Ciemna strona Wall Street - Turney Duff

Reflow text when sidebars are open.
Styczeń 1984. Kennebunk, Maine
Pada śnieg. Nasz szaro-niebieski domek z dwuspadowym dachem, stojący na skraju rezerwatu przyrody, pokryty jest półmetrową warstwą białego puchu, jak wszystko wokół. Przez zaparowane kuchenne okno widzę, jak w słabym wieczornym świetle mój czterdziestoczteroletni ojciec odśnieża podjazd. W porównaniu ze swoimi rówieśnikami jest w całkiem niezłej kondycji. Wygląda jak młody William Shatner podczas sesji zdjęciowej do reklamy oferty odzieżowej L.L.Bean. Ciężkie płatki spadają na niego, a on metodycznie zagarnia łopatą śnieg, nabiera i odrzuca na bok. Pracuje w jednostajnym rytmie, bez przerw, bez chwili odpoczynku: zagarnia, nabiera, odrzuca. Zagarnia, nabiera, odrzuca. Jego marznący na mrozie oddech do złudzenia przypomina to, co wydobywa się z rury wydechowej naszej Zielonej Maszyny - Forda LTD, rocznik siedemdziesiąt siedem. Samochód się rozgrzewa, a ojciec odgarnia śnieg wokół niego. Powoli, ale konsekwentnie przeciera nam drogę. Zagarnia, nabiera, odrzuca.
Siedzę w kuchni przy długim drewnianym stole i jem płatki. Zagarniam, nabieram, zjadam. Zagarniam, nabieram, zjadam. Drewniana podłoga i białe stiuki na ścianach chłoną ciepło wydobywające się z piecyka na drewno. To najcieplejsze pomieszczenie w domu. Mam na sobie dresy z logo Boston College, które dostałem w prezencie bożonarodzeniowym od mojej siostry Kristin, świeżo upieczonej studentki. Kristin siedzi w salonie i ogląda telewizję razem z Debbie, moją najstarszą siostrą, która studiuje na University of Maine. Obie przyjechały do domu na ferie zimowe. Kelly, najmłodsza z sióstr Duff, siedzi naprzeciwko mnie i odrabia lekcje. Ujmuję w dłonie miseczkę i unoszę ją do ust. Znad jej brzegu spoglądam na Kelly. Nie odrywa wzroku od podręcznika, który przed nią leży. Wszystkie moje siostry odziedziczyły po ojcu determinację i nos - znak towarowy Duffów - tak malutki i tak pięknie ukształtowany, że z powodzeniem mógłby trafić do katalogu chirurga plastycznego. Kelly jest w trzeciej klasie liceum, została ostatnio królową balu. Ma też na swoim koncie mistrzostwo stanu w biegu na 800 metrów. Wszystkie dzieci Duffów są usportowione, mają to po ojcu. Siorbię słodkie mleko i połykam płatki Cheerios. Kelly spogląda na mnie znad książki z lekką pogardą, która jednak szybko gdzieś wyparowuje. Współczuje mi. Wie, że nie mam ochoty jechać z ojcem. Uśmiechamy się do siebie.
Matka siedzi pod ścianą po drugiej stronie kuchni. Pracuje nad swoim haftem krzyżykowym, za który zdobyła już kilka nagród w konkursach organizowanych przez gazety, i popija wino. Jej lekko siwiejące włosy sięgają ramion. Ubrana jest w fartuch narzucony na bluzkę z golfem.
- Lepiej już kończ, zanim ojciec zobaczy, że jesz płatki na kolację - mówi.
Przechylam miseczkę i wlewam sobie do ust resztę mleka i płatków.
- Naprawdę nie chcę jechać - mówię, wycierając usta wierzchem dłoni.
Ona dobrze wie, że nie chcę. Nieraz zdarzało jej się z powodzeniem mnie wybronić, ale tym razem to niemożliwe. Ojciec już zadecydował. A jego decyzja jest równie nieodwołalna jak ostateczne postanowienie Sądu Najwyższego. Nawet pół metra śniegu nie jest go w stanie powstrzymać. Zagarnia, nabiera, odrzuca.
Mój ojciec uważa, że mam zadatki na świetnego zapaśnika. I dzisiaj - pomimo śnieżycy, pomimo wszystkich moich protestów, pomimo wstawiania się za mną matki i sióstr, a nawet pomimo tego, że jestem dopiero w ósmej klasie - zabiera mnie do szkolnej sali gimnastycznej na trening zapaśniczy. Liczy na to, że pokażę trenerowi, na co mnie stać.
On sam był kiedyś gwiazdą zapasów. Chociaż od tamtej pory minęło już wiele lat, w jego rodzinnym Mt. Lebanon w stanie Pensylwania ludzie ciągle jeszcze pamiętają jego dokonania na macie. Co najmniej trzy uczelnie proponowały mu stypendium, ale żadna z nich nie oferowała możliwości kształcenia się w zawodzie inżyniera - jego wymarzonym. Tym samym kariera zapaśnicza musiała ustąpić miejsca planom zawodowym.
Chyba nie można powiedzieć, żeby chciał za moją sprawą ponownie zaznać tej licealnej chwały. Nie wydaje mi się, żeby o to chodziło. Raczej chodziło mu o to, że zapasy mogą mi pomóc stać się mężczyzną. Miałem trzy starsze siostry i nadopiekuńczą matkę, więc jego zdaniem brakowało mi otarć zdobytych na macie i zapachu męskiej szatni. Przede wszystkim jednak nie chciał, by nasze relacje wyglądały tak jak jego relacje z ojcem. Mój ojciec w czasach szkolnych święcił triumfy na macie zapaśniczej i bił rekordy w skoku o tyczce, a mimo to dziadek ani razu nie przyszedł mu kibicować. Ojcu się wydawało, że zapasy mogą nas w jakiś sposób do siebie zbliżyć, pomóc zadzierzgnąć męską więź. Z tym jego planem był tylko jeden problem: ja nie chciałem uprawiać zapasów.
Kiedyś chciałem zostać kucharzem. Matka kolegi zabrała nas pewnego dnia do White Barn Inn, najbardziej eleganckiej restauracji w Kennebunk. Gdy szef kuchni wyłonił się ze swojego królestwa, oczy wszystkich klientów skierowały się na niego. Imponowała mi ta uwaga i ta estyma, jaką się cieszył. Gdybym jednak miał nie zostać kucharzem, myślałem o karierze oszusta. Filmowi mistrzowie przekrętów zawsze mnie fascynowali. W szóstej klasie próbowałem szantażować dziewczynkę o imieniu Kelli. Zagroziłem jej, że jeśli nie zostawi mi dolara na trzynastej stronie książki Backboard Magic w bibliotece, to podczas przerwy wyjawię wszystkim, z kim się spotyka. Ona poskarżyła się nauczycielowi i miałem potem kłopoty. Teraz mam taki plan, żeby studiować hotelarstwo na UNLV albo w Cornell. Chcę się zajmować rozrywką. Chcę, żeby dzięki mnie ludzie mieli udane wakacje. Poza tym to chyba nie może być trudne. A może po prostu nie chcę być taki jak mój ojciec.
Dla niego nie ma czegoś takiego jak droga na skróty, nie ma czegoś takiego jak łatwe pieniądze. Wszystko podlega analizie, wszystko jest dokładnie zaplanowane. On nic nie pozostawia przypadkowi. Doskonale wie, na której stacji benzynowej w mieście można najkorzystniej kupić paliwo. Ogląda zawsze najdokładniejszą prognozę pogody w telewizji. W dniu, w którym zmienia się czas, wstaje o drugiej w nocy i przestawia wszystkie zegary w domu. Nosimy co prawda to samo nazwisko i mamy takie same niebieskozielone oczy - i oczywiście taki sam mogący służyć za podpis nos Duffów - poza tym jednak bardzo się od siebie różnimy. On próbuje wpoić mi etykę pracy, dyscyplinę i ścisłą rutynę, a ja bronię się przed tym rękami i nogami. On chciałby, żebym był mężczyzną, żebym był bardziej jak on. Właśnie dlatego siedzę teraz przy kuchennym stole i czuję, jak ściska mnie w żołądku.
Słyszę, jak drzwi do garażu otwierają się, a potem zamykają. Wiem, że to on.
- Samochód już czeka - krzyczy do wnętrza domu. - Jedziemy, Turney.
Pochylam głowę i spoglądam na mamę. Chciałbym, żeby dostrzegła smutek w moich oczach. Ona zdobywa się tylko na współczujący uśmiech. Nie mam wyjścia, wiem o tym.
Jedziemy zupełnie pustą drogą. Płatki śniegu uderzają o szybę mocno jak śnieżki, kiedy tak suniemy powoli w milczeniu. Niesamowite. Ryzykujemy życie, żeby dotrzeć na szkolny trening zapaśniczy. Niech mnie ktoś zastrzeli. Może ześlizgniemy się z drogi do rowu i nie damy rady się stamtąd wydostać. To by był dopiero fuks. Nagle na horyzoncie pojawiają się reflektory innego samochodu: czarnej corvetty. To może być tylko jedna osoba. Nowojorskie tablice zaraz to potwierdzają. Mijamy się z prędkością mniej więcej 15 kilometrów na godzinę. Dostrzegam grube krzaczaste wąsy.
- To wujek Tucker - mówię.
- Wyjechał osiem godzin temu - informuje mnie ojciec, gdy mijamy corvettę.
Najwyraźniej nie zawracamy. Bardzo lubię, gdy wujek Tucker przyjeżdża do nas z wizytą. Zawsze uczy mnie jakiejś nowej sztuczki karcianej. Ma trzydzieści dwa lata i mnóstwo pieniędzy. Podróżuje po świecie, jeździ na fantastyczne wakacje. Przyjechał, bo jutro ma zabrać moje dwie starsze siostry na narty. Tylne światła jego samochodu powoli znikają pośród zamieci. Zbliżamy się do pierwszego stopu. Musimy zacząć zwalniać ze sto metrów wcześniej, żeby na pewno wyhamować. Ojciec przestaje na chwilę patrzeć na drogę i spogląda na mnie.
- Jako niemowlak nauczyłeś się robić mostek, jeszcze zanim zacząłeś raczkować - mówi.
- Tak, wiem - odpowiadam. Słucham tej historii dopiero dziewięćset pięćdziesiąty szósty raz.
Ojciec rozwodzi się na temat znaczenia mostka podczas walki zapaśniczej. Wyjaśnia, że tylko w ten sposób można sobie pomóc, jeśli się leży na plecach. Odchyla szyję do tyłu, żeby mi to zaprezentować. Dokładnie wiem, na czym to polega. Znam to od kołyski.
- Unosisz ramiona, żeby podeprzeć całe ciało na karku - i tak powie, co ma do powiedzenia.
Odwracam głowę i kieruję wzrok na drogę.
- Trener nas zaprosił. Jedziemy tylko popatrzeć - mówi ojciec, wyczuwając moje niezadowolenie.
Na podłodze w sali gimnastycznej leży ogromna niebieska mata do zapasów. Idę za ojcem w kierunku rzędu ławek, po drodze wytrzepuję śnieg z włosów. Rozglądam się po sali. Wszędzie jacyś chłopcy: biegają, rozciągają się, kilku już mierzy się w walce. Dotychczas nie zaprzątałem sobie głowy myśleniem o tym, że ciągle jeszcze jestem dzieciakiem, ale teraz jest to dla mnie zupełnie oczywiste. Ci faceci są ogromni. Niektórzy mają nawet zarost. Czuję się jeszcze gorzej niż przed chwilą. Ucisk w żołądku tylko się nasila. Nie chcę uprawiać zapasów. Ojciec uśmiecha się do trenera, gdy ten kieruje na nas wzrok.
Trener macha do nas ręką i rusza w naszą stronę. Ma jakieś czterdzieści lat, jest niski, ale dobrze zbudowany. Ma na sobie beżowe spodnie i niebieską koszulkę z napisem KENNEBUNK WRESTLING na piersi. Na jego szyi wisi gwizdek. Wyciąga do mnie mięsistą dłoń i przedstawia się jako "trener". Zdobywam się na uśmiech i mówię, że miło mi go poznać.
- Podobno lubisz zapasy?
Niczego bardziej w tej chwili nie pragnę, jak zaprzeczyć, ale wiem, że ojciec by mnie za to zabił. Kiwam więc potakująco głową.
- Nawet tak - mówię.
Na szczęście trener szybko przenosi wzrok na mojego ojca. Zaczynają ze sobą rozmawiać o różnych zapaśniczych chwytach i pozycjach. Na dźwięk tych sportowych określeń robi mi się niedobrze. Na twarzy ojca maluje się tymczasem radość, jakiej zwykle na niej nie widuję. Jest jak balon, który rośnie wraz z każdym słowem wypowiedzianym w zapaśniczym żargonie.
Chwilę później mam na głowie kask, a na nogach sportowe buty. Na założenie koszulki już się nie godzę. Dres z logo BC będzie musiał wystarczyć. Ktoś podaje mi ochraniacz na zęby. Stoję przy krawędzi maty. Po drugiej stronie pojawia się pierwszak imieniem Brian. Jest ode mnie rok starszy, ale znamy się z gimnazjum. Dziwię się, że go tu widzę. Nie wiedziałem, że uprawia jakikolwiek sport. Zawsze mi się wydawało, że interesują go raczej przedmioty ścisłe. Jako jedyny w całej szkole potrafił obsługiwać komputer, a poza tym cały czas grał na atari albo w jakieś gry wideo. Widzę, że się boi - bynajmniej nie starcia z mierzącym nieco ponad metr sześćdziesiąt i ważącym 50 kilogramów groźnym przeciwnikiem, raczej ewentualnej porażki w potyczce z gimnazjalistą. Koledzy z drużyny już zaczynają z niego kpić. Kibicują mi jeszcze przed rozpoczęciem walki. On może na tym tylko stracić. Koledzy nigdy nie dadzą mu spokoju, jeśli ze mną przegra. Rozlega się gwizdek trenera.
Może i odziedziczyłem zapaśnicze geny po ojcu, ale z pewnością brakuje mi jego techniki. Poza mostkiem właściwie nic nie umiem, ale to powinno wystarczyć. Jeśli nie dam się przygwoździć do maty, to wszyscy będą szczęśliwi, a my będziemy mogli wracać do domu. Brian się do mnie zbliża, zwieramy się w uścisku i próbujemy powalić się nawzajem na ziemię. Od razu staje się dla mnie jasne, że on ma gorszy refleks. Skupia się na technicznych detalach, stara się zachować odpowiednią pozycję. Wykorzystuję ten fakt, wsuwam się pod niego, chwytam go w pasie i przewracam na ziemię. Biedny nawet się nie zorientował, kiedy go rozłożyłem na łopatki. Trener już stuka w matę. Niewielka grupka zapaśników przyglądających się naszej walce wydaje z siebie jednogłośne "Wow!". Koniec. Dzięki Bogu - będę już mógł iść do domu. Trener niestety zapatruje się na to inaczej. Teraz chce, żebym się zmierzył z uczniem drugiej klasy. Liczba gapiów rośnie, teraz przygląda mi się co najmniej kilkanaście osób. Drugoklasista ląduje na macie jeszcze szybciej niż Brian.
Pewnie powinienem spróbować przegrać. Za trzecim razem po drugiej stronie maty staje uczeń czwartej klasy, Mark. Wszyscy się spodziewają, że pójdzie w ślady starszego brata i zdobędzie mistrzostwo stanu. Teraz to on może liczyć na wsparcie gapiów. Ósmoklasista może rozłożyć na łopatki paru gości, którzy nie trafili jeszcze w tym roku do reprezentacji, ale na pewno nie powinien wygrać z ich kapitanem. Chwyta mnie za ramię, ale uwalniam się z uścisku. Próbuje podciąć mi nogę, ale na czas ją odsuwam. Zwieramy się głowa przy głowie, ucho przy uchu, po czym obaj lądujemy na ziemi. Wydaje mi się, że chyba mam nad nim pewną przewagę, ale przez chwilę się mocujemy. Nagle stwierdzam, że na pewno mam nad nim przewagę. Czuję, jak słabną mu ręce, i skrzętnie ten fakt wykorzystuję. Chwytam go za ramię, którym opiera się o ziemię. Próbuję go obalić. Wtedy słyszę jego chichot. Nagle czuję, że toczę się jak kreskówkowa postać po górskim zboczu. Moje ciało skręca się w zupełnie nieoczekiwany sposób. Ciągle jeszcze leżę jak precel, gdy trener uderza ręką o matę, aby ogłosić moją porażkę. Potrzebuję chwili, żeby się wyplątać z własnego ciała.
Nigdy więcej nie uprawiałem zapasów. Ojciec dotrzymał słowa. Wrócił do tematu tylko raz, gdy zaczynałem naukę w liceum. Potrząsnąłem tylko przecząco głową i wszystko było jasne. Grałem za to w futbol, chociaż ojciec twierdził, że jestem za niski. Ten jego komentarz zmotywował mnie, żeby się jeszcze bardziej starać. Chciałem być gwiazdą największego możliwego formatu. Chciałem, żeby moje nazwisko pojawiało się w nagłówkach miejscowej gazety. W końcu mi się to udało. W ostatniej klasie liceum otrzymałem tytuł MVP i miejsce w drużynie gwiazd konferencji. Ojciec oglądał wszystkie moje mecze. Powiedział mi nawet, że nigdy by się po mnie czegoś takiego nie spodziewał. Ja z tego zapamiętałem jedno: że za mało się po mnie spodziewał.
Gdy tylko zatrzymujemy się na ośnieżonym podjeździe, obok czarnej corvetty, wyskakuję z samochodu i pędzę przywitać się z wujkiem Tuckerem. Ojciec zaś chwyta za łopatę, żeby do końca odgarnąć śnieg z podjazdu. Jeszcze zanim docieram do frontowych drzwi, już słyszę, jak zagarnia, nabiera i odrzuca. Zagarnia, nabiera, odrzuca.
Październik 2003, 19.30, Nowy Jork
Jestem gotów. Słońce powoli chyli się ku zachodowi. Przemierzamy ulice Tribeki, stukając obcasami o bruk. To taka pora, że miejsce spacerówek Bugaboo zdążyli już zająć sobotni imprezowicze. Towarzyszą mi współlokatorzy i parę innych bliskich mi osób, w sumie sześciu mężczyzn i trzy kobiety, wszyscy w modnych ciuchach, jakby szli właśnie na premierę, i to taką z czerwonym dywanem. Niczym ryby w ławicy naśladują każdy mój ruch. Zbliżając się do zbiegu West Broadway i Canal Street, przyspieszamy nieco kroku. Mam na sobie flanelową koszulę, pozbawioną swego czasu rękawów, moje ulubione znoszone dżinsy i okulary z błękitnymi szkłami w oprawkach ozdobionych imitacjami kamieni szlachetnych.
Marcus, właściciel Canal Room, czeka na nas przed wejściem do klubu. Na mój widok na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
- Oni są ze mną - mówię, wskazując moją świtę.
Bramkarz odpina czerwony atłasowy sznur i wchodzimy w ślad za Marcusem do klubu. W środku jest na razie prawie pusto, ale to się wkrótce zmieni. Marcus uśmiecha się nie bez powodu. Nazywa mnie Flecistą z Hameln, Królem Nocy. Wkrótce klub zapełnią moi liczni naśladowcy, śmietanka młodego pokolenia Wall Street.
O ósmej kolejka przed Canal Room liczy już ponad sto osób. Pół godziny później ludzi jest już prawie dwa razy więcej. Kiedy drzwi wreszcie się otwierają, wygląda to tak, jakby ktoś wyciągnął korek z marmurowego zlewu wypełnionego szampanem: podekscytowany tłum w strojach od Armaniego i Prady szybko wlewa się do środka. Stoję przy drzwiach i witam kolejnych gości, gromadząc odciski szminki na policzku. Od czasu do czasu odbieram też drobny upominek - tak to już jest, jak się pracuje po stronie kupna. Jeden z moich bliskich znajomych, Brian, wręcza mi dziesięć tabletek ecstasy. Nie zamierzam ich brać - no, może na jedną albo dwie się skuszę. Wrzucam je do kieszeni z zamiarem wykorzystania na późniejszym etapie imprezy do okazywania swoich względów. Będę mógł podejść do kogoś, komu się ewidentnie skończyły, i z diabolicznym uśmiechem zapytać: "Może miętówkę?". Jeśli otworzy usta, wrzucę mu tabletkę na język.
Dziś bawimy się do upadłego.
Wszystko sam zorganizowałem: zarezerwowałem miejsce, wybrałem zespoły, ułożyłem listę gości. Zaproszenia zostały rozesłane przez moje alter ego, Clevelanda D. Klub właśnie zainstalował nowy system nagłośnienia, najlepszy w Nowym Jorku, i z głośników wydobywają się teraz ogłuszające dźwięki piosenki Missy Elliott Work It. Jeśli którykolwiek z gości sądził, że czeka go po prostu jeszcze jedna typowa dla Wall Street szalona impreza z udziałem któregoś z tych modnych chwilowo DJ-ów albo jakiegoś zespołu w stylu retro, jak choćby Allman Brothers czy Foreigner, pojawienie się na scenie Lisy Jackson, wokalistki transwestytki, musiało szybko pozbawić go tego przekonania. Zaczyna śpiewać Purple Rain, potem Ring My Bell, i nagle wszyscy faceci czują się tak, jakby chwyciła ich mocno za krocze w ich dobrze skrojonych spodniach. Tymczasem to tylko gra wstępna.
O wpół do dziesiątej cały klub szaleje. Alkohol leje się strumieniami. Ludzie tańczą lub kołyszą się w rytm muzyki, unosząc kieliszki i szklanki wysoko w górę. Usiłuję przecisnąć się do baru, ale pokonanie półtora metra zabiera mi dobre pięć minut. Nie jestem w stanie z nikim porozmawiać dłużej niż kilka sekund, bo zaraz czuję klepanie po plecach albo czyjąś dłoń na ramieniu. Ludzie z drugiego końca sali pozdrawiają mnie skinieniem głowy albo wznoszą toast na moją cześć. Jest tu chyba cała Wall Street, a już na pewno każdy, kto się na Wall Street liczy. Żadnej firmy brokerskiej nie mogło tu zabraknąć: zjawili się kupujący, sprzedawcy, brokerzy instrumentów o stałym dochodzie i cała reszta.
Na scenie zespół Naughty by Nature właśnie zaczyna grać hip-hopową wersję przeboju ABC grupy Jackson 5. Już po kilku dźwiękach tłum wybucha entuzjazmem, wszyscy bowiem rozpoznają znany utwór OPP. Wielokolorowe stroboskopowe lampy malują w szalone pasy tańczący tłum, z zapałem wymachujący w górze rękami. Treach, lider Naughty by Nature, trzyma w dłoni mikrofon i poruszając się rytmicznie, przemierza scenę tam i z powrotem. Energia napływa coraz silniejszą falą. Przestrzeń tuż pod sceną wypełnia pulsujący tłum, kołyszące się ciała wciąż przybliżają się do siebie i w końcu tworzą jedną zwartą masę. Nikt już stamtąd nie ucieknie. Muzyczny trans trwa i pobudza tłum do domagania się więcej i więcej. W końcu Treach przykłada mikrofon do ust.
- Znacie Clevelanda D? - woła, parafrazując słowa piosenki, i wyciąga mikrofon w stronę tłumów.
- Yeah, you know me - odpowiada tłum zgodnie z tekstem przeboju.
Stoję przy samej scenie, ogłuszające dudnienie basów rozsadza mi bębenki. Wykrzykuję początkowy fragment:
- Army with harmony... Dave drop a load on 'em...
Śpiewam razem z Treachem, jakbyśmy byli jedną osobą, jakby jego słowa były moimi słowami. Przede mną czterystu gości - seksownych, atrakcyjnych, pijanych, inteligentnych i potężnych ludzi z grubymi portfelami - podskakuje i śpiewa, usiłując wykrzesać z siebie tyle gangsta, ile tylko się da. Przypominają plemię wykonujące triumfalny taniec wojenny. Ci tutaj zarobią w nadchodzącym roku setki milionów dolarów. Na Wall Street mówi się o tych dochodach "fuck-you money". Tego wieczoru wszyscy ci książęta i księżniczki finansów siedzą u mnie w kieszeni.
Po chwili moje ekstatyczne uniesienie słabnie i jego miejsce w mojej głowie zajmuje osobliwa, niepokojąca myśl. W krótkiej chwili, która nagle rozwiera się niczym przepaść, coś nagle do mnie dociera: oto właśnie skończyłem trzydzieści cztery lata - to przyjęcie odbywa się właśnie dla uczczenia tego faktu. Poza tym jednak chodzi o coś jeszcze. Tak się jakoś złożyło, że wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi udało mi się zostać traderem funduszy hedgingowych. Na Wall Street absolutnie każdy pragnąłby się tym zajmować. Jestem u szczytu swojej kariery, ale nie osiągnąłem go dzięki dyplomowi MBA jednego z prestiżowych uniwersytetów czy komputeropodobnej zwinności umysłu (tym pochwalić się może zdecydowana większość młodych i bogatych imprezowiczów na tej sali), tylko raczej dzięki opanowaniu dość zaskakującej nieformalnej zasady obowiązującej na Wall Street. Otóż miałem świadomość, że to, co się dzieje po zamknięciu sesji, ma równie duże znaczenie jak wszystkie wydarzenia rozgrywające się w ciągu dnia. Moja gwiazda lśni najjaśniej, gdy rozlegnie się dźwięk dzwonu kończącego sesję - gdy światła w biurach już gasną.
Ale teraz, kiedy myślę o tym, co udało mi się osiągnąć, odczuwam jakiś taki dręczący niepokój, który wwierca się w moje poczucie szczęścia i je rozwala. Nie potrafię tego precyzyjnie opisać, ale tak tu teraz stoję, przy samej scenie, patrzę na to morze ludzi, którym się w życiu udało - i czuję się pusty. I po raz pierwszy od bardzo dawna zupełnie nie wiem, co mogłoby tę pustkę zapełnić.