­rzała udać się do parku, żeby się tam z kimś spo­tkać?

- Spo­tkać z kimś? Z kim? Czy to on ją zabił?

- Nie, osoba, z którą się umó­wiła, nie jest podej­rzana. Panie Tween, czy wie­dział pan, że pań­ska żona miała romans?

- Jak można twier­dzić coś tak obrzy­dli­wego! - Wście­kłość spra­wiła, że poczer­wie­niał na twa­rzy, znik­nęły z niej drobne oznaki roz­pa­czy. - Obra­ża­cie moją żonę, matkę mojego dziecka.

- Dys­po­nu­jemy bez­spor­nym dowo­dem. Twier­dzi pan, że o niczym pan nie wie­dział?

- Ma pani czel­ność sie­dzieć tu po tym, jak powia­do­miła mnie pani, że ktoś zamor­do­wał moją żonę, i nazy­wać ją dziwką?

- Panie Tween, przy­kro mi, że użył pan okre­śle­nia, które nie padło z moich ust. - Ale, pomy­ślała Eve, założę się, że wła­śnie tak o niej myślisz. - Jak opi­sałby pan wasze mał­żeń­stwo?

- Nie będę z panią roz­ma­wiał o swoim mał­żeń­stwie. - Wstał. - Chcę, żeby panie opu­ściły mój dom.

- Wiem, że jest panu ciężko, ale to ruty­nowe postę­po­wa­nie. Zada­wane przez nas pyta­nia pomogą nam zna­leźć osobę, która ode­brała życie pań­skiej żonie i matce pań­skiego dziecka.

- Czy przy­nieść panu tro­chę wody? - Peabody prze­mó­wiła gło­sem peł­nym współ­czu­cia, spoj­rzała maśla­nym wzro­kiem. - Prze­żył pan wielki szok. Czy chce pan, żeby­śmy się z kimś skon­tak­to­wały?

- Nie. Nie. Muszę pobyć sam. Potrze­buję czasu, żeby się z tym upo­rać. Pro­szę mnie zosta­wić.

- Natu­ral­nie. - Peabody wstała, gładko wra­ca­jąc do roli dobrego, peł­nego zro­zu­mie­nia gli­nia­rza. - Ale zanim to zro­bimy, bar­dzo by nam pomo­gło, gdy­by­śmy dostały kopię nagra­nia z kamery, by móc dokład­nie usta­lić, kiedy pani Mode­sto wyszła z domu dziś wie­czo­rem. Każda, nawet naj­drob­niej­sza infor­ma­cja, pomoże nam zna­leźć sprawcę.

- Dobrze już, dobrze. - Wycią­gnął z kie­szeni komórkę, wstu­kał kod. - Uru­cho­mi­łem andro­ida. Pokaże paniom cen­tralkę, zaj­mie się wszyst­kim. A potem odpro­wa­dzi do wyj­ścia.

- Dzię­ku­jemy za pomoc - powie­działa Eve. - I jesz­cze raz pro­szę przy­jąć wyrazy współ­czu­cia. Gdyby przy­po­mniał pan sobie coś, co mogłoby się oka­zać pomocne w naszym docho­dze­niu, pro­szę się z nami skon­tak­to­wać.

Mówiąc to, Eve od nie­chce­nia rozej­rzała się po pokoju.

- Ma pan piękny dom, panie Tween, widać tu miłość pań­skiej żony do jej stron rodzin­nych. Jaki cudowny obraz.

Pode­szła do dzieła Mar­lona Stowe'a i dostrze­gła w oczach Twe­ena nie wście­kłość, nie zazdrość, tylko satys­fak­cję.

*

Natych­miast po powro­cie do domu Roarke spraw­dził, co robi Sum­mer­set. Pod­szedł pro­sto do domo­wego ska­nera.

- Gdzie jest Sum­mer­set?

Dobry wie­czór, Roarke. Sum­mer­set jest u sie­bie.

Zado­wo­lony z infor­ma­cji, wcze­śniej w dro­dze do domu skon­tak­to­waw­szy się z tymi, z któ­rymi uznał, że powi­nien się skon­tak­to­wać, udał się na górę.

Minął gabi­net swój i Eve, skie­ro­wał się do swo­jego pry­wat­nego gabi­netu.

Wyko­rzy­stał odcisk dłoni i iden­ty­fi­ka­cję gło­sem, by otwo­rzyć drzwi.

- Włą­czyć świa­tło - pole­cił i nalał sobie whi­sky. Za oknem roz­cią­gał się widok mia­sta.

Potrze­bo­wał krót­kiej chwili na ochło­nię­cie.

Eve sobie pora­dzi. Cho­ciaż...

Ale teraz nie mógł się sku­piać na takich roz­wa­ża­niach.

Sum­mer­set jest bez­pieczny u sie­bie, rano z nim poroz­ma­wia.

Zle­cił kilku naj­lep­szym ochro­nia­rzom pil­no­wa­nie swo­ich krew­nych w Irlan­dii.

Jeśli Cobbe wcze­śniej nic o nich nie wie­dział, teraz z całą pew­no­ścią się nimi zain­te­re­suje.

Rano skon­tak­tuje się z innymi waż­nymi dla sie­bie oso­bami, ale teraz musi tro­chę poko­pać.

Pod­szedł do cen­trum dowo­dze­nia swoim nie­za­re­je­stro­wa­nym sprzę­tem, o któ­rego ist­nie­niu nie wie­działa Straż Kom­pu­te­rowa. Poło­żył dłoń na czyt­niku.

- Roarke. Uru­cho­mić sprzęt.

Bły­snęły diody, świe­cąc jak klej­noty na czar­nym pul­pi­cie kon­tro­l­nym.

