Rozdział 1. Drzwi zamknęły się. Zostali sami
Rozdział 1
Drzwi zamknęły się. Zostali sami
Ktoś napisał kiedyś, że nadchodząca tragedia rzuca zwykle cień przed
sobą i gdyby ludzkość w ciągu tysiącleci cywilizowanego istnienia nie
utraciła owego zmysłu ostrzegającego przed zbliżaniem się
niebezpieczeństwa, umielibyśmy przewidywać chwile grozy tak, jak
przewidują je szczury uciekające w porcie z okrętu, który ma zatonąć w czasie najbliższego rejsu, albo ptaki odlatujące spod strzech domów
mających wkrótce zniknąć w płomieniach pożaru.
Ale utraciliśmy ów zmysł i nikt nam już go nigdy nie odda. Dlatego
zapewne nikt w Porębie Morskiej nie przewidywał zdumiewających i niesamowitych wypadków, które niosła ze sobą najbliższa przyszłość.
Zresztą chyba tylko jasnowidz mógłby przewidzieć zbliżanie się tragedii.
Nic nie zwiastowało jej nadejścia tego cichego, słonecznego dnia.
Było lato. Światło późnego lipcowego popołudnia wydłużyło cienie
barokowych kamieniczek na maleńkim, opustoszałym o tej porze rynku
miasteczka. Pośrodku rynku stał miniaturowy ratusz, okolony dobrze
utrzymanymi klombami kwiatów, które z kolei otaczał czworobok asfaltowej
jezdni. Jezdnię tę, jak przystało na lata sześćdziesiąte dwudziestego
wieku, poprzecinano białymi pasami farby i klawiszami zebry. Ale
najwyraźniej wszystkie te wysiłki, mające na celu upodobnienie
miasteczka do wielkich metropolii, nie miały większego celu
praktycznego, gdyż - w tej chwili przynajmniej - nie można było dostrzec
w okolicy ani jednego poruszającego się pojazdu, a pieszych także nie
było widać. Najwyraźniej żadna ważna sprawa nie zmusiła nikogo z mieszkańców do opuszczenia domu w to ciche, upalne popołudnie.
Jedyny znajdujący się w tej chwili na rynku samochód stał przy
krawężniku naprzeciw kamieniczki, w której musiał mieścić się jakiś
urząd państwowy, gdyż na owalnej emaliowanej tablicy nad jej wejściem
błyszczał z daleka biały orzeł. Samochód był niewielki i najwyraźniej
nie należał do żadnego z mieszkańców miasteczka, bo na bagażniku
piętrzyły się walizy i wory turystyczne, przytroczone nowiuteńkimi
rzemieniami. W pobliżu ani wewnątrz wozu nie było nikogo.
W pewnej chwili ciszę ryneczku przerwał odgłos powolnych, człapiących
kroków. W wylocie jednej z wychodzących na ratusz uliczek ukazał się
stary człowiek ubrany w wytartą cyklistówkę, nieokreślonej barwy koszulę
o podwiniętych rękawach i szerokie płócienne spodnie, trzymające się na
skrzyżowanych szelkach. W ręce niósł niewielkie wiaderko, z którego
wystawał koniec sporego pędzla, a pod pachą drugiej ręki przyciskał
zwitek papierów.
Człowiek zatrzymał się przed kamieniczką z orłem, zerknął na podłużną
tablicę obwieszczającą:
Sąd Powiatowy w Porębie Morskiej
a potem na drugą, niewielką, znajdującą się nie ponad wejściem, lecz z boku, nisko, obok kamiennego barokowego portalu, okalającego żelazne, kute drzwi:
Powiatowe Biuro Notarialne
Jerzy Goldstein - Notariusz
Postawił kubełek na ziemi i raz jeszcze przesunął oczyma po ścianie
kamieniczki, poszukując odpowiedniego miejsca. Najwyraźniej znalazł je,
gdyż przytaknął sobie ruchem głowy i wyjąwszy spod pachy zwitek
papierów, odłączył od niego ostrożnie jedną kartę, a pozostałe położył
obok kubełka. Później zwilżył kilkoma powolnymi ruchami pędzla ścianę
kamieniczki tuż obok tablicy notariusza, uważnie przyłożył papier i przejechał po nim kilkakrotnie dłonią tam i na powrót, wygładzając
zagięcia. Potem odsunął się o krok, spojrzał krytycznie i osądziwszy, że
karta została przylepiona jak należy, uniósł kubełek i ruszył w dalszą
drogę, nadal nie okazując najmniejszego pośpiechu. Widząc samochód,
zatrzymał się przed nim na chwilę. Znowu pokiwał głową i mruknął coś
niezrozumiałego, obejrzawszy się na przylepioną przed chwilą kartę
papieru.
Na jasnej, odnowionej niedawno ścianie kamieniczki odcinał się ostro
biały prostokąt w grubych czarnych obwódkach:
ŚP. STANISŁAW MROCZEK
Przewodniczący Sądu Powiatowego w Porębie Morskiej, kapitan rezerwy, wieloletni radny miejski, uczestnik walk wyzwoleńczych Wojska Polskiego, odznaczony licznymi orderami państwowymi, zmarł tragicznie dnia 5 lipca 1967.
Uroczystości pogrzebowe odbędą się w południe dnia 8 lipca na miejscowym cmentarzu, o czym zawiadamiają pogrążeni w głębokim smutku Bratanek i Rodzina
Kołysząc swoim wiaderkiem, stary człowiek odszedł powoli i na ryneczku
znów zapanowała cisza, ale po chwili okute, stylizowane drzwi wejściowe
kamieniczki sądowej otworzyły się z cichym zgrzytem i z mrocznej sieni
wynurzyła się na światło dzienne wysmukła, ładna, jasnowłosa dziewczyna,
ubrana w lekki kostium podróżny, którego rękaw otoczony był jedwabną
opaską żałobną. Dziewczyna zatrzymała się po przestąpieniu progu i mrużąc oślepione blaskiem oczy, odwróciła się, jak gdyby w oczekiwaniu
kogoś, kto powinien był pojawić się tuż za nią. Żałobne obwieszczenie
znalazło się dokładnie na wysokości jej oczu. Zaczęła czytać, ale
natychmiast przeniosła spojrzenie na równie młodego jak ona wysokiego
mężczyznę, który właśnie wyszedł z sieni. On także miał czarną opaskę na
ramieniu jasnoszarej, dobrze skrojonej marynarki.
Młoda kobieta uśmiechnęła się, ale natychmiast spoważniała. Mężczyzna
oddał jej uśmiech. Wskazała mu oczyma żałobne obwieszczenie. Stojąc
ramię przy ramieniu, odczytali je, bez smutku, rzeczowo, spokojnie.
Dziewczyna pierwsza odwróciła się i poszła w kierunku auta. Ruszył za
nią, ale zatrzymał się, słysząc kroki w sieni domu.
- Znalazłem w końcu! - zawołał ktoś, jeszcze niewidzialny.
Okute drzwi otworzyły się na całą szerokość i z kamieniczki wyszedł
siwy, niewysoki, dobrodusznie wyglądający, nieco otyły człowiek w lnianej letniej kurtce, której rękawy po łokcie skryte były w czarnych,
ściągniętych gumką ochraniaczach, jakich tak chętnie używają ludzie
ślęczący całymi dniami przy biurku. Lekko zdyszany podszedł ku stojącym
i podał młodemu człowiekowi kilka kluczy podzwaniających na metalowym
kółku.
- Ten jest od furtki, a tamte dwa od zatrzasku, góra i dół... a ten mały
pewnie od biurka, ale oczywiście nie jestem pewien.
- Bardzo panu dziękuję, panie notariuszu...
Młody człowiek spojrzał niepewnie na trzymane w ręce klucze i po krótkim
wahaniu wsunął je do bocznej kieszeni marynarki.
Notariusz zerknął na pękaty kieszonkowy zegarek, który wysupłał z przedniej kieszonki spodni.
- Piąta! Weronka czeka na państwa. Pamięta pan oczywiście Weronkę?
Wyszła z domu, zanim wstałem. Dałbym sobie rękę uciąć, że od rana siedzi
tam i czeka na wasz przyjazd. Bardzo była do niego przywiązana,
biedaczka, bardzo... - Urwał na chwilę. - Taki straszny wypadek! Jak grom
z jasnego nieba. Kto by się tego spodziewał? Był jeszcze taki zdrów... Nie
do wiary!
Umilkł i czekał, przesuwając szybko po ich twarzach spojrzeniem małych,
nieco zaczerwienionych oczu.
- Tak, to rzeczywiście straszny wypadek. - Młoda kobieta zrobiła krok w kierunku drzwiczek auta. Ale stary notariusz zdawał się tego nie
dostrzegać.
- Taki był jeszcze zdrów! To właśnie najgorsze, że był taki zdrów. Nigdy
nie chorował. Wydawało się, że będzie żył jeszcze sto lat. Ale los
chciał inaczej... - Rozłożył ręce i opuścił je beznadziejnym, pełnym
rezygnacji ruchem, lecz potem uniósł je niespodziewanie szybko i poprawił gumki ochraniaczy. - W każdym razie bardzo się cieszę, że
otrzymaliście państwo na czas moją depeszę. Byłoby to bardzo smutne,
gdybyście nie zdążyli znaleźć się jutro na cmentarzu.
- Jechaliśmy prawie bez postojów - powiedziała młoda kobieta. - Nie
wiedzieliśmy, o której będzie pogrzeb, a kiedy przyszła pana depesza,
męża nie było w domu. Wrócił dopiero na drugi dzień rano.
- Trzeba wierzyć w opatrzność! - Krótki palec wskazujący starego
notariusza uniósł się i znieruchomiał, wycelowany w bezchmurne niebo nad
ryneczkiem. - Jestem przekonany, że biedny stryj pana patrzy teraz na
nas stamtąd i jest szczęśliwy, wiedząc, że stawi się pan jutro, żeby
odprowadzić go tam, gdzie w końcu wszyscy musimy się spotkać... - Znowu
westchnął i melancholijnie pokiwał głową. - Tak bardzo cieszył się na
myśl o waszym przyjeździe. Wierzył, że zostaniecie tu państwo na stałe.
Nie miał przecież żadnej innej rodziny, a do tej pory dzieliły was setki
kilometrów. Warszawa leży tak daleko od morza...
Umilkł.
- Tak... - Młody człowiek wydawał się równie zmęczony jak jego żona.
Najwyraźniej chciał już odjechać i podtrzymywał rozmowę tylko dlatego,
że nie wiedział, jak można ją przerwać bez urażenia starego mężczyzny. -
Chcielibyśmy zamieszkać tutaj, to znaczy chcieliśmy. Stryj bardzo
namawiał mnie listownie. Wspomniał zresztą o tym, kiedy był w Warszawie
przed rokiem, na naszym ślubie. Właśnie dziś albo jutro mieliśmy tu
przyjechać, żeby się na miejscu rozejrzeć w sytuacji. Ale...
On także urwał i rozłożył ręce.
- Nic strasznego przecież! - Mały człowieczek nie zamierzał najwyraźniej
kończyć rozmowy. - Wiem o tym prawie wszystko. Przecież przyjaźniłem się
z pana stryjem. Czytał mi wasze listy. Dla młodego lekarza i młodej
dentystki pracy będzie tu aż za wiele. Przyjmą was w Porębie Morskiej z otwartymi rękami. Przyjęliby was zresztą z otwartymi rękami, nawet
gdybyście byli zupełnie obcy. Bardzo brak nam młodych, zdolnych
fachowców. Ale przecież, dzięki nieboszczykowi Stanisławowi, nikt was tu
jak obcych nie potraktuje, nawet ludzie, z którymi żył nie najlepiej.
- Byli i tacy? - Młody człowiek uniósł brwi.
- Sędzia, jeżeli chce być sprawiedliwy, musi się narażać ludziom,
prawda? Sprawy są pomiędzy ludźmi, jeżeli przyzna się słuszność jednemu,
odbiera się ją drugiemu, prawda? A pański stryj był człowiekiem starej
daty, nieprzekupnym i niechwiejnym... - Urwał. - Co to ja chciałem
powiedzieć? A tak! Że przyjmą was tu z otwartymi rękami! Stanisław
Mroczek był związany z Porębą od pierwszych dni po wyzwoleniu. Razem
odbudowaliśmy tu wszystko. Miasteczko było spalone, leżało w gruzach.
On, ja i tylu innych przyjechaliśmy z różnych stron, myśląc, że będziemy
tu miesiąc, no, może najwyżej rok przy niesprzyjającym zbiegu
okoliczności, i zostaliśmy na długo. A on został na zawsze. Biedny Staś.
Nie mogę po prostu uwierzyć, że nigdy już nie wejdzie o ósmej do tego
budynku. Tyle lat był tu sędzią, odrzucał wszystkie awanse, nie chciał
odejść do sądu wojewódzkiego, chociaż go ciągnęli prawie siłą... - Znowu
zamilkł, ale natychmiast się ożywił. - Pogrzeb jutro, punktualnie o dwunastej! Poznam państwa po uroczystości z paroma ludźmi, przede
wszystkim z dyrektorką naszego szpitala, panią doktor Jasińską. Na pewno
bardzo się ucieszy. Brak nam tu lekarzy. Młodzi nie chcą żyć w małych
miasteczkach. Nikt już prawie nie lubi spokojnej, nierzucającej się w oczy pracy bez rozgłosu.
- A my właśnie marzymy o takiej pracy... - powiedziała młoda kobieta cicho
i uśmiechnęła się. Jej mąż, jak gdyby korzystając z tego, że słowa jej
przecięły potok wymowy starego notariusza, szybko otworzył drzwiczki
wozu.
- Dziękujemy panu bardzo, panie Goldstein. Do widzenia, na razie.
- A drogę pan pamięta?
Mały człowieczek zbliżył się znów do wozu.
- Damy sobie jakoś radę.
- Wjedziecie państwo w tę uliczkę, o tam, w prawo, potem zaraz za barem
mlecznym będzie skręt w lewo, zobaczycie nowy blok w budowie, a potem
już ogrody i domy nad samym morzem. To będzie właśnie ulica Piastowska.
Dom nieboszczyka Stanisława, stryja pańskiego, pod numerem ósmym. Ale
pan tam już był przecież, panie doktorze, więc pan trafi, prawda?
- To było osiem lat temu... - Młody człowiek uśmiechnął się mimowolnie. -
Nie bardzo mi te strony utkwiły w pamięci. Byłem tu tylko trzy czy
cztery dni. Ale przecież trafimy na pewno. Dziękuję panu raz jeszcze.
- Czwarty dom po prawej! - zawołał notariusz, kiedy oboje zatrzasnęli
drzwiczki auta. - Ja mieszkam pod numerem piątym. Jakbyście państwo
czegoś potrzebowali, proszę telefonować o każdej porze. Od ósmej wieczór
będę dziś w domu.
- Dziękujemy...
Auto ruszyło. Stary człowiek uniósł rękę i skinął odjeżdżającym. Wóz
oddalał się powoli, potem skręcił pod ostrym kątem i młoda kobieta,
spoglądająca w lusterko, straciła z oczu postać na krawężniku.
Nowy blok mieszkalny, obok drugi, jeszcze w rusztowaniach, później droga
weszła w rzadki, wysokopienny lasek sosnowy i nagle przed jadącymi
otworzyła się opadająca miękko łagodna równina, na której krańcu leżało,
aż po granice widnokręgu - morze.
Droga skręciła w prawo, ku wielkiej kępie krzewów i drzew, pośród
których błyskały czerwoną dachówką niewielkie domki, położone na płaskim
wzgórzu opadającym ku wodzie.
- Ślicznie tu jest... - powiedziała cicho młoda kobieta.
Młody człowiek skinął potakująco głową, jak gdyby odpowiadając własnym
myślom.
- Byłem tu już raz. Stryj mieszkał zupełnie sam, tuż nad morzem. -
Uniósł dłoń znad kierownicy i wskazał zbliżającą się kępę drzew. - Z ogrodu schodzi się prosto na plażę. Zobaczysz zresztą. Gorąco...
Grzbietem dłoni otarł czoło i ponownie opuścił dłoń na kierownicę.
- Duszno. - Dziewczyna odetchnęła głęboko. - Chyba będzie burza. -
Wskazała oczyma odległą czarną chmurę, która stała nad morzem,
oświetlona promieniami zniżającego się już wyraźnie słońca. Mężczyzna
potwierdził skinieniem głowy i raz jeszcze otarł czoło.
- Boże, co za upał...
Samochód wjechał między ogrodzenia. Domów nie było prawie widać. Pośród
gęstej, rozrosłej zieleni późnego lata błyskały tylko gdzieniegdzie
białe ściany.
Zwolnili.
- Dwa... cztery... - Mężczyzna odwrócił głowę. - Jednak nie pamiętam.
Zupełnie podobne do siebie są te ogrody. Czyśmy przejechali jeszcze
jedną furtkę? Może to tu?
Zatrzymał wóz. Znajdowali się przed siatką odgradzającą od ulicy gęsty
rosnący za nią żywopłot. Pośrodku ścieżki, biegnącej od żelaznej,
pomalowanej na zielono furtki w głąb ogrodu, stała niemłoda już, wysoka
kobieta w płóciennym kombinezonie, wielkim wyblakłym słomkowym kapeluszu
i starych skórzanych sandałach na opalonych nagich stopach. W ręce
trzymała potężny sekator. Obok stojącej piętrzyły się na ścieżce
splątane zielone pędy przyciętego żywopłotu.
Młody człowiek wychylił się z okna wozu.
- Przepraszam bardzo, czy tu będzie dom sędziego Mroczka?
Kobieta podeszła bez słowa do furtki i otworzyła ją jednym zamaszystym
ruchem na całą szerokość.
- A pan pewnie bratanek? - powiedziała głośno i pochyliła smutnie głowę,
ale natychmiast uniosła wzrok, nie mogąc stłumić zaciekawienia. - Mówiła
mi rano Weronka, że państwo przyjedziecie na pogrzeb. Kto by to
pomyślał, prawda? Taki porządny człowiek i umarł, a różne łobuzy do
setki dożywają! Tak to już jest. Od początku prawie tu sąsiadowaliśmy i nigdy złego słowa ani sprzeczki. Nie ma już takich ludzi. Kiedy mojego
starego nie było przez parę lat, on jeden mi pomagał. Ale nieszczęście
nie pyta. Mówiłam mu czasem: "Panie sędzio, już nie te latka, żeby co
rano kąpać się w morzu!". Śmiał się tylko. Zdrowy był jak koń, jak to
mówią. Zawsze o świcie wypił szklankę mleka i szedł na plażę. Od
wczesnej wiosny do późnej jesieni. Popływał kwadrans i wracał. A potem,
zimą czy latem, w deszcz i śnieg szedł pieszo do sądu, trzy kilometry
prawie! I z powrotem też pieszo. Ale nawet maszyna popsuje się w końcu,
a co dopiero człowiek. Wyszedł popływać rano i już nie wrócił. Wyłowili
go, biedaka, dopiero wieczorem, przed samym zachodem. Serce nie
wytrzymało. Mój stary też pomagał go szukać, bo mamy tu łódeczkę swoją i nieraz wypływa na ryby, kiedy morze jest spokojne. Inaczej bym mu nie
pozwoliła. Boję się, kiedy jest fala, chociaż powiadają, że ryba wtedy
łatwiej bierze. A pan sędzia, żeby żonę miał, toby też pewnie żył do tej
pory. Kobieta by nie pozwoliła na to. Starość to starość. Nie ma co
udawać młodego, kiedy sił brakuje.
- Tak, proszę pani... - powiedział szybko młody człowiek. - Który to
będzie dom? Byłem tu osiem lat temu i już nie pamiętam.
- A ten, tu! - Uzbrojoną w sekator dłonią wskazała gęstą ścianę zieleni
w lewo. - Mówiłam przecież panu doktorowi, że sąsiadujemy. Dalej, po
drugiej stronie, sąsiaduje z nim pani doktor Jasińska, a potem to już
koniec drogi. Nie zajedzie dalej, bo wydma!
- Dziękuję bardzo!
Szybko ruszyli i po przejechaniu kilkunastu metrów Mroczek gwałtownie
zatrzymał wóz.
Przez chwilę siedzieli oboje nieruchomo, patrząc na cel swej podróży.
- Małe miasteczko... - szepnęła młoda kobieta. - Wszyscy już o nas wiedzą.
Bez słowa przytaknął ruchem głowy. Otworzyli drzwiczki prawie
równocześnie, wyszli i zatrzasnęli je, jak gdyby kierowani jedną wolą.
Potem ruszyli ku furtce.
Za stalową siatką, gęsto obrośniętą dzikim winem, które kaskadami
opadało w dół i kładło się na chodnik, widać było niknącą w krzewach
ścieżkę, a na jej krańcu ganek, także niemal ukryty pod ciężką koroną
dziko rozrosłych pędów winnych. Dopiero teraz usłyszeli wyraźny
monotonny szum dobiegający z niespodzianie niewielkiej odległości.
- Słyszysz? - powiedziała dziewczyna. - Morze!
- Tak. Ogród sąsiaduje z plażą. Prosto z łóżka możesz wejść rano do
morza. - Uśmiechnął się lekko. Przystanęli. Młoda kobieta nie
odpowiedziała uśmiechem.
- To straszne...
- Co? - Jej mąż nacisnął klamkę furtki, potem pochylił się, zajrzał do
dziurki zamka i dopasował jeden z kluczy. Zamek nie zgrzytnął, był
najwyraźniej dobrze naoliwiony.
- To straszne - powtórzyła cicho - umierać w ten sposób, na morzu, tak
blisko brzegu i własnego bezpiecznego domu. Był wtedy sam. Najgorsze
jest to, że tonąc, człowiek tak dobrze wie, że umiera...
Zaczęła powoli iść w stronę domu. Zamknął furtkę i zrównał się z nią.
- Nie zawsze. Jeżeli to był nagły atak, anewryzm mięśnia sercowego na
przykład, mógł stracić przytomność i utonął, nie mając świadomości, że
ginie.
Zatrzymali się znowu.
- Biedny człowiek. - Dziewczyna rozejrzała się.
- Tak, to bardzo smutne. Niestety mało go znałem. W czasie okupacji był
w Rosji, a po wojnie siedział tu prawie przez cały czas, nie wychylając
nosa z tej Poręby. Zresztą pokłócili się kiedyś z ojcem o coś, sam nie
wiem o co. Myślę, że oni później też już nie wiedzieli, ale prawie nie
utrzymywali stosunków, nawet korespondencyjnie. Nie mieliśmy z nim
żadnego kontaktu. Byłem tu u niego, jak ci już mówiłem, raz w czasie
wakacji, przez trzy dni, bo rozbiliśmy niedaleko stąd obóz i wpadłem.
Bardzo się ucieszył wtedy. Później, kiedy ojciec umarł, przyjechał na
pogrzeb, a potem na nasz ślub. Stryj bardzo wiele wagi przywiązywał do
uroczystości rodzinnych, takich jak śluby i pogrzeby. Ale mam wrażenie,
że dopiero ostatnio, kiedy zaprosiłem go na nasz ślub, doszedł do
wniosku, że warto utrzymywać bliższe stosunki z ostatnim żyjącym
członkiem rodziny, to znaczy ze mną. Pewnie po prostu postarzał się i zaczął odczuwać samotność. Ale ja? Nie zdążyłem go poznać. Był dla mnie
prawie zupełnie obcy. Może gdyby nie umarł, wszystko by się jakoś
ułożyło?
- A mnie go bardzo żal. Był taki miły i staroświecki na naszym ślubie.
Taki staromodny w dobrym tego słowa znaczeniu...
- Nie rozumiesz mnie. Ja też go żałuję. Ale nie aż tak, żebym chciał
udawać, że cierpię, kiedy w rzeczywistości był dla mnie niemal obcym
człowiekiem.
Ruszyli znowu pociemniałą nagle ścieżką. Daleka chmura zakryła słońce.
Domek wynurzył się teraz przed nimi spoza krzewów.
Młoda kobieta wzięła męża za rękę i zmusiła do zatrzymania się.
- Pomyśl, ile lat musielibyśmy pracować, żeby mieć coś takiego!
- Wiem. Porządny był z niego facet, że mi to zapisał. Nie myśl, że nie
pamiętam o tym. To w ogóle, jak mi się wydaje, był absolutnie porządny
człowiek. Podoba ci się ten domek?
- Z daleka wygląda ślicznie.
Zwrócił ku niej głowę i uśmiechnął się.
- Ale czy ty naprawdę wytrzymasz długo w takim małym miasteczku na końcu
świata?
- Całe życie marzyłam, żeby mieć mały domek z ogródkiem w małym
miasteczku.
- Jeżeli mam być szczery, to ja też.
Objął ją ramieniem. Dochodzili już do ganku.
- Co to? - Znowu się zatrzymała.
Głęboki, odległy głos gromu przetoczył się ponad niewidzialnym morzem.
- Burza idzie... Czekaj! Zdejmę worki i walizki z dachu wozu, bo może
zacząć lać za parę minut!
Biegiem zawrócił do furtki. Została sama pośrodku ścieżki. Rąbek ciemnej
chmury, która przesłoniła słońce, wynurzył się ponad drzewami i wolno
płynął w kierunku domku. Zrobiło się jeszcze mroczniej. Wiatr przeleciał
ponad ogrodem i ucichł. Szum morza stał się wyraźniejszy. Dziewczyna
zrobiła kilka kroków w kierunku domu. Obejrzała się. Jej mąż nadchodził
już, dźwigając w rękach dwie walizki.
- Worki wrzuciłem do wozu! - powiedział lekko zdyszanym głosem,
zrównując się z nią. - Później rozpakujemy. Chwała Bogu, że idzie burza
po tym koszmarnym upale.
Wszedł na ganek i postawił walizki przed drzwiami. Sięgnął do kieszeni
po klucze. Ale drzwi wejściowe otworzyły się w tej samej chwili.
Na progu stała niska chuda kobieta w białej chustce na głowie. Mogła
mieć, jak osądziła dziewczyna, równie dobrze czterdzieści jak
sześćdziesiąt lat. Była żadna - ani wysoka, ani niska, ani ładna, ani
brzydka, o twarzy niemal bez wyrazu. Jedna z tych osób, których rysów
nie sposób przypomnieć sobie już w parę chwil po rozstaniu.
- Dzień dobry, pani Weronko! - Wyciągnął ku niej rękę na powitanie. -
Pamięta mnie pani jeszcze?
- A pewnie, że pamiętam... - Głos jej także był martwy, suchy, pozbawiony
brzmienia, ani cichy, ani głośny, spokojny. - Nie zmienił się pan doktor
wcale.
- A to moja żona. Halinko, poznaj panią Weronkę, gosposię stryja.
Ręka, którą uścisnęła młoda kobieta, była chłodna. Halina próbowała się
uśmiechnąć, ale Weronka poważnie skinęła jej głową i wziąwszy jedną z walizek, usunęła się, robiąc przejście. Weszli.
Przedpokój był ciemny i niewielki. Halina rozejrzała się. Jakieś stare
rogi jelenie, półka z książkami, których tytułów nie mogła odczytać w półmroku, wyplatane krzesełko...
- Tak... - Młody mężczyzna spojrzał na Weronkę i chrząknął. Mimowolnie
powtórzył usłyszane niedawno słowa: - Kto by się spodziewał? Taki był
jeszcze zdrów...
- Pan Bóg tak chciał... - Głos jej był nadal suchy i pozbawiony barwy, ale
odwróciła na chwilę głowę i uniosła fartuch ku oczom. Opanowała się
natychmiast. - Państwo pewnie głodni po takiej podróży? Wszystko
przygotowałam, tylko mięso odgrzeję, bo myślałam, że będzie na obiad.
Pan Goldstein tak kazał. Powiedział, że państwo pewnie przyjedziecie w południe.
Z dala dobiegł odgłos nowego grzmotu.
- Dziękujemy bardzo... Pani tu mieszka, prawda?
- Nie. U pana Goldsteina, naprzeciw. Obu im prowadziłam gospodarstwo. A obiady jedli w sądzie, w stołówce. Tylko w niedzielę gotowałam obiad,
raz u jednego, raz u drugiego, na zmianę, a potem grali sobie w szachy i słuchali radia. A teraz to już nie wiem, jak będzie... - Nadal w głosie
jej nie było żadnej intonacji. - Państwo pewnie jakoś sami postanowią.
Kuchnia jest tu. - Zrobiła krok w kierunku bocznych drzwi i uchyliła je.
- Mam zaraz podać, bo już nakryte?
Jeszcze jeden grzmot, tym razem bliższy. Wiatr nadleciał znad morza,
zaszeleścił ostro w koronach drzew i znowu ucichł.
- Może najpierw umyjemy się i rozpakujemy trochę. Burza idzie. Niech
pani lepiej nie czeka, bo pewnie lunie zaraz. - Uśmiechnął się do niej.
- Damy sobie radę. A jutro rano, jeżeli pani taka grzeczna, prosimy
bardzo. Nie wiemy jeszcze, czy zostaniemy tu długo, ale jeżeli się
zdecydujemy, to bardzo będziemy zadowoleni, jeżeli pani zajmie się
gospodarstwem jak za czasów stryja. Prawda, Halinko?
- Oczywiście! - powiedziała jego żona z nieco wymuszonym entuzjazmem. -
Jeżeli tylko pani Weronka zechce.
- Dziękuję państwu... - Skłoniła głowę i wyprostowała się natychmiast. -
Posprzątane jest, ale porządków nie robiłam, bo pan Goldstein zakazał
ruszać na biurku i w sypialni do przyjazdu państwa. Powiedział, żebym
niczego nie ruszała, to nie ruszałam...
Wzruszyła niemal niedostrzegalnie ramionami, jak gdyby chcąc wyrazić
dezaprobatę wobec polecenia, które sankcjonowało nieporządek w domu.
- Rozumiem. Dziękuję bardzo, pani Weronko.
- To ja już pójdę. A rano o której mam przyjść? Mleczarka dzwoni o szóstej. Pan sędzia sam jej zawsze otwierał i odbierał mleko, bo
wcześnie wstawał. A ja przychodziłam z pieczywem o siódmej, kiedy już
podałam śniadanie panu Goldsteinowi. Potem sprzątałam i robiłam
przepierkę i co tam trzeba było, jak już poszedł do sądu. Ale państwo
pewnie o siódmej nie wstaną?
- Na pewno nie... - powiedziała szybko Halina. - Jesteśmy bardzo zmęczeni.
O dwunastej będzie pogrzeb, to może pani łaskawie przyjdzie o pół do
dziewiątej...
- Dobrze, proszę pani. A pieczywo położę na ganku w torebce. Tu nikt nie
ruszy - dodała. - Można by nawet pieniądze położyć i rok by leżały.
- No to świetnie!
- Do widzenia państwu.
Skinęła im głową, zdjęła fartuch, zniknęła na chwilę w kuchni, pojawiła
się znowu, bez fartucha, wzięła z wieszaka wielki męski czarny parasol i ruszyła ku drzwiom. Zatrzymała się z ręką na klamce.
- W piecu kuchennym jest podpałka ułożona, a węgiel stoi w wiaderku,
jakby pani chciała teraz zupę i mięso odgrzać. Starczy tylko podpalić
zapałkę, bo drzewo suche.
- Dziękuję bardzo...
Drzwi zamknęły się za nią. Zostali sami.