Rozdział 19
Miałam wrażenie, że podczas śniadania każdy na mnie patrzył. Czułam na plecach spojrzenia wszystkich znajdujących się w części jadalnej. Nie zastanawiałam się, jak grube w tym miejscu są ściany, ani czy wydawałam z siebie nadzwyczajnie wysokie dźwięki. Jednak wyglądało na to, że każdy w tej pieprzonej stacji mnie słyszał.
Na samą myśl o tym, co wyprawialiśmy poprzedniej nocy, robiło mi się gorąco. Przyłożyłam ręce do policzków, łokcie oparłam o blat stołu i ukryłam twarz pod kaskadą włosów. Miałam przeogromny problem z tym, by je rozczesać. Może gdyby później Ezra nie ciągnął za nie tak mocno...
Jęknęłam, gdy dotarło do mnie, że to powtórzyliśmy.
Próbowałam to w jakiś sposób poukładać. Wyznaczyłam sobie piekielnie trudne zadanie, większość tamtej nocy pamiętałam jak przez mgłę. Jakbym oglądała urywki z filmu i próbowała je poskładać w jedną, logiczną całość. Nie dało się, nie miałam takiej mocy sprawczej. Szok i niedowierzanie odebrały mi zdolność logicznego myślenia i uporządkowania tego w jakiejś konkretnej, chronologicznej kolejności.
Przede wszystkim czułam dziwny niepokój. Poczucie, że to wszystko nie było prawdziwe, osiadło na mojej skórze ciężkim, oleistym filmem. Nawet gorąca woda przy porannym prysznicu nie zmyła nieprzyjemnego doznania. To wszystko było zbyt zamglone, niejasne, ale zrzucałam to na karb zmęczenia i emocjonalnych uniesień.
Ławka, na której siedziałam, kiwnęła się do przodu, kiedy obok mnie ktoś usiadł. Zerknęłam kątem oka na przybysza i westchnęłam z ulgą, gdy okazało się, że to haker. Poprawił okulary, oparł ręce o blat i posłał mi łagodny uśmiech.
- Jak tam, Sinclair? - zapytał. Chryste, myślałam, że spalę się ze wstydu. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio miałam takie zakwasy. - Czy sprawa naszej relacji nabrała dla ciebie sensu?
- Wciąż się nad tym zastanawiam... - mruknęłam, zakryłam usta dłonią, by nie dostrzegł uśmiechu krążącego w kącikach. Granie było łatwiejsze niż tłumaczenie mu, dlaczego wciąż tego nie czułam.
W jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Przysunął się bliżej, jego dłoń wylądowała u dołu moich pleców. Pochylił się nad moim uchem, ciepły oddech omiótł płatek. Żołądek podjechał mi do gardła.
- Byliśmy za mało przekonujący?
- Och, Ezra, kotku, byliście bardzo przekonujący. - Mój głos drżał tak bardzo, że zastanawiałam się, czy na pewno należy do mnie.
Nie mogłam zaprzeczyć. Udało im się, to jedno musiałam przyznać, że mimo moich wątpliwości to wszystko miało swego rodzaju sens. W bardzo dosadny sposób pokazali mi, dlaczego tkwiliśmy w tym trójkącie i dlaczego oni się na to tak ochoczo godzili. Doprowadzanie mnie na skraj wytrzymałości przynosiło im niesamowitą satysfakcję, ale oprócz nieziemskiego seksu, dostrzegałam w tym coś więcej.
Byli jak jeden organizm. Dopełniali się idealnie, ich ruchy były zsynchronizowane do takiego stopnia, że mogłabym siedzieć i po prostu to podziwiać. Jakby ktoś pomieszał ich charaktery. Podejrzewałam, że przekładało się to również na ich współpracę w terenie i niebawem mogłam się o tym przekonać.
To, że Ezra był świetnym kochankiem, to po prostu fakt. Równie dobry z niego towarzysz broni - jego analityczny, szybki mózg pozwalał sprawnie ocenić sytuację i ułożyć plan działania. Nie zastanawiał się zbyt długo, przetwarzał informacje i robił to, co należało. Niesamowicie to w nim ceniłam.
Natomiast Nicola... Widziałam, co potrafił. Wciąż wracałam myślami do wydarzeń na nabrzeżu i jego sylwetki skąpanej we krwi. Perfekcyjnie posługiwał się mocą trimisa, osiągnął poziom, o którym ja mogłam jedynie pomarzyć. Nie miał prawa jazdy, bo potrafił się przemieszczać dzięki naturalnym zdolnościom. Doskonale wtapiał się w tło, nie potrzebował słów, perfekcyjnie przewidywał ruchy przeciwników. Nie przeszedł takiego treningu jak ja czy Ezra, a mimo to był świetnie przygotowany do walki. Wciąż pracował nad eksperymentami i lekami, które wspólnie opracowaliśmy w przeszłości.
Razem z Cohenem Dubois tworzył dobrze działający zespół, ich siatki kontaktów przeplatały się i współpracowały bez zgrzytów czy niepotrzebnych niesnasek. Nicola kierował głównie trimisami, Cohen zwykłymi ludźmi. Jednak mogli żyć w symbiozie. Nie trzeba było nikogo eliminować.
Wciąż nie wiedziałam, co sądzić o Duboisie. Kiedy moje myśli schodziły na niego, od razu robiło mi się gorąco. Traktowanie go jak sprzymierzeńca, nie wroga, było ciężkim zadaniem. Wciąż z tyłu głowy miałam nauki Russeau, nie mogłam się ich pozbyć, a przynajmniej nie tak szybko, jak by wszyscy ode mnie tego oczekiwali. Byłam pewna, że sam seks nie załatwi sprawy.
Dłoń Ezry na moim policzku skutecznie wyrwała mnie z potoku myśli. Spojrzałam na niego. Czułam, że jego skóra była wyjątkowo chłodna w porównaniu z moją. I chwała mu za to - ktoś musiał ostudzić żar, który zaczął się kotłować w moim wnętrzu.
- Gdzie uciekłaś? - zapytał. Jego kształtna, ciemna brew uniosła się nieznacznie. Posłałam mu blady uśmiech.
- Wciąż nie wiem, co o tym wszystkim sądzić - mruknęłam, moje ramiona opadły. Wbiłam spojrzenie w talerz z jedzeniem i choć kiszki grały mi marsza, nie byłam pewna, czy w ogóle je tknę.
Ezra jakby czytał mi w myślach. Sięgnął po widelec i nawinął na niego makaron spaghetti.
- Niczego sobie nie narzucaj, Mad. Sam nie jestem do końca pewny, czy to odpowiedni moment. - Zamyślił się. Spojrzał ponad moim ramieniem; odwróciłam się, ale nikogo tam nie dostrzegłam, oprócz członków jednostki wojskowej. - Pobawiliśmy się, ale są rzeczy ważniejsze niż łóżkowe igraszki.
