Ciemna Dolina - Jarosław Jakubowski

Kup ebooka

24.75 zł
19.80 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pogrzeb

Miałem piękny sen.

Pogodny, wiosenny dzień. Słońce, wiatr, białe obłoki na błękitnym niebie jak flotylle okrętów na oceanie. Śpiew ptaków i szum drzew. Ktoś powiedział, że szkoda takiego słońca i wiatru i trzeba wieszać pranie. Wszedłem na wzgórze i spojrzałem na miasteczko. Przed domami powiewały białe prześcieradła. Cała dolina wypełniona świeżą, lśniącą w słońcu bielą płócien, wzdymanych wiatrem niczym żagle. Pomyślałem, że już nigdy nie zobaczę niczego równie pięknego.

Wtedy otworzyłem oczy i zobaczyłem stojących nade mną żonę Marię i obcego mężczyznę. Oboje przyglądali mi się uważnie.

- No, nareszcie się obudziłeś, misiu. Czekaliśmy na ciebie - powiedziała Maria.

- A pan, to kto? - zapytałem, patrząc na mężczyznę.

Nie odezwał się, za to rzekła żona:

- Postanowiłam, że powinieneś sprawić sobie solidny garnitur. Pan zdejmie z ciebie miarę. Jest świetnym fachowcem.

Na nic moje próby oporu. Na nic tłumaczenia, że nie potrzebuję garnituru na miarę i że wystarcza mi ten, który mam, kupiony z okazji Pierwszej Komunii Świętej syna, Jasia. Zakładałem go zaledwie kilka razy w roku.

- Po co mi nowy garnitur? - spytałem.

Oboje spojrzeli na mnie z politowaniem.

- Misiu, nie dyskutuj, to już postanowione. No, wstawaj, szkoda słońca - powiedziała Maria.

- I wiatru... - dopowiedziałem.

- Słucham? - Nie dosłyszała.

- Nie, nic.

- Zostawiam was samych. Nich pan czyni swoją powinność, maestro - zwróciła się do mężczyzny Maria i wyszła z pokoju.

Przyjrzałem się przybyszowi. Był niewysokim, żylastym brunetem o ciemnej karnacji i mocnym zaroście. Miał ciemny wąs przyprószony siwizną i wianuszek posiwiałych czarnych włosów okalający błyszczącą, niby lakierowaną, wysoko sklepioną czaszkę. Ubrany był w staromodny, popielaty garnitur w prążki, białą koszulę z bordową muchą i atłasową kamizelę, przy której wisiał łańcuch srebrnej "cebuli".

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni marynarki miarę oraz notesik i ołówek. Zwróciłem uwagę na jego dłonie - podłużne, kościste, obleczone cienką jak pergamin, żółtawą skórą. Paznokcie były długie i spiczasto spiłowane. Na serdecznym palcu prawej dłoni mężczyzna nosił złoty sygnet. Wydawało mi się, że jest na nim wygrawerowana czaszka nad krzyżującymi się piszczelami.

- Myślę, że może pan szanowny stanąć prosto - odezwał się wreszcie mężczyzna, a ja, nie wiedzieć czemu, posłusznie spełniłem jego polecenie.

Zaczął mnie mierzyć, każąc to unosić, to opuszczać ramiona, to odwracać się tyłem, to stawać z nim twarzą w twarz. Jego oczy i dłonie skupiały się na jak najdoskonalszym wykonaniu zadania. Sprawiał wrażenie mistrza w swoim fachu. Żadnego zbędnego gestu, żadnego wahania. Po kilku minutach robota była wykonana, a miara zdjęta ze mnie i zapisana w kajeciku majstra.

- Dziękuję szanownemu panu, to wszystko. - Mężczyzna ukłonił się i wyszedł.

Zza drzwi usłyszałem jego rozmowę z żoną, jednak nie rozróżniłem słów. Gdy wszedłem do kuchni, zastałem w niej Marię i naszego synka Jasia. Dojadał właśnie śniadanie. Pogłaskałem go po gęstej blond czuprynie, wiedząc, że tego nie lubi, i swoim zwyczajem spytałem, jak spał.

