Pogrzeb
Miałem
piękny sen.
Pogodny,
wiosenny dzień. Słońce, wiatr, białe obłoki na błękitnym
niebie jak flotylle okrętów na oceanie. Śpiew ptaków i szum
drzew. Ktoś powiedział, że szkoda takiego słońca i wiatru i
trzeba wieszać pranie. Wszedłem na wzgórze i spojrzałem na
miasteczko. Przed domami powiewały białe prześcieradła. Cała
dolina wypełniona świeżą, lśniącą w słońcu bielą płócien,
wzdymanych wiatrem niczym żagle. Pomyślałem, że już nigdy nie
zobaczę niczego równie pięknego.
Wtedy
otworzyłem oczy i zobaczyłem stojących nade mną żonę Marię i
obcego mężczyznę. Oboje przyglądali mi się uważnie.
- No,
nareszcie się obudziłeś, misiu. Czekaliśmy na ciebie -
powiedziała Maria.
- A
pan, to kto? - zapytałem, patrząc na mężczyznę.
Nie
odezwał się, za to rzekła żona:
- Postanowiłam,
że powinieneś sprawić sobie solidny garnitur. Pan zdejmie z ciebie
miarę. Jest świetnym fachowcem.
Na
nic moje próby oporu. Na nic tłumaczenia, że nie potrzebuję
garnituru na miarę i że wystarcza mi ten, który mam, kupiony z
okazji Pierwszej Komunii Świętej syna, Jasia. Zakładałem go
zaledwie kilka razy w roku.
- Po
co mi nowy garnitur? - spytałem.
Oboje
spojrzeli na mnie z politowaniem.
- Misiu,
nie dyskutuj, to już postanowione. No, wstawaj, szkoda słońca -
powiedziała Maria.
- I
wiatru... - dopowiedziałem.
- Słucham?
- Nie dosłyszała.
- Nie,
nic.
- Zostawiam
was samych. Nich pan czyni swoją powinność, maestro - zwróciła
się do mężczyzny Maria i wyszła z pokoju.
Przyjrzałem
się przybyszowi. Był niewysokim, żylastym brunetem o ciemnej
karnacji i mocnym zaroście. Miał ciemny wąs przyprószony siwizną
i wianuszek posiwiałych czarnych włosów okalający błyszczącą,
niby lakierowaną, wysoko sklepioną czaszkę. Ubrany był w
staromodny, popielaty garnitur w prążki, białą koszulę z bordową
muchą i atłasową kamizelę, przy której wisiał łańcuch
srebrnej "cebuli".
Mężczyzna
wyciągnął z kieszeni marynarki miarę oraz notesik i ołówek.
Zwróciłem uwagę na jego dłonie - podłużne, kościste,
obleczone cienką jak pergamin, żółtawą skórą. Paznokcie były
długie i spiczasto spiłowane. Na serdecznym palcu prawej dłoni
mężczyzna nosił złoty sygnet. Wydawało mi się, że jest na nim
wygrawerowana czaszka nad krzyżującymi się piszczelami.
- Myślę,
że może pan szanowny stanąć prosto - odezwał się wreszcie
mężczyzna, a ja, nie wiedzieć czemu, posłusznie spełniłem jego
polecenie.
Zaczął
mnie mierzyć, każąc to unosić, to opuszczać ramiona, to odwracać
się tyłem, to stawać z nim twarzą w twarz. Jego oczy i dłonie
skupiały się na jak najdoskonalszym wykonaniu zadania. Sprawiał
wrażenie mistrza w swoim fachu. Żadnego zbędnego gestu, żadnego
wahania. Po kilku minutach robota była wykonana, a miara zdjęta ze
mnie i zapisana w kajeciku majstra.
- Dziękuję
szanownemu panu, to wszystko. - Mężczyzna ukłonił się i
wyszedł.
Zza
drzwi usłyszałem jego rozmowę z żoną, jednak nie rozróżniłem
słów. Gdy wszedłem do kuchni, zastałem w niej Marię i naszego
synka Jasia. Dojadał właśnie śniadanie. Pogłaskałem go po
gęstej blond czuprynie, wiedząc, że tego nie lubi, i swoim
zwyczajem spytałem, jak spał.
- Dobrze
- odparł, dopił mleko z kubka, otarł buzię wierzchem dłoni i
poszedł do łazienki umyć zęby. Dobry, grzeczny chłopak.
Stanąłem
za Marią zajętą myciem naczyń i jedną ręką chwyciłem ją za
pierś, a drugą położyłem na wzgórku łonowym. Pod piżamą nie
miała niczego.
- Kochanie,
po co to wszystko? - spytałem, czując jak wzbiera we mnie
podniecenie.
Maria
zdjęła z siebie moje dłonie i powiedziała:
- Chcę,
żebyś dobrze wyglądał na swoim pogrzebie.
Roześmiałbym
się z tego dowcipu, gdyby nie fakt, że wypowiedziała to absolutnie
poważnie. Słowa zabrzmiały tak naturalnie i przekonująco, że
zamiast śmiechu wywołały we mnie dreszcz.
- Słucham?
- spytałem.
- Przecież
powiedziałam wyraźnie. Maestro uszyje ci taki garnitur, jakiego
jeszcze nigdy nie miałeś. No i zrobi ci trumnę na miarę.
- Co???
- Jest
nie tylko krawcem, ale i stolarzem. Prawdziwa złota rączka.
Najlepszy w swoim fachu, a raczej w obu fachach.
Musiałem
usiąść, bo trochę zakręciło mi się w głowie. Patrzyłem na
ponętne ciało Marii ledwie skryte pod kusą piżamą, zajęte
codzienną krzątaniną i nie mogłem pojąć, co tu się dzieje.
Uszczypnąłem się, sądząc, że nadal śnię mój sen. Zabolało
jak diabli.
- Siadaj,
Maria - powiedziałem stanowczo. - Musimy porozmawiać.
- Nie
chcesz najpierw kawy? - zapytała tym swoim beztroskim tonem.
- Nie,
nie chcę kawy! Chcę z tobą porozmawiać!
Zakręciła
wodę, wytarła ręce i usiadła naprzeciw mnie.
- Słucham
- powiedziała.
- Nie,
to ja słucham. Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia.
- Ale
co tu wyjaśniać?
- No,
choćby to, że wpuszczasz do domu obcego faceta, który mnie mierzy,
a potem mówisz o moim pogrzebie. Tylko że ja żyję i, pomijając
ból głowy, czuję się nie najgorzej.
- Nic
nie jest dane raz na zawsze, misiu.
- Nie
mów do mnie "misiu", bardzo cię proszę.
- Mówię
tak do ciebie od dziesięciu lat. Nigdy ci to nie przeszkadzało.
- Ale
teraz przeszkadza!
- Uspokój
się.
Wilgotnymi
dłońmi przykryła moje dłonie. Poczułem jej puls. Życie, które
tętniło w niej na przekór moim depresjom i nerwicom, na przekór
mojemu pesymizmowi i zamiłowaniu do makabry.
- Staram
się być spokojny, kochanie, ale przyznasz, że kiedy słyszy się o
własnym pogrzebie, to trudno o spokój. Powiedz mi, że to żart, a
ja powiem, że wygrałaś jeden zero - odparłem, siląc się na
wesoły ton.
Ale
Maria patrzyła na mnie poważnie wielkimi, ciemnymi oczami, w
których przez moment widziałem krzyż na własnym grobie. Wreszcie
odezwała się:
- Przecież
codziennie myślisz o śmierci. Wyobrażasz ją sobie, próbujesz
pojąć, jak to jest umrzeć, co to właściwie znaczy nie żyć.
Nieraz mówiłeś mi, że rozpłakałeś się na samą myśl o tym,
że kiedyś wszystko umrze: ty, ja, nasz syn, wszystko, co kochamy.
Chcę ci tylko pomóc...
Jaś
stanął przy nas gotowy do szkoły. Naszym zwyczajem każde z nas
ucałowało go w czoło. Tym razem pocałowałem go czterokrotnie,
kreśląc na jego czole znak krzyża. Sam nie wiem, dlaczego to
zrobiłem.
- Z
Bogiem, synku - powiedziałem, tłumiąc napływ łez.
- Z
Bogiem - odparł Jaś i wyszedł.
Musiałem
wziąć się w garść. Klasnąłem w dłonie i zabrałem się za
parzenie kawy. Pogwizdywałem melodię z filmu Most
na rzece Kwai,
jednak w środku coś we mnie wyło.
Maria
bezbłędnie wyczuła mój nastrój, bo kiedy w zamyśleniu wlałem
za dużo wrzątku do kubka i gorąca woda zalała blat kuchenny,
podeszła do mnie i delikatnie przytuliła.
- Nie
bój się, misiu. Będę z tobą do końca - powiedziała, a ja
poczułem przy uchu jej przyspieszony oddech. Wziąłem ją na ręce
i zaniosłem do sypialni. Natychmiast wszedłem w nią. Chciałem,
żeby to trwało jak najdłużej. Coś mi mówiło (wyło), że to
ostatni raz. Czarne oczy Marii patrzyły nieprzytomnie gdzieś w dal,
oplatała mnie ciasno ramionami i nogami, ale gdy próbowałem
całować jej usta, odwracała się. Gryzłem wtedy jej ucho, szyję,
ramię. Szaleństwo nie mogło jednak trwać w nieskończoność.
Opadliśmy na łóżko i oddychaliśmy miarowo, błogo zmęczeni i
senni. Jej głos zabrzmiał jakby dobiegł z innego wymiaru:
- Twój
pogrzeb za dwa dni.
- Proszę
cię, przestań.
- Zamówiłam
już salę na stypę, zaprosiłam wszystkich naszych krewnych. Na
niczym nie będę oszczędzać.
- Nie
chcę tego słuchać.
- Myślę,
że sporo osób będzie ci towarzyszyć w ostatniej drodze.
- Dlaczego
mnie dręczysz?
- Co
chcesz, żeby ci zagrali nad trumną?
Usiadłem
na niej i położyłem dłoń na jej ustach. Charczała i wierzgała
nogami. Jeszcze chwila i będzie martwa, pomyślałem i wtedy
zwolniłem chwyt. Odkrztusiła flegmę z płuc i splunęła, ciężko
oddychając.
- Przepraszam,
nie wiem, co we mnie wstąpiło - powiedziałem zupełnie
zdruzgotany tym, co się stało.
- To
nic - powiedziała cichym, zachrypniętym głosem. - To nic...
Z
jakiegoś niejasnego powodu zacząłem godzić się z koniecznością
odejścia, a więc również pogrzebu. To, co dotąd stanowiło
niejasne, niewyraźne, niewyobrażalne wręcz zdarzenie, nagle
zaczęło przyoblekać się w jak najbardziej konkretne kształty. Z
niebytu powoli wyłaniał się mój własny grób.
- Chciałbym,
żeby to było coś Pink Floydów. Może Echoes,
wiesz, ten kawałek, który grali w amfiteatrze w Pompejach -
powiedziałem, a Maria skinęła głową, wszystko rozumiejąc.
W
milczeniu zjedliśmy śniadanie, a potem pojechaliśmy do zakładu
kamieniarskiego wybrać dla mnie nagrobek.
- Kto
wie, może kiedyś do ciebie dołączę - powiedziała Maria, gdy
przechadzaliśmy się pośród wystawionych pomników nagrobnych.
Wybraliśmy
zgodnie prosty, estetyczny model z krzyżem i dość sporą tablicą,
na której miejsca starczyłoby na kilka nazwisk z datami narodzin i
zgonów. Właściciel zakładu kamieniarskiego, ogorzały mężczyzna
z rzadką bródką, próbował nam jeszcze wcisnąć droższy,
okazalszy wizualnie, jednak odstręczył nas jego skundlony
eklektyzm.
Gdy
dobiliśmy targu, pozostało jeszcze pojechać na cmentarz obejrzeć
miejsce, w którym spocznę na wieki. Byłem zadowolony. Maria
zadbała o to, żeby wybrać mi miejsce, skąd rozciągał się
pyszny widok na nasze miasteczko przycupnięte w dolinie u stóp
lesistych wzgórz. Nad dachami górowała gotycka bazylika, której
ceglana bryła pokryta niedawno wymienioną dachówką ostro odcinała
się od ciemnozielonych wzgórz i błękitnego nieba.
- Jesteś
zadowolony, misiu? - spytała Maria.
W
odpowiedzi przytuliłem ją i pocałowałem.
- W
deseczkę - powiedziałem wesoło.
Jednak
słowo
"deseczka"
natychmiast przywołało obraz trumny, w której za dwa dni miałem
zostać położony. Wzdrygnąłem się na tę nieprzyjemną myśl.
Maria najoczywiściej ją odczytała, mówiąc:
- Nie
myśl o tym. Spójrz, jak tu pięknie.
Rzeczywiście,
stare i nowe nagrobki, umieszczone ciasno na ograniczonej powierzchni
naszego parafialnego cmentarza, przypominały szare, spokojne fale
jeziora. Tu i ówdzie pośród nich pyszniło się rozłożyste
drzewo, obsypane soczyście zielonymi liśćmi, fantazyjnie
prześwietlane promieniami słońca. Na drzewach baraszkowały ptaki,
a między grobami krzątali się ludzie pielęgnujący miejsca
spoczynku swych bliskich. Całość dawała obraz nieustępliwego,
upartego życia, które toczy się pomimo rozlicznych tryumfów
śmierci.
Pomyślałem,
że dobrze będzie tu się rozkładać, rozpuszczać w swojej ziemi,
a potem zmieszać się z wodami podskórnymi i spłynąć nimi ku
rzece, a jeszcze potem wyparować i wrócić tu jako kropla deszczu,
a potem znowu jako kryształek śniegu, aż do końca świata. Z
poetyckiego zamyślenia wyrwał mnie głos Marii:
- Myślę,
że to dobry moment, żebyś pożegnał się z rodzicami.
- Kurczę,
jesteś pewna? Czuję się świetnie i naprawdę trudno mi wyobrazić
sobie siebie martwego.
- Wiem,
że nigdy nie umiałeś z nimi rozmawiać, ale może spróbuj. Bądź
po prostu szczery, a wszystko pójdzie jak z płatka.
"Głowa
Marii w słonecznej aureoli. Błogosławione niech będzie TERAZ.
Błogosławione niech będą nasze wszystkie chwile, wspólne i
osobne, a przecież - przez myślenie o sobie - także wspólne".
- Dobrze,
kochanie. Zrobię to. Pójdźmy do nich.
Poszliśmy,
jednakże Maria zostawiła mnie przed wejściem do domu moich
rodziców. Musiałem zrobić to sam.
- A
więc jesteś - przywitał mnie ojciec, który właśnie w kuchni
czytał gazetę. Zdjął okulary do czytania i przyglądał mi się.
Z sąsiedniego pokoju dobiegał głos telewizora. Wkrótce umilkł i
do kuchni weszła matka. Usiadła obok ojca i również przypatrywała
mi się z troską i miłością.
- Trudno
się żegnać z własnym dzieckiem - powiedział ojciec. - A
jednak trzeba. Ja i matka chcemy ci powiedzieć, że nie do końca
spełniłeś nasze oczekiwania. Trudno. Widocznie tak musiało być.
Może nasze oczekiwania były wygórowane. Wiemy o tobie wszystko. O
twoim piątkowym upijaniu się i twoim zniecierpliwieniu synem,
jedynym synem, naszym jedynym wnukiem. Owszem, doszedłeś do pewnych
wyników w swoim fachu, jednakże jest to fach, który nie przynosi
obfitych owoców. To, że jesteś pisarzem, nie zwalnia cię z
obowiązków wobec ludzi, przede wszystkim wobec rodziny. Kiedy
ostatni raz byliście razem w kościele? Kiedy modliliście się
wspólnie? Nie chciałem, żeby nasza ostatnia rozmowa tak wyglądała,
ale nic na to nie poradzę. Muszę to z siebie wyrzucić, bo później
nie będzie już okazji. Kiedy się urodziłeś, myślałem, że
będziesz lepszą wersją mnie samego, że nauczysz się na moich
błędach i zajdziesz znacznie, znacznie dalej. I zobacz, gdzie
zaszedłeś? Parę ulic od naszego domu. Kim jesteś? Kim jesteś,
kiedy stajesz przed lustrem? Kto na ciebie z niego spogląda?
Ojciec
zamilkł. Jego twarz była nieruchoma, poważna, niczego ode mnie nie
oczekiwał, niczego już się nie spodziewał. Spojrzałem na matkę,
licząc na to, że u niej znajdę cień zrozumienia, współczucia.
Lecz ona także patrzyła na mnie jak surowa nauczycielka, która
egzaminuje ucznia.
- Mamo,
ja nie chcę umierać - powiedziałem płaczliwie.
- Wiem,
synku. Ale tak musi być - odparła.
- Dlaczego
ja? Mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Chcę zobaczyć, jak
dorasta mój syn...
- A
dlaczego nie ty? - zapytał ojciec. - Dlaczego uważasz, że
powinno ciebie ominąć to, co i tak cię nie ominie?
- Trzeba
ci czego? Może buty po ojcu weźmiesz czarne? - dopytywała matka.
- A
ojciec? - odparłem zakłopotany.
- Bierz,
jak dają - powiedział ojciec i przyniósł z przedpokoju pudełko
z parą lśniących, czarnych butów.
Wręczył
mi je, a ja położyłem otwarty karton na udach.
- Nie
przymierzysz? - zachęciła matka.
Założyłem
buty. Były trochę ciasne. Stałem przed rodzicami w butach, w
których zostanę pochowany.
- W
innym wypadku bym powiedział, że się rozchodzą, ale ty przecież
nie masz w nich chodzić - zauważył trzeźwo ojciec.
- Dziękuję,
tato.
- Chcesz
nam coś powiedzieć? - zapytał.
Zauważyłem,
że od pewnego czasu zerka na zegar ścienny. Zrozumiałem. Zbliżała
się pora Rozmów
niedokończonych,
jego ulubionej audycji.
- Kocham
was. Przykro mi, że tak rzadko wam to okazywałem. Przykro mi, że
nie sprostałem oczekiwaniom, że nie jestem takim synem i takim
ojcem, jakim mógłbym być, gdybym troszkę bardziej się postarał.
Chciałbym, żebyście zapamiętali mnie z dobrych rzeczy, które
zrobiłem. Bo przecież zrobiłem, prawda? Prawda, tato? Mamo?
Milczeli,
patrząc na mnie nieruchomo. Zdjąłem buty, spakowałem do pudła,
założyłem własne i powiedziałem:
- Do
widzenia.
- Z
Bogiem, synu. - Ojciec wstał i ucałował mnie w czoło. Chwyciłem
jego dłoń i pocałowałem. Zrobiłem to pierwszy raz w życiu.
Matka przytuliła mnie. Poczułem, że cała drży, jednak jej oczy
pozostawały suche.
w
serii kwadrat
ukazały się:
"2008",
"2011", "2014", "2017" , "2020" - antologie
współczesnych polskich opowiadań
Andrzej
Ballo "Made in Roland"
Marcin
Bałczewski
"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
Waldemar
Bawołek
"To co obok"
Kostia
Berezin (Paweł Laufer)
"Buty Mesjasza"
Jacek
Bielawa "Kościelec"
Dariusz
Bitner
"Książka"
Jarosław
Błahy "Rzeźnik
z Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"
Roman
Ciepliński
"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli", "Życie zastępcze"
Tomasz
Dalasiński
"Nieopowiadania"
Jerzy
Franczak
"Święto odległości"
Krzysztof
Gedroyć
"Przygody K"
Andrzej
Grodecki
"Iluzje"
Brygida
Helbig
"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"
Lech
M. Jakób
"Ciemna materia"
Jarosław
Jakubowski
"Wojna", "Ciemna dolina"
Bogusław
Kierc
"Bazgroły dla składacza modeli latających"
Wojciech
Klęczar
"Wielopole"
Bogusława
Latawiec
"Ciemnia"
Ryszard
Lenc
"Chimera"
Artur
Daniel Liskowacki
"Capcarap", "Eine kleine", "Hotel Polski", "Mariasz",
"Skerco", "Spowiadania i wypowieści"
Miłka
O. Malzahn
"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
Agnieszka
Masłowiecka
"Pyszne ciało", "Splątanie"
Jarosław
Maślanek
"Ferma ciał"
Dariusz
Muszer
"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"
Krzysztof
Niewrzęda
"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second
life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"
Ewa
Elżbieta Nowakowska
"Apero na moście"
Cezary
Nowakowski, Jakub
Nowakowski "Błogosławieni"
Paweł
Orzeł
"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen
nie przyjdzie)"
Paweł
Przywara
"Ricochette",
"Zgrzewka Pandory"
Krystyna
Sakowicz
"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
Alan
Sasinowski
"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"
Grzegorz
Strumyk
"Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"
Łukasz
Suskiewicz
"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
Leszek
Szaruga
"Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"
Izabela
Szolc
"Śmierć w hotelu Haffner"
Łukasz
Szopa
"Kawa w samo południe"
Andrzej
Turczyński
"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki
dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
Michał
Trusewicz
"Przednówki"
Anatol
Ulman
"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
Emilia
Walczak
"Hey,
Jude!"
Miłosz
Waligórski
"Kto
to widział"
Henryk
Waniek "Miasto niebieskich tramwajów"
Maciej
Wasilewski
"Jednodniowy
spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w
latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
Bartosz
Wójcik
"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
Grzegorz
Wróblewski
"Nowa Kolonia"
Maciej
Wróblewski
"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz
Zubiński "Rzymska wojna"