Zaśmiałam się.
- Jasne. Było nieźle.
Ezra zamrugał zaskoczony.
- Nieźle? - powtórzył za mną.
Ledwo powstrzymywałam wypływający na usta uśmiech. Byli świetni, ale nie mogłam im przecież tego powiedzieć. Nicola i tak chodził z wyjątkowo mocno nadmuchanym ego.
Jak na zawołanie pojawił się po drugiej stronie stołu. Tym razem nawet nie drgnęłam. Gdzieś w podświadomości wyczułam jego moc, otuliła mnie niczym miękki koc, a tuż za nią nadszedł intensywnie orzeźwiający zapach cytrusów. Usta Nicoli rozciągnęły się w uśmiechu, choć to chyba ogromne niedopowiedzenie. On najzwyczajniej w świecie szczerzył się na okrągło i mogłam policzyć na palcach jednej ręki, kiedy tego nie robił.
Zlustrował naszą dwójkę, przelotnie spojrzał na nieruszony posiłek i przez ułamek sekundy na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Nie skomentował tego w żaden sposób. Zatrzymał się na dłużej przy niedowierzającym obliczu Cohena.
- Co? - Trimis zmarszczył brwi.
- Powiedziała, że było nieźle - odparł Ezra. Widelec wylądował z powrotem na tacy z głośnym brzękiem, haker splótł ręce na piersi. Nicola otworzył usta i spojrzał na mnie równie szeroko rozwartymi oczami. Złapał się teatralnym gestem za pierś.
- Mon chéri! - zawodził. - Jak możesz?!
- Co nie? - wtórował mu Cohen.
Przewróciłam oczami. Kątem oka widziałam, jak żołnierze odwracają głowy w naszą stronę. Zakryłam oczy ręką i pochyliłam się nad jedzeniem.
- Pajace - wycedziłam. Przejechałam językiem po zębach. Modliłam się w duchu, żeby nie ciągnęli tego dalej. Prośby zostały wysłuchane.
- Chętnie byśmy naprawili swój błąd. - Nicola poprawił pozycję, łokciami oparł się ponownie o blat, po czym nachylił się nad stołem. - Nie mamy na to jednak czasu. Rozmawiałem z Bordeaux.
Ezra natychmiast spoważniał. Sama się wyprostowałam, wyczuwałam w słowach trimisa nutę powagi. Odznaczała się również na jego twarzy, bo w jednej chwili figlarny uśmiech i rozbawiony błysk w oku zniknęły.
- Coś nowego? - Haker natychmiast sięgnął do kieszeni na piersi i wyciągnął telefon.
- Poranny patrol dostrzegł kordon opancerzonych samochodów kierujący się na północny wschód. Jechał za nimi tir.
- Russeau? - zapytałam, nerwowość wkradła się w mój ton.
Dubois pokiwał głową.
- Szybko się zregenerował. - Ezra poprawił okulary. Cholera, oznaczało to tylko jedno. - Muszę sprawdzić GPS, zobaczymy, jaką trasę wybrali, ale znając go, to tę najprostszą i najbezpieczniejszą.
- Przecież ten idiota nie pokwapi się zboczyć z najłatwiejszej ścieżki. - Nicola przewrócił oczami. - Pojedzie nabrzeżem, tam jest najmniejsza szansa na spotkanie mutacji. I drogi wciąż są naprawiane. Skoro ma ze sobą duży pojazd, musi liczyć się z tym, że w innych częściach autostrad mogą być spore ubytki w jezdni.
- Też tak uważam. Sprawdzę to tak czy inaczej. Nie możemy się na nich natknąć.
Milczałam. Znów ogarnęło mnie to dziwne uczucie, że nie przydam im się do niczego, jeśli się odezwę. Nie potrafiłam tak dobrze planować, stawiać zasadzek; przez ostatnie lata mojego życia jedyne, co robiłam, to tropienie i zabijanie. Nie opuszczałam Down Town, nie potrzebowałam znać map. Historię poznałam z książek, które sama znalazłam w miejskiej bibliotece, i zapewne lwia część z tych informacji była zwyczajną propagandą. Przynajmniej ta o pochodzeniu trimisów.
- Madeleine? - Dotarł do mnie głos Duboisa. Podniosłam głowę i spojrzałam na niego. - Dlaczego nie jesz?
- Straciłam apetyt - przyznałam zgodnie z prawdą. Im dłużej o tym wszystkim myślałam, tym większe zrezygnowanie mnie ogarniało. Trimis przechylił głowę i zmarszczył brwi.
- Jedz - sapnął. Mięśnie na jego szczęce poruszyły się nerwowo. Poczułam na udzie dłoń Ezry. Ścisnął je, dając mi tym samym do zrozumienia, że również nie odpuści. - Nie jadłaś od kilku dni - kontynuował Dubois. - Na razie trzyma cię przy życiu moc, ale w razie jakiegokolwiek zranienia nie będziesz miała nawet siły, by uciec.
Miałam ochotę wstać i wyjść. Cohen męczył mnie posiłkami nieustannie, ostatnie lata głównie on dbał o to, żeby moja lodówka nigdy nie była pusta, i zawsze, gdy przychodził, wciskał we mnie jedzenie. Cóż, w tej chwili już mnie to nie dziwiło. Wiedział o wiele więcej o mnie niż ja sama.
- Boże - jęknęłam, wznosząc oczy ku górze. - Czemu mnie pokarałeś nie jednym, a dwoma panikarzami?
Nie skomentowali moich słów. Cierpliwie czekali, aż złapię za sztućce. Westchnęłam głośno, żeby dać im do zrozumienia, jak bardzo nie podobała mi się ta nieuzasadniona nadopiekuńczość. Wolałam, kiedy się nie do końca lubiliśmy i było między nami mniej emocji. Bez nich było łatwiej.
Zajęłam się swoim posiłkiem. I tak nie miałam nic do powiedzenia, dlatego jedyna słuszna rzecz, jaką mogłam zrobić w tej sytuacji, to zjeść to przeklęte spaghetti.
- Jaki samochód dostaliśmy? - zapytał Ezra. Jego palce sprawnie poruszały się po wyświetlaczu telefonu.
- Wojskowy SUV, zatankowany do pełna. Twoje ulubione. - Trimis uśmiechnął się kącikiem ust. Ezra posłał mu krótkie, beznamiętne spojrzenie. - Wziąłem też trochę broni, w razie gdybyśmy się ponownie natknęli na takiego potwora, jak wcześniej.
Coś ścisnęło mnie w mostku. Wspomnienie tej ogromnej mutacji zalało mój umysł w mgnieniu oka.
- Co to za mutacja w ogóle? - Spojrzałam najpierw na jednego, potem na drugiego. Obaj wyraźnie się spięli. - Nigdy nie widziałam tak ogromnego potwora.
- Nie mam pojęcia. - Nicola wzruszył ramionami. - Nawet w piku3 przemian nie zarejestrowaliśmy tego typu okazów.
- Może mutacja dotyka też zwierzęta? - zasugerował Cohen. - Właściwie nie wiadomo, co się działo w głębi lądu. A to bydlę nie wyglądało na człowieka.
- I szybko odzyskiwało siły - dodałam trochę pewniej. Akurat na tym się znałam. - Kulka między oczy załatwiła sprawę dosłownie na chwilę. - Przygryzłam dolną wargę. - Po drodze może być tego więcej.
- Zapewne tak - zgodził się trimis. Wodził spojrzeniem gdzieś ponad naszymi ramionami. - Niezależnie od tego, jaką trasę wybierzemy, będzie prowadziła przez ląd. Dlatego powinniśmy być dobrze przygotowani, jeśli chcemy dojechać na miejsce w jednym kawałku. Ty powinnaś być. - Przyszpilił mnie twardym spojrzeniem.
Uniosłam brew.
- Dlaczego ja? - Założyłam ręce na piersi.
- Bo jeśli nie znajdziemy kodu, ktoś będzie musiał włamać się do walizki. - Wskazał Cohena. - Będzie wtedy bardzo mało czasu na ucieczkę.
Popatrzyłam na niego nierozumiejącym wzrokiem. Nicola westchnął przeciągle, mogłam wywnioskować, że zaczynała go irytować moja niewiedza.
- Dubois chce tylko powiedzieć, że te zabezpieczenia to twój autorski projekt - wyjaśnił Ezra. - Jeśli ktoś będzie chciał się tam dostać bez odpowiednich narzędzi, może skończyć marnie. W tym wypadku to my byśmy tak skończyli. Poza tym jesteś wyszkolona do tego, by zabijać potwory.
Doskonale rozumiałam, co chciał przez to przekazać. Madeleine Sinclair była pierdolnięta.
Sprawiłam zawód wielu osobom. Nie patrzyłam na konsekwencje, szłam po trupach do celu. Byleby wyszło na moje, bylebym dopięła swego. Sądząc po pokreślonych zapiskach w dokumentach, dbałam mocno o to, by za wiele informacji nie wyszło poza laboratorium, w którym pracowałam. Nie wiedziałam, czy to rzeczywiście moja sprawka, jednak kiedy powoli składałam obraz Madeleine-naukowczyni ze skrawków informacji, jakie do tej pory otrzymałam, wyglądało na to, że mogłam to zrobić, zanim Nicola pozbawił mnie wspomnień.
A potem? Potem mój umysł był katowany różnymi sposobami na to, by tylko wyeliminować cel. Nigdy nie potrzebowałam planu, bo zawsze wyglądał tak samo: odnaleźć miejsce pobytu i zabić. Tylko tyle i aż tyle. W przypadku ludzi czy demonów sprawa była banalnie prosta, problem powstawał w momencie, w którym pod nos podsuwano mi zdjęcie trimisa lub mutanta. Zlecenie na te dwie istoty wymagało trochę więcej przygotowania i broni, ale też nie stanowiło większego problemu.
Madeleine - maszyna do zabijania.
Zacisnęłam zęby tak mocno, że niemal zazgrzytały. Sięgnęłam z powrotem do jedzenia i pochyliłam się nad tacą, żeby mój grymas nie został zauważony przez któregokolwiek z towarzyszy. Nawet pochłonięci rozmową i planowaniem naszych dalszych kroków, zauważali najdrobniejsze zmiany w moim zachowaniu.
Nie byłam do tego przyzwyczajona. Mimo całkiem bliskiej relacji z Ezrą wciąż pozostawałam wolnym duchem, samotnikiem, który działał na własną rękę. Myśl o tym, że oprócz własnego bezpieczeństwa, musiałam zadbać o dwie inne osoby, przytłaczała mnie. Poczułam na plecach coś ciężkiego, jakby ktoś ułożył na nich stos cegieł i dokładał kolejne, by przycisnąć mnie do ziemi.
W zamyśleniu przysłuchiwałam się ich rozmowie. Docierało do mnie co trzecie słowo. Mechanicznie kiwałam głową w odpowiednich momentach, byleby tylko się nie zorientowali, że myślami wędruję gdzieś w odmęty nieprzyjemnych dla mnie tematów. Nie chciałam już o tym rozmawiać.
Wolałam wejść w tryb zadaniowy. Odbębnić to, co najważniejsze, przemieścić się z jednego punktu do drugiego, zgarnąć wspomnienia i dowiedzieć się, jak powstrzymać Jean Luca. Skoro był na tyle silny, że była do tego potrzebna pomoc Duboisa, to co takiego należało zrobić?
***
Stanęłam przy otwartym bagażniku. Po lewej stronie znajdowała się torba wypełniona po brzegi bronią różnej maści. Nie zabrakło również tej białej - dwie katany spoczywały na wierzchu wciśnięte w eleganckie, skórzane pochwy.
Od razu przez mój umysł przeczołgało się wspomnienie zbrojowni w siedzibie Russeau. Lubiłam tam przebywać, szczególnie po wykonanej pracy. Czyszczenie broni i olejowanie noży sprawiało mi nie lada przyjemność. Mogłam po prostu nie myśleć o niczym, wyciszyć się, a potem całymi godzinami wpatrywać się w wysoką ścianę pełną ostrzy i błyszczących luf. Miało to w sobie nutkę artyzmu.
Intensywna, cedrowa woń uderzyła w moje nozdrza. Ezra wrzucił moją torbę do środka, po czym pochylił się, odsunął suwak i wyjął dokumentację. W drugiej ręce trzymał coś ciemnego. Spojrzał na mnie przez ramię.
- Powinnaś mieć jedną katanę cały czas przy sobie - powiedział, kiwając głową w stronę broni. - Tak na wszelki wypadek.
- Aż tak niebezpieczna jest trasa, którą wybrałeś? - Uniosłam brew. Sięgnęłam do torby, złapałam za rękojeść. Jedwab, którym była opleciona, przyjemnie układał się w dłoni.
- Wybrałem tę, którą znam. - Wyprostował się i wyciągnął rękę w moją stronę. Spojrzałam w dół. Pasek. Świetnie. - W Paryżu byłem ostatnio trzydzieści lat temu, kiedy odwiedzałem Marie Ann. Nie wiem nawet, jak wygląda obecnie ta trasa. Być może będziemy musieli zawrócić w pewnym momencie. Za mało czasu, by dostać się do ONZ-owskiej satelity.
Zmarszczyłam brwi.
- Myślałam, że po wojnie ta organizacja została rozwiązana.
- Zeszła do podziemia. Tak jak niektóre laboratoria i kilka innych, wpływowych zrzeszeń.
Kolejne kłamstwo latami wtłaczane do głów obywateli Down Town. W końcu ktoś musiał rządzić tym popapranym światem. Na pierwszy rzut oka miasta w żaden sposób nie były ze sobą powiązane, ale kiedy wsiąkało się w to towarzystwo, można było dostrzec pewne zależności.
Nie było już krajów. Świat podzielił się na kontynenty, rzadko ze sobą korespondowały. W Europie ostała się największa społeczność, najprawdopodobniej dlatego, że spadło na nią mniej bomb niż na inne. Nie było do końca wiadomo, co stało się z Australią i czy rzeczywiście ktoś tam jeszcze żył oprócz trimisów. Z tego samego powodu mieliśmy w tej części świata największy odsetek mutacji. Ktoś musiał je odkryć, a potem zarządzić ich eliminację.
Ezra zaczepił pasek o pochwę katany, po czym przełożył go przez moją głowę. Ciężka stal oparła się o moje plecy, a ja mimo wszystko odczułam pewnego rodzaju spokój. W końcu coś, co znałam.
- Dobrze wyglądasz w stroju bojowym. - Haker zlustrował mnie od góry do dołu. W kącikach jego ust majaczył znajomy uśmiech. Mimowolnie wygładziłam materiał czarnej bluzki na brzuchu.
- Trochę brakuje mi mojego płaszcza - przyznałam. Niby to tylko ciuch, ale był naprawdę niezawodny. Nie dość, że chronił przed deszczem i wiatrem, to posiadał też masę ukrytych kieszonek, w których mogłam schować broń.
- Znajdziemy coś na miejscu. - Zamknął drzwi bagażnika. Sięgnął dłonią do mojej twarzy, złapał kosmyk ciemnych włosów i założył go za ucho. Gdybym była bardziej roztargniona, nie zwróciłabym uwagi na chwilowy, bolesny grymas, który przebiegł przez jego oblicze.
Chwyciłam go za nadgarstek, a potem splotłam nasze palce. Pociągnęłam hakera w stronę stacji. Już wcześniej miałam się tym zająć, ale skutecznie odwracał moją uwagę.
- Co robisz? - zapytał. Ścisnął moją dłoń, ciepło rozlało się po moim wnętrzu.
- Musimy opatrzyć twoją ranę.
Zatrzymał się. Skierowałam się w jego stronę i spojrzałam pytająco.
- Maddie, wszystko jest w porządku. - Posłał mi delikatny uśmiech. Próbował przyciągnąć mnie do siebie, ale zaparłam się nogami. Nie ze mną takie numery.
- Nie jest w porządku. Doskonale wiesz, że takie obrażenia strasznie źle się goją.
Pociągnęłam go w stronę wejścia. Przemknęliśmy przez korytarz; nie było żywej duszy, jakby poranek w tym miejscu sprawiał, że stacja wymierała. Część wojskowych wyruszyła na zwiady, inni jeszcze nocą wyjechali na kolejną akcję rozbicia szajki przemytników. Odkąd opuściłam jadalnię, miejsce coraz bardziej pustoszało. Zostało sześciu wojskowych na wieżyczkach strażniczych i kilku z administracji.
Przekroczyłam próg szpitalika, ale nie było tam nawet ducha. Z tego, co zrozumiałam z rozmów podczas posiłku, medycy pojechali razem z patrolami, w razie kłopotów. Domyślałam się, że wszyscy zgromadzeni mieli podstawowe szkolenie w tej dziedzinie i jeśli cokolwiek wydarzyłoby się na terenie stacji, potrafili o siebie zadbać.
Sama przeszłam takie szkolenie.
Poprowadziłam Cohena do najbliższego łóżka polowego i gestem nakazałam mu usiąść. Zrobił to bez zbędnego marudzenia. Podeszłam do szklanej gablotki, gdzie dojrzałam opatrunki, bandaże i rzeczy potrzebne do dezynfekcji. Kluczyk był w zamku, dlatego nie musiałam się posuwać do drastycznych środków. Wyciągnęłam metalową nerkę, wrzuciłam do niej niezbędne materiały, po czym wróciłam do mężczyzny.
- Ściągaj to - powiedziałam, wskazując brodą koszulkę i kamizelkę taktyczną. Bez słowa rozpiął zamek. Ciężki materiał opadł na prześcieradło z głuchym łoskotem. Sięgnął do krawędzi bluzki i ściągnął ją przez głowę.
Zlustrowałam go rozmarzonym spojrzeniem. Mimo opatrunku jego ciało wciąż prezentowało się fenomenalnie, idealnie wyrzeźbione mięśnie brzucha wręcz błagały, żeby przejechać po nich dłonią.
Przygryzłam mocno dolną wargę. Wzięłam głęboki wdech, po czym usiadłam obok hakera i zajęłam się tym, po co tu przyszliśmy. To nie był czas i miejsce na to, by fantazjować.
Delikatnie oderwałam plaster od skóry. Natychmiast zaczerwieniła się wokół. Ciało Ezry spięło się nieznacznie, wziął wdech, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Dotknęłam opuszkami tego miejsca, nacisnęłam delikatnie, by sprawdzić, czy nie zebrała się ropa.
Nawet w najlepiej opatrywane i odkażone rany po mutantach potrafiła wdać się infekcja, a potem przekształcała się w sepsę. Niestety to była jedna z tych chorób, gdzie wyleczone przypadki stanowiła jedynie połowa, a nawet po wygranej walce takie osoby mierzyły się z konsekwencjami i powikłaniami do końca swoich dni.
Cohen oparł się rękami o materac i odchylił się do tyłu. Czułam na sobie jego intensywne spojrzenie, kiedy odkażałam tamto miejsce. Jego ciało pokryła gęsia skórka, gdy wygładzałam delikatnie plaster na krawędziach.
Rana goiła się nad wyraz dobrze, nawet szybciej, niż powinna. Na mój prosty, logiczny rozum po zażyciu antidotum powinien pozostać człowiekiem i przechodzić tego typu procesy powoli. Zmartwiło mnie to, że było zupełnie inaczej.
Podniosłam wzrok na jego twarz. Przyglądał mi się uważnie zza srebrnych oprawek okularów korekcyjnych. Miałam wrażenie, że wpatruje się we mnie tak mocno, że za chwilę przewierci mnie na wylot.
Wyprostowałam się. Chciałam zabrać ręce, ale on też zmienił pozycję i chwycił mnie za nadgarstek. Doskonale wiedział, co tym razem zaprzątało moje myśli. Czytał ze mnie jak z otwartej księgi, dopytywał tylko po to, żebym nie czuła, że siedzi w mojej głowie i zna każdy strach, jaki się w niej zagnieździł.
- Tobie naprawdę to odpowiada? - zapytałam po chwili krępującej ciszy. Ezra pokręcił jedynie głową. - Czemu się na to godzisz?
- Bo tobie to odpowiada - odparł spokojnie, choć widziałam, jak mięsień na jego szczęce drga nerwowo.
- Wcale nieprawda - obruszyłam się. Chciałam wyrwać dłoń z jego uścisku, ale jedyny efekt, jaki to przyniosło, to palce hakera jeszcze bardziej zaciskające się na moim nadgarstku.
- Wiem, że teraz tak to nie wygląda. - Przesunął dłoń i splótł nasze palce. - Kiedy odzyskasz wspomnienia, będziesz wiedziała, dlaczego jest tak, a nie inaczej.
Westchnęłam przeciągle, po czym wzniosłam oczy ku górze. Ezra przyciągnął mnie do siebie i objął mocno. Poczułam ciepło jego skóry na plecach. Oparłam głowę o nagi tors mężczyzny i zaciągnęłam się zapachem cedru.
Czy to możliwe, żeby tak właśnie pachniał? Że to żadna mieszanka perfum, tylko woń jego skóry? Kojarzył mi się z dobrem i bezpieczeństwem, jakby długie, zielone igły oplatały mnie szczelnie, chciały uchronić przed otaczającym światem.
Jak mogłabym, chociaż na jeden krótki moment zrezygnować z tego na rzecz ostrej woni cytrusów i morskiej bryzy zapowiadającej nieunikniony sztorm?
Przymknęłam powieki. Łaknęłam chłonąć go całą sobą, póki miałam ku temu okazję.
- Chciałabym to wszystko cofnąć - szepnęłam, choć słowa wydobywające się z moich ust zaskoczyły mnie samą. - Chciałabym nigdy nie dostać tego zlecenia. Żeby było jak dawniej.
- To było konieczne. - Przeniósł rękę na moją potylicę i zaczął gładzić delikatnie włosy. - Zawsze jest konieczne. Jednak nigdy nie zaszliśmy aż tak daleko, jak tym razem.
- To znaczy? - Zmarszczyłam brwi. Ezra spiął się nieznacznie. Przyciągnął mnie jeszcze bliżej i poprawił pozycję swojego ciała. Chwycił mnie jedną ręką pod kolanami i przerzucił je przez swoje nogi.
- Dubois kategorycznie odmówił powrotu do Paryża, dopóki nie wyruszysz z nim. Ja też niechętnie tam wracałem, kiedy Mary Ann jeszcze żyła. Obawiałem się ruchów Russeau. Dubois nie zawsze był w stanie cię wyśledzić. - Nabrał powietrza w płuca, po czym wypuścił je powoli. - Russeau nie jest taki głupi, jak nam się wydaje. Podejrzewam, że wiedział od dawna, że współpracuję z Nicolą, albo przynajmniej się domyślał. Trzymał mnie blisko, bo wtedy mógł zbliżać się też do ciebie.
- Gdyby coś ci zrobił, zatłukłabym go. - Odchyliłam głowę, by móc na niego spojrzeć. Ezra posłał mi czuły uśmiech. - Nie wiem, ciągle mam wrażenie, że coś mi umyka. Nawet nie jestem w stanie określić, czy to brak jakiegoś elementu, czy może czegoś jest za dużo.
Musnął moje usta subtelnie, jakby tylko chciał dać mi znać, że wciąż jest tu, przy mnie, i całkowicie rozumie moje wątpliwości. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo potrzebowałam pobyć z nim sam na sam. By woń cytrusów nie mieszała się z cedrem. By nie czuć na sobie tego przewiercającego na wylot spojrzenia czarnych jak węgiel oczu.
To było dla mnie czymś normalnym. Zwyczajnym. Czymś, czego potrzebowałam, by zachować równowagę. Czułam spokój, mój umysł się wyciszał, w głowie nie szalał sztorm. Mogłam pozwolić sobie wypłynąć na spokojne wody, krążyć wokół tornada, jakim było w ostatnim czasie moje życie.
Ezra chciał się odsunąć, jednak uniemożliwiłam mu to; przesunęłam rękę na jego kark i wpiłam się mocno w wargi. Dłonie hakera natychmiast powędrowały na moją talię, palce zahaczyły o krawędź spodni. Zmieniłam pozycję, usiadłam na nim okrakiem i przycisnęłam pierś do torsu mężczyzny. Właściwie nie musiałam tego robić, Cohen i tak zamknął mnie w szczelnym uścisku, przyciągnął do siebie i chłonął obecność, jakby robił to po raz pierwszy.
Albo ostatni.
Całym sobą dawał mi do zrozumienia, że jemu też tego brakowało. Całował mnie powoli, leniwie, delektował się każdą sekundą, jakby chciał wyryć w pamięci ten moment. Sama przymknęłam powieki i upajałam się tą chwilą. Błądziłam powoli rękami po skórze mężczyzny, chcąc zapamiętać nawet najdrobniejszy szczegół budowy jego ciała.
Nie chodziło o seks. Nie czułam tego charakterystycznego mrowienia w dole kręgosłupa, żar nie trawił moich wnętrzności. W zupełności wystarczyła ta bliskość, jego ramiona i uzależniający zapach sosnowego drewna, którym cały emanował.
Po chwili zszedł ustami niżej, na moją brodę, zahaczył o żuchwę, po czym przeniósł wargi na szyję. Ukrył twarz w zgięciu i wziął głęboki wdech. Objęłam go jeszcze mocniej. Serce szamotało się w mojej piersi jak oszalałe. Miałam wrażenie, że krew gotowała się w moich żyłach, oddech niebezpiecznie przyspieszył. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co się ze mną działo, ale chciałam to wszystko w tej chwili czuć.
Gęsią skórkę na ciele.
Niekontrolowane drżenia pod wpływem jego dotyku.
Ciepłe palce przesuwające się delikatnie po moim kręgosłupie.
Gorący oddech w zgięciu szyi. Te drobne gesty sprawiały, że czułam się we właściwym miejscu.
W konkretnych ramionach.
Z oczywistymi zamiarami.
***
Zanim wyruszyliśmy w trasę, zatrzymałam Nicolę przy samochodzie. On wciąż pamiętał życie laboranta, więc jako jedyny mógł odpowiedzieć na moje pytania. Streściłam mu pokrótce moje obawy związane z szybką regeneracją ciała Ezry. Zmierzył mnie jedynie beznamiętnym spojrzeniem i mruknął, że przecież mimo działającego antidotum wciąż ma w sobie mutujący gen.
Problem polegał na tym, że wcześniej się to nie zdarzało. Nie raz opatrywałam rany Ezry. Niejednokrotnie je szyłam. Ta była głęboka, szarpana, a mimo to większość czynności niezbędnych do zatamowania krwawienia była niepotrzebna. Wystarczył zwykły plaster.
Tym razem prowadził haker. W razie niebezpieczeństwa chciał uniknąć takiej zamiany miejscami, której musieliśmy dokonać podczas spotkania ze zmutowanym zwierzęciem. Siedziałam na miejscu pasażera i przyglądałam się krajobrazowi za oknem. Tylko przez chwilę kierowaliśmy się autostradą na północny zachód. Po naszej lewej rozciągał się klif, cudownie porośnięty dzikimi roślinami. W miejscach, w których nie skupiali się ludzie, natura żyła własnym rytmem. Nie była tak okiełznana, jak wokół miast, nikt nie miał odwagi zapuszczać się głębiej w nowo powstałą dżunglę.
Spojrzałam na mapę w nawigacji. Co jakiś czas po wyświetlaczu przesuwały się zaznaczone stacje benzynowe, jak ta, w której zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć i podmienić wóz. Już po kilku kilometrach kierowca odbił w prawo.
Wjechaliśmy między ogromne drzewa. Nie byłam do końca pewna, co to za gatunek; podobne do dębów - szerokie i rozłożyste, rozpościerały swoje grube konary wysoko nad zniszczoną drogą. Szczelnie odcinały dopływ światła słonecznego, grube ciemnozielone liście poruszały się pod wpływem delikatnego wiatru.
Krajobraz wydawał się wręcz baśniowy. Przynajmniej w podobny sposób wyobrażałam sobie gaje i puszcze, o których czytałam w książkach. Porośnięte mchem liany zwisały swobodnie, ocierały się subtelnie o dach naszego samochodu. Po obu stronach zniszczonej drogi wiły się zmutowane, wysokie trawy, ich powykręcane liście przywodziły na myśl starcze szpony. Wyciągały je złowrogo, jakby chciały złapać za koła i zatrzymać nas w miejscu. Mimo swoich niepokojących zapędów łamały się z cichym kliknięciem, kiedy tylko stanęły na drodze szerokim oponom.
Pomiędzy ciemnymi pniami były jeszcze ciemniejsze przestrzenie. Nie raz miałam wrażenie, że coś porusza się między nimi lub migają żółte, wyłupiaste ślepia potworów. Każdy szelest, odbiegający od cichego pomrukiwania liści i skrzypienia suchej trawy, wprawiał moje ciało w drżenie. Wszystkie mięśnie spinały się automatycznie, a dłoń rwała się do tego, by chwycić za rękojeść miecza.
Po godzinie wyjechaliśmy z gęstwiny. Drzew było coraz mniej, coraz częściej przebijały się ściśle porośnięte trawami i dzikimi zbożami pola. W oddali majaczyły ruiny domów z zapadniętymi do środka dachami i powybijanymi oknami. Czerwone dachówki porośnięte pleśnią i żółtym mchem wyciągały się ku niebu, błagając o ratunek. Nadgniłe drzwi ledwo trzymały się pordzewiałych zawiasów. Wystarczył jeden większy podmuch wiatru, by całkiem się zerwały i upadły na podłoże z głuchym łoskotem.
Wszystko wydawało się martwe. Śpiew ptaków nie niósł się echem w powietrzu, nigdzie nie szczekał pies. Nie byłam pewna, czy jakiekolwiek jeszcze żyły. Na naszej drodze nie pojawiło się żadne inne zwierzę, choć tych również było stosunkowo niewiele. Z dużym prawdopodobieństwem zmutowały jak ludzie, biorąc pod uwagę to, co napotkaliśmy przed rządową stacją benzynową. Tych, które wyglądały jak dawniej, ostała się zaledwie garstka. Uchowały się głównie w miastach.
Według nawigacji do celu naszej podróży pozostało jedynie półtorej godziny drogi. Co jakiś czas zerkałam na panel, po czym przenosiłam spojrzenie na Ezrę. Łapał ze mną kontakt wzrokowy, a wtedy kącik jego ust drgał, gotowy, by rozciągnąć się w uśmiechu.
W lusterku wstecznym widziałam Nicolę. Rozwalił się na tylnym siedzeniu, oparł łokieć o drzwi i wbił wzrok w krajobraz za oknem. Byłam pewna, że wiedział, że mu się przyglądałam, lecz nie skomentował tego w żaden sposób. Nawet nie próbował przebić się przez mur w mojej głowie. Ba! Nie sprawdzał, czy w ogóle go postawiłam. Jakby był pewny, że dopiął swego i o nic się już nie musiał martwić.
Odniosłam wrażenie, że wiedział więcej, niż powiedział podczas śniadania. Być może tylko ja nie zostałam w to wtajemniczona, stąd moje podejrzenia. Skoro jednak byłam kluczem do powstrzymania Russeau, powinnam mieć większy ogląd na całą sprawę, nawet jeśli tego nie rozumiałam do końca.
Drgnęłam, kiedy poczułam na udzie dłoń Ezry. Wyrwał mnie tym gestem z potoku myśli. Nie dotykał mnie, odkąd opuściliśmy szpitalik. Zwolnił mocno, toczyliśmy się wręcz. Spojrzałam na niego z lekka skonsternowana.
Głos uwiązł mi w gardle, gdy na jego twarzy zobaczyłam strach wymieszany z niedowierzaniem. Powoli odwróciłam głowę ku przedniej szybie.
Ledwie zdusiłam okrzyk przerażenia. Przyłożyłam otwartą dłoń do ust. Zaciągnęłam się powietrzem przez nos, a serce wyrwało się do galopu. Przełknęłam głośno ślinę, ale niewiele to dało.
Mutanty były daleko. Jednak ich cielska przypominały raczej wieżowce i czołgi niż przemienionego człowieka zwykłych rozmiarów. Długie, umięśnione kończyny opierały się twardo o podłoże. Szerokie, powykręcane klatki piersiowe unosiły się w miarowych ruchach. Żółte ślepia całkiem przytomnie sondowały przestrzeń. Większość z nich wyglądała jak żylaste szkielety, obleczone w ciemną, napiętą do granic możliwości skórę. Doskonale widziałam drobne, cienkie włoski, rozsiane gdzieniegdzie. Byłam pewna, że są ostre jak brzytwy, lśniły pod wpływem nawet najmniejszego ruchu niczym wypolerowana broń.
- Ominiemy je? - zapytał Nicola. Jego głowa znalazła się między naszymi siedzeniami. Lustrował potwory znudzonym spojrzeniem.
- O ile jesteś w stanie przenieść cały samochód, to tak - odparł Ezra. Stanęliśmy w miejscu. Mimowolnie zacisnęłam rękę na rękojeści katany.
- Mało prawdopodobne. - Nicola oparł się z powrotem o zagłówek tylnego siedzenia.
Powoli wiodłam wzrokiem po przestrzeni dookoła. Po bokach drogi od dawna nie było barierek, nawet miejsca, w których prawdopodobnie stały; zatarły się, nadgryzione zębem czasu.
Problem polegał na tym, że nie wiedzieliśmy, co znajduje się poza granicami wyznaczonej trasy. O ile wojskowy samochód poradziłby sobie z ubytkami w jezdni czy wysokimi trawami, o tyle, jeżeli chodziło o głębokie rowy, mogliśmy mieć problem. Na mapach nie było mowy o tego typu oznaczeniach, te satelitarne również nie aktualizowały się na bieżąco, dlatego Ezra tym razem nie zaryzykowałby ucieczki.
Poza tym - było ich za dużo. Całe stado niecodziennych mutacji stało nam na drodze. Nie przebilibyśmy się. Nie byłabym w stanie ich pokonać, nawet z pomocą dwóch innych osób. Wpakowanie kulki jednemu skutkowałoby rozjuszeniem reszty. Nie wyglądały też na całkowicie bezmyślne.
- Widzieliście kiedyś stado mutacji? - zapytałam, wciąż wbijając wzrok w to nowe dla mnie zjawisko. Przesuwały się powoli do przodu, badały uważnie otoczenie przerośniętymi... łapodłońmi? - Poruszają się niemal synchronicznie. Jakby wiedziały, co robią.
- Nie wiedzą - zapewnił trimis. Zerknęłam przez ramię na Duboisa. Wpatrywał się twardo w bestie. - W ich umysłach zionie pustką.
- Więc o co chodzi? - Ezra zmarszczył brwi.
Długo nie musieliśmy czekać na odpowiedź. Jeden z potworów przechylił się lekko w lewą stronę, niemal stanął do nas bokiem. Na jego grzbiecie coś siedziało. A raczej ktoś. Postać ubrana od góry do dołu w skóry mierzyła nas uważnym spojrzeniem czerwonych ślepi. Tylko one wystawały spod warstw popękanego materiału. Wydawało mi się, że demon miał twarz przetartą węglem, jakby chciał stopić się ze swoim strojem w jedno.
- O kurwa. - Przekleństwo wyrwało się z ust Cohena.
Po chwili całe stado zwróciło się w tę samą stronę. Każdego mutanta dosiadała postać. Wszystkie łypały na nas wściekle krwistymi tęczówkami. Odcinały się na tle ciemnych uniformów. Widzieli nas. Wbijali ostre spojrzenia w nasz samochód. W przerażeniu próbowałam wcisnąć się bardziej w fotel, zaparłam się rękami o podłokietniki.
Żółć podeszła mi do gardła. Trimis w moim wnętrzu szarpnął się agresywnie, gotowy w każdej chwili rzucić się do ataku.
- Czy wy...
- Tak - odparli jednocześnie. Wpatrywali się szeroko otwartymi oczami w niecodzienne zjawisko. Cała nasza trójka zamarła w przerażeniu.
Czy to było możliwe, żeby jakakolwiek żywa istota na tym świecie była w stanie oswoić mutanta?
Byłam przekonana, że moi towarzysze myśleli o tym samym. Znałam się wyjątkowo dobrze na potworach. Potrafiłam je skategoryzować, określić czas przemiany, przydzielić do odpowiedniego rodzaju mutacji i wytropić. Wiedziałam, czego użyć, by zabić. Zwykle wystarczyło odciąć im głowę - mózg był jedynym, co utrzymywało ich przy życiu. Dla pewności należało go zmiażdżyć. Jeśli łączyły się w stada, to ze zwykłego przypadku. Ich jedynym celem było znaleźć pożywienie. Nawet Russeau używał jakiegoś urządzenia do kontrolowania przerośniętych, rozkładających się bestii.
Nie miałam więcej czasu na to, by dywagować nad hodowlą tych karykatur. Dźwięk odpinanego pasa przywołał mnie do porządku. Rzuciłam okiem na Ezrę, mocował się ze swoim zapięciem, a drugą dłonią ściskał colta. Dubois, odwrócony do nas tyłem, opierał się kolanami o siedzisko. Jego głowa i ramiona zniknęły za tylnym oparciem. Szczęk broni wypełnił niewielką przestrzeń samochodu.
Nicola rzucił drugą katanę w moją stronę. Złapałam ją w locie, to był odruch bezwarunkowy. Przesunęłam dłoń na rękojeść, po czym mocno zacisnęłam na niej palce. Wydawało mi się, że czas zwolnił, ale tylko w mojej głowie.
Tętent galopującego mutanta odbijał się echem od sklepienia mojej czaszki. Kątem oka widziałam, jak parł w naszą stronę, tumany kurzu i pyłu wzbijały się w powietrze pod wpływem ruchu ciężkiego, ogromnego cielska. Zbliżał się niebezpiecznie szybko, skupiał na nas spojrzenie żółtych ślepi. Pochylił przerośnięty łeb, nastroszył szczątki sierści. Spośród błyszczących pasm wyrastała sylwetka demona.
Bystre, krwistoczerwone oczy niemal się śmiały. Marszczył ciemne, krzaczaste brwi w rozbawieniu, jakby był pewien zwycięstwa. Jedną ręką trzymał się mocno grzbietu, w drugiej natomiast dzierżył jakąś broń, lecz z takiej odległości nie do końca mogłam rozpoznać, jakiego rodzaju. Trzymał ją blisko ciała, ostrze mignęło szybko w słońcu. Niczego nigdy nie byłam tak pewna, jak tego, że chciał nas zwyczajnie zeżreć. Widziałam to w jego oczach. Był drapieżnikiem i właśnie dostrzegł swoją ofiarę.
Nie różniliśmy się od siebie tak bardzo, jak można było przypuszczać. Życie poskąpiło mi pamięci, ludzi, którzy by mnie wspierali albo pokazali ścieżkę, jaką powinnam dążyć. Poskąpiło mi prawdy, wpychało w kolejne machlojki, przez brak emocjonalnej strony pływałam w tym bagnie jak ryba w wodzie. Pozostawiło mi jedno i upchało w tym cały mój potencjał.
Instynkt.
Chłodna kalkulacja zawsze mi towarzyszyła w ekstremalnych sytuacjach. Silna, podświadoma skłonność do dążenia do celu sprawiała, że nie wahałam się w chwilach, kiedy inni zastanawiali się nad kolejnymi ruchami. Dzięki instynktowi byłam tak skutecznym tropicielem. Cichy głosik w mojej głowie ciągle szeptał, że eliminacja celu pozwoli mi przetrwać.
Drapieżnik.
Zwierzę.
Świat zalał płynny miód.
Bez zastanowienia wysiadłam z samochodu. Jedną katanę zostawiłam w środku tak w razie czego, gdyby demonowi udało się wytrącić mi broń z ręki, choć nie zamierzałam zakładać nawet takiej opcji. Słyszałam za plecami niezadowolone okrzyki Ezry i Nicoli. Machnęłam jedynie wolną ręką.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę potwora. Od naszej lokalizacji dzieliło go wciąż sporo drogi, ale dzięki długim kończynom pokonywał tę trasę w mgnieniu oka. Trimis w moim wnętrzu szalał w najlepsze.
Demon przechylił głowę w bok. Zbiłam go z tropu postanowieniem o bezpośredniej konfrontacji. Mutant zwolnił nieznacznie, lecz tylko na chwilę. Dostrzegłam, jak jego jeździec poruszył kolanami tuż przy tułowiu. Bestia wystrzeliła do przodu. Długi, czarny jęzor wypadł z naszpikowanego ostrymi zębiskami pyska. Obfita strużka śliny skapywała na zniszczony asfalt. Z gardła istoty wydarł się bliżej nieokreślony warkot, jakby mnie ostrzegała.
Tyle że ja się nie bałam.
Nieważne jak wielkie miała cielsko. Jak wiele zębów znajdowało się w jej paszczy. To, jak świdrowała mnie wyłupiastymi gałami, nie miało żadnego znaczenia. Zginę ja albo to coś. Nie było nic pomiędzy.
Oprócz Ezry.
Bardziej niż własne życie pragnęłam chronić jego. Ciało Cohena było kruche, wątłe, mimo wielu godzin spędzonych na siłowni wciąż był tylko człowiekiem. Miał duszę, czas przydatności, który skończyłby się wraz z poważniejszym zranieniem. Wystarczyło wbić ostrze w jego klatkę piersiową, by zniknął na stałe. Zapewne nie poddałby się bez walki, zawsze przygotowany do starcia, na pewno miał w zanadrzu wiele sztuczek i broni, które przedłużyłyby jego czas.
To ja nie byłam na to gotowa, by odszedł.
Dubois zawsze dałby sobie radę. Był trimisem tak samo jak ja. Wystarczyło pstryknięcie smukłych palców, by uciekł zagrożeniu. Być może nie miał wystarczająco dużo sił, by przenieść naszą trójkę czy nawet siebie do samego Paryża, ale na pewno uniknąłby konfrontacji. Wysoko rozwinięte umiejętności posługiwania się własną mocą pozwoliłyby mu na to.
Potwór był coraz bliżej. Doskonale widziałam jego napinające się mięśnie. Zrobiłam kilka kroków do przodu i przyjęłam odpowiednią pozycję. Stanęłam w rozkroku, ugięłam kolana. Mocniej ścisnęłam rękojeść katany, była tak jedwabiście gładka, delikatna, że gdybym nie wiedziała, że trzymam w ręku broń, pomyliłabym ją z czymś innym.
Ściągnęłam łopatki. Odsunęłam jedno ramię do tyłu, zgodnie ze sztuką. Wolną rękę wyciągnęłam przed siebie. Potwór znów zaryczał gardłowo, bulgot poniósł się echem po przestrzeni. Rozwarł paszczę naszpikowaną kłami. Smród rozkładu uderzył w moje nozdrza. Zdusiłam w sobie szybko chęć wymiotowania. Wstrzymałam powietrze i wbiłam wzrok w demona. On również przyglądał mi się uważnie, z nutką ciekawości w oczach.
A patrz, parszywy gnoju, jak zdychasz.
Kiedy bestia była wystarczająco blisko, wyrwałam się do przodu. Przeniosłam ciężar ciała na jedną nogę, spięłam mięśnie, po czym zamachnęłam się porządnie. Potwór wyhamował gwałtownie. Cienkie, idealnie wyprofilowane ostrze celowało w sam środek paszczy mutanta. Syknęłam, kiedy nagłe pieczenie rozeszło się po mojej ręce. Kły potwora nie obiecywały jedynie szybkiej śmierci, one rzeczywiście były piekielnie ostre. Manewrowałam ręką tak, by jak najmniej ocierała się o zębiska.
Poczułam lekki opór. Ostrze weszło w ściankę gardła mutanta jak w masło. Zmieniłam kąt. Ciche plaśnięcie wbijającej się katany w miękki narząd sygnalizowało, że udało mi się dotrzeć do mózgu. Kącik moich ust uniósł się nieznacznie. Bestia zawyła przeciągle. Szybkim ruchem wyszarpałam broń z wnętrza mutacji. Miękkie tkanki i kości pękały pod wpływem cięcia.
Wydawało mi się, że zwierzę spojrzało na mnie z wyrzutem. Zmarszczyłam brwi. Po chwili mięśnie mutanta się rozluźniły, cielsko zachwiało się na długich, masywnych kończynach. Tylko kątem oka dostrzegłam, że jeździec zeskakuje z jego grzbietu.
Zadziałałam błyskawicznie. Odchyliłam głowę i wyciągnęłam wolną rękę do góry. W ostatniej chwili złapałam ostrze lecące w moją stronę. Jęknęłam boleśnie, kiedy chropowate krawędzie otarły się o wnętrze mojej dłoni. Ból przyćmił na chwilę zdolność myślenia. Jęknęłam drugi raz, gdy drzazgi drewnianego trzonu dzidy otarły się o zranienie. Nie byłam w stanie zgiąć palców, by ją złapać.
Grot odbił się od asfaltu, poczułam to nawet w zębach. Zachwiałam się i cofnęłam o krok. Przycisnęłam rękę do boku, miałam wrażenie, że rana pali mnie żywym ogniem. Nie było to coś znajomego, przez moje ciało przetoczył się bardziej szok niż strach. Pod wpływem adrenaliny i mocy trimisa nie zarejestrowałam, że coś może być nie tak.
Ciemna postać spadła na ziemię tuż przede mną. Demon był postawny, szeroki w barkach. Warstwy ciemnych ubrań dodawały mu objętości. Sięgnął ręką do twarzy, po czym zsunął z niej maskę. Złowrogi uśmiech rozciągał popękane usta. Oblicze miał pełne blizn, nie zdołał tego ukryć nawet obfity zarost. Świdrował mnie pożądliwym spojrzeniem, jakby widział kobietę po raz pierwszy od bardzo dawna.
Zignorowałam tępy, pulsujący ból ręki. Przyjęłam pozycję, gotowa do starcia. Uderzyło we mnie gorąco. Uniosłam brwi zaskoczona. Nagle przeciwnik wydał się dwa razy większy, niż był jeszcze chwilę temu. Trimis cofnął się do mojego wnętrza, jakby poszczuty batem.
Dezorientacja ogarnęła mnie całą. Rozejrzałam się pospiesznie na boki. Oblizałam spierzchnięte wargi, nagle zachciało mi się pić. Wszystkie dźwięki dookoła ustały, a świat pociemniał, mimo dość wczesnej pory.
Demon wciąż wbijał we mnie czerwone ślepia. Jego uśmiech rozciągał się coraz bardziej, stał się wręcz karykaturalny. Zrobił krok w moją stronę. Chciałam znów się cofnąć, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Ugięły się pode mną. Miałam wrażenie, że zaczynam się dusić. Serce przyspieszyło, a krew zawrzała w żyłach tak bardzo, że niemal zaczęła palić skórę.
Wypuściłam bezwiednie broń z drugiej ręki, kiedy świat zaczął wirować. Zamrugałam, ogarnięta paniką. Obraz przed moimi oczami kołysał się coraz bardziej.
Aż w końcu zgasł.