Cień sułtana (Tom 3). Cień sułtana - Maria Paszyńska

Kup ebooka

32.00 zł
24.96 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

7 pa­ździer­ni­ka 1571 - Le­pan­to - Za­to­ka Pa­tra­ska

1

Bla­do­żó­łta tar­cza sło­ńca za­po­wia­da­ła upał. Nie­bo było bez­chmur­ne, a po wcze­sno­ran­nej mgle nie było już naj­mniej­sze­go śla­du. Roz­pły­nęła się jak ostat­ni akord nocy, po któ­rej spo­koj­nie, po­wo­li, jak­by nie­co z oci­ąga­niem, wsta­wał ko­lej­ny pi­ęk­ny dzień. Z sen­nym uro­kiem bez­mia­ru błęki­tu sil­nie kon­tra­sto­wa­ło to, co dzia­ło się pod jego skle­pie­niem. Na ta­fli za­czer­wie­nio­ne­go od krwi mo­rza, po­mi­ędzy frag­men­ta­mi roz­trza­ska­nych okrętów dry­fu­jący­mi ku nie­wia­do­me­mu prze­zna­cze­niu, uno­si­ły się set­ki, ty­si­ące ludz­kich ciał. Ka­no­na­dy ar­mat­nie mie­sza­ły się z hu­kiem wy­strza­łów z ar­ke­bu­zów. Krzy­ki do­wód­ców za­głu­sza­ły jęki ko­na­jących i bła­ga­nia ran­nych. Po­nad nimi zaś po­krzy­ki­wa­ło nad­mor­skie ptac­two.

Na­gle nie­wiel­ki po­cisk ze świ­stem prze­ci­ął po­wie­trze, jed­nak w pa­nu­jącym wo­ko­ło zgie­łku nikt go nie usły­szał. Wy­so­ki mężczy­zna w bia­łym tur­ba­nie zwa­lił się na zie­mię. Mu­ślin bar­wy świe­że­go śnie­gu, pre­cy­zyj­nie zwi­ni­ęty wo­kół jego gło­wy, szyb­ko za­bar­wił się szka­rła­tem.

- Oj­cze! - jęk­nął mło­dzie­niec sto­jący tuż obok. - Oj­cze!

Łka­jąc, padł na ko­la­na obok le­żące­go. Po chwi­li do­łączył do nie­go fech­tu­jący nie­co da­lej brat.

- Me­dy­ka! - wrza­snął, lecz w fer­wo­rze wal­ki nikt nie za­re­ago­wał.

Sy­no­wie klęcze­li przy wy­da­jącym ostat­nie tchnie­nie ojcu i za­wo­dzi­li z żalu. Krew zna­czy­ła ich bo­ga­to zdo­bio­ne sza­ty roz­le­gły­mi pla­ma­mi. Ko­na­jący spró­bo­wał się do nich uśmiech­nąć, po­wie­dzieć co­kol­wiek, ja­koś ich po­cie­szyć, lecz nie zdo­łał. Sło­wa za­ma­rły mu na war­gach, któ­re opu­ścił je­dy­nie ni­kły obło­czek pary. Mężczy­zna nie żył. Mło­dzie­ńcy wy­buch­nęli pła­czem tak roz­dzie­ra­jącym, że ich bo­le­ść przy­ci­ągnęła uwa­gę wal­czących w po­bli­żu.

- Sko­nał - wy­szep­tał ktoś z na­bo­żnym sza­cun­kiem, a jego sło­wa szyb­ko roz­nio­sły się po­mi­ędzy lu­dźmi.

W chwi­lę pó­źniej wal­ki na "Sul­ta­nie", okręcie fla­go­wym Im­pe­rium Osma­ńskie­go, usta­ły. Żo­łnie­rze i do­stoj­ni­cy zgro­ma­dze­ni w po­bli­żu po­le­głe­go zdjęli na­kry­cia gło­wy, nie­któ­rzy roz­ry­wa­li swo­je ka­fta­ny w ge­ście roz­pa­czy, inni pa­dli na ko­la­na i wzy­wa­li mi­ło­sier­dzia Je­dy­ne­go Boga.

- Ali Müez­zin­za­de mar­twy! - Żo­łnie­rze prze­ka­zy­wa­li so­bie in­for­ma­cje w języ­kach ze wszyst­kich za­kąt­ków Im­pe­rium Osma­ńskie­go.

Wśród bi­tew­nej wrza­wy roz­le­gł się prze­ci­ągły, do­no­śny od­głos tu­rec­kie­go rogu. Po nim na­stąpi­ła krót­sza od mru­gni­ęcia po­wiek chwi­la ci­szy, któ­ra jed­na­kże spra­wi­ła, że wal­czący wstrzy­ma­li od­dech i za­częli się ner­wo­wo roz­glądać na boki. Nie­po­kój ści­snął ser­ca wszyst­kich. Coś mu­sia­ło się wy­da­rzyć. Czy było to we­zwa­nie do od­wro­tu, czy może pie­śń trium­fu? Czy­żby losy bi­twy zo­sta­ły roz­strzy­gni­ęte? A je­śli tak, któ­ra ze stron od­nio­sła zwy­ci­ęstwo?

Żo­łnie­rze obu ar­mii mru­ży­li oczy, za za­sło­ną dymu usi­łu­jąc wy­pa­trzeć okrętów fla­go­wych swo­ich do­wód­ców. Wtem sza­rą kur­ty­nę przeda­rł ja­sny pro­mień sło­ńca. Blask dnia od­bił się od zło­ceń na zdo­bie­niach "La Re­ala" i roz­sz­cze­pił w kro­pel­kach wody. Wo­kół okrętu Don Ju­ana de Au­strii utwo­rzy­ła się świe­tli­sta łuna. Po­ma­lo­wa­ny w bar­wy Kró­le­stwa Hisz­pa­nii okręt wy­glądał nie­ziem­sko, skąpa­ny w szka­rła­cie jak we krwi, po­ły­sku­jąc, jak­by zstąpi­ły nań bo­ska siła i bło­go­sła­wie­ństwo. Tyl­ko uwa­żny ob­ser­wa­tor zdo­ła­łby w pierw­szej chwi­li do­strzec scze­pio­ny z nią, skry­ty w cie­niu okręt osma­ńskiej ad­mi­ra­li­cji - "Sul­ta­nę".

Z głów­ne­go masz­tu po­tężne­go tu­rec­kie­go ga­le­asa opusz­cza­no po­wo­li zie­lo­ny sztan­dar Pro­ro­ka. Po chwi­li na nagi słup wci­ągni­ęto hisz­pa­ńską fla­gę. To był znak, na któ­ry cze­ka­no. Na­gle wszyst­ko się wy­ja­śni­ło. "Sul­ta­na" zo­sta­ła zdo­by­ta przez woj­ska Ligi Świ­ętej. Na ten wi­dok z ty­si­ęcy gar­deł wy­do­był się ryk.

- Zwy­ci­ęstwo! - wy­krzy­ki­wa­li chrze­ści­ja­nie, rzu­ca­jąc się na ko­la­na i wbi­ja­jąc wzrok w nie­bo, skąd, cze­go byli nie­mal pew­ni, na­de­szła dla nich po­moc.

- Bia­da nam! - łka­li ża­ło­śnie z wła­ści­wą lu­dziom Wscho­du emo­cjo­nal­no­ścią żo­łnie­rze ar­mii su­łta­na Se­li­ma II.

Na mo­ment wszy­scy jak­by za­po­mnie­li o wal­ce. Jed­ni pła­ka­li, nie mo­gąc po­jąć tego, co za­szło. Inni wzno­si­li trium­fal­ne okrzy­ki, pa­da­li so­bie w ra­mio­na, ca­ło­wa­li ró­ża­ńce, in­to­no­wa­li pie­śni sła­wi­ące Najświ­ęt­szą Pa­nien­kę, któ­ra po­pro­wa­dzi­ła ich do zwy­ci­ęstwa. Ta chwi­la prze­sądzi­ła o lo­sach bi­twy. Gdy pierw­sze emo­cje opa­dły, wal­ka sa­mo­ist­nie roz­go­rza­ła na nowo.

W żo­łnie­rzy chrze­ści­ja­ńskich wstąpił nowy duch. Zmęczo­ne ra­mio­na od­zy­ska­ły siły. Per­spek­ty­wa prze­chy­lo­nej na ich stro­nę sza­li zwy­ci­ęstwa nad ar­mią nie­wier­nych oraz wi­zja ba­jecz­nych łu­pów, przy­obie­ca­ne­go przez pa­pie­ża od­pu­stu wszyst­kich grzesz­nych czy­nów i gwa­ran­cja we­jścia do szczęśli­wo­ści raju ko­iły ból, ła­go­dzi­ły głód i pra­gnie­nie, czy­ni­ły zno­śniej­szym upał roz­po­czy­na­jące­go się dnia. Po­wie­trze wy­pe­łnił szczęk sta­lo­wych ostrzy, z któ­rych sy­pa­ły się iskry.

Po ko­lej­nej go­dzi­nie mor­der­czych zma­gań było już po wszyst­kim. Od­dzia­ły tu­rec­kie je­den po dru­gim za­częły skła­dać broń. Gdy chmu­ry ar­mat­nie­go dymu roz­pro­szy­ły się zu­pe­łnie, prze­pusz­cza­jąc świa­tło po­ran­ka, na wo­dach Za­to­ki Pa­tra­skiej w pla­mach krwi uno­si­ły się bru­tal­nie oka­le­czo­ne cia­ła. Nie­któ­re z nich jak ryby w sie­ci wiły się w kon­wul­sjach, usi­łu­jąc za­czerp­nąć tchu. Lu­dzie wal­czy­li do ko­ńca o od­dech, nim na­pe­łniw­szy płu­ca po­wie­trzem ten ostat­ni raz, uko­ły­sa­ni fa­la­mi za­pa­da­li w wiecz­ny sen.

2

Je­le­na otwo­rzy­ła oczy. Uj­rza­ła bez­kre­sny la­zur nie­ba, nie­ska­la­ny ani jed­nym obło­kiem. Wo­ko­ło było ci­cho. Ni­g­dy do­tąd nie sły­sza­ła ta­kiej ci­szy. W pierw­szej chwi­li, za­nu­rzo­na w otchła­ni mil­cze­nia, po­my­śla­ła, że uma­rła. Nie czu­ła wła­sne­go cia­ła. Zda­wa­ło jej się na­wet, że nie od­dy­cha. Prze­szło­ść nie mia­ła już zna­cze­nia, przy­szło­ści nie było. Ogar­ni­ęta dziw­nym spo­ko­jem, ja­kie­go nie do­świad­czy­ła ni­g­dy wcze­śniej, wpa­try­wa­ła się w nie­bo, dry­fu­jąc w nie­by­cie.

Na­gle padł na nią cień; po­czu­ła ostry za­pach potu, a za­raz po­tem z bło­go­sta­nu wy­rwa­ło ją bru­tal­ne klep­ni­ęcie w po­li­czek. Jęk­nęła.

- Żyje! - wrza­snął ktoś tuż nad jej gło­wą.

To jed­no sło­wo za­dzia­ła­ło jak me­cha­nizm roz­wie­ra­jący ślu­zę na wez­bra­nej rze­ce. Po­tężna fala bo­dźców ude­rzy­ła w Je­le­nę. Po­czu­ła pul­so­wa­nie skro­ni, rwący ból w pra­wym ra­mie­niu i pa­lące pro­mie­nie sło­ńca na twa­rzy. Dłoń wci­ąż mia­ła kur­czo­wo za­ci­śni­ętą na ręko­je­ści pi­sto­le­tu. Odór potu mężczy­zny zmie­szał się w jej noz­drzach z me­ta­licz­nym za­pa­chem krwi.

W od­da­li ktoś znów krzyk­nął. Nie zdo­ła­ła roz­ró­żnić słów. Ten ktoś mu­siał jed­nak za­dać ja­kieś py­ta­nie, bo po chwi­li w jej uszach po­now­nie za­dud­nił głos klęczące­go obok czło­wie­ka.

- Ran­ny. Nie­gro­źnie.

Je­le­na po­ru­szy­ła się i z tru­dem dźwi­gnęła na ko­la­na. Cia­ło mia­ła od­rętwia­łe, nogi jak z waty. Bo­la­ła ją gło­wa. Podło­że ko­ły­sa­ło się sen­nie, przy­pra­wia­jąc ją o mdło­ści. Nie mo­gła zo­gni­sko­wać wzro­ku. Dłu­ższy czas za­jęło jej przy­po­mnie­nie so­bie, że oto leży na de­skach bo­cia­nie­go gniaz­da na masz­cie stat­ku. Ła­god­ne mru­cze­nie fal je­dy­nie z rzad­ka prze­ry­wa­ły po­krzy­ki­wa­nia ma­ry­na­rzy. Było spo­koj­nie. Zbyt spo­koj­nie.

- Co się dzie­je? - wy­chry­pia­ła.

- Zwy­ci­ęstwo! - za­wo­łał ma­ry­narz, a z dołu od­po­wie­dzia­ło mu kil­ka ra­do­snych okrzy­ków. - Ich do­wód­ca padł od strza­łu.

My­śli Je­le­ny, do­tąd dziw­nie męt­ne, roz­ja­śni­ły się od tych słów. Nie chy­bi­ła, kula do­si­ęgnęła celu. Wspo­mnie­nia po­wró­ci­ły jed­no po dru­gim, nie­zno­śnie upo­rząd­ko­wa­ne w ob­na­ża­niu praw­dy o tym, co zro­bi­ła. Le­pan­to. Bi­twa mor­ska. Za­da­nie po­wie­rzo­ne przez ojca Vi­cen­za. Na­bi­ty pi­sto­let wy­mie­rzo­ny w gło­wę tu­rec­kie­go do­wód­cy, Ale­go Müez­zin­za­de. Blask sło­ńca od­bi­te­go w krwaw­ni­ku przy­cze­pio­nym do lśni­ąco bia­łe­go mu­śli­nu tur­ba­nu. Twarz uko­cha­ne­go mężczy­zny. Krzyk ko­na­jące­go Ga­špa­ra. Strzał. Krwaw­nik.

- Özgün... - wy­mam­ro­ta­ła, po­now­nie opa­da­jąc na de­ski. - Özgün...

- Co mó­wisz? - za­py­tał ma­ry­narz, lecz Je­le­na mu nie od­po­wie­dzia­ła. Za­mknęła oczy, a po jej po­licz­ku spły­nęła łza.

Ma­ry­narz przy­glądał jej się przez chwi­lę, po czym szyb­kim ru­chem prze­rzu­cił so­bie drob­ne­go żo­łnie­rza przez ra­mię i za­czął scho­dzić z masz­tu. Je­le­na mia­ła wra­że­nie, że przy ka­żdym drgnie­niu prze­szy­wa ją miecz bólu. Ze­mdla­ła.

Gdy znów się ock­nęła, le­ża­ła w po­ście­li w ka­ju­cie. Przez małe okrągłe okien­ko do po­miesz­cze­nia wpa­da­ło po­ma­ra­ńczo­we świa­tło chy­lące­go się ku ko­ńco­wi dnia. Spoj­rza­ła w dół. Rana była opa­trzo­na, a ra­mię za­ban­da­żo­wa­ne.

- Pić - szep­nęła nie­pew­na, czy ktoś ją usły­szy.

Po­stać skry­ta do­tąd w cie­niu zbli­ży­ła się do jej po­sła­nia.

- Do­brze się spi­sa­łaś - po­wie­dział oj­ciec Vi­cen­zo, sia­da­jąc na rogu sien­ni­ka. Przy­su­nął cy­no­wy ku­bek do ust dziew­czy­ny.

- Ga­špar? - spy­ta­ła z na­dzie­ją, gdy za­spo­ko­iła już pierw­sze pra­gnie­nie.

- Niech spo­czy­wa w po­ko­ju. - Du­chow­ny prze­że­gnał się te­atral­nie, choć ża­den mi­ęsień na jego twa­rzy nie drgnął. Ksi­ądz zda­wał się nie­po­ru­szo­ny śmier­cią bli­skie­go wspó­łpra­cow­ni­ka.

Je­le­na mil­cza­ła chwi­lę, nim znów się ode­zwa­ła.

- Müez­zin­za­de też nie żyje, praw­da? - Sta­ra­ła się pa­no­wać nad gło­sem, by ka­płan nie do­my­ślił się, że na­praw­dę chcia­ła­by za­py­tać o jed­ne­go z mło­dzie­ńców to­wa­rzy­szących do­wód­cy Osma­nów.

- Tak. Bóg ob­da­rzył nas zwy­ci­ęstwem, a Im­pe­rium Osma­ńskie już się nie pod­nie­sie. Naj­wy­ższy po­zwo­lił nam ob­ró­cić w pył wra­że woj­ska z ich do­wód­cą na cze­le.

- A po­zo­sta­li... - za­wa­ha­ła się dziew­czy­na.

Oj­ciec Vi­cen­zo wbił w nią prze­ni­kli­we spoj­rze­nie. Wie­dzia­ła już, że po­pe­łni­ła błąd; wzbu­dzi­ła jego czuj­no­ść.

- Po­zo­sta­li? - spy­tał gło­sem, w któ­rym po­brzmie­wa­ły nut­ki po­dejrz­li­wo­ści.

- Nasi do­wód­cy - do­ko­ńczy­ła szyb­ko Je­le­na, ogar­ni­ęta zły­mi prze­czu­cia­mi. - Prze­ży­li?

- Nasi? O kogo chcesz za­py­tać, ksi­ężnicz­ko? Z kim się uto­żsa­miasz? O kogo się tak trosz­czysz? - Oj­ciec Vi­cen­zo po­pa­trzył jej pro­sto w oczy. - O chrze­ści­ja­ńską ad­mi­ra­li­cję czy może o su­łta­ńskie psy?

Cia­łem Je­le­ny wstrząsnął dreszcz. Nie mo­gła po­jąć, ja­kim spo­so­bem du­chow­ny zdo­łał od­czy­tać naj­głęb­sze ta­jem­ni­ce jej du­szy. Nie po­wie­dzia­ła nic wi­ęcej. Od­wró­ci­ła wzrok.

- Po­win­naś od­po­czy­wać - ode­zwał się znów se­kre­tarz kar­dy­na­ła Fer­dy­nan­da Me­dy­ce­usza. - Wkrót­ce do­pły­nie­my do por­tu. W Me­sy­nie zaj­mą się tobą kon­sy­lia­rze Jego Świ­ąto­bli­wo­ści. Będziesz w do­brych rękach. Nic złe­go cię wi­ęcej nie spo­tka...

Te sło­wa spra­wi­ły, że zim­na ob­ręcz stra­chu za­ci­snęła się wo­kół jej gar­dła. Za­brzmia­ła w nich nie­wy­po­wie­dzia­na gro­źba.

- ...do­pó­ki będziesz wier­na swej przy­si­ędze - do­dał ksi­ądz, pod­no­sząc się z po­sła­nia. - A te­raz od­po­czy­waj, ksi­ężnicz­ko. To był ci­ężki dzień.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki
Za­pra­sza­my na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wychANNA SLO­TORSZ / ART­NO­VO.PL
Fo­to­gra­fie na okład­ce? Anna Po­gu­ly­aeva/Ado­be Stock Do­me­na pu­blicz­na
Ko­or­dy­na­cja pro­jek­tuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaSZTAM­BO­OK - KA­RO­LI­NA BO­RO­WIEC-PIE­NIAK
Ko­rek­taKA­TA­RZY­NA SMAR­DZEW­SKA / PAN­BO­OK.PL
Skład i ła­ma­nieSTA­NI­SŁAW TU­CHO­ŁKA / PAN­BO­OK.PL
Re­dak­cja tech­nicz­naKRZYSZ­TOF CHO­DO­ROW­SKI
Po­lish edi­tion ? Ma­ria Pa­szy­ńska, Pu­bli­cat S.A. MMXXII (wy­da­nie elek­tro­nicz­ne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgod­ne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­to­ra, w tym nie­le­gal­ne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nio­ne.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6279-3
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bo­wa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fi­ce@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wa­le 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­zni­ca@pu­bli­cat.pl