Rozdział 1
Wylądowaliśmy bez godności w bezładnym
stosie złożonym z czarownicy i wampira. Matthew leżał pode mną, z długimi kończynami wygiętymi w nietypowej i niewygodnej pozycji. Między
nami tkwiła ściśnięta duża księga. Impet sprawił, że srebrna figurka,
którą wcześniej ściskałam w ręce, potoczyła się po podłodze.
-?Jesteśmy we właściwym miejscu? -?Miałam mocno zaciśnięte powieki, na
wypadek gdybyśmy nadal znajdowali się w dwudziestym pierwszym wieku w stodole Sary w stanie Nowy Jork, a nie w szesnastowiecznym Oxfordshire.
Jednakże nieznajome wonie powiedziały mi, że to nie jest mój własny czas
i miejsce. Spośród tych aromatów wybijał się jakiś trawiasty i słodki,
wymieszany z zapachem wosku, który kojarzył mi się z latem. Wyczułam
również nutę dymu drzewnego. I usłyszałam trzaskanie ognia.
-?Otwórz oczy, Diano, i sama zobacz. -?Lekkie jak piórko dotknięcie
zimnych warg na policzku, potem cichy chichot. Oczy koloru wzburzonego
morza spoglądały na mnie z twarzy tak bladej, że mogła należeć tylko do
wampira. Chłodne dłonie przesunęły się z mojej szyi na ramiona. -?Jesteś
cała?
Po przeniesieniu się tak daleko w przeszłość miałam wrażenie, że moje
ciało mogło w każdej chwili rozpaść się pod wpływem nawet lekkiego
podmuchu wiatru. Po naszych wcześniejszych sesjach podróżowania w czasie
w domu mojej ciotki nie czułam niczego podobnego.
-?Nic mi nie jest. A tobie? -?Skupiłam uwagę na Matthew, bo nie miałam
odwagi się rozejrzeć.
-?Nareszcie w domu. -?Matthew z lekkim stuknięciem opuścił głowę na
drewniane deski podłogi, co wyzwoliło jeszcze więcej letniego aromatu z rozrzuconego na niej sitowia i lawendy. Stary Dom nawet z roku 1590 był
dla niego znajomy.
Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia, zobaczyłam
solidne łóżko, mały stół, wąskie ławy i krzesło. Między rzeźbionymi
słupami podtrzymującymi baldachim dostrzegłam drzwi łączące ten pokój z następnym. Wylewające się z niego światło tworzyło na narzucie i podłodze zniekształcony złoty prostokąt. Ściany były wyłożone taką samą
ozdobną boazerią panelową, jaką pamiętałam z kilku pierwszych wizyt w domu Matthew we współczesnym Woodstock. Kiedy odchyliłam głowę do tyłu,
zobaczyłam sufit pokryty grubą warstwą tynku i kwadratowe kasetony z efektownymi czerwono-białymi tudorskimi różami w każdym pozłacanym
zagłębieniu.
-?Róże były obowiązkowe, kiedy budowano ten dom -?skomentował sucho
Matthew. -?Nie mogę ich znieść. Przy pierwszej okazji zamalujemy je na
biało.
Złoto-błękitne płomienie świec umieszczonych w lichtarzach rozbłysły w nagłym przeciągu, oświetlając róg tapiserii o bogatych kolorach i jasną
narzutę, na której ciemniejsze, błyszczące ściegi układały się we wzór z owoców i liści. Nowoczesne tekstylia nie miały takiego połysku.
Uśmiechnęłam się podekscytowana.
-?Naprawdę to zrobiłam. Niczego nie spartaczyłam ani nie przeniosłam nas
w jakieś inne miejsce, na przykład do Monticello albo...
-?Świetnie się spisałaś -?pochwalił mnie z uśmiechem Matthew. -?Witaj w elżbietańskiej Anglii.
Po raz pierwszy w życiu byłam zachwycona, że jestem czarownicą. Jako
historyczka badałam przeszłość. Jako czarownica mogłam naprawdę ją
odwiedzić. Przenieśliśmy się do roku 1590, żebym mogła wyszkolić się w zapomnianej sztuce magii, ale mogłam też nauczyć się tutaj czegoś
więcej. Schyliłam głowę, żeby pocałować Matthew, ale powstrzymał mnie
odgłos otwieranych drzwi.
Matthew przytknął palec do moich warg. Lekko odwrócił głowę, jego
nozdrza się rozdęły. Kiedy rozpoznał, kto jest w sąsiednim pokoju, skąd
dochodził cichy szelest, opuściło go napiecie. Podniósł mnie razem z książką jednym zręcznym ruchem, wziął za rękę i poprowadził do drzwi.
W sąsiednim pokoju przy stole zasłanym korespondencją stał mężczyzna o potarganych kasztanowych włosach. Był średniego wzrostu i zgrabnej
budowy, w drogim, szytym na miarę ubraniu. Nieznaną mi melodię, którą
nucił, od czasu do czasu punktował słowami, zbyt cichymi, żebym mogła je
usłyszeć.
Zaskoczenie malujące się przez chwilę na twarzy Matthew przerodziło się
w serdeczny uśmiech.
-?Gdzie jesteś naprawdę, mój słodki Matthew? -?Mężczyzna uniósł kartkę
do światła.
Mój mąż zmrużył oczy, pobłażliwość zastąpiło niezadowolenie.
-?Szukasz czegoś, Kit?
Młody człowiek upuścił kartkę na stół i okręcił się na pięcie, a jego
twarz rozjaśniła radość. Widziałam już tę twarz, na moim egzemplarzu
Żyda z Malty Christophera Marlowe'a.
-?Matt! Pierre powiedział, że jesteś w Chester i możesz nie dotrzeć do
domu. Ja jednak wiedziałem, że nie opuścisz naszego dorocznego
spotkania.
Słowa były znajome, ale wymawiane z dziwną intonacją, która wymagała ode
mnie skupienia, żebym w ogóle mogła je zrozumieć. Elżbietańska
angielszczyzna wcale aż tak bardzo nie przypominała języka, którego mnie
nauczono, ani nie była tak zrozumiała, jak sądziłam na podstawie sztuk
Szekspira.
-?A gdzie twoja broda? Chorowałeś? -?Oczy Marlowe'a rozbłysły, kiedy
mnie zauważył, a ich natarczywe spojrzenie zdradziło go jako demona.
Powstrzymałam impuls, żeby rzucić się na jednego z największych
angielskich dramatopisarzy, uścisnąć mu rękę i zasypać go pytaniami. Te
nieliczne informacje, które o nim miałam, wyleciały mi z głowy, kiedy
zobaczyłam go stojącego przede mną. Czy jakieś jego sztuki wystawiano w 1590 roku? Ile miał lat? Z pewnością był młodszy od Matthew i ode mnie.
Nie mógł jeszcze skończyć trzydziestki. Uśmiechnęłam się do niego
ciepło.
-?Gdzie to znalazłeś? -?Głos Marlowe'a ociekał pogardą.
Obejrzałam się przez ramię, spodziewając się ujrzeć jakieś okropne
dzieło sztuki. Za mną nie było niczego oprócz pustej przestrzeni.
On miał na myśli mnie. Mój uśmiech zgasł.
-?Spokojnie, Kit -?rzucił Matthew z gniewną miną.
Marlowe tylko wzruszył ramionami na tę reprymendę.
-?Nieważne. Skoro musisz, nasyć się nią, zanim przybędą pozostali.
George oczywiście jest tu już od jakiegoś czasu, pochłania twoje
jedzenie i czyta twoje książki. Nadal nie ma mecenasa ani złamanego
szeląga przy duszy.
-?George jest tu mile widziany, Kit. -?Wpatrując się w młodego człowieka
z twarzą pozbawioną wyrazu, Matthew uniósł nasze splecione palce do ust.
-?Diano, to jest mój drogi przyjaciel Christopher Marlowe.
Prezentacja dała Marlowe'owi okazję do przyjrzenia mi się bardziej
otwarcie. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Jego pogarda rzucała
się w oczy, zazdrość ukrywał lepiej. Marlowe był naprawdę zakochany w moim mężu. Podejrzewałam to już w Madison, kiedy przesunęłam palcami po
jego dedykacji w egzemplarzu Doktora Fausta należącym do Matthew.
-?Nie miałem pojęcia, że w Woodstock jest burdel specjalizujący się w nadmiernie wysokich kobietach. Większość twoich dziwek jest bardziej
delikatna i ponętna, Matthew. Ta tutaj to prawdziwa Amazonka. -?Kit
pokręcił głową, zerkając przez ramię na nieporządne stosy papierzysk
zalegających na stole. -?Słyszałem, że to raczej interesy niż żądza
zawiodły cię na północ. Jak znalazłeś czas, żeby zapewnić sobie jej
usługi?
-?To godne uwagi, Kit, jak łatwo lekceważysz uczucia -?stwierdził
Matthew, przeciągając samogłoski, ale w jego tonie pobrzmiewała nuta
ostrzeżenia.
Marlowe, pozornie skupiony na korespondencji, najwyraźniej jej nie
rozpoznał, bo uśmiechnął się ironicznie. Matthew uścisnął moje palce.
-?Czy Diana to jej prawdziwe imię, czy przybrała je, żeby zwabić
klientów? A może w ofercie znajdziemy obnażenie prawej piersi albo łuk i strzałę. -?Marlowe wziął do ręki jakąś kartkę. -?Pamiętasz, jak
Blackfriars Bess zażądała, żeby nazywać ją Afrodytą, zanim pozwoliła
nam...
-?Diana jest moją żoną. -?Matthew odsunął się ode mnie i chwycił
przyjaciela za kołnierz.
-?Nie. -?Na twarzy Kita odmalował się szok.
-?Tak. To znaczy, że jest panią tego domu, nosi moje nazwisko i znajduje
się pod moją ochroną. Zważywszy na to wszystko -?i oczywiście na naszą
długoletnią przyjaźń -?w przyszłości z twoich ust nie spłynie nawet
słowo krytyki ani najmniejsza uwaga na temat jej cnoty.
Poruszyłam dłonią, żeby przywrócić w niej czucie. Matthew tak mocno ją
ściskał, że pierścień, który nosiłam na środkowym palcu lewej ręki,
zostawił na skórze jasnoczerwony ślad. Osadzony w środku diament bez
faset pochłaniał ciepło ognia. Pierścionek był nieoczekiwanym darem od
Ysabeau, matki Matthew. Zaledwie parę godzin temu -?wieki temu? następne
wieki? -?Matthew powtórzył słowa starej małżeńskiej przysięgi i wsunął
diament na mój palec.
Przy wtórze pobrzękujących naczyń do pokoju weszły dwa wampiry. Jednym z nich był szczupły mężczyzna o wyrazistej twarzy, ogorzałej skórze koloru
orzecha laskowego, czarnych włosach i oczach. Niósł karafkę wina i kielich na nóżce w kształcie delfina, na którego płetwie ogonowej
balansowała czarka. Towarzyszyła mu koścista kobieta z chlebem i serem
na tacy.
-?Wrócił pan, milordzie -?odezwał się mężczyzna, wyraźnie zaskoczony.
Dziwne, ale francuski akcent sprawiał, że łatwiej mi było go zrozumieć.
-?Posłaniec z czwartku mówił...
-?Moje plany się zmieniły, Pierre. -?Matthew odwrócił się do kobiety. -
Dobytek mojej żony zaginął w podróży, Françoise, a ubrania, które miała
na sobie, były tak brudne, że je spaliłem. -?Wypowiedział to kłamstwo z wielką pewnością siebie.
Ani wampiry, ani Kit nie wyglądali na przekonanych.
-?Pańska żona? -?powtórzyła Françoise z akcentem takim jak u Pierre'a. -
Ale ona jest...
-?Ciepłokrwista -?dokończył Matthew i wziął pucharek z tacy. -?Powiedz
Charlesowi, że jest jeszcze jedna osoba do wykarmienia. Diana nie czuła
się ostatnio dobrze, dlatego powinna za radą lekarza jeść świeże mięso i ryby. Ktoś będzie musiał udać się na targ, Pierre.
Wampir zamrugał.
-?Dobrze, milordzie.
-?I pani będzie potrzebowała czegoś do ubrania -?zauważyła Françoise,
taksując mnie wzrokiem.
Na znak swojego pana służąca wyszła z pokoju. Pierre ruszył w jej ślady.
-?Co się stało z twoimi włosami? -?Matthew wziął w palce truskawkowy
pukiel.
-?O, nie! -?jęknęłam.
Uniosłam ręce i zamiast swoich zwykłych pasm w kolorze słomy, o długości
do ramion, nieoczekiwanie trafiłam na kręcone, czerwonawo-złote loki
sięgające do pasa. Ostatnim razem, kiedy moje włosy przejawiły swoją
wolę, chodziłam do college'u i grałam Ofelię w Hamlecie. I wtedy, i teraz ich nienaturalnie szybki wzrost i zmiana koloru nie były dobrymi
znakami. W trakcie naszej podróży w przeszłość obudziła się we mnie
czarownica. Nie wiadomo, jaka jeszcze magia doszła do głosu.
Wampiry umiały wyczuć adrenalinę i nagły niepokój albo usłyszeć muzykę
mojej krwi. Natomiast demony takie jak Kit potrafiły odebrać przypływ
czarodziejskiej energii.
-?Na grób Chrystusa. -?Uśmiech Marlowe'a był pełen złośliwości. -
Sprowadziłeś do domu czarownicę. Co złego zrobiła?
-?Daj spokój, Kit. To nie twoja sprawa. -?Głos Matthew przybrał władczą
nutę, ale jego palce nadal delikatnie dotykały moich włosów. -?Nie martw
się, mon coeur. To na pewno tylko wyczerpanie.
Mój szósty zmysł zaprotestował. Tej ostatniej transformacji nie można
było wytłumaczyć zwykłym zmęczeniem. Jako czarownica z pochodzenia nadal
nie wiedziałam, jakie moce odziedziczyłam. Nawet moja ciotka Sarah i jej
partnerka Emily Mather -?obie czarownice -?nie potrafiły stwierdzić z całą pewnością, co we mnie siedzi i jak nad tym zapanować. Testy naukowe
Matthew wykryły w mojej krwi markery genetyczne magicznego potencjału,
ale nie było gwarancji, kiedy i czy w ogóle te możliwości się ujawnią.
Zanim całkiem pogrążyłam się w niewesołych rozważaniach, wróciła
Françoise z czymś, co wyglądało jak igła do cerowania, i z mnóstwem
szpilek w ustach. Towarzyszył jej ruchomy stos aksamitu, wełny i lnu.
Spod tej góry wystawały smukłe, brązowe nogi, co sugerowało, że gdzieś w środku jest zagrzebany Pierre.
-?Po co to wszystko? -?spytałam podejrzliwie, wskazując na szpilki.
-?Oczywiście po to, żeby madame miała się w co przyodziać.
Françoise ściągnęła ze stosu ubrań burą część garderoby, która wyglądała
jak worek na mąkę. Nie sądziłam, żeby można w tym podejmować gości, ale
ze względu na słabą znajomość elżbietańskiej mody byłam zdana na łaskę
służącej.
-?Idź na dół, gdzie twoje miejsce, Kit -?powiedział Matthew do
przyjaciela. -?Dołączymy do ciebie wkrótce. I pohamuj język. To moja
opowieść, nie twoja.
-?Jak sobie życzysz, Matt. -?Marlowe szarpnął brzeg ciemnofioletowego
kaftana, ale ten nonszalancki gest stał w sprzeczności z drżeniem jego
rąk. Następnie Kit złożył krótki, drwiący ukłon, który był
potwierdzeniem rozkazu Matthew i jednocześnie zakwestionowaniem go.
Kiedy demon wyszedł, Françoise rozłożyła worek na pobliskiej ławie i okrążyła mnie, przyglądając się mojej figurze, żeby wybrać najbardziej
korzystną linię ataku. Potem z westchnieniem irytacji zaczęła mnie
ubierać. Tymczasem Matthew podszedł do stołu zarzuconego papierami.
Otworzył starannie złożony prostokątny pakiecik zapieczętowany kleksem
różowawego wosku. Przebiegł wzrokiem po drobnym piśmie.
-?Dieu. Całkiem o tym zapomniałem. Pierre!
-?Milordzie? -?Spod góry tkanin dobiegł stłumiony głos.
-?Odłóż to i opowiedz mi o ostatniej skardze lady Cromwell.
Matthew traktował Pierre'a i Françoise z mieszaniną familiarności i władczości. Jeśli właśnie tak odnoszono się do służących, to
potrzebowałam czasu, żeby opanować tę sztukę.
Obaj zaczęli szeptać przy kominku, podczas gdy ja byłam drapowana,
motana, wiązana i kłuta szpilkami. Françoise przez chwilę cmokała nad
moim pojedynczym kolczykiem w kształcie skręconych złotych drucików
wysadzanych klejnotami, który pierwotnie należał do Ysabeau. Podobnie
jak egzemplarz Doktora Fausta należący do Matthew i mała srebrna figurka
Diany, ten kolczyk był jedną z trzech rzeczy, które pomogły nam cofnąć
się do tej konkretnej przeszłości. Françoise pogrzebała w kufrze i z łatwością znalazła drugi taki sam. Po skompletowaniu biżuterii wsunęła
na moje nogi grube pończochy i przewiązała je szkarłatnymi wstążkami
powyżej kolan.
-?Chyba jestem gotowa -?stwierdziłam. Chciałam jak najszybciej zejść na
dół i rozpocząć wizytę w szesnastym wieku. Czytanie książek o przeszłości nie było tym samym co jej bezpośrednie doświadczenie, czego
dowiodły moje spotkanie z Françoise i wstępny kurs ubierania się
stosownie do epoki.
Matthew zmierzył mnie wzrokiem.
-?Może być... na razie.
-?Pani wygląda skromnie i zwyczajnie -?oświadczyła Françoise -?i właśnie
tak powinna wyglądać w tym domu.
Matthew zignorował służącą i zwrócił się do mnie:
-?Zanim zejdziemy na dół, Diano, pamiętaj, żeby uważać na słowa. Kit
jest demonem, a George wie, że jestem wampirem, ale nawet najbardziej
otwarte byty patrzą krzywo na kogoś nowego i innego.
W wielkiej sali poznałam przyjaciela Matthew George'a, bez grosza przy
duszy i bez mecenasa, i życzyłam mu miłego wieczoru, jak mi się
wydawało, w poprawnej elżbietańskiej angielszczyźnie.
-?Czy ta kobieta mówi po angielsku? -?George uniósł okrągłe okulary,
powiększające jego niebieskie oczy do żabich rozmiarów. Drugą rękę
trzymał na biodrze w pozie, którą ostatnio widziałam na miniaturze w Muzeum Wiktorii i Alberta.
-?Mieszkała w Chester -?pośpiesznie wyjaśnił Matthew.
George zrobił sceptyczną minę. Najwyraźniej nawet odludzia północnej
Anglii nie tłumaczyły mojej dziwnej wymowy. Akcent Matthew zmiękł i przystosował się do brzmienia i intonacji tych czasów, ale mój pozostał
zdecydowanie współczesny i amerykański.
-?Ona jest czarownicą -?odezwał się Kit, upijając łyk wina.
-?Naprawdę? -?George przyjrzał mi się z nowym zainteresowaniem. Nie
czułam żadnych szturchańców wskazujących na to, że ten mężczyzna jest
demonem, żadnego czarodziejskiego mrowienia ani lodowatych spojrzeń
wampira. George był zwyczajnym, ciepłokrwistym człowiekiem, w średnim
wieku i trochę już zmęczonym życiem. -?Ale ty przecież nie lubisz
czarownic jeszcze bardziej niż Kit, Matthew. Zawsze mnie zniechęcałeś do
poruszania tego tematu. Kiedy zacząłem pisać poemat o Hekate,
powiedziałeś, żebym...
-?Tę lubię -?przerwał mu Matthew, składając mocny pocałunek na moich
ustach. -?Tak bardzo, że ją poślubiłem.
-?Poślubiłeś! -?George przeniósł wzrok na Kita i odchrząknął. -?Więc są
dwie nieoczekiwane okazje do uczczenia. Twoja podróż w interesach nie
przeciągnęła się, jak zapowiadał Pierre, i wróciłeś do nas z żoną. Moje
gratulacje. -?Jego pompatyczny ton skojarzył mi się z przemową podczas
uroczystości ukończenia szkoły, ale pohamowałam rozbawienie. George
ukłonił się i posłał mi promienny uśmiech. -?Jestem George Chapman, pani
Roydon.
Jego nazwisko wydawało się znajome. Przeszukałam nieuporządkowane zasoby
wiedzy zgromadzone w moim umyśle historyczki. Chapman nie mógł być
alchemikiem. Specjalizowałam się w tej dziedzinie, ale nie znalazłam
tego nazwiska w miejsach na nią przeznaczonych. Chapman był pisarzem tak
jak Marlowe, ale nie mogłam sobie przypomnieć żadnego tytułu.
Kiedy dokończyliśmy prezentację, Matthew zgodził się posiedzieć chwilę
przy kominku ze swoimi gośćmi. Mężczyźni rozmawiali o polityce, a George
podejmował wysiłki, żeby włączyć mnie do konwersacji, pytając o stan
dróg i pogodę. Starałam się mówić jak najmniej i obserwować drobne gesty
oraz dobór słów, które pomogłyby mi uchodzić za osobę z epoki
elżbietańskiej. George był zachwycony moim zainteresowaniem i nagrodził
mnie długim wywodem na temat swoich ostatnich prób literackich. Kit,
któremu nie podobało się, że został skazany na drugoplanową rolę,
przerwał wykład George'a, proponując czytanie na głos Doktora Fausta.
-?To będzie próba wśród przyjaciół przed późniejszym prawdziwym
wystawieniem sztuki -?powiedział z błyszczącymi oczami.
-?Nie teraz, Kit -?zaprotestował Matthew i pomógł mi wstać. -?Diana jest
zmęczona po podróży.
Marlowe odprowadzał nas wzrokiem, kiedy wychodziliśmy z pokoju.
Wiedział, że coś ukrywamy. Wcześniej wyłapywał każdą dziwną frazę, gdy
odważyłam się włączyć do rozmowy, i zamyślił się, kiedy Matthew nie mógł
sobie przypomnieć, gdzie trzyma swoją lutnię.
Zanim opuściliśmy Madison, Matthew ostrzegł mnie, że Kit jest niezwykle
spostrzegawczy nawet jak na demona. Zastanawiałam się, ile minie czasu,
zanim Marlowe się domyśli, jaką tajemnicę ukrywamy. Odpowiedź na to
dostałam po kilku godzinach.
Następnego ranka rozmawialiśmy w zaciszu naszego ciepłego łoża, podczas
gdy w domu zaczynała się krzątanina.
Z początku Matthew chętnie odpowiadał na moje pytania o Kita (syna
szewca, jak się okazało) i George'a (który, jak się dowiedziałam ku
swojemu zaskoczeniu, był niewiele starszy od Marlowe). Kiedy jednak
zaczęłam poruszać praktyczne kwestie zarządzania domem i kobiecych
obowiązków, szybko się znudził.
-?Co z moimi ubraniami? -?zapytałam, żeby skupić z powrotem jego uwagę
na najpilniejszych troskach.
-?Nie sądzę, żeby zamężne kobiety spały w czymś takim -?stwierdził
Matthew, szarpiąc moją koszulę nocną z delikatnego płótna.
Rozpiął jej marszczony kołnierzyk i już miał złożyć pocałunek pod moim
uchem, żeby przekonać mnie do swojego punktu widzenia, kiedy ktoś
rozsunął zasłony łoża. Zmrużyłam oczy pod wpływem blasku słońca.
-?No i? -?rzucił Marlowe.
Zza jego ramienia wyglądał drugi, śniadoskóry demon. Ze swoją lekką
budową i spiczastym podbródkiem podkreślonym przez równie ostrą
kasztanową brodę przypominał energicznego skrzata. Jego włosy
najwyraźniej od miesięcy nie widziały grzebienia. Chwyciłam za przód
mojej koszuli, nagle świadoma jej przezroczystości i braku bielizny.
-?Widziałeś obrazy pana White'a z Roanoke, Kit, a ta czarownica wcale
nie wygląda jak tubylcy z Wirginii -?stwierdził z rozczarowaniem
nieznajomy demon. Dopiero teraz zauważył, że mój mąż piorunuje go
wzrokiem. -?O, dzień dobry, Matthew. Pożyczysz mi swoje astrolabium?
Obiecuję, że tym razem nie zabiorę go nad rzekę.
Matthew oparł czoło o moje ramię i z jękiem zamknął oczy.
-?Ona musi pochodzić z Nowego Świata albo z Afryki -?upierał się
Marlowe, nadal celowo nie używając mojego imienia. -?Nie jest z Chester
ani ze Szkocji, Irlandii, Walii, Francji czy z Imperium. Nie wierzę
również, żeby była Holenderką albo Hiszpanką.
-?Dzień dobry, Tom. Jest jakiś powód, dla którego ty i Kit musicie
dyskutować teraz o miejscu pochodzenia Diany, i to w mojej sypialni? -
Matthew ściągnął troczki mojej koszuli nocnej.
-?Jest za ładnie, żeby leżeć w łóżku, nawet jeśli straciłeś rozum od
gorączki. Kit mówi, że musiałeś ożenić się z czarownicą w czasie ataku
febry. Inaczej nie da się wytłumaczyć twojej lekkomyślności. -?Tom
trajkotał w prawdziwie demoniczny sposób, nie zadając sobie nawet trudu,
żeby odpowiedzieć na pytanie Matthew. -?Drogi są suche, a my
przyjechaliśmy parę godzin temu.
-?I wino się skończyło -?poskarżył się Marlowe.
"My"?
Było więcej gości? Stary Dom już pękał w szwach.
-?Sio! Madame musi się umyć, zanim powita jego lordowską mość. -
Françoise wkroczyła do pokoju z parującą misą wody w rękach. Pierre jak
zwykle podążał za nią.
-?Stało się coś ważnego? -?spytał zza zasłony George. Wszedł do pokoju
niezapowiedziany, zręcznie udaremniając wysiłki Françoise, żeby wygonić
mężczyzn z pomieszczenia. -?Lord Northumberland został sam w salonie.
Gdyby był moim klientem, nie potraktowałbym go w ten sposób!
-?Hal czyta traktat o działaniu wahadła przysłany mi przez pewnego
matematyka z Pizy -?rzucił z rozdrażnieniem Tom, siadając na brzegu
łoża. -?Jest całkiem zadowolony.
Z pewnością mówi o Galileuszu, uświadomiłam sobie z podnieceniem. W roku
1590 Galilo Galilei był wykładowcą matematyki na uniwersytecie w Pizie.
Jego praca o wahadle nie została opublikowana... jeszcze.
Tom. Lord Northumberland. Ktoś, kto korespondował z Galileuszem.
Otworzyłam usta ze zdumienia. Demon, który przysiadł na mojej kołdrze,
musiał być Thomasem Harriotem.
-?Françoise ma rację -?stwierdził Matthew, równie zirytowany jak Tom. -
Wynocha! Wszyscy.
-?Co mam powiedzieć Halowi? -?spytał Kit i popatrzył na mnie znacząco.
-?Że niedługo zejdziemy. -?Matthew przetoczył się po łóżku i przyciągnął
mnie do siebie.
Zaczekałam, aż jego przyjaciele wyjdą rządkiem z pokoju, i wtedy
uderzyłam go pięścią w pierś.
-?Za co? -?Matthew skrzywił się z udawanego bólu, ale jedynym, co
posiniaczyłam, była moja własna pięść.
-?Za to, że mi nie powiedziałeś, kim są twoi przyjaciele! -?Oparłam się
na łokciu i spojrzałam na niego z góry. -?Wielki dramatopisarz
Christopher Marlowe. George Chapman, poeta i uczony. Matematyk i astronom Thomas Harriot, o ile się nie mylę. A na dole czeka Hrabia
Czarnoksiężnik.
-?Nie pamiętam, kiedy Henry zasłużył sobie na to przezwisko, ale nikt go
już tak nie nazywa. -?Matthew wyglądał na rozbawionego, co jeszcze
bardziej mnie rozzłościło.
-?Jedyne, czego potrzebujemy, to sir Walter Raleigh, a będziemy mieli w domu całą Nocną Szkołę. -?Matthew wyjrzał za okno, kiedy wspomniałam o legendarnej grupie radykałów, filozofów i wolnomyślicieli. Thomas
Harriot, Christopher Marlowe, George Chapman, Walter Raleigh i...
-?A kim ty właściwie jesteś, Matthew? -?Nie pomyślałam wcześniej, żeby
go o to zapytać.
-?Matthew Roydon -?powiedział mój mąż, kłaniając się, jakbyśmy właśnie w tej chwili zostali sobie przedstawieni. -?Przyjaciel poetów.
-?Historycy prawie nic o tobie nie wiedzą -?stwierdziłam osłupiała.
Matthew Roydon był najbardziej zagadkową postacią związaną z tajemniczą
Nocną Szkołą.
-?Nie jesteś zaskoczona, kiedy już wiesz, kim naprawdę jest Matthew
Roydon? -?Mój mąż uniósł czarną brew.
-?Och, będę zaskoczona do końca życia. Mogłeś mnie uprzedzić, zanim
wciągnąłeś mnie w sam środek tego wszystkiego.
-?I co byś zrobiła? Ledwo zdążyliśmy się ubrać przed wyruszeniem, nie
mówiąc już o przeprowadzeniu prac badawczych. -?Matthew usiadł i opuścił
nogi na podłogę. Nasz prywatny czas był żałośnie krótki. -?Nie ma
powodu, żebyś się denerwowała. To są zwykli ludzie, Diano.
Nieważne, co mówił Matthew, nie było w nich nic zwykłego. Nocna Szkoła
szerzyła heretyckie opinie, szydziła z zepsutego dworu królowej Elżbiety
i gardziła intelektualnymi pretensjami Kościoła i uniwersytetu. Szaleni,
niebezpieczni, źli. Te słowa doskonale opisywały tę grupę. Nie
trafiliśmy na skromne spotkanie przyjaciół w halloweenową noc. Wpadliśmy
w gniazdo szerszeni i elżbietańskich intryg.
-?Pomijając to, jak lekkomyślni potrafią być twoi przyjaciele, nie
możesz oczekiwać, że będę zblazowana, kiedy przedstawiasz mnie ludziom,
nad którymi przez całe swoje dorosłe życie prowadziłam studia -
powiedziałam. -?Thomas Harriot jest jednym z czołowych astronomów swoich
czasów. Twój przyjaciel Henry Percy to alchemik.
Pierre rozpoznał po objawach zdenerwowaną kobietę i pośpiesznie wcisnął
w ręce swojego pana czarne pludry, żeby ten nie stał z gołymi nogami,
kiedy mój gniew eksploduje.
-?Podobnie jak Walter i Tom. -?Matthew podrapał się po brodzie. -?Kit
też para się alchemią, choć bez sukcesu. Nie skupiaj si na tym, co o nich wiesz. I tak pewnie większość z tego nie jest prawdą. I powinnaś
być ostrożna ze swoimi współczesnymi historycznymi etykietkami. -?W końcu wciągnął bryczesy. -?Will wymyśli Nocną Szkołę jako szturchaniec
dla Kita, ale dopiero za kilka lat.
-?Nie obchodzi mnie, co William Szekspir zrobił czy zrobi w przyszłości,
pod warunkiem że nie przebywa w tej chwili w salonie z hrabią
Northumberland! -?odparowałam, zsuwając się z wysokiego łoża.
-?Oczywiście, że Willa nie ma na dole. -?Matthew niedbale machnął ręką.
-?Walter nie lubi jego stóp metrycznych, a Kit uważa go za oszusta i złodzieja.
-?Uf, co za ulga! Co zamierzasz im o mnie powiedzieć? Marlowe wie, że
coś ukrywamy.
Spojrzenie szarozielonych oczu Matthew zwarło się z moim.
-?Chyba prawdę. -?Pierre podał mu kaftan, czarny z misternym pikowaniem,
i wbił nieruchomy wzrok w jakiś punkt nad moim ramieniem; wzór dobrego
sługi. -?Że jesteś podróżniczką w czasie i czarownicą z Nowego Świata.
-?Prawdę -?powtórzyłam beznamiętnie.
Pierre słyszał każde nasze słowo, ale w żaden sposób nie reagował, a Matthew go ignorował, jakby lokaj był niewidzialny. Zastanawiałam się,
czy zostaniemy tu dość długo, żebym stała się równie niepomna na
obecność służby.
-?Dlaczego nie? Tom zapisze wszystko, co powiesz, i porówna to ze swoimi
notatkami na temat języka Algonkinów. Poza tym nikt nie będzie zwracał
na ciebie zbytniej uwagi. -?Matthew wydawał się bardziej zainteresowany
swoim ubraniem niż reakcją przyjaciół.
Tymczasem wróciła Françoise z dwiema ciepłokrwistymi kobietami, które
niosły naręcza czystych ubrań. Wskazała na moją koszulę nocną, a ja
schowałam się za słup baldachimu, żeby się rozebrać. Wdzięczna, że
pobyty w szatniach prawie wyleczyły mnie ze wstydu związanego z rozbieraniem się przy obcych, ściągnęłam płócienną bieliznę przez głowę.
-?Kit będzie szukał powodu, żeby mnie nie lubić, i na pewno kilka
następnych znajdzie.
-?On nie będzie problemem -?zapewnił mnie Matthew.
-?Marlowe jest twoim przyjacielem czy pacynką? -?Nadal próbowałam
wydobyć głowę spomiędzy warstw tkaniny, kiedy rozległ się cichy okrzyk
przerażenia i stłumione: Mon Dieu!
Zamarłam. Françoise zobaczyła moje plecy i bliznę w kształcie
półksiężyca przecinającą dolną część klatki piersiowej oraz gwiazdę
między łopatkami.
-?Ja ubiorę madame -?zwróciła się chłodnym tonem Françoise do pokojówek.
-?Zostawcie ubrania i wracajcie do pracy.
Służące dygnęły i wyszły z nieskrywaną ciekawością na twarzach. Nie
zdążyły zobaczyć moich pleców. Kiedy zniknęły, wszyscy zaczęliśmy mówić
jednocześnie. Pełne przejęcia "Kto to zrobił?" Françoise, "Nikt nie musi
wiedzieć" Matthew i moje własne niepewne "To tylko blizny" zagłuszyły
się wzajemnie.
* * *
-?Ktoś napiętnował panią godłem rodu de Clermont -?stwierdziła
Françoise, kręcąc głową. -?Używanym przez milorda.
-?Złamaliśmy przymierze. -?Walczyłam z mdłościami, które skręcały mi
żołądek za każdym razem, kiedy myślałam o tamtej nocy, gdy inna
czarownica naznaczyła mnie jako zdrajczynię. -?To jest kara Kongregacji.
-?Zatem dlatego oboje tutaj jesteście -?domyśliła się Françoise. -
Przymierze było od początku głupim pomysłem. Philippe de Clermont nigdy
nie powinien się na nie zgodzić.
-?Ale ono chroniło nas przed ludźmi. -?Nie przepadałam za tą umową ani
za złożoną z dziewięciorga członków Kongregacją, która pilnowała jej
przestrzegania, ale sukcesowi z ukrywaniem bytów z innego świata przed
niechcianą uwagą nie można było zaprzeczyć. Stare obietnice złożone
przez demony, wampiry i czarownice zabraniały mieszania się w politykę
czy religię ludzi oraz osobistych związków między tymi trzema gatunkami.
Czarownice miały trzymać się w swoim gronie, podobnie jak wampiry i demony. Członkowie poszczególnych grup nie powinni zakochiwać się w sobie nawzajem ani zawierać małżeństw.
-?Chroniło? Proszę nie myśleć, że jest pani tutaj bezpieczna, madame.
Żadne z nas nie jest. Anglicy to przesądni ludzie, którzy widzą duchy na
każdym kościelnym cmentarzu i czarownice wokół każdego kotła. Tylko
Kongregacja ratuje nas przed całkowitym zniszczeniem. Jest pani mądra,
że się tutaj schroniła. A teraz musi się pani ubrać i dołączyć do
pozostałych.
Françoise pomogła mi w końcu wydostać się z koszuli nocnej i wręczyła
mokry ręcznik oraz miskę z jakąś mazią, która pachniała rozmarynem i pomarańczami. Stwierdziłam, że to dziwne być traktowaną jak dziecko, ale
wiedziałam, że dla ludzi o pozycji Matthew było normalne, że ich myto,
ubierano i karmiono jak lalki. Pierre podał swojemu panu coś zbyt
ciemnego, by mogło być winem.
-?Ona nie tylko jest czarownicą, ale również fileuse de temps? -?spytała
cicho Françoise, zwracając się do Matthew. Nieznajome określenie
"tkaczka czasu" przywołało obraz wielu różnokolorowych nici, wzdłuż
których podążaliśmy, żeby dotrzeć do tej konkretnej przeszłości.
-?Tak. -?Matthew kiwnął głową i skupiony na mnie sączył płyn z kubka.
-?Ale jeśli ona przybywa z innego czasu, to oznacza... -?Françoise
wytrzeszczyła oczy. Potem na jej twarzy pojawił się wyraz zamyślenia.
Pan Roydon musiał mówić i zachowywać się jakoś inaczej.
Ona podejrzewa, że to nie jest ten sam Matthew, uświadomiłam sobie
zaniepokojona.
-?Wystarczy nam wiedzieć, że pani znajduje się pod ochroną milorda -
odezwał się szorstko Pierre z wyraźnym ostrzeżeniem w głosie i wręczył
swojemu panu sztylet. -?Nieważne, co to znaczy.
-?To znaczy, że ją kocham, a ona mnie. -?Matthew popatrzył bacznie na
swojego sługę. -?Nieważne, co powiem innym, taka jest prawda.
Zrozumiano?
-?Tak -?odparł Pierre, choć jego ton sugerował coś zupełnie przeciwnego.
Matthew rzucił Françoise pytające spojrzenie, a ona zasznurowała wargi i niechętnie skinęła głową.
Z powrotem zajęła się mną i otuliła mnie grubym lnianym ręcznikiem.
Musiała zauważyć również inne ślady, które zostały na moim ciele po
tamtym niekończącym się dniu z czarownicą Satu, oraz późniejsze blizny.
Mimo to nie zadawała więcej pytań, tylko posadziła mnie w fotelu przy
kominku i zaczęła czesać moje włosy.
-?Czy ta zniewaga przydarzyła się po tym, jak wyznał pan swoją miłość do
czarownicy, milordzie? -?zapytała Françoise.
-?Tak. -?Matthew przytroczył sztylet do pasa.
-?Czyli to nie manjasang ją naznaczył -?wymamrotał Pierre. Użył starego
określenia na wampira: "krwiopijca". -?Nikt nie ryzykowałby gniewu de
Clermontów.
-?Nie, to była inna czarownica. -?Mimo że ręcznik chronił mnie przed
zimnym powietrzem, to wyznanie przyprawiło mnie o dreszcz.
-?Ale obok stały dwa inne manjasang i pozwoliły, żeby to się stało -
rzekł posępnie Matthew. -?I za to zapłacą.
-?Co się stało, to się nie odstanie. -?Nie chciałam wszczynać wojny
między wampirami. Czekało nas dość wyzwań.
-?Jeśli milord wziął panią na swoją żonę po tym, co zrobiła pani tamta
czarownica, to nic się nie stało. -?Françoise zręcznie zaplotła moje
włosy w ciasne warkocze. Potem owinęła je wokół mojej głowy i przypięła
szpilkami. -?Pani nazwisko może brzmieć Roydon w tej krainie zapomnianej
przez Boga i ludzi, gdzie nie ma lojalności wartej wzmianki, ale my
będziemy pamiętać, że jest pani de Clermont.
Matka Matthew uprzedziła mnie, że de Clermontowie są jak stado. W dwudziestym pierwszym wieku buntowałam się przeciwko obowiązkom i ograniczeniom wynikającym z członkostwa. Ale w roku 1590 moje moce były
nieprzewidywalne, znajomość sztuki magicznej prawie nie istniała, a najwcześniejszy znany mi przodek jeszcze się nie narodził. Tutaj nie
mogłam jedynie polegać na swoim rozumie. I na Matthew.
-?W takim razie nasze wzajemne intencje są jasne. Ale nie chcę teraz
żadnych kłopotów. -?Spojrzałam na pierścień Ysabeau i przesunęłam po nim
kciukiem. Moja nadzieja, że wtopimy się gładko w przeszłość, teraz
wydawała się nieprawdopodobna i naiwna. Rozejrzałam się po pokoju. -?A to...
-?Jesteśmy tutaj tylko z dwóch powodów, Diano: żeby znaleźć ci
nauczyciela i odszukać tamten alchemiczny manuskrypt.
Chodziło o tajemniczy rękopis Ashmole nr 782, dzięki któremu się
spotkaliśmy. W dwudziestym pierwszym wieku tkwił bezpiecznie zagrzebany
wśród milionów książek w oksfordzkiej Bibliotece Bodlejańskiej. Kiedy
wypełniałam rewers, nie miałam pojęcia, że ta prosta czynność wyzwoli
skomplikowany czar wiążący książkę z regałem ani że ten sam czar
reaktywuje się w chwili, kiedy ją zwrócę. Nie wiedziałam również o wielu
sekretach czarownic, wampirów i demonów, które, jak szeptano, miały się
znajdować na jej stronicach. Matthew uznał, że będzie rozsądniej
poszukać Ashmole'a nr 782 w przeszłości, zamiast próbować po raz drugi
przełamać czar we współczesnym świecie.
-?Dopóki nie wrócimy, to będzie nasz dom -?powiedział, starając się
dodać mi otuchy.
Solidne meble stojące w pokoju znałam z muzeów i katalogów aukcyjnych,
ale czułam, że Stary Dom nigdy nie będzie dla mnie swojski. Pomacałam
grube płótno ręcznika, tak różnego od wyblakłych frotowych kompletów
Sary i Em, cienkich od zbyt wielu prań. Głosy w drugim pokoju wznosiły
się i opadały do rytmu, którego nie potrafiłby przewidzieć żaden
współczesny człowiek, historyk czy nie. Ale przeszłość była naszym
jedynym schronieniem. Inne wampiry dały nam to jasno do zrozumienia w czasie naszych ostatnich dni w Madison, kiedy nas wytropiły i omal nie
zabiły Matthew. Jeśli nasz plan miał się powieść, wcielenie się w prawdziwą elżbietańską kobietę musiało stać się moim priorytetem.
-?Jak jest szczęśliwy świat nowy. -?Poważnym historycznym nadużyciem
było cytowanie Burzy Szekspira dwie dekady przed jej napisaniem, ale
miałam za sobą trudny poranek.
-?To nowe dla ciebie -?odpowiedział Matthew. -?Jesteś gotowa na
spotkanie swojego kłopotu?
-?Oczywiście. Ubierzmy mnie. -?Rozprostowałam ramiona i wstałam z fotela. -?Jak się wita z hrabią?
Rozdział 2
Moje obawy związane z etykietą były
bezpodstawne. Tytuły i formy grzecznościowe stały się nieważne, kiedy
rzeczonym hrabią okazał się łagodny gigant Henry Percy.
Françoise, dla której dobre maniery miały znaczenie, cmokała i prychała,
kończąc ubierać mnie w zdobyczne ubrania: czyjąś halkę, pikowany gorset
konieczny dla nadania mojej sportowej sylwetce bardziej kobiecych
kształtów, haftowaną luźną koszulę z wysokim, marszczonym kołnierzem,
która pachniała lawendą i cedrem, czarną aksamitną spódnicę w kształcie
dzwonu i najlepszy kaftan Pierre'a, jedyną szytą na miarę sztukę odzieży
choćby zbliżoną wymiarami do moich. Choć Françoise bardzo się starała,
nie mogła dopiąć tego ostatniego elementu garderoby na moich piersiach.
Wstrzymałam oddech, wciągnęłam brzuch i liczyłam na cud, kiedy mocno
sznurowała gorset, ale nic oprócz boskiej interwencji nie było w stanie
nadać mi sylwetki sylfidy.
W czasie skomplikowanego procesu ubierania zadałam Françoise szereg
pytań. Na podstawie portretów z epoki spodziewałam się nieporęcznej
klatki na ptaki zwanej krynoliną, która podtrzymywała spódnice na
biodrach, ale Françoise mi wyjaśniła, że te są przeznaczone na bardziej
oficjalne okazje. Zamiast krynoliny zawiązała mi wokół talii pod
spódnicą wypchaną tkaninę uformowaną w kształt obwarzanka. Jego jedyną
zaletą okazało się to, że trzymał warstwy materiału z dala od moich nóg,
co umożliwiało mi chodzenie bez zbytniej trudności... pod warunkiem, że
droga do celu była prosta i nie stały na niej żadne meble. Ale
oczekiwano ode mnie również dygnięć. Françoise szybko nauczyła mnie, jak
to robić, a jednocześnie wyjaśniła, że należy tytułować Henry'ego
Percy'ego lordem Northumberland, choć był hrabią, a jego nazwisko
brzmiało Percy.
Nie miałam jednak okazji wykorzystać nowo zdobytej wiedzy. Gdy tylko
Matthew i ja weszliśmy do wielkiej sali, przyskoczył do nas na powitanie
chudy i wysoki młody mężczyzna w stroju podróżnym z miękkiej brązowej
skóry, całej zachlapanej błotem. Na jego szerokiej twarzy pojawił się
pytający wyraz, a gęste brwi koloru popiołu powędrowały w górę czoła z wyraźnym wdowim szpicem.
-?Hal. -?Matthew uśmiechnął się z pobłażliwością starszego brata.
Hrabia zignorował swojego starego przyjaciela i ruszył w moją stronę.
-?P-p-pani Roydon. -?Głęboki bas hrabiego był bezbarwny, bez śladu
akcentu czy modulacji.
Przed zejściem na dół Matthew wyjaśnił mi, że Henry jest trochę głuchy i jąka się od dzieciństwa, ale ma wprawę w czytaniu z ust. Nareszcie
poznałam kogoś, z kim mogłam rozmawiać bez skrępowania.
-?Widzę, że Kit znowu mnie ubiegł -?stwierdził Matthew z uśmiechem
zawodu. -?Miałem nadzieję, że sam ci powiem.
-?Jakie ma znaczenie, kto dzieli się taką szczęśliwą nowiną? -?Lord
Northumberland się ukłonił. -?Dziękuję pani za gościnność i przepraszam,
że zjawiam się w takim stanie. Dobrze, że od początku toleruje pani
przyjaciół męża. Powinniśmy wyjechać natychmiast, gdy dowiedzieliśmy się
o waszym przybyciu. Gospoda w zupełności by wystarczyła.
-?Jest pan tutaj mile widziany, milordzie. -?Przyszła chwila na
dygnięcie, ale moje ciężkie czarne spódnice nie były łatwe do
okiełznania, a gorset miałam zasznurowany tak ciasno, że nie mogłam się
zgiąć w pasie. Ułożyłam nogi w stosownej pozycji wyrażającej szacunek,
ale zachwiałam się, kiedy tylko ugięłam kolana. Duża dłoń o tępo
zakończonych palcach wystrzeliła do przodu, żeby mnie podtrzymać.
-?Wystarczy Henry, proszę pani. Wszyscy mówią mi Hal, więc moje
prawdziwe imię jest uważane za dość oficjalne. -?Jak wiele osób
pozbawionych słuchu hrabia celowo mówił przyciszonym głosem. Kiedy mnie
puścił, skierował uwagę na Matthew. -?Dlaczego bez brody, Matt?
Chorowałeś?
-?Atak febry, nic więcej. Małżeństwo mnie wyleczyło. Gdzie reszta? -
Matthew rozejrzał się za Kitem, George'em i Tomem.
Wielka sala Starego Domu wyglądała zupełnie inaczej w świetle dnia.
Widziałam ją wcześniej tylko w nocy, ale tego ranka ciężka boazeria
okazała się żaluzjami i teraz wszystkie były otwarte. Dzięki temu
pomieszczenie wydawało się przestronne mimo monstrualnego kominka na
przeciwległej ścianie. Zdobiły go średniowieczne kamienne elementy
elewacji, bez wątpienia uratowane przez Matthew z ruin opactwa, które
kiedyś tutaj stało: udręczona twarz świętego, tarcza herbowa, gotycki
ornament czterolistny.
-?Diano? -?rozbawiony głos Matthew przerwał mi rozglądanie się po pokoju
i jego wyposażeniu. -?Hal mówi, że pozostali goście są w saloniku.
Czytają i grają w karty. Nie uznał za stosowne do nich dołączyć, dopóki
nie zostanie zaproszony przez panią domu.
-?Hrabia oczywiście musi zostać, a my od razu możemy dołączyć do twoich
przyjaciół. -?W żołądku mi zaburczało.
-?A może najpierw znajdziemy ci coś do jedzenia -?zaproponował Matthew z iskierkami humoru w oczach. Teraz, kiedy już poznałam Henry'ego
Percy'ego i obyło się bez niefortunnych przygód, mój mąż zaczął się
odprężać. -?Ktoś już cię nakarmił, Hal?
-?Pierre i Françoise byli troskliwi jak zwykle -?zapewnił gość. -
Oczywiście, jeśli pani Roydon do mnie dołączy.... -?Hrabia zawiesił
głos, a jego żołądek zaburczał do wtóru mojemu. Ten mężczyzna był wysoki
jak żyrafa. Zapewnienie paliwa takiemu ciału musiało wymagać dużych
ilości jedzenia.
-?Ja też lubię duże śniadania, milordzie -?powiedziałam ze śmiechem.
-?Henry -?poprawił mnie hrabia łagodnie, pokazując w szerokim uśmiechu
dołeczek w brodzie.
-?W takim razie proszę mówić mi Diana. Nie mogę zwracać się po imieniu
do lorda Northumberland, jeśli on nadal będzie tytułował mnie "pani
Roydon." -?Françoise upierała się przy konieczności honorowania wysokiej
pozycji hrabiego.
-?Dobrze, Diano -?rzekł Henry, podając mi ramię.
Przez pełne przeciągów korytarze zaprowadził mnie do przytulnego pokoju
o niskim suficie, ciepłego i zapraszającego, z tylko jednym ciągiem
okien wychodzących na południe. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów
wciśnięto do niego trzy stoły razem z krzesłami i stołkami. Odgłosy
krzątaniny oraz pobrzękiwanie garnków i patelni świadczyły o tym, że
znajdujemy się blisko kuchni. Na jednej ze ścian wisiała kartka z almanachu, na środkowym stole leżała mapa, której jeden koniec
przyciśnięto świecznikiem, a drugi płytką cynową misą z owocami.
Aranżacja wyglądała jak holenderska martwa natura z jej prostymi
detalami. Zatrzymałam się w pół kroku oszołomiona zapachem.
-?Pigwy. -?Sięgnęłam do misy. Owoce wyglądały tak jak w obrazie, który
powstał w mojej głowie, kiedy w Madison Matthew opisywał mi Stary Dom.
Henry wyglądał na zaintrygowanego moją reakcją na zwykły talerz z owocami, ale był zbyt dobrze wychowany, żeby ją skomentować. Usiedliśmy
przy stole, a służąca dodała do martwej natury świeży chleb, talerz
winogron i miskę jabłek. Widok znajomego jedzenia dodał mi otuchy.
Hrabia zaczął je sobie nakładać, a ja poszłam za jego przykładem, przy
okazji pilnie obserwując, które potrawy Henry wybiera i ile ich zjada.
Pewne drobiazgi zawsze zdradzały obcych, a ja chciałam wydawać się tak
zwyczajna, jak to możliwe. Kiedy napełniliśmy talerze, Matthew nalał
sobie kieliszek wina.
Przez cały posiłek Henry zachowywał się z niezawodną kurtuazją. Nie
zadawał mi osobistych pytań ani nie próbował węszyć w sprawch Matthew.
Zabawiał nas natomiast historyjkami o swoich psach, posiadłościach i pryncypialnej matce, co jakiś czas uzupełniając zapas chleba pieczonego
na ogniu. Właśnie zaczynał opowieść o przenosinach do Londynu, kiedy z dziedzińca dobiegły hałasy. Hrabia, który siedział plecami do drzwi, nic
nie usłyszał.
-?Ona jest niemożliwa! Wszyscy mnie ostrzegaliście, ale ja nie
wierzyłem, że ktoś może być taki niewdzięczny. Po tych wszystkich
bogactwach, którymi napełniłem jej kufry, najmniej, co mogła zrobić...
Och. -?Szerokie ramiona nowego gościa wypełniły drzwi. Na jednym z nich
był udrapowany płaszcz, ciemny jak kręcone włosy, widoczne pod
imponującym kapeluszem z piórami. -?Matthew, jesteś chory?
Henry odwrócił się zaskoczony.
-?Dzień dobry, Walterze. Dlaczego nie jesteś na dworze?
Próbowałam przełknąć kawałek tostu. Nasz nowy gość był niemal z całą
pewnością brakującym członkiem Nocnej Szkoły, sir Walterem Raleigh.
-?Wyrzucony z raju z braku stanowiska, Hal. A kto to jest? -?Przenikliwe
spojrzenie niebieskich oczu spoczęło na mnie, pośród ciemnej brody
błysnęły zęby. -?Henry Percy, ty podstępny łapserdaku. Kit mówił mi, że
zamierzałeś wziąć do łoża jasnowłosą Arabellę. Gdybym wiedział, że
zaczniesz gustować w kimś bardziej dojrzałym niż piętnastoletnia
dziewczyna, już dawno oddałbym cię w jarzmo jakiejś żwawej wdówce.
Dojrzała? Wdówka? Dopiero skończyłam trzydzieści trzy lata.
-?Jej powaby skłoniły cię do przedłożenia domu nad kościół w tę
niedzielę. Musimy tej damie podziękować, że podniosła cię z kolan i wsadziła na konia, gdzie jest twoje miejsce. -?Akcent Waltera Raleigh
był gęsty jak śmietana z Devonshire.
Hrabia Northumberland odłożył na palenisko długi widelec do opiekania
grzanek i zmierzył przyjaciela wzrokiem. Następnie pokręcił głową i wrócił do swojego zadania.
-?Wyjdź, wejdź jeszcze raz i zapytaj Matta o nowinę -?powiedział. -?I wyglądaj na skruszonego, kiedy będziesz to robił.
-?Nie. -?Raleigh wytrzeszczył oczy i popatrzył na Matthew z otwartymi
ustami. -?Ona jest twoja?
-?Z pierścionkiem na dowód. -?Jedną nogą w wysokim bucie Matthew wysunął
spod stołu taboret. -?Siadaj, Walterze, i poczęstuj się piwem.
-?Przysięgałeś, że nigdy się nie ożenisz -?przypomniał mu wyraźnie
skonfundowany Raleigh.
-?Wymagało to pewnej perswazji.
-?Zapewne. -?Znowu spoczęło na mnie taksujące spojrzenie Waltera
Raleigh. -?Szkoda jej dla zimnokrwistego. Ja nie zwlekałbym ani chwili.
-?Diana zna moją naturę i nie ma nic przeciwko mojemu "chłodowi" -
powiedział Matthew. -?Poza tym to ona potrzebowała perswazji. Ja
zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia.
Raleigh tylko prychnął w odpowiedzi.
-?Nie bądź taki cyniczny, przyjacielu. Kupidyn jeszcze może cię trafić
swoją strzałą. -?Szare oczy Matthew rozjarzyły się ze złośliwej uciechy
na myśl o pewnym fakcie z przyszłości Waltera.
-?Kupidyn będzie musiał poczekać ze strzelaniem do mnie. Jestem obecnie
całkowicie pochłonięty odpieraniem wrogich ataków królowej i admirała. -
Walter rzucił kapelusz na pobliski stół, a ten prześliznął się po
lśniącej powierzchni planszy do tryktraka, zakłócając toczącą się grę.
Raleigh jęknął i usiadł obok Henry'ego. -?Wszyscy chcą kawałka mojej
skóry, zdaje się, ale nikt nie da mi awansu, podczas gdy cała ta sprawa
z koloniami wisi mi nad głową. Pomysł na tegoroczną rocznicową
celebrację był mój, ale tamta kobieta powierzyła nadzór nad ceremoniami
Cumberlandowi. -?Na nowo rozgorzał w nim gniew.
-?Nadal żadnych wieści z Roanoke? -?spytał łagodnie Henry, podając
przyjacielowi kubek gęstego, brązowego ale.
Żołądek mi się ścisnął na wspomnienie pierwszej pechowej wyprawy Waltera
Raleigh do Nowego Świata. Po raz pierwszy, ale nie ostatni ktoś
zastanawiał się na głos nad rezultatem przyszłych wydarzeń.
-?White wrócił do Plymouth w zeszłym tygodniu, wypędzony do domu przez
paskudną pogodę. Musiał zarzucić poszukiwania córki i wnuczki. -?Walter
pociągnął solidny łyk piwa i zapatrzył się w przestrzeń. -?Chrystus wie,
co się stało z nimi wszystkimi.
-?Przyjdzie wiosna, wrócisz tam i ich odnajdziesz. -?Henry mówił z przekonaniem, ale Matthew i ja wiedzieliśmy, że zaginieni koloniści z Roanoke nigdy nie zostaną odnalezieni, a Raleigh już nigdy nie postawi
stopy na ziemiach Karoliny Północnej.
-?Modlę się, żebyś miał rację, Hal. Ale dość o moich kłopotach. Z jakiej
części kraju pochodzi pani rodzina, pani Roydon?
-?Z Cambridge -?bąknęłam cicho, starając się, żeby moja odpowiedź była
jak najkrótsza i jak najbardziej prawdziwa. Miasto leżało w Massachusetts, a nie w Anglii, ale gdybym zaczęła teraz wszystko
wyjaśniać, nigdy bym nie połapała się w kolejnych wersjach.
-?Zatem jest pani córką uczonego. A może pani ojciec był teologiem? Matt
byłby zadowolony, że ma z kim porozmawiać o sprawach wiary. Z wyjątkiem
Hala jego przyjaciele są beznadziejni, jeśli chodzi o doktrynę. -?Walter
napił się piwa i czekał na moją odpowiedź.
-?Ojciec Diany zmarł, kiedy była mała. -?Matthew wziął mnie za rękę.
-?Przykro mi, Diano -?wymamrotał Henry. -?Utrata ojca to st-t-traszny
cios.
-?A pierwszy mąż zostawił pani synów i córki na pociechę? -?spytał
Walter z nutą współczucia w głosie.
W tych czasach kobieta w moim wieku musiała być wcześniej zamężna i mieć
co najmniej trójkę albo czwórkę dzieci. Pokręciłam głową.
-?Nie.
Walter zmarszczył brwi, ale nim zaczął dalej drążyć sprawę, zjawił się
Kit z George'em i Tomem.
-?Wreszcie. Przemów mu do rozsądku, Walterze. Matthew nie może wciąż
odgrywać Odyseusza wobec swojej Kirke. -?Kit chwycił pucharek stojący
przed Henrym. -?Dzień dobry, Hal.
-?Komu przemówić do rozsądku? -?spytał Raleigh z rozdrażnieniem.
-?Oczywiście Mattowi. Ta kobieta jest czarownicą. I jest z nią coś nie
tak. -?Kit zmrużył oczy. -?Ona coś ukrywa.
-?Czarownicą -?powtórzył Walter ostrożnie.
Służąca z naręczem polan zamarła w drzwiach.
-?Jak powiedziałem. -?Kit pokiwał głową. -?Tom i ja od razu
rozpoznaliśmy znaki.
Pokojówka wrzuciła polana do kosza i uciekła.
-?Jak na dramatopisarza masz godne pożałowania wyczucie czasu i miejsca,
Kit. -?Walter popatrzył na Matthew. -?Mamy iść w jakiś inne miejsce,
żeby omówić tę kwestię, czy to tylko jedna z próżnych fantazji Kita?
Jeśli to ostatnie, chciałbym zostać tam, gdzie jest ciepło, i dokończyć
piwo.
Dwaj mężczyźni spojrzeli po sobie. Kiedy wyraz twarzy Matthew się nie
zmienił, Walter zaklął pod nosem. Pierre pojawił się jak na sygnał.
-?W saloniku jest rozpalony ogień, milordzie -?powiedział. -?A dla
naszych gości wyłożono jedzenie i wino. Nikt nie będzie tam
przeszkadzał.
Salonik nie był ani tak przytulny jak pokój, w którym jedliśmy
śniadanie, ani tak imponujący jak wielka sala. Duża liczba rzeźbionych
foteli, bogate tapiserie i obrazy w ozdobnych ramach sugerowały, że jego
głównym przeznaczeniem jest podejmowanie najważniejszych gości. Przy
kominku wisiało wspaniałe malowidło Holbeina przedstawiające św.
Hieronima i lwa. Było mi nieznane, podobnie jak namalowany przez tego
samego artystę portret Henryka VIII o świńskich oczkach, trzymającego
książkę i okulary i patrzącego w zamyśleniu na obserwatora; na stole
przed nim leżały cenne przedmioty. Córka Henryka, obecna królowa
Elżbieta, wpatrywała się w niego z wyższością z drugiej strony pokoju.
Pełen napięcia impas uwieczniony na obrazie nie poprawiał nastroju,
kiedy zajmowaliśmy miejsca w saloniku. Matthew oparł się o kominek i skrzyżował ręce na piersi. Wyglądał w każdym calu tak onieśmielająco jak
Tudorowie spoglądający na nas ze ścian.
-?Nadal zamierzasz powiedzieć im prawdę? -?spytałam go szeptem.
-?Tak jest na ogół łatwiej, pani -?odezwał się ostro Raleigh -?nie
wspominając o tym, że tak się postępuje wśród przyjaciół.
-?Zapominasz się, Walterze -?ostrzegł go Matthew z budzącym się gniewem.
-?Zapominam się? I mówi to ktoś, kto zadał się z czarownicą? -?Raleigh
nie miał kłopotu z dotrzymaniem kroku Matthew, jeśli chodzi o irytację.
Ale w jego głosie pobrzmiewała również nuta strachu.
-?Ona jest moją żoną -?odparował Matthew i przeczesał ręką włosy. -?A jeśli chodzi o to, że jest czarownicą, wszyscy w tym pokoju jesteśmy o coś oczerniani, o coś prawdziwego albo wymyślonego.
-?Ale żeby ją poślubić... co ty sobie myślałeś? -?zapytał z niedowierzaniem Walter.
-?Że ją kocham -?odparł Matthew krótko.
Kit przewrócił oczami i dolał sobie wina ze srebrnej karafki. Moje
marzenia, żeby usiąść z nim przy ciepłym ogniu i porozmawiać o magii i literaturze, całkiem się rozwiały w surowym świetle listopadowego
poranka. Przebywałam w roku 1590 od niecałych dwudziestu czterech
godzin, ale już miałam serdecznie dość Christophera Marlowe'a.
Po słowach Matthew w saloniku zapadła cisza, podczas gdy Walter i on
mierzyli się wzrokiem. Wobec Kita Matthew był pobłażliwy i nieco
zirytowany, dla George'a i Toma miał dużo cierpliwości, a Henry budził w nim braterskie uczucia. Ale Raleigh był mu równy -?pod względem
inteligencji, siły, może nawet bezwzględności -?co oznaczało, że tylko
jego opinia się liczyła. Obaj żywili wobec siebie ostrożny szacunek,
niczym dwa wilki decydujące, kto poprowadzi stado.
-?A więc to tak -?rzekł wolno Raleigh, ustępując przed autorytetem
Matthew.
-?Tak. -?Matthew postawił stopę na palenisku.
-?Masz zbyt wiele sekretów i zbyt wielu wrogów, żeby brać sobie żonę. A jednak to zrobiłeś. -?Na twarzy Waltera odmalowało się zdumienie. -?Inni
oskarżali cię o to, że nadmiernie polegasz na swojej subtelności, a ja
się z nimi nie zgadzałem aż do tej pory. Dobrze, Matthew. Skoro jesteś
taki przebiegły, mów, co mamy odpowiadać, kiedy ludzie zaczną zadawać
pytania.
Kit z trzaskiem odstawił pucharek na stół, aż wino prysnęło mu na rękę.
-?Nie możesz oczekiwać od nas, że...
-?Cisza! -?Walter rzucił Marlowe'owi wściekłe spojrzenie. -?Zważywszy na
kłamstwa, które ze względu na ciebie opowiadamy, jestem zaskoczony, że
ośmielasz się sprzeciwiać. Mów dalej, Matthew.
-?Dziękuję, Walterze. Jesteś jednym z pięciu ludzi w królestwie, którzy
mogą wysłuchać tej opowieści i nie pomyśleć, że oszalałem. -?Matthew
przeczesał rękami włosy. -?Pamiętacie, jak ostatnio rozmawialiśmy o pomysłach Giordana Bruna na temat nieskończonej liczby światów,
nieograniczonych przez czas ani przestrzeń?
Mężczyźni wymienili spojrzenia.
-?Nie jestem pewien, czy rozumiemy, co masz na myśli -?zaczął ostrożnie
Henry.
-?Diana jest z Nowego Świata. -?Matthew umilkł, co dało Marlowe'owi
okazję do rzucenia triumfalnego spojrzenia przyjaciołom. -?Z przyszłego
Nowego Świata.
W ciszy, która zapadła w pokoju, wszystkie oczy skierowały się na mnie.
-?Powiedziała, że jest z Cambridge -?przypomniał w osłupieniu Walter.
-?Nie z tego Cambridge. Moje leży w Massachusetts. -?Głos łamał mi się
od napięcia i długiego milczenia. Odchrząknęłam. -?Kolonia powstanie na
północ od Roanoke za czterdzieści lat.
W salonie podniosła się wrzawa, ze wszystkich stron zasypały mnie
pytania. Harriot wyciągnął rękę i z wahaniem dotknął mojego ramienia.
Kiedy jego palec napotkał twarde ciało, Tom ze zdumieniem cofnął dłoń.
-?Słyszałem o bytach, które potrafią naginać czas do swojej woli. To
jest cudowny dzień, prawda, Kit? Czy kiedykolwiek myślałeś, że poznasz
tkaczkę czasu? Musimy oczywiście być przy niej ostrożni, bo inaczej
możemy wplątać się w jej sieć i zgubić drogę. -?Na twarzy Harriota
pojawiła się tęsknota, jakby cieszyła go myśl, że mógłby trafić do
innego świata.
-?A co panią tutaj sprowadza, pani Roydon? -?Głęboki głos Waltera
przebił się przez pozostałe.
-?Ojciec Diany był uczonym -?odpowiedział za mnie Matthew. Gdy rozległ
się szmer zainteresowania, Walter uciszył go gestem ręki. -?Jej matka
również. Oboje byli czarownikami i umarli w tajemniczych
okolicznościach.
-?Więc mamy ze sobą coś wspólnego, D-D-Diano -?stwierdził Henry.
Zanim zdążyłam go spytać, co ma na myśli, Walter ponaglił Matthew.
-?W rezultacie zaniedbano jej wykształcenie jako czarownicy -?dokończył
mój mąż.
-?Łatwo jest wykorzystać taką czarownicę. -?Tom się zasępił. -?Dlaczego
w tym przyszłym Nowym Świecie nie dba się bardziej o takie istoty?
-?Moja magia i związana z nią długa historia mojej rodziny nic dla mnie
nie znaczyły. Musicie zrozumieć, jak to jest pragnąć wykroczyć poza
ograniczenia wynikające z dziedzictwa. -?Spojrzałam na Kita, syna
szewca, z nadzieją na poparcie, jeśli nie na sympatię i zrozumienie, ale
on się odwrócił.
-?Ignorancja to niewybaczalny grzech. -?Kit bawił się kawałkiem
czerwonego jedwabiu, który wystawał z jednego z dziesiątków poszarpanych
rozcięć w jego czarnym kaftanie.
-?Podobnie jak nielojalność -?dodał Walter. -?Mów dalej, Matt.
-?Diana może nie została wyszkolona w sztuce magii, ale w żadnym razie
nie jest ignorantką. Ona też jest uczoną i ma pasję do alchemii. -?W głosie Matthew brzmiała duma.
-?Damy alchemiczki są niczym więcej jak kuchennymi filozofkami -
prychnął Kit -?bardziej zainteresowanymi upiększaniem cery niż
zrozumieniem sekretów natury.
-?Studiuję alchemię w bibliotece, a nie w kuchni -?odburknęłam,
zapominając o modulowaniu tonu czy akcentu. Oczy Marlowe'a się
rozszerzyły. -?I uczę jej studentów na uniwersytecie.
-?Będą pozwalać kobietom wykładać na uniwersytetach? -?spytał George,
zafascynowany i w takim samym stopniu czujący odrazę.
-?I wstępować na uczelnie również -?mruknął Matthew, skubiąc czubek
nosa. -?Diana poszła na Oksford.
-?To musiało poprawić obecność na wykładach -?skomentował Walter sucho.
-?Gdyby kobiety dopuszczono do Kolegium Oriel, nawet ja mógłbym zdobyć
następny stopień. A w tej przyszłej kolonii gdzieś na północ od Roanoke
uczone są atakowane? -?Taki logiczny wniosek nasuwał się po wysłuchaniu
dotychczasowej opowieści Matthew.
-?Nie wszystkie. Ale Diana znalazła na uniwersytecie pewną zagubioną
książkę.
Członkowie Nocnej Szkoły pochylili się na krzesłach. Zaginione księgi
były dużo bardziej interesujące dla tej grupki niż niedouczone
czarownice i wykładowczynie.
-?Zawiera ona sekretne informacje o świecie bytów.
-?Księga Tajemnic, która podobno opowiada o naszym stworzeniu? -?Na
twarzy Kita malowało się zdumienie. -?Nigdy wcześniej nie interesowałeś
się tymi bajkami, Matthew. Prawdę mówiąc, lekceważyłeś je jako przesądy.
-?Teraz w nie wierzę, Kit. Odkrycie Diany sprowadziło wrogów pod jej
drzwi.
-?A ty byłeś z nią. Wrogowie podnieśli zasuwę i weszli. -?Walter
pokręcił głową.
-?Dlaczego obecność Matthew spowodowała takie straszne konsekwencje? -
zdziwił się George.
Palcami namacał czarną rypsową tasiemkę, którą przywiązywał okulary do
zapięć kaftana. To odzienie miał modnie wypchane na brzuchu, a kiedy się
ruszał, wypełnienie szeleściło jak torba płatków owsianych. George
uniósł okrągłe oprawki i przyjrzał się im, jakby były nowym ciekawym
obiektem do zbadania.
-?Ponieważ czarownicom i wearh nie wolno się pobierać -?odparł szybko
Kit.
Nigdy wcześniej nie słyszałam słowa wearh wymówionego z takim mocnym "w"
na początku i gardłowym dźwiękiem na końcu.
-?Podobnie jak demonom i wearh. -?Walter ostrzegawczo zacisnął dłoń na
ramieniu Kita.
-?Naprawdę? -?George łypnął na Matthew, a potem na mnie. -?Czy królowa
zabrania takich związków?
-?To starożytne przymierze między bytami, którego nikt nie śmie łamać. -
W głosie Toma brzmiał strach. -?Ci, którzy to robią, są wzywani przed
Kongregację i karani.
Tylko wampiry tak stare jak Matthew mogły pamiętać czasy sprzed
przymierza, które określiło, jak mają się wobec siebie zachowywać byty i jak traktować ludzi. "Żadnego bratania się między gatunkami z innych
światów" było najważniejszą zasadą, a Kongregacja pilnowała jej
przestrzegania. Naszych talentów -?kreatywności, siły, nadnaturalnych
mocy -?nie dało się zignorować w mieszanych grupach. Było tak, jakby moc
czarownicy potęgowała kreatywną energię znajdujących się w pobliżu
demonów, a geniusz demona sprawiał, że uroda wampira jeszcze bardziej
rzucała się w oczy. Jeśli chodzi o nasze stosunki z ludźmi, mieliśmy być
dyskretni i trzymać się z dala od polityki i religii.
Nie dalej jak tego ranka Matthew twierdził, że w szesnastym wieku stoi
przed Kongregacją zbyt wiele innych problemów -?wojna religijna, palenie
heretyków, powszechny głód rzeczy obcych, dziwacznych i nowych,
podsycony wynalezieniem druku -?żeby jej członkowie przejmowali się
czymś tak trywialnym jak czarownica i wampir, którzy się w sobie
zakochali. Zważywszy na zdumiewające i niebezpieczne wydarzenia, które
miały miejsce, odkąd poznałam Matthew pod koniec września, trudno mi
było w to uwierzyć.
-?Jaka Kongregacja? -?spytał z zainteresowaniem George. -?To jakaś nowa
sekta religijna?
Walter zignorował pytanie i posłał Matthew przeszywające spojrzenie.
Potem odwrócił się do mnie.
-?A pani nadal ma tę księgę?
-?Nikt jej nie ma. Wróciła do biblioteki. Czarownice oczekują, że ją
odzyskam.
-?Czyli jesteście ścigani z dwóch powodów. Niektórzy chcą utrzymać panią
z dala od wearh, inni uważają za niezbędny środek do upragnionego celu.
-?Walter ścisnął grzbiet nosa i ze znużeniem popatrzył na Matthew. -
Jesteś prawdziwym magnesem, jeśli chodzi o kłopoty, mój przyjacielu. A to wszystko nie mogłoby się wydarzyć w mniej odpowiednim czasie.
Ceremonia rocznicowa królowej już za niecałe trzy tygodnie. Jesteś
oczekiwany na dworze.
-?Mniejsza o królewskie obchody! -?Kit zerwał się z krzesła i stanął
przed Matthew. -?Nie jesteśmy bezpieczni, mając wśród nas tkaczkę czasu.
Ona widzi, jaki los czeka każdego z nas. Czarownica będzie mogła zmienić
naszą przyszłość, sprowadzić na nas fatum, nawet przyśpieszyć naszą
śmierć. Jak, na wszystko co święte, mogłeś to zrobić?
-?Zdaje się, że zawiódł cię twój osławiony ateizm, Kit -?zauważył
Matthew beznamiętntm tonem. -?Boisz się, że mimo wszystko będziesz
musiał odpowiedzieć za swoje grzechy?
-?Może nie wierzę w dobrotliwe, wszechpotężne bóstwo, tak jak ty, Matt,
ale na tym świecie jest coś więcej niż to, co opisano w twoich księgach
filozoficznych. A tej kobiecie -?tej czarownicy -?nie można pozwolić
mieszać się do naszych spraw. Ty jesteś w jej niewoli, ale ja nie
zamierzam kłaść swojej przyszłości w jej ręce!
-?Chwileczkę. -?Po twarzy George'a przemknął wyraz zdumienia. -
Przybyłeś do nas z Chester, Matthew, czy...
-?Nie musisz odpowiadać, Matt -?odezwał się Tom. -?Janus przybył do nas,
żeby osiągnąć jakiś cel, a nam nie wolno mu przeszkadzać.
-?Mów do rzeczy, Tom... jeśli potrafisz -?rzucił złośliwie Kit.
-?Jedną twarzą Matthew i Diana patrzą w przeszłość, drugą spoglądają w przyszłość -?ciągnął Tom niezniechęcony uwagą przyjaciela.
-?Ale jeśli Matt nie jest... -?George umilkł.
-?Tom ma rację -?włączył się Raleigh. -?Matthew jest naszym przyjacielem
i poprosił nas o pomoc. O ile sobie przypominam, zrobił to po raz
pierwszy. I to wszystko, co musimy wiedzieć.
-?On prosi o zbyt wiele -?oświadczył Kit.
-?Za wiele? Według mnie o zbyt mało i za późno. Matthew zapłacił za
jeden z moich statków, uratował posiadłości Toma i od dawna zaopatruje
George'a i Toma w książki i spełnia ich marzenia. A jeśli chodzi o ciebie... -?Walter zmierzył Marlowe'a od stóp do głów -?...wszystko w tobie i na tobie, od twoich pomysłów po ostatni kieliszek wina i kapelusz na głowie, zawdzięczasz łaskawości Matthew Roydona. Zapewnienie
bezpiecznego portu jego żonie w czasie obecnej burzy jest drobnostką w porównaniu z całą resztą.
-?Dziękuję, Walterze. -?Matthew wyglądał, jakby mu ulżyło, ale uśmiech,
który mi posłał, był ostrożny. Przekonanie przyjaciół, a zwłaszcza
Waltera, okazało się jeszcze trudniejsze, niż oczekiwał.
-?Będziemy musieli wymyślić jakąś historyjkę, by wyjaśnić, jak twoja
żona tutaj trafiła -?rzekł Walter w zamyśleniu. -?Coś, co odwróci uwagę
od jej dziwności.
-?Diana potrzebuje również nauczyciela -?dodał Matthew.
-?Z pewnością trzeba ją nauczyć paru manier -?rzucił złośliwie Kit.
-?Nie, jej nauczycielką musi być inna czarownica.
Walter prychnął z rozbawieniem.
-?Wątpię, czy w promieniu dwudziestu mil od Woodstock znajdzie się jakaś
czarownica. Nie, kiedy ty tu mieszkasz.
-?A co z księgą, pani Roydon? -?Z kieszeni ukrytej w obszernych fałdach
krótkich bryczesów George wyjął zaostrzony szary patyk. Polizał czubek
ołówka i uniósł go. -?Może mi pani podać rozmiary i zawartość? Poszukam
jej w Oksfordzie.
-?Książka może poczekać -?powiedziałam. -?Najpierw potrzebuję
odpowiednich ubrań. Nie mogę wyjść z domu w kaftanie Pierre'a i spódnicy, którą siostra Matthew nosiła na pogrzebie Jane Seymour.
-?Wyjść z domu? -?rzucił drwiąco Kit. -?Kompletne szaleństwo.
-?Kit ma rację -?rzekł przepraszającym tonem George i coś zapisał w notesie. -?Pani mowa wyraźnie zdradza, że jest pani w Anglii obca.
Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł udzielić pani lekcji dykcji, pani Roydon.
Myśl o George'u Chapmanie odgrywającym Henry'ego Higginsa wobec Elizy
Doolittle sprawiła, że tęsknie spojrzałam w stronę wyjścia.
-?W ogóle nie powinno się pozwolić jej mówić, Matt -?upierał się Kit. -
Każ jej milczeć.
-?Potrzebujemy kobiety, która udzieli rad Dianie. Dlaczego nie ma wśród
was pięciu żadnej córki, żony albo kochanki?
W pokoju zapadła głęboka cisza.
-?Walterze? -?rzucił Kit, przyprawiając pozostałych mężczyzn o atak
śmiechu, co rozluźniło ciężką atmosferę, jakby przez pokój przeleciała
letnia burza. Nawet Matthew dołączył do ogólnej wesołości.
Kiedy śmiech ucichł, do pokoju wszedł Pierre, depcząc gałązki rozmarynu
i lawendy rozrzucone wśród sitowia, które wykładano na podłogach, żeby
wilgoć nie przeniknęła całego domu. W tej samej chwili dzwony zaczęły
wybijać godzinę dwunastą. Podobnie jak wcześniej widok pigw, tak teraz
połącznie dźwięków i zapachów przeniosło mnie z powrotem do Madison.
Przeszłość, teraźniejszość i przeszłość spotkały się ze sobą. Zamiast
powolnego, płynnego rozwijania się nastąpił bezruch, jakby czas się
zatrzymał. Oddech uwiązł mi w krtani.
-?Diano? -?Matthew wziął mnie za łokieć.
Coś niebieskiego i bursztynowego przyciągnęło moją uwagę, splot światła
i koloru. Był gęsto utkany w rogu pokoju, gdzie nie mogłoby się zmieścić
nic oprócz pajęczyn i kurzu. Zafascynowana próbowałam ruszyć w tamtę
stronę.
-?Ma jakiś atak? -?zapytał Henry, którego twarz zmaterializowała się
ponad ramieniem Matthew.
Uderzenia dzwonu ucichły, zapach lawendy wywietrzał. Niebieski i bursztynowy zblakły do szarości i bieli, po czym zniknęły.
-?Przepraszam. Myślałam, że widzę coś w rogu. To musiała być gra
światła. -?Przycisnęłam dłoń do policzka.
-?Może cierpisz na jet lag, mon coeur -?szepnał Matthew. -?Obiecałem ci
spacer po parku. Pójdziesz ze mną, żeby oczyścić umysł?
Może były to skutki podróży w czasie i rzeczywiście świeże powietrze
mogłoby pomóc. Ale Matthew nie widział tych ludzi od ponad czterech
wieków.
-?Powinieneś być ze swoimi przyjaciółmi -?oświadczyłam twardo, choć mój
wzrok powędrował w stronę okien.
-?Oni nadal będą tu pili moje wino, kiedy wrócimy -?rzekł Matthew z uśmiechem i odwrócił się do Waltera. -?Zamierzam pokazać Dianie
posiadłość i upewnić się, że znajdzie drogę przez ogrody.
-?Będziemy musieli później porozmawiać -?ostrzegł go Walter. -?Są sprawy
do omówienia.
Matthew pokiwał głową i objął mnie w talii.
-?To może poczekać.
Zostawiliśmy Nocną Szkołę w ciepłym saloniku i wyszliśmy z domu. Tom już
stracił zainteresowanie problemami wampira i czarownicy i pogrążył się w lekturze. George'a pochłonęły jego własne myśli i teraz skrzętnie
zapisywał coś w notatniku. Spojrzenie Kita było czujne, Waltera
ostrożne, Henry'ego pełne współczucia. Trzej mężczyźni w swoich czarnych
strojach wyglądali z tymi poważnymi minami jak nieżyczliwe kruki.
Przypomniało mi się coś, co Szekspir wkrótce miał powiedzieć o tej
niezwykłej grupce.
-?Jak to się zaczyna? -?wyszeptałam. -?"Czerń jest znakiem piekła".
Matthew zrobił zadumaną minę.
-?"Czerń jest znakiem piekła. Barwą lochów i szkoły nocy".
-?Kolor przyjaźni powinien być wyraźniejszy -?stwierdziłam. Widziałam,
jak Matthew radzi sobie z czytelnikami w Bibliotece Bodlejańskiej, ale
jego wpływ na takich ludzi jak Walter Raleigh i Kit Marlowe nadal mnie
zaskakiwał. -?Jest coś, czego by dla ciebie nie zrobili, Matthew?
-?Módl się do Boga, żebyśmy nigdy się tego nie dowiedzieli -?skwitował z powagą mój mąż.
Rozdział 3
W poniedziałek rano ukryto mnie w gabinecie
Matthew. Mieścił się on między apartamentem Pierre'a i mniejszą komnatą,
której używano jako biura. Roztaczał się z niego widok na stróżówkę i drogę do Woodstock.
Większość chłopców -?teraz, kiedy poznałam ich lepiej, to określenie
wydawało się dużo bardziej odpowiednie niż nazwa Nocna Szkoła -
schroniła się w pomieszczeniu, które Matthew nazywał pokojem
śniadaniowym. Tam przy piwie i winie zatrudnili swoją znaczną
wyobraźnię, żeby ułożyć dla mnie odpowiedni scenariusz. Walter zapewniał
mnie, że kiedy bajeczka będzie gotowa, wyjaśni moje nagłe pojawienie się
w Woodstock ciekawskim mieszkańcom i ograniczy pytania na temat mojego
dziwnego akcentu i zachowania.
Historia, którą wymyślili do tej pory, okazała się wyjątkowo
dramatyczna. I nic dziwnego, skoro dwaj z naszych rezydentów byli
dramatopisarzami. Kit i George wymyślili kluczowe elementy intrygi.
Wśród postaci znaleźli się francuscy rodzice, chciwy szlachcic polujący
na bezradną sierotę (mnie) oraz podstarzali lubieżnicy czyhający na moją
cnotę. W epickiej opowieści znalazły się moje duchowe poszukiwania i konwersja z katolicyzmu na kalwinizm. W rezultacie doprowadziło to do
dobrowolnego wygnania na ziemie protestanckiej Anglii, lat biedy,
odmiany losu i ratunku ze strony Matthew. George (który rzeczywiście
miał w sobie coś z belfra) obiecał wyuczyć mnie szczegółów, kiedy
nadadzą swojej historii ostatni szlif.
Cieszyłam się względnym spokojem, który był rzadkim towarem w zatłoczonym elżbietańskim domostwie tej wielkości. Jak niesforne dziecko
Kit niezmiennie wyczuwał najgorszy moment, żeby dostarczyć pocztę,
zapowiedzieć obiad albo prosić Matthew o pomoc w kolejnych kłopotach. A mojemu mężowi, co zrozumiałe, zależało na spędzaniu czasu z przyjaciółmi, których nie spodziewał się kiedyś jeszcze zobaczyć.
Obecnie rozmawiał z Walterem, a ja, czekając na jego powrót, zajęłam się
pewną małą książeczką. Stół przy oknie był zasłany pękami naostrzonych
gęsich piór i szklanymi pojemnikami z atramentem. Obok leżały rozrzucone
inne przybory: wosk do pieczętowania korespondencji, cienki nóż do
otwierania listów, świeca, srebrne sitko. To ostatnie nie było pełne
soli, tylko piasku, o czym się przekonałam, jedząc na śniadanie
zgrzytające jajka.
Na moim stoliku stało podobne sitko, jak się okazało służące do
posypywania piaskiem atramentu na kartce, żeby się nie rozmazał,
kałamarz z czarnym atramentem i resztki trzech piór. Obecnie niszczyłam
czwarte, starając się opanować skomplikowane zakrętasy elżbietańskiego
pisma. Lista spraw do załatwienia powinna być łatwizną. Jako historyczka
spędziłam lata na czytaniu starego pisma i wiedziałam dokładnie, jak
powinny wyglądać litery, jakich słów w danym okresie najczęściej używano
i jakie błędy wymowy mogę popełnić w czasach, kiedy istniało niewiele
słowników i podręczników do gramatyki.
Okazało się, że wyzwaniem nie jest teoria, tylko praktyka. Po
przepracowaniu wielu lat jako ekspertka znowu zostałam uczennicą. Tylko
że tym razem moim celem nie było zrozumienie przeszłości, ale życie w niej. Na razie doświadczenie okazało się upokarzające, a jedynym, czego
mi się udało dokonać, był bałagan na pierwszej stronie pustego
notatnika, który tego ranka dał mi Matthew.
-?To elżbietański odpowiednik laptopa -?wyjaśnił, wręczając mi cienki
tomik. -?Jesteś kobietą piśmienną i potrzebujesz miejsca do kreślenia
liter.
Otworzyłam nowiutką okładkę, uwalniając intensywny zapach papieru.
Większość cnotliwych kobiet w tych czasach używała takich małych
książeczek do zapisywania modlitw.
Diana.
W miejscu, gdzie mocniej przycisnęłam pióro na początku D, powstał gruby
kleks, a zanim dotarłam do ostatniego A, wyczerpał się atrament. Mimo to
moje wysiłki dały w rezultacie całkiem znośny przykład kursywy z epoki.
Moja ręka poruszała się wolniej niż Matthew, kiedy w listach używał
zygzakowatej kursywy gotyckiej. Było to pismo prawników, lekarzy i innych profesjonalistów, ale obecnie dla mnie za trudne.
Bishop.
To było jeszcze lepsze, ale mój uśmiech szybko zgasł na widok nazwiska.
Teraz byłam mężatką. Zanurzyłam pióro w atramencie.
de Clermont.
Diana de Clermont. Odpowiednie dla hrabiny, a nie dla historyczki.
Kropla atramentu kapnęła na kartkę. Zdusiłam przekleństwo, widząc czarny
kleks. Na szczęście nazwisko się nie zamazało. Ale ono również nie było
moje. Rozsmarowałam kleks na całym de Clermont. Nadal można było je
odczytać... ledwo. Uspokoiłam dłoń i nieśpiesznie skreśliłam nowe
litery.
Roydon.
Tak się teraz nazywałam. Diana Roydon, żona najbardziej zagadkowej
postaci związanej z tajemniczą Szkołą Nocy. Krytycznie przyjrzałam się
kartce. Moje pismo było katastrofą. Nie wyglądało ani trochę tak, jak
schludne i zaokrąglone chemika Roberta Boyle'a czy jego błyskotliwej
siostry Katherine. Miałam nadzieję, że w roku 1590 pismo kobiece było
dużo bardziej niewprawne niż w 1690. Jeszcze kilka pociągnięć pióra,
ostatni zawijas i będzie koniec.
Dziennik.
Na zewnątrz rozbrzmiały męskie głosy. Zmarszczyłam brwi, odłożyłam pióro
i podeszłam do okna.
Na dole stali Matthew i Walter. Szyby tłumiły ich słowa, ale temat
rozmowy najwyraźniej był nieprzyjemny, sądząc po udręczonym wyrazie
twarzy mojego męża i najeżonych brwiach Waltera Raleigh. Kiedy Matthew
machnął ręką i odwrócił się, żeby odejść, Walter zatrzymał go, chwytając
za ramię.
Coś dręczyło mojego męża, odkąd dostał pierwszą porcję korespondencji
tego ranka. Popadł w milczenie i przez dłuższy czas nie otwierał torby.
Choć wyjaśnił, że listy dotyczą zwykłych spraw posiadłości, z pewnością
chodziło o coś więcej niż podatki czy rachunki.
Przycisnęłam ciepłą dłoń do chłodnej szyby, jakby tylko szkło dzieliło
mnie od Matthew. Różnica temperatur przypomniała mi o kontraście między
ciepłokrwistą czarownicą i zimnokrwistym wampirem. Wróciłam na swoje
miejsce i sięgnęłam po pióro.
-?Postanowiłem, że jednak zostawisz po sobie ślad w szesnastym wieku. -
Matthew nagle znalazł się u mojego boku. Drganie kącika jego ust
wskazywało na rozbawienie, ale nie całkiem ukrywało napięcie.
-?Nadal nie jestem pewna, że trwałe memento mojego pobytu tutaj jest
dobrym pomysłem -?powiedziałam. -?Przyszli uczeni mogą się zorientować,
że jest w nim coś dziwnego. -?Tak jak Kit wiedział, że coś ze mną jest
nie tak.
-?Nie martw się. Książka nie opuści tego domu. -?Matthew sięgnął po plik
poczty.
-?Nie możesz być tego pewien -?zaprotestowałam.
-?Niech historia sama o siebie zadba, Diano -?rzekł mój mąż
zdecydowanie, jakby sprawa była już przesądzona.
Ja jednak nie mogłam zrezygnować z przyszłości... ani ze swoich obaw co
do skutków, jakie mogła na nią mieć nasza obecność w przeszłości.
-?Nadal uważam, że nie powinniśmy pozwolić Kitowi zatrzymać tej figurki
szachowej.
Naszło mnie wspomnienie Marlowe'a triumfalnie ściskającego mały posążek
Diany. Biała królowa w drogich srebrnych szachach Matthew była jednym z przedmiotów, których użyłam, żeby dotrzeć do właściwego miejsca w przeszłości. Dwójka młodych demonów, Sophie Norman i jej mąż Nathaniel
Wilson, nieoczekiwanie dostarczyła ją do domu moich ciotek w Madison,
akurat kiedy zdecydowaliśmy się na podróż w czasie.
-?Kit wygrał ją ode mnie uczciwie zeszłej nocy, jak było do
przewidzenia. Przynajmniej tym razem mogłem zobaczyć, jak tego dokonał.
Odwrócił moją uwagę wieżą. -?Matthew napisał krótki list z godną
zazdrości wprawą i złożył kartkę w zgrabny pakiecik. Następnie upuścił
stopioną cynobrową kroplę na brzeg papieru i przycisnął do niej sygnet.
Na złotej powierzchni pierścienia widniał prosty glif w kształcie
Jowisza, a nie bardziej wymyślny wzór, który Satu wypaliła na mojej
skórze. Wosk zaskwierczał, stygnąc. -?Moja biała królowa w jakiś sposób
trafiła z rąk Kita do rodziny czarownic z Karoliny Północnej. Musimy
wierzyć, że znowu tak się stanie, z naszą pomocą czy bez niej.
-?Kit nie znał mnie wcześniej. I mnie nie lubi.
-?Kolejny powód, żeby się nie martwić. Póki patrzenie na podobiznę Diany
sprawia mu ból, nie będzie w stanie się z nią rozstać. Christopher
Marlowe jest masochistą pierwszej wody. -?Matthew wziął kolejny list i rozciął go nożem.
Przyjrzałam się innym przedmiotom leżącym na moim stole i sięgnęłam po
stosik monet. Praktyczna znajomość elżbietańskiej waluty nie wchodziła w zakres moich studiów. Podobnie jak zarządzanie domem, właściwa kolejność
nakładania bielizny, formy zwracania się do służby czy przygotowanie
leku na ból głowy Toma. Dyskusje z Françoise na temat garderoby ujawniły
moją ignorancję, jeśli chodzi o potoczne nazwy podstawowych kolorów.
"Sraczkowatą zieleń" znałam, ale szczególny odcień szarawego brązu znany
jako "szczurza sierść" już nie. Moje dotychczasowe doświadczenia
skłaniały mnie do snucia planów uduszenia za rażące zaniedbanie
obowiązków pierwszego specjalizującego się w Tudorach historyka, którego
spotkam po powrocie.
Jednakże odkrywanie szczegółów codziennego życia wciągnęło mnie na tyle,
że szybko zapomniałam o irytacji. Przyjrzałam się monetom, które
trzymałam w garści, i wyszukałam wsród nich srebrny pens. Był to kamień
węgielny, na którym została wzniesiona moja niepewna wiedza. Moneta
okazała się nie większa od paznokcia kciuka, cienka jak opłatek i miała
na awersie taki sam profil królowej Elżbiety jak większość pozostałych.
Resztę ułożyłam według wartości i zaczęłam skrupulatnie je zapisywać na
następnej czystej stronie notatnika.
-?Dziękuję, Pierre -?wymamrotał Matthew, ledwo podnosząc wzrok, kiedy
sługa wziął zapieczętowane listy i położył na stole jeszcze więcej
korespondencji.
Pisaliśmy w przyjaznym milczeniu. Wkrótce skończyłam listę monet i próbowałam sobie przypomnieć, czego Charles, lakoniczny domowy kucharz,
nauczył mnie na temat robienia winnej polewki z kaszą. A może chodziło o napój z gorącego mleka z korzeniami i winem?
Winna polewka na ból głowy
Zadowolona ze stosunkowo równiej linii tekstu, tylko trzech malutkich
kleksów i chwiejnego W, pisałam dalej.
Doprowadź wodę do wrzenia. Wbij dwa żółtka. Dolej białego wina i ubij je
razem. Kiedy woda się zagotuje, odstaw ją w chłodne miejsce, po czym
wlej do niej wino i jajka. Zamieszaj, aż znowu zacznie wrzeć. Dodaj
szafran i miód.
Otrzymana mikstura była ohydna -?jadowicie żółta, o konsystencji
półpłynnego wiejskiego sera -?ale Tom przełknął ją bez skargi. Później,
kiedy zapytałam Charlesa o właściwe proporcje miodu do wina, on wyrzucił
ręce w górę zdegustowany moją ignorancją i bez słowa odmaszerował.
Życie w przeszłości zawsze było moim skrywanym marzeniem, ale okazało
się dużo trudniejsze, niż sobie wyobrażałam. Westchnęłam.
-?Będziesz potrzebowała czegoś więcej niż tego notatnika, żeby poczuć
się tutaj jak w domu. -?Matthew nie odrywał wzroku od korespondencji. -
Powinnaś również mieć swój pokój. Może weźmiesz ten? Jest dostatecznie
jasny, żeby służył jako biblioteka. Albo mogłabyś go zmienić w laboratorium alchemiczne... choć pewnie wolałabyś trochę więcej
prywatności, jeśli planujesz zamieniać ołów w złoto. Jest przy kuchni
pomieszczenie, które mogłoby się nadać.
-?Kuchnia raczej odpada. Charles mnie nie lubi.
-?On nie lubi nikogo. Françoise również, nie licząc oczywiście Charlesa,
którego czci jako nierozumianego świętego mimo jego zamiłowania do
trunków.
W korytarzu rozległy się ciężkie kroki. Po chwili w progu stanęła
Françoise z miną wyrażającą dezaprobatę.
-?Przyszli ludzie do pani Roydon -?oznajmiła i odsunęła się na bok, żeby
przepuścić siwowłosego siedemdziesięciolatka o stwardniałych dłoniach i dużo młodszego mężczyznę, wyraźnie skrępowanego. Żaden z nich nie był
bytem.
-?Somers. -?Matthew zmarszczył brwi. -?A to jest młody Joseph Bidwell?
-?Tak, panie Roydon. -?Młodzieniec zdjął kapelusz z głowy.
-?Pani Roydon pozwoli wam teraz wziąć miarę -?powiedziała Françoise.
-?Miarę? -?Matthew skierował wzrok na mnie i na Françoise, domagając się
odpowiedzi... szybko.
-?Buty -?wyjaśniła służąca. -?Rękawiczki. Do garderoby madame.
Z pożyczeniem butów był większy kłopot niż z halkami.
-?Poprosiłam Françoise, żeby po nich posłała -?wyjaśniłam, licząc na
aprobatę Matthew.
Oczy Somersa się rozszerzyły, kiedy usłyszał mój dziwny akcent. Potem
jego twarz na powrót przybrała wyraz neutralnego szacunku.
-?Podróż mojej żony okazała się nieoczekiwanie trudna -?powiedział
gładko Matthew, stając u mojego boku. -?Jej bagaże zaginęły. Niestety,
Bidwell, nie mamy dla ciebie butów, które mógłbyś skopiować. -?Położył
dłoń na moim ramieniu, żeby uciszyć dalsze komentarze.
-?Czy mogę, pani Roydon? -?zapytał Bidwell, pochylając się do moich
stóp. Jego palce zawisły nad tasiemkami źle dopasowanych pantofli.
Pożyczone obuwie zdradzało, że nie jestem tym, za kogo się podaję.
-?Proszę -?odpowiedział Matthew, zanim ja zdążyłam się odezwać.
Françoise posłała mi współczujące spojrzenie. Wiedziała, jak to jest być
uciszanym przez Matthew Roydona.
Młody człowiek drgnął, kiedy dotknął mojej ciepłej stopy i jej szybkiego
pulsu. Najwyraźniej spodziewał się zimniejszej, mniej żywej kończyny.
-?Zajmij się pracą -?rzucił ostro Matthew.
-?Sir. Milordzie. Panie Roydon. -?Młodzieniec wyrzucił z siebie wszelkie
dostępne tytuły oprócz "Wasza Wysokość" i "książę ciemności". Ale te
ostatnie i tak zawisły w powietrzu.
-?Gdzie twój ojciec, chłopcze? -?Głos Matthew złagodniał.
-?Leży chory w łóżku od czterech dni, panie Roydon.
Bidwell wyjął z woreczka przytroczonego do pasa kawałek filcu i umieścił
na nim moje obie stopy, po czym obrysował je kawałkiem węgla. Zrobił
jakieś notatki na filcu i szybko skończywszy swoje zadanie, uwolnił moje
nogi. Następnie podał mi dziwną książeczkę zrobioną z kwadratów
kolorowej skóry zszytych ze sobą skórzanymi rzemykami.
-?Jakie kolory są popularne, panie Bidwell? -?spytałam, odsuwając
próbnik. Potrzebowałam rady, a nie wielu możliwości do wyboru.
-?Panie, które chodzą na dwór, zamawiają białe tłoczone złotem albo
srebrem.
-?My nie chodzimy na dwór -?pośpiesznie rzucił Matthew.
-?W takim razie czarne i ładne płowe. -?Bidwell pokazał skrawek skóry w kolorze karmelu.
Matthew go zaakceptował, zanim ja zdążyłam powiedzieć choć słowo.
Potem przyszła kolej na starszego mężczyznę. On również był zaskoczony,
kiedy ujął moją rękę i poczuł stwardnienia na wewnętrznej stronie dłoni.
Dobrze wychowane damy, które poślubiały takich mężczyzn jak Matthew, nie
wiosłowały. Somers zauważył również zgrubienie na moim środkowym palcu.
Damy nie miewały odcisków od zbyt mocnego ściskania piór. Somers wsunął
na moją prawą dłoń rękawiczkę miękką jak masło i o wiele za dużą. W obrębek była wetknięta igła z grubą nicią.
-?Czy twój ojciec ma wszystko, czego mu trzeba? -?zapytał Matthew.
-?Tak, dziękuję, panie Roydon -?odparł z ukłonem szewc.
-?Charles pośle mu budyń i sarninę. -?Spojrzenie Matthew przesunęło się
po chudej postaci młodzieńca. -?I trochę wina.
-?Pan Bidwell będzie wdzięczny za pańską łaskawość -?odezwał się Somers,
przeciągając nić przez skórę, żeby dopasować rękawiczkę.
-?Ktoś jeszcze jest chory? -?zainteresował się Matthew.
-?Dziewczynka Rafe'a Meadowsa dostała strasznej gorączki -?odparł
Somers. -?Obawialiśmy się o starego Edwarda, ale on tylko zapadł na
febrę.
-?Ufam, że córka Meadowsa wyzdrowiała.
-?Nie. -?Somers szarpnął nitkę. -?Pochowali ją trzy dni temu. Niech Bóg
ma w opiece jej duszę.
-?Amen -?odpowiedzieli wszyscy obecni w pokoju.
Françoise uniosła brwi i lekkim ruchem głowy wskazała na Somersa. Z opóźnieniem dołączyłam do chóru.
Po wykonaniu swoich zadań i obietnicy, że rękawiczki i buty będą gotowe
pod koniec tygodnia, obaj mężczyźni ukłonili się i wyszli. Françoise
ruszyła za nimi, ale Matthew ją zatrzymał.
-?Żadnych więcej wizyt u Diany. -?Mówił poważnym tonem. -?Dopilnuj, żeby
ten Edward Camberwell dostał pielęgniarkę, która się nim zajmie, oraz
dość jedzenia i picia.
Françoise dygnęła i wyszła z kolejnym współczującym spojrzeniem.
-?Obawiam się, że ludzie z wioski wiedzą, że tu nie pasuję. -
Przesunęłam po czole drżącą ręką. -?Moim problemem są samogłoski. I intonacja, która opada, kiedy powinna się wznosić. I nie wiem, kiedy
należy mówić "amen"? Ktoś musi mnie nauczyć się modlić, Matthew. Muszę
od czegoś zacząć i...
-?Spokojnie -?powiedział Matthew, obejmując moją ściśniętą gorsetem
talię. Nawet przez kilka warstw ubrania jego dotyk był kojący. -?To nie
jest egzamin ustny w Oksfordzie ani twój sceniczny debiut. Wtłaczanie
informacji do głowy i powtarzanie kwestii ci nie pomoże. Powinnaś mnie
zapytać, nim wezwałaś Bidwella i Somersa.
-?Jak możesz wciąż od nowa udawać kogoś nowego, kogoś innego? -
zapytałam. Nie mogłam się temu nadziwić.
Matthew robił to mnóstwo razy przez stulecia, kiedy udawał, że umiera,
tylko po to, by zjawić się w innym kraju, mówić innym językiem, być
znanym pod innym nazwiskiem.
-?Pierwsza rzecz to przestać udawać. -?Na mojej twarzy musiało wyraźnie
odmalować się zdumienie, bo Matthew mówił dalej: -?Przypomnij sobie, co
mówiłem ci w Oksfordzie. Nie można żyć w kłamstwie, czy jest nim
udawanie człowieka, kiedy naprawdę jesteś czarownicą, czy kobiety z czasów elżbietańskich, podczas gdy pochodzisz z dwudziestego pierwszego
wieku. To jest teraz twoje życie. Nie staraj się myśleć o nim jak o roli.
-?Ale mój akcent, sposób chodzenia... Nawet ja zwróciłam uwagę na
długość moich kroków w porównaniu z innymi kobietami, a otwarte drwiny
Kita z mojego męskiego chodu jasno mi to uświadomiły.
-?Przystosujesz się. Na razie ludzie w Woodstock będą gadać, ale wkrótce
staniesz się swoja i plotki ustaną.
Spojrzałam na niego z powątpiewaniem.
-?Po prostu jesteś ciekawostką tygodnia. -?Matthew zerknął na mój
notatnik, zauważył kleksy i niepewne pismo. -?Za mocno ściskasz pióro.
To dlatego czubek się łamie, a atrament nie chce płynąć. Swojego nowego
życia również za mocno się chwytasz.
-?Nigdy nie sądziłam, że to będzie takie trudne.
-?Szybko się uczysz i póki mieszkasz bezpiecznie w Starym Domu, jesteś
wśród przyjaciół. Ale na razie żadnych więcej gości. Co teraz piszesz?
-?Głównie swoje nazwisko.
Matthew przerzucił kartki, sprawdzając to, co zapisałam. Uniósł brew.
-?Przygotowywałaś się również do egzaminu z ekonomii i kulinariów.
Dlaczego zamiast tego nie napiszesz, co się dzieje w domu?
-?Bo muszę wiedzieć, jak radzić sobie w szesnastym wieku. Oczywiście
dziennik również mógłby być użyteczny. -?Rozważyłam tę możliwość. Z pewnością pomogłaby mi odnaleźć się w moim nadal zaburzonym poczuciu
czasu. -?Nie powinnam używać pełnych nazwisk. Ludzie w tysiąc pięćset
dziewięćdziesiątym roku posługiwali się inicjałami, żeby oszczędzić
papier i atrament. I nikt nie zajmował się przemyśleniami czy emocjami.
-?Najwyższa ocena za prowadzenie szesnastowiecznych angielskich
rejestrów -?powiedział Matthew ze śmiechem.
-?Czy kobiety zapisują to samo, co mężczyźni?
Matthew ujął mnie pod brodę.
-?Jesteś niemożliwa. Przestań się zastanawiać nad tym, co robią inne
kobiety. Bądź sobą. Jedyną i wyjątkową.
Kiedy pokiwałam głową, Matthew mnie pocałował i zasiadł do stołu.
Trzymając pióro jak najluźniej, zaczęłam nową stronicę. Postanowiłam
użyć symboli astrologicznych na oznaczenie dni tygodnia i odnotowywać
pogodę, a także zamieszczać enigmatyczne uwagi na temat życia w Starym
Domu. Taki przynajmniej miałam plan.
31 października 1590 deszcz, przejaśnienia
Tego dnia zostałam przedstawiona dobremu przyjacielowi mojego męża G.M.
1 listopada 1590 zimno i sucho
We wczesnych godzinach rannych zawarłam znajomość z G.C. Po wschodzie
słońca przybyli TH, HP, WR, przyjaciele mojego męża. Księżyc w pełni.
Niektórzy przyszli badacze mogli podejrzewać, że te inicjały odnoszą się
do Nocnej Szkoły, zwłaszcza ze względu na nazwisko Roydon na pierwszej
stronie, ale w żaden sposób nie potrafiliby tego udowodnić. Poza tym w dzisiejszych czasach niewielu naukowców interesowało się tą grupą
intelektualistów. Wykształceni w najlepszym renesansowym duchu
członkowie Nocnej Szkoły potrafili z zadziwiającą szybkością przerzucać
się na starożytne języki. Wszyscy znali Arystotelesa na wyrywki. A kiedy
Kit, Walter i Matthew zaczynali rozmawiać o polityce, ich
encyklopedyczna wiedza na temat historii i geografii sprawiała, że
prawie nikt nie był w stanie za nimi nadążyć. Od czasu do czasu
George'owi i Tomowi udawało się wygłosić własną opinię, ale jąkanie i lekka głuchota uniemożliwiały Henry'emu pełny udział w dyskusjach. Percy
przez większość czasu obserwował przyjaciół z nieśmiałym szacunkiem,
który był uroczy, zważywszy na to, że hrabia przewyższał pozycją
wszystkich obecnych. Gdyby nie było ich tak wielu, ja też mogłabym
dotrzymać im kroku.
Jeśli chodzi o Matthew, zniknął zamyślony naukowiec ślęczący nad
wynikami badań i martwiący się o przyszłość gatunku. Zakochałam się w tamtym Matthew, ale stwierdziłam, że robię to wciąż od nowa z jego
szesnastowieczną wersją, oczarowana każdym wybuchem śmiechu i ripostą w czasie zażartych dyskusji poświęconych jakiejś konkretnej kwestii
filozoficznej. Matthew rzucał żartami przy kolacji, nucił w korytarzach.
Bawił się z psami przy kominku w sypialni, dwoma ogromnymi, kudłatymi
mastiffami o imionach Anaksymander i Perykles. We współczesnym
Oksfordzie czy we Francji mój mąż zawsze wydawał się trochę smutny. Ale
w Woodstock był szczęśliwy, nawet kiedy przyłapywałam go, jak patrzy na
swoich przyjaciół. Jakby nie mógł do końca uwierzyć, że są prawdziwi.
-?Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo za nimi tęskniłeś? -?Nie mogłam się
powstrzymać od przeszkodzenia mu w pracy.
-?Wampiry nie mogą rozmyślać o tych, których zostawiają -?odparł
Matthew. -?Inaczej byśmy oszaleli. O nich miałem do pamiętania więcej,
niż to zwykle się zdarza: słowa, portrety. Ale zapomina się drobiazgi:
wyraz twarzy, śmiech.
-?Mój ojciec nosił karmelki w kieszeni -?wyszeptałam. -?Nie pamiętałam o nich aż do La Pierre. -?Kiedy zamykam oczy, nadal czuję miękką popelinę
jego koszul, zapach tych małych cukierków, słyszę szelest celofanu.
-?I nie zrezygnowałabyś teraz z tych wspomnień, nawet żeby pozbyć się
bólu -?powiedział łagodnie Matthew.
Wziął następny list i wkrótce jego pióro zaskrzypiało po papierze. Na
twarz mojego meża wrócił wyraz skupienia razem z drobną zmarszczką nad
grzbietem nosa. Ułożyłam w dłoni swoje pióro pod takim samym kątem jak
on i odczekałam chwilę, nim zanurzyłam je w atramencie. Rzeczywiście
łatwiej było pisać, kiedy się tak kurczowo go nie ściskało.
Był Dzień Zaduszny, kiedy wspominało się zmarłych. Domownicy od rana
dzielili się uwagami na temat grubego szronu, który pokrył liście w ogrodzie. Nazajutrz miało być jeszcze zimniej, zapowiadał Pierre.
2 listopada 1590 mróz
Pobranie miary na buty i rękawiczki. Françoise szyje.
Françoise szyła mi płaszcz, żeby chronił mnie przed chłodem, oraz ciepłe
ubrania na czekającą nas zimę. Przez cały ranek siedziała na strychu,
przeszukując garderobę zostawioną przez Louisę de Clermont. Suknie
siostry Matthew z ich prostokątnymi dekoltami i rozkloszowanymi rękawami
wyszły z mody przed sześćdziesięciu laty, ale Françoise je przerabiała,
żeby lepiej dopasować do współczesnego stylu i do mojej trochę mniej
posągowej sylwetki. Nie była zadowolona, kiedy pruła jedną ze
szczególnie wspaniałych czarno-srebrnych kreacji, ale Matthew nalegał.
Goszcząc w domu Nocną Szkołę, potrzebowałam oficjalnych strojów oprócz
bardziej praktycznych codziennych ubrań.
-?Ale lady Louisa brała ślub w tej sukni, milordzie -?zaprotestowała
Françoise.
-?Tak, z osiemdziesięciopięciolatkiem bez żyjącego potomstwa, ze słabym
sercem i licznymi posiadłościami przynoszącymi zyski -?przypomniał
Matthew. -?Sądzę, że ten fatałaszek z naddatkiem spłacił rodzinną
inwestycję. Przyda się Dianie, dopóki nie uszyjesz jej czegoś lepszego.
W swoim dzienniku oczywiście nie mogłam przytoczyć tej rozmowy. Dobrałam
natomiast wszystkie słowa ostrożnie, żeby dla innych nic nie znaczyły,
choć u mnie przywoływały żywe obrazy konkretnych ludzi, dźwięków i konwersacji. Gdyby notes przetrwał, przyszły czytelnik stwierdziłby, że
te drobne fragmenty mojego życia są podane w sposób zwięzły i sterylny.
Historycy ślęczeli nad takimi dokumentami w próżnej nadziei, że pod
prostymi linijkami tekstu odkryją bogate, złożone życie.
Matthew zaklął pod nosem. Nie tylko ja w tym domu coś ukrywałam.
Mój mąż dostał dzisiaj dużo listów i dał mi tę książeczkę, żebym
zapisywała w niej swoje wspomnienia.
Kiedy zanurzyłam pióro w atramencie, do pokoju weszli Henry i Tom,
szukając Matthew. Moje trzecie oko się otworzyło, zaskakując mnie tą
nagłą czujnością. Odkąd tu przybyliśmy, moje inne moce -?czarogień,
czarowoda i czarowiatr -?były dziwnie nieobecne. Dzięki nieoczekiwanej
spostrzegawczości ujrzałam nie tylko czerwono-czarną intensywność
atmosfery wokół Matthew, ale również srebrzyste światło otaczające Toma
i ledwo dostrzegalne zielono-czarne migotanie Henry'ego, wszystkie
równie indywidualne jak odciski palców.
Wracając myślami do niebieskich i bursztynowych nici, które widziałam
wcześniej w kącie Starego Domu, zastanawiałam się, co może oznaczać
zanik pewnych mocy, a pojawienie się innych. Rano też był ten epizod...
Dostrzegłam coś kątem oka, błysk bursztynu przetykanego śladami błękitu.
Było też echo, tak ciche, że bardziej się je wyczuwało, niż słyszało.
Kiedy odwróciłam głowę, żeby zlokalizować dźwięk, wrażenie minęło. Na
skraju mojego pola widzenia pulsowały nici, jakby czas przyzywał mnie do
powrotu do domu.
Od pierwszej podróży w Madison, kiedy przeniosłam się wstecz o kilka
minut, myślałam o czasie jako o substancji złożonej z nici światła i koloru. Wydawało mi się, że mogłabym skupić się na pojedynczej nici i podążyć za nią do źródła. Teraz, kiedy przeniosłam się o kilka wieków,
wiedziałam, że pod tą pozorną prostotą kryją się sploty możliwości,
łączące niewyobrażalną liczbę przeszłości z milionem teraźniejszości i niegraniczonym potencjałem przyszłości. Izaak Newton wierzył, że czas
jest podstawową siłą natury, której nie można kontrolować. Po cofnięciu
się do roku 1590 roku byłam gotowa się z nim zgodzić.
-?Diano? Dobrze się czujesz? -?Natarczywy głos Matthew wdarł się w moje
myśli.
Jego przyjaciele też patrzyli na mnie z troską.
-?Dobrze -?odpowiedziałam automatycznie.
-?Wcale nie. -?Matthew rzucił pióro na stół. -?Twój zapach się zmienił.
Myślę, że twoja magia też może się zmieniać. Kit ma rację. Musimy jak
najszybciej znaleźć ci jakąś czarownicę.
-?Za wcześnie, żeby sprowadzać do mnie czarownicę -?zaprotestowałam. -
To ważne, żebym wyglądała i mówiła tak, jakby tu było moje miejsce.
-?Inna czarownica zorientuje się, że jesteś podróżniczką w czasie -
stwierdził Matthew. -?I weźmie na to poprawkę. Chodzi o coś jeszcze?
Pokręciłam głową, ale nie spojrzałam mu w oczy.
Matthew nie musiał widzieć czasu rozwijającego się w rogu pokoju, by
wyczuć, że coś się zmieniło. Skoro on sam już podejrzewał, że z moją
magią dzieje się więcej, niż jestem gotowa ujawnić, nie było sposobu,
żebym mogła ukryć swoje sekrety przed inną czarownicą.
Rozdział 4
Nocna Szkoła wyraziła chęć, by pomóc
Matthew w znalezieniu tej istoty. Ich propozycje świadczyły o całkowitym
braku szacunku dla kobiet, czarownic i wszystkich, którym brakowało
wykształcenia uniwersyteckiego. Henry uważał, że Londyn może się okazać
najbardziej żyznym polem do poszukiwań, ale Walter zapewniał go, że
niemożliwe będzie ukrycie mnie przed podejrzliwymi sąsiadami w zatłoczonym mieście. George zastanawiał się, czy uczeni z Oksfordu
daliby się przekonać do tego, by służyć swoim doświadczeniem, skoro
przynajmniej mieli odpowiednie kwalifikacje intelektualne. Tom i Matthew
wyrazili brutalną krytykę sił i słabości domorosłych filozofów
przebywających w Starym Domu, tak że ten pomysł również został
odrzucony. Kit uważał za niemądre powierzenie tego zadania jakiejkolwiek
kobiecie i sporządził listę miejscowych dżentelmenów, którzy mogliby się
zgodzić na ułożenie dla mnie programu szkolenia. Lista obejmowała
plebana z St. Mary, wyczulonego na apokaliptyczne znaki niebios,
posiadacza ziemskiego o nazwisku Smythson, który parał się alchemią i szukał czarownicy albo demona do pomocy, oraz studenta Christ Church
College, który spłacał swoje przeterminowane rachunki za książki,
układając horoskopy.
Mój mąż sprzeciwił się wszystkim tym propozycjom i postanowił wezwać
wdowę Beaton, znachorkę i akuszerkę z Woodstock. To, że była biedną
kobietą -?dokładnie taką istotą, jakimi Nocna Szkoła pogardzała -
argumentował Matthew, miało łatwiej zapewnić jej współpracę. Poza tym
wdowa Beaton była jedyną istotą w promieniu wielu mil rzekomo obdarzoną
magicznymi talentami. Wszystkie inne dawno stąd uciekły, żeby nie
mieszkać w pobliżu wearh.
-?Wezwanie wdowy Beaton może nie być dobrym pomysłem -?stwierdziłam
później, kiedy szykowaliśmy się do snu.
-?Mówiłaś -?rzucił Matthew z ledwo ukrywanym zniecierpliwieniem. -?Ale
jeśli nawet wdowa Beaton nie potrafi nam pomóc, będzie mogła nam kogoś
polecić.
-?Koniec szesnastego wieku naprawdę nie jest dobrym czasem, żeby
otwarcie rozpytywać o czarownicę. -?Mogłabym zrobić więcej niż tylko w towarzystwie Nocnej Szkoły napomknąć o polowaniach na czarownice, ale
Matthew wiedział o potwornościach, które miały nadejść. I również teraz
zbył moje obawy.
-?Procesy czarownic w Chelmsford są już tylko wspomnieniem, a minie
kolejne dwadzieścia lat, zanim rozpoczną się polowania w Lancashire. Nie
sprowadziłbym cię tutaj, gdyby w Anglii miały zapłonąć stosy. -?Matthew
przejrzał kilka listów, które Pierre zostawił mu na stole.
-?Przy takim rozumowaniu dobrze, że jesteś naukowcem, a nie historykiem
-?skomentowałam. -?Chelmford i Lancashire były skrajnymi przejawami
powszechnych obaw.
-?Myślisz, że historyk potrafi zrozumieć ducha obecnej chwili lepiej niż
ludzie w niej żyjący? -?Matthew z nieskrywanym sceptycyzmem uniósł brew.
-?Często właśnie tak się dzieje -?odparłam najeżona.
-?Nie to mówiłaś tego ranka, kiedy nie mogłaś pojąć, dlaczego w domu nie
ma żadnych widelców -?zauważył Matthew.
To prawda, że szukałam ich przez dwadzieścia minut, zanim Pierre
delikatnie mi uświadomił, że tego rodzaju narzędzia nie są w Anglii
powszechne.
-?Z pewnością nie należysz do tych ludzi, którzy sądzą, że historycy nie
robią nic oprócz innego zapamiętywania dat i faktów -?powiedziałam. -
Moja praca to próby zrozumienia, dlaczego pewne rzeczy wydarzyły się w przeszłości. Kiedy coś się dzieje na twoich oczach, trudno znaleźć
powód, ale spojrzenie wstecz daje odpowiednią perspektywę.
-?W takim razie możesz się odprężyć, bo mam zarówno doświadczenie, jak i spojrzenie z perspektywy czasu -?rzekł Matthew. -?Rozumiem twoje
zastrzeżenia, Diano, ale wezwanie wdowy Beaton jest słuszną decyzją. -
"Sprawa zamknięta", dawał wyraźnie do zrozumienia jego ton.
-?W roku tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym brakuje żywności, a ludzie
martwią się o przyszłość -?przypomniałam i zaczęłam odliczać na palcach.
-?To oznacza, że szukają kozłów ofiarnych, żeby obwinić je o złe czasy.
Znachorki i akuszerki boją się oskarżenia o czary, choć twoi przyjaciele
mogą nie być tego świadomi.
-?Jestem najpotężniejszym człowiekiem w Woodstock -?przypomniał Matthew,
biorąc mnie za ramiona. -?Nikt o nic cię nie oskarży.
-?Jestem obca, a wdowa Beaton nic mi nie jest winna -?odparowałam
zdumiona jego pychą. -?Muszę co najmniej uchodzić za kobietę z elżbietańskiej klasy średniej, zanim poprosimy ją o pomoc. Daj mi
jeszcze kilka tygodni.
-?To nie może czekać, Diano -?rzucił szorstko Matthew.
-?Nie proszę cię o cierpliwość, żebym mogła się nauczyć haftować i robić
dżemy. Mam ważne powody. -?Spojrzałam na niego kwaśno. -?Wezwij swoją
znachorkę. Ale nie zdziw się, kiedy coś pójdzie źle.
-?Zaufaj mi. -?Matthew przysunął usta do moich. Jego oczy były zamglone,
instynkt pchał go do ścigania zdobyczy i podporządkowania jej sobie.
Szesnastowieczny mąż pragnął zdobyć przewagę nad żoną, ale wampir chciał
złapać czarownicę.
-?Kłótnie nie są dla mnie ani trochę podniecające -?oświadczyłam,
wykręcając głowę.
Mój mąż najwyraźniej uważał inaczej. Odsunęłam się od niego o kilka
cali.
-?Ja się nie kłócę -?wyszeptał Matthew z ustami przy moim uchu. -?To ty
się kłócisz. I jeśli myślisz, że kiedykolwiek dotknąłbym cię w gniewie,
żono, bardzo się mylisz. -?Przyszpiliwszy mnie do słupka łoża lodowatym
wzrokiem, odwrócił się i sięgnął po spodnie. -?Idę na dół. Ktoś pewnie
jeszcze nie będzie spał, żeby dotrzymać mi towarzystwa. -?Ruszył do
drzwi, ale zatrzymał się w progu.
-?Jeśli naprawdę chcesz się zachowywać jak elżbietańska kobieta,
przestań mi się sprzeciwiać -?rzucił szorstko na odchodnym.
* * *
Następnego dnia jeden wampir, dwa demony i troje ludzi przyglądało mi
się w milczeniu z drugiej strony pokoju wyłożonego szerokimi deskami
podłogowymi. Dzwony kościoła St. Mary wybiły godzinę, słabe echo ich
tonów wisiało w powietrzu jeszcze długo po tym, jak zamilkły. Pigwy,
rozmaryn i lawenda przesycały powietrze zapachami. Siedziałam
przycupnięta na niewygodnym drewnianym krześle w ograniczającym ruchy
więzieniu z kaftanów, halek, rękawów, spódnic i ciasno zasznurowanego
gorsetu. Moje zorientowane na karierę życie z dwudziestego pierwszego
wieku blakło z każdym wymęczonym oddechem. Wpatrywałam się w mdłe
światło dnia, podczas gdy zimny deszcz bębnił o szyby okien oprawnych w ołów.
-?Elle est ici -?oznajmił Pierre, rzucając spojrzenie w moją stronę. -
Czarownica przyszła, żeby zobaczyć madame.
-?Nareszcie -?mruknął Matthew.
Krój kaftana sprawiał, że mój mąż wyglądał na jeszcze szerszego w ramionach, a żołędzie i liście dębu wyhaftowane czarną nicią wzdłuż
brzegów białego kołnierza podkreślały bladość jego skóry. Matthew
przekrzywił głowę, żeby spojrzeć na mnie z innej perspektywy i lepiej
ocenić, czy mogę uchodzić za szanowaną elżbietańską żonę.
-?No i? -?zapytał. -?Może być?
George opuścił okulary.
-?Tak. Rdzawość pasuje do niej dużo lepiej niż kolor tej ostatniej sukni
i nadaje przyjemny blask włosom.
-?Pani Roydon wygląda, jak należy, George, to prawda. Ale nie możemy
wyjaśnić jej niezwykłej wymowy, mówiąc wszystkim, że pochodzi ze w-w-wsi
-?odezwał się Henry swoim bezbarwnym basem. Wystąpił do przodu, żeby
poprawić fałdy mojej brokatowej spódnicy. -?I ten wzrost. Nie można go
zamaskować. Jest wyższa nawet od królowej.
-?Jesteś pewien, że nie może uchodzić za Francuzkę albo Holenderkę? -
Palcami poplamionymi atramentem Tom uniósł do nosa pomarańczę nabijaną
goździkami. -?Może pani Roydon jednak przetrwałaby w Londynie.
Oczywiście demony nie mogą jej nie zauważyć, ale zwykli ludzie nawet nie
spojrzą drugi raz.
Walter prychnął z rozbawieniem i dźwignął się z niskiego siedziska.
-?Pani Roydon ma piękne kształty i niecodzienny wzrost. Zwykli mężczyźni
w wieku pomiędzy trzynaście a sześćdziesiąt lat znajdą dość powodów,
żeby się jej przyglądać. Nie, Tom, lepiej, żeby została tutaj, z wdową
Beaton.
-?A gdybym spotkała się z wdową Beaton później w wiosce, sama? -
zaproponowałam, mając nadzieję, że choć jeden z nich dostrzeże sens w tych słowach i przekona Matthew, żeby pozwolił mi zrobić wszystko po
mojemu.
-?Nie! -?usłyszałam jednocześnie sześć przerażonych męskich głosów.
Chwilę później Françoise zjawiła się z dwiema sztukami wykrochmalonego
płótna i koronek. Pierś miała wypiętą niczym kura oburzona na
zadziornego koguta. Ciągłe wtrącanie się Matthew irytowało ją tak samo
jak mnie.
-?Diana nie wybiera się na dwór. Ta kryza jest niepotrzebna. -?Matthew
ze zniecierpliwieniem machnął ręką. -?Poza tym to jej włosy są
problemem.
-?Nie ma pan pojęcia, co jest konieczne -?odparowała Françoise. Choć
była wampirzycą, a ja czarownicą, nieoczekiwanie znalazłyśmy wspólny
grunt, jeśli chodzi o idiotyzm mężczyzn. -?Co wolałaby madame de
Clermont? -?Podała mi plisowane gniazdo z lekkiej jak mgiełka tkaniny i jakąś rzecz w kształcie półksiężyca, która przypominała płatki śniegu
połączone niewidzialnymi szwami.
Płatki śniegu wyglądały na wygodniejsze, więc na nie wskazałam.
Podczas gdy służąca przypinała kołnierz do mojego stanika, Matthew
spróbował lepiej ułożyć moje włosy. Françoise dała mu klapsa w dłoń.
-?Proszę nie dotykać.
-?Będę dotykał swojej żony, kiedy będę chciał -?zagrzmiał Matthew,
przesuwając ręce na moje ramiona. -?I przestań nazywać Dianę "madame de
Clermont" Wciąż się spodziewam, że zaraz moja matka wejdzie przez te
drzwi. -?Rozchylił mi kołnierz i rozwiązał czarną aksamitną tasiemkę,
ukrywającą szpilki.
-?Madame to kobieta zamężna -?zaprotestowała Françoise. -?Powinna
zasłaniać dekolt. I tak jest dość plotek o nowej pani.
-?Plotek? Jakich plotek? -?spytałam, marszcząc brwi.
-?Nie była pani wczoraj w kościele, więc ludzie gadają, że jest pani
brzemienna albo oszpecona przez ospę. Tamten heretycki kapłan sądzi, że
jest pani katoliczką. Inni mówią, że Hiszpanką.
-?Hiszpanką?
-?Oui, madame. Ktoś słyszał panią w stajniach wczoraj po południu.
-?Ale ja ćwiczyłam mój francuski! -?Byłam dobrą parodystką i sądziłam,
że imitowanie władczego sposobu mówienia Ysabeau może przydać
wiarygodności mojej skomplikowanej bajeczce.
-?Syn stajennego nie rozpoznał w tym francuskiego. -?Ton Françoise
sugerował, że pomyłka chłopca była zrozumiała. Służąca przyjrzała mi się
z satysfakcją. -?Tak, teraz pani wygląda jak porządna kobieta.
-?Fallaces sunt rerum species -?rzucił Kit kwaśnym tonem, co sprawiło,
że na twarz Matthew wrócił mars. -?"Zdradliwe są pozory rzeczy". Nikogo
nie zwiedzie jej gra.
-?Pora jest o wiele za wczesna na Senekę. -?Walter posłał Marlowe'owi
ostrzegawcze spojrzenie.
-?Nigdy nie jest za wcześnie na stoicyzm -?odparował Kit. -?Powinieneś
mi dziękować, że to nie Homer. Wszystko, co ostatnio słyszeliśmy, to
nieudolne parafrazy Iliady. Ja zostawiam grekę komuś, kto ją rozumie,
George... komuś takiemu jak Matt.
-?Moje tłumaczenie dzieła Homera nie jest jeszcze ukończone -?oświadczył
z urazą George.
Jego słowa wywołały potok łacińskich cytatów ze strony Waltera. Po
jednym z nich Matthew się zaśmiał i powiedział coś, co zabrzmiało jak
greka. Czarownica czekająca na dole została całkowicie zapomniana,
mężczyźni z entuzjazmem oddali się ulubionemu sposobowi spędzania czasu:
słownym utarczkom mającym na celu udowodnienie rywalom swojej wyższości.
Opadłam z powrotem na krzesło.
-?W takim dobrym humorze są cudowni -?wyszeptał Henry. -?To
najbystrzejsze umysły w królestwie, pani Roydon.
Raleigh i Marlowe krzyczeli teraz do siebie o zaletach -?albo ich braku
-?polityki Jej Królewskiej Mości w kwestii kolonizacji i eksploracji.
-?Można by równie dobrze wziąć garści złota i cisnąć je do Tamizy,
zamiast dawać takim awanturnikom jak ty, Walterze. -?Kit zarechotał.
-?Awanturnikom! Nie możesz za dnia wyjść za próg domu ze strachu przed
wierzycielami. -?Głos Waltera Raleigh drżał. -?Czasami potrafisz być
strasznym głupcem, Kit.
Matthew śledził tę ostrą wymianę z rosnącym rozbawieniem.
-?Jakie teraz masz kłopoty? -?zapytał Marlowe'a, sięgając po swoje wino.
-?I ile będzie kosztowało wydobycie cię z nich?
-?Z moim krawcem. -?Kit wskazał na swój drogi ubiór. -?Z drukarzem
Tamerlana Wielkiego. -?Zawahał się, podliczając w myślach zaległe sumy.
-?I z draniem Hopkinsem, który mieni się moim gospodarzem. Ale mam to.
Marlowe uniósł małą figurkę Diany, którą w niedzielny wieczór wygrał od
Matthew w szachy. Nadal zaniepokojona możliwością, że stracę posążek z oczu, przesunęłam się do przodu.
-?Nie możesz być aż tak spłukany, żeby oddać ten drobiazg za pensy. -
Spojrzenie Matthew pomknęło w moją stronę, a ja się cofnęłam, widząc
drobny ruch jego ręki. -?Ja się tym zajmę.
Kit zerwał się na równe nogi, z szerokim uśmiechem chowając do kieszeni
srebrną boginię.
-?Zawsze można na ciebie liczyć, Matt. Oczywiście oddam ci pieniądze.
-?Oczywiście -?mruknęli z powątpiewaniem Matthew, Walter i George.
-?Ale zatrzymaj dość pieniędzy, żeby kupić sobie brodę. -?Kit z satysfakcją pogłaskał swoją. -?Wyglądasz okropnie.
-?Kupić brodę? -?Niemożliwe, żebym zrozumiała właściwie. Marlowe na
pewno znowu posługiwał się slangiem, choć Matthew go prosił, żeby
przestał ze względu na mnie.
-?Jest w Oksfordzie pewien balwierz, prawdziwy czarodziej. Włosy pani
męża rosną wolno, jak u wszystkich z jego gatunku, a teraz w dodatku
jest gładko ogolony. -?Kiedy nadal patrzyłam na niego pustym wzrokiem,
Kit ciągnął z przesadną cierpliwością. -?Wyglądając tak jak teraz, Matt
zwraca na siebie uwagę. Potrzebuje brody. Najwyraźniej nie jest pani
jeszcze na tyle czarownicą, żeby mu ją zapewnić, więc musimy znaleźć
kogoś, kto to zrobi.
Powędrowałam wzrokiem w stronę pustego dzbana stojącego na wiązowym
stole. Żeby wprowadzić do pokoju kolory i zapachy, rano Françoise
włożyła do niego rośliny z ogrodu: gałązki dębu ostrolistnego,
nieszpułki o brązowych owocach i kilka białych róż. Kilka godzin temu
przesunęłam nieszpułki i róże na przód wazonu, myśląc o ogrodzie. Byłam
zadowolona z rezultatu przez jakieś piętnaście sekund, dopóki kwiaty i owoce nie zwiędły na moich oczach. Susz posypał się z moich palców na
wszystkie strony, ręce zaswędziały mnie od informacji napływających od
roślin: dotyku słońca, deszczu gaszącego pragnienie, siły korzeni
opierających się wiatrom, smaku gleby.
Mój mąż miał rację. Teraz znajdowaliśmy się w roku 1590 i moja magia się
zmieniła. Skończyły się erupcje czarognia, czarowody i czarowiatru,
których doświadczałam po spotkaniu Matthew. Widziałam natomiast jasne
nici czasu i kolorowe aury otaczające żywe stworzenia. Biały jeleń
wpatrywał się we mnie z cieni pod dębami, gdy chodziłam po ogrodach.
Teraz pod moim dotykiem więdły rośliny.
-?Wdowa Beaton czeka -?przypomniał nam Walter, zaganiając Toma w stronę
drzwi.
-?A jeśli ona usłyszy moje myśli? -?martwiłam się, kiedy szliśmy po
szerokich dębowych schodach.
-?Bardziej obawiam się tego, co pani może powiedzieć na głos. Proszę nie
robić niczego, co mogłoby wzbudzić zazdrość albo wrogość -?poradził
Raleigh. -?Jeśli wszystko inne zawiedzie, proszę kłamać. Matthew i ja
robimy to przez cały czas.
-?Jedna czarownica nie może okłamać drugiej.
-?To nie skończy się dobrze -?mruknął posępnie Marlowe. -?Mogę postawić
na to pieniądze.
-?Wystarczy. -?Matthew okręcił się i chwycił przyjaciela za kołnierz.
Dwa mastiffy zaczęły warczeć i węszyć tuż przy kostkach Kita. Oddane
swojemu panu niezbyt lubiły demona.
-?Ja tylko powiedziałem... -?Kit próbował się uwolnić, ale Matthew nie
pozwolił mu skończyć, tylko przyparł go do ściany.
-?Nikogo nie interesuje, co powiedziałeś, i jest dostatecznie jasne, co
miałeś na myśli.
Matthew ścisnął mocniej kołnierz przyjaciela.
-?Puść go. -?Raleigh położył jedną dłoń na ramieniu Matthew, drugą na
ramieniu Marlowe'a.
Matthew zignorował Waltera i podniósł Kita jeszcze o kilka cali. W swoim
czerwono-czarnym upierzeniu Marlowe wyglądał jak egzotyczny ptak,
którego ktoś uwięził w zagłębieniach pofałdowanej boazerii. Matthew
jeszcze przez chwilę potrzymał przyjaciela w górze, żeby zostać dobrze
zrozumianym, i wreszcie go puścił.
-?Chodź, Diano. Wszystko będzie dobrze. -?Matthew mówił pewnym tonem,
ale złowieszcze mrowienie w palcach ostrzegło mnie, że Kit może mieć
rację.
-?Na zęby Boga -?wymamrotał Walter z niedowierzaniem, kiedy wkroczyliśmy
do sali. -?Czy to jest wdowa Beaton?
W drugim końcu pokoju stała czarownica jak z castingu: drobna,
przygarbiona i bardzo stara. Kiedy się zbliżyliśmy, zobaczyłam
szczegóły: rdzawo-czarną suknię, kręcone białe włosy i pomarszczoną
skórę. Jedno oko było mleczne od katarakty, drugie orzechowe z cętkami.
Gałka oczna z zaćmą miała niepokojącą tendencję do obracania się w oczodole, jakby wzrok mógł się poprawić dzięki innej perspektywie. Kiedy
już myślałam, że nie może być gorzej, zauważyłam brodawkę na grzbiecie
nosa.
Wdowa Beaton rzuciła mi spojrzenie i niechętnie dygnęła. Ledwo
wyczuwalne mrowienie na skórze powiedziało mi, że to rzeczywiście
czarownica. Moje trzecie oko otworzyło się bez ostrzeżenia i zaczęło
szukać dalszych informacji. Jednakże w przeciwieństwie do innych bytów
wdowa Beaton w ogóle nie emanowała światła. Była na wskroś szara.
Przygnębił mnie widok czarownicy, która tak bardzo starała się być
niewidzialna. Czy ja też wyglądałam tak blado, zanim dotknęłam Ashmole'a nr 782? Moje trzecie oko się zamknęło.
-?Dziękuję, że pani przyszła, pani Beaton. -?Ton Matthew sugerował, że
kobieta powinna być wdzięczna, że wpuszczono ją do jego domu.
-?Panie Roydon. -?Głos czarownicy był szeleszczący i przywodził na myśl
opadłe liście wirujące na żwirowym podjeździe. Staruszka skierowała na
mnie zdrowe oko.
-?Pomóż pani Beaton usiąść, George.
Chapman skoczył do przodu, żeby wypełnić polecenie Matthew, a reszta z nas zachowała ostrożny dystans. Czarownica jęknęła, kiedy jej
reumatyczne członki spoczęły na krześle. Matthew uprzejmie odczekał
chwilę, zanim ponownie się odezwał.