Sprzęt uru­cho­miony...

Usiadł ze szkla­neczką whi­sky.

- Otwo­rzyć i wyświe­tlić na ekra­nie ścien­nym wszyst­kie pliki o Lor­ca­nie Cob­bie.

Potwier­dzam. Otwie­ram. Wyświe­tlam...

Nie tra­cił ich z oczu. Czło­wiek prze­zorny i posia­da­jący moż­li­wo­ści nie tra­cił z oczu swo­ich wro­gów. Roarke mógł być prze­ko­nany, że Cobbe jest zbyt prze­zorny, by w tej chwili z nim zadrzeć. Jeśli źle oce­nił sytu­ację, z pew­no­ścią teraz to naprawi.

Prze­wi­jał dane i czy­tał je, odświe­ża­jąc zna­jo­mość fak­tów, które sam zebrał albo pozy­skał ze źró­deł Inter­polu, CIA, MI6, NCA, irlandz­kiego CSB i innych agen­cji.

Poli­cja na całym świe­cie miała dane o Cob­bie, wie­działa, że jest zabójcą dzia­ła­ją­cym na zle­ce­nie, albo podej­rze­wała go o to.

Jesz­cze jako nasto­la­tek zali­czył kil­ka­na­ście mie­sięcy odsiadki, bo oka­zał się na tyle głupi, by dać się zła­pać pod­czas obławy na nie­le­galną jaski­nię hazardu - i za posia­da­nie bez zezwo­le­nia kilku sztuk broni.

Roarke przy­pusz­czał, że Cobbe dobrze wyko­rzy­stał te pół­tora roku, by nawią­zać kon­takty. Wkrótce po zwol­nie­niu Cobbe'a, czło­wieka, który poin­for­mo­wał poli­cję o ist­nie­niu jaskini hazardu, zna­le­ziono w Sekwa­nie z pode­rżnię­tym gar­dłem.

Przy­jem­ność, zysk, zemsta, pomy­ślał Roarke. Święta Trójca Cobbe'a.

Noże i inne ostre narzę­dzia pozo­stały jego ulu­bioną bro­nią - cho­ciaż na początku nie stro­nił od kija base­bal­lo­wego i zada­wa­nia kop­nia­ków słab­szym i bez­bron­nym ofia­rom. Dla uroz­ma­ice­nia sto­so­wał garotę.

Lubił zabi­jać z bli­ska, mieć bez­po­średni kon­takt z ofiarą. Brak było infor­ma­cji, by kie­dy­kol­wiek posłu­żył się mate­ria­łami wybu­cho­wymi albo jaką­kol­wiek bro­nią rażącą z daleka.

- Lubi krew - mruk­nął Roarke. - Lubi ją czuć na rękach, lubi jej zapach. Lubi patrzeć w oczy ofiar, kiedy ula­tuje z nich życie. To go kręci.

- Kom­pu­ter, wyświetl aktu­alny ryso­pis i nazwi­ska, pod jakimi wystę­puje.

Potwier­dzam. Otwie­ram. Wyświe­tlam... Lor­can Cobbe, uro­dzony 1 wrze­śnia 2020 roku w Dubli­nie, Irlan­dia. Włosy brą­zowe, oczy orze­chowe, wzrost metr osiem­dzie­siąt trzy, waga 86 kilo­gra­mów. Brak sta­łego adresu zamiesz­ka­nia. Kon­sul­tant.

- Kon­sul­tant, tak? Ładne okre­śle­nie. Te dane są sprzed pra­wie roku. Poszu­kamy śwież­szych.

Roarke pod­wi­nął rękawy, wyjął z kie­szeni rze­myk, zwią­zał nim włosy.

I wziął się do pracy.

*

Eve razem z Peabody wyszły z domu Twe­ena i skie­ro­wały się do wozu.

- Nie jest w tym zbyt dobry.

- Zga­dzam się. Nawet nie udało mu się uro­nić łzy. Nawet nie uda­wał, że je powstrzy­muje. Nie­któ­rzy zacho­wują sto­icki spo­kój, prawda? - powie­działa Peabody. - Ale to nie był sto­icyzm.

- Nie był - zgo­dziła się z nią Eve. - Ani radość znaj­du­jąca się na dru­gim końcu skali. Tylko zado­wo­le­nie, że sprawa została zała­twiona. Nie spy­tał, gdzie była jego żona, kiedy może ją zoba­czyć, czy cier­piała. Zwy­czaj­nie prze­stała dla niego ist­nieć. Trzeba będzie poroz­ma­wiać z gospo­dy­nią.

- Skon­tak­tuję się z nią z samego rana.

- Nie wspo­mniał też ani sło­wem o krew­nych ofiary. - Eve spoj­rzała na zega­rek, pokrę­ciła głową. - Powinno nam się udać utrzy­mać jej dane w tajem­nicy do rana, więc poroz­ma­wiamy z nimi jutro.

- Mają miesz­ka­nie tutaj - odczy­tała Peabody na swoim prze­no­śnym kom­pu­te­rze. - Ale ich główna rezy­den­cja jest we Flo­ren­cji. Brat ofiary mieszka w Rzy­mie.

- Która godzina jest teraz we Wło­szech?

- Hm.

- Nie­ważne. Zajmę się tym po powro­cie do domu.

Otwo­rzyła drzwi samo­chodu. McNab sie­dział z tyłu i sior­bał napój gazo­wany.

- Dal­las, mam dla cie­bie kilka ujęć podej­rza­nego w czar­nej blu­zie z kap­tu­rem. Prze­sła­łem je na twój domowy kom­pu­ter. I w czer­wo­nej kurtce. Zapi­sa­łem je dla cie­bie. Kiedy jest w czer­wo­nej kurtce, nawet nie pró­buje ukryć twa­rzy.

Nachy­lił się i wycią­gnął rękę, w któ­rej trzy­mał prze­no­śny kom­pu­ter, by poka­zać na wyświe­tla­czu klatkę z nagra­nia.

Cobbe stał w tłu­mie, z kciu­kami zaha­czo­nymi o kie­sze­nie spodni. Uśmie­chał się z wyż­szo­ścią.

- Poja­wiał się w zasięgu kamer i zni­kał. Z całą pew­no­ścią wie, gdzie są roz­miesz­czone, i gdzie są mar­twe punkty. Wyko­rzy­stu­jąc jego twarz, a nawet sam opis kurtki, spodni, udało mi się go wypa­trzyć, gdy był w zasięgu kamer. Ostatni raz namie­rzy­łem go o godzi­nie zero zero trzy­dzie­ści.

- Dobra robota. Pod­rzucę was do domu. Peabody, jeśli krewni ofiary są w Nowym Jorku, spo­tkamy się w ich miesz­ka­niu o ósmej. Dam ci znać. Jeśli prze­by­wają we Wło­szech, skon­tak­tuję się z nimi tele­fo­nicz­nie. W takim wypadku spo­tkamy się w kost­nicy. Rano zadzwoń do gospo­dyni, poproś, żeby sta­wiła się w komen­dzie. McNab, wyci­śnij z komórki ofiary wszystko, co się da.

- Dal­las, spraw­dzi­łem pobież­nie tego Cobbe'a. Nie­zły z niego gaga­tek.

- Zapo­znaj Peabody z tym, co usta­li­łeś.

- Tween jest nie lep­szy. - Peabody odwró­ciła się, żeby spoj­rzeć na McNaba. - To gaga­tek innego rodzaju, ale gaga­tek.

- Zapo­znaj McNaba z tym, czego się dowie­dzia­łaś.

W pobliżu ich miesz­ka­nia zje­chała do kra­węż­nika.

- Wyno­cha. Peabody, staw się punk­tu­al­nie o ósmej tam, gdzie ci powiem.

- Tak jest.

- Och, masz w swoim auto­ku­cha­rzu osiem rodza­jów czip­sów - poin­for­mo­wał McNab Eve, wysia­da­jąc.

- Świet­nie. No, już was nie ma.

W chwili, kiedy zatrza­snęły się drzwi, odje­chała od kra­węż­nika. Spoj­rzała w lusterko wsteczne, zoba­czyła, jak idą, trzy­ma­jąc się za ręce.

W samo­cho­dzie uno­sił się zapach soli i cukru. Opu­ściła szybę, żeby wywie­trzyć wóz, doszła do wnio­sku, że przyda jej się dawka ener­gii. Zamó­wiła puszkę pepsi w samo­cho­do­wym auto­ku­cha­rzu i posta­no­wiła posłu­chać, co wia­domo o Lor­ca­nie Cob­bie.

W taki spo­sób wyko­rzy­stała czas prze­jazdu do cen­trum. Facet dzia­łał pod impo­nu­jącą liczbą fał­szy­wych nazwisk i podej­rzany był o liczne czyny kry­mi­nalne popeł­nione w ciągu ostat­nich trzy­dzie­stu lat.

Zaczął młodo, son­du­jąc mroczne wody, od napa­ści, wła­mań, roz­bo­jów, znę­ca­nia się nad zwie­rzę­tami - naj­gor­sze z naj­gor­szych. Tra­fiał do popraw­cza­ków, póki nie nabrał wprawy w prze­stęp­czym pro­ce­de­rze.

Wie­działa, że w Dubli­nie były to cięż­kie czasy po okre­sie wojen miej­skich, a korup­cja w sze­re­gach poli­cji była powszechna.

Parę łagod­nych wyro­ków - pół­tora roku za nie­le­galne posia­da­nie broni, kilka zatrzy­mań na czter­dzie­ści osiem godzin - ale nie zna­la­zła żad­nego przy­padku nad­zoru sądo­wego. Żad­nych badań psy­cho­lo­gicz­nych ani obo­wiąz­ko­wej tera­pii.

Jego matka, Morna Cobbe, też zali­czyła odsiadki, głów­nie za upra­wia­nie nie­rządu i posia­da­nie sub­stan­cji zabro­nio­nych. Brak infor­ma­cji o ojcu. Ale pocze­sne miej­sce na liście zna­nych wspól­ni­ków zaj­mo­wał nie­jaki Patrick Roarke.

Cobbe zna­lazł swoje miej­sce, kiedy był pod trzy­dziestkę, od tej pory lista znacz­nie się wydłu­żyła, cho­ciaż były na niej luki. Podej­rzany, nie­wy­star­cza­jące dowody, świad­ko­wie odwo­łu­jący zezna­nia. Bądź zmarli.

Albo znacz­nie się wyćwi­czył w zło­dziej­skim fachu, albo z niego zre­zy­gno­wał, by sku­pić się na zabi­ja­niu.

Według zgod­nej opi­nii licz­nych orga­nów ści­ga­nia, Cobbe dość szybko został płat­nym mor­dercą.

Teraz wkro­czył na jej teren. Co wię­cej, mógł pró­bo­wać wyrów­nać rachunki - praw­dziwe albo wyima­gi­no­wane - z jej mężem.

Prze­je­chała przez bramę i ruszyła pod­jaz­dem do ele­ganc­kiej for­tecy, wznie­sio­nej przez byłego dubliń­skiego ulicz­nika.

Wieże i wie­życzki, gzymsy i kamienne mury skła­dały się na baśniową budowlę maja­czącą na tle noc­nego nieba. Ale naj­lep­sze było to, że w kil­ku­na­stu oknach paliły się świa­tła, zapra­sza­jąc do środka.

Miłość, która według niej czy­niła z czło­wieka głupca, spra­wiła, że Eve zapra­gnęła, by udało jej się zatrzy­mać Roarke'a w tej baśnio­wej for­tecy do czasu, aż wytropi Cobbe'a i go aresz­tuje.

A miłość, ozna­cza­jąca pełną zna­jo­mość czło­wieka, z któ­rym posta­no­wiło się dzie­lić życie, no i darze­nie go sza­cun­kiem, spra­wiała, że Eve rozu­miała, iż Roarke nie tylko się nie ukryje, ale będzie aktyw­nie dzia­łał, by Cobbe tra­fił za kratki.

Jej oso­bi­stego eks­perta i cywil­nego kon­sul­tanta cze­kało sporo pracy.

Zapar­ko­wała i zła­pała torbę z doku­men­tami. Przed pój­ściem spać musi wypi­sać na tablicy dotych­cza­sowe usta­le­nia i zało­żyć książkę sprawy. No i poroz­ma­wiać z Roar­kiem.

Weszła do domu pano­wały w nim cisza i spo­kój. Sum­mer­set nie wśli­zgnął się do holu niczym opar. Eve przy­pusz­czała, że z nim też trzeba będzie poroz­ma­wiać, ale zamie­rzała pozo­sta­wić to Roarke'owi.

Skie­ro­wała się na górę, wie­dząc, że upły­nie jesz­cze parę godzin, nim będzie mogła się zdrzem­nąć. Lecz kiedy weszła do swo­jego gabi­netu, stwier­dziła, że jest w nim cicho, a w przy­le­ga­ją­cym gabi­ne­cie Roarke'a - ciemno.

Praw­do­po­do­bień­stwo, że udał się na nocny spo­czy­nek, było bli­skie zeru. W pierw­szej chwili ogar­nęła ją praw­dziwa panika i zlał ją zimny pot, kiedy wyobra­ziła sobie, jak Cobbe przy­czaił się, zasta­wiw­szy pułapkę na Roarke'a. Szybko skie­ro­wała się do domo­wego ska­nera. Aku­rat wtedy, gdy do niego dobie­gła, wszedł Roarke.

- Kurde. - Może nie jest fizycz­nie moż­liwe, by serce odwró­ciło się górą do dołu, ale teraz wie­działa, jakie by to było uczu­cie. - Jezu.

By odre­ago­wać, ujęła jego twarz w obie dło­nie i poca­ło­wała go mocno.

- Ja też cię witam. - Prze­su­nął dło­nią po jej wło­sach, nim dotknął czo­łem jej czoła. - Cie­szę się, że jesteś w domu.

- Ja też. Muszę się napić kawy.

- Mógł­bym ci zwró­cić uwagę, że jest bar­dzo późno, ale co by to dało? Roz­ma­wia­łaś z mężem ofiary?

- Taa. - Pode­szła do swo­jego cen­trum dowo­dze­nia, odło­żyła torbę z doku­men­tami. I włą­czyła auto­ku­cha­rza, by zapa­rzył kawę. - Nie­zbyt czę­sto ktoś, kto jest winny, bo tak ci pod­po­wiada prze­czu­cie, od samego początku wygląda na win­nego i zacho­wuje się jak winny.

Z kawą w ręku zaczęła cho­dzić po gabi­ne­cie.

- Wszyst­kie świa­tła w domu poga­szone, nawet te koło drzwi wej­ścio­wych. Twier­dził, że bolała go głowa, łyk­nął tabletkę i poło­żył się do łóżka zaraz po tym, jak żona wyszła na siłow­nię. Potem upie­rał się, że zwa­rio­wa­ły­śmy, bo żona śpi na górze. W jed­nym z pokoi gościn­nych, ponie­waż nie chciała mu zakłó­cać spo­koju, wie­dząc, że boli go głowa.

- Ten dupek nawet się nie zdo­był na to, by udać szok i roz­pacz - cią­gnęła. - Sądzę, że pró­bo­wał, ale bez skutku. Poczuł się znie­wa­żony, kiedy go poin­for­mo­wa­ły­śmy o roman­sie żony, i kazał nam się wyno­sić. Nie spy­tał, jak dokład­nie zmarła, gdzie była, kiedy może ją zoba­czyć. Nie wspo­mniał, że trzeba będzie powie­dzieć o tym ich synowi, jej krew­nym.

Oparła się o kon­solę.

- Facet, z któ­rym się pie­przyła, to malarz. Jeden z jego obra­zów powie­siła w salo­nie. Jedyną praw­dziwą reak­cją, jaką zoba­czy­łam, była satys­fak­cja Twe­ena - w oka­mgnie­niu - kiedy pochwa­li­łam obraz. Mogę się zało­żyć, że gdy­bym teraz weszła do tam­tego pokoju, obrazu już by nie było.

- Zapła­cił Cobbe'owi za jej zabi­cie. Teraz muszę to udo­wod­nić. - Napiła się kawy, przy­glą­da­jąc się Roarke'owi. - Pomoże mi w tym to, co wiesz.

- Chciał­bym, żeby tak było. Mimo póź­nej pory chcesz roz­mie­ścić infor­ma­cje na tablicy i zało­żyć książkę sprawy. Pozwól mi zająć się tablicą - już wiem, jak to zro­bić - i wysłu­chaj tego, co mogę ci powie­dzieć o Cob­bie.

- Dobrze. - Uru­cho­miła swój kom­pu­ter.

