I -R-O-Z-D-Z-I-A-Ł-
Lampa przygasła, później zajaśniała nagle jak spadająca gwiazda, wreszcie zagrała wszystkimi kolorami tęczy. Rudnicki westchnął, podkręcił knot, po czym pochylił się nad chorym. Oślepiony kolejnym rozbłyskiem, przetarł oczy i gniewnym gestem odsunął buteleczkę z lekarstwem. Pomogło. Sama obecność materia prima wpływała na rzeczywistość często w zaskakujący sposób.
- Jak pan się czuje? - spytał neutralnym tonem.
Jakub Ochls nie należał do ulubionych pacjentów Rudnickiego, być może ze względu na zawód: gospodin Ochls raczył być lichwiarzem.
- Lepiej, doktorze - wychrypiał otyły starszy mężczyzna. - Lżej mi oddychać.
Alchemik skinął głową, przyłożył dwa palce do tętnicy szyjnej leżącego. Zwiotczała, lepka od potu skóra przypominała w dotyku nieświeżą słoninę.
- Dziewięćdziesiąt na minutę - oznajmił po chwili. - Ostatnio było sto dwadzieścia.
- Toż mówię, że jest poprawa! Choć za takie pieniądze spodziewałem się szybszych rezultatów - dodał zgryźliwie lichwiarz.
- W każdej chwili może pan zrezygnować z moich usług i poprosić o poradę innego lekarza - odparował chłodno Rudnicki.
Alchemik już dawno pogodził się z faktem, że poprawa zdrowia pacjenta przeważnie idzie w parze z narastającą niechęcią do regulowania zobowiązań finansowych.
- Coś pan taki w gorącej wodzie kąpany? - wychrypiał Ochls. - Zostawiłby mnie pan w połowie kuracji?
- Dziesięć rubli - oznajmił Rudnicki, ignorując pytanie. - Mikstura wystarczy na tydzień.
Lichwiarz usiadł z bolesnym stęknięciem i sięgnął do szuflady.
- Proszę - powiedział, rzucając na stół garść srebra. - Drogo, ale niech tam! Zdrowie ważniejsze niż pieniądze.
Rudnicki wyciągnął lupę i obejrzał jedną z monet: te fałszywe przeważnie odlewano, a nie bito, dlatego zdradzały je nieprecyzyjne detale, zdarzały się też niewielkie zagłębienia w miejscach, gdzie metal nie przylegał do formy.
- Nie oszukałbym pana - odezwał się Ochls z urazą w głosie.
- W ciągu ostatniego tygodnia dwukrotnie płacono mi fałszywymi rublami - odparł sucho alchemik. - Stąd moja ostrożność.
- Prawda, że namnożyło się teraz cwaniaków - przyznał lichwiarz. - Ale to nie dla mnie, ja wolę uczciwy zarobek.
Alchemik z trudem powstrzymał się od komentarza na temat definicji uczciwości - Ochls działał mu na nerwy - i pożegnawszy się z gospodarzem, ruszył do korytarza. Olbrzymi lokaj otworzył przed nim drzwi, które zaryglował natychmiast po wyjściu Rudnickiego. Najwyraźniej lichwiarz niespecjalnie wierzył w bliźnich.
Szklane klosze gazowych latarni płonęły w nocnym mroku niby miniaturowe słońca, konkurując z księżycem w pełni. Na widok pryncypała kuczer zeskoczył z kozła i wytrenowanym ruchem rozłożył składane schody. Rudnicki podziękował skinieniem i zajął miejsce w powozie.
- Do hotelu! - polecił.
Ekwipaż potoczył się po bruku, aby zatrzymać się po przejechaniu zaledwie kilku metrów. Ciche przekleństwo i szczęk odwodzonego kurka sugerowały, że przyczyna niespodziewanego postoju wzbudziła podejrzliwość woźnicy.
- Co się dzieje?! - rzucił ostro alchemik.
- Wydaje się, że ma pan gościa - odparł tamten z wahaniem.
Rudnicki wysiadł z karety: kuczer trzymał na muszce ubraną na czarno kobietę. Twarz nieznajomej skrywała woalka.
- Czym mogę pani służyć? - odezwał się uprzejmie Rudnicki.
- Rozmową. Być może poradą.
- Teraz? O tej porze? Dochodzi jedenasta w nocy!
