Cień nocy. Księga Wszystkich Dusz. Tom 2 - Deborah Harkness

Kup ebooka

69.90 zł
59.42 zł (57,86 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wylą­do­wa­li­śmy bez god­no­ści w bez­ład­nym sto­sie zło­żo­nym z cza­row­nicy i wam­pira. Mat­thew leżał pode mną, z dłu­gimi koń­czy­nami wygię­tymi w nie­ty­po­wej i nie­wy­god­nej pozy­cji. Mię­dzy nami tkwiła ści­śnięta duża księga. Impet spra­wił, że srebrna figurka, którą wcze­śniej ści­ska­łam w ręce, poto­czyła się po pod­ło­dze.

-?Jeste­śmy we wła­ści­wym miej­scu? -?Mia­łam mocno zaci­śnięte powieki, na wypa­dek gdy­by­śmy na­dal znaj­do­wali się w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku w sto­dole Sary w sta­nie Nowy Jork, a nie w szes­na­sto­wiecz­nym Oxford­shire.

Jed­nakże nie­zna­jome wonie powie­działy mi, że to nie jest mój wła­sny czas i miej­sce. Spo­śród tych aro­ma­tów wybi­jał się jakiś tra­wia­sty i słodki, wymie­szany z zapa­chem wosku, który koja­rzył mi się z latem. Wyczu­łam rów­nież nutę dymu drzew­nego. I usły­sza­łam trza­ska­nie ognia.

-?Otwórz oczy, Diano, i sama zobacz. -?Lek­kie jak piórko dotknię­cie zim­nych warg na policzku, potem cichy chi­chot. Oczy koloru wzbu­rzo­nego morza spo­glą­dały na mnie z twa­rzy tak bla­dej, że mogła nale­żeć tylko do wam­pira. Chłodne dło­nie prze­su­nęły się z mojej szyi na ramiona. -?Jesteś cała?

Po prze­nie­sie­niu się tak daleko w prze­szłość mia­łam wra­że­nie, że moje ciało mogło w każ­dej chwili roz­paść się pod wpły­wem nawet lek­kiego podmu­chu wia­tru. Po naszych wcze­śniej­szych sesjach podró­żo­wa­nia w cza­sie w domu mojej ciotki nie czu­łam niczego podob­nego.

-?Nic mi nie jest. A tobie? -?Sku­pi­łam uwagę na Mat­thew, bo nie mia­łam odwagi się rozej­rzeć.

-?Naresz­cie w domu. -?Mat­thew z lek­kim stuk­nię­ciem opu­ścił głowę na drew­niane deski pod­łogi, co wyzwo­liło jesz­cze wię­cej let­niego aro­matu z roz­rzu­co­nego na niej sito­wia i lawendy. Stary Dom nawet z roku 1590 był dla niego zna­jomy.

Gdy moje oczy przy­zwy­cza­iły się do sła­bego oświe­tle­nia, zoba­czy­łam solidne łóżko, mały stół, wąskie ławy i krze­sło. Mię­dzy rzeź­bio­nymi słu­pami pod­trzy­mu­ją­cymi bal­da­chim dostrze­głam drzwi łączące ten pokój z następ­nym. Wyle­wa­jące się z niego świa­tło two­rzyło na narzu­cie i pod­ło­dze znie­kształ­cony złoty pro­sto­kąt. Ściany były wyło­żone taką samą ozdobną boaze­rią pane­lową, jaką pamię­ta­łam z kilku pierw­szych wizyt w domu Mat­thew we współ­cze­snym Wood­stock. Kiedy odchy­li­łam głowę do tyłu, zoba­czy­łam sufit pokryty grubą war­stwą tynku i kwa­dra­towe kase­tony z efek­tow­nymi czer­wono-bia­łymi tudor­skimi różami w każ­dym pozła­ca­nym zagłę­bie­niu.

-?Róże były obo­wiąz­kowe, kiedy budo­wano ten dom -?sko­men­to­wał sucho Mat­thew. -?Nie mogę ich znieść. Przy pierw­szej oka­zji zama­lu­jemy je na biało.

Złoto-błę­kitne pło­mie­nie świec umiesz­czo­nych w lich­ta­rzach roz­bły­sły w nagłym prze­ciągu, oświe­tla­jąc róg tapi­se­rii o boga­tych kolo­rach i jasną narzutę, na któ­rej ciem­niej­sze, błysz­czące ściegi ukła­dały się we wzór z owo­ców i liści. Nowo­cze­sne tek­sty­lia nie miały takiego poły­sku.

Uśmiech­nę­łam się pod­eks­cy­to­wana.

-?Naprawdę to zro­bi­łam. Niczego nie spar­ta­czy­łam ani nie prze­nio­słam nas w jakieś inne miej­sce, na przy­kład do Mon­ti­cello albo...

-?Świet­nie się spi­sa­łaś -?pochwa­lił mnie z uśmie­chem Mat­thew. -?Witaj w elż­bie­tań­skiej Anglii.

Po raz pierw­szy w życiu byłam zachwy­cona, że jestem cza­row­nicą. Jako histo­ryczka bada­łam prze­szłość. Jako cza­row­nica mogłam naprawdę ją odwie­dzić. Prze­nie­śli­śmy się do roku 1590, żebym mogła wyszko­lić się w zapo­mnia­nej sztuce magii, ale mogłam też nauczyć się tutaj cze­goś wię­cej. Schy­li­łam głowę, żeby poca­ło­wać Mat­thew, ale powstrzy­mał mnie odgłos otwie­ra­nych drzwi.

Mat­thew przy­tknął palec do moich warg. Lekko odwró­cił głowę, jego noz­drza się roz­dęły. Kiedy roz­po­znał, kto jest w sąsied­nim pokoju, skąd docho­dził cichy sze­lest, opu­ściło go napie­cie. Pod­niósł mnie razem z książką jed­nym zręcz­nym ruchem, wziął za rękę i popro­wa­dził do drzwi.

W sąsied­nim pokoju przy stole zasła­nym kore­spon­den­cją stał męż­czy­zna o potar­ga­nych kasz­ta­no­wych wło­sach. Był śred­niego wzro­stu i zgrab­nej budowy, w dro­gim, szy­tym na miarę ubra­niu. Nie­znaną mi melo­dię, którą nucił, od czasu do czasu punk­to­wał sło­wami, zbyt cichymi, żebym mogła je usły­szeć.

Zasko­cze­nie malu­jące się przez chwilę na twa­rzy Mat­thew prze­ro­dziło się w ser­deczny uśmiech.

-?Gdzie jesteś naprawdę, mój słodki Mat­thew? -?Męż­czy­zna uniósł kartkę do świa­tła.

Mój mąż zmru­żył oczy, pobłaż­li­wość zastą­piło nie­za­do­wo­le­nie.

-?Szu­kasz cze­goś, Kit?

Młody czło­wiek upu­ścił kartkę na stół i okrę­cił się na pię­cie, a jego twarz roz­ja­śniła radość. Widzia­łam już tę twarz, na moim egzem­pla­rzu Żyda z Malty Chri­sto­phera Mar­lowe'a.

-?Matt! Pierre powie­dział, że jesteś w Che­ster i możesz nie dotrzeć do domu. Ja jed­nak wie­dzia­łem, że nie opu­ścisz naszego dorocz­nego spo­tka­nia.

Słowa były zna­jome, ale wyma­wiane z dziwną into­na­cją, która wyma­gała ode mnie sku­pie­nia, żebym w ogóle mogła je zro­zu­mieć. Elż­bie­tań­ska angielsz­czy­zna wcale aż tak bar­dzo nie przy­po­mi­nała języka, któ­rego mnie nauczono, ani nie była tak zro­zu­miała, jak sądzi­łam na pod­sta­wie sztuk Szek­spira.

-?A gdzie twoja broda? Cho­ro­wa­łeś? -?Oczy Mar­lowe'a roz­bły­sły, kiedy mnie zauwa­żył, a ich natar­czywe spoj­rze­nie zdra­dziło go jako demona.

Powstrzy­ma­łam impuls, żeby rzu­cić się na jed­nego z naj­więk­szych angiel­skich dra­ma­to­pi­sa­rzy, uści­snąć mu rękę i zasy­pać go pyta­niami. Te nie­liczne infor­ma­cje, które o nim mia­łam, wyle­ciały mi z głowy, kiedy zoba­czy­łam go sto­ją­cego przede mną. Czy jakieś jego sztuki wysta­wiano w 1590 roku? Ile miał lat? Z pew­no­ścią był młod­szy od Mat­thew i ode mnie. Nie mógł jesz­cze skoń­czyć trzy­dziestki. Uśmiech­nę­łam się do niego cie­pło.

-?Gdzie to zna­la­złeś? -?Głos Mar­lowe'a ocie­kał pogardą.

Obej­rza­łam się przez ramię, spo­dzie­wa­jąc się ujrzeć jakieś okropne dzieło sztuki. Za mną nie było niczego oprócz pustej prze­strzeni.

On miał na myśli mnie. Mój uśmiech zgasł.

-?Spo­koj­nie, Kit -?rzu­cił Mat­thew z gniewną miną.

Mar­lowe tylko wzru­szył ramio­nami na tę repry­mendę.

-?Nie­ważne. Skoro musisz, nasyć się nią, zanim przy­będą pozo­stali. Geo­rge oczy­wi­ście jest tu już od jakie­goś czasu, pochła­nia twoje jedze­nie i czyta twoje książki. Na­dal nie ma mece­nasa ani zła­ma­nego sze­ląga przy duszy.

-?Geo­rge jest tu mile widziany, Kit. -?Wpa­tru­jąc się w mło­dego czło­wieka z twa­rzą pozba­wioną wyrazu, Mat­thew uniósł nasze sple­cione palce do ust. -?Diano, to jest mój drogi przy­ja­ciel Chri­sto­pher Mar­lowe.

Pre­zen­ta­cja dała Mar­lowe'owi oka­zję do przyj­rze­nia mi się bar­dziej otwar­cie. Zmie­rzył mnie wzro­kiem od stóp do głów. Jego pogarda rzu­cała się w oczy, zazdrość ukry­wał lepiej. Mar­lowe był naprawdę zako­chany w moim mężu. Podej­rze­wa­łam to już w Madi­son, kiedy prze­su­nę­łam pal­cami po jego dedy­ka­cji w egzem­pla­rzu Dok­tora Fau­sta nale­żą­cym do Mat­thew.

-?Nie mia­łem poję­cia, że w Wood­stock jest bur­del spe­cja­li­zu­jący się w nad­mier­nie wyso­kich kobie­tach. Więk­szość two­ich dzi­wek jest bar­dziej deli­katna i ponętna, Mat­thew. Ta tutaj to praw­dziwa Ama­zonka. -?Kit pokrę­cił głową, zer­ka­jąc przez ramię na nie­po­rządne stosy papie­rzysk zale­ga­ją­cych na stole. -?Sły­sza­łem, że to raczej inte­resy niż żądza zawio­dły cię na pół­noc. Jak zna­la­złeś czas, żeby zapew­nić sobie jej usługi?

-?To godne uwagi, Kit, jak łatwo lek­ce­wa­żysz uczu­cia -?stwier­dził Mat­thew, prze­cią­ga­jąc samo­gło­ski, ale w jego tonie pobrzmie­wała nuta ostrze­że­nia.

Mar­lowe, pozor­nie sku­piony na kore­spon­den­cji, naj­wy­raź­niej jej nie roz­po­znał, bo uśmiech­nął się iro­nicz­nie. Mat­thew uści­snął moje palce.

-?Czy Diana to jej praw­dziwe imię, czy przy­brała je, żeby zwa­bić klien­tów? A może w ofer­cie znaj­dziemy obna­że­nie pra­wej piersi albo łuk i strzałę. -?Mar­lowe wziął do ręki jakąś kartkę. -?Pamię­tasz, jak Black­friars Bess zażą­dała, żeby nazy­wać ją Afro­dytą, zanim pozwo­liła nam...

-?Diana jest moją żoną. -?Mat­thew odsu­nął się ode mnie i chwy­cił przy­ja­ciela za koł­nierz.

-?Nie. -?Na twa­rzy Kita odma­lo­wał się szok.

-?Tak. To zna­czy, że jest panią tego domu, nosi moje nazwi­sko i znaj­duje się pod moją ochroną. Zwa­żyw­szy na to wszystko -?i oczy­wi­ście na naszą dłu­go­let­nią przy­jaźń -?w przy­szło­ści z two­ich ust nie spły­nie nawet słowo kry­tyki ani naj­mniej­sza uwaga na temat jej cnoty.

Poru­szy­łam dło­nią, żeby przy­wró­cić w niej czu­cie. Mat­thew tak mocno ją ści­skał, że pier­ścień, który nosi­łam na środ­ko­wym palcu lewej ręki, zosta­wił na skó­rze jasno­czer­wony ślad. Osa­dzony w środku dia­ment bez faset pochła­niał cie­pło ognia. Pier­ścio­nek był nie­ocze­ki­wa­nym darem od Ysa­beau, matki Mat­thew. Zale­d­wie parę godzin temu -?wieki temu? następne wieki? -?Mat­thew powtó­rzył słowa sta­rej mał­żeń­skiej przy­sięgi i wsu­nął dia­ment na mój palec.

Przy wtó­rze pobrzę­ku­ją­cych naczyń do pokoju weszły dwa wam­piry. Jed­nym z nich był szczu­pły męż­czy­zna o wyra­zi­stej twa­rzy, ogo­rza­łej skó­rze koloru orze­cha lasko­wego, czar­nych wło­sach i oczach. Niósł karafkę wina i kie­lich na nóżce w kształ­cie del­fina, na któ­rego płe­twie ogo­no­wej balan­so­wała czarka. Towa­rzy­szyła mu kości­sta kobieta z chle­bem i serem na tacy.

-?Wró­cił pan, milor­dzie -?ode­zwał się męż­czy­zna, wyraź­nie zasko­czony. Dziwne, ale fran­cu­ski akcent spra­wiał, że łatwiej mi było go zro­zu­mieć. -?Posła­niec z czwartku mówił...

-?Moje plany się zmie­niły, Pierre. -?Mat­thew odwró­cił się do kobiety. - Doby­tek mojej żony zagi­nął w podróży, Françoise, a ubra­nia, które miała na sobie, były tak brudne, że je spa­li­łem. -?Wypo­wie­dział to kłam­stwo z wielką pew­no­ścią sie­bie.

Ani wam­piry, ani Kit nie wyglą­dali na prze­ko­na­nych.

-?Pań­ska żona? -?powtó­rzyła Françoise z akcen­tem takim jak u Pierre'a. - Ale ona jest...

-?Cie­pło­krwi­sta -?dokoń­czył Mat­thew i wziął pucha­rek z tacy. -?Powiedz Char­le­sowi, że jest jesz­cze jedna osoba do wykar­mie­nia. Diana nie czuła się ostat­nio dobrze, dla­tego powinna za radą leka­rza jeść świeże mięso i ryby. Ktoś będzie musiał udać się na targ, Pierre.

Wam­pir zamru­gał.

-?Dobrze, milor­dzie.

-?I pani będzie potrze­bo­wała cze­goś do ubra­nia -?zauwa­żyła Françoise, tak­su­jąc mnie wzro­kiem.

Na znak swo­jego pana słu­żąca wyszła z pokoju. Pierre ruszył w jej ślady.

-?Co się stało z two­imi wło­sami? -?Mat­thew wziął w palce tru­skaw­kowy pukiel.

-?O, nie! -?jęk­nę­łam.

Unio­słam ręce i zamiast swo­ich zwy­kłych pasm w kolo­rze słomy, o dłu­go­ści do ramion, nie­ocze­ki­wa­nie tra­fi­łam na krę­cone, czer­wo­nawo-złote loki się­ga­jące do pasa. Ostat­nim razem, kiedy moje włosy prze­ja­wiły swoją wolę, cho­dzi­łam do col­lege'u i gra­łam Ofe­lię w Ham­le­cie. I wtedy, i teraz ich nie­na­tu­ral­nie szybki wzrost i zmiana koloru nie były dobrymi zna­kami. W trak­cie naszej podróży w prze­szłość obu­dziła się we mnie cza­row­nica. Nie wia­domo, jaka jesz­cze magia doszła do głosu.

Wam­piry umiały wyczuć adre­na­linę i nagły nie­po­kój albo usły­szeć muzykę mojej krwi. Nato­miast demony takie jak Kit potra­fiły ode­brać przy­pływ cza­ro­dziej­skiej ener­gii.

-?Na grób Chry­stusa. -?Uśmiech Mar­lowe'a był pełen zło­śli­wo­ści. - Spro­wa­dzi­łeś do domu cza­row­nicę. Co złego zro­biła?

-?Daj spo­kój, Kit. To nie twoja sprawa. -?Głos Mat­thew przy­brał wład­czą nutę, ale jego palce na­dal deli­kat­nie doty­kały moich wło­sów. -?Nie martw się, mon coeur. To na pewno tylko wyczer­pa­nie.

Mój szó­sty zmysł zapro­te­sto­wał. Tej ostat­niej trans­for­ma­cji nie można było wytłu­ma­czyć zwy­kłym zmę­cze­niem. Jako cza­row­nica z pocho­dze­nia na­dal nie wie­dzia­łam, jakie moce odzie­dzi­czy­łam. Nawet moja ciotka Sarah i jej part­nerka Emily Mather -?obie cza­row­nice -?nie potra­fiły stwier­dzić z całą pew­no­ścią, co we mnie sie­dzi i jak nad tym zapa­no­wać. Testy naukowe Mat­thew wykryły w mojej krwi mar­kery gene­tyczne magicz­nego poten­cjału, ale nie było gwa­ran­cji, kiedy i czy w ogóle te moż­li­wo­ści się ujaw­nią.

Zanim cał­kiem pogrą­ży­łam się w nie­we­so­łych roz­wa­ża­niach, wró­ciła Françoise z czymś, co wyglą­dało jak igła do cero­wa­nia, i z mnó­stwem szpi­lek w ustach. Towa­rzy­szył jej ruchomy stos aksa­mitu, wełny i lnu. Spod tej góry wysta­wały smu­kłe, brą­zowe nogi, co suge­ro­wało, że gdzieś w środku jest zagrze­bany Pierre.

-?Po co to wszystko? -?spy­ta­łam podejrz­li­wie, wska­zu­jąc na szpilki.

-?Oczy­wi­ście po to, żeby madame miała się w co przy­odziać.

Françoise ścią­gnęła ze stosu ubrań burą część gar­de­roby, która wyglą­dała jak worek na mąkę. Nie sądzi­łam, żeby można w tym podej­mo­wać gości, ale ze względu na słabą zna­jo­mość elż­bie­tań­skiej mody byłam zdana na łaskę słu­żą­cej.

-?Idź na dół, gdzie twoje miej­sce, Kit -?powie­dział Mat­thew do przy­ja­ciela. -?Dołą­czymy do cie­bie wkrótce. I poha­muj język. To moja opo­wieść, nie twoja.

-?Jak sobie życzysz, Matt. -?Mar­lowe szarp­nął brzeg ciem­no­fio­le­to­wego kaftana, ale ten non­sza­lancki gest stał w sprzecz­no­ści z drże­niem jego rąk. Następ­nie Kit zło­żył krótki, drwiący ukłon, który był potwier­dze­niem roz­kazu Mat­thew i jed­no­cze­śnie zakwe­stio­no­wa­niem go.

Kiedy demon wyszedł, Françoise roz­ło­żyła worek na pobli­skiej ławie i okrą­żyła mnie, przy­glą­da­jąc się mojej figu­rze, żeby wybrać naj­bar­dziej korzystną linię ataku. Potem z wes­tchnie­niem iry­ta­cji zaczęła mnie ubie­rać. Tym­cza­sem Mat­thew pod­szedł do stołu zarzu­co­nego papie­rami. Otwo­rzył sta­ran­nie zło­żony pro­sto­kątny pakie­cik zapie­czę­to­wany klek­sem różo­wa­wego wosku. Prze­biegł wzro­kiem po drob­nym piśmie.

-?Dieu. Cał­kiem o tym zapo­mnia­łem. Pierre!

-?Milor­dzie? -?Spod góry tka­nin dobiegł stłu­miony głos.

-?Odłóż to i opo­wiedz mi o ostat­niej skar­dze lady Crom­well.

Mat­thew trak­to­wał Pierre'a i Françoise z mie­sza­niną fami­liar­no­ści i wład­czo­ści. Jeśli wła­śnie tak odno­szono się do słu­żą­cych, to potrze­bo­wa­łam czasu, żeby opa­no­wać tę sztukę.

Obaj zaczęli szep­tać przy kominku, pod­czas gdy ja byłam dra­po­wana, motana, wią­zana i kłuta szpil­kami. Françoise przez chwilę cmo­kała nad moim poje­dyn­czym kol­czy­kiem w kształ­cie skrę­co­nych zło­tych dru­ci­ków wysa­dza­nych klej­no­tami, który pier­wot­nie nale­żał do Ysa­beau. Podob­nie jak egzem­plarz Dok­tora Fau­sta nale­żący do Mat­thew i mała srebrna figurka Diany, ten kol­czyk był jedną z trzech rze­czy, które pomo­gły nam cof­nąć się do tej kon­kret­nej prze­szło­ści. Françoise pogrze­bała w kufrze i z łatwo­ścią zna­la­zła drugi taki sam. Po skom­ple­to­wa­niu biżu­te­rii wsu­nęła na moje nogi grube poń­czo­chy i prze­wią­zała je szkar­łat­nymi wstąż­kami powy­żej kolan.

-?Chyba jestem gotowa -?stwier­dzi­łam. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej zejść na dół i roz­po­cząć wizytę w szes­na­stym wieku. Czy­ta­nie ksią­żek o prze­szło­ści nie było tym samym co jej bez­po­śred­nie doświad­cze­nie, czego dowio­dły moje spo­tka­nie z Françoise i wstępny kurs ubie­ra­nia się sto­sow­nie do epoki.

Mat­thew zmie­rzył mnie wzro­kiem.

-?Może być... na razie.

-?Pani wygląda skrom­nie i zwy­czaj­nie -?oświad­czyła Françoise -?i wła­śnie tak powinna wyglą­dać w tym domu.

Mat­thew zigno­ro­wał słu­żącą i zwró­cił się do mnie:

-?Zanim zej­dziemy na dół, Diano, pamię­taj, żeby uwa­żać na słowa. Kit jest demo­nem, a Geo­rge wie, że jestem wam­pi­rem, ale nawet naj­bar­dziej otwarte byty patrzą krzywo na kogoś nowego i innego.

W wiel­kiej sali pozna­łam przy­ja­ciela Mat­thew Geo­rge'a, bez gro­sza przy duszy i bez mece­nasa, i życzy­łam mu miłego wie­czoru, jak mi się wyda­wało, w popraw­nej elż­bie­tań­skiej angielsz­czyź­nie.

-?Czy ta kobieta mówi po angiel­sku? -?Geo­rge uniósł okrą­głe oku­lary, powięk­sza­jące jego nie­bie­skie oczy do żabich roz­mia­rów. Drugą rękę trzy­mał na bio­drze w pozie, którą ostat­nio widzia­łam na minia­tu­rze w Muzeum Wik­to­rii i Alberta.

-?Miesz­kała w Che­ster -?pośpiesz­nie wyja­śnił Mat­thew.

Geo­rge zro­bił scep­tyczną minę. Naj­wy­raź­niej nawet odlu­dzia pół­noc­nej Anglii nie tłu­ma­czyły mojej dziw­nej wymowy. Akcent Mat­thew zmiękł i przy­sto­so­wał się do brzmie­nia i into­na­cji tych cza­sów, ale mój pozo­stał zde­cy­do­wa­nie współ­cze­sny i ame­ry­kań­ski.

-?Ona jest cza­row­nicą -?ode­zwał się Kit, upi­ja­jąc łyk wina.

-?Naprawdę? -?Geo­rge przyj­rzał mi się z nowym zain­te­re­so­wa­niem. Nie czu­łam żad­nych sztur­chań­ców wska­zu­ją­cych na to, że ten męż­czy­zna jest demo­nem, żad­nego cza­ro­dziej­skiego mro­wie­nia ani lodo­wa­tych spoj­rzeń wam­pira. Geo­rge był zwy­czaj­nym, cie­pło­krwi­stym czło­wie­kiem, w śred­nim wieku i tro­chę już zmę­czo­nym życiem. -?Ale ty prze­cież nie lubisz cza­row­nic jesz­cze bar­dziej niż Kit, Mat­thew. Zawsze mnie znie­chę­ca­łeś do poru­sza­nia tego tematu. Kiedy zaczą­łem pisać poemat o Hekate, powie­dzia­łeś, żebym...

-?Tę lubię -?prze­rwał mu Mat­thew, skła­da­jąc mocny poca­łu­nek na moich ustach. -?Tak bar­dzo, że ją poślu­bi­łem.

-?Poślu­bi­łeś! -?Geo­rge prze­niósł wzrok na Kita i odchrząk­nął. -?Więc są dwie nie­ocze­ki­wane oka­zje do uczcze­nia. Twoja podróż w inte­re­sach nie prze­cią­gnęła się, jak zapo­wia­dał Pierre, i wró­ci­łeś do nas z żoną. Moje gra­tu­la­cje. -?Jego pom­pa­tyczny ton sko­ja­rzył mi się z prze­mową pod­czas uro­czy­sto­ści ukoń­cze­nia szkoły, ale poha­mo­wa­łam roz­ba­wie­nie. Geo­rge ukło­nił się i posłał mi pro­mienny uśmiech. -?Jestem Geo­rge Chap­man, pani Roy­don.

Jego nazwi­sko wyda­wało się zna­jome. Prze­szu­ka­łam nie­upo­rząd­ko­wane zasoby wie­dzy zgro­ma­dzone w moim umy­śle histo­ryczki. Chap­man nie mógł być alche­mi­kiem. Spe­cja­li­zo­wa­łam się w tej dzie­dzi­nie, ale nie zna­la­złam tego nazwi­ska w miej­sach na nią prze­zna­czo­nych. Chap­man był pisa­rzem tak jak Mar­lowe, ale nie mogłam sobie przy­po­mnieć żad­nego tytułu.

Kiedy dokoń­czy­li­śmy pre­zen­ta­cję, Mat­thew zgo­dził się posie­dzieć chwilę przy kominku ze swo­imi gośćmi. Męż­czyźni roz­ma­wiali o poli­tyce, a Geo­rge podej­mo­wał wysiłki, żeby włą­czyć mnie do kon­wer­sa­cji, pyta­jąc o stan dróg i pogodę. Sta­ra­łam się mówić jak naj­mniej i obser­wo­wać drobne gesty oraz dobór słów, które pomo­głyby mi ucho­dzić za osobę z epoki elż­bie­tań­skiej. Geo­rge był zachwy­cony moim zain­te­re­so­wa­niem i nagro­dził mnie dłu­gim wywo­dem na temat swo­ich ostat­nich prób lite­rac­kich. Kit, któ­remu nie podo­bało się, że został ska­zany na dru­go­pla­nową rolę, prze­rwał wykład Geo­rge'a, pro­po­nu­jąc czy­ta­nie na głos Dok­tora Fau­sta.

-?To będzie próba wśród przy­ja­ciół przed póź­niej­szym praw­dzi­wym wysta­wie­niem sztuki -?powie­dział z błysz­czą­cymi oczami.

-?Nie teraz, Kit -?zapro­te­sto­wał Mat­thew i pomógł mi wstać. -?Diana jest zmę­czona po podróży.

Mar­lowe odpro­wa­dzał nas wzro­kiem, kiedy wycho­dzi­li­śmy z pokoju. Wie­dział, że coś ukry­wamy. Wcze­śniej wyła­py­wał każdą dziwną frazę, gdy odwa­ży­łam się włą­czyć do roz­mowy, i zamy­ślił się, kiedy Mat­thew nie mógł sobie przy­po­mnieć, gdzie trzyma swoją lut­nię.

Zanim opu­ści­li­śmy Madi­son, Mat­thew ostrzegł mnie, że Kit jest nie­zwy­kle spo­strze­gaw­czy nawet jak na demona. Zasta­na­wia­łam się, ile minie czasu, zanim Mar­lowe się domy­śli, jaką tajem­nicę ukry­wamy. Odpo­wiedź na to dosta­łam po kilku godzi­nach.

Następ­nego ranka roz­ma­wia­li­śmy w zaci­szu naszego cie­płego łoża, pod­czas gdy w domu zaczy­nała się krzą­ta­nina.

Z początku Mat­thew chęt­nie odpo­wia­dał na moje pyta­nia o Kita (syna szewca, jak się oka­zało) i Geo­rge'a (który, jak się dowie­dzia­łam ku swo­jemu zasko­cze­niu, był nie­wiele star­szy od Mar­lowe). Kiedy jed­nak zaczę­łam poru­szać prak­tyczne kwe­stie zarzą­dza­nia domem i kobie­cych obo­wiąz­ków, szybko się znu­dził.

-?Co z moimi ubra­niami? -?zapy­ta­łam, żeby sku­pić z powro­tem jego uwagę na naj­pil­niej­szych tro­skach.

-?Nie sądzę, żeby zamężne kobiety spały w czymś takim -?stwier­dził Mat­thew, szar­piąc moją koszulę nocną z deli­kat­nego płótna.

Roz­piął jej marsz­czony koł­nie­rzyk i już miał zło­żyć poca­łu­nek pod moim uchem, żeby prze­ko­nać mnie do swo­jego punktu widze­nia, kiedy ktoś roz­su­nął zasłony łoża. Zmru­ży­łam oczy pod wpły­wem bla­sku słońca.

-?No i? -?rzu­cił Mar­lowe.

Zza jego ramie­nia wyglą­dał drugi, śnia­do­skóry demon. Ze swoją lekką budową i spi­cza­stym pod­bród­kiem pod­kre­ślo­nym przez rów­nie ostrą kasz­ta­nową brodę przy­po­mi­nał ener­gicz­nego skrzata. Jego włosy naj­wy­raź­niej od mie­sięcy nie widziały grze­bie­nia. Chwy­ci­łam za przód mojej koszuli, nagle świa­doma jej prze­zro­czy­sto­ści i braku bie­li­zny.

-?Widzia­łeś obrazy pana White'a z Roanoke, Kit, a ta cza­row­nica wcale nie wygląda jak tubylcy z Wir­gi­nii -?stwier­dził z roz­cza­ro­wa­niem nie­zna­jomy demon. Dopiero teraz zauwa­żył, że mój mąż pio­ru­nuje go wzro­kiem. -?O, dzień dobry, Mat­thew. Poży­czysz mi swoje astro­la­bium? Obie­cuję, że tym razem nie zabiorę go nad rzekę.

Mat­thew oparł czoło o moje ramię i z jękiem zamknął oczy.

-?Ona musi pocho­dzić z Nowego Świata albo z Afryki -?upie­rał się Mar­lowe, na­dal celowo nie uży­wa­jąc mojego imie­nia. -?Nie jest z Che­ster ani ze Szko­cji, Irlan­dii, Walii, Fran­cji czy z Impe­rium. Nie wie­rzę rów­nież, żeby była Holen­derką albo Hisz­panką.

-?Dzień dobry, Tom. Jest jakiś powód, dla któ­rego ty i Kit musi­cie dys­ku­to­wać teraz o miej­scu pocho­dze­nia Diany, i to w mojej sypialni? - Mat­thew ścią­gnął troczki mojej koszuli noc­nej.

-?Jest za ład­nie, żeby leżeć w łóżku, nawet jeśli stra­ci­łeś rozum od gorączki. Kit mówi, że musia­łeś oże­nić się z cza­row­nicą w cza­sie ataku febry. Ina­czej nie da się wytłu­ma­czyć two­jej lek­ko­myśl­no­ści. -?Tom traj­ko­tał w praw­dzi­wie demo­niczny spo­sób, nie zada­jąc sobie nawet trudu, żeby odpo­wie­dzieć na pyta­nie Mat­thew. -?Drogi są suche, a my przy­je­cha­li­śmy parę godzin temu.

-?I wino się skoń­czyło -?poskar­żył się Mar­lowe.

"My"?

Było wię­cej gości? Stary Dom już pękał w szwach.

-?Sio! Madame musi się umyć, zanim powita jego lor­dow­ską mość. - Françoise wkro­czyła do pokoju z paru­jącą misą wody w rękach. Pierre jak zwy­kle podą­żał za nią.

-?Stało się coś waż­nego? -?spy­tał zza zasłony Geo­rge. Wszedł do pokoju nie­za­po­wie­dziany, zręcz­nie uda­rem­nia­jąc wysiłki Françoise, żeby wygo­nić męż­czyzn z pomiesz­cze­nia. -?Lord Nor­thum­ber­land został sam w salo­nie. Gdyby był moim klien­tem, nie potrak­to­wał­bym go w ten spo­sób!

-?Hal czyta trak­tat o dzia­ła­niu waha­dła przy­słany mi przez pew­nego mate­ma­tyka z Pizy -?rzu­cił z roz­draż­nie­niem Tom, sia­da­jąc na brzegu łoża. -?Jest cał­kiem zado­wo­lony.

Z pew­no­ścią mówi o Gali­le­uszu, uświa­do­mi­łam sobie z pod­nie­ce­niem. W roku 1590 Galilo Gali­lei był wykła­dowcą mate­ma­tyki na uni­wer­sy­te­cie w Pizie. Jego praca o waha­dle nie została opu­bli­ko­wana... jesz­cze.

Tom. Lord Nor­thum­ber­land. Ktoś, kto kore­spon­do­wał z Gali­le­uszem.

Otwo­rzy­łam usta ze zdu­mie­nia. Demon, który przy­siadł na mojej koł­drze, musiał być Tho­ma­sem Har­rio­tem.

-?Françoise ma rację -?stwier­dził Mat­thew, rów­nie ziry­to­wany jak Tom. - Wyno­cha! Wszy­scy.

-?Co mam powie­dzieć Halowi? -?spy­tał Kit i popa­trzył na mnie zna­cząco.

-?Że nie­długo zej­dziemy. -?Mat­thew prze­to­czył się po łóżku i przy­cią­gnął mnie do sie­bie.

Zacze­ka­łam, aż jego przy­ja­ciele wyjdą rząd­kiem z pokoju, i wtedy ude­rzy­łam go pię­ścią w pierś.

-?Za co? -?Mat­thew skrzy­wił się z uda­wa­nego bólu, ale jedy­nym, co posi­nia­czy­łam, była moja wła­sna pięść.

-?Za to, że mi nie powie­dzia­łeś, kim są twoi przy­ja­ciele! -?Opar­łam się na łok­ciu i spoj­rza­łam na niego z góry. -?Wielki dra­ma­to­pi­sarz Chri­sto­pher Mar­lowe. Geo­rge Chap­man, poeta i uczony. Mate­ma­tyk i astro­nom Tho­mas Har­riot, o ile się nie mylę. A na dole czeka Hra­bia Czar­no­księż­nik.

-?Nie pamię­tam, kiedy Henry zasłu­żył sobie na to prze­zwi­sko, ale nikt go już tak nie nazywa. -?Mat­thew wyglą­dał na roz­ba­wio­nego, co jesz­cze bar­dziej mnie roz­zło­ściło.

-?Jedyne, czego potrze­bu­jemy, to sir Wal­ter Rale­igh, a będziemy mieli w domu całą Nocną Szkołę. -?Mat­thew wyj­rzał za okno, kiedy wspo­mnia­łam o legen­dar­nej gru­pie rady­ka­łów, filo­zo­fów i wol­no­my­śli­cieli. Tho­mas Har­riot, Chri­sto­pher Mar­lowe, Geo­rge Chap­man, Wal­ter Rale­igh i...

-?A kim ty wła­ści­wie jesteś, Mat­thew? -?Nie pomy­śla­łam wcze­śniej, żeby go o to zapy­tać.

-?Mat­thew Roy­don -?powie­dział mój mąż, kła­nia­jąc się, jak­by­śmy wła­śnie w tej chwili zostali sobie przed­sta­wieni. -?Przy­ja­ciel poetów.

-?Histo­rycy pra­wie nic o tobie nie wie­dzą -?stwier­dzi­łam osłu­piała. Mat­thew Roy­don był naj­bar­dziej zagad­kową posta­cią zwią­zaną z tajem­ni­czą Nocną Szkołą.

-?Nie jesteś zasko­czona, kiedy już wiesz, kim naprawdę jest Mat­thew Roy­don? -?Mój mąż uniósł czarną brew.

-?Och, będę zasko­czona do końca życia. Mogłeś mnie uprze­dzić, zanim wcią­gną­łeś mnie w sam śro­dek tego wszyst­kiego.

-?I co byś zro­biła? Ledwo zdą­ży­li­śmy się ubrać przed wyru­sze­niem, nie mówiąc już o prze­pro­wa­dze­niu prac badaw­czych. -?Mat­thew usiadł i opu­ścił nogi na pod­łogę. Nasz pry­watny czas był żało­śnie krótki. -?Nie ma powodu, żebyś się dener­wo­wała. To są zwy­kli ludzie, Diano.

Nie­ważne, co mówił Mat­thew, nie było w nich nic zwy­kłego. Nocna Szkoła sze­rzyła here­tyc­kie opi­nie, szy­dziła z zepsu­tego dworu kró­lo­wej Elż­biety i gar­dziła inte­lek­tu­al­nymi pre­ten­sjami Kościoła i uni­wer­sy­tetu. Sza­leni, nie­bez­pieczni, źli. Te słowa dosko­nale opi­sy­wały tę grupę. Nie tra­fi­li­śmy na skromne spo­tka­nie przy­ja­ciół w hal­lo­we­enową noc. Wpa­dli­śmy w gniazdo szer­szeni i elż­bie­tań­skich intryg.

-?Pomi­ja­jąc to, jak lek­ko­myślni potra­fią być twoi przy­ja­ciele, nie możesz ocze­ki­wać, że będę zbla­zo­wana, kiedy przed­sta­wiasz mnie ludziom, nad któ­rymi przez całe swoje doro­słe życie pro­wa­dzi­łam stu­dia - powie­dzia­łam. -?Tho­mas Har­riot jest jed­nym z czo­ło­wych astro­no­mów swo­ich cza­sów. Twój przy­ja­ciel Henry Percy to alche­mik.

Pierre roz­po­znał po obja­wach zde­ner­wo­waną kobietę i pośpiesz­nie wci­snął w ręce swo­jego pana czarne plu­dry, żeby ten nie stał z gołymi nogami, kiedy mój gniew eks­plo­duje.

-?Podob­nie jak Wal­ter i Tom. -?Mat­thew podra­pał się po bro­dzie. -?Kit też para się alche­mią, choć bez suk­cesu. Nie sku­piaj si na tym, co o nich wiesz. I tak pew­nie więk­szość z tego nie jest prawdą. I powin­naś być ostrożna ze swo­imi współ­cze­snymi histo­rycz­nymi ety­kiet­kami. -?W końcu wcią­gnął bry­czesy. -?Will wymy­śli Nocną Szkołę jako sztur­cha­niec dla Kita, ale dopiero za kilka lat.

-?Nie obcho­dzi mnie, co Wil­liam Szek­spir zro­bił czy zrobi w przy­szło­ści, pod warun­kiem że nie prze­bywa w tej chwili w salo­nie z hra­bią Nor­thum­ber­land! -?odpa­ro­wa­łam, zsu­wa­jąc się z wyso­kiego łoża.

-?Oczy­wi­ście, że Willa nie ma na dole. -?Mat­thew nie­dbale mach­nął ręką. -?Wal­ter nie lubi jego stóp metrycz­nych, a Kit uważa go za oszu­sta i zło­dzieja.

-?Uf, co za ulga! Co zamie­rzasz im o mnie powie­dzieć? Mar­lowe wie, że coś ukry­wamy.

Spoj­rze­nie sza­ro­zie­lo­nych oczu Mat­thew zwarło się z moim.

-?Chyba prawdę. -?Pierre podał mu kaftan, czarny z mister­nym piko­wa­niem, i wbił nie­ru­chomy wzrok w jakiś punkt nad moim ramie­niem; wzór dobrego sługi. -?Że jesteś podróż­niczką w cza­sie i cza­row­nicą z Nowego Świata.

-?Prawdę -?powtó­rzy­łam bez­na­mięt­nie.

Pierre sły­szał każde nasze słowo, ale w żaden spo­sób nie reago­wał, a Mat­thew go igno­ro­wał, jakby lokaj był nie­wi­dzialny. Zasta­na­wia­łam się, czy zosta­niemy tu dość długo, żebym stała się rów­nie nie­po­mna na obec­ność służby.

-?Dla­czego nie? Tom zapi­sze wszystko, co powiesz, i porówna to ze swo­imi notat­kami na temat języka Algon­ki­nów. Poza tym nikt nie będzie zwra­cał na cie­bie zbyt­niej uwagi. -?Mat­thew wyda­wał się bar­dziej zain­te­re­so­wany swoim ubra­niem niż reak­cją przy­ja­ciół.

Tym­cza­sem wró­ciła Françoise z dwiema cie­pło­krwi­stymi kobie­tami, które nio­sły narę­cza czy­stych ubrań. Wska­zała na moją koszulę nocną, a ja scho­wa­łam się za słup bal­da­chimu, żeby się roze­brać. Wdzięczna, że pobyty w szat­niach pra­wie wyle­czyły mnie ze wstydu zwią­za­nego z roz­bie­ra­niem się przy obcych, ścią­gnę­łam płó­cienną bie­li­znę przez głowę.

-?Kit będzie szu­kał powodu, żeby mnie nie lubić, i na pewno kilka następ­nych znaj­dzie.

-?On nie będzie pro­ble­mem -?zapew­nił mnie Mat­thew.

-?Mar­lowe jest twoim przy­ja­cie­lem czy pacynką? -?Na­dal pró­bo­wa­łam wydo­być głowę spo­mię­dzy warstw tka­niny, kiedy roz­legł się cichy okrzyk prze­ra­że­nia i stłu­mione: Mon Dieu!

Zamar­łam. Françoise zoba­czyła moje plecy i bli­znę w kształ­cie pół­księ­życa prze­ci­na­jącą dolną część klatki pier­sio­wej oraz gwiazdę mię­dzy łopat­kami.

-?Ja ubiorę madame -?zwró­ciła się chłod­nym tonem Françoise do poko­jó­wek. -?Zostaw­cie ubra­nia i wra­caj­cie do pracy.

Słu­żące dygnęły i wyszły z nie­skry­waną cie­ka­wo­ścią na twa­rzach. Nie zdą­żyły zoba­czyć moich ple­ców. Kiedy znik­nęły, wszy­scy zaczę­li­śmy mówić jed­no­cze­śnie. Pełne prze­ję­cia "Kto to zro­bił?" Françoise, "Nikt nie musi wie­dzieć" Mat­thew i moje wła­sne nie­pewne "To tylko bli­zny" zagłu­szyły się wza­jem­nie.

* * *

-?Ktoś napięt­no­wał panią godłem rodu de Cler­mont -?stwier­dziła Françoise, krę­cąc głową. -?Uży­wa­nym przez milorda.

-?Zła­ma­li­śmy przy­mie­rze. -?Wal­czy­łam z mdło­ściami, które skrę­cały mi żołą­dek za każ­dym razem, kiedy myśla­łam o tam­tej nocy, gdy inna cza­row­nica nazna­czyła mnie jako zdraj­czy­nię. -?To jest kara Kon­gre­ga­cji.

-?Zatem dla­tego oboje tutaj jeste­ście -?domy­śliła się Françoise. - Przy­mie­rze było od początku głu­pim pomy­słem. Phi­lippe de Cler­mont ni­gdy nie powi­nien się na nie zgo­dzić.

-?Ale ono chro­niło nas przed ludźmi. -?Nie prze­pa­da­łam za tą umową ani za zło­żoną z dzie­wię­ciorga człon­ków Kon­gre­ga­cją, która pil­no­wała jej prze­strze­ga­nia, ale suk­ce­sowi z ukry­wa­niem bytów z innego świata przed nie­chcianą uwagą nie można było zaprze­czyć. Stare obiet­nice zło­żone przez demony, wam­piry i cza­row­nice zabra­niały mie­sza­nia się w poli­tykę czy reli­gię ludzi oraz oso­bi­stych związ­ków mię­dzy tymi trzema gatun­kami. Cza­row­nice miały trzy­mać się w swoim gro­nie, podob­nie jak wam­piry i demony. Człon­ko­wie poszcze­gól­nych grup nie powinni zako­chi­wać się w sobie nawza­jem ani zawie­rać mał­żeństw.

-?Chro­niło? Pro­szę nie myśleć, że jest pani tutaj bez­pieczna, madame. Żadne z nas nie jest. Anglicy to prze­sądni ludzie, któ­rzy widzą duchy na każ­dym kościel­nym cmen­ta­rzu i cza­row­nice wokół każ­dego kotła. Tylko Kon­gre­ga­cja ratuje nas przed cał­ko­wi­tym znisz­cze­niem. Jest pani mądra, że się tutaj schro­niła. A teraz musi się pani ubrać i dołą­czyć do pozo­sta­łych.

Françoise pomo­gła mi w końcu wydo­stać się z koszuli noc­nej i wrę­czyła mokry ręcz­nik oraz miskę z jakąś mazią, która pach­niała roz­ma­ry­nem i poma­rań­czami. Stwier­dzi­łam, że to dziwne być trak­to­waną jak dziecko, ale wie­dzia­łam, że dla ludzi o pozy­cji Mat­thew było nor­malne, że ich myto, ubie­rano i kar­miono jak lalki. Pierre podał swo­jemu panu coś zbyt ciem­nego, by mogło być winem.

-?Ona nie tylko jest cza­row­nicą, ale rów­nież fileuse de temps? -?spy­tała cicho Françoise, zwra­ca­jąc się do Mat­thew. Nie­zna­jome okre­śle­nie "tkaczka czasu" przy­wo­łało obraz wielu róż­no­ko­lo­ro­wych nici, wzdłuż któ­rych podą­ża­li­śmy, żeby dotrzeć do tej kon­kret­nej prze­szło­ści.

-?Tak. -?Mat­thew kiw­nął głową i sku­piony na mnie sączył płyn z kubka.

-?Ale jeśli ona przy­bywa z innego czasu, to ozna­cza... -?Françoise wytrzesz­czyła oczy. Potem na jej twa­rzy poja­wił się wyraz zamy­śle­nia. Pan Roy­don musiał mówić i zacho­wy­wać się jakoś ina­czej.

Ona podej­rzewa, że to nie jest ten sam Mat­thew, uświa­do­mi­łam sobie zanie­po­ko­jona.

-?Wystar­czy nam wie­dzieć, że pani znaj­duje się pod ochroną milorda - ode­zwał się szorstko Pierre z wyraź­nym ostrze­że­niem w gło­sie i wrę­czył swo­jemu panu szty­let. -?Nie­ważne, co to zna­czy.

-?To zna­czy, że ją kocham, a ona mnie. -?Mat­thew popa­trzył bacz­nie na swo­jego sługę. -?Nie­ważne, co powiem innym, taka jest prawda. Zro­zu­miano?

-?Tak -?odparł Pierre, choć jego ton suge­ro­wał coś zupeł­nie prze­ciw­nego.

Mat­thew rzu­cił Françoise pyta­jące spoj­rze­nie, a ona zasznu­ro­wała wargi i nie­chęt­nie ski­nęła głową.

Z powro­tem zajęła się mną i otu­liła mnie gru­bym lnia­nym ręcz­ni­kiem. Musiała zauwa­żyć rów­nież inne ślady, które zostały na moim ciele po tam­tym nie­koń­czą­cym się dniu z cza­row­nicą Satu, oraz póź­niej­sze bli­zny. Mimo to nie zada­wała wię­cej pytań, tylko posa­dziła mnie w fotelu przy kominku i zaczęła cze­sać moje włosy.

-?Czy ta znie­waga przy­da­rzyła się po tym, jak wyznał pan swoją miłość do cza­row­nicy, milor­dzie? -?zapy­tała Françoise.

-?Tak. -?Mat­thew przy­tro­czył szty­let do pasa.

-?Czyli to nie man­ja­sang ją nazna­czył -?wymam­ro­tał Pierre. Użył sta­rego okre­śle­nia na wam­pira: "krwio­pijca". -?Nikt nie ryzy­ko­wałby gniewu de Cler­mon­tów.

-?Nie, to była inna cza­row­nica. -?Mimo że ręcz­nik chro­nił mnie przed zim­nym powie­trzem, to wyzna­nie przy­pra­wiło mnie o dreszcz.

-?Ale obok stały dwa inne man­ja­sang i pozwo­liły, żeby to się stało - rzekł posęp­nie Mat­thew. -?I za to zapłacą.

