1
Henley wpatrywała się w kalendarz na biurku. To był jeden z optymistycznych kalendarzy. Na tle abstrakcyjnego wzoru w podstawowych barwach widniał ozdobny złoty napis: "Ciesz się każdą chwilą". Data odwzajemniła jej spojrzenie. Poniedziałek siedemnastego lutego. W tym dniu nie było nic szczególnego. Żadnych ważnych okazji ani nawet wizyty u dentysty. Zwykły dzień.
- Wszystko w porządku?
Doktor Isabelle Collins przerwała nalewanie zielonej herbaty ze szklanego dzbanka, bo Henley zwiesiła głowę między kolanami.
- Nic mi nie jest - odparła Henley. Zamknęła oczy i czekała, aż znajome, lecz nieprzyjemne uczucie minie.
- Na pewno?
- Nie mam tego cały czas. To nic nie oznacza.
- Wszystko coś oznacza. Chciałabyś mi powiedzieć, co takiego wyzwoliło to uczucie?
- Nie - powiedziała Henley, siadając prosto.
- Mówiłam ci wielokrotnie, że te sesje przynoszą zwykle najlepsze efekty, kiedy ze mną rozmawiasz - odpowiedziała doktor Collins i wróciła do nalewania herbaty do porcelanowej filiżanki. - Jest siódma czterdzieści trzy.
- A ty jesteś zawiedziona, że nie otworzyłam się w ciągu ostatnich dwunastu minut.
- Kiedy się na coś czeka, czas się dłuży, Anjelico.
- Boże, gadasz jak moja matka.
- Hm, wspominasz o niej po raz pierwszy od pięciu miesięcy. Prawdę mówiąc, to twoja najdłuższa wypowiedź w ciągu pierwszych piętnastu minut sesji.
- Myślałam, że powiedziałaś, że kiedy się na coś czeka, czas się dłuży.
- To prawda, ale w momencie, w którym przestajesz czekać, zwykle coś zaczyna się dziać. Powiedziałam ci podczas naszej pierwszej sesji, że nie mam zamiaru marnować czasu, ani twojego, ani swojego. Gdyby zależało mi na milczącym towarzystwie, kupiłabym sobie kota.
- Jesteś dziś trochę opryskliwa - zauważyła Henley, unosząc jedną brew.
Doktor Collins wzruszyła ramionami.
- Jak mówiłam. To ciągnie się już od pięciu miesięcy. Chcę móc z radością puścić cię w świat, wiedząc, że wykonałaś odpowiednią pracę, dotarłaś do miejsca, w którym jesteś w stanie zaakceptować to, co ci się przydarzyło, i żyć dalej bez obawy, że się załamiesz. Musisz zacząć szczerze rozmawiać o tym, co się stało, także o śmierci matki.
- To, że wspomniałam o mamie, wcale nie oznacza, że dojdzie teraz do nagłego wybuchu żalu - oznajmiła Henley. Powiodła palcem wzdłuż góry golfa i odciągnęła go od szyi.
- Nie proszę o lament i zgrzytanie zębami, ale chociaż o dostrzeżenie faktu, że niedługo minie rok od śmierci twojej matki.
- Jestem tego świadoma.
- I to cię nie martwi? Ta zimna obojętność?
- To nie jest obojętność. Nie potrafię odseparować się od matki, jakby to była sprawa, nad którą pracuję, ale potrafię wrzucić to do innej szufladki, żebym mogła w nocy spać.
- "To"? Fakt, że możesz spokojnie spać i że nie myślisz o niej w ciągu dnia, w tej chwili, w tym momencie. Odsuwasz ją od siebie.
Henley wpatrywała się w doktor Collins. Straciła rachubę tych chwil. Trudności, przed którymi nie była w stanie się bronić. Doktor Isabelle Collins nie uznawała delikatnego podejścia, z którego korzystał doktor Afzal, poprzedni terapeuta. Henley zniosła trzy sesje z doktorem Afzalem, a potem się poddała. Doktor Collins wsadzała kij w mrowisko, prowokowała, a później siadała wygodnie i patrzyła. Henley nadal nie wiedziała, czy traktowała w ten sposób wszystkich swoich pacjentów, czy też sama obecność Henley drażniła ją w co drugi poniedziałkowy ranek. Poruszyła się nerwowo na krześle i powstrzymała chęć ściągnięcia kurtki, mimo że doktor Collins zadbała, żeby temperatura w gabinecie była niemal tropikalna.
- Martwi mnie, że w dalszym ciągu nie jesteś gotowa rozmawiać o swojej matce ani o dawnym szefie, nadinspektorze Rhimesie - powiedziała doktor Collins.
- Nie muszę rozmawiać o Rhimesie i nie siedzę na tym krześle z powodu mamy - odparła Henley. - Wiem, gdzie ona jest. Znajduje się w dębowej trumnie pod ziemią na cmentarzu w Brockley. Na parceli o numerze 19R5QA.
- Ale nie wiesz, gdzie jest Olivier.
Henley zesztywniała na dźwięk tego nazwiska. Zrobiła, co mogła, żeby wymazać z pamięci człowieka, który nie raz, lecz dwa razy próbował dodać ją do długiej listy zamordowanych przez siebie osób. Henley poświęciła zdecydowanie za dużo energii na próbę przekonania siebie, że Peter Olivier nie żyje i że nie może zrobić jej krzywdy, ale bywały dni, kiedy mogłaby przysiąc, że czuje jego oddech na karku.
- Wiem, że już to przerabiałyśmy, ale minęło pięć miesięcy. Tak na logikę, co podpowiada ci rozum? Wyobraź sobie, że rozmawiasz z rodziną ofiary.
Supły w barkach Henley zacisnęły się mocniej. Zrobiła wdech i wróciła myślami do tego, co Pellacia, jej szef i były kochanek, powiedział na szpitalnym łóżku.
- Powiedziałabym jej, że nikt nie przeżyłby tamtej wody - oświadczyła Henley. - On już był ranny, zanim ja w ogóle... zanim mnie zaatakował.
- Ale mimo to masz wciąż wątpliwości co do jego śmierci?
- Nie mam wątpliwości.
- Powiedziałaś swojemu mężowi, że Olivier nie żyje.
- Bo musiałam mu tak powiedzieć. W czym pomogłoby nam jego przekonanie, że Olivier jest wciąż na wolności?
- A w jaki sposób tobie ono pomaga?
- Co masz na myśli?
- Nadal nie odpuściłaś, Anjelico. Dopóki trzymasz się myśli, że Olivier nadal żyje, dopóty w twoim życiu nie będzie miejsca na nic innego.
- Może łatwiej byłoby mi odpuścić, gdybym zobaczyła Oliviera porąbanego na kawałki, z wnętrznościami rozwleczonymi po dywanie, jak jego naśladowcę, Dominica Pine'a, ale tak się nie stało.
Niewzruszona doktor Collins wyciągnęła notes w twardej oprawie, który wcisnęła wcześniej z boku fotela, i go otworzyła.
- Przepisałam ci w zeszłym miesiącu małą dawkę zopiklonu. Lekarstwo nie pomaga? - zapytała.
- Ależ pomaga, i to jak - powiedziała Henley. - Ścina mnie z nóg, ale po przebudzeniu nie mogę normalnie funkcjonować. Czuję się tak, jakbym poruszała się we mgle.
- Chcesz mi w ten sposób powiedzieć, że przestałaś je brać?
- Muszę wywiązywać się ze swoich obowiązków.
- A jakie to obowiązki? Żony, matki czy policjantki?
Henley poczuła zalewającą ją falę wściekłości.
- Czy to krytyka? Czy sugerujesz, że przedkładam pracę zawodową nad... obowiązki domowe?
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie za ciebie. Może to będzie twoje zadanie domowe? Szczerze odpowiedz sobie na pytanie, czego chcesz.
- Wiem, czego chcę. Chcę móc budzić się rano bez wrażenia, że ktoś miażdży mi klatkę piersiową. Chcę nie kończyć dnia jako emocjonalny wrak.
- Tak się nie stanie, póki wreszcie nie zdecydujesz, z czym naprawdę musisz się uporać. Olivier jest czynnikiem zapalnym, ale obie wiemy, że problem leży głębiej.
*
Zaczął padać śnieg. Henley zapięła kurtkę pod samą brodę i naciągnęła mocno czapkę na uszy. Wyszła z przerobionego magazynu na Shad Thames, gdzie mieszkała i pracowała doktor Isabelle Collins, wprost na brukowaną ulicę śliską od czarnego lodu. Z żelaznych rusztowań łączących budynki po obu stronach ulicy zwisały niebezpiecznie sople. Henley zbeształa się w drodze do samochodu. To ona poprosiła o pomoc. Wręczyła Robowi pomiętą wizytówkę doktor Collins i błagała, żeby umówił ją na spotkanie, które sama dwukrotnie odwoływała. Obiecywała sobie, że obnaży duszę, wmawiała sobie, że łatwiej jej będzie rozmawiać z kimś, kto nie był z nią w żaden sposób związany. Ale w chwili, w której zasiadła na bladozielonej kanapie, zamknęła się w sobie, rozlewając gorącą kawę z przepełnionej filiżanki na pokrytą bliznami skórę prawej dłoni. Henley czuła się jak oszustka.
- Hej. Niech się pan odsunie - zawołała Henley, zauważając, że do jej samochodu podchodzi parkingowy. Chciała podbiec, ale musiała się zatrzymać i złapać latarni, żeby nie stracić równowagi na oblodzonym chodniku.
- Miejsca parkingowe tylko dla mieszkańców - oznajmił funkcjonariusz i wyciągnął podręczny komputer.
- Nie po tej stronie ulicy. Chłopie, nie zaczynaj ze mną - powiedziała Henley. Doszła do samochodu i wyciągnęła z kieszeni kluczyki. - Kontrola parkowania zaczyna się o wpół do dziewiątej, a jest dopiero... - Sprawdziła godzinę w telefonie. - Ósma dwadzieścia dziewięć. Niech się pan usunie.
Pohamowała chęć machnięcia funkcjonariuszowi przed nosem legitymacją służbową, gdy z ociąganiem się cofnął. Otworzyła drzwi samochodu. Uruchomiła silnik i zaczekała, aż auto się rozgrzeje. Śnieg padał na przednią szybę, na chodniku zaczęli pojawiać się ludzie niechętnie zmierzający do pracy w centrum, ona zaś pojechała do Wydziału Przestępstw Seryjnych.