Prolog
A gdy na Światło Stworzyciela i jego Aniołów pierwszy człowiek weźrzał,
poczuł, że oto budzi się w jego krwi magia metali - moc, która
przyniesie Światło światu, któren tylko ciemności dotąd zaznał.
Święta Księga Stworzenia,
pismo pierwsze, wers trzynasty
Era Elantiańska, cykl 12
Tam, Gdzie Płyną Rzeki aż po Kraniec Niebios
Śnieg przyprószył skrytą w górach
świątynię. Pokrył szarością popiołu białe sosny, skuł lodem rwące rzeki.
Ze zdobionych ażurami okapów zwisały jeszcze jedwabne zasłony, lecz
wodospad zamarł już w bezruchu. W tej zimowej ciszy, wśród palisandru i skał, między niebem a lodem, rozległy się głośne kroki metalowych butów.
- Wysoki generale Erasciusie. Przynoszę wieści od naszych zwiadowców.
Erascius odłożył hińską księgę obok jej elantiańskiego przekładu, nad
którym właśnie pracował. W szarym świetle błysnęły jego metalowe
bransolety. Uniósł głowę, jego włosy białe jak śnieg, skóra jak mleko,
wciąż pocięta świeżymi bliznami po niedawnych ranach.
- Mów - rozkazał, a słowo wypadło z jego ust gwałtownym obłokiem.
Biały Anioł, którego wysłano do tej nowej, założonej na górze bazy,
skłonił głowę, nie zdejmując hełmu.
- Nasi zwiadowcy przeszukali Szkołę Strzeżonych Pięści i jej okolice.
Nie znaleźli ani śladu mapy gwiazd, instrumentu muzycznego czy
Szafirowego Tygrysa.
Erascius złapał się na tym, że wpatruje się w irytująco błyszczącą
zbroję Anioła. Złość narastała w nim rozgrzanymi do białości
płomieniami, oddech przyspieszył.
Miesiąc. Cały miesiąc zmarnował już na szukanie Szafirowego Tygrysa,
jednego z Czterech Bogów Demonów, które dawały Hinom tak olbrzymią moc.
I nic. Elantianie przepłynęli całe Morze Niebiańskiego Blasku, by nieść
temu upadłemu królestwu jasny kaganek oraz wziąć pod swoje skrzydła
zarówno całe to królestwo, jak i jego zasoby. Wyeliminowali cesarza
Ostatniego Królestwa i wyrugowali większość praktyków magicznych z tej
ziemi. Zostały tylko jakieś niedobitki. A jednak podczas ataku na
ostatnią szkołę praktykowania, który przypuścili w zeszłym miesiącu,
wymknęło im się tych dwoje, chłopiec i dziewczyna, a każde z nich
związane z Bogiem Demonem. Chłopiec z Czarnym Żółwiem, dziewczyna ze
Srebrzystym Smokiem.
Ta dwójka niemal wyrżnęła mu w pień całą armię podczas bitwy. Pewnie
zresztą by im się to udało, gdyby potrafili w pełni wykorzystywać
potencjał swoich Bogów Demonów.
To postawiło Elantian w trudnej sytuacji i pchnęło Erasciusa do
intensywnych poszukiwań Boga Demona dla siebie. Szafirowego Tygrysa
udało im się namierzyć w Szkole Białych Sosen, jednakże hińscy
mistrzowie go uwolnili, nim Elantianie zyskali szansę, by go przejąć.
Była to ogromna strata i śmierć tych wszystkich hińskich mistrzów
stanowiła tu doprawdy niewielkie pocieszenie.
- Jakieś ślady chłopaka? - wycedził przez zęby.
- Nie, wysoki generale.
- I dziewczyny też. - Głos generała stawał się niebezpiecznie łagodny. -
Jej też nie zlokalizowaliście?
- Ostatnio widziano ją przy bazie zachodniej. Potem trop się urwał, gdy
zniknęła z dwojgiem towarzyszy gdzieś na Pustyni Emarańskiej.
- Kiedy to było?
- Kilka dni temu, wysoki generale.
Metalowe bransolety błysnęły, gdy Elantianin przyzywał magię metalu -
magię, która dziurawiła kiedyś wszystkie wątłe zabezpieczenia hińskiej
cesarskiej armii i praktyków q? niczym strzały przebijające pergamin.
Magię, która w ciągu kilku tygodni zagarnęła dla Imperium Elantiańskiego
całe to olbrzymie, pełne zasobów królestwo.
To właśnie odróżniało magów od większości innych żołnierzy w elantiańskiej armii. Dlatego to oni dowodzili, a inni byli im posłuszni.
Królewscy magowie zostali wybrani w drodze boskiej interwencji do
kanalizowania mocy boga. A z nich wszystkich Erascius był
najpotężniejszy. Inni Stopowie władali poprzez swoje bransolety dwoma,
czasami trzema metalami. Erascius miał takich bransolet trzynaście.
Taka liczba dawała mu dostateczną moc, by opanować cały wszechświat.
A jednak było to za mało, by stawić czoło dwóm Bogom Demonom.
Wystarczyła jedna myśl, aby Biały Anioł przeleciał przez pokój i zawisł
w powietrzu w swojej stalowej zbroi. Erascius zaczął ją zgniatać powoli
jak puszkę. Gdy żołnierz się krztusił, oczy wychodziły mu na wierzch, a usta się otworzyły, Erasciusowi przyszła na myśl ryba, którą namiestnik
tego królestwa trzymał w luksusowym pałacu w Niebiańskiej Stolicy.
- Kilka dni - powtórzył łagodnie Erascius. - Oto mój najważniejszy
priorytet... nagroda, która może zaważyć na losach naszego władztwa... a tobie zajmuje kilka dni przekazanie mi tej cennej informacji? Tobie,
Białemu Aniołowi, dumnemu członkowi elitarnej jednostki Imperium
Elantiańskiego?
Nogi Anioła wierzgały w powietrzu, wargi siniały, lecz usiłował mówić:
- Na... namiestnik...
Sekundę później Erascius wyrwałby już mu serce z piersi. Wystarczyło w tym celu wezwać za pomocą magii metal obecny w jego krwi. Zamarł jednak,
usłyszawszy wydyszane słowa.
- Namiestnik ma dla mnie wiadomość? - spytał, po czym wolnym ruchem
palców kazał ciału żołnierza runąć na posadzkę.
Krew nieszczęśnika chlusnęła na szare kamienie, po których przez
tysiąclecia szurały stopy Hinów.
Anioł trząsł się, gdy usiłował się podnieść do pozycji klęczącej. Zbroję
miał tak wygiętą, że z pewnością uciskała mu żebra i płuca. Erascius
nawet z tej odległości wyczuwał sączącą się krew i złamaną kość. Mimo to
żołnierz, dysząc ciężko, bohatersko wyrecytował wiadomość, którą mu
powierzono:
- Namiestnik... prosi... o aktualne informacje... na temat tłumienia hińskiej...
rebelii.
Wściekłość Erasciusa sięgnęła zenitu. Namiestnika miał mniej więcej w takim samym poważaniu jak tego wijącego się przed nim robaka, lecz nawet
on musiał brać pod uwagę, że owego polityka wyznaczył na stanowisko sam
rezydujący za Morzem Niebiańskiego Blasku, koronowany przez Stworzyciela
król. A Erascius zrodził się na tej ziemi, by służyć Stworzycielowi
poprzez króla, toteż musiał wierzyć, że również namiestnik ma do
odegrania swoją rolę.
Rebelia. Tak to nazwał. Słowo to wybrzmiało głucho w siedzibie
podbitego narodu, między hińskimi księgami pełnymi historii i wiedzy o praktykowaniu, którą przekazywano tu sobie od pokoleń. Erasciusowi to
określenie nie przypadło do gustu.
Machnął ręką.
- Powiedz namiestnikowi, żeby skupił się lepiej na swoich gierkach
politycznych i ekonomicznych. A ja się zajmę wygraniem dla nas tej
wojny. Przyślij mi tu porucznik Lishabeth. O zachodzie słońca wyruszamy
na Pustynię Emarańską. Roześlij też wici, by każda baza na zachód stąd
rozglądała się za tą hińską dziewczyną. Znajdziemy i ją, i te mapy
gwiazd prowadzące do pozostałych Bogów Demonów.
Erascius wrócił do studiowania hińskiej księgi, nie zwracając już
najmniejszej uwagi na posłańca, który pokuśtykał ku wyjściu, zostawiając
za sobą krwawy ślad. Annały zimowe, przetłumaczył, a elantiańskie
pismo sunęło przed nim od lewej do prawej, proste i prawdziwe niczym
miecz. Kompletne przeciwieństwo tych chaotycznych wodospadów hińskich
znaczków. W książce tej znalazł historię klanów, którą dwór cesarski
zakazał opowiadać tak skutecznie, że próżno by jej szukać w innych
domach księgi. Skupił się na jednej stronie - trafił bowiem na niej
właściwie na wszystko, czego potrzebował.
Pochylił się, złoto stalówki błysnęło, gdy kończył rozdział. Odsunął
się, by spojrzeć na swoje dzieło.
Wiązanie Bogów Demonów. Połowa klucza do nowego wszechświata, który
zamierzał podbić.
A druga połowa... Erascius spojrzał na zachód. Za jedwabnymi zasłonkami, w ramie z palisandrowych ażurów świątyni majaczyło bezbarwne zimowe niebo.
Drugą połowę miała dziewczyna. To ona dzierżyła mapy gwiazd, które
prowadziły do Czterech Bogów Demonów. To ją muszą namierzyć, by
ostatecznie podbić tę krainę.
- Uciekaj, moja mała pieśniareczko - wyszeptał, a wiatr wykradał mu
słowa z ust. - Uciekaj, uciekaj, bo już nadciągam.
Znajdę cię, S?ng Lián.
1
Moc to przetrwanie. Moc to konieczność. Ci, którzy poszukują mocy, muszą
ją najpierw odebrać; gdy moc nie istnieje, muszą ją stworzyć.
- Autor nieznany, Księga bogów i demonów
Era Elantiańska, cykl 12
Stepy Północne
Ruiny rozciągały się przed nim niczym
cmentarzysko - czarne kości wyrastające z ziemi, wbijające się w szare,
burzowe niebo.
Xan Temurezen zatrzymał się. Umilkł odgłos równych kroków jego butów z owczej skóry na śniegu, ciszę przerywały tylko odległe wycie wiatru i bicie jego serca. Wokół niego jak okiem sięgnąć kraina otulona białym
całunem. Kolorem żałoby. Zupełnie jakby sama ziemia opłakiwała dzień, w którym zginął naród i cywilizacja, ich ostatnie chwile skryte pod
warstwami nieubłaganego czasu, minionych cykli.
Zen wstrzymał oddech, klękając przy osmalonych pozostałościach
kamiennego muru. Wszystkie stare księgi i skrawki map, które studiował
tak pieczołowicie, prowadziły właśnie do tego miejsca, gdzie niegdyś
stał wielki pałac klanu Mansorian. Pałac, który on, Xan Temurezen,
potomek tego klanu, zamierzał odzyskać.
Odgarnął śnieg i ujrzał rzeźbioną kamienną tablicę. Od razu rozpoznał
wijące się linearne pismo mansoriańskie, tak odmienne od schludnych,
przypominających pudełeczka hińskich znaków. Niektóre klany, w tym
Mansorianie, miały inne kultury i osobne systemy pisma, jakże różne od
standardowego, narzuconego wszystkim przez dwór cesarski języka
hińskiego.
Zen nie pamiętał już dobrze mansoriańskich znaków, ale zdołał
przynajmniej rozszyfrować je na tyle, by zrozumieć krótki napis:
Pałac Wiecznego Pokoju
Ręka mu drżała, serce waliło. Oto miał przed sobą zaginiony pałac
przodków. To stąd władał Xan Tolürigin, Nocny Rzeźnik, aż do upadku
swego świata. To tu Zen rozpocznie rewolucję.
Urodził się dwa pokolenia po klęsce potężnego niegdyś klanu Mansorian -
klęsce, która nastąpiła w wyniku wojny między jego pradziadem Xan
Tolüriginem a cesarską armią Środkowego Królestwa. Dziad Zena, wówczas
zaledwie chłopiec, zbiegł z niewielką grupką Mansorian i skrył się na
surowych Stepach Północnych, gdzie z dala od rządzącego twardą ręką
Cesarza Smoka, Yán'lónga, pędzili życie nomadów. I takie właśnie życie
znał Zen aż do chwili, gdy przed trzynastoma cyklami cesarska armia
wymordowała wszystkich, którzy się ostali... a potem, dwanaście cykli temu
ci, którzy dotąd podbijali, sami zostali podbici - Hinów najechali
Elantianie.
Oto wróciłem, oświadczył niemo śpiącym pod śniegiem niespokojnym
duszom. Zbiorę wojsko i przywrócę nasz klan.
Śnieg się poruszył, noc napierała z coraz większą siłą, aż w ciszy -
niczym nóż sunący po kościach kręgosłupa - zagrzmiał szept.
Wojsko? Nazywasz te trzydzieścioro kilkoro nieopierzonych piskląt
wojskiem?
Był to głos, którego obawiał się coraz bardziej - głos jego Boga Demona,
istoty, która dawała mu niezmierzoną moc, stworzenia, które ucieleśniało
jego hańbę. W świecie praktykowania demoniczna praktyka uważana była za
niebezpieczną i zakazaną. Mistrzowie szkoły, którzy go wychowali,
tłumaczyli mu cierpliwie dlaczego.
Zen jednak zdradził wszystko, czego się nauczył i co pokochał, by zdobyć
moc Czarnego Żółwia.
Odepchnął te myśli i odwrócił się w stronę niewielkiej karawany, która
za nim podążała. Ludzie przystanęli, kuląc się z zimna w długich,
jasnych szatach szytych z myślą o umiarkowanych zimach południa, a nie
surowym klimacie północy. Byli to uczniowie Szkoły Białych Sosen, starej
hińskiej szkoły praktykowania, w której Zen dorastał. Niecały miesiąc
temu szkoła upadła jako ostatnia twierdza w bitwie z elantiańską armią i ich potężnymi magami królewskimi.
Uczniów ewakuowano w pierwszej kolejności, dlatego udało im się uciec
ukrytymi górskimi szlakami, a potem przez lasy jak najdalej od
wschodniej, ściśle kontrolowanej pod elantiańską okupacją części kraju.
Zen bez trudu ich namierzył. Tamtej nocy, gdy szykował się do
ostatecznego pożegnania z Krańcem Niebios, wyczuł ich q?, a w niej
rozpacz i przerażenie. Stracili dom i wszystko, co znali.
Tak znajome uczucia, tak głęboko skrywane wspomnienia.
Tamten chłopiec mający niespełna jedenaście cykli, brnący przez spalone
stepy swojej ojczyzny, zapłakany i samotny.
Kiedy Zen znalazł uczniów, zaproponował im prosty układ: ich przysięga
wierności i obietnica dołączenia do rebelii w zamian za to, że będzie
ich chronił.
Te dzieci i nastolatki straciły właśnie wszystkich mistrzów z wyjątkiem
dwóch, zgodziły się więc bez wahania. Nawet ostatni mistrzowie, byli
mistrzowie, Nur od sztuk lekkich i Bezimienny Mistrz Asasynów, przystali
na tę propozycję.
Zen nie był pewien, dlaczego w ogóle im to zaoferował. Byłoby z jego
strony naiwnością wierzyć, że garstka praktyków - w większości nawet nie
w pełni przeszkolonych - może stanowić armię, która pokona Imperium
Elantiańskie.
Nie, myślał, odwracając się z powrotem ku ruinom Pałacu Wiecznego
Pokoju. Armia, której szuka, leży pochowana głęboko w tej ziemi wraz z kośćmi i magią jego ludu.
Jako dziecko nieraz słyszał, jak ludzie z jego klanu szeptali sobie o przerażającej armii Jeźdźców Śmierci Xan Tolürigina - potężniejszej, niż
można to sobie wyobrazić, wzywanej za pomocą czarów. Według podań,
stojąc na czele tej właśnie armii, Nocny Rzeźnik pokonywał inne klany i podbijał połacie królestwa. To on uczynił Mansorian najpotężniejszym
klanem w historii, ustępującym jedynie rodzinie cesarskiej. Zen wciąż
miał w pamięci noce w jurcie, gdy otulony wełnianymi kocami patrzył na
cienie rzucane przez płonące na zewnątrz ognisko i słuchał, jak siedzący
wokół płomieni dorośli szepczą ni to z podziwem, ni to ze strachem o wiernych jeźdźcach Xan Tolürigina. O tym, że wciąż istnieją, że może ich
obudzić magia tak niebezpieczna i potężna, że w całej historii potrafił
się nią posługiwać jedynie Xan Tolürigin wraz ze swoim Bogiem Demonem.
Teraz Zen odziedziczył Boga Demona swego pradziada. Odnajdzie tę
legendarną armię, wezwie ją i poprowadzi na wojnę przeciwko Elantianom.
A jeśli w ogóle istnieją ślady tajemnic i wiekowej magii, którą posłużył
się Xan Tolürigin, by wezwać swoje wojsko, to właśnie w tym zbiorowym
grobowcu jego ludu.
Zen wszystko już sobie przemyślał: najpierw zneutralizuje magów
królewskich. Była to strategia rodem ze starego mansoriańskiego
przysłowia wojennego: Tyle jadu w żmii co w jej kłach. Elantianie byli
tylko tak silni jak ich magowie. Wystarczy ich zlikwidować, a cała armia
padnie na kolana.
Obrzucił spojrzeniem grupę uczniów, aż za dobrze wiedząc, że choćby
przyglądał się im bez końca, nie znajdzie twarzy, której wciąż
mimowolnie szukał. Czarne jak kamyki w rzece oczy, które tak psotnie się
mrużyły; ozdobione uśmiechem usta niczym płatki kwiatów; sięgające
brody, czarne, jedwabiste włosy, które przesypywały się na bok, gdy się
obracała, by na niego spojrzeć.
Ból przeciął pierś, za nim już napływała fala wspomnień i żal, który
pojawiał się zawsze, gdy tylko o niej pomyślał. Czarne jak szkło jezioro
pochłaniające światło gwiazd. Lan stojąca na tym samym brzegu, a jednak
jakby dzieliło ich tysiąc l?, poczucie zdrady w jej oczach, gdy
zrozumiała, że zawarł pakt z Czarnym Żółwiem.
Błagam, Zenie, nie wybieraj tego.
A wtedy z jego ust padły słowa, które raz na zawsze rozdzieliły ich
ścieżki: Skoro nie jesteś ze mną, to przeciwko mnie.
Wbił paznokcie w dłonie, zmuszając się do skupienia na teraźniejszości.
- Shan'j?nie. - Jego głos przebił się przez zawodzący wiatr.
Odwrócił się ku niemu jeden z uczniów stojących na przedzie, młodzieniec
mniej więcej w tym samym wieku co Zen. Jego szczupła twarz, zwykle
gładka jak woda w rzece, była teraz zmarszczona ze zmęczenia; włosy
niegdyś spływające niczym atramentowa tafla były długie i potargane.
Usta miał spierzchnięte, na górnej wardze, w miejscu rozszczepienia
zakrzepła krew. W łagodnych oczach Shan'j?na, które kiedyś spoglądały na
Zena tak ciepło, teraz błysnęła tylko słaba iskra, a i ona natychmiast
zgasła. Spuścił głowę.
- Tak, Temurezenie. - Głos miał spokojny, lecz podszyty ostrożnością.
Przy innych zwracał się do Zena pełnym imieniem.
Może kiedyś byli przyjaciółmi, lecz to było wtedy, gdy Zen był jeszcze
tylko sobą, praktykiem i uczniem Szkoły Białych Sosen.
Teraz był Xan Temurezenem, jedynym dziedzicem klanu Mansorian,
prawnukiem przywódcy i rebelianta Xan Tolürigina.
Nie miał przyjaciół, jedynie sojuszników.
- Zostańcie tu, póki po was nie poślę. W tym miejscu jest pełno y?n -
rzucił szorstko, po czym ruszył w stronę otwartej bramy.
Gruz i odłamki kamiennych fundamentów leżały tam, gdzie dawniej musiał
być piękny dziedziniec. Jak zwykle w nowym miejscu Zen skupił się na
przepływie q?, energii, która składa się na wszystko, co fizyczne i metafizyczne w tym świecie. Q? dzieli się z kolei na yáng, energię
życia, światła i ciepła, oraz y?n, energię śmierci, mroku i chłodu.
Stanowi zarazem podstawę wszelkiego praktykowania, czy też, jak nazywał
to prosty lud - magii. Q? jest we wszystkim i we wszystkich, a praktycy
rodzą się ze zdolnościami do jej wyczuwania i splatania jej pasm w Pieczęcie. Zen wyczuwał grubą, pokrywającą ruiny wokół warstwę y?n.
Przelano tu tyle krwi, zadano tyle bólu, wywołano tyle strachu w tych
ostatnich dniach... a jednak przedtem... Zen przymknął powieki i sięgnął
głębiej. Przedtem... było tu światło i życie, które wyczuwał w postaci
lśniących warstw y?n niczym utracone ciepło filiżanki wystygłej herbaty.
Ślady życia, które powinno być jego, a którego nigdy nie zaznał.
Aha. Znów wrócił ten nieunikniony głos, tym razem niczym huk odległego
grzmotu. Głos, którego najbardziej bał się po zmroku, gdy dogasały
ogniska, a głosy jego kompanów ustępowały ciszy. Ale ja go zaznałem.
Chmury nad jego głową pociemniały, pod nimi poruszył się cień.
Przeciągnął się, ziewnął, budząc się do życia, zajął pół nieba. Cień,
który widział tylko Zen. Głos, który tylko on słyszał. Istnienie, które
związał ze sobą, a które rozrastało się w nim, gotowe prędzej czy
później pochłonąć go całego.
Zen spiął się na widok ujawniającego się Czarnego Żółwia. Zwróciły się
ku niemu ślepia szkarłatne niczym wojna i rozlew krwi; pazury poruszyły
się, jakby miały się zacisnąć na odległych szczytach. Bóg Demon pochylił
łeb ku Zenowi.
Pamiętam twoje dziedzictwo. Mogę ci pokazać, co ci skradziono.
Dziedzictwo, które tak pragniesz odbudować.
Zen się zawahał. Bóg Demon istniał na długo przed narodzinami tego
świata. Był świadkiem wzlotów i upadków, zwycięstw i porażek ludzkości.
Był tu także wtedy, gdy pradziad Zena toczył boje na czele swojej
legendarnej armii. A może Czarny Żółw zdoła dać mu jakieś wskazówki
dotyczące tej pradawnej magii, którą posługiwał się Xan Tolürigin?
Odkąd niemal przed miesiącem związał się nad Czarną Perłą z tą magiczną
istotą, skupiał całą energię na tym, by nie dopuszczać jej do siebie.
Pakt z demonem polegał bowiem zawsze na wymianie - oko, ręka, noga albo,
w najbardziej ekstremalnych przypadkach, całe ciało za dostęp do
demonicznych mocy. Wystarczy więc, że Zen nie będzie korzystał z mocy
Boga Demona, a nie będzie musiał tracić nic na rzecz tej istoty.
Echa zawartego paktu wciąż pobrzmiewały mu w głowie, nawiedzając go
przez ostatnie tygodnie.
Za każdym razem, gdy użyjesz mojej mocy, za każdym razem, gdy
dostarczysz mi kolejną duszę, wezmę sobie część ciała. Potem umysł. Na
końcu duszę.
Nie. Nie ulegnie tej zdradliwej pokusie. Tak, poprzysiągł oddać demonowi
umysł, ale nie zamierza dopuścić do tego, by stało się to tak szybko.
Będzie się wstrzymywał od wykorzystywania jego mocy, dopóki nie będzie
to absolutnie konieczne, czyli podczas planowanej przez niego
ostatecznej bitwy z Elantianami.
Szedł dalej, jego kroki rozbrzmiewały szybciej, mocniej. Bezpośrednio
przed nim znajdowała się wielka porzucona świątynia. Tradycyjne
mansoriańskie i hińskie style architektoniczne były podobne o tyle, że
dla obu charakterystyczne były wyginające się ku górze dachy i czerwone
motywy zdobnicze. W końcu kultury te od tysięcy cykli wpływały na siebie
nawzajem. Zen zauważał jednak wyraźne różnice: zaokrąglone boczne
kopuły, które stanowiły nawiązanie do jurt; złote i niebieskie detale
symbolizujące Słońce i Wieczyste Niebo, które czcił jego lud.
W świątyni brakowało drzwi. Między kamiennymi kolumnami ziała pustka.
Zen zawahał się z nogą na pierwszym st opniu,
poczuł gęsią skórkę, gdy owiał go przeciąg z głębi budynku - wręcz jakby
oddech.
Natychmiast zwiększył czujność, skupił się na q? w budowli. Dotąd nie
zastanawiał się wiele nad zalegającą tu energią y?n, wydała mu się czymś
naturalnym w miejscu umęczonym okrucieństwami wojny. Teraz jednak, gdy
przymknął oczy i przeanalizował uważniej jej warstwy, poczuł narastający
niepokój.
Coś było w środku - coś kipiało pod powierzchnią energii y?n, która
pozostała tu po śmierci, bólu i rzezi.
Cicho świsnął obnażany miecz, Płomień Nocy, jedna z niewielu pamiątek
rodzinnych, które zostały Zenowi, długi miecz wykuty przez najlepszego
kowala północy i nasączony esencją ognia. Zen musnął palcami niewielką
sakiewkę z czarnego jedwabiu, którą miał przypasaną. Nie tylko
wyhaftowane na niej karmazynowe płomienie - herb klanu Mansorian -
czyniły ją wyjątkową. Nałożona na nią Pieczęć sprawiała, że mieściło się
w niej o wiele więcej, niż można by sądzić po jej skromnym rozmiarze.
Praktycy w takich sakiewkach nosili przy sobie magiczną broń i Zen nie
był tu wyjątkiem. W sakiewce miał pełno fú, czyli Pieczęci wypisanych na
skrawkach papieru bambusowego. Wystarczyła iskra q?, by momentalnie
uruchomić ich funkcje.
Nie zabraknie mu amunicji, aby poradzić sobie z tym, co czaiło się w środku.
W słabym świetle miecz błyskał srebrzyście. Zen ruszył naprzód.
Wcześni mędrcy i mistrzowie praktykowania zgadzali się co do jednego: q?
powinna być zawsze zrównoważona. Tam, gdzie zbierze się nadmiar y?n,
energie mogą zacząć gnić w coś nienaturalnego, potwornego.
W coś demonicznego.
Zen wkroczył w ruiny świątyni, gdzie temperatura zdawała się
zdecydowanie niższa. Jego oddech skraplał się już od chłodu. W jednej
ręce trzymał Płomień Nocy, a drugą sięgnął do sakiewki. Wyjął z niej
trzy kadzidła i kawałek żółtego papieru z wypisanym czerwonym symbolem.
Wystarczył ruch ręki i pchnięcie q?, by aktywowała się Pieczęć z fú.
Światło rozlało się po przepastnym korytarzu. Kątem oka Zen
zarejestrował jakiś ruch. Odpalił kadzidełka od płonącego fú. Ich czubki
rozbłysły na czerwono, rzucając na wnętrze zniszczonej świątyni ostre
cienie.
Kolumny prowadziły dalej w głąb korytarza i niknęły w ciemności. Tu i ówdzie widać było jeszcze ślady dawnej świetności: jakiś portret wiszący
krzywo na ścianie; pęknięty na pół żadowy posążek konia; klejnoty,
okruchy srebra, odłamki ceramiki na wpół zakopane pod śniegiem, który
wiatr nawiewał z zewnątrz. Rzucały się też w oczy szkody wyrządzone
przez pożar - osmalone ściany, na wpół spalone, butwiejące na podłodze
meble.
Dym z kadzidełek płynął zgodnie z podmuchem zimnego przeciągu wiejącego
z głębi budowli. Zen obserwował to przez chwilę z namysłem.
Prosty lud używał kadzidełek, modląc się do bogów - bez względu na to, z którego pochodzili panteonu. Nie pamiętano już, skąd wziął się ten
zwyczaj. Kadzidła wykonywano tradycyjnie z mieszanki ziół, które
reagowały na silne y?n, dlatego dym odsuwał się od wszelkich źródeł tej
energii.
A to oznaczało, że cokolwiek czaiło się w środku, żeby to znaleźć,
należało skierować się w stronę przeciwną, niż ulatywał dym.
Zen ruszył więc ku dziwnemu przeciągowi.
Czego się obawiasz, chłopcze? Niski chichot Czarnego Żółwia wybrzmiał
w budynku jak grzmot. To ty jesteś przecież najstraszniejszym potworem,
jaki kiedykolwiek znalazł się w tych ruinach.
Bóg Demon miał rację. Zen nie bał się demonów czyhających w cieniach
świątyni.
Bał się demona czającego się w nim samym.
Cisza, rozkazał Czarnemu Żółwiowi poprzez pomost myśli, który ich
łączył. W ciągu ostatniego księżyca zrozumiał już, że Bóg Demon słyszy
jedynie te myśli, które celowo się do niego kieruje. Poza tym, jeśli
tylko Zen utrzymywał to połączenie ściśle zamknięte, demon stanowił
zupełnie od niego odrębną, uśpioną istotę. Wyjątek stanowiły sytuacje, w których zagrożone było życie Zena.
Póki co.
Zen wzniósł więc na powrót mentalny mur między sobą a bogiem, upominając
się w duchu - jak robił to nieustannie - by był on szczelny.
Dym kadzidła kłębił się coraz bardziej, zimno narastało.
Gdzieś w mroku przed Zenem pojawił się jakiś kształt.
Chłopak uniósł miecz, a drugą ręką gotów był w każdej chwili nakreślić
odpowiednią Pieczęć, ale światło kadzideł rozświetliło tylko zwykły
posąg. Chwilę zajęło mu zrozumienie, na co patrzy.
Większa od niedźwiedzia rzeźba przedstawiała obsydianowego żółwia. Gdy
Zen uniósł kadzidła, dym zaczął natychmiast uciekać w przeciwnym
kierunku. Czerwone koniuszki odbijały się w czarnych oczach posągu tak,
że żółw zdawał się wręcz żyć.
I patrzeć.
Zen natychmiast zauważył na nim Pieczęć. Dotknął posągu dłonią, wyczuł
delikatne typowe dla Pieczęci ścieżki q?. Została wypisana krwią i choć
sama krew z czasem zblakła, q? pozostała. Pociągnięcia pędzla wydawały
się o wiele bardziej skomplikowane niż wszelkie Pieczęcie, które Zen
dotąd analizował. Dotarło do niego, że patrzy na zupełnie inny
sylabariusz. Oto pętle i krzywizny, jakich nie było nigdy w żadnej
Pieczęci, które studiował w szkole.
Ta Pieczęć została zapisana pismem mansoriańskim.
Serce podeszło mu do gardła, poczuł drżenie ekscytacji. Oto gałąź
praktykowania, którą opracował jego lud. Jego ziomkowie specjalizowali
się w sztuce, która została wymazana z ksiąg historycznych wraz z wyrugowaniem mansoriańskich praktyk demonicznych i wymordowaniem jego
klanu przez armię cesarską. Wojownicy posłużyli się pewnie tą Pieczęcią
jako ostatnią linią obrony, zakładając, że praktycy z cesarskiej armii
nigdy nie zniżyliby się do jej analizowania. W ten sposób tajemnice
mansoriańskich praktyków przetrwały bezpiecznie niemal sto cykli, a niewykluczone, że dotyczą kawalerii Xan Tolürigina.
Radość Zena trwała jednak krótko - szybko uświadomił sobie, że i on nie
potrafi odszyfrować tej Pieczęci.
Ech, zamruczał Czarny Żółw, ja potrafię.
Zen zamarł z dłonią na brzuchu obsydianowego żółwia. W ekscytacji
zapomniał chronić myśli przed Bogiem Demonem. Każde słowo Czarnego
Żółwia przypominało mu o pakcie wiszącym nad nim niczym miecz.
Aż za dobrze wiedział, jak kończą się takie pakty. Wiedział, jaki los
spotkał jego pradziada, ostatniego praktyka mansoriańskiego. Ten niegdyś
prawy i odważny wódz walczący o wolność swego klanu skończył tragicznie
po tym, jak przegrał wojnę z Cesarzem Smokiem, a potem jego ciało, umysł
i duszę zagarnął ten sam Bóg Demon, z którym związał się teraz Zen.
Dziedzictwo Xan Tolürigina zostało przekreślone przez to, że nie zdołał
on kontrolować Boga Demona i postradał zmysły. Na historii całego jego
życia mrocznym cieniem położyła się rzeź tysięcy niewinnych cywilów,
której dokonał w swoich ostatnich chwilach.
Zen przełknął ślinę. Q? mansoriańskiej Pieczęci zapulsowała, jakby go
przyzywając. Dziedzictwo jego klanu było dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Oto sposób, by osiągnąć odkupienie, napisać na nowo historię swego ludu.
Czy ma zaprzepaścić taką szansę?
Tylko ten jeden raz, pomyślał. Przecież nie zaszkodzi użyć ledwie
ułamka mocy demona, żeby otworzyć te jedne drzwi.
Tylko ten jeden raz.
I wydał rozkaz: Otwórz je.
Wiatr wokół poruszył się jakby z satysfakcji doznanej przez Boga Demona,
po czym Zena zalała fala mocy. Poczuł, jak rdzeń jego demonicznej q? -
rdzeń Czarnego Żółwia, skondensowana q? tej istoty odpowiadająca za jej
moc i witalność - rozszerza się na chwilę, demoniczne energie wylewają
się i łączą z q? jego ludzkiego ciała. Moc sięgnęła aż opuszków palców i Zen patrzył z mieszaniną fascynacji i przerażenia, jak jego własna ręka
zaczyna poruszać się w powietrzu, kreśląc Pieczęć, której nigdy
wcześniej nie widział. Czuł, jak wyodrębnia z energii wokół tysiące
pasm, z których składa się świat - żelazo, kamień, brzozę, powietrze,
złoto, ogień - po czym tka z nich sploty tak skomplikowane, że nie
potrafił ich nawet śledzić. Na takim poziomie zaawansowania nie byli
nawet mistrzowie Szkoły Białych Sosen.
Tak tkał Pieczęcie bóg.
Po kilku sekundach Czarny Żółw już zamykał palcami Zena krąg wokół
Pieczęci. Gdy tylko koło się domknęło, Pieczęć zaczęła działać.
Zen patrzył, jak niezrozumiałe dla niego wzory rozbłyskują ciemną
czerwienią spowitą w czerń. Posąg zaczął się wić, brzuch żółwia stał się
nagle gładki jak czarna tafla jeziora. Zen zmarszczył brwi, zmrużył
oczy. W środku widział jakby mgłę, która zlewała się w jakieś cienie...
Powietrze przeciął pisk, z brzucha posągu coś wystrzeliło tak
błyskawicznie, że Zen dojrzał tylko smugę. Zareagował odruchowo. Płomień
Nocy śmignął, dosięgając czegoś miękkiego jak ciało, potem ścięgna,
wreszcie kości. Coś wrzasnęło, zatoczyło się. Zen drugą ręką kreślił już
Pieczęć z energii yáng, by uzyskać ogień i światło - potrzebował
światła...
Jego Pieczęć wybuchła złotymi iskrami, rozświetlając komnatę i istotę,
która na niego przed chwilą wyskoczyła.
Była to kobieta... a raczej jej truchło... Ciało przeżarte przez robaki i szczury, pełne dziur aż do kości. Mleczne oczy, na wpół wyjedzone przez
owady, patrzyły przed siebie niewidząco, opadały na nie strąki długich,
czarnych włosów. Najbardziej niepokojące było jednak ciężkie páo z brokatu, obszyte przy kołnierzu futrem i zdobione drobnym wzorem
złoto-czarnych płomieni. Szata praktyka z mansoriańskiego klanu.
Mó, pomyślał Zen. Demon z najbardziej przerażającej klasy istot
ponadnaturalnych. Już kiedyś takiego spotkał - wówczas był to wielki
mistrz, który zaprzedał duszę demonowi i pozwolił mu zawłaszczyć ciało
po śmierci, by bronić swojej szkoły praktykowania przed Elantianami.
Takie mó powstawały z zatęchłych kałuż y?n fermentujących pod wpływem
nienawiści i gniewu. By je pokonać, należało je zrównoważyć energiami
ognia, słońca i ciepła, a zarazem - co najważniejsze - związanymi z nimi
emocjami składającymi się na yáng: pokojem, radością i miłością. Czyli
wszystkim tym, co sprawia, że warto żyć, i co odróżnia żywych od
umarłych.
Przyzywanie teraz tych uczuć wydało mu się podobne do rozpalania ognia w popiele.
Posłał q? w opuszki palców, muskając elementy Pieczęci na głowni swojego
miecza. Zacisnął zęby i przelał w Pieczęć dodatkowy ogień i ciepło, nim
ją zamknął. Zajaśniała na krótko, po czym światło popłynęło falą przez
całą długość ostrza.
Ale gdy Zen uniósł jian, zawahał się. Podczas poprzedniego starcia z podobnym demonem były wielki mistrz okazał się bezwzględnym i sprytnym
przeciwnikiem posługującym się q? i Pieczęciami. W przeciwieństwie do
niego ruchy tej istoty wydawały się dziwnie nieskoordynowane, wręcz
nieporadne.
Odwróciła się w stronę Zena, wyszczerzyła zęby i skoczyła. Chłopak
usunął się na bok, uniósł miecz. Opór, który zaraz zniknął, i głowa
istoty runęła z hukiem na ziemię. Zen odczekał chwilę, pewien, że
demoniczne ciało wróci na moment do postaci, jaką powinna mu nadawać
dusza jego właścicielki, ale ku jego przerażeniu głowa nadal klekotała
zębami, a korpus niewzruszenie parł przed siebie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki