Cień bliżniaka - Ewa Zaleska

Kup ebooka

20.90 zł
17.35 zł (13,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Obu­dzi­ły mnie pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca, które do­tar­ły do mo­je­go le­go­wi­ska. Nie zwia­sto­wały jed­nak po­ran­ka; były po pro­stu pierw­szymi, jakim udało się zna­leźć drogę przez szczel­nie za­su­nię­te grube za­sło­ny.

– Cho­le­ra! – rzu­ci­łam w prze­strzeń na po­wi­ta­nie no­we­go dnia i ciem­no­zielonych zdraj­czyń, które wpu­ści­ły nie­pro­szonego go­ścia.

– Cho­le­ra – po­wtó­rzy­łam, gdy spoj­rza­łam na przed­miot wy­ma­cany po o­mac­ku na sto­li­ku, w po­szu­ki­wa­niu bu­dzi­ka. – Co to jest?!

– Szlag! – Spoj­rza­łam w taflę drżą­ce­go w mojej za­ci­śnię­tej dłoni lu­ster­ka.

Bar­dzo wolno u­sia­dłam i ro­zej­rza­łam się wokół. Po­rozrzu­ca­ne czę­ści gar­de­ro­by i po­przew­ra­cane lżej­sze meble świad­czy­ły o sto­czonej walce. Zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mi­na­ło to sce­nerii ko­ja­rzą­cej się z ro­man­tycz­nym wie­czo­rem we dwoje, roz­pozna­wal­nym mię­dzy in­ny­mi po frag­mentach ubrań, które ście­lą się na prze­strzeni od drzwi do łóżka. Poza tym zresz­tą po­wi­nien się zna­leźć jesz­cze jakiś facet.

Na wszel­ki wy­pa­dek u­nio­słam koł­drę i spraw­dzi­łam.

Ni­ko­go!

Tylko moje białe ciel­sko roz­le­wa­ło się na nieco przy­bru­dzo­nym prze­ściera­dle. Muszę ko­niecz­nie zmie­nić po­ściel.

– Kur­czę! Łeb mi pęka! – za­wy­łam.

Brak ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji o­tocze­nia u­zmy­sło­wił mi, że je­stem sama. Je­żeli był tu ktoś, kto przy­czynił się do tego ba­łaganu, to już sobie po­szedł. Sz­ko­da, może po­mógł­by mi prze­trans­por­tować się pod prysz­nic. Za­kładając, że w grę wcho­dził­by wła­my­wacz-es­teta.

– Skoro je­stem sama – do­da­wałam sobie o­tu­chy – wszyst­ko jedno, jaką me­to­dą prze­do­sta­nę się do ła­zien­ki.

Dywan, na który o­pa­dłam, nosił ślady wie­czor­nego ła­su­cho­wania. Wa­lały się na nim frag­menty chip­sów, pa­lusz­ków i o­rzesz­ki. Wy­ja­śniało to roz­miary ciel­ska!

Pod­pie­ra­jąc się o różne zna­le­zi­ska, sta­no­wią­ce naj­wy­raź­niej wy­po­sa­że­nie mo­je­go u­ro­cze­go lokum, do­tar­łam do ła­zien­ki. Było to o tyle po­cie­sza­ją­ce, że a­mne­zja, o jaką się po­dej­rzewa­łam, nie za­wład­nę­ła mną cał­ko­wi­cie i nie wy­cię­ła mi tej krót­kiej trasy z mózgu. W końcu cał­kiem spraw­nie od­na­lazłam naj­po­trzeb­niej­sze mi w tej chwi­li po­miesz­czenie na po­wierzch­ni miesz­ka­nia, którą o­sza­cowałam na pierw­szy rzut oka na ja­kieś trzy­dzie­ści me­trów kwa­drato­wych.

Na wy­ka­fel­ko­wanej w dziką mo­zai­kę pod­łodze w cen­tral­nym miej­scu stała waga. Wzor­nic­two ścian i ogrom róż­no­kolorowych ga­dże­tów przy­pra­wił mnie o za­wrót głowy. Żółta waga przy­ozdobiona była wiel­kim, wy­ko­na­nym krwi­sto­cze­rwoną szmin­ką na­pi­sem "shit".

– O, znam ję­zy­ki obce! – Ucie­szo­na u­si­ło­wa­łam bosą stopą za­go­nić u­rzą­dze­nie za sedes.

Za­mi­go­tało do mnie nie­praw­dziwy­mi cy­fer­ka­mi.

– Wiem, pew­nie się przy­jaź­ni­my, ale teraz chcia­łabym zo­stać sama. I nie pod­glą­daj – do­da­łam po chwi­li, sza­mo­cąc się z za­pię­ciem biu­sto­nosza.

Tego, kto wy­myślił tak kre­tyń­skie roz­wią­za­nie, po­win­no się za­mknąć na mi­nimum dzie­sięć lat w ma­gazy­nie peł­nym dam­skich ak­ce­so­riów. Niech­by je sobie za­pi­nał i roz­pi­nał ca­ły­mi dnia­mi.

Pod­da­łam się!

Nic ta­kie­go się nie sta­nie, jak go prze­płu­czę od razu na sobie. Obo­la­łe ciało po­trak­towałam na­prze­mien­nym prysz­nicem, wy­grze­bu­jąc z resz­tek pa­mię­ci jakiś frag­ment prze­czy­ta­nego tek­stu, że jest to naj­lep­szy spo­sób na za­cho­wanie jędr­no­ści skóry. Zw­łasz­cza tej na pier­siach, szczel­nie o­kry­tych mi­secz­ka­mi w roz­miarze D.

– Duża je­stem! – za­chi­cho­tałam. I w ogóle ni­cze­go sobie – do­da­łam, u­de­rza­jąc z gło­śnym plac­nię­ciem we frag­ment ciała na skra­ju uda.

Naj­wię­cej trud­no­ści spra­wi­ło mi zdar­cie z wło­sów ze­sko­ru­pia­łej masy, bę­dą­cej praw­do­podob­nie po­zosta­ło­ścią so­wi­cie roz­prowa­dzone­go po­przed­niego dnia la­kie­ru.

– Prze­sa­dzi­łaś, ko­cha­nie – rzu­ci­łam do sie­bie, roz­cze­su­jąc sztyw­ną fry­zu­rę przed za­paro­wanym lu­strem – i to chyba nie tylko z ko­sme­ty­ka­mi.

Do mojej niena­tu­ralnie na­brzmiałej głowy za­czę­ły po­wra­cać ob­ra­zy po­przed­niego dnia. W miej­scu wie­czo­ru mia­łam jed­nak nadal pust­kę.

Wczo­raj moje małe miesz­kan­ko nie pre­zen­to­wa­ło się może dużo le­piej, ale ja ow­szem. Wy­bie­ra­łam się na ślub jed­nej z moich przy­ja­ció­łek od serca i ro­bi­łam wszyst­ko, żeby wy­glą­dać le­piej od niej. Za­danie nie na­le­żało do naj­prost­szych. Ela no­si­ła nie­mal dzie­cię­cy roz­miar, pod­czas gdy ja ledwo do­pi­na­łam się so­lid­niej­szy­mi eg­zem­pla­rzami 44. I to ta­ki­mi, przy wy­ko­na­niu któ­rych kogoś po­niosła fan­tazja i do­łożył tu i tam parę cen­ty­me­trów. Ją na­tu­ra wy­po­sa­żyła w blond loki, per­ło­we ząbki i per­li­sty śmiech, ja mia­łam na gło­wie coś bli­żej nie­określonego, jakby za­chód słoń­ca nad wiel­kim sto­giem siana, i dwa wdzięcz­ne za­ję­cze zęby, które pod­czas eks­plo­zji do­bre­go hu­mo­ru wy­sta­wały niena­tu­ralnie i nigdy potem nie chcia­ły wró­cić na swoje miej­sce.

Takie mało ko­rzyst­ne dla mnie po­rów­na­nia można by mno­żyć w nie­skoń­czoność, ale po co? Nie je­stem prze­cież ma­so­chist­ką. Poza tym mia­łam atut nie do po­bi­cia, przy­naj­m­niej przez Elkę. Cho­dzi­ło o­czy­wi­ście o moje wy­bu­ja­łe mi­secz­ki D, u­trud­nia­ją­ce co praw­da życie, ale, co nie­jed­no­krot­nie za­uważy­łam, przy­pra­wiają­ce o za­wrót głowy męż­czyzn.

No i co z tego? Wszy­scy oni przy­glą­da­li się im z cie­lę­cym za­chwy­tem, by potem lą­do­wać w ra­mio­nach zbie­ga­ją­cych się w bar­dziej na­tu­ralnych roz­miarów biu­ście. Łącz­nie z panem mło­dym!

Pawła, czyli jed­no­dniowego męża Eli, po­zna­ły­śmy rów­no­cze­śnie kilka lat temu.

Oby­dwie za­czy­nałyśmy wła­śnie stą­pać po nowej za­wo­dowej dro­dze życia, wie­rząc, że bę­dzie ścież­ką ka­rie­ry. Zmę­czo­ne pierw­szymi tygodnia­mi pracy, w któ­rej spę­dza­ły­śmy czas od świtu do zmierz­chu, da­ły­śmy się na­mó­wić na­szej trze­ciej zwa­rio­wanej przy­ja­ciół­ce na wspól­ny wypad w góry.

Lało! W schro­ni­sku, do któ­re­go prak­tycz­nie do­czoł­ga­ły­śmy się całe u­bło­cone, nie było grama al­ko­holu. Za­po­wiadał się nudny, zimny week­end. Ko­rzy­sta­jąc z tak bez­sen­sow­nie da­ro­wane­go nam czasu, po­sta­nowi­ły­śmy nad­ro­bić za­le­gło­ści w spa­niu. Pusta sala z pię­tro­wy­mi łóż­ka­mi i do­kwa­te­rowany nam po­mi­mo pro­te­stów sa­mot­ny wę­dro­wiec. Ch­ra­pał tak gło­śno, że wpro­wa­dzał w drże­nie cały sys­tem po­łą­czonych ze sobą w jakiś ma­gicz­ny spo­sób ste­la­ży z nie­wy­god­nymi ma­te­racami. Po go­dzi­nie mia­ły­śmy już go­towy plan mor­der­stwa.

I po­my­śleć, że po­mi­mo wy­raź­nych sy­gnałów o­strze­gaw­czych, jedna z nas zde­cy­do­wa­ła się na wy­słu­chi­wa­nie tych ma­kabrycz­nych dźwię­ków pod­czas każ­dej ko­lej­nej nocy swo­je­go życia. Elż­bie­ta o­ka­zała się praw­dzi­wą bo­ha­ter­ką. Albo de­sperat­ką.

No cóż, cy­tu­jąc moją mamę: "nie by­łyśmy już takie naj­młod­sze". U mnie, na po­twier­dzenie tych słów, bez spe­cjal­nych po­szu­ki­wań można było za­uważyć dość głę­bo­kie zmarszcz­ki na czole i wokół oczu. Z tymi z czoła po­ra­dzi­łam sobie nawet dość łatwo, szczel­nie przy­krywa­jąc je grzyw­ką. Sy­ste­ma­tycz­ne przy­ci­na­nie wy­cho­dzi­ło ta­niej od bo­tok­su. Nie mo­głam po­zwolić sobie jed­nak na wykorzysta­nie jej do za­kry­cia bruzd wy­stę­pu­ją­cych po­ni­żej. Dobra wi­docz­ność była mi po­trzeb­na w pracy.

Od kilku lat ba­wi­łam się w pro­wa­dze­nie skle­pu, w któ­rym jed­no­cześnie or­ga­ni­zowałam wy­sta­wy współ­cze­snych ar­ty­stów. Po u­koń­cze­niu hi­sto­rii sztu­ki nie wy­obra­żałam sobie in­ne­go za­ję­cia. W pol­skich re­aliach o­ka­zało się ono jed­nak mało sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce fi­nan­so­wo. No chyba żeby się miało na star­cie wiel­kie pie­nią­dze i takie plecy. Oczy­wi­ście ani ja, ani mój wspól­nik – goły jak świę­ty tu­rec­ki! – Ta­de­usz nie mo­gli­śmy się ni­czym takim po­chwa­lić. A Ta­de­usz miał dar je­dy­nie do sys­tematycznego wy­da­wania więk­szej od za­ro­bionej i­lo­ści pie­nię­dzy. I to na co? Na ko­bie­ty, z któ­rych każdą ko­lej­ną o­pa­try­wał e­ty­kiet­ką: "Ko­bie­ta życia". Mnie jakoś w tych u­sta­wicz­nych zmia­nach part­ne­rek po­mi­jał. Ko­cha­li­śmy się jak ro­dzeń­stwo, i w tej roli, z braku ak­tu­al­ne­go na­rze­czo­nego, po­ja­wił się u mego boku na wczo­raj­szej im­pre­zie. Ledwo wy­to­czyłam się z ła­zien­ki, a on już dzwo­nił.

– Witaj, misiu – krzyk­nął ra­do­śnie do wnę­trza mojej obola­łej głowy.

– Misiu? – Wy­raź­nie nie pa­mię­tałam jed­nak wszyst­kie­go.

– Nic nie pa­mię­tasz – za­chi­cho­tał. – Wie­dzia­łem!

– My­lisz się. Pa­mię­tam wszyst­ko. – Usi­ło­wa­łam wy­gło­sić tę kwe­stię zde­cy­do­wa­nym gło­sem, tak, bym sama w to u­wie­rzy­ła.

– Wszyst­ko?

– No pew­nie.

– Pa­mię­tasz ślub – za­czął wy­li­czan­kę – prze­jazd do re­stau­racji...

– Ni­czym mnie nie za­sko­czysz – prze­rwa­łam.

– Pa­mię­tasz swój ta­niec na stole? – Był zdzi­wio­ny.

– Ty to na­zy­wasz tań­cem? – Gra­łam va ba­nqu­e.

– Racja, tańca to a­ku­rat nie przy­po­mi­na­ło. Ale jak się za­czę­łaś roz­bie­rać...

– Co zro­bi­łam?!

– Mam cię! Nic nie pa­mię­tasz! Tak przy­pusz­cza­łem. – Wy­da­wał się u­szczę­śli­wio­ny.

– I to cię tak cie­szy?

– Cho­ler­nie! Bo jak zła­pałaś welon...

– Zła­pałam?! – Teraz to ja się ucie­szyłam.

– To za­czę­łaś mówić do mnie misiu – kon­ty­nu­ował – czym, muszę przy­znać, tro­chę mnie wy­stra­szyłaś.

– Byłam nieco wsta­wio­na – u­si­ło­wa­łam go u­spo­koić.

– Nieco? Nie wy­pi­łem tyle w ciągu ca­łe­go mo­je­go życia!

– Teraz chyba prze­sa­dzi­łeś! – Za wszel­ką cenę chcia­łam za­głu­szyć u­czucie ro­dzą­ce­go się wsty­du. – Misiu!

To o­stat­nie do­da­łam jakby od nie­chcenia i z hu­kiem odłoży­łam słu­chaw­kę na wi­deł­ki.

Znowu sy­gnał.

– Od­pieprz się! – wark­nę­łam. Cisza.

– Sły­sza­łeś? Może i nie pa­mię­tam zbyt do­kład­nie za­koń­cze­nia wie­czo­ru, ale je­stem pewna, że nie rzy­ga­łam, czym ty u­wiecz­niłeś o­stat­nie o­twar­cie wy­sta­wy! – Duża dawka jadu tro­chę mnie u­spo­koiła.

– Ko­cha­nie – u­sły­sza­łam głos mamy – chcia­łam się tylko do­wie­dzieć, jak się ba­wi­łaś. I chyba już wiem.

Ta roz­mowa za­koń­czy­ła się w po­dob­nym stylu, nie z mojej jed­nak i­nicja­ty­wy.

Po­win­nam od­dzwonić i jakoś się wy­tłu­ma­czyć, ale na­praw­dę nie mia­łam siły. Wsze­cho­bec­ny kac pod­powia­dał mi tylko jedno roz­wią­za­nie. Po­win­nam się na­tych­miast po­łożyć z po­wrotem do łóżka.

Rozdział 2

– OK. Ro­dzi­ce byli spię­ci, ale mu­sisz przy­znać, że Ta­mara i Aśka ba­wi­ły się do­brze.

Od dwóch go­dzin u­si­ło­wa­liśmy, z moim świe­żo u­pie­czo­nym mał­żon­kiem, spa­ko­wać naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, jakie mogły o­ka­zać się przy­dat­ne pod­czas mio­dowe­go ty­go­dnia. Paweł nie do­stał, nie­stety, dłuż­sze­go u­rlo­pu, przy­naj­m­niej taką wer­sję po­zna­łam.

– Ta­mara nawet bar­dzo do­brze – rzu­cił w moim kie­run­ku, u­si­łując jed­no­cześnie o­mi­jać nie­roz­pa­kowane pre­zen­ty.

– To chyba do­brze. – Byłam lekko roz­koja­rzona, bo ko­men­tu­jąc wy­da­rze­nia dnia po­przed­niego, jed­no­cześnie prze­li­cza­łam nie­zbęd­ną w cza­sie wy­jaz­du ilość bie­lizny na zmia­nę.

– Z tań­cem na stole prze­sa­dzi­ła. – Paweł miał chyba też pro­blem z kon­cen­tra­cją.

– Po co nam mik­ser? – Wy­ję­łam mu z rąk jeden ze ślub­nych po­da­run­ków, który za­mie­rzał u­pchnąć do torby po­dróżnej.

– To był wy­buch spon­ta­nicz­nej ra­do­ści po tym, jak zła­pała welon.

– My­śla­łem, że bę­dziesz chcia­ła zdo­by­wać mnie przez żo­łą­dek. Tak bar­dzo chce wyjść za mąż? – Paweł pró­bo­wał cią­gnąć dwa wątki.

– Już nie muszę – za­sto­sowałam tę samą tak­ty­kę. – Jak każda z nas.

– Tobie się udało, szczę­ścia­ro.

– No nie wiem. Dałeś czadu pod­czas nocy po­ślub­nej, tak że hej.

– Na­praw­dę? – Za­czął się prę­żyć i na­pi­nać. – Do­ce­ni­łaś? Mogę to po­wtó­rzyć.

– Mó­wi­łam o chra­paniu.

Nie spe­szył się. Był to temat tak stary, jak nasz zwią­zek. A w za­sadzie nie było te­ma­tu, bo wy­pró­bo­wa­li­śmy już wszyst­kie do­stęp­ne środ­ki i po­sta­nowi­liśmy się przy­zwycza­ić. To zna­czy ja, bo Paw­ło­wi nigdy to nie prze­szka­dzało. Lu­dzie mają więk­sze pro­blemy, a ja mam ko­cha­ne­go męża, który mnie u­bó­stwia i z któ­rym – o­bie­ca­łam to sobie – pięk­nie się ze­sta­rzeję.

– Ko­cham cię! – Objął mnie czule, a potem rzu­cił na łóżko po­mię­dzy nie­do­my­ka­ją­cy się bagaż a pacz­ki z ko­lorowy­mi ba­lo­ni­kami i czer­wo­ny­mi ser­dusz­ka­mi.

Po co w ogóle chcie­liśmy o­pusz­czać to łóżko, ten pokój, nasz dom? Z pro­stej przy­czyny, mój mał­żo­nek o­prócz mnie miał drugą wiel­ką mi­łość – swoją pracę. Je­dy­nym wyj­ściem, by nie do­szło do zdra­dy tuż po o­dej­ściu od oł­ta­rza, był ów od dawna pla­no­wany wypad. Kiedy obie mamy pie­czo­łowicie do­pra­cowy­wały listę gości, my wo­dzi­liśmy pal­cem po mapie. Z uwagi na dość krót­ki urlop o­gra­ni­czy­liśmy śred­ni­cę wo­dze­nia do dzie­się­ciu cen­ty­metrów. Padło na Wło­chy z po­wodu skali, w ja­kiej znaj­do­wała się mapa. I tak się cie­szyłam: plaża, cap­puc­ci­no, winko i brak ro­amin­gu! Po­win­no być bosko. Przy­najm­niej to o­stat­nie spo­woduje, że nikt z ga­ze­ty, w któ­rej pra­co­wał Paweł, nie bę­dzie go nękać. Mnie pod tym wzglę­dem nic nie gro­zi­ło. Był śro­dek wa­kacji, le­karz pe­dia­tra cie­szył się więc zde­cy­do­wa­nie mniej­szą po­pu­lar­no­ścią niż w roku szkol­nym. So­li­dar­nie jed­nak przy­sta­łam na brak po­łą­cze­nia ze świa­tem, gdy tylko prze­kro­czy­my gra­ni­cę.

Mi­łość do dzie­ci, jaką prze­ja­wiałam, da­wała na­szym ro­dzi­nom na­dzie­ję, że szyb­ko do­cze­ka­ją się wnu­ków. Choć, kiedy temat ten po­ja­wił się kie­dyś u ro­dzi­ców Pawła, jego mama za­re­ago­wała łzami i wy­bie­gła z po­koju. My­śla­łam, że to re­ak­cja kogoś, kto nie chce zo­stać zbyt wcze­śnie bab­cią. Oka­zało się, że je­stem w błę­dzie.

Mój teść wy­ja­śnił jej za­cho­wanie, od­sła­niając przede mną mrocz­ne ta­jem­ni­ce.

Paweł po­ja­wił się na świe­cie razem z bra­tem bliź­nia­kiem, który zmarł tuż po po­rodzie. Moja te­ścio­wa, mimo że u­pły­nę­ło od tam­te­go czasu trzy­dzie­ści lat, nie mogła się z tym po­godzić. Zresz­tą nie tylko ona. Paweł, u­zupeł­nia­jąc o­powieść ojca, wy­znał, że sam czę­sto o tym myśli, cza­sem wy­da­je mu się nawet, że brat żyje, cier­pi i po­trze­bu­je po­mocy.

Ch­cia­łam bły­snąć i pod­ję­łam próbę na­uko­we­go wy­ja­śnie­nia tego zja­wi­ska. Zbyli mnie mil­cze­niem i spoj­rze­nia­mi wy­ra­żają­cymi dez­apro­batę. A ja byłam zła, że mój na­rze­czo­ny o ni­czym wcze­śniej mi nie po­wie­dział. I tak o mały włos u­nik­nę­liby­śmy ob­rą­czek, ga­lo­wych stro­jów i in­fan­tyl­nych, ko­lorowych pa­czek, z któ­rych wła­śnie u­si­ło­wa­liśmy się wy­swo­bodzić.

O czym ja myślę? Ten urlop jest mi po­trzeb­ny jak nic na świe­cie, jesz­cze tro­chę i za­cznę pod­czas mi­ło­snych u­nie­sień roz­wią­zy­wać krzy­żów­ki. I to dzień po ślu­bie!

– Dla­cze­go tak krę­cisz głową? – Paweł po­czuł się chyba u­ra­żo­ny.

I miał rację, ale prze­cież nie mógł o tym wie­dzieć.

– Obie­ca­łam dziew­czy­nom, że rano się o­de­zwę, i zu­peł­nie o tym za­po­mniałam – ze­łga­łam w myśl za­sady, że ja­kie­kol­wiek wy­ja­śnie­nie bę­dzie lep­sze od mil­cze­nia.

– Za­mie­rzają pocią­gnąć cię za język i po­znać szcze­gó­ły nocy po­ślub­nej?

– Może, gdyby są­dzi­ły, że to był nasz pierw­szy raz – roześmia­łam się – a same o­gra­ni­czały­by się do wie­dzy pod­ręcz­ni­kowej.

– Daj spo­kój z tymi te­lefo­na­mi. – Rzu­cił w moją stro­nę pod­nie­sioną ko­szu­lą nocną, jak się o­ka­zało – zu­peł­nie zbęd­nym wy­dat­kiem.

– Dla­cze­go? – uda­wałam obu­rze­nie.

– Bo mu­sisz spa­ko­wać nas do końca. – Naj­wy­raź­niej sam stra­cił na to o­chotę. – Dałem z sie­bie wszyst­ko. Je­stem zmę­czo­ny i idę pod prysz­nic.

– De­spo­ta! – Rzu­ciłam za od­chodzą­cym tym, co mia­łam pod ręką.

To coś u­de­rzyło o pod­łogę z gło­śnym hu­kiem i brzę­kiem tłu­ką­ce­go się szkła.

– Dobra wróż­ba. – Paweł zlek­cewa­żył u­tra­tę jed­nego z wielu pre­zen­tów, nie za­dając sobie trudu spraw­dze­nia ja­kie­go.

Spa­ko­wani, wy­ką­pa­ni i zu­peł­nie nie­sko­mu­nikowa­ni z o­tocze­niem o­pu­ści­liśmy progi do­mostwa, wy­ru­sza­jąc w nie­zna­ne.

– Ko­cha­nie – roz­pra­szając uwagę kie­row­cy, gme­ra­łam za jego uchem – czy wiesz, że masz już siwe włosy?

– Spe­cjal­nie mnie to nie dziwi – wes­tchnął. – Ile to już lat je­steśmy ze sobą?

– Nie chcesz chyba po­wie­dzieć... – Za­brałam rękę.

– Siwe włosy do­da­ją męż­czy­znom po­wa­gi. – Zerk­nął w lu­ster­ko.

– Sz­ko­da, że ko­bie­tom nie. – Na­cią­gnę­łam szyję, by do­konać po­bież­nej lu­stra­cji.

– Ty nie mu­sisz się ni­ko­mu po­dobać, bo masz mnie.

– A ty?

– Co ja?

– Nie masz ni­ko­go? Komu to niby mu­sisz się po­dobać? – Po­sta­nowi­łam po­uda­wać za­zdrość.

– Cza­sami mam wra­że­nie, że twoim przy­ja­ciół­kom – u­de­rzył w po­waż­ny ton i ze­psuł całą za­bawę – i zu­peł­nie mi to nie wy­cho­dzi.

– Oby­dwie cię lubią.

– Ch­cia­łaś po­wie­dzieć: to­le­ru­ją.

– Bo wiecz­nie się ich cze­piasz – wyrzu­ciłam z sie­bie w ra­mach so­li­dar­no­ści jaj­ni­ków.

– Ja?

– A kto wiecz­nie kry­tyku­je Ta­marę za dobór gar­de­ro­by, a Aśkę za dobór fa­ce­tów?

– Ta­mara wbija się w za małe rze­czy, a Aśka ma sła­bość do ma­łych fa­ce­tów. Jeśli wiesz, co mam na myśli?

– Nie każdy zo­stał ob­da­rowany przez Bozię taką fi­gu­rą i in­te­ligen­cją – wy­to­czyłam cięż­sze dzia­ło. – Jeśli o­czy­wi­ście wiesz, kogo mam na myśli?

– Czego mi bra­ku­je? – W jego gło­sie dało się wy­czuć u­ra­żo­ną dumę.

– W tym pierw­szym przy­pad­ku ni­cze­go. – Prze­biegłam dło­nią po jego nodze i tor­sie, żeby roz­ła­dować sy­tu­ację.

– Uwa­żasz, że nie do­rów­nu­ję ci in­te­ligen­cją? – Nie za­re­ago­wał na piesz­czo­tę.

– Ktoś, kto jest dzien­nika­rzem po­li­tycz­nym i na­dą­ża w tym kraju za zmie­nia­ją­cy­mi się opcja­mi, pro­gra­mami i o­biet­nica­mi, nie może być głupi – roz­par­łam się w fo­te­lu – Chyba że w po­goni za tym wszyst­kim traci i­sto­tę życia.

– Je­steś do­wodem na to, że nie stra­ciłem – o­de­zwał się po chwi­li.

– W od­powied­nim mo­men­cie po­prosi­łam cię o rękę – nie od­pusz­cza­łam.

Za­trzy­mał sa­mo­chód.

– Dla­cze­go to ro­bi­my? – Obró­cił się do mnie i ujął moją twarz w dło­nie.

– Bo... bo... – Po­czu­łam, jak łzy spły­wa­ją mi po po­licz­kach.

– Bo chyba je­stem w ciąży.

Kil­ku­se­kun­do­wa cisza wyda­wała się wiecz­no­ścią. Całe moje ciało wyło w o­cze­ki­wa­niu, by za­cho­wał się wła­ści­wie.

– Słoń­ce... Tak się cie­szę! Nie masz po­ję­cia! Od kiedy? Dla­cze­go nic mi nie po­wie­działaś? – pa­dały cha­otycz­ne py­ta­nia.

– Wła­śnie ci mówię – udało mi się za­trzy­mać ten sło­wotok. Było słod­ko. Tak jak po­win­no być. Nagle mój mąż prze­stał mnie ca­ło­wać.

– Dziew­czy­ny już wie­dzą? – Py­ta­nie brzmia­ło bar­dziej jak stwier­dzenie.

Mo­głam się wściec, wy­siąść, wró­cić do domu. Mo­głam za­żą­dać roz­wodu. Ale wtedy nie wie­dzia­łabym, co bę­dzie dalej. No i nie mia­łabym się przy kim pięk­nie ze­sta­rzeć.

– Test cią­żo­wy jesz­cze nie o­stygł, gdy za­rzą­dzi­łeś o­pusz­cze­nie domu. Le­dwie zdą­ży­łam od­szy­frować wynik, a ty po­dej­rzewasz, że go u­publicz­niłam?

Dal­sza droga u­pły­wa­ła nam na o­ma­wianiu przy­szło­ści na­sze­go dziec­ka. A że cze­ka­ła nas długa po­dróż, mie­liśmy szan­se zo­stać dziad­kami, a nawet pradziad­kami.

Rozdział 3

– Na­praw­dę tego nie wi­dzia­łeś? – Nie mo­głam u­wie­rzyć, że ktoś może być tak mało spo­strze­gaw­czy.

– Coś ci się mu­sia­ło przy­wi­dzieć. – Jed­nym zda­niem prze­kreślił całą moją po­ran­ną o­powieść. – Może za dużo wy­pi­łaś?

– Za dużo to wy­pi­ła Ta­mara. – Usa­do­wi­łam się wy­god­nie, mosz­cząc sobie pod ple­ca­mi po­dusz­ki. – Co zresz­tą mało de­li­kat­nie jej wy­po­mnia­łeś.

– I tak nie bę­dzie pa­mię­tać.

– Nie by­ła­bym taka pewna. Nam z Elką też się kie­dyś wy­da­wało, że upiła się do nie­przy­tom­no­ści. Trzy­ma­łyśmy ją pod pa­chami, żeby w ogóle wy­wlec ją z pubu, a na­stęp­ne­go dnia po­wtó­rzy­ła wszyst­ko, co mó­wi­ły­śmy w tak­sów­ce, a da­ły­byśmy sobie ob­ciąć głowy, że spała.

– To do­brze, że nie da­ły­ście.

– Czego?

– No, ob­ciąć sobie głów – wy­ja­śnił, cho­wa­jąc jed­no­cześnie swoją pod koł­drą.

– Wy­da­je mi się, że zu­peł­nie by ci to nie prze­szka­dzało – zsu­nę­łam się nieco – i tak nie nią je­steś za­in­te­reso­wany.

Zwią­zek o­pie­ra­ją­cy się na sek­sie, nawet naj­lep­szym, jest ska­zany na prze­gra­ną. Czu­łam to od ja­kie­goś czasu, a jed­nak zwle­ka­łam z pod­ję­ciem o­sta­tecz­nej de­cy­zji. Zaw­sze coś stało na prze­szko­dzie: zna­jo­mi na spo­tka­niach wy­stę­po­wa­li pa­rzy­ście, na we­selu Eli nie mia­łabym z kim tań­czyć, a za mo­ment za­czy­nały się wa­kacje i jakoś nie mo­głam wy­obra­zić ich sobie solo.

Wszyst­ko nas dzie­liło, łą­czy­ło je­dy­nie łóżko i dla­te­go spę­dzaliśmy w nim tyle czasu. Poza jego ob­sza­rem za­czy­nał się inny świat, i tam trud­niej było nam na­wią­zać kon­takt. Draż­nił mnie za­rów­no jego spo­sób wy­po­wia­dania się, jak i to, co mówił. Nie umia­łam się zde­cy­do­wać, co bar­dziej.

Była to jedna z tych zna­jo­mo­ści, jakie na­wią­zu­je się pod wpły­wem al­ko­holu, by tuż po jego wy­wie­trzeniu ją za­koń­czyć. Nie piłam aż tak re­gu­lar­nie, żeby tego nie czuć, ale tkwi­łam w tym u­kła­dzie nadal. Mu­sia­łam w końcu coś z tym zro­bić albo za­cząć wię­cej i czę­ściej pić.

Przy śnia­daniu pod­ję­łam prze­rwa­ny – nie po­wiem, w cał­kiem miły spo­sób – wątek, ale mój luby to­tal­nie go zi­gno­rował.

Jakby tego było mało, na za­koń­cze­nie nie­zro­zu­mia­łego o­kolicz­no­ściowe­go sło­wotoku rzu­cił:

– Ty to masz myśli nie­uczesa­ne, jak ten... no... Lem.

– Chyba Lec.

– A co to za róż­ni­ca?

Z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia za­sad­ni­cza. Ład­nych parę lat temu u­koń­czy­łam fi­lo­logię pol­ską i nie roz­sta­łam się z nią do tej pory. Nie u­po­mi­nam jed­nak ję­zy­ko­wych nie­dbal­ców, a i sama pre­fero­wa­łam luźny spo­sób wy­po­wie­dzi. Nie o­zna­cza to jed­nak, że lubię wpad­ki. Nie znasz się – milcz! Takie było moje motto ży­cio­we i dla­te­go nigdy nie sprze­da­wałam dzieł sztu­ki w o­bec­no­ści Ta­mary i nie le­czy­łam przy Elż­bie­cie.

Spoj­rza­łam na nie­podej­rzewa­ją­cego ni­cze­go ska­zań­ca, przy­bra­łam sztucz­ny u­śmiech i za­ko­mu­ni­kowałam:

– Nie obraź się, ale muszę od­począć. Mam za sobą i przed sobą trud­ny dzień. – Po­ca­łowałam go w po­li­czek. – Za­dzwo­nię.

– Je­steś pewna? – Usi­ło­wał mnie objąć.

– Tak. – Oswo­bodzi­łam się z u­ści­sku. – Dzię­ki za wczo­raj. I za dzi­siaj także.

– Nie ma spra­wy. Dzwo­nisz – masz. Kiedy tylko ze­chcesz. Wo­la­łam nie pytać o szcze­gó­ły.

– Nie mam tylu wy­da­ją­cych się za mąż ko­le­ża­nek, ale będę pa­mię­tać.

– Czy to o­zna­cza, że chcesz mój numer te­lefo­nu za­pi­sać pod ha­słem: we­sela – wy­na­jem osób to­wa­rzy­szą­cych?

– Coś w tym stylu.

– Uwa­żam, że nie tylko tam ba­wi­liśmy się do­brze.

– Ja też – po­ki­wa­łam głową. – I za­pew­niam cię, że będę miała miłe wspo­mnie­nia.

– Jak chcesz. – Zro­zu­miał w końcu. Nie­po­rad­nie za­czął zbie­rać swoje rze­czy.

– Ale to nie przez tego Lema? – rzu­cił jesz­cze na od­chod­ne.

– Nie, nie przez Leca.

Już sa­mot­nie u­sia­dłam cięż­ko na ku­chen­nym sprzę­cie. Naj­wy­raź­niej ro­bi­łam coś nie tak. Listą moich by­łych można by wy­ło­żyć pod­łogi i ścia­ny miesz­ka­nia, a mój re­kord bycia z kimś nie prze­kra­czał roku. Zaw­sze po­wta­rzał się ten sam sche­mat: po­zna­wałam kogoś przy­pad­ko­wo, a potem na­stę­po­wał bły­ska­wicz­ny roz­wój wy­pad­ków i za­skaku­ją­cy dla oby­dwu stron finał. Nigdy nie pla­no­wałam, że z kimś będę, i nigdy, że już nie. Spon­ta­nicz­na stara panna! Zu­peł­nie nie do pary!

Mój typ to męż­czy­zna in­te­ligent­ny i e­lo­kwent­ny. To ktoś, kto po­tra­fił­by się za­cho­wać w każ­dej, nawet najbar­dziej za­skaku­ją­cej sy­tu­acji. Osoba, na którą za­wsze mo­gła­bym li­czyć. A do tego po­wi­nien o­czy­wi­ście być cza­ru­ją­cy, uj­mują­cy, wspa­niały! Tylko nie mam pew­no­ści, czy ktoś taki ist­nie­je.

Je­żeli wie­rzyć teo­rii o dwóch po­łów­kach ja­błek czy po­ma­rań­czy, to życie samo mnie mile za­sko­czy. A co jeśli moją po­łów­kę rzu­ciło na przy­kład do Au­stra­lii? No cóż, nic na siłę, widać nie każ­de­mu pi­sa­ne jest szczę­ście u boku u­ko­cha­ne­go męż­czy­zny, tak jak Eli.

Wy­glą­da­ła na za­do­woloną, ale to chyba ty­po­we dla panny mło­dej. Czy Paweł był dla niej tym je­dy­nym? Może tak i pew­nie dla­te­go ślu­bo­wa­ła mu wczo­raj te wszyst­kie po­waż­ne rze­czy. Mnie nie prze­szło­by to przez gar­dło. Paweł był dziw­ny, wiecz­nie się mnie cze­piał, a ra­czej wszyst­kich moich ko­lej­nych part­ne­rów. Bie­da­ko­wi, który wła­śnie się zmył, też się do­sta­ło. Paweł stwier­dził, że jesz­cze nigdy nie spo­tkał kogoś, komu aż tak u­da­ło­by się za­mknąć na świat ze­wnętrz­ny. Cho­dzi­ło o­czy­wi­ście o po­li­ty­kę. To­czy­li­śmy za­żar­tą dys­pu­tę o ma­ją­ce się odbyć wy­bo­ry, kry­tyko­wa­li­śmy a­gre­syw­ną kam­panię me­dial­ną i dwóch głów­nych ad­wer­sarzy, kiedy Oluś za­bły­snął in­te­ligen­cją i o­świad­czył, że zde­cy­do­wa­nie po­prze par­tię, o któ­rej ist­nie­niu nikt z nas nie sły­szał. Nawet nie za­pamię­tałam jej nazwy. Wstyd prze­sło­nił mi wszyst­ko i naj­wy­raź­niej wy­żarł dziu­rę w pa­mię­ci. Jak udało się u­sta­lić w trak­cie póź­niej­szego śledz­twa, o jej za­ło­że­nie, a przy o­ka­zji za­mą­ce­nie w u­my­śle Olka, od­powie­dzial­ność po­nosi­li twór­cy pierw­szego sfa­bu­lary­zo­wane­go po­li­tical fic­tion, czyli se­ria­lu "Ekipa". Do­brze, że ge­niusz tuż przed swoim wy­stą­pie­niem nie na­oglą­dał się cze­goś, co mogło wpro­wa­dzić więk­szą kon­ster­na­cję. Nie przy­cho­dzi­ło mi jed­nak na myśl, co to ta­kie­go mo­głoby być. Za­mie­szanie u­si­ło­wa­łam ob­ró­cić w żart, nie u­chro­ni­ło mnie to jed­nak przed ostrą kry­tyką ze­bra­nych. Prym wiódł Paweł.

Dla­cze­go tak mnie nie lubił? By­li­śmy pra­wie po­krew­ny­mi du­sza­mi. Każde z nas na co dzień zaj­mo­wało się tym samym: sło­wem i ję­zy­kiem. Go­dzi­na­mi po­tra­fi­liśmy drą­żyć pa­sjo­nu­ją­ce nas za­gad­nie­nia. Ale za­wsze koń­czy­ło się to kłót­nią.

Myślę, że on po pro­stu jest za­zdro­sny o Elę, o czas, jaki spę­dza z nami, a przede wszyst­kim o ra­dość, jaką jej to spra­wia. Dla niej wła­śnie prze­łknę­łam zło­śli­wą ri­po­stę, którą w o­bec­no­ści jej męż­czy­zny mia­łam zwy­kle przy­go­towa­ną na końcu ję­zy­ka. On pew­nie zresz­tą po­świę­cał się w ten sam spo­sób. Wczo­raj jed­nak mnie za­sko­czył. Ten szy­der­czy u­śmiech tuż po ko­ściel­nej u­ro­czy­sto­ści był zu­peł­nie nie na miej­scu. Nie pa­so­wał ani do mo­mentu, ani do Pawła. Cie­ka­we, czy Ta­mara zwró­ci­ła na to uwagę?

Się­gnęłam po słu­chaw­kę, ale szyb­ko ją odłoży­łam. Moja przy­ja­ciół­ka pew­nie jesz­cze śpi. Le­piej bę­dzie, jak się od­świe­żę, kupię chru­pią­ce bu­łecz­ki i zro­bię jej nie­spo­dzian­kę. Przy­da się jej coś na ząb, a jesz­cze bar­dziej na mocno nad­we­rę­żo­ny żo­łą­dek.

Tak, to dobry po­mysł! My, sa­mot­ne ko­bie­ty – a od kilku minut byłam jedną z nich – po­win­ny­śmy się trzy­mać razem!

Rozdział 4

Ock­nę­łam się, bo za­brakło nagle ko­ją­ce­go war­kotu sil­nika. O ile o­czy­wi­ście od­głos ten może być ko­ją­cy. Dla mnie zde­cy­do­wa­nie był. Zanim za­snę­łam, pro­ponowa­łam kil­ka­krot­nie za­mianę miejsc, ale moją o­fer­tę za każ­dym razem od­rzu­ca­no. W tej chwi­li nie po­nowi­ła­bym jej za nic. Zmierz­cha­ło, a ja nie zno­si­łam pro­wa­dzić po ciem­ku. Po go­dzi­nie jazdy w ta­kich wa­run­kach po­pa­dałam w pa­rano­ję. Wy­da­wało mi się, że wszyst­kie mi­ja­ją­ce mnie sa­mo­chody jadą na dłu­gich świa­tłach, w do­dat­ku na moim pasie. Kie­dyś o włą­cze­nie dłu­gich po­dej­rzewa­łam nawet fa­ce­ta w ka­mi­zel­ce od­bla­skowej po­ru­sza­ją­ce­go się po­boczem.

Dzi­siaj jed­nak chyba byłam w ciąży i na pewno nie mu­sia­łam pro­wa­dzić. Zresz­tą nie mia­łabym nawet komu tego za­pro­ponować. Byłam sama w lekko wy­chło­dzonym sa­mo­chodzie, po­rzu­conym na nie­zna­nym par­kin­gu. Ro­zej­rza­łam się za­nie­po­kojona. Cie­ka­we, gdzie się po­dział mój mąż, mój kie­row­ca i oj­ciec mo­je­go dziec­ka w jed­nej o­sobie? Ch­cia­łam wyjść go po­szu­kać, sko­rzy­stać z to­a­le­ty, ale moje szczę­ście za­brało ze sobą klu­czy­ki. Czyż­by się oba­wiał, że u­ciek­nę?

Na tyl­nym sie­dzeniu znaj­do­wał się po­rzu­cony bez­ład­nie e­kwi­pu­nek. Z nudów za­czę­łam go prze­glą­dać. Nie czu­łam głodu, ale na nudę nie ma nic lep­szego niż coś do prze­ką­szenia. Prze­glą­da­jąc za­pasy, nie­na­tu­ral­nie wy­gię­ta za­uważy­łam przez tylną szybę moją zgubę. Za­mknię­ty w budce te­lefo­nicz­nej żywo ge­sty­ku­lo­wał. Je­żeli dzwo­nił do pracy – za­wracamy! A może dzie­lił się dobrą no­wi­ną z ro­dzi­ca­mi? To wy­ja­śniało­by gwał­tow­ne ruchy ręki. Jeśli o­czy­wi­ście od­czy­tywa­łoby się je jako gesty ra­do­ści. I to ja po­dob­no nie mogę się o­bejść bez plot­kowa­nia.

Byłam zła, bo mia­łam na­dzie­ję, że przez jakiś czas na­cie­szy­my się naszą słod­ką ta­jem­ni­cą. De­mon­stra­cyj­nie po­wró­ci­łam do po­przed­niej po­zy­cji, wpy­cha­jąc sobie do ust ro­ga­li­ka z cze­ko­la­dowym na­dzie­niem. Pra­wie rów­no­cze­śnie o­tworzy­ły się drzwi od stro­ny kie­row­cy.

– Już nie śpisz?

– Uhm... – Udało mi się wy­do­być z peł­nej buzi.

– Ob­że­rasz się o tak póź­nej porze? To do cie­bie nie­po­dob­ne.

– Na­chy­lił się, by nad­gryźć wy­sta­ją­cą część sma­ko­ły­ku.

Ciem­no­brą­zowa maź po­cie­kła mi po bro­dzie na mój ja­sno­nie­bieski swe­terek. Au­to­ma­tycz­nie roz­tar­łam ją ręką.

– Wi­dzisz, co zro­bi­łeś? – krzyk­nę­łam, o mało nie dła­wiąc się szyb­ko prze­ły­ka­nym kęsem.

– Ja? Gdy­byś się od­su­nę­ła, nic by się nie stało.

– Po­rzu­casz mnie w obcej o­koli­cy, by chwi­lę póź­niej zmie­nić mnie w cze­ko­la­dową świ­nię.

– Przy­zna­ję, że nie na­dą­żam – wy­gło­sił ze skru­szo­ną miną.

– Co ta­kie­go zro­bi­łem?

– W ogóle mnie nie słu­chasz! – Czu­łam wzra­stają­ce zde­ner­wo­wa­nie. – Przed chwi­lą ci to wy­ja­śni­łam.

– Co?

– Nie­peł­ną listę two­ich prze­wi­nień.

– Uzu­peł­nij – roz­parł się w fo­te­lu – słu­cham.

– Jakoś nie mam o­choty. – Po­sta­nowi­łam za­cho­wać scenę z te­lefo­nem na inną o­ka­zję. – Prze­ba­czam ci nie­sto­sow­ne za­cho­wanie. Jedź!

– Dzię­ki. – Ude­rzył się za­ci­śnię­tą pię­ścią w pierś, w o­koli­cy, gdzie po­wi­nien mieć serce.

W tej chwi­li po­wąt­pie­wa­łam jed­nak w jego ist­nie­nie. Oby brak or­ga­nu nie o­ka­zał się dzie­dzicz­ny! Przy­ło­żyłam o­twar­tą dłoń do brzu­cha. Gest nie po­został nie­zau­ważo­ny.

– Coś cię boli? – W gło­sie Pawła do­mi­nowa­ła tro­ska.

– Serce – wark­nę­łam.

– Wie­czor­ne ob­żar­stwo jed­nak nie po­pła­ca. Pod wpły­wem cię­ża­ru po­ły­ka­ne­go ro­ga­la mu­sia­ło ci się ob­su­nąć.

– Ob­su­nąć?

– No, serce.

Przyj­rza­łam się swo­jej ręce i wy­buchłam śmie­chem. Paweł po­chwy­cił wy­buch mojej ra­do­ści.

– Mu­si­my coś sobie o­bie­cać. – Na­chy­lił się nade mną. – Ja już nigdy cię nie zo­sta­wię, a ty nie bę­dziesz się na mnie wście­kać z byle po­wodu.

– Zgoda – wy­cią­gnę­łam rękę – z byle po­wodu, nie!

W końcu ru­szy­li­śmy. Po­godze­ni. Ja do­dat­kowo z asem w rę­ka­wie. Ale nawet to nie po­wstrzy­ma­ło mnie przed na­tych­miasto­wym za­śnię­ciem, gdy tylko nasz sa­mo­chód za­czął wy­da­wać przy­ja­zny war­kot spod maski.

Rozdział 5

Na­resz­cie w domu! To, co zro­bi­łam ze swoim or­ga­ni­zmem, było kla­sycz­ną dwud­niów­ką. Bogu niech będą dzię­ki, że jutro muszę iść do pracy. To je­dy­na me­to­da na prze­rwa­nie tego pasma ro­dzą­ce­go się al­ko­holi­zmu.

Nie udało mi się nawet od­zy­skać rów­no­wa­gi po mocno za­krapianej u­ro­czy­sto­ści we­sel­nej, a już moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka po­sta­nowi­ła u­to­pić ze mną smut­ki po ko­lej­nym nie­uda­nym związ­ku w morzu wódki. Oprócz owego morza przy­tar­gała ze sobą kilka bułek i parę sple­śnia­łych ser­ków i twier­dziła, że tak skom­ponowa­ne śnia­danie po­sta­wi mnie na nogi. Nie po­sta­wiło!

Wy­li­cza­nie ne­ga­tyw­nych cech Olu­sia nie za­ję­ło nam zbyt wiele czasu. Z po­zy­tyw­nymi po­szłoby nam jesz­cze spraw­niej, ale pre­tekst, pod któ­rym u­si­ło­wa­ły­śmy ukryć naszą skłon­ność do al­ko­holu, wy­ma­gał po­świę­ceń. I tak były chło­pak Asi zo­stał skry­tyko­wa­ny za to­tal­ny brak in­te­ligen­cji, rów­nie wiel­ki brak o­gła­dy to­wa­rzy­skiej, chore po­czu­cie hu­mo­ru, kosz­mar­ne błędy ję­zy­ko­we, ma­łost­kowość, bez­czel­ność i wtór­ny de­bi­lizm. Pra­wie dwu­mie­sięcz­ne trwa­nie w fa­tal­nym związ­ku uspra­wiedliwiało je­dy­nie fi­zycz­ne za­uro­cze­nie wy­gło­dzonej ko­bie­ty, która po­mię­dzy po­przed­nim związ­kiem a Olu­siem tkwi­ła w ce­li­ba­cie pra­wie kwar­tał. I nic to, że ja ta­kich kwar­tałów mia­łam o tuzin wię­cej. To z kolei wy­ja­śni­łyśmy moim zdro­wym roz­sąd­kiem i zdol­no­ścią wy­szu­ki­wa­nia u­łom­no­ści fa­ce­tów z mocą ra­daru. Może i wo­la­łabym nie po­sia­dać ta­kie­go wy­po­sa­że­nia, ale naj­wy­raź­niej mia­łam i nic nie dało się z tym zro­bić. W mię­dzy­cza­sie zadzwo­niła po­now­nie moja mama. Znowu miała pecha, bo za­miast re­la­cji ze ślubu wy­słu­cha­ła steku bzdur o wła­snej od­powie­dzial­no­ści za moje nie­uda­ne życie. Aśka stwier­dziła, że prze­sa­dzi­łam. We­dług niej moja mama nie po­nosi­ła winy za to, że mam nad­wagę. Rzu­ci­łam to na samym końcu roz­mowy, a ra­czej mo­nologu, kiedy po dru­giej stro­nie od dłuż­sze­go czasu i tak już ni­ko­go nie było. Za­miast su­ge­ro­wa­nych przez przy­ja­ciół­kę prze­pro­sin będę ra­czej mu­sia­ła po­roz­ma­wiać z ro­dzi­ciel­ką o jej nie­kon­wen­cjonal­nej for­mie koń­cze­nia te­lefo­nicz­nych roz­mów. Po co do mnie dzwo­ni, skoro nie po­tra­fi do­trwać do końca?

Na po­cząt­ku dru­giej bu­tel­ki przy­stą­pi­łyśmy do ataku na Elż­bie­tę. Odkąd wy­szła za mąż, zu­peł­nie za­po­mniała o tym, co jest naj­waż­niej­sze na świe­cie. Wcze­śniej u­sta­li­ły­śmy, że na pierw­szej po­zy­cji pla­su­je się przy­jaźń. Po­dróż po­ślub­na, zaj­mu­ją­ca dwu­dzie­stą któ­rąś lo­ka­tę, nie po­win­na jej prze­sło­nić. A jed­nak stało się. Słuch po na­szej przy­ja­ciół­ce za­gi­nął z chwi­lą, gdy dała się u­pro­wa­dzić w nie­zna­ne. Nie dzwo­niła, nie pi­sa­ła i pew­nie całą swoją uwagę sku­pi­ła na wy­bran­ku. Błąd! To fajny facet, ale nie aż tak. Kiedy Elka od­kry­je w końcu tę praw­dę, może się o­ka­zać, że nie ma już z kim się nią po­dzie­lić. O przy­jaźń, jak o każde u­czucie, trze­ba dbać. I nie wy­star­czy do tego tylko jedna, czyli nasza, stro­na.

Je­dy­na bli­ska osoba, jaka po­zosta­ła mi w tej sy­tu­acji, li­to­ściwie od­słoni­ła przede mną za­tar­te ku­li­sy wczo­raj­szej im­pre­zy. Byłam – po­dob­no – słod­ka. Ta wer­sja o­czy­wi­ście bar­dzo mi od­powia­dała, a jej au­tor­ka zo­stała prze­ze mnie wy­ści­ska­na i – o zgro­zo! – za­pro­szona na ko­la­cję. Pora była od­powied­nia, bo czas szyb­ko le­ciał w miłym to­wa­rzy­stwie, więc po­sta­nowi­ły­śmy nie od­kła­dać tej przy­jem­no­ści na póź­niej. Wza­jem­nie się wspie­ra­jąc, za­rów­no w sen­sie psy­chicz­nym, jak i fi­zycz­nym, wy­ru­szyłyśmy w mia­sto. Tak­sów­karz, któ­re­mu rzu­ci­ły­śmy rów­no­cze­śnie: do pubu z dys­ko­te­ką!, o­ka­zał się bar­dziej bły­sko­tli­wy od ko­le­gi po fachu, ja­kie­mu kilka go­dzin potem wy­beł­ko­ta­łam: do domu. Ten pierw­szy po­rzu­cił nas przed u­ro­czą spe­lun­ką o za­chę­cają­cej i swoj­sko brzmią­cej na­zwie "W koło – we­so­ło". Za­po­mniał nas je­dy­nie u­prze­dzić, że owa za­po­wiadana we­so­łość wiąże się przede wszyst­kim z mło­docia­nym wie­kiem u­czest­ni­ków za­bawy tkwią­cych we­wnątrz lo­ka­lu. Jego za­ło­ży­cie­le naj­wy­raź­niej od sa­me­go po­cząt­ku no­si­li się z za­miarem u­rzą­dze­nia ta­kie­go miej­sca spędu dla ma­ło­latów i w związ­ku z tym po­sta­rali się je­dy­nie o kon­ce­sję na sprze­daż piwa. Cóż mo­gły­śmy po­cząć? Jak się nie ma, co się lubi... Wy­chyli­łyśmy po dwa ku­fel­ki i przy­stą­pi­łyśmy do ataku na par­kiet. Nie siląc się zbyt­nio na o­ry­gi­nal­ność, i tak od­sta­wały­śmy znacz­nie od tła, które fa­lo­wało jakby w innym ryt­mie i wy­mia­rze. Na naszą in­ność udało nam się nawet zła­pać paru ko­le­siów, któ­rych wiek po zsu­mo­wa­niu byłby sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy. Aśka jed­nak znaj­do­wała się na e­ta­pie: "żad­nych męż­czyzn wię­cej!", a ja nie po­tra­fiłam na­wią­zać z nimi kon­tak­tu, bo biu­stem, w który się ga­pi­li, nie mówię. Po na­radzie w dam­skiej to­a­le­cie po­sta­nowi­ły­śmy po­szu­kać cze­goś bar­dziej od­powied­niego. Nie do­pusz­cza­jąc myśli, że to my nie pa­su­je­my do o­tocze­nia, roz­poczę­ły­śmy nocną piel­grzym­kę. Nig­dzie nam się nie po­doba­ło i dzię­ki temu roz­ma­ru­dze­niu, bę­dą­ce­mu kwe­stią wieku i stanu wol­ne­go, około trze­ciej w nocy wy­wie­siłyśmy białą flagę, wy­ko­na­ną na­pręd­ce z mojej chu­s­tecz­ki do nosa, i ro­ze­szły­śmy się w po­koju. Nie obyło się bez de­kla­racji wiecz­nej przy­jaź­ni i u­sta­le­nia stra­te­gii ko­lej­nego spo­tka­nia. Asia u­si­ło­wa­ła prze­ka­zać mi jesz­cze jakąś sen­sa­cyj­ną wia­do­mość do­ty­czą­cą Pawła, ale po pią­tej pró­bie się pod­da­ła. Zro­zu­mia­łam je­dy­nie, że na­walił z czymś w dniu swo­je­go ślubu, ale nie udało mi się do­wie­dzieć, na jakim polu. Nie mogąc li­czyć na wła­sną pa­mięć w tym wzglę­dzie, po­sta­nowi­łam po­cze­kać na we­sel­ne zdję­cia i ka­se­ty, na któ­rych być może udało się komuś u­wiecz­nić tę jego ży­cio­wą gafę. Bę­dzie miło coś ta­kie­go zo­ba­czyć. Na­le­żało się jed­nak u­zbro­ić w cier­pliwość i po­cze­kać do po­wrotu mło­dej pary. No może nie ta­kiej mło­dej, ale nie­wąt­pliwie pary. Cie­ka­we, co ro­bi­li w chwi­li, gdy mnie, po wy­jąt­ko­wo dłu­giej i wy­czer­pu­ją­cej de­ba­cie z tak­sów­karzem, w końcu udało się do­trzeć do sie­bie? Pa­trząc na roz­be­beszone łóżko, po­sta­nowi­łam się nie kąpać. W końcu zro­bi­łam to rano. Za­czę­łam za to prze­glą­dać za­war­tość ku­chen­nych sza­fek. Po pierw­sze, nie zja­dły­śmy pla­no­wanej ko­la­cji, po dru­gie, Jo­an­na pod­su­nę­ła mi pe­wien po­mysł. Po­chła­niając li­te­ra­tu­rę z o­kre­su ba­ro­ku, co u­zna­łam za za­cho­wanie dzi­wacz­ne i za­baw­ne, ale wspa­niało­myśl­nie nie po­dzie­liłam się z nią tą uwagą, na­trafi­ła na cie­ka­we przy­pad­ki roz­wią­zy­wa­nia róż­nych pro­ble­mów. Po­le­ga­ło to na wkła­daniu pod łóżko przed­mio­tów ma­ją­cych zwią­zek z co­dzien­ny­mi kło­pota­mi. Przy­szło mi więc do głowy, że je­żeli u­miesz­czę we wska­zanym miej­scu ar­ty­ku­ły spo­żyw­cze, mój żo­łą­dek od­czy­ta to jako sy­gnał wy­peł­nienia. Nie będę czuła głodu, co w na­tu­ral­ny spo­sób wpły­nie na u­tra­tę wagi. Na wszel­ki wy­pa­dek jed­nak prze­ką­si­łam to i owo. Prze­niesienie znacz­nej czę­ści za­war­to­ści mojej lo­dów­ki pod łóżko za­ję­ło chwi­lę. Niek­tó­re pro­duk­ty nie da­wały się o­kieł­znać, śli­zga­ły się na ta­le­rzy­kach i spa­dały na i tak nie pierw­szej świe­żo­ści pod­łogę.

– Rano – rzu­ci­łam jesz­cze w stro­nę mojej przy­ja­ciół­ki wagi

– zo­ba­czy­my, czy po­mogło.

Za­snę­łam w mie­sza­ninie dziw­nych za­pachów, z któ­rych naj­wy­raź­niejsza była jed­nak od­da­wana wszyst­kimi po­ra­mi woń al­ko­holu.

Rozdział 6

Sie­dzia­łam od paru go­dzin w swoim po­koju i tępo przy­glą­da­łam się po­roz­kła­danym na biur­ku ma­te­riałom. Sta­no­wi­ły one pod­sta­wę eg­za­mi­nu, który mia­łam dzi­siaj prze­pro­wa­dzić. Po raz pierw­szy od nie­pa­mięt­nych cza­sów czu­łam so­li­dar­ność ze stu­den­ta­mi, a ra­czej ich nie­do­bit­ka­mi o­de­sła­ny­mi na drugi ter­min.

A wszyst­ko dla­te­go, że po­niosła nas wczo­raj z Ta­marą fan­tazja za­iste u­łań­ska. No i za­brakło Elki, która nie do­pu­ści­ła­by do ta­kie­go u­podle­nia. Cie­ka­we, jak ona spę­dzi­ła wczo­rajszy wie­czór? Jeśli do­je­cha­li na miej­sce, to bez wąt­pie­nia bar­dziej ro­man­tycz­nie. Jeśli nie, to być może czuje się dzi­siaj także wy­koń­czona, choć w zu­peł­nie inny spo­sób. Bio­rąc pod uwagę porę roku i po­dróż, może być co naj­wy­żej spo­cona. Chęt­nie bym się z nią za­mie­niła. Ma­ją­cy się po­ja­wić za chwi­lę zda­ją­cy mo­gli­by wtedy po­dej­rzewać mnie je­dy­nie o za­nie­dbania na polu hi­gie­ny o­sobi­stej. Tym­cza­sem wszyst­ko wska­zy­wało jed­no­znacz­nie na ro­dzaj nad­uży­cia. A to mogło do­prowa­dzić do chęci zbyt­nie­go spo­ufa­le­nia się. Dzi­siaj byłam jedną z nich! Tak się czu­łam i tak wy­glądałam. Być może nie by­ło­by w tym nic strasz­ne­go, gdyby nie fakt, że pła­co­no mi za to, żebym była po dru­giej stro­nie. W sen­sie to­pogra­ficz­nym byłam. Spoza stosu zgro­ma­dzonych na biur­ku ksią­żek wy­cze­ki­wa­łam pierw­szego ska­zań­ca. Nad­cho­dzi­ła go­dzina rzezi nie­winią­tek. Ktoś e­ner­gicz­nie za­ło­motał do drzwi.

– Pro­szę – wy­szep­ta­łam au­to­matycz­nie.

Ko­rzy­sta­jąc z wa­hania in­tru­za, który po­sta­nowił za­kłó­cić moje bez­ro­zum­ne nic­nie­ro­bienie, wy­szu­ka­łam w to­reb­ce po o­mac­ku lu­ster­ko i szczot­kę do wło­sów i u­si­ło­wa­łam nadać sobie na­tu­ral­nie przy­ja­zny wy­gląd. Nie wy­szło.

– Pro­szę! – krzyk­nę­łam wście­kle w prze­strzeń.

– To ja – za­szep­tał ktoś w od­powie­dzi zza u­chy­lo­nych drzwi.

– Można?

– Prze­cież po­wie­dzia­łam: pro­szę – czu­łam, że za­go­towało się we mnie – co jesz­cze po­win­nam zro­bić?

– Wło­żyć w to tro­chę serca.

Męż­czy­zna z takim po­dej­ściem do życia mógł być tylko moim o­sobi­stym prze­ło­żonym, jed­nym z młod­szych pro­fe­sorów na­sze­go wy­dzia­łu, znaw­cą li­te­ra­tu­ry wsze­la­kiej i – nad czym u­bo­le­wa­łam – moim wiel­bicielem. Ta wi­zy­ta była ponad moje siły. I nawet nie mo­głam uznać jej za nie­spo­dziewa­ną. Ten czło­wiek znał na pa­mięć, chyba le­piej ode mnie, roz­kład moich zajęć i po­ja­wiał się zwy­kle we wszyst­kich moż­li­wych prze­rwach po­mię­dzy nimi. Ch­cia­łam krzyk­nąć, że je­stem za­ję­ta albo ro­ze­bra­na, ale mil­czałam.

– Widzę, że ko­le­żan­ka jest nieco za­ję­ta. – Po­ma­chał rę­ka­mi nad ba­łaganem, jaki udało mi się zro­bić o po­ran­ku.

– Za chwi­lę mam...

– Eg­za­min – do­koń­czył za mnie. – Wiem, wiem. Mimo owej wie­dzy u­siadł nie­pro­szony.

– Ja wła­śnie w tej spra­wie. Czyż­by chciał mi za­pro­ponować za­stęp­stwo? Może jed­nak źle go o­ce­nia­łam?

– Tak? – wy­mam­ro­tałam naj­łagod­niej, jak po­tra­fi­łam, i chyba nawet zatrze­po­ta­łam rzę­sa­mi.

– Po­my­śla­łem sobie wła­śnie, że może mógł­bym być po­moc­ny.

– To miłe. – Teraz już na pewno trze­po­ta­łam. Wstał i ru­szył za mój fotel.

– Gdyby ko­le­żan­ka chcia­ła... – Na­chy­lił się nad moim uchem.

Nie­cier­pliwie cze­ka­łam na ko­niec zda­nia. Byle się nie śli­nił! A zresz­tą nawet jak tro­chę śliny skap­nie na mój swe­terek, nie będę miała mu tego za złe. Jak się nade mną zli­tu­je, to po­gnam do domu, a tam już jakoś się tego po­zbę­dę.

– Ch­cia­łabym! – en­tu­zja­stycz­nie prze­rwa­łam ciszę.

– Ry­zykant­ka – za­mru­czał prze­cią­gle i teraz już na pewno poczu­łam wil­goć na szyi. – To lubię.

Od­sko­czył na dźwięk gwał­tow­ne­go wtar­gnię­cia do ga­bi­ne­tu... o­grom­ne­go bu­kie­tu kwia­tów. Przez mo­ment wy­da­wało mi się, że widzę go tylko ja i że jest on ni­czym innym, jak wy­jąt­ko­wo pięk­ną per­so­ni­fika­cją u­trzy­mują­ce­go się u­po­je­nia al­ko­holowe­go albo kaca. Ale tylko przez mo­ment, do­pó­ki zza owej fan­tastycz­nej fa­tamor­gany nie wy­ło­nił się łeb Olu­sia.

– A kuku! – Uśmiech znikł mu z ob­li­cza, gdy zo­ba­czył za­wie­szo­nego gdzieś nade mną męż­czy­znę – praw­do­podob­nie ry­wa­la.

– A kuku – od­powie­dział li­te­ra­tu­ro­znaw­ca.

– Co tu ro­bisz? – przy­stą­pi­łam do ataku.

– Ch­cia­łem cię prze­pro­sić – wy­ją­kał. – I po­wie­dzieć, że mia­łaś rację. No wiesz, z Paw­łem.

– Wiem, że mia­łam rację. – Wła­sną wie­dzę pod­kre­śli­łam gwał­tow­nym ze­rwa­niem się z fo­te­la. – Zaw­sze ją mam i nie po­trze­bu­ję two­je­go po­twier­dzenia.

– A kwia­ty? – za­py­tał.

– Co kwia­ty?

– Przyj­miesz na zgodę?

Po­ki­wa­łam głową, wy­cią­gnę­łam rękę i...

.

.

.

(fragment)