- Gdyby sprawa nie była pilna, nie zawracałabym panu głowy. Czekam tu od godziny.
- Sama?! To niebezpieczna okolica.
- Nie jestem bezbronna, a niedaleko czeka mój powóz. Zanim dojedziemy do hotelu, zdążę przedstawić swój problem, oczywiście zapłacę za pański czas.
- No dobrze, proszę wsiadać - zadecydował po namyśle Rudnicki, powstrzymując dyskretnym gestem kuczera.
Ten był jednym z ludzi Ankwicza i nie tylko powoził, ale też dbał o bezpieczeństwo alchemika. Teraz zapewne zamierzał sprawdzić, czy nieznajoma nie ma przy sobie broni, jednak śmiertelnie znudzony leczeniem Ochlsa Rudnicki nie chciał zrażać sobie tajemniczej damy.
- Słucham - ponaglił, usadowiwszy się w berlince.
Kobieta uniosła woalkę, ale panujący w powozie półmrok nie pozwalał ocenić jej wieku, choć wyraźnie zarysowany owal twarzy świadczył, że raczej nie przekroczyła jeszcze czterdziestki.
- Klara Rossi - przedstawiła się zdawkowo.
Rudnicki uścisnął smukłą dłoń w koronkowej rękawiczce.
- Wspominała pani o jakimś problemie - przypomniał.
- Owszem - potwierdziła, przygryzając wargi. - Jedną z moich dziewcząt znaleziono na wysypisku śmieci martwą, a dwie inne zaginęły.
- Nie bardzo rozumiem - zmarszczył brwi alchemik. - Myślałem, że chodzi o kwestie zdrowotne...
- Niezupełnie. Raczej związane z magią.
- Skąd to przekonanie? Powinna pani raczej powiadomić władze.
- Powiadomiłam. I niech mi pan wierzy: policja robi, co może. Obawiam się jednak, że ta sprawa ich przerasta.
- Jeśli policja...
- Alicję znaleziono bez głowy, z okultystycznymi znakami na ciele - przerwała szorstko. - Podobno coś takiego miało miejsce w czasie rosyjskiej okupacji i poinformowano mnie, że brał pan udział w śledztwie.
- Tylko jako konsultant - zastrzegł szybko Rudnicki.
- I jaki był finał tych konsultacji?
- O ile wiem, znaleziono mordercę.
- Co się z nim stało? Bo przecież nie było żadnego procesu. Czyżby uciekł z więzienia?
- Nie uciekł.
- A dokładniej?
- To skomplikowana sprawa, a ja nie znam wszystkich detali.
- Nie mógł wrócić?
- W żadnym wypadku!
- W takim razie ma naśladowców. Czy to też niemożliwe?
- Wręcz przeciwnie, bardzo prawdopodobne - odparł ponuro alchemik. - W jakim wieku były te dziewczęta? Kiedy zniknęły? Pozostawiono je bez opieki?
- Bez opieki? Przecież to nie dzieci.
- Myślałem, że prowadzi pani pensję dla panien albo sierociniec.
Usta kobiety drgnęły w nerwowym grymasie.
- Prowadzę, ale one wszystkie skończyły już szkołę. Nie czyta pan gazet, prawda? Tych z ploteczkami?
- Istotnie, ale co to ma do rzeczy?
- Słyszał pan nazwę "Złoty Pałac"? - spytała z niemal nieuchwytnym wyzwaniem w głosie.
Alchemik skrzywił się bezwiednie, "Złotym Pałacem" nazywano elitarny, dostępny tylko dla wybranych dom publiczny. Fama głosiła, że związane z nim kobiety bardziej przypominają greckie hetery niż prostytutki, nie tylko ze względu na urodę i wykształcenie, ale też z uwagi na fakt, że same decydują, komu i na jakich warunkach ofiarować swoje towarzystwo.
- Jest pani pewna, że policja naprawdę stara się złapać mordercę? Przeważnie takie sprawy nie budzą specjalnego zainteresowania władz. Ot, jedna prostytutka więcej, jedna mniej.
- Alicja miała tylko jednego mężczyznę, a to więcej, niż mogą o sobie powiedzieć te bogobojne na starość poczwary zajmujące pierwsze ławki w kościele! I niech pan nie waży się nazywać jej prostytutką!
- Nie chciałem pani urazić, niemniej...
Powóz się zatrzymał, Rudnicki przez okno dojrzał fasadę "Azylu".
- Dojechaliśmy - oznajmił.
- Nie zmieściłam się w czasie - westchnęła Klara Rossi. - Jeśli nie jest pan zainteresowany sprawą, zapłacę sto rubli, zgodnie z obietnicą. Jeżeli pozwoli mi pan dokończyć, pięćset.
Alchemik bez słowa pomógł kobiecie wysiąść z powozu, poprowadził do hotelowej recepcji. Ostre elektryczne światło pozwoliło mu dokonać bardziej precyzyjnej oceny wieku: pani Rossi miała pod pięćdziesiątkę, choć na pierwszy rzut oka jej twarz mogłaby należeć do trzydziestolatki. Atrakcyjnej trzydziestolatki. Tylko siateczka cienkich jak pajęcza nić zmarszczek w kącikach oczu i zaczynający tracić jędrność podbródek świadczyły, że jest starsza, niż na to wygląda.
- Co pan zdecydował? Możemy kontynuować?
- Oczywiście. Zaciekawiła mnie pani. Herbaty, a może kawy?
- Poproszę kawę.
Usiedli w rogu sali, przy ulubionym stoliku alchemika. Zdopingowani obecnością pracodawcy kelnerzy błyskawicznie zrealizowali zamówienie: w powietrze wzleciał śnieżnobiały, wykrochmalony obrus, jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki pojawiła się porcelanowa zastawa.
Klara Rossi wyraziła uznanie wdzięcznym gestem urękawiczonej dłoni.
- Znakomita obsługa!
- Staramy się - odparł Rudnicki. - Wracając do rzeczy...
- Musi pan zrozumieć jedno - powiedziała, mieszając kawę srebrną łyżeczką. - Mamy potężnych wrogów.
- A to z jakiego powodu?
- Co pan o nas wie?
- Nic konkretnego. - Wzruszył ramionami. - Obiły mi się o uszy jakieś plotki, to wszystko.
- Nie sprzedajemy się jak prostytutki - powiedziała z naciskiem. - Uciechy ciała to tylko dodatek, przede wszystkim oferujemy urodę, intelekt i jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało: wierność. Nasze dziewczęta znają po kilka języków, są oczytane i wykształcone, potrafią się znaleźć choćby i na książęcym dworze.
- Mimo wszystko...
- Nikogo nie zmuszamy - kontynuowała uparcie. - Dziewczęta same wybierają swój los, później także partnerów. Na chwilę, sezon, kilka lat lub całe życie. Tak! Wiele z nich wychodzi za mąż - dodała, zauważywszy niedowierzający wzrok alchemika. - Cieszą się szacunkiem i poważaniem, a dzięki kontraktowi stają się zamożne, bywa, że bogate.
- Kontraktowi?
- Klient musi zabezpieczyć je finansowo. To podstawowy, choć nie jedyny warunek. Dlatego wielu chętnych odchodzi z kwitkiem.
- A konkretnie?
- Nie wymieniłabym wszystkich do rana - zapewniła. - Wszelkiej maści bufoni, hazardziści, lowelasi, syfilitycy... Ci, bez względu na majątek, nie mogą mieć żadnej z nas. No i najważniejsze: klient musi spodobać się swojej wybrance. Omówienie detali zabrałoby zbyt wiele czasu, więc chwilowo wystarczy, jeśli uwierzy mi pan na słowo.
- Rozumiem, że te zaginione nie mogły odejść z własnej woli?
Przez twarz Klary Rossi przeleciała błyskawica gniewu, kobieta opanowała się wysiłkiem woli.
- Nie w taki sposób! Powtarzam, nikogo nie zmuszamy! Tak, nie jesteśmy instytucją charytatywną, ale procent, jaki pobieramy z każdego kontraktu, zapewnia nam dostateczny zysk.
- Nam? Wiec nie tylko pani kieruje tym... przedsięwzięciem?
- To nie ma nic do rzeczy - ucięła sucho. - Powiedzmy, że reprezentuję zarząd.
Rudnicki skosztował kawy, żeby zyskać na czasie. Problem był poważny: z jednej strony nie uśmiechało mu się prowadzenie śledztwa w sprawie najbardziej nawet wyemancypowanych prostytutek, z drugiej, jeśli w grę wchodziła magia albo co gorsza, działania theokatáratos, prędzej czy później władze poproszą go o pomoc. Stosunki Rudnickiego z rządem Rzeczpospolitej Warszawskiej były dość skomplikowane, nie pełnił żadnej oficjalnej funkcji, ale ze względu na wcześniejsze zasługi traktowano go w sposób szczególny, zapewniając uprzywilejowaną pozycję w handlu materia prima, a także, jak przypuszczał, dyskretną ochronę. A wrogów mu nie brakowało... Jeżeli władze zwrócą się do niego, nie będzie mógł odmówić.
- No dobrze - powiedział wreszcie. - Zajmę się tym.
- Dziękuję! Ja...
Alchemik powstrzymał panią Rossi stanowczym gestem.
- Nie skończyłem. Przyjmę to zlecenie pod warunkiem, że wszelkie moje polecenia będą wykonywane natychmiast i bez dyskusji. Dosłownie! Jeśli każę pani stanąć na jednej nodze i kreślić rękoma ósemki, zrobi to pani bez wahania!
- Zgoda! - odparła pospiesznie. - Zgadzam się na wszystko.
- W takim razie zobaczymy się jutro. Gdzie panią odwieźć?
- Do pałacyku Lubomirskich, na Puławską.
Rudnicki przywołał stojącego opodal Majewskiego.
- Wiesz, co masz robić - powiedział.
Szczupły mężczyzna obrzucił Klarę Rossi taksującym spojrzeniem, po czym przytaknął.
- Będę musiał wziąć dwa powozy - zauważył. - I paru chłopaków.
- Weź - przyzwolił alchemik. - Do roboty!
Majewski skwitował polecenie nieartykułowanym chrząknięciem i pospieszył do wyjścia.
- Mój ekwipaż powinien tu być lada moment, nie ma potrzeby angażowania pańskich ludzi. Także nasza siedziba jest dobrze chroniona - zapewniła kobieta. - Ach, prawda! Niemal zapomniałam... Pańskie pieniądze.
Sięgnęła do torebki i położyła na stole czek bankowy na sumę pięciuset rubli. Rudnicki schował czek do portfela i pokręcił z rezygnacją głową. Najwyraźniej pani Rossi nie była wyjątkiem i jak wielu innych uważała, że mimo całego zamieszania z enklawami niewiele się zmieniło. Oczywiście, mógł powołać się na złożoną przed chwilą obietnicę i wymusić na rozmówczyni posłuszeństwo, ale pewne rzeczy lepiej było wyjaśnić poglądowo. Dla uniknięcia nieporozumień w przyszłości.
- Nie ma pani pojęcia o zagrożeniach związanych z magią czy theokatáratos - powiedział znużonym tonem. - Zapewne zabrała pani ze sobą jakiegoś ochroniarza?
- Dwóch. Czekają w powozie.
- Proszę ich zawołać - polecił.
Klara Rossi wstała bez słowa, po chwili wróciła w towarzystwie potężnie zbudowanych mężczyzn. Uniosła brwi, widząc na stole dorodnego arbuza.
- To deser? - spytała.
- Nie, wyobraźmy sobie, że to pani głowa - zaproponował alchemik. - A ja jestem złoczyńcą, którego powinno się powstrzymać.
- Moi ludzie zastrzeliliby pana, zanim zdążyłby pan wydobyć broń - zapewniła kobieta.
- Doprawdy? Przekonajmy się.
Rudnicki wypowiedział kilka sylab z taką szybkością, że zlały się w syk, w jego dłoni znikąd pojawił się nóż. Krótki, oszczędny ruch i ostrze przecięło arbuza niemal na dwoje. Jeden z mężczyzn zdążył sięgnąć do kieszeni, drugi stał z wybałuszonymi oczyma, próbując zrozumieć, co się stało.
- Teraz pani pojmuje?
Klara Rossi przytaknęła gorliwie, w jej oczach pojawił się strach. Kiedy wrócił Majewski, posłusznie przyjęła podane jej ramię i pożegnawszy alchemika lekkim ukłonem, udała się do powozu.
Rudnicki dopił ledwo ciepłą już kawę, otarł serwetką zbryzgane sokiem z arbuza palce. Zegar w holu wybił północ, rozpoczął się nowy dzień. Alchemik przywołał gestem portiera.
- Budzenie na szóstą, śniadanie na wpół do siódmej - zadysponował.
- Wezwać maestra?
- Nie, na tym etapie nie będziemy jeszcze fatygować pana Ankwicza - zadecydował Rudnicki po chwili namysłu. - Ale poinformujcie go o sytuacji.
Idąc do swoich apartamentów, czuł lekką ekscytację podszytą - nie ma co ukrywać! - obawą. Od czasu zakończenia walk Warszawa przeżywała okres spokoju. Ba, można by nawet powiedzieć: rozkwitu. Żadnych walk, problemów z enklawą, poprawiła się też sytuacja gospodarcza niewielkiej republiki. Także interesy alchemika miały się znakomicie, zarówno hotel, jak i gildia działały niczym dobrze naoliwiony mechanizm. I przynosiły niebagatelny dochód, szczególnie zyskowne okazało się wytwarzanie materia prima metodą "ekstrakcji Rudnickiego". Tyle że tym wszystkim sukcesom towarzyszyła wszechogarniająca nuda. Nowy dzień z pewnością nie będzie nudny, doszedł do wniosku alchemik. Oby tylko nie okazał się nadmiernie interesujący...
Pałac sprawiał wrażenie dobrze utrzymanego: świeżo położone tynki, połyskujące po niedawnym deszczu dachówki i zadbane gazony świadczyły, że jego właścicielom nie brak pieniędzy, choć całość nie sprawiała bynajmniej dekadenckiego wrażenia. Także wnętrze zaskoczyło Rudnickiego, zamiast tonących w luksusie buduarów ujrzał szkolne gabinety i spacerujące po korytarzach skromnie ubrane panienki.
- To wygląda jak pensja dla dziewcząt - wymamrotał zaskoczony.
- Trafił pan w sedno, szefie - odparł z uśmiechem Majewski. - To szkoła. Jedna z wielu połączonych z fundacją Znojemskich.
- Tych bankierów?
Majewski przytaknął.
- Uczą się tutaj przeważnie biedne dzieci, takie, których nie stać byłoby na czesne. Wiele z nich to sieroty.
- A gdzie są...
- Buduary? - dokończył Majewski. - Nie ma, wbrew doniesieniom prasy "Złoty Pałac" to bardziej instytucja niż burdel. Siedziałem pół nocy nad papierami, które udostępniła mi nasza klientka, stąd orientuję się mniej więcej w ich systemie.
- I jak on wygląda?
- W szkole uczą się dziewczęta od siedmiu do dziewiętnastu lat. Czasem robi się wyjątki i przyjmuje ciut młodsze, a szczególnie uzdolnione uczennice kończą naukę nieco później.
- Szczególnie uzdolnione?
- Bez podtekstów, mają po prostu dodatkowe zajęcia. Wyboru, o którym pan myśli, dokonują już dorosłe, dziewiętnastoletnie panienki. A i to nie wszystkie, dla większości to zwykła szkoła.
- Nie rozumiem.
- Kurtyzanami mogą zostać tylko dziewczęta obdarzone nieprzeciętną inteligencją i urodą. Innym fundacja stara się znaleźć pracę.
- Bardzo to szlachetne - zauważył Rudnicki z przekąsem. - Rozumiem, że nikt nie wywiera nacisku nawet na te najładniejsze?
Majewski spojrzał na niego spod oka, alchemik odniósł wrażenie, że podwładny ostatkiem sił powstrzymuje się przed niezbyt uprzejmą ripostą.
- No co tam? - burknął. - Proszę mówić śmiało. Zanim zabiorę się za śledztwo, muszę mieć pewność, że te dziewuchy nie uciekły z własnej woli.
- Nie uciekły! - zapewnił z naciskiem Majewski. - Zastanawiał się pan kiedyś, jaką swobodę mają panienki z dobrych domów? Czy ktoś pozwala im wybrać sobie męża? A kontrakt ślubny? Rodzice często sprzedają własne dziecko niczym klacz na targu, żeby spłacić długi albo polepszyć swój status. Tu przynajmniej wszystko jest jasne, a najwięcej korzyści odnosi sama dziewczyna. No i to ona decyduje, realizując swoje, a nie cudze ambicje. Tak! - dodał, widząc minę pryncypała. - Wszystkie czy niemal wszystkie wychowanki tej szkoły chcą dobrze wyjść za mąż, a jeśli tylko mają szansę, dostać się na salony.
