Cień żywiołu - Leigh Fallon

Reflow text when sidebars are open.
Jak zwykle o poranku obudziło mnie stukanie dzioba Randela o szybę w oknie. Na mojej twarzy od razu zagościł szeroki uśmiech. Niby miałam się nie posługiwać żywiołem powietrza w tak prozaicznych sprawach, ale kiedy nikt nie patrzył, pozwalałam sobie na odrobinę szaleństwa. Machnęłam palcem i pchnęłam powietrze w pokoju tak, żeby odsunęło mi zasłony, a potem usiadłam na łóżku.
- Już wstaję, wstaję - powiedziałam do ptaka. - A teraz sio!
Randel, gawron DeRísów, strząsnął krople deszczu ze swoich czarnych piór i zniknął w mroku lutowego poranka.
Wskoczyłam w szkolny mundurek, a na szyi luźno zawiązałam krawat. Swoją drogą, ktoś by mi mógł kiedyś wreszcie wyjaśnić, jakie są niby zalety noszenia krawata, szczególnie w przypadku dziewczyn. Podniosłam torbę, która była pełna książek i potwornie ciężka, i stargałam ją na dół po schodach.
- Dzień dobry, tato - powiedziałam, wchodząc do kuchni.
- Dzień dobry, Megan. Kto cię dziś zabierze do szkoły? Ktoś cię podwiezie, prawda? - Na jego czole znów pojawiły się zmarszczki niepokoju.
Minęły trzy tygodnie od chwili, kiedy mnie porwano i uwięziono na opuszczonej łodzi. Tata był przekonany, że miałam po prostu pecha, bo uprowadził mnie jakiś psychopata - ot, przypadkiem znalazłam się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Nie mógł się dowiedzieć o Knoksach, ich próbach przejęcia mnie i ich odwiecznej żądzy zawładnięcia żywiołami. Od wypadku tata zaczął się zachowywać meganadopiekuńczo, co w zasadzie jest zrozumiałe, ale jednak nieco frustrujące, szczególnie że ja naprawdę potrafię się doskonale o siebie zatroszczyć.
- Nic się nie martw, tato. Caitlin zaraz po mnie przyjedzie.
- Caitlin? - spytał, unosząc brew.
- Tak. Ma już prawo jazdy - zapewniłam go, sięgając po jabłko. - Dobrze się wczoraj bawiliście? Jakoś nie słyszałam, kiedy Petra wyszła. - Usiłowałam powstrzymać uśmiech rozbawienia, gdy tata z wdziękiem się zarumienił. Petra była pierwszą kobietą, z którą się związał, odkąd zginęła moja mama, a w ostatnich tygodniach pojawiała się w naszym domu coraz częściej. Wyglądali na dobraną parę.
- Yyy... wyszła przed chwilą - wymamrotał i odchrząknął. - Musi odebrać poranną dostawę w restauracji.
"Pibiii" - zabuczał zepsuty klakson, obwieszczając przybycie Caitlin.
- To ja spadam - rzuciłam, dając tacie szybkiego buziaka, i wybiegłam na dwór.
Gdy otworzyłam drzwi od strony pasażera, Caitlin posłała mi radosny uśmiech.
- Cześć!
- Cześć. Dzięki, że po mnie przyjechałaś. - Wsiadłam do malutkiego czerwonego samochodu i usiłowałam mieć bardzo pewną i wspierającą minę, gdy Caitlin próbowała zjechać z podjazdu.
Włączyła radio i zabębniła palcami o kierownicę.
- Gotowa na ostatni semestr piątej klasy? - spytała, kiwając głową do rytmu, po czym mocno skręciła kierownicę, by w ostatniej chwili uniknąć uderzenia w jakiś zaparkowany samochód.
- Jasne - zapewniłam ją, a potem po raz trzeci sprawdziłam, czy mam zapięte pasy.
- Wyluzuj. - Spojrzała znacząco na moją dłoń zaciśniętą nerwowo na klamce. - Jeśli będziesz mi tu tak wbijać te paznokcie, to zostaną paskudne ślady.
Zmusiłam się do puszczenia klamki i jakoś udało nam się dotrzeć do szkoły w jednym kawałku. Po kilku nieudanych próbach Caitlin w końcu zaparkowała. Dwa auta dalej stał Adam. Opierał się o swojego zardzewiałego volkswagena i śmiał cicho.
Jego siostra bliźniaczka Áine już biegła nam na powitanie.
- Caitlin! Twój samochód jest po prostu przeuroczy!
Kiedy one były zajęte rozmową, podeszłam do Adama. Wystarczyło, że się do niego zbliżyłam, a od razu zaparło mi dech w piersiach. Poczułam mroczny zew magii czający się za niewinną zielenią jego oczu. Przyzywał mnie.
- Dzień dobry, moja piękna - powiedział Adam, przytulając mnie. - Widzę, że dotarłyście bezpiecznie. Jak się spisuje Caitlin w roli kierowcy?
- Nie można jej odmówić kreatywności. - Zaśmiałam się.
Ruszyliśmy tuż za Áine i Caitlin w stronę szkoły.
Adam się uśmiechnął.
- Niełatwo mi było się na to zgodzić. Kiedy odzyskam nasze poranki?
- Daj jej jeszcze kilka dni. Idę o zakład, że wkrótce Killian znów zacznie zabiegać o jej względy, a ona będzie miała tak wielkie wyrzuty sumienia, że nie odwzajemnia jego uczucia, że każdego ranka będzie lądować u niego zamiast u mnie.
- Już się nie mogę doczekać.
Áine odwróciła się w naszą stronę.
- Pośpieszcie się tam. Czas wreszcie skończyć ten rok.
Pierwsza lekcja to był rozszerzony angielski. Weszliśmy do klasy i usiedliśmy tak jak zwykle.
Pojawiło się kilka nowych twarzy. Jakiś chłopak mówił po polsku do grupki stojącej wokół jego ławki. Nieznana mi dziewczyna siedziała cicho przy ścianie. Rozglądała się nerwowo. Gdy na nią spojrzałam, uśmiechnęła się nieśmiało. Odwzajemniłam jej uśmiech. Tak bardzo przypominała mi mnie samą sprzed zaledwie pięciu miesięcy.
Weszła pani McIntire i powiodła wzrokiem po uczniach, zaciskając mocno usta.
- Czeka nas dużo pracy, nim skończycie ten semestr. Oczekuję od was pełnego zaangażowania. Jeśli nie macie zamiaru spełnić moich oczekiwań, proszę w tej chwili wyjść i dołączyć do lekcji angielskiego na zwykłym poziomie. - Rozejrzała się po klasie. - Nikt nie wychodzi? Dobrze. Skoro więc ustaliliśmy już, że z języka angielskiego wszyscy zamierzacie mieć w tym semestrze oceny celujące, możemy zaczynać.
Adam uścisnął mi pod ławką rękę i uśmiechnął się. To by było na tyle, jeśli chodzi o łatwy początek semestru.
Cały dzień ciągnął się mniej więcej na tę samą melodię. Każdy nauczyciel chciał prześcignąć pozostałych. W końcu jednak nadeszła pora lunchu. W drodze na spotkanie z naszą paczką zauważyłam, że nowa dziewczyna rozgląda się niepewnie. Pamiętam, jak to jest. Uśmiechnęłam się i podeszłam do niej.
- Cześć! Masz na imię Chloe, prawda? Jestem Megan.
Posłała mi przyjazny uśmiech.
- Tak! Wydaje mi się, że chodzimy razem na podstawową matematykę.
- No. Co za straszna nazwa, nie?
Roześmiała się.
- No, wiem. Jak matematyka dla idiotów czy coś.
- Właśnie. Skąd jesteś? Nie masz irlandzkiego akcentu.
- Przyjechałam z Wielkiej Brytanii. Przeprowadziliśmy się tu z tatą dwa tygodnie temu.
- Czyli zupełnie tak jak ja. Ja z moim tatą przenieśliśmy się tu sześć miesięcy temu ze Stanów. Jak ci się podoba?
- Chyba w porządku. Trudno się tak od razu przyzwyczaić.
- Tęsknisz za domem?
Wzruszyła ramionami.
- Dużo się przeprowadzamy, więc mój dom jest tam, gdzie moje rzeczy. To wszystko.
Chloe wciąż wyglądała, jakby czuła się dość niepewnie, więc wzięłam ją pod ramię.
- Chodź, zjedz z nami lunch. Przedstawię cię moim przyjaciołom. Bardzo mi pomogli, gdy się pojawiłam w tej szkole.
Popatrzyła na mnie z wdzięcznością.
- Serio? Dzięki.
Gdy zbliżałyśmy się do naszego tradycyjnego miejsca na lunch, porośniętego trawą wzgórza za szkołą, Darren uniósł brwi i szepnął do Killiana:
- Zaklepuję. - Powiedział to odrobinę za głośno.
Przewróciłam oczami.
- To jest Chloe. Jest nowa w szkole.
Darren i Killian od razu wręcz się na nią rzucili, a ona wydawała się przejęta tym, że są nią tak zainteresowani. Uznałam, że sytuacja jest pod kontrolą, i usiadłam koło Adama. Nie dało się nie zauważyć, że Jennifer taksuje Chloe krytycznym spojrzeniem, oceniając konkurencję. Jennifer uważała się za najatrakcyjniejszą laskę w naszej paczce i do ferii zimowych wciąż nic, tylko zrywała z Darrenem i do niego wracała. Aktualnie jednak raczyła nas opowieściami o wakacjach w Marbelli, gdzie niby pławiła się w słońcu i uwodziła jakiegoś starszego chłopaka, który teraz podobno cały czas do niej wydzwania.
- Mam już powyżej uszu tych wszystkich licealistów - mówiła. - Żeby zwrócić moją uwagę, chłopak musi mieć co najmniej... dziewiętnaście lat.
Adam przewrócił oczami i prychnął cicho.
- Przecież ty masz dopiero siedemnaście.
- I...? - warknęła, posyłając mu mordercze spojrzenie. - Dlaczego mówisz to tak, jakby to mnie miało obrazić? Nie jestem tu jakimś wyjątkiem, Adamie! Też coś! Osiemnastolatek i wciąż jest w piątej klasie!
- Hej! Ja też mam osiemnaście lat - przypomniała jej Áine.
- Phi - prychnęła Jennifer. - Bliźniaki...
- To nie ich wina, że musieli się przeprowadzić do Irlandii w połowie roku szkolnego! - rzuciła się im na ratunek Caitlin, po czym spojrzała na mnie zaniepokojona. Po moim porwaniu Fionn, opiekun Adama i Áine, zmyślił na jej użytek historyjkę, że DeRísowie są objęci programem ochrony świadków. Teraz Caitlin zachowywała się wobec nich bardzo opiekuńczo.
Zauważyłam, że Chloe przygląda się zaintrygowana Caitlin, więc uśmiechnęłam się do niej.
- Trudno, byśmy wszyscy byli tacy inteligentni jak ty, Jen - skomentował Adam i mrugnął do Caitlin.
Jennifer wyglądała na umiarkowanie udobruchaną, ale skinęła głową i wróciła do swojej teorii o dojrzałych facetach.
Poczułam znajome mrowienie mocy, gdy ciepłe palce splotły się z moimi. Spojrzałam w dół pewna, że to ręka Adama. Ale tym razem się pomyliłam.
- Áine? Co robisz?
- Hę?
- Złapałaś mnie za rękę?
- O kurka! - Strzeliła buraka. - Ja... ja nawet nie zauważyłam... - Zaczęła się śmiać. - Obawiam się, że właśnie osiągnęłam kolejny poziom szurnięcia!
Roześmiałam się i potarłam dłoń. Mrowienie nie ustępowało.
- Sądziłam, że to raczej niemożliwe, ale obawiam się, że to ci się rzeczywiście udało.
Po szkole pojechałam do DeRísów. Musiałam znów popracować nad kontrolowaniem swojego żywiołu i poćwiczyć, jeśli miałam zdążyć z przygotowaniami przed Pogodzeniem - rytuałem łączącym wszystkie nasze moce w jedną siłę. Pogodzenie może się udać tylko wtedy, gdy wszyscy Naznaczeni są na tym samym poziomie mocy, a niestety tak się złożyło, że DeRísowie wyprzedzali mnie o siedemnaście lat praktyki. Nie zostało nam zbyt wiele czasu. Rytuał mógł nastąpić tylko podczas letniego przesilenia, a zatem już w czerwcu. Codziennie po szkole i w weekendy ciężko pracowaliśmy, żebym mogła ich dogonić.
W kuchni powitał nas Fionn.
- Jak się wszyscy miewają?
- Bosko - burknęła Áine, głaszcząc Randela, który usiadł jej na ramieniu.
- W szkole było świetnie - starałam się, żeby mój głos wypadł nieco bardziej entuzjastycznie. - Nauczyciele naprawdę poważnie podeszli do tego semestru.
- To dobrze, dobrze - rzucił Fionn, jakby zupełnie mnie nie słuchał.
- Co się dzieje, Fionnie? - spytał Adam, a w jego zwykle tak pogodnym głosie słychać było troskę.
Fionn westchnął i usiadł na jednej z długich ław przy kuchennym stole.
- Wygląda na to, że nie byliśmy jedynymi wrogami Lyonisa Fleeta.
- Lyonisa?! - jęknęłam, czując nagle przemożną potrzebę opadnięcia na ławę. Usiadłam obok Fionna. Ten okropny członek Knoksów był ostatnią osobą, o której miałam ochotę myśleć. Wolałabym zapomnieć o jego drwiącej twarzy i śmierdzącym oddechu, o tym, jak mnie pobił i o mało nie zabił Adama.
- Skąd wiesz? - spytała Áine, siadając obok mnie. Randel zeskoczył z jej ramienia i wylądował pośrodku stołu.
- Bo nie żyje.
- Jak to możliwe? - zdumiał się Adam. Na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka, gdy podawał mi i Áine kubki z herbatą. - Przecież był w areszcie. Popełnił samobójstwo?
Fionn pokręcił głową.
- Nie. Został zamordowany.
- Przez współwięźnia? - wyszeptałam.
- Nie. To się stało, gdy przewożono go do innej placówki. Wygląda na robotę profesjonalistów.
- Ale kto poza nami mógłby pragnąć jego śmierci? - Adam patrzył na Fionna zdziwiony. - Myślisz, że to Knoksi bali się, że zacznie mówić?
Bezlitośni Knoksi z pewnością byliby zdolni do zabicia jednego ze swoich, gdyby tylko uznali, że stoi on na drodze do realizacji ich planów. Choć wszystko to wyglądało bardzo podejrzanie, mimowolnie poczułam ulgę. Lyonis przynajmniej nie mógł mnie już skrzywdzić. Knoksi na pewno wrócą, ale to będzie inna walka.
Fionn wzruszył ramionami.
- Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Aha, i jeszcze coś. Rían wraca do domu pod koniec tygodnia.
- Świetnie! - pisnęła Áine.
Rían dwa ostatnie tygodnie spędził z Zakonem Dublińskim i nic dotąd nie wskazywało na to, byśmy mieli zobaczyć go tak prędko. Mimo że początki naszej znajomości były dość ciężkie, teraz już się przyjaźniliśmy i naprawdę brakowało mi złośliwości tego dzikusa.
- Wcześniej jednak przyjedzie Zakon Dubliński - ciągnął Fionn - więc jutro musicie być tu wszyscy. Ty także, Megan.
- Dlaczego Rían nie wróci z nimi? - spytał Adam.
- Zdaje się, że Zakon ma dla nas jakieś pilne wieści, a tymczasem Rían musi jeszcze dokończyć swoje zadanie.
Moje serce zabiło mocniej. Wiedziałam, że Hugh trudzi się nad pismami skrybów. Może w końcu udało mu się rozszyfrować ich bazgroły. Może znalazł rozwiązanie dla mnie i Adama. Bałam się robić sobie nadzieje, ale pochwyciłam spojrzenie Adama i zrozumiałam, że on myśli o tym samym. Czyżby wreszcie pojawiła się jakaś szansa na to, byśmy mogli być naprawdę razem?
Nic więc dziwnego, że potem na treningu wstąpiła w nas nowa energia. Fionn przyglądał się nam uważnie, gdy po kolei uwalnialiśmy swoje żywioły, starając się następnie nad nimi zapanować. Zaczęłam, gdy tylko skończył Adam.
- Powolutku, Megan - powiedział Fionn. - Nawet jeśli moc ledwie się sączy, zaraz zdołasz ją zbudować.
O to akurat nie musiał się martwić. Budowanie siły nie stanowiło już dla mnie żadnego problemu. Gorzej było z jej kontrolowaniem. Czułam w sobie moc i było to zarazem przerażające i niesamowite. Zamknęłam oczy. Wystarczył lekki ruch ręką, a mój żywioł wydostał się ze mnie na wolność. Miałam wrażenie, że otarł się o Áine i zaraz owinął wokół Adama.
- Dobra - usłyszałam Fionna. - Teraz pociągnij żywioł ku sobie i trzymaj mocno.
Powietrze wokół nas drżało i połyskiwało niczym bańka mydlana. Powoli zbierało się, gęstniało, aż w końcu czułam, że podporządkowuje mi się każda molekuła, że całe powietrze czeka na moje polecenia.
- Tak! O to właśnie chodzi. Idealnie. - Fionn zaklaskał w dłonie, a potem powiedział do Áine i Adama: - Moglibyście się wiele od niej nauczyć. Radzę wam trochę więcej ćwiczyć. - Gdy mijał mnie w drodze do domu, położył mi rękę na ramieniu. - Naprawdę dobra robota, Megan.
Zamiast jednak ćwiczyć, Áine i Adam - jak to oni - przez całą godzinę walczyli. Siedziałam z boku i obserwowałam bez słowa, jak przedziwne rzeczy mogą się dziać, gdy rywalizacja między bliźniakami połączy się ze zdolnością władania żywiołami. W końcu Adam zamknął Randela w idealnej kuli z lśniącej wody, a Áine wezwała stadko mew, które obsiadły jej brata i poderwały go z ziemi. Dopiero wtedy nastąpiło zawieszenie broni.
Już po chwili Adam leżał na łóżku przy mnie, podpierał się na łokciu, a dłonią drugiej ręki delikatnie gładził moją dłoń. Odwrócił mnie, żeby mi spojrzeć w twarz, i na moment czas się zatrzymał.
Poza miłością do Adama czułam też, jak żywioł w mojej piersi rwie się ku niemu, jak zalewa moje członki łagodnym ciepłem, jakbym się zanurzała w przyjemnej, miękkiej bawełnie. To przedziwne, ale nasze żywioły przyciągały się z coraz większą siłą.
Poddając się im, pochyliliśmy się ku sobie, aż nasze usta się spotkały. Już po chwili tuliliśmy się w pocałunku z intensywnością zrodzoną z pożądania naszych serc i naszych żywiołów zarazem. Powietrze zareagowało natychmiast i rozwiało mi włosy. Kartki z pracą domową sfrunęły z łóżka na podłogę. Wilgoć zza okna wpadła do środka i otoczyła nas wirem, usiłując spleść nas ze sobą jeszcze mocniej. Zdyszani, niechętnie oderwaliśmy się jednak od siebie. Coś szarpało mnie w piersi aż do bólu.
Adam nadal miał zamknięte oczy. Był blady.
- Coraz trudniej nad tym zapanować - wyszeptał.
- Wiem. - Ostrożnie musnęłam palcami jego powieki. - Spójrz na mnie.
- Jeszcze nie.
- Adamie, pozwól mi zobaczyć.
Gęste, ciemne rzęsy jeszcze przez kilka sekund były opuszczone, aż w końcu otworzył oczy. Źrenice miał powiększone i otoczone niezwykle jaskrawym błękitem.
- Nie lubię, gdy oglądasz mnie w tym stanie - warknął.
Ujęłam jego twarz w dłonie.
- Nie opowiadaj bzdur. Kocham twoje oczy bez względu na ich odcień.
- Nie o kolor się martwię - syknął, odwracając się do mnie plecami.
Westchnęłam.
- Adamie, musimy porozmawiać o pro...
- Nie! Mam już serdecznie dość słuchania o proroctwach, które przepowiadają nam koszmarny los. - Podszedł do okna, by spojrzeć na pola, które ciągnęły się aż po horyzont. - Jeśli tylko Zakon dowie się, co się z nami dzieje, uzna to za potwierdzenie najczarniejszego scenariusza. Rozdzielą nas i umieszczą na dwóch różnych kontynentach, żeby - uniósł palce i zrobił w powietrzu cudzysłów - uniknąć końca świata.
Przeszłam po skrzypiącej, drewnianej podłodze, objęłam go i przycisnęłam policzek do jego napiętych pleców. W głębi duszy wiedziałam, że ten nowy fenomen może niestety zwiastować jakieś kłopoty, ale też za nic nie chciałabym, by nas rozdzielono. Będziemy się musieli nauczyć kontrolować te przypływy mocy. Zakon był przekonany, że związek między Naznaczonymi po prostu musi sprowadzić kosmiczną katastrofę, ale uczepiłam się myśli, że może nienazwana para z pism druidzkich skrybów znalazła jakieś wyjście z tej sytuacji. Przecież podobnie jak ja i Adam, oni też byli Naznaczeni... Ale przetrwało tak mało informacji na ich temat, zupełnie jakby ich życie upłynęło bez większych wstrząsów. Naprawdę miałam nadzieję, że Hugh przywiezie jakieś dobre wieści.
- Powiemy im - szepnął Adam. - Ale jeszcze nie teraz, dobrze?
- Dobrze. - Wychyliłam się zza jego ramienia i patrzyłam, jak ostatnie promienie słońca ześlizgują się z jego twarzy, pozostawiając go na pastwę ciemności.
Następnego dnia Adama nie było na pierwszej lekcji. Na przerwie zaszedł mnie od tyłu i znienacka dał buziaka w policzek.
- Gdzie się podziewałeś?
Wzruszył ramionami.
- Miałem różne... sprawy rodzinne.
Taka mętna odpowiedź nie była w jego stylu. Rozejrzałam się wokół.
- Gdzie jest Áine?
- Pewne wiadomości sprawiły, że nie była w nastroju na przyjście do szkoły. Później sama ci o wszystkim opowie. - Pochylił się, żeby mnie pocałować. Gdy tylko jego usta zetknęły się z moimi, zerwał się wiatr wokół naszych nóg, przyciskając nas mocniej do siebie. Chciałam zadać mu tyle pytań, dowiedzieć się, co zmartwiło Áine tak bardzo, że nie przyszła do szkoły, ale mój umysł jakby zasnuła mgła i poddałam się pocałunkowi.
Adam uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Nie powinienem robić tego tuż przed klasą.
- O której przyjeżdża Zakon?
- O szóstej trzydzieści. Na pewno możesz być na kolacji?
- Jasne! Znasz mojego tatę. Kiedy jestem w "bezpiecznych rękach" Fionna, jest najszczęśliwszy.
Adam się roześmiał. Jeśli chodzi o moje bezpieczeństwo, to ostatnio tata nie ufał zbyt wielu ludziom, ale wśród nielicznych wybranych z pewnością znajdował się Fionn z tym jego imponującym stylem komandosa.
- Adam, powiedz mi, o co chodzi z Áine. Coś się stało?
Zacisnął szczękę.
- Chce ci sama o tym powiedzieć.
- O czym?
- Tylko nie zdradź, że ci wypaplałem.
Posłałam mu groźne spojrzenie.
- No wyduś to wreszcie z siebie! Szybko, zanim trzeba będzie wejść do klasy.
- No więc... jako że Áine osiągnęła już "słuszny wiek", Zakon postanowił, że należy zapoznać ją z jej... wybrankiem. Obawiam się, że między innymi właśnie o tym chcą z nami dzisiaj pogadać.
Szczęka mi opadła z wrażenia. Áine powiedziała mi wprawdzie wszystko o tej przedziwnej praktyce Zakonu, o tym, że dobiera on mężczyzn z odpowiedniej rodziny dla Naznaczonych kobiet, żeby mieć gwarancję kontynuacji linii Naznaczonych, ale zawsze myślałam o tym jako o czymś bardzo odległym.
- O Boże. Byłam pewna, że to wszystko zostało na razie zawieszone... Przecież skoro ja się pojawiłam...
Adam pokręcił głową.
- Dla Zakonu jesteś jedną wielką niewiadomą, więc odpowiedzialność za ciągłość linii dalej spoczywa na biednej Áine.
- To po prostu śmieszne! Ty i Fionn musicie coś z tym zrobić! Powstrzymajcie ich!
- Myślisz, że nie próbujemy? Ale nawet Áine nie chce nas słuchać. Jest kompletnie spanikowana, ale mimo to zdecydowana poznać wybranka. Chyba jest po prostu ciekawa.
- Kiedy on przyjeżdża?
Adam aż się skrzywił.
- W piątek.
- Co takiego?!
Miałam jeszcze milion pytań, ale zadzwonił dzwonek i wszyscy rozpierzchli się do swoich klas. Teraz muszę wytrwać cały dzień w szkole, nim będę mogła porozmawiać z Áine. To szaleństwo.
Po południu znów wylądowałam u DeRísów, ale tym razem nie zatrzymałam się w kuchni, tylko pomaszerowałam prosto do pokoju Áine. Zapukałam cicho.
- Áine, to ja, Megan. Mogę wejść?
Otworzyła drzwi, spojrzała na mnie i zwiesiła głowę.
- Adam wszystko ci wygadał, tak? - Powlokła się do łóżka, opadła na nie i skryła twarz w kołdrze. Coś pisnęło głośno i spod pościeli wyłoniła się główka Randela.
- Przepraszam, Randelu - wymamrotała Áine.
Usiadłam przy niej i zaczęłam delikatnie głaskać ją po plecach.
- Wcale nie chciał się wygadać. Musiałam to siłą od niego wyciągnąć.
- Pewnie się z nimi zgadzasz. Też myślisz, że sama się proszę o kłopoty - powiedziała tak cicho, że ledwie ją usłyszałam.
- Nie, oczywiście, że nie.
Odwróciła twarz w stronę dużych okien wychodzących na busz zieleni, który kiedyś był ogrodem. Do pokoju wpadały promienie popołudniowego słońca.
- Dzięki za... - wyszeptała - za to, że nic nie mówisz. To miła odmiana. Wszyscy nic, tylko mi radzą. Ciężko się dogadać z facetami. Niczego nie rozumieją. Nawet Randel nie potrafi sobie teraz znaleźć przy mnie miejsca.
Uśmiechnęłam się i dalej milczałam, czekając, co powie.
- Chodzi tylko o to, że ten typ, ten mój niby narzeczony... On jest częścią mojego życia, czy tego chcę, czy nie. Ale jeśli go zobaczę, jeśli sama go ocenię, to ja podejmę wybór. Nie moja rodzina, nie Zakon, tylko ja.
- Kumam. - Pokiwałam głową.
- Nie boję się Zakonu. Nie dam się zastraszyć i zmusić do małżeństwa. Nie poczuwam się do żadnego obowiązku w tej sprawie, ale... po prostu muszę go najpierw poznać.
- Tak właśnie zrób - powiedziałam, przemilczając swoje wątpliwości.
W zamyśleniu chwyciła moją rękę i zaczęła ją pieścić palcami, aż znów pojawiło się to charakterystyczne mrowienie. Poczułam się nieswojo.
Zmarszczyłam nos, wzdrygając się mimowolnie, i próbowałam wyrwać jej swoją dłoń.
- Áine... znowu to robisz.
- Co?
- To z ręką.
- Oj, sorki. Jeszcze ludzie zaczną myśleć, że przeszłam na drugą stronę. - Zaśmiała się nerwowo. - To jest dziwne uczucie, nie? Coś tu jest... jakby nie tak, prawda? - Odwróciła moją dłoń, ale nadal ją trzymała, a potem wreszcie powoli, jakby niechętnie, puściła.
- Myślę, że to po prostu nasze żywioły do siebie lgną - powiedziałam, przełamując dziwaczność tej chwili. - Na pewno nie ma się czym martwić.
Zmusiła się do uśmiechu.
- Obyś miała rację.