Ciekawscy (Tom 1). Ciekawscy. Jurajska draka - Michał Łuczyński

Kup ebooka

23.99 zł
16.93 zł (16,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

To był do­bry dzień na prze­łom - pro­fe­sor Ka­li­now­ski czuł to w każ­dej ko­mórce ciała. Na­sta­wiał się na coś wiel­kiego.

Nie, wcale nie miał za­nie­dba­nej fry­zury ani gru­bych oku­la­rów jak po­łowa fil­mo­wych na­ukow­ców. No­sił się prak­tycz­nie: nie pra­co­wał w ste­ryl­nym la­bo­ra­to­rium, lecz w han­ga­rze, dla­tego zwy­kle wkła­dał wy­cią­gniętą bluzę po­la­rową, którą za­pi­nał aż po szyję, i buty na gru­bej po­de­szwie, izo­lu­jące od zim­nego be­tonu. Był ni­ski i krępy, za to spoj­rze­nie miał by­stre i świ­dru­jące.

- Pro­fe­so­rze, je­ste­śmy go­towi - po­in­for­mo­wał go Mal­colm Born, jego asy­stent.

Po­znali się na uni­wer­sy­te­cie w Oks­for­dzie, gdzie po­łą­czyła ich pa­sja do fi­zyki i... ja­błek (co nie dziwi, skoro obaj byli wiel­bi­cie­lami Iza­aka New­tona...). Cza­sami zja­dali ich ki­lo­gramy, pra­cu­jąc dniami i no­cami nad re­wo­lu­cyj­nym wy­na­laz­kiem. A było nad czym pra­co­wać. Dwa lata wcze­śniej otrzy­mali fi­nan­so­wa­nie od ryn­ko­wego gi­ganta Swiss In­ve­st­ments i roz­po­częli prace nad por­ta­lem do prze­miesz­cza­nia się w prze­strzeni i cza­sie. Am­bitne przed­się­wzię­cie do­pro­wa­dziło ich w to miej­sce: szy­ko­wali się wła­śnie do sto trzy­dzie­stej dzie­wią­tej próby usta­bi­li­zo­wa­nia zwier­cia­dła cza­so­prze­strzen­nego. Liczba po­wtó­rzeń nie ro­biła na nich wra­że­nia. Tho­mas Edi­son wy­ko­nał po­noć dzie­sięć ty­sięcy prób, za­nim zna­lazł wła­ściwy żar­nik do ża­rówki. Nie­stety pro­fe­sor i Born nie mo­gli eks­pe­ry­men­to­wać w nie­skoń­czo­ność, spon­so­rzy do­ma­gali się bo­wiem pierw­szych efek­tów. I wła­śnie dziś pro­fe­sor za­mie­rzał je uzy­skać.

- Jak po­bór mocy? - za­py­tał.

- Sta­bil­nie - pa­dła od­po­wiedź.

Born sie­dział oto­czony mo­ni­to­rami kom­pu­te­rów, rzu­ca­ją­cymi na jego twarz ko­lo­rową po­światę. Tech­nicy, ubrani w stroje przy­po­mi­na­jące nieco zmo­dy­fi­ko­wane i le­piej do­pa­so­wane pe­le­ryny prze­ciw­desz­czowe, krzą­tali się po­mię­dzy to­nami sprzętu. Po po­miesz­cze­niu nio­sło się bu­cze­nie wy­so­ko­na­pię­cio­wej in­sta­la­cji elek­trycz­nej, a gdzie­nie­gdzie prze­ska­ki­wały iskry. Kilka me­trów od sta­no­wi­ska za­rzą­dza­nia roz­po­ście­rała się sze­roka plat­forma, nad nią mie­ścił się okrąg wy­ko­nany z wy­trzy­ma­łych, choć nie­zwy­kle lek­kich ma­te­ria­łów, oparty pod­stawą o plat­formę. W pół­me­tro­wych od­stę­pach wi­siały na nim emi­tery, które przy­po­mi­nały nie­wiel­kie la­tarki, i były skie­ro­wane do wnę­trza okręgu. Gdy tylko pro­fe­sor dał znak asy­sten­towi, ten wy­brał sto­sowną opcję w pa­nelu ste­ro­wa­nia.

Za­czy­nało się.

Bły­snęło świa­tło, coś trza­snęło, burk­nęło, z wy­mien­ni­ków cie­pła po­le­ciały kłęby pary.

- Jak po­bór mocy? - za­py­tał raz jesz­cze Ka­li­now­ski. Mó­wiąc to, wpa­try­wał się w okrąg na plat­for­mie.

- Na­dal sta­bil­nie i w nor­mie.

Tech­nicy od­ru­chowo - wszak cały eks­pe­ry­ment prze­bie­gał jak na ra­zie pod kon­trolą - zro­bili kilka kro­ków wstecz.

- Uwaga! - za­ko­men­de­ro­wał pro­fe­sor. - Roz­po­czy­namy fazę drugą, umiej­sco­wie­nie lu­stra cza­so­prze­strzen­nego.

Mal­colm do­sko­nale wie­dział, co ma ro­bić. Prze­biegł pal­cami po kla­wia­tu­rze szybko jak olim­pij­ski sprin­ter setkę. Emi­tery umiesz­czone na okręgu roz­ża­rzyły się na koń­cach i po­częły - zgod­nie ze swoją na­zwą - emi­to­wać dro­binki ma­te­rii przy­po­mi­na­ją­cej rtęć. Te spły­wały do wnę­trza jak kro­ple desz­czu po pa­ję­czy­nie i łą­czyły się w co­raz więk­szą, ema­nu­jącą świa­tłem płasz­czy­znę.

Han­gar lśnił bla­do­nie­bie­skim bla­skiem. Na­ukowcy wci­snęli na oczy ciemne go­gle. Zro­bili to spo­koj­nie - nie pierw­szy raz brali udział w tej czę­ści eks­pe­ry­mentu. Dziś za­mie­rzali pójść o krok da­lej.

- Uwaga! - krzyk­nął po­now­nie pro­fe­sor, rów­nie do­stoj­nie jak ostat­nio. - Faza trze­cia!

Wszy­scy po­czuli ciarki na ple­cach. Tak da­leko jesz­cze ni­gdy nie za­szli, za chwilę miał się do­ko­nać prze­łom. Byli świa­domi, że uczest­ni­czą w wie­ko­pom­nym wy­da­rze­niu.

Ale wtem...

- Pro­fe­so­rze! - za­pisz­czał hi­ste­rycz­nie Mal­colm. - Za­czy­namy tra­cić sta­bil­ność. Na­gle zwięk­szył się po­bór mocy, sko­kowo! Jakby pod­łą­czyli do nas małą wieś!

- Spo­koj­nie, tylko spo­koj­nie! To mogą być chwi­lowe za­kłó­ce­nia, pró­bu­jemy skleić ze sobą dwie war­stwy cza­so­prze­strzeni!

Na ekra­nie mi­gał wy­kres, se­kwen­cje da­nych sy­pały się z góry do dołu. Po­ja­wiło się ostrze­że­nie - in­ten­syw­nie czer­wony na­pis.

- Osią­gamy war­tość kry­tyczną, za­raz... - Asy­stent nie do­koń­czył.

Je­den z wy­mien­ni­ków cie­pła za­trzesz­czał jak skalny ol­brzym wsta­jący po stu­let­nim śnie. Rura łą­cząca go z plat­formą od­sko­czyła, wy­rwana przez wzra­sta­jące ci­śnie­nie czyn­nika chło­dzą­cego. Zwier­cia­dło w ob­rę­bie okręgu za­fa­lo­wało. Jego skraje wy­krzy­wiły się naj­pierw w jedną, po­tem w drugą stronę. Roz­legł się głu­chy, zło­wróżbny huk, a po­miesz­cze­nie wy­peł­nił za­pach zjo­ni­zo­wa­nego po­wie­trza. Zwier­cia­dło znik­nęło i na­stała ciem­ność. Mi­gały je­dy­nie ekrany, a na nich na­pis.

Mal­colm zer­k­nął na niego zre­zy­gno­wany.

- 23 KWIET­NIA 2019, SE­SJA NU­MER STO TRZY­DZIE­ŚCI DZIE­WIĘĆ, STA­TUS: NE­GA­TYWNY.

Po chwili uru­cho­mił się za­pa­sowy sys­tem za­si­la­nia. Pro­fe­sor zdjął go­gle i prze­tarł oczy. Mało spał przez ostat­nie ty­go­dnie. Nie spoj­rzał na­wet na swo­jego asy­stenta. Nie dla­tego, że go nie sza­no­wał. Prze­cież łą­czyła ich wie­lo­let­nia współ­praca. Po pro­stu był zmę­czony i roz­cza­ro­wany. Ko­lejny raz po­legł w klu­czo­wym mo­men­cie.

- Mal­colm, sko­piuj dane do cen­tral­nej bazy, a ra­port wy­ślij do mnie na ma­ila. Niech tech­nicy za­bez­pie­czą wy­ciek z wy­mien­ni­ków.

- Oczy­wi­ście. Pro­fe­so­rze, czy... - Za­milkł, wi­dząc, że Ka­li­now­ski pod­nosi rękę, by go uci­szyć.

- Nie dziś. Dziś mu­szę... od­po­cząć i za­sta­no­wić się, co da­lej. Ju­tro wi­dzimy się z ko­mi­sją Swiss In­ve­st­ments. Trzeba im to bę­dzie wy­tłu­ma­czyć.

Mal­colm kiw­nął głową. Do­sko­nale ro­zu­miał, że szwaj­car­ski fun­dusz in­we­sty­cyjny, fi­nan­su­jący nie­ma­łymi kwo­tami ba­da­nia pro­fe­sora i jego ze­społu, tra­cił po­woli cier­pli­wość. Obie­cany usta­bi­li­zo­wany tu­nel cza­so­prze­strzenny na­dal nie dzia­łał.

Ża­den z nich nie wie­dział jed­nak, jak bar­dzo.

To miała być ide­alna pre­zen­ta­cja i wła­ści­wie taka była. Ra­dek długo szu­kał w sieci wła­ści­wych fo­to­gra­fii i lin­ków do fil­mów, za­dbał o sto­sowną gra­fikę, do­bór czcio­nek, sło­wem - pe­łen pro­fe­sjo­na­lizm. Pani Chrza­now­ska, na­uczy­cielka ję­zyka pol­skiego i wy­cho­waw­czyni klasy siód­mej, do­ce­niła pracę Radka, sta­wia­jąc mu szóstkę. Mimo to klasa przez całe pięt­na­ście mi­nut się śmiała, mo­men­tami do roz­puku. A wszystko przez te­ma­tykę pre­zen­ta­cji. Ra­dek był fa­nem zja­wisk pa­ra­nor­mal­nych. Za­czy­ty­wał się ra­por­tami o bli­skich spo­tka­niach trze­ciego stop­nia z przed­sta­wi­cie­lami po­za­ziem­skich cy­wi­li­za­cji i szu­kał ich po­twier­dze­nia w fak­tach hi­sto­rycz­nych. Pod­czas swego wy­stępu nie omiesz­kał wspo­mnieć też o rep­ti­lia­nach (jasz­czu­rach w ludz­kich skó­rach - stwo­rach, które po­noć rzą­dzą świa­tem). Do­rzu­cił na okrasę garść in­for­ma­cji o chu­pa­ca­brze i wiel­kiej sto­pie, a także za­po­znał słu­cha­czy z - po­noć spraw­dzo­nymi - do­nie­sie­niami na te­mat zwie­rząt ze strefy wy­bu­chu czar­no­byl­skiego zmu­to­wa­nych przez pro­mie­nio­wa­nie. Przy­zna­cie, wy­borna mie­szanka. Ra­dek zu­peł­nie nie­chcący do­star­czył kla­sie pre­tekst do dow­cip­ko­wa­nia z niego, przy­ty­ków i drwin na ko­lejne pół­tora roku. I choć - jak dla każ­dego chyba na­sto­latka - ak­cep­ta­cja ró­wie­śni­ków była dla niego ważna, to jed­nak pa­sja li­czyła się jesz­cze bar­dziej. Ra­dek po pro­stu od za­wsze czuł, że nie je­ste­śmy sami w ko­smo­sie, głę­boko w to wie­rzył, a grono en­tu­zja­stów nie­wy­tłu­ma­czal­nych zja­wisk pącz­ku­jące w in­ter­ne­cie je­dy­nie umac­niało go w prze­ko­na­niu, że wcale nie jest ta­kim dzi­wa­kiem, za ja­kiego uważa go klasa. Oczy­wi­ście do­strze­gał mi­nusy ta­kiej ety­kietki - Ela, li­bero lo­kal­nej dru­żyny siat­kar­skiej, po­sia­daczka pięk­nych kasz­ta­no­wych wło­sów, nie zgo­dziła się pójść z nim na bal. Po­wie­działa: "Na­wet jak­byś mnie tam So­ko­łem Mil­len­nium za­wiózł, to z tobą nie pójdę", co strasz­nie go roz­zło­ściło. Na­prawdę są­dziła, że gdyby wszedł w po­sia­da­nie le­gen­dar­nego po­jazdu z Gwiezd­nych wo­jen, to mar­no­wałby czas na pod­wo­że­nie dziew­czyn na dys­ko­teki? Igno­rantka!

Te­raz nie my­ślał jed­nak ani o pre­zen­ta­cji, ani o Eli, która dała mu ko­sza. Za­czy­nał się długi ma­jowy week­end, a on brnął przez za­ro­śnięty las mie­szany ro­snący nie­opo­dal Do­mi­ni­kowa. Ga­łę­zie nie­przy­jem­nie dra­pały go po spo­co­nej skó­rze. Zbli­żała się bu­rza. Wil­gotne, go­rące po­wie­trze zgęst­niało jak ga­la­retka. Le­dwo wy­dep­tana ścieżka wiła się, okryta szpa­le­rem buj­nych, nie­prze­jed­na­nych krza­czo­rów. Ra­dek pro­wa­dził ro­wer gór­ski, co je­dy­nie spo­wal­niało jego marsz. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach wy­szedł na le­śną po­lanę. Stała tam mi­zerna drew­niana chatka na pod­mu­rówce z po­lnych ka­mieni. Dach wy­da­wał się za­pa­dać, wy­lot ko­mina był spę­kany i okop­cony, okna dawno stra­ciły ide­alne pro­por­cje pro­sto­ką­tów. Od pół­nocy ob­dra­paną drew­nianą ścianę za­ra­stały bluszcz i mi­lin, a przed za­da­szo­nym gan­kiem strze­lały w niebo zdzi­czałe malwy. Chło­pak odło­żył ro­wer i wszedł po scho­dach, nie­śmiało na­wo­łu­jąc.

- Halo? Halo, je­steś?

Nikt nie od­po­wie­dział. Je­dy­nie wiatr kil­koma po­ry­wi­stymi po­dmu­chami za­grał na drze­wach ota­cza­ją­cych po­lanę. Coś szu­miało, coś skrze­czało, ło­po­tały li­ście. Ptaki wznio­sły się nad las i od­fru­nęły, gło­śno ma­ni­fe­stu­jąc ten fakt. Po­now­nie za­le­gła ci­sza. Ci­sza przed bu­rzą. Ra­dek zro­bił krok, skrzyp­nęły de­ski ta­rasu. Ob­ró­cił się rap­tow­nie, ale ni­kogo za nim nie było. Znów coś skrzyp­nęło, tym ra­zem we­wnątrz chaty. Chło­piec zaj­rzał przez okno, jed­nak w ciem­nym wnę­trzu nic nie zo­ba­czył. Draż­nił go za­pach ko­pru su­szo­nego pod su­fi­tem i in­nych ziół roz­wie­szo­nych na gwoź­dzi­kach. W no­sie mu świ­dro­wało i już miał kich­nąć, gdy na wpół do­mknięte drzwi skrzyp­nęły, uchy­la­jąc się. Le­ni­wym, ary­sto­kra­tycz­nym kro­kiem wy­szedł przez nie tłu­sty, pu­szy­sty ko­cur. Ra­dek kuc­nął i za­czął gła­skać spra­gnio­nego piesz­czot czwo­ro­noga. Ro­bił to z taką przy­jem­no­ścią i ta­kim za­an­ga­żo­wa­niem, że nie za­uwa­żył, jak wy­ra­sta za nim po­stać męż­czy­zny. Dziwne, że pod jego no­gami de­ski nie skrzy­piały, pew­nie dla­tego, że był boso. Zbli­żył się do Radka, wy­cią­gnął rękę i puk­nął go w ra­mię.

Chło­piec wzdry­gnął się, kich­nął i nie­kon­tro­lo­wa­nym ru­chem pac­nął kota. Ten obu­rzył się i ostrymi pa­zur­kami po­dra­pał dło­nie swo­jego ma­sa­ży­sty.

- Auć! - krzyk­nął chło­piec.

Kot prych­nął i wtedy roz­legł się pierw­szy grzmot po­po­łu­dnio­wej bu­rzy. Bosy męż­czy­zna przy­glą­dał się ca­łemu zaj­ściu z nie­ukry­waną ra­do­ścią, ale i ze swego ro­dzaju za­kło­po­ta­niem. Na wszelki wy­pa­dek zro­bił dwa kroki wstecz.

- Ana­tol, czy ty za­wsze mu­sisz się tak skra­dać? - spy­tał Ra­dek z wy­rzu­tem w gło­sie.

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział, uśmiech­nął się je­dy­nie, po­ka­zu­jąc wszyst­kie cztery zęby, które mu zo­stały. Siwa broda w to­tal­nym nie­ła­dzie, siwe włosy do ra­mion i zno­szone ubra­nie mó­wiły same za sie­bie. Ana­tol był zna­nym lo­kal­nej spo­łecz­no­ści pu­stel­ni­kiem. Jego chata tkwiła w le­sie nie­opo­dal wsi, nie było w niej bie­żą­cej wody ani prądu. Ana­to­lowi jed­nak to nie prze­szka­dzało. Wiódł pro­ste, szczę­śliwe ży­cie.

Ścieżki chłopca i pu­stel­nika prze­cięły się, i to do­słow­nie, kilka lat wcze­śniej. Ra­dek zgu­bił się na wcze­sno­po­ran­nym wrze­śnio­wym grzy­bo­bra­niu. Prze­mo­czo­nego, za­pła­ka­nego, po­bru­dzo­nego zie­mią i prze­mar­z­nię­tego chłopca zna­lazł wła­śnie Ana­tol. Osoba wy­bawcy z oczy­wi­stych po­wo­dów wzbu­dziła nie­uf­ność Radka, ale męż­czy­zna roz­pa­lił ogień, wy­cią­gnął me­nażkę z po­ce­ro­wa­nego ma­te­ria­ło­wego ple­caka har­cer­skiego i przy­go­to­wał mu go­rącą her­batę z so­sno­wego igli­wia. Sie­dzieli ra­zem około go­dziny w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu, gdy w końcu po­ja­wiła się Kry­styna Maj­chrzak - mama za­gi­nio­nego. Ura­do­wana od­na­le­zie­niem syna, wy­ści­skała Ana­tola mimo jego mocno nie­co­dzien­nego "le­śnego" za­pa­chu. Tak za­częła się ta zna­jo­mość i w miarę upływu czasu ewo­lu­owała w ro­dzaj przy­jaźni. Ana­tol oka­zał się nie­mową - z jego gar­dła wy­do­by­wały się je­dy­nie gul­go­ta­nie i jęki. Dużo ge­sty­ku­lo­wał, ki­wał głową na "tak" i na "nie", lecz jego spe­cjal­no­ścią były szkice. Mało po­wie­dziane - był na­prawdę do­brym ry­sow­ni­kiem, por­tre­tu­ją­cym ota­cza­jącą go przy­rodę, lu­dzi pra­cu­ją­cych na po­lach czy węd­ka­rzy na je­zio­rze Krzywe Dęb­sko. To wła­śnie ry­sunki Ana­tola, obok czy­stej sym­pa­tii i wdzięcz­no­ści, ka­zały Rad­kowi wra­cać do pu­stelni re­gu­lar­nie. Co rusz znaj­do­wał w pra­cach sta­ruszka ta­jem­ni­cze po­sta­cie w le­sie, sterty ka­mieni mo­gące wska­zy­wać na ja­kiś za­po­mniany kult re­li­gijny, jak i inne ślady byt­no­ści istot nie­zna­nych na­uce czy wręcz po­cho­dzą­cych nie z tego świata. Wy­obraź­nia na­sto­latka pra­co­wała na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Ana­tol sta­rał się za­wsze od­po­wia­dać na py­ta­nia chłopca. Gul­go­tał i ję­czał, ge­sty­ku­lo­wał, po­ka­zy­wał rę­kami i ki­wał głową - zwy­kle ani na "tak", ani na "nie", a ra­czej po pro­stu z dez­apro­batą. Miesz­kał w le­sie od dziecka. Gdy sły­szał trzask w bu­czy­nach, wzro­kiem szu­kał gru­bo­dzioba roz­łu­pu­ją­cego na­siona, kiedy pę­kały w od­dali ga­łę­zie - wy­pa­try­wał sa­ren spa­ce­ru­ją­cych w kniei. Plu­ski nad je­zio­rem tłu­ma­czył igrasz­kami mło­dych wydr, a dud­niące, nocne po­hu­ki­wa­nia pu­cha­czy zwy­czaj­nych miał za ide­alne tło do snu. Nic strasz­nego ani nie­zwy­kłego. Tak było do ostat­niej nocy...

Le­dwo roz­sie­dli się na ganku, bu­rza roz­sza­lała się na do­bre. Pio­runy wa­liły je­den po dru­gim, deszcz mia­rowo bęb­nił o da­szek, a kot za­wi­nął się do domu. Męż­czy­zna trzy­mał w ręku gar­nu­szek z pa­ru­ją­cym na­pa­rem z ziół, któ­rego młody Maj­chrzak nie chciał za chiń­skiego boga na­wet spró­bo­wać - sam za­pach od­stra­szał go sku­tecz­nie. Wy­jął za to z ple­caka przy­smak Ana­tola - ba­to­nik Pa­we­łek z na­dzie­niem toffi. Do­szło do zwy­cza­jo­wej wy­miany: ry­sunki z teczki po­wę­dro­wały do chłopca, a ba­to­nik do męż­czy­zny. Ana­tol ob­ser­wo­wał re­ak­cję to­wa­rzy­sza, a ten ska­no­wał każdy ko­lejny szkic: po­chy­lony buk, roz­le­głą łąkę, uro­czy­sko i od­bi­ja­jący się księ­życ, por­tret An­drzeja Ma­so­nia (nie­trudno go było por­tre­to­wać - ca­łymi dniami drze­mał na po­mo­ście, mar­ku­jąc węd­kar­ską przy­godę), scenkę przed­sta­wia­jącą po­lanę z czar­nym wy­pa­lo­nym pro­sto­ką­tem i zgrab­nego sro­ko­sza na­dzie­wa­ją­cego gą­sie­nicę na kol­cza­sty krzak...

Chwila! Ra­dek cof­nął się o je­den szkic. Po­lana z czar­nym pro­sto­ką­tem?

Spoj­rzał na Ana­tola, który wpa­try­wał się w las i po­pi­jał śmier­dzące zioła.

- Ana­tol, co to jest? Ten taki nie­na­tu­ralny pro­sto­kąt na ziemi? Skąd to się tam wzięło?

Męż­czy­zna wes­tchnął i wzru­szył ra­mio­nami, ale po chwili wstał i znik­nął w cha­cie. Wró­cił z gar­ścią po­piołu z pa­le­ni­ska, roz­sy­pał go na we­ran­dzie, a pal­cami po­ka­zał do góry.

- Coś wy­schło tam na po­piół, to mó­wisz?

- Yyyy, yyyy - ję­czał pu­stel­nik i krę­cił głową.

Po­now­nie za­czął ma­chać pal­cami nad roz­sy­pa­nym po­pio­łem.

- Ogień?

- Yyyy, yyyy... - Tym ra­zem Ana­tol przy­tak­nął.

- Co za idiota roz­pa­lał ogień w le­sie o tej po­rze? To się mo­gło skoń­czyć po­ża­rem. I skąd ten pro­sto­kąt? Za­raz... czy ty coś wiesz? - Ra­dek przyj­rzał się ba­daw­czo Ana­to­lowi.

- Yyyy... - Te­raz męż­czy­zna wska­zy­wał na szkolny ple­cak chłopca.

- Mamy iść na wy­cieczkę w taką po­godę? Leje prze­cież i grzmi, to nie­bez­pieczne.

- Yy­y­yyy, yy, yy... - Pu­stel­nik znów po­krę­cił głową. Wziął ple­cak do ręki, roz­piął su­wak i za­czął grze­bać w środku.

- Hej, spo­koj­nie, nie mam dziś dru­giego ba­to­nika, koń­czy się mie­siąc, kie­szon­ko­wego mi bra­kło!

Ana­tol da­lej za­wzię­cie grze­bał w ple­caku, aż wy­cią­gnął piór­nik Radka.

- Aaa, po­trze­bu­jesz kre­dek? - do­my­ślił się na­sto­la­tek i po­mógł przy­ja­cie­lowi wy­do­być za­war­tość piór­nika.

Pu­stel­nik przy­gryzł wargę i za­czął ener­gicz­nie ry­so­wać na od­wro­cie szkicu przed­sta­wia­ją­cego po­lanę z czar­nym pro­sto­ką­tem. Naj­pierw po­wstały kon­tury ja­kichś drzew - ko­rona lasu. Pro­ste grube kre­ski prze­isto­czyły się zaś w tory.

- Która to li­nia ko­le­jowa, wiesz?

Ry­so­wał da­lej, po­mię­dzy to­rami do­dał nie­wiel­kie cho­inki i krzaczki z li­śćmi.

Ra­dek zro­zu­miał.

- To ta nie­uży­wana od lat, cią­gnąca się po le­sie za je­zio­rem Du­bie? Tak?

W od­po­wie­dzi Ana­tol się uśmiech­nął.

- Wie­dzia­łem! Co da­lej?

Męż­czy­zna wy­jął kredkę w ja­snym od­cie­niu błę­kitu i nad la­sem za­ry­so­wał łunę roz­pły­wa­jącą się po nie­bie.

- Yyyy, yy, yyy - po­ję­ki­wał ry­sow­nik, pu­ka­jąc pal­cem w błę­kitną plamę.

Radka prze­peł­niały nie­opi­sana ra­dość i pod­nie­ce­nie. Czarny pro­sto­kąt wy­pa­lony na ziemi, błę­kitna łuna - wy­pisz wy­ma­luj miej­sce lą­do­wa­nia. Po­szlaka, ja­kich mało. Czy­tał ostat­nio, że Pol­ska jest na szó­stym miej­scu w ran­kingu kra­jów eu­ro­pej­skich naj­czę­ściej od­wie­dza­nych przez ob­cych. Szó­ste miej­sce to nie tak źle! Ran­king opie­rał się na wia­ry­god­nych źró­dłach, da­nych z akt od­taj­nio­nych i upu­blicz­nio­nych w sieci przez CIA. OK, chło­pak mu­siał też li­czyć się z tym, że tu­taj to mo­gli być po pro­stu har­ce­rze ze swo­imi su­per­moc­nymi la­tar­kami i szpe­ra­czami LED o nie­bie­skim świe­tle. W ostat­nie wa­ka­cje roz­krę­cił ak­cję po­szu­ki­wa­nia czło­wieka lasu, co za­koń­czyło się falą dow­ci­pów na te­mat chło­paka, ze­bra­nych pod hasz­ta­giem we­irdo. An­giel­ski ter­min ozna­cza­jący dzi­waka po­ja­wił się w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych pod za­lin­ko­wa­nymi prze­śmiew­czymi ar­ty­ku­łami z lo­kal­nej prasy. Po­wstały liczne memy po­ka­zu­jące chłopca idą­cego pod rękę z małpą z na­pi­sem: "Wi­taj, czło­wieku lasu, chcesz ba­nana?". Ale co tam! Te­raz bę­dzie dzia­łał w po­je­dynkę. Mu­siał to spraw­dzić, mu­siał zo­ba­czyć to miej­sce na wła­sne oczy i się prze­ko­nać. Po­sta­no­wił, że nikt inny się nie do­wie, do­póki on sam nie bę­dzie pewny.

Ko­lejne pięt­na­ście mi­nut upły­nęło Rad­kowi na wy­py­ty­wa­niu Ana­tola o szcze­góły do­ty­czące miej­sca. Bie­gał, szu­kał za­sięgu i po­ka­zy­wał wy­brane frag­menty mapy Go­ogle, a męż­czy­zna ję­czał, gul­go­tał, ma­chał rę­kami, ki­wał na "tak" i na "nie". Gdy tylko grzmoty prze­stały wstrzą­sać oko­licą, chło­pak rzu­cił się w drogę po­wrotną do domu. Nie prze­szka­dzały mu stru­mie­nie zim­nej wody le­jące się z li­ści pro­sto za koł­nierz. Mu­siał jak naj­szyb­ciej przy­go­to­wać się na nocny re­ko­ne­sans!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki