Kraków, 28 października 2015 roku, środa
Natalia z Marcinem weszli przez stare skrzypiące drzwi do szarego i ponurego pomieszczenia. Pachniało w nim kurzem i wilgocią, ale panował
wzorowy porządek. Po prostu stare grube mury przesiąkły
charakterystycznym zapachem. Przy drewnianym stole siedział starszy
mężczyzna i wpatrywał się w parę, która unosiła się znad szklanki z herbatą.
- Dzień dobry. Jak się pan czuje? - zapytała Natalia.
Mężczyzna drgnął i spojrzał w ich kierunku.
- Bywało lepiej - odparł, a komisarz kiwnęła głową ze zrozumieniem.
- Komisarz Gwiazdowska i aspirant Winnicki - przedstawiła ich.
Starszy mężczyzna chwilę się im przyglądał z dobrotliwym, ale smutnym
wyrazem twarzy. Jego przedłużone reakcje mogły wynikać też z zażytego
lekarstwa, które otrzymał od Opalińskiego.
- Alojzy Nowak - również się przedstawił smutnym głosem. - Czy ona na
pewno nie żyje? - zapytał niepewnie.
- Obawiam się, że tak - odparła Gwiazdowska, a mężczyzna zakrył oczy
dłonią. Wciąż był pod wrażeniem tego, co zobaczył.
- Znowu to samo - westchnął.
- Co ma pan na myśli? - zapytała.
- Już kiedyś zdarzyła się tu taka tragedia - zaczął mężczyzna, patrząc
na herbatę. - Piętnaście lat temu, a może i więcej, z tego samego okna
wyskoczyła uczennica. Wspaniała dziewczyna - westchnął znowu.
Winnicki i Gwiazdowska już wiedzieli, że to nie jest zbieg okoliczności.
- A czy zna pan tę dziewczynę, którą dziś pan znalazł? - zapytała
komisarz ostrożnie.
Mężczyzna podniósł na nią wzrok i chwilę się przyglądał.
- No właśnie wydaje mi się, że znam tę buzię, ale nie mogę przypomnieć
sobie jej imienia - odparł i znowu się zamyślił, po czym dodał: - Kiedy
ją zobaczyłem, to pomyślałem, że to jedna z panienek ze szkoły baletowej
pani Bieleckiej. One czasem ćwiczą na dziedzińcu, ale nie o tej godzinie
i nie o tej porze roku - mówił, jakby sam sobie tłumaczył swoją pomyłkę.
- A później przypomniałem sobie, że to niemożliwe, żeby któraś z dziewczyn dziś była w szkole.
- Dlaczego?
- Dwa dni temu pani Bielecka pojechała z sześcioma najlepszymi
baletnicami za granicę. Chce zapewnić dziewczynom dobre miejsca w międzynarodowych szkołach. Postanowiła zamknąć szkołę, bo mówi, że już
nie ma siły. Ponad czterdzieści lat prowadzi to miejsce. Została sama ze
wszystkim. Zawsze miała burzliwe relacje z bliskimi, więc nikt nie chce
jej pomagać. Poza tym czasy się zmieniają - opowiadał mężczyzna. Natalia
z Marcinem chętnie go słuchali, gdyż nie orientowali się, jak działają
szkoły tańca. - Pani Bielecka mówi, że teraz rodzice, którzy zapisują
dzieci do szkoły baletowej, oczekują, że z dnia na dzień ich pociecha
stanie się głównym solistą. Nie rozumieją, że do tego trzeba czasu,
cierpliwości i, co najważniejsze, talentu. Ubolewała, że w tych czasach
najważniejszy jest sukces, a nie praca, aby go osiągnąć.
- Czyli szkoła jest zamknięta i nie ma tam nikogo? - zapytała Natalia i spojrzała porozumiewawczo na Marcina.
- Tak - przyznał mężczyzna.
- Jakby ktoś chciał, to trudno byłoby się dostać do środka? - dopytywał
się Marcin.
- Na klatkę schodową bez problemu można wejść, bo szkoła mieści się w jednej części kamienicy, a w innych są firmy, które przyjmują klientów
czy kurierów - odpowiedział dozorca. - A drzwi do szkoły łatwo otworzyć,
są stare. Jakby ktoś chciał tam wejść, toby wszedł, tylko nie wiem po
co, skoro tam nikogo nie ma, a pani Barbara nic cennego tam nie
przechowuje. To szkoła tańca. - Spojrzał pytająco na Gwiazdowską i nagle
rzucił, jakby doznał przebłysku: - No tak, jak szkoła była zamknięta, to
w jaki sposób ta kobieta się tam dostała i wyskoczyła z okna?
- No właśnie - odparła komisarz machinalnie. - Wyślemy techników, aby
sprawdzili, czy są ślady włamania lub manipulowania przy zamku. Od dawna
pan tu pracuje? - zapytała, bo z wcześniejszych słów mężczyzny wynikało,
że jest w dobrych relacjach z właścicielką szkoły.
- Ze dwadzieścia pięć lat będzie - odpowiedział, nie namyślając się zbyt
długo.
- Zna pan dziewczyny z tej szkoły? - upewniała się.
- Teraz znam wszystkie, bo niewiele ich zostało - wyjaśnił mężczyzna. -
Kiedyś było ich znacznie więcej i nigdy nie mogłem ich zliczyć. Jeszcze
kilka lat temu to miejsce tętniło życiem, a teraz panuje tu grobowa
cisza. - Dozorca ciężko westchnął. Nowe czasy zdecydowanie mu nie
odpowiadały.
- To może kojarzy pan tę dziewczynę? - Marcin wyciągnął przed siebie
komórkę, pokazując zdjęcie Oliwii.
Natalia uznała to za desperacki pomysł. Teraz to Marcin szukał tropów
tam, gdzie ich nie było. Mimo to czekała na reakcję dozorcy.
Jedno spojrzenie mężczyzny na fotografię w smartfonie Winnickiego
wystarczyło.
- To Oliwka - odpowiedział radośniej, a Natalia poczuła, jak nowa fala
adrenaliny zalewa jej wnętrzności. No to naczelnik miał swoje fakty. -
Zdolna dziewczyna. Kiedy tańczyła, dech zapierało nawet komuś takiemu
prostemu jak ja - powiedział z nostalgią. - Miała wyjątkowy talent
przekazywania emocji tańcem. Miała dar, ale niestety zdarzył się wypadek
i przekreślił jej karierę. Pani Bielecka była załamana. Oliwia w tamtym
czasie była jej największą gwiazdą. Jedną straciła kilka lat wcześniej,
a następnie Oliwkę. - Słychać było, że wspomnienia dawnych lat tkwią
głęboko w mężczyźnie.
- Kogo straciła wcześniej? - dopytywała Gwiazdowska.
- Gaję Deńko, miała siedemnaście lat. Do dziś ją pamiętam. - Kręcił z niedowierzaniem głową dozorca, jakby chciał odgonić od siebie fakty
sprzed lat. Nagle spojrzał na Winnickiego i zapytał: - A dlaczego pan
pyta o Oliwię? Nie widziałem jej od bardzo dawna.
- Kiedyś się z nią przyjaźniłem, a słuchając pana, przypomniałem sobie o niej - skłamał Winnicki.
- To była wspaniała dziewczyna - odpowiedział z entuzjazmem starszy
mężczyzna, a Marcin poczuł gorycz i wstyd. On nigdy nie widział w Oliwii
niczego wyjątkowego. Dlatego teraz tylko skinął głową na słowa dozorcy.
- Gdyby chciał się pan czegoś więcej dowiedzieć o Oliwii, to zapewne
opowie panu Ewa Swat.
- Kto to? - zapytała z zainteresowaniem komisarz.
- Przyjaciółka Oliwki. Kiedyś były nierozłączne - wyjaśnił dozorca, a Natalia przelotnie spojrzała na Marcina, który tylko lekko wzruszył
ramionami, dając jej do zrozumienia, że nie ma pojęcia, o kim mowa. -
Ewa mieszka o tu, po drugiej stronie ulicy. - Wskazał przez okno palcem
na bramę naprzeciwko. - Ona też już nie tańczy, ale często z nią
rozmawiam.
- A widział pan tu kiedyś tego mężczyznę? - Komisarz pokazała zdjęcie na
swoim smartfonie.
Dozorca przyglądał się chwilę i pewnie odparł:
- Nie, nigdy.
- Dziękujemy - odpowiedziała Gwiazdowska, czując się jak marionetka w rękach psychopaty. Była pewna, że Sadlewski celowo ich tu skierował, i cokolwiek naczelnik by mówił, ona była pewna, że nic tu nie jest
przypadkiem i odrębną sprawą.
- Skąd ta dziewczyna się tu wzięła? - zadumał się dozorca. - Młoda
kobieta... Co się dzieje z tym światem? - westchnął.
- Wszystkiego się dowiemy. Nikt nie odbiera sobie życia bez powodu -
powiedziała komisarz, chcąc trzymać się wersji z samobójstwem.
- Policjant, który tu był, kiedy Gaja wyskoczyła, też tak mówił - odparł
zrezygnowanym głosem dozorca. A Natalii zaświeciła się w głowie kolejna
lampka, aby sprawdzić w archiwum śledztwo sprzed lat.
- Czasem ciężko zrozumieć, że ktoś tak młody decyduje się zakończyć
swoje życie, ale to się zdarza - stwierdziła Natalia i pożegnała się ze
starszym mężczyzną.
Kraków, 20 marca 1998 roku, piątek
Bukowski wszedł przez masywne drzwi do środka lokalu, należącego do
szkoły tańca Balance. Na wąskim i długim korytarzu nie było nikogo, ale
doszły go głosy z jednego z pomieszczeń, więc ruszył w tamtym kierunku.
Niepewnie popchnął uchylone drzwi i powoli włożył głowę do środka,
lokalizując głos, który usłyszał, będąc na korytarzu. Na środku sali
stała szczupła kobieta po czterdziestce, której postawa od pierwszego
spojrzenia oznajmiała, że w niedawnej przeszłości była baletnicą. Jej
wiek nie pozostawiał wątpliwości, że zawodowy taniec należał do jej
przeszłości. Dlatego Bukowski domyślił się, że kobieta jest nauczycielką
albo dyrektorką, z którą policjanci już rozmawiali. Właśnie zapoznawała
młodzież z sytuacją, a jego pojawienie się w drzwiach przerwało jej
monolog. Dlatego postanowił się odezwać:
- Dzień dobry, inspektor Jan Bukowski. Przydzielono mi sprawę tego
nieszczęśliwego wypadku - wyjaśnił, rozglądając się po pomieszczeniu, w którym była zgromadzona młodzież. Szkoła była kameralna, więc w sali
było może ze trzydzieści osób.
- Barbara Bielecka, jestem dyrektorką szkoły - wyjaśniła z niemiłym
chłodem w głosie. Już po tym jednym zdaniu Bukowski czuł, że surowa
dyscyplina jest metodą pracy tej kobiety.
- Czy mógłbym z panią porozmawiać na osobności? - zapytał, mierząc
wzrokiem przejętych i smutnych młodych ludzi.
- Zapraszam do gabinetu - odparła bez chwili wahania. - Wrócimy do tej
rozmowy. Na razie zajmiecie się czymś pożytecznym - rzuciła do
zgromadzonych w sali i ruszyła na korytarz.
Młodzież nawet nie czekała, aż drzwi się za nimi zamkną, natychmiast
zaczęła szeptać między sobą.
Drogę do gabinetu przemierzali w milczeniu. Bukowski wyczuwał, że
Bielecka nie lubi rozmów w stylu small talk. Wydawała się konkretna,
więc inspektor jej nie zagadywał. Chciał tylko zadać pytania, aby poznać
prawdę o samobójstwie młodej baletnicy.
Bielecka wprowadziła go do niewielkiego pokoju, który przepełniała biel.
Można było nawet powiedzieć, że jej bezmiar kłuł w oczy. Trzeba było się
przyzwyczaić do takiej intensywności tego koloru.
- Proszę usiąść, zapewne chce pan porozmawiać o Gai? - odezwała się
pierwsza, wskazując mu krzesło, które miało irytujący biały kolor.
Zanim usiadł, zastanowił się, czy cienki trencz, który miał na sobie,
jest wystarczająco czysty, aby bez obaw zająć miejsce. Czuł dyskomfort.
Taki kolor był niepraktyczny, stresował.
Nie podobał mu ten się gabinet, źle się w nim czuł. Miał nieprzeparte
wrażenie, że pomieszczenie i jego styl były idealnie zsynchronizowane ze
sposobem bycia i osobowością dyrektorki.
- Proszę powiedzieć, co pani wie o tej dziewczynie - poprosił, cały czas
wiercąc się na krześle. Szukał dogodnej pozycji, aby jak najmniej
dotykać obicia.
- Zapewne chciałby pan się dowiedzieć, czy miała powody, aby się targnąć
na życie? - przeszła do rzeczy Bielecka.
- A miała?
- Była gwiazdą szkoły. Wszystkie uczennice chciały być takie jak ona,
tańczyć jak ona i mieć taką przyszłość na światowych scenach jak ona. -
Kobieta mówiła w machinalny sposób, jakby wygłaszała standardową regułę.
- Miała talent, umiejętności, elastyczne ciało, potrafiła być
perfekcyjna. Miała doskonałe ciało, które umiała kontrolować. Była
wzorem do naśladowania.
- Czyli nie miała powodów?
- Absolutnie żadnego - odpowiedziała Bielecka stanowczo.
- A czy przyjaźniła się z kimś ze szkoły? - zapytał, a kobieta
uśmiechnęła się w niezrozumiały dla niego sposób.
- Do szkoły baletowej nie przychodzi się szukać przyjaciół. Jeśli chce
się coś osiągnąć, to trzeba pracować nad sobą. Obecność innych często
rozprasza - odpowiedziała Bielecka w taki sposób, że Bukowski nie
wiedział, czy dobrze ją zrozumiał. Gaja była nastolatką, a obserwując
własne córki, wiedział, że towarzystwo rówieśników jest niezbędne do
prawidłowego rozwoju społecznego. Każdy chce mieć choć jedną bliską
osobę.
- Nie miała ani jednej koleżanki? - upewniał się, gdyż nie mógł uwierzyć
w taką samotność.
- No wie pan, chodziła do klasy z innymi. Była też przydzielona do
grupy, z którą ćwiczyła do występu, ale nie widziałam, aby z kimś
przesiadywała na przerwach czy w czasie wolnym. Takie chwile
wykorzystywała na ćwiczenia.
- Była lubiana?
- Była najlepsza, a takich ludzi inni nie lubią, bo im zazdroszczą -
odpowiedziała dyrektorka, a płynący od niej chłód i dystans zaczęły
Bukowskiego denerwować. Sprawiała wrażenie osoby bezwzględnej, dla
której liczy się tylko perfekcja, a każda inna luźniejsza postawa
zasługuje na naganę. Może to oczekiwania wobec Gai doprowadziły do jej
śmierci. Musiał to brać pod uwagę. Nieustająca presja może spowodować
szaleństwo.
- No dobrze, nie miała w szkole znajomych, a jak wyglądało jej życie
poza szkołą?
- Gaja miała siedemnaście lat, w balecie to czas, kiedy robi się
największe kariery. Dlatego nie miewała czasu wolnego - trzymała się
swojego dyrektorka. - To była mądra dziewczyna, która rozumiała, co może
osiągnąć, jeśli nie będzie taka jak każda rozkapryszona nastolatka.
Dlatego nie była jak inne dziewuchy, które myślą, że świat stoi przed
nimi otworem i że wszystko im się należy bez ciężkiej pracy.
- Przepraszam, ale trudno mi uwierzyć, że dziewczyna, która ma
siedemnaście lat, nie ma ochoty na chwilę szaleństwa - odezwał się lekko
Bukowski. - Mam trzy córki, a jedna ma właśnie siedemnaście lat. Jest w porządku, uczy się i nie ma z nią problemów, ale kiedy przychodzi
piątkowy wieczór, to włącza jej się szwendak. - Uśmiechnął się, chcąc
wprowadzić luźniejszą atmosferę.
- Przeciętne nastolatki tak mają - odparła błyskawicznie Bielecka bez
uśmiechu. - Gaja była wyjątkowa. Zabiegały o nią szkoły baletowe z całego świata. Za trzy miesiące miała lecieć do Paryża, dostała posadę w Paris Opera Ballet.
Słuchając dyrektorki, inspektor nie mógł rozgryźć, czy kobieta była
dumna z osiągnięć uczennicy, czy była to dla niej tylko kwestia
biznesowa.
- A jaką sytuację rodzinną miała Gaja? Może tam były problemy? -
Bukowski desperacko szukał jakiejś niedoskonałości w życiu samobójczyni.
- Rodzice Gai to majętni ludzie i mieszkają w USA. Oddali córkę pod moją
opiekę, bo wiedzieli, że przy mnie osiągnie najwyższy poziom - mówiła
jednostajnie. W jej słowach nie było żadnych emocji, jak u zaprogramowanego robota.
- Gaja mieszkała sama? - Bukowski liczył, że tu będzie punkt
zaczepienia. Jeśli dziewczyna żyła bez nadzoru dorosłego, to może jednak
miała też inny świat, a nie tylko ten związany z baletem. Nie o wszystkim dyrektorka musiała wiedzieć.
- Mieszkała w kamienicy na Wiślnej z innymi dziewczynami ze szkoły -
wyjaśniła Bielecka. - Do mnie do szkoły przyjeżdżają uczniowie z całej
Polski, dlatego, aby mieć pewność, że są bezpieczni, doszłam do
porozumienia z właścicielem kamienicy i tylko mnie wynajmuje małe
mieszkanka. - Te słowa rozpaliły nadzieję w inspektorze, że może był
czas i zajęcia w życiu Gai, o których dyrektorka nie wiedziała. - W kamienicy jest monitoring i stróż - dodała, jakby czytała w myślach
Bukowskiego.
- Rozumiem, czyli według pani Gaja nie miała powodów, aby odebrać sobie
życie? - powtórzył zadane wcześniej pytanie.
- Absolutnie żadnych - rzuciła raz jeszcze stanowczo.
- A jednak to zrobiła. Dlaczego?
Jego pytanie zawisło w powietrzu, a Barbara Bielecka nie umiała na nie
odpowiedzieć. Inspektor był pewny, że kobieta widziała tylko to, co
chciała widzieć. Była skupiona wyłącznie na balecie, nie interesowało
jej nic innego, a Bukowski wiedział, że życie nastolatków zawsze toczy
się też z boku głównego nurtu. W świecie równoległym, niedostępnym
dorosłym.
- Czy kiedy Gaja wyskoczyła przez okno, była sama w sali? - zapytał
ponownie, bo w gabinecie nastała niezręczna cisza.
- Niestety nie, zdarzyło się to przed rozpoczęciem próby - zaczęła mówić
kobieta, ale już bez pewności w głosie. - Młodzież czekała na
nauczyciela w sali numer trzy.
- Ile osób było z Gają wtedy w sali?
Bielecka chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.
- Pięć, ona była szósta. Próby odbywają się w wąskim gronie, a każda z grup ćwiczy swoją partię. Dopiero dwa tygodnie przed występem zaczynają
pracować wszyscy razem.
- Chciałbym porozmawiać z tą piątką - poprosił.
- To wykluczone, w tej grupie są dzieci. Przeżyły wstrząs, więc nie jest
to dobry pomysł, aby ponownie do tego wracały - zaprotestowała
dyrektorka.
- Na ich oczach zabiła się koleżanka, ta chwila i to zdarzenie będą do
nich powracać do końca życia - odpowiedział stanowczo Bukowski. To był
najwyższy czas, aby to on przejął kontrolę nad dalszym przebiegiem
wydarzeń. - Są świadkami. Może zanim Gaja targnęła się na swoje życie,
coś powiedziała? Coś wyznała? Nie chce się pani dowiedzieć, dlaczego
dziewczyna, która miała doskonałe życie, popełniła samobójstwo? Co pani
powie jej rodzicom?
Bukowski widział, jak w kobiecie buzują nerwy. To była sytuacja, której
nie kontrolowała, i ewidentnie ją to niepokoiło.
- Dobrze, ale proszę o delikatność - odparła po chwili.
- Może być pani pewna, że będę brał pod uwagę ich wiek i to, co przeżyli
- zapewnił. - Czy mógłbym takie rozmowy odbyć w najdalszej sali od
miejsca, w którym doszło do tragedii? - poprosił. Widząc pytający wzrok
Bieleckiej, wyjaśnił: - Będzie im się łatwiej skupić, jeśli będą mieć
wrażenie, że oddalili się od tego dramatycznego miejsca.
- Sala numer dziesięć jest w drugiej części szkoły - stwierdziła
dyrektorka.
- Proszę przysyłać tam pojedynczo dzieciaki - poprosił inspektor,
podnosząc się z ulgą z krzesła. Czuł się na nim jak na rozżarzonych
węglach.
Wyszli na korytarz. Kobieta ruszyła w stronę, z której przyszli tu
razem, ale Bukowski coś sobie przypomniał i ją zatrzymał. Bielecka
odwróciła się w jego kierunku z gracją, jakby robiła piruet.
- Poproszę, aby policyjny psycholog też z nimi porozmawiał - stwierdził
inspektor. - Muszą się dowiedzieć, jak przejść przez tę tragedię.
- To twarda młodzież. Użalanie się nad nimi tylko im zaszkodzi.
Chłód i bezwzględność tonu dyrektorki sprawiały, że Bukowski, choć się
starał, nie mógł wykrzesać z siebie ani odrobiny sympatii dla tej
kobiety.
Kraków, 8 lipca 1980 roku, wtorek
- Kiedy będzie mógł wrócić do treningów? - zapytała z niezadowoleniem
kobieta. - Przygotowujemy się do występu, każdy dzień ma znaczenie.
- Proszę pani, chłopiec ma skręcenie stawu skokowego. Będzie potrzebował
rehabilitacji. To wyklucza treningi na minimum dwa, nawet trzy tygodnie
- odpowiedział lekarz tonem jasno dającym do zrozumienia oburzenie
wynikające z postawy kobiety. - On ma pięć lat, jego stawy, kości
jeszcze się kształtują, są delikatne, narażone na urazy, a balet, z tego, co mi wiadomo, jest urazowy.
- Proszę nie mówić tego, co wiem, tylko co robić, aby takie kontuzje się
nie powtarzały - rzuciła kobieta z poirytowaniem.
Chłopiec siedział obok ze spuszczoną głową. Lekarz co chwilę na niego
spoglądał, licząc na reakcję, ale ona nie przychodziła.
- Proszę spojrzeć na to prześwietlenie i na jego opuchniętą kostkę. -
Wskazał palcem na podświetlaną tablicę, na której wisiała klisza. - Musi
pani zmniejszyć liczbę treningów, inaczej dziecko będzie niebawem
kaleką, a nie baletmistrzem.
- Zasięgnę opinii innego lekarza - burknęła i poderwała się z krzesła,
ciągnąc chłopca za rękę.
- Jak sobie pani życzy. Według mnie godzina dziennie to odpowiednia
dawka ćwiczeń dla takiego małego chłopca - powiedział za wychodzącą
kobietą, ale ona nie zamierzała go słuchać. Ciągnęła ze wściekłością
kuśtykające dziecko za sobą.
- Zawsze muszą być z tobą problemy - rzuciła do chłopca. - Żebyś choć
raz docenił moje starania. Dla mnie nikt aż tyle nie robił, kiedy byłam
dzieckiem.
Chłopiec milczał, ból nogi był nieznośny, ale nie chciał dać satysfakcji
kobiecie, że cierpi. Dlatego zaciskał zęby i szedł, a jego niechęć do
niej rosła z każdym krokiem.
- Jaka diagnoza małego Niżyńskiego? - zapytał, uśmiechając się do
chłopca, pulchny mężczyzna stojący przy aucie, do którego mieli wsiąść.
- Konował - odparła kobieta, ale już nie z taką zaciętością jak chwilę
temu. Dla wesołego grubaska zawsze była miła.
- Ale co powiedział? - dopytywał mężczyzna, kiedy chłopiec z kobietą
znaleźli się w samochodzie.
- Że powinniśmy przerwać treningi na minimum dwa tygodnie - fuknęła. -
Wyobrażasz to sobie?
- Wyobrażam - powiedział z uśmiechem. - Widziałem kostkę i nie wygląda
dobrze. - Poklepał kobietę po ręce. - Nie martw się, ja zajmę się małym
Niżyńskim przez ten czas. - Spojrzał w lusterko, a kiedy napotkał wzrok
chłopca siedzącego na tylnej kanapie, puścił do niego oczko. - A ty
skupisz się na kwestiach organizacyjnych. Za dwa miesiące wielkie
otwarcie.
Chłopiec był szczęśliwy, lubił przebywać z pulchnym mężczyzną. Zawsze
było miło i zabawnie. Mężczyzna nigdy nie krzyczał i lubił go słuchać.
- To ja cię potrzebuję, a nie on! On będzie leżał i zero pożytku z niego
- powiedziała z pretensją szczupła kobieta.
Mężczyzna pocałował ją w dłoń, nie odrywając wzroku od drogi.
- Uda mi się podzielić czas między was oboje. Mały Niżyński musi się
zregenerować, a sam przecież w domu nie zostanie. - Tym razem w jego
głosie słychać było miłą stanowczość, którą chłopiec znał. Wiedział, że
kiedy się pojawia, nie ma sensu już z grubaskiem dyskutować, bo i tak
postawi na swoim.
Kraków, 28 października 2015 roku, środa
Wrócili na dziedziniec. Martwa dziewczyna ciągle leżała w tym samym
miejscu i przyciągała wzrok. Natalia czuła mrowiące pobudzenie. Chciała
jak najszybciej przekazać naczelnikowi to, czego dowiedzieli się od
dozorcy. Musiał wiedzieć, że nie popadła w obłęd.
Wróblewski, Opaliński i Szramowski stali razem blisko siebie. Był to
rzadki widok. Naczelnik szeptem tłumaczył coś patologowi, a Szrama
wyglądał jak zrezygnowane dziecko, któremu odebrano nadzieję na nową
zabawkę.
- Coś powiedziała? - zapytał Szramowski z niezdrowo energiczną reakcją.
- Tak, i miałam rację - rzuciła Natalia szybko z taką samą ekscytacją
jak prokurator. - Dozorca zna Oliwię, uczyła się w tej szkole. -
Zawiesiła na chwilę głos, aby spojrzeć na naczelnika, który
ostentacyjnie westchnął. - Pan Alojzy powiedział także, że ponad
piętnaście lat temu jedna z uczennic wyskoczyła przez to samo okno i tak
jak teraz wszyscy wzięli to za samobójstwo.
- A tak nie było? - zapytał Szramowski nerwowo.
- Nie wiem, musimy znaleźć akta tamtej sprawy, bo to niemożliwe, aby
zdarzyła się w tym samym miejscu dwa razy taka sama tragedia - odparła
pewnie Natalia. - Może dziewczyny coś ze sobą łączyło.
- Powiedział też, że od dwóch dni w szkole nie ma nikogo, bo wszyscy
wyjechali. Jak więc kobieta mogła wyskoczyć z okna zamkniętej szkoły? -
dopowiedział Marcin, chcąc udowodnić, że dzisiejsze zdarzenie nie może
być samobójstwem i jest kolejnym elementem łączącym się ze sprawą
zniknięcia Oliwii.
- A rozpoznał ją? - zainteresował się Opaliński, wskazując na denatkę.
- Mówi, że wydaje mu się, iż już widział jej twarz, ale nie mógł sobie
przypomnieć nawet imienia - odpowiedziała z kwaśną miną Gwiazdowska, po
czym zmieniła błyskawicznie wyraz twarzy i dodała: - Ale wskazał
przyjaciółkę Oliwii. Mieszka po drugiej stronie ulicy. Pójdziemy z nią
porozmawiać. Może wie coś, co popchnie nas dalej.
Już miała ruszać w kierunku wyjścia, ale Wróblewski ją zatrzymał.
- Wprowadziłem w sprawę Maksa. - Naczelnik mówił cicho, tak aby słyszeli
go tylko Natalia z Marcinem i Szramowski z Opalińskim. - Technikom też
musimy powiedzieć, że ze względu na dobro śledztwa wskazana jest
dyskrecja.
Wszyscy kiwali głowami, licząc, że plan Wróblewskiego wypali.
- Teren cholernie czysty - usłyszeli głos Adama Górnego. - Nic tu po
nas.
- Sprawdźcie, proszę, jeszcze drzwi do szkoły - odezwała się Natalia. -
Czy ktoś manipulował przy zamku. Musicie też dostać się do środka, aby
obejrzeć miejsce, z którego rzekomo wyskoczyła. - Wskazała palcem na
otwarte okno.
Adam Górny kiwnął głową.
- Jakby drzwi do szkoły były zamknięte, to zapasowe klucze ma dozorca -
dodała.
- Poradzimy sobie - odparł technik z uśmiechem.
- Panowie, mogę prosić na słowo? - rzucił naczelnik do techników.
Adam Górny i Tomasz Michalski posłusznie przystanęli obok niego.
Wróblewski miał nadzieję, że będą trzymać język za zębami.
Natalia trąciła Marcina, aby ruszyli sprawdzić, czy Ewa Swat jest w domu, ale Opaliński zastąpił im drogę.
- Mam nadzieję, że wiecie, co robicie. - Spoglądał na nich poważnie. -
Oby duma nie kosztowała was kariery. Daliście się wciągnąć w niebezpieczną grę.
- Tym razem nas nie wyroluje - powiedziała Natalia stanowczo, a patolog
tylko uśmiechał się z pobłażliwością.
- Dziewczyna ma w zaciśniętej dłoni jakiś przedmiot - oznajmił. - Dam
znać, jak rozprostuję jej palce i dowiem się, co to.
- Świetnie - odpowiedziała komisarz, czując nadchodzącą euforię. - Od
razu sprawdź jej odciski palców. Zapewne jest w naszej bazie, tak jak
wcześniejsze ofiary profesora.
- Oby cię nie poniosło - rzucił Opaliński za odchodzącą Gwiazdowską.
- Przekaż od nas Wróblowi, że po rozmowie ze Swat odwiedzimy Biegaja z Kryminalnego Krakowa - stwierdziła komisarz, nie odwracając się w stronę
patologa.
Opaliński jeszcze chwilę patrzył za nimi. Miał złe przeczucia, tak jak
naczelnik. Nie wierzył, że uda im się rozwiązać tę sprawę dyskretnie,
bez rozgłosu i kolejnych ofiar. Sądził, że idą po równi pochyłej, a co
najgorsze - domyślał się zakończenia.
Kraków, 15 lutego 1985 roku, piątek
- Naprawdę nie wiem już, jak z wami pracować. - Koścista kobieta
chodziła nerwowo tam i z powrotem przed dziesięcioosobową grupą
dziewczynek i chłopców stojących nieruchomo w sztywnych pozach. - Czy
nie macie ambicji na więcej? Wystarczy wam, że jesteście tylko dobrzy? -
Nikt nie zamierzał odpowiadać, bo wiedzieli, że było to pytanie
retoryczne, więc po chwili ruszyła z dalszą falą sarkastycznych
pretensji. - Jak zawsze rozczarowuje nasz mały Niżyński. - Wskazała
ostentacyjnie na wysokiego jak na swój wiek chłopca o wyjątkowej urodzie
i nienaturalnie zielonym kolorze oczu. Reszta dzieciaków dyskretnie
spojrzała po sobie. Kobieta od zawsze zwracała się tak do chłopca i zawsze miało to wymiar ironiczny. - Dałam ci główną rolę, bo myślałam,
że jesteś gotowy, ale chyba popełniłam błąd. Liczyłam na spektakularne
pas de deux, a tymczasem Zośka robi, co może, aby przeżyć, bo wydajesz
się niepewny. Jakbyś za każdym razem zastanawiał się, czy ją złapiesz,
czy tym razem nie. Ona ma ci ufać.
Po wyrazie twarzy chłopca, do którego mówiła, nie można było
wywnioskować, czy słowa kobiety go dotykają. Wszyscy w grupie wiedzieli,
że przywykł do ciągłych pretensji i niezadowolenia nauczycielki.
- Ufam mu - szepnęła pod nosem dziewczynka, a kobieta zgromiła ją
wzrokiem.
- Ostatnio zdobyliśmy pierwsze miejsce, więc nie jest tak źle - odezwał
się w końcu chłopak.
- No oczywiście, i tobie to wystarcza! Jedno zwycięstwo! - parsknęła
kobieta, a on z obojętnością wzruszył ramionami.
- Postaramy się bardziej - powiedziała rudowłosa dziewczynka. - Będzie z nas pani zadowolona.
Kobieta teatralnie przewróciła oczami.
- Pięć minut przerwy - rzuciła i wyszła z sali.
Nastała chwila ciszy. Jedni poszli po kubki, aby się napić, inni
pozostali na swoich pozycjach, czekając na dalszą część próby.
- Nie lubię już baletu - szepnęła jedna z dziewczynek do dwóch
koleżanek.
- Musisz zawsze ją wkurzyć - burknęła rudowłosa dziewczyna do urodziwego
chłopca, który siedział na podłodze i rozmasowywał stopę. - Twoje słowa
nie ułatwią teraz prób.
- Ona zawsze jest niezadowolona, więc czym się przejmujesz - powiedział
z lekceważeniem chłopak.
- Nie po to moi rodzice płacą tu dużo pieniędzy, abym się obijała. Chcę
kiedyś tańczyć w The Royal Moscow Ballet - odparła dziewczyna po cichu,
a chłopak poklepał ją wspierająco po plecach.
Lubił ją, była dla niego miła, oboje dobrze tańczyli i mimo młodego
wieku odnosili razem pierwsze sukcesy. Wspierali się, ale bywały chwile,
kiedy dziewczynka pod wpływem słów trenerki wpadała w panikę, a wtedy to
on musiał być jej wsparciem. Ale nie miał z tym problemu, bo rudowłosa
Zosia zawsze była po jego stronie, kiedy padały pod jego adresem przykre
i często niesprawiedliwe oceny.
- Jeszcze będziesz najbardziej znaną na świecie superprimabaleriną -
odparł z lekkim uśmiechem i wykonał skok calypso, a ona się
roześmiała, bo to była jej partia tańca.
- Poćwiczymy wyskoki i partnerowanie? - zapytała lekko.
- Przecież idzie nam dobrze. Nie wiem, gdzie ona zobaczyła zachwianie -
stwierdził chłopak, ale kiedy zobaczył błagalną minę rudej koleżanki,
dodał: - No dobra, poćwiczymy.
- Może Antek przejmie partie, z którymi nie radzi sobie nasz mały
Niżyński - usłyszeli sarkastyczne słowa trenerki, która wróciła do sali.
- Czyli od razu się poddajemy - stwierdził butnie chłopak i spojrzał z cynicznym uśmiechem na kolegę, o którym wspomniała kobieta. - Mnie to
wisi - dodał z obojętnością, ale Zosia trąciła go w rękę.
Dobrze czuła się z nim w parze i nie chciała zmiany. Wiedziała, że z nowym partnerem przez jakiś czas będą musieli się docierać, a to byłaby
strata czasu. Antek był dobry, ale nie doskonały jak mały Niżyński, jak
nazywali go również koledzy. Trenerka od zawsze była na niego cięta i miała dziwny sposób na motywowanie go.
- Proszę dać nam jeszcze jedną szansę, damy radę - odezwała się Zosia,
patrząc z nadzieją na ponurą kobietę. Wiedziała, że jej ulegnie, gdyż
tak naprawdę tylko się droczyła. W ich grupie nie było lepszego tancerza
niż mały Niżyński. Ale od lat trenerka wyżywała się na nim, twierdząc,
że chce zrobić z niego najlepszego tancerza baletowego, jakiego widział
świat. On sam nie miał takich ambicji, marzył tylko o tym, aby próby
kończyły się wcześniej i aby wrócić do domu pooglądać wspólnie z ojczymem wieczorny film w telewizji.
- Zgadzam się, ale na twoją odpowiedzialność - odparła uczesana jak
zawsze w wysoki ciasny kok kobieta.
Zosia z wdzięcznością pokiwała głową i spojrzała na pięknego chłopaka w taki sposób, że wiedział, że musi się dla niej postarać. Jego wieczorne
plany właśnie legły w gruzach. Irytowało go to, bo wiedział, że są
perfekcyjni.
Wstęp
James Dobson: Jesteś winny zamordowania wielu kobiet i dziewcząt.
Czy to prawda?
Ted Bundy: Tak, to prawda.
James Dobson: Ted, jak to się stało? (...)
Ted Bundy: To pytanie zasadnicze, nad którym nie tylko ludzie
znacznie bardziej inteligentni ode mnie zastanawiali się latami. (...)
Wydaje mi się jednak, że rozumiem, co stało się ze mną - na tyle, na ile
pojmuję, w jaki sposób rozwinęły się u mnie pewne uczucia i myśli.
Powodowany nimi zacząłem zabijać. Mówię o uczuciach niepohamowanych i niszczących.
James Dobson: Wróćmy do twoich korzeni. Po pierwsze, jak rozumiem,
byłeś wychowywany w tym, co uważałeś za normalny, zdrowy dom.
Ted Bundy: Bez dwóch zdań tak.
James Dobson: Nie znęcano się nad tobą fizycznie, nie
wykorzystywano seksualnie ani emocjonalnie.
Ted Bundy: Nie. Nie było o tym mowy. I to jest część tragedii,
ponieważ dorastałem we wspaniałym domu z dwojgiem oddanych, kochających
rodziców jako jedno z pięciorga rodzeństwa. W domu, w którym na nas,
dzieciach, skupione było życie naszych rodziców. Systematycznie
uczęszczaliśmy do zboru. Miałem rodziców, którzy nie pili, nie palili,
nie uprawiali hazardu. W domu nie było żadnego fizycznego znęcania się
ani awantur. (...) To był zdrowy, porządny chrześcijański dom i mam
nadzieję, że nikt nie spróbuje pójść na łatwiznę i obwiniać albo w inny
sposób oskarżać mojej rodziny o to, że przyczyniła się do tego, co się
stało. (...)
James Dobson: Jak długo znajdowałeś się w punkcie -
powstrzymywania się - zanim faktycznie zaatakowałeś kogoś fizycznie?
Ted Bundy: Cóż... Widzi pan, to w rozwoju mojej osoby moment
bardzo subtelny. Mówimy o czymś, co... mówimy o chwili, w której osiąga
się ten stan albo dochodzi do sytuacji, w której się do niego zbliża, w ciągu... to zabiera lata.
James Dobson: Ile?
Ted Bundy: Powiedziałbym, że parę lat. I w tym czasie musiałem
sobie poradzić z bardzo silnymi zahamowaniami, które powstrzymywały mnie
przed działaniem przestępczym albo stosowaniem przemocy - w ten sposób
mnie uwarunkowano, wychowano w moim środowisku, sąsiedztwie, w moim
zborze, w szkole. (...)
James Dobson: Pamiętasz chwilę podjęcia decyzji: "Tak, pora to
zrobić?". Pamiętasz moment, w którym zdecydowałeś, by zaryzykować?
Ted Bundy: (...) Poczucie dojścia do tego punktu, w którym
wiedziałem... jakby coś pękło - wiedziałem, że nie jestem już w stanie
nad tym zapanować; granice, które uznawałem, których nauczyłem się jako
dziecko, które we mnie wpojono, nie wystarczały już, by powstrzymać mnie
przed znalezieniem ofiary i skrzywdzeniem jej.
James Dobson: Czy trafne byłoby określenie tego "szałem"?
Ted Bundy: (...) Wewnętrzny przymus.
James Dobson: OK, więc jeśli dobrze rozumiem... Toczysz wewnętrzną
walkę z normami. (...)
Ted Bundy: Tak.
James Dobson: Ted, po tym jak popełniłeś pierwsze morderstwo - jaki
wpływ miało to na twoją emocjonalność?
Ted Bundy: Nie ma żadnego sposobu, by to opisać - po pierwsze:
niepohamowany popęd do popełniania takich czynów; i to, co następuje z kolei z chwilą, gdy zostanie on w mniejszym czy większym stopniu
zaspokojony. (...) Chciałbym, aby ludzie zrozumieli również to (...), że
zasadniczo byłem osobą normalną. Nie takim typem przesiadującym w barach
ani włóczęgą. Nie byłem zboczeńcem w tym sensie, w jakim ludzie
spoglądają czasem na kogoś i mówią: "Wiem, że z nim jest coś nie w porządku"; po prostu to rozpoznają. Byłem w gruncie rzeczy normalnym
człowiekiem. Miałem dobrych przyjaciół. Prowadziłem normalne życie z wyjątkiem tego jednego drobnego, ale bardzo niszczącego wycinka o potężnym oddziaływaniu, który utrzymywałem w wielkiej tajemnicy jako coś
zupełnie osobistego - nie pozwoliłem nikomu, aby się o nim dowiedział.
(...) Nie byłem ideałem, ale... Byłem "w porządku".
Fragment ostatniego wywiadu pt. "Jak zostałem mordercą". Rozmowa Jamesa
Dobsona z Tedem Bundym [23 stycznia 1989], tłum. Łukasz Makowski
Kraków, 28 października 2015 roku, środa
Stali w ciasnym kręgu, w ciszy pochylając głowy nad smartfonem aspiranta
Marcina Winnickiego. Sześcioro policjantów z krakowskiego Wydziału
Kryminalnego wbijało wzrok w mały ekranik. Byli jak zahipnotyzowani. Już
kilka razy oglądali nadesłane nagranie, ale nie wiedzieli, co z nim
zrobić ani jak je interpretować. Byli jednak pewni, że jest ono
zapowiedzią nieuniknionych kłopotów. Gdyby nie wiedzieli, od kogo jest
nagranie, to może ich strach o los młodej kobiety, która była główną i jedyną bohaterką niepokojącego filmu, nie byłby tak realny.
- To podpucha - rzucił podkomisarz Michał Krukowski, nie spuszczając
wzroku z telefonu. - Mówiliście, że była w kontakcie z mordercą, więc
może teraz mu pomaga.
- Jak dla mnie strach na jej twarzy wydaje się prawdziwy - skwitował
aspirant sztabowy Marek Groszkowski.
Aspirant Marcin Winnicki nie mógł wydusić z siebie słowa. Być może to
przez niego Oliwia Szulc, dziewczyna z nagrania, właśnie zastanawiała
się, czy przeżyje. Chociaż to ona w czasie ostatniego śledztwa, mimo ich
ostrzeżeń, kontaktowała się z profesorem Tadeuszem Sadlewskim, który
okazał się nieobliczalnym seryjnym mordercą. Sama była sobie winna.
Gdyby od początku z nimi współpracowała i przyznała, że otrzymuje
materiały od zabójcy, umieliby jej pomóc i ochroniliby ją.
Należało przyjąć, że każdy krok profesora będzie osobistą rozgrywką, i nie było wątpliwości, że Sadlewski przygotował się na nią lepiej niż
oni. Zawsze wyprzedzał ich o krok. To on planował i rzucał wskazówki
według własnego uznania. Wcześniej nie udało się go ubiec, bo zdążył
poznać nie tylko ich, ale i ich sposoby działania. Miał zamiar bez
skrępowania zaspokoić żądze, ale nie zamierzał tego robić w prosty,
oczywisty sposób. Był zbyt inteligentny, aby nie wykorzystać do swojej
gry ich położenia. Był seryjnym mordercą, ale to nie zabijanie dawało mu
największą satysfakcję, lecz zwodzenie i udowadnianie, że jeśli tylko
będzie chciał, to uniknie kary i schwytania.
Tadeusz Sadlewski niedawno postanowił posłuchać pragnień, które buzowały
w nim od lat. Zrozumiał, że chce i lubi zabijać. A do tego był
przewrotnym człowiekiem. Nie uznawał prostych rozwiązań i dawania
śledczym czegokolwiek na tacy. Miał potrzebę zmuszania innych do
wytężonej pracy, nauki i szybkiego łączenia faktów. Lata pracy na
uniwersytecie sprawiły, że każdym działaniem chciał ich czegoś nauczyć.
Irytowało go, gdy ktoś nie wykorzystywał swojego potencjału i możliwości, które otrzymał. Zabójczą grą zamierzał zmobilizować
policjantów do przekraczania granic. Nie chciał w banalny sposób grać im
na nosie, udowadniając, jak łatwo jest ich zwieść oraz pokonać.
Dlatego uczynienie elementem rozgrywki Oliwii Szulc musiało być dla
Sadlewskiego wyjątkowo satysfakcjonujące. Nie było wątpliwości, że miał
o niej rzetelne informacje, które zdobył dzięki obserwacjom albo młoda
kobieta ufnie sama mu o sobie opowiedziała. Tak jak wcześniejsze ofiary.
Na razie wydawało się, że zamiarem profesora stało się zdemaskowanie
tajemnicy Marcina z przeszłości. Winnicki przez chwilę zastanawiał się,
dlaczego to on znalazł się na celowniku profesora, ale szybko znalazł
odpowiedź. Jego przeszłość nie była krystaliczna. Od lat ukrywał mroczny
sekret. Profesor poznał go dzięki Oliwii i postanowił zmusić Marcina do
tego, aby zmierzył się z własnymi demonami, grzechami i instynktami,
podobnie jak robił to Sadlewski.
Kiedy próbował zrozumieć, dlaczego profesor skupił się na nim, obleciał
go strach. Zaczął się zastanawiać, czy Sadlewski dostrzegł w nim tak jak
w Brunonie Wrońskim uśpione zło. Marcin bał się tych myśli, chociaż
profesor postawił go pod ścianą. Aspirant nie miał wyboru, musiał
powiedzieć prawdę o sobie i o tym, co zrobił przed laty zakochanej w nim
dziewczynie. Sadlewskiemu zależało, aby udowodnić, że każdy skrywa w sobie nieobliczalnego psychopatę. Tak jak każdy jest zdolny, aby zabić.
Marcin nie martwił się najbardziej tym, że na jaw wyjdą jego bezmyślność
i okrucieństwo. Chciał tylko, aby Oliwii nic się nie stało. Oddałby
wiele, aby ją uwolnić. Nie byłby nawet na nią zły, gdyby się okazało, że
nagranie to podły żart z jej strony, żeby mu odpłacić za przeszłość.
Teraz dla Marcina liczyło się wyłącznie to, żeby dziewczyna żyła i była
bezpieczna.
- Co tu się dzieje? - ze skupienia wyrwał ich głos naczelnika.
Cała szóstka spojrzała zmieszana na Wróblewskiego. Ich spłoszenie
natychmiast się spotęgowało, bo naczelnikowi towarzyszył prokurator
Piotr Szramowski. Z zimnym wyrazem twarzy spoglądał na policjantów.
Żaden z nich nie wiedział, co odpowiedzieć, bo obecność prokuratora
mogła skomplikować obecną sytuację.
Ich milczenie zirytowało naczelnika. Od miesiąca na każdym kroku dawał
im do zrozumienia, że jest na nich nadal zły, że nie poprosili w porę o pomoc i pozwolili zbiec seryjnemu mordercy. Przez co cały wydział
wyszedł na nieporadnych bałwanów. Niekończące się kontrole,
przesłuchania i raporty nie pozwalały naczelnikowi zapomnieć o ostatniej
sprawie. Codzienne wizyty prokuratora wywoływały w nim napięcie, które
przekładało się na sposób, w jaki ich traktował.
Teraz oczekiwał więc, że nie będą się wychylać i mieszać w kontrowersyjne sprawy. Chciał, aby wszystko przycichło, choć zdawał
sobie sprawę, że jeszcze długo będą na celowniku komendanta. To, że nikt
nie został zwolniony, było cudem. Wróblewski chciał, aby jego policjanci
docenili, że los obszedł się z nimi łaskawie mimo tak karygodnych
zaniedbań.
- Śmieszne filmiki na YouTube? - zapytał prokurator ironicznie. - Nie
przeszkadzajcie sobie. Oglądajcie dalej. Cóż macie lepszego do roboty.
Natalia, usłyszawszy jego słowa, poczuła gniew.
- Jak panu żal, to proszę do nas dołączyć, ubaw po pachy - rzuciła i wyciągnęła w stronę przełożonego i prokuratora smartfona. Nagranie,
które dostali od zabójcy, wymagało natychmiastowych działań.
Szramowski i Wróblewski patrzyli w ciszy na ekran telefonu. Nagranie
było krótkie, nie trwało więcej niż piętnaście sekund, ale tyle
wystarczyło, aby przez głowę oglądającego przeszła fala pytań i skrajnych emocji.
- Co... - zaczął prokurator, ale nie dokończył, bo Natalia podała mu list
otrzymany razem z kartą pamięci, na której było nagranie.
Naczelnik zbliżył się do Szramowskiego i zaczęli czytać. Pozostali
trwali milczeniu, czekając na ich reakcję.
- Kurwa - syknął prokurator po chwili.
- I co, śmieszne? - zapytała Gwiazdowska spokojnie.
- Odwal się, Gwiazda! - wybuchł. - Jeszcze nie udało mi się załagodzić
sprawy z ucieczką Sadlewskiego, a już mamy jego powrót i do tego
porwanie.
Szramowski w ciągu ostatniego miesiąca się zmienił. Przed sprawą
Sadlewskiego był zadufanym w sobie, ale elokwentnym narcyzem, a teraz
stał się nerwowy i wulgarny. Nie pasowało to do niego.
- Co z tym zrobimy? - zapytał Krukowski konspiracyjnie. - Zgłosimy
wyżej?
- Pojebało cię?! - rzucił wściekle Szramowski, poprawiając włosy
gwałtownym ruchem.
- Sami mamy to ogarnąć? - Krukowski spojrzał na Szramowskiego.
- Nie wiem, kurwa, nie wiem! - fuknął prokurator.
- To sprawa dla Abwery - odezwał się poważnie Marek Groszkowski. - To
już inny level kryminalny. Nie mamy doświadczenia, narzędzi, ludzi -
wymieniał - aby nie nawalić znowu.
- Kto mógłby nam pomóc bez robienia afery? - zapytał naczelnik jakby sam
siebie, ignorując słowa podwładnego. Zawiadomienie Agencji
Bezpieczeństwa Wewnętrznego było równoznaczne z kłopotami, z których już
nie wyszliby bez strat. ABW nie zajęłoby się tylko tym, co teraz
otrzymali, chciałoby poznać sprawę od początku, a tam był bałagan trudny
do wyjaśnienia.
- Ciekawe, czy Józef też dostał ten film - odezwała się z troską w głosie Natalia.
- Jakie to ma znaczenie? - zapytał naczelnik. - Cokolwiek dalej się
wydarzy, i tak zostanie wciągnięty w tę sprawę. To jego brat.
- O czym wy, kurwa, teraz rozmawiacie? - obruszył się prokurator. -
Seryjny morderca, który miesiąc temu zapadł się pod ziemię, odezwał się
jak gdyby nigdy nic. Przysłał, kurwa, pocztówkę z wakacji! Pogrywa z nami. Wszystko się posypie. Nawet nie chcę myśleć, w jakiej czarnej
dupie jesteśmy.
- Świetnie, na taką panikę liczyliśmy - obruszyła się Natalia.
- Wal się, Gwiazda, też jestem za tym, aby oddać sprawę Abwerze - odparł
wściekły Szramowski.
- Poczekajcie, są dwa scenariusze, jak się z tego wykaraskać - zaczął
naczelnik. Podszedł do drzwi oddzielających korytarz od biura i je
zamknął. - Albo załatwimy to sami jak zwykłe śledztwo, ale z pomocą
inspektora... - zobaczył, że Szramowski się krzywi - albo od razu
zawiadomimy komendanta i inne służby, ale wtedy musimy się liczyć z tym,
że wyjdą na jaw fakty, które do tej pory pan przemilczał. - Spojrzał na
prokuratora.
Szramowski nerwowo przerzucał wzrok z jednej osoby na drugą. Nie znosił
być od kogoś zależny, nie planował wchodzić w układy i ustalenia z osobami trzecimi. Nie chciał, aby z policjantami łączyło go coś, co
mogłoby mieć wpływ na jego przyszłość zawodową. Ale nie miał wyjścia,
zawalił kilka miesięcy temu. Dał się zwieść Gwiazdowskiej. Nie posłuchał
zdrowego rozsądku i zgodził się uczestniczyć w sprawie, która od
początku ich przerastała. Jednak tak samo jak Natalię zjadła go pycha i chęć udziału w czymś wyjątkowym. A teraz będzie musiał zapłacić za
zarozumialstwo. Albo będzie trzymał z nimi, albo przyzna się do wielu
uchybień przed przełożonymi, co w konsekwencji może doprowadzić do jego
degradacji. Ta myśl budziła w nim gniew. Nie zamierzał do tego dopuścić.
Za dużo poświęcił, aby być w tym miejscu kariery, w którym był obecnie.
Odpowiadała mu jego pozycja. Był kimś i mógł działać na własną rękę. Nie
chciał wracać do czasów, kiedy był jednym z wielu. Szarakiem bez
własnego zdania.
- Wiedziałem, Gwiazda, że słuchanie ciebie to chujowa decyzja - huknął
wściekle na całe biuro.
- No tak, bo wykorzystałam pana, a teraz pławię się w glorii i chwale -
odcięła się komisarz. Pozwalała sobie na takie docinki względem
prokuratora, gdyż znali się od lat i łączyła ich burzliwa przeszłość.
Nigdy nie zadzierała z prokuratorami, ale Szramowski był wyjątkiem, z którym ostatnio niestety często musiała pracować. Nie bała się go, bo
miała nad nim przewagę. Znała jego słabe strony i lęki.
- Przestańcie, nie mamy czasu, aby się obwiniać - przerwał Stasiński. -
Możemy z tego wyjść, ale musimy działać wspólnie. Naczelnik ma rację.
Prowadzimy tę sprawę jak zwyczajne śledztwo, nikt nie musi na razie
wiedzieć, że jest to uprowadzenie, które łączy się z poprzednią sprawą.
Nie wszystko musimy od razu raportować.
- Serio? Myślicie, że to nie wyjdzie, że uda się utrzymać dyskrecję? -
Prokurator kipiał ze złości.
Nastała chwila ciężkiej ciszy. To, co planowali, było ryzykowne, mogło
ich pogrążyć i zakończyć definitywnie pracę w policji. Jeśli kiedyś ktoś
odkryje prawdę, wszyscy pójdą siedzieć. Ale postanowili zaryzykować. Oba
scenariusze, które przedstawił naczelnik, wiązały się z konsekwencjami
zawodowymi. Ryzyko było w obu wariantach, ale we wspólnym działaniu była
szansa na sukces. Jeśli mieli ponieść karę, to powinni spróbować
uratować sytuację wszelkimi sposobami, aby nie mieć do siebie pretensji,
że się za szybko poddali. Istniał cień szansy, że wszystko rozejdzie się
po kościach. A zawiadomienie komendanta i innych służb było równoznaczne
z poddaniem się. Na to mieli jeszcze czas.
- Winnicki, czy możesz łaskawie nas oświecić, dlaczego ten psychol
porwał akurat Szulc? Co ty masz z tym wspólnego? - Prokurator spojrzał
na milczącego Marcina.
- To zbieg okoliczności - zaczęła Natalia.
- Nie ciebie pytam - przerwał jej Szramowski.
- Nie wiem, czy profesor od początku wiedział, że znamy się z Oliwią,
czy odkrył to dopiero w czasie dochodzenia - zaczął zrezygnowanym głosem
Marcin. - W liceum miałem z nią bliskie relacje i sądzę, że dlatego
postanowił ją wykorzystać.
Policjanci spojrzeli po sobie, wiedzieli, że Marcin znał Oliwię, ale nie
wspominał o bliskich kontaktach.
- To chyba nie koniec tej historii - odezwał się ponownie zdenerwowany
Szramowski, bo miał wrażenie, że Marcin zakończył wyjaśnienia. - Nie
pieprz, że chodzi tylko o to, że znaliście się w liceum. Coś innego jest
na rzeczy. Przecież napisał w liście, że nie jesteś tym, kogo widzi
komisarz Gwiazdowska, więc, kurwa, gadaj prawdę, zanim nas wszystkich
wpierdolisz na minę.
Natalia nie przerywała prokuratorowi. Nie miała zamiaru bronić Marcina,
bo też chciała poznać prawdę. Teraz wszystko zależało od szczerości
Winnickiego.
- Okej - westchnął Marcin. - Ale chcę, abyście wiedzieli, że w liceum
byłem innym człowiekiem. Gówniarzem, który myślał tylko o sobie.
- Daj spokój. Najważniejsze, żebyśmy znaleźli Oliwię. Przeszłość to
przeszłość. Każdy ma coś na sumieniu - zaczęła Natalia, chciała go
uspokoić i zachęcić do mówienia.
- Brawo, Gwiazda! Utuliłaś dziecinę do piersi, to teraz do rzeczy -
stwierdził stanowczo Szramowski, a Natalia krzywo się do niego
uśmiechnęła. Gdyby nie obecność kolegów, bez skrupułów pokazałaby mu
środkowy palec. Stosunki między nimi zawsze były napięte, ale czasem
Szramowski wyjątkowo działał jej na nerwy.
- Poznałem Oliwię na początku mojej trzeciej, a jej drugiej klasy -
zaczął Marcin zrezygnowanym tonem, siadając na krześle przy swoim
biurku. - Pracowałem w szkolnej gazetce. Byłem redaktorem naczelnym
działu sportowego. Oliwia dołączyła do naszego zespołu, bo interesowała
się sportem - mówił, nie patrząc na nikogo. - Szybko okazało się, że ma
niezłą wiedzę, dobrze pisze i chętnie uczestniczy we wszystkich
wydarzeniach. Byłem z niej zadowolony, bo poważnie podchodziła do
redakcyjnego zadania.
Nikt mu nie przerywał. Wszyscy byli ciekawi, co powie.
- Pierwszy rok wspólnej pracy w redakcji minął dobrze. Dlatego na
wakacje całą redakcją pojechaliśmy na obóz sportowy sponsorowany przez
szkołę. - Zamilkł na chwilę, chcąc odsunąć w czasie to, co musiał im
powiedzieć. - To tam doszło do wydarzenia, o które chodzi profesorowi.
Jeden głupi żart, który zmienił życie moje i Oliwii. - Znowu zrobił
pauzę, aby zaczerpnąć głębiej powietrza. Czuł się fatalnie z tym, że
koledzy zaraz usłyszą, jakim jest złym człowiekiem. Przez lata miał
nadzieję, że nigdy nie będzie musiał tego opowiadać i że sam też o wszystkim zapomni. Do tej pory nikomu o tym nie wspominał. - Wszyscy
widzieli, że Oliwia się we mnie zabujała. Też to czułem. Lubiłem ją,
lecz nie była w moim typie. Ale koledzy z redakcji namówili mnie, żebym
skorzystał z tego, że jest na mnie napalona. - Spojrzał na Natalię,
sądząc, że zobaczy w jej oczach pogardę, ale jej twarz nie zdradzała
żadnych emocji. Czekała na ciąg dalszy. - Chłopaki z redakcji wymyślili,
że mogę sobie zrobić z niej jaja. Opracowaliśmy plan, który wydawał się
zabawny. Postanowiłem go wcielić w życie w wieczór, kiedy mieliśmy
pożegnalne ognisko. Zaproponowałem wtedy Oliwii spacer do lasu. Kiedy
zaszliśmy wystarczająco daleko, zacząłem ją całować. Nie protestowała.
Była chętna. Następnie ściągnąłem jej bluzkę i szorty, więc została w samej bieliźnie. - Zobaczył, że Krukowski i Makowski wymieniają się
spojrzeniami. - Kiedy tak stała gotowa do kolejnego etapu zbliżenia,
poprosiłem ją, żeby zamknęła oczy. Powiedziałem, że mam dla niej
niespodziankę. Zrobiła, o co poprosiłem, bez wahania, z uśmiechem na
twarzy... Ufała mi... - Przerwał, w biurze panowała kompletna cisza. -
Pamiętam to dokładnie, jakby to było dziś. - Nerwowo przełknął ślinę,
miał ściśnięte gardło, bo to, co do tej pory im opowiedział, nie było
najgorsze.
- Co było dalej? - zapytała Natalia łagodnie.
- Uciekłem. Zostawiłem ją w nocy w środku lasu samą, półnagą. Znałem ten
las, więc bez trudu wróciłem do obozowiska.
Znowu zapadło milczenie. Na twarzy Marcina pojawiła się niechęć do
samego siebie.
- A Oliwia? - zapytał Groszkowski.
- Nie wróciła - szepnął Winnicki. - Dopiero rano, kiedy mieliśmy
wyjeżdżać, odkryto, że nie ma jej w obozie. Zarządzono poszukiwania i po
dwóch godzinach jedna z grup ją odnalazła.
- Gdzie? - odezwał się aspirant sztabowy.
- Okazało się, że idąc po ciemku przez las, spadła z urwiska do
dwumetrowego dołu. Leżała tam wycieńczona, zmarznięta i połamana. A w szpitalu stwierdzono hipotermię i pogruchotaną stopę. Musieli wykonać
operację, zrobić rekonstrukcję kości śródstopia.
Zgromadzeni w biurze spoglądali na siebie. Postępowanie Marcina
kwalifikowało się pod paragraf z kodeksu karnego, ale w tym wypadku
nawet Szramowski zatrzymał tę myśl dla siebie. Nie było sensu mówić
oczywistości.
- Przyznałeś się? - zapytał w końcu Stasiński. Starał się, aby jego głos
miał zwyczajną barwę, ale nie mógł ukryć poruszenia, jakie wywołała w nim ta historia.
- Nie - burknął Marcin. - Zresztą ona też mnie nie wydała. Kiedy
przyszedłem do szpitala, aby ją przeprosić, to powiedziała, że będzie
milczeć pod warunkiem, że zostanę jej chłopakiem.
- Co? - zdziwiła się Natalia. - Niemożliwe.
- Też tak myślałem - stwierdził Marcin. - Dlatego przez jakiś czas
zastanawiałem się, czy to nie podstęp.
- Zgodziłeś się z nią chodzić? - dopytywał z niedowierzaniem Makowski,
bo zachowanie Oliwii było zastanawiające. Czy zakochana dziewczyna mogła
zapomnieć o takim upokorzeniu i o krzywdzie, jaka ją spotkała, byle
tylko być z chłopakiem, który jej się podobał? Igorowi wydawało się to
absurdalne.
- Tak, wtedy myślałem, że nie mam wyjścia - odparł Winnicki. - Bałem się
i nie chciałem, aby prawda wyszła na jaw. - Nagle opadł na biurko w akcie bezsilności. - Ale to nie koniec tego gówna. Nie byłem dobrym
chłopakiem. Kiedy tylko mogłem, zbywałem ją. Byłem dla niej okropny.
Wkurzała mnie wszystkim, co robiła. Jej twarz wzbudzała we mnie gniew.
Czułem złość na siebie i obrzydzenie do niej. Nie rozumiałem jej. Gdyby
mnie ktoś traktował tak jak ja ją, to nie chciałbym go widywać nawet
sporadycznie.
- Kiepsko - przyznał Stasiński, nie mogąc powstrzymać negatywnych
emocji.
- Może teraz to jest jej zemsta? - zasugerował Krukowski, wskazując na
filmik w telefonie. - Może ułożyła się z Sadlewskim.
- Z seryjnym mordercą? - Marcin podał w wątpliwość pomysł kolegi.
- W takiej sytuacji nie możemy tego wykluczyć - stwierdziła Natalia.
- A robi pan takie miłe wrażenie - odezwał się Szramowski, jakby nie
słuchał, o czym teraz rozmawiają. - Chłopiec z dobrego domu, gruntownie
wykształcony, a jednak bezwzględny chuj.
- Wyczuwa pan pokrewną duszę? - zapytała Gwiazdowska złośliwie. Nie
tolerowała, kiedy Szramowski obrażał innych, bo sam nie zawsze był w porządku.
- Nie jestem z tego dumny - odezwał się zrezygnowany Winnicki. -
Zrobiłem jej podwójną krzywdę najpierw na obozie, a potem, kiedy
zgodziłem się z nią chodzić. Dlatego ostatni rok w liceum był koszmarem
- tłumaczył się Marcin. - Teraz wiem, że lepiej było ponieść
konsekwencje, ale nie cofnę czasu. Co mam zrobić? - Spojrzał na
prokuratora z żalem.
- Marcin zawinił, ale z nią też jest coś nie tak. - Naczelnik zamyślił
się na kilka sekund, po czym dodał: - Śledztwo należy zacząć od
dokładnego prześwietlenia tej dziewczyny - zdecydował. - Marcin, musisz
powiedzieć wszystko, co wiesz o Oliwii.
- Ale nic nie wiem. Nie widziałem jej wiele lat. Ostatni raz, kiedy
zacząłem studiować. Wtedy z nią zerwałem, bo poznałem Martę - tłumaczył.
- Spotkałem ją znów dopiero półtora miesiąca temu i wtedy też niewiele
ze sobą rozmawialiśmy.
- Musimy wziąć poważnie pod uwagę wersję, że chce się na tobie zemścić i dogadała się z Sadlewskim - trzymał się swojego Krukowski. - Ja na jej
miejscu tak bym zrobił.
- Ale nie możemy zapominać o tym, kim jest Sadlewski. Nawet jeśli Oliwii
wydawałoby się, że się z nim dogadała, nadal może być dla niej
niebezpieczny i z nią również prowadzić grę - włączył się do rozmowy
Stasiński. - Może działa na dwa fronty dla zabawy.
- Pojedźmy do redakcji, w której ostatnio pracowała. Może tam się czegoś
więcej dowiemy - odezwała się Gwiazdowska.
- Naczelny nie będzie chciał z nami rozmawiać. Rozwaliliśmy mu interes -
przypomniał Marcin ponuro.
- Spróbujcie - rzucił naczelnik. - Reszta niech poszpera w sieci.
Sprawdzi media społecznościowe. Młodzi ludzie piszą tam wszystko o sobie. Nawet oficjalnych papierów na obserwację nie trzeba. Na
Facebooku, Instagramie, TikToku czy innych bzdurnych stronach
dobrowolnie zdradzają swoje sekrety - rozważał naczelnik.
- Nie róbcie wokół siebie szumu - odezwał się prokurator. Był wściekły i czarno widział to, że ponownie zabierają się za sprawę, która już na
wstępie ich przerasta. Natalia wiedziała, że walczy ze sobą, aby nie
wybuchnąć. Natomiast nie wiedziała, na kogo bardziej się wkurza, na nich
czy na siebie. - Gwiazda, skontaktuj się z inspektorem, powiedz, jaką
mamy sytuację. Ma trzymać gębę na kłódkę i dalej siedzieć na L4 -
zdecydował Szramowski.
- Teraz to pan będzie wydawał nam polecenia? - obruszyła się
niepotrzebnie Gwiazdowska.
- Gwiazda, na razie nie wydarzyło się nic, co zmusiłoby mnie do zmiany
treści moich raportów, i dobrze byłoby, aby tak pozostało. Zrozumiano? -
zapytał, patrząc na każdego z nich. Chciał mieć pewność, że usłyszeli. -
Czekam na informacje na bieżąco. - Na ostatnim słowie położył wyraźny
akcent. - Chcę wiedzieć o wszystkim od razu. Muszę znać każdy szczegół,
abym w razie potrzeby mógł działać jak najszybciej. Jak coś zawalicie,
to już nie pomogę.
Natalia przewróciła oczami. Tyle razy to słyszała. Zawsze tak mówił,
mimo to brnął w ich szaleństwo.
Ruszył w stronę drzwi, ale nagle zaczęła dzwonić komórka jemu i naczelnikowi.
Wszyscy spojrzeli na siebie z zaciekawieniem. Był to zastanawiający
zbieg okoliczności.
Kraków, 20 marca 1998 roku, piątek
Inspektor Jan Bukowski nie znosił takich wezwań jak to, do którego
właśnie zmierzał, bo jego myśli wtedy krążyły wokół spraw, które burzyły
jego spokój. Nie był pesymistą, ale przy pewnych zdarzeniach ogarniał go
mimowolny lęk. Niektóre sprawy bowiem dotykały go osobiście, mimo że
pracował w policji od dwudziestu pięciu lat.
- Czołem! Jak sytuacja? - zapytał, wchodząc przez bramę na ulicy
Świętego Jana 13, mężczyznę ubranego w biały ochronny kombinezon.
- Dzień dobry, inspektorze - przywitał go młody chłopak. - Przykra
sprawa. Nastolatka, latawiec.
Bukowski z głośnym westchnieniem kiwnął głową i nie zatrzymując się przy
młodym techniku, ruszył na wewnętrzny dziedziniec kamienicy, gdzie
pracował już patolog.
- Co mamy? - zapytał, kiedy stanął przy kucającym nad zwłokami młodej
dziewczyny starszym mężczyźnie.
Spojrzał na leżącą na ziemi w nienaturalnej pozycji martwą dziewczynę.
Była ubrana w białe body na ramiączkach z przezroczystą zwiewną
spódniczką. Ktoś, kto nie wiedział, że wyskoczyła przez okno, mógłby
pomyśleć, że to jakiś rodzaj performance'u. Dookoła niej nie było
widocznych śladów tragedii, która się tu wydarzyła. Jedyne, co można
było zobaczyć, to niewielka strużka krwi wypływająca z jej ust na trawę,
na którą spadła. Miało się ochotę dotknąć jej ramienia i poprosić, aby
wstała, bo się przeziębi.
Kiedy patolog usłyszał pytanie Bukowskiego, podniósł się z trudem. Był
starszym mężczyzną przy kości, dlatego pozycja, w której znajdował się
przed chwilą, nie była dla niego komfortowa.
Bukowski przez moment rozważał, czy nie podać ręki lekarzowi, ale niemal
natychmiast się rozmyślił. Był pewien, że taka pomoc zostałaby źle
przyjęta.
Ignacy Mach miał sześćdziesiąt pięć lat, a ostatnie trzydzieści pięć
przepracował na stanowisku policyjnego patologa. Wiedział, że na jego
miejsce czyhają młodzi, ale ta praca była całym jego życiem. Dlatego
zamierzał ją wykonywać dopóty, dopóki będą mu na to pozwalać zdrowie i przełożeni, a u nich miał poparcie.
Inspektor lubił Macha, bo nigdy nie tworzył historii na wyrost i nie
udawał, że widzi więcej, niż było w rzeczywistości. Dlatego cierpliwie
czekał, aż lekarz złapie oddech, aby móc mówić bez zadyszki. Kiedy w końcu się to udało, patolog zaczął wyjaśniać:
- Wyskoczyła z drugiego piętra. - Wskazał palcem do góry. - Okno ma
niskie, nietypowe ułożenie, więc nie trzeba się na nie wspinać.
- Serio, samobój? - zapytał dla pewności Bukowski.
- Czy ja wiem? - Mach zawiesił głos.
Inspektor domyślał się, co to może oznaczać. Od dawna ze sobą pracowali,
więc wiedział, że patolog nie waha się sygnalizować, kiedy ma
wątpliwości co do przyczyny śmierci.
- Ktoś jej pomógł?
- Tego nie wiem, ale na ciele po wstępnych oględzinach dostrzegłem też
obrażenia, które nie są skutkiem upadku z okna - wyjaśnił wątpliwości
Mach. - A do tego dziewczyna jest chuda.
- To baletnica, one zawsze tak wyglądają - odezwał się z daleka ten sam
technik, który udzielił Bukowskiemu pierwszych informacji. Patolog z niechęcią kiwnął głową. Chłopak miał rację, więc w czasie sekcji musi o tym pamiętać.
- Po drugie - płynnie kontynuował rozważania lekarz - ma podbite oko,
ale siniak jest dwu-, trzydniowy. Do tego zauważyłem zadrapania na
rękach.
- Ciekawe - zamyślił się Bukowski. Takie drobne obrażenia mogły
wskazywać, że ktoś pomógł dziewczynie wypaść przez okno, lub mogły
sugerować, dlaczego nastolatka targnęła się na swoje życie.
Jan Bukowski miał w domu trzy nastolatki, które raz się kochały na
zabój, a raz skakały sobie do oczu. Dlatego wiedział, jak to jest z młodymi ludźmi. A kiedy jechał na miejsce zdarzenia, dyspozytorka
poinformowała go, że tragedia wydarzyła się w szkole. To oznaczało, że
uczą się w niej młodzi ludzie, których emocje i hormony szaleją. Dlatego
jego zadaniem było dowiedzieć się jak najwięcej o zmarłej dziewczynie, a wtedy będzie mógł się zorientować, czy było to samobójstwo, czy
morderstwo. A jeśli dziewczyna sama postanowiła zakończyć życie, to
należało poznać powody jej decyzji.
Inspektor w ciągu lat pracy widział wiele tragedii, ale kiedy młoda
osoba odbierała sobie życie, to nie mógł przejść obok takiego wydarzenia
obojętnie. Domyślał się, że prokurator będzie chciał szybko zamknąć
sprawę jako oczywistą. Ale dla Bukowskiego samobójstwo nigdy nie było
oczywiste, zawsze były powody lub ludzie, którzy za tym stali. Nie
zawsze udawało się ich za to ukarać, ale warto było im uświadomić, że
mają na sumieniu czyjeś życie.
Chociaż patrząc na córki, inspektor dostrzegał, jak chwiejne są reakcje
młodych ludzi. Nastolatki zwykle zbyt pochopnie podejmują decyzje,
kierując się impulsem. To, co dla dorosłego człowieka jest drobną
przeszkodą, dla młodej, nieznającej jeszcze życia osoby stanowi
tragedię, z którą nie umie sobie poradzić, i podejmuje drastyczne kroki.
- Więcej powiem późnym popołudniem - wyrwał go z zamyślenia patolog.
- Rozmawialiście z kimś ze szkoły? - zapytał kręcących się dookoła
policjantów i techników.
- Z dyrektorką zamieniliśmy dwa zdania, potwierdziła tożsamość ofiary,
ale odesłaliśmy ją do szkoły, bo uczniowie patrzyli przez okna i zaczynała się histeria - wyjaśnił jeden z policjantów.
- Jak przyjechaliśmy, to na miejscu z dyrektorką był dozorca - włączył
się drugi. - Wrócił do służbówki. Był zdruzgotany.
- Dzięki - odparł inspektor. - Daj znać, kiedy będziesz po sekcji -
rzucił do patologa, który właśnie zakrywał ciało dziewczyny.
Bukowski ruszył na drugie piętro szkoły baletowej Balance. Był ciekawy,
czy dowie się czegoś, co pomoże mu zrozumieć tę tragedię. Czekało go
trudne zadanie, czyli rozmowy z nastolatkami. Musiał wykazać się
stanowczością, ale i empatią, aby nikogo nie spłoszyć i nie urazić.
Szedł schodami w górę, czując, że dziś ta sprawa się nie zakończy.
Kraków, 28 października 2015 roku, środa
Naczelnik Wróblewski ruszył w stronę swojego gabinetu, aby odebrać
dzwoniący telefon. Nie chciał zakłócać rozmowy Szramowskiemu, który
również zdecydował się tu i teraz sprawdzić, kto do niego dzwoni i w jakiej sprawie.
Reszta czekała na ich powrót w nerwowym milczeniu.
Po niespełna pięciu minutach do wspólnego biura wrócił Wróblewski. Miał
zatroskany wyraz twarzy, ale nic nie mówił. Czekał, aż prokurator
skończy rozmowę. Chwilę później z podobną miną dołączył do naczelnika
Szramowski. Natalia miała wrażenie, że na twarzy proroka pojawił się też
grymas nerwowego strachu. Nie widziała go u niego wcześniej.
W biurze zapanowała tak gęsta atmosfera, że można ją było kroić nożem.
- Mamy trupa - odezwał się niepewnie Wróblewski. - Na Świętego Jana 13,
na dziedzińcu kamienicy, dozorca znalazł martwą młodą kobietę.
- Zabalsamowana? - zapytała Gwiazdowska z obawą.
- Ze słów dozorcy wynika, że wyskoczyła przez okno - odparł naczelnik i można było odnieść wrażenie, że ta informacja go uspokoiła.
- Dostałem to samo zgłoszenie - odezwał się Szramowski. - To latawiec.
- Myślicie, że to nowa sprawa? - upewniał się Makowski.
- To tragedia, ale lepiej, aby to było zwykłe samobójstwo - powiedział z rezygnacją naczelnik.
- A może to Oliwia? - rzucił Groszkowski nieśmiało.
- Nie wiem - powtórzył Wróblewski i gniewnie spojrzał na podwładnego.
- To byłoby bez sensu - odezwała się błyskawicznie Natalia, widząc kątem
oka, jak Marcin blednie. - Dopiero co dostaliśmy nagranie i list od
profesora. Nie tak szybko pozbędzie się Szulc.
- Skąd taka pewność? - zaciekawił się Szramowski.
- Intuicja - odparła na odczepnego. Nie miała zamiaru tracić czasu na
niepotrzebne wałkowanie teraz czegoś, co być może nie ma nic wspólnego z profesorem.
- Musimy tam jechać, bo dozorca był przerażony i mówił nieskładnie -
stwierdził Wróblewski.
- Idę do siebie po dokumenty i widzimy się na dole. - Szramowski
spojrzał na Wróblewskiego, który kiwnął głową.
Kiedy prokurator zniknął za drzwiami, naczelnik odezwał się do Marcina i Natalii:
- Jedziemy na dwie bryki. Po oględzinach na Jana, kiedy dowiem się, kim
jest denatka, zdecyduję o dalszych działaniach.
Gwiazdowska z Winnickim wrócili do biurek. Wiedzieli, że jeśli okaże
się, że jest to zupełnie inna sprawa, niezwiązana z Sadlewskim i uprowadzeniem Szulc, to dostanie ją ktoś inny, a oni zajmą się
poszukiwaniami Oliwii.
Ponownie zapadła cisza.
- Wszystko w porządku? - odezwał się Stasiński, patrząc na Marcina.
- Tak... nie, nie wiem... może - burknął pod nosem Winnicki. Czuł się
paskudnie. Dopiero teraz, kiedy opowiedział swoją historię na głos,
uświadomił sobie, jakim był palantem. Dziś zrozumiał, jak skrzywdził
Oliwię, i naprawdę chciałby mieć jeszcze możliwość, aby ją szczerze za
to przeprosić.
- Zostaw kartę z filmem. Sprawdzę, czy można coś z niej wyciągnąć -
zaproponował Stasiński. - Może wypatrzę jakiś szczegół, który podpowie,
gdzie jest Oliwia.
Marcin wyjął minikartę pamięci ze smartfona i położył bez słowa na
biurku Grześka. Nie miał siły ani chęci rozmawiać. Czuł gulę w gardle na
samą myśl, że na dziedzińcu kamienicy na Świętego Jana znajdą martwą
Oliwę Szulc, bo wtedy nie będzie miał szans jej przeprosić.
Zabrał kurtkę i dołączył do czekającej na niego na korytarzu Natalii.
Zjechali w milczeniu windą do lobby. Gwiazdowska nie wiedziała, jak ma
rozmawiać z Marcinem. Co mu powiedzieć i jak okazać wsparcie, bo czuła
wewnętrzne rozdarcie. Była zniesmaczona opowieścią kolegi. Nie
spodziewała się tego po nim. Wiadomo, ludzie się zmieniają i to, co było
dziesięć lat temu, teraz już należało do przeszłości. Jednak czasem
dawne grzechy wracały, a odkupienie win kosztowało dużo wysiłku.
Po wysłuchaniu historii Marcina Natalia zaczęła myśleć o swoim synu.
Tomek chodził do liceum, niebawem będzie miał szesnaście lat. Czy też
mógłby wykazać się taką bezwzględnością? Czy mógłby potraktować tak
drugiego człowieka? Czy mimo dobrego wychowania i normalnego domu pod
wpływem określonych okoliczności i obcych ludzi młody człowiek może stać
się okrutnym potworem?
Tyle razy widziała, jak dzieciaki z dobrych domów, z normalnych rodzin
trafiały za kratki, bo wpływ grupy rówieśników i chęć przypodobania się
jej wygrywały ze zdrowym rozsądkiem, z mądrością i dobrym wychowaniem.
Takie rozważania przyprawiały ją o mdłości, budziły w niej irracjonalny
lęk, a obecnie musiała się skupić na innych sprawach.
- Przesyłka była taka top secret? - wyrwała ich z zamyślenia Wiola,
którą właśnie mijali.
Gwiazdowska w pierwszej chwili nie zrozumiała, o co kobiecie chodzi, ale
jak już do niej dotarło, o co pyta, rzuciła:
- Bzdurne dokumenty z banku, ale kurier nie wiedział, co w niej jest -
stwierdziła, zmuszając się do uśmiechu. - Gdyby było inaczej, nie
robiłby problemów. Wykonywał swoją pracę - starała się mówić lekko, aby
nie wzbudzać zaciekawienia Wioli. Młoda policjantka, która zwykle
pracowała na dyspozytorni lub na portierni, była łasa na wszelkie
sensacje, więc nie warto było się z nią dzielić nadmierną ilością
informacji.
Dziewczyna kiwnęła głową, a kiedy przerzuciła wzrok na Marcina,
spoważniała. Nadal była na niego obrażona, że nie zainteresował się nią
i wybrał na partnerkę laborantkę Alicję Walczewską.
Winnicki nawet nie zwrócił uwagi na Wiolę, był myślami zupełnie gdzie
indziej. W dodatku ostentacyjna niechęć i uraza Nowakowskiej były dla
niego niezrozumiałe. Dziś już wiedział od kolegów z wydziału, że z Wiolą
trzeba postępować ostrożnie, bo była zdesperowana i w każdym miłym
geście doszukiwała się czegoś więcej.
Dziwiła go desperacja kobiety. Była młoda i atrakcyjna, więc bez
większego trudu znalazłaby kogoś, kto by się nią zainteresował. W zachowaniu i postępowaniu Wioli musiał się kryć jakiś głębszy problem,
ale ani Winnicki, ani nikt inny z komendy nie miał ochoty w to wnikać.
Łatwiej było jej unikać.
* * *
Wchodząc pospiesznie przez masywną bramę na ulicy Świętego Jana 13,
Natalia wiedziała, że nie jest dobrze, bo czy była to Oliwia, czy ktoś
inny, to i tak mieli trupa. Minęli dwóch policjantów. Zapewne byli to
koledzy z posterunku na Rynku Głównym. Idąc wzdłuż przewiązki, już z daleka zobaczyli, że na środku dziedzińca leży młoda dziewczyna ubrana w strój baletowy.
Na miejscu byli już Wróblewski ze Szramowskim oraz dwóch techników i patolog. Prokurator stał nieruchomo, wbijając wzrok w martwą dziewczynę.
Nie odrywał od niej oczu. Kiedy Natalia z Marcinem się pojawili, nawet
nie drgnął. Zachowywał się, jakby był w szoku. Gwiazdowska, mimo że nie
darzyła go sympatią, zaczęła się martwić. Zachowanie proroka mogło
zwiastować załamanie. Komisarz myślała, że jest twardy psychicznie, ale
ostatni czas musiał go nadwyrężyć.
- To nie Oliwia - szepnął z ulgą Winnicki.
W innych okolicznościach taka reakcja mogłaby go stawiać w złym świetle,
bo przecież patrzyli na martwą dziewczynę. Ale w tym przypadku jego
uczucie ulgi było zrozumiałe.
- Jaką mamy sytuację? - rzuciła, dając znać o ich obecności.
- Niewesołą - odparł patolog.
Gwiazdowska zbliżyła się do zwłok i przyjrzała się im z bliska.
Dziewczyna leżała na trawie w pokracznej pozie, ale nie miała żadnych
widocznych obrażeń i nie wyglądała jak wcześniejsze ofiary Tadeusza
Sadlewskiego, więc być może ta sprawa nie miała nic wspólnego z profesorem.
- Nie ma za dużo widocznych obrażeń - usłyszała głos Maksymiliana
Opalińskiego. - Patrząc na nią tu i teraz, mogę zakładać, że przyczyną
zgonu są obrażenia wewnętrzne.
- Została zabalsamowana? - zapytała.
- Nie - odparł krótko patolog. - Wygląda na to, że wyskoczyła przez
okno. - Wskazał palcem na otwarte okno na drugim piętrze. - Szczegóły
jak zawsze po sekcji.
Oliwia Szulc nadal była w rękach Sadlewskiego i nie wiedzieli, jak ją
odnaleźć. Dodatkowo mieli nowego trupa niezidentyfikowanej młodej
kobiety. Mimo że ona, tak jak Oliwia, nie była w typie poprzednich ofiar
profesora, w głowie Gwiazdowskiej tliła się myśl, że muszą spróbować
znaleźć powiązanie ofiary z Sadlewskim. Choć na razie trzeba było ją
traktować jako odrębną sprawę, która zbiegła się w czasie z nierozwiązanym przez nich śledztwem, będącym ich priorytetem.
Martwa dziewczyna była wysoką, przeraźliwie chudą brunetką o chłopięcej
sylwetce. Natalia przypuszczała, że jeśli ta sprawa łączy się z profesorem, to tym razem Sadlewski wybrał inny klucz wyszukiwania
kobiet. Wcześniejsze typy i ich klasyfikacja to przeszłość, bo były
elementem pierwszej gry. Teraz musieli zacząć od nowa. Komisarz była
przekonana, że profesor zmienił taktykę działania. Chciał udowodnić, że
raz dali się oszukać i że drugi też zostaną okpieni, mimo że wiedzą, kto
jest mordercą. Zamierzał dowieść, że to, iż znają tożsamość mordercy,
nie wystarczy, aby go powstrzymać.
Postanowiła, że ostrożnie będzie się dzielić rozważaniami z resztą
ekipy. Nie chciała, aby Wróblewski ją odsunął, tłumacząc, że znowu
fiksuje na jednej myśli. Obawiała się, że przełożony przypomni sobie
wydarzenia po zniweczonej sprawie Rudego sprzed kilku lat. Wtedy, gdyby
nie pomoc naczelnika, psychologa i męża, Natalia musiałaby odejść z policji. Rozsypka psychiczna i ciągłe analizowanie zawalonej sprawy omal
nie doprowadziły jej do załamania psychicznego. Nie mogła we Wróblewskim
wzbudzać poczucia, że znowu prowadzi sprawę, która staje się jej
obsesją.
- Co jest ze Szramą? - zapytała, podchodząc do naczelnika, który nerwowo
przestępował z nogi na nogę.
- Stoi tak, od kiedy tu przyszliśmy - burknął Wróblewski, wzruszając
ramionami.
- Co robimy? - odezwała się po chwili komisarz.
Naczelnik skrzywił się, jakby zadała mu fizyczne cierpienie.
- Rozpoczynamy nowe śledztwo - stwierdził Wróblewski, przyglądając się
prokuratorowi, który jakby drgnął na jego słowa.
- Wiemy, kto to? - Winnicki wskazał głową martwą kobietę.
- Nie - odparł naczelnik, nie spuszczając wzroku ze Szramowskiego, tak
że nie był pewny, czy prokurator wytrzyma napięcie.
- A może profesor z nami pogrywa? - stwierdziła komisarz i zobaczyła
karcące spojrzenie naczelnika, bo wraz z jej słowami Szramowski
westchnął nienaturalnie głośno.
- Skąd myśl, że to jego sprawka? - Opaliński wskazał na martwą
dziewczynę. - W tym momencie to nadinterpretacja.
- Uważasz, że sprawa Szulc może mieć jakiś związek z tą? W jaki sposób?
Jakim cudem? Gdzie ty to widzisz? - odezwał się jak w amoku desperackim
tonem prokurator. Miał zmęczony wyraz twarzy.
- Spokojnie, bez niepotrzebnych emocji - rzucił naczelnik. - Przecież tu
mamy zupełnie inny rodzaj śmierci. To samobójstwo.
- Myślę, że Sadlewski chce namieszać nam w głowach - stwierdziła pewnie
Natalia i już żałowała swojej postawy.
- Chyba zaczynasz mieć obsesję - odezwał się naczelnik. On na razie nie
widział punktów wspólnych. Dla niego był to zwykły zbieg okoliczności,
że w tym samym dniu, kiedy odezwał się profesor, wydarzyła się też inna
tragedia. Każdego dnia zdarzały się w mieście wypadki, a nie każdy ma
związek z Tadeuszem Sadlewskim. Teraz Wróblewski zaczął się też
niepokoić o Gwiazdowską, tak jak przewidywała.
- No to może w tej szkole - spojrzała na okna, które wychodziły na
dziedziniec - kryją się jakieś szczegóły. - Chciała pokazać, że też
bierze pod uwagę inne scenariusze niż ten jeden jedyny.
- Skąd wiesz, że tu jest szkoła? - zdziwił się Marcin, bo nie było
słychać ani widać młodzieży.
- Kiedy wchodziliśmy przez bramę, widziałam tabliczkę z informacją, że
mieści się tu szkoła baletowa, co by się zgadzało. - Ponownie wskazała
palcem na denatkę. Chciała, aby zwrócili uwagę na jej strój.
- Nie rozumiem. Czego on chce? - Prokurator ich nie słuchał. Zakotwiczył
myśli tak jak Natalia tylko w jednym punkcie. Panika przejmowała nad nim
kontrolę.
- To psychopata, który chce się zabawić, bo sprawia mu to przyjemność -
odpowiedziała bez chwili namysłu Natalia. - Wątpię, aby miał osobiste
zatargi z tymi dziewczynami. Oliwia i być może dzisiejsza ofiara są
elementem jego przemyślanej gry i zaspokojeniem morderczych żądz. Miały
pecha, że go spotkały. Musimy tak jak w poprzedniej sprawie odkrywać,
kim są ofiary i jaki miały związek z profesorem oraz z sobą nawzajem -
tłumaczyła Gwiazdowska.
- Natalia, dość - rzucił ostro naczelnik. - Dopowiadasz fakty, których
nie ma.
Na chwilę zapadła cisza, bo Gwiazdowska walczyła sama ze sobą o wewnętrzny spokój.
- Gdzie jest dozorca, który ją znalazł? - przypomniała sobie po chwili.
- Wrócił do służbowego lokalu, musiał ochłonąć - odpowiedział
Wróblewski. - Kiedy przyjechaliśmy, cały dygotał. Maks dał mu coś na
uspokojenie.
Natalia kiwnęła głową i poszła we wskazanym przez naczelnika kierunku,
dając znak Winnickiemu, aby ruszył za nią.
Kraków, 12 marca 1980 roku, środa
- Skup się, mazgaju, bo nigdy nie skończymy - warknęła szczupła, drobna
kobieta o surowym wyrazie twarzy.
- Nogi mnie bolą, chcę usiąść - odparł chłopiec piskliwym głosem.
- Usiądziesz, jak wykonasz układ bez pomyłki. - Gładko zaczesana kobieta
podniosła głos. - Nogi ci się plączą, nie obciągasz palców, a plecy
ciągle krzywe. Jak mam dać ci odpocząć, widząc tak żałosne rezultaty? Za
miesiąc konkurs, a ty prezentujesz się jak łamaga. - W jej głosie
słychać było wrogość, mimo że na twarzy chłopca widniał grymas bólu i zmęczenia. - To moja szansa, aby pokazać, co umiem i czego mogą się
spodziewać inni, gdy zapiszą dzieci do mojej szkoły. Poświęciłam ci
wszystko, a ty jesteś niewdzięczny. Nie potrafisz dla mnie zrobić jednej
rzeczy dobrze? - Spojrzała na niego lodowatym wzrokiem.
Chłopiec kiwnął głową z napięciem na twarzy i przybrał pierwszą pozycję,
w której stopy stykają się piętami. Kobieta włączyła muzykę, a kiedy
miał zacząć tańczyć, drzwi do sali uchyliły się i stanął w nich pulchny
mężczyzna o miłej twarzy. Chłopiec zmrużył oczy, przewidując awanturę,
bo przerywanie próby było niedopuszczalne. Ale zimna i bezwzględna
kobieta na widok mężczyzny rozpromieniła się, co zastanowiło chłopca.
- Wybacz, kochana, że przeszkadzam, ale jest już późno i miałem
nadzieję, że pójdziemy do domu na kolację - odezwał się gość serdecznym
i melodyjnym głosem, uśmiechając się równocześnie do chłopca, który
wyglądał na wykończonego. - Chyba już dość tego tańca, od rana tu
siedzicie.
- Wiem, Misiu, ale praca z tym dzieckiem jest prawdziwą orką na ugorze -
odpowiedziała miłym tonem, mimo że to, co mówiła, było niemiłe.
- Moja droga, jesteś perfekcjonistką i podziwiam cię za to, ale nie
możesz być tak surowa - rzucił, nadal uśmiechając się do chłopca. - On
ma niewiele ponad pięć lat, dopiero się uczy.
- Jesteś dobrym człowiekiem i widzisz w ludziach tylko dobro, za to cię
kocham - powiedziała, zbliżając się do pulchnego mężczyzny i całując go
delikatnie w usta. - Ale na balecie się nie znasz, więc pozwól, że tym
będę zajmować się ja. Jeśli mamy coś znaczyć w tej branży, to musimy
pokazać, na jakie efekty mogą liczyć ludzie, którzy zapiszą do mnie
swoje dzieci. Ale jak na niego patrzę - wskazała palcem chłopaka -
ogarnia mnie tylko rozpacz, jakbym uczyła małpę.
- Daj spokój - ponownie rzucił lekko, choć tym razem można było już
wyłapać odrobinę stanowczości. - Po dziesięciu godzinach próby sam
Barysznikow miałby dość i nogi by mu się plątały, lecz nie z braku
umiejętności, a ze zmęczenia. Wiem, że chcesz dobrze, ale na dziś
wystarczy.
Chłopiec poczuł ulgę, bo już wiedział, że ostatnie zdanie pulchnego
mężczyzny zakończy jego dzisiejszą mękę. Kobieta odwróciła się w stronę
chłopca, spojrzała na niego z niesmakiem i pogardą, cmoknęła głośno i powiedziała:
- No dobrze, ale w drodze do domu musimy gdzieś kupić tokaj. Po
koszmarnym dniu z tym analfabetą baletowym muszę się zrelaksować -
parsknęła.
Chłopiec zobaczył, jak mężczyzna kręci głową z dezaprobatą, ale zachował
uśmiech na twarzy.
- Zatrzymam się, gdzie tylko będziesz sobie życzyła. - Puścił oczko do
stojącego na środku sali chłopca w stroju baletowym. - Mały Niżyński,
biegnij się przebrać - rzucił żartobliwie, a chłopiec kiwnął machinalnie
głową i opuścił salę.
- Niżyńskiemu on nawet baletek nie mógłby czyścić - rzuciła kobieta. -
Obrażasz ikonę baletu.
- Może na balecie się nie znam, ale widzę, że chłopiec tańczy wyjątkowo,
patrzy się na niego z taką samą przyjemnością jak kiedyś na Niżyńskiego
- powiedział, łagodząc jej oburzenie. - Kochana, jesteś wspaniałą
kobietą i każdego dnia dziękuję Bogu, że cię spotkałem, ale martwię się
o ciebie i o tego chłopca. Wiem, że masz swoje plany, że marzysz o szkole na wysokim poziomie i sukcesie, ale on jest dzieckiem. Musisz mu
odpuścić, bo to się źle na nim odbije - tłumaczył łagodnie, przytulając
kobietę do siebie.
- Może masz rację - przyznała, gdyż nie umiała się z nim spierać. Zawsze
ją rozczulał, a jego spokój oddziaływał też na nią. - Ale widzę jego
predyspozycje, ma wrodzony talent, dlatego nie może osiąść na laurach,
bo nic z tego nie będzie - wyjaśniła, uśmiechając się do mężczyzny.
- Czasem pleciesz takie głupstwa. - Dotknął jej palcem pieszczotliwie po
nosie. - On ma pięć lat, niewiele dzieci zaczyna ćwiczyć poważnie w tym
wieku. Nawet jak będzie ćwiczył o połowę mniej, to i tak będzie lepszy
od innych.
- Trzeba mu stawiać wyzwania i mieć duże oczekiwania, wtedy będzie się
starał sprostać im choć w drobnej mierze - nie odpuszczała.
- Kiedy będziemy mieć wspólne dzieci, to nie pozwolę na taką dyscyplinę
- powiedział zaskakująco poważnie. - Dzieci potrzebują czasu wolnego na
zabawę. Ty, jak byłaś mała, nie spędzałaś czasu na podwórku z dzieciakami? Ja całe dnie się bawiłem, a jakoś wyszedłem na ludzi i poradziłem sobie w życiu.
- No właśnie dużo się bawiłam, a gdyby ktoś wcześniej zapisał mnie na
balet, to osiągnęłabym więcej. - W jej odpowiedzi pojawił się żal.
- Ale wtedy byśmy się nie spotkali - powiedział mężczyzna, aby
załagodzić dyskusję, która nie miała szans na kompromis.
Do sali ponownie wszedł chłopiec ubrany do wyjścia i stanął w progu.
Grubasek ucieszył się na jego widok.
- Ja i mały Niżyński - wskazał chłopaka - będziemy na ciebie czekać w aucie. - Dał znać chłopcu, aby wyszli z sali. - Radzisz sobie świetnie,
ona też to wie - szepnął do niego, kiedy wchodzili do auta.
Chłopiec uśmiechnął się nieznacznie do mężczyzny, bo zmęczenie nie
pozwalało mu na więcej.