Shot 1
?OBECNIE?
Next level
?Shadow?
Ciszę panującą w bunkrze co kilka sekund przerywały krótkie syreny alarmowe, które zostały uruchomione po eksplozji. Towarzyszyły im włączające się co chwila czerwone światła, które przeganiały ciemność z pomieszczenia i rozświetlały trupio bladą twarz Trevoya Stavinskiego. Dodatkowo nadawały groteskowego wyglądu ciemnej strużce krwi, która przed momentem pociekła mu z ust, podczas gdy postanowił mi obwieścić, jak bardzo byłam głupia i cały czas dawałam sobą manipulować Koronie.
Nagle wszystko stało się odległe, zupełnie jakbym znalazła się daleko stąd lub jakbym była jedynie obserwatorem. W mojej głowie rozgrywała się właśnie gonitwa myśli i poczułam, jak wypełnia mnie znajome uczucie, którego wcześniej doświadczyłam tylko raz. Towarzyszyły temu emocje, do których nie znosiłam się przyznawać. Strach. Bezsilność. Bezradność. Słabość. Tak jak przed laty poczułam się głupią i nic niewartą dziewczyną, którą bezkarnie można manipulować i naginać do własnej woli.
Wstałam, cały czas mocno zaciskając palce na mokrej od krwi rękojeści noża. Myślałam, że mam to już za sobą. Uważałam, że jestem już inną osobą niż ta bezmyślna kretynka sprzed lat, i nagle się okazało, w jak ogromnym byłam błędzie. Istniało jednak pewne ale. To wszystko, co powiedział, mogło być prawdą, lecz równie dobrze mogło być najzwyklejszym kłamstwem.
Przekręciwszy lekko głowę, spojrzałam w bok, gdzie leżeli martwi lub nieprzytomni towarzysze Stavinskiego. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, dlaczego miałabym wierzyć mordercy rodziców. Osobie, która przez całe życie czerpała korzyści z nieszczęścia innych i otrzymywała wynagrodzenia za zabójstwa, a przede wszystkim należała do Korony. Ja sama byłam zabójcą i w podobnej sytuacji nie zaufałabym sobie, a co dopiero temu zakłamanemu fiutowi.
Popatrzyłam na niego z góry, nie kryjąc pogardy.
- Czyżbym przykuł twoją uwagę, ptaszyno? - wychrypiał, uśmiechając się powoli, ukazując przy tym pokryte krwią zęby.
Ukucnęłam ponownie i przechyliłam głowę, po czym zatrzymałam wzrok na ostrzu noża, które było ubrudzone jego krwią.
Wykrzywiłam usta, lekko je wydymając, i pokręciłam głową.
- Nie za bardzo, a wiesz dlaczego, Stavinski?
Utkwiłam wzrok na jego zakłamanej mordzie, którą z chęcią bym czymś zmiażdżyła, byleby zetrzeć mu ten pewny uśmieszek. Niestety musiałam chwilę z tym zaczekać, dopóki nie uda mi się wyciągnąć z faceta czegoś bardziej interesującego. Rozcięłam nogawkę jego spodni, odsłaniając bladą skórę.
- Bo takie gnidy jak ty powiedzą wszystko, byleby tylko ocalić swój tchórzliwy, zakłamany tyłek. Tak więc niestety, ale na swoje nieszczęście nie zaciekawiłeś mnie.
Zaczęłam powoli wbijać ostrze noża, nie spuszczając spojrzenia z mężczyzny. Centymetr po centymetrze. Nie spiesząc się - tak, aby cały czas czuł cały ból z uszkodzonego płata skóry, mięśnia i nerwu. Z fascynacją patrzyłam na pojawiające się na krawędzi rany krople krwi.
Trevoy próbował mnie odtrącić, lecz przerwałam na chwilę swoją torturę i unieszkodliwiłam mu ręce, poprzez wyłamanie ich z barku, po czym wróciłam do zadawania bólu. Jego krzyki dochodziły do mnie przyciszone. Wiedziałam, że spowodowane jest to transem, w który wpadałam za każdym razem, gdy kogoś torturowałam. Dlatego i tym razem nie zrobiło to na mnie wrażenia. Odezwałam się dopiero, gdy ostrze zatrzymało się na kości.
- Ale nie przejmuj się, Trevoy. Zazwyczaj niezwykle trudno przykuć moją uwagę.
- Czemu miałbym kłamać?! - wykrzyczał, krzywiąc się z bólu.
Rozbieganym wzrokiem przesunął po mojej twarzy, aby za chwilę uciec nim w stronę cały czas zatopionego w jego ciele noża. Jego opanowanie znikło w mgnieniu oka.
- Czemu miałbyś mówić prawdę?
Pochyliłam się w jego stronę, przyglądając mu się uważnie. W jego oczach, w których cierpienie mieszało się z przerażeniem, dostrzegłam siebie. Bladą, pomazaną krwią, z rozszerzonymi źrenicami i białymi, poplamionymi posoką włosami. Gdybym myślała dość trzeźwo, pewnie stwierdziłabym, że musi to być dosyć przerażający widok, lecz na nieszczęście Trevoya do trzeźwości umysłu było mi na razie daleko.
Szybkim ruchem przekręciłam nóż w ranie, rozszarpując ponownie jego ciało.
Krzyk znowu wypełnił pomieszczenie.
- Bo nic nie jestem tym kutasom winien - wysapał między spazmami bólu - bo od dawna nie należę do Korony, a i tak nie zdążą mnie już zabić. Tak, Moreno, zdaję sobie sprawę z tego, że na torturach nie skończysz i mnie zabijesz.
- Hm... Ciekawa teoria, lecz moja wydaje się lepsza. - Pochyliłam się jeszcze bardziej i wolną ręką przesunęłam wzdłuż jego ucha, zostawiając na jego spoconej skórze krwawy ślad, po czym wyszeptałam: - Chcesz ją poznać? Myślę, że ci się spodoba. - Odchyliłam się znowu, tak, aby widzieć jego twarz. - Grasz na zwłokę. Tylko nie rozumiem, w jakim celu. Nikt ci nie przyjdzie na pomoc. No chyba że mnie okłamujesz i oddział ratunkowy Korony jest już w drodze, ale tego byś nie zrobił. - Zmarszczyłam brwi. - A wiesz dlaczego?
Dopiero po chwili zdołał pokręcić głową w odpowiedzi.
- Bo ja bardzo nie lubię, gdy się mnie okłamuje, Trevoy.
Zamilkłam na moment. Delikatnie zmrużyłam oczy, nie spuszczając wzroku z jego bladej twarzy. Przedstawiał sobą żałosny widok. Z pozoru wielki chłop, który, gdyby chciał, jednym ruchem ręki mógłby mi skręcić kark, a wystarczyła jedna chwila, jeden wybuch, który powalił go i sprawił, że stał się bezbronny. Bezsilny i zdany na łaskę kobiety.
- Wtedy robię się nieobliczalna, a tego raczej nie chciałbyś doświadczyć.
Trawiąc moje słowa, przesunął wzrokiem ode mnie do miejsca, gdzie leżeli jego towarzysze. Być może liczył na to, że chociaż jeden się ocknie i przy odrobinie szczęścia mnie zastrzeli. Gdy jednak nic takiego się nie stało, utkwił spojrzenie w otwartych za moimi plecami drzwiach.
- Trevoy, Trevoy, jeszcze nie zrozumiałeś, prawda? Nikt nie przyjdzie ci z pomocą, więc możesz zacząć mówić, dlaczego miałabym wierzyć, w to, co powiedziałeś wcześniej? Co, Trevoy? Dlaczego według ciebie jestem jedynie marionetką sterowaną przez Koronę?
- Dostaliśmy cynk. - Oblizał wargi i znowu skupił spojrzenie na mnie. - Ktoś cię sprzedał. Zdradził nam, gdzie mieszkasz i na czym ci najbardziej zależy. Opowiedział nam o tym, jak zgarnąć twoje dwa pieski, żebyś przyleciała do nas i podała się jak na tacy.
Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Ktoś mnie przekreślił i im wystawił. Stałam się dla kogoś niewygodna, a takich ktosiów było wielu. Grono się jednak zawężało, gdy chodziło o wiedzę na temat lokalizacji mojego domu.
Mimo postępującej współpracy uzyskane informacje nadal były niewystarczające. Przerzuciłam nóż do lewej ręki i opuściłam ją gwałtownie, wbijając ostrze w drugą nogę mężczyzny. Zanim zdążył krzyknąć, wyszarpnęłam broń i zakręciłam ostrzem przed jego twarzą, przy okazji ochlapując go czerwonymi kropelkami.
- Konkrety, Trevoy. Ten ktoś się przedstawił?
Mężczyzna, z trudem panując nad sobą, spojrzał na mnie, jakbym postradała zmysły, lecz po chwili zorientował się, że zadałam pytanie na poważnie.
- Nie, nie musiał.
- Więc skąd mieliście pewność, że mówi prawdę?
- Boże drogi - powiedział ni to w jęku, ni to w parsknięciu śmiechem - ty naprawdę nie masz pojęcia o tym, w co się wpakowałaś, skoro zadajesz takie pytania. None nie musi się przedstawiać. Każdy wie, kim on jest, a zarazem nikt nie wie. To przywódca Korony. Nie wiadomo, co to za osoba, ale wiadomo, że trzęsie światem i musiał kimś nieźle potrząsnąć, skoro ten ktoś cię zdradził, a to zapewne osoba, która wie o tobie dosyć sporo, Moreno.
Po jego słowach zapadła cisza. Nie musiałam się długo zastanawiać nad tym, kto byłby na tyle głupi, aby mnie zdradzić. Niewielu ludzi mogło się pochwalić aż tak dużą wiedzą na mój temat. Tylko jednej osobie było nie na rękę, że wróciłam do McAllen, i tylko ta jedna osoba mogła uzyskać korzyści ze wsypania mnie. Gdyby Trevoy, razem z tą jego bandą najemników, okazał się na tyle skuteczny, aby się mnie pozbyć, to nie tylko wzbogaciłby się na przehandlowanej informacji, lecz także raz na zawsze pozbyłby się problemu, jakim dla niego byłam. W całym swoim genialnym planie nie przewidział jednak, że nie spieszyło mi się jeszcze na tamten świat. Przeliczył się i mnie nie docenił. Znowu. A ja nie zamierzałam kolejny raz mu odpuścić.
- Skąd mieliście pewność, że nie chce was oszukać? - spytałam, ledwo panując nad sobą.
Nagle perspektywa długich tortur Trevoya stała się mało atrakcyjna w porównaniu z nasuwającymi się pomysłami, co zamierzałam zrobić dawnemu mentorowi, i to już nawet nie chodziło o to, co mogło mi się stać. Przyczynił się do cierpienia, jakie te gnoje sprawiły Alexowi.
Odwróciłam się odrobinę, stając bokiem do Trevoya, dzięki czemu nadal widziałam go kątem oka. Mogłam również zerknąć na przyjaciela, który przez cały ten czas nie ruszył się ze swojego miejsca. Zaschnięta wokół pustego oczodołu krew kontrastowała z bladością jego skóry. Jasno dało mi to do zrozumienia, że nie mogłam już przeciągać tej szopki, która trwała wystarczająco długo.
- Nikt nie okłamuje ani nie oszukuje None. Musiałby być szaleńcem lub głupcem. - Zakaszlał, po czym splunął w bok. - A ty, Moreno, zadarłaś z człowiekiem, który, nie ruszając się ze swojego biura, sprawi, że przestaniesz istnieć, i nikt ci nie pomoże. Wdepnęłaś w wielkie gówno, ptaszyno.
Wzruszyłam ramionami. Jego słowa nie robiły na mnie wrażenia. Przez całe swoje życie już nie raz to słyszałam i radziłam sobie z o wiele trudniejszymi rzeczami.
- Jesteś nikim w porównaniu z nim, Moreno - dokończył po chwili, wpatrując się we mnie.
Zapewne liczył, że tymi słowami wywoła we mnie jakieś emocje. Być może spodziewał się, że zobaczy w moich oczach strach, a na twarzy grymas przerażenia. Niestety musiałam go rozczarować.
- Może i tak. Może ja jestem nikim, a on może i trzęsie całym półświatkiem tego miasta. Nie wiem, jak daleko sięgają jego wpływy, ale wiem jedno, Trevoy. W trakcie trwania danse macabre stajemy się równi.
Na moment znowu zapadła między nami cisza. Zerknęłam na Lexa, który ledwo trzymał się na nogach. Westchnęłam, otarłam pokryte krwią ostrze o poszarpane od wybuchu wojskowe spodnie Stavinskiego i wstałam. Schowałam nóż do pokrowca na udzie i odwróciwszy się, podeszłam do Lexa. Zarzuciłam sobie jego ramię na szyję i ruszyliśmy powoli w stronę wyjścia.
Po chwili rozległ się zachrypnięty głos Trevoya.
- Zostawisz mnie tak, ptaszyno? Może jednak nie pomyliłem się w stosunku do ciebie! - wykrzyczał, stękając. - Jeśli przeżyję, to Korona dowie się o tobie, a wtedy się nie ukryjesz, Moreno!
- Nie, Trevoy - rzekłam, zatrzymując się.
Nie chciałam go zabijać.
To wydawało się zbyt proste. Chciałam, żeby cierpiał, żeby powoli się wykrwawiał. Z drugiej jednak strony pragnęłam zobaczyć, jak umiera, jak wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Chciałam go zastrzelić i patrzeć mu przy tym prosto w oczy. Wyciągnęłam pistolet z przyczepionym do lufy tłumikiem.
- Pomyliłeś się. Korona i tak już o mnie wie, ale to dobrze. Niech się przygotują, bo mogą nie być gotowi na to, co po nich idzie.
Alex ciężko oparł się o ścianę, a ja wysunęłam się spod jego ramienia.
Odbezpieczyłam pistolet i ruszyłam w stronę cynicznie uśmiechającego się mężczyzny. Światła alarmowe cały czas włączały się na przemian, oświetlając wszystko na krwisty kolor, by po chwili się wyłączyć i pogrążyć pomieszczenie w ciemności.
- Pamiętasz ten moment, Trevoy? - zapytałam, przerywając ciszę. - Pamiętasz, jak to zrobiłeś?
Czerwone światło znowu rozlało się po wnętrzu. Stałam nad Stavinskim, tak jak on kiedyś nad moją mamą. Spojrzał prosto w moje oczy i uśmiechnął się. Zakaszlał przy tym, przez co w kąciku jego ust pojawiły się krwiste bąbelki powietrza, które zaraz zmieniły się w niewielką pianę.
- Pamiętasz?
Szturchnęłam butem jego nogę. W moim głosie nie dało się niczego usłyszeć, żadnych emocji. Był po prostu bezbarwny. Czekając tyle lat na tę chwilę, wyobrażałam ją sobie zupełnie inaczej. W żadnym z wariantów nie widziałam siebie tak opanowanej i chłodnej. Przekrzywiłam głowę i wyplułam z siebie słowa.
- Mały Trevoy.
Powoli wysunęłam rękę przed siebie, a tłumik dotknął czoła Stavinskiego.
- Kolorowych snów - powiedziałam i nacisnęłam spust.