-?Przejdźmy do sedna sprawy. Ta kobieta... -?wskazał na mnie -?...jest
pod moją ochroną, a ostatnio ma kłopoty. -?Matthew nie wspomniał o naszym małżeństwie.
-?Jest pan otoczony wpływowymi przyjaciółmi i lojalnymi sługami, panie
Roydon. Z biednej kobiety niewielki może być pożytek dla dżentelmena
takiego jak pan. -?Wdowa Beaton próbowała ukryć przyganę pod fałszywą
nutą uprzejmości, ale mój mąż miał doskonały słuch. Zmrużył oczy.
-?Proszę nie toczyć ze mną gierek -?rzucił krótko. -?Nie chce pani mieć
we mnie wroga, wdowo Beaton. Pewne znaki wskazują, że kobieta jest
czarownicą i potrzebuje pani pomocy.
-?Czarownicą? -?Wdowa Beaton okazała uprzejme zdziwienie. -?Czy jej
matka była czarownicą? Albo ojciec czarodziejem?
-?Oboje umarli, kiedy była jeszcze dzieckiem. Nie jesteśmy pewni, jakie
moce posiadali. -?Matthew wypowiedział jedną ze swoich typowych dla
wampira półprawd. Rzucił kobiecie na podołek sakiewkę monet. -?Byłbym
wdzięczny, gdyby pani ją sprawdziła.
-?Dobrze. -?Powykręcane palce wdowy Beaton sięgnęły do mojej twarzy.
Kiedy jej dotknęły, między nami przepłynęła fala energii nie do
pomylenia z niczym innym.
-?No i? -?rzucił Matthew.
Wdowa Beaton opuściła ręce na kolana. Ścisnęła sakiewkę i przez chwilę
wydawało się, że rzuci nią w mojego męża. Po chwili odzyskała panowanie
nad sobą.
-?Jest tak, jak podejrzewałam. Ta kobieta nie jest czarownicą, panie
Roydon. -?Jej głos był spokojny, choć trochę wyższy niż wcześniej.
Pogarda napełniła moje usta goryczą.
-?Jeśli tak pani uważa, nie ma pani takiej mocy, jak ludzie z Woodstock
sobie wyobrażają -?odparowałam.
Wdowa Beaton wyprostowała się z oburzeniem.
-?Jestem szanowaną uzdrowicielką ze znajomością roślin chroniących
mężczyzn i kobiety od choroby. Pan Roydon wie, co potrafię.
-?To jest rzemiosło czarownicy, ale my mamy również inne talenty -
powiedziałam ostrożnie.
Palce Matthew boleśnie zacisnęły się na mojej dłoni. Dawał mi do
zrozumienia, żebym umilkła.
-?Nie wiem nic o takich talentach -?brzmiała szybka odpowiedź wdowy
Beaton.
Staruszka była uparta jak moja ciotka Sarah i dzieliła z nią pogardę dla
czarownic takich jak ja, które potrafiły czerpać z siły żywiołów bez
żadnych starannych studiów nad tradycją i rzemiosłem. Sarah znała
zastosowanie każdego zioła i rośliny i doskonale pamiętała setki czarów,
ale bycie czarownicą oznaczało coś więcej. Wdowa Beaton to wiedziała,
nawet jeśli nie potrafiła tego przyznać.
-?Z pewnością jest oprócz zwykłego dotyku jakiś sposób na ustalenie,
jakie moce ma ta kobieta. Ktoś o pani umiejętnościach potrafi je wyczuć.
-?Lekko drwiący ton Matthew był wyraźnym wyzwaniem.
Wdowa Beaton z niepewną miną ważyła sakiewkę w dłoni. W końcu jej ciężar
przekonał ją do podjęcia rękawicy. Wsunęła zapłatę do kieszeni ukrytej
pod spódnicami.
-?Są próby sprawdzające, czy ktoś jest czarownicą. Niektóre polegają na
recytowaniu modlitwy. Jeśli istota potknie się na słowach, zawaha choćby
na chwilę, jest to znak, że diabeł jest blisko.
-?W Woodstock nie ma diabła, pani Beaton -?odezwał się Tom tonem
rodzica, który stara się przekonać dziecko, że pod łóżkiem nie czai się
potwór.
-?Diabeł jest wszędzie, sir. Ci, którzy sądzą inaczej, padają ofiarą
jego podszeptów.
-?To ludzkie bajki, które mają nastraszyć przesądnych i głupich -
stwierdził lekceważąco Harriot.
-?Nie teraz, Tom -?syknął Walter.
-?Są też inne znaki -?włączył się George, jak zwykle gotowy do dzielenia
się swoją wiedzą. -?Diabeł naznacza czarownicę bliznami i skazami.
-?To prawda, sir -?przyznała wdowa Beaton -?a mądrzy ludzie wiedzą,
gdzie ich szukać.
Krew gwałtownie odpłynęła mi z głowy. Gdyby ktoś to sprawdził, znalazłby
na mnie takie znaki.
-?Muszą być inne metody -?rzekł z niepokojem Henry.
-?Są, milordzie. -?Wdowa Beaton omiotła wzrokiem pokój i zatrzymało go
na stole z instrumentami naukowymi i stertami książek. -?Podejdźmy tam.
Staruszka wsunęła rękę przez ten sam otwór w spódnicach, który zapewnił
kryjówkę monetom, ale teraz wyciągnęła z niego podniszczony mosiężny
dzwonek. Postawiła go na stole.
-?Poproszę o świecę, jeśli można.
Henry szybko spełnił prośbę. Wszyscy mężczyźni zbliżyli się
zaintrygowani.
-?Niektórzy mówią, że prawdziwa moc czarownicy pochodzi z tego, że jest
ona bytem pomiędzy życiem i śmiercią, światłem i ciemnością. Na
skrzyżowaniu światów może odczynić dzieła natury, rozplątać więzy, które
łączą porządek rzeczy. -?Wdowa Beaton wzięła jedną z książek i umieściła
ją między świecą w ciężkim srebrnym lichtarzu a mosiężnym dzwonkiem.
Potem zaczęła mówić ściszonym głosem: -?Kiedy w minionych czasach
sąsiedzi odkrywali, że jakaś kobieta jest czarownicą, wyrzucali ją z kościoła, a bijący dzwon potwierdzał, że jest martwa. -?Staruszka
uniosła dzwonek i rozhuśtała go poruszeniem nadgarstka. Gdy wypuściła go
z ręki, on zawisł w powietrzu, nie przestając dzwonić.
Tom i Kit zrobili kilka kroków do przodu, George głośno wciągnął
powietrze, a Henry się przeżegnał. Zadowolona z ich reakcji staruszka
skierowała uwagę na angielskie tłumaczenie greckiej klasyki Elementy
geometrii euklidesowej, które leżało na stole obok kilku matematycznych
instrumentów z obszernej kolekcji Matthew.
-?Potem kapłan brał świętą księgę, Biblię, i zamykał ją, by pokazać, że
czarownicy odmówiono dostępu do Boga. -?Elementy geometrii zamknęły się
z trzaskiem.
George i Tom podskoczyli. Jak na ludzi, którzy uważali się na odpornych
na przesądy, członkowie Nocnej Szkoły byli zadziwiająco podatni na
wpływy.
-?Na koniec kapłan gasił świecę, by pokazać, że czarownica nie ma duszy.
-?Wdowa Beaton sięgnęła do płomienia i palcami ścisnęła knot. Światło
zgasło, w powietrzu uniósł się cienki obłoczek szarego dymu.
Mężczyźni stali jak zahipnotyzowani. Nawet Matthew wyglądał na
poruszonego. Jedynym dźwiękiem w pokoju było trzaskanie ognia i ciche
brzęczenie dzwoneczka.
-?Prawdziwa czarownica może na nowo rozpalić ogień, otworzyć stronice
księgi i uciszyć dzwonek. Jest cudowną istotą w oczach Boga. -?Wdowa
Beaton zrobiła pauzę dla większego efektu dramatycznego, a jej mleczne
oko odwróciło się w moją stronę. -?Potrafisz dokonać tych rzeczy,
dziewczyno?
Kiedy współczesne czarownice osiągały wiek trzynastu lat, przedstawiano
je miejscowemu covenowi podczas ceremonii dziwnie przypominającej testy
wdowy Beaton. Dzwoneczki dzwoniące na powitanie młodej kobiety do
społeczności czarownic były zwykle zrobione z ciężkiego srebra,
wypolerowane i przekazywane z pokolenia na pokolenie. Zamiast Biblii czy
książki matematycznej przynoszono rodzinną księgę czarów, żeby dodać
uroczystości wagi historycznej. Jedyną okazją, kiedy Sarah pozwoliła
wynieść z domu grymuar Bishopów, były moje trzynaste urodziny. Jeśli
chodzi o świecę, cele były takie same. Właśnie dlatego czarownice od
najmłodszych lat praktykowały rozpalanie i gaszenie świec.
Moje oficjalne wystąpienie przed covenem z Madison okazało się
katastrofą, której świadkami byli wszyscy krewni. Dwie dekady później
wciąż nawiedzał mnie dziwny koszmar o świecy, która nie chce się
zapalić, o księdze odmawiającej otwarcia, o dzwoneczku, który zadzwonił
dla każdej innej czarownicy oprócz mnie.
-?Nie jestem pewna -?przyznałam z wahaniem.
-?Spróbuj -?zachęcił mnie Matthew. -?Kilka dni temu zapaliłaś kilka
świec.
To była prawda. W końcu udało mi się w Halloween zapalić dynie
rozmieszczone wzdłuż podjazdu domu Bishopów. Jednakże nie miałam wtedy
widowni, która obserwowałaby pierwsze nieudane próby. Dzisiaj oczy Toma
i Kita wpatrywały się we mnie z wyczekiwaniem. Ledwo czułam muśnięcie
spojrzenia wdowy Beaton, ale byłam aż nadto świadoma znajomej, chłodnej
uwagi Matthew. W odpowiedzi krew w moich żyłach zmieniła się w lód,
jakby odmawiała rozniecenia ognia. Mając nadzieję, że mi się uda,
skupiłam się na knocie i wymamrotałam zaklęcie.
Nic się nie wydarzyło.
-?Odpręż się -?szepnął Matthew. -?Co z książką? Nie powinnaś od niej
zacząć?
Pomijając fakt, że właściwy porządek był istotny w sztuce magii, nie
wiedziałam, co zrobić z Elementami. Skupić się na powietrzu uwięzionym
we włóknach papieru czy wezwać podmuch, żeby zamknął okładkę? Przy tym
bezustannym dzwonieniu jasne myślenie było niemożliwe.
-?Może pani uciszyć ten dzwonek? -?rzuciłam błagalnie, kiedy mój
niepokój wzrósł.
Wdowa Beaton pstryknęła palcami i mosiężny dzwoneczek opadł na stół.
Wydał ostatnie brzęknięcie, które wprawiło w drżenie jego nierówne
brzegi, i umilkł.
-?Jest tak, jak mówiłam, panie Roydon -?powiedziała wdowa Beaton z nutą
triumfu w głosie. -?Jakąkolwiek magię pan widział, była to tylko iluzja.
Ta kobieta nie ma żadnej mocy. Wieś nie musi się jej bać.
-?Może ona próbuje złapać cię w pułapkę, Matthew -?włączył się Kit. -
Wcale bym tego nie wykluczył, jeśli o nią chodzi. Kobiety to dwulicowe
stworzenia.
Inne czarownice kiedyś wygłosiły to samo oświadczenie, co wdowa Beaton,
i z podobną satysfakcją. Poczułam nagłą i gwałtowną potrzebę
udowodnienia jej, że się myli. I chciałam zetrzeć ten znaczący wyraz z twarzy Kita.
-?Nie potrafię zapalić świecy. I nikt nie był w stanie nauczyć mnie, jak
otwierać książkę czy zatrzymywać dzwonek. Ale jeśli nie mam mocy, jak
wyjaśnicie to?
Niedaleko mnie stała misa z owocami. Pigwy świeżo zerwane w ogrodzie
lśniły złotawo w mdłym świetle. Wybrałam jedną i zważyłam ją na dłoni,
tak żeby wszyscy widzieli.
Załaskotałą mnie skóra na ręce, kiedy skupiłam się na owocu. Wyraźnie
widziałam pod twardą skórką papkowaty miąższ, jakby pigwa była ze szkła.
Zacisnęłam powieki, a moje oko czarownicy otworzyło się i zaczęło szukać
informacji. Świadomość sięgnęła ze środka mojego czoła w dół ramienia i dalej do czubków palców. Rozpełzła się jak korzenie drzewa, jej włókna
zagłębiły się w owocu.
Kolejno poznawałam sekrety pigwy. W gnieździe nasiennym siedział robak i wgryzał się w miękkie ciało owocu. Moją uwagę przyciągnęła uwięziona w środku moc, ciepło zamrowiło mnie na języku smakiem słońca. Skóra między
brwiami zadrżała z rozkoszy, kiedy wypiłam światło niewidzialnego
słońca. Tyle mocy, pomyślałam. Życie. Śmierć. Moja widownia stała się
zupełnie nieważna. Jedyną rzeczą, która teraz się liczyła, były
nieograniczone możliwości wynikające z wiedzy spoczywającej na mojej
dłoni.
Słońce odpowiedziało na ciche zaproszenie, opuściło pigwę i wniknęło do
moich palców. Instynktownie próbowałam stawić opór zbliżającemu się
blaskowi słonecznemu i zatrzymać go tam, gdzie było jego miejsce -?w owocu -?ale pigwa zrobiła się brązowa, skurczyła i zapadła do środka.
Wdowa Beaton głośno zaczerpnęła powietrza, zakłócając moją koncentrację.
Zaskoczona upuściłam zniekształcony owoc na podłogę, a on rozprysnął się
na wypolerowanym drewnie. Kiedy podniosłam wzrok, Henry znowu się
żegnał, a jego spojrzenie i powolne, automatyczne ruchy dłoni zdradzały
szok. Tom i Walter byli skupieni na moich palcach, gdzie maleńkie nici
światła słonecznego czyniły daremne próby, żeby naprawić zerwaną więź z pigwą. Matthew ujął moje rozdygotane dłonie w swoje, ukrywając znaki
mojej niezdyscyplinowanej mocy. Ręce nadal mi się iskrzyły, więc
próbowałam je wyrwać, żeby go nie poparzyć. Mąż pokręcił głową i spojrzał mi w oczy, jakby mówił, że jest dostatecznie silny, żeby
wchłonąć każdą magię. Rozluźniłam się po chwili wahania.
-?Już po wszystkim -?powiedział Matthew z naciskiem. -?Wystarczy.
-?Potrafię smakować światło słońca. -?Z powodu paniki mówiłam ostrym
tonem. -?I widzę czekający w kątach czas.
-?Ta kobieta opętała wearh -?wysyczała wdowa Beaton, cofając się z rozstawionymi palcami dla odpędzenia niebezpieczeństwa. -?To dzieło
szatana.
-?W Woodstock nie ma żadnego diabła -?powtórzył twardo Tom.
-?Macie tu książki pełne dziwnych znaków i magicznych zaklęć -
powiedziała wdowa Beaton, wskazując na Elementy Euklidesa.
Dobrze, że nie słyszała, jak Kit czyta na głos Doktora Fausta,
pomyślałam.
-?To matematyka, nie magia -?zaprotestował Tom.
-?Nazywajcie to, jak chcecie, ale ja widziałam prawdę. Jesteście tacy
sami jak oni i wezwaliście mnie tutaj, żeby wciągnąć mnie w swoje
mroczne plany.
-?Jak kto? -?zapytał ostro Matthew.
-?Uczeni z uniwersytetu. Swoimi przesłuchaniami wypędzili dwie
czarownice z Duns Tew. Chcieli naszej wiedzy, ale napiętnowali kobiety,
które się nią podzieliły. W Farington właśnie zaczynał powstawać coven,
ale czarownice się rozproszyły, kiedy ściągnęły na siebie uwagę mężczyzn
takich jak wy. Coven oznacza bezpieczeństwo, ochronę, wspólnotę. Bez
niego czarownica jest dużo bardziej narażona na zazdrość i strach
sąsiadów.
-?Nikt nie próbuje wypędzić was z Woodstock. -?Ja tylko zamierzałam ją
uspokoić, ale po moim jednym kroku wdowa Beaton cofnęła się jeszcze
gwałtowniej.
-?W tym domu jest zło. Wszyscy we wsi to wiedzą. Wczoraj pan Danforth
nauczał parafian, że niebezpieczeństwo się zakorzeni.
-?Sama jestem czarownicą, jak pani, bez rodziny, która by mi pomogła. -
Spróbowałam odwołać się do jej współczucia. -?Niech pani się nade mną
ulituje, zanim ktoś inny odkryje, kim jestem.
-?Nie jest pani taka jak ja. I nie chcę kłopotów. Nade mną nikt się nie
ulituje, kiedy wieś zażąda krwi. Nie mam wearh, który mnie ochroni, ani
żadnych panów czy dworskich dżentelmenów, którzy wystąpią w obronie
mojego honoru.
-?Matthew... pan Roydon nie pozwoli, żeby spotkała panią jakakolwiek
krzywda. -?Uniosłam dłoń w błagalnym geście.
Wdowa Beaton nadal mi nie dowierzała.
-?Wearh nie można ufać. Co zrobiłaby wieś, gdyby się dowiedziała, kim
naprawdę jest Matthew Roydon?
-?To sprawa między nami, pani Beaton -?ostrzegłam.
-?Skąd jesteś, dziewczyno, że wierzysz, że jedna czarownica będzie
chronić drugą? To groźny świat. Żadna z nas nie jest już bezpieczna. -
Stara kobieta spojrzała z nienawiścią na Matthew. -?Czarownice umierają
tysiącami, a tchórze z Kongregacji nie robią nic. Dlaczego, wearh?
-?Dość tego -?rzucił zimno Matthew. -?Françoise, proszę, odprowadź wdowę
Beaton.
-?Chętnie sobie pójdę. -?Staruszka wyprostowała się, na ile pozwalały
jej powykręcane kości. -?Ale zważ moje słowa, Matthew Roydonie. Każda
istota mieszkająca w odległości jednego dnia podróży podejrzewa, że
jesteś odrażającą bestią, która żywi się krwią. Kiedy odkryją, że
ukrywasz czarownicę o ciemnych mocach, Bóg będzie bezlitosny dla tych,
którzy zwrócili się przeciwko Niemu.
-?Żegnam, pani Beaton. -?Matthew odwrócił się plecami do czarownicy, ale
ona postanowiła mieć ostatnie słowo.
-?Uważaj na siebie, siostro -?zawołała na odchodnym. -?Świecisz zbyt
jasno jak na te czasy.
Wszyscy w pokoju popatrzyli na mnie, a ja poczułam się nieswojo.
-?Proszę się wytłumaczyć -?zażądał krótko Walter.
-?Diana nie jest ci winna żadnych wyjaśnień -?oburzył się Matthew.
Raleigh uniósł dłoń na znak rozejmu.
-?Co się stało? -?zapytał Matthew bardziej opanowanym tonem.
Najwyraźniej ja byłam mu winna jedno wyjaśnienie.
-?Dokładnie to, co przewidziałam. Wypłoszyliśmy wdowę Beaton. Ona zrobi
teraz wszystko, żeby się ode mnie odciąć.
-?Powinna być posłuszna -?wymamrotał Matthew. -?Wyświadczyłem jej wiele
łask.
-?Dlaczego nie powiedziałeś jej, kim jestem dla ciebie? -?spytałam
cicho.
-?Prawdopodobnie z tego samego powodu, dla którego nie zdradziłem jej,
co potrafisz zrobić ze zwykłymi owocami w ogrodzie -?odparował mój mąż,
biorąc mnie za łokieć. Odwrócił się do przyjaciół. -?Muszę porozmawiać z żoną. Sam na sam. -?I wyprowadził mnie z pokoju.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki