Cień i Krew. Dylogia Róży tom 1 (#1) - Agata Konefał

Kup ebooka

39.99 zł
31.99 zł (9,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Rozdział 3

Ivan

WOJNA zebrała żniwo w całym cesarstwie, nawet w tych jego częściach, na których wrogie oddziały wciąż nie położyły łapsk. Jadąc ku stolicy, niezależnie czy głównymi, czy bocznymi traktami, nie mógł tego nie zauważyć. Cywile uciekali z okupowanych ziem w głąb kraju, szukali schronienia i nadziei. Ale to wiązało się z przeludnieniem wiosek i miast, głodem oraz siedliskami chorób. Skrajna niedola uderzała w Ivana wszędzie, gdzie nie skierował wzroku, gdy tylko przejeżdżał po ulicach. Przechodnie spoglądali na niego nieufnie, czasem oskarżycielsko. Nikt nie chciał z nim rozmawiać ani wskazać mu drogi na targ lub zajazdu. W takich chwilach potrafił tylko zadawać sobie pytanie: "Czego ja się spodziewałem?"

Landong wypowiedział wojnę Krystalii gwałtownie i podstępnie. To nie była wina tych ludzi, że musieli znosić wszystkie te cierpienia, a rodziny cesarskiej i wojska. Ci, którzy winni byli ich chronić, zawiedli przez swą butę.

Nawet jako zaprzysiężony swemu władcy rycerz, Ivan tak uważał. Cesarz, Edmund III, w swej nieostrożności i dążeniu ku chwale, zapomniał, jak zatwardziałe serca mieli Landongczycy. To rozległe królestwo nigdy nie wyciągnęłoby ręki na zgodę, ale Edmund III był młody i zlekceważył doświadczenia starszych pokoleń. Dał się nabrać, wysłał swoich ambasadorów zagranicę, a potem długo klęczał nad nadesłanymi szczątkami w sali tronowej.

Król Landongu, Bertisalus, rozkazał spalić prawie wszystkich dyplomatów Krystalii na stosie za powiązania z władającymi czarami. Jedynemu, którego oszczędził, wręczył szkatułę z prochami i niedopalonymi kośćmi, po czym wysłał go na szybkim koniu do cesarza. Siedem dni od powrotu udręczonego ambasadora Landong najechał Krystalię pod pretekstem próby zamachu na swego władcę. A wtedy Edmund III popełnił kolejny błąd - uznał to za bezcelowe pokazy siły, zwykłe pogróżki. Generałowie poparli swego zwierzchnika, nie wysłali żołnierzy na pomoc bezbronnym cywilom, dopóki nie upadło pierwsze miasto, Piryt.

Tak rozpoczęła się wojna, do której musiał przyłączyć się wtedy szesnastoletni Ivan. Dobrze pamiętał te wydarzenia, mimo upływu tylu lat; nawet jeśli pozostałe bitwy rozmazały się w długą, krwawą plamę. Konflikt zbrojny raz przygasał, raz rozniecał się z nową siłą, ale nic nie wskazywało na to, że Bertisalus miał odpuścić.

Poprawił kaptur, szczelniej osłaniając głowę przed deszczem. Wieczory robiły się coraz dłuższe i chłodniejsze, zwiastując rychłe nadejście jesieni. Mag wolał się nie rozchorować, więc za wszelką cenę chciał znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Nie wymagał luksusów, tylko miejsca do spania dla siebie i swojego konia. Zadowoliłaby go choćby stajnia, bo tam jest sucho i bezwietrznie. Odetchnął głęboko, po raz kolejny wiodąc spojrzeniem po ciemnych oknach budynków miasta, do którego niedawno przybył.

Spodziewał się odrobinę lepszej atmosfery. Szczególnie że Riolit leżało wystarczająco daleko od linii frontu, żeby oszczędziła je wojna, ale wszystko wskazywało na to, iż się pomylił. Miasto było ponure, przepełnione ubóstwem, jak wiele innych mijanych po drodze. A w dodatku ta pogoda... Ivan pomału odnosił wrażenie, że same niebiosa się na niego uwzięły. Czy może raczej, dawały mu znak, żeby nie udawał się do stolicy.

Przemierzając ulice pełne odpadków i cuchnące fekaliami, z utęsknieniem wspominał fort Aleksandryt. Ponieważ większością ludzi, którzy tam pozostali, byli żołnierze, nieczystości zmniejszyły się do niezbędnego minimum. Wiedział, że w Riolit to było niemożliwe, przez wzgląd na masę uchodźców, lecz i tak przeklinał w duchu, na czym to świat stoi.

Udręczony bardziej niż na wojnie, wreszcie zatrzymał się pod niewielkim, piętrowym budynkiem, z którego ściany wystawał szyld. Metalowa tabliczka huśtała się na wietrze, cicho skrzypiąc, i wcale nie wyglądała zachęcająco. Ivan wiedział, że w najlepszym wypadku trafił do mordowni, jednak musiał się gdzieś zatrzymać. Uda i krzyże bolały go od długiej jazdy konnej, a ponadto nie uśmiechało mu się dalej podróżować w taką pogodę. Padało coraz mocniej.

Przywiązał konia do słupka, żałując, że nie mógł go od razu zaprowadzić do stajni, a potem wszedł do wnętrza gospody. Natychmiast w jego stronę łypnęło kilka nieprzyjaznych gąb, ale pozostał niewzruszony. Nie zdejmując kaptura z głowy, zbliżył się do baru, gdzie pucołowaty mężczyzna z wąsem polerował szklanki i kufle. Oparł się o blat przedramieniem, stając tak, by mieć w zasięgu wzroku większą część sali, i zapytał gospodarza:

- Macie pokoje do wynajęcia? Albo jakiekolwiek miejsce, w którym można przenocować?

Mężczyzna z wąsem spojrzał na niego przelotnie, zanim odburknął pod nosem:

- Zależy, kto pyta.

- Ja pytam - odparł z nutą irytacji mag. - Jeśli nie masz miejsca albo nie chcesz mnie pod swoim dachem, wystarczy powiedzieć - dodał, gdy tamten się naburmuszył.

- Wydaje mi się, że żołdacy doskonale wiedzą, że zwykli obywatele niezbyt za nimi przepadają - syknął cicho wąsaty. - Myślisz, że przez czyją niekompetencję na ulicach głodują ci wszyscy ludzie?

- Przykro mi z powodu ich losu, ale to nie ja jestem temu winien. To przez Landongczyków oni potracili swoje domy.

Gospodarz zmierzył Ivana nieprzychylnym spojrzeniem, które zatrzymał na dłużej na jego napierśniku. Zmrużył łagodnie powieki.

- Ten emblemat... Jesteś rycerzem z Zakonu Motyla?

Mag przytaknął spokojnie, nie rzucając okiem na celowo odsłonięty symbol miecza i motyla.

Niechętny wąsaty mężczyzna cmoknął cicho.

- To komplikuje sprawę. Nie chcę problemów, bo odmówiłem miejsca rycerzowi - oznajmił lekko przyciszonym głosem. - Przez to, że nosicie mundury, nie idzie was rozpoznać, sam rozumiesz... panie. - Odchrząknął. - Każę przygotować pokój i strawę. Jest pan konno?

- Tak.

- Zatem poślę kogoś, by zajął się pańskim koniem - dodał pośpiesznie i wyszedł zza baru, żeby zajrzeć do kuchni. Wydał polecenia swoim pomocnikom stłumionym głosem, po czym wrócił do Ivana. - Proszę o cierpliwość, panie.

Młody mężczyzna tylko skinął głową. Choć powinien mieć wyrzuty, że wykorzystywał swoją pozycję społeczną, ich miejsce zajęła wyłącznie ulga. Był zmęczony i pragnął wypoczynku w ciepłym, suchym miejscu. Jeśli nazajutrz sumienie nie da mu spokoju, sowicie zapłaci gospodarzowi za gościnę, a potem odjedzie w swoją stronę.

Nie miał pojęcia, co wąsaty mężczyzna nagadał swoim kuchcikom, ale nie musiał długo czekać na ciepłą kolację. Zupa była pozbawiona smaku, wodnista, ale Ivan i tak zjadł do ostatniej kropli. Potem wręczono mu kufel piwa, ale grzecznie odmówił i poprosił o klucze do pokoju. Otrzymawszy je, sięgnął do sakiewki po złotą monetę z wizerunkiem cesarza i wręczył ją gospodarzowi. Tamten z zaskoczenia aż wytrzeszczył oczy.

- A-ależ... - wydusił, nie sięgając po pieniądz. - Panie, nie mogę przyjąć od ciebie zapłaty.

- Płacę, więc bierz - odparł z naciskiem Ivan. - Jeśli to za dużo, kup produktów i przygotuj posiłek dla potrzebujących z ulicy. Jestem pewien, że docenią twój gest.

- Z pewnością, lecz... - urwał i westchnął, zerkając po swoich ponurych, podpitych klientach. - To nie brak pieniędzy stanowi problem, panie, a brak żywności. Odkąd wybuchła wojna, kupcy coraz rzadziej zapuszczają się tak daleko. Jeśli już, to mają zapasy tylko dla żołnierzy, omijają miasta.

- A lokalni rolnicy? Chyba nie przestali uprawiać pól?

- Oczywiście, że nie, ale mamy zimny rok, panie. Ziemia wydała mało plonów, sady powymarzały. - Pokręcił smętnie głową. - To dlatego tyle głodujących i chorych widać na każdym rogu.

Mag skinął głową ze zrozumieniem, choć zastanowiła go kwestia kupców. Skoro tegoroczne uprawy się nie udały, skąd gildia brała towar? Wojna utrudniała handel z pacyfistycznymi, jednak bardzo bogatymi królestwami, takimi jak Grandwalia czy Shalladria. Pozostałe kraje nie miały wiele do zaoferowania albo leżały za Morzem Rozległym i Oceanem Sheriliańskim, więc handel z nimi był często nieopłacalny. Krystalia została skazana na własne zasoby, które widocznie miały się na wyczerpaniu.

- Spróbuję się za wami wstawić, gdy dotrę do stolicy - powiedział prawie bez namysłu, ale zaraz dodał z większą pewnością w głosie: - Udam się do przewodniczącego Gildii Kupców i poproszę go, by jego ludzie częściej odwiedzali miasta i wsie.

Gospodarz znów wytrzeszczył oczy i rozdziawił bezwiednie usta.

- Zrobiłbyś to, panie? Naprawdę?

- Oczywiście, lecz nie mogę niczego obiecać, dlatego nie rozpowiadaj wieści, dopóki nie zatrzymam się u ciebie w drodze powrotnej. - Wstał z krzesła. - Dziękuję za kolację.

Starszy mężczyzna skinął tylko głową, odprowadzając go wzrokiem, kiedy ten zabrał klucze i udał się na piętro.

Nie powinien był tego mówić, ale intuicja podpowiadała mu, że coś było nie tak. Konflikt zbrojny Krystalii z Landongiem trwał już lata, a do tej pory ludzie nie zaznali aż takiej nędzy. Przeludnienie miast nie miało z tym nic wspólnego. Problem musiał leżeć w sercu cesarstwa - a dokładniej w Gildii Kupców.

"Co za niefortunny zbieg okoliczności", pomyślał, uświadamiając sobie, że niedługo miał poślubić córkę człowieka, który, być może, w jakiejś mierze odpowiadał za niedolę tych wszystkich ludzi. Niezależnie, co było przyczyną, należało szybko rozwiązać problem, inaczej cesarstwo upadnie nie z winy najazdu Landongu, tylko wojny domowej.

Chociaż sumienie nie dręczyło go po przebudzeniu, to i tak zostawił jeszcze dziesięć złotych monet w kieszeni wąsatego właściciela gospody. Potem, bez zbędnego pożegnania, wyruszył w dalszą podróż. Jego koń wypoczął, został wyczyszczony i sprawdzono stan jego podków, więc chętnie opuścił stajnię, w której unosił się zapach wcierki. Ivan poklepał zwierzę po chrapach, zanim dosiadł jego grzbietu i ponaglił do stępa.

Prześlizgiwały się po nim zobojętniałe spojrzenia przechodniów. Większość chodziła w łachmanach, miała zapadnięte policzki i zamglony wzrok. Najgorzej wyglądały dzieci o oczach dorosłych ludzi. Ich widok sprawił, że mag poczuł ciężar w piersi. To było niewłaściwe. Młode pokolenia nie powinny w taki sposób zostawiać za sobą beztroskiego dzieciństwa, nie tak szybko.

Na siłę odwrócił głowę. Nie powinien teraz się zadręczać, bo i tak nie mógł wiele dla nich zrobić. Miał odrobinę jedzenia, ale gdyby z nimi się podzielił, nieszczęśnicy rzuciliby się za okruszkiem chleba jak szaleńcy. Biliby się, aż rozszarpaliby się nawzajem na strzępy, dlatego lepiej było zostawić ich w spokoju. Przynajmniej na razie.

Ponaglił swojego konia, pragnąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Riolit zbyt mocno podsycało w nim żądzę zemsty i nienawiść do Landongczyków. Nie cierpiał w nich wszystkiego, a szczególnie ich ograniczonego spojrzenia na świat.

?

Rozdział 5

Estera

IRENA wtargnęła do jej komnaty, nawet nie próbując ukryć podenerwowania. Waniliową cerę macochy szpeciły ciemnoczerwone wypieki, kiedy zdyszana wpatrzyła się w siedzącą w oknie pasierbicę.

- Szykuj się! - warknęła, aż Estera podskoczyła w miejscu. - Właśnie otrzymałam wiadomość, że Rosethornowie dziś po południu zjawią się, by twój narzeczony mógł cię poznać. Natychmiast złaź z tego parapetu i szykuj na spotkanie!

Jeśli przybrana matka liczyła, że dziewczyna od razu zerwie się na równe nogi, to się rozczarowała. Wieści zamroziły Esterę w miejscu. Miała wrażenie, jakby w jej krwi zaczęły krążyć igiełki lodu. Wyraźnie pobladła, co sprawiło, że Irena warknęła kilka nieprzystających milady słów, ale pasierbica jej nie zrozumiała.

Znów przed oczyma miała twarz tego mężczyzny, słyszała jego wstrętne zapewnienia, czuła obmierzły dotyk. Poczuła ucisk w dołku, zbierało jej się na mdłości.

Nagłe ukłucie bólu wyrwało jęk z jej ust. Spojrzała wielkimi oczyma na Irenę, która wbiła paznokcie w jej ramię tak mocno, aż w oczach dziewczyny stanęły łzy. Macocha uniosła drugą rękę i, zanim Estera zrozumiała, co się dzieje, wymierzyła jej siarczysty policzek. Głowa dziewczyny odskoczyła na bok. Skóra piekielnie zapiekła, a w ustach pojawił się metaliczny posmak.

- Przestań się zachowywać jak jakaś cierpiętnica! - wysyczała Irena. - Jak długo jeszcze trzeba ci powtarzać, że ten ślub to twój obowiązek? Całe życie tutaj byłaś zbytecznym, paskudnym stworzeniem! Teraz masz szansę się przydać...

- Puść mnie! - przerwała jej Estera. - Zostawisz ślady - dodała, spostrzegając, że kobieta uniosła rękę do ponownego uderzenia.

Milady Lilacvelt zmrużyła powieki, sztyletując pasierbicę spojrzeniem, a potem szarpnęła nią, odsuwając się. Wygładziła spódnicę równie szybko, jak emocje na swojej twarzy.

- Sophie, Lauro, pomóżcie jej się przygotować! - krzyknęła, wystrzeliwując na korytarz. - I niech ktoś skontaktuje się z tą powolną krawcową! Suknia miała być gotowa na wczoraj! - Ruszyła prędko w głąb korytarza, dzięki czemu jej podniesiony głos mniej drażnił uszy Estery. - Ruszajcie się! Musimy wszystko przygotować, zanim przybędą goście!

"Wiele hałasu o nic", pomyślała z goryczą dziewczyna, zanim nie zsunęła się z parapetu. Zamrugała, odganiając łzy. Zadrapania na ramieniu i policzek okropnie ją piekły. Wciąż czuła krew w ustach. Ugryzła się w język, kiedy została uderzona.

Westchnęła ciężko, próbując się uspokoić. Przestać sobie wyobrażać, że mąż będzie traktował ją podobnie albo gorzej. Pomyślała o tym, że tego wieczoru powinna wystąpić w operze, spędzić czas z Aurelią i Lilianą, lecz Irena zapewne już wszystko odwołała. Na nic były godziny przygotowań i planów.

A co bolało ją równie mocno...

Porzucenie oranżerii. Róże były jedyną namacalną więzią, która łączyła ją z Aliną. Obie uwielbiały te piękne, intensywnie pachnące kwiaty. Jeśli krzewy obumrą, to będzie tak, jakby matka i córka odeszły na zawsze. Zostaną zapomniane.

Z żalem musnęła palcem liście krzaczku herbacianej róży, która rosła w mosiężnej donicy przy wysokim oknie. Zastanawiała się, co się stanie z jej kwiatami, gdy ona odejdzie, żeby zamieszkać z mężem. Czy jej ogród podupadnie, a potem obumrze, bo nikt się o niego nie zatroszczy?

- Panienko - odezwała się niepewnie Sophie, przyciągając puste spojrzenie Estery. - Ośmielę się panience zasugerować, że lepiej dziś nie rozzłościć milady Lilacvelt. To ważny dzień dla was obu.

Młoda arystokratka uśmiechnęła się smutno.

- Wiem.

Służące wymieniły spojrzenia, a potem dygnęły.

- Przygotujemy kąpiel.

- Dziękuję.

Estera poddała się opiece pokojówek i wkrótce siedziała naga w wannie wypełnionej ciepłą wodą. Kobiety uwijały się wokół niej jak w ukropie, podczas gdy ona apatycznie wpatrywała się w przestrzeń, przegrana i nieszczęśliwa. Nie chciała wychodzić za mąż. Nie za tego człowieka.

Laura uklękła tuż przy niej, żeby przypiłować jej paznokcie. Dziewczyna wpatrywała się w jej skupioną, pokrytą drobnymi, mimicznymi zmarszczkami twarz. Choć służąca miała już nastoletniego syna, wciąż zachowywała urodę i wdzięk.

- Zazdroszczę wam - powiedziała półgłosem Estera, zaskakując swoje pomocnice.

- Czego, panienko? - Laura z wahaniem podniosła wzrok znad jej paznokci.

- Wyboru. Mogłyście zdecydować o swojej przyszłości, pomimo waszego źle spostrzeganego statusu społecznego. A ja, choć szlachetnie urodzona, muszę pogodzić się z decyzją rodziców... wyrokiem długu krwi. Jestem kanarkiem w złotej klatce.

Kobiety wymieniły zatroskane spojrzenia, a później Sophie podjęła:

- Jeszcze panienka nie wie, jakim człowiekiem okaże się przyszły mąż. Może jest uczciwy, dobry i troskliwy. Możesz być przy nim szczęśliwa, panienko.

- Nie będę - odparła łamiącym się głosem. - Nigdy go nie pokocham. Nie jego. - Uniosła dłoń do twarzy, żeby zasłonić łzawiące oczy. - Poznałam go jakiś czas temu. To najpodlejsza, najbardziej odpychająca osoba, którą spotkałam - wyznała, nie umiejąc już stłumić emocji.

- Poznałaś... Ależ, panienko, to złamanie etykiety!

- To on tutaj przyszedł. Zakradł się do ogrodów, nie wiem, jak ominął strażników. - Pokręciła głową, znów spoglądając na pokojówki. - Ten mężczyzna nie patrzył na mnie jak na istotę z krwi i kości, tylko jakby miał przed sobą towar. Jakąś błyskotkę, którą może się chwilę pobawić, a potem bez żalu wyrzucić.

Służące były poruszone tym wyznaniem, przez co w dziewczynie rozbłysła iskierka nadziei. Może jej pomogą, może...

- Twierdzi panienka, że on tu przybył... - podjęła z rozwagą Laura. - Kiedy to było?

- Nie pamiętam. Minęło chyba już ze dwa lata.

- To mnóstwo czasu. Mógł się zmienić.

Iskierka nadziei zgasła.

- Daj mu szansę, panienko - dodała z uśmiechem Sophie. - Nie wiesz, czy wtedy nie był pijany albo niecierpliwy, by wreszcie cię poznać - dodała, wracając do mycia i pielęgnowania jej stóp. - Jesteś sławną diwą, na pewno zżerała go ciekawość.

Niczego nie rozumiały. Nie miały pojęcia, jak wielkie obrzydzenie zawładnęło nią w tamtej chwili. Uczucie tak dojmujące, że nie opuściło jej do dziś, kiedy oficjalnie miała zostać przedstawiona narzeczonemu.

"Już bydło na targu ma więcej szczęścia ode mnie", pomyślała zrezygnowana. Pozostało jej tylko zacisnąć zęby, jakoś to wszystko znieść. Będzie dzielna, będzie się uśmiechać i może któregoś dnia przestanie cokolwiek czuć.

Kiedyś zapomni, że mężczyzna, z którym musiała spędzić życie, postrzega ją jako należną mu rzecz.

Przyjmując pomoc służących, opuściła wannę. Wróciła do swojego pokoju, gdzie kobiety zrobiły jej delikatny makijaż, upięły część włosów z tyłu głowy, a potem pomogły założyć jedną ze znoszonych sukien dziennych. Póki nie zjawiła się krawcowa, Estera nie musiała martwić się satyną i brokatem, dlatego podziękowała służkom, po czym je odprawiła. Czekała w napięciu, aż drzwi się za nimi zamkną, chwilę później zaś ucichną ich kroki.

Dyskretnie opuściła swoją komnatę, upewniając się, że nikogo nie było w pobliżu. Z trzepotaniem serca w piersi pobiegła przez plątaninę korytarzy do schodów prowadzących na dach i zaczęła się poń wspinać.

Skoro jej los został przypieczętowany już w kołysce, miała prawo nacieszyć się ostatnimi chwilami ułudnej wolności. Pożegna się z przeszłością, z tym domem, a przede wszystkim z matką i jej różanym ogrodem.

?

Indhold

Tytuł Metryka Rozdział 1: Ivan Rozdział 2: Estera Rozdział 3: Ivan Rozdział 4: Ivan Rozdział 5: Estera

Guide

Okładka Tytuł Początek tekstu1234567891011121314151617181920212223242526272829303132333435363738394041424344454647484950515253545556