Cię-mność - Bogusław Kierc

Kup ebooka

18.75 zł
15.00 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zostałemwłasnowolnie uwięziony w teatrze. Uprzytomniłem to sobie, kiedy M.przyniósł mi obiad do garderoby. Mam tutaj obszerną kanapę. Parapetokna poniżej kolan, a na zewnątrz sięga przechodzącym mniej więcej dopiersi. Za parometrowym pasem skweru - jezdnia. Za nią -budynek sądu z wieżą.

Poprzedstawieniu dla młodzieży licealnej zostaję tutaj ze względu nachorą nogę. Gdyby nie to zdewastowane wewnętrznie kolano, z pewnościąłaziłbym po mieście. Muszę zagrać jeszcze jedno przedstawienie,dlatego nie pozwalam sobie na najmniejszy nawet spacer.

Doświadczyłemjuż efektów przekroczenia limitu wytrzymałości kolana w takim stanie.

Unieruchomieniei trudny do wytrzymania ból. Dzięki temu z większą, niż kiedykolwiek,mocą i wyrazistością odczułem, jak czasowa jakość bólu przemienia sięw przestrzenny konkret. Nie mówię o bolącym miejscu (miejscach)ciała, lecz o, niejako wywnętrzanych przez nie, twardych i trwałychtworach przestrzennych. Z jednego źródła bólu, czy - lepiejbyłoby powiedzieć - krateru, wypływają strugi lawy, zastygającewe śnie w jakieś mury czy skały. Jednocześnie mam wrażenierozdwojenia prawej nogi: kiedy leżę na prawym boku, jest to prawanoga, a kiedy na lewym - lewa. Mam więc jakby dwie lewe nogi itę prawą, która się boleśnie rozdwaja. Mój ból - w istociebłahy, ale nie do zniesienia - wyniknął pewnie z jakichśprzeciążeń i objawił się z kilkudniowym opóźnieniem jako zapaleniestawu kolanowego i okolic kostki prawej nogi. Monstrualnie opuchniętekolano i ta część za nim (dół podkolanowy?) nie tylko uniemożliwiająchodzenie, ale również nie pozwalają na jakiekolwiek stałe ułożeniesię na materacu. Zdarzyło mi się z tego powodu reżyserować, leżąc, napodłodze.

Dalejwięc ból przemienia się we śnie w mury, czasem - w murowanebudynki albo w skały. Raz, kiedy było już lepiej, przemienił się wkruche babeczki nadziewane kremem. Ale to wcale nie było przyjemne.Może ironiczne. Kulawość odosobnia mnie ode mnie.

Korzystamwięc z tego aresztu domowego, żeby dowiedzieć się jeszcze czegoś otym sobie odosobnionym, a raczej o tym kimś, do którego mam względnieotwarty dostęp. I zajmuje mnie nie jako ja, ale jako ten.

Czegosię w tym ograniczeniu dowiedziałem? Jeszcze nie wiem. I po zagraniudrugiego przedstawienia - nie. Mam jednak świadomość, że siędowiedziałem i tej bezwiednej wiedzy wystarczyłby jakiś bodziec, żebysię uzewnętrzniła, żebym i ja miał ją na zewnątrz. Ale takiego bodźcadotąd nie było. Albo był za słaby. To tak jak z przypominaniem sobiesnu. Coś niespodziewanie wydobywa go z niepamięci (z nieaktywnejpamięci), jakiś konkret czy fantom rymujący się z czymś, co sięśniło.

Gdybynie ten rym, sen pozostałby w głębi nieczynnego wulkanu, jak wielesnów, o których nie wiem, że je miałem.

To,czego jeszcze nie wiem, albo już wiem, tylko nie stawiam na zewnątrzsiebie, ma naturę snu.

 

 

Peszymnie i zawstydza, że zajmuję się tym, dawno śnionym,spisując to teraz, kiedy przekroczyłem siedemdziesiątkę i jakośogarniam całość (?) mojego życia; w każdym razie - zbiór emocjii refleksji, fantazji i faktów.

Awciąż jestem u początku, kiedy, nieświadomy, próbuję dociec, co możeznaczyć to ukryte, co mnie zachwyca, porywa, podnieca.

Słowo"podnieca" słyszę manierycznie jak neologizm windującymnie pod "niecość"i wtedy niecenie, podniecanie złączone z ogniem widzę (słyszę) jakorozpłomienione nic, niepochwytne.

Więcto nic z mojego niepamiętanego snu próbuję mimo wszystko złapać, bozdaje się, że odezwał się rym wyzwalający tamto - śnione bezcenzury i nieliczące na alibi zapomnienia.

 

 

Zanimwszedłem do tej garderoby, ustalałem na scenie z M. zasadyoświetlenia. M. jest dwudziestolatkiem, ma ośmioro rodzeństwa: pięciubraci i trzy siostry. Najstarszy brat ma 32 lata, najmłodszy -12. Ojciec - 54, matka - 52. Wiem to od rozmownego M.,który sam zwraca uwagę na własną gadatliwość. Stara się jednak nienarzucać i w tym rozgadanym dotrzymywaniu mi towarzystwa, parzeniukawy, przygotowaniu koców, wyczuwam troskliwość i zapewnienie, żemogę być pewny tej troskliwości. W każdej chwili. Odchodzi, żeby minie przeszkadzać, ale zapewnia, że zjawi się, jak tylko będę czegośpotrzebował. Ma dziecięcą twarz grzecznego chłopca, który sporo wie oniejawnych egzaracjach życia. Kiedy opowiadał, jak na nocświętojańską urządzają z przyjaciółmi rytualne korowody, oblepiwszysię najpierw glinką ceramiczną ("trudno ją potem zedrzeć zeskóry, ale efekt jest niesamowity"), wyobraziłem go sobie jakotańczącą figurkę. Puka albo Ariela.

Możeto, że poprzedniego dnia widziałem dawny film z An. sprawia, żedopatruję się jakiegoś, delikatnie prześwitującego podobieństwa. I toledwie widoczne podobieństwo, jakby właśnie spod białości glinki,wydaje mi się wywoływaczem (tym rymem) snu, niby zapomnianego.

 

 

An.znał wiele tajemnic mojego rozerotyzowanego chłopięctwa.Był ich powiernikiem i często współuczestnikiem tamtych dziecięcychekscesów.

Nieodważyłem się dotąd, nie wiem, czy już bym się odważył na opis tychzabaw. Były w swojej istocie teatralne; mimikra i mimeza stanowiły oich atrakcyjności. Udawanie i naśladowanie, upodobnianie iupodobanie. Może ta teatralność okazała się katalizatorem przyszłegoaktorstwa. Nie wiedziałem (?), że jego geneza jest erotyczna. Niewiedziałem (na pewno?), że moje dziecięce zabawy w teatr, awłaściwie: mój dziecięcy (chłopięcy) teatr powoływały wczesneintuicje (instynkty?) seksualne.

Dziwne,że zachowuję wrażenie, jakbym dopiero teraz to odkrył, kiedy w głębisiebie czuję dawność rewelacyjnej konstatacji i niemal pewnośćwczesnego samowtajemniczenia.

Toco? Ukrywałem je później? W sobie - przed sobą? Wstydziłem się?

Przecieżmoje dziecięce chcenie bycia aktorem nie wynikało z marzenia o tym,by być kimś innym, gdzie indziej, kiedyś. Ale z kuszenia możliwościbycia  t e ż kimś innym w tym samym sobie, bycia gdzie indziej tutaj,kiedyś teraz. I ważne było, że to ja jestem tym innym, że tutaj jestgdzie indziej i teraz jest kiedyś.

Iwiem, że był to prawdziwy narcyzm, uwiedzenie przez odkrytego siebie.Odkrytego nieświadomie przez jakiś wewnętrzny mechanizm gramatyczny,który przedstawił mi mnie jako ty; nawet nie wiem, czy rówieśnicze.Ten ty mi się spodobał, zajął mnie swoim byciem. I starał się, żebyto bycie było uwodzicielskie (atrakcyjne).

Takieproweniencje były jednak z gruntu wstydliwe. Dla mnie. Były z ciała ijego nieskromności, z przeczuwania jakichś oszołomień wzbudzanychprzez dotknięcie innego ciała, a nawet przez widzenie swojego ciałatak, jakby było jakieś  t w o j e ,czyli inne, które chciałbym czuć przy sobie, blisko siebie -właśnie jako chciane nie moje: t w o j e.Takie, jak ciała moich rówieśniczek, z którymi w zabawiechowaliśmy się pod stołem i nasze nogi stykały się, dotykały się nibyniechcący.

Aleprzecież miałem blisko siebie ciało bliższego niż one. W łóżku albo wwannie. Ciało, które pozornie było oczywiste, albo - któregomiejsce było oczywiste. I rzeczywiście takie było. Przestawało być wnaszych "teatralnych" zabawach, kiedy stawaliśmy nadzy woknie na drugim piętrze. Nie pamiętam, co "odgrywaliśmy".Dobrze wiedzieliśmy, że widzą nas nie tylko, mieszkające naprzeciwko,córki krawca, który był także artystą malarzem.

Mówisię (czy jeszcze się mówi?) o oknie sceny, my mieliśmy scenę okna.Dwa nagusy podobne do tego z"Wiosny" dwudziestotrzyletniego Wojciecha Weissa,albo do "Aktu chłopca" Stanisława Wyspiańskiego.

Dopieropóźniej robiliśmy przedstawienia"kostiumowe", w których go przebierałem. Trudno miwydusić z siebie, że i to nagie, i to przebrane było teatrem międzynami. Że wdawaliśmy się (w każdym razie ja się wdawałem) w teatralnemiędzy sobą. Okazywało się, że takie "między sobą"powstaje także między dorosłymi. Widziałem ich gry. Dziecinne. Nietylko te, które świadomie sobie"zadawali", ale przede wszystkim te, których niebyli świadomi. Rozpoznawałem je jakąś akomodacyjną zdolnością.Dziesięcioletni, umiałbym zagrać dorosłego. Chyba czasami grałem.Dlatego w tamtym czasie zagrałem Marię Stuart (Słowackiego).Dziesięcioletni Maria Stuart w uszytej własnoręcznie "stylowej"sukni!

wserii piętnastka ukazały się:

HenrykBereza "Względy", "Zgłoski","Zgrzyty"

KazimierzBrakoniecki "Dziennik berliński"

MaciejCisło "Błędnik"

JanDrzeżdżon "Łąka wiecznego istnienia"

AnnaFrajlich "Czesław Miłosz. Lekcje","Laboratorium"

PawełGorszewski "Niecierpiące zwłoki"

TomaszHrynacz "Noc czerwi"

LechM. Jakób "Poradnik grafomana", "Poradnikzłych manier"

PawełJakubowski "Kopuła"

ZbigniewJasina "Drzewo oliwne"

GabrielLeonard Kamiński "Pan Swen (albo wrocławskaabrakadabra)"

BogusławKierc "Cię-mność"

ArturDaniel Liskowacki "Capcarap", "Kronikapowrotu", "Ulice Szczecina", "Ulice Szczecina(ciąg bliższy)"

KrzysztofLisowski "Czarne notesy (o niekonieczności)","Motyl Wisławy. I inne podróże"

KrzysztofMaciejewski "Dziewięćdziesiąt dziewięć","Osiem"

TomaszMajzel "Opowiadania w liczbie pojedynczej","Treny Echa Tropy"

PiotrMichałowski "Cisza na planie"

MirosławMrozek "Odpowiedź retoryczna"

EwaElżbieta Nowakowska "Merton Linneusz Artaud"

HalszkaOlsińska "Bliskie spotkania", "Małostki","Złota żyła"

PawełOrzeł "Cudzesłowa"

MirosławaPiaskowska-Majzel "(Po)między"

KarolSamsel "Jonestown", "Prawdziwie noc","Więdnice"

BartoszSawicki "Krucha wieczność"

EugeniuszSobol "Killer"

EwaSonnenberg "Wiersze dla jednego człowieka"

WojciechStamm "Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"

GrzegorzStrumyk "Re _ le rutki"

LeszekSzaruga "Kanibale lubią ludzi"

WiesławSzymański "Skrawki"

MichałTabaczyński "Legendy ludu polskiego. Esejeojczyźniane"

PawełTański "Glinna", "Kreska"

MariaTowiańska-Michalska "Akrazja", "Engram","Z Ameryką w tle"

MiłoszWaligórski "Długopis"

HenrykWaniek "Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)"

LeszekŻuliński "Suche łany"