Cień doskonały
Château Shayon jest podobno nie do zdobycia. Uwielbiam, kiedy ludzie
mówią takie rzeczy. Miażdżąc nagą skałę swoim ciężarem, pionowe mury
château otaczały całą wyspę, w paru miejscach dosłownie zwieszając się
nad wodami Lac Shayon.
To miało być moje pierwsze zabójstwo na zlecenie. Dobrze jest zacząć od
rzeczy niemożliwej. Wyrobić sobie nazwisko. Wejść na scenę w wielkim
stylu.
Wynurzyłem się z wody, wywołując na powierzchni zaledwie drobną falę.
Mury wznosiły się przede mną i nade mną. Nie było żadnej płycizny, na
której mógłbym stanąć. Któryś lord posłał kamieniarzy, żeby skuli skałę
na głębokość trzech kroków poniżej poziomu wody w tych nielicznych
miejscach, w których jezioro było niegdyś płytsze. Byłem nagi do pasa, a skórę wysmarowałem tłuszczem i popiołem dla izolacji i niewidzialności.
Ubrania po prostu namokłyby wodą i zaczęły mnie spowalniać.
Krwawiłem z rozcięcia na policzku i kilku ran na przedramionach. Efekt
walki przed chwilą. Nie chciałem zostawać w wodzie dłużej niż to
konieczne. Było tu więcej tych przeklętych stworzeń.
Mimo to, czekałem. Uczepiony skał, miotany falami, studiowałem mury.
Oczywiście, sprawę można było załatwić w prostszy sposób. Dzięki ka'kari
niemal wszystko stawało się łatwe. Z wyjątkiem tych rzeczy, które
ka'kari czyniło w zasadzie niewykonalnymi, niech je szlag.
"Nie chcesz tego robić, Acaelusie. Płatne zabójstwo?".
Żadnych takich. To nie jest moje imię. Nie było nim od dawna.
Zwieszające się nade mną mury były poznaczone machikułami do zrzucania
głazów i prowadzenia ostrzału oraz otworami pozwalającymi wylewać płynny
ogień. Dostrzegłem nad sobą dwóch wartowników odzianych w kolczugi i wełny. Gawędzili i zerkali od czasu do czasu na jezioro. To była jasna
noc, oświetlona przez pełnię. Nie wymagała zachowania specjalnej
czujności. Wypatrzyłem sześciu innych ludzi na murach. Razem ośmiu.
Tamci znajdowali się wystarczająco daleko, żebym normalnie nie był w stanie ich dostrzec w ciemnościach.
Tyle że ciemność wita moje oczy. To była jedna z tych sytuacji, w których posługiwałem się ka'kari, czy tego chciałem, czy nie. Na zawsze
zmieniło mi wzrok.
Niemal wszystkie okna château zamknięto z powodu zimnego, nocnego
wiatru. Nie szukałem jednak otwartego okna. Wszystkie zakratowano, a każdy pręt w kratach był w dobrym stanie. Żadne balkony nie wychodziły
na malownicze jezioro. Stanowiłyby tylko wygodny zaczep dla kotwiczek.
Ten zamek zbudowano dla obrony i nie zrobili tego głupcy.
Zwykły zabójca by zawiódł.
Jedynie na drugim piętrze okna château - także zabezpieczone tęgimi
prętami - jarzyły się wesołym blaskiem ognia, wylewającym się przez
szeroko otwarte okiennice. To musiała być sala główna, w której baron
Rikku podejmuje wasali. Baron Rikku był dumnym człowiekiem. Dumnym ze
swoich przyjęć. Dumnym ze wspaniałych sethyjskich win, jakie serwował.
Dumnym z ozdób, jedwabi, sztuki. Dumnym ze swojej pobożności. Dumnym z tego, że odebrał ten zameczek na wyspie poprzedniemu właścicielowi.
Niestety, poprzedni posiadacz wyspy nie był tak naprawdę jej
właścicielem. Jedynie opiekował się nią w czyimś imieniu. W imieniu
kogoś, kto pragnął zachować swoje prawo własności w tajemnicy. Kogoś,
komu baron nie imponował. Kto nie wybaczy mu jego ignorancji ani tej
kradzieży.
Jednakże takie właśnie są minusy bycia głową świata przestępczego,
prawda? Powiedz ludziom, że coś jest twoją własnością, to będziesz się
prosić o ataki ze strony tych, którzy są wystarczająco mocni, by rzucić
ci wyzwanie. Nie mów ludziom, że coś do ciebie należy, to nie
zniechęcisz nawet tych, którzy normalnie się ciebie boją.
Jasne, biedne Sa'kagé, ono zawsze najbardziej obrywa po tyłku.
Sprawdziłem pozycję księżyca, oceniając, jak daleko się przesunął, odkąd
wszedłem do wody po drugiej stronie jeziora, dwa tysiące kroków stąd.
Baron uda się na spoczynek po przyjęciu i pójdzie kochać się z żoną w jej komnatach, albo z jedną z jej dam lub pokojówką w przyległej
komnacie, którą urządził specjalnie do takich celów. Potem skorzysta z lordowskiej wygódki i dopiero uda się do własnych komnat na ostatnim
piętrze.
Klasyczny słaby punkt każdej fortyfikacji - miejsce, którym gówno
wchodzi i którędy wychodzi. W tym miejscu ustęp wystawał nad wodę, byłem
więc w stanie namierzyć go po zapachu. Rynna była wąska - zapewne ze
względów obronnych i żeby zminimalizować przeciąg wiejący po lordowskich
tyłkach. Zaczynała się dopiero pięć stóp powyżej wody, a jej wąskie
rozmiary oznaczały, że cała powierzchnia była śliska od nieczystości. Z powodu świeżej, śluzowatej biegunki pokrywającej kruszący się kał, który
wysechł i zestarzał się, tworząc glebę, nie sposób było powiedzieć,
gdzie kryły się szczeliny w kamieniu.
Zerknąłem w górę i zobaczyłem, że żaden wartownik nie patrzy. I wtedy
coś za mną przyciągnęło mój wzrok - cień w wodzie.
Więcej niż jeden. Dziesiątki. Pieprzone zębiaste ryby. Bezsprzecznie
głupie, ale słyszałem, że potrafią zwęszyć krew z odległości wielu mil.
Najwyraźniej powinienem był w to uwierzyć.
Z pomocą Talentu wystrzeliłem z wody. Wbiłem gołe palce rąk i stóp w śliskie od gówna mury, odepchnąłem się, wykręciłem całe ciało i skoczyłem ku wewnętrznej ścianie rynny, znowu się obróciłem i... zarówno
moja lewa ręka, jak i lewa stopa dały się zwieść, źle wybierając miejsce
podparcia.
Spadłem, drapiąc mury rękami, zgrzytając palcami stóp i zrywając sobie z nich paznokcie, aż wreszcie się zatrzymałem. Kilka razy odetchnąłem
głęboko, a potem znowu skoczyłem w górę dzięki wzmocnionej magią sile.
Tym razem odbijałem się delikatnie od jednej ściany do drugiej.
Niemalże na samej górze natknąłem się na pozostałości okratowania.
Musiało zostać zainstalowane setki lat temu, bo żelazo skorodowało tak,
że zostały ledwie guzki wystające ze ścian. Najwidoczniej wymiana prętów
wymagała za dużego zachodu albo budziła zbyt wielkie obrzydzenie. Teraz
guzki dawały niezłe oparcie właśnie komuś takiemu, komu miały bronić
dostępu do zamku.
Kłopot z takim miejscem jak Château Shayon nie polegał na tym, że
miało słabe punkty. Każdy zamek ma słabe strony. Kłopot polegał na tym,
że jeśli ukradniesz château Gwinvere Kirenie, to masz wroga, który
dogłębnie zna twoje słabości. Gdybym wiedział, że w rynnie jest krata...
No dobrze, ja i tak dostałbym się do środka, ale większość zabójców nie
próbowałaby numeru z ustępem. A z pewnością nie w pierwszej kolejności.
Balansując na pozostałościach prętów, nie zważając na krwawiące palce
stóp, wyciągnąłem zwykłą piłę. Ustęp to prosta decha - dębina z trzema
dziurami. Trzema, żeby móc srać w towarzystwie dwóch kumpli, jak się
domyślam. Możesz uznać mnie za nietowarzyskiego, ale pięknie dziękuję.
Jednakże, jeżeli informacje Gwinvere pozostały aktualne, deskę trzymał
na swoim miejscu zamek. Nikt już nawet nie miał do niego klucza.
Wybrałem środkową dziurę i za pomocą piły zacząłem wycinać otwór nieco
większy od obecnego.
"To przeczy wszystkiemu, w imię czego żyłeś. Gaelanie, nie poznaję
ciebie".
Nie, to nie Gaelan. Nie ma żadnego Gaelana. Jestem bezimienny.
Nikt nie przyszedł skorzystać z lordowskiego ustępu, kiedy tam byłem. Na
szczęście. Zdarza się. W tym rzecz. Jeśli jesteś gotowy wziąć na siebie
gówno i mimo to wykonać robotę, to czasem ci się poszczęści. Ponad
odległymi odgłosami śmiechu i hulanki nasłuchiwałem kroków. Będziesz
sam. Będziesz odizolowany. Na zawsze.
Cisza. Zdrapałem trochę kału ze ściany obok głowy, wysunąłem rękę przez
prawą dziurę i rzuciłem na siedzenie. Wyjąłem zwinięty pod pasem pusty
bukłaczek, mniejszy od mojej pięści. Otworzyłem go i, nieco chwiejnie
balansując na guzach, nasikałem do niego.
A potem hojnie rozlałem mocz na siedzeniu po lewej.
Ledwie zdążyłem skończyć, kiedy drzwi otworzyły się z impetem. Baron.
Poprzedzony przez żołnierza z latarnią.
Żołnierz sprawdził, czy w pomieszczeniu nie ma intruzów, chociaż nie
było tu czego przeszukiwać. Cały wychodek to nagie kamienne mury, niski
sufit i tylko jedno wejście. Najwyraźniej baron się denerwował.
Żołnierz podszedł do ustępu. Przywarłem do ściany i otoczyłem się
cieniami. Nie równało się to w żadnej mierze z niewidzialnością, ale
pomagało. Światło z latarni było rozproszone. No i w tym kłopot, kiedy
używasz latarni, żeby spojrzeć prosto w dół: zawsze przeszkadza ci
podstawa. W otworze pojawiła się głowa mężczyzny, ale oślepiał go blask
latarni.
- Pośpiesz się - powiedział baron. - Bo zaraz tu padnę, jak mi rozsadzi
pęcherz.
Nie, nieprawda, nie od tego padniesz.
Światło w górze znieruchomiało, kiedy żołnierz zawiesił latarnię na haku
i drzwi się zamknęły.
Chwilę potem usłyszałem, jak baron przeklina, mrucząc pod nosem:
- ...świnia. Nie potrafi nawet naszczać tak, żeby trafić w dziurę...
kurewscy Alitaeranie. - Rozległ się szelest ubrań, kiedy spuścił spodnie
i jego tyłek odciął światło w środkowej dziurze. - Wina z Seth,
najlepszy modaiński szef kuchni... Pewnie specjalnie nasrał na deskę.
Był szczupłym mężczyzną, ale deska cicho jęknęła w miejscu, w którym
poszerzyłem otwór. Jednak nie pękła.
Na razie.
Pozwoliłem mu zrobić swoje - więc nigdy nie mów, że nie jestem
dżentelmenem.
Kiedyś byłem awatarem Sędziego, a teraz po prostu staram się być
uprzejmy.
Chwilę potem baron zniknął w ustępie bez śladu. Kiedy jego żołnierze
nabrali podejrzeń i zajrzeli do ubikacji, jego po prostu nie było.
Wybacz, że nie będę rozwodził się nad szczegółami. Bo widzisz, to nie
jest opowieść o śmierci barona Rikku. To opowieść o mnie.
Wybacz mi jednak chwilę dumy z dobrze wykonanej roboty i pozwól, że
powiem ci jedno: odtąd nikt w Château Shayon nie srał już bez lęku.