- To chyba niemożliwe. Sieroty bez grosza przy duszy?
- Dlaczego nie? Przeglądałem księgi rachunkowe. Te prawdziwe, nieoficjalne. Spory procent kosztów to kupno tytułów arystokratycznych. Na świecie roi się od ubogich władców, bardziej niż chętnych do podreperowania budżetu w zamian za autentyczne, choć niewiele znaczące tytuły - dodał Majewski, wzruszając ramionami. - Oczywiście w takich wypadkach kontrakt dziewczyny musi zrekompensować te koszty, ale wielcy tego świata płacą bez mrugnięcia okiem, najwyraźniej idealne żony czy kochanki są w cenie.
Rudnicki skrzywił się, jakby rozgryzł cytrynę. Cała sprawa coraz mniej mu się podobała, z relacji Majewskiego wynikało, że istotnie doszło do porwania. Ostatnie, czego było trzeba alchemikowi, to konfrontacja z działającymi nielegalnie magami czy theokatáratos, jednak wydawało się, że los nie pozostawia mu wyboru. Jeśli teraz odpuści, za miesiąc czy dwa będzie musiał pertraktować nie z madame Rossi, ale dużo ważniejszymi personami, być może mając na sumieniu śmierć kolejnych dziewcząt.
- No dobrze - zadecydował. - Porozmawiajmy z panią Rossi o konkretach.
- Tędy, szefie - wskazał Majewski.
Wspinając się po schodach, alchemik zwrócił uwagę na pewność, z jaką jego towarzysz porusza się po budynku, który ujrzał kilka godzin wcześniej. Najwyraźniej Majewski doskonale zapamiętał, gdzie znajduje się gabinet dyrektorki szkoły.
Pomieszczenie umeblowano wykwintnie i ze smakiem: podłogę pokrywał ręcznie tkany dywan z Aubusson, jedwabne tapety na ścianach stanowiły tło dla zdjęć przedstawiających uśmiechnięte uczennice, a na stoliku pod oknem pysznił się bukiet róż w majolikowym wazonie. Jedyny dysonans stanowiła zasłana dokumentami sekretera. Podkrążone oczy i ubrudzone atramentem dłonie Klary Rossi sugerowały, że dyrektorka spędziła noc w gabinecie.
- Próbowałam coś znaleźć - powiedziała na widok Rudnickiego. - Jakąś prawidłowość w tym całym szaleństwie. Bezskutecznie...
- Potrzebujemy wszelkich informacji o pani podopiecznych - powiedział alchemik. - Łącznie z tymi, których wolałaby pani nie ujawniać.
Kobieta wskazała mu fotel, nieświadomym gestem szarpnęła rękaw sukni.
- Zdaję sobie z tego sprawę - odparła, wziąwszy głęboki oddech. - Nie mam zamiaru niczego ukrywać, życie dziewcząt jest najważniejsze, jednak liczę, że nie zdradzi pan naszych sekretów.
- Ma pani moje słowo - obiecał alchemik. - Zawsze gram uczciwie wobec ludzi, którzy odwzajemniają mi się tym samym.
Zrezygnowany wzrok dyrektorki dowodził, że zrozumiała aluzję.
- Nie mam nic do ukrycia - powtórzyła. - Proszę pytać.
- Jak nazywała się ta zamordowana dziewczyna?
- Alicja Zamoyska.
Rudnicki zmierzył ją ciężkim spojrzeniem, Klara Rossi przez chwilę wytrzymała jego wzrok, wreszcie spuściła głowę.
- No dobrze - wymamrotała. - Urodziła się jako Helena Tracz. Naprawdę nie sądzę, żeby to miało jakiekolwiek...
- Pozwoli pani, że ja to ocenię! - warknął alchemik, wchodząc jej w słowo. - A te dwie pozostałe?
- Maria Gronowska i Natalia Wodzińska. Dopiero ukończyły szkołę, więc nie zmieniliśmy im jeszcze nazwisk. Zresztą Natalia pochodzi z solidnej szlacheckiej rodziny, spokrewnionej z arystokracją. Tak, takie też czasem do nas trafiają! - dodała gniewnie. - Po śmierci rodziców krewni przejęli jej majątek, a ona sama wylądowała na bruku. Wyciągnęłam ją z sierocińca. Proszę, oto ich fotografie.
Dziewczyny były wyjątkowo ładne - nic dziwnego, biorąc pod uwagę ich plany życiowe - i absolutnie nie wyglądały na wystraszone czy zmuszane do czegokolwiek. Obie wytwornie ubrane, w sukniach uwydatniających kuszące krągłości, ciemnowłose, roześmiane, z figlarnymi ognikami w oczach, sprawiały wrażenie sióstr.
- No dobrze, a jak wyglądała sprawa ich... - Rudnicki zawahał się na moment, nie wiedząc, jak sformułować pytanie.
- Alicja podpisała swój pierwszy kontrakt - odparła pospiesznie dyrektorka. - Na kwartał. Została kochanką hrabiego Alfreda Kościelskiego.
- Jak im się układało?
- Nie wspominała o żadnych kłopotach. Była zadowolona, choć myślę, że traktowała tę znajomość wyłącznie profesjonalnie.
- To znaczy?
- Dziewczęta często zakochują się w swoim pierwszym kliencie - wyjaśniła Klara Rossi. - Wiele takich związków kończy się małżeństwem, ale wydaje mi się, że Kościelski nieco rozczarował Alicję.
- Czy to rozczarowanie mogło przeszkodzić w wypełnieniu kontraktu?
- Nie. Taki dokument daje gwarancję obu stronom i zerwać go można tylko z wyjątkowo ważnych i ściśle określonych przyczyn.
- Na przykład? - zainteresował się Majewski.
- Jak już mówiłam wcześniej, przeprowadzamy coś w rodzaju selekcji, ale czasem zdarza się, że przez sito przejdzie ktoś, kto nie powinien. Wtedy i tylko wtedy można zerwać kontrakt.
- I klienci nie protestują?
- Raczej nie - stwierdziła chłodno kobieta. - Zdają sobie sprawę z możliwych konsekwencji.
- Arystokraci? - powiedział z niedowierzaniem Rudnicki. - Mężczyźni z wyższych sfer?
- Owszem. Swego czasu jedna z moich dziewcząt zawarła umowę z osobnikiem, który okazał się sadystą. Rozumieją panowie, nie chodziło o parę klapsów na gołą pupę, tylko niczym niekontrolowaną agresję. W ataku szału wybił jej zęby, połamał żebra i ręce.
- Zawiadomiliście policję?
- Nie. Wolimy sami załatwiać takie sprawy. Zerwaliśmy kontrakt i zażądaliśmy odszkodowania. Klient odmówił.
- Co pani zrobiła? - zainteresował się alchemik.
Uśmiech Klary Rossi przypominał rozbłysk światła na stalowej klindze, równie zimny i budzący dreszcze.
- Ja? Nic. Za to nasz krnąbrny dłużnik zachorował nagle i zmarł po kilku dniach. Podejrzewano, że zjadł nieświeże ostrygi. Kto wie? Może to i prawda? Zupełnie bez związku dodam, że właściciel restauracji, w której stołował się pan radca, miał młodą, piękną i wykształconą żonę, podobnie jak jego lekarz, a nawet prowadzący śledztwo policjant...
- Dobra robota! - powiedział z uznaniem Majewski.
Kobieta podziękowała skinieniem głowy, do jej oczu powróciło ciepło.
- Ciało Alicji znaleziono trzy dni temu, Maria i Natalia zniknęły przedwczoraj - kontynuowała. - Początkowo nie łączyłam tych dwóch faktów, jednak po rozmowie z pracownikami nie miałam już wątpliwości, że stało się coś złego: dziewczęta mieszkały we wspólnym pokoju na drugim piętrze i żadna z nich nie opuściła budynku. Przy drzwiach dzień i noc czuwa portier - dodała tytułem wyjaśnienia.
- Ma pani na myśli główne wejście - wtrącił Rudnicki.
- Tak. Oczywiście są i inne, ale zamknięte, a klucze ma tylko moja pomocnica.
- A okno? Ile one miały... mają lat? Dziewiętnaście? Czy nie mogłyby wyśliznąć się przez okno? Były sprawne fizycznie? Mogły użyć liny?
Klara Rossi westchnęła ciężko i obrzuciła alchemika zniesmaczonym spojrzeniem.
- Przykładamy dużą wagę do sprawności fizycznej, ale nie było żadnego powodu, aby dziewczęta zjeżdżały po linie jak jakieś cyrkówki, zamiast zejść po schodach! Zresztą nie tego ich uczymy.
- A czego? - spytał alchemik.
Nieoczekiwanie dyrektorka spłonęła krwistym rumieńcem.
- To nie ma większego znaczenia. Wracając do sprawy: zarówno Maria, jak i Natalia w zasadzie skończyły już szkołę, obecnie pomagały nauczycielkom, a oprócz tego uczestniczyły w zajęciach... - Wykonała bezradny gest. - Jednym słowem, mogły wychodzić i wracać o dowolnej porze.
- Rozumiem, że należały do "Złotego Pałacu"?
- Przygotowywały się do tego - sprostowała Klara Rossi. - Nie podpisały jeszcze żadnego kontraktu.
- Wracając do ćwiczeń...
Rudnicki nie dokończył, trącony łokciem przez podwładnego. Odchrząknął zmieszany, Majewski wykonał gest znaczący tyle co "nie teraz".
- No dobrze - mruknął alchemik. - Mniejsza z tym. Rozmawiała pani z Kościelskim? Wie coś o zaginięciu kochanki?
- Krótko. Byłam zajęta formalnościami: składałam zeznania, musiałam zidentyfikować zwłoki, a później zniknęły Natalia i Maria. Kościelski twierdzi, że ostatni raz widział Alicję tydzień przed tą tragedią.
- To możliwe? A co z kontraktem?
- Bywa, że klienci potrzebują towarzystwa pięknych kobiet tylko w określonych okolicznościach, na przykład z okazji jakiegoś balu czy spotkania towarzyskiego. Często wręcz nie życzą sobie, aby dziewczęta przebywały z nimi na co dzień.
- Nie rozumiem...
Klara Rossi zabębniła palcami o blat.
- Niektórzy z nich mają specyficzne upodobania, na przykład wolą mężczyzn niż kobiety - wymamrotała. - Wówczas rola dziewcząt polega jedynie na odwracaniu uwagi od ich prawdziwych skłonności. Inni z kolei wdają się w zakazane i niebezpieczne dla siebie romanse, niebezpieczne w dosłownym znaczeniu, na przykład z mężatkami. Im także potrzebna jest pomoc z naszej strony. Czasem to kwestia kondycji... Konkludując: my nie osądzamy, dostosowujemy się do życzeń klientów. I tak. Związek z Kościelskim nie wyglądał na namiętny romans, choć nie znam szczegółów, nie rozmawiamy bez potrzeby o tajemnicach alkowy.
- Podejrzewa go pani? - zapytał Majewski.
Kobieta nie odpowiedziała od razu, podparła dłonią głowę, zapatrzyła się w dal.
- Raczej nie - odparła z wahaniem. - Nie wyczułam w nim nie tylko gwałtowności, ale nawet pasji. To człowiek letnich uczuć. Oczywiście nie jestem nieomylna, ale rzadko kiedy zawodzi mnie intuicja.
- Mogłaby pani podać nam adres hrabiego?
- Oczywiście. Kościelski utrzymuje pied-a-terre na Krakowskim Przedmieściu. Będzie mnie pan informował o postępach śledztwa?
- W miarę możliwości - obiecał alchemik.
Dyrektorka towarzyszyła im do wyjścia, jakby czerpała pociechę z ich obecności. Rudnicki czuł na sobie jej wzrok, dopóki nie odjechali.
Lokaj hrabiego Kościelskiego, młody, niespełna trzydziestoletni mężczyzna o aroganckim wyrazie twarzy, z wyraźnym lekceważeniem umieścił na tacy wizytówkę Rudnickiego, po czym zniknął za drzwiami, zostawiając gościa w przedpokoju. Alchemik zacisnął usta, najwyraźniej ani jego tytuł, ani stanowisko mistrza gildii nie zrobiły na służącym wrażenia. Mijały minuty, wreszcie zniecierpliwiony Rudnicki ruszył do wyjścia. Zanim dotknął klamki, z głębi mieszkania dał się słyszeć gniewny okrzyk połączony z głośnym plaśnięciem i do przedpokoju wpadł lokaj. Tym razem zgięty wpół, z przerażeniem w oczach. Zaczerwieniony policzek świadczył, że udzielono mu reprymendy, nie bawiąc się w subtelności.
- Pan hrabia prosi - oznajmił przymilnie.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.