- 6 -
Jak zawsze była to kwestia protokołu. Albo dobrych manier. Albo starannie przestrzeganej etykiety. Czy też, ostatecznie, alkoholu. A przynajmniej iluzji alkoholu.
Lord Vetinari, jako najwyższy władca Ankh-Morpork, mógł teoretycznie wezwać do siebie nadrektora Niewidocznego Uniwersytetu, a nawet posłać go na egzekucję, gdyby nie wykonał polecenia.
Z drugiej strony jednak Mustrum Ridcully, jako głowa uczelni magicznej, uprzejmie, acz stanowczo dał do zrozumienia, że on z kolei może zmienić Patrycjusza w niewielkiego płaza, a potem nawet zacząć uprawiać w pokoju zabawy ze skakanką.
Alkohol tworzył wygodny pomost nad tą dyplomatyczną przepaścią. Zdarzało się, że lord Vetinari zapraszał nadrektora do pałacu na towarzyskiego drinka. Oczywiście, nadrektor składał mu wtedy wizytę, gdyż nieuprzejmie byłoby odmówić. Obie strony doskonale rozumiały swoje pozycje i zachowywały się z wyszukaną grzecznością, co pozwalało uniknąć niepokojów społecznych i mokrych plam na dywanie.
Było piękne popołudnie. Vetinari siedział w pałacowych ogrodach i z delikatną irytacją obserwował motyle. Dostrzegał coś lekko obraźliwego w tym, jak fruwają sobie dookoła i cieszą się życiem w sposób bezproduktywny.
Uniósł głowę.
- Och, to pan, nadrektorze - powiedział. - Jakże miło mi pana widzieć. Proszę usiąść. Mam nadzieję, że zdrowie panu dopisuje?
- W samej rzeczy - przyznał Ridcully. - A pan? Nie narzeka pan na zdrowie?
- Nigdy nie czułem się lepiej. Pogoda, jak widać, znowu się poprawiła.
- Moim zdaniem wczorajszy dzień był wyjątkowo udany.
- Jutrzejszy, jak słyszałem, może być jeszcze piękniejszy.
- Z pewnością nie zaszkodzi nam trochę słońca.
- Istotnie.
- Tak.
- Ach...
- Bez wątpienia.
Patrzyli na motyle. Kamerdyner podał zimne drinki.
- Co one właściwie robią z kwiatami? - zainteresował się Vetinari.
- Co?
Patrycjusz wzruszył ramionami.
- Mniejsza z tym. To nie takie ważne. Ale skoro już pan tu jest, nadrektorze, skoro postanowił pan odwiedzić mnie po drodze do spraw, jestem pewien, nieskończenie bardziej istotnych... To naprawdę bardzo uprzejme z pana strony... Zastanawiam się, czy mógłby mi pan zdradzić: kto jest Wielkim Magiem?
Ridcully zastanowił się chwilę.
- Pewnie dziekan - stwierdził. - Waży chyba ze dwieście pięćdziesiąt funtów.
- Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że nie jest to właściwa odpowiedź - rzekł Vetinari. - Z kontekstu wnioskuję, że "wielki" oznacza wybitnego.
- W takim razie nie dziekan.
Vetinari spróbował sobie przypomnieć grono profesorskie Niewidocznego Uniwersytetu. Wizja, jaka pojawiła mu się w umyśle, przedstawiła niewielkie pasmo wzgórz w spiczastych kapeluszach.
- Kontekst, jak przypuszczam, raczej nie sugeruje dziekana - oświadczył.
- Ehm... A jakiż to kontekst? - zapytał Ridcully.
Patrycjusz sięgnął po laskę.
- Chodźmy - zaproponował. - Sądzę, że lepiej będzie, jeśli sam pan zobaczy. To bardzo niepokojące.
Idąc za Vetinarim, Ridcully rozglądał się z zaciekawieniem. Nieczęsto miał okazję zwiedzać ogrody, które opisywano we wszystkich podręcznikach ogrodnictwa - w rozdziałach "Jak tego nie robić".
Były położone - trudno znaleźć bardziej adekwatne określenie - przez sławnego, a raczej niesławnego specjalistę aranżacji pejzażu i ogólnego wynalazcę Bezdennie Głupiego Johnsona. Jego roztargnienie i ślepota na elementarną matematykę zmieniały każdy krok w igranie z niebezpieczeństwem. Geniusz Johnsona... cóż, o ile Ridcully to rozumiał, jego geniusz był dokładnym przeciwieństwem tego geniuszu, który wznosił konstrukcje ziemne sięgające do tajemnych, ale dobroczynnych sił terenów wiejskich.
Nikt nie był całkiem pewien, do jakich sił próbowały sięgać projekty Bezdennie Głupiego, ale wybijający godziny zegar słoneczny często wybuchał, obłąkańcze chodniki popełniały samobójstwa, a ogrodowe meble z kutego żelaza przynajmniej trzykrotnie się roztopiły.
Patrycjusz prowadził przez bramę do czegoś przypominającego gołębnik. Trzeszczące drewniane stopnie wiodły w górę po wewnętrznej stronie ściany. Kilka niezniszczalnych dzikich gołębi z Ankh-Morpork gruchało coś i parskało w mroku.
- Co to takiego? - zapytał Ridcully, kiedy zaskrzypiały pod nim schody.
Patrycjusz wyjął z kieszeni klucz.
- Zawsze wydawało mi się, że pan Johnson zaplanował to wstępnie jako ul. Jednakże wobec braku dziesięciostopowych pszczół znaleźliśmy... inne zastosowania.
Otworzył drzwi do przestronnego, kwadratowego pomieszczenia z dużym nieoszklonym oknem w każdej ze ścian. Każdy otwór otoczony był drewnianą konstrukcją z przymocowanym dzwonem na sprężynie. Było jasne, że jeśli coś dostatecznie dużego przemieści się przez okno, musi poruszyć dzwonem.
W samym środku stał na stole największy ptak, jakiego Ridcully w życiu oglądał. Ptak odwrócił głowę i spojrzał na wchodzących swym żółtym, paciorkowatym okiem.
Patrycjusz sięgnął do kieszeni i wyjął słoik anchois.
- Muszę przyznać, bardzo nas zaskoczył - wyjaśnił. - Już chyba dziesięć lat minęło, odkąd dotarła poprzednia wiadomość. Zwykle trzymaliśmy w lodzie kilka makreli.
- To bezcelowy albatros? - domyślił się Ridcully.
- W samej rzeczy. I znakomicie wytresowany. Powróci dzisiaj wieczorem. Sześć tysięcy mil na jednym słoiku anchois i butelce pasty rybnej, którą znalazł w kuchni mój sekretarz, Drumknott. Zadziwiające.
- Słucham? - nie zrozumiał Ridcully. - Powróci? Dokąd?
Vetinari spojrzał mu w oczy.
- Nie, muszę wyraźnie to zaznaczyć, nie na Kontynent Przeciwwagi - oświadczył. - Nie jest to jeden z ptaków, jakie Imperium Agatejskie wykorzystuje w służbie kurierskiej. Powszechnie wiadomo, że nie utrzymujemy żadnych kontaktów z tą tajemniczą krainą. A ten ptak nie jest pierwszym od wielu lat, który do nas dotarł, i nie przyniósł dziwnej, zagadkowej wiadomości. Czy to jasne?
- Nie.
- Dobrze.
- To nie jest albatros?
- Aha. - Patrycjusz uśmiechnął się. - Widzę, że zaczyna pan rozumieć.
Mustrum Ridcully, choć posiadał duży i sprawny mózg, nie był wprawiony w sztuce obłudy. Przyjrzał się groźnemu dziobowi.
- Mnie on wygląda na jakiegoś diabelnego albatrosa, nie ma co. A pan przed chwilą mówił, że to właśnie on. Spytałem, czy to...
Patrycjusz z irytacją machnął ręką.
- Zostawmy teraz nasze ornitologiczne rozważania - rzekł. - Chodzi o to, że ptak miał w swojej kurierskiej sakiewce ten oto papier...
- Chce pan powiedzieć, że nie miał tego oto papieru? - upewnił się Ridcully, próbując pojąć zasady.
- A tak. Oczywiście. To właśnie chciałem powiedzieć. To nie ten. Niech pan obejrzy. - Wręczył nadrektorowi niewielki arkusik.
- Wygląda na malowanki.
- To agatejskie piktogramy.
- Znaczy: to nie są agatejskie piktogramy?
- Tak, tak. Z całą pewnością. - Patrycjusz westchnął. - Widzę, że dobrze pan przyswoił podstawowe zasady dyplomacji. A teraz... co pan o tym sądzi, jeśli wolno spytać?
- Wygląda jak maz, maz, maz, maz, Maggusa - stwierdził Ridcully.
- A z tego wnioskuje pan...?
- Studiował malarstwo, bo nie radził sobie z ortografią? Znaczy, kto właściwie to pisał? Chciałem powiedzieć: malował?
- Nie wiem. Wielcy wezyrowie przesyłali nam czasem jakieś wiadomości, ale jak rozumiem, w ostatnich latach trwają tam niepokoje. Nie jest podpisana, jak pan pewnie zauważył. Jednakże nie mogę jej zignorować.
- Maggus, maggus... - powtarzał w zadumie Ridcully.
- Piktogramy oznaczają: "Przyślijcie nam natychmiast Wielkiego" - przetłumaczył Vetinari.
- ...Maggusa - dokończył Ridcully, stukając palcem w papier.
Patrycjusz rzucił albatrosowi anchois. Ptak łakomie połknął rybę.
- Imperium ma pod bronią milion ludzi. Na szczęście władcom odpowiada udawanie, że wszystko poza jego granicami jest bezwartościowym, mrocznym pustkowiem zamieszkanym tylko przez wampiry i upiory. Zwykle nie interesują się tam naszymi sprawami. To szczęśliwy dla nas zbieg okoliczności, gdyż są jednocześnie chytrzy, bogaci i potężni. Prawdę mówiąc, liczyłem, że o nas zapomnieli. Aż nagle to... Mam nadzieję, że zdołam szybko wysłać tę nieszczęsną osobę i zamknąć całą sprawę.
- ...maggus, maggus... - powtarzał Ridcully.
- Może chciałby pan wyjechać gdzieś na wakacje? - spytał Patrycjusz z cieniem nadziei w głosie.
- Ja? Nie. Nie znoszę zagranicznych potraw - odparł pospiesznie Ridcully. Raz jeszcze powtórzył, jakby do siebie: - Maggus...
- To słowo zdaje się pana fascynować.
- Gdzieś już je widziałem, właśnie tak zapisane. Nie mogę sobie przypomnieć...
- Z pewnością pan sobie przypomni. I zdoła wyekspediować wielkiego magga, jakkolwiek by się pisał, do Imperium. Przed kolacją.
Ridcully otworzył usta.
- Sześć tysięcy mil? Za pomocą magii? Zdaje pan sobie sprawę, jakie to trudne?
- Cenię swoją ignorancję w tej kwestii.
- Poza tym - mówił dalej nadrektor - oni tam wszyscy są... zagraniczni. Myślałem, że mają dość własnych magów.
- Doprawdy, trudno mi powiedzieć.
- Czy wiemy, po co im ten mag?
- Nie. Ale jestem przekonany, że znajdzie pan kogoś zbytecznego. Mam wrażenie, że jest was tam strasznie dużo.
- Znaczy, może być im potrzebny w jakimś straszliwym zagranicznym celu - powiedział Ridcully. Z jakiegoś powodu w jego umyśle pojawiła się twarz dziekana. Rozpromienił się. - Może wystarczy im dowolny mag, byle wielki? Jak pan sądzi?
- Pozostawiam to całkowicie pańskiej decyzji. Ale wieczorem chciałbym wysłać wiadomość, że Wielki Maggus jest już w drodze, jak należy. Potem możemy o wszystkim zapomnieć.
- Oczywiście niezwykle trudno będzie ściągnąć go z powrotem. - Ridcully znów pomyślał o dziekanie. - To praktycznie niemożliwe - dodał z zadowoleniem, niezbyt odpowiednim do sytuacji. - Przypuszczam, że przez długie miesiące będziemy się bezskutecznie starali. Przypuszczam, że wypróbujemy wszystkie znane metody, ale nie zadziałają. Co za pech...
- Widzę, że nie może się pan doczekać podjęcia tego wyzwania - rzekł Patrycjusz. - Niech mi pan nie pozwoli zatrzymywać pana przed powrotem na Uniwersytet i rozpoczęciem właściwych działań.
- Ale... maggus... - mruczał do siebie Ridcully. - Jakoś mi się kojarzy... Chyba gdzieś to już widziałem.