-?Co się stało, to się nie odsta­nie. -?Nie chcia­łam wsz­czy­nać wojny mię­dzy wam­pi­rami. Cze­kało nas dość wyzwań.

-?Jeśli milord wziął panią na swoją żonę po tym, co zro­biła pani tamta cza­row­nica, to nic się nie stało. -?Françoise zręcz­nie zaplo­tła moje włosy w cia­sne war­ko­cze. Potem owi­nęła je wokół mojej głowy i przy­pięła szpil­kami. -?Pani nazwi­sko może brzmieć Roy­don w tej kra­inie zapo­mnia­nej przez Boga i ludzi, gdzie nie ma lojal­no­ści war­tej wzmianki, ale my będziemy pamię­tać, że jest pani de Cler­mont.

Matka Mat­thew uprze­dziła mnie, że de Cler­mon­to­wie są jak stado. W dwu­dzie­stym pierw­szym wieku bun­to­wa­łam się prze­ciwko obo­wiąz­kom i ogra­ni­cze­niom wyni­ka­ją­cym z człon­ko­stwa. Ale w roku 1590 moje moce były nie­prze­wi­dy­walne, zna­jo­mość sztuki magicz­nej pra­wie nie ist­niała, a naj­wcze­śniej­szy znany mi przo­dek jesz­cze się nie naro­dził. Tutaj nie mogłam jedy­nie pole­gać na swoim rozu­mie. I na Mat­thew.

-?W takim razie nasze wza­jemne inten­cje są jasne. Ale nie chcę teraz żad­nych kło­po­tów. -?Spoj­rza­łam na pier­ścień Ysa­beau i prze­su­nę­łam po nim kciu­kiem. Moja nadzieja, że wto­pimy się gładko w prze­szłość, teraz wyda­wała się nie­praw­do­po­dobna i naiwna. Rozej­rza­łam się po pokoju. -?A to...

-?Jeste­śmy tutaj tylko z dwóch powo­dów, Diano: żeby zna­leźć ci nauczy­ciela i odszu­kać tam­ten alche­miczny manu­skrypt.

Cho­dziło o tajem­ni­czy ręko­pis Ash­mole nr 782, dzięki któ­remu się spo­tka­li­śmy. W dwu­dzie­stym pierw­szym wieku tkwił bez­piecz­nie zagrze­bany wśród milio­nów ksią­żek w oks­fordz­kiej Biblio­tece Bodle­jań­skiej. Kiedy wypeł­nia­łam rewers, nie mia­łam poję­cia, że ta pro­sta czyn­ność wyzwoli skom­pli­ko­wany czar wią­żący książkę z rega­łem ani że ten sam czar reak­ty­wuje się w chwili, kiedy ją zwrócę. Nie wie­dzia­łam rów­nież o wielu sekre­tach cza­row­nic, wam­pi­rów i demo­nów, które, jak szep­tano, miały się znaj­do­wać na jej stro­ni­cach. Mat­thew uznał, że będzie roz­sąd­niej poszu­kać Ash­mole'a nr 782 w prze­szło­ści, zamiast pró­bo­wać po raz drugi prze­ła­mać czar we współ­cze­snym świe­cie.

-?Dopóki nie wró­cimy, to będzie nasz dom -?powie­dział, sta­ra­jąc się dodać mi otu­chy.

Solidne meble sto­jące w pokoju zna­łam z muzeów i kata­lo­gów aukcyj­nych, ale czu­łam, że Stary Dom ni­gdy nie będzie dla mnie swoj­ski. Poma­ca­łam grube płótno ręcz­nika, tak róż­nego od wybla­kłych fro­to­wych kom­ple­tów Sary i Em, cien­kich od zbyt wielu prań. Głosy w dru­gim pokoju wzno­siły się i opa­dały do rytmu, któ­rego nie potra­fiłby prze­wi­dzieć żaden współ­cze­sny czło­wiek, histo­ryk czy nie. Ale prze­szłość była naszym jedy­nym schro­nie­niem. Inne wam­piry dały nam to jasno do zro­zu­mie­nia w cza­sie naszych ostat­nich dni w Madi­son, kiedy nas wytro­piły i omal nie zabiły Mat­thew. Jeśli nasz plan miał się powieść, wcie­le­nie się w praw­dziwą elż­bie­tań­ską kobietę musiało stać się moim prio­ry­te­tem.

-?Jak jest szczę­śliwy świat nowy. -?Poważ­nym histo­rycz­nym nad­uży­ciem było cyto­wa­nie Burzy Szek­spira dwie dekady przed jej napi­sa­niem, ale mia­łam za sobą trudny pora­nek.

-?To nowe dla cie­bie -?odpo­wie­dział Mat­thew. -?Jesteś gotowa na spo­tka­nie swo­jego kło­potu?

-?Oczy­wi­ście. Ubierzmy mnie. -?Roz­pro­sto­wa­łam ramiona i wsta­łam z fotela. -?Jak się wita z hra­bią?

Rozdział 2

Moje obawy zwią­zane z ety­kietą były bez­pod­stawne. Tytuły i formy grzecz­no­ściowe stały się nie­ważne, kiedy rze­czo­nym hra­bią oka­zał się łagodny gigant Henry Percy.

Françoise, dla któ­rej dobre maniery miały zna­cze­nie, cmo­kała i pry­chała, koń­cząc ubie­rać mnie w zdo­byczne ubra­nia: czy­jąś halkę, piko­wany gor­set konieczny dla nada­nia mojej spor­to­wej syl­wetce bar­dziej kobie­cych kształ­tów, hafto­waną luźną koszulę z wyso­kim, marsz­czo­nym koł­nie­rzem, która pach­niała lawendą i cedrem, czarną aksa­mitną spód­nicę w kształ­cie dzwonu i naj­lep­szy kaftan Pierre'a, jedyną szytą na miarę sztukę odzieży choćby zbli­żoną wymia­rami do moich. Choć Françoise bar­dzo się sta­rała, nie mogła dopiąć tego ostat­niego ele­mentu gar­de­roby na moich pier­siach. Wstrzy­ma­łam oddech, wcią­gnę­łam brzuch i liczy­łam na cud, kiedy mocno sznu­ro­wała gor­set, ale nic oprócz boskiej inter­wen­cji nie było w sta­nie nadać mi syl­wetki syl­fidy.

W cza­sie skom­pli­ko­wa­nego pro­cesu ubie­ra­nia zada­łam Françoise sze­reg pytań. Na pod­sta­wie por­tre­tów z epoki spo­dzie­wa­łam się nie­po­ręcz­nej klatki na ptaki zwa­nej kry­no­liną, która pod­trzy­my­wała spód­nice na bio­drach, ale Françoise mi wyja­śniła, że te są prze­zna­czone na bar­dziej ofi­cjalne oka­zje. Zamiast kry­no­liny zawią­zała mi wokół talii pod spód­nicą wypchaną tka­ninę ufor­mo­waną w kształt obwa­rzanka. Jego jedyną zaletą oka­zało się to, że trzy­mał war­stwy mate­riału z dala od moich nóg, co umoż­li­wiało mi cho­dze­nie bez zbyt­niej trud­no­ści... pod warun­kiem, że droga do celu była pro­sta i nie stały na niej żadne meble. Ale ocze­ki­wano ode mnie rów­nież dygnięć. Françoise szybko nauczyła mnie, jak to robić, a jed­no­cze­śnie wyja­śniła, że należy tytu­ło­wać Henry'ego Percy'ego lor­dem Nor­thum­ber­land, choć był hra­bią, a jego nazwi­sko brzmiało Percy.

Nie mia­łam jed­nak oka­zji wyko­rzy­stać nowo zdo­by­tej wie­dzy. Gdy tylko Mat­thew i ja weszli­śmy do wiel­kiej sali, przy­sko­czył do nas na powi­ta­nie chudy i wysoki młody męż­czy­zna w stroju podróż­nym z mięk­kiej brą­zo­wej skóry, całej zachla­pa­nej bło­tem. Na jego sze­ro­kiej twa­rzy poja­wił się pyta­jący wyraz, a gęste brwi koloru popiołu powę­dro­wały w górę czoła z wyraź­nym wdo­wim szpi­cem.

-?Hal. -?Mat­thew uśmiech­nął się z pobłaż­li­wo­ścią star­szego brata.

Hra­bia zigno­ro­wał swo­jego sta­rego przy­ja­ciela i ruszył w moją stronę.

-?P-p-pani Roy­don. -?Głę­boki bas hra­biego był bez­barwny, bez śladu akcentu czy modu­la­cji.

Przed zej­ściem na dół Mat­thew wyja­śnił mi, że Henry jest tro­chę głu­chy i jąka się od dzie­ciń­stwa, ale ma wprawę w czy­ta­niu z ust. Naresz­cie pozna­łam kogoś, z kim mogłam roz­ma­wiać bez skrę­po­wa­nia.

-?Widzę, że Kit znowu mnie ubiegł -?stwier­dził Mat­thew z uśmie­chem zawodu. -?Mia­łem nadzieję, że sam ci powiem.

-?Jakie ma zna­cze­nie, kto dzieli się taką szczę­śliwą nowiną? -?Lord Nor­thum­ber­land się ukło­nił. -?Dzię­kuję pani za gościn­ność i prze­pra­szam, że zja­wiam się w takim sta­nie. Dobrze, że od początku tole­ruje pani przy­ja­ciół męża. Powin­ni­śmy wyje­chać natych­miast, gdy dowie­dzie­li­śmy się o waszym przy­by­ciu. Gospoda w zupeł­no­ści by wystar­czyła.

-?Jest pan tutaj mile widziany, milor­dzie. -?Przy­szła chwila na dygnię­cie, ale moje cięż­kie czarne spód­nice nie były łatwe do okieł­zna­nia, a gor­set mia­łam zasznu­ro­wany tak cia­sno, że nie mogłam się zgiąć w pasie. Uło­ży­łam nogi w sto­sow­nej pozy­cji wyra­ża­ją­cej sza­cu­nek, ale zachwia­łam się, kiedy tylko ugię­łam kolana. Duża dłoń o tępo zakoń­czo­nych pal­cach wystrze­liła do przodu, żeby mnie pod­trzy­mać.

-?Wystar­czy Henry, pro­szę pani. Wszy­scy mówią mi Hal, więc moje praw­dziwe imię jest uwa­żane za dość ofi­cjalne. -?Jak wiele osób pozba­wio­nych słu­chu hra­bia celowo mówił przy­ci­szo­nym gło­sem. Kiedy mnie puścił, skie­ro­wał uwagę na Mat­thew. -?Dla­czego bez brody, Matt? Cho­ro­wa­łeś?

-?Atak febry, nic wię­cej. Mał­żeń­stwo mnie wyle­czyło. Gdzie reszta? - Mat­thew rozej­rzał się za Kitem, Geo­rge'em i Tomem.

Wielka sala Sta­rego Domu wyglą­dała zupeł­nie ina­czej w świe­tle dnia. Widzia­łam ją wcze­śniej tylko w nocy, ale tego ranka ciężka boaze­ria oka­zała się żalu­zjami i teraz wszyst­kie były otwarte. Dzięki temu pomiesz­cze­nie wyda­wało się prze­stronne mimo mon­stru­al­nego kominka na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Zdo­biły go śre­dnio­wieczne kamienne ele­menty ele­wa­cji, bez wąt­pie­nia ura­to­wane przez Mat­thew z ruin opac­twa, które kie­dyś tutaj stało: udrę­czona twarz świę­tego, tar­cza her­bowa, gotycki orna­ment czte­ro­listny.

-?Diano? -?roz­ba­wiony głos Mat­thew prze­rwał mi roz­glą­da­nie się po pokoju i jego wypo­sa­że­niu. -?Hal mówi, że pozo­stali goście są w salo­niku. Czy­tają i grają w karty. Nie uznał za sto­sowne do nich dołą­czyć, dopóki nie zosta­nie zapro­szony przez panią domu.

-?Hra­bia oczy­wi­ście musi zostać, a my od razu możemy dołą­czyć do two­ich przy­ja­ciół. -?W żołądku mi zabur­czało.

-?A może naj­pierw znaj­dziemy ci coś do jedze­nia -?zapro­po­no­wał Mat­thew z iskier­kami humoru w oczach. Teraz, kiedy już pozna­łam Henry'ego Percy'ego i obyło się bez nie­for­tun­nych przy­gód, mój mąż zaczął się odprę­żać. -?Ktoś już cię nakar­mił, Hal?

-?Pierre i Françoise byli tro­skliwi jak zwy­kle -?zapew­nił gość. - Oczy­wi­ście, jeśli pani Roy­don do mnie dołą­czy.... -?Hra­bia zawie­sił głos, a jego żołą­dek zabur­czał do wtóru mojemu. Ten męż­czy­zna był wysoki jak żyrafa. Zapew­nie­nie paliwa takiemu ciału musiało wyma­gać dużych ilo­ści jedze­nia.

-?Ja też lubię duże śnia­da­nia, milor­dzie -?powie­dzia­łam ze śmie­chem.

-?Henry -?popra­wił mnie hra­bia łagod­nie, poka­zu­jąc w sze­ro­kim uśmie­chu dołe­czek w bro­dzie.

-?W takim razie pro­szę mówić mi Diana. Nie mogę zwra­cać się po imie­niu do lorda Nor­thum­ber­land, jeśli on na­dal będzie tytu­ło­wał mnie "pani Roy­don." -?Françoise upie­rała się przy koniecz­no­ści hono­ro­wa­nia wyso­kiej pozy­cji hra­biego.

-?Dobrze, Diano -?rzekł Henry, poda­jąc mi ramię.

Przez pełne prze­cią­gów kory­ta­rze zapro­wa­dził mnie do przy­tul­nego pokoju o niskim sufi­cie, cie­płego i zapra­sza­ją­cego, z tylko jed­nym cią­giem okien wycho­dzą­cych na połu­dnie. Mimo sto­sun­kowo nie­wiel­kich roz­mia­rów wci­śnięto do niego trzy stoły razem z krze­słami i stoł­kami. Odgłosy krzą­ta­niny oraz pobrzę­ki­wa­nie garn­ków i patelni świad­czyły o tym, że znaj­du­jemy się bli­sko kuchni. Na jed­nej ze ścian wisiała kartka z alma­na­chu, na środ­ko­wym stole leżała mapa, któ­rej jeden koniec przy­ci­śnięto świecz­ni­kiem, a drugi płytką cynową misą z owo­cami. Aran­ża­cja wyglą­dała jak holen­der­ska mar­twa natura z jej pro­stymi deta­lami. Zatrzy­ma­łam się w pół kroku oszo­ło­miona zapa­chem.

-?Pigwy. -?Się­gnę­łam do misy. Owoce wyglą­dały tak jak w obra­zie, który powstał w mojej gło­wie, kiedy w Madi­son Mat­thew opi­sy­wał mi Stary Dom.

Henry wyglą­dał na zain­try­go­wa­nego moją reak­cją na zwy­kły talerz z owo­cami, ale był zbyt dobrze wycho­wany, żeby ją sko­men­to­wać. Usie­dli­śmy przy stole, a słu­żąca dodała do mar­twej natury świeży chleb, talerz wino­gron i miskę jabłek. Widok zna­jo­mego jedze­nia dodał mi otu­chy. Hra­bia zaczął je sobie nakła­dać, a ja poszłam za jego przy­kła­dem, przy oka­zji pil­nie obser­wu­jąc, które potrawy Henry wybiera i ile ich zjada. Pewne dro­bia­zgi zawsze zdra­dzały obcych, a ja chcia­łam wyda­wać się tak zwy­czajna, jak to moż­liwe. Kiedy napeł­ni­li­śmy tale­rze, Mat­thew nalał sobie kie­li­szek wina.

Przez cały posi­łek Henry zacho­wy­wał się z nie­za­wodną kur­tu­azją. Nie zada­wał mi oso­bi­stych pytań ani nie pró­bo­wał węszyć w sprawch Mat­thew. Zaba­wiał nas nato­miast histo­ryj­kami o swo­ich psach, posia­dło­ściach i pryn­cy­pial­nej matce, co jakiś czas uzu­peł­nia­jąc zapas chleba pie­czo­nego na ogniu. Wła­śnie zaczy­nał opo­wieść o prze­no­si­nach do Lon­dynu, kiedy z dzie­dzińca dobie­gły hałasy. Hra­bia, który sie­dział ple­cami do drzwi, nic nie usły­szał.

-?Ona jest nie­moż­liwa! Wszy­scy mnie ostrze­ga­li­ście, ale ja nie wie­rzy­łem, że ktoś może być taki nie­wdzięczny. Po tych wszyst­kich bogac­twach, któ­rymi napeł­ni­łem jej kufry, naj­mniej, co mogła zro­bić... Och. -?Sze­ro­kie ramiona nowego gościa wypeł­niły drzwi. Na jed­nym z nich był udra­po­wany płaszcz, ciemny jak krę­cone włosy, widoczne pod impo­nu­ją­cym kape­lu­szem z pió­rami. -?Mat­thew, jesteś chory?

Henry odwró­cił się zasko­czony.

-?Dzień dobry, Wal­te­rze. Dla­czego nie jesteś na dwo­rze?

Pró­bo­wa­łam prze­łknąć kawa­łek tostu. Nasz nowy gość był nie­mal z całą pew­no­ścią bra­ku­ją­cym człon­kiem Noc­nej Szkoły, sir Wal­te­rem Rale­igh.

-?Wyrzu­cony z raju z braku sta­no­wi­ska, Hal. A kto to jest? -?Prze­ni­kliwe spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu spo­częło na mnie, pośród ciem­nej brody bły­snęły zęby. -?Henry Percy, ty pod­stępny łap­ser­daku. Kit mówił mi, że zamie­rza­łeś wziąć do łoża jasno­włosą Ara­bellę. Gdy­bym wie­dział, że zaczniesz gusto­wać w kimś bar­dziej doj­rza­łym niż pięt­na­sto­let­nia dziew­czyna, już dawno oddał­bym cię w jarzmo jakiejś żwa­wej wdówce.

Doj­rzała? Wdówka? Dopiero skoń­czy­łam trzy­dzie­ści trzy lata.

-?Jej powaby skło­niły cię do przed­ło­że­nia domu nad kościół w tę nie­dzielę. Musimy tej damie podzię­ko­wać, że pod­nio­sła cię z kolan i wsa­dziła na konia, gdzie jest twoje miej­sce. -?Akcent Wal­tera Rale­igh był gęsty jak śmie­tana z Devon­shire.

Hra­bia Nor­thum­ber­land odło­żył na pale­ni­sko długi wide­lec do opie­ka­nia grza­nek i zmie­rzył przy­ja­ciela wzro­kiem. Następ­nie pokrę­cił głową i wró­cił do swo­jego zada­nia.

-?Wyjdź, wejdź jesz­cze raz i zapy­taj Matta o nowinę -?powie­dział. -?I wyglą­daj na skru­szo­nego, kiedy będziesz to robił.

-?Nie. -?Rale­igh wytrzesz­czył oczy i popa­trzył na Mat­thew z otwar­tymi ustami. -?Ona jest twoja?

-?Z pier­ścion­kiem na dowód. -?Jedną nogą w wyso­kim bucie Mat­thew wysu­nął spod stołu tabo­ret. -?Sia­daj, Wal­te­rze, i poczę­stuj się piwem.

-?Przy­się­ga­łeś, że ni­gdy się nie oże­nisz -?przy­po­mniał mu wyraź­nie skon­fun­do­wany Rale­igh.

-?Wyma­gało to pew­nej per­swa­zji.

-?Zapewne. -?Znowu spo­częło na mnie tak­su­jące spoj­rze­nie Wal­tera Rale­igh. -?Szkoda jej dla zim­no­krwi­stego. Ja nie zwle­kał­bym ani chwili.

-?Diana zna moją naturę i nie ma nic prze­ciwko mojemu "chło­dowi" - powie­dział Mat­thew. -?Poza tym to ona potrze­bo­wała per­swa­zji. Ja zako­cha­łem się w niej od pierw­szego wej­rze­nia.

Rale­igh tylko prych­nął w odpo­wie­dzi.

-?Nie bądź taki cyniczny, przy­ja­cielu. Kupi­dyn jesz­cze może cię tra­fić swoją strzałą. -?Szare oczy Mat­thew roz­ja­rzyły się ze zło­śli­wej ucie­chy na myśl o pew­nym fak­cie z przy­szło­ści Wal­tera.

-?Kupi­dyn będzie musiał pocze­kać ze strze­la­niem do mnie. Jestem obec­nie cał­ko­wi­cie pochło­nięty odpie­ra­niem wro­gich ata­ków kró­lo­wej i admi­rała. - Wal­ter rzu­cił kape­lusz na pobli­ski stół, a ten prze­śli­znął się po lśnią­cej powierzchni plan­szy do tryk­traka, zakłó­ca­jąc toczącą się grę. Rale­igh jęk­nął i usiadł obok Henry'ego. -?Wszy­scy chcą kawałka mojej skóry, zdaje się, ale nikt nie da mi awansu, pod­czas gdy cała ta sprawa z kolo­niami wisi mi nad głową. Pomysł na tego­roczną rocz­ni­cową cele­bra­cję był mój, ale tamta kobieta powie­rzyła nad­zór nad cere­mo­niami Cum­ber­lan­dowi. -?Na nowo roz­go­rzał w nim gniew.

-?Na­dal żad­nych wie­ści z Roanoke? -?spy­tał łagod­nie Henry, poda­jąc przy­ja­cie­lowi kubek gęstego, brą­zo­wego ale.

Żołą­dek mi się ści­snął na wspo­mnie­nie pierw­szej pecho­wej wyprawy Wal­tera Rale­igh do Nowego Świata. Po raz pierw­szy, ale nie ostatni ktoś zasta­na­wiał się na głos nad rezul­ta­tem przy­szłych wyda­rzeń.

-?White wró­cił do Ply­mo­uth w zeszłym tygo­dniu, wypę­dzony do domu przez paskudną pogodę. Musiał zarzu­cić poszu­ki­wa­nia córki i wnuczki. -?Wal­ter pocią­gnął solidny łyk piwa i zapa­trzył się w prze­strzeń. -?Chry­stus wie, co się stało z nimi wszyst­kimi.

-?Przyj­dzie wio­sna, wró­cisz tam i ich odnaj­dziesz. -?Henry mówił z prze­ko­na­niem, ale Mat­thew i ja wie­dzie­li­śmy, że zagi­nieni kolo­ni­ści z Roanoke ni­gdy nie zostaną odna­le­zieni, a Rale­igh już ni­gdy nie postawi stopy na zie­miach Karo­liny Pół­noc­nej.

-?Modlę się, żebyś miał rację, Hal. Ale dość o moich kło­po­tach. Z jakiej czę­ści kraju pocho­dzi pani rodzina, pani Roy­don?

-?Z Cam­bridge -?bąk­nę­łam cicho, sta­ra­jąc się, żeby moja odpo­wiedź była jak naj­krót­sza i jak naj­bar­dziej praw­dziwa. Mia­sto leżało w Mas­sa­chu­setts, a nie w Anglii, ale gdy­bym zaczęła teraz wszystko wyja­śniać, ni­gdy bym nie poła­pała się w kolej­nych wer­sjach.

-?Zatem jest pani córką uczo­nego. A może pani ojciec był teo­lo­giem? Matt byłby zado­wo­lony, że ma z kim poroz­ma­wiać o spra­wach wiary. Z wyjąt­kiem Hala jego przy­ja­ciele są bez­na­dziejni, jeśli cho­dzi o dok­trynę. -?Wal­ter napił się piwa i cze­kał na moją odpo­wiedź.

-?Ojciec Diany zmarł, kiedy była mała. -?Mat­thew wziął mnie za rękę.

-?Przy­kro mi, Diano -?wymam­ro­tał Henry. -?Utrata ojca to st-t-traszny cios.

-?A pierw­szy mąż zosta­wił pani synów i córki na pocie­chę? -?spy­tał Wal­ter z nutą współ­czu­cia w gło­sie.

W tych cza­sach kobieta w moim wieku musiała być wcze­śniej zamężna i mieć co naj­mniej trójkę albo czwórkę dzieci. Pokrę­ci­łam głową.

-?Nie.

Wal­ter zmarsz­czył brwi, ale nim zaczął dalej drą­żyć sprawę, zja­wił się Kit z Geo­rge'em i Tomem.

-?Wresz­cie. Prze­mów mu do roz­sądku, Wal­te­rze. Mat­thew nie może wciąż odgry­wać Ody­se­usza wobec swo­jej Kirke. -?Kit chwy­cił pucha­rek sto­jący przed Hen­rym. -?Dzień dobry, Hal.

-?Komu prze­mó­wić do roz­sądku? -?spy­tał Rale­igh z roz­draż­nie­niem.

-?Oczy­wi­ście Mat­towi. Ta kobieta jest cza­row­nicą. I jest z nią coś nie tak. -?Kit zmru­żył oczy. -?Ona coś ukrywa.

-?Cza­row­nicą -?powtó­rzył Wal­ter ostroż­nie.

Słu­żąca z narę­czem polan zamarła w drzwiach.

-?Jak powie­dzia­łem. -?Kit poki­wał głową. -?Tom i ja od razu roz­po­zna­li­śmy znaki.

Poko­jówka wrzu­ciła polana do kosza i ucie­kła.

-?Jak na dra­ma­to­pi­sa­rza masz godne poża­ło­wa­nia wyczu­cie czasu i miej­sca, Kit. -?Wal­ter popa­trzył na Mat­thew. -?Mamy iść w jakiś inne miej­sce, żeby omó­wić tę kwe­stię, czy to tylko jedna z próż­nych fan­ta­zji Kita? Jeśli to ostat­nie, chciał­bym zostać tam, gdzie jest cie­pło, i dokoń­czyć piwo.

Dwaj męż­czyźni spoj­rzeli po sobie. Kiedy wyraz twa­rzy Mat­thew się nie zmie­nił, Wal­ter zaklął pod nosem. Pierre poja­wił się jak na sygnał.

-?W salo­niku jest roz­pa­lony ogień, milor­dzie -?powie­dział. -?A dla naszych gości wyło­żono jedze­nie i wino. Nikt nie będzie tam prze­szka­dzał.

Salo­nik nie był ani tak przy­tulny jak pokój, w któ­rym jedli­śmy śnia­da­nie, ani tak impo­nu­jący jak wielka sala. Duża liczba rzeź­bio­nych foteli, bogate tapi­se­rie i obrazy w ozdob­nych ramach suge­ro­wały, że jego głów­nym prze­zna­cze­niem jest podej­mo­wa­nie naj­waż­niej­szych gości. Przy kominku wisiało wspa­niałe malo­wi­dło Hol­be­ina przed­sta­wia­jące św. Hie­ro­nima i lwa. Było mi nie­znane, podob­nie jak nama­lo­wany przez tego samego arty­stę por­tret Hen­ryka VIII o świń­skich oczkach, trzy­ma­ją­cego książkę i oku­lary i patrzą­cego w zamy­śle­niu na obser­wa­tora; na stole przed nim leżały cenne przed­mioty. Córka Hen­ryka, obecna kró­lowa Elż­bieta, wpa­try­wała się w niego z wyż­szo­ścią z dru­giej strony pokoju. Pełen napię­cia impas uwiecz­niony na obra­zie nie popra­wiał nastroju, kiedy zaj­mo­wa­li­śmy miej­sca w salo­niku. Mat­thew oparł się o komi­nek i skrzy­żo­wał ręce na piersi. Wyglą­dał w każ­dym calu tak onie­śmie­la­jąco jak Tudo­ro­wie spo­glą­da­jący na nas ze ścian.

-?Na­dal zamie­rzasz powie­dzieć im prawdę? -?spy­ta­łam go szep­tem.

-?Tak jest na ogół łatwiej, pani -?ode­zwał się ostro Rale­igh -?nie wspo­mi­na­jąc o tym, że tak się postę­puje wśród przy­ja­ciół.

-?Zapo­mi­nasz się, Wal­te­rze -?ostrzegł go Mat­thew z budzą­cym się gnie­wem.

-?Zapo­mi­nam się? I mówi to ktoś, kto zadał się z cza­row­nicą? -?Rale­igh nie miał kło­potu z dotrzy­ma­niem kroku Mat­thew, jeśli cho­dzi o iry­ta­cję. Ale w jego gło­sie pobrzmie­wała rów­nież nuta stra­chu.

-?Ona jest moją żoną -?odpa­ro­wał Mat­thew i prze­cze­sał ręką włosy. -?A jeśli cho­dzi o to, że jest cza­row­nicą, wszy­scy w tym pokoju jeste­śmy o coś oczer­niani, o coś praw­dzi­wego albo wymy­ślo­nego.

-?Ale żeby ją poślu­bić... co ty sobie myśla­łeś? -?zapy­tał z nie­do­wie­rza­niem Wal­ter.

-?Że ją kocham -?odparł Mat­thew krótko.

Kit prze­wró­cił oczami i dolał sobie wina ze srebr­nej karafki. Moje marze­nia, żeby usiąść z nim przy cie­płym ogniu i poroz­ma­wiać o magii i lite­ra­tu­rze, cał­kiem się roz­wiały w suro­wym świe­tle listo­pa­do­wego poranka. Prze­by­wa­łam w roku 1590 od nie­ca­łych dwu­dzie­stu czte­rech godzin, ale już mia­łam ser­decz­nie dość Chri­sto­phera Mar­lowe'a.

Po sło­wach Mat­thew w salo­niku zapa­dła cisza, pod­czas gdy Wal­ter i on mie­rzyli się wzro­kiem. Wobec Kita Mat­thew był pobłaż­liwy i nieco ziry­to­wany, dla Geo­rge'a i Toma miał dużo cier­pli­wo­ści, a Henry budził w nim bra­ter­skie uczu­cia. Ale Rale­igh był mu równy -?pod wzglę­dem inte­li­gen­cji, siły, może nawet bez­względ­no­ści -?co ozna­czało, że tylko jego opi­nia się liczyła. Obaj żywili wobec sie­bie ostrożny sza­cu­nek, niczym dwa wilki decy­du­jące, kto popro­wa­dzi stado.

-?A więc to tak -?rzekł wolno Rale­igh, ustę­pu­jąc przed auto­ry­te­tem Mat­thew.

-?Tak. -?Mat­thew posta­wił stopę na pale­ni­sku.

-?Masz zbyt wiele sekre­tów i zbyt wielu wro­gów, żeby brać sobie żonę. A jed­nak to zro­bi­łeś. -?Na twa­rzy Wal­tera odma­lo­wało się zdu­mie­nie. -?Inni oskar­żali cię o to, że nad­mier­nie pole­gasz na swo­jej sub­tel­no­ści, a ja się z nimi nie zga­dza­łem aż do tej pory. Dobrze, Mat­thew. Skoro jesteś taki prze­bie­gły, mów, co mamy odpo­wia­dać, kiedy ludzie zaczną zada­wać pyta­nia.

Kit z trza­skiem odsta­wił pucha­rek na stół, aż wino pry­snęło mu na rękę.

-?Nie możesz ocze­ki­wać od nas, że...

-?Cisza! -?Wal­ter rzu­cił Mar­lowe'owi wście­kłe spoj­rze­nie. -?Zwa­żyw­szy na kłam­stwa, które ze względu na cie­bie opo­wia­damy, jestem zasko­czony, że ośmie­lasz się sprze­ci­wiać. Mów dalej, Mat­thew.

-?Dzię­kuję, Wal­te­rze. Jesteś jed­nym z pię­ciu ludzi w kró­le­stwie, któ­rzy mogą wysłu­chać tej opo­wie­ści i nie pomy­śleć, że osza­la­łem. -?Mat­thew prze­cze­sał rękami włosy. -?Pamię­ta­cie, jak ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy o pomy­słach Gior­dana Bruna na temat nie­skoń­czo­nej liczby świa­tów, nie­ogra­ni­czo­nych przez czas ani prze­strzeń?

Męż­czyźni wymie­nili spoj­rze­nia.

-?Nie jestem pewien, czy rozu­miemy, co masz na myśli -?zaczął ostroż­nie Henry.

-?Diana jest z Nowego Świata. -?Mat­thew umilkł, co dało Mar­lowe'owi oka­zję do rzu­ce­nia trium­fal­nego spoj­rze­nia przy­ja­cio­łom. -?Z przy­szłego Nowego Świata.

W ciszy, która zapa­dła w pokoju, wszyst­kie oczy skie­ro­wały się na mnie.

-?Powie­działa, że jest z Cam­bridge -?przy­po­mniał w osłu­pie­niu Wal­ter.

-?Nie z tego Cam­bridge. Moje leży w Mas­sa­chu­setts. -?Głos łamał mi się od napię­cia i dłu­giego mil­cze­nia. Odchrząk­nę­łam. -?Kolo­nia powsta­nie na pół­noc od Roanoke za czter­dzie­ści lat.

W salo­nie pod­nio­sła się wrzawa, ze wszyst­kich stron zasy­pały mnie pyta­nia. Har­riot wycią­gnął rękę i z waha­niem dotknął mojego ramie­nia. Kiedy jego palec napo­tkał twarde ciało, Tom ze zdu­mie­niem cof­nął dłoń.

-?Sły­sza­łem o bytach, które potra­fią nagi­nać czas do swo­jej woli. To jest cudowny dzień, prawda, Kit? Czy kie­dy­kol­wiek myśla­łeś, że poznasz tkaczkę czasu? Musimy oczy­wi­ście być przy niej ostrożni, bo ina­czej możemy wplą­tać się w jej sieć i zgu­bić drogę. -?Na twa­rzy Har­riota poja­wiła się tęsk­nota, jakby cie­szyła go myśl, że mógłby tra­fić do innego świata.

-?A co panią tutaj spro­wa­dza, pani Roy­don? -?Głę­boki głos Wal­tera prze­bił się przez pozo­stałe.

-?Ojciec Diany był uczo­nym -?odpo­wie­dział za mnie Mat­thew. Gdy roz­legł się szmer zain­te­re­so­wa­nia, Wal­ter uci­szył go gestem ręki. -?Jej matka rów­nież. Oboje byli cza­row­ni­kami i umarli w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach.

-?Więc mamy ze sobą coś wspól­nego, D-D-Diano -?stwier­dził Henry.

Zanim zdą­ży­łam go spy­tać, co ma na myśli, Wal­ter pona­glił Mat­thew.

-?W rezul­ta­cie zanie­dbano jej wykształ­ce­nie jako cza­row­nicy -?dokoń­czył mój mąż.

-?Łatwo jest wyko­rzy­stać taką cza­row­nicę. -?Tom się zasę­pił. -?Dla­czego w tym przy­szłym Nowym Świe­cie nie dba się bar­dziej o takie istoty?

-?Moja magia i zwią­zana z nią długa histo­ria mojej rodziny nic dla mnie nie zna­czyły. Musi­cie zro­zu­mieć, jak to jest pra­gnąć wykro­czyć poza ogra­ni­cze­nia wyni­ka­jące z dzie­dzic­twa. -?Spoj­rza­łam na Kita, syna szewca, z nadzieją na popar­cie, jeśli nie na sym­pa­tię i zro­zu­mie­nie, ale on się odwró­cił.

-?Igno­ran­cja to nie­wy­ba­czalny grzech. -?Kit bawił się kawał­kiem czer­wo­nego jedwa­biu, który wysta­wał z jed­nego z dzie­siąt­ków poszar­pa­nych roz­cięć w jego czar­nym kafta­nie.

-?Podob­nie jak nie­lo­jal­ność -?dodał Wal­ter. -?Mów dalej, Matt.

-?Diana może nie została wyszko­lona w sztuce magii, ale w żad­nym razie nie jest igno­rantką. Ona też jest uczoną i ma pasję do alche­mii. -?W gło­sie Mat­thew brzmiała duma.

-?Damy alche­miczki są niczym wię­cej jak kuchen­nymi filo­zof­kami - prych­nął Kit -?bar­dziej zain­te­re­so­wa­nymi upięk­sza­niem cery niż zro­zu­mie­niem sekre­tów natury.

-?Stu­diuję alche­mię w biblio­tece, a nie w kuchni -?odburk­nę­łam, zapo­mi­na­jąc o modu­lo­wa­niu tonu czy akcentu. Oczy Mar­lowe'a się roz­sze­rzyły. -?I uczę jej stu­den­tów na uni­wer­sy­te­cie.

-?Będą pozwa­lać kobie­tom wykła­dać na uni­wer­sy­te­tach? -?spy­tał Geo­rge, zafa­scy­no­wany i w takim samym stop­niu czu­jący odrazę.

-?I wstę­po­wać na uczel­nie rów­nież -?mruk­nął Mat­thew, sku­biąc czu­bek nosa. -?Diana poszła na Oks­ford.

-?To musiało popra­wić obec­ność na wykła­dach -?sko­men­to­wał Wal­ter sucho. -?Gdyby kobiety dopusz­czono do Kole­gium Oriel, nawet ja mógł­bym zdo­być następny sto­pień. A w tej przy­szłej kolo­nii gdzieś na pół­noc od Roanoke uczone są ata­ko­wane? -?Taki logiczny wnio­sek nasu­wał się po wysłu­cha­niu dotych­cza­so­wej opo­wie­ści Mat­thew.

-?Nie wszyst­kie. Ale Diana zna­la­zła na uni­wer­sy­te­cie pewną zagu­bioną książkę.

Człon­ko­wie Noc­nej Szkoły pochy­lili się na krze­słach. Zagi­nione księgi były dużo bar­dziej inte­re­su­jące dla tej grupki niż nie­do­uczone cza­row­nice i wykła­dow­czy­nie.

-?Zawiera ona sekretne infor­ma­cje o świe­cie bytów.

-?Księga Tajem­nic, która podobno opo­wiada o naszym stwo­rze­niu? -?Na twa­rzy Kita malo­wało się zdu­mie­nie. -?Ni­gdy wcze­śniej nie inte­re­so­wa­łeś się tymi baj­kami, Mat­thew. Prawdę mówiąc, lek­ce­wa­ży­łeś je jako prze­sądy.

-?Teraz w nie wie­rzę, Kit. Odkry­cie Diany spro­wa­dziło wro­gów pod jej drzwi.

-?A ty byłeś z nią. Wro­go­wie pod­nie­śli zasuwę i weszli. -?Wal­ter pokrę­cił głową.

-?Dla­czego obec­ność Mat­thew spo­wo­do­wała takie straszne kon­se­kwen­cje? - zdzi­wił się Geo­rge.

Pal­cami nama­cał czarną ryp­sową tasiemkę, którą przy­wią­zy­wał oku­lary do zapięć kaftana. To odzie­nie miał mod­nie wypchane na brzu­chu, a kiedy się ruszał, wypeł­nie­nie sze­le­ściło jak torba płat­ków owsia­nych. Geo­rge uniósł okrą­głe oprawki i przyj­rzał się im, jakby były nowym cie­ka­wym obiek­tem do zba­da­nia.

-?Ponie­waż cza­row­ni­com i wearh nie wolno się pobie­rać -?odparł szybko Kit.

Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam słowa wearh wymó­wio­nego z takim moc­nym "w" na początku i gar­dło­wym dźwię­kiem na końcu.

-?Podob­nie jak demo­nom i wearh. -?Wal­ter ostrze­gaw­czo zaci­snął dłoń na ramie­niu Kita.

-?Naprawdę? -?Geo­rge łyp­nął na Mat­thew, a potem na mnie. -?Czy kró­lowa zabra­nia takich związ­ków?

-?To sta­ro­żytne przy­mie­rze mię­dzy bytami, któ­rego nikt nie śmie łamać. - W gło­sie Toma brzmiał strach. -?Ci, któ­rzy to robią, są wzy­wani przed Kon­gre­ga­cję i karani.

Tylko wam­piry tak stare jak Mat­thew mogły pamię­tać czasy sprzed przy­mie­rza, które okre­śliło, jak mają się wobec sie­bie zacho­wy­wać byty i jak trak­to­wać ludzi. "Żad­nego bra­ta­nia się mię­dzy gatun­kami z innych świa­tów" było naj­waż­niej­szą zasadą, a Kon­gre­ga­cja pil­no­wała jej prze­strze­ga­nia. Naszych talen­tów -?kre­atyw­no­ści, siły, nad­na­tu­ral­nych mocy -?nie dało się zigno­ro­wać w mie­sza­nych gru­pach. Było tak, jakby moc cza­row­nicy potę­go­wała kre­atywną ener­gię znaj­du­ją­cych się w pobliżu demo­nów, a geniusz demona spra­wiał, że uroda wam­pira jesz­cze bar­dziej rzu­cała się w oczy. Jeśli cho­dzi o nasze sto­sunki z ludźmi, mie­li­śmy być dys­kretni i trzy­mać się z dala od poli­tyki i reli­gii.

Nie dalej jak tego ranka Mat­thew twier­dził, że w szes­na­stym wieku stoi przed Kon­gre­ga­cją zbyt wiele innych pro­ble­mów -?wojna reli­gijna, pale­nie here­ty­ków, powszechny głód rze­czy obcych, dzi­wacz­nych i nowych, pod­sy­cony wyna­le­zie­niem druku -?żeby jej człon­ko­wie przej­mo­wali się czymś tak try­wial­nym jak cza­row­nica i wam­pir, któ­rzy się w sobie zako­chali. Zwa­żyw­szy na zdu­mie­wa­jące i nie­bez­pieczne wyda­rze­nia, które miały miej­sce, odkąd pozna­łam Mat­thew pod koniec wrze­śnia, trudno mi było w to uwie­rzyć.

-?Jaka Kon­gre­ga­cja? -?spy­tał z zain­te­re­so­wa­niem Geo­rge. -?To jakaś nowa sekta reli­gijna?

Wal­ter zigno­ro­wał pyta­nie i posłał Mat­thew prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie. Potem odwró­cił się do mnie.

-?A pani na­dal ma tę księgę?

-?Nikt jej nie ma. Wró­ciła do biblio­teki. Cza­row­nice ocze­kują, że ją odzy­skam.

-?Czyli jeste­ście ści­gani z dwóch powo­dów. Nie­któ­rzy chcą utrzy­mać panią z dala od wearh, inni uwa­żają za nie­zbędny śro­dek do upra­gnio­nego celu. -?Wal­ter ści­snął grzbiet nosa i ze znu­że­niem popa­trzył na Mat­thew. - Jesteś praw­dzi­wym magne­sem, jeśli cho­dzi o kło­poty, mój przy­ja­cielu. A to wszystko nie mogłoby się wyda­rzyć w mniej odpo­wied­nim cza­sie. Cere­mo­nia rocz­ni­cowa kró­lo­wej już za nie­całe trzy tygo­dnie. Jesteś ocze­ki­wany na dwo­rze.

-?Mniej­sza o kró­lew­skie obchody! -?Kit zerwał się z krze­sła i sta­nął przed Mat­thew. -?Nie jeste­śmy bez­pieczni, mając wśród nas tkaczkę czasu. Ona widzi, jaki los czeka każ­dego z nas. Cza­row­nica będzie mogła zmie­nić naszą przy­szłość, spro­wa­dzić na nas fatum, nawet przy­śpie­szyć naszą śmierć. Jak, na wszystko co święte, mogłeś to zro­bić?

-?Zdaje się, że zawiódł cię twój osła­wiony ate­izm, Kit -?zauwa­żył Mat­thew bez­na­miętntm tonem. -?Boisz się, że mimo wszystko będziesz musiał odpo­wie­dzieć za swoje grze­chy?

-?Może nie wie­rzę w dobro­tliwe, wszech­po­tężne bóstwo, tak jak ty, Matt, ale na tym świe­cie jest coś wię­cej niż to, co opi­sano w two­ich księ­gach filo­zo­ficz­nych. A tej kobie­cie -?tej cza­row­nicy -?nie można pozwo­lić mie­szać się do naszych spraw. Ty jesteś w jej nie­woli, ale ja nie zamie­rzam kłaść swo­jej przy­szło­ści w jej ręce!

-?Chwi­leczkę. -?Po twa­rzy Geo­rge'a prze­mknął wyraz zdu­mie­nia. - Przy­by­łeś do nas z Che­ster, Mat­thew, czy...

-?Nie musisz odpo­wia­dać, Matt -?ode­zwał się Tom. -?Janus przy­był do nas, żeby osią­gnąć jakiś cel, a nam nie wolno mu prze­szka­dzać.

-?Mów do rze­czy, Tom... jeśli potra­fisz -?rzu­cił zło­śli­wie Kit.

-?Jedną twa­rzą Mat­thew i Diana patrzą w prze­szłość, drugą spo­glą­dają w przy­szłość -?cią­gnął Tom nie­znie­chę­cony uwagą przy­ja­ciela.

-?Ale jeśli Matt nie jest... -?Geo­rge umilkł.

-?Tom ma rację -?włą­czył się Rale­igh. -?Mat­thew jest naszym przy­ja­cie­lem i popro­sił nas o pomoc. O ile sobie przy­po­mi­nam, zro­bił to po raz pierw­szy. I to wszystko, co musimy wie­dzieć.

-?On prosi o zbyt wiele -?oświad­czył Kit.

-?Za wiele? Według mnie o zbyt mało i za późno. Mat­thew zapła­cił za jeden z moich stat­ków, ura­to­wał posia­dło­ści Toma i od dawna zaopa­truje Geo­rge'a i Toma w książki i speł­nia ich marze­nia. A jeśli cho­dzi o cie­bie... -?Wal­ter zmie­rzył Mar­lowe'a od stóp do głów -?...wszystko w tobie i na tobie, od two­ich pomy­słów po ostatni kie­li­szek wina i kape­lusz na gło­wie, zawdzię­czasz łaska­wo­ści Mat­thew Roy­dona. Zapew­nie­nie bez­piecz­nego portu jego żonie w cza­sie obec­nej burzy jest drob­nostką w porów­na­niu z całą resztą.

-?Dzię­kuję, Wal­te­rze. -?Mat­thew wyglą­dał, jakby mu ulżyło, ale uśmiech, który mi posłał, był ostrożny. Prze­ko­na­nie przy­ja­ciół, a zwłasz­cza Wal­tera, oka­zało się jesz­cze trud­niej­sze, niż ocze­ki­wał.

-?Będziemy musieli wymy­ślić jakąś histo­ryjkę, by wyja­śnić, jak twoja żona tutaj tra­fiła -?rzekł Wal­ter w zamy­śle­niu. -?Coś, co odwróci uwagę od jej dziw­no­ści.

-?Diana potrze­buje rów­nież nauczy­ciela -?dodał Mat­thew.

-?Z pew­no­ścią trzeba ją nauczyć paru manier -?rzu­cił zło­śli­wie Kit.

-?Nie, jej nauczy­cielką musi być inna cza­row­nica.

Wal­ter prych­nął z roz­ba­wie­niem.

-?Wąt­pię, czy w pro­mie­niu dwu­dzie­stu mil od Wood­stock znaj­dzie się jakaś cza­row­nica. Nie, kiedy ty tu miesz­kasz.

-?A co z księgą, pani Roy­don? -?Z kie­szeni ukry­tej w obszer­nych fał­dach krót­kich bry­cze­sów Geo­rge wyjął zaostrzony szary patyk. Poli­zał czu­bek ołówka i uniósł go. -?Może mi pani podać roz­miary i zawar­tość? Poszu­kam jej w Oks­for­dzie.

-?Książka może pocze­kać -?powie­dzia­łam. -?Naj­pierw potrze­buję odpo­wied­nich ubrań. Nie mogę wyjść z domu w kafta­nie Pierre'a i spód­nicy, którą sio­stra Mat­thew nosiła na pogrze­bie Jane Sey­mour.

-?Wyjść z domu? -?rzu­cił drwiąco Kit. -?Kom­pletne sza­leń­stwo.

-?Kit ma rację -?rzekł prze­pra­sza­ją­cym tonem Geo­rge i coś zapi­sał w note­sie. -?Pani mowa wyraź­nie zdra­dza, że jest pani w Anglii obca. Był­bym szczę­śliwy, gdy­bym mógł udzie­lić pani lek­cji dyk­cji, pani Roy­don.

Myśl o Geo­rge'u Chap­ma­nie odgry­wa­ją­cym Henry'ego Hig­ginsa wobec Elizy Doolit­tle spra­wiła, że tęsk­nie spoj­rza­łam w stronę wyj­ścia.

-?W ogóle nie powinno się pozwo­lić jej mówić, Matt -?upie­rał się Kit. - Każ jej mil­czeć.

-?Potrze­bu­jemy kobiety, która udzieli rad Dia­nie. Dla­czego nie ma wśród was pię­ciu żad­nej córki, żony albo kochanki?

W pokoju zapa­dła głę­boka cisza.

-?Wal­te­rze? -?rzu­cił Kit, przy­pra­wia­jąc pozo­sta­łych męż­czyzn o atak śmie­chu, co roz­luź­niło ciężką atmos­ferę, jakby przez pokój prze­le­ciała let­nia burza. Nawet Mat­thew dołą­czył do ogól­nej weso­ło­ści.

Kiedy śmiech ucichł, do pokoju wszedł Pierre, dep­cząc gałązki roz­ma­rynu i lawendy roz­rzu­cone wśród sito­wia, które wykła­dano na pod­ło­gach, żeby wil­goć nie prze­nik­nęła całego domu. W tej samej chwili dzwony zaczęły wybi­jać godzinę dwu­na­stą. Podob­nie jak wcze­śniej widok pigw, tak teraz połącz­nie dźwię­ków i zapa­chów prze­nio­sło mnie z powro­tem do Madi­son.

Prze­szłość, teraź­niej­szość i prze­szłość spo­tkały się ze sobą. Zamiast powol­nego, płyn­nego roz­wi­ja­nia się nastą­pił bez­ruch, jakby czas się zatrzy­mał. Oddech uwiązł mi w krtani.

-?Diano? -?Mat­thew wziął mnie za łokieć.

Coś nie­bie­skiego i bursz­ty­no­wego przy­cią­gnęło moją uwagę, splot świa­tła i koloru. Był gęsto utkany w rogu pokoju, gdzie nie mogłoby się zmie­ścić nic oprócz paję­czyn i kurzu. Zafa­scy­no­wana pró­bo­wa­łam ruszyć w tamtę stronę.

-?Ma jakiś atak? -?zapy­tał Henry, któ­rego twarz zma­te­ria­li­zo­wała się ponad ramie­niem Mat­thew.

Ude­rze­nia dzwonu uci­chły, zapach lawendy wywie­trzał. Nie­bie­ski i bursz­ty­nowy zbla­kły do sza­ro­ści i bieli, po czym znik­nęły.

-?Prze­pra­szam. Myśla­łam, że widzę coś w rogu. To musiała być gra świa­tła. -?Przy­ci­snę­łam dłoń do policzka.

-?Może cier­pisz na jet lag, mon coeur -?szep­nał Mat­thew. -?Obie­ca­łem ci spa­cer po parku. Pój­dziesz ze mną, żeby oczy­ścić umysł?

Może były to skutki podróży w cza­sie i rze­czy­wi­ście świeże powie­trze mogłoby pomóc. Ale Mat­thew nie widział tych ludzi od ponad czte­rech wie­ków.

-?Powi­nie­neś być ze swo­imi przy­ja­ciółmi -?oświad­czy­łam twardo, choć mój wzrok powę­dro­wał w stronę okien.

-?Oni na­dal będą tu pili moje wino, kiedy wró­cimy -?rzekł Mat­thew z uśmie­chem i odwró­cił się do Wal­tera. -?Zamie­rzam poka­zać Dia­nie posia­dłość i upew­nić się, że znaj­dzie drogę przez ogrody.

-?Będziemy musieli póź­niej poroz­ma­wiać -?ostrzegł go Wal­ter. -?Są sprawy do omó­wie­nia.

Mat­thew poki­wał głową i objął mnie w talii.

-?To może pocze­kać.

Zosta­wi­li­śmy Nocną Szkołę w cie­płym salo­niku i wyszli­śmy z domu. Tom już stra­cił zain­te­re­so­wa­nie pro­ble­mami wam­pira i cza­row­nicy i pogrą­żył się w lek­tu­rze. Geo­rge'a pochło­nęły jego wła­sne myśli i teraz skrzęt­nie zapi­sy­wał coś w notat­niku. Spoj­rze­nie Kita było czujne, Wal­tera ostrożne, Henry'ego pełne współ­czu­cia. Trzej męż­czyźni w swo­ich czar­nych stro­jach wyglą­dali z tymi poważ­nymi minami jak nie­życz­liwe kruki. Przy­po­mniało mi się coś, co Szek­spir wkrótce miał powie­dzieć o tej nie­zwy­kłej grupce.

-?Jak to się zaczyna? -?wyszep­ta­łam. -?"Czerń jest zna­kiem pie­kła".

Mat­thew zro­bił zadu­maną minę.

-?"Czerń jest zna­kiem pie­kła. Barwą lochów i szkoły nocy".

-?Kolor przy­jaźni powi­nien być wyraź­niej­szy -?stwier­dzi­łam. Widzia­łam, jak Mat­thew radzi sobie z czy­tel­ni­kami w Biblio­tece Bodle­jań­skiej, ale jego wpływ na takich ludzi jak Wal­ter Rale­igh i Kit Mar­lowe na­dal mnie zaska­ki­wał. -?Jest coś, czego by dla cie­bie nie zro­bili, Mat­thew?

-?Módl się do Boga, żeby­śmy ni­gdy się tego nie dowie­dzieli -?skwi­to­wał z powagą mój mąż.

Rozdział 3

W ponie­dzia­łek rano ukryto mnie w gabi­ne­cie Mat­thew. Mie­ścił się on mię­dzy apar­ta­men­tem Pierre'a i mniej­szą kom­natą, któ­rej uży­wano jako biura. Roz­ta­czał się z niego widok na stró­żówkę i drogę do Wood­stock.

Więk­szość chłop­ców -?teraz, kiedy pozna­łam ich lepiej, to okre­śle­nie wyda­wało się dużo bar­dziej odpo­wied­nie niż nazwa Nocna Szkoła - schro­niła się w pomiesz­cze­niu, które Mat­thew nazy­wał poko­jem śnia­da­nio­wym. Tam przy piwie i winie zatrud­nili swoją znaczną wyobraź­nię, żeby uło­żyć dla mnie odpo­wiedni sce­na­riusz. Wal­ter zapew­niał mnie, że kiedy bajeczka będzie gotowa, wyja­śni moje nagłe poja­wie­nie się w Wood­stock cie­kaw­skim miesz­kań­com i ogra­ni­czy pyta­nia na temat mojego dziw­nego akcentu i zacho­wa­nia.

Histo­ria, którą wymy­ślili do tej pory, oka­zała się wyjąt­kowo dra­ma­tyczna. I nic dziw­nego, skoro dwaj z naszych rezy­den­tów byli dra­ma­to­pi­sa­rzami. Kit i Geo­rge wymy­ślili klu­czowe ele­menty intrygi. Wśród postaci zna­leźli się fran­cu­scy rodzice, chciwy szlach­cic polu­jący na bez­radną sie­rotę (mnie) oraz pod­sta­rzali lubież­nicy czy­ha­jący na moją cnotę. W epic­kiej opo­wie­ści zna­la­zły się moje duchowe poszu­ki­wa­nia i kon­wer­sja z kato­li­cy­zmu na kal­wi­nizm. W rezul­ta­cie dopro­wa­dziło to do dobro­wol­nego wygna­nia na zie­mie pro­te­stanc­kiej Anglii, lat biedy, odmiany losu i ratunku ze strony Mat­thew. Geo­rge (który rze­czy­wi­ście miał w sobie coś z bel­fra) obie­cał wyuczyć mnie szcze­gó­łów, kiedy nada­dzą swo­jej histo­rii ostatni szlif.

Cie­szy­łam się względ­nym spo­ko­jem, który był rzad­kim towa­rem w zatło­czo­nym elż­bie­tań­skim domo­stwie tej wiel­ko­ści. Jak nie­sforne dziecko Kit nie­zmien­nie wyczu­wał naj­gor­szy moment, żeby dostar­czyć pocztę, zapo­wie­dzieć obiad albo pro­sić Mat­thew o pomoc w kolej­nych kło­po­tach. A mojemu mężowi, co zro­zu­miałe, zale­żało na spę­dza­niu czasu z przy­ja­ciółmi, któ­rych nie spo­dzie­wał się kie­dyś jesz­cze zoba­czyć.

Obec­nie roz­ma­wiał z Wal­te­rem, a ja, cze­ka­jąc na jego powrót, zaję­łam się pewną małą ksią­żeczką. Stół przy oknie był zasłany pękami naostrzo­nych gęsich piór i szkla­nymi pojem­ni­kami z atra­men­tem. Obok leżały roz­rzu­cone inne przy­bory: wosk do pie­czę­to­wa­nia kore­spon­den­cji, cienki nóż do otwie­ra­nia listów, świeca, srebrne sitko. To ostat­nie nie było pełne soli, tylko pia­sku, o czym się prze­ko­na­łam, jedząc na śnia­da­nie zgrzy­ta­jące jajka.

Na moim sto­liku stało podobne sitko, jak się oka­zało słu­żące do posy­py­wa­nia pia­skiem atra­mentu na kartce, żeby się nie roz­ma­zał, kała­marz z czar­nym atra­men­tem i resztki trzech piór. Obec­nie nisz­czy­łam czwarte, sta­ra­jąc się opa­no­wać skom­pli­ko­wane zakrę­tasy elż­bie­tań­skiego pisma. Lista spraw do zała­twie­nia powinna być łatwi­zną. Jako histo­ryczka spę­dzi­łam lata na czy­ta­niu sta­rego pisma i wie­dzia­łam dokład­nie, jak powinny wyglą­dać litery, jakich słów w danym okre­sie naj­czę­ściej uży­wano i jakie błędy wymowy mogę popeł­nić w cza­sach, kiedy ist­niało nie­wiele słow­ni­ków i pod­ręcz­ni­ków do gra­ma­tyki.

Oka­zało się, że wyzwa­niem nie jest teo­ria, tylko prak­tyka. Po prze­pra­co­wa­niu wielu lat jako eks­pertka znowu zosta­łam uczen­nicą. Tylko że tym razem moim celem nie było zro­zu­mie­nie prze­szło­ści, ale życie w niej. Na razie doświad­cze­nie oka­zało się upo­ka­rza­jące, a jedy­nym, czego mi się udało doko­nać, był bała­gan na pierw­szej stro­nie pustego notat­nika, który tego ranka dał mi Mat­thew.

-?To elż­bie­tań­ski odpo­wied­nik lap­topa -?wyja­śnił, wrę­cza­jąc mi cienki tomik. -?Jesteś kobietą piśmienną i potrze­bu­jesz miej­sca do kre­śle­nia liter.

Otwo­rzy­łam nowiutką okładkę, uwal­nia­jąc inten­sywny zapach papieru. Więk­szość cno­tli­wych kobiet w tych cza­sach uży­wała takich małych ksią­że­czek do zapi­sy­wa­nia modlitw.

Diana.

W miej­scu, gdzie moc­niej przy­ci­snę­łam pióro na początku D, powstał gruby kleks, a zanim dotar­łam do ostat­niego A, wyczer­pał się atra­ment. Mimo to moje wysiłki dały w rezul­ta­cie cał­kiem zno­śny przy­kład kur­sywy z epoki. Moja ręka poru­szała się wol­niej niż Mat­thew, kiedy w listach uży­wał zyg­za­ko­wa­tej kur­sywy gotyc­kiej. Było to pismo praw­ni­ków, leka­rzy i innych pro­fe­sjo­na­li­stów, ale obec­nie dla mnie za trudne.

Bishop.

To było jesz­cze lep­sze, ale mój uśmiech szybko zgasł na widok nazwi­ska. Teraz byłam mężatką. Zanu­rzy­łam pióro w atra­men­cie.

de Cler­mont.

Diana de Cler­mont. Odpo­wied­nie dla hra­biny, a nie dla histo­ryczki. Kro­pla atra­mentu kap­nęła na kartkę. Zdu­si­łam prze­kleń­stwo, widząc czarny kleks. Na szczę­ście nazwi­sko się nie zama­zało. Ale ono rów­nież nie było moje. Roz­sma­ro­wa­łam kleks na całym de Cler­mont. Na­dal można było je odczy­tać... ledwo. Uspo­ko­iłam dłoń i nie­śpiesz­nie skre­śli­łam nowe litery.

Roy­don.

Tak się teraz nazy­wa­łam. Diana Roy­don, żona naj­bar­dziej zagad­ko­wej postaci zwią­za­nej z tajem­ni­czą Szkołą Nocy. Kry­tycz­nie przyj­rza­łam się kartce. Moje pismo było kata­strofą. Nie wyglą­dało ani tro­chę tak, jak schludne i zaokrą­glone che­mika Roberta Boyle'a czy jego bły­sko­tli­wej sio­stry Kathe­rine. Mia­łam nadzieję, że w roku 1590 pismo kobiece było dużo bar­dziej nie­wprawne niż w 1690. Jesz­cze kilka pocią­gnięć pióra, ostatni zawi­jas i będzie koniec.

Dzien­nik.

Na zewnątrz roz­brzmiały męskie głosy. Zmarsz­czy­łam brwi, odło­ży­łam pióro i pode­szłam do okna.

Na dole stali Mat­thew i Wal­ter. Szyby tłu­miły ich słowa, ale temat roz­mowy naj­wy­raź­niej był nie­przy­jemny, sądząc po udrę­czo­nym wyra­zie twa­rzy mojego męża i naje­żo­nych brwiach Wal­tera Rale­igh. Kiedy Mat­thew mach­nął ręką i odwró­cił się, żeby odejść, Wal­ter zatrzy­mał go, chwy­ta­jąc za ramię.

Coś drę­czyło mojego męża, odkąd dostał pierw­szą por­cję kore­spon­den­cji tego ranka. Popadł w mil­cze­nie i przez dłuż­szy czas nie otwie­rał torby. Choć wyja­śnił, że listy doty­czą zwy­kłych spraw posia­dło­ści, z pew­no­ścią cho­dziło o coś wię­cej niż podatki czy rachunki.

Przy­ci­snę­łam cie­płą dłoń do chłod­nej szyby, jakby tylko szkło dzie­liło mnie od Mat­thew. Róż­nica tem­pe­ra­tur przy­po­mniała mi o kon­tra­ście mię­dzy cie­pło­krwi­stą cza­row­nicą i zim­no­krwi­stym wam­pi­rem. Wró­ci­łam na swoje miej­sce i się­gnę­łam po pióro.

-?Posta­no­wi­łem, że jed­nak zosta­wisz po sobie ślad w szes­na­stym wieku. - Mat­thew nagle zna­lazł się u mojego boku. Drga­nie kącika jego ust wska­zy­wało na roz­ba­wie­nie, ale nie cał­kiem ukry­wało napię­cie.

-?Na­dal nie jestem pewna, że trwałe memento mojego pobytu tutaj jest dobrym pomy­słem -?powie­dzia­łam. -?Przy­szli uczeni mogą się zorien­to­wać, że jest w nim coś dziw­nego. -?Tak jak Kit wie­dział, że coś ze mną jest nie tak.

-?Nie martw się. Książka nie opu­ści tego domu. -?Mat­thew się­gnął po plik poczty.

-?Nie możesz być tego pewien -?zapro­te­sto­wa­łam.

-?Niech histo­ria sama o sie­bie zadba, Diano -?rzekł mój mąż zde­cy­do­wa­nie, jakby sprawa była już prze­są­dzona.

Ja jed­nak nie mogłam zre­zy­gno­wać z przy­szło­ści... ani ze swo­ich obaw co do skut­ków, jakie mogła na nią mieć nasza obec­ność w prze­szło­ści.

-?Na­dal uwa­żam, że nie powin­ni­śmy pozwo­lić Kitowi zatrzy­mać tej figurki sza­cho­wej.

Naszło mnie wspo­mnie­nie Mar­lowe'a trium­fal­nie ści­ska­ją­cego mały posą­żek Diany. Biała kró­lowa w dro­gich srebr­nych sza­chach Mat­thew była jed­nym z przed­mio­tów, któ­rych uży­łam, żeby dotrzeć do wła­ści­wego miej­sca w prze­szło­ści. Dwójka mło­dych demo­nów, Sophie Nor­man i jej mąż Natha­niel Wil­son, nie­ocze­ki­wa­nie dostar­czyła ją do domu moich cio­tek w Madi­son, aku­rat kiedy zde­cy­do­wa­li­śmy się na podróż w cza­sie.

-?Kit wygrał ją ode mnie uczci­wie zeszłej nocy, jak było do prze­wi­dze­nia. Przy­naj­mniej tym razem mogłem zoba­czyć, jak tego doko­nał. Odwró­cił moją uwagę wieżą. -?Mat­thew napi­sał krótki list z godną zazdro­ści wprawą i zło­żył kartkę w zgrabny pakie­cik. Następ­nie upu­ścił sto­pioną cyno­brową kro­plę na brzeg papieru i przy­ci­snął do niej sygnet. Na zło­tej powierzchni pier­ście­nia wid­niał pro­sty glif w kształ­cie Jowi­sza, a nie bar­dziej wymyślny wzór, który Satu wypa­liła na mojej skó­rze. Wosk zaskwier­czał, sty­gnąc. -?Moja biała kró­lowa w jakiś spo­sób tra­fiła z rąk Kita do rodziny cza­row­nic z Karo­liny Pół­noc­nej. Musimy wie­rzyć, że znowu tak się sta­nie, z naszą pomocą czy bez niej.

-?Kit nie znał mnie wcze­śniej. I mnie nie lubi.

-?Kolejny powód, żeby się nie mar­twić. Póki patrze­nie na podo­bi­znę Diany spra­wia mu ból, nie będzie w sta­nie się z nią roz­stać. Chri­sto­pher Mar­lowe jest maso­chi­stą pierw­szej wody. -?Mat­thew wziął kolejny list i roz­ciął go nożem.

Przyj­rza­łam się innym przed­mio­tom leżą­cym na moim stole i się­gnę­łam po sto­sik monet. Prak­tyczna zna­jo­mość elż­bie­tań­skiej waluty nie wcho­dziła w zakres moich stu­diów. Podob­nie jak zarzą­dza­nie domem, wła­ściwa kolej­ność nakła­da­nia bie­li­zny, formy zwra­ca­nia się do służby czy przy­go­to­wa­nie leku na ból głowy Toma. Dys­ku­sje z Françoise na temat gar­de­roby ujaw­niły moją igno­ran­cję, jeśli cho­dzi o potoczne nazwy pod­sta­wo­wych kolo­rów. "Sracz­ko­watą zie­leń" zna­łam, ale szcze­gólny odcień sza­ra­wego brązu znany jako "szczu­rza sierść" już nie. Moje dotych­cza­sowe doświad­cze­nia skła­niały mnie do snu­cia pla­nów udu­sze­nia za rażące zanie­dba­nie obo­wiąz­ków pierw­szego spe­cja­li­zu­ją­cego się w Tudo­rach histo­ryka, któ­rego spo­tkam po powro­cie.

Jed­nakże odkry­wa­nie szcze­gó­łów codzien­nego życia wcią­gnęło mnie na tyle, że szybko zapo­mnia­łam o iry­ta­cji. Przyj­rza­łam się mone­tom, które trzy­ma­łam w gar­ści, i wyszu­ka­łam wsród nich srebrny pens. Był to kamień węgielny, na któ­rym została wznie­siona moja nie­pewna wie­dza. Moneta oka­zała się nie więk­sza od paznok­cia kciuka, cienka jak opła­tek i miała na awer­sie taki sam pro­fil kró­lo­wej Elż­biety jak więk­szość pozo­sta­łych. Resztę uło­ży­łam według war­to­ści i zaczę­łam skru­pu­lat­nie je zapi­sy­wać na następ­nej czy­stej stro­nie notat­nika.

-?Dzię­kuję, Pierre -?wymam­ro­tał Mat­thew, ledwo pod­no­sząc wzrok, kiedy sługa wziął zapie­czę­to­wane listy i poło­żył na stole jesz­cze wię­cej kore­spon­den­cji.

Pisa­li­śmy w przy­ja­znym mil­cze­niu. Wkrótce skoń­czy­łam listę monet i pró­bo­wa­łam sobie przy­po­mnieć, czego Char­les, lako­niczny domowy kucharz, nauczył mnie na temat robie­nia win­nej polewki z kaszą. A może cho­dziło o napój z gorą­cego mleka z korze­niami i winem?

Winna polewka na ból głowy

Zado­wo­lona ze sto­sun­kowo rów­niej linii tek­stu, tylko trzech malut­kich klek­sów i chwiej­nego W, pisa­łam dalej.

Dopro­wadź wodę do wrze­nia. Wbij dwa żółtka. Dolej bia­łego wina i ubij je razem. Kiedy woda się zago­tuje, odstaw ją w chłodne miej­sce, po czym wlej do niej wino i jajka. Zamie­szaj, aż znowu zacznie wrzeć. Dodaj sza­fran i miód.

Otrzy­mana mik­stura była ohydna -?jado­wi­cie żółta, o kon­sy­sten­cji pół­płyn­nego wiej­skiego sera -?ale Tom prze­łknął ją bez skargi. Póź­niej, kiedy zapy­ta­łam Char­lesa o wła­ściwe pro­por­cje miodu do wina, on wyrzu­cił ręce w górę zde­gu­sto­wany moją igno­ran­cją i bez słowa odma­sze­ro­wał.

Życie w prze­szło­ści zawsze było moim skry­wa­nym marze­niem, ale oka­zało się dużo trud­niej­sze, niż sobie wyobra­ża­łam. Wes­tchnę­łam.

-?Będziesz potrze­bo­wała cze­goś wię­cej niż tego notat­nika, żeby poczuć się tutaj jak w domu. -?Mat­thew nie odry­wał wzroku od kore­spon­den­cji. - Powin­naś rów­nież mieć swój pokój. Może weź­miesz ten? Jest dosta­tecz­nie jasny, żeby słu­żył jako biblio­teka. Albo mogła­byś go zmie­nić w labo­ra­to­rium alche­miczne... choć pew­nie wola­ła­byś tro­chę wię­cej pry­wat­no­ści, jeśli pla­nu­jesz zamie­niać ołów w złoto. Jest przy kuchni pomiesz­cze­nie, które mogłoby się nadać.

-?Kuch­nia raczej odpada. Char­les mnie nie lubi.

-?On nie lubi nikogo. Françoise rów­nież, nie licząc oczy­wi­ście Char­lesa, któ­rego czci jako nie­ro­zu­mia­nego świę­tego mimo jego zami­ło­wa­nia do trun­ków.

W kory­ta­rzu roz­le­gły się cięż­kie kroki. Po chwili w progu sta­nęła Françoise z miną wyra­ża­jącą dez­apro­batę.

-?Przy­szli ludzie do pani Roy­don -?oznaj­miła i odsu­nęła się na bok, żeby prze­pu­ścić siwo­wło­sego sie­dem­dzie­się­cio­latka o stward­nia­łych dło­niach i dużo młod­szego męż­czy­znę, wyraź­nie skrę­po­wa­nego. Żaden z nich nie był bytem.

-?Somers. -?Mat­thew zmarsz­czył brwi. -?A to jest młody Joseph Bidwell?

-?Tak, panie Roy­don. -?Mło­dzie­niec zdjął kape­lusz z głowy.

-?Pani Roy­don pozwoli wam teraz wziąć miarę -?powie­działa Françoise.

-?Miarę? -?Mat­thew skie­ro­wał wzrok na mnie i na Françoise, doma­ga­jąc się odpo­wie­dzi... szybko.

-?Buty -?wyja­śniła słu­żąca. -?Ręka­wiczki. Do gar­de­roby madame.

Z poży­cze­niem butów był więk­szy kło­pot niż z hal­kami.

-?Popro­si­łam Françoise, żeby po nich posłała -?wyja­śni­łam, licząc na apro­batę Mat­thew.

Oczy Somersa się roz­sze­rzyły, kiedy usły­szał mój dziwny akcent. Potem jego twarz na powrót przy­brała wyraz neu­tral­nego sza­cunku.

-?Podróż mojej żony oka­zała się nie­ocze­ki­wa­nie trudna -?powie­dział gładko Mat­thew, sta­jąc u mojego boku. -?Jej bagaże zagi­nęły. Nie­stety, Bidwell, nie mamy dla cie­bie butów, które mógł­byś sko­pio­wać. -?Poło­żył dłoń na moim ramie­niu, żeby uci­szyć dal­sze komen­ta­rze.

-?Czy mogę, pani Roy­don? -?zapy­tał Bidwell, pochy­la­jąc się do moich stóp. Jego palce zawi­sły nad tasiem­kami źle dopa­so­wa­nych pan­to­fli. Poży­czone obu­wie zdra­dzało, że nie jestem tym, za kogo się podaję.

-?Pro­szę -?odpo­wie­dział Mat­thew, zanim ja zdą­ży­łam się ode­zwać.

Françoise posłała mi współ­czu­jące spoj­rze­nie. Wie­działa, jak to jest być uci­sza­nym przez Mat­thew Roy­dona.

Młody czło­wiek drgnął, kiedy dotknął mojej cie­płej stopy i jej szyb­kiego pulsu. Naj­wy­raź­niej spo­dzie­wał się zim­niej­szej, mniej żywej koń­czyny.

-?Zaj­mij się pracą -?rzu­cił ostro Mat­thew.

-?Sir. Milor­dzie. Panie Roy­don. -?Mło­dzie­niec wyrzu­cił z sie­bie wszel­kie dostępne tytuły oprócz "Wasza Wyso­kość" i "książę ciem­no­ści". Ale te ostat­nie i tak zawi­sły w powie­trzu.

-?Gdzie twój ojciec, chłop­cze? -?Głos Mat­thew zła­god­niał.

-?Leży chory w łóżku od czte­rech dni, panie Roy­don.

Bidwell wyjął z woreczka przy­tro­czo­nego do pasa kawa­łek filcu i umie­ścił na nim moje obie stopy, po czym obry­so­wał je kawał­kiem węgla. Zro­bił jakieś notatki na filcu i szybko skoń­czyw­szy swoje zada­nie, uwol­nił moje nogi. Następ­nie podał mi dziwną ksią­żeczkę zro­bioną z kwa­dra­tów kolo­ro­wej skóry zszy­tych ze sobą skó­rza­nymi rze­my­kami.

-?Jakie kolory są popu­larne, panie Bidwell? -?spy­ta­łam, odsu­wa­jąc prób­nik. Potrze­bo­wa­łam rady, a nie wielu moż­li­wo­ści do wyboru.

-?Panie, które cho­dzą na dwór, zama­wiają białe tło­czone zło­tem albo sre­brem.

-?My nie cho­dzimy na dwór -?pośpiesz­nie rzu­cił Mat­thew.

-?W takim razie czarne i ładne płowe. -?Bidwell poka­zał skra­wek skóry w kolo­rze kar­melu.

Mat­thew go zaak­cep­to­wał, zanim ja zdą­ży­łam powie­dzieć choć słowo.

Potem przy­szła kolej na star­szego męż­czy­znę. On rów­nież był zasko­czony, kiedy ujął moją rękę i poczuł stward­nie­nia na wewnętrz­nej stro­nie dłoni. Dobrze wycho­wane damy, które poślu­biały takich męż­czyzn jak Mat­thew, nie wio­sło­wały. Somers zauwa­żył rów­nież zgru­bie­nie na moim środ­ko­wym palcu. Damy nie mie­wały odci­sków od zbyt moc­nego ści­ska­nia piór. Somers wsu­nął na moją prawą dłoń ręka­wiczkę miękką jak masło i o wiele za dużą. W obrę­bek była wetknięta igła z grubą nicią.

-?Czy twój ojciec ma wszystko, czego mu trzeba? -?zapy­tał Mat­thew.

-?Tak, dzię­kuję, panie Roy­don -?odparł z ukło­nem szewc.

-?Char­les pośle mu budyń i sar­ninę. -?Spoj­rze­nie Mat­thew prze­su­nęło się po chu­dej postaci mło­dzieńca. -?I tro­chę wina.

-?Pan Bidwell będzie wdzięczny za pań­ską łaska­wość -?ode­zwał się Somers, prze­cią­ga­jąc nić przez skórę, żeby dopa­so­wać ręka­wiczkę.

-?Ktoś jesz­cze jest chory? -?zain­te­re­so­wał się Mat­thew.

-?Dziew­czynka Rafe'a Meadowsa dostała strasz­nej gorączki -?odparł Somers. -?Oba­wia­li­śmy się o sta­rego Edwarda, ale on tylko zapadł na febrę.

-?Ufam, że córka Meadowsa wyzdro­wiała.

-?Nie. -?Somers szarp­nął nitkę. -?Pocho­wali ją trzy dni temu. Niech Bóg ma w opiece jej duszę.

-?Amen -?odpo­wie­dzieli wszy­scy obecni w pokoju.

Françoise unio­sła brwi i lek­kim ruchem głowy wska­zała na Somersa. Z opóź­nie­niem dołą­czy­łam do chóru.

Po wyko­na­niu swo­ich zadań i obiet­nicy, że ręka­wiczki i buty będą gotowe pod koniec tygo­dnia, obaj męż­czyźni ukło­nili się i wyszli. Françoise ruszyła za nimi, ale Mat­thew ją zatrzy­mał.

-?Żad­nych wię­cej wizyt u Diany. -?Mówił poważ­nym tonem. -?Dopil­nuj, żeby ten Edward Cam­ber­well dostał pie­lę­gniarkę, która się nim zaj­mie, oraz dość jedze­nia i picia.

Françoise dygnęła i wyszła z kolej­nym współ­czu­ją­cym spoj­rze­niem.

-?Oba­wiam się, że ludzie z wio­ski wie­dzą, że tu nie pasuję. - Prze­su­nę­łam po czole drżącą ręką. -?Moim pro­ble­mem są samo­gło­ski. I into­na­cja, która opada, kiedy powinna się wzno­sić. I nie wiem, kiedy należy mówić "amen"? Ktoś musi mnie nauczyć się modlić, Mat­thew. Muszę od cze­goś zacząć i...

-?Spo­koj­nie -?powie­dział Mat­thew, obej­mu­jąc moją ści­śniętą gor­se­tem talię. Nawet przez kilka warstw ubra­nia jego dotyk był kojący. -?To nie jest egza­min ustny w Oks­for­dzie ani twój sce­niczny debiut. Wtła­cza­nie infor­ma­cji do głowy i powta­rza­nie kwe­stii ci nie pomoże. Powin­naś mnie zapy­tać, nim wezwa­łaś Bidwella i Somersa.

-?Jak możesz wciąż od nowa uda­wać kogoś nowego, kogoś innego? - zapy­ta­łam. Nie mogłam się temu nadzi­wić.

Mat­thew robił to mnó­stwo razy przez stu­le­cia, kiedy uda­wał, że umiera, tylko po to, by zja­wić się w innym kraju, mówić innym języ­kiem, być zna­nym pod innym nazwi­skiem.

-?Pierw­sza rzecz to prze­stać uda­wać. -?Na mojej twa­rzy musiało wyraź­nie odma­lo­wać się zdu­mie­nie, bo Mat­thew mówił dalej: -?Przy­po­mnij sobie, co mówi­łem ci w Oks­for­dzie. Nie można żyć w kłam­stwie, czy jest nim uda­wa­nie czło­wieka, kiedy naprawdę jesteś cza­row­nicą, czy kobiety z cza­sów elż­bie­tań­skich, pod­czas gdy pocho­dzisz z dwu­dzie­stego pierw­szego wieku. To jest teraz twoje życie. Nie sta­raj się myśleć o nim jak o roli.

-?Ale mój akcent, spo­sób cho­dze­nia... Nawet ja zwró­ci­łam uwagę na dłu­gość moich kro­ków w porów­na­niu z innymi kobie­tami, a otwarte drwiny Kita z mojego męskiego chodu jasno mi to uświa­do­miły.

-?Przy­sto­su­jesz się. Na razie ludzie w Wood­stock będą gadać, ale wkrótce sta­niesz się swoja i plotki ustaną.

Spoj­rza­łam na niego z powąt­pie­wa­niem.

-?Po pro­stu jesteś cie­ka­wostką tygo­dnia. -?Mat­thew zer­k­nął na mój notat­nik, zauwa­żył kleksy i nie­pewne pismo. -?Za mocno ści­skasz pióro. To dla­tego czu­bek się łamie, a atra­ment nie chce pły­nąć. Swo­jego nowego życia rów­nież za mocno się chwy­tasz.

-?Ni­gdy nie sądzi­łam, że to będzie takie trudne.

-?Szybko się uczysz i póki miesz­kasz bez­piecz­nie w Sta­rym Domu, jesteś wśród przy­ja­ciół. Ale na razie żad­nych wię­cej gości. Co teraz piszesz?

-?Głów­nie swoje nazwi­sko.

Mat­thew prze­rzu­cił kartki, spraw­dza­jąc to, co zapi­sa­łam. Uniósł brew.

-?Przy­go­to­wy­wa­łaś się rów­nież do egza­minu z eko­no­mii i kuli­na­riów. Dla­czego zamiast tego nie napi­szesz, co się dzieje w domu?

-?Bo muszę wie­dzieć, jak radzić sobie w szes­na­stym wieku. Oczy­wi­ście dzien­nik rów­nież mógłby być uży­teczny. -?Roz­wa­ży­łam tę moż­li­wość. Z pew­no­ścią pomo­głaby mi odna­leźć się w moim na­dal zabu­rzo­nym poczu­ciu czasu. -?Nie powin­nam uży­wać peł­nych nazwisk. Ludzie w tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym roku posłu­gi­wali się ini­cja­łami, żeby oszczę­dzić papier i atra­ment. I nikt nie zaj­mo­wał się prze­my­śle­niami czy emo­cjami.

-?Naj­wyż­sza ocena za pro­wa­dze­nie szes­na­sto­wiecz­nych angiel­skich reje­strów -?powie­dział Mat­thew ze śmie­chem.

-?Czy kobiety zapi­sują to samo, co męż­czyźni?

Mat­thew ujął mnie pod brodę.

-?Jesteś nie­moż­liwa. Prze­stań się zasta­na­wiać nad tym, co robią inne kobiety. Bądź sobą. Jedyną i wyjąt­kową.

Kiedy poki­wa­łam głową, Mat­thew mnie poca­ło­wał i zasiadł do stołu.

Trzy­ma­jąc pióro jak naj­luź­niej, zaczę­łam nową stro­nicę. Posta­no­wi­łam użyć sym­boli astro­lo­gicz­nych na ozna­cze­nie dni tygo­dnia i odno­to­wy­wać pogodę, a także zamiesz­czać enig­ma­tyczne uwagi na temat życia w Sta­rym Domu. Taki przy­naj­mniej mia­łam plan.

31 paź­dzier­nika 1590 deszcz, prze­ja­śnie­nia

Tego dnia zosta­łam przed­sta­wiona dobremu przy­ja­cie­lowi mojego męża G.M.

1 listo­pada 1590 zimno i sucho

We wcze­snych godzi­nach ran­nych zawar­łam zna­jo­mość z G.C. Po wscho­dzie słońca przy­byli TH, HP, WR, przy­ja­ciele mojego męża. Księ­życ w pełni.

Nie­któ­rzy przy­szli bada­cze mogli podej­rze­wać, że te ini­cjały odno­szą się do Noc­nej Szkoły, zwłasz­cza ze względu na nazwi­sko Roy­don na pierw­szej stro­nie, ale w żaden spo­sób nie potra­fi­liby tego udo­wod­nić. Poza tym w dzi­siej­szych cza­sach nie­wielu naukow­ców inte­re­so­wało się tą grupą inte­lek­tu­ali­stów. Wykształ­ceni w naj­lep­szym rene­san­so­wym duchu człon­ko­wie Noc­nej Szkoły potra­fili z zadzi­wia­jącą szyb­ko­ścią prze­rzu­cać się na sta­ro­żytne języki. Wszy­scy znali Ary­sto­te­lesa na wyrywki. A kiedy Kit, Wal­ter i Mat­thew zaczy­nali roz­ma­wiać o poli­tyce, ich ency­klo­pe­dyczna wie­dza na temat histo­rii i geo­gra­fii spra­wiała, że pra­wie nikt nie był w sta­nie za nimi nadą­żyć. Od czasu do czasu Geo­rge'owi i Tomowi uda­wało się wygło­sić wła­sną opi­nię, ale jąka­nie i lekka głu­chota unie­moż­li­wiały Henry'emu pełny udział w dys­ku­sjach. Percy przez więk­szość czasu obser­wo­wał przy­ja­ciół z nie­śmia­łym sza­cun­kiem, który był uro­czy, zwa­żyw­szy na to, że hra­bia prze­wyż­szał pozy­cją wszyst­kich obec­nych. Gdyby nie było ich tak wielu, ja też mogła­bym dotrzy­mać im kroku.

Jeśli cho­dzi o Mat­thew, znik­nął zamy­ślony nauko­wiec ślę­czący nad wyni­kami badań i mar­twiący się o przy­szłość gatunku. Zako­cha­łam się w tam­tym Mat­thew, ale stwier­dzi­łam, że robię to wciąż od nowa z jego szes­na­sto­wieczną wer­sją, ocza­ro­wana każ­dym wybu­chem śmie­chu i ripo­stą w cza­sie zażar­tych dys­ku­sji poświę­co­nych jakiejś kon­kret­nej kwe­stii filo­zo­ficz­nej. Mat­thew rzu­cał żar­tami przy kola­cji, nucił w kory­ta­rzach. Bawił się z psami przy kominku w sypialni, dwoma ogrom­nymi, kudła­tymi mastif­fami o imio­nach Anak­sy­man­der i Pery­kles. We współ­cze­snym Oks­for­dzie czy we Fran­cji mój mąż zawsze wyda­wał się tro­chę smutny. Ale w Wood­stock był szczę­śliwy, nawet kiedy przy­ła­py­wa­łam go, jak patrzy na swo­ich przy­ja­ciół. Jakby nie mógł do końca uwie­rzyć, że są praw­dziwi.

-?Zda­jesz sobie sprawę, jak bar­dzo za nimi tęsk­ni­łeś? -?Nie mogłam się powstrzy­mać od prze­szko­dze­nia mu w pracy.

-?Wam­piry nie mogą roz­my­ślać o tych, któ­rych zosta­wiają -?odparł Mat­thew. -?Ina­czej byśmy osza­leli. O nich mia­łem do pamię­ta­nia wię­cej, niż to zwy­kle się zda­rza: słowa, por­trety. Ale zapo­mina się dro­bia­zgi: wyraz twa­rzy, śmiech.

-?Mój ojciec nosił kar­melki w kie­szeni -?wyszep­ta­łam. -?Nie pamię­ta­łam o nich aż do La Pierre. -?Kiedy zamy­kam oczy, na­dal czuję miękką pope­linę jego koszul, zapach tych małych cukier­ków, sły­szę sze­lest celo­fanu.

-?I nie zre­zy­gno­wa­ła­byś teraz z tych wspo­mnień, nawet żeby pozbyć się bólu -?powie­dział łagod­nie Mat­thew.

Wziął następny list i wkrótce jego pióro zaskrzy­piało po papie­rze. Na twarz mojego meża wró­cił wyraz sku­pie­nia razem z drobną zmarszczką nad grzbie­tem nosa. Uło­ży­łam w dłoni swoje pióro pod takim samym kątem jak on i odcze­ka­łam chwilę, nim zanu­rzy­łam je w atra­men­cie. Rze­czy­wi­ście łatwiej było pisać, kiedy się tak kur­czowo go nie ści­skało.

Był Dzień Zaduszny, kiedy wspo­mi­nało się zmar­łych. Domow­nicy od rana dzie­lili się uwa­gami na temat gru­bego szronu, który pokrył liście w ogro­dzie. Naza­jutrz miało być jesz­cze zim­niej, zapo­wia­dał Pierre.

2 listo­pada 1590 mróz

Pobra­nie miary na buty i ręka­wiczki. Françoise szyje.

Françoise szyła mi płaszcz, żeby chro­nił mnie przed chło­dem, oraz cie­płe ubra­nia na cze­ka­jącą nas zimę. Przez cały ranek sie­działa na stry­chu, prze­szu­ku­jąc gar­de­robę zosta­wioną przez Louisę de Cler­mont. Suk­nie sio­stry Mat­thew z ich pro­sto­kąt­nymi dekol­tami i roz­klo­szo­wa­nymi ręka­wami wyszły z mody przed sześć­dzie­się­ciu laty, ale Françoise je prze­ra­biała, żeby lepiej dopa­so­wać do współ­cze­snego stylu i do mojej tro­chę mniej posą­go­wej syl­wetki. Nie była zado­wo­lona, kiedy pruła jedną ze szcze­gól­nie wspa­nia­łych czarno-srebr­nych kre­acji, ale Mat­thew nale­gał. Gosz­cząc w domu Nocną Szkołę, potrze­bo­wa­łam ofi­cjal­nych stro­jów oprócz bar­dziej prak­tycz­nych codzien­nych ubrań.

-?Ale lady Louisa brała ślub w tej sukni, milor­dzie -?zapro­te­sto­wała Françoise.

-?Tak, z osiem­dzie­się­cio­pię­cio­lat­kiem bez żyją­cego potom­stwa, ze sła­bym ser­cem i licz­nymi posia­dło­ściami przy­no­szą­cymi zyski -?przy­po­mniał Mat­thew. -?Sądzę, że ten fata­ła­szek z nad­dat­kiem spła­cił rodzinną inwe­sty­cję. Przyda się Dia­nie, dopóki nie uszy­jesz jej cze­goś lep­szego.

W swoim dzien­niku oczy­wi­ście nie mogłam przy­to­czyć tej roz­mowy. Dobra­łam nato­miast wszyst­kie słowa ostroż­nie, żeby dla innych nic nie zna­czyły, choć u mnie przy­wo­ły­wały żywe obrazy kon­kret­nych ludzi, dźwię­ków i kon­wer­sa­cji. Gdyby notes prze­trwał, przy­szły czy­tel­nik stwier­dziłby, że te drobne frag­menty mojego życia są podane w spo­sób zwię­zły i ste­rylny. Histo­rycy ślę­czeli nad takimi doku­men­tami w próż­nej nadziei, że pod pro­stymi linij­kami tek­stu odkryją bogate, zło­żone życie.

Mat­thew zaklął pod nosem. Nie tylko ja w tym domu coś ukry­wa­łam.

Mój mąż dostał dzi­siaj dużo listów i dał mi tę ksią­żeczkę, żebym zapi­sy­wała w niej swoje wspo­mnie­nia.

Kiedy zanu­rzy­łam pióro w atra­men­cie, do pokoju weszli Henry i Tom, szu­ka­jąc Mat­thew. Moje trze­cie oko się otwo­rzyło, zaska­ku­jąc mnie tą nagłą czuj­no­ścią. Odkąd tu przy­by­li­śmy, moje inne moce -?cza­ro­gień, cza­ro­woda i cza­ro­wiatr -?były dziw­nie nie­obecne. Dzięki nie­ocze­ki­wa­nej spo­strze­gaw­czo­ści ujrza­łam nie tylko czer­wono-czarną inten­syw­ność atmos­fery wokół Mat­thew, ale rów­nież sre­brzy­ste świa­tło ota­cza­jące Toma i ledwo dostrze­galne zie­lono-czarne migo­ta­nie Henry'ego, wszyst­kie rów­nie indy­wi­du­alne jak odci­ski pal­ców.

Wra­ca­jąc myślami do nie­bie­skich i bursz­ty­no­wych nici, które widzia­łam wcze­śniej w kącie Sta­rego Domu, zasta­na­wia­łam się, co może ozna­czać zanik pew­nych mocy, a poja­wie­nie się innych. Rano też był ten epi­zod...

Dostrze­głam coś kątem oka, błysk bursz­tynu prze­ty­ka­nego śla­dami błę­kitu. Było też echo, tak ciche, że bar­dziej się je wyczu­wało, niż sły­szało. Kiedy odwró­ci­łam głowę, żeby zlo­ka­li­zo­wać dźwięk, wra­że­nie minęło. Na skraju mojego pola widze­nia pul­so­wały nici, jakby czas przy­zy­wał mnie do powrotu do domu.

Od pierw­szej podróży w Madi­son, kiedy prze­nio­słam się wstecz o kilka minut, myśla­łam o cza­sie jako o sub­stan­cji zło­żo­nej z nici świa­tła i koloru. Wyda­wało mi się, że mogła­bym sku­pić się na poje­dyn­czej nici i podą­żyć za nią do źró­dła. Teraz, kiedy prze­nio­słam się o kilka wie­ków, wie­dzia­łam, że pod tą pozorną pro­stotą kryją się sploty moż­li­wo­ści, łączące nie­wy­obra­żalną liczbę prze­szło­ści z milio­nem teraź­niej­szo­ści i nie­gra­ni­czo­nym poten­cja­łem przy­szło­ści. Izaak New­ton wie­rzył, że czas jest pod­sta­wową siłą natury, któ­rej nie można kon­tro­lo­wać. Po cof­nię­ciu się do roku 1590 roku byłam gotowa się z nim zgo­dzić.

-?Diano? Dobrze się czu­jesz? -?Natar­czywy głos Mat­thew wdarł się w moje myśli.

Jego przy­ja­ciele też patrzyli na mnie z tro­ską.

-?Dobrze -?odpo­wie­dzia­łam auto­ma­tycz­nie.

-?Wcale nie. -?Mat­thew rzu­cił pióro na stół. -?Twój zapach się zmie­nił. Myślę, że twoja magia też może się zmie­niać. Kit ma rację. Musimy jak naj­szyb­ciej zna­leźć ci jakąś cza­row­nicę.

-?Za wcze­śnie, żeby spro­wa­dzać do mnie cza­row­nicę -?zapro­te­sto­wa­łam. - To ważne, żebym wyglą­dała i mówiła tak, jakby tu było moje miej­sce.

-?Inna cza­row­nica zorien­tuje się, że jesteś podróż­niczką w cza­sie - stwier­dził Mat­thew. -?I weź­mie na to poprawkę. Cho­dzi o coś jesz­cze?

Pokrę­ci­łam głową, ale nie spoj­rza­łam mu w oczy.

Mat­thew nie musiał widzieć czasu roz­wi­ja­ją­cego się w rogu pokoju, by wyczuć, że coś się zmie­niło. Skoro on sam już podej­rze­wał, że z moją magią dzieje się wię­cej, niż jestem gotowa ujaw­nić, nie było spo­sobu, żebym mogła ukryć swoje sekrety przed inną cza­row­nicą.

Rozdział 4

Nocna Szkoła wyra­ziła chęć, by pomóc Mat­thew w zna­le­zie­niu tej istoty. Ich pro­po­zy­cje świad­czyły o cał­ko­wi­tym braku sza­cunku dla kobiet, cza­row­nic i wszyst­kich, któ­rym bra­ko­wało wykształ­ce­nia uni­wer­sy­tec­kiego. Henry uwa­żał, że Lon­dyn może się oka­zać naj­bar­dziej żyznym polem do poszu­ki­wań, ale Wal­ter zapew­niał go, że nie­moż­liwe będzie ukry­cie mnie przed podejrz­li­wymi sąsia­dami w zatło­czo­nym mie­ście. Geo­rge zasta­na­wiał się, czy uczeni z Oks­fordu daliby się prze­ko­nać do tego, by słu­żyć swoim doświad­cze­niem, skoro przy­naj­mniej mieli odpo­wied­nie kwa­li­fi­ka­cje inte­lek­tu­alne. Tom i Mat­thew wyra­zili bru­talną kry­tykę sił i sła­bo­ści domo­ro­słych filo­zo­fów prze­by­wa­ją­cych w Sta­rym Domu, tak że ten pomysł rów­nież został odrzu­cony. Kit uwa­żał za nie­mą­dre powie­rze­nie tego zada­nia jakiej­kol­wiek kobie­cie i spo­rzą­dził listę miej­sco­wych dżen­tel­me­nów, któ­rzy mogliby się zgo­dzić na uło­że­nie dla mnie pro­gramu szko­le­nia. Lista obej­mo­wała ple­bana z St. Mary, wyczu­lo­nego na apo­ka­lip­tyczne znaki nie­bios, posia­da­cza ziem­skiego o nazwi­sku Smy­th­son, który parał się alche­mią i szu­kał cza­row­nicy albo demona do pomocy, oraz stu­denta Christ Church Col­lege, który spła­cał swoje prze­ter­mi­no­wane rachunki za książki, ukła­da­jąc horo­skopy.

Mój mąż sprze­ci­wił się wszyst­kim tym pro­po­zy­cjom i posta­no­wił wezwać wdowę Beaton, zna­chorkę i aku­szerkę z Wood­stock. To, że była biedną kobietą -?dokład­nie taką istotą, jakimi Nocna Szkoła pogar­dzała - argu­men­to­wał Mat­thew, miało łatwiej zapew­nić jej współ­pracę. Poza tym wdowa Beaton była jedyną istotą w pro­mie­niu wielu mil rze­komo obda­rzoną magicz­nymi talen­tami. Wszyst­kie inne dawno stąd ucie­kły, żeby nie miesz­kać w pobliżu wearh.

-?Wezwa­nie wdowy Beaton może nie być dobrym pomy­słem -?stwier­dzi­łam póź­niej, kiedy szy­ko­wa­li­śmy się do snu.

-?Mówi­łaś -?rzu­cił Mat­thew z ledwo ukry­wa­nym znie­cier­pli­wie­niem. -?Ale jeśli nawet wdowa Beaton nie potrafi nam pomóc, będzie mogła nam kogoś pole­cić.

-?Koniec szes­na­stego wieku naprawdę nie jest dobrym cza­sem, żeby otwar­cie roz­py­ty­wać o cza­row­nicę. -?Mogła­bym zro­bić wię­cej niż tylko w towa­rzy­stwie Noc­nej Szkoły napo­mknąć o polo­wa­niach na cza­row­nice, ale Mat­thew wie­dział o potwor­no­ściach, które miały nadejść. I rów­nież teraz zbył moje obawy.

-?Pro­cesy cza­row­nic w Chelms­ford są już tylko wspo­mnie­niem, a minie kolejne dwa­dzie­ścia lat, zanim roz­poczną się polo­wa­nia w Lan­ca­shire. Nie spro­wa­dził­bym cię tutaj, gdyby w Anglii miały zapło­nąć stosy. -?Mat­thew przej­rzał kilka listów, które Pierre zosta­wił mu na stole.

-?Przy takim rozu­mo­wa­niu dobrze, że jesteś naukow­cem, a nie histo­ry­kiem -?sko­men­to­wa­łam. -?Chelm­ford i Lan­ca­shire były skraj­nymi prze­ja­wami powszech­nych obaw.

-?Myślisz, że histo­ryk potrafi zro­zu­mieć ducha obec­nej chwili lepiej niż ludzie w niej żyjący? -?Mat­thew z nie­skry­wa­nym scep­ty­cy­zmem uniósł brew.

-?Czę­sto wła­śnie tak się dzieje -?odpar­łam naje­żona.

-?Nie to mówi­łaś tego ranka, kiedy nie mogłaś pojąć, dla­czego w domu nie ma żad­nych widel­ców -?zauwa­żył Mat­thew.

To prawda, że szu­ka­łam ich przez dwa­dzie­ścia minut, zanim Pierre deli­kat­nie mi uświa­do­mił, że tego rodzaju narzę­dzia nie są w Anglii powszechne.

-?Z pew­no­ścią nie nale­żysz do tych ludzi, któ­rzy sądzą, że histo­rycy nie robią nic oprócz innego zapa­mię­ty­wa­nia dat i fak­tów -?powie­dzia­łam. - Moja praca to próby zro­zu­mie­nia, dla­czego pewne rze­czy wyda­rzyły się w prze­szło­ści. Kiedy coś się dzieje na two­ich oczach, trudno zna­leźć powód, ale spoj­rze­nie wstecz daje odpo­wied­nią per­spek­tywę.

-?W takim razie możesz się odprę­żyć, bo mam zarówno doświad­cze­nie, jak i spoj­rze­nie z per­spek­tywy czasu -?rzekł Mat­thew. -?Rozu­miem twoje zastrze­że­nia, Diano, ale wezwa­nie wdowy Beaton jest słuszną decy­zją. - "Sprawa zamknięta", dawał wyraź­nie do zro­zu­mie­nia jego ton.

-?W roku tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym bra­kuje żyw­no­ści, a ludzie mar­twią się o przy­szłość -?przy­po­mnia­łam i zaczę­łam odli­czać na pal­cach. -?To ozna­cza, że szu­kają kozłów ofiar­nych, żeby obwi­nić je o złe czasy. Zna­chorki i aku­szerki boją się oskar­że­nia o czary, choć twoi przy­ja­ciele mogą nie być tego świa­domi.

-?Jestem naj­po­tęż­niej­szym czło­wie­kiem w Wood­stock -?przy­po­mniał Mat­thew, bio­rąc mnie za ramiona. -?Nikt o nic cię nie oskarży.

-?Jestem obca, a wdowa Beaton nic mi nie jest winna -?odpa­ro­wa­łam zdu­miona jego pychą. -?Muszę co naj­mniej ucho­dzić za kobietę z elż­bie­tań­skiej klasy śred­niej, zanim popro­simy ją o pomoc. Daj mi jesz­cze kilka tygo­dni.

-?To nie może cze­kać, Diano -?rzu­cił szorstko Mat­thew.

-?Nie pro­szę cię o cier­pli­wość, żebym mogła się nauczyć hafto­wać i robić dżemy. Mam ważne powody. -?Spoj­rza­łam na niego kwa­śno. -?Wezwij swoją zna­chorkę. Ale nie zdziw się, kiedy coś pój­dzie źle.

-?Zaufaj mi. -?Mat­thew przy­su­nął usta do moich. Jego oczy były zamglone, instynkt pchał go do ści­ga­nia zdo­by­czy i pod­po­rząd­ko­wa­nia jej sobie. Szes­na­sto­wieczny mąż pra­gnął zdo­być prze­wagę nad żoną, ale wam­pir chciał zła­pać cza­row­nicę.

-?Kłót­nie nie są dla mnie ani tro­chę pod­nie­ca­jące -?oświad­czy­łam, wykrę­ca­jąc głowę.

Mój mąż naj­wy­raź­niej uwa­żał ina­czej. Odsu­nę­łam się od niego o kilka cali.

-?Ja się nie kłócę -?wyszep­tał Mat­thew z ustami przy moim uchu. -?To ty się kłó­cisz. I jeśli myślisz, że kie­dy­kol­wiek dotknął­bym cię w gnie­wie, żono, bar­dzo się mylisz. -?Przy­szpi­liw­szy mnie do słupka łoża lodo­wa­tym wzro­kiem, odwró­cił się i się­gnął po spodnie. -?Idę na dół. Ktoś pew­nie jesz­cze nie będzie spał, żeby dotrzy­mać mi towa­rzy­stwa. -?Ruszył do drzwi, ale zatrzy­mał się w progu.

-?Jeśli naprawdę chcesz się zacho­wy­wać jak elż­bie­tań­ska kobieta, prze­stań mi się sprze­ci­wiać -?rzu­cił szorstko na odchod­nym.

* * *

Następ­nego dnia jeden wam­pir, dwa demony i troje ludzi przy­glą­dało mi się w mil­cze­niu z dru­giej strony pokoju wyło­żo­nego sze­ro­kimi deskami pod­ło­go­wymi. Dzwony kościoła St. Mary wybiły godzinę, słabe echo ich tonów wisiało w powie­trzu jesz­cze długo po tym, jak zamil­kły. Pigwy, roz­ma­ryn i lawenda prze­sy­cały powie­trze zapa­chami. Sie­dzia­łam przy­cup­nięta na nie­wy­god­nym drew­nia­nym krze­śle w ogra­ni­cza­ją­cym ruchy wię­zie­niu z kafta­nów, halek, ręka­wów, spód­nic i cia­sno zasznu­ro­wa­nego gor­setu. Moje zorien­to­wane na karierę życie z dwu­dzie­stego pierw­szego wieku bla­kło z każ­dym wymę­czo­nym odde­chem. Wpa­try­wa­łam się w mdłe świa­tło dnia, pod­czas gdy zimny deszcz bęb­nił o szyby okien opraw­nych w ołów.

-?Elle est ici -?oznaj­mił Pierre, rzu­ca­jąc spoj­rze­nie w moją stronę. - Cza­row­nica przy­szła, żeby zoba­czyć madame.

-?Naresz­cie -?mruk­nął Mat­thew.

Krój kaftana spra­wiał, że mój mąż wyglą­dał na jesz­cze szer­szego w ramio­nach, a żołę­dzie i liście dębu wyha­fto­wane czarną nicią wzdłuż brze­gów bia­łego koł­nie­rza pod­kre­ślały bla­dość jego skóry. Mat­thew prze­krzy­wił głowę, żeby spoj­rzeć na mnie z innej per­spek­tywy i lepiej oce­nić, czy mogę ucho­dzić za sza­no­waną elż­bie­tań­ską żonę.

-?No i? -?zapy­tał. -?Może być?

Geo­rge opu­ścił oku­lary.

-?Tak. Rdza­wość pasuje do niej dużo lepiej niż kolor tej ostat­niej sukni i nadaje przy­jemny blask wło­som.

-?Pani Roy­don wygląda, jak należy, Geo­rge, to prawda. Ale nie możemy wyja­śnić jej nie­zwy­kłej wymowy, mówiąc wszyst­kim, że pocho­dzi ze w-w-wsi -?ode­zwał się Henry swoim bez­barw­nym basem. Wystą­pił do przodu, żeby popra­wić fałdy mojej bro­ka­to­wej spód­nicy. -?I ten wzrost. Nie można go zama­sko­wać. Jest wyż­sza nawet od kró­lo­wej.

-?Jesteś pewien, że nie może ucho­dzić za Fran­cuzkę albo Holen­derkę? - Pal­cami popla­mio­nymi atra­men­tem Tom uniósł do nosa poma­rań­czę nabi­janą goź­dzi­kami. -?Może pani Roy­don jed­nak prze­trwa­łaby w Lon­dy­nie. Oczy­wi­ście demony nie mogą jej nie zauwa­żyć, ale zwy­kli ludzie nawet nie spoj­rzą drugi raz.

Wal­ter prych­nął z roz­ba­wie­niem i dźwi­gnął się z niskiego sie­dzi­ska.

-?Pani Roy­don ma piękne kształty i nie­co­dzienny wzrost. Zwy­kli męż­czyźni w wieku pomię­dzy trzy­na­ście a sześć­dzie­siąt lat znajdą dość powo­dów, żeby się jej przy­glą­dać. Nie, Tom, lepiej, żeby została tutaj, z wdową Beaton.

-?A gdy­bym spo­tkała się z wdową Beaton póź­niej w wio­sce, sama? - zapro­po­no­wa­łam, mając nadzieję, że choć jeden z nich dostrzeże sens w tych sło­wach i prze­kona Mat­thew, żeby pozwo­lił mi zro­bić wszystko po mojemu.

-?Nie! -?usły­sza­łam jed­no­cze­śnie sześć prze­ra­żo­nych męskich gło­sów.

Chwilę póź­niej Françoise zja­wiła się z dwiema sztu­kami wykroch­ma­lo­nego płótna i koro­nek. Pierś miała wypiętą niczym kura obu­rzona na zadzior­nego koguta. Cią­głe wtrą­ca­nie się Mat­thew iry­to­wało ją tak samo jak mnie.

-?Diana nie wybiera się na dwór. Ta kryza jest nie­po­trzebna. -?Mat­thew ze znie­cier­pli­wie­niem mach­nął ręką. -?Poza tym to jej włosy są pro­ble­mem.

-?Nie ma pan poję­cia, co jest konieczne -?odpa­ro­wała Françoise. Choć była wam­pi­rzycą, a ja cza­row­nicą, nie­ocze­ki­wa­nie zna­la­zły­śmy wspólny grunt, jeśli cho­dzi o idio­tyzm męż­czyzn. -?Co wola­łaby madame de Cler­mont? -?Podała mi pli­so­wane gniazdo z lek­kiej jak mgiełka tka­niny i jakąś rzecz w kształ­cie pół­księ­życa, która przy­po­mi­nała płatki śniegu połą­czone nie­wi­dzial­nymi szwami.

Płatki śniegu wyglą­dały na wygod­niej­sze, więc na nie wska­za­łam.

Pod­czas gdy słu­żąca przy­pi­nała koł­nierz do mojego sta­nika, Mat­thew spró­bo­wał lepiej uło­żyć moje włosy. Françoise dała mu klapsa w dłoń.

-?Pro­szę nie doty­kać.

-?Będę doty­kał swo­jej żony, kiedy będę chciał -?zagrzmiał Mat­thew, prze­su­wa­jąc ręce na moje ramiona. -?I prze­stań nazy­wać Dianę "madame de Cler­mont" Wciąż się spo­dzie­wam, że zaraz moja matka wej­dzie przez te drzwi. -?Roz­chy­lił mi koł­nierz i roz­wią­zał czarną aksa­mitną tasiemkę, ukry­wa­jącą szpilki.

-?Madame to kobieta zamężna -?zapro­te­sto­wała Françoise. -?Powinna zasła­niać dekolt. I tak jest dość plo­tek o nowej pani.

-?Plo­tek? Jakich plo­tek? -?spy­ta­łam, marsz­cząc brwi.

-?Nie była pani wczo­raj w kościele, więc ludzie gadają, że jest pani brze­mienna albo oszpe­cona przez ospę. Tam­ten here­tycki kapłan sądzi, że jest pani kato­liczką. Inni mówią, że Hisz­panką.

-?Hisz­panką?

-?Oui, madame. Ktoś sły­szał panią w staj­niach wczo­raj po połu­dniu.

-?Ale ja ćwi­czy­łam mój fran­cu­ski! -?Byłam dobrą paro­dystką i sądzi­łam, że imi­to­wa­nie wład­czego spo­sobu mówie­nia Ysa­beau może przy­dać wia­ry­god­no­ści mojej skom­pli­ko­wa­nej bajeczce.

-?Syn sta­jen­nego nie roz­po­znał w tym fran­cu­skiego. -?Ton Françoise suge­ro­wał, że pomyłka chłopca była zro­zu­miała. Słu­żąca przyj­rzała mi się z satys­fak­cją. -?Tak, teraz pani wygląda jak porządna kobieta.

-?Fal­la­ces sunt rerum spe­cies -?rzu­cił Kit kwa­śnym tonem, co spra­wiło, że na twarz Mat­thew wró­cił mars. -?"Zdra­dliwe są pozory rze­czy". Nikogo nie zwie­dzie jej gra.

-?Pora jest o wiele za wcze­sna na Senekę. -?Wal­ter posłał Mar­lowe'owi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

-?Ni­gdy nie jest za wcze­śnie na sto­icyzm -?odpa­ro­wał Kit. -?Powi­nie­neś mi dzię­ko­wać, że to nie Homer. Wszystko, co ostat­nio sły­sze­li­śmy, to nie­udolne para­frazy Iliady. Ja zosta­wiam grekę komuś, kto ją rozu­mie, Geo­rge... komuś takiemu jak Matt.

-?Moje tłu­ma­cze­nie dzieła Homera nie jest jesz­cze ukoń­czone -?oświad­czył z urazą Geo­rge.

Jego słowa wywo­łały potok łaciń­skich cyta­tów ze strony Wal­tera. Po jed­nym z nich Mat­thew się zaśmiał i powie­dział coś, co zabrzmiało jak greka. Cza­row­nica cze­ka­jąca na dole została cał­ko­wi­cie zapo­mniana, męż­czyźni z entu­zja­zmem oddali się ulu­bio­nemu spo­so­bowi spę­dza­nia czasu: słow­nym utarcz­kom mają­cym na celu udo­wod­nie­nie rywa­lom swo­jej wyż­szo­ści. Opa­dłam z powro­tem na krze­sło.

-?W takim dobrym humo­rze są cudowni -?wyszep­tał Henry. -?To naj­by­strzej­sze umy­sły w kró­le­stwie, pani Roy­don.

Rale­igh i Mar­lowe krzy­czeli teraz do sie­bie o zale­tach -?albo ich braku -?poli­tyki Jej Kró­lew­skiej Mości w kwe­stii kolo­ni­za­cji i eks­plo­ra­cji.

-?Można by rów­nie dobrze wziąć gar­ści złota i cisnąć je do Tamizy, zamiast dawać takim awan­tur­ni­kom jak ty, Wal­te­rze. -?Kit zare­cho­tał.

-?Awan­tur­ni­kom! Nie możesz za dnia wyjść za próg domu ze stra­chu przed wie­rzy­cie­lami. -?Głos Wal­tera Rale­igh drżał. -?Cza­sami potra­fisz być strasz­nym głup­cem, Kit.

Mat­thew śle­dził tę ostrą wymianę z rosną­cym roz­ba­wie­niem.

-?Jakie teraz masz kło­poty? -?zapy­tał Mar­lowe'a, się­ga­jąc po swoje wino. -?I ile będzie kosz­to­wało wydo­by­cie cię z nich?

-?Z moim kraw­cem. -?Kit wska­zał na swój drogi ubiór. -?Z dru­ka­rzem Tamer­lana Wiel­kiego. -?Zawa­hał się, pod­li­cza­jąc w myślach zale­głe sumy. -?I z dra­niem Hop­kin­sem, który mieni się moim gospo­da­rzem. Ale mam to.

Mar­lowe uniósł małą figurkę Diany, którą w nie­dzielny wie­czór wygrał od Mat­thew w sza­chy. Na­dal zanie­po­ko­jona moż­li­wo­ścią, że stracę posą­żek z oczu, prze­su­nę­łam się do przodu.

-?Nie możesz być aż tak spłu­kany, żeby oddać ten dro­biazg za pensy. - Spoj­rze­nie Mat­thew pomknęło w moją stronę, a ja się cof­nę­łam, widząc drobny ruch jego ręki. -?Ja się tym zajmę.

Kit zerwał się na równe nogi, z sze­ro­kim uśmie­chem cho­wa­jąc do kie­szeni srebrną bogi­nię.

-?Zawsze można na cie­bie liczyć, Matt. Oczy­wi­ście oddam ci pie­nią­dze.

-?Oczy­wi­ście -?mruk­nęli z powąt­pie­wa­niem Mat­thew, Wal­ter i Geo­rge.

-?Ale zatrzy­maj dość pie­nię­dzy, żeby kupić sobie brodę. -?Kit z satys­fak­cją pogła­skał swoją. -?Wyglą­dasz okrop­nie.

-?Kupić brodę? -?Nie­moż­liwe, żebym zro­zu­miała wła­ści­wie. Mar­lowe na pewno znowu posłu­gi­wał się slan­giem, choć Mat­thew go pro­sił, żeby prze­stał ze względu na mnie.

-?Jest w Oks­for­dzie pewien bal­wierz, praw­dziwy cza­ro­dziej. Włosy pani męża rosną wolno, jak u wszyst­kich z jego gatunku, a teraz w dodatku jest gładko ogo­lony. -?Kiedy na­dal patrzy­łam na niego pustym wzro­kiem, Kit cią­gnął z prze­sadną cier­pli­wo­ścią. -?Wyglą­da­jąc tak jak teraz, Matt zwraca na sie­bie uwagę. Potrze­buje brody. Naj­wy­raź­niej nie jest pani jesz­cze na tyle cza­row­nicą, żeby mu ją zapew­nić, więc musimy zna­leźć kogoś, kto to zrobi.

Powę­dro­wa­łam wzro­kiem w stronę pustego dzbana sto­ją­cego na wią­zo­wym stole. Żeby wpro­wa­dzić do pokoju kolory i zapa­chy, rano Françoise wło­żyła do niego rośliny z ogrodu: gałązki dębu ostro­list­nego, nie­szpułki o brą­zo­wych owo­cach i kilka bia­łych róż. Kilka godzin temu prze­su­nę­łam nie­szpułki i róże na przód wazonu, myśląc o ogro­dzie. Byłam zado­wo­lona z rezul­tatu przez jakieś pięt­na­ście sekund, dopóki kwiaty i owoce nie zwię­dły na moich oczach. Susz posy­pał się z moich pal­ców na wszyst­kie strony, ręce zaswę­działy mnie od infor­ma­cji napły­wa­ją­cych od roślin: dotyku słońca, desz­czu gaszą­cego pra­gnie­nie, siły korzeni opie­ra­ją­cych się wia­trom, smaku gleby.

Mój mąż miał rację. Teraz znaj­do­wa­li­śmy się w roku 1590 i moja magia się zmie­niła. Skoń­czyły się erup­cje cza­ro­gnia, cza­ro­wody i cza­ro­wia­tru, któ­rych doświad­cza­łam po spo­tka­niu Mat­thew. Widzia­łam nato­miast jasne nici czasu i kolo­rowe aury ota­cza­jące żywe stwo­rze­nia. Biały jeleń wpa­try­wał się we mnie z cieni pod dębami, gdy cho­dzi­łam po ogro­dach. Teraz pod moim doty­kiem wię­dły rośliny.

-?Wdowa Beaton czeka -?przy­po­mniał nam Wal­ter, zaga­nia­jąc Toma w stronę drzwi.

-?A jeśli ona usły­szy moje myśli? -?mar­twi­łam się, kiedy szli­śmy po sze­ro­kich dębo­wych scho­dach.

-?Bar­dziej oba­wiam się tego, co pani może powie­dzieć na głos. Pro­szę nie robić niczego, co mogłoby wzbu­dzić zazdrość albo wro­gość -?pora­dził Rale­igh. -?Jeśli wszystko inne zawie­dzie, pro­szę kła­mać. Mat­thew i ja robimy to przez cały czas.

-?Jedna cza­row­nica nie może okła­mać dru­giej.

-?To nie skoń­czy się dobrze -?mruk­nął posęp­nie Mar­lowe. -?Mogę posta­wić na to pie­nią­dze.

-?Wystar­czy. -?Mat­thew okrę­cił się i chwy­cił przy­ja­ciela za koł­nierz. Dwa mastiffy zaczęły war­czeć i węszyć tuż przy kost­kach Kita. Oddane swo­jemu panu nie­zbyt lubiły demona.

-?Ja tylko powie­dzia­łem... -?Kit pró­bo­wał się uwol­nić, ale Mat­thew nie pozwo­lił mu skoń­czyć, tylko przy­parł go do ściany.

-?Nikogo nie inte­re­suje, co powie­dzia­łeś, i jest dosta­tecz­nie jasne, co mia­łeś na myśli.

Mat­thew ści­snął moc­niej koł­nierz przy­ja­ciela.

-?Puść go. -?Rale­igh poło­żył jedną dłoń na ramie­niu Mat­thew, drugą na ramie­niu Mar­lowe'a.

Mat­thew zigno­ro­wał Wal­tera i pod­niósł Kita jesz­cze o kilka cali. W swoim czer­wono-czar­nym upie­rze­niu Mar­lowe wyglą­dał jak egzo­tyczny ptak, któ­rego ktoś uwię­ził w zagłę­bie­niach pofał­do­wa­nej boaze­rii. Mat­thew jesz­cze przez chwilę potrzy­mał przy­ja­ciela w górze, żeby zostać dobrze zro­zu­mia­nym, i wresz­cie go puścił.

-?Chodź, Diano. Wszystko będzie dobrze. -?Mat­thew mówił pew­nym tonem, ale zło­wiesz­cze mro­wie­nie w pal­cach ostrze­gło mnie, że Kit może mieć rację.

-?Na zęby Boga -?wymam­ro­tał Wal­ter z nie­do­wie­rza­niem, kiedy wkro­czy­li­śmy do sali. -?Czy to jest wdowa Beaton?

W dru­gim końcu pokoju stała cza­row­nica jak z castingu: drobna, przy­gar­biona i bar­dzo stara. Kiedy się zbli­ży­li­śmy, zoba­czy­łam szcze­góły: rdzawo-czarną suk­nię, krę­cone białe włosy i pomarsz­czoną skórę. Jedno oko było mleczne od kata­rakty, dru­gie orze­chowe z cęt­kami. Gałka oczna z zaćmą miała nie­po­ko­jącą ten­den­cję do obra­ca­nia się w oczo­dole, jakby wzrok mógł się popra­wić dzięki innej per­spek­ty­wie. Kiedy już myśla­łam, że nie może być gorzej, zauwa­ży­łam bro­dawkę na grzbie­cie nosa.

Wdowa Beaton rzu­ciła mi spoj­rze­nie i nie­chęt­nie dygnęła. Ledwo wyczu­walne mro­wie­nie na skó­rze powie­działo mi, że to rze­czy­wi­ście cza­row­nica. Moje trze­cie oko otwo­rzyło się bez ostrze­że­nia i zaczęło szu­kać dal­szych infor­ma­cji. Jed­nakże w prze­ci­wień­stwie do innych bytów wdowa Beaton w ogóle nie ema­no­wała świa­tła. Była na wskroś szara. Przy­gnę­bił mnie widok cza­row­nicy, która tak bar­dzo sta­rała się być nie­wi­dzialna. Czy ja też wyglą­da­łam tak blado, zanim dotknę­łam Ash­mole'a nr 782? Moje trze­cie oko się zamknęło.

-?Dzię­kuję, że pani przy­szła, pani Beaton. -?Ton Mat­thew suge­ro­wał, że kobieta powinna być wdzięczna, że wpusz­czono ją do jego domu.

-?Panie Roy­don. -?Głos cza­row­nicy był sze­lesz­czący i przy­wo­dził na myśl opa­dłe liście wiru­jące na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie. Sta­ruszka skie­ro­wała na mnie zdrowe oko.

-?Pomóż pani Beaton usiąść, Geo­rge.

Chap­man sko­czył do przodu, żeby wypeł­nić pole­ce­nie Mat­thew, a reszta z nas zacho­wała ostrożny dystans. Cza­row­nica jęk­nęła, kiedy jej reu­ma­tyczne członki spo­częły na krze­śle. Mat­thew uprzej­mie odcze­kał chwilę, zanim ponow­nie się ode­zwał.

-?Przejdźmy do sedna sprawy. Ta kobieta... -?wska­zał na mnie -?...jest pod moją ochroną, a ostat­nio ma kło­poty. -?Mat­thew nie wspo­mniał o naszym mał­żeń­stwie.

-?Jest pan oto­czony wpły­wo­wymi przy­ja­ciółmi i lojal­nymi słu­gami, panie Roy­don. Z bied­nej kobiety nie­wielki może być poży­tek dla dżen­tel­mena takiego jak pan. -?Wdowa Beaton pró­bo­wała ukryć przy­ganę pod fał­szywą nutą uprzej­mo­ści, ale mój mąż miał dosko­nały słuch. Zmru­żył oczy.

-?Pro­szę nie toczyć ze mną gie­rek -?rzu­cił krótko. -?Nie chce pani mieć we mnie wroga, wdowo Beaton. Pewne znaki wska­zują, że kobieta jest cza­row­nicą i potrze­buje pani pomocy.

-?Cza­row­nicą? -?Wdowa Beaton oka­zała uprzejme zdzi­wie­nie. -?Czy jej matka była cza­row­nicą? Albo ojciec cza­ro­dzie­jem?

-?Oboje umarli, kiedy była jesz­cze dziec­kiem. Nie jeste­śmy pewni, jakie moce posia­dali. -?Mat­thew wypo­wie­dział jedną ze swo­ich typo­wych dla wam­pira pół­prawd. Rzu­cił kobie­cie na podo­łek sakiewkę monet. -?Był­bym wdzięczny, gdyby pani ją spraw­dziła.

-?Dobrze. -?Powy­krę­cane palce wdowy Beaton się­gnęły do mojej twa­rzy. Kiedy jej dotknęły, mię­dzy nami prze­pły­nęła fala ener­gii nie do pomy­le­nia z niczym innym.

-?No i? -?rzu­cił Mat­thew.

Wdowa Beaton opu­ściła ręce na kolana. Ści­snęła sakiewkę i przez chwilę wyda­wało się, że rzuci nią w mojego męża. Po chwili odzy­skała pano­wa­nie nad sobą.

-?Jest tak, jak podej­rze­wa­łam. Ta kobieta nie jest cza­row­nicą, panie Roy­don. -?Jej głos był spo­kojny, choć tro­chę wyż­szy niż wcze­śniej.

Pogarda napeł­niła moje usta gory­czą.

-?Jeśli tak pani uważa, nie ma pani takiej mocy, jak ludzie z Wood­stock sobie wyobra­żają -?odpa­ro­wa­łam.

Wdowa Beaton wypro­sto­wała się z obu­rze­niem.

-?Jestem sza­no­waną uzdro­wi­cielką ze zna­jo­mo­ścią roślin chro­nią­cych męż­czyzn i kobiety od cho­roby. Pan Roy­don wie, co potra­fię.

-?To jest rze­mio­sło cza­row­nicy, ale my mamy rów­nież inne talenty - powie­dzia­łam ostroż­nie.

Palce Mat­thew bole­śnie zaci­snęły się na mojej dłoni. Dawał mi do zro­zu­mie­nia, żebym umil­kła.

-?Nie wiem nic o takich talen­tach -?brzmiała szybka odpo­wiedź wdowy Beaton.

Sta­ruszka była uparta jak moja ciotka Sarah i dzie­liła z nią pogardę dla cza­row­nic takich jak ja, które potra­fiły czer­pać z siły żywio­łów bez żad­nych sta­ran­nych stu­diów nad tra­dy­cją i rze­mio­słem. Sarah znała zasto­so­wa­nie każ­dego zioła i rośliny i dosko­nale pamię­tała setki cza­rów, ale bycie cza­row­nicą ozna­czało coś wię­cej. Wdowa Beaton to wie­działa, nawet jeśli nie potra­fiła tego przy­znać.

-?Z pew­no­ścią jest oprócz zwy­kłego dotyku jakiś spo­sób na usta­le­nie, jakie moce ma ta kobieta. Ktoś o pani umie­jęt­no­ściach potrafi je wyczuć. -?Lekko drwiący ton Mat­thew był wyraź­nym wyzwa­niem.

Wdowa Beaton z nie­pewną miną ważyła sakiewkę w dłoni. W końcu jej cię­żar prze­ko­nał ją do pod­ję­cia ręka­wicy. Wsu­nęła zapłatę do kie­szeni ukry­tej pod spód­ni­cami.

-?Są próby spraw­dza­jące, czy ktoś jest cza­row­nicą. Nie­które pole­gają na recy­to­wa­niu modli­twy. Jeśli istota potknie się na sło­wach, zawaha choćby na chwilę, jest to znak, że dia­beł jest bli­sko.

-?W Wood­stock nie ma dia­bła, pani Beaton -?ode­zwał się Tom tonem rodzica, który stara się prze­ko­nać dziecko, że pod łóż­kiem nie czai się potwór.

-?Dia­beł jest wszę­dzie, sir. Ci, któ­rzy sądzą ina­czej, padają ofiarą jego pod­szep­tów.

-?To ludz­kie bajki, które mają nastra­szyć prze­sąd­nych i głu­pich - stwier­dził lek­ce­wa­żąco Har­riot.

-?Nie teraz, Tom -?syk­nął Wal­ter.

-?Są też inne znaki -?włą­czył się Geo­rge, jak zwy­kle gotowy do dzie­le­nia się swoją wie­dzą. -?Dia­beł nazna­cza cza­row­nicę bli­znami i ska­zami.

-?To prawda, sir -?przy­znała wdowa Beaton -?a mądrzy ludzie wie­dzą, gdzie ich szu­kać.

Krew gwał­tow­nie odpły­nęła mi z głowy. Gdyby ktoś to spraw­dził, zna­la­złby na mnie takie znaki.

-?Muszą być inne metody -?rzekł z nie­po­ko­jem Henry.

-?Są, milor­dzie. -?Wdowa Beaton omio­tła wzro­kiem pokój i zatrzy­mało go na stole z instru­men­tami nauko­wymi i ster­tami ksią­żek. -?Podejdźmy tam.

Sta­ruszka wsu­nęła rękę przez ten sam otwór w spód­ni­cach, który zapew­nił kry­jówkę mone­tom, ale teraz wycią­gnęła z niego pod­nisz­czony mosiężny dzwo­nek. Posta­wiła go na stole.

-?Popro­szę o świecę, jeśli można.

Henry szybko speł­nił prośbę. Wszy­scy męż­czyźni zbli­żyli się zain­try­go­wani.

-?Nie­któ­rzy mówią, że praw­dziwa moc cza­row­nicy pocho­dzi z tego, że jest ona bytem pomię­dzy życiem i śmier­cią, świa­tłem i ciem­no­ścią. Na skrzy­żo­wa­niu świa­tów może odczy­nić dzieła natury, roz­plą­tać więzy, które łączą porzą­dek rze­czy. -?Wdowa Beaton wzięła jedną z ksią­żek i umie­ściła ją mię­dzy świecą w cięż­kim srebr­nym lich­ta­rzu a mosięż­nym dzwon­kiem. Potem zaczęła mówić ści­szo­nym gło­sem: -?Kiedy w minio­nych cza­sach sąsie­dzi odkry­wali, że jakaś kobieta jest cza­row­nicą, wyrzu­cali ją z kościoła, a bijący dzwon potwier­dzał, że jest mar­twa. -?Sta­ruszka unio­sła dzwo­nek i roz­huś­tała go poru­sze­niem nad­garstka. Gdy wypu­ściła go z ręki, on zawisł w powie­trzu, nie prze­sta­jąc dzwo­nić.

Tom i Kit zro­bili kilka kro­ków do przodu, Geo­rge gło­śno wcią­gnął powie­trze, a Henry się prze­że­gnał. Zado­wo­lona z ich reak­cji sta­ruszka skie­ro­wała uwagę na angiel­skie tłu­ma­cze­nie grec­kiej kla­syki Ele­menty geo­me­trii eukli­de­so­wej, które leżało na stole obok kilku mate­ma­tycz­nych instru­men­tów z obszer­nej kolek­cji Mat­thew.

-?Potem kapłan brał świętą księgę, Biblię, i zamy­kał ją, by poka­zać, że cza­row­nicy odmó­wiono dostępu do Boga. -?Ele­menty geo­me­trii zamknęły się z trza­skiem.

Geo­rge i Tom pod­sko­czyli. Jak na ludzi, któ­rzy uwa­żali się na odpor­nych na prze­sądy, człon­ko­wie Noc­nej Szkoły byli zadzi­wia­jąco podatni na wpływy.

-?Na koniec kapłan gasił świecę, by poka­zać, że cza­row­nica nie ma duszy. -?Wdowa Beaton się­gnęła do pło­mie­nia i pal­cami ści­snęła knot. Świa­tło zga­sło, w powie­trzu uniósł się cienki obło­czek sza­rego dymu.

Męż­czyźni stali jak zahip­no­ty­zo­wani. Nawet Mat­thew wyglą­dał na poru­szo­nego. Jedy­nym dźwię­kiem w pokoju było trza­ska­nie ognia i ciche brzę­cze­nie dzwo­neczka.

-?Praw­dziwa cza­row­nica może na nowo roz­pa­lić ogień, otwo­rzyć stro­nice księgi i uci­szyć dzwo­nek. Jest cudowną istotą w oczach Boga. -?Wdowa Beaton zro­biła pauzę dla więk­szego efektu dra­ma­tycz­nego, a jej mleczne oko odwró­ciło się w moją stronę. -?Potra­fisz doko­nać tych rze­czy, dziew­czyno?

Kiedy współ­cze­sne cza­row­nice osią­gały wiek trzy­na­stu lat, przed­sta­wiano je miej­sco­wemu cove­nowi pod­czas cere­mo­nii dziw­nie przy­po­mi­na­ją­cej testy wdowy Beaton. Dzwo­neczki dzwo­niące na powi­ta­nie mło­dej kobiety do spo­łecz­no­ści cza­row­nic były zwy­kle zro­bione z cięż­kiego sre­bra, wypo­le­ro­wane i prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie. Zamiast Biblii czy książki mate­ma­tycz­nej przy­no­szono rodzinną księgę cza­rów, żeby dodać uro­czy­sto­ści wagi histo­rycz­nej. Jedyną oka­zją, kiedy Sarah pozwo­liła wynieść z domu gry­muar Bisho­pów, były moje trzy­na­ste uro­dziny. Jeśli cho­dzi o świecę, cele były takie same. Wła­śnie dla­tego cza­row­nice od naj­młod­szych lat prak­ty­ko­wały roz­pa­la­nie i gasze­nie świec.

Moje ofi­cjalne wystą­pie­nie przed cove­nem z Madi­son oka­zało się kata­strofą, któ­rej świad­kami byli wszy­scy krewni. Dwie dekady póź­niej wciąż nawie­dzał mnie dziwny kosz­mar o świecy, która nie chce się zapa­lić, o księ­dze odma­wia­ją­cej otwar­cia, o dzwo­neczku, który zadzwo­nił dla każ­dej innej cza­row­nicy oprócz mnie.

-?Nie jestem pewna -?przy­zna­łam z waha­niem.

-?Spró­buj -?zachę­cił mnie Mat­thew. -?Kilka dni temu zapa­li­łaś kilka świec.

To była prawda. W końcu udało mi się w Hal­lo­ween zapa­lić dynie roz­miesz­czone wzdłuż pod­jazdu domu Bisho­pów. Jed­nakże nie mia­łam wtedy widowni, która obser­wo­wa­łaby pierw­sze nie­udane próby. Dzi­siaj oczy Toma i Kita wpa­try­wały się we mnie z wycze­ki­wa­niem. Ledwo czu­łam muśnię­cie spoj­rze­nia wdowy Beaton, ale byłam aż nadto świa­doma zna­jo­mej, chłod­nej uwagi Mat­thew. W odpo­wie­dzi krew w moich żyłach zmie­niła się w lód, jakby odma­wiała roz­nie­ce­nia ognia. Mając nadzieję, że mi się uda, sku­pi­łam się na kno­cie i wymam­ro­ta­łam zaklę­cie.

Nic się nie wyda­rzyło.

-?Odpręż się -?szep­nął Mat­thew. -?Co z książką? Nie powin­naś od niej zacząć?

Pomi­ja­jąc fakt, że wła­ściwy porzą­dek był istotny w sztuce magii, nie wie­dzia­łam, co zro­bić z Ele­men­tami. Sku­pić się na powie­trzu uwię­zio­nym we włók­nach papieru czy wezwać podmuch, żeby zamknął okładkę? Przy tym bez­u­stan­nym dzwo­nie­niu jasne myśle­nie było nie­moż­liwe.

-?Może pani uci­szyć ten dzwo­nek? -?rzu­ci­łam bła­gal­nie, kiedy mój nie­po­kój wzrósł.

Wdowa Beaton pstryk­nęła pal­cami i mosiężny dzwo­ne­czek opadł na stół. Wydał ostat­nie brzęk­nię­cie, które wpra­wiło w drże­nie jego nie­równe brzegi, i umilkł.

-?Jest tak, jak mówi­łam, panie Roy­don -?powie­działa wdowa Beaton z nutą triumfu w gło­sie. -?Jaką­kol­wiek magię pan widział, była to tylko ilu­zja. Ta kobieta nie ma żad­nej mocy. Wieś nie musi się jej bać.

-?Może ona pró­buje zła­pać cię w pułapkę, Mat­thew -?włą­czył się Kit. - Wcale bym tego nie wyklu­czył, jeśli o nią cho­dzi. Kobiety to dwu­li­cowe stwo­rze­nia.

Inne cza­row­nice kie­dyś wygło­siły to samo oświad­cze­nie, co wdowa Beaton, i z podobną satys­fak­cją. Poczu­łam nagłą i gwał­towną potrzebę udo­wod­nie­nia jej, że się myli. I chcia­łam zetrzeć ten zna­czący wyraz z twa­rzy Kita.

-?Nie potra­fię zapa­lić świecy. I nikt nie był w sta­nie nauczyć mnie, jak otwie­rać książkę czy zatrzy­my­wać dzwo­nek. Ale jeśli nie mam mocy, jak wyja­śni­cie to?

Nie­da­leko mnie stała misa z owo­cami. Pigwy świeżo zerwane w ogro­dzie lśniły zło­tawo w mdłym świe­tle. Wybra­łam jedną i zwa­ży­łam ją na dłoni, tak żeby wszy­scy widzieli.

Zała­sko­tałą mnie skóra na ręce, kiedy sku­pi­łam się na owocu. Wyraź­nie widzia­łam pod twardą skórką pap­ko­waty miąższ, jakby pigwa była ze szkła. Zaci­snę­łam powieki, a moje oko cza­row­nicy otwo­rzyło się i zaczęło szu­kać infor­ma­cji. Świa­do­mość się­gnęła ze środka mojego czoła w dół ramie­nia i dalej do czub­ków pal­ców. Roz­peł­zła się jak korze­nie drzewa, jej włókna zagłę­biły się w owocu.

Kolejno pozna­wa­łam sekrety pigwy. W gnieź­dzie nasien­nym sie­dział robak i wgry­zał się w mięk­kie ciało owocu. Moją uwagę przy­cią­gnęła uwię­ziona w środku moc, cie­pło zamro­wiło mnie na języku sma­kiem słońca. Skóra mię­dzy brwiami zadrżała z roz­ko­szy, kiedy wypi­łam świa­tło nie­wi­dzial­nego słońca. Tyle mocy, pomy­śla­łam. Życie. Śmierć. Moja widow­nia stała się zupeł­nie nie­ważna. Jedyną rze­czą, która teraz się liczyła, były nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści wyni­ka­jące z wie­dzy spo­czy­wa­ją­cej na mojej dłoni.

Słońce odpo­wie­działo na ciche zapro­sze­nie, opu­ściło pigwę i wnik­nęło do moich pal­ców. Instynk­tow­nie pró­bo­wa­łam sta­wić opór zbli­ża­ją­cemu się bla­skowi sło­necz­nemu i zatrzy­mać go tam, gdzie było jego miej­sce -?w owocu -?ale pigwa zro­biła się brą­zowa, skur­czyła i zapa­dła do środka.

Wdowa Beaton gło­śno zaczerp­nęła powie­trza, zakłó­ca­jąc moją kon­cen­tra­cję. Zasko­czona upu­ści­łam znie­kształ­cony owoc na pod­łogę, a on roz­pry­snął się na wypo­le­ro­wa­nym drew­nie. Kiedy pod­nio­słam wzrok, Henry znowu się żegnał, a jego spoj­rze­nie i powolne, auto­ma­tyczne ruchy dłoni zdra­dzały szok. Tom i Wal­ter byli sku­pieni na moich pal­cach, gdzie maleń­kie nici świa­tła sło­necz­nego czy­niły daremne próby, żeby napra­wić zerwaną więź z pigwą. Mat­thew ujął moje roz­dy­go­tane dło­nie w swoje, ukry­wa­jąc znaki mojej nie­zdy­scy­pli­no­wa­nej mocy. Ręce na­dal mi się iskrzyły, więc pró­bo­wa­łam je wyrwać, żeby go nie popa­rzyć. Mąż pokrę­cił głową i spoj­rzał mi w oczy, jakby mówił, że jest dosta­tecz­nie silny, żeby wchło­nąć każdą magię. Roz­luź­ni­łam się po chwili waha­nia.

-?Już po wszyst­kim -?powie­dział Mat­thew z naci­skiem. -?Wystar­czy.

-?Potra­fię sma­ko­wać świa­tło słońca. -?Z powodu paniki mówi­łam ostrym tonem. -?I widzę cze­ka­jący w kątach czas.

-?Ta kobieta opę­tała wearh -?wysy­czała wdowa Beaton, cofa­jąc się z roz­sta­wio­nymi pal­cami dla odpę­dze­nia nie­bez­pie­czeń­stwa. -?To dzieło sza­tana.

-?W Wood­stock nie ma żad­nego dia­bła -?powtó­rzył twardo Tom.

-?Macie tu książki pełne dziw­nych zna­ków i magicz­nych zaklęć - powie­działa wdowa Beaton, wska­zu­jąc na Ele­menty Eukli­desa.

Dobrze, że nie sły­szała, jak Kit czyta na głos Dok­tora Fau­sta, pomy­śla­łam.

-?To mate­ma­tyka, nie magia -?zapro­te­sto­wał Tom.

-?Nazy­waj­cie to, jak chce­cie, ale ja widzia­łam prawdę. Jeste­ście tacy sami jak oni i wezwa­li­ście mnie tutaj, żeby wcią­gnąć mnie w swoje mroczne plany.

-?Jak kto? -?zapy­tał ostro Mat­thew.

-?Uczeni z uni­wer­sy­tetu. Swo­imi prze­słu­cha­niami wypę­dzili dwie cza­row­nice z Duns Tew. Chcieli naszej wie­dzy, ale napięt­no­wali kobiety, które się nią podzie­liły. W Faring­ton wła­śnie zaczy­nał powsta­wać coven, ale cza­row­nice się roz­pro­szyły, kiedy ścią­gnęły na sie­bie uwagę męż­czyzn takich jak wy. Coven ozna­cza bez­pie­czeń­stwo, ochronę, wspól­notę. Bez niego cza­row­nica jest dużo bar­dziej nara­żona na zazdrość i strach sąsia­dów.

-?Nikt nie pró­buje wypę­dzić was z Wood­stock. -?Ja tylko zamie­rza­łam ją uspo­koić, ale po moim jed­nym kroku wdowa Beaton cof­nęła się jesz­cze gwał­tow­niej.

-?W tym domu jest zło. Wszy­scy we wsi to wie­dzą. Wczo­raj pan Dan­forth nauczał para­fian, że nie­bez­pie­czeń­stwo się zako­rzeni.

-?Sama jestem cza­row­nicą, jak pani, bez rodziny, która by mi pomo­gła. - Spró­bo­wa­łam odwo­łać się do jej współ­czu­cia. -?Niech pani się nade mną uli­tuje, zanim ktoś inny odkryje, kim jestem.

-?Nie jest pani taka jak ja. I nie chcę kło­po­tów. Nade mną nikt się nie uli­tuje, kiedy wieś zażąda krwi. Nie mam wearh, który mnie ochroni, ani żad­nych panów czy dwor­skich dżen­tel­me­nów, któ­rzy wystą­pią w obro­nie mojego honoru.

-?Mat­thew... pan Roy­don nie pozwoli, żeby spo­tkała panią jaka­kol­wiek krzywda. -?Unio­słam dłoń w bła­gal­nym geście.

Wdowa Beaton na­dal mi nie dowie­rzała.

-?Wearh nie można ufać. Co zro­bi­łaby wieś, gdyby się dowie­działa, kim naprawdę jest Mat­thew Roy­don?

-?To sprawa mię­dzy nami, pani Beaton -?ostrze­głam.

-?Skąd jesteś, dziew­czyno, że wie­rzysz, że jedna cza­row­nica będzie chro­nić drugą? To groźny świat. Żadna z nas nie jest już bez­pieczna. - Stara kobieta spoj­rzała z nie­na­wi­ścią na Mat­thew. -?Cza­row­nice umie­rają tysią­cami, a tchó­rze z Kon­gre­ga­cji nie robią nic. Dla­czego, wearh?

-?Dość tego -?rzu­cił zimno Mat­thew. -?Françoise, pro­szę, odpro­wadź wdowę Beaton.

-?Chęt­nie sobie pójdę. -?Sta­ruszka wypro­sto­wała się, na ile pozwa­lały jej powy­krę­cane kości. -?Ale zważ moje słowa, Mat­thew Roy­do­nie. Każda istota miesz­ka­jąca w odle­gło­ści jed­nego dnia podróży podej­rzewa, że jesteś odra­ża­jącą bestią, która żywi się krwią. Kiedy odkryją, że ukry­wasz cza­row­nicę o ciem­nych mocach, Bóg będzie bez­li­to­sny dla tych, któ­rzy zwró­cili się prze­ciwko Niemu.

-?Żegnam, pani Beaton. -?Mat­thew odwró­cił się ple­cami do cza­row­nicy, ale ona posta­no­wiła mieć ostat­nie słowo.

-?Uwa­żaj na sie­bie, sio­stro -?zawo­łała na odchod­nym. -?Świe­cisz zbyt jasno jak na te czasy.

Wszy­scy w pokoju popa­trzyli na mnie, a ja poczu­łam się nie­swojo.

-?Pro­szę się wytłu­ma­czyć -?zażą­dał krótko Wal­ter.

-?Diana nie jest ci winna żad­nych wyja­śnień -?obu­rzył się Mat­thew.

Rale­igh uniósł dłoń na znak rozejmu.

-?Co się stało? -?zapy­tał Mat­thew bar­dziej opa­no­wa­nym tonem. Naj­wy­raź­niej ja byłam mu winna jedno wyja­śnie­nie.

-?Dokład­nie to, co prze­wi­dzia­łam. Wypło­szy­li­śmy wdowę Beaton. Ona zrobi teraz wszystko, żeby się ode mnie odciąć.

-?Powinna być posłuszna -?wymam­ro­tał Mat­thew. -?Wyświad­czy­łem jej wiele łask.

-?Dla­czego nie powie­dzia­łeś jej, kim jestem dla cie­bie? -?spy­ta­łam cicho.

-?Praw­do­po­dob­nie z tego samego powodu, dla któ­rego nie zdra­dzi­łem jej, co potra­fisz zro­bić ze zwy­kłymi owo­cami w ogro­dzie -?odpa­ro­wał mój mąż, bio­rąc mnie za łokieć. Odwró­cił się do przy­ja­ciół. -?Muszę poroz­ma­wiać z żoną. Sam na sam. -?I wypro­wa­dził mnie z pokoju.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki