Ciemna materia - Lech M. Jakób

Kup ebooka

22.50 zł
18.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Kurzeserce, to niewątpliwie było kurze serce, widziałem ich setki osobno,w podrobach i żywe jeszcze, kołaczące w półprzeźroczystych piersiachnosicieli; odcinało się krwawą plamą od ostrej bielirozsłonecznionego śniegu - już bardziej absurdalnego widoku niemogłem sobie zafundować. Gdyby nie fakt, że nie sam szedłem, uznałbymto za wybryk, jeszcze jeden, mojej zmęczonej wyobraźni. Popatrz,serce, powiedziałem do Re. Przestań, odpowiedziała, ale wróciliśmy,zawróciliśmy, gdyż dopiero kilka kroków potem odezwało się we mniecoś, poza złośliwym skowytem. Kurze serce, akurat. Natychmiastzobaczyłem tych, co wyrywali serca ubitym ciałom, by wydrzeć im ichsiłę; kult żywych serc, ofiara bogom łaknącym krwawych danin.Wolałabyś, zacząłem, nic nie wolałabym, ucięła, czując się zagrożonaw swojej dopiero co z takim trudem wywalczonej osobności, którejobecny wybryk przypadku w postaci kurzego serca na śniegu był wstanie zagrozić chybotliwej równowadze. Odchodziliśmy od siebie poraz nie wiem który, dosłownie, z biciem w dzwony wysokich "c",nie wierząc własnym słowom, świeżo przegranym chwilom, gdy jeszczecoś, jeszcze jakoś, przy odrobinie dobrej woli obojętnie którego znas można było oddalić, uratować. Przynajmniej tak się łudziłem? Iteraz owe idiotyczne kurze serce na śniegu. Minęła dobra chwila nimpojąłem, że może odebrać to jako policzek wymierzony z premedytacją.Wyłowienie takiego szczegółu spośród tysięcy dookoła, gdzie tysięcy,milionów, musiało trącić fałszem, czułem aż za dobrze, byłem niemalpewien, że skłonna jest tylko mnie o to posądzić, o podrzuceniekawałka rozchlapanego czerwienią mięsa pod furtkę ścieżki wiodącej dodomu. Śnieg prószył monotonnie suchymi płatkami, bez zawirowań irówno. Mocniej ścisnąłem jej przedramię, żałując przywołania przedoczy żałosnego w gruncie rzeczy obrazka. Sam nie wiem skąd się towzięło. To tylko z tobą, żachnęła się. Skończ, odparłem,ostentacyjnie pochylając się nad kłopotliwym znaleziskiem. Prawdziwekurze serce. Porzucone niedawno, dopiero ostygłe, wokół topniałśnieg, tworząc wianuszek rosnącego zgrubienia. Chyba za obsesyjnie dotego podchodzę, to tylko mnie mogło się zdarzyć, przemknęło przezmyśl. Re stała nade mną w półskłonie, niezdecydowana, nachmurzona.Spojrzałem od dołu w jej oczy. Wybacz, to silniejsze ode mnie.Dlaczego mi to robisz, dlaczego, wyrzuciła gwałtownie z siebie, niemam już sił. Poczułem się winny, znów przywalony winą, jak ziemia tymśniegiem sypiącym od szeregu dni. Odruchowo, jak zwykle w takichmomentach, gdy nie wiem co ze sobą zrobić lub gdzie oczy podziać,spojrzałem na zegarek. Za gorliwie, ni w pięć, ni w dziewięć.Wyglądało na to, że stał. W każdym razie nie dostrzegłem ruchusekundnika. Potrząsnąłem przegubem, przyłożyłem zimne szkiełko doucha. Delikatny, jednostajny chrobot, spodziewany, ale nie wiadomodlaczego zaskakujący, wzbudził we mnie dreszcz. Zupełnie jak ja,szedł, ale stał. Oboje szliśmy, ale staliśmy. Nędzne sztuczkimartwych przedmiotów. Do diabła z tym! Do diabła z zegarkiem, dodiabła z Re, z rozwodem, z kurzym sercem i całym światem! Czułem nakarku ironiczne spojrzenie Re. Wzbierała we mnie złość. Z bokunadbiegło rude kundlisko o zmechaconej sierści, chyba krzyżówkawszystkich okolicznych włóczęgów i sprzed nosa, jednym kłapnięciemszczęki, capnęło krwawy kęs. Zostaw!, krzyknęła Re na widok mojegogestu, zawahałem się, ale tylko na moment i wstając spróbowałemdosięgnąć butem zad umykającego kundla. Na ostry krzyk stanął izdezorientowany kundel, co wystarczyło bym dopadł go jednym susem,wbijając w chudy bok zlodowaciałą, ciężką podeszwę. Zaskomlał,wypuścił serce z pyska, odbiegł kawałek, jednak wrócił, jakbyszarpnięty z całych sił niewidzialnym sznurem, schwycił ochłap wbiegu i nieznacznie utykając na przednią łapę zniknął za żywopłotem.Już słyszałem w uszach dezaprobatę Re: tyś chyba oszalał, lecz kumojemu zdziwieniu skasowała mnie po chwili milczeniamelodramatycznym: to bez sensu... Jasne, jasne, że bez sensu -i pies, i serce, po stokroć przyznawałem jej rację, sam doskonalewidziałem dwuznaczność naszej sytuacji, ale z niewytłumaczalnymodcieniem patosu w głosie spytałem: co jest bez sensu? Co ja citakiego robię? Ustaliliśmy... Ustaliliśmy, że nie będziemy do tegowracać, przerwała bezceremonialnie, to właśnie nie ma sensu.Wyładowujesz się niczym dzieciak. Te twoje zagrania, jak świetnie jeznam! Za chwilę powiesz, że to nieprawda, że znów mylę się, to nietak. Ale spójrz na siebie. Od niepamiętnych czasów nie jesteś jużtym, kogo usiłujesz grać. Nie rozumiesz tego? To bardzo proste. Naszapiosenka się skończyła. Refreny twoje nudzą - zapewnepowiedziała dalej, gdyż oboje znaliśmy nasze odzywki; może pośrednioi to było jednym z elementów naszej klęski, owa niemożliwośćprzebicia się przez wyjątkowo okrągłe, nic lub niewiele znaczącesłówka, ale już tego nie słyszałem, bo uszy raptem zgubiły swojązdolność odbierania dźwięków. Widziałem tylko jej poruszające sięniemo usta, stężały grymas zniechęcenia wokół nich, pionową kreskęprostego nosa i opalizujące chłodem srebra tak pociągające mnie dotądnawet oczy. To ciekawe, że potrafiłem nienawidzieć, obrzydzić sobieRe w całości, w każdym szczególe, ba, bywało, iż sam od siebie brałemlekcje znienawidzania jej gestów, napawałem się jakimś wyjątkowocelnie wypracowanym zniechęceniem do okolicy obojczyka dajmy na toczy piersi, ale oczy, jej oczy zawsze broniły się przed spodziewanymefektem podobnych praktyk. Jej oczu nie umiałem znienawidzieć -wręcz przeciwnie. Im więcej czyniłem starań, by je zbrukać,przynajmniej wyrzucić z pamięci, tym bardziej, z natężonąnatarczywością ich obraz wracał, nienagannie czysty, jasny, jakbykpiąc z moich usiłowań. Jej oczy były silniejsze ode mnie. Jej oczykochałem nadal. Gdyby można było wypreparować je, odłączyć, albojeszcze lepiej - gdyby ona sama była tylko oczami - czyżnie stanowiłoby to dla mnie najwspanialszego wyjścia? Ona wiedziała otym, musiała wiedzieć, choć nigdy o tym w ten sposób nierozmawialiśmy, bo, w moim odczuciu, najzupełniej świadomiewykorzystywała ów atut - spojrzenie każdorazowo inne na każdąokazję. Gdybym się uparł, mógłbym w dosyć szybkim tempie złożyćkatalog z jej spojrzeń, i to gruby, kilkusetstronicowy. A czasami niemogłem, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oczy jej żyją życiemsamoistnym, niezależnym od przypadkowego ciała przypadkowej Re; żestanowią jakiś piekielny, o specjalnym - niemożliwym dowyśledzenia - znaczeniu naddatek, z którym i sama właścicielkanie zawsze wiedziała co robić. Chyba ci te oczy wydrapię,powiedziałem kiedyś. Rób co chcesz, odparła, śmiejąc się, czyń cochcesz z nimi, są twoje, jeśli tylko na to znajdziesz siły. "Sątwoje", akurat. Takie były moje, jak moim jest lód naAntarktydzie. A może i były? Kto wie. Tak szybko się zapomina.

Tobył wiersz (czyjego autorstwa?, wyleciało), zaczynający się od słów"Bielsze kamienie widziałem tylko w snach". Leżałemnieżywy na rozłożonym fotelu, dokuczał ucisk w skroniach inierytmiczne łomotanie z lewej strony piersi. Bałem się głębszegowdechu, bo każdy większy haust powietrza w płucach wzbudzał nową,mocniejszą serię ukłuć, jakby drobnych igiełek, wędrujących w okolicyserca i nieprzyjemne mrowienie schodzące w dół lewego ramienia.Leżałem nieruchomo, ze wzrokiem utkwionym w pajęczynie wysoko nadgłową, w rogu sufitu, zupełnie jak wtedy, kilka dni wstecz na kozetceu kardiologa, no, jak mu tam, Ogińskiego; a tenże Ogiński, lokalnasława owiana nimbem konesera niewieścich serc, łysawy, kołopięćdziesiątki, ale o sportowej, bez brzuszka sylwetce, zalecałrozluźnić się (rozluźnić się, dobre sobie!) całkowicie, chociaż przezmoment nie myśleć o rzeczach nieprzyjemnych (też dobre) i miarowooddychać ("Wdech, wydech, wdech, wydech, pan w ogóle niepotrafi gospodarować swoim oddechem, musi pan na nowo nauczyć sięoddychać" - kręcił niezadowolony głową). Skończyło się napentaerytrytolu, którego całe, nietknięte opakowanie wrzuciłem na dnoapteczki, przedtem wyśmiawszy zatroskanie smutnego konowaławyrażające się sumą trzystu złotych i uściskiem nieprzyzwoicie dużejoraz obleśnie wiotkiej dłoni - nieodparcie przywodzącej na myślmiękką kiść kalmara z jego lepkimi odnóżami. I co jeszcze powiedziałna odchodnym? "Niepokoję się o pańską żonę, wybaczy pan, że otym mówię, o Renatę, znamy się od dziecka, coś z nią nie tak. Niechce dać się zbadać. Ale na odległość widzę - spadek wagi,nerwowość w ruchach, rozkojarzenie, no, inkoherencja, nie da sięukryć. Obawiam się, że obojgu wam należy się coś więcej, niż zwykłyodpoczynek. Może jednak weźmie pan te pieniądze - dodał wbezpiecznej już odległości od biurka, by zamarkować chociaż trochęskrupuły - wpędza mnie pan w konfuzję - dorecytowałelegancko na jednym oddechu. Spojrzałem mu prosto w oczy, bezszczególnej intencji, po prostu w oczy, unikając ślizgania sięwzrokiem nad jego głową czy wśród schludnie ustawionych mebliprzytłoczonego okładziną modrzewiową przedpokoju, dziękując krótko:"Pieprzysz niemożliwie, przyjacielu". Spuścił wzrok,zagrała mu aksamitna mucha w białe grochy na grdyce i pochrząkująccoś zbity z tropu w nieplanowanym rozpędzie odprowadził mnie aż naschody. Czuł się zakłopotany tak niespodziewanym złamaniem konwencji,koniecznie chciał jeszcze coś dodać, zatuszować ten zgrzyt, ale zeswojej strony nie uczyniłem nic, by mu to ułatwić. Schodziłem na dół,nie oglądając się za siebie, gdy dogonił mnie jego niezdecydowany,usiłujący zachować resztki niby zachwianego autorytetu głos: "Ikoniecznie musi pan popracować nad swoim oddechem. Koniecznie",co zabrzmiało mniej więcej tak, jakby krzyknął na przykład: "Nieznoszę starej kaszanki", albo "Wynająłem garaż, aleorżnęli mnie na ładnych parę kawałków". W kieszeni grzechotałami fiolka z pentaerytrytolem i wtedy właśnie po raz pierwszy, ni ztego, ni z owego, naszedł mnie ów wiersz, a właściwie jeden wers,chyba początkowy:"Bielszekamienie widziałem tylko w snach". Zakłopotanie jego, pamiętam,wydało się wówczas nieproporcjonalne do mojej reakcji, niezbytprzyjemnej, to fakt, przyznaję. Ale ręce? Tak! Miał spocone ręce.Wtedy uszło to mojej uwadze. W głowę zapadł ów nieszczęsny wers zbiałym kamieniem we śnie, a ilekroć potem ten wers zechciał wyskoczyćna wierzch pamięci, tylekroć natychmiast wzniecał mój niepokój. Dodziś zresztą nie wiem skąd to. Dużo dałbym za przypomnienie autora,zresztą, nie ma gwałtu, z czasem dowiem się wszystkiego. Jak byłybudowniczy pokrytej kurzem pajęczyny ze smętnie wiszącymi odwłokamimuch w rogu sufitu, utłuczony przez Re ("Co za obrzydlistwo!Jak możesz ścierpieć widok podobnego szkaradzieństwa!". Przyczym "sz" wymawiała trochę jak "ś", co trochębawiło, a z czasem drażniło). On już wie.

Cóż,mój świecie, kochany głupiomądry świecie, niewiele interesuję ciebieja, a i mnie ty niewiele obchodzisz. W ten sposób, ignorując siebiewzajem, uznać możemy rachunki nasze za wyrównane. Ale to guzikprawda. Jednak jeden bez drugiego obejść się nie może, zawsze coś tamjeden drugiemu podrzuci pod jego drzwi, czymś zaskoczy, zmusi dodziałań, niechby i niechcianych, ale wciąż w jakiś sposóbkoniecznych. Może tak nie jest? Oczywiście, że tak. Tak właśnie, alei inaczej - nudził Grzegorz po czwartym albo piątym kieliszkuśliwowicy, a ja przyglądałem się mu tym razem wyjątkowo spokojnie,jego egzaltowana bufonada nie irytowała. Siedział blisko otwartegobarku, w zasięgu prawie wypitej butelki (odpadłem z braku ochoty podwóch kieliszkach), dłubiąc od niechcenia małym kozikiem w dębowejporęczy fotela. Narzynał poręcz machinalnie, nie zdając sobie z tegosprawy, a tym bardziej z tego, że narusza świętość rodowego mebla, wktórym zasiadał jego i Re ojciec, a także ojciec ich ojca, być może,choć nie byłem pewien, również ich pradziad. W każdym razie solidny,dębowy fotel, po bodaj tylko dwóch w ciągu kilkudziesięciu latodmładzających kuracjach u tapicera, był dla Re przedmiotemrodzinnego kultu, pieszczonym i dochuchiwanym, obgłaskiwanym orazniejednokrotnie dotulanym. Lubiła Re, teraz drzemiąca z półotwartąpowieścią Clifforda na kanapie obok, podkurczywszy obie nogi podsiebie, wtulić się w jego miękkie oparcie i pomrukując niczymrozpuszczona nadmiernie kotka trzeć policzkiem o wystające guzyozdobnych, tapicerskich gwoździ. Czasami czyniła to tak zapamiętale,że na twarzy, zwłaszcza w pobliżu kości policzkowych, pozostawały nadłużej nieznacznie krwią podbiegłe ślady. Nie przejmowała się tym,choć bywały przedmiotem nieporozumień towarzyskich. W przypływieokreślonego humoru posądzano mnie nawet o mało czułe pieszczoty. Reśmiała się wtedy dwuznacznie, ja zaś, nie chcąc psuć zabawy, udawałemzmieszanie i w końcu wszyscy wybuchaliśmy niepohamowanym śmiechem,mnożąc w absurdalnych spiętrzeniach wciąż nowe i nowe przyczynytajemniczych śladów na policzkach Re. No, co o tym sądzisz, naparłGrzegorz, święcie przekonany o tym, że słucham jego bzdurnychwywodów. To dla mnie za skomplikowane, odparłem, może mój ptasimóżdżek nie jest w stanie pojąć twoich objawień? No, no, za małodoceniasz własną łepetynę, wyrzucił zadowolony z siebie, niedostrzegając ironii w moim głosie, daj większą szansę szarymkomórkom, a kto wie, może nawet w filozoficznych refleksjachzasmakujesz? I nie rób miny abnegata połamanego kompleksami! Światmimo wszystko należy jednak do nas!, dorzucił z optymizmemcharakterystycznym dla ludzi zainteresowanych siódmym kieliszkiem, az jeszcze nieopróżnionym szóstym. Mówiąc, nieznacznie rozciągałsylaby i mimo kontroli nad językiem notorycznie połykał końcówki.Widać po mnie kompleksy?, bezpotrzebnie podtrzymałem jego zapałelokwencji. Człowieku, odparł entuzjazmując się nowym polem popisu,czy widać? Źle powiedziane! Wprost tryskają uszami i nosem, jesteśjedną ogromną walizą kompleksów, tak szczelnie wypchaną, żedomknięcie jej nawet za pomocą kolan i całego ciężaru wydaje sięporonionym marzeniem! Co ja mówię. Ty nie masz ich w sobie. Ty jesteśz nich wyrzeźbiony, jedna potężna bryła wyciosana ze zwaliskabazaltowych kompleksów, oto czym jesteś! Miał żer i mogłem spokojniena powrót zanurzyć się w sobie. Jak go znałem, szybko nie skończy.Braciszek Re, tyleż psycholog amator, co dyplomowany (nigdy niewiedziałem który z nich w danym momencie bierze w nim górę), któregowłasne kompleksy w stosunku do moich nie musiały wyglądać gorzej,przyszedł pożyczyć pieniądze. Lecz nim swoją prośbę z gardła wydusił,zwykł fundować nam krasomówczy cyrk. Oczy miał, na skutek alkoholu,nadmiernie wybałuszone, ostrze scyzoryka zagłębiało się w poręcz jużdo połowy swej szerokości, a Re drzemała nadal, całkowicienieświadoma oczekującej niespodzianki. Dosyć wyraźnie wyobrażałemsobie jej reakcję. Nawet to, że facet bezczelnie dłubiący kozikiem wporęczy świętego fotela jest jej bratem niewiele mógł zmienić. Możeto nie było w porządku, że nie powstrzymałem dzieła zniszczenia.Jednak ten przeklęty chochlik we mnie nie potrafił sobie odmówićzłośliwej (jakby jedynie o złośliwość chodziło) satysfakcjiobejrzenia spodziewanej sceny. Poddałem się jego podszeptom, nieczując większego oporu. Dopiłem jednym łykiem gorzką kawę. Dźwiękpotrąconej srebrnej łyżeczki obudził Re. Odłożyła Clifforda iprzeciągnęła się z lubością. Przyciemniona lampa z barku, jedyneświatło w pokoju, rzucała na przeciwległą ścianę jej nienaturalnierozciągnięty cień - leniwe monstrum o łagodnych, rozmytychruchach. Co to ja chciałam powiedzieć, westchnęła, dyskretnieosłaniając dłonią ziewnięcie, aha, to ile potrzebujesz? Grzegorzemzachwiało pytanie wprost, do którego tak mozolnie i z takimpoświęceniem czasu oraz środków cały wieczór zmierzał. A Re dopieroteraz połapała się, że jeszcze do głównego punktu programu niedotarł. Jednak, i słusznie, szła już za ciosem. Ile? Właściwie,gdybyście mogli z pięć stów wysupłać, mitygował się, gestykulując zkozikiem w dłoni, czego Re nie zdążyła dostrzec, ale oddam w ciągudziesięciu dni, szybciej może nawet, góra dwa tygodnie. Re spojrzałana mnie, rozłożyłem ręce, co od biedy uznać można było zazrezygnowane przyzwolenie. I tak nie odczepiłby się od nas, dalejbeznadziejnie miętosząc pozostałą resztkę wieczoru. W porządku,skinęła głową Re. Grzegorz odetchnął. Krasomówczy popis, podczastrwania którego samozwańczy artysta cyrkowy wykonał kilka lipnychewolucji na temat kontrruchów świata i wiele zręcznych salt wokółmoich doszłych i niedoszłych kompleksów dobiegł końca. Zapomniałam,byłeś u Ewalda? W pierwszej chwili nie pojąłem pytania Re. Ożywił sięGrzegorz, pochylony nad uzupełnianym kieliszkiem: pierwsze słyszę,szwabskie imię u niego skąd? Edward zawsze mówiłaś. Tak, potocznie,ale z metryki Ewald; nie sądzisz, wyjaśniła, że brzmi to ciekawiej?Jest w tym posmak pewnej nobliwości, pasujący do niego jak ulał. Byćmoże, być może, odparł doinformowany Grzegorz. Ja zaś doinformowanysię nie czułem. I, prawdę mówiąc, zaczynała mnie nużyć ta wymianazdań nad moją głową. Może wreszcie dowiem się kim jest ten Edward czyEwald, czy jak mu tam?, nie wytrzymałem. Jak to, zdumiała się Re,miałeś przecież być u Ogińskiego tydzień temu. Dopiero zaskoczyłem:aaa, ten konował. Re żachnęła się: specjalista wysokiej klasy! Ludziezabijają się za nim, kolejki ma kilkumiesięczne! Ty wiesz, ile onbierze? Jak żywa stanęła mi przed oczyma postać Ogińskiego, awłaściwie nie tyle cała postać, co latająca na grdyce mucha w białegrochy i jego wiotkie, kalmarowate łapy. O, tak, potwierdziłem.Patrząc po gotówce, jaką ze mnie zdarł, bez wątpienia specjalistawybitny. Mimo półmroku dostrzegłem nagłe zaczerwienienie twarzy Re.Niemal krzyknęła: chcesz powiedzieć, że wziął od ciebie pieniądze?Zdziwiłem się jej zdziwieniem. Wyglądała na zaskoczoną całkowicie.Równe trzy setki, uzupełniłem. Grzegorz gwizdnął przeciągle, dodając:i co, pewnie kazał ci lepiej oddychać? Ma fioła na punkcieoddychania. Twierdzi z uporem maniaka, że połowa chorób ludzkościbierze się ze złej gospodarki oddechem. Cieplej spojrzałem naGrzegorza. Jego opinia o właścicielu karykaturalnie dużej muchy wbiałe grochy musiała być zbliżona do mojej. Nie do końca zrozumiałedla mnie zdenerwowanie Re (a pal sześć te trzy stówy) przybrało innąpostać. Grzebała teraz w biblioteczce, wyrównując grzbiety i takrówno stojących książek. Z trudem panowała nad swoim głosem. Jesteśpewien tego, co mówisz?, rzuciła zza pleców, gdy braciszek jejtymczasem dopiero teraz dostrzegłszy naderżniętą poręcz, szybkoschował scyzoryk i poślinionym palcem, całkowicie bez sensu, tarłnamiętnie szczerbę. Uzyskał tyle tylko, że ściemniała trochę, tracącwyzywającą świeżość rany, ale i tak widoczna była z daleka. Moja nogawięcej tam nie postoi, utwierdziłem Re okrężną odpowiedzią. A toco!?, rzuciła wściekle, widząc maskujące ruchy Grzegorza. Coś tynajlepszego zrobił!? Jej szyja i dekolt nagle zrobiły się purpurowe,a ręce, zauważyłem to natychmiast, zwłaszcza palce, zaczęły drżeć.Przerażony Grzegorz zapadł się w sobie, pojmując grozę tak tragicznieprzez Re widzianej sytuacji i wybąkał niepewnie: to ja już sobiepójdę; wycofując się do przedpokoju. Nie przeszkadzałem mu w tym.Spróbowałem natomiast uspokajająco objąć ramię Re, ale zrzuciła mojądłoń, upadła brzuchem na kanapę i długo w bezsilnej złości tłukłapięściami w poduszkę. Nie mam już sił, nie mam już sił, łkała przytym, co za idiota! Co za beznadziejny cham! Jakim był, takim byłkonował Ogiński, ale nie mogłem się nie zgodzić z jego diagnozą stanuRe, tu strzelił w dziesiątkę. Jeden kłębek nerwów. Trzasnęły drzwiwyjściowe, raptem zgasło światło i po omacku poszedłem do kuchnizaparzyć kawę dla siebie i roztrzęsionej Re. Pomyślałem: możerzeczywiście powinniśmy gdzieś pojechać? Utrzymywał mnie w tymprzekonaniu rozlany lakier do paznokci na stole przy kuchence. Tobyło niepodobne do obyczajów Re, jej pedantyczności. Nigdy niepozostawiłaby po sobie bałaganu. Każde uszkodzenie, mankament byłnatychmiast przez nią usuwany, wszystko musiało lśnić, prawidłowodziałać i stać na wyznaczonym z góry miejscu. A tu raptem nieprzypadkowy okruch, nie popiół z papierosa strząśnięty obokpopielniczki, lecz obszerna plama rozlanego i nieuprzątniętegolakieru. Wręcz nieprawdopodobne. W zakrzepniętej, wiśniowej emaliitańczyły odbite płomyki zapalonegogazu. Ciężko usiadłem na stołku, nie tracąc z oczu migotliwychodblasków. Potrzaskiwały miażdżone ziarenka kawy w ręcznym młynku.Obracałem korbką ruchem miarowym, jednostajnym. Jedno najsprytniejszeziarenko niespodziewanie wyskoczyło spod metalowej kopułki młynka,szczęśliwie umykając w mrok. Reszta (a mogło ich być ile, kilkaset?)poszła na przemiał.

wserii kwadratukazały się:

"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

JacekBielawa "Kościelec"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

JerzyFranczak"Święto odległości"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

TadeuszZubiński"Rzymska wojna"