Ponie­waż wie­dział, że Eve woli mieć wszystko na papie­rze niż na moni­to­rze, usiadł przy dru­gim kom­pu­te­rze, by wydru­ko­wać zdję­cia.

- Jeśli są na świe­cie jakieś organy ści­ga­nia albo agen­cje wywia­dow­cze, które nie mają poję­cia o ist­nie­niu Lor­cana Cobbe'a, nie sły­sza­łem o nich. Głów­nie działa w Euro­pie, ale kilka razy zapu­ścił się dalej. Nie ma sta­łego adresu zamiesz­ka­nia, przy­naj­mniej nikt go nie zna. Ma swoje kry­jówki, gdzie się chowa pomię­dzy zle­ce­niami, i z pew­no­ścią są one oka­załe. Zawsze chciał pro­wa­dzić bez­tro­skie życie, a uwzględ­nia­jąc hono­ra­ria, jakie inka­suje, stać go na luk­susy.

Spoj­rzała na niego.

- Dotar­łeś do jego hono­ra­riów?

- Jesz­cze nie. Ale mogę cię zapew­nić, że uwzględ­nia­jąc zabój­stwa, o które jest podej­rze­wany w ciągu ostat­nich pięt­na­stu lat, wszyst­kie mają zwią­zek z oso­bami majęt­nymi i pro­mi­nent­nymi. Nikt za marne gro­sze nie pod­ciąłby gar­dła cię­żar­nej przy­ja­ciółce wice­pre­zy­denta Gre­cji, czło­wieka boga­tego i o spo­rych ambi­cjach.

Zmru­żyła oczy.

- Nie natra­fi­łam na tę sprawę, kiedy szu­ka­łam infor­ma­cji o Cob­bie. A powinno coś o tym być w jego aktach.

- Sko­rzy­sta­łem z nie­za­re­je­stro­wa­nego sprzętu. Poli­tyk jest wystar­cza­jąco bogaty i wpły­wowy, by zatu­szo­wać tę sprawę w Gre­cji, ale Inter­pol jest bar­dzo docie­kliwy. Może nie będziesz mogła wyko­rzy­stać czę­ści fak­tów, które znajdę, ale powin­naś o nich wie­dzieć.

Eve pomy­ślała, że będzie kro­czyła po wąskiej linie, więc musi zacho­wać ostroż­ność.

- Uda ci się zna­leźć konta ban­kowe Cobbe'a?

- Jasne.

- Sądzisz, że przy­jął to zle­ce­nie w Nowym Jorku, ponie­waż tu miesz­kasz?

- Nie, bo wtedy w taki czy inny spo­sób pró­bo­wałby mnie dorwać, nie zdra­dza­jąc swo­jej obec­no­ści.

- Ale poka­zał ci się.

Ode­rwał wzrok od tablicy, którą przy­go­to­wy­wał.

- Racja. I teraz robię to, co chciał, żebym robił. Myślę o nim i nie­po­koję się o tych, któ­rzy są dla mnie ważni. Lecz koniec koń­ców to on prze­gra.

- Już się o to posta­ram.

Uśmiech­nął się, ale jego spoj­rze­nie pozo­stało poważne.

- W takim razie powiem ci, jak to widzę. Nie wąt­pię, że masz rację, jeśli cho­dzi o Twe­ena, co zna­czy, że Tween zna kogoś, kto mógł go skon­tak­to­wać z Cobbe'em. Kiedy zaczął się ten romans?

- Zeszłego lata.

- Aż nadto dużo czasu. Osoby, które wdają się w romanse, uwa­żają się za sprytne i ostrożne, ale rzadko kiedy takie są. Tween dowie­dział się o roman­sie żony i naj­praw­do­po­dob­niej odkry­jesz, że wyna­jął kogoś, by mieć na to dowód. Nie mógł ryzy­ko­wać, że żona się z nim roz­wie­dzie, bo to ona ma pie­nią­dze, a taki krok mógłby zaszko­dzić jego pozy­cji w rodzin­nym inte­re­sie. Więc nale­żało ją usu­nąć.

- Tak, to podobne do Twe­ena. Też tak to widzę. Na doda­tek... Znie­wa­żyła go. Nie będzie sobie zada­wał pyta­nia, dla­czego go zdra­dziła. Nie zła­mało mu to serca. Ale to znie­waga. I jakby tego było mało, zdra­dziła go z jakimś mala­rzem.

- Wło­chy - powie­działa i się zamy­śliła. - Mówisz, że Cobbe działa głów­nie w Euro­pie, więc przy­pusz­czal­nie kon­takt jest we Wło­szech.

- Przy­pusz­czal­nie. W przy­padku takiego zle­ce­nia, pro­stego i ruty­no­wego dla zawo­do­wego zabójcy, klient odzie­dzi­czy spory mają­tek i Cobbe praw­do­po­dob­nie to uwzględ­nił, usta­la­jąc hono­ra­rium. Nie wydaje mi się, by zgo­dził się na taką robotę w Nowym Jorku za mniej niż milion. Przy­naj­mniej połowa z tej kwoty płatna z góry. Plus wydatki.

Zgo­dziła się z nim, bo była tego samego zda­nia. Cho­ciaż...

- To dla­czego nie ulot­nił się po wyko­na­niu zle­ce­nia i zain­ka­so­wa­niu należ­no­ści? Dla­czego wciąż był w parku, kiedy tam dotar­li­śmy?

Roarke machi­nal­nie ścią­gnął rze­myk i wsu­nął go do kie­szeni. I natra­fił na mały, szary guzik nale­żący do Eve, z któ­rym się nie roz­sta­wał przez sen­ty­ment i który uwa­żał za tali­zman przy­no­szący szczę­ście.

- Pozna­łem go, gdy był wyrost­kiem, i od tam­tej pory nie spusz­czam go z oka. Już wtedy uwa­żał gli­nia­rzy, szcze­gól­nie tych nie­sko­rum­po­wa­nych, za idio­tów. Nie, żeby w owych cza­sach w Dubli­nie można było zna­leźć wielu uczci­wych poli­cjan­tów. W przy­padku Cobbe'a czę­sto potwier­dzało się prze­ko­na­nie w powrót sprawcy na miej­sce zbrodni. Lubił obser­wo­wać gli­nia­rzy i uśmie­chać się z wyż­szo­ścią. Jeśli zda­rzyło się, że został przy­skrzy­niony, zawsze była to wina kogoś innego.

- Na przy­kład twoja?

- Tak, i to nie raz. - W oczach Roarke'a poja­wiły się wesołe iskierki. - I nie raz miał rację. Dawno temu zna­łem pew­nego chło­paka. Nie był moim kum­plem, zna­łem go z widze­nia. Był ulicz­nym graj­kiem. Nie­wiele posia­dał, ale miał psa. Małego psiaka, brud­nego kun­dla, który wyko­ny­wał parę sztu­czek, dzięki czemu kilka monet wię­cej wpa­dało do czapki chło­paka. Raz Cobbe poła­sił się na te drobne, a psiak pogryzł go i prze­pę­dził.

- Dobry pie­sek.

- Póki Cobbe go nie dopadł i nie pokroił na kawałki. Prze­chwa­lał się tym, prze­chwa­lał się, że zabił psiaka, który ważył nie wię­cej niż trzy kilo­gramy i to tylko wtedy, kiedy zmókł na desz­czu. A mój stary uznał to za świetny żart.

- Zaka­blo­wa­łeś go.

- Tak. Chło­pak i pies sta­no­wili stały ele­ment ulicy, byli lubiani nawet przez Gardę. Więc gli­nia­rze - tacy, któ­rzy nie byli zupeł­nie zobo­jęt­niali - dopa­dli Cobbe'a. Zabrał ucho psa jako tro­feum, więc źle się to dla niego skoń­czyło.

Wzru­szył ramio­nami.

- Co nie ma nic do rze­czy.

- Mylisz się.

- Tak czy owak Cobbe lubi ostre narzę­dzia, zawsze je lubił, i praw­do­po­dob­nie spra­wia mu przy­jem­ność obser­wo­wa­nie gli­nia­rzy zaj­mu­ją­cych się jego ofia­rami. Rozu­miem, że chcesz wie­dzieć nie tylko to, co wiem, ale rów­nież to, co myślę. A myślę, że cze­kał na gli­nia­rzy, by mieć frajdę. No i poja­wi­łaś się ty, a razem z tobą ja. Nie mógł się powstrzy­mać, żeby mi się nie poka­zać.

Znów musiała się z nim zgo­dzić.

- I nie sądzisz, że zain­ka­suje hono­ra­rium i wyje­dzie?

- Widzisz, on roz­po­czął tę grę. - Pod­szedł do Eve i usiadł naprze­ciwko niej. - Dla niego to coś wię­cej niż gra, bo przez całe życie marzył o tym, żeby ujrzeć mnie mar­twego. Już raz pró­bo­wał mnie dopaść - nie mówię o cza­sach, kiedy byłem mały, bo wtedy pró­bo­wał wie­lo­krot­nie. Budo­wa­łem ten dom i roz­krę­ca­łem biz­nes w Nowym Jorku. Dużo podró­żo­wa­łem, żeby... Powiedzmy roz­sze­rzyć swoje inte­resy.

Spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

- Powiedzmy.

- Byłem na połu­dniu Fran­cji, nazwijmy to, że w spra­wie dzieł sztuki. I tak się aku­rat zło­żyło, że tego samego wie­czoru, kiedy sfi­na­li­zo­wa­łem sprawę, wpa­dli­śmy na sie­bie. Trzeba dodać, że było to kilka godzin po tym, jak nestora pro­mi­nent­nej rodziny zna­le­ziono na jego wła­snym jach­cie z pode­rżnię­tym gar­dłem.

Wstał, wziął puszkę wody, usiadł, otwo­rzył ją.

- Było to w zatło­czo­nym barze, gdzie dopią­łem ostat­nie szcze­góły. Sie­dzia­łem przy drinku. Nagle zoba­czy­łem, jak wcho­dzi Cobbe. Prze­zor­ność wymaga, żeby obser­wo­wać wcho­dzą­cych i wycho­dzą­cych nawet po sfi­na­li­zo­wa­niu trans­ak­cji.

- Może szcze­gól­nie wtedy.

Znów się uśmiech­nął.

- Może szcze­gól­nie wtedy. Pod­szedł do mnie i usiadł, jak­by­śmy byli naj­lep­szymi kum­plami. Sły­szał, że dobrze mi się wie­dzie, więc czemu nie miał­bym posta­wić sta­remu dru­howi drinka?

- Domy­ślam się, że nie byłeś w nastroju do wspo­mnień.

- Powie­dzia­łem mu, żeby spły­wał. Nie przy­jął tego życz­li­wie. Miał mi do zako­mu­ni­ko­wa­nia kilka nie­mi­łych wia­do­mo­ści. Zakoń­czył sło­wami, że cho­ciaż mi się poszczę­ściło, zawsze byłem mię­cza­kiem, a on jest praw­dzi­wym synem Patricka Roarke'a. A skoro jeste­śmy przy­rod­nimi braćmi, nie wypruje mi fla­ków nożem, który trzyma pod sto­łem - dla pod­kre­śle­nia praw­dzi­wo­ści swo­ich słów dziab­nął mnie nim lekko - jeśli mu zapłacę pięć­set tysięcy fun­tów szter­lin­gów, przy­znam, że on jest praw­dzi­wym synem Patricka Roarke'a i jego spad­ko­biercą, oraz zrzeknę się jego nazwi­ska.

- Tylko tyle? - spy­tała Eve. - I co zro­bi­łeś?

- Powie­dzia­łem, że to bar­dzo cie­kawa pro­po­zy­cja, ale muszę ją odrzu­cić. I jeśli jesz­cze kie­dy­kol­wiek spró­buje znów mnie dopaść, gorzko tego poża­łuje. Mia­łem przy sobie para­li­za­tor, zosta­wi­łem Cobbe'a podry­gu­ją­cego na pod­ło­dze baru. Żałuję, że nie włą­czy­łem go na pełną moc i nie uwol­ni­łem świata od niego, ale dopiero co sfi­na­li­zo­wa­łem pewną sprawę i za wszelką cenę chcia­łem unik­nąć spo­tka­nia z miej­scową poli­cją.

- Jasne - mruk­nęła Eve.

- Usły­sza­łem o mor­der­stwie dopiero, kiedy wró­ci­łem do hotelu. Doda­łem dwa do dwóch, wyko­na­łem ano­ni­mowy tele­fon, prze­ka­za­łem jego nazwi­sko i ryso­pis. Nie udało im się go przy­skrzy­nić, ale powie­dziano mi, że spę­dził sporo czasu we fran­cu­skim aresz­cie, gdzie był prze­słu­chi­wany.

- I od tam­tej pory nic?

- Od tam­tego wie­czoru mia­łem go na oku. Przy­pusz­czam, że nie­zbyt skru­pu­lat­nie śle­dzi­łem jego losy, ale rzadko zaprzą­ta­łem sobie nim głowę. I ow­szem, trzy­mał się z dala ode mnie. Zabija dla pie­nię­dzy albo jeśli uzna kogoś za mię­czaka. Mnie za takiego uważa.

- Ni­gdy nie byłeś mię­cza­kiem. - Kiedy na nią spoj­rzał, pokrę­ciła głową. - Nie jestem twoją słabą stroną, Roarke. Jestem twoją cho­lerną bro­nią.

- Naj­droż­sza Eve, jesteś jed­nym i dru­gim, i nie tylko. - Ujął jej dłoń. - Nie popro­szę cię, żebyś gdzieś się zaszyła, podob­nie jak ty mnie o to nie popro­sisz. Możemy tego chcieć, ale zbyt dobrze znamy sie­bie nawza­jem, żeby tego zażą­dać. I wiemy, że musimy się z tym upo­rać.

- Nie mogę pozwo­lić, żebyś go zabił.

- Prze­pu­ści­łem oka­zję w tam­tym zatło­czo­nym barze na Lazu­ro­wym Wybrzeżu. Mogę obie­cać ci jedno: jeśli zgi­nie z mojej ręki, nie zabiję go z zimną krwią, jak mógł­bym to zro­bić, nim pozna­łem cie­bie. Wolę, żeby tra­fił za kratki, wolę, żeby zamknęli go w beto­no­wej klatce daleko od tego, co kocham. Wolę sobie wyobra­żać, jak spę­dza dłu­gie lata w wię­zie­niu, wie­dząc, że zna­lazł się w nim dzięki mnie i mojej poli­cjantce.

Mocno ści­snęła jego dłoń.

- To uczciwe. Nie pozwolę, żeby mnie wyko­rzy­stał, by spra­wić ci ból. Musisz mi zaufać.

- Będzie myślał, że zwią­za­łem się z tobą, by mieć wygodną przy­krywkę. Nie zro­zu­mie, kim dla mnie jesteś, ale to go nie powstrzyma przed próbą zabi­cia cię.

- Już popeł­nił błąd. Nie powi­nien dopu­ścić do tego, żebyś go zoba­czył. I tak bym usta­liła, i to cho­ler­nie szybko, że Tween wyna­jął płat­nego zabójcę, ale Cobbe mógł i powi­nien już roz­pły­nąć się w powie­trzu. Jest teraz na naszym tere­nie, Roarke. I zapłaci za to, co zro­bił Galli Mode­sto, bo teraz należy do mnie. Do nas - popra­wiła się.

- Do nas. - Ści­snął jej dłoń. - Jak sobie pora­dzi­łem z tablicą?

- Cał­kiem dobry z cie­bie pomoc­nik. Nie mam zastrze­żeń.

- To czy teraz uznasz, że dość na dziś, i tro­chę się prze­śpisz? Chęt­nie udam się na spo­czy­nek z moją żoną. I z kotem, który zapewne już się roz­wa­lił na naszym łóżku.

- Która godzina jest teraz we Wło­szech?

Spoj­rzał na zega­rek.

- Wpół do ósmej rano.

- Świet­nie. Muszę namie­rzyć rodzi­ców ofiary. Jeśli są we Wło­szech, chcę ich poin­for­mo­wać o tym, co się stało, i zorien­to­wać się, co i jak.

- Są we Flo­ren­cji. Usta­li­łem to, kiedy spraw­dza­łem inne rze­czy.

- Zaosz­czę­dzi nam to tro­chę czasu. Skon­tak­tuję się z nimi, potem wyślę SMS do Peabody i na tym zakoń­czę na dziś.

- Dobrze. Mam parę spraw, któ­rymi się zajmę w moim gabi­ne­cie. Zacze­kam na cie­bie.

Patrzyła za nim, jak wycho­dzi, a potem wzięła komórkę.

- Dość kawy na dzi­siej­szy wie­czór - zawo­łał.

Poczuła, że prze­stało ją ści­skać w żołądku. Jeśli wciąż suszy jej głowę, że pije za dużo kawy, to zna­czy, że odzy­skał spo­kój.

Rozdział 3

3

Eve obu­dził zapach kawy. Otwo­rzyła jedno oko i dostrze­gła Roarke'a. Stał obok auto­ku­cha­rza w sypialni, w sła­bym świe­tle poranka, z ręcz­ni­kiem owi­nię­tym wokół pasa.

Pomy­ślała, że to cał­kiem miły widok na dzień dobry. Cał­kiem, cał­kiem.

- Nie jesteś spóź­niony na jakąś tele­kon­fe­ren­cję w spra­wie zakupu pół­kuli połu­dnio­wej?

Bez zmru­że­nia oka zapro­gra­mo­wał drugą kawę.

- Prze­ło­ży­łem ją na póź­niej.

Pod­szedł do niej z fili­żanką kawy, a grube koci­sko, leżące na wyso­ko­ści jej krzyża, leni­wie się prze­wró­ciło na wznak i prze­cią­gnęło.

Uznała, że pół­nagi mąż, poda­jący kawę do łóżka, to wielki plus mał­żeń­stwa. Usia­dła, wzięła od niego kawę.

- Dobrze spa­łeś?

- Tak. - Prze­su­nął dło­nią po jej wło­sach, po czym pod­szedł do szafy.

Eve spoj­rzała prze­cią­gle na Gala­hada.

- Dobrze to rzecz względna - mruk­nęła i wstała, by wziąć prysz­nic.

Naj­lep­sze - i wła­ści­wie jedyne, co mogła zro­bić - to ostro się zabrać do pracy, by wycią­gnąć ten cierń z boku Roarke'a.

Cierń, aku­rat, popra­wiła się, kiedy stru­mie­nie gorą­cej wody w pełni ją roz­bu­dziły. Już prę­dzej maj­cher.

Wysłu­cha, co lekarz sądowy ma jej do powie­dze­nia o śmierci Mode­sto, a czego jesz­cze nie wie­działa, uważ­niej przyj­rzy się nagra­niom z kamer i skon­tak­tuje się w tej spra­wie z McNa­bem.

Krewni Mode­sto - rodzice, brat, bra­towa - zamie­rzali dziś rano przy­le­cieć do Nowego Jorku. Poroz­ma­wia z nimi, postara się wycią­gnąć z nich, co wie­dzą na temat jej mał­żeń­stwa z Twe­enem.

A potem prze­słu­cha gospo­dy­nię.

Eve wyszła spod prysz­nica i jak zwy­kle posta­no­wiła szybko i dokład­nie osu­szyć się w kabi­nie suszą­cej.

Z wła­snego doświad­cze­nia (Sum­mer­set!) wie­działa, że słu­żący dosko­nale się orien­tują, co się dzieje w domu.

Wysko­czyła z kabiny suszą­cej, zła­pała szla­frok wiszący na drzwiach łazienki.

Musiała poznać wszystko, co wia­domo o Cob­bie, może będzie jej potrzebna do tego pomoc komen­danta. I chciała się skon­sul­to­wać z Mirą, chciała, żeby czo­łowa pro­fi­lerka i psy­cho­lożka poli­cyjna przyj­rzała się zarówno Cobbe'owi, jak i Twe­enowi.

A prawdę mówiąc - pomy­ślała - sko­rzy­sta z pomocy wszyst­kich, żeby dorwać Cobbe'a i wsa­dzić go za kratki.

Kiedy wró­ciła do sypialni, Roarke, już w gar­ni­tu­rze króla świata wiel­kich inte­re­sów, zawią­zy­wał jeden z kolek­cji wymyśl­nych kra­wa­tów w fan­ta­zyjny węzeł.

- Zapo­wia­dają na dziś ładną pogodę - poin­for­mo­wał ją. - Gala­had już wcią­gnął poranną por­cję suchej karmy.

Zamie­rzała postę­po­wać pro­fe­sjo­nal­nie i prag­ma­tycz­nie, ale zamiast tego poszła za gło­sem serca, a nie roz­sądku. Zbli­żyła się do Roarke'a i ujęła jego twarz w obie dło­nie.

- Dorwę go.

- Nie mam co do tego cie­nia wąt­pli­wo­ści.

- To dobrze.

Skie­ro­wała się do swo­jej szafy, się­gnęła po pierw­szą z brzegu parę spodni. Wło­żyła je i spor­towy sta­nik, przy­po­mniała sobie, że ma być ładna pogoda, więc zła­pała koszulkę z krót­kimi ręka­wami i mary­narkę.

Kiedy wkła­dała koszulkę, Roarke sta­nął obok jej otwar­tej szafy.

- Robisz to spe­cjal­nie, żeby mnie ziry­to­wać?

- Co? - Się­gnęła po pasek.

- Zesta­wia­jąc tę mary­narkę z tymi spodniami. I odłóż ten pasek z powro­tem.

- Dla­czego? Spodnie są czarne, mary­narka jest czarna, pasek jest czarny.

Wziął mary­narkę, odwie­sił ją.

- Spodnie są w kolo­rze indygo.

Prze­wró­ciła oczami za jego ple­cami, kiedy wybie­rał inną mary­narkę.

- Możesz prze­wra­cać oczami, ile chcesz - powie­dział, nie odwra­ca­jąc się. - Jeśli zamie­rzasz wło­żyć coś w kolo­rze indygo, czyli nie czar­nym, tylko ciem­no­gra­na­to­wym, wpa­da­ją­cym nieco w sele­dyn...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki