Cień - Władysław Reymont
4.49 zł
3.68 zł
(2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Wiosna!... Świat był różowy od ogni poranku i przesycony ciepłem, śpiewami, wonią - co zewsząd biła falą upajającą. Strzępy mgieł rozsnuwały się nad stawami, i, niby wiry fioletowo-przejrzystej kurzawy, dymiły z dolin, jak z trybularzy - ku słońcu. Wszystko, co żyło, upajało się miłośnie słońcem, piło wszystkiemi porami ciepło i radość. Liljowe obłoki bzów rozkwitłych dyszały wonią. Niebo, ziemia i ludzie, drzewa i ptaki rozśpiewane w gąszczach - przenikał jakby spazm rozkoszy życia. Ogromną radość odradzania się obchodził świat przenikniętemi rozkoszą sercami. Czuć było jakieś nabrzmiewanie tętna życia powszechnego w tej gwałtownej pulsacji przyrody. - Wiosna! - szeptał jakiś młody człowiek, przemierzający wzdłuż park ogromny, co, niby morze zieloności i powietrza, wdarł się pomiędzy szare, obrzydliwe siedziby ludzkie - i panował nad niemi majestatem piękna. - Wiosna! - powtarzał, przeglądając poprzez drewniane kraty bramy ulicę miejską. I czuł tę wiosnę w sobie, miał ją w duszy, rozkołysanej szczęściem, przejmowała mu serce drżeniem wesela, omotywała mózg marzeniami, dyszał nią, jak i wszystko, co go otaczało. Nie zdawał się tylko wiedzieć o tem świadomie, bo wciąż chodził, przystawał, przepatrywał ulicę miejską i aleje parku z niecierpliwością, a czasami, niby obłoki szarawe, przysłaniała mu duszę obawa przed zawodem. Po raz setny spojrzał na zegarek. - Ósma, dopiero ósma! I znowu rozpoczął wędrówkę po parku. Nic nie myślał, bo ta słodka, denerwująca troska czekania na ukochaną nękała go dziwnie obezwładniająco. Prześlizgiwał się tylko wzrokiem po wszystkiem - i biegł myślą aż tam, gdzie ona, i spochmurniał wnet, bo jakby ujrzał poprzez przestrzenie dobrą, przyjacielską twarz jej męża. - Mąż - szepnął - gdyby nie ten mąż!... Naraz zadrżał, zadygotał cały w sobie, wszystkie tętnice zahuczały mu z gwałtownością - zaledwie mógł oddychać, tak serce biło mu w cichem tempie pianissima zachwytu. Wzrok mu promieniał, ramiona mimowoli wyciągnęły się. Chwila jeszcze! - Widzi, jak ona bojaźliwie idzie woddali. Druga chwila, spotykają się już oczyma, całują spojrzeniem... - Ello! moja ukochana Ello! - szepcze - i są już przy sobie. Serca przestały im bić, usta oniemiały ze szczęścia, dłonie złączone drżą, a oczy zatopione w sobie, śpiewają hymny miłości, upojenie zda się tworzyć świetlany nimb nad nimi. Tłum ludzki, płynąc obojętnie, zepchnął ich na bok, nie wiedzieli o tem. - Kocham! skandowały jego oczy. - Kocham! odpowiadały drugie, wielkie i głębokie, jak otchłanie. - Kocham! - zdawało się wydzierać z ich serc, i dźwięczeć, jak symfonja szczęścia ogólnego. Ptaki śpiewały w gąszczach. Wiatr strząsał na nich z kasztanów różową kaskadę kwiecia. Bandy dzieci przewracały się im prawie u nóg, rozszalałe powietrzem i uciechą. Nie wiedzieli o tem. Cóż było poza nimi? Nicość! Cóż było w nich? Świat cały. Tajemnica kształtowania się chaosu. - Dawno pan czeka? - spytała cicho, nieco ochłonąwszy. Zaraz odpowiedział, ale głos miał szorstki prawie, urywany a dyszący żarem. - Nie wiem. Jestem tak szczęśliwy, że nie wiem o niczem - co tobą nie jest. Nie wiem nic nadto, że jesteś przy mnie, że cię widzę, słyszę, czuję... Cóż więcej mnie obchodzi? Piła jego słowa i uczucie spojrzeniem, chciała coś odpowiedzieć, ale nagle jakiś płomień okrył jej twarz rumieńcem i zamilkła - nim mówić zaczęła. Obejrzała się trwożnie i podejrzliwie spoglądała w twarze przechodniów. - Spóźniłam się, mąż zatrzymał mnie... ach, ten... - Pójdźmy, Ello, zapomnij o nim! - szepnął, biorąc ją za rękę. Zadrżała, bezwiednie usuwając dłoń swoją. Milczenie zachwytu zapanowało pomiędzy nimi. Nie mogli mówić, i teraz, czując się tak zjednoczonymi czuciowo - nie mieli nic do powiedzenia sobie. Serca biły im zgodnie, napół przysłonięte źrenice gorzały, a jakaś serdeczna nieśmiałość i jakby obawa trzymała ich zdala od siebie. Szli wolno, nie patrząc na siebie. Jej purpurowe, nabrzmiałe krwią usta, poruszały się nieznacznie - jakby z duszą własną rozmawiała, lub pieśń dziękczynną, pełną radości głębokiej, słała przestrzeniom. Czuli jakiś przepływ przez siebie, zagmatwanych, rozprzęgniętych stanów świadomości, niby strzępów świateł, dźwięków, zapachów, drżeń, i jakąś nagłą ciszę serc szczęśliwych. Dość im było czuć się obok siebie, aby w milczeniu pogrążać się w tej topieli słońca i wiosny, szmerów przyrody i rozśpiewaniu dusz swoich. Znaleźli się na rozdrożu alej, rozbiegających się na wszystkie strony parku. - Na prawo czy na lewo? - spytała, podnosząc oczy na niego. W dźwięku jej głosu zadrżał jakiś ton niezwyczajnego pytania. Pochwycił go i odparł z mocą: - Prosto - jeśli do szczęścia nas zaprowadzi. - A jeśli się to sprzeciwia... jeśli... - szepnęła bezwiednie, snując przędze tej ciemnej, pod powierzchnią świadomości tkanej myśli. - Nie sprzeciwia się niczemu, bo się nie sprzeciwia sercom naszym - przerwał szybko, i lekki błysk przemknął mu zielonkawym ogniem w źrenicach. - O nie! - zawołała gorąco. Roześmiali się, zaglądając sobie głęboko w oczy. - Kocham! - Kocham! - odpowiedziała namiętnie. I uśmiechnięci, swobodni, przytuleni do siebie ramionami, prawie pobiegli środkową aleją. Uniesienie oczekiwanej rozkoszy rozlewało po nich prąd denerwujący. Tacy się czuli szczęśliwi! Świat był tak pięknym! Miłość tak słodką! Pocałunek tak potężnym! Szeptali półgłosem. O czem? O czem kochankowie mówią? O czem dwa ptaki świergoczą przytulone do siebie miłośnie? O czem gwarzą serca w rozradowaniu, dusze w zachwycie? O czem? Wybuchali śmiechem dźwięcznym, metalicznym, śmiechem bez troski. Wyrywały się im z serc słowa bez myśli, a znaczenia pełne, okrzyki, w które dusze kładli, rzucali spojrzenia, pełne pocałunków i obietnic, uśmiechy były niby promieniowania. A echa tej brylantowo-skrzącej się kaskady młodości i szczęścia brał wiatr i niósł w przestrzeń błękitną, słońcu, kwiatom, co rozchylonemi kielichami wchłaniały światło; brali coś z tej pieśni i ludzie, dążący we wszystkie strony parku, aż przystawali oglądać się, z przerażeniem zgorszenia jedni, z uśmiechem smutnej ironji - drudzy, na tę parę tak szczęśliwą, od której biły płomienie życia i miłości. A oni szli bez troski, jak uosobienie wiosny, i ani dbali w tej chwali, że przyślepłe oczy tłumów znajdowały ją zbyt bezczelnie piękną. - Odwracają się za nami. Może kto znajomy - szepnęła z przykrością. - Ello! My zbrodnię pepełniamy w ich oczach, bo się kochamy, bo mamy odwagę zachwycać się życiem i sobą. Opasy ludzkie! Filistry. Kłęby mięsa i interesów. Mumje zabalsamowane w konwenansach i niemocy. Zabrońcie sercom kochać, ustom szeptać zaklęcia, oczom płonąć namiętnością, myśli snuć cudną tkankę marzeń... Zabrońcie młodości być młodością - zabrońcie! - szeptał prawie głośno. Czuł tylko potrzebę wyładowania nazewnątrz choćby w słowach tego nadmiaru energji, jaką miał w sobie. Przechodzili jakiś placyk odsłonięty, zalany cały światłem i pusty zupełnie, a obramowany dokoła haftem delikatnych cieni, jakie rzucały drzewa na żółtawy żwir. Pochwycił ją w ramiona i namiętnie całował. - Odsunęli się jednak natychmiast od siebie, bo ujrzeli cień wprost do nich idącego człowieka. Jakby się oderwał od tamtych cieniów, leżących pod drzewami, bo był taki sam czarny - szedł powoli, posępny i ciężki, jak chmura smutku, i człowiek ten utkwił w nich szare, posępnie płonące źrenice i przenikać się ich zdawał do głębi tą szarością, chociaż może nie myślał o nich, może ich nawet nie widział... Zmieszali się oboje, jakby poczuli ten surowy, ostry wyraz jego wzroku aż we wnętrznościach. Suchy, o ziemistej barwie profil powiał na nich niby kirem. - Czemu tak patrzy? Mnie boli to spojrzenie! - spytała i niespokojnie odwróciła się. Człowieka nie było już widać. - Czemu on tak dziwnie patrzył? - zapytała raz jeszcze. - Nie wiem - odparł z oczyma utkwionemi tam, skąd przed mgnieniem patrzały tamte źrenice. - Może on widział jak całowałeś mnie... może on wie, że... mąż... - Że i teraz cię pocałuję - i nachylił się, całując ją w uszko. Odsunęła się trochę. - Że mąż... że my nie mamy prawa... może nas ostrzega... - Bodaj przepadł! Ello, nie mówmy już o tem. I poszli, przystając przy klombach nad basenami, lecz tylko poto, aby przycisnąć się ramionami, spojrzeć sobie w oczy i iść dalej; ale pomimo tego czuli, że w tę ciszę wewnętrzną wsączyło się jakieś wrzenie, że na zwierciadła ich spokoju kładzie się jakiś cień, że majaczy w nich ten dziwnie przejmujący wzrok starca. Byli szczęśliwi, uśmiechnięci, zajęci sobą, i nieświadomi jeszcze własnego, wewnętrznego stanu. - Szczęśliwyś? - Daj usta, a powiem ci o tem. - Ogarnął ją ramieniem, i całował. - Mów mi tak zawsze, ukochany. - Do tchu ostatniego. - Boże! - szepnęła z trwogą. - Patrz! tam idzie... - Kto? - Ten człowiek - raczej cień człowieka - patrz tutaj! Obejrzeli się z tłumioną w sobie obawą, spodziewając się ujrzeć ten profil surowy. Nie, nie było nikogo. Młody klon trzepotał listkami i żóraw z powagą kroczył przez trawniki. - Śmieszny ptak - zawołała. - Bardzo śmieszny. - Co ty myślisz o mnie? - zapytała niespodziewanie - i chmura niepokoju przysłoniła jej twarz, delikatnie rzeźbioną. - Nic nad to, że cię kocham, że jesteś mi źródłem, skąd piję życie i szczęście. - A jak przestaniesz?... - Nigdy! - Tracę przytomność, nie wiem, co się dzieje ze mną, jakiś ból obawy przed czemś nieświadomem mnie ściska. Nie powinnam była tu przyjść. - Ello! czy to nie ludzkie prawo być szczęśliwymi, kochać? - A jeżeli nie wolno tak być szczęśliwymi? - mówiła, odruchowo przepatrując pomiędzy drzewami. - Ello moja, czy nigdy nie pozbędziesz się tego mieszczańskiego podziału na: wolno lub nie wolno? Jak to mnie boli, że ciebie straszą te spróchniałe formy. - Ale poco my o tem mówimy? Mówmy o czem innem! - Kocham cię! - Szalejmy raczej, bo jutro może być nie nasze. - Dobrze. Szalejmy! - Pijmy war serc naszych i uniesień! - Pijmy! - I uśmiechnęła się blado i niepewnie. - Pójdziemy... - szepnął przeciągle, patrząc w jej oczy. - Nie... jeszcze... później. Tak mi dobrze; zostańmy, jak dotąd. Ja się tak czegoś boję... Obejrzała się trwożnie, bo wydało jej się, że to szare, sępie spojrzenie zamigotało przed nią, że jak cień prawie niedostrzegalny kołysze się pomiędzy nimi. - Więc mnie nie kochasz? - Kocham, bardzo cię kocham, bo umieram z tęsknoty, ilekroć nie widzę cię dłużej. - I odmawiasz. - Alem, wychodząc, zauważyła, jak on się patrzył na mnie długo - długo, jakby z wyrzutem. - I poczuła w gardle jakieś ściskanie udręczenia wyrzutu, i jakby płomień współczucia niedoli tamtego, przeszedł po jej sercu. - Mój Boże, co ja robię!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.