Ciche zwycięstwo. Amerykańska wojna podwodna przeciwko Japonii - Clay Blair

-
Proszę czekać

PODZIĘ­KO­WA­NIA

Podzię­ko­wa­nia

Nie­zli­czeni ludzie na wiele spo­so­bów poma­gali mi w pisa­niu tej książki. Chciał­bym podzię­ko­wać:

Mar­cowi Jaffe, dyrek­to­rowi do spraw wydaw­ni­czych wydaw­nic­twa Ban­tam Books. To on wymy­ślił tę książkę. Kiedy rodziła się i roz­wi­jała, obra­sta­jąc w strony, wątki i kom­pli­ka­cje, bez ustanku zachę­cał wszyst­kich do wytrwa­nia i poma­gał cen­nymi radami.

Mojej żonie, Joan, która pra­co­wała ze mną ramię w ramię, prze­ko­pu­jąc się przez archiwa i biblio­teki w całych Sta­nach Zjed­no­czo­nych, poma­ga­jąc w prze­pro­wa­dza­niu wywia­dów, prze­pi­su­jąc te wywiady z taśmy na papier i two­rząc indeks zagad­nień w nich poru­sza­nych, dwu­krot­nie prze­pi­su­jąc cały tekst, zesta­wiła kalen­da­rium patroli i inne załącz­niki, poma­gała mi pro­wa­dzić kore­spon­den­cję i wyko­ny­wała setki innych zadań. Bez jej współ­pracy i nie­złom­nej wiary w powo­dze­nie, którą wspie­rała mnie przez trzy lata pisa­nia tej książki, zapewne ni­gdy by ona nie powstała.

Peg Came­ron i Janet Baker, redak­tor­kom z Lip­pin­cott, za ich bły­sko­tliwą, upartą, roz­ważną i kon­kretną pracę.

Wielu ludziom Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych, poczy­na­jąc od kie­row­nika jej działu histo­rycz­nego, wice­ad­mi­rała w st. spocz. Edwina Bich­forda Hoopera. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia należą się dok­to­rowi Deanowi C. Allar­dowi, kie­row­ni­kowi Archi­wum Ope­ra­cyj­nego Mary­narki Wojen­nej i jego asy­sten­tom, zwłasz­cza pani Kathe­rine Lloyd, W.B. Gre­en­wo­odowi z Biblio­teki Mary­narki Wojen­nej i kmdr por. R.E. Hur­dowi z Biura Histo­rii Okrę­tów. Rów­nie gorące podzię­ko­wa­nia kie­ruję do Tho­masa J. Steb­binsa, dyrek­tora Biblio­teki i Muzeum Sił Pod­wod­nych w bazie okrę­tów pod­wod­nych New Lon­don, w Gro­ton, w sta­nie Con­nec­ti­cut, oraz do Ber­nar­dine Kim­mer­ling, Betty W. Shir­ley i Judy L. Par­ker z Działu Bio­gra­fii Biura Infor­ma­cji Depar­ta­mentu Mary­narki Wojen­nej, a także do kmdr Rogera Pineau, zaprzy­jaź­nio­nego histo­ryka mary­ni­sty, dyrek­tora Muzeum Mary­narki Wojen­nej.

Nie mniej gorąco dzię­kuję innemu memu przy­ja­cie­lowi, histo­ry­kowi i wybit­nemu pod­wod­ni­kowi, kmdr w sta­nie spo­czynku Edwar­dowi L. Beachowi. W trak­cie pisa­nia tej książki koman­dor Beach udzie­lił dwóch dłu­gich i bar­dzo pomoc­nych wywia­dów, potem wie­lo­krot­nie udzie­lał jesz­cze wyczer­pu­ją­cych odpo­wie­dzi na mnó­stwo pytań i w końcu z wła­snej ini­cja­tywy wziął na sie­bie czy­ta­nie maszy­no­pisu książki, kiedy ta wresz­cie powstała. To wielce odpo­wie­dzialne i olbrzy­mie zada­nie wyko­nał szybko, spraw­nie i bar­dzo wni­kli­wie, odnaj­du­jąc wiele pomy­łek i błę­dów, pod­wa­ża­jąc wiele z moich sądów i suge­ru­jąc poprawki.

Poza Beachem wiele zawdzię­czam dowód­com i mary­na­rzom z okrę­tów pod­wod­nych, któ­rzy udzie­lali wywia­dów i odpo­wia­dali na liczne pyta­nia - bez ich współ­pracy ta książka także by nie powstała. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia w tej gru­pie należą się wice­ad­mi­ra­łowi w st. spocz. Ral­phowi W. Chri­stiemu. Jego i innych wete­ra­nów pod­wod­nej wojny wkład w powsta­nie tej książki został opi­sany w spi­sie źró­deł, zamiesz­czo­nym na końcu.

I w końcu chciał­bym także podzię­ko­wać tym, któ­rzy przy­czy­nili się do powsta­nia tej książki w inny spo­sób, niż swo­imi rela­cjami i poszu­ki­wa­niem źró­deł. Należą do nich: Wil­liam R. Ander­son, były kon­gres­man z Ten­nes­see i per­so­nel jego biura, a zwłasz­cza Al Wise i Judy Mil­ler; Julie i Ted Drury; Linda i Geo­rge Hen­sha­wo­wie; Iola i Elmer Hint­zo­wie; DuBos i Tre­vor Arm­bri­ste­ro­wie z Waszyng­tonu; Mary­belle i Don Schan­che z Larch­mont w st. Nowy Jork; Bar­bara i Zen Yon­ko­vi­go­wie z Gre­en­wich, w st. Con­nec­ti­cut; Susie i Tad Rutledge z Lake Bluff w st. Illi­nois; dr John Shields i Anne Rutledge Shields z Spring­field w st. Illi­nois; kpt. Wil­liam Caul­dwell z Sił Powietrz­nych USA i Jean Caul­dwell z Yuba City w Kali­for­nii; Ele­anor i Fre­de­rick Sher­ma­no­wie, oraz pani Eve­lyn Watt z Key Biscayne na Flo­ry­dzie i Hank Wal­ker z Miami.

Clay Blair, Jr. Waszyng­ton-Key Biscayne, 1970-1974

WSTĘP

Wstęp

Pod­czas toczo­nej w latach 1941-1945 na Oce­anie Spo­koj­nym wojny mor­skiej pomię­dzy Sta­nami Zjed­no­czo­nymi Ame­ryki a Cesar­stwem Japo­nii toczyła się jesz­cze jedna, dużo mniej znana wojna, będąca ważną czę­ścią skła­dową tam­tej: ame­ry­kań­ska ofen­sywa pod­wodna prze­ciw japoń­skiej flo­cie han­dlo­wej i mary­narce wojen­nej. Garstka pod­wod­ni­ków na pokła­dach nie­wiel­kiej sto­sun­kowo liczby okrę­tów pod­wod­nych odbyła ponad 1600 patroli bojo­wych, zata­pia­jąc ponad 1000 japoń­skich stat­ków i zada­jąc poważne straty Cesar­skiej Mary­narce Wojen­nej, zata­pia­jąc jeden pan­cer­nik, osiem lot­ni­skow­ców, trzy krą­żow­niki cięż­kie i osiem lek­kich.

Mary­narka han­dlowa była nie­odzowna dla utrzy­ma­nia poten­cjału eko­no­micz­nego i wojen­nego wyspiar­skiego pań­stwa, takiego jak Japo­nia. Jej flota han­dlowa przy­wo­ziła wszyst­kie surowce, któ­rych natura kra­jowi poską­piła: ropę naf­tową, rudę żelaza, węgiel, bok­syty, kau­czuk i żyw­ność, a wywo­ziła to, co nie­zbędne dla funk­cjo­no­wa­nia machiny wojen­nej: broń, amu­ni­cję, samo­loty i woj­ska, które wzmac­niały gar­ni­zony oku­po­wa­nych tery­to­riów. Kiedy okrę­tom pod­wod­nym udało się ten ruch w obie strony ukró­cić, los Japo­nii został przy­pie­czę­to­wany.

Po odzy­ska­niu przez Ame­ry­ka­nów Guam i Saj­panu latem 1944 roku, okręty pod­wodne z prze­nie­sio­nych tam baz usta­no­wiły rze­czy­wi­stą blo­kadę mor­ską Japo­nii. Nie­liczne jedy­nie japoń­skie statki i okręty zdo­łały się przez nią prze­śli­znąć nie­ata­ko­wane, więk­szość tych, które tego pró­bo­wały, zostało zato­pio­nych. Po krót­kim cza­sie Japoń­czycy nie mieli już mazutu dla swo­ich okrę­tów, ben­zyny dla samo­lo­tów, cię­ża­ró­wek i samo­cho­dów, stali, alu­mi­nium i innych metali dla prze­my­słu, bra­ko­wało żyw­no­ści dla licz­nej lud­no­ści. Po woj­nie, kiedy ujaw­niono dane na temat roz­ma­chu i sku­tecz­no­ści tej blo­kady, wielu eks­per­tów orze­kło, że oku­pione krwa­wymi stra­tami ame­ry­kań­skie inwa­zje na wyspy Palau, Fili­piny, Iwo Jimę, Oki­nawę oraz pro­wa­dzące do rzezi cywil­nej lud­no­ści bom­bar­do­wa­nie japoń­skich miast bom­bami zapa­la­ją­cymi i ato­mo­wymi, oka­zały się cał­ko­wi­cie nie­po­trzebne. Twier­dzili, że pomimo fana­tycz­nych rojeń o walce do ostat­niego Japoń­czyka, które żywili nie­któ­rzy z rzą­dzą­cych, sama tylko pod­wodna blo­kada dopro­wa­dzi­łaby osta­tecz­nie i nie­odwo­łal­nie do klę­ski Japo­nii.

Pro­wa­dząc tę pod­wodną wojnę, Ame­ry­ka­nie korzy­stali z taj­nej broni: od 1941 do 1945 roku kryp­to­lo­dzy Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych byli w sta­nie prze­chwy­ty­wać i odczy­ty­wać japoń­skie depe­sze. Napływ ści­słych infor­ma­cji o datach wypły­nię­cia, kur­sach, pręd­ko­ści oraz mar­szru­tach więk­szo­ści japoń­skich kon­wo­jów i zespo­łów okrę­tów, otrzy­my­wa­nych w ten spo­sób, pozwa­lał dowód­com ame­ry­kań­skiej broni pod­wod­nej kie­ro­wać swoje okręty na wła­ściwe pozy­cje i tam cze­kać, aż cele same poja­wią się w ich pery­sko­pach. Nikt wpraw­dzie nie prze­pro­wa­dził dotąd ści­słych badań na ten temat, ale wydaje się, że ponad połowa zato­pień jed­no­stek japoń­skich w cza­sie wojny jest zasługą wła­śnie tych infor­ma­cji. Japoń­czycy do samego końca wojny nie zda­wali sobie sprawy z tej prze­wagi prze­ciw­nika.

Nawet pomimo tego, nie było to wcale łatwe zwy­cię­stwo. Zanim doszło do ataku na Pearl Har­bor, Stany Zjed­no­czone pod­pi­sały i raty­fi­ko­wały różne trak­taty mię­dzy­na­ro­dowe, w któ­rych zobo­wią­zy­wały się nie brać udziału w "nie­ogra­ni­czo­nej woj­nie pod­wod­nej", to zna­czy powstrzy­mać się od ata­ko­wa­nia stat­ków han­dlo­wych bez ostrze­że­nia. W cza­sie pokoju cały roz­wój poszedł w kie­runku dużych okrę­tów pod­wod­nych, które miały się stać czę­ścią wiel­kich zespo­łów nawod­nych, a tak­tyka kon­cen­tro­wała się na ata­kach na wiel­kie jed­nostki nawodne prze­ciw­nika. Po 7 grud­nia 1941 roku Stany Zjed­no­czone porzu­ciły jed­nak te szla­chetne mrzonki i naka­zały swoim siłom pod­wod­nym roz­po­czę­cie wła­śnie dokład­nie takiej nie­ogra­ni­czo­nej wojny pod­wod­nej, któ­rej im przez lata zabra­niały. Szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści wiel­kie oce­aniczne okręty pod­wodne oka­zały się ide­al­nym narzę­dziem do pro­wa­dze­nia tego rodzaju walki. Sama zmiana jed­nak zasko­czyła zarówno stra­te­gów, jak i tak­ty­ków broni pod­wod­nej, więc minęło wiele mie­sięcy, zanim siły pod­wodne opa­no­wały zupeł­nie nowe dla nich zada­nia.

Prócz tego były jesz­cze inne trud­no­ści. Ćwi­cze­nia w cza­sie pokoju, pro­wa­dzone w sztucz­nych i cał­ko­wi­cie ode­rwa­nych od realiów warun­kach, na pod­sta­wie bra­nych z sufitu zało­żeń, dopro­wa­dziły do prze­ko­na­nia, że samo­lot, hydro­lo­ka­tor okrę­towy i bomby głę­bi­nowe są w każ­dej potyczce śmier­tel­nym zagro­że­niem dla okrętu pod­wod­nego, który w star­ciu z siłami nawod­nymi jest bez szans i staje się bez­wolną ofiarą na ich łasce. Takie prze­ko­na­nie dopro­wa­dziło do selek­cji nega­tyw­nej na sta­no­wi­skach dowód­czych i pozo­sta­wie­nia na nich tylko dowód­ców odzna­cza­ją­cych się nad­mierną ostroż­no­ścią. Ci uwa­żali, że jedyne szanse prze­ży­cia daje atak z dużej głę­bo­ko­ści, według danych bojo­wych wypra­co­wa­nych na pod­sta­wie namia­rów sta­cji hydro­lo­ka­cyj­nej. Takie pod­stawy pod­wod­nej tak­tyki dru­giej wojny świa­to­wej, jak dzienne i nocne ataki z pery­sko­pem, czy nocny atak z powierzchni uwa­żano za prak­tyki samo­bój­cze, podob­nie jak w ogóle prze­by­wa­nie okrętu pod­wod­nego w pro­mie­niu 500 mil mor­skich Mm od baz lot­ni­czych prze­ciw­nika. Zbyt wiele mie­sięcy minęło, zanim odkryto, jak dale­kie od rze­czy­wi­sto­ści są takie kon­cep­cje i pozbyto się tych szko­dli­wych nawy­ków.

Pro­mo­wa­nie ostroż­no­ści w cza­sie poko­jo­wych ćwi­czeń dopro­wa­dziło w począt­ko­wym okre­sie wojny do poważ­nych pro­ble­mów kadro­wych. Przez cały czas pokoju tępiono odważ­nych, pomy­sło­wych dowód­ców, goto­wych podej­mo­wać ryzyko. W razie odkry­cia jakich­kol­wiek odejść od sztyw­nych reguł "walki" w cza­sie ćwi­czeń, karano ich surowo, pro­mu­jąc kon­ser­wa­tyw­nych wyznaw­ców bez­względ­nego posłu­szeń­stwa, któ­rzy zawsze mieli wszyst­kie papierki w porządku. Kiedy zaczęła się wojna, więk­szość z nich zupeł­nie się nie spraw­dziła. W ciągu pierw­szych 18 mie­sięcy wojny kil­ku­dzie­się­ciu dowód­ców trzeba było zwol­nić za "brak agre­syw­nego ducha bojo­wego", co dla wielu było kata­strofą, zarówno w sen­sie oso­bi­stym, jak i dla ich dal­szej kariery. Zastę­po­wano ich mło­dymi, rzut­kimi ryzy­kan­tami, któ­rzy w cza­sach pokoju ni­gdy by nie mieli szansy na dowódz­two. Ta zmiana poko­le­niowa na sta­no­wi­skach dowód­czych trwała jed­nak zbyt długo i utra­cono przez to wiele oka­zji do zada­nia nie­przy­ja­cie­lowi jesz­cze więk­szych strat.

Błędy w obsa­dzie sta­no­wisk dowód­czych nie ogra­ni­czały się nie­stety do szcze­bla dowód­ców okrę­tów. Kiedy wybu­chła wojna, siłami pod­wod­nymi dowo­dzili ofi­ce­ro­wie, któ­rzy dostali się tam w ten sam spo­sób, co dowódcy okrę­tów - uni­ka­jąc ryzyka i nie pró­bu­jąc nawet poznać poten­cjału broni pod­wod­nej, którą dys­po­no­wali. Ludzie ci sto­so­wali na­dal podej­ście z cza­sów pokoju: "do dia­bła z zato­pie­niami, przy­pro­wadź okręt z powro­tem". Nie potra­fili też sta­wić czoło prze­ło­żo­nym z floty nawod­nej, któ­rzy roz­pro­szyli siły floty pod­wod­nej i mar­no­tra­wili je, przy­dzie­la­jąc do wyko­ny­wa­nia bez­owoc­nych, dru­go­rzęd­nych zadań. Musiało minąć pół­tora roku, zanim wresz­cie zdo­łano roz­wią­zać te pro­blemy w dowódz­twie i na naj­wyż­szych sta­no­wiskach w broni pod­wod­nej zna­leźli się wresz­cie ludzie, któ­rzy rozu­mieli jej spe­cy­fikę, wie­dzieli, jak jej naj­sku­tecz­niej użyć i nie oba­wiali się swego zda­nia wyra­żać i bro­nić.

Suk­ces kryp­to­lo­gów oka­zał się bro­nią obo­sieczną. Z jed­nej strony dostar­czał dosko­na­łych infor­ma­cji o ruchach i sile prze­ciw­nika, z dru­giej jed­nak dowód­ców zbyt czę­sto pono­siła chęć zyska­nia dzięki nim chwały. Dys­po­nu­jąc tak wspa­nia­łymi infor­ma­cjami, ule­gali poku­sie kon­cen­tro­wa­nia swych wysił­ków na ści­ga­niu "gru­bego zwie­rza" - pan­cer­ni­ków, lot­ni­skow­ców i krą­żow­ni­ków. Ich zato­pie­nia wyglą­dały w depe­szach o niebo lepiej, niż nawet dzie­siątki tysięcy ton reje­stro­wych tonażu floty han­dlo­wej, które były o wiele waż­niej­sze dla osta­tecz­nego zwy­cię­stwa. Bar­dzo czę­sto zda­rzało się, że dowód­ców odry­wano od zwal­cza­nia żeglugi, by mar­no­wali paliwo i czas, goniąc we wska­zane w depe­szach miej­sca tylko po to, by prze­ko­nać się, że na sku­tek pomyłki nawi­ga­cyj­nej - wła­snej, lub Japoń­czy­ków - mogli jedy­nie z daleka obej­rzeć zni­ka­jące z dużą pręd­ko­ścią za hory­zon­tem łakome kąski. Minęły mie­siące, nim dowódcy floty wresz­cie zro­zu­mieli, że utrata japoń­skiego zbior­ni­kowca, powol­niej­szego, nie­uzbro­jo­nego i o niebo łatwiej­szego do odna­le­zie­nia i zato­pie­nia, szko­dzi zdol­no­ści bojo­wej Japo­nii znacz­nie bar­dziej niż lek­kiego krą­żow­nika o porów­ny­wal­nym tonażu.

Jakby tego było mało, ame­ry­kań­skie siły pod­wodne znacz­nie ucier­piały na sku­tek wadli­wych tor­ped. Skon­stru­owano je w cza­sie pokoju i ni­gdy nie pod­dano reali­stycz­nym pró­bom w warun­kach bojo­wych, a mimo to wpa­jano pod­wod­ni­kom, że to jedna z naj­po­tęż­niej­szych broni prze­ciw­o­krę­to­wych, jakie powstały w histo­rii wojen mor­skich. Tor­peda ta zaopa­trzona była w dwa zapal­niki - zwy­kły, kon­tak­towy, któ­rzy miał powo­do­wać wybuch gło­wicy bojo­wej w razie ude­rze­nia w burtę wro­giego okrętu i tajny, oto­czony aurą "cudow­nej broni" zapal­nik magne­tyczny, który deto­no­wał ją w chwili, w któ­rej prze­pły­wała pod kilem ata­ko­wa­nej jed­nostki. W odróż­nie­niu od wybu­chu spo­wo­do­wa­nego zapal­nikiem kon­tak­towym, na nie­wiel­kiej głę­bo­ko­ści, gdy część ener­gii wybu­chu roz­pra­szała się wyrzu­ca­jąc w górę słup wody lub w spe­cjal­nie zapro­jek­to­wa­nych komo­rach roz­pra­sza­ją­cych (tzw. bąblach przeciwtor­pedowych) chro­nią­cych boczny pan­cerz jed­nostki, deto­na­cJa­pod stępką wywo­ły­wała falę ude­rze­niową, ude­rza­jącą z całą siłą w nie­osło­niętą pan­cerzem część struk­tury, powo­du­jąc znacz­nie poważ­niej­sze uszko­dze­nia, do zła­ma­nia stępki i w następ­stwie prze­ła­ma­nia kadłuba włącz­nie. Kiedy zaczęła się wojna, pod­wod­nicy prze­ko­nali się na wła­snej skó­rze, że tor­peda nie utrzy­my­wała jed­nak usta­wio­nej przed odpa­le­niem głę­bo­ko­ści i czę­sto pły­nęła znacz­nie głę­biej - zbyt głę­boko, by magne­tyczny zapal­nik mógł zadzia­łać, nie mówiąc o wywo­ła­niu prze­wi­dzia­nych uszko­dzeń. Kiedy w końcu popra­wiono ten defekt, oka­zało się, że z kolei sam zapal­nik magne­tyczny też jest wadliwy i czę­sto pro­wa­dzi do przed­wcze­snego odpa­le­nia gło­wicy, zanim ta dotrze w pobliże celu. Zde­cy­do­wano się wów­czas odłą­czyć zapal­nik magne­tyczny do czasu usu­nię­cia wad i opie­rać się na spraw­dzo­nym przez lata, jak się wyda­wało, zapal­niku kon­tak­towym. Szybko oka­zało się jed­nak, że ten rów­nież został wadli­wie skon­stru­owany. Każda z tych wad wyda­wała się odkryw­com osta­teczną, po któ­rej usu­nię­ciu wszystko będzie już wspa­niale, a oka­zy­wało się, że jedy­nie kryje następne usterki. Trzeba było aż dwu­dzie­stu jeden mie­sięcy od ataku na Pearl Har­bor, by dopiero we wrze­śniu 1943 roku zajęto się wresz­cie na poważ­nie tor­pedami i usu­nięto ich wady, zamiast zrzu­cać odpo­wie­dzial­ność za ich wady na ludzi, któ­rzy musieli ich uży­wać w walce.

Gdyby nie kło­poty per­so­nalne, błędne kon­cep­cje tak­tyczne i wady tech­niczne, wojna mor­ska na Pacy­fiku mogłaby od początku przy­jąć zupeł­nie inny obrót. Gdyby okrę­tów pod­wod­nych z dobrze dzia­ła­ją­cymi tor­pe­dami uży­wać w odpo­wiedni spo­sób od samego początku, być może uda­łoby się nawet zapo­biec japoń­skim inwa­zjom na Holen­der­skie Indie Wschod­nie i Fili­piny. Dowódcy uskrzy­dleni serią suk­ce­sów i zato­pień w ata­kach tor­pe­do­wych, a nie jak w rze­czy­wi­sto­ści zdez­o­rien­to­wani i przy­bici nie­wy­bu­chami tor­ped wystrze­li­wa­nych z pew­nych, stu­pro­cen­to­wych pozy­cji, mogliby zadać japoń­skiej flo­cie obez­wład­nia­jące ciosy dużo wcze­śniej. Wojna na Pacy­fiku byłaby wtedy krót­sza o wiele mie­sięcy.

1. Droga ku woj­nie

1

Droga ku woj­nie

Powsta­nie okrętu pod­wod­nego

Od wie­ków teo­re­tycy woj­sko­wo­ści doce­niali dwie zasad­ni­cze zalety okrę­tów pod­wod­nych: moż­li­wość doko­na­nia ataku z zasko­cze­nia i rela­tyw­nie duże szanse na wyco­fa­nie się z miej­sca ataku. Odkąd Archi­me­des ogło­sił prawa rzą­dzące zacho­wa­niem ciała w cie­czy, ludzie pró­bo­wali budo­wać prze­różne pojazdy pod­wodne - dla celów wojen­nych, wydo­by­cia bogactw czy wresz­cie zwy­kłej roz­rywki. Do 1775 roku nikomu jed­nak nie udało się zbudo­wać pojazdu pod­wodnego zdol­nego do pro­wa­dze­nia dzia­łań bojo­wych. Czło­wie­kiem, który tego doko­nał, był zbun­to­wany pod­dany bry­tyj­ski z kolo­nii w Ame­ryce, David Bush­nell, który w cza­sie ame­ry­kań­skiej wojny o nie­pod­le­głość zamie­rzał zato­pić bry­tyj­skie okręty wojenne sto­jące na kotwicy w Zatoce Nowo­jor­skiej.

Pry­mi­tywny okręt Bush­nella, Tur­tle, był jed­no­oso­bową komorą nur­kową o ręcz­nym napę­dzie, przy­po­mi­na­jącą na pierw­szy rzut oka słynne sto­jące jajko Kolumba. Obsłu­gu­jący go śmia­łek miał za zada­nie wkrę­cić w dno wro­giego okrętu hak, powie­sić na nim minę i zapa­lić lont. Lont miał być takiej dłu­go­ści, żeby napę­dzany obra­caną ręcz­nie śrubą Archi­me­desa "okręt pod­wodny" zdo­łał się odda­lić na bez­pieczną odle­głość. Ame­ry­ka­nie trzy razy spusz­czali na wodę swą tajną broń, ata­ku­jąc mię­dzy innymi fla­gowy okręt admi­rała lorda Howe'a, HMS Eagle. Nie­stety, za każ­dym razem coś szło nie tak i Tur­tle nie odniósł żad­nego suk­cesu. Mimo to Jerzy Washing­ton przy­znał, że "był to wysi­łek geniu­sza".

Kolejny Ame­ry­ka­nin w histo­rii okrętu pod­wod­nego to Robert Ful­ton, znany raczej dzięki swym parow­com. W 1800 roku skon­stru­ował bojowy okręt pod­wodny z ręcz­nym napę­dem, więk­szy i znacz­nie bar­dziej wyra­fi­no­wany tech­nicz­nie od Tur­tle. Tyle że Stany Zjed­no­czone były już nie­pod­le­głe, nie pro­wa­dziły wojny i nie były nim zain­te­re­so­wane. Ful­ton wyru­szył więc na poszu­ki­wa­nie fun­du­szy do roz­dzie­ra­nej woj­nami Europy. Tu rzu­cił się w wir mię­dzy­na­ro­do­wych intryg. We Fran­cji zdo­łał namó­wić Napo­le­ona do sfi­nan­so­wa­nia budowy pro­to­typu, zwa­nego Nauti­lu­sem. Pod­czas demon­stra­cji Ful­ton odważ­nie zaata­ko­wał hulk i wysa­dził go w powie­trze. Napo­leon uznał jed­nak, że okręt pod­wodny to broń skry­to­bój­cza, nie­godna czło­wieka honoru i on nie będzie kupo­wał cze­goś tak potwor­nego. W rze­czy­wi­sto­ści cho­dziło raczej o to, żeby prze­jąć okręt Ful­tona, nie pła­cąc mu ani gro­sza, a potem go sko­pio­wać. Cesarz Fran­cu­zów nie doce­nił jed­nak wyna­lazcy, który przej­rzał jego grę i znisz­czył Nauti­lusa, zanim wyje­chał z kraju.

Ponie­waż nie miał już czego szu­kać w opa­no­wa­nej przez Napo­le­ona Euro­pie kon­ty­nen­tal­nej, kroki swe skie­ro­wał do Lon­dynu. Tu zyskał zain­te­re­so­wa­nie pre­miera Wil­liama Pitta, który zor­ga­ni­zo­wał spe­cjalny komi­tet rzą­dowy i prze­zna­czył na próby pewną sumę pie­nię­dzy. Ini­cja­tywa ta jed­nak spo­tkała się z opo­rem ze strony Earla St. Vin­cent, Pierw­szego Lorda Mor­skiego, który na wieść o posu­nię­ciu Pitta miał się wyra­zić:

Pitt jest naj­więk­szym głup­cem na ziemi, jeśli popiera taki spo­sób pro­wa­dze­nia wojny, jakiego nie chcą ci, któ­rzy panują na morzach i jaki pano­wa­nia tego mógłby ich pozba­wić.

To nie­przy­chylne zda­nie stało się na ponad wiek ofi­cjalną wykład­nią sta­no­wi­ska bry­tyj­skiej Admi­ra­li­cji wobec okrę­tów pod­wod­nych. Kiedy Ful­ton prze­ko­nał się, że Bry­tyj­czycy nie zamie­rzają zbu­do­wać jego okrę­tów, wró­cił do kraju i prze­niósł swoje zain­te­re­so­wa­nia na statki parowe, czego owo­cem była pierw­sza w świe­cie jed­nostka tego typu, Cler­mont.

Okręty pod­wodne wró­ciły do łask dopiero, gdy Ame­rykę roz­darła wojna sece­syjna pomię­dzy Unią i Kon­fe­de­ra­cją. Obie strony roz­po­częły budowę okrę­tów pod­wod­nych. Lep­sze wyniki w tej dzie­dzi­nie osią­gnęli Połu­dniowcy. Han­dlarz cukrem Horace L. Hun­ley zdo­łał namó­wić kilku przy­ja­ciół do wspól­nego sfi­nan­so­wa­nia pro­jektu. I tak zwo­do­wano dwu­na­sto­me­trowy okręt pod­wodny o sta­lo­wej kon­struk­cji, nazwany na cześć ini­cja­tora CSS H.L. Hun­ley. Okręt poru­szany był siłą mię­śni ośmio­oso­bo­wej załogi, która krę­ciła kor­bami napę­dza­ją­cymi śrubę. Miał pod­kra­dać się do okrę­tów nie­przy­ja­ciela i ata­ko­wać je miną wyty­kową na dłu­giej żer­dzi, eks­plo­du­jącą w zetknię­ciu z kadłu­bem ata­ko­wa­nej jed­nostki.

Hun­ley był jed­nak okrę­tem pecho­wym. Co naj­mniej dwa razy, a może i wię­cej, rela­cje i doku­menty nie są co do tego zgodne - zato­nął z całą załogą w cza­sie rej­sów szko­le­nio­wych lub nie­uda­nych ata­ków na okręty Unii. W jed­nej z tych kata­strof zgi­nął sam Hun­ley. Godzina try­umfu Hun­leya wybiła 17 lutego 1864 roku, kiedy pły­nąc po powierzchni, z otwar­tymi wła­zami (kon­struk­tor nie zaopa­trzył okrętu w chrapy, więc "jed­nostka napę­dowa" w postaci ośmio­oso­bo­wej załogi szybko zuży­wała cały zapas powie­trza w kadłu­bie, co zmu­szało do pły­wa­nia na powierzchni) zdo­łał się wedrzeć do zatoki Char­le­ston. Tam miną wyty­kową ugo­dził jede­na­sto­dzia­łowy 1200-tonowy parowy slup USS Housa­to­nic, dopro­wa­dza­jąc do jego zato­pie­nia. Nie­stety, nie zdą­żono nacie­szyć się suk­ce­sem - fala ude­rze­niowa, wywo­łana eks­plo­zją miny, prze­chy­liła okręt, a przez otwarte włazy woda zalała go, defi­ni­tyw­nie posy­ła­jąc na dno z całą załogę.

Po kil­ku­let­nim zastoju idea budowy okrętu pod­wod­nego powró­ciła dzięki dwóm wyda­rze­niom. Pierw­sze nazwa­li­by­śmy dziś suk­ce­sem mar­ke­tin­go­wym. W 1870 roku fran­cu­ski pisarz Jules Verne opu­bli­ko­wał Dwa­dzie­ścia tysięcy mil pod­mor­skiej żeglugi, fascy­nu­jącą opo­wieść o fan­ta­stycz­nym okrę­cie pod­wod­nym Nauti­lus i jego dowódcy kapi­ta­nie Nemo. Książka oka­zała się świa­to­wym best­sel­le­rem. Autor odma­lo­wał pory­wa­jący obraz pod­wod­nia­ków i broni pod­wod­nej, przed­sta­wia­jąc ją jako groźne narzę­dzie walki i zasłu­gu­jące na znacz­nie więk­szą niż dotąd uwagę.

Dru­gie wyda­rze­nie było natury tech­nicz­nej. Nie­mal jed­no­cze­śnie na świe­cie poja­wiły się dwa prze­ło­mowe w histo­rii okrętu pod­wod­nego wyna­lazki: samo­bieżna mina mor­ska Whi­te­he­ada i aku­mu­la­tor, źró­dło ener­gii elek­trycz­nej.

Pier­wotne, pły­wa­jące lub kotwiczne miny mor­skie, sto­so­wane od pierw­szej połowy XIX wieku, nazy­wano tor­pe­dami, zapewne od nazwy ryby elek­trycz­nej Tor­pedo nobi­liana, żyją­cej w wodach atlan­tyc­kich. To wła­śnie takie "tor­pedy", które dziś nazy­wamy minami mor­skimi, miał na myśli admi­rał Far­ra­gut, wyda­jąc w zatoce Mobile swój słynny roz­kaz: "Do dia­bła z tor­pe­dami, cała naprzód!1". Na pomysł zbu­do­wa­nia miny, zdol­nej po wystrze­le­niu z "działa" pneu­ma­tycz­nego samo­dziel­nie dotrzeć do celu, wpadł koman­dor austriac­kiej mary­narki wojen­nej Gio­vanni Lup­pis. W 1864 roku, wobec braku zain­te­re­so­wa­nia prze­ło­żo­nych zwró­cił się ze swoim wyna­laz­kiem do bry­tyj­skiego inży­niera i przed­się­biorcy Roberta Whi­te­he­ada, który nad­zo­ro­wał pracę sta­lowni w Fiume (dzi­siej­sza Rijeka) w Chor­wa­cji. Dwa lata póź­niej Whi­te­head zdo­łał zbu­do­wać pierw­szy dzia­ła­jący model "samo­bież­nej tor­pedy". Miała 4,2 metra dłu­go­ści i kali­ber2" 356 mm, ważyła 136 kilo­gra­mów i prze­no­siła gło­wicę bojową z ładun­kiem około 8 kilo­gra­mów dyna­mitu. Napę­dzany sprę­żo­nym powie­trzem sil­nik obra­cał małą śrubę napę­dową, która nada­wała poci­skowi pręd­kość 6 węzłów przy mak­sy­mal­nym zasięgu 700 metrów. Kolej­nym kro­kiem w kon­struk­cji tor­ped samo­bież­nych było zasto­so­wa­nie żyro­skopu przez Austriaka Ludwiga Obry, co zapew­niło moż­li­wość utrzy­ma­nia zada­nego kursu. Od tej pory przez ponad pięć­dzie­siąt lat zasad­ni­cza kon­struk­cja tor­pedy Lup­pisa-Whi­te­he­ada nie ule­gała zmia­nom, choć rósł jej kali­ber, zasięg, pręd­kość, zdol­no­ści nawi­ga­cyjne i masa gło­wicy bojo­wej.

Naj­waż­niej­szym wyzwa­niem, przed któ­rym sta­wali i stają na­dal kon­struk­to­rzy okrę­tów pod­wod­nych, jest napęd. W 1863 roku Fran­cuzi wypo­sa­żyli okręt pod­wodny w napęd pneu­ma­tyczny, ale nie speł­nił on pokła­da­nych nadziei - jed­nostka była zbyt powolna i miała bar­dzo mały zasięg.

Kilku euro­pej­skich kon­struk­to­rów budo­wało okręty z napę­dem paro­wym, jed­nak w cia­snym wnę­trzu okrętu kotły wytwa­rzały zbyt wysoką tem­pe­ra­turę.

W 1870 roku, w tym samym cza­sie, kiedy Whi­te­head uspraw­nił swoją tor­pedę, kilku wyna­laz­com, pra­cu­ją­cym od dawna nad urzą­dze­niem zdol­nym prze­cho­wy­wać ener­gię elek­tryczną, udało się stwo­rzyć aku­mu­la­tor. Szybko połą­czono ten wyna­la­zek z sil­ni­kiem elek­trycz­nym i w ten spo­sób roz­wią­zano pro­blem napędu.

Nie­stety, wcze­sne aku­mu­la­tory były olbrzy­mich roz­mia­rów, a wyczer­py­wały się w krót­kim cza­sie. Zasięg napę­dza­nych nimi okrę­tów był więc na­dal bar­dzo ogra­ni­czony. W latach osiem­dzie­sią­tych XIX wieku w Euro­pie zapro­jek­to­wano co naj­mniej czter­dzie­ści dwa różne okręty pod­wodne, z któ­rych pięt­na­ście zaowo­co­wało pro­to­ty­pami.

Jed­nak praw­dziwy geniusz i ojciec współ­cze­snych sił pod­wod­nych dopiero zaczy­nał swoją karierę. Był nim imi­grant z Irlan­dii, nauczy­ciel szkolny John Phi­lip Hol­land. Drob­nej postury, nie­śmiały, łagodny bel­fer miał opi­nię eks­cen­tryka. Za młodu z wypie­kami na twa­rzy czy­tał o euro­pej­skich i ame­ry­kań­skich pra­cach nad okrę­tami pod­wod­nymi, o Tur­tle, Nauti­lu­sie i Hun­leyu. Ryso­wał plany, marzył, zapo­zna­wał się z siłow­niami paro­wymi, aku­mu­la­to­rami, "dzia­łami pneu­ma­tycz­nymi" i wystrze­li­wa­nymi z nich "minami samo­bież­nymi". Naj­bar­dziej jed­nak zain­spi­ro­wał go zbu­do­wany w roku 1874 przez Geo­rge'a Bray­tona pierw­szy ame­ry­kań­ski sil­nik spa­li­nowy, napę­dzany naftą. Była to jed­nostka napę­dowa o nie­wiel­kich roz­mia­rach, osią­ga­jąca rela­tyw­nie dużą moc i nie­wy­twa­rza­jąca tyle cie­pła, co maszyna parowa.

Histo­ria Hol­landa nie odbiega od doświad­czeń innych wyna­laz­ców. Zbie­ra­nie pie­nię­dzy na prace wyma­gało despe­rac­kich środ­ków, postęp wyma­gał zno­sze­nia kpin nic nie­ro­zu­mie­ją­cego oto­cze­nia, w tym osób, które powinny być naj­bar­dziej zain­te­re­so­wane powo­dze­niem pro­jektu. Pomy­sło­wość i zarad­ność imi­granta poma­gała prze­zwy­cię­żyć pro­blemy. Od 1878 do 1888 roku Hol­land zbu­do­wał cztery pro­to­typy okrę­tów pod­wod­nych z mie­sza­nym, spa­li­nowo-elek­trycz­nym napę­dem. Każdy z nich z jakichś powo­dów oka­zy­wał się nie­udany, ale każda klę­ska uczyła Hol­landa cze­goś, co przy­da­wało się póź­niej.

Mary­narka, na któ­rej pomoc liczył, nie była zain­te­re­so­wana pro­jek­tami wyna­lazcy. Ofi­ce­ro­wie byli wów­czas zafa­scy­no­wani teo­riami koman­dora Alfreda Thay­era Mahana, wykła­dowcy Aka­de­mii Szta­bo­wej Mary­narki Wojen­nej w New­port w sta­nie Rhode Island. Kon­cep­cja Mahana zakła­dała, że naród, który nie roz­wija han­dlu zagra­nicz­nego, obumiera i ginie. Wzy­wał do odrzu­ce­nia dok­tryny izo­la­cjo­ni­zmu i zbu­do­wa­nia naj­więk­szej floty han­dlo­wej świata. By zapew­nić tej flo­cie i samym Sta­nom Zjed­no­czo­nym nale­żytą ochronę przed wyzwa­niami ze strony mocarstw, które utra­ci­łyby świa­tową domi­na­cję, kraj powi­nien zbu­do­wać rów­nie potężną mary­narkę wojenną, zdolną sta­wić czoło każ­dej innej, oraz stwo­rzyć sieć baz mor­skich na całym świe­cie. Gdyby jaki­kol­wiek prze­ciw­nik ważył się zaata­ko­wać Ame­rykę, siły mor­skie z tych baz wyda­łyby mu walną bitwę na środku któ­re­goś z oce­anów, z dala od wła­snych brze­gów. Mary­narka Wojenna Sta­nów Zjed­no­czo­nych przy­stą­piła do roz­bu­dowy swych sił w ślad za dyna­micz­nym roz­wo­jem floty han­dlo­wej.

Reali­za­cja dok­tryny Mahana przy­pa­dła na lata, w któ­rych Hol­land budo­wał swoje pro­to­typy. Wyna­lazca nie dostał od mary­narki ani jed­nego dolara, ani jed­nego słowa zachęty. Jego okręty nie paso­wały do dok­tryny. Z zasię­giem nie­prze­kra­cza­ją­cym 4 Mm - i tak jed­nym z naj­więk­szych wśród ówcze­snych jed­no­stek pod­wod­nych - nie nada­wały się do wypły­nię­cia na pełne morze; były zbyt deli­katne i zbyt czę­sto ule­gały awa­riom. Hol­land z gory­czą komen­to­wał potem:

Mary­narka ich nie chciała, bo nie miały pokła­dów, żeby usta­wić załogi w para­dzie bur­to­wej.

Naj­bar­dziej, choć nie wprost i raczej mimo woli, pomo­gła Hol­lan­dowi ojczy­zna Verne'a, Fran­cja. Fran­cuzi zako­chali się w okrę­tach pod­wod­nych. W odróż­nie­niu od Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cja miała dłu­gie gra­nice lądowe z poten­cjal­nymi prze­ciw­ni­kami. Do ich obrony potrze­bo­wała potęż­nej, sta­łej armii. Mając do wyboru utrzy­my­wa­nie wiel­kiej mary­narki albo wiel­kiej armii, Fran­cuzi wybrali woj­ska lądowe. Nie mając pie­nię­dzy na okręty nawodne, na wypa­dek wojny mor­skiej z Wielką Bry­ta­nią (która wów­czas była naj­więk­szą potęgą mor­ską i na doda­tek mocno cią­żyła ku Niem­com, z któ­rymi łączyły ją więzy pokre­wień­stwa rodziny kró­lew­skiej) przy­go­to­wali stra­te­gię, dzięki któ­rej do sku­tecz­nej obrony nie trzeba było dorów­ny­wać liczeb­no­ścią flo­cie bry­tyj­skiej. W razie wojny z Wielką Bry­ta­nią Fran­cja miała zamiar pro­wa­dzić guerre de course, a więc dzia­ła­nia krą­żow­ni­ków prze­ciw flo­cie han­dlo­wej Wiel­kiej Bry­ta­nii w celu wzię­cia wyspy gło­dem. Walką miały się zaj­mo­wać liczne i tanie krą­żow­niki lek­kie i pomoc­ni­cze - uzbro­jone statki han­dlowe. Odwo­dami zaś miała być nie­liczna flota cięż­kich okrę­tów, ocze­ku­jąca w por­tach na chwilę, gdy zde­spe­ro­wani Bry­tyj­czycy roz­pro­szą swą potęgę i zaczną się uga­niać za fran­cu­skimi krą­żow­ni­kami. Dopiero wtedy główne siły fran­cu­skie miały wyjść z por­tów i ude­rzyć na osła­bioną Royal Navy, bro­niącą macie­rzy­stych por­tów.

W stra­te­gii tej była jed­nak pewna luka. A co będzie, jeśli Bry­tyj­czycy - zamiast ata­ko­wać krą­żow­niki - zablo­kują wybrzeże fran­cu­skie, nie wypusz­cza­jąc krą­żow­ni­ków na pełne morze? Fran­cuzi dostrze­gli w okrę­tach pod­wod­nych szansę na wyj­ście z impasu. Gdyby udało się zbu­do­wać okręt pod­wodny zdolny do ope­ro­wa­nia choćby w ogra­ni­czo­nym pro­mie­niu od baz, ale za to uzbro­jony na tyle potęż­nie, by zagro­zić bry­tyj­skim okrę­tom nawod­nym, mógłby on zła­mać bry­tyj­ską blo­kadę i wywal­czyć krą­żow­ni­kom drogę na pełne morze. W ten spo­sób powstała kon­cep­cja okrętu pod­wod­nego jako obrońcy wybrzeża. W 1886 roku fran­cu­ska Marine Natio­nale roz­pi­sała kon­kurs wśród wyna­laz­ców cywil­nych i wkrótce posy­pały się pro­jekty. W ten spo­sób, jak pisze bry­tyj­ski histo­ryk Arthur Hazlet, Fran­cja stała się pierw­szym pań­stwem, które zde­cy­do­wało się łożyć na sys­te­ma­tyczny roz­wój okrę­tów pod­wod­nych.

Począt­kowo ame­ry­kań­ska mary­narka wojenna patrzyła z nie­do­wie­rza­niem na fran­cu­skie postępy w dzie­dzi­nie okrę­tów pod­wod­nych. Póź­niej jed­nak oka­zała zain­te­re­so­wa­nie. Może ten wyna­la­zek rze­czy­wi­ście mógłby mieć zasto­so­wa­nie woj­skowe? W 1888 roku mary­narka roz­pi­sała kon­kurs na jeden mały okręt pod­wodny obrony wybrzeża. Wziął w nim udział John Hol­land i poko­nał sze­ściu kon­ku­ren­tów.

Prace nad pro­jek­tem owego okrętu, nazwa­nego Plun­ger, trwały sie­dem lat.

Kon­trakt pod­pi­sano w 1895 roku, stępkę poło­żono rok póź­niej w Bal­ti­more. Droga do skon­stru­owa­nia okrętu była pełna prze­szkód, Hol­land ponow­nie stał się obiek­tem drwin, budowę prze­śla­do­wały opóź­nie­nia, a wyna­lazca po krót­kim pory­wie eufo­rii zaczął znowu popa­dać we fru­stra­cję. Jego kon­ku­renci knuli poli­tyczne intrygi, szczu­jąc na niego to Depar­ta­ment Mary­narki Wojen­nej, to znów Kon­gres. Zre­ali­zo­wa­nie kon­traktu prze­cią­gało się z powodu walk kom­pe­ten­cyj­nych w kolej­nych fir­mach, jakie w tym celu two­rzył Hol­land, a które w końcu dały począ­tek Elec­tric Boat Com­pany. Biu­ro­kraci pię­trzyli prze­szkody, narzu­ca­jąc nie­re­alne wyma­ga­nia i w końcu wymu­sza­jąc parowy napęd Plun­gera na powierzchni, choć euro­pej­scy kon­struk­to­rzy dowie­dli nie­prak­tycz­no­ści takiego roz­wią­za­nia. Hol­land w końcu ustą­pił, ale jego stron­nicy zano­to­wali zda­nie, jakie kie­dyś w przy­pły­wie roz­draż­nie­nia rzu­cił kolej­nej komi­sji, która przy­szła żądać zmian kon­struk­cyj­nych:

Czego jesz­cze zaży­czy sobie mary­narka? Może mój okręt ma się wspi­nać na drzewa?!

Tym­cza­sem jed­nak Hol­land zbu­do­wał (za pie­nią­dze przed­się­bior­ców, któ­rzy na­dal mu wie­rzyli) w Eli­za­beth w sta­nie New Jer­sey swój szó­sty pro­to­typ, napę­dzany sil­ni­kiem spa­li­no­wym kon­struk­cji nie­miec­kiego inży­niera Niko­lausa Otto. Hol­land VI był maj­stersz­ty­kiem. Wyna­lazca z dumą pre­zen­to­wał biz­nes­me­nom, ofi­cje­lom i pra­sie jed­nostkę dłu­go­ści 16,5 metra, uzbro­joną w jedną wyrzut­nię tor­pe­dową, wyra­ża­jąc się o budo­wa­nym dla mary­narki okrę­cie paro­wym w nader napa­stli­wych sło­wach, nazy­wa­jąc go mię­dzy innymi "potwo­rem". Zaofe­ro­wał swój nowy pro­to­typ, ale mary­narka odrzu­ciła pro­po­zy­cję, gdyż Hol­land VI nie odpo­wia­dał jej wyma­ga­niom - nie pomógł nawet bar­dzo pochlebny dla wyna­lazcy i ostro sfor­mu­ło­wany list zastępcy sekre­ta­rza Mary­narki Wojen­nej The­odore'a Roose­velta, zale­ca­jący pod­pi­sa­nie dru­giego kon­traktu.

Hol­landa nie­ła­two było jed­nak znie­chę­cić. Zaho­lo­wał swój okręt z New Jer­sey do Waszyng­tonu i tam, na Poto­maku, pod samym nosem Depar­ta­mentu i Kon­gresu, zor­ga­ni­zo­wał kolejny pro­mo­cyjny pokaz spraw­no­ści. Zwo­len­nicy powo­ły­wali się na prze­ko­nu­jący przy­kład zakoń­czo­nej ostat­nio wojny z Hisz­pa­nią.

W prze­jażdż­kach okrę­tem Hol­landa wzięły udział dwie ważne oso­bi­sto­ści z mary­narki. Jedną z nich był admi­rał Geo­rge Dewey, boha­ter bitwy w Zatoce Manil­skiej. Po zej­ściu na ląd powie­dział dzien­ni­ka­rzom:

Gdyby Hisz­pa­nie mieli dwie takie jed­nostki w Zatoce Manil­skiej, ni­gdy bym jej nie utrzy­mał ze swoją eska­drą.

Komen­dant Aka­de­mii Mary­narki Wojen­nej w Anna­po­lis był drugą z tych osób. Orzekł on:

Ten okręt ni­gdy nie zre­wo­lu­cjo­ni­zuje współ­cze­snej wojny mor­skiej, ale w obro­nie wybrzeża może oddać nie­oce­nione usługi.

Dzięki tym wypo­wie­dziom Hol­land wresz­cie zdo­łał skło­nić mary­narkę, by porzu­ciła swe nie­re­alne wyma­ga­nia. Nowy kon­trakt opie­wał na sprze­daż Mary­narce Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych Hol­landa VI i dru­giego okrętu tego samego typu - w zamian za ska­so­wa­nego jesz­cze przed zwo­do­wa­niem paro­wego Plun­gera. Póź­niej, dzięki popar­ciu Deweya, mary­narka pod­pi­sała jesz­cze jeden kon­trakt, opie­wa­jący na zakup kolej­nych sze­ściu jed­no­stek. 12 paź­dzier­nika 1900 roku na Hol­lan­dzie VI pod­nie­siono ame­ry­kań­ską ban­derę, przyj­mu­jąc go do służby pod nazwą USS Hol­land. Ponie­waż każdy okręt w mary­narce nosi prócz nazwy także numer bur­towy, zło­żony z sym­bolu klasy okrętu i kolej­nego numeru, USS Hol­land otrzy­mał ozna­cze­nie SS-1 (Sub­mer­si­ble Ship, Hull Num­ber 1, czyli Okręt Pod­wodny Numer 1). Sie­dem pozo­sta­łych okrę­tów pod­wod­nych typu Hol­land (Plun­ger, Adder, Gram­pus, Moc­ca­sin, Pike, Porpo­ise i Shark, potem prze­mia­no­wane na A-1 do A-7) miało już po 19,5 metra dłu­go­ści, ale na­dal każdy z nich uzbro­jony był w jedną wyrzut­nię tor­pe­dową.

Stany Zjed­no­czone stały się dru­gim po Fran­cji pań­stwem, które ofi­cjal­nie zaku­piło okręty pod­wodne, wyzna­cza­jąc im kon­kretne miej­sce w swej dok­try­nie mor­skiej. Do 1910 roku mary­narka zamó­wiła jesz­cze jede­na­ście okrę­tów pod­wod­nych o napę­dzie ben­zy­nowa-elek­trycz­nym, zbu­do­wa­nych przez Elec­tric Boat Com­pany Hol­landa. Sam Hol­land już w tym nie uczest­ni­czył; odszedł z Elec­tric Boat w wyniku zacie­kłej walki pomię­dzy jego byłymi wspól­ni­kami. Jed­nostki rosły z serii na serię. Trzy pierw­sze (Viper, Cut­tle­fish i Taran­tula, potem B-1 do B-3) miały po 25 metrów i dwie wyrzut­nie tor­pe­dowe, pięć kolej­nych (Octo­pus, Stin­gray, Tar­pon, Bonita3 i Snap­per, potem C-1 do C-5) było okrę­tami dłu­go­ści 32 metrów, rów­nież z dwiema wyrzut­niami tor­pe­do­wymi, a pozo­stałe trzy (Narwhal, Gray­ling i Sal­mon, potem D-1 do D-3) olbrzy­mimi na owe czasy jed­nost­kami dłu­go­ści 41 metrów, uzbro­jo­nymi w aż cztery wyrzut­nie tor­ped.

Więk­szość tych okrę­tów wysłano do obrony wysu­nię­tych baz ame­ry­kań­skich na odle­głych akwe­nach. Sześć okrę­tów typu A (A-2 do A-7) i wszyst­kie trzy typu B zała­do­wano na statki i wysłano do Zatoki Manil­skiej. Pięć jed­no­stek typu C popły­nęło o wła­snych siłach do bazy w zatoce Guan­ta­namo na Kubie, skąd także o wła­snych siłach - co uwa­żano za nie­sły­chany wyczyn - poko­nały 700 Mm dzie­lą­cych Kubę od Panamy, gdzie wła­śnie otwarto Kanał Panam­ski. Pięć okrę­tów - Hol­land, A-1 i trzy typu D - pozo­stało na wodach ame­ry­kań­skich, gdzie słu­żyły głów­nie do szko­le­nia pod­wod­nia­ków. Służba w broni pod­wod­nej nie nale­żała wów­czas do naj­po­pu­lar­niej­szych. Pozba­wione pery­sko­pów okręty doko­ny­wały ata­ków, usta­wicz­nie wynu­rza­jąc się dla obser­wa­cji celu, przez co porów­ny­wano je do mor­świ­nów i nazy­wano "świń­skimi łaj­bami". Prócz tych nie­do­god­no­ści miały inne wady, które nie­wy­bredna mary­nar­ska śpiewka wyty­kała nastę­pu­ją­cymi sło­wami:

Sra­czy nie ma na pod­wod­nych, Skó­rzane tam por­tki noszą, Dupy zwie­szą za relin­giem, Gło­śnym krzy­kiem się zano­szą.

Ulep­szano też bez prze­rwy główną broń okrę­tów pod­wod­nych - tor­pedy. To odpo­wie­dzialne zada­nie powie­rzono Biuru Uzbro­je­nia Depar­ta­mentu Mary­narki Wojen­nej, które nie­chętni mu prze­zy­wali Klu­bem Arty­le­ryj­skim. Sku­piało ofi­ce­rów i tech­ni­ków uzna­ją­cych zasad­ni­czy pry­mat armaty nad jaki­mi­kol­wiek innymi środ­kami walki mor­skiej. Przy tym dzia­łało jak każda woj­skowa biu­ro­kra­cja - powoli, bez wyobraźni, kon­ser­wa­tyw­nie. W rezul­ta­cie przez ponad trzy dekady Mary­narka Wojenna Sta­nów Zjed­no­czo­nych musiała pole­gać na kon­struk­cjach zagra­nicz­nych.

W Wiel­kiej Bry­ta­nii na prze­ło­mie wie­ków inży­nie­ro­wie Vic­kersa, bry­tyj­skiego kon­cernu prze­my­sło­wego, który wyku­pił prawa paten­towe Whi­te­he­ada i pro­du­ko­wał więk­szość tor­ped dla ame­ry­kań­skiej mary­narki, odkryli, że spa­lana w komo­rze ciśnie­nio­wej mie­szanka wyso­ko­pro­cen­to­wego alko­holu i wody ze sprę­żo­nym powie­trzem two­rzy parę pod bar­dzo wyso­kim ciśnie­niem, którą można skie­ro­wać na tur­binę i w ten spo­sób napę­dzać śrubę tor­pedy. To prze­ło­mowe odkry­cie pozwo­liło wresz­cie zbu­do­wać tor­pedę, prze­no­szącą dużą gło­wicę bojową na znaczną odle­głość z o wiele więk­szą niż dotąd pręd­ko­ścią. Pro­ble­mem nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­nym z uży­ciem tur­bi­no­wych tor­ped "paro­ga­zo­wych", jak je nazwano, był pozo­sta­wiany przez pły­nący pocisk spie­niony ślad torowy, zło­żony z resz­tek zuży­tej pary, gazów spa­li­no­wych i bąbel­ków powie­trza. Pozwa­lał wyśle­dzić kie­ru­nek, z któ­rego nad­pły­wała tor­peda i ostrze­gał o jej zbli­ża­niu, ale mimo to mary­narki wojenne całego świata usta­wiły się w kolejce po ten cud myśli tech­nicz­nej, a tor­pedowce stały się czę­ścią sił mor­skich każ­dego pań­stwa. Takich samych tor­ped uży­wano na wcze­snych okrę­tach pod­wod­nych mary­narki ame­ry­kań­skiej.

W 1907 roku Mary­narka Wojenna Sta­nów Zjed­no­czo­nych posta­no­wiła wybu­do­wać fabrykę tor­ped paro­ga­zo­wych w New­port w sta­nie Rhode Island. I tak nie­liczni spe­cja­li­ści od kon­struk­cji tor­ped sta­nęli przed zada­niem wyszko­le­nia nie­do­świad­czo­nej, słabo wykształ­co­nej i nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nej załogi fabryki, którą rekru­to­wano spo­śród nie­licz­nej miej­sco­wej lud­no­ści.

Postępy w Euro­pie

W pierw­szej deka­dzie XX wieku roz­wój zagra­nicz­nych kon­struk­cji okrę­tów pod­wod­nych był znacz­nie bar­dziej zaawan­so­wany. Ofi­ce­ro­wie mary­narki fran­cu­skiej, szy­ku­jący się do swo­jej guerre de course, nęcili wyna­laz­ców lukra­tyw­nymi kon­trak­tami rzą­do­wymi i publicz­nymi pochwa­łami. W 1900 roku, kiedy US Navy zaku­piła dopiero swój pierw­szy okręt pod­wodny, Fran­cja poło­żyła stępki pod tuzin okrę­tów kolej­nej już gene­ra­cji, a w 1907 roku miała ich w swym uzbro­je­niu aż osiem­dzie­siąt pięć, dys­po­nu­jąc naj­licz­niej­szymi na świe­cie siłami pod­wodnymi. Prasa sze­roko oma­wiała ćwi­cze­nia, w któ­rych fran­cu­scy pod­wod­niacy siali spu­sto­sze­nie wśród wła­snych jed­no­stek, odgry­wa­ją­cych rolę nie­przy­ja­ciel­skich łama­czy blo­kady.

Admi­ra­li­cja bry­tyj­ska poczuła się zmu­szona do zbu­do­wa­nia wła­snych, eks­pe­ry­men­tal­nych sił pod­wod­nych. Miały one liczyć aż pięć jed­no­stek typu Hol­land. W 1901 roku zamó­wiono je w Ame­ryce, w Elec­tric Boat Com­pany, na wzór ame­ry­kań­skich okrę­tów typu A. Okręty dostar­czono do 1904 roku i zaczęły one brać udział w ćwi­cze­niach floty bry­tyj­skiej u boku jed­no­stek nawod­nych. Nie wyszło im to jed­nak na dobre: A-1 został przy­pad­kowo sta­ra­no­wany pod­czas ćwi­czeń i poszedł na dno z całą załogą. Mimo tej tra­ge­dii i nie­do­sko­na­ło­ści uży­wa­nych jed­no­stek kilku bry­tyj­skich eks­per­tów dostrze­gło moż­li­wo­ści nowej broni.

Jed­nym z nich był John Fisher, który w 1904 roku został Pierw­szym Lor­dem Mor­skim. Swoje poglądy zawarł w napi­sa­nej kwie­ci­stym języ­kiem notatce, która stwier­dzała mię­dzy innymi:

Zdu­miewa mnie nie­zmier­nie, wprost bez­gra­nicz­nie, jak wielu spo­śród nas umknęła świa­do­mość rewo­lu­cyj­nej zmiany w tak­tyce i stra­te­gii mor­skiej, którą wpro­wa­dzi uży­cie na więk­szą skalę okrę­tów pod­wod­nych.[...] Ni­gdy nie kry­łem i nie kryję na­dal swej opi­nii, że potrzeba natych­mia­sto­wej budowy więk­szej ilo­ści okrę­tów pod­wod­nych - co naj­mniej dwu­dzie­stu pię­ciu ponad liczbę obec­nie zamó­wioną, a stu lub wię­cej tak szybko, jak to tylko moż­liwe - jest ważna, nagląca, pilna, nie­zno­sząca sprze­ciwu i nie­cier­piąca zwłoki (zabra­kło mi już przy­miot­ni­ków).

Przy tak elo­kwent­nym popar­ciu Admi­ra­li­cja nie miała innego wyboru, jak tylko we współ­pracy z kon­cer­nem Vic­kersa roz­po­cząć pro­jek­to­wa­nie wła­snych okrę­tów pod­wod­nych. Okręty typów B i C, któ­rych budowę zapi­sano w pla­nie roz­woju floty na rok budże­towy 1905-1906, były już jed­nost­kami znacz­nie więk­szymi i bar­dziej nie­za­wod­nymi od pry­mi­tyw­nych Hol­lan­dów pierw­szej gene­ra­cji, zaopa­trzo­nymi w dwie wyrzut­nie tor­pe­dowe każda. W 1910 roku Bry­tyj­czycy mieli już w pierw­szej linii pięć­dzie­siąt okrę­tów pod­wod­nych - mniej niż Fran­cuzi, ale dwa razy tyle co Ame­ry­ka­nie.

Żaden z kra­jów, który uży­wał okrę­tów pod­wod­nych nie był zado­wo­lony z sil­ni­ków ben­zy­no­wych. Ben­zyna była pali­wem zbyt lot­nym i łatwo­pal­nym. W ciągu pierw­szej dekady użyt­ko­wa­nia okrę­tów pod­wod­nych wiele z nich zato­nęło lub odnio­sło cięż­kie uszko­dze­nia na sku­tek eks­plo­zji opa­rów ben­zyny. Zda­rzały się też wypadki zatru­cia załóg w cza­sie pły­wa­nia pod wodą. Potrzeba zastą­pie­nia sil­nika ben­zy­no­wego innym, uży­wa­ją­cym mniej nie­bez­piecz­nego paliwa, stała się nagląca.

Pro­blem roz­wią­zało uży­cie sil­nika na "ciężki olej", któ­rego kon­struk­to­rem był Nie­miec z Augs­burga, Rudolf Die­sel. Około 1895 roku zdo­łał poko­nać więk­szość pro­ble­mów, któ­rych przy­spa­rzały pierw­sze pro­to­typy; w ciągu następ­nych dzie­się­ciu lat jego sil­nik sko­pio­wało i udo­sko­na­liło wielu pro­du­cen­tów z całego świata. W 1904 roku nad podob­nym sil­nikiem zaczęli pra­co­wać inży­nie­ro­wie Vic­kersa. Po czte­rech latach na okrę­cie pod­wod­nym A-13 zamon­to­wali jesz­cze pry­mi­tywny, ale dzia­ła­jący model nowej jed­nostki napę­do­wej. Rok póź­niej pierw­szy okręt pod­wodny napę­dzany sil­ni­kiem Die­sla spu­ścili na wodę także Włosi. W tym samym 1909 roku Bry­tyj­czycy skoń­czyli D-1, pierw­szy bry­tyj­ski okręt pod­wodny zbu­do­wany od pod­staw z sil­ni­kiem die­slow­skim. Od tej pory wszyst­kie bry­tyj­skie okręty pod­wodne miały sil­niki wyso­ko­prężne do napędu na powierzchni.

Ostat­nią ze zna­czą­cych mary­na­rek euro­pej­skich, które przy­jęły do swego uzbro­je­nia okręt pod­wodny, była mary­narka nie­miecka. Zło­żyło się na to kilka przy­czyn. Admi­rał von Tir­pitz, twórca nie­miec­kiej mary­narki wojen­nej, for­so­wał pro­gram budowy wiel­kiej floty nawod­nej. Przy­kład fran­cu­ski jasno dowo­dził, że flota pod­wodna była znacz­nie tań­sza w budo­wie, więc jej stwo­rze­nie popie­rał Reich­stag. Tir­pitz nie chcąc, by cokol­wiek sta­nęło na dro­dze do urze­czy­wist­nie­nia snów o wiel­kiej nie­miec­kiej flo­cie pan­cer­ni­ków i krą­żow­ni­ków, sta­rał się utrą­cić te głosy, prze­ko­nu­jąc o zni­ko­mej war­to­ści bojo­wej okrę­tów pod­wodnych. Pod­kre­ślał zawod­ność i podat­ność na eks­plo­zje napę­dza­nych sil­ni­kami ben­zy­no­wymi jed­no­stek, twier­dząc, że dostępne sil­niki nie pozwa­lają na zbu­do­wa­nie bez­piecz­nych i nie­za­wod­nych okrę­tów. Poza tym wody przy­brzeżne Nie­miec miały być zbyt płyt­kie, by okręty pod­wodne obrony wybrzeża mogły efek­tyw­nie na nich ope­ro­wać.

Wobec takiego sta­no­wi­ska powsta­nie i roz­wój nie­miec­kiej broni pod­wod­nej były w dużej mie­rze zasługą pry­wat­nego kapi­tału. W 1902 roku firma Kruppa zbu­do­wała wzo­ro­waną na kon­struk­cjach zagra­nicz­nych, nie­wielką jed­nostkę doświad­czalną Forelle (Pstrąg). Okręt nie wzbu­dził zain­te­re­so­wa­nia admi­rała Tir­pitza, ale Krupp zdo­łał go sprze­dać Rosja­nom. W 1904 roku, kiedy roz­po­częła się wojna z Japo­nią, Rosja4 zamó­wiła u Kruppa kolejne trzy okręty pod­wodne - Karp, Karaś i Kam­bała - więk­sze i napę­dzane sil­ni­kami para­fi­no­wymi kon­struk­cji nie­miec­kiej firmy braci Körting. Te trzy jed­nostki dały począ­tek nie­miec­kiemu budow­nic­twu okrę­tów pod­wod­nych.

W 1905 roku nie­miecki Sztab Mor­ski, będąc pod wra­że­niem poziomu tech­nicz­nego trzech okrę­tów typu Karp z sil­ni­kami Körtinga, zamó­wił u Kruppa pierw­szy okręt pod­wodny, noszący nie­miecką ban­derę - U-1. Był kopią okrętu Karp, miał 42,4 metra dłu­go­ści, wypor­ność nawodną 238 ton, jedną wyrzut­nię tor­pe­dową kali­bru 450 mm na dzio­bie, a para­fi­nowy sil­nik Körtinga nada­wał mu mak­sy­malną pręd­kość nawodną 10,8 węzłów. Budowę U-1 zakoń­czono w grud­niu 1906 roku. W następ­nych dwóch latach do służby weszły jesz­cze trzy okręty: U-2, U-3 i U-4. Każdy z nich był więk­szy i sil­niej uzbro­jony od poprzed­nika. U-3 i U-4 miały już po dwie wyrzut­nie dzio­bowe i dwie rufowe, 421 ton wypor­no­ści nawod­nej i 51 metrów dłu­go­ści.

Ogra­ni­czone zdol­no­ści tych pio­nier­skich okrę­tów nie zado­wa­lały jed­nak dowódz­twa mary­narki nie­miec­kiej. Od początku chciało ono dużego okrętu pod­wod­nego, zdol­nego do żeglugi oce­anicz­nej i ata­ko­wa­nia domi­nu­ją­cej na morzach floty bry­tyj­skiej. W końcu 1907 roku sfor­mu­ło­wano doce­lowe wyma­ga­nia tech­niczne: okręt pod­wodny przy­szło­ści miał mieć zasięg 2000 Mm przy pręd­ko­ści krą­żow­ni­czej5 rzędu 13-15 węzłów, załogę zło­żoną z dwu­dzie­stu ludzi i być uzbro­jony w cztery wyrzut­nie tor­pe­dowe - dwie na dzio­bie i dwie na rufie. By spro­stać tym zało­że­niom, Krupp skon­stru­ował duży, pięć­set tonowy okręt napę­dzany czte­rema sil­ni­kami Körtinga. Mary­narka zamó­wiła czter­na­ście takich jed­no­stek o ozna­cze­niach U-5 do U-18.

W cza­sie, kiedy powsta­wało pierw­szych osiem­na­ście U-Bootów, w dzie­dzi­nie sil­ni­ków wyso­ko­pręż­nych w Niem­czech doko­nał się zna­czący postęp. W latach 1906-1907 Krupp skon­stru­ował i uru­cho­mił pro­duk­cję pierw­szego sil­nika die­slow­skiego prze­zna­czo­nego spe­cjal­nie dla jed­no­stek pod­wod­nych. Inna firma nie­miecka, Maschi­nen­fa­brik Augs­burg-Nurn­berg (MAN) zbu­do­wała kon­ku­ren­cyjny model sil­nika wyso­ko­pręż­nego do napędu okrę­tów pod­wod­nych, który oka­zał się pod wie­loma wzglę­dami lep­szy od modelu Kruppa. Mimo tych pio­nier­skich osią­gnięć musiały upły­nąć nie­mal cztery lata, zanim w 1913 roku zwo­do­wano pierw­szą serię okrę­tów pod­wod­nych z sil­nikami Die­sla firmy MAN, U-19 do U-22. Zwo­do­wane rok póź­niej U-23 do U-26 zaopa­trzono w die­sle Kruppa.

Ostat­nią z liczą­cych się sił mor­skich świata, która prze­szła w swo­ich siłach pod­wod­nych na napęd wyso­ko­prężny, była US Navy. Oko­licz­no­ścią łago­dzącą może być w tym przy­padku brak wła­snej kon­struk­cji sil­ni­ków. Mary­narka ame­ry­kań­ska musiała się zwró­cić o pomoc tech­no­lo­giczną do Bry­tyj­czy­ków i Niem­ców. Elec­tric Boat Com­pany utwo­rzyła w tym celu filię pod nazwą New Lon­don Ship and Engine Com­pany (NEL­SECO), za któ­rej pośred­nic­twem zaku­piła u Vic­kersa i w MAN licen­cję na pro­duk­cję siłowni die­slow­skich dla okrę­tów pod­wod­nych. W latach 1911-1914 powstało sie­dem­na­ście nowych okrę­tów pod­wod­nych napę­dza­nych sil­ni­kami NEL­SECO.

Pierw­szymi ame­ry­kań­skimi okrę­tami pod­wod­nymi z napę­dem wyso­ko­pręż­nym były Ski­pjack i Stur­geon, póź­niej prze­mia­no­wane na E-1 i E-2. Dowódz­two Ski­pjacka objął młody pod­po­rucz­nik, entu­zja­sta okrę­tów pod­wod­nych, Che­ster Wil­liam Nimitz, który wcze­śniej pły­wał na napę­dza­nych sil­ni­kami ben­zy­no­wymi okrę­tach Plun­ger i Snap­per. W krót­kim cza­sie stał się czo­ło­wym auto­ry­te­tem we flo­cie w spra­wie sil­ni­ków wyso­ko­pręż­nych. Po zakoń­cze­niu służby na Ski­pjacku odbył podróż do Europy, w cza­sie któ­rej odwie­dził zakłady Rudolfa Die­sla w Bel­gii i Augs­burgu. Po powro­cie objął nad­zór nad insta­la­cją pierw­szej siłowni wyso­ko­pręż­nej na nawod­nej jed­no­stce Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych, zbior­ni­kowcu Mau­mee.

Następ­nymi czte­rema ame­ry­kań­skimi die­slow­skimi okrę­tami pod­wod­nymi były Carp, Bar­ra­cuda, Pic­ke­rel i Skate, prze­mia­no­wane następ­nie na F-1 do F-4. Były to jed­nostki nie­udane, źle skon­stru­owane i jesz­cze gorzej wyko­nane. Po ukoń­cze­niu ich budowy w 1912 roku zaho­lo­wano je na Hawaje, gdzie peł­niły służbę jed­no­stek obrony wybrzeża.

Skate był naj­bar­dziej pechową jed­nostką z całej serii. Omal nie zato­nął w cza­sie prób stocz­nio­wych, potem miała na nim miej­sce eks­plo­zja wodoru, ulat­nia­ją­cego się z zala­nych wodą mor­ską aku­mu­la­to­rów, a zale­d­wie dwa tygo­dnie póź­niej, w cza­sie zanu­rze­nia szko­le­nio­wego, zato­nął wraz z całą dwu­dzie­sto­jed­no­oso­bową załogą. Wrak wydo­byto i jako przy­czynę wypadku podano wadę kon­struk­cyjną. Nie­długo póź­niej w cza­sie ćwi­czeń Pic­ke­rel sta­ra­no­wał Carpa, który zato­nął na głę­bo­ko­ści dwu­stu metrów, zabie­ra­jąc ze sobą dzie­więt­na­ście z dwu­dzie­stu czte­rech osób załogi.

Po typie F do służby weszły cztery okręty eks­pe­ry­men­talne, noszące ozna­cze­nia G-1 do G-4. G-1 (eks-Seal), G-2 (eks-Tuna) i G-3 (eks-Tur­bot) były kon­struk­cjami kon­ku­renta Hol­landa, Simona Lake'a. G-4 (eks-Thra­sher) był kon­struk­cją Wło­cha Lau­ren­tiego. G-1, G-2 i G-4 miały sil­niki ben­zy­nowe, a G-3 wyso­ko­prężny. Na okrę­tach tych wypró­bo­wy­wano takie ulep­sze­nia, jak pokła­dowe wyrzut­nie tor­pe­dowe, pię­cio­to­nową odrzu­caną stępkę, mającą uła­twiać wynu­rze­nie w sytu­acjach awa­ryj­nych, śluzy powietrzne, umoż­li­wia­jące nur­kom opusz­cza­nie zanu­rzo­nych okrę­tów, a nawet koła moco­wane do stępki (pomysł Lake'a), mające pozwo­lić okrę­towi jeź­dzić po dnie mor­skim. Wszyst­kie cztery okręty uznano za nie­na­da­jące się na jed­nostki bojowe i uży­wano ich głów­nie do szko­le­nia załóg.

Kolej­nymi trzema były Seawolf, Nauti­lus i Gar­fish, póź­niej prze­mia­no­wane na H-1 do H-3. Były to jed­nostki dużo lep­sze od poprzed­niej serii, ale podob­nie jak tamte prze­śla­do­wał je pech. Seawolf wszedł na mie­li­znę w pobliżu wyspy Santa Mar­ga­rita w Kali­for­nii, topiąc dowódcę i trzech mary­na­rzy. Przy ścią­ga­niu z mie­li­zny okręt zato­nął na głę­bo­ko­ści pięt­na­stu metrów i ni­gdy nie został wydo­byty. Gar­fish, ope­ru­jąc w pobliżu wybrzeży Kali­for­nii, także wszedł na mie­li­znę w pobliżu Eureki. Załoga ura­to­wała się, korzy­sta­jąc z boi Straży Przy­brzeż­nej, ale przy ścią­ga­niu Gar­fi­sha na mie­li­znę wpadł krą­żow­nik Mil­wau­kee, który został znisz­czony przez sztorm, zanim zdo­łano go wypro­wa­dzić w morze.

Ostat­nią serią z owych sie­dem­na­stu die­slow­skich okrę­tów pod­wod­nych był bar­dzo udany, zbu­do­wany w ilo­ści ośmiu sztuk typ K o wypor­no­ści pię­ciu­set ton, uzbro­jony w cztery wyrzut­nie tor­pe­dowe. Pierw­sze cztery jed­nostki miały jesz­cze nazwy - Had­dock, Cacha­lot, Orca i Wal­rus, zastą­pione wkrótce przez ozna­cze­nia K-1 do K-4. Póź­niej okręty pod­wodne Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych przez dłu­gie lata otrzy­my­wały jedy­nie ozna­cze­nie typu i kolejny numer. Każda nowa litera ozna­czała następny, zwy­kle lep­szy od poprzed­nich, typ. Na K-7 pod­wodną wycieczkę odbył zastępca sekre­ta­rza Mary­narki Wojen­nej, Fran­klin Delano Roose­velt. Cztery okręty typu K wysłano na Hawaje, by zastą­piły tam pechowe jed­nostki typu F.

W przeded­niu wybu­chu I wojny świa­to­wej, w sierp­niu 1914 roku, mary­narki wojenne całego świata miały w swoim uzbro­je­niu łącz­nie ponad czte­ry­sta okrę­tów pod­wod­nych. Więk­szość z nich sta­no­wiły jed­nostki z napę­dem ben­zy­no­wym, uzna­wane za zbyt nie­bez­pieczne, by mogły słu­żyć bojowo. Fran­cja, która była pio­nie­rem w dzie­dzi­nie okrę­tów pod­wod­nych, na­dal prze­wo­dziła, mając w uzbro­je­niu 123 okręty pod­wodne. Fran­cuzi jed­nak bar­dzo odsta­wali w dzie­dzi­nie sil­ni­ków wyso­ko­pręż­nych i ich siły pod­wodne szybko się sta­rzały. Wielka Bry­ta­nia pla­so­wała się na dru­gim miej­scu z 72 okrę­tami, z któ­rych jed­nak tylko 17 sta­no­wiły nowe jed­nostki oce­aniczne z napę­dem wyso­ko­pręż­nym. Trze­cie miej­sce zaj­mo­wała Rosja z 41 okrę­tami, nie miała jed­nak ani jed­nej jed­nostki nowo­cze­snej kon­struk­cji. 34 okręty pod­wodne, w tym 12 nowo­cze­snych, dawały czwarte miej­sce Sta­nom Zjed­no­czo­nym. Niemcy zaj­mo­wały dale­kie piąte miej­sce - z 26 okrę­tami pod­wod­nymi, z któ­rych 14 miało kop­cące i wciąż psu­jące się sil­niki Körtinga, a 12 nowo­cze­sne siłow­nie die­slow­skie. Z tych ostat­nich więk­szość dopiero co spły­nęła z pochylni i załogi jesz­cze uczyły się na nich pły­wać.

Okręty pod­wodne w I woj­nie świa­to­wej

Z chwilą wybu­chu I wojny świa­to­wej Wielka Bry­ta­nia wpro­wa­dziła blo­kadę mor­ską Nie­miec i reszty Państw Cen­tral­nych. Zgod­nie z mię­dzy­na­ro­do­wym pra­wem mor­skim okręty bry­tyj­skie miały prawo zatrzy­mać i zająć lub zato­pić każdy nie­przy­ja­ciel­ski sta­tek han­dlowy lub pasa­żer­ski, pró­bu­jący prze­ła­mać blo­kadę, zapew­nia­jąc uprzed­nio bez­pie­czeń­stwo zało­dze i pasa­że­rom. Prze­pisy te dawały Bry­tyj­czy­kom także prawo do zatrzy­my­wa­nia i prze­szu­ki­wa­nia stat­ków ban­der neu­tral­nych w poszu­ki­wa­niu kon­tra­bandy. W razie jej zna­le­zie­nia sta­tus takiej jed­nostki ule­gał zmia­nie na "nie­przy­ja­ciel­ski", ze wszyst­kimi tego kon­se­kwen­cjami.

Niemcy nie byli w sta­nie prze­ła­mać blo­kady. Ich mary­narka wojenna, choć potężna, ustę­po­wała znacz­nie bry­tyj­skiej. Nie mogąc prze­ła­mać blo­kady siłą, Niemcy ogło­siły ją bez­prawną i pró­bo­wały skło­nić pań­stwa neu­tralne, zwłasz­cza Stany Zjed­no­czone, któ­rych statki czę­sto zatrzy­my­wane były przez okręty bry­tyj­skie, by wpły­nęły na rząd w Lon­dy­nie w celu jej znie­sie­nia. Apele te jed­nak zawio­dły i blo­kada była kon­ty­nu­owana.

Na początku wojny nie­miecki Sztab Mor­ski posta­no­wił wysłać swe nie­wiel­kie siły pod­wodne na patrole ofen­sywne, by ata­ko­wały pro­wa­dzące blo­kadę bry­tyj­skie okręty wojenne.

6 sierp­nia 1914 roku dzie­sięć sta­rych U-Bootów z sil­ni­kami Körtinga wyru­szyło na pierw­szy w dzie­jach wojny mor­skiej ofen­sywny patrol pod­wodny. Dwa z nich zagi­nęły. Naj­więk­szym suk­ce­sem pozo­sta­łych, które zawi­nęły do por­tów 12 sierp­nia, było już samo to, że powró­ciły.

Mimo to Sztab Mor­ski naka­zał kon­ty­nu­ować patrole. W czter­dzie­stym siód­mym dniu wojny, 22 wrze­śnia, szczę­ście uśmiech­nęło się do U-9 pod dowódz­twem kapi­tana mary­narki Otto Wed­di­gena. W obiek­ty­wie jego pery­skopu uka­zały się syl­wetki trzech liczą­cych po 12 000 ton wypor­no­ści bry­tyj­skich krą­żow­ni­ków pan­cer­nych, pły­ną­cych sta­łym kur­sem bez eskorty z pręd­ko­ścią dzie­się­ciu węzłów. Wed­di­gen odpa­lił dwie tor­pedy do pro­wa­dzą­cego HMS Abo­ukir. Obie tra­fiły. W ciągu mniej niż pół godziny Abo­ukir wywró­cił się do góry dnem i zato­nął. Pozo­stałe, Cressy i Hogue, zatrzy­mały się i opu­ściły sza­lupy, by rato­wać roz­bit­ków z okrętu, który, jak sądzono, wszedł na minę. Wed­di­gen pono­wił atak, wystrze­li­wu­jąc po dwie tor­pedy do każ­dego z nich. Wszyst­kie tra­fiły i zadzia­łały jak należy. Cressy i Hogue zato­nęły szybko, pocią­ga­jąc za sobą na dno tysiąc czte­ry­sta osób.

Na fali tego try­umfu część ofi­ce­rów Sztabu Mor­skiego postu­lo­wała, by w odpo­wie­dzi na nawodną blo­kadę bry­tyj­ską Niemcy ogło­siły pod­wodną blo­kadę Wiel­kiej Bry­ta­nii. Tir­pitz, dowo­dzący na­dal mary­narką, nie był prze­ko­nany o jej sku­tecz­no­ści. Niemcy na­dal mieli w linii zale­d­wie około tuzina okrę­tów pod­wod­nych - zbyt mało, by wpro­wa­dzić w życie tak ambitne zamie­rze­nie. Oprócz tego ist­niały pro­blemy natury tak­tycz­nej: zatrzy­my­wa­nie i prze­szu­ki­wa­nie jed­no­stek neu­tral­nych pocią­gało za sobą zbyt wiel­kie zagro­że­nie dla okrętu pod­wod­nego. "Pod­wodna blo­kada" byłaby poza tym zupeł­nie nowym rodza­jem dzia­łań zbroj­nych. Jej urze­czy­wist­nie­nie pocią­gało za sobą wiele wąt­pli­wo­ści natury praw­nej, moral­nej i psy­cho­lo­gicz­nej, które nale­żało zawczasu roz­strzy­gnąć. Tir­pitz postu­lo­wał ostrożne podej­ście do sprawy i na począ­tek wpro­wa­dze­nie tylko blo­kady czę­ścio­wej - na jed­nym, wybra­nym akwe­nie. Do próby gene­ral­nej pro­po­no­wał ujście Tamizy.

Debata w Szta­bie Mor­skim cią­gnęła się w nie­skoń­czo­ność. Wresz­cie zwo­len­nicy blo­kady, utrzy­mu­jąc, że jej ogło­sze­nie w ciągu sze­ściu tygo­dni zmusi Wielką Bry­ta­nię do zwi­nię­cia blo­kady Nie­miec, posta­wili na swoim. 4 lutego 1915 roku Niemcy ogło­siły, że usta­na­wiają "strefę wojenną" wokół Wysp Bry­tyj­skich i że wszyst­kie znaj­du­jące się w niej jed­nostki nie­przy­ja­ciel­skie zostaną znisz­czone. Dołoży się przy tym wszel­kich sta­rań, by oszczę­dzić wyraź­nie ozna­ko­wane statki ban­der neu­tral­nych, ale ich wła­ści­ciele powinni pamię­tać o tym, że zapusz­czają się na wody "strefy" na wła­sne ryzyko. Dowód­com U-Bootów cesarz Nie­miec ogło­sił:

Jeśli mimo doło­że­nia wszel­kich sta­rań zda­rzy się pomyłka, winą za nią nie będzie się obar­czać dowód­ców okrę­tów pod­wod­nych.

Przed­się­wzię­cie zawio­dło. W ciągu pierw­szych trzech mie­sięcy blo­kady pod­wod­nej U-Booty zato­piły zale­d­wie trzy­dzie­ści trzy statki o łącz­nym tonażu 100 000 BRT, co sta­no­wiło nie­wiel­kie straty w zaopa­trze­niu docie­ra­ją­cym na Wyspy Bry­tyj­skie. W dodatku blo­kada zaowo­co­wała wiel­kim skan­da­lem, kiedy U-Booty zato­piły bez ostrze­że­nia dwa bry­tyj­skie liniowce pasa­żer­skie, Ara­bic, i Lusi­ta­nię (na któ­rej zgi­nęło nie­mal tysiąc dwie­ście osób, w tym stu dwu­dzie­stu sze­ściu Ame­ry­ka­nów). Ugi­na­jąc się pod dobie­ga­ją­cymi z całego świata wyra­zami obu­rze­nia, cesarz narzu­cił dowód­com okrę­tów pod­wod­nych tak daleko idące obostrze­nia dotych­cza­so­wej swo­body ata­ko­wa­nia celów, że w prak­tyce Sztab Mor­ski był zmu­szony prze­rwać dzia­ła­nia.

Tym­cza­sem Admi­ra­li­cja wdra­żała tuzin prio­ry­te­to­wych pro­gra­mów zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych. Naj­waż­niej­szym, a w każ­dym razie naj­sku­tecz­niej­szym, oka­zał się wywiad radiowy. W począt­ko­wym okre­sie wojny Bry­tyj­czycy zor­ga­ni­zo­wali spe­cjalną komórkę wywiadu do zła­ma­nia kodu radio­wego nie­miec­kich sił mor­skich. Jej wysiłki, ni­gdy nie­opi­sy­wane, zakoń­czyły się suk­ce­sem. Pod­słu­chu­jąc kie­ro­wane do okrę­tów depe­sze, Bry­tyj­czycy zyskali cenne źró­dło wia­do­mo­ści tak­tycz­nych. W dodatku wzdłuż swo­ich wybrzeży stwo­rzyli sieć sta­cji namiaru radio­wego. Kiedy trans­mi­sję namie­rzyło dwie lub wię­cej takich sta­cji, pozy­cję U-Boota można było okre­ślić z zadzi­wia­jącą pre­cy­zją.

Te infor­ma­cje wraz z rapor­tami o zauwa­żo­nych na morzu U-Bootach i mel­dun­kami z ata­ko­wa­nych stat­ków kie­ro­wano do sali sytu­acyj­nej w Admi­ra­li­cji. Jak oce­niał po woj­nie ame­ry­kań­ski histo­ryk Car­roll Storrs Alden:

Bry­tyj­czycy dys­po­no­wali olbrzy­mią ilo­ścią danych wywia­dow­czych na temat wro­gich okrę­tów pod­wod­nych. [...] Wie­dzieli o nie­mal każ­dym wypły­nię­ciu U-Boota z baz w Niem­czech i kto nim dowo­dził. [...] [Byli w sta­nie usta­lić, jakim kur­sem okręty wcho­dzą, a jakim opusz­czają swe bazy, jak długo trwa patrol, a nawet jakie są nawyki poszcze­gól­nych dowód­ców, na przy­kład to, że jeden z nich używa tylko tor­ped i po ich wyczer­pa­niu wraca, pod­czas gdy inni wolą zata­piać statki z działa pokła­do­wego, zakła­dać ładunki wybu­chowe w cza­sie abor­dażu czy sta­wiać zapory minowe.

Wie­dzieć, gdzie prze­bywa U-Boot to jedno, znisz­czyć go to cał­kiem inna sprawa. Na to zada­nie nie szczę­dzono nakła­dów. Na patrole zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych (ZOP) wysy­łano nisz­czy­ciele, okręty pod­wodne, ści­ga­cze okrę­tów pod­wod­nych, ste­rowce, setki zare­kwi­ro­wa­nych jach­tów i traw­le­rów rybac­kich, a także nie­win­nie wyglą­da­jące statki-pułapki - małe przy­brzeżne trampy, nie­warte tor­pedy, sil­nie uzbro­jone w działa, któ­rymi miały nisz­czyć ata­ku­jące na powierzchni okręty pod­wodne. Admi­ra­li­cja uzbro­iła także wiele innych stat­ków, by mogły się same bro­nić w razie ataku. Bry­tyj­scy naukowcy zbu­do­wali pry­mi­tywne urzą­dze­nie, pozwa­la­jące nasłu­chi­wać pod wodą szumu śrub pły­ną­cego okrętu pod­wodnego, znane pod nazwą hydro­fonu, zaś inży­nie­ro­wie stwo­rzyli pocisk zaopa­trzony w zapal­nik zdolny zde­to­no­wać na zada­nej głę­bo­ko­ści. Swój wyna­la­zek nazwali bombą głę­bi­nową.

Posta­no­wiono nato­miast nie wdra­żać sys­temu kon­wo­jo­wa­nia stat­ków han­dlo­wych. Kon­woje ogra­ni­czały pręd­kość wszyst­kich stat­ków do naj­wol­niej­szego z nich, dając w dodatku U-Bootom wielki i zagęsz­czony cel. Admi­ra­li­cja wąt­piła, by kapi­ta­no­wie stat­ków han­dlo­wych byli w sta­nie utrzy­mać wyzna­czone w szyku miej­sce.

Na początku 1916 roku nie­mieccy woj­skowi nasta­wali na resty­tu­cję pod­wod­nej blo­kady Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie zano­siło się na zwy­cię­stwo Nie­miec na lądzie. Potrzebne było wymie­rze­nie Wiel­kiej Bry­ta­nii ciosu, który wytrąci ją z wojny. Pod­wodna blo­kada powinna być zatem pro­wa­dzona bez­względ­nie i bru­tal­nie, bez żad­nych ogra­ni­czeń. Tym razem Niemcy były znacz­nie lepiej przy­go­to­wane do jej pro­wa­dzeni. Miały wię­cej okrę­tów, więk­szych i potęż­niej uzbro­jo­nych, które scho­dziły z pochylni przez cały 1915 rok.

Cesarz wahał się, wąt­pił w powo­dze­nie, ale wresz­cie wydał zgodę. W marcu 1916 roku U-Booty wyszły w morze, by zre­ali­zo­wać drugą fazę blo­kady. Led­wie się roz­po­częła, kiedy znów pod­nio­sły się krzyki obu­rze­nia: nie­miecki okręt pod­wodny bez ostrze­że­nia stor­pe­do­wał w kanale La Man­che pły­nący pod ban­derą fran­cu­ską sta­tek Sus­sex, wio­zący 436 osób, w więk­szo­ści kobiety i dzieci, w tym grupę Ame­ry­ka­nów. Sus­sex nie zato­nął w wyniku ataku, ale ponad pięć­dzie­siąt osób zgi­nęło od wybu­chu tor­ped. Pre­zy­dent Wil­son wysto­so­wał ulti­ma­tum do cesa­rza, gro­żąc zerwa­niem sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych w razie kon­ty­nu­acji nie­ogra­ni­czo­nej wojny pod­wod­nej.

W obli­czu tego ulti­ma­tum Wil­helm II ponow­nie odwo­łał U-Booty do baz.

Przez kilka następ­nych mie­sięcy uży­wano ich bar­dzo ostroż­nie, czę­sto zmie­nia­jąc reguły i wyda­jąc sprzeczne roz­kazy, co iry­to­wało i fru­stro­wało dowód­ców. Druga faza blo­kady, podob­nie jak pierw­sza, przy­nio­sła bar­dzo mizerne rezul­taty.

Wojna w Euro­pie miała bar­dzo duży wpływ na poli­tykę mor­ską Sta­nów Z jed­no­czo­nych. Pre­zy­dent Wil­son ogło­sił, że jedy­nym spo­so­bem na utrzy­ma­nie Ame­ryki z daleka od wojny jest uczy­nie­nie jej tak silną, by nikt nie śmiał jej zaata­ko­wać. Pole­cił Radzie Głów­nej - orga­nowi Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych zło­żo­nemu z naj­wyż­szych stop­niem admi­ra­łów, dzia­ła­ją­cemu na wzór rady nad­zor­czej przed­się­bior­stwa - prze­stu­dio­wać sytu­ację i zapro­po­no­wać odpo­wied­nie kroki. W 1915 roku Rada odpo­wie­działa, że Stany Zjed­no­czone powinny zbu­do­wać mary­narkę wojenną, która "doce­lowo dorówna flo­tom naj­po­tęż­niej­szych państw świata". Pokło­siem wytycz­nych, zwa­nych popu­lar­nie pro­gra­mem "Naj­więk­szej floty świata" (A Navy Second to None), było zwięk­sze­nie sił mor­skich Sta­nów Zjed­no­czo­nych poprzez budowę wielu pan­cer­ni­ków, krą­żow­ni­ków pan­cer­nych, lek­kich krą­żow­ni­ków, nisz­czy­cieli, a także okrę­tów pod­wod­nych.

Zanim zatwier­dzono pro­gram roz­bu­dowy, mary­narka otrzy­mała środki na dzie­więt­na­ście nowych okrę­tów pod­wod­nych, które weszły do służby po typie K. Z tych dzie­więt­na­stu okrę­tów jede­na­ście sta­no­wiły jed­nostki typu L (L-1 do L-11), jedna typu M (M-1) i sie­dem typu N (N-1 do N-7). Typ L był nieco więk­szy od typu K, typ M, który zarzu­cono po zwo­do­wa­niu pierw­szej jed­nostki, był jesz­cze więk­szy. Typ N był kro­kiem wstecz, okrę­tem mniej­szym nawet od typu K. Podob­nie jak wszyst­kie poprzed­nie, także okręty typów L, M i N były prze­zna­czone tylko do obrony wybrzeża i miały ope­ro­wać w pasie wód przy­brzeż­nych. Każdy z nich był uzbro­jony w cztery wyrzut­nie tor­pe­dowe umiesz­czone na dzio­bie, z zapa­sem ośmiu tor­ped.

Po przy­ję­ciu pro­gramu roz­bu­dowy Kon­gres zaapro­bo­wał fun­du­sze na budowę stu dal­szych okrę­tów pod­wod­nych. Czter­dzie­ści trzy z nich sta­no­wiły okręty typów O i R, pięć­dzie­siąt jeden typu S, a sześć pozo­sta­łych przy­pa­dło na poje­dyn­cze jed­nostki eks­pe­ry­men­talne. Typy O i R były zale­d­wie zmo­der­ni­zo­wa­nymi okrę­tami typów K i L. Dopiero typ S sta­no­wił zna­czący postęp w dzie­dzi­nie budowy okrę­tów pod­wod­nych. Jed­nostki te miały po sie­dem­dzie­siąt metrów dłu­go­ści i wypor­ność nawodną około ośmiu­set ton, uzbro­jone były tak samo jak poprzedni typ, ale zabie­rały dwa­na­ście tor­ped. Więk­szość z nich zbu­do­wała Elec­tric Boat Com­pany w swo­ich stocz­niach w Quincy w sta­nie Mas­sa­chu­setts i w San Fran­ci­sco w Kali­for­nii. Kon­trakt na dwa­dzie­ścia okrę­tów udało się prze­chwy­cić Simo­nowi Lake'owi, który budo­wał je w swo­jej stoczni w Brid­ge­port w sta­nie Con­nec­ti­cut, a dzie­sięć zbu­do­wała stocz­nia Mary­narki Wojen­nej w Por­ts­mouth w sta­nie New Hamp­shire.

Mimo że okręty te two­rzyły jeden typ, w rze­czy­wi­sto­ści pomię­dzy jed­nost­kami budo­wa­nymi przez Lake'a i Elec­tric Boat Com­pany wystę­po­wały poważne róż­nice kon­struk­cyjne. Okręty Elec­tric Boat, zwane popu­lar­nie okrę­tami typu S Hol­landa, miały zbior­niki bala­stowe zamon­to­wane wewnątrz kadłuba sztyw­nego, nale­żały więc do okrę­tów pod­wod­nych jed­no­ka­dłu­bo­wych. Okręty typu S Lake'a miały zbior­niki bala­stowe umiesz­czone pomię­dzy kadłu­bem sztyw­nym a lek­kim, co spra­wiało, że zali­czano je do okrę­tów pod­wod­nych dwu­ka­dłu­bo­wych. Elec­tric Boat budo­wała swoje okręty tak, by zanu­rzały się z wyraź­nym try­mem na dziób i miały jak naj­lep­sze osiągi w pły­wa­niu pod­wod­nym. Lake nato­miast kon­cen­tro­wał się na osią­gach nawod­nych, a jego okręty zanu­rzały się na rów­nej stępce, co znacz­nie wydłu­żało czas ope­ra­cji. Dycho­to­mia w kon­cep­cjach budowy okrę­tów trwała jesz­cze przez lata, gdyż nikt nie potra­fił zde­cy­do­wać, które osiągi są waż­niej­sze. Z cza­sem jed­nak w Biu­rze Okrę­tów zwy­cię­żyła kon­cep­cja Lake'a - podwójny kadłub i więk­szy nacisk na dziel­ność mor­ską wynu­rzo­nego okrętu.

Pro­gram budowy stu okrę­tów pod­wod­nych wyma­gał wyszko­le­nia tysięcy ludzi do ich obsługi. W tym celu w New Lon­don w sta­nie Con­nec­ti­cut mary­narka zor­ga­ni­zo­wała Szkołę Sił Pod­wod­nych. Pier­wotna baza szybko roz­ro­sła się w całe mia­sto pod­wod­nia­ków - z budyn­kami dydak­tycz­nymi z czer­wo­nej cegły, kosza­rami, sto­łów­kami i infra­struk­turą tech­niczną: nabrze­żami, warsz­ta­tami i suchymi dokami wzdłuż rzeki. Od 1916 roku New Lon­don stało się domem dla wszyst­kich pod­wod­nia­ków Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Aby zaspo­koić zapo­trze­bo­wa­nie na tor­pedy, Biuro Uzbro­je­nia roz­bu­do­wało zakłady w New­port i utwo­rzyło ich filię w Ale­xan­drii w sta­nie Wir­gi­nia. Tech­nicy tych dwóch zakła­dów stwo­rzyli nową, potężną i nie­za­wodną tor­pedę Mark X kali­bru 533 mm, wzo­ro­waną na nowej paro­ga­zo­wej tor­pe­dzie bry­tyj­skiej. Mark X prze­no­siła gło­wicę bojową z ładun­kiem 227 kilo­gra­mów tro­tylu na 3200 metrów z pręd­ko­ścią 36 węzłów.

Na początku 1917 roku sytu­acja Nie­miec na wszyst­kich fron­tach zaczy­nała ryso­wać się w coraz ciem­niej­szych bar­wach. Woj­skowi znowu zaczęli naci­skać na cesa­rza, by wzno­wić pod­wodną blo­kadę Wiel­kiej Bry­ta­nii nie­za­leż­nie od gróźb ze strony Ame­ry­ka­nów. Nawet jeśli Ame­ryka wej­dzie do wojny po stro­nie alian­tów, na co się i tak coraz bar­dziej zano­siło, okręty pod­wodne zato­pią statki wio­zące żoł­nie­rzy i zaopa­trze­nie, nim te dotrą do Europy. Wil­helm znów wyra­ził zgodę na pod­wodną ofen­sywę, wydał nawet roz­kazy, które pod­po­rząd­ko­wy­wały nie­miecką mary­narkę wojenną wspie­ra­niu dzia­łań floty pod­wodnej. Od tej pory głów­nym zada­niem mary­narki było dopil­no­wa­nie, by U-Booty mogły bez­piecz­nie wypły­wać i powra­cać do baz.

Każdy U-Boot zna­czy dla nas tyle, że opłaca się użyć całej dostęp­nej nam potęgi naszej floty, by umoż­li­wić mu dzia­ła­nie i zaopa­trze­nie.

Ową trze­cią fazę nie­miec­kiej wojny pod­wod­nej, która trwała bez prze­rwy aż do zakoń­cze­nia wojny, Sztab Mor­ski roz­po­czął 1 lutego 1917 roku, wysy­ła­jąc na patrole bojowe pięć­dzie­siąt sie­dem U-Bootów. W tym cza­sie Niemcy zdo­łali utrzy­my­wać na morzach i oce­anach, na któ­rych trwała wojna, od trzy­dzie­stu pię­ciu do czter­dzie­stu okrę­tów jed­no­cze­śnie.

Począt­kowo rezul­taty były osza­ła­mia­jące. W ciągu pierw­szych trzech mie­sięcy nowej kam­pa­nii U-Booty zato­piły tysiąc alianc­kich stat­ków pasa­żer­skich i han­dlo­wych. Luty zamknął się sumą 540 000 BRT6 zato­pio­nego tonażu, w marcu zato­piono 593 000 BRT, a w kwiet­niu aż 800 000 BRT. Do wrze­śnia, przez cztery dłu­gie mie­siące, alianc­kie straty utrzy­my­wały się na tak wyso­kim pozio­mie, że Wyspy Bry­tyj­skie zostały nie­mal cał­ko­wi­cie odcięte od świata. Amba­sa­dor ame­ry­kań­ski Wal­ter H. Page powie­dział:

Okręty pod­wodne to naj­po­tęż­niej­sza broń, jaką do tej pory przy­nio­sła ta wojna. Pod­wodna ofen­sywa 1917 roku gro­ziła nam abso­lutną i nie­od­wra­calną klę­ską.

Ame­ry­ka­nie gwał­tow­nie zare­ago­wali na wzno­wie­nie wojny U-Bootów. W trze­cim dniu jej trwa­nia, 3 lutego 1917 roku, pre­zy­dent Wil­son dotrzy­mał swego ulti­ma­tum z poprzed­niego roku i zerwał sto­sunki dyplo­ma­tyczne z Niem­cami. 26 lutego naka­zał uzbro­je­nie ame­ry­kań­skich stat­ków han­dlo­wych. Sześć tygo­dni póź­niej, 6 kwiet­nia 1917 roku, w krwa­wym szczy­cie trze­ciej pod­wod­nej ofen­sywy, Wil­son ogło­sił, że "świat musi się wresz­cie stać bez­piecz­nym miej­scem dla demo­kra­cji" i popro­sił Kon­gres o wypo­wie­dze­nie Niem­com wojny.

Od wielu lat stra­te­dzy mary­narki ame­ry­kań­skiej przy­go­to­wy­wali na wypa­dek wojny z Niem­cami tzw. Plan Czarny. Opie­rał się on na zało­że­niu, że potężna flota nie­miecka wyru­szy z por­tów euro­pej­skich, kie­ru­jąc się na wody ame­ry­kań­skie lub kara­ib­skie z zamia­rem znisz­cze­nia floty ame­ry­kań­skiej i wysa­dze­nia sił inwa­zyj­nych na wybrzeża kraju. Plan Czarny prze­wi­dy­wał kon­cen­tra­cję sił ame­ry­kań­skich w zatoce Che­sa­pe­ake, skąd w dniu "M" mia­łyby wypły­nąć i odnieść zde­cy­do­wane zwy­cię­stwo w stylu Mahana, w bitwie, którą wyda­łyby okrę­tom nie­miec­kim na środku oce­anu. Przez lata ćwi­cze­nia Floty Atlan­tyku opie­rano na takim wła­śnie sce­na­riu­szu zda­rzeń.

Po 6 kwiet­nia, kiedy Ame­ryka zna­la­zła się w sta­nie wojny z Niem­cami, admi­ra­ło­wie zaczęli mobi­li­zo­wać swe siły do wal­nej bitwy z Hoch­se­eflotte na środku oce­anu. Stra­te­dzy zmo­dy­fi­ko­wali plan, uwzględ­nia­jąc zagro­że­nie ze strony okrę­tów pod­wod­nych na wodach wzdłuż Wschod­niego Wybrzeża. Pan­cer­niki, krą­żow­niki, nisz­czy­ciele i kano­nierki, które wyco­fano z linii w ostat­nich latach, na gwałt remon­to­wano i wcie­lano powtór­nie do służby. Wzdłuż całego wybrzeża okręty pod­wodne i nisz­czy­ciele wyru­szyły na patrole, wypa­try­wać nie­miec­kiej floty lub U-Bootów.

Prze­by­wa­jący w Wiel­kiej Bry­ta­nii ame­ry­kań­ski admi­rał Wil­liam Sims pierw­szy zdał sobie sprawę z tego, że cały ten wysi­łek idzie w złym kie­runku. Hoch­se­eflotte nie miała szans zagro­zić ame­ry­kań­skiej mary­narce, bo siły bry­tyj­skie trzy­mały ją w sza­chu na Morzu Pół­noc­nym. Real­nym zagro­że­niem mogły być tylko okręty pod­wodne i to nie u wybrzeży ame­ry­kań­skich, lecz na wodach wokół Wiel­kiej Bry­ta­nii, gdzie polo­wały na statki wio­zące zaopa­trze­nie. Sims depe­szo­wał do Waszyng­tonu:

Jeśli szybko nie położy się kresu tej woj­nie na wynisz­cze­nie, to w ciągu kilku mie­sięcy alian­tom grozi nie­uchronna klę­ska.

Sims postu­lo­wał, by mary­narka odło­żyła Plan Czarny na bok i jak naj­szyb­ciej wysłała wszyst­kie będące w jej dys­po­zy­cji nisz­czy­ciele na euro­pej­skie wody, by roz­po­częły polo­wa­nie na U-Booty. Opo­wiada się też za jak naj­szyb­szym wpro­wa­dze­niem sys­temu kon­wo­jo­wego, by utrud­nić nie­miec­kim okrę­tom zwal­cza­nie żeglugi.

Więk­szość admi­ra­łów w kraju przy­jęła te depe­sze z nie­do­wie­rza­niem. Sims albo stra­cił roze­zna­nie w sytu­acji, albo dał się omo­tać Bry­tyj­czy­kom, powia­dano. Wszystko, czego się doma­gał, stało w jaskra­wej sprzecz­no­ści z ofen­sywną dok­tryną Mahana, zakła­da­jącą wyda­nie prze­ciw­ni­kowi wal­nej bitwy. Sims doma­gał się przy­ję­cia stra­te­gii defen­syw­nej! I to na jakiej pod­sta­wie? Rze­ko­mego zagro­że­nia ze strony U-Bootów? Prze­cież to oczy­wi­ste prze­ja­skra­wie­nie sytu­acji'

Osta­tecz­nie admi­ra­ło­wie posta­no­wili trzy­mać się na­dal Planu Czar­nego, ale jed­no­cze­śnie w geście dobrej woli zgo­dzili się wysłać do Europy sym­bo­liczne siły w postaci sze­ściu nisz­czy­cieli. W końcu skoro klę­ska Bry­tyj­czy­ków jest tak bli­sko, jak depe­szo­wał Sims, to wiel­kie siły floty nie­miec­kiej mogą w każ­dej chwili ruszyć przez Atlan­tyk, kiedy tylko ich armia pobije alian­tów na lądzie, a wtedy Stany Zjed­no­czone zostaną same. Nie wolno osła­biać sił obron­nych przez wysy­ła­nie kolej­nych nisz­czy­cieli do zwal­cza­nia U-Bootów w Euro­pie. Zamiast sys­temu kon­wo­jów, admi­ra­ło­wie zgo­dzili się przy­śpie­szyć uzbra­ja­nie stat­ków han­dlo­wych.

I tak mijały tygo­dnie. Nie­miec­kiej floty nie było widać, a tym­cza­sem tydzień w tydzień u bry­tyj­skich brze­gów szły na dno setki tysięcy ton alianc­kiej floty. Dopiero wtedy admi­ra­ło­wie przy­znali rację Sim­sowi. Roz­wią­zano kon­trakty na budowę nowych i remonty sta­rych pan­cer­ni­ków. Zawie­rano je na nisz­czy­ciele i jed­nostki patro­lowe do zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych. Wywal­czono wresz­cie z Bry­tyj­czy­kami wpro­wa­dze­nie sys­temu kon­wo­jów. Tuziny nisz­czy­cieli i patro­low­ców wysłano do Wiel­kiej Bry­ta­nii, by na naj­bar­dziej zagro­żo­nych wodach zwal­czały U-Booty. Wysłano eska­drę pan­cer­ni­ków, by wzmoc­nić bry­tyj­skie siły, sza­chu­jące nie­miec­kie pan­cer­niki na Morzu Pół­noc­nym.

Tym­cza­sem Sims - pod wra­że­niem suk­ce­sów bry­tyj­skich okrę­tów pod­wod­nych w zwal­cza­niu U-Bootów - zapro­po­no­wał wysła­nie do Europy także kon­tyn­gentu ame­ry­kań­skich okrę­tów pod­wod­nych. Depar­ta­ment Mary­narki Wojen­nej zaapro­bo­wał ten plan i na dowódcę owego kon­tyn­gentu wyzna­czył koman­dora Tho­masa Char­lesa Harta, eks­perta od tor­ped z doświad­cze­niem w dzia­ła­niach pod­wod­nych. Do pomocy Har­towi przy­dzie­lono innego pod­wod­niaka, eks­perta od sil­ni­ków wyso­ko­pręż­nych, Che­stera Nimitza, który miał się zająć przy­go­to­wa­niami pod­wod­nej armady do wiel­kiej podróży przez ocean.

Hart i Nimitz mieli pro­blem ze zgro­ma­dze­niem wyma­ga­nej liczby zdat­nych do użytku okrę­tów. W cze­snym latem 1917 roku, kiedy rzu­cono ten pomysł, wielka flota pod­wodna okrę­tów typów O, R i S była w więk­szo­ści albo dopiero na deskach kre­ślar­skich, albo w naj­lep­szym razie na pochyl­niach stoczni. Stany Zjed­no­czone miały w linii czter­dzie­ści sześć okrę­tów, z tego ponad połowę sta­rych, z napę­dem ben­zy­no­wym, sta­cjo­nu­ją­cych w New Lon­don, Pana­mie i Manili. Wyma­ga­niom eks­pe­dy­cji euro­pej­skiej odpo­wia­dało zale­d­wie osiem jed­no­stek typu K i sie­dem typu L. Pro­blem pole­gał na tym, że połowa okrę­tów typu K sta­cjo­no­wała na Hawa­jach. Na Atlan­tyku Hart i Nimitz mieli więc do wyboru zale­d­wie jede­na­ście okrę­tów - cztery typu K i sie­dem typu L. Hart dodał jesz­cze dwu­na­sty, E-1, czyli daw­nego Ski­pjacka, pierw­szy ame­ry­kań­ski die­slow­ski okręt pod­wodny, słu­żący jako jed­nostka szkolna w New Lon­don.

Wszyst­kie dwa­na­ście jed­no­stek pod­dano sze­roko zakro­jo­nym remon­tom w stocz­niach mary­narki, a potem podzie­lono na dwa dywi­zjony. 4 Dywi­zjon Okrę­tów Pod­wod­nych (DOP) wysłano na Azory, a 5 Dywi­zjon Okrę­tów Pod­wod­nych do połu­dnio­wej Irlan­dii. Od początku szło im nie naj­le­piej. 4 DOP skła­dał się z czte­rech okrę­tów typu K (K-1, K-2, K-5 i K-6) oraz sta­rego E-1. Okręty typu K wyru­szyły w paź­dzier­niku 1917 roku, eskor­to­wane przez fla­gową jed­nostkę Harta, okręt-bazę Bush­nell. 5 DOP (L-1, L-2, L-4, L-9, L-10 i L-11) wyru­szył wraz z opóź­nio­nym przez awa­rię E-1 także w eskor­cie Bush­nella. W dro­dze okręty prze­śla­do­wała zła pogoda, która spra­wiła, że do Ban­try Bay w Irlan­dii dotarły dopiero w lutym. Ani 5 DOP, który dwa­dzie­ścia jeden razy nawią­zy­wał kon­takt z U-Bootami, ani tym bar­dziej azor­ski 4 DOP, który nie napo­tkał ani jed­nego U-Boota, nie mogły poszczy­cić się zato­pie­niem nie­przy­ja­ciel­skich jed­no­stek. Jedy­nym zyskiem z całej eska­pady było porów­na­nie ze sprzę­tem euro­pej­skim, które wyka­zało zaco­fa­nie zarówno tech­niczne, jak i tak­tyczne. Bry­tyj­skie i nie­miec­kie okręty pod­wodne biły na głowę swe ame­ry­kań­skie odpo­wied­niki pręd­ko­ścią, zasię­giem i odpor­no­ścią. Zanu­rzały się szyb­ciej, scho­dziły głę­biej, w zanu­rze­niu pły­nęły szyb­ciej i były bar­dziej ste­rowne. Ich sil­niki, tor­pedy, pery­skopy, hydro­fony były lep­sze od wszyst­kiego, co kie­dy­kol­wiek wypro­du­ko­wali Ame­ry­ka­nie. Miały uzbro­je­nie arty­le­ryj­skie, o któ­rym Ame­ry­ka­nie dopiero myśleli. Ame­ry­kań­skie siły pod­wodne jesz­cze przez wiele lat kopio­wały zarówno tech­nikę, jak i tak­tykę Bry­tyj­czy­ków i Niem­ców.

Kiedy na ame­ry­kań­skich wodach stwier­dzono obec­ność wro­gich okrę­tów pod­wod­nych, walka z nimi spa­dła na pozo­stałe tam okręty pod­wodne Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych - E-2, nowe okręty typu N i cztery typu K, które zde­cy­do­wano się ścią­gnąć na Kara­iby z Hawa­jów. Siły te ope­ro­wały z New Lon­don, Key West i innych por­tów Wschod­niego Wybrzeża, ale do końca wojny nie odno­to­wały żad­nych suk­ce­sów.

Pod koniec wojny pro­gram roz­bu­dowy floty pozwo­lił Ame­ry­ka­nom wysłać do Europy drugi kon­tyn­gent okrę­tów pod­wod­nych. Zło­żyły się nań 6 Dywi­zjon Okrę­tów Pod­wod­nych (cztery jed­nostki, L-5 do L-8) oraz 8 DOP (sie­dem nowych okrę­tów typu O, 0-3 do 0-10). 6 DOP dotarł na Azory 7 listo­pada 1918 roku, na cztery dni przed pod­pi­sa­niem zawie­sze­nia broni. 8 DOP wypły­nął z New­port 2 listo­pada. 11 listo­pada, kiedy umil­kły działa, wciąż był w dro­dze; dostał roz­kaz powrotu do macie­rzy­stych por­tów.

***

Kres zagro­że­niu ze strony U-Bootów poło­żyły osta­tecz­nie wywiad radiowy i ów nudny, męczący sys­tem kon­wo­jo­wa­nia, na który tak długo alianci nie mogli się zde­cy­do­wać. Pły­nące zyg­za­kiem w zwar­tej for­ma­cji setki stat­ków, eskor­to­wane przez nisz­czy­ciele i inne jed­nostki do zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych, pro­wa­dzone tra­sami omi­ja­ją­cymi znane pozy­cje U-Bootów, poko­ny­wały Atlan­tyk istot­nie nieco dłu­żej niż poje­dyn­cze statki, ale za to dowo­ziły bez­piecz­nie na miej­sce ludzi i sprzęt. Ostat­nich scep­ty­ków musiały prze­ko­nać liczby. Po wpro­wa­dze­niu kon­wo­jo­wa­nia alianc­kie straty tonażu han­dlo­wego spa­dły rap­tow­nie z poziomu 800 000 BRT mie­sięcz­nie, na któ­rym utrzy­my­wały się od kwiet­nia, do nie­wiele ponad 300 000 BRT. W ciągu pierw­szych trzech mie­sięcy 1917 roku alianci stra­cili tysiąc stat­ków. W ciągu dzie­wię­ciu mie­sięcy ist­nie­nia sys­temu kon­wo­jo­wego w 1918 roku straty wynio­sły 1133 jed­nostki, z któ­rych 999 pły­nęło samo­dziel­nie. Kon­woje utra­ciły zale­d­wie 134 statki.

Po zakoń­cze­niu wojny sta­ty­stycy zajęli się stra­tami alianc­kimi spo­wo­do­wa­nymi dzia­ła­niami U-Bootów. Zato­piły one dzie­sięć pan­cer­ni­ków, osiem­na­ście krą­żow­ni­ków, dwa­dzie­ścia jeden nisz­czy­cieli i dzie­więć okrę­tów pod­wod­nych oraz 5708 stat­ków o łącz­nym tonażu nie­mal 11 milio­nów BRT. Połowa zato­pio­nego tonażu poszła na dno pod bry­tyj­ską ban­derą.

Nie­miec­kie siły pod­wodne nie zostały roz­bite, a jedy­nie obez­wład­nione.

W cza­sie wojny Niemcy zbu­do­wali 373 okręty pod­wodne. W ciągu pierw­szych dwóch lat ich straty były nie­wiel­kie. W dwóch kolej­nych, kiedy alianci uspraw­nili metody zdo­by­wa­nia wia­do­mo­ści wywia­dow­czych i wpro­wa­dzili sys­tem kon­wo­jowy, straty U-Bootów się­gnęły śred­nio sied­miu okrę­tów mie­sięcz­nie. W momen­cie zakoń­cze­nia wojny Niemcy mieli 179 okrę­tów pod­wod­nych w linii i 224 w budo­wie. Plan na 1919 rok prze­wi­dy­wał budowę trzy­dzie­stu okrę­tów mie­sięcz­nie. W ciągu wojny Niemcy stra­cili 178 okrę­tów z około pię­cioma tysią­cami ofi­ce­rów, podofi­ce­rów i mary­na­rzy na pokła­dach. Zato­pie­nie każ­dego z nich alianci oku­pili jed­nak trzy­dzie­stoma dwoma zato­pio­nymi wła­snymi jed­nost­kami.

Naj­sku­tecz­niej­szym orę­żem prze­ciw okrę­tom pod­wod­nym - sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc - oka­zały się inne okręty pod­wodne. W cza­sie wojny alianci utrzy­my­wali stale na patro­lach bojo­wych około trzy­dzie­stu pię­ciu okrę­tów pod­wod­nych. Te nie­wiel­kie siły zato­piły łącz­nie osiem­na­ście U-Bootów: dwa razy tyle, co słynne okręty-pułapki i trzy razy tyle, co 625 samo­lo­tów i ste­row­ców przy­dzie­lo­nych do zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych. Cztery tysiące pomoc­ni­czych jed­no­stek mary­narki wojen­nej, które Bry­tyj­czycy wcie­lili do służby prze­ciw U-Bootom, zali­czyło łącz­nie trzy­dzie­ści dwa zato­pie­nia. Trzy­sta nisz­czy­cieli i ści­ga­czy, któ­rych zada­niem było wyłącz­nie zwal­cza­nie okrę­tów pod­wod­nych, zapi­sało na swoje konto łącz­nie czter­dzie­ści jeden U-Bootów. Pozo­stałe sie­dem­dzie­siąt dwa okręty pod­wodne zato­nęły na minach lub w wyniku wypad­ków.

Okręt pod­wodny, skon­stru­owany z myślą o obro­nie wybrzeża, a użyty do zwal­cza­nia żeglugi nie­przy­ja­ciel­skiej, zmu­sił Wielką Bry­ta­nię do sto­cze­nia - jak to napi­sał bry­tyj­ski histo­ryk Julian Cor­bett - "naj­bar­dziej zażar­tej walki na morzu, jaką zna histo­ria". Sama tylko neu­tra­li­za­cja U-Bootów wyma­gała wysił­ków miliona alianc­kich mary­na­rzy, tysięcy okrę­tów, setek samo­lo­tów, na co wydano setki milio­nów dola­rów.

Wnio­ski były jed­no­znaczne. Poja­wie­nie się okrętu pod­wod­nego i jego rola w dzia­ła­niach I wojny świa­to­wej wymo­gły daleko idące zmiany w pla­no­wa­niu i stra­te­gii mor­skiej. W odróż­nie­niu od poprzed­nich kon­flik­tów zbroj­nych, w przy­szło­ści "wojna han­dlowa" będzie zapewne zasad­ni­czym spo­so­bem pro­wa­dze­nia walki na morzu. Każda potęga dążąca do pano­wa­nia na morzu będzie musiała wysta­wić nie tylko potężne nawodne siły bojowe, ale i o wiele licz­niej­szą armadę mniej­szych okrę­tów, któ­rych zada­niem będzie ochrona tych sił. Jeśli takie pań­stwo będzie w dużej czę­ści pole­gało na dosta­wach drogą mor­ską, tak jak Wielka Bry­ta­nia, będzie musiało także roz­po­rzą­dzać takim tona­żem han­dlo­wym - a co waż­niej­sze, moż­li­wo­ściami jego uzu­peł­nie­nia - by pokryć nie­unik­nione straty w wyniku pod­wod­nej blo­kady prze­ciw­nika.

Okręty pod­wodne i poli­tyka (1)

Po poko­na­niu Nie­miec i zakoń­cze­niu I wojny świa­to­wej poten­cjal­nym prze­ciw­ni­kiem Sta­nów Zjed­no­czo­nych stała się Japo­nia. Przez dzie­się­cio­le­cia od "wizyty" koman­dora Perry'ego oba kraje utrzy­my­wały dobro­są­siedz­kie sto­sunki. W cza­sie wojny rosyj­sko-japoń­skiej ame­ry­kań­ska opi­nia publiczna była po stro­nie Japo­nii. W cza­sie I wojny świa­to­wej Japo­nia była sojusz­ni­kiem Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii, a więc także Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Mimo to mno­żyły się oznaki nara­sta­ją­cych mię­dzy tymi kra­jami kon­flik­tów. Japoń­ska armia miała coraz wię­cej do powie­dze­nia w poli­tyce, a jej naj­bar­dziej wpły­wowi przed­sta­wi­ciele nie taili popar­cia dla zapę­dów eks­pan­sjo­ni­stycz­nych w Chi­nach, co stało w jaskra­wej sprzecz­no­ści z ame­ry­kań­skimi pla­nami na Dale­kim Wscho­dzie i nastro­jami spo­łe­czeń­stwa Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Japoń­ska mary­narka wojenna dyna­micz­nie się roz­wi­jała. W zamian za pomoc w zwal­cza­niu nie­miec­kich U-Bootów na Morzu Śród­ziem­nym w cza­sie I wojny świa­to­wej, na mocy trak­tatu wer­sal­skiego Japo­nia otrzy­mała jako tery­to­rium man­da­towe dawne nie­miec­kie kolo­nie na Pacy­fiku: Mariany (z wyjąt­kiem wyspy Guam, wcze­śniej już zdo­by­tej przez Ame­ry­ka­nów na Hisz­pa­nach), Karo­liny i Wyspy Mar­shalla. Wszyst­kie te tery­to­ria leżały na dro­dze ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych na Fili­piny. Ewen­tu­alne bazy mor­skie mogły znacz­nie wzmoc­nić pozy­cję i potęgę japoń­skiej floty.

Dok­tryna Mahana prócz Planu Czar­nego wyma­gała także ana­lo­gicz­nego na wypa­dek ataku ze strony Japo­nii. Wie­lo­krot­nie uno­wo­cze­śniany Plan Poma­rań­czowy, prze­wi­dy­wał japoń­ską napaść na Fili­piny, tery­to­rium zamor­skie Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Plan zakła­dał zwią­za­nie sił przez nie­wiel­kie oddziały lądowe na wyspach i przez Flotę Azja­tycką, bazu­jącą w ich por­tach. Siły te, pro­wa­dząc walki odwro­towe, miały się stop­niowo wyco­fać na umoc­nione pozy­cje na pół­wy­spie Bataan w Zatoce Manil­skiej, do któ­rych podejść bro­niła od tyłu ufor­ty­fi­ko­wana wyspa Cor­re­gi­dor. W tym cza­sie siły ame­ry­kań­skie skon­cen­trują się na wodach macie­rzy­stych, prze­płyną przez Kanał Panam­ski na zachod­nią stronę kon­ty­nentu i zawi­ja­jąc po dro­dze po paliwo na Hawaje i Guam, gdzie przy oka­zji wysa­dzą posiłki dla tam­tej­szych gar­ni­zo­nów, ruszą na Daleki Wschód, by - jak Mahan przy­ka­zał - wydać walną bitwę siłom blo­ku­ją­cym Fili­piny. Po roz­bi­ciu nie­przy­ja­ciel­skiej floty siły ame­ry­kań­skie prze­niosą się na wody japoń­skie i oto­czą wyspy pier­ście­niem blo­kady, która zmusi prze­ciw­nika do poszu­ki­wa­nia poko­jo­wego roz­wią­za­nia sporu. W tym cza­sie na Fili­piny przy­będą trans­por­towce z posił­kami dla bro­nią­cych się na wyspach wojsk ame­ry­kań­skich, które wyga­szą ostat­nie ogni­ska japoń­skiego oporu.

Plan Poma­rań­czowy, uwa­żany za trzon ame­ry­kań­skiej dok­tryny mor­skiej, sta­no­wił główny temat dla słu­cha­czy Aka­de­mii Szta­bo­wej Mary­narki Wojen­nej w New­port. W począt­kach wieku to wła­śnie Plan Poma­rań­czowy skło­nił The­odore'a Roose­velta, któ­rego Wielka Biała Flota musiała opły­wać przy­lą­dek Horn za każ­dym razem, kiedy chciała wyjść na Pacy­fik, do pod­ję­cia decy­zji o budo­wie Kanału Panam­skiego. To Plan Poma­rań­czowy dyk­to­wał zało­że­nia tak­tyczno-tech­niczne nowych okrę­tów - ich pręd­kość, zasięg, dziel­ność mor­ską. Odgry­wa­niu poszcze­gól­nych czę­ści Planu Poma­rań­czo­wego poświę­cano więk­szość ćwi­czeń. Kiedy w wyniku prze­gra­nej przez Niemcy wojny świa­to­wej Plan Czarny zdez­ak­tu­ali­zo­wał się, jego pacy­ficzny odpo­wied­nik zdo­mi­no­wał ame­ry­kań­ską stra­te­gię i pla­no­wa­nie mor­skie.

Tuż po woj­nie ame­ry­kań­skie siły pod­wodne rosły w siłę i pre­stiż. Czter­dzie­ści trzy okręty typów O i R już tra­fiły do linii, pięć­dzie­siąt jeden więk­szych okrę­tów typu S albo już poszło w ich ślady, albo powsta­wało na pochyl­niach stoczni. Wielu mło­dych ofi­ce­rów, dostrze­ga­jąc szansę na szyb­kie obję­cie dowódz­twa, o które w siłach nawod­nych było coraz trud­niej, prze­no­siło się na okręty pod­wodne.

Mimo tego prze­pływu kadr siły nawodne i pod­wodne mary­narki ame­ry­kań­skiej sta­no­wiły na­dal dwa zupeł­nie odrębne światy. Siły pod­wodne były mary­narką wewnątrz mary­narki i pozo­sta­wały dum­nie w swej izo­la­cji. Miały z czego być dumne. Były i na zawsze już pozo­staną for­ma­cją ochot­ni­czą i eli­tarną. Kor­pus ofi­cer­ski sił pod­wod­nych łączyły więzy dużo ści­ślej­sze niż w innych rodza­jach wojsk, a nawet samej mary­narki. Jeśli na okrę­cie pły­ną­cym w mie­sięczny rejs znaj­do­wało się trzech czy czte­rech ofi­ce­rów, nie było spo­sobu na to, by nie poznali się bli­żej. W żad­nej innej służ­bie nie było tylu ślu­bów "w rodzi­nie", kiedy ofi­cer brał za żonę sio­strę lub córkę innego pod­wod­niaka. Kor­pus ofi­cer­ski sił pod­wod­nych był nie­liczny, więc wszy­scy wie­dzieli tu wszystko o wszyst­kich.

Do I wojny świa­to­wej okręt pod­wodny był uwa­żany w ame­ry­kań­skiej mary­narce za broń nada­jącą się jedy­nie do obrony wybrzeża, za coś w rodzaju arty­le­rii nad­brzeż­nej o prze­dłu­żo­nym zasięgu. Wojna otwo­rzyła pod­wod­nia­kom oczy na ich moż­li­wo­ści. Nie­miec­kie U-Booty zato­piły dwa­dzie­ścia osiem dużych okrę­tów alianc­kich, pan­cer­ni­ków i krą­żow­ni­ków. Zarówno bry­tyj­skie, jak i nie­miec­kie okręty pod­wodne uczest­ni­czyły - choć na ogra­ni­czoną skalę - w dzia­ła­niach dużych zespo­łów sił nawod­nych. Okręt pod­wodny mógł być - utrzy­my­wali pod­wod­niacy na pod­sta­wie doświad­czeń euro­pej­skich - ważną czę­ścią ofen­syw­nych sił mary­narki, a nie tylko psem łań­cu­cho­wym, uwią­za­nym do wybrzeża.

Po wej­ściu do służby pierw­szych okrę­tów typu S mary­narka posta­no­wiła wypró­bo­wać tę kon­cep­cję, ale bez powo­dze­nia. Okręty typu S, zwłasz­cza budo­wane przez rzą­dową stocz­nię w Por­ts­mouth, oka­zały się zbyt powolne, miały za mały zasięg i były zbyt deli­katne, by w poważ­niej­szych ope­ra­cjach zaczep­nych dotrzy­my­wać kroku flo­cie. W 1921 roku koman­dor Hart popro­wa­dził grupę nowych okrę­tów typu S (jede­na­ście jed­no­stek, S-2 do S-4, S-6, S-9 i S-14 do S-17) ze Wschod­niego Wybrzeża do Manili na Fili­pi­nach, ćwi­cząc prze­rzut sił w związku z Pla­nem Poma­rań­czo­wym. Podróż ta zajęła aż sie­dem mie­sięcy. Po tym nie­po­wo­dze­niu i innych nie­uda­nych manew­rach z flotą mary­narka powró­ciła do punktu wyj­ścia - okręty pod­wodne miały bro­nić wybrzeża, a w wypadku ataku bro­nić podejść mor­skich do baz w Manili, na Hawa­jach, w Pana­mie i na Wschod­nim Wybrzeżu.

Stało się jasne, że jeśli okręt pod­wodny ma być czę­ścią floty, bro­nią peł­no­mor­ską, to potrzeba do tego jed­no­stek o wiele więk­szych, szyb­szych i odzna­cza­ją­cych się znacz­nie więk­szym zasię­giem. Taki okręt będzie musiał pomie­ścić mnó­stwo paliwa, wiele tor­ped, mieć znacz­nie więk­szą dziel­ność mor­ską i do tego być rze­czy­wi­ście nie­za­wodny. Jego pręd­kość nawodna - i to nie mak­sy­malna, tylko krą­żow­ni­cza - będzie musiała wzro­snąć do poziomu prze­cięt­nej pręd­ko­ści mar­szo­wej zespo­łów floty, to jest do sie­dem­na­stu węzłów. W sumie, jeśli okręt pod­wodny miał się stać czę­ścią Planu Poma­rań­czo­wego, to potrzeba było dużej, szyb­kiej jed­nostki o ogrom­nym zasięgu, napę­dza­nej potęż­nymi i nie­za­wodnymi sil­ni­kami Die­sla.

Duże okręty pod­wodne nie były czymś zupeł­nie nowym. W cza­sie wojny Niemcy zbu­do­wali wiele jed­no­stek o wiele więk­szych od ich ame­ry­kań­skich odpo­wied­ni­ków z tego okresu. Naj­więk­szymi z nich było sześć olbrzy­mich han­dlo­wych stat­ków pod­wod­nych typu Deutsch­land o wypor­no­ści ponad 2000 ton i zasięgu 13 000 Mm. Te powolne, nie­ru­chawe jed­nostki zostały póź­niej prze­bu­do­wane na pod­wodne krą­żow­niki (U-151 do U-157), uzbro­jone w dwa potężne działa kali­bru 150 mm i odby­wały ruty­nowo trzy­mie­sięczne patrole. Pod koniec wojny Niemcy budo­wali znacz­nie bar­dziej zaawan­so­wane tech­nicz­nie duże okręty pod­wodne, które nazy­wali "krą­żow­ni­kami pod­wod­nymi" (U-142 do U-150). Były to olbrzymy (2700 ton), roz­wi­ja­jące nawodną pręd­kość 17 węzłów przy zasięgu 5000 Mm.

Stany Zjed­no­czone także eks­pe­ry­men­to­wały z dużymi okrę­tami pod­wod­nymi.

Już w cza­sie wojny Elec­tric Boat otrzy­mała kon­trakt na budowę trzech jed­no­stek typu T, które na papie­rze wyglą­dały podob­nie do nie­miec­kich krą­żow­ni­ków pod­wod­nych, lecz miały być od nich nieco mniej­sze. Okręty typu T miały po 81,5 metra dłu­go­ści i wypor­ność około 1100 ton. Według zało­żeń kon­struk­cyj­nych powinny roz­wi­jać pręd­kość do 20 węzłów, mieć olbrzymi zasięg i prze­wo­zić szes­na­ście tor­ped. Gotowe okręty nie speł­niły pokła­da­nych w nich nadziei. Były powolne, trudno ste­rowne i nie­bez­pieczne.

Naj­więk­szym pro­ble­mem był jak zwy­kle napęd. Mimo że Niemcy osią­gnęli mistrzo­stwo w budo­wa­niu okrę­to­wych siłowni wyso­ko­pręż­nych, Ame­ry­ka­nie na­dal mieli z tym pro­blemy. Die­sle na jed­nost­kach typu T były cięż­kie, posia­dały nie­wielką moc i stale się psuły. Mary­narka zdo­była die­sle MAN, zde­mon­to­wane z nie­miec­kiego okrętu pod­wod­nego, i pró­bo­wała je zamon­to­wać w T-2. Oka­zało się wtedy, że sil­niki są za duże. Jeden z ofi­ce­rów sko­men­to­wał:

To było tak, jakby sło­nia wepchnąć do stajni dla kucyka.

Po tej porażce zre­zy­gno­wano z okrę­tów typu T. Jed­nak pod­wod­niacy byli na­dal zde­cy­do­wani wywal­czyć dla sie­bie miej­sce w pierw­szej lidze. Kiedy po zakoń­cze­niu wojny mogli wresz­cie korzy­stać z nie­miec­kich osią­gnięć w dzie­dzi­nie budowy okrę­tów pod­wod­nych i sil­ni­ków wyso­ko­pręż­nych, Radzie Głów­nej mary­narki zapro­po­no­wano budowę nowych okrę­tów oce­anicz­nych, wzo­ro­wa­nych na nie­miec­kich krą­żow­ni­kach, ale napę­dza­nych die­slami ame­ry­kań­skiej firmy Busch-Sul­zer z St. Louis. Pro­jekt zakła­dał stwo­rze­nie olbrzyma o dłu­go­ści 104 metrów i wypor­no­ści prze­kra­cza­ją­cej 2000 ton. Rada zatwier­dziła pro­jekt i zamó­wiła trzy okręty typu V (literę U z oczy­wi­stych wzglę­dów pomi­nięto). Stępki pod nie poło­żono pod koniec 1921 roku w stoczni mary­narki w Por­ts­mouth. Budowa - z racji trud­no­ści natury zarówno tech­nicz­nej, jak i poli­tycz­nej - trwała aż cztery lata. Było to spo­wo­do­wane tym, że choć siły pod­wodne zyski­wały z każ­dym rokiem uzna­nie w oczach dowód­ców mary­narki, cywile, kar­mieni przez pro­pa­gandę wojenną obra­zami okru­cień­stwa "zdra­dziec­kich pod­wod­nych mor­der­ców", wyra­biali sobie coraz gor­sze zda­nie o tym spo­so­bie pro­wa­dze­nia walki. Pod koniec wojny histe­ria pro­pa­gan­dowa dopro­wa­dziła do tego, że spo­łe­czeń­stwo znie­na­wi­dziło okręt pod­wodny jako taki i wielu poli­ty­ków, tak w Ame­ryce, jak i w Euro­pie, zbiło potężny kapi­tał wybor­czy na twier­dze­niach w rodzaju, że okręt pod­wodny jest rów­nie nie­mo­ralną bro­nią maso­wego raże­nia, co gaz tru­jący i na równi z nim powi­nien być wyklęty i wyjęty spod prawa.

Poglądy takie popie­rała zwłasz­cza bry­tyj­ska Admi­ra­li­cja. W cza­sie nego­cja­cji poprze­dza­ją­cych zawar­cie trak­tatu poko­jo­wego Bry­tyj­czy­ków nie zado­wa­lało nawet znisz­cze­nie wszyst­kich nie­miec­kich okrę­tów pod­wod­nych. Zapro­po­no­wali także likwi­da­cję wła­snych sił pod­wod­nych - pod warun­kiem, że podob­nie uczy­nią inne potęgi mor­skie. Za tą pro­po­zy­cją stało kilka przy­czyn. Wielka Bry­ta­nia była wyspiar­skim impe­rium z posia­dło­ściami roz­sia­nymi po całym świe­cie i od zaopa­trze­nia drogą mor­ską zale­żało jej prze­trwa­nie. Pod­wodna blo­kada ugo­dziła ją bar­dzo bole­śnie, a mogła się powtó­rzyć w przy­szło­ści. Flota bry­tyj­ska na­dal była naj­więk­sza na świe­cie, w cza­sie tej wojny ponio­sła jed­nak poważne straty na sku­tek dzia­łań okrę­tów pod­wod­nych. To także mogło się powtó­rzyć.

Bry­tyj­ska pro­po­zy­cja wywo­łała gorącą dys­ku­sję w krę­gach kie­row­ni­czych ame­ry­kań­skiej mary­narki wojen­nej. Część admi­ra­łów była zda­nia, że wpro­wa­dze­nie lot­ni­skow­ców (pierw­szy ame­ry­kań­ski okręt tej klasy, prze­bu­do­wany węglo­wiec Jupi­ter, wszedł do służby w 1922 roku) i nowy bry­tyj­ski wyna­la­zek, azdyk, pozwa­la­jący dokład­nie zlo­ka­li­zo­wać zanu­rzony okręt pod­wodny wiązką ultra­dź­wię­ków, spra­wią, że ta klasa jed­no­stek sta­nie się prze­żyt­kiem. Orę­dow­ni­kiem bry­tyj­skiego mora­to­rium na okręty pod­wodne był szef ope­ra­cji mor­skich, admi­rał Wil­liam She­pherd Ben­son, który sta­rał się zaha­mo­wać roz­wój sił pod­wodnych i prze­cią­gnąć na swoją stronę Depar­ta­ment Mary­narki Wojen­nej. Jego prze­ciw­ni­kami było wielu ofi­ce­rów, w tym Tho­mas Hart, wów­czas szef Sek­cji Pod­wod­nej Biura Ope­ra­cji Mor­skich. W notatce służ­bo­wej, skie­ro­wa­nej do uczest­ni­ków Sesji Pla­no­wa­nia Mor­skiego w 1919 roku Hart utrzy­my­wał, że pogląd Ben­sona wynika

z kon­ser­wa­tyw­nego przy­wią­za­nia do wiel­kich okrę­tów i nie­chęci do zaj­mo­wa­nia się czym­kol­wiek, co mogłoby zachwiać sta­rym porząd­kiem.

W sam śro­dek tej "wojny na górze" weszły jesz­cze pro­blemy z opi­nią publiczną. W 1920 roku pre­zy­dent War­ren G. Har­ding wygrał wybory, gło­sząc "koniec wojny i powrót do nor­mal­no­ści". Przez kraj prze­to­czyła się fala nastro­jów pacy­fi­stycz­nych. Kiedy dołą­czyły do tego zabu­rze­nia gospo­dar­cze, które dopro­wa­dziły do kry­zysu eko­no­micz­nego w 1921 roku, wielu oby­wa­teli zaczęło zada­wać sobie - a co gor­sza, także i swoim przed­sta­wi­cie­lom na Kapi­tolu - nie­wy­godne pyta­nia o to, w jakim celu wśród powszech­nej biedy rząd wydaje miliony dola­rów na budowę "naj­więk­szej floty świata". Prze­cież z Bry­tyj­czy­kami ni­gdy nie będziemy wal­czyć - argu­men­to­wano, a Fran­cja ani Wło­chy nie mają sił mor­skich zdol­nych zagro­zić Ame­ryce. Mary­narka wojenna Japo­nii była mniej­sza od już posia­da­nej przez Stany Zjed­no­czone. Co wię­cej, natchniony wizjo­ner Kor­pusu Powietrz­nego Armii Sta­nów Z jed­no­czo­nych, gene­rał Wil­liam Mit­chell, gło­sił wszem i wobec, że jego samo­loty udo­wod­niły nie­zbi­cie, że pan­cer­nik jest bro­nią prze­sta­rzałą, którą jego tanie, star­tu­jące z lądu samo­loty zata­piają bez więk­szych pro­ble­mów.

Bry­tyj­czycy śle­dzili tę debatę z żywym zain­te­re­so­wa­niem. Więk­szość admi­ra­łów bry­tyj­skich nie wie­rzyła w moż­li­wość wybu­chu kon­fliktu mor­skiego ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi, lecz ame­ry­kań­skie zbro­je­nia mor­skie, któ­rym z przy­czyn eko­no­micz­nych Wielka Bry­ta­nia nie mogła dotrzy­mać kroku, budziły ich nie­po­kój. Nie­je­den już raz w histo­rii sojusz­nicy Albionu sta­wali się jego wro­gami, obo­wiąz­kiem Admi­ra­li­cji było więc oce­nia­nie zdol­no­ści każ­dego obcego pań­stwa do pro­wa­dze­nia wojny mor­skiej, a nie jego poli­tycz­nych inten­cji. Obawa przed prze­gra­niem mor­skiego wyścigu zbro­jeń z powo­dów eko­no­micz­nych popchnęła Bry­tyj­czy­ków do zapro­po­no­wa­nia mię­dzy­na­ro­do­wej kon­fe­ren­cji roz­bro­je­nio­wej, która miała poło­żyć kres zbro­je­niom mor­skim. Pre­zy­dent Har­ding, poszu­ku­jąc moż­li­wo­ści uczy­nie­nia gestu potwier­dza­ją­cego jego wybor­cze hasła "nor­ma­li­za­cji", zgo­dził się z miej­sca na jej zwo­ła­nie. Już na pierw­szym posie­dze­niu jego sekre­tarz stanu Char­les Evans obwie­ścił, że Stany Zjed­no­czone są gotowe zre­zy­gno­wać ze swego pro­gramu roz­bu­dowy floty, jeśli inne pań­stwa zobo­wiążą się pójść w ich ślady.

W cza­sie owej histo­rycz­nej kon­fe­ren­cji w Waszyng­to­nie znowu zakwe­stio­no­wano przy­szłość okrę­tów pod­wod­nych. Zanim dele­gaci opu­ścili ame­ry­kań­ską sto­licę, król Jerzy V wysłał przed­sta­wi­cie­lom Admi­ra­li­cji notę, w któ­rej pisał:

Powin­ni­śmy twardo zażą­dać zakazu okrę­tów pod­wod­nych.

Na kon­fe­ren­cji bry­tyj­ska dele­ga­cja zaofe­ro­wała prze­ka­za­nie na złom swej

naj­więk­szej, naj­no­wo­cze­śniej­szej i naj­sku­tecz­niej­szej floty pod­wod­nej świata oraz prze­nie­sie­nie jej per­so­nelu do innych zadań, jeśli inne pań­stwa uczy­nią to samo i w przy­szło­ści powstrzy­mają się od budowy podob­nych jed­no­stek.

Zgody jed­nak nie wyra­zili przed­sta­wi­ciele Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Fran­cji.

Fran­cuzi, roz­po­rzą­dza­jący sła­bymi siłami nawod­nymi, na­dal trak­to­wali okręty pod­wodne jako ważny skład­nik swej mary­narki, gło­sząc, że zakaz ist­nie­nia okrę­tów pod­wod­nych byłby nie­lo­giczny, "sprzeczny ze zdro­wym roz­sąd­kiem". Rada Główna ame­ry­kań­skiej mary­narki, powo­łu­jąc się na ogra­ni­czone moż­li­wo­ści wła­snych okrę­tów typów O, R i S, twier­dziła, że jako jed­nostki obrony wybrzeża okręty pod­wodne

mają szcze­gólną war­tość dla obrony inte­re­sów Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Indiach Zachod­nich i na Fili­pi­nach oraz w pobliżu naszych bar­dzo dłu­gich wybrzeży.

Ame­ryka i Fran­cja odrzu­ciły więc pro­po­zy­cję bry­tyj­ską, ale w zamian zapro­po­no­wały ogra­ni­cze­nie łącz­nego tonażu floty pod­wod­nej każ­dego kraju do 90 000 ton wypor­no­ści. Tonaż taki obej­mo­wałby wszyst­kie ist­nie­jące okręty pod­wodne w służ­bie ame­ry­kań­skiej.

Wal­cząc o zakaz budowy i uży­wa­nia okrę­tów pod­wod­nych, Bry­tyj­czycy wpro­wa­dzili sporo zamie­sza­nia, oskar­ża­jąc Fran­cu­zów o popie­ra­nie kon­cep­cji "nie­ogra­ni­czo­nej wojny pod­wod­nej". Powo­ły­wano się na cytat z wypo­wie­dzi pew­nego wyso­kiego rangą ofi­cera Marine Natio­nale, który stwier­dził, że Niemcy "abso­lut­nie mieli prawo" uży­wać swych okrę­tów pod­wod­nych tak, jak to robili w cza­sie wojny. Fran­cuzi zaprze­czyli oskar­że­niom, ale wieść o spo­rze prze­do­stała się do prasy, wywo­łu­jąc falę obu­rze­nia. W rezul­ta­cie pod naci­skami ze swych sto­lic uczest­nicy kon­fe­ren­cji musieli zaj­mo­wać się nie tylko ogra­ni­cze­niem tonażu, ale także moral­nymi aspek­tami wojny pod­wod­nej.

W debatę wdało się wielu intru­zów, w tym sena­tor Elihu Root, który zapro­po­no­wał serię rezo­lu­cji, mają­cych na celu znaczne ogra­ni­cze­nie uży­cia okrę­tów pod­wod­nych w cza­sie przy­szłej wojny. Ogól­nie rzecz bio­rąc, sena­tor doma­gał się przy­wró­ce­nia daw­nych oby­cza­jów wojny mor­skiej, które przed ewen­tu­al­nym zato­pie­niem lub zaję­ciem statku wyma­gały zatrzy­ma­nia i prze­szu­ka­nia go. Rada Główna mary­narki sprze­ci­wiła się postu­la­tom Roota, pod­no­sząc argu­menty bar­dzo podobne do tych, które zgła­szali sze­fo­wie nie­miec­kiego Sztabu Mor­skiego w cza­sie wojny. Gło­sili, że uży­cie okrę­tów pod­wod­nych jest "efek­tyw­nym i legal­nym środ­kiem walki" oraz że pro­po­zy­cje Roota nakła­dają "nie­da­jące się przy­jąć restryk­cje na uży­cie sił pod­wod­nych" i stoją w "sprzecz­no­ści z przy­ję­tymi zasa­dami uży­cia takiej broni".

Mor­ska kon­fe­ren­cja roz­bro­je­niowa cią­gnęła się tygo­dniami. W lutym 1922 roku uczest­nicy osią­gnęli w końcu kom­pro­mis. Dopusz­czalny tonaż pan­cer­ni­ków i lot­ni­skow­ców Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Japo­nii usta­lono w pro­por­cji 5:5:3. Ogło­szono dzie­się­cio­let­nie mora­to­rium na budowę nowych wiel­kich okrę­tów bojo­wych (pan­cer­ni­ków i lot­ni­skow­ców), a dopusz­czalną wypor­ność pan­cer­nika ogra­ni­czono do 35 000 ton. W celu nakło­nie­nia Japo­nii do zło­że­nia pod­pisu pod doku­men­tem Stany Zjed­no­czone zobo­wią­zały się nie wzmac­niać zdol­no­ści woj­sko­wych swych baz na Pacy­fiku na zachód od Hawa­jów (a więc na wyspie Guam i na Fili­pi­nach). To oraz dodat­kowo świa­do­mość, że okręty, któ­rych tonaż usta­lono w pro­por­cji 5:5:3, muszą wystar­czyć Wiel­kiej Bry­ta­nii do obrony trzech oce­anów, a Sta­nom Zjed­no­czo­nym dwóch, zda­niem wielu komen­ta­to­rów spra­wiało, że jedy­nym bene­fi­cjen­tem kon­fe­ren­cji waszyng­toń­skiej była Japo­nia. Ogra­ni­cze­nia skom­pli­ko­wały ponadto Plan Poma­rań­czowy i osła­biły siły mające wziąć w nim udział.

Pomimo to Stany Zjed­no­czone ogło­siły kon­fe­ren­cję zwy­cię­stwem pokoju.

Wiel­kie pan­cer­niki i krą­żow­niki liniowe, na które Ame­ryka wydała już miliony dola­rów, zło­mo­wano na pochyl­niach budu­ją­cych je stoczni. W nad­cho­dzą­cych latach Mary­narka Wojenna Sta­nów Zjed­no­czo­nych zmniej­szyła się do zale­d­wie sied­miu tysięcy ofi­ce­rów oraz stu tysięcy podofi­ce­rów i mary­na­rzy. Jej przed­sta­wi­ciele przez lata musieli pro­sić Kon­gres o wydzie­le­nie w każ­dym roku środ­ków wystar­cza­ją­cych na utrzy­ma­nie tych sił, nie mówiąc o odno­wie­niu sprzętu.

Kraj wcho­dził wów­czas w epokę jazzu, w "sza­lone lata dwu­dzie­ste", z pro­hi­bi­cją, nie­le­galną pro­duk­cją alko­holu, pięk­nymi samo­cho­dami i zwa­rio­waną modą. Na gieł­dzie trwała olbrzy­mia spe­ku­la­cja akcjami, na Flo­ry­dzie - grun­tami. Nowymi boha­te­rami byli już nie żegla­rze, lecz lot­nicy: Billy Mit­chell, Char­les Lind­bergh, Wiley Post i Ame­lia Ear­hart.

Dyle­maty moralne wokół wyko­rzy­sty­wa­nia okrę­tów pod­wod­nych, które pod­nie­siono w cza­sie kon­fe­ren­cji waszyng­toń­skiej, wła­ści­wie ni­gdy nie zostały roz­strzy­gnięte. Fran­cuzi odmó­wili raty­fi­ka­cji tej czę­ści doku­mentu koń­co­wego kon­fe­ren­cji, która zawie­rała postu­laty Roota, spra­wia­jąc, że utra­ciły one jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Bry­tyj­ską pro­po­zy­cję zakazu okrę­tów pod­wod­nych odrzu­cono z całą mocą, podob­nie postu­laty ogra­ni­cze­nia tonażu okrę­tów pod­wod­nych. Kiedy kon­fe­ren­cja się zakoń­czyła, każdy kraj miał pełne prawo zbu­do­wać tyle okrę­tów pod­wod­nych, ile chciał i uży­wać ich swo­bod­nie pod­czas kon­flik­tów zbroj­nych.

Wrzawa wokół kon­fe­ren­cji i ogólny spa­dek zain­te­re­so­wa­nia spra­wami mor­skimi poważ­nie opóź­niły roz­wój ame­ry­kań­skiej floty pod­wod­nej. Pro­jek­to­wany pro­gram budowy okrę­tów typu S prze­dłu­żono do 1925 roku. Trzy okręty typu V zdo­łano ura­to­wać przed pal­ni­kiem, ale skąp­stwo Kon­gresu znacz­nie odda­liło wpro­wa­dze­nie ich do służby.

Tajne przed­się­wzię­cia

W cza­sie trwa­nia kon­fe­ren­cji zapo­cząt­ko­wano dwa tajne przed­się­wzię­cia, które oka­zały się póź­niej bar­dzo ważne dla całej mary­narki, a szcze­gól­nie dla floty pod­wod­nej. Oba miały na celu zła­ma­nie japoń­skich kodów dyplo­ma­tycz­nych i mor­skich.

Pierw­szym kie­ro­wał znany z eks­cen­trycz­nych zacho­wań i wystaw­nego stylu życia czo­łowy ame­ry­kań­ski eks­pert z zakresu kryp­to­gra­fii, Her­bert Osborne Yar­dley. W cza­sie I wojny świa­to­wej kie­ro­wał on sek­cją kryp­to­gra­ficzną Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Po jej zakoń­cze­niu uru­cho­mił w Nowym Jorku insty­tu­cję zwaną Czar­nym Gabi­ne­tem - na podo­bień­stwo słyn­nej służby szpie­gow­skiej kar­dy­nała Riche­lieu, zaj­mu­ją­cej się cen­zurą poczty. Korzy­sta­jąc z popar­cia dowództw armii i mary­narki oraz Depar­ta­mentu Stanu, Yar­dley i jego zespół skon­cen­tro­wał się na łama­niu japoń­skich szy­frów dyplo­ma­tycz­nych. W cza­sie kon­fe­ren­cji Czarny Gabi­net dostar­czył do Waszyng­tonu treść pię­ciu tysięcy japoń­skich depesz dyplo­ma­tycz­nych, całą kore­spon­den­cję przy­cho­dzącą i wycho­dzącą dele­ga­cji japoń­skiej.

Dru­gie przed­się­wzię­cie było już dzie­łem samej mary­narki. Zespół szpie­gow­ski zło­żony z ofi­ce­rów Biura Wywiadu Mor­skiego (ONI), funk­cjo­na­riu­szy poli­cji miej­skiej i Biura Śled­czego Depar­ta­mentu Spra­wie­dli­wo­ści (które póź­niej zyskało sławę jako Fede­ralne Biuro Śled­cze) wła­mał się do japoń­skiego kon­su­latu w Nowym Jorku, sfor­so­wał sejf kon­sula i sfo­to­gra­fo­wał księgi kodowe. Ponie­waż żaden z jego człon­ków nie znał japoń­skiego, tłu­ma­cze­nie ksiąg zle­cono misjo­na­rzowi kwa­kier­skiemu, wie­leb­nemu dok­to­rowi Emer­so­nowi J. Haawor­thowi. Zajęło mu to aż trzy lata. Wie­lebny Haaworth trzy­mał swoje notatki w czer­wo­nym segre­ga­to­rze - stąd szyfr, który prze­tłu­ma­czył, nazy­wano powszech­nie Kodem Czer­wo­nym.

Ponie­waż bra­ko­wało ofi­ce­rów mówią­cych po japoń­sku, ONI uru­cho­miło kurs języ­kowy. Co roku dwu jego absol­wen­tów wysy­łano na trzy­letni staż języ­kowy do Tokio jako asy­sten­tów attaché mor­skiego. W cza­sie swego pobytu stu­dio­wali oni japoń­ską kul­turę, histo­rię i język, ze szcze­gól­nym naci­skiem na ter­mi­no­lo­gię mor­ską. Wszy­scy nie­mal sta­ży­ści tra­fiali potem do sek­cji zaj­mu­ją­cej się roz­szy­fro­wy­wa­niem depesz japoń­skiej mary­narki wojen­nej.

Kiedy wie­lebny Haaworth zakoń­czył wresz­cie swą mrów­czą pracę, Biuro Wywiadu Mor­skiego zro­zu­miało, że zdo­by­cie Kodu Czer­wo­nego jest dopiero począt­kiem przed­się­wzię­cia. Każ­dego dnia Japoń­czycy mogli prze­cież zmie­nić szyfr, a wtedy wszystko nale­żało zacząć od początku. Przy łama­niu szy­frów japoń­skich mary­narka nie mogła liczyć jedy­nie na szczę­ście. Trzeba było zor­ga­ni­zo­wać, wyszko­lić i uru­cho­mić zespoły kryp­to­lo­gów i sta­cje nasłu­chowe.

W tym celu w 1924 roku mary­narka stwo­rzyła jed­nostkę, którą nazwano Zespo­łem Badaw­czym Biura Łącz­no­ści Mor­skiej. Jego pierw­szym dowódcą został młody kapi­tan Lau­rence Frye Saf­ford, zresztą pod­wod­niak, który w 1921 roku odbył słynny rejs do Manili jako zastępca dowódcy S-7. Saf­ford, jak więk­szość "łama­czy kodów", był eks­cen­try­kiem, nie­da­rzą­cym zbyt­nim powa­ża­niem rutyny i pro­to­kołu mary­narki. Wkrótce zało­żył szkołę szy­frową i zor­ga­ni­zo­wał sta­cje nasłu­chowe na Guam i Dale­kim Wscho­dzie.

Poma­gała mu nie­zwy­kła kobieta, Agnes Meyer Dri­scoll, genialny kryp­to­log, która współ­pra­co­wała poprzed­nio z Wil­lia­mem Fre­de­ric­kiem, czo­ło­wym spe­cja­li­stą armii w tej dzie­dzi­nie. Przez lata Dri­scoll była czo­ło­wym auto­ry­te­tem w dzie­dzi­nie japoń­skich szy­frów mor­skich i naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nym - ale naj­ni­żej opła­ca­nym - kryp­to­logiem mary­narki. Przez lata dzie­liła się swoją wie­dzą z Saf­for­dem, któ­rego pasjo­no­wały raczej elek­tro­niczne gadżety niż łama­nie szy­frów, a także z jego następ­cami z Zespołu Badaw­czego i ze słu­cha­czami szkoły kryp­to­logicznej.

Pod­czas gdy trzy okręty typu V powsta­wały na pochylni stoczni mary­narki w Por­ts­mouth, Biuro Uzbro­je­nia pro­wa­dziło prace nad ulep­sze­niem tor­ped. Ich celem było stwo­rze­nie bar­dziej zaawan­so­wa­nej i potęż­niej­szej broni dla przy­szłych oce­anicz­nych okrę­tów pod­wod­nych. Więk­szość tych prac pro­wa­dzono w Sta­cji Tor­pe­do­wej w New­port - filii w Ale­xan­drii nie udało się utrzy­mać na sku­tek pre­sji poli­ty­ków z Rhode Island.

Postęp w tech­nice tor­pe­do­wej, jaki mimo chro­nicz­nego braku fun­du­szy doko­nał się w latach dwu­dzie­stych, był w więk­szo­ści wyni­kiem pracy kapi­tana Ral­pha Waldo Chri­stiego, absol­wenta Aka­de­mii Mary­narki w Anna­po­lis z rocz­nika 1915. Okręty pod­wodne zain­te­re­so­wały tego wyso­kiego i przy­stoj­nego ofi­cera jesz­cze w trak­cie wojny; stał się on jed­nym z pierw­szych absol­wen­tów Szkoły sił Pod­wod­nych w New Lon­don. Dowo­dził ben­zy­no­wym Octo­pu­sem (C-1) w Pana­mie, R-6, a potem prze­jął od Mon­sena dowódz­two S-1, który w ramach eks­pe­ry­men­tów wypo­sa­żono w samo­lot. Potem skoń­czył pody­plo­mowe stu­dia inży­nier­skie i w 1923 roku otrzy­mał tytuł inży­niera w dzie­dzi­nie mecha­niki uzbro­je­nia na reno­mo­wa­nej poli­tech­nice Mas­sa­chu­setts Insti­tute of Tech­no­logy (MIT). Od tej chwili droga Chri­stiego wio­dła na zmianę przez kolejne dowódz­twa na okrę­tach pod­wod­nych i pracę nad udo­sko­na­le­niem tor­ped w ramach Klubu Arty­le­ryj­skiego, czyli Biura Uzbro­je­nia mary­narki.

Eks­perci tor­pe­dowi wcze­snych lat dwu­dzie­stych natra­fili na nowy, istotny pro­blem. Poważne straty na sku­tek uży­cia tor­ped, jakie odnio­sły wszyst­kie strony kon­fliktu, spo­wo­do­wały znaczne wzmoc­nie­nie pan­ce­rzy osła­nia­ją­cych burty wiel­kich okrę­tów. Około 1922 roku gru­bość pan­ce­rzy osią­gnęła już poziom, który zda­wał się zabez­pie­czać przed odnie­sie­niem poważ­nych uszko­dzeń lub zato­pie­niem tor­pedami. Punkt, w któ­rym deto­no­wała gło­wica bojowa posta­no­wiono więc prze­nieść z burty pod dno okrętu, które nie było tak sil­nie opan­ce­rzone.

Naj­bar­dziej obie­cu­ją­cym roz­wią­za­niem w tej dzie­dzi­nie zda­wał się być tak zwany zapal­nik magne­tyczny, wyna­la­zek nie­miecki z cza­sów wojny, uży­wany do deto­no­wa­nia min mor­skich. Okręt lub jaka­kol­wiek rów­nie potężna masa żelaza czy stali wytwa­rza potężne pole magne­tyczne. Mary­na­rze wie­dzieli, że jeśli na statku zamon­tuje się wyre­gu­lo­wany na brzegu kom­pas, na pewno będzie błęd­nie wska­zy­wał kie­runki. Jeśli kom­pas miał dzia­łać popraw­nie, musiał być zamon­to­wany na pokła­dzie i dopiero potem wyre­gu­lo­wany. Niemcy wyko­rzy­stali to zja­wi­sko, mon­tu­jąc w swo­ich minach coś w rodzaju kom­pasu magne­tycznego pod­łą­czo­nego do obwodu elek­trycz­nego zapal­nika. Kiedy w pobliżu poja­wiał się okręt, jego pole magne­tyczne zakłó­cało dzia­ła­nie "kom­pasu" miny i jego "igła" zamy­kała obwód, deto­nu­jąc minę.

Roz­wią­za­nie to, o ile spraw­dzało się w przy­padku nie­ru­cho­mej miny, nie miało racji bytu w szybko poru­sza­ją­cej się we wzbu­rzo­nym morzu tor­pe­dzie. Sam pomysł wyko­rzy­sta­nia pola magne­tycz­nego do deto­no­wa­nia gło­wicy bojo­wej za pomocą jakie­goś urzą­dze­nia elek­tro­nicz­nego wyda­wał się jed­nak obie­cu­jący i wart wyko­rzy­sta­nia. Latem 1922 roku, kiedy Chri­stie krą­żył mię­dzy MIT i New­port, Biuro Uzbro­je­nia przy­dzie­liło Sta­cji Tor­pe­do­wej dwa­dzie­ścia pięć tysięcy dola­rów na bada­nia, wyda­jąc roz­kaz stwo­rze­nia "zapal­nika wpły­wo­wego" w jak naj­szyb­szym ter­mi­nie. Prace te, znane jako pro­jekt G-53, pro­wa­dzono w ści­słej tajem­nicy. W Biu­rze Uzbro­je­nia o jego postę­pach wie­działo tylko ści­słe grono zain­te­re­so­wa­nych.

Kon­cep­cja stop­niowo przy­bie­rała realne kształty zapal­nika magne­tycz­nego, uru­cha­mia­nego przez ście­ra­jące się ze sobą siły pola magne­tycz­nego ziemi i kadłuba okrętu. Stwo­rze­nie takiego zapal­nika nastrę­czało nie­mało kło­po­tów już na pozio­mie roz­wa­żań teo­re­tycz­nych. Nie­wiele wie­dziano o tym, jak kształ­to­wało się pole magne­tyczne ota­cza­jące okręt od dołu. Pole magne­tyczne ziemi było znane o wiele lepiej, ale ta wie­dza wcale nie uła­twiała zada­nia: wia­domo było bowiem, że zmie­niało się inten­syw­nie pomię­dzy bie­gu­nami a rów­ni­kiem. Zapal­nik musiał uwzględ­niać te zmiany, bo nie spo­sób było prze­wi­dzieć, pod jaką sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficzną przyj­dzie toczyć przy­szłą wojnę mor­ską. Poza tym pro­blemy spra­wiał elek­tro­niczny kom­po­nent zapal­nika. Jego lampy musiały być na tyle pro­ste i mocne, by wytrzy­mać potężne wstrząsy, towa­rzy­szące odpa­le­niu tor­pedy i całej dro­dze do celu, nie powo­du­jąc przed­wcze­snej eks­plo­zji. Trzeba też było wyna­leźć urzą­dze­nie opóź­nia­jące, by nie doszło do wybu­chu, zanim pocisk opu­ści pole magne­tyczne okrętu pod­wod­nego, który go wystrze­lił - by nie stał się bro­nią samo­bój­czą.

Chri­stie był jed­nym ze świad­ków naro­dzin tej obie­cu­ją­cej kon­cep­cji. Był nią zafa­scy­no­wany i wie­rzył, że udo­sko­na­lona tor­peda z zapal­ni­kiem magne­tycz­nym będzie jedną z naj­waż­niej­szych broni w histo­rii wojen mor­skich. W nad­cho­dzą­cych latach będzie to jego ulu­biony pro­jekt badaw­czy, któ­remu poświę­cił mnó­stwo czasu, odno­sząc zna­czący wkład w powsta­nie zapal­nika magne­tycz­nego.

Tech­nicy ze Sta­cji Tor­pe­do­wej w New­port poczy­nili znaczne postępy w pra­cach nad ręcz­nie budo­wa­nymi pro­to­ty­pami zapal­ni­ków magne­tycz­nych. Na początku 1924 roku napi­sali do Biura Uzbro­je­nia, że są już gotowi do prób z praw­dziwą gło­wicą bojową. Postu­lo­wali prze­pro­wa­dze­nie inten­syw­nych, sze­roko zakro­jo­nych prac badaw­czych, mają­cych mię­dzy innymi usta­lić rze­czy­wi­ste para­me­try pola magne­tycz­nego okrę­tów nawod­nych. W tym celu postu­lo­wali poświę­ce­nie jed­nego z pan­cer­ni­ków prze­zna­czo­nych do likwi­da­cji.

Biuro Uzbro­je­nia kate­go­rycz­nie odmó­wiło, uza­sad­nia­jąc to trzema przy­czy­nami. Po pierw­sze - we współ­pracy z Insty­tu­tem Car­ne­gie Biuro prze­pro­wa­dziło już wystar­cza­jące bada­nia pola magne­tycz­nego dwóch pan­cer­ni­ków w stoczni mary­narki w Nor­folk. Dal­sze próby były w tej sytu­acji zbędne. Po dru­gie - Biuro uwa­żało, że pla­no­wana próba zato­pie­nia pan­cer­nika Washing­ton przy pomocy miny, która zosta­nie zde­to­no­wana pod jego dnem, dostar­czy wystar­cza­jąco wiele danych także na temat skut­ków eks­plo­zji gło­wicy tor­pe­do­wej w tym samym miej­scu. A po trze­cie - Biuro wyra­żało wąt­pli­wo­ści, czy prace nad zapal­ni­kiem magne­tycz­nym były na tyle zaawan­so­wane, by

zapew­nić w stop­niu nie­pod­wa­żal­nym bez­pie­czeń­stwo jed­no­stce wystrze­li­wu­ją­cej tor­pedę z uzbro­joną gło­wicą bojową.

Przez cały 1925 rok New­port, dowo­dzone przez koman­dora Tho­masa Harta, bom­bar­do­wało Biuro żąda­niami przy­dzie­le­nia celu,

któ­rego cał­ko­wite znisz­cze­nie może być dopusz­czalne jako jedyny prak­tyczny spo­sób zdo­by­cia kon­kret­nych danych.

Biuro wresz­cie ule­gło, ale tylko czę­ściowo. Zespo­łowi przy­dzie­lono prze­zna­czony na złom, prze­sta­rzały holow­nik. New­port nie dało się zbyć, odpo­wia­da­jąc:

Zda­niem Sta­cji przy­dzie­lony cel jest nie­za­do­wa­la­jący z uwagi na małą wypor­ność.

W końcu w grud­niu 1925 roku Depar­ta­ment Mary­narki Wojen­nej prze­ka­zał do New­port wypa­tro­szony kadłub sta­rego okrętu pod­wod­nego L-8, także prze­zna­czo­nego na złom. Na­dal nie był to cel zado­wa­la­jący - jego wypor­ność była znacz­nie mniej­sza od pan­cer­ni­ków, z myślą o zwal­cza­niu któ­rych opra­co­wy­wano zapal­nik.

8 maja 1926 roku w ści­słej tajem­nicy New­port prze­pro­wa­dziło pierw­szą, histo­ryczną próbę zapal­nika tor­pe­do­wego nowej, rewo­lu­cyj­nej kon­struk­cji. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa tor­pedy nie odpa­lano z praw­dzi­wego okrętu pod­wod­nego, tylko z wyrzutni usta­wio­nej na brzegu. Hart i reszta ofi­cjeli w New­port obser­wo­wali próby z napię­ciem. Pierw­sza tor­peda chy­biła, prze­cho­dząc zbyt głę­boko pod kilem celu. Druga zadzia­łała zna­ko­mi­cie. L-8 wyle­ciał w powie­trze na sku­tek eks­plo­zji, która wyrzu­ciła wysoko w niebo słup wody i ognia. Hart wysłał do Biura Uzbro­je­nia list, w któ­rym pisał, że majowa próba

otwo­rzyła nową fazę walki tor­pe­do­wej, która daje Sta­nom Zjed­no­czo­nym olbrzy­mią prze­wagę nad każ­dym moż­li­wym prze­ciw­ni­kiem.

Tym­cza­sem siły pod­wodne natra­fiały na dal­sze prze­szkody i nie­po­wo­dze­nia.

W latach 1925-1926 do służby weszły duże okręty pod­wodne dru­giej gene­ra­cji - trzy jed­nostki typu V. Budowa okrę­tów - ozna­czo­nych V-1, V-2 i V-3, a wkrótce prze­mia­no­wa­nych na Bar­ra­cuda, Bass i Bonita7 - dobie­gła końca i zostały one prze­jęte przez mary­narkę. Wkrótce oka­zało się, że okręty mają wiele wad. Die­sle firmy Busch-Sul­zer nie osią­gały pro­jek­to­wa­nej mocy i czę­sto się psuły. Zbior­niki paliwa prze­cie­kały, plama oleju na powierzchni zdra­dza miej­sce pobytu zanu­rzo­nego okrętu. Żaden z trzech okrę­tów nie był w sta­nie osią­gnąć pla­no­wa­nych pręd­ko­ści mak­sy­mal­nych: dwu­dzie­stu węzłów na powierzchni i ośmiu węzłów w zanu­rze­niu. Jed­nostki zanu­rzały się powoli i z tru­dem manew­ro­wały pod wodą.

Kiedy wady pierw­szych trzech okrę­tów typu V wyszły na jaw, szans na ich wyeli­mi­no­wa­nie upa­try­wano w zamon­to­wa­niu potęż­niej­szych i znacz­nie więk­szych sil­ni­ków - a przez to w zbu­do­wa­niu jesz­cze więk­szych jed­no­stek. Rada zgo­dziła się na zamó­wie­nie trzech olbrzy­mich okrę­tów pod­wod­nych o dłu­go­ści od 113 do 116 metrów i wypor­no­ści (nawod­nej!) odpo­wied­nio 2900 i 2700 ton. Nowym jed­nost­kom nadano z nie­ja­snych powo­dów ozna­cze­nia okrę­tów typu V: V-4, V-5 i V-6, zmie­nione wkrótce na nazwy: Argo­naut, Narwhal i Nauti­lus. Sil­niki dla tych okrę­tów zbu­do­wała na licen­cji firmy MAN stocz­nia mary­narki w Nowym Jorku.

Druga gene­ra­cja okrę­tów typu V weszła do służby pod koniec lat dwu­dzie­stych. Były to jed­nostki wspa­niale, ale z punktu widze­nia celów, jakie przy­świe­cały ich powsta­niu, oka­zały się kolejną klapą. Sil­niki MAN pro­duk­cji stoczni nowo­jor­skiej nie osią­gały zało­żo­nej mocy. W dodatku mno­żyły się przy­padki pęk­nięć skrzyń prze­kła­dnio­wych. Ani Narwhal, ani Nauti­lus nie były w sta­nie osią­gnąć zakła­da­nej pręd­ko­ści mak­sy­mal­nej sie­dem­na­stu węzłów, wyni­ka­ją­cej z Planu Poma­rań­czo­wego. Ich pręd­kość krą­żow­ni­cza się­gała zale­d­wie połowy wyma­ga­nej. Powoli się zanu­rzały, a ich rze­czy­wi­sta pręd­kość pod­wodna led­wie się­gała powy­żej sze­ściu węzłów; osiem węzłów roz­wi­jały jedy­nie na pró­bach stocz­nio­wych. Dla okrętu nawod­nego wypo­sa­żo­nego w hydro­lo­ka­tor przed­sta­wiały wielki, powolny i nie­ru­chawy cel. Po dogłęb­nym zapo­zna­niu się z nowymi okrę­tami i ich osią­gami Rada zale­ciła porzu­cić plany włą­cze­nia okrę­tów pod­wod­nych do zespo­łów głów­nych sił bojo­wych floty. Jak dowio­dły próby, jed­nostki te zbyt czę­sto ule­gały awa­riom i nie mogły podo­łać tru­dom dale­kich prze­rzu­tów zespo­łów floty w ramach Planu Poma­rań­czo­wego. Uży­wa­jąc dostęp­nych die­sli, nie można było osią­gnąć odpo­wied­niego zasięgu przy jed­no­cze­snym utrzy­my­wa­niu przez dłuż­szy czas pręd­ko­ści sie­dem­na­stu węzłów. Postępy w budo­wie lot­nic­twa pokła­do­wego i budow­nic­twa lot­ni­skow­ców (zwłasz­cza po wpro­wa­dze­niu do służby nowych lot­ni­skow­ców Lexing­ton i Sara­toga), a zwłasz­cza coraz powszech­niej­sze wpro­wa­dza­nie hydro­lo­ka­to­rów na pokłady nisz­czy­cieli spra­wiały, że okręt pod­wodny sta­wał się zbyt nara­żony na znisz­cze­nie, by liczyć się w przy­szłej woj­nie mor­skiej.

Takie sta­no­wi­sko Rady było gorzką pigułką dla pod­wod­nia­ków, któ­rzy dzie­sięć lat toczyli cięż­kie boje o to, by zaczęto ich wresz­cie trak­to­wać poważ­nie, jako peł­no­war­to­ściową część sił bojo­wych floty. Nawet mając w ręku tak nie­do­sta­teczne narzę­dzia, jak te, które dał im Kon­gres i mary­narka, w kolej­nych ćwi­cze­niach udo­wad­niali, że za wcze­śnie pró­bo­wano posta­wić na nich krzy­żyk. Osią­gnęli tylko tyle, że nie pod­jęto żad­nej wią­żą­cej decy­zji, pozo­sta­wia­jąc całą sprawę w zawie­sze­niu.

Pod­wod­niacy, zde­cy­do­wani zna­leźć dla sie­bie zaję­cie pozwa­la­jące prze­żyć cięż­kie czasy, wymy­ślili nowy typ rej­sów patro­lo­wych: bar­dzo daleki zwiad i zbie­ra­nie infor­ma­cji wywia­dow­czych dla sił głów­nych floty. W ramach nowej kon­cep­cji okręty odby­wały samotne rejsy z baz na Pacy­fiku, z Pearl Har­bor na Hawa­jach i Dutch Har­bor na Ala­sce, kie­ru­jąc się do rejo­nów w pobliżu głów­nych japoń­skich baz mor­skich na wyspach macie­rzy­stych i na tery­to­riach man­da­to­wych Japo­nii. Ich głów­nym zada­niem było prze­ka­zy­wa­nie dowódz­twu mary­narki ame­ry­kań­skiej wia­do­mo­ści o ruchach wiel­kich jed­no­stek bojo­wych floty japoń­skiej. W razie wybu­chu wojny - przy zało­że­niu, że będzie to wojna wypo­wie­dziana - pod­czas patroli okręty miały pró­bo­wać ata­ków na wycho­dzące z por­tów japoń­skie pan­cer­niki i lot­ni­skowce. Okręty pozo­sta­wały w morzu bar­dzo długo: patrole trwały po sie­dem­dzie­siąt pięć dni, w ciągu któ­rych poko­ny­wano zwy­kle 12 000 Mm.

Suk­ces patroli i doświad­cze­nia zbie­rane w ich trak­cie wymu­siły rady­kalne zmiany kon­struk­cyjne przy­szłych ame­ry­kań­skich okrę­tów pod­wod­nych. W 1929 roku zatwier­dzono plany budowy jed­nostki znacz­nie mniej­szej od póź­nych jed­no­stek typu V. Nowy okręt, ozna­czony począt­kowo V-7, otrzy­mał wkrótce nazwę Dolphin. Była to jed­nostka cał­ko­wi­cie nowa, a nie kon­ty­nu­acja któ­re­goś z ist­nie­ją­cych wcze­śniej typów. Napę­dzały ją sil­niki MAN, rów­nież wypro­du­ko­wane przez stocz­nię mary­narki w Nowym Jorku, ale o mniej­szej mocy zna­mio­no­wej od sto­so­wa­nych na wiel­kich okrę­tach typu V. Uzbro­je­nie sta­no­wiło sześć wyrzutni tor­pe­do­wych, cztery dzio­bowe i dwie rufowe. Stępkę pod V-7 poło­żono w czerwcu 1930 roku.

Okręty pod­wodne i poli­tyka (II)

Układ waszyng­toń­ski w spra­wie ogra­ni­cze­nia zbro­jeń mor­skich, pod­pi­sany w 1922, wyga­sał w 1936 roku. Pięć naj­więk­szych potęg mor­skich świata spo­tkało się więc w 1930 roku w Lon­dy­nie, by osią­gnąć poro­zu­mie­nie, na któ­rym miał się opie­rać nowy układ. Dys­ku­sja kon­cen­tro­wała się na flo­cie nawod­nej, ale wiele czasu poświę­cono także siłom pod­wod­nym. Po raz pierw­szy w histo­rii usta­no­wiono ogra­ni­cze­nia w roz­woju i sto­so­wa­niu okrę­tów pod­wod­nych. Te ogra­ni­cze­nia miały odci­snąć swe piętno na pro­jek­tach przy­szłych jed­no­stek tego rodzaju.

Uczest­ni­kami kon­fe­ren­cji były Stany Zjed­no­czone, Wielka Bry­ta­nia, Japo­nia, Fran­cja i Wło­chy. Stany Zjed­no­czone (81 okrę­tów pod­wod­nych w linii), roz­po­rzą­dzały naj­więk­szą flotą, ale żaden z okrę­tów nie był wolny od poważ­nych wad, ogra­ni­cza­ją­cych ich przy­dat­ność bojową. Na dru­gim miej­scu pla­so­wała się Japo­nia z 72 okrę­tami, z któ­rych połowa była prze­sta­rzała, ale za to druga połowa prze­wo­dziła pod wzglę­dem zdol­no­ści ope­ro­wa­nia na olbrzy­mich poła­ciach Pacy­fiku. Fran­cja z 66 jed­nost­kami była trze­cia. Dwie trze­cie z jej okrę­tów nale­żało do wiel­kich typów oce­anicz­nych, a 41 dal­szych znaj­do­wało się na pochyl­niach w róż­nych sta­diach budowy. Ich ukoń­cze­nie dawa­łoby jej nie­kwe­stio­no­wane pierw­szeń­stwo. Wielka Bry­ta­nia, któ­rej siły pod­wodne stop­niały do 53 okrę­tów - połowy tego, z czym sia­dała do stołu w Waszyng­to­nie - zaj­mo­wała czwarte miej­sce. Naj­now­sze i budo­wane dopiero bry­tyj­skie okręty były potwo­rami na miarę jed­no­stek ame­ry­kań­skich typu V. Wło­chy, roz­po­rzą­dza­jące 46 w więk­szo­ści prze­sta­rza­łymi okrę­tami pod­wod­nymi typu przy­brzeż­nego, pla­so­wały się jako ostatni, ale miały na pochyl­niach stoczni 21 bar­dzo nowo­cze­snych jed­no­stek.

Podob­nie jak w 1922 roku, Bry­tyj­czycy zaofe­ro­wali goto­wość do rezy­gna­cji z posia­da­nia okrę­tów pod­wod­nych. W cza­sie wstęp­nych roz­mów przed samą kon­fe­ren­cją w pry­wat­nych wypo­wie­dziach przed­sta­wi­ciele US Navy przy­stali na ten postu­lat, wywo­łu­jąc wiel­kie wzbu­rze­nie i zawód wśród wła­snych pod­wod­nia­ków. Jed­no­cze­śnie jed­nak Ame­ry­ka­nie wyra­zili wąt­pli­wo­ści, czy pozo­stali uczest­nicy zgo­dzą się na taki zakaz. Prze­wi­dy­wa­nia te speł­niły się i raz jesz­cze Bry­tyj­czycy przy­stą­pili do obrony swego wnio­sku.

Powró­cił pomysł ogra­ni­cze­nia tonażu flot pod­wod­nych. Po dłu­gich prze­py­chan­kach Stany Zjed­no­czone, Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja zgo­dziły się na limit w wyso­ko­ści 52 700 ton, przy jed­no­cze­snym ogra­ni­cze­niu tonażu jed­nost­ko­wego do 2000 ton i uzbro­je­nia arty­le­ryj­skiego do kali­bru 127 mm. Fran­cuzi i Włosi odmó­wili pod­pisu pod tym poro­zu­mie­niem, ale zgo­dzili się ogra­ni­czyć swe siły pod­wodne do jed­no­stek już słu­żą­cych lub budo­wa­nych. Takie uję­cie sprawy dawało Fran­cji - z doce­lo­wym tona­żem 82 000 ton - bez­a­pe­la­cyj­nie pierw­sze miej­sce.

W rze­czy­wi­sto­ści ogra­ni­cze­nia nało­żone przez mocar­stwa, które pod­pi­sały układ lon­dyń­ski, także pozo­stały na papie­rze, tym bar­dziej że były to ustęp­stwa pozorne. Nikt już nie chciał budo­wać więk­szego niż 2000 ton okrętu pod­wod­nego z napę­dem wyso­ko­pręż­nym, także mon­to­wa­nie dział kali­bru powy­żej 127 mm na okrę­cie o wypor­no­ści poni­żej 2000 ton mija­łoby się z celem. Limit 52 700 ton ozna­czał dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Japo­nii koniecz­ność reduk­cji po około 20 000 ton, czyli w rze­czy­wi­sto­ści wyco­fa­nie z linii lub zło­mo­wa­nie około tuzina prze­sta­rza­łych okrę­tów8. Z punktu widze­nia efek­tyw­no­ści bojo­wej żadna z flot pod­wod­nych nie doznała zbyt wiel­kiego uszczerbku.

W cza­sie kon­fe­ren­cji powró­ciła też sprawa ogra­ni­czeń praw­nych wojny pod­wod­nej. Włą­czono do doku­mentu koń­co­wego kon­fe­ren­cji postu­laty Roota, odrzu­cone w 1922 roku. Doku­ment pod­pi­sały tylko Stany Zjed­no­czone, Wielka Bry­ta­nia i Japo­nia. Arty­kuł 22, który je zawie­rał, brzmiał nastę­pu­jąco:

1. Podej­mu­jąc dzia­ła­nia wobec żeglugi nie­przy­ja­ciel­skiej, okręty pod­wodne muszą prze­strze­gać tych samych zasad prawa mię­dzy­na­ro­do­wego, któ­rym pod­le­gają jed­nostki nawodne.

2. W szcze­gól­no­ści, z wyjąt­kiem nagmin­nego igno­ro­wa­nia wezwań do zatrzy­ma­nia się lub napo­tka­nia czyn­nego oporu przy pró­bie zatrzy­ma­nia i zre­wi­do­wa­nia, okręt nawodny czy pod­wodny strony prze­ciw­nej nie ma prawa zato­pić ani uszko­dzić statku żeglugi han­dlo­wej w stop­niu unie­moż­li­wia­ją­cym kon­ty­nu­ację podróży, zanim nie umie­ści pasa­że­rów, załogi i doku­men­tów statku w bez­piecz­nym miej­scu. Za takie miej­sce nie mogą być uwa­żane sza­lupy statku, chyba że przy ist­nie­ją­cym sta­nie morza załoga i pasa­że­ro­wie mają gwa­ran­cję bez­pie­czeń­stwa na sku­tek bli­sko­ści lądu czy też statku bądź okrętu zdol­nego przy­jąć ich na pokład.

Tuż po zakoń­cze­niu kon­fe­ren­cji mary­narka ame­ry­kań­ska otrzy­mała pie­nią­dze na zbu­do­wa­nie dwóch okrę­tów pod­wod­nych. Tym razem Rada Główna orze­kła, że każdy okręt ma zostać zapro­jek­to­wany od nowa, by stać się pro­to­ty­pem doce­lo­wego oce­anicz­nego okrętu pod­wod­nego. Siły pod­wodne doma­gały się jed­nostki zdol­nej przez długi czas pły­nąć z pręd­ko­ścią 17,5 węzła, o wypor­no­ści nawod­nej 1200 ton, zakła­da­jąc, że okręt speł­nia­jący takie wymogi będzie w sta­nie pro­wa­dzić ope­ra­cje wraz z siłami głów­nymi floty, jak i samotne dale­kie patrole roz­po­znaw­cze. Reszta mary­narki, opie­ra­jąc się na zda­niu kadry Aka­de­mii Mary­narki Wojen­nej, doma­gała się mniej­szych, tysiąc­to­no­wych okrę­tów, by w ramach trak­ta­to­wego limitu 52 700 ton zmie­ścić wię­cej jed­no­stek.

Powsta­jące okręty były kom­pro­mi­sem pomię­dzy tymi dwiema kon­cep­cjami.

Nowe okręty V-8 i V-9, potem Cacha­lot i Cut­tle­fish, miały po 1100 ton wypor­no­ści. Ich napęd sta­no­wiły znowu sil­niki stoczni nowo­jor­skiej na licen­cji MAN, zmniej­szone kopie sil­ni­ków zain­sta­lo­wa­nych na Narwhalu, Nauti­lu­sie i Dolphi­nie. I znowu żaden z okrę­tów nie osią­gnął zakła­da­nej pręd­ko­ści, pozwa­la­ją­cej mu dotrzy­mać kroku flo­cie, ale za to oba miały zasięg 13 000 Mm i auto­no­micz­ność 75 dni.

Oba okręty, podob­nie jak poprzed­nia jed­nostka typu V, Dolphin, nie speł­niły pokła­da­nych nadziei, głów­nie ze względu na nie­za­do­wa­la­jącą jakość sil­ni­ków Die­sla pro­du­ko­wa­nych przez stocz­nię mary­narki. Nie osią­gały one mocy zna­mio­no­wej, czę­sto się psuły, a poza tym były zde­cy­do­wa­nie za duże jak na cia­sne kadłuby okrę­tów, w któ­rych je mon­to­wano. W rezul­ta­cie okręty były zbyt powolne, zbyt długo stały w stocz­niach remon­to­wych. Cacha­lot i Cut­tle­fish tra­fiały tam tak czę­sto, że docze­kały się prze­zwi­ska "1 Dywi­zjon Awa­ryjny".

Jeśli okręty miały zacho­wać nie­wiel­kie roz­miary - a taką pod­jęto decy­zję, to wyma­gały mniej­szych, lep­szych i moc­niej­szych sil­ni­ków wyso­ko­pręż­nych. Poszu­ku­jąc roz­wią­za­nia tego pro­blemu, mary­narka raz jesz­cze zwró­ciła się na zewnątrz, do pry­wat­nego prze­my­słu. Prze­zna­czono kil­ka­set tysięcy dola­rów na zakup nie­za­wod­nych, lek­kich (przy­naj­mniej o połowę lżej­szych od dotych­cza­so­wych w prze­li­cze­niu na koń mecha­niczny mocy) sil­ni­ków Die­sla dla szyb­kich okrę­tów pod­wod­nych. Pie­nią­dze podzie­liło mię­dzy sie­bie pię­ciu pro­du­cen­tów, wśród któ­rych były Win­ton Engine Com­pany (potem wchło­nięta przez Gene­ral Motors) i Fair­banks-Morse Com­pany. Firmy te zgło­siły się do kon­kursu, by za rzą­dowe pie­nią­dze skon­stru­ować sil­niki wyso­ko­prężne dla okrę­tów pod­wod­nych, a potem z powo­dze­niem - i znacz­nie mniej­szym kosz­tem - zain­sta­lo­wać je w loko­mo­ty­wach. Na żąda­nie eks­perta mary­narki od die­sli, dok­tora E.C. Mag­de­bur­gera, prze­zna­czono dodat­kowo sto tysięcy dola­rów na dal­szy roz­wój sil­nika o wiel­kiej mocy, ale bar­dzo deli­kat­nego, który powstał w opar­ciu o jedną z kon­struk­cji firmy MAN. Pie­nią­dze te tra­fiły do zakła­dów Hooven-Owens-Rent­schler (HOR), które pro­du­ko­wały w Ame­ryce licen­cyjne sil­niki MAN.

Potrzebna była też nowa, mniej­sza, ale za to sil­niej­sza i bar­dziej nie­za­wodna tor­peda. Jej skon­stru­owa­niem zajął się Ralph Chri­stie w Sta­cji Tor­pe­do­wej w New­port. Tak powstała paro­ga­zowa tor­peda Mark XIV z gło­wicą bojową zawie­ra­jącą 220 kilo­gra­mów mate­riału wybu­cho­wego. Tor­pedę można było usta­wić na prze­bieg z dwiema pręd­ko­ściami: przy pręd­ko­ści 46 węzłów jej zasięg wyno­sił 4500 metrów, a przy pręd­ko­ści 31,5 węzła wzra­stał dwu­krot­nie.

Tor­pedę Mark XIV od początku kon­stru­owano z myślą o uży­ciu w niej ści­śle taj­nego zapal­nika magne­tycz­nego Mark VI, który po kilku zmia­nach kon­struk­cyj­nych pro­du­ko­wany był wów­czas w bar­dzo ogra­ni­czo­nych ilo­ściach (trzy­dzie­ści sztuk za trzy­dzie­ści tysięcy dola­rów) przez labo­ra­to­rium Gene­ral Elec­tric w Sche­nec­tady. Zapal­niki testo­wano w sztucz­nie wytwa­rza­nym polu magne­tycz­nym w New­port oraz na wodach mórz połu­dnio­wych w ogra­ni­czo­nych pró­bach bojo­wych z uży­ciem krą­żow­nika Rale­igh jako celu, ale na­dal brak było danych na temat pół magne­tycz­nych okrę­tów i zmian pola magne­tycz­nego ziemi.

Na nale­ga­nia Chri­stiego Depar­ta­ment Mary­narki Wojen­nej zgo­dził się wresz­cie udo­stęp­nić okręty do wyko­na­nia dłuż­szych, peł­niej­szych badań. Nowy ciężki krą­żow­nik India­na­po­lis i dwa nisz­czy­ciele przy­pły­nęły do New­port, wzięły na pokład ludzi, tor­pedy i zapal­niki Mark VI, po czym w ści­słej tajem­nicy wypły­nęły, kie­ru­jąc się ku rów­ni­kowi, na zachód od Ame­ryki Połu­dnio­wej. W pasie sze­ro­ko­ści dwu­dzie­stu stopni wokół rów­nika wystrze­lono w kie­runku India­na­po­lis ponad sto tor­ped. Ćwi­czebne gło­wice tor­ped zaopa­trzono w tak zwane oko elek­tryczne, które zapi­sy­wało na taśmie fil­mo­wej cień krą­żow­nika, pod któ­rym prze­pły­wała tor­peda. Zapal­nik symu­lo­wał odpa­le­nie gło­wicy, zapa­la­jąc nie­wielki ładu­nek bawełny strzel­ni­czej. W cza­sie prób tech­nicy sta­cji tor­pedowej wyko­nali ponad sie­dem tysięcy odczy­tów pola magne­tycz­nego. Chri­stie pod­su­mo­wał potem:

Zapal­nik spra­wo­wał się bar­dzo dobrze, a ponadto próby pozwo­liły zebrać wiele nowych wia­do­mo­ści o polach magne­tycz­nych.

W cza­sie tych prób Chri­stie, który w nich nie uczest­ni­czył, sta­rał się wydo­stać od mary­narki kolejny wrak wyco­fa­nej ze służby jed­nostki, by prze­pro­wa­dzić ostre strze­la­nie z uży­ciem nowego, prze­kon­stru­owa­nego zapal­nika magne­tycz­nego. Szef ope­ra­cji mor­skich zgo­dził się wresz­cie udo­stęp­nić prze­zna­czony na złom nisz­czy­ciel Erics­son, jed­no­cze­śnie... zaka­zu­jąc strze­lać do niego gło­wicą bojową! Żeby ktoś nie pomy­ślał, że się prze­ję­zy­czył, w następ­nym zda­niu doda­wał, że gdyby w cza­sie prób doszło do "przy­pad­ko­wego" zato­pie­nia Erics­sona, New­port będzie miało obo­wią­zek wydo­być go i napra­wić. Sta­cja Tor­pe­dowa nie chciała wziąć na sie­bie tak wiel­kiej odpo­wie­dzial­no­ści i oferta została odrzu­cona. Prze­kon­stru­owany zapal­nik Mark VI ni­gdy nie został więc spraw­dzony w warun­kach bojo­wych - co oka­zało się skan­da­licz­nym nie­do­pa­trze­niem.

Po zakoń­cze­niu prób z India­na­po­lis New­port orze­kło, że zapal­nik Mark VI jest gotów do maso­wej pro­duk­cji. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa pro­duk­cję tę uru­cho­miono w New­port. Gotowe zapal­niki były prze­cho­wy­wane w naj­więk­szej tajem­nicy, a zamiast nich jed­nostki floty otrzy­mały tor­pedy zaopa­trzone w nie­funk­cjo­nalną makietę zapal­nika kon­tak­to­wego, zwaną zapal­nikiem Mark V. W razie wybu­chu wojny nale­żało jedy­nie wymie­nić zapal­niki Mark V na Mark VI. Spo­rzą­dzono instruk­cję doty­czącą regu­la­cji, kon­ser­wa­cji i użyt­ko­wa­nia zapal­ników Mark VI, ale ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa nie wydru­ko­wano jej i spo­częła w sej­fie.

Z bie­giem lat służby zaj­mu­jące się łama­niem szy­frów roz­bu­do­wy­wały się z roz­ma­chem. Do kon­fe­ren­cji lon­dyń­skiej w 1930 roku szkołę kryp­to­lo­giczną mary­narki ukoń­czyło dwu­dzie­stu czte­rech słu­cha­czy płci obojga, kolejny tuzin miał za sobą szkołę języ­kową i staż w Tokio. Sta­cje nasłu­chowe na Dale­kim Wscho­dzie przez całą dobę pod­słu­chi­wały japoń­ską łącz­ność, a kryp­to­lo­dzy odczy­ty­wali depe­sze, zbie­ra­jąc olbrzy­mią ilość infor­ma­cji o japoń­skiej mary­narce wojen­nej.

Mniej wię­cej w cza­sie obrad kon­fe­ren­cji lon­dyń­skiej śro­do­wi­sko kryp­to­lo­gów mary­narki prze­żyło szok: Japoń­czycy z dnia na dzień zmie­nili wszyst­kie szy­fry mary­narki i dyplo­ma­tyczne, a nowe oka­zały się znacz­nie trud­niej­sze do zła­ma­nia. Lau­rence Saf­ford, ojciec kryp­to­lo­gii mary­narki, słu­żył wów­czas na morzu. Jego następcą na czele Zespołu Badaw­czego został Tho­mas Harold Dyer. Był nad­zwy­czaj­nie uta­len­to­wa­nym kryp­to­lo­giem i spraw­nym admi­ni­stra­to­rem. Razem z Dri­scoll, z pomocą człon­ków Zespołu, zajął się nowym szy­frem japoń­skim, który nazwano Kodem Gra­na­to­wym. W owym cza­sie IBM wpro­wa­dziło na rynek pierw­szą elek­tryczną maszynę obli­cze­niową, dzia­ła­jącą w opar­ciu o układ kart per­fo­ro­wa­nych, i Dyer zaku­pił taką maszynę dla Zespołu. Do 1933 roku, kiedy z kolei Dyera prze­nie­siono na morze, Kod Gra­na­towy został osta­tecz­nie zła­many i mary­narka ponow­nie mogła na bie­żąco czy­tać japoń­skie depe­sze.

Kiedy Dyer i Dri­scoll pra­co­wali nad Kodem Gra­na­to­wym, inny kryp­to­log, Jack Seba­stian Hol­twick, zajął się nieco prost­szym szy­frem, sto­so­wa­nym w łącz­no­ści z attaché mor­skimi. Po jego zła­ma­niu Hol­twick zbu­do­wał pomy­słowe urzą­dze­nie zwane Czer­woną Maszyną, które samo­czyn­nie czy­tało depe­sze.

Z prze­chwy­ty­wa­nych depesz dowie­dziano się mię­dzy innymi, że Japoń­czycy zbu­do­wali na Pacy­fiku nie­za­wodną i pre­cy­zyjną sieć radio­na­mier­ni­ków. Dzięki niej byli zdolni śle­dzić i z wielką pre­cy­zją okre­ślać miej­sca pobytu okrę­tów ame­ry­kań­skich. Ame­ry­ka­nie nie mieli takiego sys­temu.

Kiedy Lau­rence Saf­ford wró­cił do Waszyng­tonu ze służby na morzu i zajął się tym nie­do­stat­kiem, oka­zało się, że w dzie­dzi­nie radio­na­mier­ni­ków Stany Zjed­no­czone pozo­stały daleko w tyle. Razem z dok­to­rem A. Hoy­tem Tay­lo­rem Saf­ford przed­ło­żył pro­jekt sta­cji namia­ro­wej w Labo­ra­to­riach Badaw­czych Mary­narki Wojen­nej. Wkrótce pierw­sze modele sta­cji wysłano na próby na Fili­piny. Kiedy się tam spraw­dziły, drugą par­tię umiesz­czono w Pearl Har­bor na Hawa­jach, Dutch Har­bor na Ala­sce oraz na Samoa, nale­żą­cej do Sta­nów Zjed­no­czo­nych małej wyspie na połu­dnio­wym Pacy­fiku. Oka­zały się bar­dzo pomocne w namie­rza­niu jed­no­stek japoń­skich.

Nowy Porzą­dek w mary­narce wojen­nej

Losy mary­narki odmie­niły się zde­cy­do­wa­nie na lep­sze w 1933 roku. Stało się tak po czę­ści za sprawą czar­nych chmur, które znowu zaczęły się zbie­rać na poli­tycz­nym hory­zon­cie, po czę­ści w związku ze zmianą warty w Waszyng­to­nie, po czę­ści wresz­cie, o iro­nio, dzięki wiel­kiemu kry­zy­sowi gospo­dar­czemu lat trzy­dzie­stych.

Japo­nia naje­chała na Man­dżu­rię i ogło­siła, że z 1936 rokiem jed­no­stron­nie wypo­wiada posta­no­wie­nia kon­fe­ren­cji waszyng­toń­skiej i lon­dyń­skiej. W Euro­pie do wła­dzy doszedł Adolf Hitler, który nie­mal następ­nego dnia po obję­ciu sta­no­wi­ska zaczął tajne nego­cja­cje z Wielką Bry­ta­nią, by zapew­nić sobie jej zgodę na budowę okrę­tów pod­wod­nych. W Waszyng­to­nie kon­gres­man Carl Vin­son, nie­stru­dzony orę­dow­nik spraw mary­narki, został mia­no­wany prze­wod­ni­czą­cym Komi­sji Spraw Mor­skich Izby Repre­zen­tan­tów. Od roku pre­zy­den­tem był Fran­klin Delano Roose­velt, były zastępca sekre­ta­rza mary­narki wojen­nej. Uwa­ża­jąc, że roz­bu­dowa sił mary­narki jest nie tylko nie­odzowna dla wzmoc­nie­nia obron­no­ści kraju, ale także pozwoli zwal­czać bez­ro­bo­cie w nie­któ­rych rejo­nach kraju, zale­cił włą­cze­nie pro­gramu prze­bu­dowy mary­narki do ustawy o prze­my­sło­wej odbu­do­wie kraju, zna­nej powszech­nie jako Nowy Porzą­dek (New Deal).

Kon­gres zaapro­bo­wał te zale­ce­nia i uchwa­lił prze­ka­za­nie mary­narce 238 milio­nów dola­rów na budowę nowych jed­no­stek w 1933 roku i wię­cej w kolej­nych latach. Dłu­go­fa­lowy plan zakła­dał wybu­do­wa­nie trzech nowych lot­ni­skow­ców (York­town, Enter­prise i Wasp), sied­miu pan­cer­ni­ków, jede­na­stu krą­żow­ni­ków i stu ośmiu nisz­czy­cieli.

Czę­ścią pro­gramu roz­bu­dowy było także przy­dzie­le­nie siłom pod­wod­nym pie­nię­dzy na budowę dwu­dzie­stu sze­ściu nowych okrę­tów. Okręty te, oddane do użytku w latach 1935-1939, nale­żały do dwóch typów: P9 i Sal­mon10. Były to jed­nostki podobne, ale nieco więk­sze od doświad­czal­nych Cacha­lota i Cut­tle­fi­sha. Wszyst­kie były napę­dzane nowymi, lek­kimi die­slami o dużej mocy, skon­stru­owa­nymi przez zakłady pry­watne: szes­na­ście z nich miało sil­niki GM-Win­ton, osiem Hooven-Owens-Rent­schler, a dwa Fair­banks-Morse. Okręty typu P miały sześć wyrzutni tor­pe­do­wych (cztery dzio­bowe i dwie rufowe), jed­nostki typu Sal­mon po cztery na dzio­bie i na rufie. Oba typy miały pokła­dowe działa kali­bru 76,2 mm i zanu­rzały się w sześć­dzie­siąt sekund.

Więk­szość nowych okrę­tów posia­dała siłow­nie hybry­dowe, w któ­rych die­sle napę­dzały prąd­nice, a dopiero za pośred­nic­twem sil­ni­ków elek­trycz­nych śruby. Prąd wytwa­rzany przez każdy z czte­rech die­sli można było skie­ro­wać albo do sil­ni­ków elek­trycz­nych, albo do aku­mu­la­to­rów. Układ taki dawał dowódcy moż­li­wość spo­rej ela­stycz­no­ści dzia­ła­nia. Po wynu­rze­niu się mógł pły­nąć na dwóch die­slach, prą­dem z pozo­sta­łych dwóch ładu­jąc aku­mu­la­tory, albo pły­nąć na jed­nym, trzema ładu­jąc bate­rie. W razie nagłej potrzeby można było odłą­czyć aku­mu­la­tory i skie­ro­wać cały prąd do sil­ni­ków elek­trycz­nych, osią­ga­jąc mak­sy­malną pręd­kość.

Do pły­wa­nia w zanu­rze­niu jed­nostki typów P i Sal­mon zaopa­trzono w nowe aku­mu­la­tory, o znacz­nie więk­szej niż dotąd pojem­no­ści, wypro­du­ko­wane przez firmy Exide Sto­rage i Gould Bat­tery Com­pany. Dwie­ście­pięć­dzie­się­cio­ca­lowe bate­rie aku­mu­la­to­rów umiesz­czono wewnątrz kadłuba sztyw­nego w dwóch oddziel­nych prze­dzia­łach. Ich prąd zasi­lał bez­po­śred­nio sil­niki elek­tryczne, napę­dza­jące śruby. Teo­re­tycz­nie aku­mu­la­tory te pozwa­lały zanu­rzo­nemu okrę­towi poru­szać się bez prze­rwy przez czter­dzie­ści osiem godzin z pręd­ko­ścią dwóch węzłów albo z mak­sy­malną pręd­ko­ścią dzie­wię­ciu węzłów przez cztery godziny.

Okręty pod­wodne typów P i Sal­mon zostały też zaopa­trzone w wypró­bo­wane na Cacha­lo­cie kal­ku­la­tory tor­pe­dowe Mark 1 pro­duk­cji Arma Cor­po­ra­tion. Po wpro­wa­dze­niu danych uzy­ska­nych z obser­wa­cji wzro­ko­wej (przez pery­skop lub z pomo­stu) albo hydro­aku­stycz­nej, takich jak kurs nie­przy­ja­ciela, odle­głość od celu i wła­sny kurs, kal­ku­la­tor tor­pe­dowy auto­ma­tycz­nie okre­ślał prze­bieg celu w sto­sunku do kursu wła­snego i obli­czał odpo­wied­nie usta­wie­nie żyro­skopu tor­pedy. Dane poka­zy­wane były bez­u­stan­nie na tar­czach wskaź­ni­ków, pozwa­la­jąc dowódcy na bie­żąco śle­dzić roz­wój sytu­acji.

Jed­nostki obu typów były kli­ma­ty­zo­wane. Słu­żyło to dwóm celom. Popra­wiało warunki byto­wa­nia załóg na wodach tro­pi­kal­nych, gdzie tem­pe­ra­tura wewnątrz wynu­rzo­nego okrętu prze­kra­czała czę­sto czter­dzie­ści pięć stopni Cel­sju­sza, i zmniej­szało wil­got­ność wewnątrz kadłuba sztyw­nego, chro­niąc przed spię­ciami. Kli­ma­ty­za­cja miała jed­nak i swoje wady - zwięk­szała masę okrętu i zaj­mo­wała sporo miej­sca. Wielu uwa­żało ją za zby­teczny luk­sus.

Dla pod­wyż­sze­nia stanu bez­pie­czeń­stwa jed­nostki typów P i Sal­mon zaopa­trzono w wiele nowych środ­ków ratun­ko­wych. Każdy okręt miał zapas tak zwa­nych płuc Mom­sena, apa­ra­tów odde­cho­wych pomy­słu Char­lesa Bowersa Mom­sena - rów­nież pod­wod­niaka. Przy ich uży­ciu, po zala­niu prze­działu dla wyrów­na­nia ciśnie­nia, można było wydo­stać się przez otwarty właz i wypły­nąć na powierzch­nię z okrętu zato­pio­nego na głę­bo­ko­ści nie więk­szej niż trzy­dzie­ści metrów. Włazy przed­niego i rufo­wego prze­działu tor­pe­do­wego zaopa­trzono w koł­nie­rze do doko­wa­nia kap­suły ratow­ni­czej McCanna - dzwonu nur­ko­wego do rato­wa­nia załóg pomy­słu innego pod­wod­niaka, Allana Roc­kwella McCanna. Poza tym każdy okręt miał na pokła­dzie boje tele­fo­niczne. W razie kata­strofy załoga zwal­niała boję, którą łączył z okrę­tem kabel tele­fo­niczny. Pły­wa­jąca na powierzchni boja zazna­czała miej­sce zato­nię­cia i umoż­li­wiała kon­takt z załogą.

Jesie­nią 1936 roku pierw­sze z nowych okrę­tów, Pike, Porpo­ise, Shark i Tar­pon, przy­dzie­lono do 13 Dywi­zjonu Okrę­tów Pod­wod­nych pod dowódz­twem Char­lesa Andrewsa Loc­kwo­oda jr., absol­wenta Anna­po­lis z 1912 roku. Loc­kwood, niski, ener­giczny, cie­pły w oby­ciu ofi­cer, został odko­men­de­ro­wany do floty pod­wod­nej w 1914 roku. Mimo począt­ko­wej nie­chęci do nowego rodzaju broni, polu­bił ją i zwią­zał się z nią na resztę życia. Więk­szość I wojny świa­to­wej spę­dził w Manili, dowo­dząc sta­rze­ją­cymi się ben­zy­no­wymi okrę­tami pod­wod­nymi Adder (A-2) i Viper (B-2). Pod koniec wojny wysłano go do Szkoły sił Pod­wod­nych w New Lon­don, po któ­rej ukoń­cze­niu dowo­dził okrę­tami Seal (G-1), N-5 i R-25 (w Pana­mie), S-14 w słyn­nej podróży do Manili oraz okrę­tem Bonita typu V. Odrzu­cił skie­ro­wa­nie na kolejne szcze­ble szkolne, nie­zbędne do uzy­ska­nia wyż­szych stopni, chcąc nabrać wię­cej doświad­cze­nia mor­skiego. Jako kom­pe­tentny mary­narz z talen­tem do mecha­niki, przez lata doma­gał się popra­wek, ulep­szeń ist­nie­ją­cych i two­rze­nia nowych kon­struk­cji.

Od dawna postu­lu­jąc włą­cze­nie okrę­tów pod­wod­nych do głów­nych sił floty, Loc­kwood dowo­dził swo­imi nowymi okrę­tami pod­czas ćwi­czeń zarówno mor­skich, jak szta­bo­wych. Uznał je wpraw­dzie za dalece lep­sze od swej sta­rej Bonity i póź­niej­szych okrę­tów typu V, ale na­dal nie był zado­wo­lony. Nowe sil­niki, zwłasz­cza te pro­duk­cji HOR, przy­spa­rzały wiele pro­ble­mów. Zacie­rały się tłoki, łamały kor­bo­wody, gene­ra­tory nie­bez­piecz­nie iskrzyły, a gęsty, czarny dym z rur wyde­cho­wych zdra­dzał pozy­cję okrętu. Loc­kwood żądał także sil­niej­szego uzbro­je­nia tor­pe­do­wego - sze­ściu wyrzutni dzio­bo­wych i czte­rech rufo­wych na wzór budo­wa­nych ówcze­śnie okrę­tów bry­tyj­skich. Chciał także więk­szego działa na pokła­dzie - co naj­mniej kali­bru 127 mm, takiego jakie miał na Boni­cie - oraz dłuż­szych pery­sko­pów z cień­szymi koń­ców­kami, więk­szego zapasu paliwa i wody słod­kiej, lep­szego sprzętu łącz­no­ści i hydro­lo­ka­cyj­nego, ulep­szo­nych kal­ku­la­to­rów tor­pe­do­wych i wyż­szej pręd­ko­ści nawod­nej.

Ćwi­cze­nia Loc­kwo­oda opie­rały się na zało­że­niu wiel­kiej wraż­li­wo­ści jed­no­stek tej klasy na ataki samo­lo­tów oraz nisz­czy­cieli zaopa­trzo­nych w aktywny hydro­lo­ka­tor. Pod­czas jed­nego z ćwi­czeń pewien dywi­zjon nisz­czy­cieli oka­zał się tak sku­teczny w wykry­wa­niu jed­no­stek Loc­kwo­oda, że ich dowódca cheł­pił się zdol­no­ścią do wykry­cia i znisz­cze­nia sie­dem­dzie­się­ciu pro­cent okrę­tów pod­wod­nych pró­bu­ją­cych się prze­drzeć przez jego linię obrony.

Poza tym zagro­że­niem były jesz­cze inne, które w dużym stop­niu ogra­ni­czały moż­li­wo­ści dowód­ców okrę­tów pod­wod­nych. Dowódca "zato­piony" pod­czas manew­rów lub zła­pany na jakim­kol­wiek odej­ściu od sztyw­nych reguł w cza­sie ćwi­czeń tor­pe­do­wych mógł spo­dzie­wać się potęż­nej bury. Aby tego unik­nąć, sto­so­wano znaną od zara­nia dzie­jów we wszyst­kich flo­tach świata tak­tykę nad­zwy­czaj­nej ostroż­no­ści w wyko­ny­wa­niu ata­ków. Ponie­waż okręt na głę­bo­ko­ści pery­sko­po­wej widoczny był z samo­lotu, uwa­żano taki spo­sób ata­ko­wa­nia celów za zbyt nie­bez­pieczny. Dowód­ców zachę­cano do ata­ków tor­pe­do­wych według wska­zań pasyw­nego hydro­lo­ka­tora (szu­mo­na­mier­nika) z głę­bo­ko­ści około trzy­dzie­stu metrów; war­stwy wody o róż­nej tem­pe­ra­tu­rze zakłó­cały wów­czas wska­za­nia azdyku, na nic zda­wała się rów­nież obser­wa­cja lot­ni­cza. Atak z tej głę­bo­ko­ści bez widocz­no­ści celu utrud­niał jed­nak znacz­nie tra­fie­nie celu. Ćwi­cze­nia pro­wa­dzone przez Loc­kwo­oda wyka­zały, jak mało efek­tyw­nym narzę­dziem do pro­wa­dze­nia wojny są okręty pod­wodne.

Okręty typu Sal­mon miały jesz­cze jedną wadę, któ­rej nikt nie podej­rze­wał, zanim nie doszło do tra­ge­dii. Przy zamy­ka­niu pod­czas zanu­rza­nia okrętu zaci­nała się pokrywa czerpni powie­trza - prze­wodu, któ­rym do wnę­trza kadłuba zasy­sane było spo­nad kio­sku powie­trze do oddy­cha­nia i dla die­sli. Wypadki takie, bez ofiar w ludziach, miały miej­sce na Snap­pe­rze i Stur­ge­onie, ale Squ­alus już nie miał tyle szczę­ścia. 23 maja 1939 roku, pod­czas osiem­na­stego zanu­rze­nia, okręt dowo­dzony przez Oli­vera Fran­cisa Naqu­ina został czę­ściowo zalany i opadł na dno, na głę­bo­kość 74 metrów. Boja tele­fo­niczna zadzia­łała jak należy i zato­pioną jed­nostkę odna­lazł sio­strzany Scul­pin. W wypadku zgi­nęło dwu­dzie­stu trzech ludzi, pozo­sta­łych trzy­dzie­stu trzech, w tym Naqu­ina, ura­to­wano za pomocą komory McCanna. Squ­alusa pod­nie­siono, wyre­mon­to­wano i wcie­lono powtór­nie do służby pod nazwą Sail­fish11.

Kon­struk­to­rzy okrę­tów pod­wod­nych wzięli sobie do serca kry­tykę Loc­kwo­oda. Odpo­wie­dzią na nią był pro­jekt nowej jed­nostki typu Tam­bor. Nowe okręty były tro­chę więk­sze od Sal­mo­nów, miały 94 metry dłu­go­ści i 1500 ton wypor­no­ści nawod­nej. Napę­dzały je naj­lep­sze z nowych die­sli, pro­duk­cji Gene­ral Motors-Win­ton. Uzbro­jone były w dzie­sięć wyrzutni tor­pe­do­wych, sześć dzio­bo­wych i cztery rufowe, z zapa­sem dwu­dzie­stu czte­rech tor­ped. Tam­bory miały dostać nowe kal­ku­la­tory tor­pe­dowe12, nowe, wysoko wydajne insta­la­cje do odsa­la­nia wody mor­skiej Kle­in­sch­midta, działo kali­bru 127 mm, dłuż­sze i węż­sze pery­skopy. Ich zasięg z pręd­ko­ścią krą­żow­ni­czą floty miał wyno­sić 12 000 Mm.

Zanim jed­nak zaapro­bo­wano pro­jekt nowych jed­no­stek, poja­wiły się kolejne, bar­dzo poważne pro­blemy. Prze­wod­ni­czą­cym Rady Głów­nej mary­narki został mia­no­wany Tho­mas Hart, wów­czas sześć­dzie­się­cio­letni admi­rał. Mimo że był pod­wod­nia­kiem, sta­now­czo sprze­ci­wiał się dal­szemu roz­wo­jowi dużych okrę­tów pod­wod­nych i budo­wie floty jed­no­stek oce­anicz­nych. Uwa­żał je za zbyt duże, nie­prak­tyczne, prze­ła­do­wane wąt­pli­wej przy­dat­no­ści ozdób­kami (takimi jak kal­ku­la­tory tor­pe­dowe) i nie­po­trzeb­nymi luk­su­sami (kli­ma­ty­za­cja). Pre­fe­ro­wał jed­nostki o połowę mniej­sze od Tam­bora, o wypor­no­ści 800 ton, uzbro­jone w sześć wyrzutni tor­pe­do­wych (cztery dzio­bowe, dwie rufowe) - odpo­wied­niki śred­nich nie­miec­kich U-Bootów z cza­sów I wojny świa­to­wej oraz ame­ry­kań­skiego typu S.

Jesie­nią 1937 roku Loc­kwood został prze­su­nięty do służby w Waszyng­to­nie, gdzie miał kie­ro­wać komi­te­tem do spraw roz­woju broni pod­wod­nej w Depar­ta­men­cie Mary­narki Wojen­nej i prze­wod­ni­czyć Kon­fe­ren­cji Ofi­ce­rów Broni Pod­wod­nej. Od pierw­szej chwili Hart i Loc­kwood popa­dli w kon­flikt.

Decy­du­jące star­cie nastą­piło 24 maja 1938 roku, kiedy Rada Główna zebrała się, by posta­no­wić o zało­że­niach pro­gramu budowy okrę­tów pod­wod­nych na rok 1940. Loc­kwood wziął do pomocy swego daw­nego dowódcę i przy­ja­ciela, Richarda Sta­ni­slausa Edwardsa, który wów­czas dowo­dził bazą okrę­tów pod­wod­nych w New Lon­don. Edwards był tak­ty­kiem i stra­te­giem mor­skim, sza­no­wa­nym przez obie strony i dzięki jego obec­no­ści udało się zawrzeć kom­pro­mis. W 1940 roku mary­narka zbu­duje sześć Tam­bo­rów13 i dwa małe pro­to­ty­powe okręty pod­wodne, Mac­ke­rel i Mar­lin14. Loc­kwood zdo­łał obro­nić nie­mal wszyst­kie swoje poprawki do pro­jektu Tam­bora, w tym kli­ma­ty­za­cję. Nie­stety, na sku­tek sta­now­czego oporu Harta nie zatwier­dzono działa kali­bru 127 mm.

Loc­kwood i jego poplecz­nicy odnie­śli zwy­cię­stwo w Radzie, ale tak sku­pili się na zawi­ło­ściach tech­nicz­nych, że stra­cili z oczu uwa­run­ko­wa­nia bar­dziej ogól­nej natury, które wkrótce dały o sobie znać. Zapo­trze­bo­wa­nie na zale­d­wie sześć okrę­tów w 1940 roku było absur­dal­nie niskie. Gdyby zażą­dali trzy, cztery razy tyle i gdyby ich żąda­nia zatwier­dzono, Mary­narka Wojenna Sta­nów Zjed­no­czo­nych byłaby znacz­nie lepiej przy­go­to­wana do wypeł­nie­nia obo­wiąz­ków, które wkrótce miały jej przy­paść. Skoro jed­nak nikt nie zażą­dał wię­cej, siły pod­wodne, od lat przy­zwy­cza­jone poprze­sta­wać na małym, uznały, że sześć okrę­tów wystar­czy.

Liczą­cym się sprzy­mie­rzeń­cem Loc­kwo­oda pod­czas kon­fe­ren­cji w 1938 roku był Ralph Chri­stie, pia­stu­jący wów­czas w Biu­rze Uzbro­je­nia god­ność szefa działu tor­pe­do­wego. W owym cza­sie był on naj­wyż­szym auto­ry­te­tem Depar­ta­mentu Mary­narki Wojen­nej w dzie­dzi­nie tor­ped. Brał udział w opra­co­wy­wa­niu warun­ków tech­nicz­nych Tam­bo­rów; był zacie­kłym orę­dow­ni­kiem kon­cep­cji dużego oce­anicz­nego okrętu pod­wod­nego, zdol­nego do współ­pracy z zespo­łami sił głów­nych floty.

Naj­po­waż­niej­szym z pro­ble­mów, jakie miał wów­czas na gło­wie Chri­stie, była pro­duk­cja tor­ped. Roz­bu­dowa floty przy­nio­sła w rezul­ta­cie znaczne zwięk­sze­nie zapo­trze­bo­wa­nia na tor­pedy dla okrę­tów nawod­nych, pod­wod­nych i samo­lo­tów. Mary­narka uwa­żała, że zapas tor­ped powi­nien wyno­sić trzy sztuki na każdą wyrzut­nię zamon­to­waną na nisz­czy­cielu, sześć dla wyrzutni na okrę­cie pod­wod­nym i pięć dla każ­dego samo­lotu tor­pedowego. Speł­nie­nie tych zało­żeń wyma­gało roz­bu­dowy zakła­dów w New­port i potro­je­nia załogi (z tysiąca pra­cow­ni­ków w 1933 roku do trzech tysięcy w 1937), pra­cu­ją­cej na trzy zmiany przez pięć dni w tygo­dniu. Biuro wydało 1,25 miliona dola­rów, sumę pod­ów­czas pokaźną, na nowe linie maszyn do pro­duk­cji tor­ped i narzę­dzia, a mimo to zakłady pro­du­ko­wały zale­d­wie dwie i pół tor­pedy dzien­nie (w 1937 roku wypro­du­ko­wano ich 591). Suma zale­głych kon­trak­tów uro­sła w końcu do 29 milio­nów dola­rów. Przy zacho­wa­niu tego tempa do 1942 roku bra­ko­wa­łoby 2425 tor­ped.

Chri­stie doszedł do wnio­sku, że mary­narce potrzeba dru­giej, a może i trze­ciej fabryki tor­ped. Zamknięta od końca poprzed­niej wojny fabryka w Ale­xan­drii w sta­nie Wir­gi­nia nada­wała się do tego ide­al­nie. Obie­caw­szy kon­gres­ma­nowi z Rhode Island, Aime J. Foran­dowi, że zakłady w New­port zostaną rów­nież roz­bu­do­wane, Chri­stie zdo­łał uzy­skać zgodę na ponowne otwar­cie fabryki w Ale­xan­drii i pie­nią­dze na trze­cią - w Key­port w sta­nie Waszyng­ton. Jak się nie­długo okaże, było to jed­nak sta­now­czo za mało.

Wojna w Euro­pie

Pod­czas gdy ame­ry­kań­scy pod­wod­niacy bory­kali się z wła­snymi pro­ble­mami, na świe­cie zaczy­nało się robić gorąco. Japo­nia nie zado­wo­liła się Man­dżu­rią i roz­sze­rzyła swój pod­bój na całe Chiny, osła­bione wojną domową mię­dzy naro­dow­cami Czang Kaj-szeka i komu­ni­stami Mao Tse-tunga. "Jastrzę­bie" w rzą­dzie japoń­skim doma­gały się wszyst­kich kolo­nii na Dale­kim Wscho­dzie - Indii, Birmy, Indo­chin Fran­cu­skich, Holen­der­skich Indii Wschod­nich i Fili­pin, jak rów­nież Syjamu. Po wypo­wie­dze­niu ukła­dów waszyng­toń­skich i lon­dyń­skich Japo­nia przy­stą­piła do reali­za­cji sze­roko zakro­jo­nego pro­gramu roz­bu­dowy floty i umac­nia­nia wysu­nię­tych baz mor­skich na Maria­nach, Karo­li­nach i Wyspach Mar­shalla.

Dla ostu­dze­nia zapału Japoń­czy­ków Roose­velt naka­zał prze­su­nię­cie głów­nych sił floty z por­tów Zachod­niego Wybrzeża do Pearl Har­bor na Hawa­jach. Dowódca floty admi­rał James Otto Richard­son sprze­ci­wił się tej decy­zji. W jego opi­nii w Pearl Har­bor bra­ko­wało infra­struk­tury, nie­zbęd­nej do obsługi tak potęż­nej masy ludzi i sprzętu. Ofi­ce­ro­wie i mary­na­rze zostaną ode­rwani od rodzin i roz­ry­wek, któ­rych nie bra­kło w por­tach Zachod­niego Wybrzeża. Poza tym Pearl Har­bor było nad­mier­nie wysta­wione na atak ze strony Japoń­czy­ków. By zapew­nić bez­pie­czeń­stwo flo­cie, Richard­son musiałby utrzy­my­wać bez­u­stanne patrole lot­ni­cze dale­kiego zasięgu, a to w szyb­kim cza­sie wyczer­pa­łoby moż­li­wo­ści zarówno maszyn, jak i ludzi. Mimo tych argu­men­tów Roose­velt utrzy­mał swoją decy­zję w mocy i zaczął roz­glą­dać się za bar­dziej sko­rym do posłu­chu dowódcą floty.

W Euro­pie zaś Hitler w apo­geum bez­kr­wa­wych pod­bo­jów się­gnął po Pol­skę.

Zaczęła się wojna. 3 wrze­śnia 1939 roku, wyko­nu­jąc swoje zobo­wią­za­nia sojusz­ni­cze, przy­stą­piły do niej Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja.

Nie­miecka mary­narka wojenna nie była przy­go­to­wana do wojny. W cza­sie krót­kiego okresu jej odbu­dowy admi­rał Erich Raeder główny wysi­łek skie­ro­wał na budowę "pan­cer­ni­ków kie­szon­ko­wych" - Deutsch­land, Admi­ral Scheer i Admi­ral Graf Spee - o wypor­no­ści po 12 000 ton, zdol­nych do odby­wa­nia dłu­gich raj­dów oce­anicz­nych. Raeder nie wie­rzył w moż­li­wość wybu­chu wojny z Anglią. Według niego bar­dziej praw­do­po­dob­nym prze­ciw­ni­kiem na morzu była Fran­cja. Jego "pan­cer­niki kie­szon­kowe" miały słu­żyć do zwią­za­nia fran­cu­skich sił nawod­nych zada­niami eskor­to­wymi i tym samym do odcią­gnię­cia ich od Bał­tyku, Morza Pół­noc­nego i pół­noc­nego Atlan­tyku, by stały się one akwe­nami bez­piecz­nymi dla nie­miec­kiej żeglugi.

Poli­tyka "ręce precz od Anglii" opóź­niła znacz­nie odbu­dowę nie­miec­kich sił pod­wod­nych. Jeśli miało nie być wojny z Wielką Bry­ta­nią, to po co w ogóle budo­wać U-Booty? W dniu wybu­chu wojny dowo­dzone przez koman­dora Karla Dönitza siły pod­wodne liczyły zale­d­wie pięć­dzie­siąt sie­dem jed­no­stek, z czego więk­szość sta­no­wiły małe okręty szkolne i pro­to­typy kilku typów jed­no­stek śred­niej wiel­ko­ści. Zale­d­wie dwa­dzie­ścia dwa okręty można było uznać za oce­aniczne. Po woj­nie Dönitz powie­dział:

Ta wojna została w pew­nym sen­sie prze­grana, zanim się jesz­cze zaczęła. Niemcy ni­gdy nie były gotowe do wojny mor­skiej z Wielką Bry­ta­nią. Gdyby pro­wa­dzono bar­dziej reali­styczną poli­tykę, przy­stę­po­wa­li­by­śmy do wojny z co naj­mniej tysią­cem U-Bootów.

Przed wybu­chem wojny Dönitz wysłał wszyst­kie jed­nostki na morze. Ponie­waż Niemcy pod­pi­sały kon­wen­cję lon­dyń­ską w spra­wie okrę­tów pod­wod­nych, teo­re­tycz­nie ich siły powinny ope­ro­wać zgod­nie z zasa­dami "ogra­ni­czo­nej wojny pod­wod­nej" i sto­so­wać się do tych samych zasad - "zatrzy­my­wa­nia i prze­szu­ki­wa­nia" stat­ków strony prze­ciw­nej - które przez pod­pi­sa­nie kon­wen­cji przy­jęły na sie­bie Wielka Bry­ta­nia, Japo­nia i Stany Zjed­no­czone. Jed­nakże już 3 wrze­śnia 1939 roku U-30 bez ostrze­że­nia zato­pił pasa­żer­ski linio­wiec Athe­nia z ponad tysiąc czte­ry­stoma oso­bami, w tym kobie­tami i dziećmi, na pokła­dzie. Bry­tyj­czycy przed­sta­wiali sprawę Athe­nii jako zbrod­nię wojenną, Niemcy - jako sabo­taż i pro­wo­ka­cję ze strony bry­tyj­skiej. Jedno jed­nak nie ule­gało wąt­pli­wo­ści - sztucz­nie two­rzone zasady walki na morzu nie miały prak­tycz­nego zasto­so­wa­nia.

Wielka Bry­ta­nia powró­ciła do środ­ków zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych z koń­co­wego okresu I wojny świa­to­wej. Zaczęto, nie zwle­ka­jąc, od wpro­wa­dze­nia sys­temu kon­wo­jo­wego. Statki han­dlowe uzbro­jono, a kapi­ta­nom naka­zano ostrze­li­wa­nie i tara­no­wa­nie napo­tka­nych okrę­tów pod­wod­nych, a przede wszyst­kim - wysy­ła­nie drogą radiową mel­dunku o każ­dym spo­tka­niu. Spe­cja­li­ści od wywiadu radio­wego uru­cho­mili na nowo sieć sta­cji namiaru, a kryp­to­lo­dzy zajęli się łama­niem kodów Krieg­sma­rine. Wszystko to dzia­łało bez zarzutu, ale Bry­tyj­czycy bar­dzo zanie­dbali środki do nisz­cze­nia okrę­tów pod­wod­nych. Kiedy wybu­chła wojna, mieli zale­d­wie 220 jed­no­stek zaopa­trzo­nych w azdyk: 165 nisz­czy­cieli, 35 slu­pów, fre­gat i kor­wet oraz 20 traw­le­rów ZOP, co było dalece nie­wy­star­cza­jące do zapew­nie­nia ochrony wła­snej floty i zwal­cza­nia U-Bootów. Także lot­nic­two obrony wybrzeża odczu­wało dotkliwy brak odpo­wied­nich samo­lo­tów.

W ciągu pierw­szych tygo­dni wojny, kiedy Hitler pró­bo­wał uło­żyć się z Lon­dy­nem i Pary­żem, dzia­ła­nia U-Bootów zostały ogra­ni­czone. Kiedy z dyplo­ma­cji nic nie wyszło, Führer naka­zał swym dowód­com pod­ję­cie nie­ogra­ni­czo­nej wojny pod­wod­nej, która miała się cią­gnąć aż do kapi­tu­la­cji Nie­miec w maju 1945 roku. W ciągu kilku pierw­szych mie­sięcy nie­liczne U-Booty odno­siły same suk­cesy. Zato­piono stary lot­ni­sko­wiec Coura­ge­ous i rów­nie leciwy pan­cer­nik Royal Oak. Ata­ko­wany był także, choć nie­sku­tecz­nie, nowo­cze­sny lot­ni­sko­wiec Ark Royal. Mimo tych poważ­nych suk­ce­sów straty zadane flo­cie han­dlo­wej prze­ciw­nika były mizerne: zale­d­wie 136 000 BRT w paź­dzier­niku 1939 roku i jesz­cze mniej w dwóch następ­nych mie­sią­cach.

W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym zarówno Niemcy, jak i Bry­tyj­czycy zbu­do­wali swoje wła­sne modele zapal­ni­ków magne­tycz­nych do tor­ped, dzia­ła­jące na podob­nych zasa­dach, co ame­ry­kań­ski Mark VI. Po roz­po­czę­ciu dzia­łań wojen­nych obie strony prze­ko­nały się, że zapal­niki nie dzia­łają w spo­sób nale­żyty, więc odłą­czyli je i pole­gali raczej na prost­szych i bar­dziej nie­za­wod­nych zapal­ni­kach ude­rze­nio­wych (kon­tak­to­wych). Ame­ry­kań­scy obser­wa­to­rzy w Wiel­kiej Bry­ta­nii prze­ka­zali wia­do­mo­ści o bry­tyj­skich pro­ble­mach z zapal­ni­kami magne­tycz­nymi do Biura Uzbro­je­nia, gdzie jed­nak nie wycią­gnięto żad­nych wnio­sków i nie prze­pro­wa­dzono testów zapal­nika w warun­kach bojo­wych. Całej spra­wie towa­rzy­szyły jedy­nie pełne prze­kąsu komen­ta­rze: ich zapal­niki mogą nie dzia­łać, nasz jest dosko­nały.

Nie­liczne, nie­do­świad­czone i pozba­wione nie­za­wod­nej tor­pedy nie­miec­kie siły pod­wodne - stwo­rzone od zera zale­d­wie sześć lat wcze­śniej - zamknęły pierw­szy rok wojny ze sła­bymi rezul­ta­tami. Rok póź­niej jed­nak Dönitz - który był już admi­ra­łem, a jego okręty korzy­stały z wysu­nię­tych baz na atlan­tyc­kim wybrzeżu Fran­cji - mógł wpro­wa­dzić w życie swoje kon­cep­cje: cen­tralne kie­ro­wa­nie dzia­ła­niami okrę­tów drogą radiową i tak­tykę "wil­czych stad", ata­ku­ją­cych gru­pami z zasko­cze­nia, na powierzchni, w nocy.

Zmiana tak­tyki dopro­wa­dziła do dra­ma­tycz­nej zmiany sytu­acji. Mając w morzu śred­nio sześć okrę­tów, Dönitz dopro­wa­dził do wzro­stu strat alianc­kiej floty do 300 000 BRT we wrze­śniu 1940 roku, a w paź­dzier­niku U-Booty zato­piły 346 000 BRT; z jed­nego tylko kon­woju puściły na dno dwa­dzie­ścia z trzy­dzie­stu czte­rech stat­ków. Import ropy do Wiel­kiej Bry­ta­nii zma­lał o połowę. Pre­mier Chur­chill, który zda­wał sobie sprawę z zagro­że­nia, naka­zał swoim eks­per­tom zgłę­bie­nie każ­dej tech­nicz­nej i ope­ra­cyj­nej inno­wa­cji, która mogłaby poło­żyć kres tej rzezi.

Poza sta­cjami radio­na­mier­ni­ko­wymi, któ­rych sieć oka­lała teraz Wielką Bry­ta­nię i Irlan­dię, naj­bar­dziej obie­cu­ją­cym wyna­laz­kiem tech­nicz­nym, któ­rego można było użyć do walki z U-Bootami, wyda­wał się radar. Nad rada­rem (w jego pry­mi­tyw­nej for­mie) pra­co­wano w Anglii i Ame­ryce już mniej wię­cej od dwu­na­stu lat. Jego zasada dzia­ła­nia była bar­dzo pro­sta: wysyła się wiązkę pro­mie­nio­wa­nia elek­tro­ma­gne­tycz­nego, która po tra­fie­niu w obiekt odbija się i wraca do nadaj­nika, pozwa­la­jąc na okre­śle­nie dokład­nego namiaru i odle­gło­ści od odbi­ja­ją­cego obiektu. Skon­stru­owa­nie efek­tyw­nego urzą­dze­nia dzia­ła­ją­cego na tej zasa­dzie trwało jed­nak bar­dzo długo. W 1940 roku Wielka Bry­ta­nia przo­do­wała w tech­no­lo­gii rada­ro­wej i prze­ka­zy­wała swe doświad­cze­nia w ich prak­tycz­nym zasto­so­wa­niu Sta­nom Zjed­no­czo­nym. Pod koniec 1940 roku Bry­tyj­czy­kom udało się wresz­cie skon­stru­ować radar magne­tro­nowy na tyle nie­wiel­kich roz­mia­rów, by można go było umie­ścić w samo­lo­cie patro­lo­wym do zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych.

Postępy japoń­skie na Dale­kim Wscho­dzie i oblę­że­nie przez Niem­ców Wiel­kiej Bry­ta­nii spo­wo­do­wały znaczne przy­spie­sze­nie przy­go­to­wań do wojny mor­skiej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Odrzu­cono ogra­ni­cze­nia trak­ta­towe, w tym doty­czące okrę­tów pod­wod­nych. W lipcu 1940 roku Kon­gres prze­zna­czył cztery miliardy dola­rów na stwo­rze­nie Mary­narki Dwóch Oce­anów - jed­nej na Atlan­tyku, dru­giej na Pacy­fiku. Dla wyeli­mi­no­wa­nia U-Bootów z wód ame­ry­kań­skich i kara­ib­skich pre­zy­dent Roose­velt usta­no­wił na Atlan­tyku Patrol Neu­tral­no­ści. Opra­co­wano układ z Bry­tyj­czy­kami, na mocy któ­rego oddano pięć­dzie­siąt sta­rych nisz­czy­cieli z I wojny świa­to­wej za prawo do zbu­do­wa­nia ame­ry­kań­skich baz mor­skich w bry­tyj­skich kolo­niach na Kara­ibach i w Ame­ryce Połu­dnio­wej.

Poza pan­cer­ni­kami, krą­żow­ni­kami, lot­ni­skow­cami i nisz­czy­cie­lami pro­gram Mary­narki Dwóch Oce­anów prze­wi­dy­wał pie­nią­dze na okręty pod­wodne typu Tam­bor, ale ponow­nie, jak się miało wkrótce oka­zać, zamó­wiono ich zbyt mało. Ponie­wcza­sie mary­narka roz­bu­do­wała oddziały budowy okrę­tów pod­wod­nych Elec­tric Boat Com­pany w Gro­ton oraz wła­snych stoczni w Por­ts­mouth (New Hamp­shire) i Mare Island koło San Fran­ci­sco (Kali­for­nia). Pod­pi­sała też kon­trakty na budowę takich jed­no­stek z Mani­to­woc Ship­bu­il­ding Com­pany w Mani­to­woc (Wiscon­sin) oraz dwiema stocz­niami pen­syl­wań­skimi: Cramp Ship­bu­il­ding Com­pany w Fila­del­fii i stocz­nią mary­narki w Bosto­nie.

Zna­la­zły się rów­nież pie­nią­dze na przy­wró­ce­nie do służby wielu sta­rych okrę­tów pod­wod­nych, które od dawna tylko sta­tus jed­no­stek rezer­wo­wych rato­wał przed zło­mo­wa­niem. Łącz­nie zostało wyre­mon­to­wa­nych i ponow­nie wcie­lo­nych do służby dzie­więt­na­ście okrę­tów typów O i R, szes­na­ście typu S oraz Bar­ra­cuda, Bass i Bonita, zwięk­sza­jąc siły pod­wodne o 38 jed­no­stek15. Jed­nostki typów O i R prze­zna­czono do szko­le­nia, okręty typu S oraz Bar­ra­cudę, Bass i Bonitę prze­zna­czono do służby linio­wej. Przy­wró­ce­nie do służby tych jed­no­stek zabrało pie­nią­dze, za które można było zbu­do­wać nowe okręty i zajęło moce prze­ro­bowe stoczni, które mogłyby się zająć ich budo­wa­niem.

Główny prze­ciw­nik

W krę­gach mary­narki jasne było, że naj­waż­niej­szym prze­ciw­ni­kiem pozo­staje Japo­nia. Z tego też powodu służby kryp­to­lo­giczne zajęły się głów­nie łama­niem szy­frów japoń­skich.

Pro­blemy poja­wiły się po raz pierw­szy w poło­wie 1937 roku, kiedy Japoń­czycy doko­nali ponow­nej zmiany szy­frów dyplo­ma­tycz­nych i mor­skich. Aby odzy­skać moż­li­wość odczy­ty­wa­nia japoń­skich depesz, zespół Saf­forda połą­czył siły z ludźmi Fried­mana i kryp­to­lo­gami armii w rzad­kiej w tych dniach har­mo­nij­nej współ­pracy pomię­dzy rodza­jami wojsk. Zła­ma­nie nowego japoń­skiego szy­fru dyplo­ma­tycz­nego, zwa­nego Fio­le­to­wym, otrzy­mało naj­wyż­szy prio­ry­tet. To zada­nie wziął na sie­bie Fried­man i jego zespół z armii. Saf­ford udzie­lał mu pomocy, pole­ga­ją­cej na dostar­cza­niu prze­chwy­co­nych depesz i prze­ka­zy­wa­niu pie­nię­dzy, poza tym odcią­żał ich przez 1939 i 1940 rok, zaj­mu­jąc się resztą prze­chwy­co­nej japoń­skiej kore­spon­den­cji radio­wej. Fried­man mógł skon­cen­tro­wać całą swoją ener­gię, pomy­sło­wość i zdol­no­ści na Kodzie Fio­le­to­wym.

Mary­narka udzie­liła Fried­ma­nowi także innej, pośred­niej pomocy, dostar­cza­jąc wzorce klu­czy Kodu Czer­wo­nego i maszynę dosto­so­waną do odczy­ty­wa­nia szy­fro­wa­nych nim depesz. Oba szy­fry były do sie­bie na tyle podobne, że klu­cze Kodu Czer­wo­nego cza­sami dawały do 25 pro­cent klu­cza dzien­nego Kodu Fio­le­to­wego. Nie­stety, nad pozo­sta­łymi 75 pro­centami pra­co­wano aż dzie­więt­na­ście mie­sięcy. Osta­teczne roz­wią­za­nie udało się zna­leźć jed­nemu z genial­nych współ­pra­cow­ni­ków Fried­mana, Harry'emu Law­rence'owi Clar­kowi. W rezul­ta­cie powstała mała, ręcz­nie zbu­do­wana Maszyna Fio­le­towa, labi­rynt prze­wo­dów, prze­łącz­ni­ków i wir­ni­ków z kla­wia­turą jak w maszy­nie do pisa­nia, która po włą­cze­niu buczała, świsz­czała, śmier­działa palo­nymi kablami i od czasu do czasu strze­lała sno­pami iskier, ale - w odróż­nie­niu od poprzed­nich pro­to­ty­pów - odczy­ty­wała japoń­skie depe­sze. Fried­man nie wytrzy­mał tak dłu­giego napię­cia i zaraz po zakoń­cze­niu prac prze­żył poważne zała­ma­nie ner­wowe.

Kryp­to­lo­dzy mary­narki zaj­mo­wali się tym­cza­sem nowym japoń­skim szy­frem mor­skim, zwa­nym Kodem Czar­nym. Począt­kowy suk­ces w jego łama­niu był zasługą Wesleya Arnolda "Hama" Wri­ghta, współ­pra­cow­nika Agnes Meyer Dri­scoll, która powra­cała wów­czas do zdro­wia po nie­bez­piecz­nym wypadku samo­cho­do­wym. Wkrótce oka­zało się jed­nak, że sys­tem Wri­ghta zawie­rał drobne błędy, które z cza­sem zaczęły się kumu­lo­wać i praca kryp­to­lo­gów była pozba­wiona sensu. Tom Dyer przej­rzał wów­czas rezul­taty Wri­ghta, odkrył błąd, popra­wił go i od 1940 roku kryp­to­lo­dzy mary­narki byli w sta­nie odczy­ty­wać 50 do 60 pro­cent depesz zaszy­fro­wa­nych Kodem Czar­nym.

Wkrótce po swym osią­gnię­ciu Dyer został prze­nie­siony do Pearl Har­bor, gdzie objął obo­wiązki ofi­cera łącz­no­ści 14 Okręgu Mor­skiego. W ści­słej tajem­nicy zabrał ze sobą księgi kodowe i część maszyn obli­cze­nio­wych IBM, które prze­cho­wy­wał w sej­fie. W wol­nych chwi­lach pra­co­wał nad Kodem Czar­nym; z cza­sem zaczęło mu poma­gać kilku mówią­cych po japoń­sku ofi­ce­rów i razem, nie­ofi­cjal­nie, zor­ga­ni­zo­wali jed­nostkę kryp­to­lo­giczną Hypo - od słowa, któ­rego według przed­wo­jen­nej pro­ce­dury radio­wej mary­narka uży­wała na ozna­cze­nie litery H jak Hawaje. Podob­nie waszyng­toń­ski ośro­dek nosił kryp­to­nim Negat (N jak Navy), gdyż dzia­łał pod auspi­cjami Depar­ta­mentu Mary­narki Wojen­nej.

Około roku póź­niej mary­narka zor­ga­ni­zo­wała jesz­cze jeden ośro­dek kryp­to­lo­giczny na Dale­kim Wscho­dzie, umiesz­czony w nie­wiel­kiej bazie Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Cavite nad Zatoką Manil­ską. Ośro­dek ten otrzy­mał kryp­to­nim Cast (C jak Cavite). Począt­kowo kie­ro­wał nim ofi­cer mówiący po japoń­sku, Red­field "Rosey" Mason, który słu­żył także jako ofi­cer wywiadu sztabu dowódcy Floty Azja­tyc­kiej.

W czerwcu 1940 roku japoń­ska mary­narka raz jesz­cze doko­nała zmiany szy­frów. Tym razem miej­sce ogól­nego Kodu Czar­nego zajęły dwa szy­fry. Jeden z nich, rza­dziej uży­wany, o bar­dzo wyso­kim stop­niu zaawan­so­wa­nia i bar­dzo trudny do zła­ma­nia, Ame­ry­ka­nie nazwali Kodem Admi­ra­łów Japoń­skich. Drugi, znacz­nie prost­szy, otrzy­mał ozna­cze­nie Japa­nese Navy 25 (JN-25) - był bowiem dwu­dzie­stą piątą wer­sją szy­fru mary­narki japoń­skiej od czasu wykra­dze­nia Kodu Czer­wo­nego na początku lat dwu­dzie­stych. Naj­zdol­niejsi kryp­to­lo­dzy - Dri­scoll, Tom Dyer i Ham Wri­ght - zajęli się Kodem Admi­ra­łów. Mimo usil­nych sta­rań nie udało się go zła­mać do końca wojny. Główną przy­czyną był brak mate­riału porów­naw­czego - szyfr ten uży­wany był tak rzadko, że nie zdo­łano zgro­ma­dzić odpo­wied­niej liczby depesz. Mło­dzież zajęła się JN-25 ze znacz­nie lep­szymi rezul­ta­tami: jego zła­ma­nie zajęło im zale­d­wie trzy mie­siące. Już we wrze­śniu 1940 roku zaczęto otrzy­my­wać tłu­ma­cze­nia depesz. Księga kodowa JN-25 została ręcz­nie prze­pi­sana w trzech egzem­pla­rzach, po jed­nym dla każ­dego z ośrod­ków: Negat, Hypo i Cast.

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie szef sztabu wojsk lądo­wych, gene­rał armii Geo­rge Catlett Mar­shall, w poro­zu­mie­niu z sze­fem ope­ra­cji mor­skich admi­ra­łem Harol­dem Rayns­for­dem Star­kiem posta­no­wił - za nie­ofi­cjal­nym przy­zwo­le­niem pre­zy­denta Roose­velta - wta­jem­ni­czyć w postępy kryp­to­lo­gów Wielką Bry­ta­nię, która inte­re­so­wała się sytu­acją na Dale­kim Wscho­dzie nie mniej niż Stany Zjed­no­czone. W tym celu do Lon­dynu udała się spe­cjalna misja, zło­żona z ofi­ce­rów obu rodza­jów wojsk.

Kiedy wieść o zamia­rach sze­fów obu rodza­jów wojsk dotarła do pod­le­głych im służb kryp­to­gra­ficz­nych, z któ­rymi oczy­wi­ście nikt się nie kon­sul­to­wał, ośrodki dekryp­tażu zawrzały z obu­rze­nia. Po pierw­sze, oba­wiano się, że jeśli z Lon­dynu prze­ciek­nie choć słowo na ten temat, to cała długa, mozolna i kosz­towna praca nad japoń­skimi szy­frami pój­dzie na marne. Po dru­gie, doro­bek ame­ry­kań­skich ośrod­ków miał być prze­ka­zany jed­no­stron­nie. Bry­tyj­czycy dosta­wali japoń­skie szy­fry, nic w zamian nie dając. Powszechna opi­nia gło­siła, że to zbyt kosz­towny pre­zent, by trwo­nić go w taki spo­sób. Być może sze­fo­wie tego nie wie­dzieli, ale dla pod­le­głych im kryp­to­lo­gów nie było tajem­nicą, że Bry­tyj­czycy posia­dali co naj­mniej dwie nie­miec­kie maszyny szy­frowe Enigma: jedną zdo­byli w pół­noc­nej Afryce, a drugą pozy­skali z zato­pio­nego U-Boota. Skoro teraz mieli dostać JN-25 i Kod Fio­le­towy, to w zamian mogliby dać cho­ciaż jedną.

Pomy­sło­dawcy bro­nili się, że zło­żyli już obiet­nicę, cho­dzi o honor Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ale w końcu musieli ustą­pić i zgo­dzili się przy­naj­mniej spró­bo­wać zażą­dać bry­tyj­skiego rewanżu. Po dłuż­szych prze­py­chan­kach osią­gnięto poro­zu­mie­nie, na mocy któ­rego miało dojść do peł­nej wymiany i współ­pracy w zakre­sie kryp­to­lo­gii, sys­te­mów szy­fro­wych, sys­te­mów kryp­to­ana­lizy, namie­rza­nia radio­wego, prze­chwy­ty­wa­nia łącz­no­ści utaj­nio­nej nie­przy­ja­ciela i wszyst­kich zagad­nień doty­czą­cych łącz­no­ści radio­wej Włoch, Nie­miec i Japo­nii. W poro­zu­mie­niu, któ­remu nadano nawet formę pisemną, Bry­tyj­czycy zobo­wią­zali się prze­ka­zać Ame­ry­ka­nom nie­miecką Enigmę.

W zamian Bry­tyj­czycy prze­ka­zali Ame­ry­ka­nom egzem­plarz naj­now­szego radio­na­mier­nika wyso­kich czę­sto­tli­wo­ści firmy Mar­coni-Adock, znacz­nie lep­szego niż wszystko, czym w Ame­ryce dys­po­no­wano w tym zakre­sie, a nawet to, nad czym dopiero pra­co­wano, oraz część swo­ich osią­gnięć w dzie­dzi­nie radaru. Kiedy Ame­ry­ka­nie upo­mnieli się o obie­caną Enigmę, Bry­tyj­czycy odparli, że nie było o tym mowy. Japoń­skich kodów nie chcą, zresztą nawet nie wie­dzieli, że Ame­ry­ka­nie je zła­mali. Skoro im się udało, to bar­dzo się cie­szą i gra­tu­lują, ale w zasa­dzie ten szyfr nie jest im do niczego potrzebny. Co innego z Enigmą - z nią mieli do czy­nie­nia na co dzień i każdy egzem­plarz był im nie­zbędny, więc z jakiej racji mie­liby go odda­wać za nie­chciany pre­zent? Mimo to Waszyng­ton zaapro­bo­wał prośbę Lon­dynu o jesz­cze jedną Maszynę Fio­le­tową, ostat­nią z zamó­wio­nych - ósmą, prze­zna­czoną dla ośrodka hawaj­skiego.

Po upadku Fran­cji w 1940 roku, z ini­cja­tywy mini­stra wojny gene­rała Hideki T?j? Japo­nia zawarła z Wło­chami i Niem­cami Pakt Trzech, dzięki czemu wymo­gła na sła­bym rzą­dzie Vichy zgodę na zaję­cie Indo­chin Fran­cu­skich przez woj­ska japoń­skie. Mogła zbu­do­wać bazy lot­ni­cze i odciąć linię kole­jową, pro­wa­dzącą do Chin. Był to pierw­szy suk­ces tery­to­rialny Japo­nii poza Chi­nami.

Kiedy do tego doszło, więk­szość ofi­ce­rów ame­ry­kań­skiej mary­narki wie­działa już, że wojna jest nie­unik­niona. Posta­wiono w stan peł­nej goto­wo­ści bojo­wej flotę w Pearl Har­bor, ale ponie­waż na Dale­kim Wscho­dzie pano­wał na razie spo­kój, alarm odwo­łano.

Więk­szość z nowych oce­anicz­nych okrę­tów pod­wod­nych typów P i Sal­mon, wcho­dzą­cych do służby, sta­cjo­no­wała w bazach floty w San Diego i Pearl Har­bor. W 1939 i 1940 roku dowo­dził nimi admi­rał Wil­helm Lee Frie­dell. Jego sze­fem sztabu był koman­dor Loc­kwood, dowódz­two 15 Dywi­zjonu Okrę­tów Pod­wod­nych (Sal­mon, Seal, Ski­pjack, Snap­per, Stin­gray i Stur­geon) objął Ralph Chri­stie.

Loc­kwood nie dał jesz­cze za wygraną w walce o to by US Navy włą­czyła okręty pod­wodne do swego planu wal­nej bitwy. Cały czas tre­no­wał załogi swych okrę­tów według tej kon­cep­cji. Osią­gnął jedy­nie to, że w zmo­dy­fi­ko­wa­nym Pla­nie Poma­rań­czo­wym (który teraz nazy­wał się Tęcza Pięć) okręty pod­wodne zwol­niono wresz­cie z roli psa łań­cu­cho­wego przy bazach głów­nych sił floty i prze­wi­dziano dla nich zada­nia w rejo­nie Midway, Wake i japoń­skich Wysp Mar­shalla, gdzie miały roz­po­zna­wać ruchy Japoń­czy­ków, ata­ko­wać okręty podą­ża­jące w kie­runku sił ame­ry­kań­skich i wyko­ny­wać zada­nia spe­cjalne zle­cone przez głów­no­do­wo­dzą­cego mary­narki wojen­nej.

Głów­nym nie­do­stat­kiem Tęczy Pięć było powie­rze­nie zada­nia osła­bie­nia japoń­skiego ude­rze­nia na Fili­piny sła­bej ame­ry­kań­skiej Flo­cie Azja­tyc­kiej. Skła­dała się z cięż­kiego krą­żow­nika Houston, lek­kiego Mar­ble­head, trzy­na­stu sta­rych nisz­czy­cieli i sze­ściu zabyt­ko­wych okrę­tów pod­wod­nych typu S oraz ich okrętu-bazy USS Cano­pus.

W paź­dzier­niku 1939 roku admi­rał Stark posta­no­wił wzmoc­nić siły Floty Azja­tyc­kiej. Jej ele­ment pod­wodny zasi­lił 14 Dywi­zjo­nem Okrę­tów Pod­wod­nych pod dowódz­twem Johna Wil­kesa, zło­żo­nym z sied­miu pierw­szych jed­no­stek typu P - Porpo­ise, Pike, Shark, Tar­pon, Perch, Pic­ke­rel i Per­mit - prze­rzu­co­nym z San Diego przez Pearl Har­bor. W sumie okręty typu S i P (poza Shar­kiem, któ­rego dotar­cie na Fili­piny na sku­tek kło­po­tów z sil­ni­kami opóź­niło się o rok) utwo­rzyły 5 Flo­tyllę Okrę­tów Pod­wod­nych, którą dowo­dził Wil­kes. Ta flo­tylla, licząca trzy­na­ście okrę­tów pod­wod­nych, była - poten­cjal­nie - naj­bar­dziej liczącą się bojowo czę­ścią na­dal sła­bej Floty Azja­tyc­kiej.

Po zaję­ciu Indo­chin przez Japoń­czy­ków admi­rał Stark mia­no­wał: dowódcą Floty Azja­tyc­kiej sześć­dzie­się­cio­trzy­let­niego wów­czas admi­rała Tho­masa Harta, zaja­dłego wroga dużych okrę­tów pod­wod­nych. Odpo­wied­ni­kiem Harta na lądzie był sześć­dzie­się­cio­letni gene­rał broni Douglas MacAr­thur, który peł­nił rolę doradcy woj­sko­wego pre­zy­denta Manu­ela Quezona. MacAr­thur, zdy­mi­sjo­no­wany w 1935 roku ze sta­no­wi­ska szefa sztabu Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, objął tę posadę, kon­ty­nu­ując dzieło swego ojca i w stop­niu mar­szałka wojsk fili­piń­skich sta­rał się stwo­rzyć silną armię, która po uzy­ska­niu przez Fili­piny nie­pod­le­gło­ści (co pla­no­wano na rok 1946) będzie w sta­nie samo­dziel­nie sta­wić czoło najeźdźcy.

Kiedy Hart przy­był do Manili w paź­dzier­niku 1940 roku, był prze­ko­nany, że atak japoń­ski jest tylko kwe­stią czasu. Nie spodo­bał mu się stan baz ame­ry­kań­skich. Dowódca 16 Okręgu Mor­skiego nie był w sta­nie zapew­nić odpo­wied­niego wspar­cia logi­stycz­nego. Tra­dy­cyj­nie sta­no­wi­sko to sta­no­wiło syne­kurę dla ofi­ce­rów, któ­rzy z jakichś wzglę­dów zaszli zbyt wysoko, by z hukiem wyrzu­cać ich z mary­narki za nie­kom­pe­ten­cję. Doży­wali swo­ich dni w służ­bie, nie wcho­dząc w oczy nikomu, kto mógłby z faktu ich nie­kom­pe­ten­cji wycią­gnąć zbyt daleko idące wnio­ski - kogoś takiego jak na przy­kład Hart. W rapor­cie do Waszyng­tonu admi­rał napi­sał, że tam­tejsi dowódcy mary­narki "nie dora­stali do poziomu, któ­rego wyma­gały oko­licz­no­ści". Wita­jący go dowódca okręgu był w "nie­za­do­wa­la­ją­cym sta­nie men­tal­nym i ner­wo­wym" i został natych­miast ode­słany do Sta­nów. Jego następca - pół roku póź­niej. Warsz­taty i stocz­niowe zaple­cze remon­towe w Cavite admi­rał uznał za "nie­do­sta­teczne", by utrzy­mać war­tość bojową Floty Azja­tyc­kiej.

Hart rzą­dził żela­zną ręką. Odna­lazł jed­nostki pomoc­ni­cze Floty Azja­tyc­kiej, które jego nie­kom­pe­tentni poprzed­nicy pozwo­lili roz­pro­szyć po wodach całego wschod­niego Pacy­fiku, od Chin przez Hong­kong aż po Sin­ga­pur, i zaczął swe rządy od ścią­gnię­cia ich na wody fili­piń­skie. Kiedy już je zgro­ma­dził, kazał zapa­ko­wać na nie dwa tysiące człon­ków rodzin mary­na­rzy ame­ry­kań­skich i ode­słał ich do kraju, nie bacząc na opór, jaki przy tym napo­tkał. Kiedy odzy­skał swoje statki i pozbył się prze­szkód, które odry­wały jego ludzi od służby, zabrał się do ćwi­czeń, mają­cych na celu prze­kształ­ce­nie bez­ład­nej zbie­ra­niny w sprawną machinę bojową.

Mie­siąc po obję­ciu sta­no­wi­ska zażą­dał w Depar­ta­men­cie Mary­narki Wojen­nej dal­szego wzmoc­nie­nia swo­ich sił. Admi­rał Stark wysłał więc do Manili 17 Dywi­zjon Okrę­tów Pod­wod­nych (Seadra­gon, Sealion, Seara­ven i Seawolf) pod dowódz­twem Wil­lisa Mer­ritta Per­ci­fielda. Trzy jed­nostki dywi­zjonu wyru­szyły w ciągu doby od wyda­nia roz­kazu, czwarta, Seawolf, wypły­nęła z napra­wio­nym naresz­cie Shar­kiem mie­siąc póź­niej. Na sku­tek tych decy­zji w grud­niu 1940 roku John Wil­kes, dowo­dzący siłami pod­wod­nymi Floty Azja­tyc­kiej Harta z pokładu Cano­pusa, miał do dys­po­zy­cji sześć okrę­tów typu S i jede­na­ście naj­no­wo­cze­śniej­szych oce­anicz­nych okrę­tów pod­wod­nych.

Prze­rzut tych okrę­tów na Fili­piny dodat­kowo osła­bił i tak już marną pozy­cję Loc­kwo­oda i reszty pod­wod­nia­ków. Zabie­rano mu naj­lep­sze jed­nostki, odda­jąc je pod dowódz­two czło­wieka, który miał zamiar wyko­rzy­stać je do obrony wybrzeża. W sen­sie tak­tyki i stra­te­gii wojny mor­skiej był to krok w tył - do cza­sów nawet sprzed I wojny świa­to­wej. Admi­rał Hart odpo­wia­dał zaś na te żale, że mary­narka powinna go była posłu­chać i uru­cho­mić wcze­śniej budowę małych, o wiele prost­szych okrę­tów, na któ­rych byłoby znacz­nie mniej podat­nych na uszko­dze­nia "zaba­wek". Małe okręty pod­wodne znacz­nie lepiej, jego zda­niem, nada­wa­łyby się do obrony wybrzeży Fili­pin.

Na początku stycz­nia 1941 roku naj­wyż­sze sztaby woj­skowe Ame­ryki i Wiel­kiej Bry­ta­nii roz­po­częły w tajem­nicy roz­mowy nad podzia­łem kom­pe­ten­cji na wypa­dek, gdyby Stany Zjed­no­czone zostały wcią­gnięte także i do tej wojny. Szta­bowcy doszli wów­czas do nastę­pu­ją­cego wnio­sku:

Ponie­waż Niemcy są naj­po­tęż­niej­szym z państw Osi, Atlan­tyk i euro­pej­ski teatr dzia­łań wojen­nych będą uwa­żane za arenę decy­du­ją­cych zma­gań. Stany Zjed­no­czone skie­rują tam więk­szość swego poten­cjału woj­sko­wego, a ewen­tu­alne ope­ra­cje na innych teatrach dzia­łań wojen­nych będą pro­wa­dzone tak, by uła­twiać wysi­łek zbrojny na głów­nym fron­cie.

Ta kon­klu­zja ozna­czała prze­wró­ce­nie do góry nogami całej dotych­cza­so­wej stra­te­gii ame­ry­kań­skiej. Teraz bowiem to Niemcy, a nie Japo­nię, uznano za główne zagro­że­nie, które trzeba było wyeli­mi­no­wać w pierw­szej kolej­no­ści. Nale­żało więc dokła­dać wszel­kich sta­rań, by znie­chę­cić Japo­nię do agre­sji, a gdyby jed­nak przy­łą­czyła się ona do wojny euro­pej­skiej, stra­te­gia ame­ry­kań­ska na Pacy­fiku miała ogra­ni­czyć się do dzia­łań obron­nych do czasu poko­na­nia Hitlera i Mus­so­li­niego.

W zgo­dzie z tym zało­że­niem 1 lutego 1941 roku pre­zy­dent Roose­velt pod­jął kroki mające na celu wzmoc­nie­nie ame­ry­kań­skich sił mor­skich na Atlan­tyku. Pierw­szym posu­nię­ciem było roz­dzie­le­nie prze­su­nię­tej do Pearl Har­bor Floty Sta­nów Zjed­no­czo­nych na dwie odrębne floty: Atlan­tyku i Pacy­fiku. Flota Pacy­fiku miała pozo­stać na Hawa­jach, Flota Atlan­tyku miała się prze­ba­zo­wać do por­tów na Wschod­nim Wybrzeżu. Flota Atlan­tyku powsta­nie z czę­ści jed­no­stek wydzie­lo­nych z Floty Pacy­fiku, okrę­tów prze­by­wa­ją­cych w por­tach atlan­tyc­kich i nowych okrę­tów spusz­cza­nych na wodę w ame­ry­kań­skich stocz­niach. Dowódcą nowo powsta­łej Floty Atlan­tyku pre­zy­dent Roose­velt mia­no­wał admi­rała Erne­sta Jose­pha Kinga. Flotą Pacy­fiku miał dowo­dzić admi­rał Hus­band Edward Kim­mel. Flotą Azja­tycką na­dal dowo­dził admi­rał Tho­mas Hart.

Głów­nym zada­niem Floty Atlan­tyku miała być ochrona mor­skich szla­ków zaopa­trze­nio­wych mię­dzy kon­ty­nen­tem pół­noc­no­ame­ry­kań­skim a Wyspami Bry­tyj­skimi przed ata­kami U-Bootów Dönitza. Cho­ciaż Stany Zjed­no­czone nie wypo­wie­działy jesz­cze ofi­cjal­nie wojny Osi, Roose­velt posta­no­wił, że poza już dzia­ła­ją­cymi Patro­lami Neu­tral­no­ści Flota Atlan­tyku będzie pro­wa­dzić regu­larne dzia­ła­nia kon­wo­jowe, bro­niąc bry­tyj­skich kon­wo­jów na pół­noc­nym Atlan­tyku. Dla reali­za­cji tych zadań powsta­nie baza w Argen­tii na Nowej Fun­dlan­dii, do któ­rej wysy­łać się będzie nisz­czy­ciele na inten­sywne tre­ningi w dzie­dzi­nie tak­tyki ZOP.

Kiedy dowódcy mary­narki zabrali się do wcie­la­nia w życie tej decy­zji, wyszło na jaw, że bra­kuje jed­no­stek do zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych. Z nie­wielu dostęp­nych okrę­tów więk­szość była prze­sta­rzała, źle wypo­sa­żona, miała zde­kom­ple­to­wane załogi. Ponie­wcza­sie - w końcu wojna trwała już pół­tora roku - Stany Zjed­no­czone wpro­wa­dzały w życie przy­śpie­szony pro­gram budowy jed­no­stek eskor­to­wych na potrzeby wła­sne, bry­tyj­skie i kana­dyj­skie. Minie jesz­cze pół­tora roku, nim osią­gnie się odpo­wied­nie liczby tych okrę­tów. Tym­cza­sem admi­rał King zapo­wie­dział pod­wład­nym, że "muszą robić wszystko, co mogą, tym, co mają".

Tajne poro­zu­mie­nie anglo-ame­ry­kań­skie prze­wi­dy­wało, że jeśli Stany Zjed­no­czone przy­stą­pią do wojny prze­ciw Osi, wyślą na wody euro­pej­skie kon­tyn­gent okrę­tów pod­wod­nych wraz z całym zaple­czem logi­stycz­nym. Miały one ope­ro­wać prze­ciw U-Bootom pod bry­tyj­skim dowódz­twem z baz na Wyspach Bry­tyj­skich i Gibral­ta­rze. Przy­go­to­wa­niami do tej wyprawy miał się zająć Richard Edwards, któ­rego admi­rał King mia­no­wał dowódcą sił pod­wod­nych Floty Atlan­tyku. Na dowódcę zespołu tak­tycz­nego, mają­cego ruszyć do Anglii, Edwards wybrał Ral­pha Chri­stiego, świeżo awan­so­wa­nego do stop­nia koman­dora. Szcze­gó­łami przy­szłej współ­pracy i przy­go­to­wa­niem baz miał się zająć ówcze­sny attaché mor­ski w Lon­dy­nie, Char­les Loc­kwood.

W tym cza­sie do służby oddano już sześć okrę­tów typu Tam­bor. Pod­czas prób Tam­bor prze­szedł naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Na powierzchni roz­wi­jał 21 węzłów, w zanu­rze­niu 10. Zanu­rze­nie alar­mowe do głę­bo­ko­ści pery­sko­po­wej (20 metrów) zaj­mo­wało mu tylko 35 sekund. W zanu­rze­niu dosko­nale słu­chał ste­rów, zarówno kie­run­ko­wych, jak i głę­bo­ko­ści. Świet­nej jako­ści sil­niki Fair­banks-Morse, ulep­szony kal­ku­la­tor tor­pe­dowy i sta­cja hydro­lo­ka­cyjna były bar­dziej nie­za­wodne niż jakie­kol­wiek inne. Okręt odzna­czał się dosko­nałą dziel­no­ścią mor­ską, a jak poka­zały próby z uży­ciem ostrej amu­ni­cji, kadłub znacz­nie lepiej zno­sił ataki bom­bami głę­bi­no­wymi. Kli­ma­ty­za­cja, urzą­dze­nia do odsa­la­nia wody mor­skiej, prze­stronne kam­buzy, mesy, sypial­nie, a nawet pokła­dowa pral­nia - wszystko to stwa­rzało dosko­nałe warunki miesz­kalne dla załóg na dłu­gich patro­lach. Po dwu­dzie­stu latach nauki na wła­snych błę­dach ame­ry­kań­scy kon­struk­to­rzy zbu­do­wali wresz­cie jed­nostkę, któ­rej wszy­scy mogli im zazdro­ścić.

Edwards i Chri­stie chcieli utwo­rzyć wyru­sza­jący do Europy zespół wokół dywi­zjonu zło­żo­nego z sze­ściu jed­no­stek typu Tam­bor lub tych, które powstaną po nich. Admi­rał Stark odmó­wił. Siły pod­wodne Floty Pacy­fiku zostały już i tak poważ­nie osła­bione ode­sła­niem jede­na­stu nowo­cze­snych okrę­tów do Floty Azja­tyc­kiej. Zarówno sześć okrę­tów typu Tam­bor, jak i nastę­pu­jące po nich jed­nostki zostaną wysłane do Pearl Har­bor.

Jakie więc okręty popłyną do Anglii? Wli­cza­jąc ostat­nio przy­wró­cone do służby, z pięć­dzie­się­ciu jeden okrę­tów typu S pozo­stało w służ­bie trzy­dzie­ści osiem16. Z tego sześć było w Manili, dal­szych sześć w Pana­mie, pozo­sta­wało więc dwa­dzie­ścia sześć, z tego dwa­dzie­ścia dwa zdolne do walki. I te wła­śnie dwa­dzie­ścia dwa okręty typu S, z któ­rych naj­młod­szy miał szes­na­ście lat, a reszta dobie­gała dwu­dziestki, oraz Bar­ra­cudę, Bassa i Bonitę wyzna­czono do euro­pej­skiego zespołu Chri­stiego.

Chri­stie nie był zachwy­cony per­spek­tywą pro­wa­dze­nia do walki sta­rych okrę­tów, które zresztą już kie­dyś pły­nęły do Anglii. W naj­gor­szym sta­nie były Bar­ra­cuda, Bass i Bonita. Chri­stie ode­słał je więc do Panamy, by wzmoc­niły okręty typu S, bro­niące wej­ścia do kanału.

W ramach szko­le­nia Chri­stie wysy­łał swoje "zabytki" z nowych baz na Ber­mu­dach, Wyspach Dzie­wi­czych i w zatoce Guan­ta­namo na Kubie na ogra­ni­czone patrole bojowe na wody kara­ib­skie. Jeśli któ­ryś z jego dowód­ców napo­tkałby U-Boota, miał nie ata­ko­wać, lecz śle­dzić go i otwar­tym tek­stem nada­wać mel­dunki o jego pozy­cjach. Gdy jesie­nią 1941 roku, po zato­pie­niu na Atlan­tyku przez nie­miecki okręt pod­wodny nisz­czy­ciela USS Greer, Roose­velt wydał roz­kaz ata­ko­wa­nia U-Bootów, Chri­stie posta­wił swoje siły w stan peł­nej goto­wo­ści bojo­wej.

Pod koniec 1941 roku, kiedy admi­rał Dönitz wysłał silny zespół U-Bootów w oko­lice Nowej Fun­dlan­dii, by prze­chwy­ty­wały kie­ru­jące się do Wiel­kiej Bry­ta­nii kon­woje w ich rejo­nie for­mo­wa­nia, King naka­zał Edward­sowi i Chri­stiemu kontr­atak. Obaj dowódcy wsie­dli na nowy okręt-bazę Grif­fin i ruszyli w rejs do bazy w Argen­tii, pro­wa­dząc zespół sied­miu okrę­tów pod­wod­nych - sześć typu S i Mac­ke­rela, zale­d­wie od kilku mie­sięcy w służ­bie. Jak wszyst­kie inne ame­ry­kań­skie okręty pod­wodne patro­lu­jące na pół­noc­nym Atlan­tyku w 1941 roku, nie odnio­sły one żad­nych suk­ce­sów.

Plany na Dale­kim Wscho­dzie

Mor­ski plan obrony Fili­pin zmie­niał się z mie­siąca na mie­siąc. Kiedy admi­rał Hart przy­był do Manili, plan prze­wi­dy­wał, że okręty pod­wodne utwo­rzą pierw­szą linię obrony wysp, ata­ku­jąc nad­cią­ga­ją­cych Japoń­czy­ków, gdy tym­cza­sem siły nawodne wyco­fają się na połu­dnie, do Sin­ga­puru i Bariery Malaj­skiej, by tam połą­czyć się z eskor­tami holen­der­skimi i bry­tyj­skimi (jako że mary­narki Nowej Zelan­dii i Austra­lii jasno zapo­wie­działy, że nie ruszą się z wła­snych wód), a potem wspól­nymi siłami kontr­ata­ko­wać lub cho­ciaż pró­bo­wać powstrzy­mać Japoń­czy­ków. Hart nie zdo­łał jed­nak ni­gdy uzgod­nić z Bry­tyj­czy­kami i Holen­drami szcze­gó­ło­wych zało­żeń tego planu ani tym bar­dziej prze­pro­wa­dzić wspól­nych manew­rów dla wypra­co­wa­nia zasad współ­dzia­ła­nia czy choćby łącz­no­ści.

W stycz­niu 1941 roku ame­ry­kań­scy pla­ni­ści mor­scy przy­byli do Manili, ogła­sza­jąc decy­zję wzmoc­nie­nia także nawod­nej czę­ści Floty Azja­tyc­kiej. Pla­no­wano prze­su­nąć na Fili­piny lot­ni­sko­wiec, dywi­zjon krą­żow­ni­ków i flo­tyllę nisz­czy­cieli. Bry­tyj­czycy mieli zatrzy­mać swoje siły na Morzu Śród­ziem­nym i Atlan­tyku. W razie wybu­chu wojny Hart praw­do­po­dob­nie zostałby mia­no­wany dowódcą połą­czo­nych sojusz­ni­czych sił mor­skich na Dale­kim Wscho­dzie.

Zale­d­wie mie­siąc póź­niej plan znowu został zmie­niony. Hart nie dosta­nie posił­ków nawod­nych, za to Bry­tyj­czycy "poważ­nie wzmoc­nią" swoje siły w Sin­ga­pu­rze o krą­żow­nik i pan­cer­nik. W razie wybu­chu wojny to oni praw­do­po­dob­nie przejmą dowo­dze­nie nad sojusz­ni­czymi siłami mor­skimi. Mimo to na­dal nie było żad­nych wspól­nych usta­leń.

Wio­sną 1941 roku Hart był prze­ko­nany, że Japoń­czycy są gotowi w każ­dej chwili zaata­ko­wać i wyco­fał wszyst­kie pod­le­głe mu siły mor­skie - w tym okręty pod­wodne - na połu­dniowe wyspy archi­pe­lagu, by uchro­nić je przed ata­kami powietrz­nymi. Kiedy żad­nego nalotu na­dal nie było, Hart wydał roz­kaz powrotu do Zatoki Manil­skiej.

W czerwcu 1941 roku zaczął powsta­wać kolejny plan wojenny. Gene­rał MacAr­thur, który został dowódcą ame­ry­kań­skich wojsk lądo­wych na Fili­pi­nach i armii fili­piń­skiej, opo­wie­dział się za agre­sywną stra­te­gią obronną - poli­tyką, którą wyra­ził sło­wami "zostać i wal­czyć". Wie­rzył, że gdyby miał pół roku na wyszko­le­nie dwu­stu­ty­sięcz­nej armii fili­piń­skiej, posiłki ze Sta­nów, sto myśliw­ców i sto cięż­kich bom­bow­ców dale­kiego zasięgu Boeing B-17 Fly­ing For­tress, to z pomocą sił admi­rała Harta uda­łoby mu się utrzy­mać Fili­piny do czasu przy­by­cia odsie­czy, zgod­nie z Pla­nem Poma­rań­czo­wym. Kon­cep­cja MacAr­thura wyda­wała się cał­kiem sen­sowna. Zaapro­bo­wał ją nawet jego zacie­kły wróg, szef sztabu armii gene­rał Mar­shall, naka­zu­jąc prze­ka­za­nie MacAr­thu­rowi samo­lo­tów, któ­rych żądał, ogra­ni­czo­nych posił­ków wojsk lądo­wych oraz odpo­wied­nich zapa­sów broni i amu­ni­cji.

Zgod­nie z pla­nem MacAr­thura admi­rał Stark zde­cy­do­wał się przy­słać Har­towi jesz­cze wię­cej okrę­tów pod­wod­nych. W paź­dzier­niku 1941 roku prze­su­nął w dwóch rzu­tach następne dywi­zjony okrę­tów pod­wod­nych: 15 DOP (dowódca Stu­art Sha­drick "Sun­shine" Mur­ray) i 16 DOP (dowódca Joseph Anthony Con­nolly). Siły te, znane jako 2 Flo­tylla Okrę­tów Pod­wod­nych (FOP), liczyły dwa­na­ście jed­no­stek typu Sal­mon: Sal­mon, Seal, Ski­pjack, Snap­per, Stin­gray, Stur­geon, Sargo, Saury, Spe­ar­fish, Scul­pin, Sail­fish i Sword­fish. Wraz z flo­tyllą do Manili ruszył okręt-baza Hol­land, na któ­rego pokła­dzie pły­nął koman­dor Wal­ter Edward "Red" Doyle, który miał zastą­pić Wil­kesa na sta­no­wi­sku dowódcy Sił Pod­wod­nych Floty Azja­tyc­kiej. Na swo­jego szefa sztabu Doyle wybrał Jamesa Fife'a jr., abs­ty­nenta i zwo­len­nika suro­wej dys­cy­pliny, z dłu­gim doświad­cze­niem w siłach pod­wod­nych (uprzed­nio dowo­dził mię­dzy innymi Nauti­lu­sem i Szkołą Sił Pod­wod­nych w New Lon­don).

Po przy­by­ciu Hol­landa i okrę­tów 2 Flo­tylli siły pod­wodne Floty Azja­tyc­kiej liczyły dwa­dzie­ścia dzie­więć jed­no­stek: sześć typu S, sie­dem typu P i szes­na­ście typu Sal­mon. Zre­or­ga­ni­zo­wano dotych­cza­sowe dywi­zjony, nada­jąc im nowe numery. I tak 21 DOP skła­dał się z sze­ściu okrę­tów typu Sal­mon: Sal­mon, Seal, Ski­pjack, Sargo, Saury i Spe­ar­fish. 22 DOP two­rzyło także sześć jed­no­stek Seal, Ski­pjack, Sargo, Saury i Spe­ar­fish. 22 DOP two­rzyło także sześć jed­no­stek typu Sal­mon: Snap­per, Stin­gray, Stur­geon, Scul­piti, Sail­fish i Sword­fish. 201 DOP skła­dał się z sze­ściu okrę­tów typu S: S-36, S-37, S-38, S-39, S-40 i S-41. 202 DOP two­rzyły cztery jed­nostki typu Sal­mon: Seadra­gon, Sealion, Seara­ven i Seawolf. Ostatni, 203 DOP skła­dał się z sied­miu okrę­tów typu Porpo­ise: Per­mit, Perch, Pic­ke­rel, Porpo­ise, Pike, Shark i Tar­pon.

Hart znowu oba­wiał się japoń­skiego ataku. Opi­nie jego sztabu były roz­bieżne. Jedni postu­lo­wali pozo­sta­nie w Zatoce Manil­skiej i ope­ro­wa­nie z niej, inni wyco­fa­nie okrę­tów na wyspy połu­dniowe, poza zasięg japoń­skiego lot­nic­twa. Hart, wie­rząc w stra­te­gię MacAr­thura i w to, że jego nowe myśliwce i bom­bowce zapew­nią okrę­tom osłonę powietrzną, wolał pozo­stać w Manili. Jego szef sztabu oraz Depar­ta­ment Mary­narki Wojen­nej posta­no­wili odwrót na połu­dnie. Słu­cha­jąc roz­kazu z Waszyng­tonu, Hart wyco­fał swoje siły nawodne, ale na wła­sną rękę pozo­sta­wił w Zatoce Manil­skiej wszyst­kie dwa­dzie­ścia dzie­więć okrę­tów pod­wod­nych, okręty-bazy Cano­pus i Hol­land oraz sta­tek Otus, prze­bu­do­wany przez Flotę Azja­tycką na trzeci okręt-bazę okrę­tów pod­wod­nych.

Prze­su­nię­cie 2 Flo­tylli do Manili znowu poważ­nie osła­biło siły pod­wodne w Pearl Har­bor. Po odpły­nię­ciu Doyle'a pozo­stały tam tylko 4 i 6 FOP. Na 4 FOP, dowo­dzoną przez Fre­elanda Allana Dau­bina, skła­dały się 42 DOP (dowódca Clif­ford Har­ris "Sto­ney" Roper, sześć okrę­tów typu V: Argo­naut, Nauti­lus, Narwhal, Dolphin, Cacha­lot i Cut­tle­fish) i 43 DOP (dowódca Nor­man Seton Ives, trzy nowe okręty typu P: Pom­pano, Pol­lack i Plun­ger). 6 FOP, dowo­dzona przez Allana McCanna, wyna­lazcę dzwonu ratow­ni­czego dla załóg okrę­tów pod­wod­nych, który swą flagę pod­niósł na nowym okrę­cie-bazie Pelias, skła­dała się z 61 DOP (dowódca Char­les Dixon "Shorty" Edmunds, sześć naj­no­wo­cze­śniej­szych jed­no­stek typu Tam­bor: Tam­bor, Tri­ton, Thre­shet, Trout, Tau­tog i Tuna) i 62 DOP (dowódca For­rest Mar­ma­duke O'Leary, także sześć Tam­bo­rów: Gre­na­dier, Gar, Gud­geon, Gray­ling, Gram­pus i Gray­back).

Jesie­nią 1941 roku nowym dowódcą okrę­tów pod­wod­nych w Pearl Har­bor (po admi­rale Fre­idellu) został kontr­ad­mi­rał Tho­mas Withers jr. Ten pięć­dzie­się­cio­pię­cio­letni, uprzejmy i spo­kojny ofi­cer miał doświad­cze­nie w siłach pod­wod­nych z cza­sów I wojny świa­to­wej. Dowo­dził wów­czas kolejno dywi­zjo­nami jed­no­stek typu K i S, ale ze współ­cze­snymi, dużymi, oce­anicz­nymi okrę­tami nie­wiele miał wspól­nego. Jego sze­fem sztabu został Char­les Wil­kes "Gin" Styer, który był pierw­szym dowódcą Cut­tle­fi­sha i dowo­dził dywi­zjo­nem jed­no­stek typu Sal­mon.

Na papie­rze Withers dowo­dził dwu­dzie­stoma jeden dużymi okrę­tami pod­wod­nymi. W listo­pa­dzie 194L roku roz­ziew pomię­dzy sta­nem eta­to­wym a rze­czy­wi­stym się­gał ponad 50 pro­cent jego sił - w Pearl Har­bor prze­by­wało tylko dzie­sięć jed­no­stek. Pięć z dzie­wię­ciu okrę­tów 4 FOP (Nauti­lus, Cut­tle­fish, Pom­pano, Plun­ger i Pol­lack) prze­cho­dziło remonty i moder­ni­za­cję w stoczni Mare Island koło San Fran­ci­sco. Sześć z dwu­na­stu okrę­tów 6 FOP (Tuna, Gar, Gre­na­dier, Gray­ling, Gram­pus i Gray­back) także było jesz­cze w Sta­nach, w napra­wach gwa­ran­cyj­nych lub na rej­sach szko­le­nio­wych. Tak naprawdę Wither­sowi pozo­stały więc jedy­nie cztery okręty z 4 FOP (Argo­naut, Narwhal, Dolphin i Cacha­lot i sześć z 6 FOP (Tam­bor, Tau­tog, Thre­sher, Tri­ton, Trout i Gud­geon), z któ­rych jed­nak i tak był nie­wielki poży­tek, bo prze­cho­dziły dopiero rejsy szko­le­niowe. Mimo to Withers posta­wił swoje nie­wielkie siły na sto­pie wojen­nej i roz­ka­zał dowód­com ćwi­cze­nie zanu­rzeń alar­mo­wych na duże głę­bo­ko­ści).

Załogi dostały roz­kaz zej­ścia na 30 metrów w pierw­szym zanu­rze­niu i w ciągu każ­dego rejsu do wyzna­czo­nego rejonu patro­lo­wa­nia miały co naj­mniej raz zejść na głę­bo­kość gra­niczną17. (Gra­niczna głę­bo­kość zanu­rze­nia, tak zwana kon­struk­cyjna, jest to naj­więk­sza głę­bo­kość, na którą okręt może się bez­piecz­nie zanu­rzyć. W cza­sie prób odbior­czych i po każ­dym remon­cie kapi­tal­nym ekipa stocz­niowa doko­nuje zanu­rze­nia na głę­bo­kość gra­niczną, by wykryć ewen­tu­alne prze­cieki i wady wyko­na­nia. Każde takie zanu­rze­nie w cza­sie pokoju uwa­żane było za ważne wyda­rze­nie. Głę­bo­kość gra­niczna dla okrę­tów typów Sal­mon i Tam­bor wyno­siła około 75 metrów, ale w razie koniecz­no­ści dys­po­no­wały one - zwłasz­cza Tam­bory - spo­rym zapa­sem głę­bo­ko­ści obli­cze­nio­wej).

Poza ćwi­cze­niami zanu­rze­nia Withers kładł duży nacisk na zagro­że­nie z powie­trza, zabie­ra­jąc swych dowód­ców na samo­loty patro­lowe, by udo­wod­nić im, że w pew­nych oko­licz­no­ściach z samo­lotu można zauwa­żyć okręt pod­wodny pły­nący nawet na głę­bo­ko­ści 35 metrów. Jeśli któ­ryś dowódca na­dal nie wie­rzył, Withers kazał pilo­towi obrzu­cić zanu­rzony okręt ćwi­czeb­nymi bom­bami głę­bi­no­wymi. To zwy­kle prze­ko­ny­wało naj­więk­szych nie­do­wiar­ków. Atak z dużej głę­bo­ko­ści według wska­zań sta­cji hydro­lo­ka­cyj­nej był wciąż przed­sta­wiany jako naj­lep­sze i jedyne wła­ściwe roz­wią­za­nie, znacz­nie prze­wyż­sza­jące atak z pery­sko­pem. Nad­cho­dzące z Atlan­tyku wie­ści o suk­ce­sach Niem­ców, sto­su­ją­cych nocne ataki na powierzchni, nie wpły­nęły na zmianę reżimu szko­le­nio­wego Sił Pod­wod­nych Floty Pacy­fiku.

Withers i inni pod­wod­niacy odrzu­cali także sto­so­waną przez Dönitza tak­tykę gru­po­wych ata­ków. Uwa­żano, że ich koor­dy­na­cja wymaga czę­stej i obfi­tej kore­spon­den­cji radio­wej pomię­dzy okrę­tami "wil­czego stada", z czego korzy­stali prze­cież angiel­scy spe­cja­li­ści, dzięki tej gada­tli­wo­ści zbie­ra­jąc bez­cenne infor­ma­cje wywia­dow­cze. Ame­ry­kań­ska mary­narka nie miała zamiaru aż tak uła­twiać Japoń­czy­kom zada­nia. Będą musieli się nieco wysi­lić i spró­bo­wać zwal­czać samotne okręty pod­wodne, utrzy­mu­jące ści­słą ciszę radiową.

Od paź­dzier­nika Withers zaczął serię ćwi­czeń, mają­cych przy­go­to­wać jego załogi do zadań posta­wio­nych przez plan Tęcza Pięć. Wysłał dwa okręty, Dolphina i Narwhala, na symu­lo­wany czter­dzie­sto­pię­cio­dniowy patrol bojowy w oko­lice wyspy Wake. Pozwo­liło to zebrać wiele infor­ma­cji i doświad­czeń na temat zuży­cia pro­wiantu i słod­kiej wody oraz psy­cho­lo­gicz­nych następstw dłu­go­trwa­łego zamknię­cia załogi w cia­snym kadłu­bie okrętu. Prze­ko­nały także Withersa, że oba okręty mogą podo­łać tru­dom praw­dzi­wego patrolu bojo­wego, jeśli tylko zapewni się ich zało­gom dość pro­wiantu i słod­kiej wody, a po powro­cie trzy­ty­go­dniowy prze­gląd przed kolej­nym rej­sem.

W okre­sie, w któ­rym Withers roz­po­czął swoje eks­pe­ry­men­talne dale­kie patrole, dowód­ców okrę­tów pod­wod­nych i kilku sta­ran­nie dobra­nych ofi­ce­rów tor­pe­do­wych wta­jem­ni­czono w praw­dziwą naturę zapal­nika Mark VI. Okręty wycho­dzące na patrole dostały pełny zapas tor­ped z bojo­wymi zapal­nikami Mark VI. Wia­do­mość o taj­nej broni poru­szyła wszyst­kich i znacz­nie popra­wiła nastroje ofi­ce­rów. Nie­stety, w ślad za zapal­nikami nie przy­szły żadne infor­ma­cje tech­niczne na temat regu­la­cji czy naprawy w razie defektu. Dowód­com powie­dziano tylko, żeby nasta­wiali tor­pedy na głę­boki prze­bieg pod kilem celu, a resztę zosta­wili cudow­nym zapal­ni­kom. Siły pod­wodne raz jesz­cze ślepo zaufały Klu­bowi Armat­niemu - nikt nie zażą­dał prób­nego strze­la­nia ostrą tor­pedą z nowym zapal­ni­kiem.

W listo­pa­dzie Withers wysłał w dale­kie patrole jesz­cze cztery okręty. Tam­bor i Tri­ton zmie­niły Narwhala i Dolphina w rejo­nie Wake, zaś Argo­naut i Trout popły­nęły w rejon Midway. Z zadań Tęczy Pięć Withers nie prze­ćwi­czył jedy­nie roz­miesz­cze­nia okrę­tów na patro­lach u wyjść z głów­nych baz Cesar­skiej Mary­narki Wojen­nej. Takie rejsy uznano za zbyt wyczer­pu­jące dla załóg, ryzy­kowne i pro­wo­ka­cyjne, by zle­cać je w okre­sie pokoju.

Tym­cza­sem w Tokio nowy pre­mier, gene­rał T?j?, pod­jął decy­zję o roz­sze­rze­niu wojny w Azji. Siły japoń­skie doko­nają ude­rzeń, a w końcu inwa­zji na Fili­piny, Hong­kong, Sin­ga­pur i całe Malaje, Syjam i bogate w ropę Holen­der­skie Indie Wschod­nie. Będzie to "wojna bły­ska­wiczna", która nim mocar­stwa kolo­nialne zdążą zare­ago­wać, da Japo­nii pano­wa­nie nad lądami, morzami i wyspami całego Dale­kiego Wschodu.

Aby jed­nak tego doko­nać, trzeba znisz­czyć sta­cjo­nu­jące na Pacy­fiku siły mor­skie Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Holan­dii. Odpo­wie­dzial­no­ścią za to obar­czono dowódcę japoń­skiej mary­narki wojen­nej, admi­rała Iso­roku Yama­moto. Jak wielu ofi­ce­rów mary­narki, Yama­moto był prze­ciwny roz­sze­rza­niu wojny azja­tyc­kiej i nawet przez jakiś czas dawał temu gwał­towny wyraz. Kiedy jed­nak jego sprze­ciwy zostały odrzu­cone i wydano mu roz­kaz, zabrał się do zada­nia z całą ener­gią i pomy­sło­wo­ścią.

Naj­waż­niej­szym prze­ciw­ni­kiem na morzu była ame­ry­kań­ska Flota Pacy­fiku, sta­cjo­nu­jąca w Pearl Har­bor. Yama­moto - pod sil­nym wra­że­niem dok­tryny Mahana i poglą­dów bry­tyj­skich - wie­rzył, że tę flotę należy znisz­czyć w jed­nej, wal­nej bitwie, po któ­rej Stany Zjed­no­czone nie zdążą zebrać na czas sił, które mogłyby pokrzy­żo­wać szyki Japoń­czy­kom. Kiedy wresz­cie doj­dzie do tej ponow­nej kon­cen­tra­cji, Japo­nia opa­nuje już Azję i Stany Zjed­no­czone nie będą miały innego wyj­ścia, jak tylko się z tym pogo­dzić. Aby tego doko­nać, pla­ni­ści Yama­moty posta­no­wili zwa­bić ame­ry­kań­skie siły główne na Daleki Wschód, gdzie star­tu­jące z baz lądo­wych lot­nic­two zada im klę­skę. Nato­miast admi­rał wystą­pił z odważną i ryzy­kowną kon­cep­cją, wedle któ­rej zamiast cze­kać, aż Ame­ry­ka­nie dadzą się wywa­bić z Pearl Har­bor, należy samemu się tam udać i zasko­czyć ame­ry­kań­skie okręty na kotwicy. Jego pod­władni opo­no­wali, ale Yama­moto zbył ich pro­te­sty i w stycz­niu 1941 roku był gotowy pierw­szy szkic planu.

Siły Cesar­skiej Mary­narki Wojen­nej w tym momen­cie prze­wyż­szały połą­czone siły ame­ry­kań­skich flot Pacy­fiku i Azja­tyc­kiej. Japoń­czycy mieli dzie­sięć lot­ni­skow­ców, dzie­sięć pan­cer­ni­ków, trzy­dzie­ści pięć cięż­kich i lek­kich krą­żow­ni­ków oraz sto jede­na­ście nisz­czy­cieli. Ame­ry­ka­nie dys­po­no­wali trzema lot­ni­skow­cami, ośmioma pan­cer­ni­kami (wszyst­kimi w Pearl Har­bor), dwu­dzie­stoma czte­rema cięż­kimi i lek­kimi krą­żow­ni­kami oraz osiem­dzie­się­cioma nisz­czy­cie­lami.

Japo­nia miała także silną flotę pod­wodną, skła­da­jącą się z sześć­dzie­się­ciu okrę­tów nale­żą­cych do czte­rech kate­go­rii: czter­na­ście nie­wiel­kich okrę­tów przy­brzeż­nych o wypor­no­ści po koło 800 ton, podob­nej wiel­ko­ści, lecz znacz­nie nowo­cze­śniej­szych od ame­ry­kań­skich typu S; cztery pod­wodne sta­wia­cze min z zapa­sem czter­dzie­stu dwóch min każdy; dwa­dzie­ścia dużych okrę­tów oce­anicz­nych, odpo­wia­da­ją­cych roz­mia­rami i zasię­giem typowi Sal­mon; dwa­dzie­ścia dwa krą­żow­niki pod­wodne, dorów­nu­jące roz­mia­rami Narwha­lowi czy Nauti­lu­sowi, ale znacz­nie nowo­cze­śniej­sze i zaopa­trzone w pokła­dowe wod­no­sa­mo­loty. Przy­brzeżne okręty pod­wodne nosiły ozna­cze­nia Ro, pozo­stałe I z kolej­nymi nume­rami.

Naj­cie­kaw­sze kon­struk­cyj­nie było pięć jed­no­stek klasy I przy­sto­so­wa­nych do prze­no­sze­nia minia­tu­ro­wych okrę­tów pod­wod­nych. Owe minia­tury dorów­ny­wały roz­mia­rami pierw­szym ame­ry­kań­skim okrę­tom pod­wod­nym typu A. Napę­dzane jedy­nie aku­mu­la­to­rami, osią­gały przez 50 minut mak­sy­malną pręd­kość pod­wodną 19 węzłów lub niż­szą przez czas dłuż­szy. Każdy z nich miał dwu­oso­bową załogę, uzbro­jony był w dwie wyrzut­nie tor­pe­dowe. Pomysł i kon­struk­cja pocho­dziła z 1934 roku. Począt­kowo miały je prze­no­sić w miej­sce zasto­so­wa­nia jed­nostki nawodne - okręty-bazy wod­no­sa­mo­lo­tów Chi­tose i Chiy­oda, z któ­rych każdy mógł wziąć na pokład po tuzi­nie. Dwa mie­siące przed ata­kiem na Pearl Har­bor Yama­moto naka­zał prze­bu­do­wać pięć jed­no­stek klasy I na nosi­cieli minia­tu­ro­wych okrę­tów pod­wod­nych, które po star­cie z ich pokła­dów miały wpły­nąć do wnę­trza bazy i zaata­ko­wać tor­pe­dami okręty ame­ry­kań­skie, zwięk­sza­jąc jesz­cze chaos towa­rzy­szący nalo­towi.

Główne siły japoń­skie wyzna­czone do ataku na Pearl Har­bor wyru­szyły z Japo­nii w małych gru­pach w poło­wie listo­pada, kie­ru­jąc się do rejonu kon­cen­tra­cji, wyzna­czonego w zatoce Tan­kan na Kury­lach. W skład Zespołu Ude­rze­nio­wego Lot­ni­skow­ców wcho­dziło sześć naj­no­wo­cze­śniej­szych i naj­więk­szych lot­ni­skow­ców z 432 samo­lo­tami na pokła­dach oraz mały zespół osło­nowy, zło­żony z lek­kiego krą­żow­nika i dzie­wię­ciu nisz­czy­cieli. Prócz tego w skład sił skie­ro­wa­nych na Hawaje wcho­dził zespół wspar­cia ognio­wego w sile dwóch pan­cer­ni­ków i dwóch cięż­kich krą­żow­ni­ków, zespół wspar­cia logi­stycz­nego zło­żony z ośmiu zbior­ni­kow­ców oraz trzy duże okręty pod­wodne, mające pro­wa­dzić wysu­nięte patrole wzdłuż trasy całego zespołu. Przez cały czas poza wodami macie­rzy­stymi okręty utrzy­my­wały ciszę radiową. 27 listo­pada Japoń­czycy ruszyli ku Pearl Har­bor.

Główne siły pod­wodne, zło­żone z pię­ciu nosi­cieli minia­tu­ro­wych okrę­tów pod­wod­nych i dwu­dzie­stu pię­ciu nor­mal­nych jed­no­stek klasy I, nie uczest­ni­czyły w kon­cen­tra­cji sił głów­nych na Kury­lach. Wyru­szyły one nie­za­leż­nie z Kure i Joko­suki około 19 listo­pada, zawi­ja­jąc po dro­dze po paliwo na atol Kwa­ja­lein. Rejon Pearl Har­bor osią­gnęły 6 grud­nia. Około pół­nocy nosi­ciele minia­tu­ro­wych okrę­tów pod­wod­nych wynu­rzyły się i spu­ściły na wodę swój ładu­nek. Gdyby któ­ryś prze­trwał, miał się sta­wić na spo­tka­nie o zacho­dzie słońca następ­nego dnia. Pozo­sta­łych dwa­dzie­ścia okrę­tów zajęło rejony patro­lo­wa­nia, roz­ło­żone łukiem wokół wyj­ścia z zatoki Pearl Har­bor; ich zada­niem było zata­pia­nie okrę­tów pró­bu­ją­cych wymknąć się z bom­bar­do­wa­nej bazy.

Prze­chwy­cona poczta

W miarę jak zbli­żała się wojna na Dale­kim Wscho­dzie, komórka kryp­to­lo­giczna mary­narki roz­ra­stała się i roz­sze­rzał się zakres jej obo­wiąz­ków.

Waszyng­toń­ski zespół Negat Saf­forda powięk­szył się do trzy­stu osób. Odczy­ty­wały one japoń­skie depe­sze zaszy­fro­wane JN-25 i wraz z kryp­to­lo­gami armii nad­zo­ro­wały dzia­ła­nie Maszyn Fio­le­to­wych, przez które w przeded­niu wojny prze­cho­dziła olbrzy­mia liczba depesz. Poza tym Saf­ford pra­co­wał nad popra­wie­niem zabez­pie­czeń szy­frów ame­ry­kań­skich i nad­zo­ro­wał dzia­ła­nia ośrod­ków Hypo i Cast.

Rezul­taty pracy Maszyn Fio­le­to­wych, zwane Magią, tra­fiały do zespołu tłu­ma­czy z japoń­skiego, a potem do wąskiego kręgu wta­jem­ni­czo­nych, do któ­rych nale­żeli pre­zy­dent Roose­velt, gene­rał Mar­shall i admi­rał Stark. Do połowy 1941 roku więk­szość mate­ria­łów dosta­wał także w wyj­ścio­wej for­mie admi­rał Kim­mel. Jesie­nią prak­tykę tę zarzu­cono ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Gdyby Japoń­czycy zła­mali szyfr mary­narki ame­ry­kań­skiej, dowie­dzie­liby się, że Ame­ry­ka­nie mają moż­li­wość odczy­ty­wa­nia Kodu Fio­le­to­wego. Od tej pory Kim­mel otrzy­my­wał nie­re­gu­lar­nie tylko wyciągi z Magii, w któ­rych z rzadka i nie wprost można było zna­leźć wska­zówki, skąd pocho­dzą wia­do­mo­ści.

Roz­szy­fro­wane depe­sze JN-25, jako doty­czące głów­nie spraw mor­skich, tra­fiały jedy­nie do Starka i Biura Wywiadu Mor­skiego (ONI). Zawarte w nich infor­ma­cje na temat ruchów floty japoń­skiej prze­sy­łano do Hypo i Cast, w depe­szach ozna­czo­nych gry­fem Ultra (od ultra secret - ści­śle tajne), a stam­tąd tra­fiały do admi­ra­łów Kim­mela i Harta.

W 1941 roku Negat zaczął także czy­tać wia­do­mo­ści kodo­wane szy­frami mary­narki han­dlo­wej. To źró­dło infor­ma­cji wkrótce zli­kwi­do­wał jed­nak nie­szczę­śliwy wypa­dek.

28 maja 1941 roku wielki japoń­ski sta­tek wie­lo­ryb­ni­czy Nis­shin Maru zawi­nął po paliwo do San Fran­ci­sco. Ustawa o neu­tral­no­ści nakła­dała na służby celne kon­trolę wszyst­kich jed­no­stek odwie­dza­ją­cych ame­ry­kań­skie porty, by zapo­biec prze­wo­że­niu przez nie ładun­ków wojen­nych, które można było uznać za kon­tra­bandę. Miej­scowy przed­sta­wi­ciel ONI "z gra­cją sło­nia w skła­dzie por­ce­lany", jak to póź­niej ujęto w rapor­cie, nakło­nił agenta cel­nego, by zabrał z pokładu księgi kodowe. Agent odna­lazł je w kabi­nie radio­wej i wbrew pro­te­stom kapi­tana i załogi zabrał na brzeg. Tam je sko­pio­wano i zwró­cono Japoń­czy­kom "w sta­nie jed­no­znacz­nie wska­zu­ją­cym na to, że paku­nek był otwie­rany".

Nie­długo potem Radio Tokio zaczęło nada­wać wia­do­mo­ści dla stat­ków japoń­skich cał­ko­wi­cie nowym szy­frem, któ­rego Nega­towi nie udało się zła­mać. Ponie­waż wszyst­kie trzy ośrodki były obło­żone pracą, nie można było nikogo odde­le­go­wać do zaj­mo­wa­nia się nowym szy­frem han­dlo­wym i przez długi czas pozo­stał on jed­nym z nie­licz­nych bez­piecz­nych szy­frów, jakim dys­po­no­wali Japoń­czycy.

Nowym sze­fem ośrodka Hypo został Joseph John Roche­fort, który był poprzed­nio pod­ofi­ce­rem mary­narki i nie ukoń­czył Aka­de­mii Mary­narki Wojen­nej w Anna­po­lis. Roche­fort, absol­went stażu języ­ko­wego w Tokio, był jed­nym z pierw­szych i naj­bar­dziej obie­cu­ją­cych odkryć Saf­forda w począt­kach lat dwu­dzie­stych. Przez szes­na­ście lat regu­lar­nie zamie­niał biurko kryp­to­loga na mostek okrętu. Nie był jed­nak bez wad - miał naj­bar­dziej wybu­chowy i kon­flik­towy cha­rak­ter ze wszyst­kich kryp­to­lo­gów.

Objął teraz kie­row­nic­two nad zespo­łem naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych kryp­to­lo­gów, jakich kie­dy­kol­wiek miała mary­narka. Nale­żeli do niego Tom Dyer, Jack Hol­twick (kon­struk­tor Maszyny Czer­wo­nej) i Ham Wri­ght. Poza nimi odzie­dzi­czył sze­ściu doświad­czo­nych tłu­ma­czy i eks­per­tów języ­ko­wych, świeżo ewa­ku­owa­nych z amba­sady w Tokio. W ręka­wie miał ponadto dodat­ko­wego asa: Wil­freda Jaya "Jaspera" Hol­mesa, byłego pod­wod­niaka, przy­wró­co­nego do aktyw­nej służby, by na przy­go­to­wa­nych przez sie­bie mapach pil­no­wał ruchów wszyst­kich jed­no­stek na całym Pacy­fiku - w tym okrę­tów Cesar­skiej Mary­narki Wojen­nej.

Jasper Hol­mes był ofi­ce­rem nie­zwy­kłym z kilku powo­dów. W ciągu dłu­gich lat służby nie tylko spę­dził wiele lat na pokła­dach róż­nych okrę­tów pod­wod­nych, ale ukoń­czył także stu­dia inży­nier­skie w dzie­dzi­nie elek­tro­me­cha­niki. Jego talenty nie ogra­ni­czały się do nauk ści­słych; rów­nie dosko­nale wła­dał pió­rem, dzięki czemu w 1934 roku wygrał kon­kurs na naj­lep­szą pracę w Insty­tu­cie Mary­narki Wojen­nej. W 1936 roku odszedł ze sta­no­wi­ska dowódcy S-30 na przy­śpie­szoną eme­ry­turę z powodu artre­ty­zmu i zajął się pracą dydak­tyczną na Uni­wer­sy­te­cie Hawaj­skim, pod pseu­do­ni­mem Alec Hud­son pisy­wał też opo­wie­ści o okrę­tach pod­wod­nych do "Satur­day Eve­ning Post". Wielu mło­dych ofi­ce­rów mary­narki przy­zna­wało potem, że to wła­śnie gawędy Hud­sona przy­cią­gnęły ich do broni pod­wod­nej. Kiedy przy­wró­cono go do służby czyn­nej, mimo pode­szłego wieku oraz potę­gu­ją­cych się kło­po­tów zdro­wot­nych miał olbrzymi wkład w dzieło osta­tecz­nego zwy­cię­stwa.

Szczo­drość dowódz­twa wobec Bry­tyj­czy­ków spra­wiła, że ośro­dek Hypo nie miał ani Maszyny Fio­le­to­wej, ani ksiąg JN-25. Do momentu ich odzy­ska­nia musiał kon­cen­tro­wać się na bar­dzo trud­nym i rzadko uży­wa­nym Kodzie Admi­ra­łów. Roche­fort, Dyer, Hol­twick i Wri­ght zmar­no­wali na to nie­mal bez­na­dziejne przed­się­wzię­cie więk­szość czasu. Pozo­stali zaj­mo­wali się pomniej­szymi japoń­skimi szy­frami, któ­rych zła­ma­nie i tak nie­wiele dawało. W zasa­dzie w kwe­stii prze­wi­dy­wa­nia inten­cji japoń­skiej floty na pod­sta­wie prze­chwy­ty­wa­nych depesz JN-25, Fio­le­to­wych czy jakich­kol­wiek innych Hypo pozo­stał cał­ko­wi­cie zależny od ośrodka Negat. Wielka kon­cen­tra­cja talen­tów w ośrodku Hypo została po pro­stu zmar­no­wana.

Na Fili­pi­nach, w Cast, naj­now­szym i naj­mniej doświad­czo­nym z trzech ośrod­ków kryp­to­lo­gicz­nych, także zaszły zmiany. Ośro­dek stwo­rzony przez Roseya Masona, szefa wywiadu admi­rała Harta, prze­jął inny japo­ni­sta, Spen­cer August Carl­son. Mason szybko jed­nak roz­cza­ro­wał się co do Carl­sona i wyszu­kał na jego miej­sce spe­cja­li­stę od radio­ko­mu­ni­ka­cji, Rudol­pha Jose­pha Fabiana, któ­remu powie­rzył dowódz­two. Sze­fem kryp­to­lo­gów Fabiana był John Marion Lie­twi­ler, któ­remu poma­gał Gill Mac­Do­nald Richard­son. Razem kie­ro­wali ekipą uta­len­to­wa­nych mło­dych ludzi.

W 1941 roku Cast otrzy­mał Maszynę Czer­woną i Fio­le­tową, ale na­dal nie miał ksiąg JN-25. Głów­nym zada­niem ośrodka było czy­ta­nie Kodu Fio­le­to­wego i prze­ka­zy­wa­nie Magii admi­ra­łowi Har­towi i gene­ra­łowi MacAr­thu­rowi. Magia oraz nad­cho­dzące z Negatu pod­su­mo­wa­nia depesz JN-25 sta­no­wiły pod­stawę dostęp­nych obroń­com Fili­pin infor­ma­cji wywia­dow­czych. W poło­wie roku, kiedy z Tokio ewa­ku­owano sta­ży­stów języ­ko­wych, Fabian dostał kilku z nich z Rufu­sem Lac­klan­dem Tay­lo­rem na czele. We wrze­śniu admi­rał Hart naka­zał ewa­ku­ację ośrodka Cast z Cavite do Tunelu Malinta na Cor­re­gi­do­rze. Hart i MacAr­thur nie mogli narze­kać na poziom docie­ra­ją­cych do nich infor­ma­cji wywia­dow­czych. Dosta­wali pełny mate­riał Magii, czego nie otrzy­my­wał na przy­kład admi­rał Kim­mel w Pearl Har­bor.

Jesie­nią 1941 roku infor­ma­cje z Magii i innych odczy­ta­nych depesz wska­zy­wały na to, że Japo­nia szy­kuje się do poważ­nego kon­fliktu zbroj­nego. Póź­niej w nie­zli­czo­nych tomach zeznań przed komi­sją kon­gre­sową powta­rzać się będzie teza, że Waszyng­ton wie­dział o tych przy­go­to­wa­niach, ale nie było spo­sobu na to, by prze­wi­dzieć zamiar zaata­ko­wa­nia Pearl Har­bor. Mimo to wydaje się, że były jed­nak infor­ma­cje wska­zu­jące Pearl Har­bor jako cel ataku, co potem w swo­jej obro­nie pod­no­sił admi­rał Kim­mel. 9 i 10 paź­dzier­nika prze­chwy­cono i odczy­tano dwie depe­sze do japoń­skich agen­tów w Hono­lulu, w któ­rych pole­cono im prze­ka­zać dokładny plan cumo­wa­nia ame­ry­kań­skich jed­no­stek w zatoce. 15 listo­pada prze­chwy­cono kolejną instruk­cję do agen­tów, naka­zu­jącą mel­do­wać o miej­scach cumo­wa­nia pan­cer­ni­ków co naj­mniej dwa razy w tygo­dniu, w nie­re­gu­lar­nych odstę­pach czasu. Agen­tom naka­zy­wano także zacho­wa­nie nad­zwy­czaj­nej ostroż­no­ści. Od 18 listo­pada zaczęto żądać rapor­tów o miej­scach cumo­wa­nia okrę­tów w poszcze­gól­nych czę­ściach zatoki.

Z żadną z tych depesz nie zapo­znano admi­rała Kim­mela. Póź­niej zezna­wał:

Zna­jo­mość tych [...] roz­ka­zów rady­kal­nie mogłaby zmie­nić ocenę sytu­acji, doko­ny­waną przeze mnie i mój sztab. [...] Gdyby prze­ka­zano je do dowódz­twa na Hawa­jach, rezul­taty ataku mogłyby ulec zasad­ni­czej zmia­nie - o ile w ogóle doszłoby do jakie­goś ataku.

Ci, któ­rzy je widzieli albo nie potra­fili roz­po­znać ich zna­cze­nia, albo uwa­żali, że ktoś inny powi­nien ostrzec o nich Kim­mela.

Kiedy admi­rał Yama­moto zbie­rał flotę do ataku na Pearl Har­bor, japoń­ski rząd doko­ny­wał ostat­nich zabie­gów dyplo­ma­tycz­nych, mają­cych zła­go­dzić napię­cie na Dale­kim Wscho­dzie i zyskać ustęp­stwa Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Raporty misji dyplo­ma­tycz­nej, która te roz­mowy pro­wa­dziła, wysy­łane były do Tokio z Waszyng­tonu Kodem Fio­le­to­wym. Więk­szość z depesz wyra­żała wąt­pli­wo­ści co do powo­dze­nia roz­mów. Tokio wyzna­czyło ter­min prze­rwa­nia roz­mów w razie braku poro­zu­mie­nia na 25 listo­pada. Potem ter­min ten został kil­ka­krot­nie prze­su­nięty.

W trak­cie kon­fe­ren­cji, 19 listo­pada, nade­szła depe­sza, zwana potem "depe­szą wia­trów", która dała kryp­to­lo­gom wiele do myśle­nia. Roze­słano ją do wszyst­kich amba­sad i kon­su­la­tów japoń­skich na świe­cie; po odczy­ta­niu i prze­tłu­ma­cze­niu brzmiała nastę­pu­jąco:

Doty­czy prze­ka­za­nia spe­cjal­nego sygnału w razie oko­licz­no­ści nad­zwy­czaj­nych. W razie zaist­nie­nia takich oko­licz­no­ści [zerwa­nia sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych] i odcię­cia łącz­no­ści bez­po­śred­niej z cen­tralą, ustala się nastę­pu­jące sygnały ostrze­gaw­cze, które zostaną nadane w trak­cie dzien­nika radia japoń­skiego na falach krót­kich:

1. W razie zagro­że­nia sto­sun­ków japoń­sko-ame­ry­kań­skich: "Wiatr wschodni, opady".

2. W razie zagro­że­nia sto­sun­ków japoń­sko-radziec­kich: "Wiatr pół­nocny, zachmu­rze­nie duże".

3. W razie zagro­że­nia sto­sun­ków japoń­sko-bry­tyj­skich: "Wiatr zachodni, brak zachmu­rze­nia". Powyż­szy sygnał zosta­nie nadany w poło­wie dzien­nika i powtó­rzony na koniec jako pro­gnoza pogody, a każde zda­nie zosta­nie powtó­rzone. W razie usły­sze­nia powyż­szych sygna­łów należy przy­stą­pić do nisz­cze­nia taj­nych mate­ria­łów, ksiąg kodo­wych itd. Depe­szę powyż­szą utrzy­my­wać na razie w tajem­nicy. Roze­słać do pod­le­głych jed­no­stek jako wia­do­mość pilną o zna­cze­niu wywia­dow­czym.

Wszyst­kie trzy ośrodki kryp­to­gra­ficzne, Negat, Hypo i Cast, zaczęły od tej pory pro­wa­dzić cało­do­bowy nasłuch japoń­skiego radia, zwra­ca­jąc szcze­gólną uwagę na dzien­niki radiowe. W Cast młody japo­ni­sta pro­sto ze stażu w Tokio, Tho­mas Robert Mac­kie, czy­ta­jąc długi, nudny raport eko­no­miczny radia tokij­skiego w wer­sji prze­sy­ła­nej alfa­be­tem Morse'a do roz­gło­śni na stat­kach, natra­fił w nim na frazę TOOFU­UUU18, ujętą w podwójny nawias. W tłu­ma­cze­niu na ide­ogramy ozna­czała ona "Wiatr wschodni, opady". Prze­ko­nany, że to depe­sza, na którą cze­kano, Mac­kie zaniósł ją do prze­ło­żo­nych, ale ci nie dali mu wiary. Ocze­ki­wali wia­do­mo­ści poda­nej w peł­nym brzmie­niu, po japoń­sku (Higa­shi no kaze ame), a nie chiń­skimi ide­ogra­mami, więc nie wysłano mel­dunku do Waszyng­tonu.

Mac­kie był wście­kły i przez lata z gory­czą wypo­mi­nał ten incy­dent. Żywił prze­ko­na­nie, że gdyby wtedy prze­ka­zano do Waszyng­tonu choćby bar­dzo ostrożny mel­du­nek, to może ostrze­że­nie wysłane do Kim­mela zosta­łoby sfor­mu­ło­wane w bar­dziej jasny spo­sób i uda­łoby się zapo­biec zasko­cze­niu ata­kiem na Pearl Har­bor19.

Zaognie­nie sytu­acji dyplo­ma­tycz­nej skło­niło admi­rała Starka do wysła­nia dwóch "ostrze­żeń wojen­nych" do admi­ra­łów Kim­mela i Harta, ale w obu wska­zy­wano raczej na moż­li­wość zaata­ko­wa­nia Fili­pin czy innych dale­ko­wschod­nich posia­dło­ści ame­ry­kań­skich niż Hawa­jów.

24 listo­pada Stark depe­szo­wał:

SZANSE NA POMYŚLNE ZAKOŃ­CZE­NIE NEGO­CJA­CJI Z JAPO­NIĄ SĄ BAR­DZO WĄT­PLIWE STOP TA SYTU­ACJA W POŁĄ­CZE­NIU Z OŚWIAD­CZE­NIAMI RZĄDU JAPOŃ­SKIEGO I RUCHAMI ICH SIŁ MOR­SKICH I LĄDO­WYCH WSKA­ZUJE W MOJEJ OPI­NII NA MOŻ­LI­WOŚĆ PRZY­GO­TO­WAŃ DO ATAKU Z ZASKO­CZE­NIA NA FILI­PINY LUB GUAM

Trzy dni póź­niej, 27 listo­pada, Stark wysłał kolejną depe­szę:

TĘ DEPE­SZĘ NALEŻY TRAK­TO­WAĆ JAKO OSTRZE­ŻE­NIE O WOJ­NIE STOP NEGO­CJA­CJE Z JAPO­NIĄ USTAŁY [...] W CIĄGU NAJ­BLIŻ­SZYCH KILKU DNI NALEŻY SIĘ SPO­DZIE­WAĆ AGRE­SYW­NEGO POSU­NIĘ­CIA JAPO­NII [...] PRZE­CIW FILI­PI­NOM TAJ­LAN­DII LUB BOR­NEO STOP WYKO­NAĆ PRZE­SU­NIĘ­CIA SIŁ PRZE­WI­DZIANE PLA­NAMI OBRON­NYMI

Kryp­to­lo­dzy i eks­perci wywiadu radio­wego, pró­bu­jący na pod­sta­wie ruchu w ete­rze śle­dzić posu­nię­cia japoń­skich okrę­tów, byli zdu­mieni ogro­mem trud­no­ści, na jakie zaczęli się naty­kać. Od 1 listo­pada Japoń­czycy zmie­nili wszyst­kie sygnały wywo­ław­cze okrę­tów, baz i dowództw. Takich zmian doko­ny­wano ruty­nowo co pół roku. Ta nastą­piła o całe dwa mie­siące wcze­śniej. Wywiad radiowy sta­nął nagle przed pil­nym zada­niem ziden­ty­fi­ko­wa­nia dwu­dzie­stu tysięcy nowych sygna­łów wywo­ław­czych. Led­wie zaczęto się w tym wszyst­kim orien­to­wać, 1 grud­nia Japoń­czycy jesz­cze raz zmie­nili sygnały wywo­ław­cze. Nie­spo­dzie­wana dwu­krotna zmiana całego sys­temu zna­ków wywo­ław­czych nastro­iła Roche­forta podejrz­li­wie. Poin­for­mo­wał on admi­rała Kim­mela:

Fakt zmiany sys­temu sygna­łów wywo­ław­czych po zale­d­wie mie­siącu wska­zuje na przy­go­to­wa­nia do ope­ra­cji na wielką skalę.

16 listo­pada ustała nagle wszelka łącz­ność pomię­dzy Tokio a lot­ni­skow­cami. Poprzed­nio taka gwał­towna cisza po tygo­dniach inten­syw­nej łącz­no­ści ozna­czała powrót okrę­tów do macie­rzy­stych por­tów. Roche­fort tak to wła­śnie odczy­tał i tak zamel­do­wał Kim­me­lowi.

I wtedy, po tych wszyst­kich dziw­nych zda­rze­niach, przy­szedł czas na praw­dziwy cios. 1 grud­nia Japoń­czycy wyco­fali wszyst­kie pod­rzędne szy­fry mary­narki i wszystko zaczęli wysy­łać w JN-25. Do chwili nade­sła­nia księgi z Ame­ryki Hypo nie był w sta­nie odczy­tać ani jed­nej litery z tych depesz.

W dzien­niku Roche­forta pod datą 2 grud­nia zapi­sano:

Kom­pletny brak infor­ma­cji o lot­ni­skow­cach.

Naza­jutrz:

Żad­nych infor­ma­cji o lot­ni­skow­cach i okrę­tach pod­wod­nych.

Prze­cią­ga­jąca się cisza napa­wała nie­po­ko­jem admi­rała Kim­mela. Któ­re­goś dnia na wpół żar­to­bli­wie zapy­tał swego szefa wywiadu, Edwina Tho­masa Lay­tona:

- Jak to nie wiesz, gdzie one są? Chcesz przez to powie­dzieć, że mogą się poka­zać u wej­ścia do zatoki i nawet nie będziesz o tym wie­dział?

2. Pearl Har­bor, gru­dzień 1941

2

Pearl Har­bor, gru­dzień 1941

Japoń­skie naloty na Pearl Har­bor i Midway

7 grud­nia około ósmej rano Char­les War­ren Wil­kins, dowódca Narwhala, dużego okrętu pod­wod­nego typu V, leżał w swoim łóżku w domu na Czar­nym Przy­lądku w Hono­lulu i czy­tał jakiś tygo­dnik. Wil­kins, któ­rego prze­zwi­sko "Weary" (Ramol) było iro­nicz­nym prze­ciw­sta­wie­niem ener­gii, jaka go zawsze roz­pie­rała, wró­cił wła­śnie z "reali­stycz­nych" ćwi­czeń, jakie od mie­sięcy fun­do­wał swoim zało­gom Tommy Withers - a dokład­nie z pół­to­ra­mie­sięcz­nego patrolu pod Wake.

To był naj­dłuż­szy i naj­bar­dziej męczący patrol w całej jego dotych­cza­so­wej karie­rze - trzy­dzie­ści dni patro­lo­wa­nia akwenu oraz podróż w obie strony. Narwhal i nieco mniej­szy Dolphin, który patro­lo­wał wspól­nie z nim, cały dzień prze­by­wały w zanu­rze­niu, bez kon­taktu z siłami na wyspie. Uwa­żano, że Wake jest jed­nym z tery­to­riów, od któ­rych zaata­ko­wa­nia zacznie się kon­flikt, więc załogi pozo­sta­wały w sta­nie goto­wo­ści bojo­wej, z tor­pe­dami w wyrzut­niach i zapal­ni­kami magne­tycz­nymi Mark VI wkrę­co­nymi w ich gło­wice. Wydano im jed­nak zakaz otwie­ra­nia ognia, dopóki nie­przy­ja­ciel w spo­sób nie­po­zo­sta­wia­jący wąt­pli­wo­ści nie zaata­kuje wyspy.

Patrol ujaw­nił wiel­kie nie­do­statki tech­niczne okrę­tów. Narwhal ciekł jak stare wia­dro - w ciągu czter­dzie­sto­pię­cio­dnio­wego patrolu aż 80 000 litrów oleju napę­do­wego zamie­niło się w tęczową obwódkę, która z daleka zdra­dzała miej­sce jego zanu­rze­nia. Wil­kins naprawdę cie­szył się, że nic się nie stało, nim Tam­bor i Tri­ton nie zastą­piły obu sta­rych gru­cho­tów w tym poten­cjal­nie gorą­cym rejo­nie. 8 grud­nia, w ponie­dzia­łek, Narwhal miał iść do stoczni, gdzie pla­no­wano uszczel­nie­nie ciek­ną­cych zbior­ni­ków i inne remonty.

Zadzwo­nił tele­fon. To była Vir­gi­nia Rainer, żona dowódcy Dolphina, Gor­dona Ben­bowa "Diz­ziego" Rainera.

- Weary! - zawo­łała. - Coś się dzieje w Pearl Har­bor. Diz i ja sły­szymy jakieś huki i ogień prze­ciw­lot­ni­czy.

Wil­kins zapew­nił ją, że to pew­nie następne nie­za­po­wie­dziane ćwi­cze­nia, tym razem pew­nie pie­choty, bo nic im o tym nie mówili - i wró­cił do lek­tury. Kilka minut póź­niej tele­fon zadzwo­nił raz jesz­cze.

- Wearv, to się dzieje naprawdę - upie­rała się pani Rainer. - Japońce bom­bar­dują Pearl Har­bor. Mówili w radio.

Wil­kins wysko­czył z łóżka i w pośpie­chu wcią­gnął mun­dur. Prze­dzie­ra­jąc się samo­cho­dem przez Hono­lulu, prze­ko­nał się na wła­sne oczy, że mówiła prawdę; sam widział japoń­skie samo­loty i spa­da­jące bomby. Był wdzięczny Vir­gi­nii za jej czuj­ność. I wtedy przy­po­mniał sobie coś, co zmro­ziło mu krew w żyłach. Poprzed­niego dnia dowódca wiel­kiej krypy pali­wo­wej popro­sił o pozwo­le­nie zacu­mo­wa­nia do jego okrętu i Wil­kins się na to zgo­dził. Jeżeli jakiś japoń­ski samo­lot tra­fił w nią bombą, to nie było do czego się śpie­szyć...

Kiedy zaczęły spa­dać pierw­sze bomby, ofi­cer służ­bowy dowódz­twa sił pod­wod­nych Floty Pacy­fiku, znaj­du­ją­cego się na pierw­szym pię­trze maga­zynu, tuż nad tor­pe­dow­nią, zła­pał za słu­chawkę. Pierw­szy tele­fon skie­ro­wany był do szefa sztabu Withersa, Gina Sty­era, który był w domu. Styer natych­miast zadzwo­nił do swego prze­ło­żo­nego, infor­mu­jąc go o ataku, i ruszył do bazy.

Ofi­cer służ­bowy zadzwo­nił następ­nie do Fre­elanda Dau­bina, dowo­dzą­cego 4 Flo­tyllą Okrę­tów Pod­wod­nych i bazą okrę­tów pod­wod­nych. Dau­bin i Withers miesz­kali drzwi w drzwi na osie­dlu Maka­lapa, poło­żo­nym na wzgó­rzu za Pearl Har­bor, kilka domów dalej od admi­rała Kim­mela. Dau­bin pośpiesz­nie ubrał się i wypadł z domu - nie­mal pod koła limu­zyny wysła­nej z bazy po admi­rała. Kim­mel wybiegł z domu, docią­ga­jąc kra­wat. Dau­bin wsko­czył na wysta­jący próg limu­zyny i trzy­ma­jąc się słupka pomię­dzy oknami, prze­je­chał w pięć minut z osie­dla do bazy okrę­tów pod­wod­nych, gdzie tuż koło gabi­netu Withersa admi­rał zało­żył zapa­sowe sta­no­wi­sko dowo­dze­nia - jego okręt fla­gowy, pan­cer­nik Pen­n­sy­lva­nia stał w suchym doku.

Na pokła­dzie okrętu-bazy Pelias, zacu­mo­wa­nego na zaple­czu bazy, Al McCann, dowódca 6 Flo­tylli Okrę­tów Pod­wod­nych, gim­na­sty­ko­wał się wła­śnie na pod­ło­dze swo­jej kajuty, kiedy roz­legł się alarm. Tak jak stał, w piża­mie, pobiegł na mostek Peliasa. To, co zoba­czył, wywró­ciło mu żołą­dek na lewą stronę". Było to:

nie­wia­ry­godne [...] pełne zamętu [...] wprost absur­dalne.

Aleja Pan­cer­ni­ków - Cali­for­nia, Okla­homa, Mary­land, West Vir­gi­nia, Ten­nes­see, Ari­zona i Nevada - zna­la­zła się pod cięż­kim ata­kiem z powie­trza. Huk był ogłu­sza­jący. Pło­mie­nie i dym skry­wały całą zatokę.

Pelias nie został w pełni wypo­sa­żony w uzbro­je­nie prze­ciw­lot­ni­cze.

McCann zresztą nie pozwo­lił arty­le­rzy­stom otwie­rać ognia, by nie tra­fić w inne, zacu­mo­wane wokół okręty. Stał w swo­jej piża­mie na skrzy­dle mostka i patrzył z nie­do­wie­rza­niem, jak potężna, dumna Flota Pacy­fiku zała­muje się pod pierw­szym ude­rze­niem wroga. Przez chwilę chciał wyrwać się na śro­dek zatoki, byle dalej od nabrzeża, ale drogę blo­ko­wały mu pło­nące, wybu­cha­jące, bez­władne wraki. Kiedy poja­wiły się dzie­siątki samo­lo­tów tor­pe­do­wych, McCann był pewien, że oto wybiła ostat­nia godzina Peliasa. Samo­loty jed­nak nie zrzu­ciły tor­ped i prze­le­ciały nad nim, kie­ru­jąc się nad lot­ni­sko Hic­kam Field. Okręt przy­był do Pearl Har­bor zale­d­wie 25 listo­pada, nie umiesz­czono go na żad­nej japoń­skiej liście i nie wyzna­czono samo­lo­tów do jego zaata­ko­wa­nia. W rezul­ta­cie wśród cha­osu i paniki jedyną ofiarą na Pelia­sie był pewien mary­narz, który tak krę­cił głową, roz­glą­da­jąc się na boki na tra­pie, że stra­cił rów­no­wagę i runął do wody, roz­bi­ja­jąc sobie ramię o beto­nowe nabrzeże.

W Pearl Har­bor były tego ranka cztery okręty pod­wodne. Poza Narwha­lem i Dolphi­nem Wil­kinsa i Rainera w por­cie stał jesz­cze Cacha­lot oraz nowo­cze­sny Tau­tog typu Tam­bor, który dopiero co wró­cił z patrolu pod Midway. Narwhal, Dolphin i Tau­tog były zacu­mo­wane wzdłuż nabrzeży bazy okrę­tów pod­wod­nych, Cacha­lot stał w stoczni i prze­cho­dził prze­gląd.

Kiedy poja­wiły się pierw­sze samo­loty japoń­skie, załogi pobie­gły na sta­no­wi­ska bojowe, obsa­dza­jąc kara­biny maszy­nowe kali­bru 7,62 i 12,7 mm. Kiedy jeden z samo­lo­tów prze­la­ty­wał nisko nad Tau­to­giem, ofi­cer wach­towy Wil­liam Ber­nard "Bar­ney" Sie­glaff z wiel­kim spo­ko­jem dowo­dził obsadą prze­ciw­lot­ni­czego wuka­emu20. Poci­ski smu­gowe mozol­nie wspi­nały się w niebo, prze­szy­wa­jąc kadłub i skrzy­dła bom­bowca, który zapa­lił się i w pło­mie­niach spadł do wody pięć­dzie­siąt metrów od nabrzeża bazy okrę­tów pod­wod­nych. Tau­tog był pierw­szym ame­ry­kań­skim okrę­tem pod­wod­nym, który odniósł suk­ces bojowy.

W stoczni kara­biny maszy­nowe Cacha­lota także pro­wa­dziły inten­sywny ogień do japoń­skich samo­lo­tów, ale bez tak wido­wi­sko­wych rezul­ta­tów. W cza­sie bitwy jedna z japoń­skich maszyn ostrze­lała okręt z broni pokła­do­wej. Mary­narz G.A. Myers został tra­fiony w prawe płuco. Odwie­ziono go natych­miast do izby cho­rych bazy okrę­tów pod­wod­nych, gdzie po nie­dłu­gim cza­sie doszedł do sie­bie. Myers był pierw­szym ame­ry­kań­skim pod­wod­nia­kiem, który odniósł ranę w cza­sie II wojny świa­to­wej i jedy­nym ranio­nym w Pearl Har­bor.

Na wodach oka­la­ją­cych Pearl Har­bor prze­by­wało tego ranka pięć okrę­tów pod­wod­nych. Gud­geon był w Laha­ina Roads, na akwe­nie wyłą­czo­nym z żeglugi jako poli­gon sił pod­wod­nych. Dowódcą Gud­ge­ona był wów­czas Elton Wat­ters "Joe" Gren­fell. 7 grud­nia o 8.00 rano okręt ćwi­czył wymianę sygna­łów roz­po­znaw­czych z samo­lo­tami patro­lo­wymi mary­narki. Kiedy nad­le­ciały samo­loty, Gren­fell wziął lampę Aldisa i za jej pomocą wysłał sygnał wywo­ław­czy do nad­la­tu­ją­cej maszyny. Tre­ning miał pozwo­lić obu stro­nom poznać pro­ce­durę wymiany zna­ków roz­po­znaw­czych w warun­kach ciszy radio­wej, by potem, w razie wojny, unik­nąć przy­pad­ko­wych ata­ków.

W cza­sie wymiany sygna­łów radio­ope­ra­tor Gud­ge­ona ode­brał nada­waną otwar­tym tek­stem wia­do­mość:

ATAK POWIETRZNY NA PEARL HAR­BOR. TO NIE SĄ ĆWI­CZE­NIA.

Gren­fell sko­men­to­wał wia­do­mość krótko: "Odbiło im". Kiedy jed­nak po kilku minu­tach w kabi­nie radio­wej prze­ko­nał się, że to prawda, wysko­czył na pomost na szczy­cie kio­sku i nadał wia­do­mość o ataku do załogi samo­lotu. Zajęło mu to kwa­drans. Samo­lot zawró­cił do bazy.

Gren­fell zapy­tał Withersa przez radio o roz­kazy. Admi­rał kazał mu się zanu­rzyć i pozo­stać tam, gdzie jest. Ze Sta­nów, z Mare Island, pły­nęły trzy okręty typu P: Pom­pano, Pol­lack i Plun­ger. Gren­fell miał się z nimi spo­tkać na Laha­ina Roads i dopro­wa­dzić do bazy. Wraz z nimi wyru­szył jesz­cze Cut­tle­fish, ale awa­ria zmu­siła go wkrótce do powrotu.

Około 8.40 radio­ope­ra­tor Plun­gera ode­brał nada­wany otwar­tym tek­stem komu­ni­kat o ataku na Pearl Har­bor. Plun­ger i pozo­stałe dwa okręty miały począt­kowo przy­być do zatoki o 8.00, ale opóź­niły marsz z powodu trud­no­ści atmos­fe­rycz­nych i w chwili ataku znaj­do­wały się jesz­cze 125 Mm na pół­nocny wschód od Oahu. Na pokła­dzie Plun­gera pły­nął dowódca 43 DOP Nor­man Ives.

Kiedy ofi­cer wach­towy Plun­gera David Hay­ward McC­lin­tock dowie­dział się o ataku, wydał roz­kaz przy­go­to­wa­nia okrętu do zanu­rze­nia. Dowódca David Char­les White poja­wił się na pomo­ście, a chwilę póź­niej obaj ofi­ce­ro­wie zauwa­żyli samo­lot, który uznali za japoń­ską maszynę roz­po­znaw­czą, wra­ca­jącą z Pearl Har­bor. Po prze­ka­za­niu aldi­sem alarmu na Pom­pano i Pol­lacka wszyst­kie trzy okręty zanu­rzyły się. Ives nie był do końca prze­ko­nany o tym, że samo­lot był japoń­ski. Roz­ka­zał White'owi wynu­rzyć okręt. Kiedy Plun­ger poja­wił się na powierzchni, tajem­ni­czy samo­lot szybko roz­wiał wąt­pli­wo­ści, piku­jąc i ostrze­li­wu­jąc okręt z wyso­ko­ści 60 metrów - na szczę­ście nie­cel­nie. Nie powtó­rzył jed­nak ataku i wkrótce odda­lił się na pół­noc tym samym kur­sem, któ­rym nad­le­ciał. Obser­wa­to­rzy śle­dzili jego lot przez ponad dzie­sięć minut, nim znik­nął za hory­zon­tem.

White zało­żył, że samo­lot wra­cał do nie­przy­ja­ciel­skiego zespołu lot­ni­skow­ców, z pokła­dów któ­rego wystar­to­wała wyprawa bom­bowa na Pearl Har­bor. To mogła być ważna wia­do­mość dla Floty Pacy­fiku. Ives jed­nak na­dal wąt­pił w to, czy samo­lot był japoń­ski. Powie­dział White'owi:

- To mógł być jeden z naszych samo­lo­tów, który wziął nas za Japoń­czy­ków.

Kiedy White popro­sił o pozwo­le­nie na wysła­nie mel­dunku o samo­lo­cie, Ives odmó­wił. White pono­wił prośbę, ale Ives nie ugiął się. Po co zaj­mo­wać czę­sto­tli­wo­ści jaki­miś domy­słami, skoro mogą jej potrze­bo­wać ci, któ­rzy wła­śnie roz­bi­jają Japoń­czy­ków?

Tuż po połu­dniu Withers wydał Plun­ge­rowi i resz­cie roz­kaz prze­do­sta­nia się w zanu­rze­niu i z zacho­wa­niem naj­wyż­szej ostroż­no­ści w rejon Laha­ina Roads, by tam spo­tkać się z Gud­ge­onem i ocze­ki­wać dal­szych roz­ka­zów. Kiedy trzy okręty typu P dotarły na miej­sca, mię­dzy nimi a Gud­ge­onem odbyła się napięta i obfi­tu­jąca w prze­kła­ma­nia dys­ku­sja za pomocą aldisa. Według wypra­co­wa­nego w jej trak­cie planu wszyst­kie okręty miały utwo­rzyć pły­nącą w zanu­rze­niu zasłonę (linię patro­lową), poru­sza­jącą się ze wschodu na zachód. W rezul­ta­cie błę­dów w odczy­ty­wa­niu sygna­łów trzy okręty 43 DOP ruszyły z pół­nocy na połu­dnie, pod­czas gdy Gud­geon pły­nął na tej samej głę­bo­ko­ści dokład­nie w poprzek ich drogi. Gren­fell wspo­mi­nał:

Żeśmy się wtedy nie pozde­rzali, to chyba cud.

Następ­nego ranka wszyst­kie cztery okręty, wciąż cze­ka­jące na roz­kazy, zostały wytro­pione przez samo­loty US Army Air Force, które zamel­do­wały o tym Kim­me­lowi. Kim­mel prze­ko­nany o tym, że to japoń­skie okręty pod­wodne, naka­zał je natych­miast zbom­bar­do­wać. Na szczę­ście roz­kaz usły­szał Withers i w ostat­niej chwili wstrzy­mał atak.

Pięć­dzie­siąt mil mor­skich na pół­nocny zachód od Pearl Har­bor powra­ca­jący z dale­kiego patrolu pod Midway Thre­sher typu Tam­bor pod dowódz­twem Wil­liama Lovetta Ander­sona spo­tkał się ze sta­rym, czte­ro­ko­mi­no­wym nisz­czy­cie­lem, który miał go eskor­to­wać. Kilka minut póź­niej nade­szła wia­do­mość o ataku na Pearl Har­bor. Ander­son musiał pil­nie wra­cać do portu. Tego ranka, pod­czas gdy okręt pły­nął na powierzchni, potężna fala prze­wa­liła się przez pomost na szczy­cie kio­sku, zrzu­ca­jąc jed­nego z obser­wa­to­rów, który zaj­mo­wał pozy­cję na szczy­cie obu­dowy pery­sko­pów. Wach­towy spadł na pokład, zła­mał nogę i odniósł cięż­kie obra­że­nia wewnętrzne. Fel­czer okre­ślił jego stan jako kry­tyczny, wyma­ga­jący natych­mia­sto­wej hospi­ta­li­za­cji.

Kie­ru­jąc się do wej­ścia do portu, nisz­czy­ciel i okręt pod­wodny minęły zespół okrę­tów, wycho­dzący na poszu­ki­wa­nia Japoń­czy­ków. Nisz­czy­ciel samo­wol­nie dołą­czył do nich, pozo­sta­wia­jąc Thre­shera wła­snemu losowi. Ander­son nie miał innego wyj­ścia, jak tylko zanu­rzyć się i po zapad­nię­ciu zmroku spró­bo­wać na wła­sną rękę prze­drzeć się do macie­rzy­stego portu.

Pod­czas zanu­rza­nia Thre­sher ode­brał depe­szę, w któ­rej Withers pole­cał obu okrę­tom za wszelką cenę pozo­stać razem i nie roz­łą­czać się, zanim nie wejdą do portu. Kiedy po odszy­fro­wa­niu dostar­czono ją Ander­so­nowi, dowódca pole­cił wyjść na pery­sko­pową i wysta­wić antenę radiową, po czym nadał do nisz­czy­ciela sygnał naka­zu­jący mu powrót w to samo miej­sce, w któ­rym zosta­wił Thre­shera. Kiedy po jakimś cza­sie hydro­lo­ka­tor doniósł o szu­mach śrub paro­wego nisz­czy­ciela, a w pery­sko­pie poka­zała się czte­ro­ko­mi­nowa syl­wetka, Ander­son naka­zał wynu­rze­nie.

Oka­zało się jed­nak, że to zupeł­nie inny nisz­czy­ciel, który nie miał poję­cia o obec­no­ści ame­ry­kań­skiego okrętu pod­wod­nego na podej­ściach do bazy. Nie wie­dząc o Thre­she­rze, wziął go za jed­nostkę japoń­ską i zaata­ko­wał. Zbli­żał się szybko z wyraź­nym zamia­rem tara­no­wa­nia, ostrze­li­wu­jąc okręt z działa dzio­bo­wego. Oce­niw­szy sytu­ację jako dra­ma­tyczną, Ander­son nawet nie pró­bo­wał nawią­zać łącz­no­ści, tylko naka­zał alar­mowe zanu­rze­nie. Spro­wa­dził okręt na gra­niczną głę­bo­kość 75 metrów i naka­zał przy­go­to­wa­nie się na atak bom­bami głę­bi­no­wymi. Ponad nimi z hukiem prze­wa­lił się nisz­czy­ciel, ale na szczę­ście nie zrzu­cił bomb. Ander­son pró­bo­wał prze­mó­wić jego dowódcy do roz­sądku, nawią­zu­jąc łącz­ność przy pomocy aktyw­nego hydro­lo­ka­tora (echo­sondy), ale nie było żad­nej odpo­wie­dzi.

Kiedy rwący się do walki nisz­czy­ciel odpły­nął, Ander­son raz jesz­cze wysta­wił spod wody antenę i poin­for­mo­wał o roz­woju wypad­ków Withersa. Withers pró­bo­wał usta­lić nowe spo­tka­nie z kil­koma innymi nisz­czy­cielami, ale nic z tego nie wyszło. Wie­czo­rem Ander­son, zde­cy­do­wany samot­nie prze­drzeć się do portu, by zapew­nić pomoc medyczną ran­nemu człon­kowi załogi, zbli­żył się do wej­ścia, na wszelki wypa­dek omi­ja­jąc z daleka w zanu­rze­niu wszel­kie wła­sne jed­nostki. Jeden z jego młod­szych ofi­ce­rów wspo­mi­nał po latach:

Tej nocy nie mie­li­śmy przy­ja­ciół.

Następ­nego dnia Withers kil­ka­krot­nie wysy­łał Ander­so­nowi wia­do­mość, że sieć u wej­ścia do zatoki Pearl Har­bor będzie o tej i o tej godzi­nie otwarta, żeby wpu­ścić Thre­shera, ale zawsze znaj­do­wał się ktoś, kto go od niej odga­niał. Poin­for­mo­wany o tym Withers skie­ro­wał w końcu Thre­shera na poli­gon Laha­ina Roads, gdzie miał zacze­kać w zanu­rze­niu na wyja­śnie­nie sytu­acji. Akwen ten od dawna sta­no­wił rejon ope­ro­wa­nia wła­snych okrę­tów pod­wod­nych i nie wolno tu było ata­ko­wać żad­nych jed­no­stek, a mimo to Thre­sher był wie­lo­krot­nie zmu­szany przez nisz­czy­ciele do zanu­rze­nia się na dużą głę­bo­kość i obrzu­cany bom­bami przez samo­loty US Army Air Force. Po raz pierw­szy, lecz nie­stety nie ostatni, ame­ry­kań­ski okręt pod­wodny był ata­ko­wany przez wła­sne bom­bowce. W cza­sie tego wymu­szo­nego ogól­nym bała­ga­nem i lek­ce­wa­że­niem roz­ka­zów postoju ranny mary­narz zmarł. Nie­długo potem poja­wił się wycze­ki­wany prze­wod­nik. Po wymia­nie sygna­łów roz­po­znaw­czych wpro­wa­dził Thre­shera z roz­trzę­sioną ostat­nimi wypad­kami załogą do Pearl Har­bor.

W momen­cie japoń­skiego ataku na Pearl Har­bor w pobliżu Midway patro­lo­wały dwa ame­ry­kań­skie okręty pod­wodne: Trout dowo­dzony przez Franka Wesleya "Mike'a" Fenno jr. i Argo­naut pod dowódz­twem Ste­phena Geo­rge'a Bar­cheta, gwiazdy fut­bolu z cza­sów stu­diów w Anna­po­lis. Mike Fenno ode­brał wia­do­mość radiową o ataku na bazę wcze­snym ran­kiem i ogło­sił alarm bojowy. Bar­chet prze­by­wał w zanu­rze­niu i nie miał poję­cia o ataku aż do wie­czoru, kiedy się wresz­cie wynu­rzył.

Po zacho­dzie słońca wach­towi na obu okrę­tach zaob­ser­wo­wali roz­bły­ski ognia arty­le­ryj­skiego z kie­runku Midway. Zało­żyli - podob­nie jak Kim­mel, Withers i dowódca pie­choty mor­skiej na wyspie - że to przy­go­to­wa­nie arty­le­ryj­skie do lądo­wa­nia sił desan­to­wych. Midway została wpraw­dzie wzmoc­niona samo­lo­tami, dostar­czo­nymi przez Lexing­tona zale­d­wie na dzień czy dwa przed ata­kiem na Pearl Har­bor, ale bez wspar­cia okrę­tów gar­ni­zon wyspy nie miał szans długo się utrzy­mać. Japoń­czycy mogli w ten spo­sób zdo­być bar­dzo ważny dla nich przy­czó­łek w pobliżu Hawa­jów i bazę wyj­ściową do ataku na archi­pe­lag.

Argo­naut był bli­żej "sił inwa­zyj­nych". Zgod­nie z przed­wo­jen­nym regu­la­mi­nem, Bar­chet posta­no­wił doko­nać ataku w zanu­rze­niu, według wska­zań hydro­lo­ka­tora. Zanu­rzył okręt i zaczął ostroż­nie skra­dać się w kie­runku, z któ­rego docho­dziły bły­ski salw.

Załoga nie rwała się do boju. Nocny atak z zanu­rze­nia według wska­zań sta­cji hydro­lo­ka­cyj­nej to naj­bez­piecz­niej­szy spo­sób wej­ścia do walki. Jeśli to były siły inwa­zyjne, na pewno chro­niła je eskorta zło­żona z nisz­czy­cieli. Jeśli Bar­chet wystrzeli tor­pedę, to nie­za­leż­nie od tego, czy trafi, mogą ją zauwa­żyć i zacząć kontr­atak z uży­ciem sie­ją­cych zagładę bomb głę­bi­no­wych. Śmierć w zale­wa­nym wodą kadłu­bie okrętu sta­wała się już realną moż­li­wo­ścią. A wszystko działo się na wysłu­żo­nym okrę­cie, który w dodatku był zbu­do­wany jako pod­wodny sta­wiacz min.

"Siły inwa­zyjne" oka­zały się w rze­czy­wi­sto­ści parą japoń­skich nisz­czy­cieli, które ode­słano ku Midway, by ostrza­łem celów z morza spró­bo­wały wzbu­dzić jak naj­wię­cej zamie­sza­nia. O mało zresztą nie odkryły one Argo­nauta. Kiedy jeden z nich prze­szedł bli­sko, wyraź­nie szu­ka­jąc cze­goś w wodzie hydro­lo­ka­to­rem, Bar­chet zszedł na czter­dzie­ści metrów, prze­ry­wa­jąc atak. Japoń­czycy po jakimś cza­sie zakoń­czyli ostrzał, który spo­wo­do­wał spore straty mate­rialne w insta­la­cjach na wyspie, i wyco­fali się, zanim Bar­chet zdą­żył ponow­nie zaata­ko­wać. Fenno na Tro­ucie nie mógł wyjść na dobrą pozy­cję do ataku, bo był zbyt daleko i po nie­wła­ści­wej stro­nie atolu.

Tydzień póź­niej, pły­nąc na głę­bo­ko­ści sześć­dzie­się­ciu metrów, Argo­naut nawią­zał ponow­nie kon­takt hydro­lo­ka­cyjny z jed­nost­kami na powierzchni. Ze wska­zań przy­rządu wyni­kało, że ponad okrę­tem krążą trzy lub nawet cztery japoń­skie nisz­czy­ciele. Bar­chet pozo­stał na głę­bo­ko­ści, ogra­ni­cza­jąc się do śle­dze­nia celów. Jego zastępca Wil­liam Schuy­ler Post jr. tym razem nie wytrzy­mał i zapy­tał:

- Nie uważa pan, że powin­ni­śmy cho­ciaż pod­nieść pery­skop i rzu­cić na nich okiem, sir?

To nie­winne w grun­cie rze­czy pyta­nie o mało nie zła­mało ofi­ce­rowi kariery. Bar­chet, który nie­zbyt lubił swego zastępcę, po powro­cie wysłał raport, w któ­rym żądał usu­nię­cia Posta ze służby na okrę­tach pod­wod­nych. W rezul­ta­cie Post tra­fił na jakiś czas do sztabu McCanna.

Daleko na zacho­dzie wyspa Guam, oskrzy­dlona sil­nie umoc­nio­nymi japoń­skimi bazami na Saj­pa­nie i Tinia­nie, padła nie­mal natych­miast. Japoń­czycy skie­ro­wali się teraz ku Wake, małemu ato­lowi leżą­cemu w poło­wie drogi pomię­dzy Midway a Guam. Wkrótce po ataku na Pearl Har­bor wysepkę zaata­ko­wały dwa­dzie­ścia cztery japoń­skie bom­bowce z Wysp Mar­shalla.

Kiedy Tam­bor i Tri­ton prze­by­wały w pobliżu na symu­lo­wa­nych patro­lach bojo­wych, doszło do pierw­szego ataku. Tam­bor pod dowódz­twem Johna Wil­liamsa Mur­phy'ego jr. patro­lo­wał wody na pół­noc od wyspy. Tri­ton, dowo­dzony przez Wil­lisa Ash­forda "Pilly'ego" Lenta, dzia­łał na połu­dnie od niej. Oba okręty spę­dziły dzień w zanu­rze­niu i o ataku zarówno na Pearl Har­bor, jak i Wake dowie­działy się dopiero wie­czo­rem, po wynu­rze­niu. Widać było wyraź­nie pożary sza­le­jące na wyspie po bom­bar­do­wa­niu.

10 grud­nia nocą patro­lu­jący na połu­dnie od Wake Pilly Lent zauwa­żył na hory­zon­cie japoń­ski nisz­czy­ciel, czy też krą­żow­nik. Rów­no­cze­śnie okręt wykrył zapewne Tri­tona, bo doko­nał rap­tow­nego zwrotu i skie­ro­wał się ku niemu, szybko zmniej­sza­jąc dystans. Lent naka­zał zanu­rze­nie. Japoń­czyk jed­nak nie zrzu­cił bomb głę­bi­no­wych. Lent pozo­stał w zanu­rze­niu, decy­du­jąc się - podob­nie jak Bar­chet - na atak według wska­zań hydro­lo­ka­tora. Z głę­bo­ko­ści 40 metrów odpa­lił cztery tor­pedy z wyrzutni rufo­wych, po czym zszedł na 50 metrów i szybko się odda­lił. Po 58 sekun­dach odno­to­wał "głu­che eks­plo­zje". Załoga była ura­do­wana, wymie­niano gra­tu­la­cje. Lent uznał, że ta pierw­sza ostra salwa tor­pe­dowa okrę­tów sta­cjo­nu­ją­cych w Pearl Har­bor dosię­gła celu.

John Mur­phy na Tam­bo­rze był wstrzą­śnięty wia­do­mo­ściami o ata­kach na Pearl Har­bor i Wake, podob­nie jak jego ofi­cer tor­pe­dowy Edward Dean Spru­ance, syn admi­rała Ray­monda Amesa Spru­ance'a, który w tej chwili dowo­dził zespo­łem krą­żow­ni­ków współ­dzia­ła­ją­cych z lot­ni­skow­cem Enter­prise. 11 grud­nia w nocy Mur­phy ujrzał trzy okręty, ale nie był w sta­nie wyjść na pozy­cję do strzału. Naza­jutrz przy­pad­kowo odpa­lili tor­pedę, szy­ku­jąc się do ataku. W zamie­sza­niu, oba­wia­jąc się kontr­ataku, Mur­phy spro­wa­dził Tam­bora na 95 metrów, pra­wie się­ga­jąc głę­bo­ko­ści obli­cze­nio­wej. W dodatku nastą­pił prze­ciek w osło­nie hydro­lo­ka­tora, i to na tyle poważny, że musieli wra­cać do Pearl Har­bor.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Damn the tor­ped os, full speed a head ("Do dia­bła z tor­pe­dami, cała naprzód") - tymi sło­wami kontr­ad­mi­rał David Far­ra­gut zachę­cał 5 sierp­nia 1864 roku w cza­sie bitwy w zatoce Mobile swych pod­wład­nych do prze­ła­ma­nia obaw przed tą nową bro­nią [przyp. red.]. [wróć]

2. Kali­bry broni strze­lec­kiej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ozna­cza się w set­nych cala. ,,Kali­ber 30" to 0,30 cala, czyli 7,62 mm, a "kali­ber 50" to pół cala, czyli 12,7 mm [przyp. red.]. [wróć]

3. Bonita powi­nien się nazy­wać bonito - tak jak ryba, od któ­rej nazwy nadano mu imię, ale popeł­nio­nego błędu nikt potem nie spro­sto­wał. [wróć]

4. W cza­sie wojny rosyj­sko-japoń­skiej John Hol­land sprze­dał Japoń­czy­kom plany dwóch ulep­szo­nych okrę­tów swej kon­struk­cji i popły­nął do Kobe, by nad­zo­ro­wać ich budowę. Elec­tric Boat Co. sprze­dała im pięć okrę­tów typu A, także zmon­to­wa­nych i wypo­sa­żo­nych w Kobe. Naj­po­waż­niej­szy ame­ry­kań­ski kon­ku­rent Hol­landa, Simon Lake, sprze­dał wów­czas Rosja­nom sześć (czy według innych źró­deł - osiem) swo­ich okrę­tów. Rosja­nie kupili też sześć okrę­tów w Elec­tric Boat, mimo że budo­wała ona okręty pod­wodne dla Japo­nii. Żaden z tych nabyt­ków obu stron nie zdą­żył wziąć udziału w dzia­ła­niach bojo­wych, ale w roku 1909 Rosja z dwu­dzie­stoma dzie­wię­cioma okrę­tami pod­wod­nymi wysu­nęła się na trze­cie miej­sce w liczeb­no­ści sił pod­wod­nych, po Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. [wróć]

5. Pręd­kość mar­szowa, do któ­rej utrzy­my­wa­nia okręt zdolny jest przez dłuż­szy czas; wyż­sza od eko­no­micz­nej, przy któ­rej zuży­cie paliwa jest naj­mniej­sze, lecz niż­sza od mak­sy­mal­nej [przyp. red.]. [wróć]

6. BRT - tony reje­strowe brutto, miara pojem­no­ści jed­no­stek han­dlo­wych [przyp. red.]. [wróć]

7. Bar­ra­cuda i Bonita prze­jęły nazwy po zło­mo­wa­nych okrę­tach F-2 i C-4, dając w ten spo­sób począ­tek tra­dy­cji przej­mo­wa­nia nazw przez ame­ry­kań­skie okręty pod­wodne, która trwa do dziś. Nie sko­rzy­stano z oka­zji do popra­wie­nia pisowni Bonity. [wróć]

8. W latach 1930-1931 w odpo­wie­dzi na nowe ogra­ni­cze­nia trak­ta­towe mary­narka zło­mo­wała nastę­pu­jące okręty pod­wodne: H-2, H-3, K-1 do K-8, L-2, L-3, L-9, L-11, T-1, T-3 i N-1 do N-3. Poza tym wyco­fano ze służby i sprze­dano za gra­nicę trzy­na­ście okrę­tów pod­wod­nych typów O i R, zbu­do­wa­nych przez stocz­nię Simona Lake'a: O-11 do O-16 i R-21 do R-27. Okręty S-2 do S-10 skre­ślono ze stanu pomię­dzy 1930 a 1937 rokiem. W latach trzy­dzie­stych okręty Bar­ra­cuda, Bass, Bonita, część okrę­tów typów O, R i S wyco­fano do rezerwy i zakon­ser­wo­wano. Na mocy oddziel­nego poro­zu­mie­nia Narwhal, Nauti­lus i Argo­naut zostały wyłą­czone z ogra­ni­czeń trak­ta­to­wych, podob­nie jak część rów­nie olbrzy­mich i nie­przy­dat­nych okrę­tów bry­tyj­skich i fran­cu­skich. [wróć]

9. Porpo­ise, Pike, Shark, Tar­pon, Perch, Pic­ke­rel, Per­mit, Plun­ger, Pol­lack i Pom­pano. Okręty typu P mie­rzyły 91 metrów przy wypor­no­ści 1300 ton; głę­bo­kość zanu­rze­nia 76 metrów, pojem­ność zbior­ni­ków paliwa 360 000 litrów oleju napę­do­wego. [wróć]

10. Sal­mon, Seal, Ski­pjack, Snap­per, Stin­gray, Stur­geon, Sorgo, Saury, Spe­ar­fish, Scul­pin, Squ­alus, Sword­fish, Seadra­gon, Sealion, Seara­ven i Seawolf. Okręty typu Sal­mon miały po 93,6 metra dłu­go­ści i 1450 ton wypor­no­ści nawod­nej; głę­bo­kość zanu­rze­nia 76 metrów, pojem­ność zbior­ni­ków 440 000 litrów oleju napę­do­wego. Począt­kowo jed­nostki typu P ozna­czano jesz­cze nume­rami P-1, P-2 itd. Pom­pano na przy­kład nosił ozna­cze­nie P-10. Podob­nie było z dru­gim typem: Sal­mona zwo­do­wano jako S-1, Seal jako S-2. Dopiero wtedy zauwa­żono, że może to pro­wa­dzić do pomy­łek z wciąż jesz­cze uży­wa­nymi w mary­narce sta­rymi okrę­tami typu S i zaczęto nada­wać im nazwy. Wewnątrz typów te okręty dzie­liło wiele cza­sami zasad­ni­czych róż­nic. Porpo­ise i Pike miały kadłuby nito­wane, a Sharka i następne okręty - już spa­wane. Cztery okręty z nazwami roz­po­czy­na­ją­cymi się na "Sea" uzna­wano za naj­lep­sze jed­nostki typu Sal­mon. [wróć]

11. Wię­cej na temat tego wypadku i akcji ratow­ni­czej można się dowie­dzieć z książki Petera Maasa Godziny grozy [przyp. red.]. [wróć]

12. Drugi model kal­ku­la­tora tor­pe­do­wego, Mark 2, stwo­rzyła firma Ford Instru­ment Com­pany z Long Island. Trze­cią, naj­lep­szą wer­sję, Mark 3, skon­stru­owała Arma Cor­po­ra­tion. Mark 3 stał się w końcu stan­dar­dem we flo­cie pod­wod­nej. Po odrzu­ce­niu jego kon­struk­cji Ford zajął się już tylko sys­te­mami kon­troli ognia dla jed­no­stek nawod­nych. [wróć]

13. Tam­bor, Tau­tog i Thre­sher z sil­ni­kami GM-Win­ton oraz Tri­ton, Trout i Tuna z sil­ni­kami Fair­banks-Morse. [wróć]

14. Były to okręty roz­mia­rami przy­po­mi­na­jące typ S: o dłu­go­ści 72 metrów i wypor­no­ści nawod­nej 800 ton. Ich uzbro­je­nie sta­no­wiło sześć wyrzutni tor­pe­do­wych z zapa­sem dwu­na­stu tor­ped. [wróć]

15. A wła­ści­wie 37, jako że jeden ze świeżo wyre­mon­to­wa­nych okrę­tów, O-9, zato­nął w pobliżu Port smo­uth z całą trzy­dzie­sto­trzy­oso­bową załogą. [wróć]

16. Trzy zato­nęły, dzie­sięć zło­mo­wano. [wróć]

17. W zależ­no­ści od głę­bo­ko­ści zanu­rze­nia okręt pod­wodny może się znaj­do­wać na głę­bo­ko­ściach: - pery­sko­po­wej (zwy­kle około 12 metrów, ale dla okrę­tów pod­wodnych typu Tam­bor pery­sko­powa wyno­siła 20 metrów, - bez­piecz­nej (25-30 metrów), - robo­czej (do 70-90 pro­cent głę­bo­ko­ści gra­nicz­nej), - gra­nicz­nej, - obli­cze­nio­wej (która zwy­kle prze­kra­cza gra­niczną o 30 do nawet 50 pro­cent, ale dla typu Balao róż­nica ta się­gała 100 pro­cent, i sta­nowi zapas na wypa­dek wojny lub awa­rii) [przyp. red.]. [wróć]

18. Języki japoń­ski i chiń­ski, choć różne, uży­wają tych samych ide­ogra­mów, któ­rym w trans­mi­sji alfa­be­tem Morse'a odpo­wia­dają różne, nie­raz bar­dzo skom­pli­ko­wane kom­bi­na­cje liter łaciń­skich. [wróć]

19. Mac­kie nie mógł też ni­gdy daro­wać Fabia­nowi rezy­gna­cji z usług Wil­liama Rit­chiego "Ike'a" Wil­sona, który wraz z nim odby­wał ostatni tokij­ski staż języ­kowy w latach 1938-1941. Wil­son był Jed­nym z naj­lep­szych japo­ni­stów, któ­rzy brali udział w pro­gra­mie, ale po ukoń­cze­niu stażu dostał przy­dział na nisz­czy­ciel Pope we Flo­cie Azja­tyc­kiej. Pope został potem zato­piony i Wil­son całą wojnę spę­dził w japoń­skiej nie­woli. [wróć]

20. Wukaem (wkm) - wiel­ko­ka­li­browy kara­bin maszy­nowy, ciężka samo­czynna broń strze­lecka kali­bru zwy­kle powy­żej 10 i poni­żej 20 mm, słu­żąca naj­czę­ściej do obrony prze­ciw­lot­ni­czej [przyp. red.]. [wróć]