- Dobrze - odparł, dopił mleko z kubka, otarł buzię wierzchem dłoni i poszedł do łazienki umyć zęby. Dobry, grzeczny chłopak.

Stanąłem za Marią zajętą myciem naczyń i jedną ręką chwyciłem ją za pierś, a drugą położyłem na wzgórku łonowym. Pod piżamą nie miała niczego.

- Kochanie, po co to wszystko? - spytałem, czując jak wzbiera we mnie podniecenie.

Maria zdjęła z siebie moje dłonie i powiedziała:

- Chcę, żebyś dobrze wyglądał na swoim pogrzebie.

Roześmiałbym się z tego dowcipu, gdyby nie fakt, że wypowiedziała to absolutnie poważnie. Słowa zabrzmiały tak naturalnie i przekonująco, że zamiast śmiechu wywołały we mnie dreszcz.

- Słucham? - spytałem.

- Przecież powiedziałam wyraźnie. Maestro uszyje ci taki garnitur, jakiego jeszcze nigdy nie miałeś. No i zrobi ci trumnę na miarę.

- Co???

- Jest nie tylko krawcem, ale i stolarzem. Prawdziwa złota rączka. Najlepszy w swoim fachu, a raczej w obu fachach.

Musiałem usiąść, bo trochę zakręciło mi się w głowie. Patrzyłem na ponętne ciało Marii ledwie skryte pod kusą piżamą, zajęte codzienną krzątaniną i nie mogłem pojąć, co tu się dzieje. Uszczypnąłem się, sądząc, że nadal śnię mój sen. Zabolało jak diabli.

- Siadaj, Maria - powiedziałem stanowczo. - Musimy porozmawiać.

- Nie chcesz najpierw kawy? - zapytała tym swoim beztroskim tonem.

- Nie, nie chcę kawy! Chcę z tobą porozmawiać!

Zakręciła wodę, wytarła ręce i usiadła naprzeciw mnie.

- Słucham - powiedziała.

- Nie, to ja słucham. Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia.

- Ale co tu wyjaśniać?

- No, choćby to, że wpuszczasz do domu obcego faceta, który mnie mierzy, a potem mówisz o moim pogrzebie. Tylko że ja żyję i, pomijając ból głowy, czuję się nie najgorzej.

- Nic nie jest dane raz na zawsze, misiu.

- Nie mów do mnie "misiu", bardzo cię proszę.

- Mówię tak do ciebie od dziesięciu lat. Nigdy ci to nie przeszkadzało.

- Ale teraz przeszkadza!

- Uspokój się.

Wilgotnymi dłońmi przykryła moje dłonie. Poczułem jej puls. Życie, które tętniło w niej na przekór moim depresjom i nerwicom, na przekór mojemu pesymizmowi i zamiłowaniu do makabry.

- Staram się być spokojny, kochanie, ale przyznasz, że kiedy słyszy się o własnym pogrzebie, to trudno o spokój. Powiedz mi, że to żart, a ja powiem, że wygrałaś jeden zero - odparłem, siląc się na wesoły ton.

Ale Maria patrzyła na mnie poważnie wielkimi, ciemnymi oczami, w których przez moment widziałem krzyż na własnym grobie. Wreszcie odezwała się:

- Przecież codziennie myślisz o śmierci. Wyobrażasz ją sobie, próbujesz pojąć, jak to jest umrzeć, co to właściwie znaczy nie żyć. Nieraz mówiłeś mi, że rozpłakałeś się na samą myśl o tym, że kiedyś wszystko umrze: ty, ja, nasz syn, wszystko, co kochamy. Chcę ci tylko pomóc...

Jaś stanął przy nas gotowy do szkoły. Naszym zwyczajem każde z nas ucałowało go w czoło. Tym razem pocałowałem go czterokrotnie, kreśląc na jego czole znak krzyża. Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem.

- Z Bogiem, synku - powiedziałem, tłumiąc napływ łez.

- Z Bogiem - odparł Jaś i wyszedł.

Musiałem wziąć się w garść. Klasnąłem w dłonie i zabrałem się za parzenie kawy. Pogwizdywałem melodię z filmu Most na rzece Kwai, jednak w środku coś we mnie wyło.

Maria bezbłędnie wyczuła mój nastrój, bo kiedy w zamyśleniu wlałem za dużo wrzątku do kubka i gorąca woda zalała blat kuchenny, podeszła do mnie i delikatnie przytuliła.

- Nie bój się, misiu. Będę z tobą do końca - powiedziała, a ja poczułem przy uchu jej przyspieszony oddech. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Natychmiast wszedłem w nią. Chciałem, żeby to trwało jak najdłużej. Coś mi mówiło (wyło), że to ostatni raz. Czarne oczy Marii patrzyły nieprzytomnie gdzieś w dal, oplatała mnie ciasno ramionami i nogami, ale gdy próbowałem całować jej usta, odwracała się. Gryzłem wtedy jej ucho, szyję, ramię. Szaleństwo nie mogło jednak trwać w nieskończoność. Opadliśmy na łóżko i oddychaliśmy miarowo, błogo zmęczeni i senni. Jej głos zabrzmiał jakby dobiegł z innego wymiaru:

- Twój pogrzeb za dwa dni.

- Proszę cię, przestań.

- Zamówiłam już salę na stypę, zaprosiłam wszystkich naszych krewnych. Na niczym nie będę oszczędzać.

- Nie chcę tego słuchać.

- Myślę, że sporo osób będzie ci towarzyszyć w ostatniej drodze.

- Dlaczego mnie dręczysz?

- Co chcesz, żeby ci zagrali nad trumną?

Usiadłem na niej i położyłem dłoń na jej ustach. Charczała i wierzgała nogami. Jeszcze chwila i będzie martwa, pomyślałem i wtedy zwolniłem chwyt. Odkrztusiła flegmę z płuc i splunęła, ciężko oddychając.

- Przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło - powiedziałem zupełnie zdruzgotany tym, co się stało.

- To nic - powiedziała cichym, zachrypniętym głosem. - To nic...

Z jakiegoś niejasnego powodu zacząłem godzić się z koniecznością odejścia, a więc również pogrzebu. To, co dotąd stanowiło niejasne, niewyraźne, niewyobrażalne wręcz zdarzenie, nagle zaczęło przyoblekać się w jak najbardziej konkretne kształty. Z niebytu powoli wyłaniał się mój własny grób.

- Chciałbym, żeby to było coś Pink Floydów. Może Echoes, wiesz, ten kawałek, który grali w amfiteatrze w Pompejach - powiedziałem, a Maria skinęła głową, wszystko rozumiejąc.

W milczeniu zjedliśmy śniadanie, a potem pojechaliśmy do zakładu kamieniarskiego wybrać dla mnie nagrobek.

- Kto wie, może kiedyś do ciebie dołączę - powiedziała Maria, gdy przechadzaliśmy się pośród wystawionych pomników nagrobnych.

Wybraliśmy zgodnie prosty, estetyczny model z krzyżem i dość sporą tablicą, na której miejsca starczyłoby na kilka nazwisk z datami narodzin i zgonów. Właściciel zakładu kamieniarskiego, ogorzały mężczyzna z rzadką bródką, próbował nam jeszcze wcisnąć droższy, okazalszy wizualnie, jednak odstręczył nas jego skundlony eklektyzm.

Gdy dobiliśmy targu, pozostało jeszcze pojechać na cmentarz obejrzeć miejsce, w którym spocznę na wieki. Byłem zadowolony. Maria zadbała o to, żeby wybrać mi miejsce, skąd rozciągał się pyszny widok na nasze miasteczko przycupnięte w dolinie u stóp lesistych wzgórz. Nad dachami górowała gotycka bazylika, której ceglana bryła pokryta niedawno wymienioną dachówką ostro odcinała się od ciemnozielonych wzgórz i błękitnego nieba.

- Jesteś zadowolony, misiu? - spytała Maria.

W odpowiedzi przytuliłem ją i pocałowałem.

- W deseczkę - powiedziałem wesoło.

Jednak słowo "deseczka" natychmiast przywołało obraz trumny, w której za dwa dni miałem zostać położony. Wzdrygnąłem się na tę nieprzyjemną myśl. Maria najoczywiściej ją odczytała, mówiąc:

- Nie myśl o tym. Spójrz, jak tu pięknie.

Rzeczywiście, stare i nowe nagrobki, umieszczone ciasno na ograniczonej powierzchni naszego parafialnego cmentarza, przypominały szare, spokojne fale jeziora. Tu i ówdzie pośród nich pyszniło się rozłożyste drzewo, obsypane soczyście zielonymi liśćmi, fantazyjnie prześwietlane promieniami słońca. Na drzewach baraszkowały ptaki, a między grobami krzątali się ludzie pielęgnujący miejsca spoczynku swych bliskich. Całość dawała obraz nieustępliwego, upartego życia, które toczy się pomimo rozlicznych tryumfów śmierci.

Pomyślałem, że dobrze będzie tu się rozkładać, rozpuszczać w swojej ziemi, a potem zmieszać się z wodami podskórnymi i spłynąć nimi ku rzece, a jeszcze potem wyparować i wrócić tu jako kropla deszczu, a potem znowu jako kryształek śniegu, aż do końca świata. Z poetyckiego zamyślenia wyrwał mnie głos Marii:

- Myślę, że to dobry moment, żebyś pożegnał się z rodzicami.

- Kurczę, jesteś pewna? Czuję się świetnie i naprawdę trudno mi wyobrazić sobie siebie martwego.

- Wiem, że nigdy nie umiałeś z nimi rozmawiać, ale może spróbuj. Bądź po prostu szczery, a wszystko pójdzie jak z płatka.

"Głowa Marii w słonecznej aureoli. Błogosławione niech będzie TERAZ. Błogosławione niech będą nasze wszystkie chwile, wspólne i osobne, a przecież - przez myślenie o sobie - także wspólne".

- Dobrze, kochanie. Zrobię to. Pójdźmy do nich.

Poszliśmy, jednakże Maria zostawiła mnie przed wejściem do domu moich rodziców. Musiałem zrobić to sam.

- A więc jesteś - przywitał mnie ojciec, który właśnie w kuchni czytał gazetę. Zdjął okulary do czytania i przyglądał mi się. Z sąsiedniego pokoju dobiegał głos telewizora. Wkrótce umilkł i do kuchni weszła matka. Usiadła obok ojca i również przypatrywała mi się z troską i miłością.

- Trudno się żegnać z własnym dzieckiem - powiedział ojciec. - A jednak trzeba. Ja i matka chcemy ci powiedzieć, że nie do końca spełniłeś nasze oczekiwania. Trudno. Widocznie tak musiało być. Może nasze oczekiwania były wygórowane. Wiemy o tobie wszystko. O twoim piątkowym upijaniu się i twoim zniecierpliwieniu synem, jedynym synem, naszym jedynym wnukiem. Owszem, doszedłeś do pewnych wyników w swoim fachu, jednakże jest to fach, który nie przynosi obfitych owoców. To, że jesteś pisarzem, nie zwalnia cię z obowiązków wobec ludzi, przede wszystkim wobec rodziny. Kiedy ostatni raz byliście razem w kościele? Kiedy modliliście się wspólnie? Nie chciałem, żeby nasza ostatnia rozmowa tak wyglądała, ale nic na to nie poradzę. Muszę to z siebie wyrzucić, bo później nie będzie już okazji. Kiedy się urodziłeś, myślałem, że będziesz lepszą wersją mnie samego, że nauczysz się na moich błędach i zajdziesz znacznie, znacznie dalej. I zobacz, gdzie zaszedłeś? Parę ulic od naszego domu. Kim jesteś? Kim jesteś, kiedy stajesz przed lustrem? Kto na ciebie z niego spogląda?

Ojciec zamilkł. Jego twarz była nieruchoma, poważna, niczego ode mnie nie oczekiwał, niczego już się nie spodziewał. Spojrzałem na matkę, licząc na to, że u niej znajdę cień zrozumienia, współczucia. Lecz ona także patrzyła na mnie jak surowa nauczycielka, która egzaminuje ucznia.

- Mamo, ja nie chcę umierać - powiedziałem płaczliwie.

- Wiem, synku. Ale tak musi być - odparła.

- Dlaczego ja? Mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Chcę zobaczyć, jak dorasta mój syn...

- A dlaczego nie ty? - zapytał ojciec. - Dlaczego uważasz, że powinno ciebie ominąć to, co i tak cię nie ominie?

- Trzeba ci czego? Może buty po ojcu weźmiesz czarne? - dopytywała matka.

- A ojciec? - odparłem zakłopotany.

- Bierz, jak dają - powiedział ojciec i przyniósł z przedpokoju pudełko z parą lśniących, czarnych butów.

Wręczył mi je, a ja położyłem otwarty karton na udach.

- Nie przymierzysz? - zachęciła matka.

Założyłem buty. Były trochę ciasne. Stałem przed rodzicami w butach, w których zostanę pochowany.

- W innym wypadku bym powiedział, że się rozchodzą, ale ty przecież nie masz w nich chodzić - zauważył trzeźwo ojciec.

- Dziękuję, tato.

- Chcesz nam coś powiedzieć? - zapytał.

Zauważyłem, że od pewnego czasu zerka na zegar ścienny. Zrozumiałem. Zbliżała się pora Rozmów niedokończonych, jego ulubionej audycji.

- Kocham was. Przykro mi, że tak rzadko wam to okazywałem. Przykro mi, że nie sprostałem oczekiwaniom, że nie jestem takim synem i takim ojcem, jakim mógłbym być, gdybym troszkę bardziej się postarał. Chciałbym, żebyście zapamiętali mnie z dobrych rzeczy, które zrobiłem. Bo przecież zrobiłem, prawda? Prawda, tato? Mamo?

Milczeli, patrząc na mnie nieruchomo. Zdjąłem buty, spakowałem do pudła, założyłem własne i powiedziałem:

- Do widzenia.

- Z Bogiem, synu. - Ojciec wstał i ucałował mnie w czoło. Chwyciłem jego dłoń i pocałowałem. Zrobiłem to pierwszy raz w życiu. Matka przytuliła mnie. Poczułem, że cała drży, jednak jej oczy pozostawały suche.

w serii kwadrat ukazały się:

"2008", "2011", "2014", "2017" , "2020" - antologie współczesnych polskich opowiadań

Andrzej Ballo "Made in Roland"

Marcin Bałczewski "Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

Waldemar Bawołek "To co obok"

Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

Jacek Bielawa "Kościelec"

Dariusz Bitner "Książka"

Jarosław Błahy "Rzeźnik z Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"

Roman Ciepliński "Diabelski młyn" , "Ukryte myśli", "Życie zastępcze"

Tomasz Dalasiński "Nieopowiadania"

Jerzy Franczak "Święto odległości"

Krzysztof Gedroyć "Przygody K"

Andrzej Grodecki "Iluzje"

Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

Lech M. Jakób "Ciemna materia"

Jarosław Jakubowski "Wojna", "Ciemna dolina"

Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

Wojciech Klęczar "Wielopole"

Bogusława Latawiec "Ciemnia"

Ryszard Lenc "Chimera"

Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Hotel Polski", "Mariasz", "Skerco", "Spowiadania i wypowieści"

Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"

Jarosław Maślanek "Ferma ciał"

Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"

Cezary Nowakowski, Jakub Nowakowski "Błogosławieni"

Paweł Orzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

Paweł Przywara "Ricochette", "Zgrzewka Pandory"

Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"

Grzegorz Strumyk "Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"

Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

Izabela Szolc "Śmierć w hotelu Haffner"

Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"

Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

Michał Trusewicz "Przednówki"

Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

Emilia Walczak "Hey, Jude!"

Miłosz Waligórski "Kto to widział"

Henryk Waniek "Miasto niebieskich tramwajów"

Maciej Wasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"

Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"