Cielesność - Tola Charak
58.56 zł
48.60 zł
(49,78 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Pan W.
Lubelszczyzna i złote łany zboża. Wieś.
Pan W. - sąsiad zza miedzy, który zanim okrył mnie sobą, zdążył nacieszyć mną oko.
Niespodziewanie inny od tych wszystkich chłopów, których w tamtym czasie mijałam.
To on odkrył, że nie przód jest u mnie erogenny, a tył. Dotykał moich pleców w taki sposób, w jaki ja dotykałam własnej łechtaczki. Cudownie umięśniony i cudownie zadbany. To po spotkaniu z nim moją szyję pokryły tak zwane "malinki". To po spotkaniu z nim odkryłam, że to noc służy mojej cielesności, a poranek powoduje, że od niej uciekam.
Zastanawia fakt, że weszłam w niego całą sobą, a on wszedł we mnie całym sobą, w taki sposób, że nie da się tego nie pamiętać.
Drewniane łóżko. Nad nim obraz Matki Boskiej. Wielka poducha i wielka pierzyna. A ja pod nią. Henia, siostra ojca, zawsze śpiewała mi kołysankę "Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga, chodź opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa (...)".
Teraz przyszedł moment, gdzie nie było kołysanki. Przyszedł moment, kiedy noc przeszła w dzień. Przyszedł moment, kiedy, tak na szybko, trzeba było zmyć ze mnie to, co dawało największe szczęście. Zmyć tak, żeby nie było śladu, że obcowałam z mężczyzną. Zmyć tak, żeby nie dopuścić do tego, aby oko Matki Rodzicielki cokolwiek zauważyło.
Po prostu majstersztyk.
Nie zauważyła, a życie potoczyło się dalej. Jego życie też...
Zupełnie normalne życie beze mnie, ale z nią.
Fakt. Nie należy osądzać wszystkich jedną miarą.
Fakt. To co, może się niemiło rozpocząć, może się całkiem miło zakończyć.
Fakt. Tylna kanapa w samochodzie zbliża.
Fakt. Spontaniczność jest dodatkową podnietą.
Fakt. Można namiętnie kochać się z facetem bez jego pokochania.
Fakt. Szczytowanie raz za razem jest możliwe.
Fakt. Wszystko z siebie można zmyć i normalnie żyć własnym życiem.
Fakt. Jestem jak żmija, która nie pozostawia śladu, a pozostawia w człowieku jad. Na długie lata.
Ojciec pochodził z Lubelszczyzny. Pochodził, ponieważ zmarł w 2013 roku.
Od kiedy pamiętam, to każde wakacje spędzaliśmy właśnie tam. A przynajmniej jeden miesiąc, kiedy trwały sianokosy i dwóch starszych braci wraz z młodszą siostrą pomagali w obróbce pola temu jednemu, który został na roli. Henia, siostra Ojca i młoda wdowa, przeniosła się do miasta. Do bloków. Zdążyła pochować swojego męża. Znaleźli go na polu. Obrażenia wskazywały na to, że ktoś przejechał go ciągnikiem. Tym "ktoś" okazał się sąsiad. Wdali się w kłótnię, potem w bójkę. A potem mąż Heni dostał się pod koła osierocając chodzące już po świecie dziecko i zmieniając status Heni z "żony" na "wdowę". W dodatku w ciąży.
Henia od zawsze była dla mnie oparciem i wsparciem. Sama przeżyła wiele, ale to nie zabiło w niej pogody ducha. To ona, zastępując mi Matkę, nauczyła mnie jak sobie radzić chociażby w sytuacji wystąpienia pierwszej menstruacji cierpliwie tłumacząc co się właśnie w moim ciele właśnie podziało.
Codziennie rano i wieczorem zanurzam swoje usta w mleku, które dopiero co wydostało się z krowich wymion. Smak, za którym do dnia dzisiejszego tęsknię. I ta pianka, która pieści moją górną wargę... Jednym tchem wypijam pół litra mleka jeszcze przed jego przecedzeniem przez tetrową pieluchę. Ciepłe, gęste...
Wujek Zygmunt oprócz krów posiadał jeszcze konie i świnie i kury i króliki. Takie gospodarstwo pełną parą. To gospodarstwo zapoczątkował dziadek Józef. Józef Hołota. Najstarszy brat mojego ojca zmienił nasze rodowe nazwisko na Darski, ponieważ to rodzime zbyt mocno przeszkadzało mu w karierze.
W sumie teraz jesteśmy rodziną jakby bez korzeni. Bo jak zbudować drzewo genealogiczne na zapożyczonym nazwisku? Póki jeszcze niektórzy z nas żyją, to tym faktem się raczej nie chwalimy. Taka rodzinna tajemnica.
Do dzisiaj mam przed oczami jak dziadek Józef siedzi przed swoim domem, na swoim taboreciku, wpatrując się w dal. Siedzi przed domem, gdzie wszystko można byłoby teraz zaliczyć do zabytków ziemi lubelskiej. Swojego rodzaju skansen, który porywa specyficznym zapachem i wyglądem.
Dlaczego wpatrywał się w dal, tego akurat nikt nie mógł zrozumieć. Dlaczego, jak już się tak napatrzył w tą dal, kład się do łóżka, gdzie zamiast materaca miał słomę? Tego też nikt nie był w stanie zrozumieć. Dlaczego nigdy nie chciał rozmawiać o tym, co przeżył podczas wojny? To akurat rozumieli tylko jego synowie. Podobno zdradził Ojczyznę i służył w Armii Czerwonej. Podobno pod swój dach przyjął kobietę, która została zgwałcona i zapłodniona przez wielkiego panicza w trakcie jej służby jako pomoc domowa. A potem została wypędzona, bo ciąża. Faktem jest, że dziadek Józef oprócz tego, że uwielbiał milczeć, to również uwielbiał zatapiać nowo narodzone kocięta, które my, jego wnuki, usilnie staraliśmy się odratować brodząc po kolana w piekielnie zimnej wodzie pobliskiej rzeki.
A potem dziadek umarł. Spalił się też jego dom. Nikt nie płakał, bo za tym spalonym domem stał już piękny murowany dom wujka Zygmunta. Za dużo powiedziany, że piękny. Po prostu piętrowy dom, który czekał na lepsze czasy, aby go można było wykończyć. Zaraz, zaraz. Ten dom dalej czeka na wykończenie, choć wujka Zygmunta na tym świecie już nie ma. Jak tylko dowiedział się, że otyłość jego żony Grażyny, nie jest otyłością, a jedynie ciążą bliźniaczą, to nie wytrzymał. Na świecie trójka dzieci do wykarmienia, olbrzymie gospodarstwo, wszystko na jego barkach. No i do tego alkohol, który nie dawał żadnej szansy na poprawę jakości życia. Wypił roztwór na zwalczanie stonki. Dwa dni przywiązany pasami do szpitalnego łóżka i non stop morfina. A i tak zmarł w wielkich męczarniach.
Szerokie schody, nigdy nie wykończone, prowadzą do wielkiego bałaganu i smrodu. W łazience co prawda gości pralka, ale ona nie przeszkadza w budowaniu sterty brudnych, przepoconych ubrań. O posranych i rzuconych w kąt pieluchach już nie wspomnę.