Pięć dni wcześniej
Piątek, 16 maja 1919 roku
1
Zapachy przywołują wspomnienia. Leonard Rainer wiedział to od lat, a tego dnia znowu się o tym przekonał. Wchodząc na Dworzec Północny w Wiedniu, odniósł wrażenie, że przeniósł się w czasie. Pięć lat temu
wrócił właśnie z Weissdorfu. Wtedy też poczuł zapach ciepłego,
wiosennego poranka na stacji kolejowej: ulotną woń wczesnych kwiatów,
rosy parującej znad świeżo skoszonej trawy oraz mieszanki smarów,
rozgrzanych maszyn i ich wyziewów. Od dziecka Rainer lubił zapach
pociągów - zapowiedź zmiany i nowych przygód. A teraz mieszanka zapachu
dworca i pogodnego poranka przypomniała mu podobny ciepły, wiosenny
poranek na dworcu pięć lat temu, w maju 1914 roku.
Rainer szedł wtedy przez Dworzec Północny, ale w przeciwną stronę i czuł
się wolny jak nigdy wcześniej. Właśnie wrócił od Anny i Kurta, a w czasie podróży, siedząc samotnie w przedziale, postanowił, że zacznie
nowe życie. Własne. Bez Anny i bez Kurta. Że zajmie się w końcu karierą
zawodową i przestanie skupiać się tylko na sprawach, nad którymi
pracuje, ale też zadba o siebie. O to, by awansować i lepiej zarabiać. A wtedy wyprowadzi się od Hoffsteinów i pozna jakąś miłą dziewczynę, z którą założy rodzinę. Zbliżał się wówczas do trzydziestki i uznał, że
najwyższy czas, by zrobić coś ze swoim życiem.
A potem, wychodząc z dworca, poczuł woń pierwszego ciepłego, wiosennego
dnia, pomieszany z zapachem taboru kolejowego i pomyślał, że to zapach
zmiany i nowych przygód. Poczuł wolność i potrzebę zmiany. Jednak prosto
z dworca poszedł do biura, gdzie jeszcze tego samego dnia pracował do
późna. Od razu wrócił do życia, jakie prowadził od lat, zatracając się w pracy, a postanowienia, które powziął w pociągu, gdzieś się zapodziały.
Rainer nadal dbał o skuteczność, nie o awanse i zarobki, nadal mieszkał
u Hoffsteinów przy Ungargasse i czasami sypiał z Gertrude, choć ciągle
myślał o Annie. Nie miał czasu rozglądać się za dziewczynami i nie
wiadomo, jak długo jeszcze by to trwało, gdyby kilka tygodni później
niejaki Gawriło Princip nie zastrzelił arcyksięcia Ferdynanda.
Wojna wywróciła wszystko do góry nogami i teraz, pięć lat później,
rozglądając się po Dworcu Północnym, Rainer poczuł się tak, jakby tych
pięciu lat nie było. Jakby w ogóle nie było wojny. Bo wszystko wydawało
się takie, jak przed nią.
Dworzec był pełen ludzi, którzy mijali się w pośpiechu albo znudzeni
stali i czekali. Witali się albo żegnali. Dzieci nie mogły ustać
spokojnie, a matki karciły je za to. Na peronach stały pociągi albo
wkrótce miały tam wjechać. Zupełnie tak jak przed wojną.
Usłyszał, jak jakaś polska rodzina niepokoi się, czy jazda będzie
bezpieczna, skoro pociągi się teraz wykolejają i nie dalej jak
przedwczoraj doszło do wypadku pomiędzy Krakowem a Zakopanem. Dwie osoby
zginęły, a kilka innych odniosło obrażenia.
- I jak tu teraz wsiąść do pociągu? - martwiła się jakaś kobieta.
Druga obrzuciła ją surowym spojrzeniem.
- Wszystko w ręku Boga - orzekła stanowczo. - Ja tam będę się modlić
przez całą drogę i pani też to radzę - dodała takim tonem, że tamta
poczuła się zrugana i zamilkła.
Nadbiegła hałaśliwa gromadka dzieci, napominana przez jeszcze bardziej
hałaśliwe matki i opiekunki, więc Rainer odszedł nieco dalej.
Ponownie przymknął oczy i spróbował sobie wyobrazić, że znowu jest
wiosna roku 1914, a on właśnie wrócił od Anny i Kurta. I teraz zacznie
to własne życie...
Może już wtedy, pięć lat temu, powinien był pomyśleć o Krakowie albo
innym mieście oddalonym od Weissdorfu? W nowym miejscu musiałby zacząć
od nowa. Może wtedy coś by się zmieniło... Tylko na jak długo? I tak
zaraz nadeszłaby wojna, bo to, że Rainera nie byłoby w Wiedniu, raczej
nie wpłynęłoby na los Europy... Dlatego nie miało znaczenia, że Rainer
nie zmienił wtedy swojego życia. Zrobiła to za niego wojna.
Teraz był starszy o pięć lat, na rękach miał blizny po oparzeniach, a na
palcu obrączkę, bo miał żonę i dwoje dzieci. I koszmarne sny, w których
wszystko wokół niego płonęło, a języki ognia wżerały mu się w ciało.
Czasem w tych snach pojawiał się Kurt...
A jednak kiedy poczuł ten zapach, który zdawał się czekać tu na niego
przez pięć lat, żeby przypomnieć mu o tamtym poranku, spróbował sobie
wyobrazić, co by było, gdyby nie było wojny i gdyby znowu była wiosna
1914 roku, a on właśnie wróciłby z Weissdorfu. Nie mając żony, dzieci,
blizn ani koszmarnych snów i wspomnień. Co mógłby zrobić, żeby nie
wrócić do życia wypełnionego pracą tak bardzo, że na nic więcej nie miał
już ani czasu, ani siły?
Rainer od dziecka lubił wyobrażać sobie różne rzeczy, szczególnie w czasie podróży. Jako mały chłopiec spędzał dużo czasu w pociągach i aby
zabić nudę, wymyślał przygody, jakie miały czekać go w nowym miejscu,
swoje dalsze losy albo historie współpasażerów. Od dziecka bacznie
obserwował ludzi, próbując jakoś ich skatalogować - uporządkować swoją
wiedzę o nich. Wyobrażanie sobie ich historii pomagało mu w tym.
Nigdy nie przestał tego robić. Uważał, że to pobudza wyobraźnię, która w jego zawodzie jest bardzo ważna, należy więc trenować ją tak, jak ćwiczy
się mięśnie.
Pomimo panującego wokół zgiełku pogrążył się w myślach, ale wtedy
potrącił go przechodzący obok i żywo gestykulujący młodzieniec, głośno
mówiący po angielsku z ledwie zauważalnym francuskim akcentem.
Przeprosił Rainera po niemiecku, a ten tylko lekko skinął głową.
Przyjrzał się cudzoziemcowi, odzianemu modnie i drogo: w granatowy
płaszcz ze złotymi guzikami i takąż kamizelkę oraz lśniący, karmazynowy
krawat. Wyglądał na bogatego dandysa i emanował pewnością siebie. Mówił
i śmiał się zbyt głośno, gestykulował zbyt gwałtownie, jakby popisywał
się przed towarzyszem, ubranym równie modnie, choć w przyzwoitych
odcieniach szarości.
"Homoseksualiści!" - pomyślał od razu Rainer.
Miał oko do takich rzeczy. Na początku swojej kariery w policji
patrolował miejsca, gdzie się spotykali, i aresztował ich. W pierwszych
tygodniach był rozczarowany pracą, bo chciał tropić i osaczać
niebezpiecznych przestępców, rozwiązywać zawiłe sprawy kryminalne, a kazano mu aresztować obściskujących się mężczyzn, a czasem i dzieciaki.
Ciągle pamiętał ich zawstydzone spojrzenia, strach, że ich sekrety wyjdą
na jaw...
Jednak ci dwaj zdawali się nie przejmować tym, co pomyślą o nich inni.
Znak czasów. Współczesna młodzież różniła się od tej, kiedy Rainer był w podobnym wieku. Choć przyjrzawszy się im bliżej, doszedł do wniosku, że
nie są od niego wiele młodsi. Rozmawiali i śmiali się głośno,
przekrzykując gwar.
Dopiero po chwili Rainer dostrzegł towarzyszącą im dziewczynę, która
stała tak spokojnie i była ubrana tak skromnie, że niemal wtopiła się w tło i trudno było ją dostrzec w towarzystwie dwóch młodzieńców.
Wyglądała na dwadzieścia lat, była smukła i beżowa. Tak właśnie Rainer
określiłby ją, spisując swoje obserwacje. Miała na sobie jasnobeżowy
płaszcz, który rozpięła, ukazując odrobinę ciemniejszy kostium podróżny.
Beżowe były też jej buty, torba i włosy. Nawet jej cera, choć bardzo
jasna, nie była różowa, jak u wielu blondynek, ale miała delikatny
odcień mleka z odrobiną herbaty, jakie pijała do śniadania Anna. Oczy
też wydawały się beżowe. Jedyny kolorowy akcent stanowił jasnozielony
żabot pod szyją.
Mimo tej skromnej kolorystyki była elegancka i wydawała się
dystyngowana, dopóki nie parsknęła śmiechem, zasłaniając dłonią twarz
jak rozbawiona dziewczynka. Rainerowi się to spodobało. Nie lubił
wyniosłych dam, a brak okazywania emocji i poczucia humoru kojarzył z niedostatkiem inteligencji.
Poza tym wyglądała na Polkę. Rainer był pół-Polakiem po matce i wychował
się w Polsce, choć w jego rodzinnym domu rozmawiało się głównie po
niemiecku. Po polsku mówiła czasami matka - kiedy odwiedzali ją krewni
albo polskie sąsiadki, na co dzień jednak rozmawiała z mężem i dziećmi
po niemiecku. Rainer nauczył się polskiego od służby, dzieci sąsiadów i innych mieszkańców Sarnowa, miasteczka, w którym się urodził. Choć przez
większość życia mieszkał w Austrii, mówił po polsku tak jak Polacy.
Przyjrzał się towarzyszom dziewczyny, którzy tak ją rozbawili. Nie
pasowała do nich. Była elegancka, ale skromna, jak pracująca dziewczyna
- sekretarka albo guwernantka.
Tęższy, ekstrawagancko ubrany brunet prawdopodobnie był Francuzem. Gdy
rozmawiał z towarzyszami po angielsku i kiedy przeprosił Rainera po
niemiecku, dało się zauważyć charakterystyczny francuski akcent. Jego
towarzysz mówił po angielsku - podobnie jak Rainer - prawie jak Anglik.
Zapewne też miał w dzieciństwie dobrą angielską guwernantkę. Beżowa
dziewczyna mówiła zbyt cicho, żeby Rainer mógł ją usłyszeć.
Rainer zastanowił się, co ją z nimi łączy. Wyglądała na ich ubogą
krewną, ale może była sekretarką któregoś z nich? Albo nauczycielką
młodszego braciszka lub siostrzyczki? Z jakichś przyczyn to drugie
bardziej Rainerowi pasowało. Miała w sobie coś z guwernantki.
Jednak sposób, w jaki z nimi rozmawiała, szczególnie z tym wyższym i szczupłym, zdradzał, że są przyjaciółmi albo krewnymi. Więc może raczej
była ubogą kuzynką czy wychowanką jakiejś ciotki, być może wyrosła razem
z tym młodzieńcem, a może z oboma? Choć Francuz wydawał się mniej
związany z tą dwójką niż oni ze sobą.
Tak czy owak, dziewczyna była ładna i interesująca. Intrygowało go, kim
jest i czy tak jak przypuszczał, jest Polką, co było prawdopodobne, bo
stała na peronie, z którego wyruszał pociąg do Polski, więc jechała tam
albo odprowadzała kogoś, kto tam jedzie.
Gdyby to był kwiecień roku 1914, Rainer zainteresowałby się nią, ale
teraz był kwiecień roku 1919, a Rainer był żonaty. Poślubił miłość
swojego życia i interesowanie się innymi kobietami było zdecydowanie nie
na miejscu.
Postanowił wsiąść do pociągu. Podał walizkę bagażowemu i z myślą o czekających go godzinach podróży kupił jeszcze gazety, po czym znalazł
swój wagon.
Dworzec pożegnał go intensywną wonią wydobywającą się spod ciepłej
maszyny, a w jej wnętrzu unosił się zapach rozgrzanego wagonu, ludzi,
jedzenia i tytoniu. Ten ostatni był najmocniejszy i gdy Rainer był
dzieckiem, bardzo go lubił, ale teraz już nie. To jedna z tych rzeczy,
które wojna zmieniła.
Rainer zawsze miał wrażliwy węch, a teraz, gdy przestał palić, ten zmysł
jeszcze bardziej mu się wyostrzył. Przechodząc korytarzem i mijając
otwarte przedziały, nawet nie zaglądając do ich, wiedział, co się tam
dzieje: z jednego wydostawał się zapach naftaliny, z innego bułek z szynką, a z kolejnego - ugotowanych jajek...
Rainer przestał palić, bo zapach tytoniu też przywoływał wspomnienia.
Takie, które chciałby wymazać, ale nie mógł, bo powracały. Wystarczyło,
że poczuł ten zapach... A czuł go wszędzie, bo zawsze ktoś palił.
2
Rainer od dziecka uważał, że najgorsze, na co można trafić w przedziale,
to plotkujące baby. Bez przerwy gadały, co nie pozwalało się skupić ani
na lekturze, ani na własnych myślach. Przy plotkujących babach nie można
było czytać, pisać listów, zdrzemnąć się ani nawet spokojnie pomyśleć.
Żeby jeszcze opowiadały coś ciekawego, ale nie. One zawsze paplały o bzdurach i nic z tym nie można było zrobić. Kulturalny człowiek musiał
tego słuchać, czy chciał, czy nie chciał.
Kiedy tylko zobaczył siedzące przy drzwiach dwie wyniosłe matrony,
zdające się wypełniać cały przedział, w którym miał miejsce, najchętniej
by uciekł. Rozmawiały po polsku o czyimś kapeluszu, który ktoś uznał za
nieprzyzwoity. Rainera czekała więc wielogodzinna podróż pośród bzdur,
które kompletnie go nie interesowały i przez które nie będzie mógł się
zdrzemnąć, poczytać gazet ani pomyśleć w spokoju.
Przywitał się uprzejmie po niemiecku, bo nie miał ochoty z nimi
rozmawiać. Gorsze od plotkujących bab były tylko plotkujące baby, które
zadawały pytania.
Obie odpowiedziały mu, mierząc go wzrokiem, i wymieniły spojrzenia,
nieudolnie starając się zrobić to dyskretnie. Najwyraźniej musiały
oszacować, czy jest godzien jechać z nimi w przedziale, czy po prostu
będą musiały jakoś znieść jego towarzystwo. Po ich minach Rainer
zorientował się, że nie zdał tego egzaminu, ale też go nie oblał. Podróż
z nim nie była dla nich zaszczytem, ale też specjalnie im nie uwłaczała.
Miał to w nosie.
Usiadł na swoim miejscu pod oknem i od razu schował się za płachtą
"Wiener Zeitung", próbując choć tak symbolicznie odizolować się od
towarzyszek podróży.
I wtedy w drzwiach przedziału stanęła ona. Beżowa dziewczyna, którą
dostrzegł na peronie. Spojrzała na numery miejsc i zajęła to pod oknem,
naprzeciwko Rainera.
- Guten Morgen - przywitała się, wymawiając to w tak polski sposób, że
nawet plotkujące baby od razu się zorientowały.
- No proszę, pani też do Polski - zauważyły.
- Tak - przytaknęła, uśmiechając się uprzejmie.
Ją mierzyły wzrokiem dłużej niż Rainera i jeszcze mniej siliły się na
dyskrecję. Na pierwszy rzut oka musiała im się wydać godna ich
towarzystwa, ale potem długość jej spódnicy wzbudziła ich niechęć, co
Rainer dostrzegł bez trudu. Gdy tylko odwróciła się do nich tyłem,
zajmując miejsce, obie wymownie spojrzały na dół owej spódnicy, ledwie
sięgającej do pół łydki, i wymieniły zniesmaczone spojrzenia.
Potem jedna z nich zapytała dziewczynę, z kim podróżuje.
- Sama - odparła pogodnie i to ostatecznie pogrążyło ją w oczach obu
matron.
"Młoda kobieta podróżująca sama? Co się stało z tym światem?" - mówiły
ich przygnębione oblicza.
A jednak musiały poznać przyczynę tego stanu rzeczy. Choćby po to (i prawdopodobnie tylko po to), by mieć temat do kolejnych plotek.
- Do pracy? - zaczęła pierwsza, korpulentna matrona w granatowej
sukience i popielatym kapeluszu. Jej towarzyszka, cała w brązach,
nadstawiła ucha.
- Do domu - odparła beżowa dziewczyna, jak uczennica wezwana do
odpowiedzi. - Można powiedzieć, że wracam z pracy.
- Pracowała pani w Wiedniu?
- Nie... - zawahała się. - Byłam... jeszcze dalej - powiedziała
enigmatycznie. - Wracałam przez Wiedeń.
- My też byłyśmy znacznie dalej - odezwała się kobieta w brązach. - W Paryżu - oznajmiła z dumą, a jej koleżanka przytaknęła.
- Piękne miasto - przyznała dziewczyna.
- Była tam pani?
Dziewczyna skinęła głową.
- Właśnie stamtąd przyjechałam do Wiednia.
- Zatem pani też przeczekała wojnę za granicą - orzekła matrona w granatowej sukience, a dziewczyna wyraźnie się zmieszała. - No i dobrze,
bo podobno w Polsce działy się straszne rzeczy.
- Tak, słyszałam - wykrztusiła zawstydzona dziewczyna. - Kraków
ewakuowano. Ludzi ściśnięto w jakichś koszmarnych barakach na podmokłych
terenach, w okropnych warunkach higienicznych i tyle osób przypłaciło to
życiem... Tyle dzieci...
Matrony nie wyglądały na bardzo przejęte losem tych dzieci i ewakuowanych krakowian.
- Kraków? - powtórzyła ta w brązach. - To pani z Krakowa?
- Właściwie spod Krakowa. A panie? - Teraz w końcu ona zadała im jakieś
pytanie.
- Z Warszawy - odparły niemal obie równocześnie z nieukrywaną z dumą.
- Warszawę zabory ciężko doświadczyły - dorzuciła ta w granatowej
sukience, jakby próbowała przelicytować ewakuację Krakowa i śmierć
tysięcy jego mieszkańców. - W Krakowie nie było powstań przeciwko
rosyjskim zaborcom - dodała z wyrzutem.
- Nie było - przyznała dziewczyna. - Nie było tam nawet rosyjskich
zaborców - dodała, a Rainer uśmiechnął się pod nosem, zasłaniając się
otwartą gazetą.
Jednak matrony zdawały się nie dostrzegać sarkazmu. Miały ważniejsze
problemy.
- A teraz mamy tego Piłsudskiego. - Westchnęła kobieta w brązach ze
zbolałą miną.
- I jeszcze ten Paderewski przyjechał - dodała jej towarzyszka. -
Pianista nie powinien mieszać się do polityki...
Dziewczyna patrzyła na nią skonsternowana.
- Przyznam, że nie orientuję się w polskiej polityce tak jak powinnam -
powiedziała ostrożnie. - Nie było mnie w Polsce przez pięć lat i nie
miałam okazji dokładnie zapoznać się z sytuacją. - Matrony spojrzały na
nią nieufnie. - Ale cieszę, że Polska odzyskała niepodległość i że
będzie jednym państwem.
- Ale nie wiadomo, jakim państwem - mruknęła ponuro matrona w granacie.
- Miejmy nadzieję, że władza zostanie przejęta przez osoby, które lepiej
się do tego nadają. - Jej towarzyszka wzniosła oczy ku niebu. - My,
kobiety, możemy tylko się modlić, żeby nasi mężczyźni dobrze to
urządzili.
- Teraz my, kobiety, możemy też głosować - odezwała się dziewczyna.
Rainer podniósł wzrok znad gazety. Musiał to zobaczyć. Ta dziewczyna
była jak czerwona płachta przywiana przez wiatr na łąkę, na której pasą
się dwa dorodne byki. Byki, czyli matrony, spojrzały na nią tak, jakby
miały wziąć ją na rogi, ale one atakowały inaczej.
- Coś podobnego! - Matrona w granatowej sukience pokręciła głową,
wpatrując się w dziewczynę z niedowierzaniem. - Pani naprawdę chce
głosować?
- Moim zdaniem to niewłaściwe - wtrąciła jej towarzyszka, zanim
dziewczyna zdążyła odpowiedzieć. - Polityka nie jest dla kobiet.
- Kobiety powinny zajmować się tym, do czego zostały stworzone - podjęła
ochoczo dama w granatowej sukience. - Domem, rodziną... Ten świat zaczął
iść w złym kierunku...
- Zupełnie niewłaściwym - dodała ta w brązach. - Stąd ta wojna -
orzekła.
- Wojna wybuchła, zanim wywalczyłyśmy prawa wyborcze - zauważyła
dziewczyna.
Matrony znowu wymieniły spojrzenia.
- Na pewno odebrała pani odpowiednie wykształcenie... - zaczęła ta w granacie i zawiesiła głos.
- Niestety nie - oznajmiła dziewczyna bez cienia wstydu. - Bardzo
chciałabym być wykształcona, ale niestety nie miałam tego szczęścia.
- Jak to, nie jest pani wykształcona?
- Skończyłam tylko cztery klasy szkoły powszechnej - wyznała skromnie. -
Wiem, że nie jest to żaden powód do dumy i chętnie bym to zmieniła...
- Ale przecież chyba miała pani jakąś guwernantkę - weszła jej w słowo
matrona w granatowej sukni. - Wypowiada się pani jak inteligentna osoba
z dobrego domu.
- No i nie wierzę, żeby naprawdę chodziła pani do szkoły powszechnej jak
jakaś chłopka albo córka robotnika - dodała druga.
- Jestem chłopką - uśmiechnęła się dziewczyna.
Wymieniły zaskoczone spojrzenia.
- Nie wygląda pani na chłopkę - zauważyła skonsternowana matrona w granatowej sukience.
- Ani nie mówi pani jak chłopka - poparła ją towarzyszka.
- Nie mówię jak chłopka? - Uniosła brwi. - To znaczy jak?
- Chłopi mówią... Inaczej - odparła dyplomatycznie dama w brązach. -
Pani wypowiada się składnie i inteligentnie.
Teraz dziewczyna wydawała się skonsternowana.
- Dziękuję. - Uśmiechnęła się blado. - Obawiałam się, czy po pięciu
latach za granicą nie zacznę kaleczyć polskiego. Choć przez cały ten
czas pracowałam u rodziny częściowo polskiej... - Urwała, widząc, że
matrony jakby straciły zainteresowanie dalszą rozmową z osobą tak nisko
urodzoną.
Na chwilę zamilkły i Rainer niemal poczuł ulgę, choć wolał się nie
przywiązywać do tego uczucia. Wiedział, że zaraz znowu zaczną. Ich
towarzyszka podróży stanowiła ciekawy materiał do plotek i choć może nie
wypadało z nią rozmawiać, czuły pokusę dowiedzenia się, co chłopka spod
Krakowa robiła w Wiedniu i Paryżu i dlaczego wyglądała, zachowywała się
i mówiła, jakby należała do ich sfery.
- Pracowała tam pani pięć lat, więc musiała pani wcześnie pójść do pracy
- zauważyła ta w granatowej sukience. Obie przyjrzały się jej badawczo,
a w oczach dziewczyny odmalowało się coś w rodzaju chęci ucieczki. -
Jest pani sierotą? - Matrona bardziej to stwierdziła, niż zapytała, i Rainer pomyślał, że czasem robi się tak podczas przesłuchań.
- Nie. Mam oboje rodziców - przyznała dziewczyna, unikając kontaktu
wzrokowego z matronami, które znowu wymieniły spojrzenia.
Ona tymczasem popatrzyła na Rainera w taki sposób, jakby oczekiwała od
niego pomocy. Odwrócił wzrok, udając, że dostrzegł coś fascynującego za
oknem.
- I jedzie pani do nich? - pytały matrony. - Zamierza pani pozostać na
wsi?
- Tak... - Znowu złapała spojrzenie Rainera, który szybko spuścił wzrok
na gazetę, zasłaniając sobie nią twarz.
Szkoda mu się zrobiło beżowej dziewczyny, ale po co wdawała się w rozmowę z plotkującymi babami? Podejrzewał, że przywykła do odpowiadania
na pytania osób w ich typie. Może apodyktycznej nauczycielki z tej
szkoły powszechnej, może pracodawczyni - tyranki, a może surowej matki?
Kiedyś zastanawiał się, czy takie baby nie byłyby dobre do prowadzenia
przesłuchań. Wydawało mu się, że wcześniej czy później każdy powie im
wszystko, co zechcą, byle tylko się od nich uwolnić. Niestety one nie
umiały przesłuchiwać tak, aby poznać fakty. Przesłuchiwały tak, aby
potwierdzić swoją tezę, a poza tym nie interesowały ich istotne sprawy,
tylko bzdury. Byłyby beznadziejnymi śledczymi.
- I co? - chciały wiedzieć. - Wyjdzie pani za chłopa? Będzie pani
pracować w polu?
- Tak sądzę - odparła cicho, a one znów wymieniły spojrzenia.
Teraz wydawały się usatysfakcjonowane, że chłopka pozostanie chłopką,
nawet jeśli podróżuje pierwszą klasą i nosi ubrania szyte na miarę, więc
może jest jeszcze nadzieja dla tego świata.
- A gdzie pani pracowała...? - zaczęła matrona w brązach, ale dziewczyna
udała, że tego nie słyszy i spytała, czy mogłaby na chwilę otworzyć
okno.
- Zrobiło się tu duszno - zauważyła.
- Duszno? - zdziwiły się obie.
- Dobrze byłoby wpuścić trochę świeżego powietrza. Jedziemy przez las -
zauważyła - będzie pięknie pachniało...
- Ale zrobi się przeciąg! - wzdrygnęły się.
- Tylko na chwilkę! - Nie bacząc na nie, dziewczyna wstała i próbowała
otworzyć okno, ale ono nie ustępowało. Rainer wstał, chcąc pomóc,
nacisnął uchwyt z większą siłą.
- Danke! - Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, a pomieszczenie
wypełnił balsamiczny zapach lasu.
- Strasznie wieje! - oburzyły się matrony. - Proszę to zamknąć.
Rainer udał, że nie rozumie, co mówią. Cały skrył się za płachtą gazety,
która teraz powiewała, miotana podmuchem. Dziewczyna ponownie wstała i zaczęła mocować się z oknem, po chwili wyjaśniła matronom, że chyba nie
da rady zamknąć.
- Do you speak English? - spytała Rainera.
Ten zerknął na nią zaskoczony i złapał jej błagalne spojrzenie, które
zdawało się mówić: "Niech mnie pan uratuje".
- I do - odparł.
- Cudownie! - powiedziała po angielsku. - Mój niemiecki jest okropny -
przyznała. - Prawdę mówiąc, znam go bardzo słabo... Czy zechciałby pan
zamknąć okno?
- Oczywiście.
Wstał i zamknął okno.
- Dziękuję. A czy zechciałby pan wymienić ze mną jeszcze kilka zdań? -
Beżowa dziewczyna ściszyła głos, nadal mówiąc po angielsku. - O czymkolwiek.
Rozbawiło go to.
- Rozumiem panią - powiedział cicho, również w tym języku. - Jak
mniemam, nasze towarzyszki podróży raczej nie włączą się do tej rozmowy.
- Miejmy nadzieję. Niestety nie miałam tyle rozumu, żeby zrobić to, co
pan, i udawać, że nie mówię po polsku.
Teraz Rainer spojrzał na nią zaskoczony.
- Zauważyłam, że rozumie pan, o czym rozmawiamy - powiedziała. - Ale
proszę się nie martwić, te dwie panie chyba tego nie zauważyły, a ja
pana nie wydam.
Matrony dyskretnie obserwowały ich konwersację i wydały się
niezadowolone, że chłopka swobodnie rozmawia z cudzoziemcem w języku,
którego same nie opanowały na tyle, by zrozumieć, o czym mówią.
Podejrzewały jednak, że jest to jakaś wymiana uprzejmości i że
dziewczyna usiłuje zwrócić na siebie jego uwagę.
Postanowiły ją zignorować i wróciły do rozmowy, którą prowadziły, zanim
wsiadła, a która koncentrowała się na upadku obyczajów wśród dzisiejszej
młodzieży.
- Jest pani bardzo spostrzegawcza - przyznał Rainer.
- Nie tak bardzo, jak bym chciała - odparła skromnie. - Po prostu w jakiś sposób wygląda pan na Polaka i...
- Doprawdy? - zdziwił się. - Wyglądam na Polaka? Przyznam, że jeszcze
nigdy nikt mi tego nie powiedział, choć istotnie jestem w połowie
Polakiem. Może dlatego, że większość życia spędziłem w Austrii, wszyscy
zakładali, że jestem Austriakiem.
- Ludzie czasem przyjmują różne założenia... Jak sam pan miał okazję się
przekonać, słuchając mojej konwersacji z tymi damami.
- Najwyraźniej damy nie miały do czynienia z wykształconymi chłopkami.
- Nie jestem wykształcona - przypomniała mu.
- Mówi pani biegle w co najmniej jednym języku obcym i, jak podejrzewam,
posiada pani szerszą wiedzę niż pani towarzyszki podróży. To wskazuje na
wykształcenie, bez względu na to, w ilu szkołach pani była.
- Po prostu szybko się uczę. - Wzruszyła ramionami. - I myślę, że panu
też nie brak spostrzegawczości.
- To mój zawód - powiedział. - Pracuję w policji kryminalnej.
Od razu trochę się zawstydził, że jej to powiedział. Unikał opowiadania
o sobie nieznajomym. W ogóle nie należał do otwartych ludzi i nie lubił
dużo mówić. Kiedy słuchał, jak beżowa dziewczyna spowiada się
plotkującym babom, myślał, że na własne życzenie wchodzi w paszczę lwa.
A teraz sam zaczynał opowiadać jej o sobie. Co w niego wstąpiło?
Rozmawia w pociągu z nieznajomą młodą kobietą. Atrakcyjną, ale przecież
jest żonaty. Poślubił miłość swojego życia.
"To tylko konwersacja w pociągu dla zabicia czasu" - usprawiedliwił się
w myślach.
Ona tymczasem zareagowała tak, jak miał to w zwyczaju pewien typ młodych
dziewczyn, które właśnie poznały pracownika policji kryminalnej.
- Naprawdę? - Spojrzała na niego podekscytowana. - Uwielbiam książki o policyjnych detektywach! Mam świadomość, że nie są to wielkie dzieła
starożytnych klasyków, ale uwielbiam je czytać i nic na to nie poradzę.
Ma pan fascynującą pracę!
- W rzeczywistości nie wygląda ona tak jak w książkach - mruknął Rainer.
Swego czasu powieści kryminalne sprawiły, że Rainer zapragnął zostać
detektywem rozwiązującym skomplikowane zagadki i demaskującym
niebezpiecznych przestępców. I udało mu się to, choć zapłacił za to
wysoką cenę. Wszedł w konflikt z rodziną, która oczekiwała, że przejmie
interes po ojcu, notariuszu. Ojciec nigdy mu tego nie wybaczył.
Niestety, kiedy Rainer zaczął pracować, odkrył, że te powieści nie mają
nic wspólnego z rzeczywistością. Przestępcy wcale nie powracali na
miejsce zbrodni, a gdy padły na nich podejrzenia, nie spowiadali się
radośnie śledczym, opowiadając dokładnie o szczegółach popełnianych
czynów. Nie pisali też listów z wyznaniami zbrodni, odbierając sobie
życie, targani wyrzutami sumienia, najczęściej niczym się nie zdradzali.
Poza nielicznymi wyjątkami potwierdzającymi regułę, że najwięksi
zbrodniarze często nie czują się winni albo nie uważają, że zrobili coś
złego. Często nawet wydawali się dumni z tego, co zrobili, choć mieli na
tyle rozsądku, by się tym nie chwalić.
Dlatego teraz te kryminalne powieści, które czytywały już nawet panny z dobrych domów, tak go drażniły, a gdy zdarzyło mu się jakąś przeczytać,
odkładał ją zniesmaczony. Na dodatek coraz więcej oczytanych bandziorów
wykorzystywało wiedzę zdobytą podczas lektury książek o Sherlocku
Holmesie czy Nicku Carterze, by utrudniać pracę śledczym. A wyczyny
opisanych tam przestępców podsuwały kryminalistom nowe pomysły.
- Nie ma pan pojęcia, jak bardzo chciałabym pracować w policji - mówiła
tymczasem dziewczyna. - Gdybym była mężczyzną, natychmiast bym tam
wstąpiła. To smutne, że do policji nie przyjmuje się kobiet, ale może
wkrótce się to zmieni? Jeszcze rok temu nie mogłabym głosować, więc może
niedługo będę mogła wstąpić do policji? Tylko zapewne mój brak
wykształcenia stanowiłby przeszkodę. A jeśli nie, to po czteroklasowej
szkole powszechnej pewnie i tak najwyżej sprzątałabym tam...
- Nie wiem, jak będzie to wyglądało w polskiej policji - odparł krótko
Rainer. - Dotychczas pracowałem w austriackiej.
- A teraz będzie pan pracował w Polsce? Czemu zdecydował się pan na
zmianę?
Przez krótką chwilę był gotów opowiedzieć jej o wojnie i legionach. I o tym, że skusiły go wizje awansu, którego potrzebował, żeby więcej
zarabiać, bo miał teraz na utrzymaniu żonę i dzieci, jednak powiedział
tylko, że potrzebował zmiany.
- To musi być trudna praca, prawda? - spytała.
Przytaknął. Był ciekaw, czy wspomni coś o tym, gdzie sama pracowała, bo
zaintrygowało go, dlaczego tak bardzo nie chciała odpowiedzieć na to
pytanie matronom, że odegrała tę nagłą scenę z otwieraniem okna. Nic
jednak nie mówiła.
Wolał uniknąć bezpośredniego pytania i dał jej trochę czasu, mając
nadzieję, że sama się odezwie, ale tak się nie stało, więc niedbałym
tonem dorzucił:
- Policja czasem współpracuje z osobami innych zawodów.
- Tak? - zainteresowała się. - Szkoda, że nie mam zawodu przydatnego
policji...
- A gdzie pani pracowała? - Teraz wyglądało to na uprzejme
zainteresowanie.
Zerknęła na matrony, po czym cicho powiedziała:
- W Hiszpanii.
Rainer zrozumiał, dlaczego nie poinformowała o tym matron. Hiszpańska
grypa zabiła tysiące ludzi i nadal zabijała. Choć podobno wcale nie
pochodziła z Hiszpanii, bo już wcześniej była w Europie, ale gazety
zaczęły o tym pisać dopiero wtedy, gdy zachorował hiszpański król. Teraz
powiadano, że jej wylęgarnią były okopy, ale kto to wiedział na pewno?
- Proszę się nie obawiać, nie roznoszę tej choroby - powiedziała beżowa
dziewczyna. - Przeszłam ją jakiś czas temu, dlatego nie wróciłam do
Polski zaraz po wojnie.
- Też na to chorowałem - przyznał Rainer. - Też opóźniło to mój przyjazd
do Polski.
W czasie choroby najgorsza była obawa o Annę i dzieci, czy też na to nie
zapadną. Rainer zaraził się od ich niani, dwudziestoletniej dziewczyny,
która zmarła po kilku dniach, choć była okazem zdrowia. A przecież
ledwie ją widywał, podczas gdy dzieci spędzały z nią całe dnie, a Anna
niewiele mniej czasu. Na szczęście nie zachorowali.
Do przedziału wszedł konduktor, skontrolować bilety.
Dziewczyna otworzyła torebkę, by wyjąć bilet, a wtedy wypadła jej
kartka, którą porwał podmuch powietrza wpadającego do przedziału z korytarza i zaniósł pod stopy matron, które przyjrzały się jej z zainteresowaniem.
Rainer, który pochylił się, by wręczyć bilet konduktorowi, podniósł ją i podał dziewczynie. Udał, że nie patrzy, co jest na kartce, ale podobnie
jak matrony zdążył odczytać widniejące na niej dwa nazwiska: Rozalia
Gawron i Anastazy Krotowicz.
Nazwiska wykaligrafowano tuszem, którym wymalowano też ornament
podbarwiony rozwodnioną akwarelą.
Matrony spoglądały pytająco na dziewczynę, która znowu poczuła się
zobowiązana do wyjaśnień.
- To projekt karty informującej o moim ślubie - oznajmiła.
- Wychodzi pani za mąż? - spytały niemal równocześnie.
Przytaknęła.
- Wraca pani i od razu bierze ślub? - Nie wytrzymała ta w brązach.
- Miałam go wziąć przed wojną, ale nie zdążyłam.
- Pani narzeczony był na wojnie?
Skinęła głową.
- Całe szczęście, że z niej wrócił.
Znowu przytaknęła.
A więc nazywała się Rozalia Gawron. Rainer pomyślał, że kompletnie do
niej nie pasuje to nazwisko. Imię zresztą też. Rozalia powinna być
różowa i pulchna, a ktoś o nazwisku Gawron powinien mieć lśniące czarne
włosy, mieniące się pod światło na granatowo, jak skrzydła gawrona, oraz
bladą cerę i błękitne oczy. Ona tymczasem była szczupła i beżowa.
Kojarzyła mu się z sarną, a nie z gawronem.
Ale on sam też nie wyglądał na kogoś o swoim nazwisku. A przynajmniej na
kogoś o swoim imieniu. Leonard powinien przypominać lwa - mieć bujną,
długą grzywę i być władczym osobnikiem, przez większość czasu
nieruszającym się z miejsca, jak lew z książki dla dzieci, z której
kiedyś Rainer dowiedział się o istnieniu tego zwierzęcia. On tymczasem
krótko obcinał włosy, ciągle był w ruchu, dużo pracował i rzadko
odpoczywał, bo szkoda mu było na to czasu.
Zastanowił się też, czy w Polsce często jeszcze nadaje się imię
Anastazy? Wydawało mu się, że jest to jedno z tych imion, które można
zobaczyć jedynie na starym nagrobku.
Po wyjściu konduktora matrony na chwilę umilkły. Kątem oka obserwowały
dziewczynę i dyskretnie zerkały na Rainera, w końcu zaczęły skarżyć się
na znużenie i niewyspanie oraz narzekać, że nie należą do tych prostych
ludzi, którzy potrafią zasnąć gdziekolwiek. Wtedy mogłyby zdrzemnąć się
w pociągu. Wkrótce potem znów zamilkły, a po niedługim czasie Rainer
usłyszał ich chrapanie. Beżowa dziewczyna uśmiechnęła się do niego,
spoglądając na nie, ale żadne z nich się nie odezwało. Oboje woleli nie
budzić złego.
Rainer nareszcie mógł pogrążyć się w myślach, ale nie był w stanie się
skupić, choć miał nadzieję, że tutaj, oderwany od Anny, dzieci i domu w Weissdorfie, skąd wyjechał o świcie, spokojnie przeanalizuje, czy
przeniesienie się do Krakowa to na pewno dobry pomysł. Jego myśli z uporem powracały do czasu tuż przed wojną, a potem do ostatnich tygodni,
aż w końcu zaczęły się plątać i nawet nie zauważył, kiedy i on zapadł w drzemkę.
Rozalia Gawron nawet nie zmrużyła oka. Kiedy została sama ze swoimi
myślami, znużenie czmychnęło w obliczu niepokoju, który ją ogarnął.
Czuła, że im jest bliżej rodzinnych stron, tym bardziej ją to przeraża.
Kiedy mieszkała w Hiszpanii, często tęskniła za domem i rodziną. I za
Antkiem. Czasem ogarniała ją nostalgia, gdy nagle przypominały się jej
sceny, zapachy i smaki z dzieciństwa, z rodzinnej wsi i z czasów, gdy
mieszkała w Krakowie u Mantlewiczów. Teraz jednak już tęskniła za
Hiszpanią, za domem Hamiltonów, za rodziną, dla której pracowała, za ich
służbą i za Tomaszem Mantlewiczem, z którym dopiero co rozstała się na
dworcu...
W jej uszach ciągle pulsowało to, co powiedział jej na pożegnanie i co
powtarzał od pewnego czasu.
- Nie musisz tam wracać. Naprawdę nie musisz. I pamiętaj, jeśli
zobaczysz, że takie życie ci nie odpowiada, uciekaj! Masz dokąd.
Ale Rozalia nie zamierzała znowu uciekać pod skrzydła Mantlewiczów. Była
dorosła i nadszedł czas, żeby wzięła swoje życie we własne ręce. Musiała
sama sobie poradzić, co oznaczało przyjęcie do wiadomości, że pora
wrócić do rodzinnej wsi, wyjść za Antka i zostać gospodynią z Cichego
Potoku.
Miała wyrzuty sumienia, że nie wróciła do domu od razu, gdy tylko mogła.
Zwlekała z tym przez kilka miesięcy - najpierw pod pretekstem
rekonwalescencji po influenzy, potem znalazła jeszcze kilka innych
wymówek.
W końcu spakowała walizki i zamierzała kupić bilet, ale Tomasz oznajmił,
że on się tym zajmie, bo też zamierza pojechać "na wschód", więc
najlepiej, żeby wyruszyli w podróż razem. To oznaczało kolejne dwa
tygodnie zwłoki, a potem podróż pierwszą klasą z długimi postojami w Paryżu i Wiedniu, co Rozalia przyjęła z ulgą, choć trochę się wzbraniała
i upierała, że sama zapłaci chociaż za swoje bilety. Gdyby sama
wyruszyła w podróż, jak planowała, kupiłaby sobie bilety trzeciej klasy
i wróciła jak najszybciej, ale podróż z Tomaszem stanowiła przedłużenie
cudownej przygody i jej piękne zakończenie.
Rozalia musiała pożegnać to "pożyczone" życie, które wiodła przez
ostatnie lata, zanim wróciła do tego prawdziwego, które było jej pisane.
W czasie wojny mieszkała w Hiszpanii, gdzie w rezydencji Hamiltonów
miała własny pokój z wygodnym łóżkiem i niewiele pracy. Teoretycznie
miała być pokojówką pani Hamilton, ale zwykle brano ją za jej damę do
towarzystwa, a ona sama czasem przedstawiała Rozalię jako swoją
wychowankę.
Wracała do Polski przez trzy tygodnie, z czego jeden spędzili z Tomaszem
u jego przyjaciela Bertranda, w pałacu pod Paryżem, gdzie była gościem i służba jej usługiwała. A ona codziennie z zażenowaniem łapała ich
zbulwersowane spojrzenia i nie wnikała w to, co o niej myślą i mówią za
plecami. I tak jej nie znali, nie spędziła z nimi wiele czasu, a ich
twarze i imiona nie utkwiły jej w pamięci. Miała nadzieję, że oni
również jej nie zapamiętają, a poza tym to był inny kraj, inny świat i nigdy więcej nie miała ich spotkać.
W Paryżu wraz z Tomaszem i Bertrandem całymi dniami "bywali" - muzea,
zabytki, a wieczorami spotkania w towarzystwie na tyle demokratycznym,
że Rozalia czuła się tam swobodnie. Wracali nad ranem, spali do
południa, a potem niespiesznie się posilali i znów ruszali do miasta.
Później ona i Tomasz wraz z Bertrandem i jego służącym wylądowali w wiedeńskim mieszkaniu rodziny Mantlewiczów, w którym Rozalia już bywała.
Tu żyli podobnie, choć czasami towarzysze Rozalii nie opuszczali
mieszkania, a ona wychodziła na spacery sama, by chłonąć atmosferę
miasta, którego, jak sądziła, już nigdy więcej nie zobaczy.
Dziś rano obaj wstali wcześnie, aby odwieźć Rozalię na dworzec, a ją
zaskoczyło, że Bertrand też ma taki zamiar. Jego obecność sprawiła, że
nie powiedziała Tomaszowi, że może pojechać do Krakowa trzecią klasą, i bez słowa wsiadła do pierwszej.
Teraz z tego świata, gdzie jedzenie podstawiano jej pod nos, a potem
dyskretnie sprzątano stół, gdzie wysypiała się w przestronnych
sypialniach na miękkich poduszkach i materacach, gdzie brała długie
kąpiele, a elektryczność i bieżąca woda były czymś oczywistym, jechała
do rodzinnej wsi. Tam nie było elektryczności, bieżącej wody ani
łazienki. Był drewniany wychodek przy gnojówce, a zamiast kąpieli -
mycie się wodą z miski. Łóżko miała dzielić z którąś z sióstr w dusznej
izbie, w której spała cała jej rodzina.
Przez lata tak żyła, a jeszcze przed wojną niemal co tydzień spędzała
tam noc. Teraz odwykła od tego i coraz bardziej przerażał ją powrót do
dawnego życia. Równocześnie czuła się tym zawstydzona, bo to, że
przywykła do wygody, uważała za oznakę słabości. "Ale już niedługo
zamieszkam z Antkiem - pocieszała się w myślach. - A wtedy urządzę nam w domu łazienkę z prawdziwego zdarzenia i z bieżącą wodą. Mogę sobie na to
pozwolić i choćby nie wiem co, będę miała łazienkę!". Poczuła się
zażenowana tym, że przywiązuje tak wielką wagę do tak przyziemnych
rzeczy. A przecież sprawy mniej przyziemne męczyły ją znacznie bardziej.
Ostatnio widziała swojego narzeczonego przed wojną. Pięć lat temu! To
dużo dla kogoś, kto ma niespełna dwadzieścia cztery lata. Przez ten czas
bardzo się zmieniła i Antek pewnie też, tym bardziej że był na wojnie, a wojna bardzo zmieniała ludzi.
W ciągu tych pięciu lat przez niemal trzy nie kontaktowali się ze sobą i Rozalia zdążyła wtedy dojść do wniosku, że już nigdy nie zobaczy Antka.
W tym czasie pojawili się w jej życiu inni mężczyźni i omal nie wyszła
za mąż. Nawet dwukrotnie...
Tak, w tym czasie dwóch mężczyzn poprosiło ją o rękę, a ona przyjęła ich
oświadczyny, jednak los chciał, by żadnego z nich nie poślubiła. A potem
przyszedł list od Antka i Rozalia uznała, że widocznie tak miało być,
więc odpisała mu i teraz jechała do Polski, aby wyjść za niego, tak jak
planowali przed laty.
Nie napisała mu o swoich dwukrotnych zaręczynach, choć kiedyś mówili
sobie wszystko. Nie chciała tego przed nim ukrywać, po prostu nie
wiedziała, jak to napisać. Poza tym uważała, że taki list może
przeczytać ktoś jeszcze, a nie miała ochoty opowiadać o swoich
niedoszłych małżeństwach wszystkim wokół. Teraz po raz kolejny obiecała
sobie, że powie o tym Antkowi. Martwiło ją, jak okropnie będzie się
czuła, gdy okaże się, że Antek przez cały ten czas pozostawał jej
wierny. Miała nadzieję, że on w tym czasie też kogoś poznał, ale też nic
z tego nie wynikło...
Wiedziała, że dojedzie do rodzinnej wsi jeszcze tego wieczora, więc
teoretycznie jeszcze dziś mogła znów zobaczyć Antka, ale wolałaby
poczekać z tym do jutra. Podejrzewała, że zmęczona po długiej podróży,
nie zrobi na nim takiego wrażenia, jakie chciałaby zrobić. Obawiała się
jednak, że jeszcze gorzej może wyglądać po nocy spędzonej na jednym
łóżku z którąś z sióstr, w izbie, gdzie spała cała rodzina, a wszyscy
wstawali pomiędzy czwartą a piątą rano. W Paryżu i w Wiedniu Rozalia
kładła się spać o tej porze, a dziś była niewyspana, ponieważ musiała
wstać wcześniej, a nocą długo nie pozwalały jej zasnąć emocje przed
spotkaniem z rodziną, Antkiem i przeszłością, która miała być też jej
przyszłością.
Do tego jeszcze ten Tomasz, który musiał usłyszeć, że Rozalia chodzi po
swoim pokoju i przyszedł do niej, by znowu powtarzać jej, że nie musi
wracać do Cichego Potoku.
- Nic nie muszę - odpowiadała. - Ale chcę.
Starała się, by brzmiało to zdecydowanie, ale Tomasz nie wydawał się
przekonany. A najgorsze było to, że ona sama wcale nie była taka pewna,
że tego właśnie chce. Po prostu wiedziała, że tak właśnie powinna
postąpić. Tak miało być i już.
Teraz pomyślała, że z dworca najchętniej pojechałaby do krakowskiego
domu Mantlewiczów i tam przechowała swoje kufry, bo nie była pewna, jak
zareaguje na nie rodzina. Wolałaby dawkować im informacje o tym, co
działo się z nią przez ostatnie lata...
Chętnie przebrałaby się tam w coś prostszego. Gdyby nie Bertrand,
wyruszyłaby w podróż ubrana skromniej, ale nie chciała tego robić, gdy
ktoś taki jak on odprowadzał ją do wagonu pierwszej klasy i był z nim
Tomasz.
Niestety w krakowskim domu Mantlewiczów mieszkała teraz kuzynka
Bracławska, która nie lubiła Rozalii. Nie było mowy, żeby pozwoliła jej
coś przechować i przebrać się u niej. Rozalia musiała przyjechać do domu
rodzinnego w zakupionej w Paryżu odzieży. Obawiała się, że nie spodoba
się ona rodzinie. Już wcześniej, przed wojną, nie byli zadowoleni z tego, że robi się "miastowa".
Ale niedawno odkryła, że byli z niej niezadowoleni, jeszcze zanim w ogóle trafiła do domu Mantlewiczów. Właściwie jak tylko Rozalia sięgała
pamięcią, rodzina nie była z niej zadowolona. Od dziecka rodzice
porównywali ją z siostrami - młodszymi, a ich zdaniem bardziej zaradnymi
i gospodarnymi od Rozalii, której myśli od małego nie mogły
skoncentrować się na tym, co ważne dla gospodyni - sprzątaniu,
sprawdzaniu, czy nie trzeba czegoś zrobić, i nieustannym krzątaniu się
po domu i obejściu. A kiedy tylko nauczyła się czytać, poszybowały
jeszcze dalej. Znacznie dalej, niż pozwalały miejscowe limity.
Kiedy teraz zastanawiała się nad tym, dochodziła do wniosku, że te lata
u Mantlewiczów niewiele zmieniły w tym zakresie. Gdyby nigdy nie
opuściła rodzinnego domu, pewnie nadal rodzice byliby z niej
niezadowoleni, tak jak przez pierwsze piętnaście lat jej życia. Tylko
wtedy tłumaczyli to sobie jej lenistwem i innymi wadami, a potem - odkąd
trafiła do Mantlewiczów - ich złym wpływem.
No i był jeszcze Antek, którego rodzina nigdy nie lubiła. Najlepszy
przyjaciel Rozalii z dzieciństwa, a potem jej ukochany, za którym
poszłaby w ogień. Jednak dla jej rodziców i sióstr był golcem, bękartem
i nieodpowiednim kandydatem do ręki gospodarskiej córki. Mimo to
postanowiła wyjść za niego i tuż przed wojną przyjęła jego oświadczyny.
Gdy poinformowała o tym rodziców, w domu doszło do największej awantury,
jaką Rozalia i jej siostry pamiętały. Usłyszała wtedy wiele o swoim
zepsuciu oraz postraszono ją, że nie dostanie posagu, co przewidziała i co nie było dla niej przeszkodą. Oboje z Antkiem byli młodzi, zdrowi i pracowici. Wiedzieli, że nawet niewiele mając, poradzą sobie. I oboje
zdążyli już odłożyć trochę grosza na wspólne życie.
Rozalię jednak przygnębiło odrzucenie przez rodzinę i kiedy pani
Mantlewiczowa poprosiła ją, by pojechała z nią do Paryża - przyjęła
ofertę. Nie tylko dlatego, że zawsze chciała tam pojechać i uwielbiała
podróżować, ale także po to, by dać rodzinie, a także sobie i Antkowi,
trochę czasu na przemyślenie całej tej sytuacji. Podejrzewała, że pani
Mantlewiczowa postanowiła ją tam zabrać na prośbę Tomasza, któremu
Rozalia zwierzała się z problemów. Miała nadzieję, że gdy wróci za kilka
tygodni, rodzice przyzwyczają się do nowej sytuacji, a ona poślubi Antka
z ich błogosławieństwem. Nie przewidziała, że w Paryżu pani
Mantlewiczowa pozna pana Hamiltona i postanowi wyjść za niego. Pan
Hamilton, choć był Anglikiem, mieszkał w Hiszpanii, więc pani
Mantlewiczowa postanowiła również się tam przeprowadzić i uznała, że
pomoc Rozalii jest jej w tym niezbędna. Tutaj też Rozalia podejrzewała
interwencję Tomasza, ale skoro trafiała jej się okazja odwiedzenia
Hiszpanii...
Była przekonana, że kiedy wyjdzie za Antka, czeka ją już tylko ciężka
praca, skończą się podróże i światowe życie u boku chlebodawców.
Postanowiła więc wykorzystać jeszcze tę okazję zobaczenia kawałka
świata, zanim zostanie gospodynią z Cichego Potoku.
Niespodziewanie jednak, dla niej i dla świata, gdy znalazła się w Hiszpanii, niejaki Gawriło Princip zastrzelił arcyksięcia Ferdynanda i zaczęła się wojna, która zatrzymała ją w Pinares na prawie pięć lat. A później trudno było jej stamtąd wyjechać i wrócić do życia, które
czasami wydawało jej się innym, wcześniejszym życiem. Jakby zdarzyło jej
się w poprzednim wcieleniu - jeśli ta teoria o reinkarnacji, którą pan
Hamilton uznawał za możliwą, była prawdziwa.
Jednak właśnie to było jej życie. Nie to w Pinares, w Paryżu, w Wiedniu
czy nawet w krakowskim mieszkaniu Mantlewiczów. To w Cichym Potoku.
Musiała o tym pamiętać, pogodzić się z tym i robić to, co należy.
3
Rainer przebudził się gwałtownie i Rozalia od razu pomyślała, że musiał
przyśnić mu się koszmar. Udała, że patrzy w okno. Koszmary to prywatna
sprawa.
Matrony nadal drzemały, a oni znów siedzieli naprzeciw siebie w milczeniu, aż do przedziału zajrzał konduktor i obudził ich
współpasażerki.
- Daleko jeszcze do Krakowa? - spytała go matrona w brązach.
- Godzina - odparł.
- Godzina! - powtórzyła jakby przerażona, a Rozalia też poczuła, że ją
to przeraża. Za godzinę będzie w Krakowie, a wkrótce potem tam, skąd
uciekła dziewięć lat temu.
Jej towarzyszki podróży poprawiły kapelusze i włożyły płaszcze, jakby od
celu dzieliła je nie godzina, a najwyżej kilka minut. Siedziały teraz,
gotowe do wyjścia, nie podejmując rozmowy, ale znowu spoglądały w kierunku Rozalii, którą to zaniepokoiło.
- Pan też wysiada w Krakowie? - spytała po angielsku Rainera.
- Tak - odparł krótko.
- Tam będzie pan pracować?
- Tak sądzę. - Ciągle nie był tego do końca pewien.
Kilka godzin temu Anna po raz kolejny powtórzyła, że nie wyobraża sobie
mieszkania w Polsce, a on uważał, że nie mógłby w tym kraju pozostać bez
niej.
- W policji? - upewniła się dziewczyna.
Wiedział, że ciągnie tę rozmowę na siłę, żeby nie być zmuszoną
konwersować z matronami. Postanowił jej pomóc.
- Tak. Zaproponowano mi pracę w polskiej policji, w Krakowie -
powiedział.
Odpowiedziało mu pełne podziwu spojrzenie.
- Musi pan być bardzo dobrym detektywem, skoro sprowadzają pana z tak
daleka - powiedziała. - Na pewno mają wielu na miejscu. Rozwiązał pan
jakieś poważne sprawy?
Miałby się czym pochwalić, ale to byłoby żałosne, więc powiedział tylko:
- Ściąga mnie tam stary znajomy. Ktoś, kto kiedyś dużo mnie nauczył.
- Też znany detektyw?
- Nie każdy, kto jest dobry w tym, co robi, jest znany - powiedział
Rainer. - Komendant Oczlik to geniusz, ale zapewne nigdy pani o nim nie
słyszała.
- Nie słyszałam - przyznała. - Może to dlatego, że przez ostatnie lata
mieszkałam daleko stąd. Mam nadzieję, że spodoba się panu w Krakowie.
Był tam pan już kiedyś?
- Owszem. Wychowałem się w Sarnowie, w górach - powiedział. - Jako
dziecko dość często jeździłem do Krakowa.
Umilkł, przerażony tą niezwykłą dla niego otwartością.
- Ja wychowałam się w Cichym Potoku. To mała wieś pod Krakowem. Płynie
przez nią rzeka, która też tak się nazywa, Cichy Potok. Choć rzeka to
chyba za dużo powiedziane - uśmiechnęła się. - Mieszkałam tam przez
piętnaście lat, a potem poszłam do pracy w Krakowie. Moi chlebodawcy
zabierali mnie w różne miejsca, także do Wiednia, gdzie mają mieszkanie.
Teraz właśnie tam się zatrzymałam... Nie wiem, czemu panu to wszystko
opowiadam... - zreflektowała się. - Może dlatego, że się nie znamy?
Znajomości w pociągu trwają maksymalnie kilka godzin, a potem nigdy
więcej nie spotyka się tych osób, więc można porozmawiać o sprawach, o których czasem nie rozmawia się z bliskimi...
- Jednorazowi znajomi - podjął Rainer. - Mój przyjaciel tak ich nazywał.
Kiedy byliśmy w szkole z internatem, często razem jeździliśmy pociągiem
do jego rodziny, a czasami do mojej, choć to było daleko. On był
bardziej elokwentny i towarzyski ode mnie, a w pociągach lubił udawać
przed współpasażerami kogoś innego. Wciągał mnie w te zabawy,
przedstawiając nas jako jakieś wymyślone postacie. Nie znosiłem tego...
- Uśmiechnął się na samo wspomnienie tych szalonych pomysłów Kurta.
Ona też się uśmiechnęła.
Przez chwilę zastanowił się, czy nie opowiedzieć jej o tym, jak pewnego
dnia, gdy miał piętnaście albo szesnaście lat, postanowił udać swego
przyjaciela. Podróżował sam, a w przedziale z nim siedziała rodzina z dwiema pensjonarkami w jego wieku. Gdy ojciec rodziny uznał, że wypada
zaopiekować się chłopcem i spytał go, jak się nazywa i dokąd jedzie,
odparł, że wraca do domu na wakacje ze szkoły z internatem, a nazywa się
Kurt Westberg. A potem, ku swojemu zdumieniu, zaczął zachowywać się jak
Kurt - stał się rozmowny, dowcipny, czarujący. Im dłużej go udawał, tym
bardziej wczuwał się w rolę Kurta i odkrył, że przejmuje te jego cechy,
których mu brakowało. Jakby Kurt Westberg powoli wchodził w ciało
Leonarda Rainera, wypierając z niego jego charakter i zastępując go
charakterem Kurta.
Coś w tym było, bo gdy wysiadał, dziewczęta dyskretnie podały mu
karteczki ze swoimi adresami, by do nich napisał. Takie rzeczy dość
często przytrafiały się Kurtowi, ale Leonardowi nigdy się to nie
zdarzyło. Mimo to gdy tylko wysiadł z pociągu, wyrzucił te karteczki, bo
dziewczyny kompletnie go nie interesowały. Kochał tylko Annę, a Anna
kochała jego.
Nie zdążyła jeszcze wtedy poznać Kurta.
Rozalia myślała o swoich kufrach i żałowała, że nie może się przebrać w coś skromniejszego niż ten nowy kostium i płaszcz. Im bliżej Krakowa
była, tym bardziej desperacko o tym myślała i w końcu zaczęła się
zastanawiać, czy jechać z dworca od razu do domu, czy może jednak
zajrzeć do Mantlewiczów i porozmawiać z Magdoniową, czy nie zgodziłaby
się przechować jej kufrów. Albo zameldować się w jakimś hotelu i zostać
tam na noc? Skradłaby jeszcze kilka godzin "pożyczonego życia",
przebrałaby się, odpoczęła po podróży, a rano pojechałaby do Cichego
Potoku i spotkała się z Antkiem świeża i zadbana.
Podobne myśli chodziły po głowie Leonarda Rainera. Wcale nie miał ochoty
zatrzymywać się u Berty, kuzynki Anny, u której miał mieszkać, dopóki
się nie urządzi i nie znajdzie jakiegoś lokum dla rodziny. Z tego powodu
zamierzał to zrobić jak najszybciej, bo znał Bertę od dziecka i od
dziecka jej nie znosił - z czasem coraz bardziej.
Normalnie pojechałby wprost z dworca do biura komendanta Oczlika, który
go tu sprowadził. Niestety przedwczoraj dostał telegram, w którym Oczlik
informował go, że zachorował i przyjmie Rainera u siebie w domu, nie na
komendzie, w sobotę o dziewiątej rano. Do tamtej pory był skazany na
Bertę, która na prośbę Anny zgodziła się go gościć.
Ale mógł też zameldować się w jakimś hotelu, napisać do Anny, że policja
zapewniła mu czasowe zakwaterowanie i nie zatrzymywać się u Berty. Mógł
nawet im wmówić, że ktoś z policji odebrał go z dworca i zawiózł do
tymczasowej kwatery...
Z tym postanowieniem opuścił pociąg. Gdy zobaczył, jak matrony na
peronie nerwowo zaczepiają bagażowych, pożegnał się po polsku z Rozalią
Gawron.
- Do widzenia.
- Do widzenia. Choć pewnie już nigdy się nie zobaczymy - dodała. -
Byliśmy, jak pan to nazwał, jednorazowymi znajomymi.
- Może jeszcze kiedyś nasze drogi się przetną. - Uśmiechnął się
grzecznościowo. - Choć mam nadzieję, że nigdy nie będzie pani
potrzebowała pomocy policji.
- Też mam taką nadzieję - zgodziła się. - A gdyby jednak... o kogo mam
pytać?
- Nie przedstawiłem się - zreflektował się. - Leonard Rainer -
powiedział. - Nie wiem, jaki stopień będę mieć w polskiej policji -
dodał. - W tej chwili nie wiem nawet, czy na pewno mnie tam przyjmą.
- Rozalia Gawron - przedstawiła się. - Wkrótce wychodzę za mąż, a wtedy
będę nazywać się tak jak mój przyszły mąż - Krotowicz.
Jeszcze raz powiedzieli sobie "do widzenia" i poszli każde w swoją
stronę. Oboje myśleli o tym samym, aby zaraz po tym, jak odbiorą bagaże,
zameldować się w jakimś hotelu i ciesząc się samotnością, przemyśleć
zmiany, jakie zachodzą w ich życiu.
Jednak ledwie Rainer odebrał bagaże, podeszła do niego ponura Berta,
spowita w beże, które na jej posępnej, zwalistej posturze wyglądały
zupełnie inaczej niż na Rozalii Gawron. Nie widział jej przez
kilkanaście lat, ale od razu ją rozpoznał i pomyślał, że wszystko, czego
nie znosił w Bercie od dziecka, z wiekiem jeszcze się spotęgowało.
Kiedyś była dziewczynką, którą mu stawiano za przykład. Berta nigdy nie
trzymała łokci na stole, nie brudziła ubranek i nie garbiła się. Berta
starannie pisała i miała takie nieskazitelnie czyste ręce, paznokcie,
kołnierzyki... Każde dziecko powinno być takie jak ta cholerna Berta.
Zadzierająca nosa, zawsze coś knująca, skarżąca, kłamiąca bez mrugnięcia
okiem, potrafiąca na zawołanie rozpłakać się, zblednąć i odegrać każdą
scenę tak, że wszyscy dorośli się nabierali. I chętnie zamieniliby swoje
gorsze, nieudane dzieci na takie Berty i ich męskie odpowiedniki.
Teraz Berta odgrywała rolę ofiarnej żony i matki, całkowicie oddanej i poświęconej rodzinie i nie myślącej o sobie. Święta Berta od siedmiu
boleści.
- Wolałam wyjść po ciebie, Leonardzie - powiedziała, wzdychając z rezygnacją - żeby biedna Anna nie musiała się martwić, że się zgubisz w obcym mieście.
- Znam dobrze Kraków. Bywałem tu często od dziecka.
Berta go nie słuchała, wydawała polecenia bagażowemu, nie zważając na
to, że chłopak najwyraźniej nie rozumie po niemiecku i wcale nie musi,
bo jest w Polsce. Najwyraźniej Berta ciągle jeszcze żyła w Austro-Węgrzech.
Rainer wziął swój bagaż, a ona szła obok niego, posapując, jakby to ona
niosła jego walizkę i mówiła coś, na co Rainer nie zwracał uwagi.
Docierało do niego jednak, jak często powtarzała słowa "biedna Anna". I Rainer wiedział, że ma na myśli dosłowną biedę, w którą Anna popadła,
poślubiając niedostatecznie bogatego mężczyznę.
Ciągle pamiętał ten mroźny, zimowy poranek przed laty, kiedy wszedł do
domu Ascherów i usłyszał rozmowę Berty i Anny.
"Oczywiście, że masz rację, Anno - mówiła Berta. - To jedyna rozsądna
rzecz, jaką możesz zrobić. Kurt Westberg zapewni ci życie na odpowiednim
poziomie. Leonard chce zostać policjantem! Chciałabyś być żoną
policjanta? Przecież nie byłoby cię stać nawet na jedną służącą!"
Biedna Anna była teraz żoną policjanta, której nie powinno być stać
nawet na jedną służącą.
4
Rozalia czekała na kufry, bo jakaś matka z dwójką rozbieganych i rozkrzyczanych dzieci domagała się, aby najpierw wydać bagaż jej, a gdy
odmówiono, zaczęła oskarżać bagażowych o zgubienie go i sprowadziła
konduktora. Kiedy w końcu Rozalia zobaczyła swoje kufry, postanowiła
spytać o jakiś hotel, ale wtedy usłyszała, że ktoś ją woła.
Odwróciła się i nie wierzyła własnym oczom. To był Antek!
Wysoki, przystojny i wpatrzony w nią jak w obrazek. Był taki piękny...
czy ona zapomniała, jaki był piękny?
Przyglądała mu się, zaskoczona, nie mogąc wydusić słowa. Wydawał jej się
jeszcze wyższy niż kiedyś, a przecież zawsze był wysoki. Tylko wtedy był
chudy, a teraz wyglądał tak zdrowo i krzepko. Kiedy ostatnio go
widziała, miał osiemnaście lat. Potem poszedł na wojnę, a teraz miał
dwadzieścia trzy lata, zmężniał i był jeszcze przystojniejszy.
Patrzył teraz na nią, jakby to ona była takim zjawiskiem, jakim wydał
jej się on. W przeciwieństwie do niej jemu nie odebrało mowy,
przeciwnie, usta mu się nie zamykały.
- Moja Rozalia wróciła! - powtarzał. - Jaka ty jesteś piękna! Jeszcze
piękniejsza niż kiedyś. I jaka elegancka! Wyglądasz jak wielka dama!
Zobacz, te wszystkie hrabianki mało sobie łbów nie poukręcają, tak się
za tobą oglądają. Wiele by dały, żeby mieć twoją urodę, ale nic z tego.
Tylko moja Rozalia jest taka piękna.
- Antek! - wykrztusiła wreszcie. - Naprawdę tu jesteś? Skąd się tu
wziąłeś?
- Przyjechałem po ciebie - odparł tak, jakby było to coś oczywistego.
- Ale... skąd wiedziałeś, że przyjadę?
- Wyliczyłem sobie, że to będzie jakoś teraz - powiedział. -
Sprawdziłem, kiedy przychodzą pociągi z Wiednia, i przyjechałem.
- Ale... skąd wiedziałeś, że wrócę właśnie dziś? - Nie rozumiała. - Nie
wysyłałam telegramu, bo... sama nie wiedziałam... - Zawahała się.
- Bo myślałaś, że i tak nikt po ciebie nie wyjedzie? - wszedł jej w słowo. - Twoi pewnie by nie wyjechali - przyznał, uśmiechając się smutno
- ale teraz masz jeszcze mnie - przypomniał jej. - Ja zawsze będę na
ciebie czekać!
Rozalia wiedziała, że jej rodzina nie przyjedzie po nią, co nawet jej
pasowało. Ale Antek naprawdę nie mógł się doczekać. Wzruszyło ją to.
Odkąd go poznała, jeszcze w dzieciństwie, Antek był osobą, dzięki której
czuła, że można ją lubić i że jest coś warta.
- A gdybym dziś nie przyjechała?
- To czekałbym, aż wszyscy sobie pójdą, żeby mieć pewność, że nie było
cię w tym pociągu, i wróciłbym do domu. A jutro znowu bym tu przyjechał
i czekał na ciebie - oświadczył. - I tak aż do skutku. Na wszelki
wypadek już wczoraj tu byłem i czekałem... - Uśmiechnął się, a ona
wzruszyła się jeszcze bardziej. - Oba te kufry są twoje? - zdziwił się.
Przytaknęła.
- No, no... Józkę i Małgośkę pokręci z zazdrości - mruknął.
Wręczył bagażowemu napiwek i wrzucił oba kufry do powozu.
- Bardzo chętnie nie pokazywałabym tego wszystkiego moim siostrom -
westchnęła Rozalia, siadając obok niego.
- No to może zawieziemy to do mnie? - zaproponował. - Pisałem ci, że mam
teraz gospodarstwo? - rzucił niedbałym tonem.
- Tak. - Spojrzała na niego.
Miał na sobie garnitur, który sprawiał wrażenie uszytego na miarę, i czystą, białą koszulę. Wszystko to wyglądało jak nowe, podobnie jak jego
buty, wypastowane na wysoki połysk. Włosy musiał przystrzyc u dobrego
krakowskiego fryzjera. Po dawnym, biednym Antku, w podniszczonych
rzeczach donaszanych po kuzynie, nie pozostał ślad.
- Masz gospodarstwo po Krotowiczach... Wszyscy oni nie żyją?
- Tak. Franek zginął na wojnie, a Bronka i Staszka umarły na influenzę.
Wuj też na to umarł, a ciotka jeszcze przed wojną na te płuca, co
chorowała.
Skinęła głową. Cała rodzina, która odwróciła się od Antka i traktowała
go jak popychadło, teraz spoczywała w grobach, a majątek, którym tak się
szczycili, znalazł się w jego rękach. Antek został gospodarzem i sądząc
z tych krótkich listów, które Rozalia dostała od rodziny, jej ojciec i matka nie mieli już nic przeciwko temu, by za niego wyszła.
Ona sama teraz też się już nie wahała. Opuściły ją wątpliwości, które
targały nią przez ostatnie miesiące i które nie pozwoliły jej zmrużyć
oka w pociągu. Chciała zostać żoną tego pięknego mężczyzny, który
siedział obok niej i spoglądał na nią tak, że wszystkie jej obawy
związane z powrotem do domu i dawnego życia zniknęły. Znowu miała Antka
i nie potrzebowała niczego innego. Wszystkie jej uczucia powróciły, a może nigdy nie odeszły?
Siedziała blisko niego, świeciło słońce, wiosenny wiatr rozwiewał jej
włosy nad czołem i próbował zsunąć kapelusz. Pachniało wiosną. To był
piękny dzień.
5
- Po wojnie nie wróciłem do Cichego Potoku, bo tam już mnie nie ciągnęło
- opowiadał Antek. - Kolega z wojska znalazł mi pracę w Krakowie, przy
samochodach. Pojechałem do Cichego Potoku tylko po to, żeby spytać o ciebie... Samochodem pojechałem - dodał i oboje się roześmiali,
przypominając sobie aferę, jaką tuż przed wojną wywołał Tomasz
Mantlewicz, przyjeżdżając po Rozalię samochodem. - Twoja ciotka i inne
baby mało nie padły, że już drugi kawaler samochodem do ciebie
przyjechał. A do żadnej innej panny we wsi nikt nigdy nie przyjeżdżał
samochodem.
Rozalia popłakała się ze śmiechu. I ze szczęścia, że Antek nie jest ani
trochę zazdrosny o Tomasza i nie przeszkadza mu, że część wsi uważa, że
powinien.
- Twoi powiedzieli, że nie wróciłaś, więc napisałem do ciebie z Krakowa
i dostałaś list, bo mi odpisałaś.
Skinęła głową.
- No i wtedy, jak przyjechałem spytać o ciebie, dowiedziałem się, że
Franka zabili i że Bronka umarła, bo to jakoś zaraz po jej pogrzebie
było... Dzień albo dwa wcześniej ją pochowali. Przyszło mi do głowy, że
wypada pójść do wuja, a raczej do Staszki, ale z Ciszkami rozmawiałem i powiedzieli mi, żebym lepiej nie szedł, bo Staszka też chora i żebym się
nie zaraził i nie rozniósł tego dalej. No to nie poszedłem... A potem,
może ze dwa tygodnie później, spotkałem w Krakowie Marcyśkę Sołecką i ona od razu zaczęła mi kondolencje składać, że kuzynki umarły. I tak się
dowiedziałem, że Staszka też nie żyje.
- Obie były takie młode - westchnęła Rozalia. - I pojechałeś do wuja?
- Na początku się nie rwałem, bo sama wiesz, jak z nim było. No i nie
chciałem, żeby wyszło, że jak ten sęp przyczaiłem się na majątek. Ale
najpierw ta Marcyśka mi nagadała, że powinienem pojechać, bo wuj został
sam, a też niedomaga. No i że ma swoje lata, i jak on sobie poradzi na
takim gospodarstwie, i takie tam, jak to Marcyśka. A potem jeszcze wpadł
do mnie Mateusz Kowal. Twoi mu powiedzieli, gdzie mnie szukać, bo
zostawiłem adres dla ciebie. Mateusz powiedział, że wuj go prosił, żeby
mnie znalazł, jak będzie w Krakowie i żeby spytał, czy bym nie chciał z nim gospodarzyć, bo sami zostaliśmy z rodziny.
- Krotowicz przysłał po ciebie Mateusza? - zdziwiła się Rozalia. - No,
no... Musiało go przycisnąć...
- To samo pomyślałem - przyznał Antek. - Ale mam swoją dumę.
Powiedziałem Mateuszowi, że mam w Krakowie dobrą robotę i nie potrzebuję
łaski. Mateusz się zdziwił, że takie gospodarstwo, tyle ziemi, inwentarz
taki piękny i wszystko teraz wuj pewnie mnie zapisze, bo komu? Ale ja
już poznałem się na tym wuju moim. - Skrzywił się. - Więc mówię
Mateuszowi, że rodzina to nie zawsze to, co ludzie myślą, i że jedno,
czego mnie w życiu nauczyli, to tego, że liczyć mogę tylko na siebie.
- Pewnie Mateusz tego nie rozumiał?
- No właśnie - mruknął Antek. - Gadał mi jeszcze takie rzeczy, aż
musiałem do roboty wracać. A wuj przysłał jeszcze Mietka Chomąto. I on
to samo, co Mateusz. To powiedziałem mu to samo, co jemu, ale Mietek
lepiej wiedział, o co mi chodzi, bo on też tak ma z rodziną. Ale potem
tak sobie myślałem, że rzeczywiście... Jestem Krotowicz, a grosza od
Krotowiczów nie zobaczyłem. Niby wiem, że matka przepuściła wszystko, co
dostała, ale powiadają, że nie dostała tyle, ile powinna. I tak myślałem
o tym wszystkim i jeszcze o tym, że ten psi syn, mój wuj, dostał już za
swoje. Bóg go pokarał i może to nie po chrześcijańsku w takich
okolicznościach się na niego boczyć. Pomyślałem, że go odwiedzę, ale nie
specjalnie po to tam pojechałem, tylko przy okazji. Bo listów od ciebie
nie było i do twoich pojechałem, zapytać, kiedy wrócisz, a potem wuja
odwiedziłem. Złożyłem kondolencje, powiedziałem, że u ciebie byłem, żeby
sobie nie myślał...
- A on co?
- A on cały w skowronkach, psiakrew... - Antek pokręcił głową. - Wódkę
od razu wyciągnął, na obiad zaprosił, sam nie wiedział, co wymyślić. A jak sobie przypomniałem, co kiedyś... - urwał, a Rozalia pokiwała głową.
- No to nieźle mu się odmieniło - przyznała.
- Tak. Jak nie on. Tak mnie namawiał, żebym został, że mi wszystko
zapisze, bo już nikogo na świecie nie ma. Rozpłakał się nawet... No, ale
się nie dziwię. Troje dzieci stracił...
Rozalia pokiwała głową.
Wuj Krotowicz był podłym człowiekiem, ale nawet on musiał mieć jakieś
uczucia, a śmierć trojga dzieci w krótkim czasie dla każdego musiała być
strasznym doświadczeniem.
- I po tym zamieszkałeś u niego?
- Tak. Na początku aż go nie poznawałem. Sam nie wiedział, co robić,
żebym został. Wszystko mi zapisał, ale w testamencie. Że dopiero po jego
śmierci coś dostanę.
- Pewnie się bał, że jak już teraz coś na ciebie przepisze, to go
puścisz z torbami.
- Tak... - Westchnął Antek. - Myślał, że jestem taki sam psi chwost bez
wstydu i sumienia, jak on. Ale potem zaczęło z niego wyłazić... Tuż
przed Popielcem powiedział mi parę słów za dużo, a ja mu na to, że po
niedzieli się pakuję i odchodzę, ale on w sobotę zachorował, no to go
nie zostawiłem. Nawet dwa tygodnie nie minęły, jak umarł.
- Influenza?
- Właśnie nie wiadomo. Może tyfus albo nawet cholera? Lekarz tak
powiedział, bo sprowadziłem lekarza, nawet trzy razy. Na początku mówił,
że influenza, a potem wyszło, że raczej tyfus albo nawet cholera...
Zmartwiłem się wtedy, bo jak powiedział, że influenza, to Honorkę
zatrudniłem, żeby go pielęgnowała.
- Honorkę od Ciszków?
- Tak. Ona przechorowała influenzę zaraz na początku, a potem
pielęgnowała innych, bo każdy się bał. Tak sobie dorabiała. Ale jak się
dowiedziała, że to mogła być cholera albo tyfus, to się wystraszyła...
Prosiła mnie, żebym Ciszkowej nie mówił, bo ją z domu wyrzuci. No i nie
powiedziałem i we wsi nie wiedzą, co to było... Ale ten lekarz też do
końca nie wiedział. Może to jednak też influenza? Kto tam to teraz wie?
- Ale ty się nie zaraziłeś?
- Nie. Ani Honorka, bo jak ten lekarz powiedział, że może cholera albo
tyfus, to też się bałem, że ona się zarazi albo ktoś od Ciszków, ale
nie. Dlatego myślę, że to nie było to. A lekarz może tak mówił, bo nie
chciał wuja brać do szpitala... Chociaż najpierw chciał i ja też bym go
wysłał, bo w szpitalu miałby lekarzy i leki, ale wuj się uparł, że nie.
Jak to stary człowiek. Oni uważają, że jak do szpitala, to stamtąd
prosto na cmentarz.
- To głupie - westchnęła Rozalia. - Tylu ludziom w szpitalach uratowano
życie.
Antek się z nią zgodził.
- Honorkę Ciszkowie od razu wysłali do szpitala. Żeby sami nie złapali
influenzy. Ale szybko wyzdrowiała. Tak samo Pietras...
- Pietras też zachorował?
Pietras, trochę młodszy od nich, był ich przyjacielem z dzieciństwa.
- Też. I nie wiem, czy ci napisali, że Pietras się ożenił z Hanką od
Golonki?
Rozalia popatrzyła na niego oczami jak spodki.
- Pietras z Hanką? Jak to?!
Pietras był synem ubogiej wdowy, która mieszkała w walącej się chacie, a wszystkie dzieci wysyłała na służbę, gdy tylko odrosły od ziemi. Pietras
był najstarszy i od małego pracował dla gospodarzy z Cichego Potoku. A Hanka była jedynaczką na prawie dwudziestu hektarach. Od małego
zadzierała nosa. Zadawała się z Lalką Paczółkówną i obie były
zarozumiałymi, wrednymi dziewuchami, znajdującymi przyjemność w dokuczaniu innym.
- Matka go ożeniła z tą Hanką - opowiadał Antek. - Cała szczęśliwa była,
jakby Pana Boga za nogi złapała, bo jej Golonka pomaga. Przehandlowała
Pietrasa. - Pokręcił głową ze zgorszeniem. - Szedł do ślubu jak na
ścięcie. Jeszcze zaraz przed chciał uciekać, to mu matka nagadała, że
ona tak się dla niego poświęciła, a on nie chce pomóc jej i rodzeństwu.
Rozalia słuchała tego zmartwiona.
- Przecież Pietras od małego pracował na nią i rodzeństwo - powiedziała
oburzona. - I za to jeszcze wydała go za tę cholerę? Hanka dalej taka
wredna?
- Jeszcze wredniejsza - odparł Antek. - Bez przerwy chodzi zła jak osa.
Pietras jej żałuje tego, po co chciała wyjść za niego - uśmiechnął się
kpiąco. - Bo dziewuchy za nim oczy wypatrywały, to Hanka pomyślała, że
on musi być jej, i przekonała starego, żeby jej go kupił. Wcale się
Pietrasowi nie dziwię, że jej unika. Każdy by unikał. We łbie ma
poprzewracane, cholera jedna. Ale cieszy się, że ma męża, bo teraz o mężów trudniej, po wojnie. U nas we wsi pięciu zginęło. Jaśka zabili,
słyszałaś?
- Naszego Jaśka?
Jasiek też był ich przyjacielem z dzieciństwa.
Antek przytaknął.
- Cesiek ze dwora też nie żyje - dodał.
Cesiek ze dwora był synem miejscowego dziedzica, Sołeckiego.
- Bohatersko zginął i Sołeckie medal dostały - opowiadał Antek. -
Pośmiertny. Powiesiły sobie ten medal i Ceśka portret na honorowym
miejscu, żeby każdy widział...
Rozalia dowiadywała się, co ostatnio wydarzyło się w jej rodzinnej wsi,
słuchając opowieści Antka, i rozpoznawała znajome widoki.
Wkrótce zobaczyła most nad Cichym Potokiem, a za nim las, za którym była
jej wieś.
- Tyle razy myślałam o tym miejscu - szepnęła.
- Tęskniłaś za domem?
Przytaknęła, ale się zawahała.
- Za tobą tęskniłam - powiedziała.
Pocałowali się, przejeżdżając przez most. A potem znowu, kiedy wjeżdżali
do lasu.
Antek rozejrzał się i spojrzał na nią figlarnie.
- Ja nic nie mówię, ale w lesie jesteśmy - zauważył wesoło. - I nikogo w okolicy...
Roześmiała się. Przystanęli i całowali się, nie zwracając uwagi na
zniecierpliwione konie, które prychały i co jakiś czas szarpały powozem.
Rozalia była szczęśliwa. Dawno nie czuła się tak wspaniale. Kręciło jej
się w głowie od tych wszystkich emocji i pieszczot Antka. Wszystkie
wątpliwości gdzieś uleciały. Była tylko ona i Antek, a wokół pachniał
las, śpiewały ptaki i świeciło wiosenne słońce.
Nie spieszyło im się do domu i nie wiadomo, kiedy ruszyliby dalej, gdyby
nie zobaczyli w oddali nadjeżdżającej furmanki. Antek gwizdnął na konie,
jedną ręką trzymając lejce, a drugą poprawiając ubranie. Rozalia
poprawiała swoje.
- Nie mam potarganych włosów? - spytała.
- Masz! - roześmiał się. - Schowaj pod kapeluszem.
Kapelusz zsunął jej się podczas pieszczot i teraz leżał obok.
- Powinnam była znaleźć jakąś chustkę - westchnęła, upinając włosy. -
Łatwiej by było, no i bardziej bym pasowała do wsi...
- Ty nigdy nie będziesz tam pasowała - przerwał jej. - I bardzo dobrze -
dodał.
Uśmiechnęli się do siebie.
Jako dzieci uświadomili sobie, że nie pasują do wsi, dlatego tak często
im się obrywa. Początkowo się tym martwili, ale odkąd oboje to wiedzieli
i uznali, że to ich połączyło, zaczęli być z tego w pewien sposób dumni.
Przez jakiś czas znów jechali, rozmawiając i trzymając dystans przed
furmanką. Mieli nadzieję, że skręci w boczną drogę do lasu, bo był to
prosty wóz drabiniasty.
Gdy wreszcie tak się stało, poczekali, aż zniknie z ich pola widzenia,
żeby mogli znowu oddać się pieszczotom, ale wtedy na horyzoncie widzieli
już wyjazd z lasu, za którym zaczynał się Cichy Potok, a na drodze przed
nimi pojawił się kolejny człowiek. Szedł piechotą, a raczej zdawał się
przemykać, trzymając się blisko drzew.
Siedzieli więc obok siebie w przyzwoitej odległości, a gdy mijali
przechodnia, Antek pozdrowił go, a on jego. Rozalia również się
ukłoniła, choć go nie rozpoznała. Z dala wyglądał na starszego od nich,
spod czapki wymykały mu się ciemne kosmyki przetykane siwizną, ale z bliska jego twarz wydała się Rozalii młodsza, niż się spodziewała.
- Kto to? - spytała cicho Antka, gdy tamten nieco się oddalił.
- Nie poznałaś Zająca?
- To Zając? - Rozalia mgliście go pamiętała. Był o dobre dziesięć lat
starszy od nich. Kiedy byli dzieciakami, Zając był młodzieńcem, za
którym oglądały się dziewczyny w jego wieku, a potem... Rozalia nawet
nie pamiętała, czy się ożenił, czy nie. Zawsze mieszkał z matką na
skraju lasu. - Nie poznałam go...
- Dziwny się zrobił po wojnie - powiedział Antek. - Przybrał sobie do
głowy - wyjaśnił. - Z niektórymi wojna porobiła takie rzeczy. Sam miałem
dwóch kolegów... jeden próbował się powiesić, a drugiego zamknęli w Kobierzynie, w tym szpitalu dla wariatów.
- I ten Zając też...?
- Nie gadałem z nim po wojnie - przyznał Antek. - Nigdy się za dobrze
nie znaliśmy, ale z tego, co widzę i co mówią we wsi, unika ludzi. No i stara go z domu wyrzuciła.
- Stara Zającowa?
Antek przytaknął.
- Własnego syna, jedynaka - dodał. - Nie wiem, co tam było, ale podobno
odkąd wrócił z wojny, nie wpuszcza go do domu. A wrócił tamtego lata.
Zamieszkał w szałasie, a przez zimę stara Zającowa pozwoliła mu spać w szopie i chyba dalej tam śpi. A w polu jej robi, ale może dlatego, że to
kiedyś jego będzie. Zającowa ma swoje lata i jest schorowana.
- To może ona ma coś z głową? - zastanowiła się Rozalia.
- Możliwe, chociaż te stare baby ciągle ją szanują. Tak po swojemu, jak
to one...
Pokiwała głową. Wiedziała, do czego zdolne są wiejskie plociuchy...
Zza drzew wynurzyły się znajome zabudowania Cichego Potoku. Antek
ściągnął lejce i ruszył w prawo, by wjechać na drogę prowadzącą na drugi
koniec wsi, gdzie stał dom Gawronów, ale Rozalia go powstrzymała.
- Moglibyśmy najpierw pojechać do ciebie? - spytała.
- Do mnie? - zdziwił się, a potem uśmiechnął łobuzersko.
Pokręciła głową.
- Chodzi mi o to, że zostawiłabym tam kufry. Wzięłabym tylko trochę
rzeczy.
Antek zawrócił i już jechali w stronę domu Krotowiczów, położonego
nieopodal lasu.
Minęli dom Gruzłów, przed którym siedziała Gruzłowa ze starą matką. Od
razu wyciągnęły szyje, patrząc, kto to jedzie, a gdy zobaczyły Rozalię,
już się podrywały z miejsca. Jednak Antek nawet nie zwolnił, oboje z Rozalią tylko je pozdrowili i już jechali dalej, mijając kobietę z dzieckiem na ręku i drugim, drepcącym obok. Obejrzała się i Rozalia
zobaczyła, że to Marysia od Gawłów, która była w jej wieku. Ledwie ją
poznała w zakrywającej włosy chustce i w zaawansowanej ciąży.
- Marysia wyszła za mąż! - szepnęła zaskoczona do Antka, który tylko
przytaknął.
Chwilę później, mijając dom Balickich, których córki chodziły z nią do
szkoły, zobaczyła na podwórku ich matkę w otoczeniu małych dzieci.
Wszystkie dziewczyny w jej wieku miały już dzieci, i to po kilkoro!
Będzie teraz wioskową starą panną, która powinna czym prędzej wyjść za
kogokolwiek, by jak najszybciej dołączyć do grona matek.
Z jakiegoś powodu przeraziło ją to, ale Antek znowu się z kimś witał.
Przed domem Borowiaków siedział Jasiek Borowiak, pozdrowił ich i Antek
zwolnił.
- To Rozalia? - zawołał Jasiek i przyjrzał się jej, osłaniając oczy od
słońca.
- Tak! - odpowiedziała, zastanawiając się, czemu Jasiek nie wstaje, żeby
podejść, dopóki nie zauważyła, że chłopak nie ma prawej nogi.
- Postrzelili go i dostał jakiegoś zakażenia... - Wyjaśnił Antek i urwał, by pozdrowić starszą kobietę, której staromodny kapelusz przykuł
uwagę Rozalii, bo kobiety z Cichego Potoku nosiły na głowach chustki.
Też ją pozdrowiła i przyjrzała się z niedowierzaniem.
- To Sołecka? - upewniła się. - Tak się postarzała?
- Śmierć Ceśka ją dobiła, no i obie z Marcyśką teraz cienko przędą.
Jakby na potwierdzenie tych słów ich oczom ukazał się dworek Sołeckich -
kiedyś elegancki, teraz wyraźnie podupadły. Fasady dawno nikt nie
odmalował, ogród pozarastał.
- Cesiek był, jaki był, ale miał łeb na karku i umiał gospodarzyć -
westchnął Antek. - Teraz, jak go zabrakło, Sołeckie sobie nie radzą.
Zastanawiam się, czy im pomóc nie trzeba, ale z drugiej strony mają
sporo ziemi, a tylu ludzi we wsi naprawdę nie ma co włożyć do gara po
tej wojnie. One przecież nie są biedne, tylko obie to takie panie
hrabianki, co grają na fortepianie, haftują i malują obrazki, ale że
trzeba zasiać, zebrać, zaorać, to żadna z nich nie wie. Marcyśka niby
męża szuka, ale ciągle coś znaleźć nie może. Żaden dla niej nie dość
dobry i ciągle jest panną, choć ma już ze trzydzieści lat. Księcia by
chciała, tylko jaki książę poleci na taką Marcyśkę? Im tam nie księcia
potrzeba, tylko dobrego gospodarza...
- A moje siostry? - spytała Rozalia. - Mają kawalerów?
- A gdzie?! - Prychnął. - Chociaż za Antosią się chłopaki oglądają, bo
śliczna z niej dziewczyna. Ale nie taka piękna jak ty - dodał szybko. -
No i Madzia się zapowiada, że też będzie ładna, ale to jeszcze dzieciak.
A Józka i Małgośka tak coś jakby nie mają powodzenia... - Zrobił
łobuzerską minę, bo Józka i Małgośka zalazły im za skórę.
- Dalej takie... - Rozalia nie wiedziała, jak to ująć. - Takie, jak
były?
Przytaknął, a Rozalii wcale to nie zaskoczyło. Wątpiła, by mogły się
zmienić.
- Pewnie dlatego nikt się nie rwie z oświadczynami - orzekł Antek. -
Józki sam bym się bał. Małgośki zresztą też, bo choć sama mniej groźna,
to zawsze wszędzie łazi z Józką.
Dom Krotowiczów też jakby podupadł w ciągu tych pięciu lat, kiedy
Rozalia go nie widziała. Była jednak pewna, że wkrótce doprowadzą go do
porządku.
- Tylu ludzi nas widziało, że teraz nie mamy wyjścia, musimy szybko
pojechać stąd do twoich - powiedział Antek, wjeżdżając na podwórko.
- No tak, będą gadać - westchnęła Rozalia. - Najlepiej, żebyśmy
przejechali tamtędy, co w tę stronę, żeby wszyscy wiedzieli, jak krótko
tu byliśmy. Tylko dom mi pokazałeś...
- I tak będą gadać! - Machnął ręką.
Wyciągnął większy kufer i zaniósł go do domu.
Rozalia chwyciła mniejszy, ale ją powstrzymał.
- Dajże spokój, ja ci zaniosę. Przecież ty za delikatna jesteś na takie
kufry.
To też ją wzruszyło i ujęło.
W drzwiach stanęła drobna, może trzynastoletnia dziewczynka i grzecznie
przywitała Rozalię.
- Pamiętasz Marynkę? - odezwał się Antek, wychodząc z domu po drugi
kufer. - Urosła, co nie?
- Tak. Aż jej nie poznałam - powiedziała Rozalia, choć nie przypominała
sobie tej dziewczynki.
Marynka uśmiechnęła się nieśmiało.
- Prowadzi mi teraz dom - oznajmił Antek. - Pracowita jest.
Rozalia ucieszyła się, że w domu jest ta Marynka, która może być kimś w rodzaju przyzwoitki. Bo przecież nikt nie robiłby nic zdrożnego przy
takiej młodej dziewczynce.
Rozalia zamierzała się przebrać i przepakować kufry, ale z przebrania
się zrezygnowała. Zbyt dużo osób ją widziało i zapewne zapamiętało, jak
była ubrana. Gdyby zobaczyli, że zmieniła strój u Antka, zaraz wzięliby
ją na języki.
Pozostawiła najlepsze rzeczy w większym kufrze, który w związku z tym
ledwie domknęła. W mniejszym umieściła te, które uznała za bardziej
stosowne na wieś, więc był w połowie pusty i stał się tak lekki, że sama
go podniosła. Antek jednak zaraz go jej odebrał.
Wracali drogą pod lasem, znowu pozdrawiając wszystkie mijane osoby.
- A to nie wasza Madzia? - spytał Antek, wskazując szczupłą młodą
dziewczynę z długim jasnym warkoczem w małym zagajniku przy drodze.
- Madzia? - powtórzyła Rozalia.
Gdy wyjeżdżała, Madzia miała dziewięć lat. Była najmłodsza, a Rozalia
najstarsza, więc od małego opiekowała się nią i traktowała ją trochę jak
swoje dziecko, nie kolejną siostrę. Gdy mieszkała w Hiszpanii, z całej
rodziny najbardziej brakowało jej Madzi i najchętniej pisała do niej,
choć w odpowiedzi dostawała rzadko przysyłane, krótkie i zwięzłe listy
Józki. Pełne błędów i informacji o tym, kto umarł, kto się ożenił (a dokładnie, która rówieśnica Rozalii wyszła za mąż) oraz co dokupiono do
inwentarza.
Dziewczyna z warkoczem zniknęła za drzewami i Rozalia nie mogła jej się
przyjrzeć.
- Wasza Madzia często u mnie bywa, bo się przyjaźni z moją Marynką -
powiedział Antek. - Nie chciałbym odprawiać Marynki, jak się pobierzemy
- dodał.
- Odprawiać? - powtórzyła, nie rozumiejąc, o co chodzi.
- No, jak się pobierzemy, to już będzie w domu gospodyni - wyjaśnił. -
Będzie komu się zająć domem. Ale szkoda mi tej małej. Ona jest od tej
Bobiny, pamiętasz? - Rozalia mgliście pamiętała. - Tam bieda aż piszczy
i od groma dzieciaków, a chłop jej nie żyje. Marynka jest najstarsza.
Wuj zgodził ją do domu, jak mu córki pomarły i takie chuchro z niej
było, że aż szkoda było patrzeć, więc jak umarł, to jej nie odprawiałem,
bo to dobre, pracowite dziecko. U mnie dobrze zje, posiedzi w cieple i już lepiej wygląda.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki