Ciche miejsce. Tom 1 - Ola Kuczyńska

Kup ebooka

55.00 zł
45.65 zł (55,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

Wspomnienia.

Prawda była taka, że jedyne, czego pragnęłam, to zapełnienie tych przeklętych białych kartek fruwających swobodnie po całym moim umyśle. Mogłam oszukiwać samą siebie, że miałam jakiś cel, że interesowała mnie moja praca, że chciałabym mieć hobby. Mogłam sobie wmawiać to wszystko, patrzeć w lustro i kłamać bez mrugnięcia okiem, ale jedyne, czego chciałam, to pamiętać swoje życie.

Chciałam wiedzieć, jaka byłam, co mnie cieszyło, przez co płakałam. Kiedy miałam urodziny, z kim spędzałam czas i czy był ktoś, komu mogłam powierzyć wszystkie swoje problemy. Byłam pewna, że moje życie nie ograniczało się jedynie do mordowania tych, którzy narazili się innym. Czułam, że przeżyłam więcej lat, niż mój wygląd sugerował. Chciałam wiedzieć, co sprawiło, że na mojej skroni pojawiła się podłużna blizna. I czy znałam Nicolę i Jean Luca wcześniej.

Na moje usta cisnęło się tak wiele pytań, których w tej chwili nie mogłam zadać. Miotałam się między tym, co chciałam, a tym, co powinnam zrobić. Poczucie obowiązku wobec Russeau wciąż nie wygasło. Próbowało ustawić mnie na poprzednie tory, zmusić do spacyfikowania Nicoli i zaciągnięcia go prosto do siedziby dawnego szefa. Problem polegał na tym, że nie mogłam ufać Jean Lucowi. To, że kłamał w wielu kwestiach, czułam nawet w zakończeniach nerwowych. Nasze ostatnie spotkanie tylko potwierdziło moje przypuszczenia.

Nicola Dubois wpatrywał się we mnie intensywnie, jakby chciał przejrzeć mnie na wylot. Na jego twarzy majaczył delikatny uśmiech, a na szyi kwitł siny, cienki krwiak po stalowej lince.

Myślałam, że będę w stanie pozbawić go głowy w mgnieniu oka. Jednak trimis w moim wnętrzu skutecznie to uniemożliwiał. Hamował mnie i szarpał za ramię w próbach przepędzenia z moich myśli tego pomysłu. Czułam, jak stawia opór, sprawia, że puls przyspiesza, a serce wali w zawrotnym tempie. Sprzeczne emocje targały moim ciałem niczym sztorm morzem.

- Madeleine - odezwał się, kiedy moje milczenie się przeciągało. Zamrugałam, czując pod powiekami napływające łzy. Wyrwałam się z jego uścisku i odsunęłam o krok.

- Co z tobą jest nie tak? - warknęłam rozzłoszczona kolejnym niepowodzeniem. Miejsce, w którym Nicola wcześniej trzymał dłoń, paliło niemiłosiernie. Byłam tak bardzo sfrustrowana, że miałam ochotę odwrócić się na pięcie i nigdy więcej nie wchodzić w drogę temu człowiekowi. - Czym ty jesteś? Wiem, że trimisem, ale jakim? Co to za mutacja?

Nicola zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. Schował ręce w kieszenie płaszcza i wyprostował ramiona. Przez chwilę błądził gdzieś myślami, morska bryza docierała do nas z nabrzeża, rozwiewała kosmyki ciemnej grzywki mężczyzny, mimo że część włosów przykleiła się do ubrudzonego krwią czoła.

- Trimis nie jest mutacją, skarbie - odpowiedział, ważąc każde słowo.

Przechyliłam głowę, nie rozumiałam, co powiedział. Słyszałam zdanie, jakie wyszło z jego ust, lecz sens tej wypowiedzi mi umykał. Miałam straszny mętlik w głowie.

- Co? - To jedyne, co udało mi się wydusić.

Nicola westchnął i spojrzał w niebo. Uśmiech zniknął z jego twarzy, dziwnie było oglądać go takiego... poważnego, zamyślonego. Jego usta były delikatnie rozchylone, a powieki przymknięte, jakby jego mózg pracował na najwyższych obrotach.

Oblizałam dolną wargę. Wciąż czułam posmak miętowej pasty do zębów wymieszanej z metaliczną nutą posoki. Była przesiąknięta eterem tak bardzo, że wyczuwałam narkotyk na języku. Musiałam przemyśleć swoje postępowanie. Ten pocałunek nie powinien wywołać we mnie żadnych emocji, a mimo to cały czas gdzieś z tyłu głowy czaiła się myśl, co by się wydarzyło, gdybym miała mniej samozaparcia, a silna wola istniała jedynie w teorii.

Dubois wyciągnął rękę w moją stronę. Spojrzałam na nią, a potem wróciłam wzrokiem do poważnego oblicza mężczyzny. Zacisnął wargi w wąską linię i czekał. Miałam wrażenie, że ten gest przypieczętuje wszystkie następne wydarzenia; że jeśli podam mu rękę, na zawsze zamknę sobie drogę do ponownej współpracy z Russeau. Spalę wszystkie mosty.

Nagle moje myśli skierowały się ku Ezrze. Wspomnienie naszej ostatniej rozmowy stanęło przed moimi oczami. Jego szerokie ramiona objęły mnie mocno, w zgięciu szyi znów poczułam miękkie usta i ciepłe powietrze, które wypuszczał przez nos.

Ciche parsknięcie wyrwało mnie z tej wizji. Zmrużyłam oczy. Pogardliwy wyraz twarzy Nicoli świadczył o tym, że siedział w mojej głowie i bawił się w najlepsze.

- Cohen ci nie ucieknie, myślę, że może nawet cię zaskoczyć - zaśmiał się. - Chodź. Jeżeli mamy rozmawiać, muszę najpierw doprowadzić się do ładu.

Zacisnęłam zęby, chcąc powstrzymać przekleństwo. Wzniosłam oczy ku niebu, po czym podałam mu swoją dłoń.

Gwałtowne szarpnięcie przeniosło nas do miejsca, z którego wyszłam dwa dni wcześniej z zamiarem pozbawienia Nicoli Duboisa życia.

 

***

 

- Sprawa załatwiona? - Odwróciłam się w stronę, z której dochodził głos.

Ezra siedział w fotelu i przeglądał coś w telefonie. Sądząc po odbiciu widocznym w soczewkach okularów, oglądał nagrania z monitoringu. Był całkowicie zrelaksowany. W śnieżnobiałej koszuli, granatowych garniturowych spodniach, z jedną nogą opartą o drugą, jakby był u siebie.

Krew odpłynęła mi z twarzy. Otworzyłam szeroko oczy, szczęka opadła mi chyba na samą podłogę, ale nie byłam w stanie jej pozbierać. Nigdy nie doznałam takiego szoku jak w tym momencie. Zacisnęłam palce na ręce Nicoli tak mocno, że na twarzy trimisa pojawił się bolesny grymas.

- Tak - odpowiedział rozbawiony Dubois, zanim zdążyłam otworzyć usta. - Teraz twoja kolej.

- Przecież wykonałem swoje... - Podniósł wzrok znad ekranu telefonu i automatycznie poprawił okulary na nosie.

Z każdą chwilą jego oczy rozszerzały się coraz bardziej. W półmroku pomieszczenia tęczówki hakera wydawały się niemal czarne, zupełnie jak moje. Otwierał usta raz za razem, jakby chciał coś powiedzieć, lecz nie wiedział, jak ubrać swoją myśl w słowa.

Krew zawrzała w moim wnętrzu, a otoczenie zalał płynny miód. Ruszyłam w jego stronę. Dzieliło nas dosłownie pięć kroków, więc Ezra nie miał zbyt wiele czasu, aby wykonać jakikolwiek ruch.

Rzuciłam się na niego, z moich ust wydarł się wściekły ryk. Siła skoku wywróciła fotel, a razem z nim nas. Ezra odruchowo objął mnie w pasie, kiedy przechyliliśmy się w jedną stronę i przeturlaliśmy po podłodze. Obróciliśmy się ostatni raz, nie mogłam pozwolić, by przygwoździł mnie do podłoża. Zacisnęłam pięści na jego koszuli, usiadłam na nim okrakiem, po czym przycisnęłam kolana do żeber mężczyzny. Zamrugał kilka razy i rozejrzał się pospiesznie w poszukiwaniu okularów.

- Co to ma znaczyć?! - syknęłam przez zaciśnięte zęby. Czułam, jak palce Cohena wbijają się nieco poniżej mojej klatki piersiowej. Spiął się cały, słysząc ton mojego głosu. Oblizał nerwowo usta i skierował niepewne spojrzenie na mnie. Szarpnęłam za materiał koszuli mężczyzny. Miałam ochotę zmiażdżyć go, zetrzeć w drobny pył. - Bałam się, że zrobił ci krzywdę! A ty siedzisz tu jak, kurwa, u siebie!

Cohen przełknął ślinę, po czym wziął głęboki wdech. Na jego obliczu ponownie zagościło opanowanie i spokój. Poluźnił uścisk, przesunął ręce do góry, na moje barki, później na ramiona, aż dotarł do nadgarstków i oplótł je delikatnie palcami. Poczułam, jak po moich policzkach płynie coś ciepłego. Wyswobodziłam jedną rękę, otarłam pospiesznie łzę i odwróciłam głowę w lewą stronę. Nigdzie nie wyczuwałam obecności Nicoli. Również nie zauważyłam, by stał za mną. Musiał wyjść, kiedy tylko puściłam jego dłoń.

Naprawdę się bałam. To, co działo się z Ezrą po tym, jak Nicola przeniósł go z Abbys nie wiadomo gdzie, zajmowało każdą moją myśl. Nie mogłam się przez to skupić na poszukiwaniach trimisa, dlatego odszukanie go zajęło mi więcej czasu niż zazwyczaj. Byłam rozdarta między zadaniem, jakie sobie wyznaczyłam, a Ezrą. A on... siedział w tym samym apartamencie, w którym jeszcze nie tak dawno Nicola i ja...

Niespodziewanie zrobiło mi się niedobrze. Poczucie, że zrobiłam coś złego, wkradło się do mojego serca i rozprzestrzeniło z prędkością światła.

Ezra podniósł się, przez co zsunęłam się na jego biodra. Jego ciepły oddech omiótł mój profil, wyraźniej czułam chłód na policzku, łzy spływały po nim powoli, pozostawiając wąskie, mokre ścieżki. Drżałam, chcąc powstrzymać wzbierające we mnie emocje, które w tej chwili były niepożądane. Miałam być zła na Ezrę. A nie odczuwać ulgę, bo widziałam go całego i zdrowego. Nie tutaj, nie w tej sytuacji.

- Maddie - szepnął i odchrząknął, jakby chciał usunąć gulę zalegającą w przełyku. - Wszystko ci wyjaśnię i będziesz mogła na mnie krzyczeć, ile tylko zechcesz. Tylko nie teraz.

Przygryzłam dolną wargę. Otoczenie znów stało się niewyraźne, stolik i część kanapy, na których skupiłam wzrok, zaczęły niebezpiecznie zlewać się w jedno. Zamrugałam, tym samym postępując błędnie, bo kolejne łzy spłynęły po mojej twarzy. Tym razem to Ezra otarł je wierzchem dłoni, po czym musnął delikatnie krawędź mojej szczęki.

- Maddie, spójrz na mnie - rzucił nieco rozkazującym tonem, choć wyczuwałam w nim odrobinę troski. Nie był tak ostry, jak ten, którym zwracał się do swoich podwładnych, wkradała się do niego miękkość, tak doskonale mi znana z naszych wspólnych nocy i poranków.

Odwróciłam się do niego i spojrzałam w czekoladowe oczy. Wyglądały zupełnie inaczej, obdarte ze szklanej zapory, jaką stanowiły okulary korekcyjne. Tęczówki w głębokim kolorze gorzkiej czekolady błyszczały śmiało, zadziornie, słały obietnicę czegoś intensywnego i niekoniecznie słodkiego. Ostrzegały przed człowiekiem, który był ich właścicielem, jednak w taki intrygujący, zapraszający sposób. Wręcz kusiły, by sprawdzić, co kryje się za tym spojrzeniem.

- Mam nadzieję, że twoje tłumaczenia będą tego warte - sarknęłam rozeźlona, pociągając co chwilę nosem. Chciałam się podnieść, byłam niesamowicie zła na Cohena i czułam, że będę jeszcze bardziej, kiedy powie mi, o co chodzi.

Jednak Ezra mi na to nie pozwolił. Zaśmiał się pod nosem krótko, ujął moją twarz w obie dłonie i przyciągnął do siebie. Złożył na czole delikatny pocałunek, po czym objął mnie mocno. Ukrył nos w zgięciu szyi i wciągnął w płuca mój zapach. Do mnie również dotarła delikatna woń jego cedrowych perfum. Tylko przez jedną krótką chwilę, krótszą niż oddech, walczyłam ze sobą, by go nie przytulić, lecz moje dłonie mimowolnie powędrowały na jego plecy.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę aż tak bardzo potrzebowała bliskości drugiego człowieka. Przywarłam do torsu Ezry tak mocno, jak było to możliwe. Biło od niego ciepło, w przeciwieństwie do mnie, smaganej w ostatnich godzinach mroźnym, przybrzeżnym wiatrem. Cedr mieszał się z wonią morskiej bryzy, ogrzał mnie niemal natychmiast, przepędził gniew i ukrył szok. Jedyne, co pozostawił na wierzchu, to ulga. Ogarnęła mnie całą, wypełniła aż po brzegi.

Wróciła częściowa jasność umysłu i wraz z nią świadomość, gdzie się znaleźliśmy. Odsunęłam się gwałtownie od mężczyzny, a mój puls przyspieszył niebezpiecznie.

Mieszkanie Nicoli Duboisa.

Sporych rozmiarów apartament znajdował się na najwyższym piętrze jednego z nielicznych wieżowców, jakie zostały wybudowane w Down Town po wojnie. Wysokie okna wychodziły na panoramę miasta i stanowiły przezroczystą ścianę na całej długości i szerokości pomieszczenia. Nie byłam wcześniej w tej części mieszkania Nicoli. Już wiedziałam, że za mną znajdowały się kremowa sofa i stolik, przede mną natomiast rozpościerał się długi regał zastawiony książkami oprawionymi w skóry ze złotymi lamówkami i cała masa figurek wykonanych z różnych materiałów. Spojrzałam na fotel, na którym jeszcze nie tak dawno siedział Ezra, a następnie skierowałam wzrok w przeciwną stronę, na drzwi z jasnego drewna.

Zerwałam się na równe nogi. Każda komórka w moim ciele znów została postawiona w stan gotowości. Napięłam wszystkie mięśnie i rozejrzałam się pospiesznie. Zamarłam. Nicola wciąż pozostawał poza zasięgiem mojego wzroku, trimis również nie wyczuwał jego energii, tak jakby świadomie ją ukrył. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że słyszę w tle jednostajny szum. Wyglądało na to, że Dubois rzeczywiście poszedł wziąć prysznic, by doprowadzić się do ładu.

Nic dziwnego. Śledziłam go przez ostatnie trzydzieści sześć godzin. To było piekielnie trudne zadanie, biorąc pod uwagę, jak często korzystał ze swoich mocy. Przenosił się z miejsca na miejsce tak wiele razy, że po pewnym czasie przestałam go szukać po całym mieście i postanowiłam zaczaić się tam, gdzie najczęściej trafiałam na jego trop: wjazd do portu. To był strzał w dziesiątkę.

Niedługo po dwudziestej trzeciej pojawił się przed hangarami wraz z pięcioma innymi mężczyznami. Sądząc po ich wściekle świecących tęczówkach, żarzących się bardziej niż żarówka latarni morskiej, również byli trimisami. Dość młodymi, być może urodzili się tacy: wciąż przestraszeni, niepewni swoich umiejętności. W przeciwieństwie do Duboisa - roztaczał wokół siebie aurę pewności, siły, potęgi. Rozkładała się szerokimi pasmami w każdą stronę, pochłaniała te pomniejsze, słabsze i ścierała na proch.

Wpadł do jednego z baraków, kiedy tylko niepozorny kuter zacumował w przystani. Nie zdążyłam wziąć głębszego wdechu, nim przestrzeń napełniły przeraźliwe krzyki. Przeszyły mnie na wylot. Serce stanęło na moment, a metaliczna woń wypełniła nozdrza. Tak szybko, jak błagalne wołania się zaczęły, tak samo szybko ucichły. Pomocnicy trimisa wyszli przez otwarte drzwi, a kilka minut później pojawił się w nich sam Dubois.

Ociekał krwią. Było jej tak dużo, że przestała wsiąkać w materiał ubrań. Przetarł niedbale twarz, po czym ruszył w stronę plaży. Dostrzegłam wtedy swoją szansę. I po mistrzowsku ją straciłam.

- Maddie?

Drgnęłam, kiedy dotarł do mnie zmartwiony głos Ezry. Spojrzałam na hakera, na jego twarzy malowała się troska.

- Wszystko w porządku - mruknęłam, ale w moich słowach nie było ani grama pewności. Krzyki z portu ponownie wypełniły uszy.

- Jak doszło do tego, że pojawiłaś się tu z Duboisem?

Zmarszczyłam brwi. Tym pytaniem całkowicie zwrócił na siebie moją uwagę.

- Lepiej powiedz mi, jak to się stało, że przesiadujesz sobie w jego mieszkaniu - warknęłam. Ezra odsunął się gwałtownie, unosząc ręce do góry w geście kapitulacji.

- Robimy razem interesy. - Dotarł do mnie kolejny głos. Zwróciłam się w stronę, z której dochodził, by zawiesić wzrok na Nicoli.

Absolutnie, kurwa, nie powinnam tego robić.

Moje spojrzenie zjechało niebezpiecznie nisko, na jasny ręcznik przewieszony niedbale przez biodra. Miałam wrażenie, że jeśli Nicola się poruszy, to materiał spadnie na podłogę. Głębokie wcięcia na podbrzuszu, nieco ponad krawędzią, przykuwały skutecznie moją uwagę. Przesunęłam leniwie spojrzeniem po perfekcyjnie wyrzeźbionym brzuchu, niechętnie zatrzymałam się na splecionych rękach na szerokim torsie. Nieco poniżej klatki piersiowej widniała podłużna blizna na środku, wielkością zbliżona do tej, którą miałam na skroni. Moja dłoń uniosła się mechanicznie, jakbym była w transie. Dotknęłam twarzy i przesunęłam po nierówności, wciąż wpatrując się w tę, którą posiadał Nicola.

- Maddie. - Ezra szturchnął mnie łokciem, wyrywając tym samym z zamyślenia. Zerknęłam na hakera przelotnie albo mi się tylko wydawało. Nie mogłam oderwać wzroku od półnagiego trimisa. - Gapisz się. Zamknij chociaż buzię.

Zamrugałam kilkukrotnie. Odchyliłam się nieznacznie do tyłu i zakryłam usta dłonią. Przeklęłam w duchu samą siebie za ten karygodny brak kontroli nad swoimi odruchami i odwróciłam się tyłem do Duboisa. Mężczyzna zaśmiał się bez skrępowania, kątem oka widziałam, jak podchodzi do fotela, stawia go, po czym siada i zakłada nogę na nogę.

Czułam, że przełyk wysechł mi na wiór, więc przełknęłam ślinę, która zebrała się w moich ustach. Ezra uśmiechnął się; dopiero wtedy dostrzegłam, że ma na nosie swoje srebrne oprawki. Przeszedł mnie nerwowy dreszcz. Wyraz jego twarzy nie oddawał jednak tego samego, co czaiło się za soczewkami. Czysty lód, jaki znajdował się w jego oczach, mógłby z powodzeniem skuć Atlantyk.

Zignorowałam to. Chwyciłam Cohena za rękę i poprowadziłam w stronę kanapy. Nicola wiódł za mną spojrzeniem bez zahamowań. Ponownie czułam się przez niego rozbierana, kawałek po kawałku. Sięgał po więcej niż same ubrania, wkradał się do mojego wnętrza przez kości aż do szpiku i badał powoli tak, by nie mogło to ujść mojej uwadze.

Ezra ścisnął mocniej moją dłoń, by po chwili spleść nasze palce. Westchnęłam z ulgą. Zerknęłam na Nicolę, ale on już odwrócił wzrok i zawiesił go na oknie, gdzieś w oddali. Mięśnie jego szczęki napięły się znacznie, kiedy zaciskał usta w wąską linię.

Usadowiłam się na kanapie. Czułam się o wiele spokojniejsza, gdy Cohen był tak blisko. Roztaczał wokół swoistą barierę, za którą mogłam się skryć przed oczami Duboisa. Skupiłam się na jego miękkiej dłoni, smukłych palcach i srebrnej obrączce, której chyba nigdy nie ściągał. Chłód zegarka otaczającego jego nadgarstek przyjemnie szczypał moją skórę. Tak, właśnie na tym musiałam się skupić, by nie rozpraszał mnie nagi tors drugiego mężczyzny, znajdującego się w tym pomieszczeniu.

- Dlaczego powiedziałeś, że trimisi nie są mutacją? - zaczęłam bez owijania w bawełnę. Chciałam jak najszybciej wyjść z apartamentu i usłyszeć to, co miał mi do powiedzenia Ezra. Najpierw jednak musiałam wysłuchać Duboisa.

- Bo nie są. Trimis jest wynikiem wieloletnich badań nad DNA, nie da się wszczepić genu w człowieka i sprawić, że stanie się trimisem. Musi się taki urodzić, rodzice również muszą nimi być. Możemy uznać, że trimis to rasa, całkowicie niezwiązana z ludźmi. - Nicola zamilkł na chwilę, wodził pustym wzrokiem po przestrzeni, jakby wracał do bardzo dalekich wspomnień, ukrytych w głębi jego umysłu. - Ja i Jean Luc jesteśmy prawdopodobnie pierwszymi takimi przypadkami. Nie wiadomo skąd się wzięliśmy, czy mamy rodziców, jak wygląda skład naszych komórek, jakiekolwiek wykonywane na nas badania spełzły na niczym i pozostawiły jedynie frustrację w tych, którzy próbowali się dowiedzieć. - Spojrzał na mnie z dziwną, sugestywną miną. Odniosłam wrażenie, że powinnam wiedzieć, o co mu chodzi.

Milczałam. Nie wiedziałam właściwie, jak zareagować. W tej chwili jeden z filarów mojego jestestwa walił się, pozostawiając po sobie jedynie kłęby białego pyłu i tony gruzu.

- A ja? - Udało mi się w końcu wydusić.

- Ty... - W kąciku jego ust majaczył cwaniacki uśmieszek. Wydawało mi się, że walczy z tym, by nie zaprezentować go w pełnej krasie - Ty trafiłaś do laboratorium chwilę przed nami. Twój przypadek był zupełnie inny niż my dwaj, ale nie znam aż tak wielu szczegółów. Większość jest w twoich wspomnieniach, których nie masz. Mogę opowiedzieć o tobie, ale to wciąż będzie jedynie moja perspektywa. Wiedz, że nigdy nie byłaś Russeau. Tak naprawdę nazywasz się Madeleine Sophie Sinclair.

Sinclair...

- Wiesz, jak mogę odzyskać wspomnienia? - rzuciłam, zanim mój mózg całkowicie przetrawił wiadomości, którymi uraczył mnie Dubois.

- Tak - odpowiedział. - To nie będzie ani krótki, ani przyjemny proces, mon chéri.

- To nie ma znaczenia.

- Opowiedz jej o Jean Lucu - wtrącił Ezra. Poprawił się na kanapie i oparł o zagłówek. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego pytająco. Cohen wbijał złowrogie spojrzenie w trimisa. - Powiedz jej.

Zwróciłam się ku Nicoli. Wypowiedź hakera zbiła mnie z tropu. Wiedziałam, że między Duboisem a Russeau były jakieś niedokończone sprawy i porachunki, jednak nie do końca wiązałam je z moją osobą. Przemknęło mi to przez myśl, kiedy Dubois powiedział, że byłam powodem ich zakładu, lecz mimo to nie sądziłam, żeby było to aż tak ważne, bym musiała wiedzieć o planach Jean Luca.

- Jean Luc od wielu lat próbuje przejąć kontrolę nad całym kontynentem - zaczął po dłuższej chwili milczenia. Przez tęczówki Nicoli przemknął płynny miód. Miałam wrażenie, że krew w moich żyłach zaczyna powoli wrzeć. - Chce uzależnić ludzi od eteru, a potem wstrzymać dostawy, by zaczęli między sobą walczyć i wyrżnęli się w pień.

- Uważa trimisów i demony za nadludzi, którzy powinni rządzić światem. Nie na odwrót - podjął Ezra, a mnie zjeżyły się włosy na karku. - Ale nie chce wszczynać wojny, bo na świecie są ludzie, którzy wiedzą, jak pozbyć się trimisów. Nicola od lat przerywa mu łańcuch dostaw. Co jakiś czas zmienia miejsce i zanim się dowiem, w którym porcie cumuje kuter, Jean Lucowi udaje się przerzucić towar do miasta.

- Jacy ludzie?

- Ty. - Nicola podniósł się ze swojego miejsca, po czym podszedł do okna. Otworzyłam usta, chcąc od razu zaprzeczyć, lecz po chwili je zamknęłam. Nie wiedziałam, jak powinnam na to zareagować. - Właściwie pan Cohen również wie, jak zabić trimisa, ale niechętnie dzieli się tą wiedzą.

Spojrzałam na Ezrę. Odsunęłam się od niego automatycznie. Wpatrywałam się w swojego partnera szeroko otwartymi oczami. Jednak coś mi w tym wszystkim nie pasowało.

- Przecież ogromna część trimisów została wymordowana zaraz po wojnie atomowej - mruknęłam, zaciskając ręce na materiale spodni. - Ja też kilku unicestwiłam.

- Właśnie. - Nicola spojrzał na nas przez ramię. - Ty to zrobiłaś. Czy jakikolwiek inny trimis dostał zlecenie zabójstwa swojego pobratymca?

- Nie. - Ezra poprawił okulary. - Wszystkie zlecenia tego typu przechodzą przeze mnie. Trimisi zawsze szli do Maddie.

- Tak się składa, skarbie, że twoja głowa to klucz do rozwiązania zagadki, jak pozbywać się takich jak my. Trimisi, którzy zostali deportowani, żyją sobie spokojnie na wybrzeżu dawnej Australii w całkowitej symbiozie z tamtejszymi nacjami, o ile Australijczycy przeżyli wojnę. Ludziom nie udało się ich wyeliminować. Rząd jednak siedzi cicho, żeby nie wszczynać niepotrzebnej paniki. Naszemu wspólnemu koledze jest to na rękę. Jean Luc od lat zakłada się ze mną, że zwróci ci pamięć bez mojej pomocy i sprawi, że mnie zabijesz, a potem zrealizuje swój plan - wyznał Nicola. Byłam pewna, że się uśmiechnął, wyczuwałam to w tonie jego głosu. - Od osiemdziesięciu lat mu się to nie udaje i mniej więcej co dekadę wracamy do tego samego punktu.

Osiemdziesiąt lat...

Nicola mówił, a ja miałam wrażenie, że odjeżdżam. Coraz mniej wyraźnie słyszałam jego głos, aż w końcu zmienił się w jednostajne, irytujące buczenie. Ciemniało mi w oczach, docierało do nich coraz mniej światła, by ostatecznie zapadła ciemność.

Rozdział 9

- Umarła? - Usłyszałam jak przez szklaną ścianę.

- Czy tobie już do końca odjebało? - Dotarł do mnie drugi, równie przytłumiony głos. - Oczywiście, że nie, idioto. Zemdlała.

- Nowe. Nie znałem.

- Nie mogę... Pojebie mnie.

Poczułam chłód na twarzy. Najpierw pojawił się na czole, by następnie zsunąć się niżej, na policzek i szyję. Zimno w połączeniu z moją rozgrzaną skórą sprawiło, że wstrząsnął mną dreszcz. Uchyliłam powieki, ostre światło zakłuło mnie w oczy, więc natychmiast je zamknęłam i zacisnęłam najmocniej, jak tylko mogłam.

- Maddie? - Głos Ezry był już znacznie wyraźniejszy. Ponownie spróbowałam otworzyć oczy. Zamrugałam kilkukrotnie, by przyzwyczaić je do światła. Ezra zaczął nabierać kształtów, a po chwili nie był jedynie rozmazaną plamą na jasnym tle, tylko człowiekiem z krwi i kości. Przyglądał mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, w spojrzeniu błyszczało coś na wzór zmartwienia, jednak chłód w nim zawarty kazał mi mieć się na baczności i nie ufać do końca przeczuciu.

Tuż za pochylonym Ezrą stał sam Nicola Dubois. Spoglądał na mnie z góry beznamiętnie, kąciki jego ust drgały co chwilę, jakby powstrzymywał uśmiech, który się na nie cisnął bez względu na powagę sytuacji.

W pierwszej chwili nie za bardzo docierało do mnie, co się wydarzyło. Ból w czaszce rozprzestrzeniał się z niesamowitą prędkością. Uniemożliwiał pełne skupienie, zaglądał odważnie w każdy zakamarek i rozpychał się, nie bacząc na to, czy jest tam dla niego miejsce.

Wspomnienia ostatniej godziny powoli wychodziły na pierwszy plan. Mózg mielił na nowo przyswojone informacje. Żołądek kurczył się, przesuwał zawartość do góry. Gwałtownie się podniosłam i usiadłam. To nie był najlepszy pomysł. Świat zawirował, a ból zakłuł jeszcze bardziej.

- Będę rzygać - sapnęłam i przyłożyłam dłoń do ust.

Nicola wystrzelił w moją stronę, złapał za nadgarstek i świat w mgnieniu oka zawirował. W moje nozdrza uderzył ostry zapach cytrusów wymieszanych z czymś orzeźwiającym, ale nie miałam zbyt wiele czasu, żeby się nad nim zastanowić. Wylądowałam na kolanach. Dubois przytrzymał mnie jedną ręką w pasie, a drugą chwycił za włosy i przerzucił je do tyłu. Przechylił mnie tak, by moja głowa znalazła się tuż nad muszlą.

Torsje wstrząsnęły mną od razu. Łzy spływały po moich policzkach niekontrolowanie, kiedy pozbywałam się treści żołądka. Nie byłam pewna, jak długo to trwało, ale przez cały ten czas czułam, jak Nicola spina się przy każdym kolejnym ataku. Jego dłoń początkowo zaciskała się mocno na moich włosach, jednak po czasie poluźnił ucisk i zaczął gładzić mnie po plecach. Gdybym nie wiedziała, kto znajduje się ze mną w pomieszczeniu, uznałabym ten gest za czuły.

W końcu moje ramiona opadły. Podparłam się dłońmi o kolana i ostatkiem sił się wyprostowałam. Białe plamki migały przed moimi oczami, świat kołysał się niebezpiecznie. Wciąż było mi niedobrze, choć nie miałam pojęcia, czy mogłabym wyrzucić z siebie choćby gram więcej. Moja klatka piersiowa poruszała się wraz z głębokimi oddechami. Puls szalał, dlatego brałam spore wdechy i wypuszczałam je przez nos, by go wyrównać.

- Całkiem ludzki odruch - mruknął Nicola, po czym podniósł się z podłogi. Spojrzałam na niego i od razu tego pożałowałam. Przestrzeń zatańczyła tango bez ostrzeżenia. Trimis przewrócił oczami, złapał mnie za ramiona i podciągnął do góry. Przyjrzał się mojej twarzy. - Jesteś zielona.

- Spierdalaj - sarknęłam. Próbowałam wyszarpać się z jego uścisku, lecz nie miałam na to siły. Czułam się otępiona, bez energii, wymioty skutecznie wyciągnęły ze mnie wszystko, co mogły, a ból głowy wcale nie ułatwiał zadania.

Dubois wyczuł moje kiepskie samopoczucie i niechęć do niego. Poluźnił uścisk, upewnił się, że stoję twardo na ziemi, po czym puścił moje ramiona, a jego ręce zniknęły splecione za plecami. Zerknęłam na niego przelotnie. Twarz wykrzywiał grymas przypominający uśmiech, lecz moją uwagę bardziej przykuła cienka, sina linia, ciągnąca się niemal pośrodku szyi mężczyzny.

Przez mój umysł przesunęło się poczucie winy, jednak szybko się go pozbyłam. Kutasowi zwyczajnie się należało za to, jak mnie traktował do tej pory. Gniew powoli kiełkował w moich trzewiach. Powinien się cieszyć, że nie urwałam mu tego zakutego łba!

Pukanie do drzwi przerwało natłok coraz gorszych myśli i wizji tego, co mogłabym mu zrobić. Ezra nacisnął klamkę i wszedł do łazienki.

Dopiero wtedy rozejrzałam się nieśmiało po pomieszczeniu i kiedy wisiałam tak nad sedesem, pozbywając się swoich wnętrzności, łazienka wydawała się zdecydowanie mniejsza, niż była w rzeczywistości. Po przeciwnej stronie muszli i umywalki stał ogromny, narożny prysznic. Byłam pewna, że zaświeciły mi się oczy, gdy tylko mój wzrok na niego padł. Żaden z mężczyzn jednak nie dał po sobie poznać, że zauważył tę nagłą ekscytację.

- Wszystko w porządku? - Ezra patrzył na mnie znad srebrnych oprawek. Jego twarz nie wyrażała absolutnie niczego, jakby przy trimisie zamieniał się w marmurowy posąg. Musiałam spojrzeć mu w oczy, by odczytać jego nastrój.

- Za dużo informacji - powiedział Nicola, nim zdążyłam wykonać jakikolwiek ruch. Zmrużyłam oczy i wycelowałam palec w jego klatkę piersiową.

- Jak mogę odzyskać wspomnienia? - zapytałam bez ogródek. Starałam się skupić na twarzy trimisa, jego nagi tors wciąż mnie rozpraszał. Wzrok mimowolnie zjeżdżał niżej, na podłużną bliznę poniżej klatki piersiowej.

- Pozwól, że najpierw...

- Nie - warknęłam. - Chcę wiedzieć to już, teraz, i wyjść.

Nicola przechylił głowę na bok. Spojrzałam mu w oczy. Wydawały się ciemnieć z każdą sekundą coraz bardziej. Czarne, gęste rzęsy drgały wraz z powiekami. Zdecydowanie zastanawiał się, jak ubrać swoją odpowiedź w odpowiednie słowa.

- To będzie skomplikowana operacja, Maddie - odezwał się Ezra, łapiąc mnie za ramię. Znów ogarnęła mnie swoista bariera. - Pracuję nad tym, by złamać zabezpieczenia w miejscu, w którym się znajdują.

Spojrzałam na niego i zamrugałam zaskoczona. Przez myśl przetoczyło się... coś. Nie byłam w stanie tego określić, ale nasiliło ból, który kotłował się pod sklepieniem czaszki od momentu, kiedy odzyskałam przytomność.

- Co znaczy: "miejsce, w którym się znajdują"? - powtórzyłam za nim trochę bezwiednie. Słowa same opuściły moje usta.

Cohen i Dubois wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia. Trwało to zdecydowanie dłużej niż zwykłe zerknięcie. Zaczynałam się denerwować. Nie podobała mi się sytuacja, w której znalazła się nasza trójka. Stanie między trimisem, który twierdził, że należę do niego, a człowiekiem, z którym sypiałam od lat, było jak położenie się w imadle i czekanie, aż zgniecie mnie na miazgę.

- To znaczy, że straciłaś wspomnienia w nienaturalny sposób, skarbie. - Nicola mówił powoli, wciąż wpatrując się w twarz Ezry. Mięśnie szczęki hakera się zacisnęły. - I znajdują się w pewnym miejscu w Paryżu.

 

***

 

Ezra przekręcił klucz w zamku, po czym pchnął drzwi do swojego mieszkania. Chwycił mnie za rękę i poprowadził w głąb ciemnego korytarza. Szłam za nim niczym w transie. W mojej głowie kotłowały się cały czas słowa Nicoli. Mieliłam zdobyte informacje, próbowałam jakoś je poukładać, ale wciąż miałam wrażenie, że wiele rzeczy mi umyka.

Dubois nie powiedział zbyt dużo. Mogłam z tego wyciągnąć trochę wniosków, wolałam jednak usłyszeć to od któregoś z mężczyzn. Chciałam, by rozwiali moje wątpliwości w jakiejkolwiek sprawie dotyczącej Jean Luca, mnie i pochodzenia trimisów. Miałam nadzieję, że odpowiedzi Ezry będą mniej wymijające.

Cohen wymacał włącznik światła na ścianie. Ciche kliknięcie rozeszło się wraz z jasnością ledowych żarówek rozsianych po całym suficie loftowego mieszkania hakera. Puścił moją dłoń, podszedł do wyspy kuchennej i rzucił klucze na blat. Nerwowym ruchem zdjął z siebie płaszcz, następnie wyciągnął colta z kabury przewieszonej przez klatkę piersiową i zabezpieczył pistolet. Sięgnął do kołnierza koszuli i odpiął dwa guziki.

- Wyglądasz na zdenerwowanego - stwierdziłam monotonnym głosem. Szok wciąż mnie trzymał. Miętowa pasta do zębów Nicoli drażniła kubki smakowe i nie pozwalała myśleć o niczym innym. Ezra odwrócił się do mnie gwałtownie. Otworzył usta, by po chwili je zamknąć, mięśnie jego szczęki się poruszyły, gdy zaciskał zęby.

Zaciskające się pięści również nie uszły mojej uwadze.

- Kurwa mać, Madeleine - sapnął. Zdjął okulary, po czym przetarł twarz dłonią. Z jego klatki piersiowej wymsknęło się zrezygnowane westchnięcie. - Jak mam nie być zdenerwowany, kiedy wszystko się popierdoliło?

Zmarszczyłam brwi i założyłam ręce na piersi. Podeszłam do niego pewnym krokiem i zadarłam głowę do góry. Czułam, że mój umysł wraca na właściwe tory.

- Bo co? Bo się dowiedziałam, że współpracujecie? - warknęłam, ciskając w jego klatkę piersiową palec wskazujący. - Jesteś niemożliwy, wiesz? Od początku wiedziałeś o Duboisie i nic mi nie powiedziałeś!

- A co miałem ci powiedzieć? "Hej, Maddie, jestem podwójnym agentem, zamierzam sprzątnąć Russeau, wchodzisz w to?" - skontrował. Pochylił się, by móc spojrzeć mi w oczy. Jego głos był niski i lodowaty, ale spojrzenie mówiło zupełnie co innego. Patrzył na mnie miękko, z nieukrywaną troską, jakby obawiał się mojej reakcji.

Właściwie miał rację. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, byłam pewna, że gdyby powiedział mi wcześniej o współpracy z Nicolą, od razu posłałabym mu kulkę między oczy. Przeklinałam sama siebie za to, jak ślepo wierzyłam w Jean Luca, jednocześnie nie wiedząc, kim i czym tak naprawdę jest, czym się zajmuje, jaki jest jego cel. Zrobił wszystko, bym była posłuszna jego rozkazom i nie zadawała zbędnych pytań odnośnie do handlu narkotykami.

Opuściłam ramiona i wzięłam głęboki wdech. Rozluźniłam dłoń, po czym położyłam ją płasko na klatce piersiowej mężczyzny.

- Opowiedz mi o tym - poprosiłam już mniej groźnym tonem niż wcześniej. Wciąż byłam zła, ale miałam nadzieję, że to, co ma do przekazania Ezra, rozjaśni trochę sytuację.

Cohen wyminął mnie, podszedł do sofy i rozsiadł się na niej niedbale. Poklepał miejsce obok siebie. Bez słowa wykonałam polecenie. Położył rękę na moim udzie i zaczął gładzić je delikatnie, jakby ten gest pomagał mu zebrać myśli. Mnie z kolei zaczynał irytować. Chwyciłam go i zacisnęłam palce. Ezra zerknął na mnie, kącik jego ust drgnął nieznacznie.

- Nicola przyszedł do mnie jakieś trzydzieści lat temu z propozycją współpracy. Już wtedy od wielu lat hakowałem dla Russeau, ale nigdy wcześniej nie zostałem zaangażowany w akcję w terenie - zaczął. Patrzył w jakiś punkt przed sobą, jakby był myślami gdzieś bardzo daleko.

- Zaraz, zaraz, stop. Trzydzieści lat temu? Znaczy...

- Że mam więcej lat, niż możesz przypuszczać. - Uśmiechnął się gorzko. Zamrugałam i już chciałam zadać kolejne pytanie, jednak mnie uprzedził. - Nie, nie jestem trimisem. Ani demonem.

Zasznurowałam usta.

- Więc czym...

- Człowiekiem - powiedział, zanim dokończyłam pytanie. - Przynajmniej jeszcze.

Obrócił się przodem do mnie i zaczął podwijać mankiet lewego rękawa. Cały czas intensywnie wpatrywał się w moją twarz, czekał na reakcję. Spuściłam wzrok na jego przedramię. Otworzyłam usta w zdziwieniu. W moim przełyku w mgnieniu oka uformowała się ogromna gula, której nie byłam w stanie przełknąć.

Rękę Ezry, od nadgarstka, aż poza łokieć, zdobiła siatka czarnych żył. Zamrugałam, wydawało mi się, że pulsują wściekle, byłam pewna, że przed moimi oczami migają złote nitki. Złote, niemal w kolorze płynnego miodu. Wszystkie moje mięśnie spięły się natychmiast, a trimis szarpnął niespokojnie. Zdusiłam w sobie gotowość do walki. Domyślałam się, co stało się z Ezrą, ale nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli.

- Co to jest? - Mój głos zadrżał niespodziewanie.

- Prawdopodobnie wynik nieudanego eksperymentu. - Cohen się uśmiechnął, ale nie było w tym grymasie nic radosnego. Iskra w jego oczach przygasła. - Byłem szczeniakiem. Sześć lat po wojnie wygłupiałem się z kolegami nad jednym z kraterów, które pozostały po zrzucie. Zachwiałem się i wpadłem do niego. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to był jeden z tych, do których wojsko wrzucało radioaktywne odpady. Wyciągnęli mnie, ale szybko się okazało, że choroba popromienna rozprzestrzeniała się po moim organizmie w zawrotnym tempie.

- Chryste... Ezra...

- Nie dawali mi żadnych szans. Z dnia na dzień czułem się coraz gorzej. A potem... - Oparł się bokiem o zagłówek sofy. Cały czas gładził moją dłoń, jakby się obawiał, że jeśli mnie puści, to ucieknę. Podniósł głowę i spojrzał na mnie z determinacją. - A potem przyszłaś do szpitala razem z Russeau. - Otworzyłam szeroko oczy, a szczęka opadła mi chyba na samą podłogę. - Powiedzieliście, że możecie mi pomóc i mogę przeżyć.

Wpatrywałam się w niego oniemiała. Krew w moich żyłach stanęła, serce na moment przestało bić. Plecy oblał zimny pot. Czułam, że zaczynam drżeć. Każde jego słowo odbijało się echem od sklepienia mojej czaszki i wracało z podwójną mocą.

Smutny uśmiech nie schodził z twarzy mężczyzny. Podniósł się ociężale, a potem podszedł do konsoli przy oknie. Stało na niej kilka butelek, część była napoczęta. Sięgnął po szklankę i nalał sobie whisky. Wrócił na sofę, pochylił się, po czym oparł łokcie o kolana.

- Chciałem żyć, więc bez wahania się zgodziłem. - Zamieszał trunek i upił łyk. - Miałem wziąć udział w projekcie, który był twoim autorskim pomysłem. Lata później dowiedziałem się, że stworzyłaś go razem z Nicolą Duboisem. Niwelował skutki choroby popromiennej.

- Byłam... naukowcem? - Szok nie odpuszczał. Ledwo wydusiłam z siebie te słowa.

- Tak. - Ezra pokiwał głową. - Projekt był ściśle tajny. Dlatego Jean Luc nie wiedział, że kiedy wymiesza się substancję czynną z eterem, ta zacznie mutować i zamieniać ludzi w...

- ... potwory - dokończyłam za niego.

- Bystra jak zawsze.

Opowieść Ezry zaczynała układać się w sensowną całość, ale chciałam wiedzieć więcej. Mieć pełny obraz tej historii.

- Czyli zmieniasz się w potwora? - zapytałam dla jasności.

- Jeśli nie przyjmę antidotum, to tak się właśnie stanie. - Oblizał dolną wargę. - Na początku robiłaś wszystko, by odwrócić ten proces, jednak nie do końca się to udało. Po chorobie popromiennej nie było ani śladu, byłem silniejszy, przestałem się starzeć, ale musiałem co kilka tygodni przyjmować lek, inaczej moje DNA mutowało. Z każdym kolejnym zastrzykiem czas działania się wydłużał. Zapasy, które miałem, kurczyły się, i kiedy już myślałem, że to koniec, odnalazł mnie Dubois. Posiadał twoje zapiski i wiedział, jak stworzyć antidotum.

Chwyciłam za szklankę, którą trzymał w dłoniach, po czym odstawiłam ją na drewniany blat ławy. Wdrapałam się na jego kolana i objęłam mocno za szyję. Czułam, że potrzebuje w tym momencie bliskości, jak nigdy wcześniej. Niemal natychmiast jego ręce oplotły moje ciało i przyciągnęły bliżej do jego torsu. Serce Ezry waliło w szaleńczym galopie, oddychał płytko, jakby powrót do przeszłości okazał się boleśniejszy, niż sam przypuszczał. Ukrył twarz w zgięciu mojej szyi, czułam jego delikatnie rozchylone usta na nagiej skórze.

- Od razu zgodziłem się dla niego szpiegować. - Głos Ezry był odrobinę przytłumiony. - Poza tym chciałem, byś odzyskała pamięć. Potrzebowałem tego, żebyś mnie pamiętała.

- Och, Ezra... - Chciałam coś jeszcze dodać, ale wszystkie myśli uleciały z mojej głowy. Niepoukładane informacje zamieniły się w tornado, skutecznie pozbywały się wszystkich filarów ostatnich dziesięciu lat mojego jestestwa. Zamieniały dotychczasowe wspomnienia w kupę gruzu i pyłu, i nie byłam w stanie tego zatrzymać.

- Niestety za każdym razem, kiedy już byliśmy blisko, wracaliśmy do punktu wyjścia. Dziesięć lat temu cudem udało się utrzymać w tajemnicy moją współpracę z Nicolą. Tym razem chcieliśmy, by wszystko szło zgodnie z planem. Jednak Jean Luc poczuł się zbyt pewnie, tak samo jak Dubois. I cały misterny plan szlag trafił.

Przygryzłam dolną wargę. Odsunęłam się od hakera odrobinę, bym mogła na niego spojrzeć. Nie podniósł głowy, wpatrywał się w bliżej nieokreślony punkt między nami. Ujęłam jego twarz w obie dłonie i uniosłam do góry. Była niewyraźna, rozmazana, jakby między naszymi ciałami ktoś postawił deszczownicę, odcinając nasze spojrzenia od siebie ścianą wody.

Zamrugałam, by odpędzić niechciane łzy. Coś bardzo mocno ścisnęło mnie w mostku, gorąco rozeszło się po całym ciele palącym strumieniem. Trimis w moim wnętrzu całkowicie ucichł, jakby przytłoczyło go wyznanie Cohena.

Sięgnął ręką do moich włosów i odgarnął niesforne kosmyki za ucho. Mimowolnie wtuliłam się we wnętrze jego dłoni, jej ciepło gryzło się z chłodem mojego policzka. Gorący oddech Ezry omiótł moją twarz. Rozchyliłam usta, gotowa na pocałunek, jednak on odsunął się nieznacznie, kręcąc głową.

- Nie skończyłem - powiedział ochrypłym głosem. Odchrząknął, po czym odchylił się do tyłu i oparł o zagłówek.

- Jest jeszcze coś? - Zmarszczyłam brwi.

- Myślę, że to ważna informacja. - Nabrał powietrza w płuca. Drgnęłam nerwowo, czułam, że nie spodoba mi się to, co powie. - Ty i Nicola byliście małżeństwem. Niedługo po wojnie wasze drogi się rozeszły, ale nie było zbyt wielu naukowców, więc byliście zmuszeni pracować razem. W zasadzie cała wasza trójka. Nicola nie za bardzo mógł się pogodzić z rozwodem, a kiedy pojawiłem się ja... Krótko mówiąc, nie przyjął tego zbyt dobrze.

Gwałtownie podniosłam się z kolan Ezry i cofnęłam się o dwa kroki. Świat zawirował bez ostrzeżenia, szłam chwiejnym krokiem do tyłu, dopóki nie natrafiłam na ścianę. Osunęłam się po niej powoli, podkuliłam nogi, a ręce mimowolnie powędrowały do głowy. Nie zarejestrowałam, w którym momencie zatopiłam palce we włosach i pociągnęłam za nie mocno. Puls przyspieszył w ułamku sekundy, krew szumiała w uszach w szaleńczym rytmie bicia serca.

Małżeństwem... Byliśmy małżeństwem. Chryste Panie!

Mózg mielił tę informację tak szybko, że sama nie nadążałam za myślami, które kotłowały się w mojej głowie. Wszystko nagle stało się jasne. Tak bardzo oczywiste. To, jak ze mną tańczył, że znał każdy mój ruch i manierę. Wiedział, co zadziała na moje zmysły. Pewność, że nie będę w stanie go zabić. Każdy jego ruch, grymas. Wiedziałam o tym wszystkim. Wiedziałam, co na niego zadziała i jaki efekt to przyniesie. Ciało pamiętało, ale umysł nie. Nieświadomie wykorzystywałam pamięć mięśniową do interakcji z Nicolą. Mózg sam podsuwał rozwiązania, choć nie miał pojęcia, czemu je wykorzystuje.

Ezra dopadł do mnie niespodziewanie. A może siedział obok już od dłuższej chwili? Nie byłam tego pewna. Już niczego nie byłam pewna.

Złapał za moje nadgarstki i przyciągnął je do siebie. Otoczył mnie ramieniem, po czym przycisnął do klatki piersiowej i zamknął w szczelnym uścisku. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że cała się trzęsę. Pogładził mnie po plecach, a brodę oparł o czubek mojej głowy.

- Chyba jednak za dużo informacji - westchnął, wykonując dłonią kolejne kółko między moimi łopatkami.

Przełknęłam gulę zalegającą w przełyku. Wzięłam głęboki wdech, by uspokoić odruchy ciała, ale wydawało mi się, że w tym momencie są nie do opanowania. Chciałam wrzeszczeć, wściec się, sprawić, że cały ten świat spłonie, albo cofnąć czas i wciąż tkwić w błogiej nieświadomości.

Bliskość Ezry pomagała. Po raz kolejny w tym dniu otoczył mnie ochronną, niewidzialną barierą. Uspokajał samą obecnością i zastanawiałam się, czy od zawsze tak było.

- Jak dużo nas łączyło, Ezra? - zapytałam szeptem. Bałam się, że jeśli odezwę się głośniej, to wszystko okaże się jedynie koszmarem.

- Bardzo dużo - odparł również szeptem. Mówił tak cicho, że gdyby nie to, że w powietrzu tańczył jedynie dźwięk naszych przyspieszonych oddechów, nie byłabym w stanie go usłyszeć. - Wystarczająco dużo, bym nie mógł dłużej udawać, że jest inaczej.

- Jak...

- ...do tego doszło? - Zaśmiał się, klatka piersiowa mężczyzny zafalowała delikatnie. - Laboratorium było cichym miejscem. Trzeba było znaleźć inny sposób na wyrażanie myśli.

Podniosłam głowę, by móc na niego spojrzeć. Odsunął się nieznacznie, ale tylko na chwilę. Przysunął się tak, że nasze nosy się stykały. Wpatrywałam się w ciemne tęczówki, między nami wisiało pytanie, które powinnam zadać, lecz głos uwiązł mi w gardle. Musnął moje usta, jego ciepły oddech sprawił, że po moim kręgosłupie przeszedł niekontrolowany dreszcz. Złożył kolejny, delikatny pocałunek na moich wargach. Jego ręce przesunęły się z łopatek na moje biodra, po czym podciągnął koszulkę do góry i ściągnął mi ją przez głowę.

Wszystko robił powoli, spokojnie, nie wydał przy tym ani jednego dźwięku. Położył dłoń na mojej klatce piersiowej i pchnął mnie delikatnie do tyłu. Oparłam się o ścianę z cichym stuknięciem. Zamarł z ręką w powietrzu i spojrzał na mnie niepewnie.

Nieznacznie skinęłam głową. Doskonale rozumiałam, o czym mówił. Niemal od razu przyszło mi na myśl pierwsze spotkanie z Duboisem i miejsce, do którego mnie przeniósł. To było celowe zagranie. Chciał naprowadzić mnie na trop, a ja go zignorowałam. Wolałam tkwić w swojej frustracji.

Odpędziłam od siebie myśli o Nicoli. Ciepła dłoń Ezry przesunęła się po moim brzuchu, przemknęła gładko pomiędzy piersiami i oplotła delikatnie szyję. Wpił się w moje usta zachłannie, nie zdążyłam powstrzymać jęku, który chciał wyrwać się z mojego gardła. Jednak Ezra zacisnął palce odrobinę mocniej i zdusił go, zanim opuścił moje wargi.

Mimo że podpierałam się na łokciach, objął mnie drugą ręką i nieznacznie przyciągnął do siebie. Nasze klatki piersiowe zderzyły się ze sobą miękko. Zsunęłam się niżej, by nie skupiać się na niewygodnej pozycji. Ezra przyległ do mnie niemal na całej długości ciała. Wplątał palce w moje włosy i pociągnął, lecz na tyle delikatnie, by nie wywołało to kolejnego, niepożądanego jęknięcia.

Sunął ustami po mojej szyi, czułam, że mój puls przyspiesza razem z kolejnymi uderzeniami serca. Ciało obsypała gęsia skórka, gdy dotarł do nagiej piesi i jego ciepły oddech omiótł wrażliwy sutek. Zagryzłam dolną wargę, by powstrzymać kolejny dźwięk, chcący wydobyć się z mojego gardła.

Ezra wyprostował się, sięgnął do guzików koszuli, po czym zaczął je rozpinać. Robił to bezszelestnie tak jak każdą inną czynność do tej pory. Kiedy pozbył się górnej części garderoby, wyciągnął ku mnie rękę i spojrzał pytająco. Podniosłam się i podałam mu swoją. Nachylił się do mojego ucha. Przechyliłam lekko głowę, byłam pewna, że będzie mówił bardzo cicho.

- Jak długo chciałabyś, bym mówił do ciebie bez słów? - Nie tyle słyszałam, ile czułam, jak poruszają się jego wargi.

Zaschło mi w ustach. Wypuściłam powietrze przez nos. Czułam, jak płonę w środku, ale skórę muskał chłód betonowych ścian. Choć w głębi serca byłam pewna, że to nie surowy wystrój wnętrza sprawił, że w moim organizmie zderzyły się dwie skrajności.

Mężczyzna nie czekał na moją odpowiedź. Podniósł się i pociągnął mnie za sobą. Czułam się bezbronna jak kukiełka. Bez zastanowienia poddałam się temu, co mi proponował. Tak bardzo pragnęłam jego bliskości i przypomnienia sobie tego, co było między nami, że całkowicie zapomniałam o złości, która gotowała się we mnie jeszcze kilka godzin temu.

Chwycił mnie za pośladki, zjechał dłońmi niżej i dźwignął do góry. Zarzuciłam ramiona na jego szyję, nogami oplotłam wąską talię i skrzyżowałam je w kostkach. Ezra nie spuszczał ze mnie skupionego spojrzenia. Jak w transie ruszył przed siebie. Doskonale wiedziałam, gdzie się kieruje, byłam tam nie raz. Tuż przed schodami zrzucił buty, po czym bezszelestnie wszedł na antresolę.

Tylko przez chwilę zastanawiałam się, jak to robi, że nie wydaje przy tym nawet jednego najmniejszego dźwięku. Zachowywał się tak, jakbym nic nie ważyła, jakby niósł na górę płaszcz, a nie człowieka z krwi i kości.

Odłożył mnie delikatnie na łóżko. Nie czekając na nic, sięgnął do zapięcia moich spodni i zdjął je razem z butami. Zostałam w samej bieliźnie. Podparłam się na łokciach. Obserwowałam, jak sam powoli się rozbiera, nie robiąc przy tym żadnego hałasu.

W części sypialnianej nie było zbyt wiele światła. W półmroku Cohen prezentował się niczym jeden z mitycznych starożytnych bóstw. Idealnie wyrzeźbione ciało odcinało się z jednej strony ostrą krawędzią, doskonale zarysowane mięśnie poruszały się przy najmniejszym jego drgnięciu. Nie spieszył się. Powoli wspiął się na pościel. Delikatnie oparł się o moją zgiętą nogę. Przesuwał drżącymi palcami po mojej skórze do góry. Miałam wrażenie, że miejsca, których dotykał, paliły mnie żywym ogniem.

Zaczepił o krawędź koronkowych majtek. Podciągnął się do góry, nasze twarze znajdowały się na jednej wysokości. Moje ciało trzęsło się przy każdym najmniejszym geście Ezry. Nawet mój oddech był rozedrgany, jakby jego ruchy miały kontrolę nad wypuszczanym przeze mnie powietrzem. Pochylił się nade mną. Sądziłam, że znów będzie to jedynie delikatne muśnięcie, jednak on wpił się w moje usta mocno, wręcz nachalnie.

Poczułam mocne szarpnięcie, po którym nastąpił krótki dźwięk rwanego materiału. Zamarłam, udzieliła mi się ostrożność Cohena w tej kwestii, lecz on nie zwrócił uwagi na ten drobny hałas.

Całował mnie tak, jakby robił to po raz pierwszy od bardzo dawna. Powoli rozluźniałam się pod wpływem tej pieszczoty. Wplotłam palce we włosy mężczyzny, drugą dłoń zaciskałam na jego ramieniu. Przygryzł delikatnie moją wargę. Spojrzał na mnie spod na wpół przymkniętych powiek. Wzrok miał delikatnie zamglony, widziałam, jak w ciemnych tęczówkach Ezry odbijają się moje własne - w kolorze płynnego miodu.

Wygięłam się w łuk, kiedy poczułam ciepłe palce u zbiegu ud. Gdyby nie język Cohena badający zawzięcie wnętrze moich ust, pisnęłabym bez zastanowienia.

Przekręcił się na plecy, po czym pociągnął mnie za sobą. Podniósł się do pozycji siedzącej, zacisnął palce na moich biodrach i wszedł we mnie bez ostrzeżenia. Zakrył mi wargi dłonią, zanim zdążyłam krzyknąć. Skuliłam się w pierwszej chwili. Ukryłam twarz w zgięciu jego szyi i zacisnęłam zęby na mięśniu. Poczułam, jak jego ciało napina się pod wpływem bólu. Wbił palce w moje lędźwie. Poruszyłam się, w pierwszej chwili trochę nieśmiało. Obawiałam się, że przestanę się kontrolować.

Niewiele oddechów później przyjemne ciepło rozlało się po moim wnętrzu. Ezra wodził opuszkami palców po moim kręgosłupie, wywołując kolejne dreszcze. Delikatnie przygryzał skórę na mojej szyi, smagał językiem krawędzie warg. Nasze ruchy zsynchronizowały się, były niespieszne, leniwe, całkowicie inne od tego, co przeżywaliśmy do tej pory w czterech ścianach mojego mieszkania.

Kręciło mi się w głowie od wzbierających we mnie emocji. Ezra mówił do mnie, nie używając słów. Opowiadał o tym, jak blisko ze sobą byliśmy, czułam to w każdym powolnym pocałunku, założonym za ucho kosmyku, każdym mocniejszym pchnięciu, naszych splecionych dłoniach i zamglonych spojrzeniach. Poruszał ustami, układał je w wyrazy i zdania, nie wydając przy tym ani jednego, nawet najmniejszego dźwięku, a mimo to czułam, jak jego obietnice odbijają się od sklepienia mojej czaszki.

Jeśli tak właśnie wyglądała moja przeszłość, to byłam gotowa się w niej zatracić. Wpaść między bezpieczne ramiona i zostać tam na zawsze, w zawieszeniu, z dala od problemów całego świata. A przynajmniej z dala od tego, w którym przyszło mi żyć.

***

Promienie wschodzącego słońca sunęły powoli po betonowej podłodze. Przyglądałam się im z zainteresowaniem, wodząc palcem tą samą drogą, którą obrały. Chłonęłam ich soczysty, pomarańczowo-złoty kolor. Niebawem niebo znów zasnują szare chmury i trzeba będzie czekać do kolejnego wschodu, by móc je zobaczyć.

Ciche kroki zwróciły moją uwagę. Głowa Ezry pojawiła się w wejściu na antresolę, a tuż za nią reszta jego ciała i dwa kubki w rękach. Uniosły się nad nimi niewielkie obłoczki pary, do moich nozdrzy dotarł zapach świeżo parzonej kawy.

Usiadłam, po czym przyjęłam od niego naczynie. Przyjemnie ogrzewało zmarznięte palce, zdecydowanie bardziej niż sweter, który na sobie miałam.

Upiłam łyk, smak rozszedł się równomiernie po języku. Ezra usiadł na podłodze tuż obok łóżka i oparł się jednym bokiem o jego krawędź. Posłał mi delikatny uśmiech. Złote refleksy promieni słonecznych odbijały się od soczewek okularów.

- Wszystko w porządku? - zapytał, sięgając wolną ręką do mojej twarzy. Kiwnęłam głową, zanim zdołał założyć zbłąkany kosmyk za moje ucho.

- I tak, i nie - westchnęłam. - Wciąż jestem na ciebie zła.

- Wiem.

- Wciąż nie powiedziałeś mi wszystkiego.

- Nic straconego.

- I wciąż nie mam wspomnień.

- Oprócz jednego. - Posłał mi porozumiewawcze spojrzenie. Tak bardzo nie pasowało do uśmiechu, który nie schodził z jego ust.

- Chcę pamiętać wszystko. Nie tylko to.

Skinął głową. Uciekł myślami gdzieś daleko.

- Postaramy się odzyskać je jak najszybciej.

Rozdział 10

Pożegnałam się z Ezrą przed apartamentowcem, w którym mieszkał. Wsiadł do samochodu i ruszył w stronę siedziby Jean Luca. Już niemal zapomniałam, że wciąż dla niego pracuje. Nie miałam pojęcia, czy Russeau próbował się ze mną kontaktować. Zgubiłam telefon, nawet sama nie pamiętam gdzie i kiedy.

Na moje szczęście w mieszkaniu Ezry nie brakowało żadnych urządzeń, szczególnie telefonów. Pracownicy Jean Luca gubili i niszczyli je notorycznie, a on jako dobry szef - cóż za ironia - zawsze miał nadmiar sprzętu na podorędziu. Właściwie to Cohen miał. On zajmował się dostawami i zamówieniami, jeżeli chodziło o tego typu rzeczy. Dopiero w tej chwili dostrzegałam, jak wiele zaufania ma do hakera Jean Luc.

Ezra wiedział niemal o każdym ruchu narkotykowego giganta. Jedyne, czego Cohen nie kontrolował, to dostawy eteru do Down Town. Od tego był ktoś inny. Nieznany. Zakładałam, że to sam Russeau trzymał pieczę nad zamówieniami. Był równie uzależniony od tego gówna, co jego klienci, dlatego nie mogłam wskazać nikogo, komu mógłby powierzyć to zadanie.

Jean Luc był wygodny. Miał ludzi od wszystkiego. Na niektóre zlecenia pracowały dziesiątki osób, ale jeżeli chodziło o eter - nikt nie wiedział o tym tak dużo, jak sam Russeau. Odkąd sięgałam pamięcią, przy każdym telefonie o problemach z czymkolwiek rozkładał zadania na innych pracowników, lecz jeżeli chodziło o narkotyk, wracał do swojego kurewskiego gabinetu i zamykał się tam na długie godziny, dopóki temat nie został ogarnięty do końca.

Wyciągnęłam nowe urządzenie z kieszeni i weszłam w listę kontaktów. Miałam zapisane dwa, według Ezry najważniejsze - do niego samego i do Nicoli Duboisa. Wpatrywałam się w nazwisko trimisa na wyświetlaczu dobre kilka minut. Wydęłam usta w niezadowoleniu. Po rewelacjach sprzedanych mi przez hakera nie widziałam absolutnie żadnej możliwości na owocną współpracę z tym palantem.

Jeśli naprawdę byliśmy małżeństwem, wcale mnie nie dziwiło, że ta relacja nie przetrwała. Nicola Dubois był zbyt pewny siebie, arogancki, chamski i doprowadzał mnie tym swoim złośliwym uśmieszkiem do szału. Ostatnie, czego chciałam, to wchodzić z nim w jakiekolwiek interakcje. Jednak Ezra wyjaśnił, że bez Duboisa nie odzyskam wspomnień, a on beze mnie nie pozbędzie się Russeau. Miałam wrażenie, że wciąż nie mówili mi wszystkiego, co jest związane z tym tematem.

Westchnęłam i wybrałam numer Nicoli. Przyłożyłam telefon do ucha w oczekiwaniu na połączenie. Już po pierwszym sygnale w słuchawce usłyszałam wyprany z emocji głos trimisa.

- Musimy pogadać - oznajmiłam bez żadnego powitania. - Gdzie cię znajdę?

- Tutaj. - Usłyszałam tuż przy drugim uchu.

Odruch bezwarunkowy zadziałał od razu. Wszystkie moje mięśnie się spięły, a trimis we wnętrzu wybuchł niczym wulkan podczas erupcji. Mój łokieć wbił się nieco poniżej splotu słonecznego mężczyzny. Nicola zgiął się wpół, tracąc dech w piersiach, przez co jego twarz spotkała się z moim kolanem, które wyszło mu naprzeciw niemal w tym samym czasie. Zatoczył się do tyłu, chwytając oburącz za nos. Między palcami pojawiły się szkarłatne plamy, a po chwili zaczęły kapać na szary chodnik.

- Ja pieprzę, Dubois - sapnęłam, próbując rozluźnić ciało gotowe do walki. - Ty nie masz w sobie ani krzty instynktu samozachowawczego.

- Podoba mi się taka gra wstępna - wymamrotał. Powoli się wyprostował, stękając głośno. Przetarł twarz tą samą ręką i otrzepał ją niedbale z posoki. Spojrzał na mnie z błyskiem w oku i z tym szelmowskim uśmieszkiem, którego nie cierpiałam. - Niezły cios, Madeleine.

Założyłam ręce na piersi i posłałam mu beznamiętne spojrzenie. Trimis w moim wnętrzu powoli cofał się do splotu słonecznego, a puls stabilizował, choć wciąż był szybki, napędzony nagłym wyrzutem adrenaliny.

- Czy ty zawsze za mną łazisz? - zapytałam z przekąsem.

- Nie muszę, mon chéri. Zawsze cię znajdę.

Przez jego twarz przetoczyła się emocja, która całkowicie nie pasowała do zawadiackiego uśmiechu i błyszczących oczu. Przechyliłam lekko głowę i zmarszczyłam brwi, wpatrując się uważnie w jego oblicze. Nie mogłam w żaden sposób nazwać tego grymasu, ale był tak odmienny od ustawień fabrycznych jego twarzy, że nie zostawał przeze mnie niezauważony.

Nicola parsknął, widząc moją minę. Raz jeszcze przetarł miejsce między ustami a nosem. Z dziurek wciąż sączyła się krew, ale wydawało się, że nieszczególnie się tym przejmował. Wyciągnął drugą dłoń w moją stronę. Uniosłam brwi w konsternacji.

- Chyba nie będziemy rozmawiać na środku ulicy - mruknął, przewracając przy tym oczami. - Poza tym wiem, czego chcesz, a nie mam tego przy sobie.

Antidotum.

Opuściłam nieznacznie ramiona i wzięłam głęboki wdech. Ezra potrzebował antidotum, więc musiałam schować dumę i złość do kieszeni, jeśli chciałam je dostać. Byłam pewna, że sam w końcu spotkałby się z Nicolą i je otrzymał, lecz biorąc pod uwagę, jaki nerwowy zrobił się po telefonie Russeau, obowiązki mogły mu zająć więcej czasu, niż w rzeczywistości miał.

A czułam, że miał go niewiele. Moc trimisa krzyczała w moim wnętrzu, wyczuwając zagrożenie ze strony hakera. Zmieniał się, choć wcale nie było widać tego po jego oczach. Z tego, co wiedziałam, umysł jako ostatni był infekowany przez mutację. Zastanawiałam się, jak mogłam nigdy tego nie wyczuć. Czyżby lek działał dłużej, niż się znaliśmy?

Podałam Nicoli swoją dłoń. Mężczyzna przyciągnął mnie do siebie i objął mocno w talii. Z jego ust wymsknęło się ciche parsknięcie, na które jedynie przewróciłam oczami, po czym zacisnęłam mocno powieki. Poczułam to nieznośne uczucie przenoszenia z miejsca na miejsce. Żołądek zawiązał się w ciasny supeł, chcąc wypchnąć przez przełyk jego treść, choć i tak nie znajdowało się tam wiele.

Dłoń Duboisa zniknęła z mojego ciała. Stałam stabilnie na twardym podłożu, bez strachu otworzyłam oczy i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Znajdowaliśmy się w salonie, z którego dzień wcześniej wyszłam w towarzystwie Cohena. Wszystko stało na swoim miejscu tak zwyczajnie, jakby wczoraj nic się nie wydarzyło.

Nicola podszedł do kanapy i usadowił się na niej wygodnie. Zarzucił ramiona na oparcie i przechylił głowę w bok.

- Więc? - Uniósł jedną brew. Miałam wrażenie, że przeżywam déja vu. Jakbyśmy znów byli w Abbys.

- Po pierwsze: lek. - Podniosłam palec wskazujący do góry.

- Jest w lodówce w kuchni - odparł wypranym z emocji tonem. Uśmiech z jego ust natychmiast znikł. - Skoro wiesz o tym, to wiesz również o...

- ...małżeństwie - dokończyłam za niego. - Tak.

Nicola zabębnił palcami o oparcie kanapy. Spojrzał w stronę okna. Jego oblicze spoważniało, byłam pewna, że nad czymś się zastanawia, ale nie mogłam wyczytać nic z jego postawy. Podobno potrafiłam włazić innym do głowy, tak jak on, jednak nie miałam pojęcia, jak to robić.

Podeszłam do fotela i również usiadłam. Splotłam palce na kolanach, w moim organizmie krążyła dziwna emocja, której w pierwszej chwili nie byłam w stanie określić. Oczekiwanie, wymieszane z odrobiną zdenerwowania i niepewności. Jakby milczenie Nicoli zwiastowało kolejną bombę, którą zamierzał na mnie zrzucić.

- Byłem taki głupi - powiedział w końcu, a mnie przeszedł dreszcz. Natychmiast się wyprostowałam.

- Nie żebyś teraz był mądrzejszy - skomentowałam. Nicola spojrzał na mnie spode łba i uśmiechnął się kącikiem ust. Pochylił się do przodu, ułożył łokcie na kolanach i splótł dłonie między nimi.

- Widzisz, Madeleine, nasze rozstanie było dobrze przemyślaną strategią Russeau. Wiedział, że nie pozwolę na to, byś odkryła przed nim wszystkie nasze badania, dlatego postarał się, byś przestała mi ufać - wyjaśnił. Zacisnęłam usta. Nie chciałam mu przerywać, musiałam wiedzieć, co ma mi do powiedzenia. - Jedno mu się udało: poróżnić nas. Gdyby nie Cohen, pewnie wrócilibyśmy do siebie po tym powojennym zawirowaniu.

- Nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić - mruknęłam, odwracając wzrok. Dziwne uczucie osiadało w moim żołądku, kiedy słuchałam, jak Nicola mówi o naszym małżeństwie. Wciąż nie docierało do mnie, że mogliśmy być tak blisko. Właściwie to chciałam wyprzeć tę informację z pamięci. Tak bardzo do siebie nie pasowaliśmy, że dziwiłam się, jak kiedykolwiek mogłam poczuć do niego coś więcej oprócz niechęci.

- A jednak łączy nas więcej, niż byś chciała. - Oblizał usta. Przełknęłam ślinę, ten gest nie działał na mnie zbyt... dobrze. - Wbrew pozorom byliśmy dobraną parą i chętnie bym ci to pokazał. Gdyby nie ciągnął się za tobą zapach tego człowieka.

- Do rzeczy - sapnęłam. Nie chciałam, żeby poruszał temat Ezry. Wolałam sama w końcu się dowiedzieć, jak wyglądało moje życie. - Wspomnienia.

- Ach, tak. - Przeczesał włosy palcami. - Ja ci je odebrałem, Madeleine. Twoim własnym urządzeniem.

Otworzyłam szeroko oczy. Opadłam na oparcie fotela, nie dowierzając jego słowom. Zacisnęłam dłonie w pięści tak mocno, że poczułam, jak paznokcie wbijają się w ich wnętrze.

- Jak... - Nie byłam w stanie dokończyć pytania. Sparaliżowało mnie, szok odebrał zdolność składania słów w zdania.

- Poprosiłaś mnie o to. Bałaś się, że Russeau wykorzysta tę wiedzę przeciwko ludzkości i nie odbiegałaś swoimi przypuszczeniami od prawdy. Wiedziałaś, że ze mną twoje wspomnienia będą bezpieczne. - Nicola podniósł się ze swojego miejsca i podszedł do mnie. Kucnął obok i położył rękę na moim kolanie. Czułam, jak mój puls przyspiesza. Szum krwi zagłuszył wszystkie dźwięki dookoła. - Problem polegał na tym, że po całej operacji rząd wpadł do laboratorium. Byłaś tam tylko z kilkoma pomocnikami, którzy mieli monitorować twój stan, dopóki nie ukryję fiolek ze wspomnieniami. Żołnierze zabrali cię do specjalnego więzienia dla trimisów. Mogłem cię wykupić, gdybym tylko miał środki. Ale wszystkie pieniądze pakowaliśmy w badania. W przeciwieństwie do Russeau.

- Wykupił mnie... - wydukałam. Nicola kiwnął głową.

- Russeau zawarł ze mną umowę. Odzyskasz wolność, jeśli uda mi się przekonać cię do pozbycia się go bez zwracania ci wspomnień. Za każdym razem nie kończyło się to zbyt dobrze, ale nie przeze mnie. Dlatego od wieków gramy wciąż w tę samą grę.

- Przecież mogłeś go zabić, tak po prostu. - Spojrzałam na niego, marszcząc brwi. Nicola pokręcił głową. Cofnął się i usiadł na stoliku kawowym.

- Według mojej wiedzy na świecie jest tylko jeden trimis, który wie, jak zabić innego trimisa. I to jesteś ty. - Wyciągnął oskarżycielsko palec w moją stronę. - Ale nawet dla ciebie Russeau jest zbyt silny i jest potrzebna do tego nasza dwójka.

Ja?

Jak to mogłam być ja, skoro... Niemal od razu mój umysł zalały wszystkie momenty, w których dostawałam zlecenie na zamordowanie trimisa. Każde z nich miało lukę w pamięci. Choćbym nie wiem jak bardzo się starała, nie mogłam przypomnieć sobie momentu, w którym pozbawiam swojego pobratymca życia. Próbowałam wysilić każdą szarą komórkę, jaka krążyła po moim umyśle, wciąż jednak natrafiałam na czarną otchłań, wpadałam w nią i wracałam z coraz silniejszym bólem ćmiącym z tyłu głowy.

- Czyli, podsumowując - zaczęłam powoli - odebrałeś mi wspomnienia na moją prośbę i są gdzieś ukryte, ale żeby je odzyskać to musimy...

- Wybrać się do Paryża, skarbie. - Uśmiechnął się. Zignorowałam kolejne słodkie przezwisko, od którego zaczynało mnie powoli mdlić. - Zanim jednak ruszymy po walizkę, musimy się włamać do laboratorium.

- Po co?

- Po kod.

- Kod - powtórzyłam za nim bezwiednie. Nicola kiwnął głową. - Jaki znowu kod?

- Zabezpieczyłaś walizkę z fiolkami kodem, zapisałaś go na pewnym dokumencie i ukryłaś w naszym laboratorium. Jeśli chcemy dostać się do zawartości i przeżyć, musimy wpisać ten kod.

Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi ustami. Nicola żartował? Nabijał się ze mnie? Zastanawiałam się nad tym przez kilka następnych sekund, szukając jakichkolwiek oznak żartu, lecz trimis nie wyglądał, jakby żartował. Nawet mimo tego przeklętego uśmieszku, jego spojrzenie pozostawało poważne.

- Jak mamy znaleźć coś, o czym nie pamiętam? - jęknęłam zrezygnowana i ukryłam twarz w dłoniach.

Nicola wsparł się na rękach. Przechylił głowę nieco w bok i lustrował mnie uważnie. Czułam, jak jego macki próbują dostać się do mojej głowy, jednak w ostatnim czasie dużo ćwiczyłam i postawiłam solidny mur wokół swojego umysłu. Nie chciałam, by w nim grzebał, znał moje poglądy i teorie, nie chciałam, by mówił do mnie telepatycznie. Odnosiłam wtedy wrażenie, że dotykał tych sfer mojego jestestwa, które powinny być zarezerwowane dla kogoś wyjątkowego.

Ogarnął mnie nieprzyjemny chłód. Objęłam się ramionami, spuściłam głowę, byleby tylko na niego nie patrzeć. Znów czułam się tak, jakby Dubois zdejmował ze mnie ubranie, jedną część po drugiej, powoli, z rozmysłem i taką precyzją, że nie byłam w stanie się przed tym obronić.

Kątem oka dostrzegłam ruch. Podniosłam głowę i rozejrzałam się po pustym pomieszczeniu. Trimis w moim wnętrzu poruszył się nerwowo.

- Nicola?! - krzyknęłam w przestrzeń, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.

Znów to zrobił. Bez jakichkolwiek wyjaśnień zostawił mnie samą z milionem myśli kotłujących się pod sklepieniem czaszki. W dodatku nie dał mi antidotum!

Podniosłam się z miejsca z głębokim westchnieniem. Spojrzałam w stronę drzwi. Dubois mówił, że lek jest w lodówce, więc bez zastanowienia ruszyłam ku wejściu, którego jeszcze nie znałam. Sięgnęłam do klamki i w tym samym momencie skrzydło otworzyło się gwałtownie.

Podskoczyłam zaskoczona. Spięłam wszystkie mięśnie i uniosłam ręce zaciśnięte w pięści jak najbliżej twarzy, by ochronić ją w razie ataku. Nicola zmarszczył brwi i przechylił głowę w bok.

- Co ty robisz? - zapytał, unosząc jedną brew.

- Możesz przestać tak znikać i pojawiać się nagle?! - sarknęłam rozeźlona. Znów próbowałam rozluźnić mięśnie przygotowane do walki. - Do kuchni nie mogłeś wejść przez drzwi, tylko musiałeś tak raptownie znikać?

- Przecież wszedłem. - Wzruszył ramionami.

- Nie! Zniknąłeś i... - Nie wiedziałam właściwie, po co ciągnę tę konwersację. - Ach, nieważne! Po prostu daj mi tę fiolkę. - Wyciągnęłam rękę w jego stronę. Nicola znów zlustrował mnie z tym nieodgadnionym wyrazem twarzy. Milczał dobre kilka minut, a ja powoli traciłam cierpliwość. Zaczynało się to robić bardzo niekomfortowe. - Co?

Uśmiechnął się i uniósł rękę do góry. Pstryknął palcami i zniknął sprzed moich oczu. Warknęłam, zaciskając dłonie w pięści. Wzniosłam oczy ku górze. Przysięgam, że w tym momencie miałam ochotę zrobić mu krzywdę.

Odwróciłam się na pięcie i rozejrzałam ponownie po pomieszczeniu. Próbowałam wyczuć jego energię, jednak nigdzie nie było nawet cząstki. Chwilę później drzwi do łazienki się otworzyły, a w nich stanął trimis.

- Co ty wyprawiasz? - Położyłam ręce na biodrach.

- Nie powinnaś widzieć, że otwieram drzwi - oznajmił, kręcąc głową. Uniosłam brew.

- To jakaś nowa gierka, w którą zamierzasz się bawić?

- Nie. - Podszedł do mnie szybkim krokiem. Ujął mój podbródek w dwa palce i uniósł do góry. Pochylił się tak, by nasze oczy były na tej samej wysokości i wejrzał w nie, mrużąc własne. - Widziałaś, jak do ciebie podchodzę?

- Tak! - Wyrwałam się z jego uścisku i cofnęłam o krok. - Możesz powiedzieć, o co ci chodzi?

Milczał. Wodził spojrzeniem po mojej twarzy. Przejechał językiem po zębach. Trimis w moim wnętrzu drgnął nerwowo po raz kolejny. Rozwinął swoje macki i rozpierzchnął się w każdą możliwą stronę. Obraz przed moimi oczami pokrył się złotą łuną. Nicola wyprostował się i zrobił krok do przodu. Stał tak blisko, że musiałam zadrzeć głowę do góry. Owiała mnie świeża, morska bryza.

- Co widzisz, Madeleine? - zapytał, ale miałam wrażenie, że jego głos dochodzi zza grubej szyby. Jego poważny ton przeszył mnie aż do szpiku. Zadrżałam. Coraz mniej mi się to podobało. - Madeleine?

- Co się dzieje? - W moim głosie pobrzmiewała nuta desperacji. Nagle poczułam się zdezorientowana. Dubois kołysał się do przodu i do tyłu albo może mi się wydawało? Rozejrzałam się niepewnie. Moc gotowała się we mnie już od dobrych kilku minut, a ja w głowie miałam jedynie... pustkę. Powoli zaczynał ogarniać mnie strach i dziwne uczucie niepokoju. Trimis w moim wnętrzu szarpnął się, żądając wypuszczenia go na zewnątrz.

Spojrzałam na Nicolę. Obraz rozmazał się niebezpiecznie mocno, zmrużyłam oczy, żeby widzieć go wyraźniej, lecz przestrzeń zamiast się wyostrzać, zaczęła się zakrzywiać. Ściany przechyliły się do wewnątrz, Dubois odsunął się kilka centymetrów, po chwili znów stał dalej, aż w końcu odjechał całkowicie, stając się bardzo mały.

Wyciągnęłam rękę w jego stronę. Nawet jeśli za nim nie przepadałam, nie chciałam, aby w tym momencie gdziekolwiek znikał. Próbowałam go złapać, jednak na nic się to nie zdało. Trafiłam w pustkę. Zaczęłam się trząść, adrenalina coraz śmielej krążyła w moich żyłach. Było mi na przemian zimno i gorąco. Stróżka potu spłynęła po moim kręgosłupie. Nie byłam pewna, czy się rozglądałam, czy to może świat tak wirował. Nie wiedziałam, czy tracę równowagę, czy stoję jak słup soli. Ogarniało mnie coraz większe odrealnienie, jakbym zapadała się w sobie głęboko, a trimis przejmował nade mną kontrolę.

- Nicola? - jęknęłam desperacko, choć nie otworzyłam nawet ust. Żołądek podjechał mi do gardła. Poczułam, jak coś oplata mnie mocno i przyciska ręce do ciała. Osunęłam się powoli, chyba po ścianie, nie mogłam się skupić nawet w najmniejszym stopniu. - C-co się dzieje?

- Czas nam się kończy. - Usłyszałam. Potrząsnęłam głową.

- Wyjdź z mojej głowy - sapnęłam. Trudno było mi zebrać myśli i byłam niemal przekonana, że to, co wyszło z moich ust, wcale nie brzmiało tak, jak chciałam.

- Nie siedzę w niej, Madeleine. To ty siedzisz w mojej.

Zachłysnęłam się. Otworzyłam szerzej oczy, ale jedyne, co widziałam, to czyste złoto. Ciasny węzeł coraz mocniej oplatał moje ramiona, zaciskał się, miażdżąc klatkę piersiową. Chciałam się wyszarpać, ale trzymał wyjątkowo mocno, jakby Nicola oplótł wokół mnie żelazny, gruby łańcuch. Do moich nozdrzy wdarła się ostra woń cytrusów i morskiej bryzy.

- Co się dzieje? - załkałam po raz kolejny. Coraz trudniej było mi oddychać. Panika wdarła się do mojego umysłu i tańczyła salsę, nie zważając na to, że świat wokół niej płonie. Miałam wrażenie, że trawi mnie ogień.

- To będzie bolało - szepnął Dubois wprost do mojego ucha, choć coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że nawet nie otwierał ust.

Coś szarpnęło mną niespodziewanie. Jakby cienkie ostrze rozrywało moje trzewia. Z ust wydarł się potworny ryk, nie mogłam nad tym zapanować. A potem...

Ciemność.

 

***

 

Zamrugałam kilkukrotnie, oczy piekły mnie niemiłosiernie, jakbym coś w nich miała. Przetarłam twarz dłonią. Każda komórka mojego ciała krzyczała z bólu. Podniosłam się z ciężkim stęknięciem i rozejrzałam dookoła.

Przez okno dachowe wpadała łuna srebrnego światła, oświetlając tylko niewielką część pomieszczenia. Leżałam na szerokim łóżku, zapach, jaki docierał do moich receptorów, nie przypominał żadnego, który do tej pory mnie otaczał. Białe, wysokie ściany pokryte były zapisanymi kartkami w niebotycznych ilościach. Po przeciwległej stronie do łóżka stało szerokie, jasne biurko, na którym również piętrzył się stos dokumentów. Pokój nie przypominał mi absolutnie niczego, jakbym znalazła się w innej rzeczywistości.

- Obudziłeś się. - Usłyszałam znajomy głos po mojej prawej stronie. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w tamtym kierunku. Wciągnęłam powietrze do płuc, ale moja klatka piersiowa nie wykonała żadnego ruchu. W pierwszej chwili nie zarejestrowałam tego. Byłam bardziej zszokowana tym, że widziałam... siebie.

Stałam przy drzwiach, oparta ramieniem o futrynę. Obie ręce miałam wciśnięte w tylne kieszenie spodni. Rozpuszczone włosy opadały swobodnie na twarz. Przechylałam lekko głowę w bok, oczy błyszczały wściekle płynnym miodem, a usta były zaciśnięte w wąską linię.

Druga Maddie podeszła powoli do łóżka i usiadła na krawędzi. Wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła mojej twarzy. Nie miałam żadnej kontroli nad tym ciałem. Osoba, której oczami patrzyłam, wtuliła się w ciepłą dłoń i przymknęła powieki.

- Nie możesz dłużej tego robić - powiedziała Maddie i przysunęła się jeszcze bliżej. - W końcu zginiesz. Ty albo Russeau. Albo obaj się pozabijacie.

- Nie zamierzam tego tolerować. Coraz więcej osób umiera na chorobę popromienną, niedługo nie będzie nikogo, by odbudować ten świat, jeśli będzie zabijał jak opętany. - Ochrypnięty głos wypłynął z moich ust niekontrolowanie.

Nicola.

Byłam Nicolą!

Chciałam zacisnąć ręce w pięści, ale ciało nie wykonało żadnego ruchu. Czy to było jego wspomnienie? Ostatnie, co pamiętałam, to przepotworny ból i nicość. Czyżby przeniósł mnie gdzieś? Nie miałam pojęcia, co się wydarzyło, ale nie chciałam być w tym miejscu. Nie chciałam tego widzieć, nie z perspektywy trimisa. Chciałam patrzeć na siebie swoimi własnymi oczami, nie jego, nie Ezry. Nie kogokolwiek innego. Jak miałam się wydostać z tego miejsca?

Nie dane mi było się nad tym zastanowić. Drobna dłoń przesunęła się z policzka na klatkę piersiową i pchnęła delikatnie ciało na poduszki. Nicola całkowicie poddał się temu ruchowi. Stęknął przeciągle, a organizm przeszył ból. Jednak Dubois nie był niezniszczalny.

Druga Maddie uśmiechnęła się słabo. Sięgnęła do krawędzi prześcieradła, pod którym leżał, po czym zsunęła je nisko. Dubois wodził spojrzeniem za każdym jej ruchem niczym zahipnotyzowany. Omiotło go chłodne powietrze, ale nawet tego nie zarejestrował.

Doświadczyłam natomiast tego, jak szybko trimis się nakręcał; gorąco uderzyło niespodziewanie w jego... lub naszą klatkę piersiową i rozeszło się po całym ciele wraz z tym, jak druga Maddie przesuwała opuszkami palców po nagiej skórze Nicoli. Zatrzymała się na dłużej przy bandażu, którym miał owiniętą część korpusu. Przeciekał.

- Nie wygląda to dobrze - powiedziała, po czym zaczęła delikatnie odwijać materiał.

Nicola uniósł biodra z cichym syknięciem. Prześcieradło zjechało z jego ciała, a ja nawet nie mogłam odwrócić wzroku. Druga Maddie najwyraźniej też nie, bo jej spojrzenie od razu powędrowało do krocza Duboisa. Nie żeby nagi Nicola w jakikolwiek sposób mi przeszkadzał. Było na czym zawiesić oko, jednak doskonale odczuwałam to, jak bardzo bolesna jest dla niego ta pozycja.

Kobieta potrząsnęła głową i wróciła do odwijania bandaży. Naszym oczom coraz wyraźniej ukazywała się głęboka, cięta rana. Zaczynała się nieco poniżej splotu słonecznego, a kończyła tuż nad podbrzuszem. Była po części zagojona, lecz wciąż w niektórych miejscach obficie krwawiła.

- Zregeneruję się, tak jak zwykle - mruknął trimis i z powrotem położył lędźwie na materacu. Ulga, jaka go ogarnęła, była nie do opisania, choć przyćmiła rosnące w nim pożądanie jedynie na chwilę. - Nie masz się czym martwić, mon chéri.

- To niedorzeczne, Nick... - Nim zdążyła zabrać rękę, Dubois chwycił ją za nadgarstek. Przyciągnął do siebie. Bez słowa protestu położyła się obok, głowę ułożyła delikatnie na jego klatce piersiowej. Nicola zaciągnął się mocno jej zapachem. Korzenna woń owinęła się wokół zakończeń nerwowych i sprawiała, że kręciło mi się w głowie.

- Niedorzeczne są papiery rozwodowe, którymi we mnie rzuciłaś.

- Nicola... - syknęła ostrzegawczo, choć nie wyczułam w jej głosie ani krzty gniewu. Wtuliła się w niego jeszcze bardziej, ich palce splotły się ciasno. - Nie wracaj...

- Będę do tego wracał - przerwał jej. - Zgodziłem się tylko dlatego, że spełnię każdą twoją zachciankę. Ale nie rozumiem. Wciąż.

- To nie tak. Po prostu... - Głos jej się załamał. Dłoń Nicoli przesunęła się powoli z jej ramienia na talię, po czym zacisnął palce na jej ciepłej skórze.

Wokół mnie zaczęły wirować jego chaotyczne myśli. Próbowałam złapać którąkolwiek z nich, by zrozumieć sens zdań, jakie kotłują się pod sklepieniem czaszki trimisa, ale nie byłam w stanie. Było ich tak wiele. Bombardował mnie skrajnie różnymi emocjami, od miłości, wściekłości, aż po rozpacz i żal. Obsesję. Pożądanie. Miałam wrażenie, że walczy, próbuje je wszystkie złapać i zepchnąć w odmęty świadomości, byleby tylko go nie zalały.

- Po prostu przestałaś mnie kochać.

Mięśnie drugiej Maddie spięły się natychmiast. Pokręciła z wolna głową, otworzyła usta, by coś powiedzieć, lecz po chwili zamknęła je ponownie. Dłoń leżącą na klatce Nicoli zacisnęła w pięść.

Mnie samą coś ścisnęło w dołku. Nie mogłam tego dłużej słuchać, nie chciałam. Twarz Nicoli nawet nie drgnęła, ale to, co działo się w jego wnętrzu, miażdżyło mnie doszczętnie. Nie byłam na to gotowa, emocje bombardowały mnie z każdej strony z mocą, której bym się nigdy po trimisie nie spodziewała. Zawsze był taki oschły, nieczuły, wyrachowany. Wyglądało jednak na to, że to jedynie skorupa, która miała ukryć to, co naprawdę składało się na Nicolę Duboisa.

- Z tego, co pamiętam, to miał być jedynie układ, w razie gdyby któreś z nas zginęło - szepnęła Maddie. Nie było pewności w tych słowach.

- Nie potrafisz kłamać. - Nicola podniósł się na łokciu. Zacisnął zęby, by z jego gardła nie wydostał się bolesny jęk.

Maddie zsunęła się z jego klatki, podniosła głowę do góry. Wpatrywała się błyszczącymi od powstrzymywanych łez oczami w Nicolę, a mnie zakłuło to, jak wiele emocji przekazała tym jednym spojrzeniem. Coś, czego ja nie potrafiłam. Jedyne, co czułam, to złość i frustracja, wzrok miałam pusty niczym głęboka studnia.

Szczerze zazdrościłam samej sobie życia z przeszłości. Chciałam poczuć coś więcej. Miałam wrażenie, że moje interakcje z Ezrą były jedynie w niewielkim stopniu podsycane jakimikolwiek emocjami i w głównej mierze to tylko działania pchane cielesnymi potrzebami.

- Nie. - Maddie przełknęła ślinę, chcąc przegonić narastającą w niej potrzebę płaczu.

Nicola sięgnął do jej policzka i delikatnie przejechał kciukiem po skórze. Nie zwróciłam uwagi na to, czy pojawiła się na nim łza, lecz w tamtej chwili nie miało to zbyt dużego znaczenia. Dubois po prostu chciał jej dotknąć. Łaknął jej każdą komórką swojego ciała i chciałabym, żeby się przed tym hamował, skoro między nimi - nami - nie było już nic, jednak on miał zupełnie inne zamiary.

Wpił się gwałtownie w jej usta, odpychając na bok przeszywający jego ciało ból. Przesunął dłoń na kark Maddie, by nie mogła się wyrwać, choć ona nie oponowała. Niemal natychmiast rozchyliła wargi bardziej. Nicola pogłębił pocałunek, kąciki jego ust uniosły się delikatnie. Triumf. Osiadł wygodnie zaraz obok rosnącego w jego ciele pożądania.

Czułam, jak moc trimisa oplata jego ciało i przyszpila go do materaca. Stęknął ciężko, lecz już po chwili uniósł powieki. Druga Maddie patrzyła na niego z góry, a w oczach tańczyło wściekle płynne złoto. Nicola uśmiechnął się zadziornie, chwycił ją w talii i przyciągnął tak, by nie mogła usiąść inaczej niż okrakiem na jego biodrach. Dotknęła opuszkami palców bandaży na jego brzuchu. Po kręgosłupie Nicoli przeszedł przyjemny dreszcz i osiadł w okolicach trzewi. Podciągnął się do góry. Zignorował ból, objął Maddie i ponownie wpił się w jej usta.

Skóra Nicoli mrowiła, kiedy kobieta przesuwała dłońmi po jego nagich ramionach. Robiła to powoli, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jakie emocje budzi to w trimisie. Intensywność każdej z nich przyciskała mnie do podłoża, choć nawet nie wiedziałam, czy jakieś się pode mną znajdowało.

Nicola był spragniony jej dotyku, chłonął go całym sobą, delektował się jej zapachem, mimo że wszystkie czynności doprowadzały go do szału. Gdyby nie ból przypominający o ranie na brzuchu, rzuciłby się na nią bez zastanowienia. Gdyby tylko mógł, postawiłby ją na piedestale i podziwiał całymi godzinami. Moc trimisa - jednego, jak i drugiego - splatała się ciasno, ich energie były niemal takie same. Pożądanie tańczyło między nimi, jego gwałtowne ujście mogłoby się skończyć wybuchem.

A ja nie mogłam tego znieść. Chciałam zamknąć oczy, wycofać się, wypisać z tego przedsięwzięcia. Coś zaciskało mocno szpony na moim sercu, jakby chciało zmiażdżyć organ. Szarpałam się wśród morza emocji, podtapiały mnie swoją intensywnością, jakby w głowie Nicoli nagle rozpętał się sztorm. Wciskał mnie swoją siłą pod powierzchnię, odbierając dech.

Nie mogłam znieść siły, z jaką zrywał z niej ubranie, jak zaciskał palce na jej szyi, kradł oddechy, gryzł nabrzmiałe wargi i wytyczał ścieżki po bladym, nagim ciele Maddie z przeszłości. Drażniły mnie jej jęki i posapywania, dzika walka między nimi o dominację, szybkie pchnięcia i zaciskające się na przyrodzeniu Duboisa ścianki pochwy. To, jak wyginała się do tyłu z rozkoszy i przygryzała dolną wargę, a on patrzył na nią z uwielbieniem godnym bogini.

Jedyne, o czym marzyłam w tej chwili, to zamknąć oczy i obudzić się z tego koszmaru. W tym zbliżeniu było tak wiele emocji, tyle rzeczy, które chcieli sobie przekazać, że nie znalazło się ani odrobiny miejsca na to, by dać ujście pożądaniu, które trawiło ich ciała niczym ognie piekielne. Czułam to wszystko i błagałam, nie wiem sama kogo, by się skończyło.

Coś ciężkiego osiadło na mnie wraz z orgazmem Duboisa. Opadł na poduszki, dysząc z trudem, jego dłoń niemal natychmiast powędrowała na ranę na brzuchu. Zapach potu, seksu i krwi wdarł się do jego nosa, przepleciony delikatną korzenną wonią, gdy druga Maddie opadła tuż obok. Jej skóra błyszczała, mokra od miłosnych uniesień.

Nicola wodził wzrokiem po krzywiźnie jej nagiego ciała. Czułam, jak opuszczają go siły, a na pierwszy plan ponownie wychodzi ból spowodowany odniesionymi ranami. Zacisnął zęby i przełknął ślinę, by zwilżyć wyschnięte gardło. Druga Maddie podniosła się i spojrzała na niego ze zmartwieniem. Dubois pokręcił głową i odwrócił wzrok. W jego wnętrzu znów zagościł gniew.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że to tylko gra.

Maddie musnęła jego ramię, chciała go dotknąć, ale zaraz cofnęła rękę. Przechyliła się nad nim i zeszła z łóżka. Podeszła do szafy, po czym wyciągnęła z niej zdecydowanie zbyt dużą koszulę i luźne spodnie.

Nicola zmierzył ją wzrokiem i parsknął rozbawiony. Założył ręce za głowę.

- Zrobi ci awanturę - mruknął niby beznamiętnie, ale wewnątrz był z siebie tak zadowolony, jak nigdy dotąd.

- Nic o nim nie wiesz. - Pospiesznie narzuciła ubranie na ramiona i drżącymi dłońmi zaczęła zapinać guziki. Opornie jej szło. Po chwili jednak wyprostowała poły koszuli i spojrzała na niego z determinacją. - To on kazał mi tu przyjść i wyciągnąć od ciebie potwierdzenie, że to Russeau stoi za tymi morderstwami. Miałam to zrobić za wszelką cenę.

Nicola zacisnął usta w wąską linię. Wyczułam zawód.

- Rżnięcie też wchodziło w grę? - Uniósł brew. Zaśmiał się, kiedy nie uzyskał żadnej odpowiedzi. - To ja miałem być tym wyrachowanym. Jak widać, Ezra Nakagawa jest jeszcze bardziej.

Druga Maddie zmierzyła go wzrokiem. Jej spojrzenie zatrzymało się na brzuchu trimisa. Podeszła do łóżka, sprawnie poprawiła bandaże, po czym pochyliła się nad twarzą Nicoli i pocałowała go mocno. Przez ciało Duboisa przeszedł kolejny dreszcz, zwiastujący falę pożądania.

- Po prostu lubię seks z tobą, Nicola - wyszeptała. Jej wargi otarły się bezwstydnie o jego rozchylone usta. - Potraktuj to jako zapłatę za informację. Już raz nazwałeś mnie dziwką. Nie zamierzam zmieniać twojego zdania.

Wyszła, pozostawiając Duboisa z gonitwą mrocznych myśli, obiecujących Ezrze powolną, bolesną śmierć.

Rozdział 11

Zerwałam się, wciągając powietrze głęboko do płuc. Po klatce piersiowej rozchodził się potworny, piekący ból. Moje spojrzenie od razu skupiło się na poważnym obliczu Ezry. Złapał mnie za ramiona, zacisnął na nich mocno palce, przytrzymując mnie w miejscu.

- To zaboli - powiedział przez zaciśnięte zęby.

Przeżywałam déja vu.

Jedną rękę przeniósł na coś przede mną. Spojrzałam w dół. Ogromna strzykawka wystawała z mojego splotu słonecznego. Jej koniec wystawał nawet poza dużą dłoń hakera. Szarpnął nią gwałtownie. Długa igła wysunęła się z mojego ciała szybko, choć miałam wrażenie, że trwało to całą wieczność.

- Kurwa mać - sapnęłam. Przyłożyłam rękę do klatki piersiowej. Nie byłam pewna, czy to moje serce tak mocno biło, czy to skóra wokół wlotu pulsowała wściekle. - Naszprycowałeś mnie?

- To tylko adrenalina. - Ezra wyprostował się i poprawił okulary. - Na wszystkich działa tak samo.

Rozejrzałam się. Znajdowaliśmy się w lofcie hakera. Jedynym źródłem światła były lampki ledowe wystające z rur, które ciągnęły się przez całą długość sufitu. Za oknem panowały niemal egipskie ciemności. Domyślałam się, że oprócz tego, że już była noc, na zewnątrz lało bardziej niż przez ostatnie tygodnie. Deszczowe noce nie były niczym nowym w Down Town.

Jedna rzecz nie pasowała do tego obrazka. Nicola Dubois. Siedział na podłodze przy ścianie, opierał głowę o czerwone cegły. Oczy miał przymknięte, a ręce splecione między podkulonymi nogami. Oddychał głęboko przez lekko otwarte usta. Sięgnął dłonią do nosa. Dopiero wtedy zauważyłam, że trzyma w niej zakrwawioną chusteczkę.

Ezra powiódł za mną wzrokiem. Wrócił nim do mnie, po czym ujął mój podbródek w dwa palce i zmusił do spojrzenia mu w oczy. Mięśnie na jego żuchwie poruszyły się nerwowo, jakby przejechał językiem po zębach.

- Jak się czujesz? - zapytał, ale nie dosłyszałam troski w jego głosie. Pytał z czystej kurtuazji albo zbudował wokół siebie mur. Widziałam, że jest zły. Choć to pewnie za mało powiedziane. Wyglądał na autentycznie wściekłego i tylko jeden puszczony klocek domina dzielił go od wybuchu.

- Jakby przejechał po mnie walec - odparłam zgodnie z prawdą. Głos miałam ochrypnięty, gardło drapało, jakbym próbowała przełknąć szklankę ostrych gwoździ. Wskazałam głową trimisa. To był błąd, od razu pożałowałam, że nią ruszyłam. - Co z nim?

- Zrobiłaś mu papkę z mózgu. - Ezra poprawił okulary i zerknął przez ramię na Nicolę. - Już dochodzi do siebie.

Zmarszczyłam brwi. Próbowałam się skupić na wydarzeniach sprzed ocknięcia się w lofcie, lecz ból głowy wcale tego nie ułatwiał. Ostatnie, co pamiętałam, to spotkanie z Nicolą w jego apartamencie. Sprawdzał coś, a potem...

Wspomnienie Duboisa zalało mój umysł w ułamku sekundy. Emocje strzelały we mnie niczym seria z karabinu. Skuliłam się na kanapie i jęknęłam przeciągle. Nie chciałam o tym pamiętać, na Boga!

- Gdzie trafiłaś? - Pytanie dotarło do mnie jak przez mgłę, jednak zrozumiałam jego sens. Podniosłam zaszklony wzrok na trimisa. Wpatrywał się we mnie wypranym z jakichkolwiek emocji spojrzeniem. Nie było mu do śmiechu. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że doskonale wiedział, gdzie byłam i co widziałam.

Wyglądał na potwornie zmęczonego. Całkowicie inaczej, niż przywykłam go widywać. Jakby to, co się wydarzyło, wycisnęło z niego wszystkie pokłady energii, jakie w sobie miał. Gęsta krew powoli wypływała z jego nosa, a on wycierał ją już mechanicznie, nawet nie zastanawiał się nad tym ruchem.

Zerknęłam na Cohena. Mężczyzna posłał mi jedynie cierpki uśmiech. Wstał i podwinął rękaw koszuli. Podszedł do wyspy kuchennej, zgarnął z niej szklaną fiolkę z purpurowym płynem i ruszył ku antresoli. Zrozumiałam, co chciał tym przekazać. Zwyczajnie dawał mi przestrzeń do rozmowy z Duboisem.

Dźwignęłam się i zachwiałam, mięśnie nóg zadrżały, jakbym nie używała ich od bardzo dawna. Od razu przyszedł mi na myśl dzień, w którym obudziłam się w szpitalu. Wtedy też nie mogłam normalnie chodzić.

Na trzęsących się nogach podeszłam z wolna do trimisa. Oparłam się plecami o ścianę obok i osunęłam po niej powoli. Nawet ten ruch sprawiał, że chciało mi się płakać z bólu. Czułam się wymięta, zniszczona, przeżarta do szpiku, bolały mnie nawet cebulki włosów. Migrena stukała mocno o skroń i byłam pewna, że jeżeli nie prześpię tego, będzie mi towarzyszyć następne kilka dni.

- Więc? - Nicola odwrócił głowę w moją stronę. W kąciku jego ust majaczył słaby uśmiech. Mimo skrajnego zmęczenia wciąż starał się zachować rezon. Tym razem jednak mnie to nie zirytowało. Setki myśli kotłowało się w mojej głowie, niemal tyle samo co pytań. - No dalej, Madeleine. Co dałem ci tym razem?

Zmrużyłam oczy. Cofam to, co powiedziałam. Nicola potrafił mnie zirytować w ułamku sekundy.

- Co się wydarzyło? - zapytałam i naprawdę chciałam, żeby brzmiało to stanowczo, ale wyszło nijakie i bez polotu. Westchnęłam z rezygnacją. Nie było sensu udawać.

- Ciało i umysł trimisa nie lubią próżni - odparł spokojnie. Jeśli wyczuł zmianę mojego nastroju, to nie dał po sobie tego poznać. - Nie posiadasz wspomnień, więc organizm zrobił to, co potrafi najlepiej. Próbował zastąpić je mocą. Nie pamiętasz, jak nad nią panować, więc po pewnym czasie od utraty wspomnień, kiedy ten proces się rozpoczyna, tracisz nad nią kontrolę.

- Czyli co? - Nie rozumiałam.

- Czyli stajesz się tykającą bombą. Niemal atomową.

- A ty poczęstowałeś mnie swoimi wspomnieniami, po to, żeby...?

Nicola uniósł brew. Z cichym stęknięciem zwrócił się w moją stronę całym ciałem i pochylił tak, by nasze spojrzenia były na tej samej wysokości.

- Sama je sobie wzięłaś - szepnął. - I to te, które schowałem tak głęboko w czeluściach swojego umysłu, że nawet ja miałbym problem, żeby się do nich dokopać. - Zacisnął usta w wąską linię, jakby się nad czymś zastanawiał. - Musiałem skręcić ci kark, żeby powstrzymać wyrzut mocy, a potem uderzyć twoją czaszką kilka razy o ziemię. A ty i tak siedziałaś w mojej głowie. Całe godziny katowałaś mnie tym wspomnieniem. Miałem ochotę strzelić sobie w łeb.

To dlatego tak mnie bolała... Nicola zrobił sobie ze mnie worek treningowy. Nawet jeśli tylko po to, żeby powstrzymać coś... nawet nie wiem co, to przyprawiło mnie o gniew.

Szybko jednak został przysłonięty zupełnie innym uczuciem. Pamiętałam każdy szczegół, wyrył się w mojej pamięci tak bardzo, że aż bolał. Miałam ochotę wyprostować wszystkie zwoje mózgowe i pomalować je białą farbą, byleby zniknęło.

Czułam się najzwyczajniej źle z tym, co zobaczyłam. Sądziłam, że to z Nicolą było coś nie tak, a wszystko wskazywało na to, że to ja byłam głównym czynnikiem generującym problemy. Mieszałam w głowach dwóch facetów, trzeci ostrzył na mnie swoje szpony, bo mój umysł był bronią, której potrzebował niemal tak bardzo, jak tlenu. Wciąż nie wiedziałam wiele. Jednak najważniejsze dotarło do mnie już dawno - Jean Luc Russeau chciał pozbyć się ludzi.

Co nim kierowało? Jego zamiary były zagadką, do której nie dotarłam, ale byłam bliżej niż dalej. Wystarczyło odzyskać wspomnienia. Choć tym razem nie miałam pewności, czy chciałam je z powrotem.

Westchnęłam przeciągle. Co odpowiedzieć Nicoli? Miałam masę wątpliwości, nawarstwiały się i sprawiały, że nie wiedziałam, jaki ruch wykonać. Czułam, że powoli tracę rezon i determinację.

- Nie chciałam tego widzieć - powiedziałam cicho. Spuściłam wzrok na swoje dłonie.

- Ty nie mogłaś nic zrobić. Wszystko, co czułaś, to moje odczucia. Z teraźniejszości. - Zaskoczona poderwałam głowę do góry. Dubois patrzył na mnie z góry, z głową przechyloną na bok.

- Ja... - Przygryzłam wargę w konsternacji. Co miałam zrobić? Przeprosić? Przecież nie miałam nad tym kontroli. Na usta cisnęło mi się zupełnie co innego. - Jak mogłam być taka...

- Jesteś trimisem, mon chéri - powiedział, a mnie przeszedł dreszcz, kiedy usłyszałam francuski zwrot. Zaczynał mi się źle kojarzyć. - Wszystko czujesz bardziej. Gniew, złość, radość, smutek, pożądanie. I równie silnie możesz zdusić w sobie te emocje w mgnieniu oka. - Sięgnął do mojej twarzy i założył mi kosmyk włosów za ucho. Jego dłoń trzęsła się mocno. - Zrozumiesz to wszystko po wycieczce do Paryża.

Po raz kolejny wytarł nos chusteczką. Posłał mi krzywy uśmiech, po czym dźwignął się, opierając rękami o ścianę. Wyciągnął jedną w moją stronę. Podałam mu dłoń bez wahania. Pociągnął mnie delikatnie do góry. Nogi już nie drżały tak mocno jak wcześniej, widocznie adrenalina powoli zaczynała schodzić. Powinnam czuć przypływ energii, ale miałam wrażenie, że robię się coraz bardziej senna.

Dźwięk stawianych kroków na metalowych schodach odwrócił moją uwagę od Duboisa. Koszula Ezry zniknęła na rzecz czarnej koszulki, która idealnie podkreślała jego umięśnione ciało. Przygryzał wnętrze policzka, przez co zrobił mu się uroczy dołek tuż nad prawym kącikiem. Stanął na ostatnim stopniu i oparł się o barierkę.

- Ile czasu potrzebujesz na regenerację? - Mówiąc to, Ezra uniósł nonszalancko brew. Nawet na mnie nie patrzył, więc domyślałam się, że te słowa nie były skierowane do mnie.

- Dwa, góra trzy dni - odparł Dubois. Uniósł moją dłoń i ucałował jej grzbiet. Spojrzałam na niego skonsternowana, lecz nawet nie musiałam pytać. Od razu dostrzegłam maskę, którą zwykle przywdziewał. Stał się w mgnieniu oka taki, jakiego go poznałam. - Gdyby sytuacja się powtórzyła, strzel jej między oczy.

Rozwarłam powieki w szoku, tak samo jak usta. Przeskakiwałam spojrzeniem między nim a Ezrą, jednak żaden z nich się nawet nie uśmiechnął. Nicola mówił całkowicie poważnie, a Cohen równie poważnie przyjął to do wiadomości.

Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, trimis pstryknął palcami. I zniknął tylko na ułamek sekundy. Kiedy pojawił się przy drzwiach, całkiem wyraźnie widziałam, jak je otwiera i wychodzi, choć Ezra w tym czasie nie był w stanie wziąć nawet pełnego oddechu.

 

***

 

Opierałam się rękami o blat umywalki. Od kilku dobrych minut wpatrywałam się w swoje odbicie w lustrze. Mokre kosmyki sprawiały, że na białej koszulce Ezry powstawały duże, ciemne plamy. Na skroni wyrósł sporych rozmiarów siniak. Uwydatnił bliznę. Próbowałam odwrócić od niej wzrok, ale spojrzenie złotych tęczówek wciąż wędrowało w tamto miejsce.

Chciałam ukryć trimisa z powrotem w swoim wnętrzu, jednak nie byłam w stanie. Wił się i szarpał przy każdej próbie, więc w końcu przestałam. Bałam się, że znów wymknie się spod kontroli. Po wyjściu Duboisa Ezra powiedział, że z tego powodu właśnie tak często wracali do punktu wyjścia. Nie byli w stanie opanować wyrzutu mocy. Podobno Nicola latami szukał sposobu, by sobie z tym poradzić, lecz jego starania spełzły na niczym. Pozbawienie przytomności to chwilowe rozwiązanie.

Wyprostowałam się i wzięłam głęboki wdech. Zebrałam mokre włosy i zaplotłam z nich warkocz. Wyszłam z łazienki. Chciałam od razu ruszyć na antresolę, lecz siedzący przy wyspie Ezra przykuł moją uwagę. Byłam pewna, że już dawno się położył. Monitor laptopa odbijał się jasnym światłem w szkłach korekcyjnych. Ciąg zielonych liczb przesuwał się szybko. Wciąż głowiłam się, jak on może cokolwiek rozumieć.

Podeszłam niepewnie do kontuaru. Podniósł na mnie pytający wzrok, a ja właściwie nie wiedziałam, co chciałam powiedzieć. Przez moją głowę przetaczało się wspomnienie Nicoli Duboisa. Wracałam do momentu, w którym padało nieznane mi dotąd nazwisko, tak idealnie pasujące do Ezry... Odtwarzałam je raz po raz, analizowałam, chciałam wyciągnąć z niego jak najwięcej, by połączyć kropki. Miałam jednak za mało danych.

- Chodź tu.

Wzdrygnęłam się. Spojrzałam na hakera. Laptop był zamknięty, a jego dłonie splecione pod brodą. Widocznie zatopiłam się w swoich myślach na dłużej, niż mogłam przypuszczać.

Ruszyłam w jego stronę, choć czułam, że nie powinnam. Miałam jakiś wewnętrzny opór po tym, co znalazłam w głowie Duboisa. Targały mną wyrzuty sumienia, pomimo że doskonale wiedziałam, że nie powinny. Tak to zapamiętał Nicola, nie ja. Nawet jeżeli było w tym jakieś drugie dno, nie znałam go i poddawałam się nurtowi poczucia winy. Nie powinnam. Przecież to, co było między mną a Ezrą, to był czysty układ.

Teraz.

Cohen jakby czytał mi w myślach. Wyciągnął rękę w moją stronę, złapał za koszulkę na brzuchu i przyciągnął do siebie, po czym zamknął w szczelnym uścisku. Natychmiast otuliła mnie cedrowa woń jego perfum. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo za tym tęskniłam.

Objęłam go nieśmiało w pasie i wtuliłam twarz w zgięcie szyi. Zaciągnęłam się tak dobrze znanym zapachem, a moje spięte mięśnie rozluźniły się w mgnieniu oka. Trimis w moim wnętrzu siedział cicho, co jedynie potwierdziło, że Ezra przyjął antidotum.

- Jak się czujesz? - zapytał chyba już setny raz tego dnia. Jego ręka powoli przesuwała się po moich plecach.

- Okropnie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Choć nie wiem, czy to dlatego, że miałam skręcony kark, czy jednak podziałało tak na mnie wspomnienie Duboisa.

Nim dokończyłam zdanie, mięśnie Ezry spięły się nieznacznie. Wypuścił powoli powietrze przez nos, a ręce zacisnął wokół mnie jeszcze bardziej. Uczucie niepokoju rozgościło się w moim organizmie bez trwogi. Próbowałam się odsunąć, ale silne ramiona skutecznie mi to uniemożliwiły.

- Ezra - rzuciłam ostrzegawczo, lecz nie dał mi się wyswobodzić. - Czy jest coś, o czym powinnam jeszcze wiedzieć?

Milczał. Prawie słyszałam, jak w jego głowie przesuwają się wszystkie koła zębate, kiedy intensywnie myślał nad odpowiedzią. Mój puls przyspieszył nieznacznie, w organizmie krążyły resztki adrenaliny.

- Nie wiem - odparł wymijająco. - Nie wiem, co widziałaś. Lub o czym się dowiedziałaś.

- Właściwie to... - Poczułam, jak Cohen odpuszcza. Odsunęłam się nieznacznie, by móc na niego spojrzeć. On jednak nie zamierzał patrzeć na mnie. Odwrócił głowę w bok i wbił spojrzenie gdzieś za przesiąknięte mrokiem okno. Przełknęłam ślinę, by zwilżyć gardło. Czułam, że ta rozmowa może potrwać. - We wspomnieniu Duboisa odbyłam z nim rozmowę, w której padła sugestia, że wiedziałeś, co robi Jean Luc. I czynnie brałeś w tym udział.

- Bo to prawda. To ja ci powiedziałem, co planował.

Zmarszczyłam brwi.

- Jak?

- Po tym, jak się okazało, że po twojej kuracji, przyjmując eter, człowiek zamienia się w potwora, Russeau zaczął prowadzić własne badania nad moim przypadkiem. Zanim opracowałaś antidotum, wiele razy przychodził do mnie, robił wywiady, pobierał próbki... - Położył ręce na blacie i zabębnił w niego palcami. - Chwilę mi zajęło, zanim wyciągnąłem z niego plan działania, ale zaufał mi na tyle mocno, że pracowałem pod przykrywką. A kiedy straciłaś wspomnienia, poszedłem za tobą.

- Dlaczego? - Coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Ezra dużo ryzykował, chociaż wcale nie musiał. Wciąż to robił, mimo wystarczających środków, by odejść z ekipy Jean Luca.

- Naprawdę się nie domyślasz? - Spojrzał na mnie. Jego brew drgnęła nerwowo.

Powinnam to wiedzieć. Usilnie odpychałam od siebie zdanie, które cisnęło mi się na myśl, za każdym razem, gdy zastanawiałam się, dlaczego Ezra robi dla mnie te wszystkie rzeczy. Odpychałam je skutecznie, jednak chyba powoli traciłam siły na udawanie czegokolwiek.

Działo się tak wiele, a ja czułam się zagubiona, jak nigdy dotąd. Musiałam w końcu odrzucić nauki Jean Luca na bok i zacząć sama budować swoje jestestwo. Wystarczyło, bym odzyskała wspomnienia. Chociaż kilka. Chciałam się złapać czegokolwiek, żeby nie błądzić po omacku i nie polegać na tym, co powiedzą Nicola i Ezra. Ich historie się pokrywały, ale wciąż byłam nieufna.

Kiedy Ezra nie otrzymał ode mnie żadnej odpowiedzi, podniósł się z hokera i oparł bokiem o blat wyspy. Uniosłam głowę, by móc patrzeć mu w twarz. Domyślałam się, owszem, po prostu nie mogłam dopuścić tego do swojej świadomości. To zmieniłoby wszystko.

Pokręciłam głową, gdy zaczął otwierać usta, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Parsknął i zdjął okulary. Zapach cedru uaktywnił się przy ruchu jego ręki. Mimowolnie zaciągnęłam się tą wonią. Koił moje zmysły, lecz nie tym razem.

Żołądek zawiązał się w ciasny supeł, nerwy odbierały dech, jakby moje płuca skurczyły się do niewielkich rozmiarów. Szum krwi w uszach stał się na tyle głośny, że modliłam się, by zagłuszył cokolwiek, co wyjdzie za chwilę z ust Ezry. Byłam przekonana, że to nieuniknione.

- Maddie - powiedział, wzdychając przy tym z rezygnacją. Przeczesał włosy palcami, po czym sięgnął do mojej talii. Złapał mnie mocno i dźwignął do góry. Posadził na blacie, a jego ręce wylądowały po obu stronach moich bioder. Robiłam wszystko, by nie patrzeć mu w oczy, ale haker się tym nie przejmował. Pochylił głowę tak, by nasze spojrzenia się spotkały. - Dlaczego przed tym uciekasz? Dowiedziałabyś się prędzej czy później. Czego się boisz?

- Nie boję się niczego, oprócz... - zawahałam się.

- Tego, że cię kocham? - dokończył za mnie. Wciągnęłam w płuca haust powietrza i odchyliłam się nieznacznie. Czułam, że mur, za którym się ukrywałam tyle lat, powoli pęka. - Wszystko, co robię w sprawie Jean Luca i Nicoli, robię z miłości do ciebie, Maddie.

Twarz Ezry stała się niewyraźna. Zamrugałam, chcąc odpędzić tę niedogodność, ale tylko pogorszyłam sprawę. Przełyk zacisnął się mocno, płuca zaczęły palić, ciśnienie postawiło sobie za cel rozerwać mi czaszkę. Poczułam na policzku coś gorącego. Nim zdążyłam sięgnąć do twarzy, Cohen starł z mojej skóry tę ciecz. Miałam wrażenie, że ktoś polał moją twarz wrzątkiem. To samo uczucie pojawiło się z drugiej strony.

- Co się dzieje? - wyplułam z siebie na wdechu. Nie poznawałam własnego głosu.

- To łzy - odparł spokojnie. - Te same, którym nie chciałaś dać ujścia w apartamencie Duboisa.

- Przecież... przecież... - Nie mogłam się wysłowić. Myśli wirowały jak szalone, nie potrafiłam ich zebrać do kupy. Miałam wrażenie, że wali we mnie młot trzymany przez olbrzyma. Gigantyczne odłamki muru, który stworzyłam, spadały na ziemię z ciężkim łoskotem w rytmie bicia mojego serca.

Ezra przyciągnął mnie do siebie i objął mocno. Ten gest sprawił jedynie, że po moich policzkach spływało coraz więcej łez. Nie byłam w stanie ich powstrzymać. Chciałam powiedzieć, żeby przestał być taki... czuły, ale z mojego gardła wydobył się jedynie donośny szloch.

Lata udawania, że nie ma we mnie żadnych uczuć, sprawiły, że gdy tylko znalazła się drobna rysa na mojej świadomości, postanowiły wydostać się wszystkie naraz. Czułam tak wiele, że nie mogłam uchwycić choćby jednej emocji i trzymać się jej kurczowo, dopóki rzeka nie przepłynęła przez moje ciało w całości. Potrzebowałam jakiejś kotwicy, uczepić się jakiejkolwiek myśli, która by mnie uziemiła, lecz jedyne, co znajdowało się w mojej głowie, to wszystkie momenty z ostatnich dziesięciu lat, w których Ezra Cohen trwał przy mnie bez względu na to, jak bardzo zimna dla niego byłam.

- Płacz, Madness... - szepnął mi wprost do ucha. Jego ręka powoli przesuwała się po mojej potylicy. Przyciskał mnie mocno do siebie, jakby chciał otoczyć dodatkowym płaszczem ochronnym, kiedy wychodziła ze mnie największa moja słabość. - Zasłużyłaś na to, by móc się w końcu wypłakać.

 

***

 

Nie wiedziałam, jak długo to trwało, ale świadomość uleciała wraz z pojawiającą się za wysokimi oknami szarówką nowego dnia. Zamrugałam, zdezorientowana. Ból głowy wciąż mi towarzyszył, lecz nie był już tak silny jak wcześniej.

Podniosłam się na rękach, czułam się niesamowicie ciężka, oczy piekły, jakby ktoś sypnął mi do nich kilogramem soli. Rozejrzałam się ostrożnie. Z wiszącego na panelu ściennym kinkietu sączyło się słabe, ciepłe światło. Dotknęłam wolnej strony łóżka, na której powinien spać Ezra, jednak miejsce było chłodne, jakby w ogóle się tam nie kładł, choć pamiętałam to zupełnie inaczej.

Zwlokłam się z materaca i przeciągnęłam, mimowolnie rozwarłam usta w ziewnięciu. Wszystkie mięśnie miałam odrętwiałe, jakbym nie ruszyła się ani razu podczas snu. Rozmasowałam kark, wciąż mrowił mnie po skręceniu.

Ciało zregenerowało się wyjątkowo szybko - przemknęło mi przez myśl. Po spotkaniu z potworami odsypiałam kilka dni. Tym razem właściwie nie wiedziałam, jak dużo czasu minęło, jednak stan, w jakim widziałam Nicolę, wskazywał na to, że niewiele.

Zeszłam z antresoli, przekonana, że w kuchni lub salonie spotkam Cohena. Zawładnęło mną spore zaskoczenie, kiedy przywitały mnie cisza i pogaszone światła. Na blacie wyspy kuchennej czekała na mnie filiżanka kawy, para wciąż się nad nią unosiła.

- Ezra? - posłałam pytanie w eter, ale nie spotkało się z żadną odpowiedzią.

Podeszłam do ławy. Wzięłam telefon do ręki. Było już grubo po południu, więc jest spora szansa na to, że Cohen zwyczajnie poszedł do siedziby Russeau wykonać swoje obowiązki. Wróciłam po filiżankę, po czym usadowiłam się wygodnie na kanapie. Odblokowałam wyświetlacz i weszłam od razu w wiadomości.

"Na konsoli leżą dokumenty. Zapoznaj się z nimi" - brzmiała notatka od hakera. Krótka, zwięzła i bez zbędnych wyjaśnień. Zerknęłam w tamtą stronę i na meblu faktycznie znajdowała się opasła, biała teczka. Jęknęłam, podnosząc się z miękkiej sofy. Mięśnie wciąż mnie bolały i każdy ruch przyprawiał o nową falę cierpienia. Zgarnęłam plik i wróciłam na miejsce.

Popijając przepyszną kawę, przeglądałam notatki niespiesznie. W pierwszej chwili nie rozumiałam, na co patrzę. Kilka stron sugerowało, że to jakieś współrzędne, ale nie byłam w stanie ich odczytać bez wklepania w przeglądarkę. Odłożyłam je na bok.

I dopiero wtedy mój oddech uwiązł w gardle.

Wpatrywałam się w zdjęcie portretowe Jean Luca. Dużo młodszego, niż znałam. Patrzył prosto w obiektyw, tęczówki świeciły wściekle płynnym złotem nawet na wyblakłej fotografii. Obszerne worki pod oczami sugerowały, że nie sypiał najlepiej, tak samo jak przekrwione białka. Usta wykrzywił w złośliwym uśmiechu, potargane, przydługie włosy wywijały się we wszystkie strony. Pochylał się do przodu, jakby zamierzał wbiec w okular aparatu. Niby nic nadzwyczajnego, nie odbiegał spektakularnie od obecnego wyglądu. Jednak w jego postawie było coś... szalonego. Niebezpiecznego, zwiastującego same kłopoty.

Uniosłam fotografię do góry, by móc zapoznać się z treścią notatki. Na pierwszej stronie znalazłam podstawowe informacje o Russeau. Imię, nazwisko, prawdopodobny wiek, skąd pochodził, grupa krwi, jej parametry, wzrost, waga, wykształcenie. Zmarszczyłam brwi, kiedy na dole kartki, w samym rogu, dostrzegłam datę sporządzenia dokumentów. Siedemnaście lat przed zrzutem pierwszej bomby przez Chińczyków.

Przełknęłam ślinę.

To zdecydowanie dowód na to, że trimisi pojawili się dużo wcześniej i nie byli mutacją w wyniku powojennych konsekwencji.

Kolejne strony to obszerne opisy badań, które zostały wykonane na Russeau. Od wstrzykiwania różnych substancji, aż po łamanie kości i tortury. Obrazowe, dość niesmaczne zdjęcia przewijały się przez tekst raczący czytelnika nawet najdrobniejszymi szczegółami. Czułam, jak treść żołądka podjeżdża mi do gardła. Niektóre "badania" były tak wymyślne, że nawet ja nie wpadłabym na taki sposób znęcania się nad ofiarami. Gdzieś z tyłu głowy zaczęło rodzić się współczucie dla tego trimisa.

Czytałam słowo po słowie, coraz bardziej przekonana o tym, że Russeau miał podstawy ku temu, by zemścić się na ludziach. Gdyby nie nazwisko osoby, która napisała ten obszerny dokument.

Madeleine Sinclair.

Pisnęłam, widząc swoje imię. Zakryłam usta dłonią, jakby ten dźwięk miał obudzić potwory czające się w cieniu i czekające tylko na moment, w którym ujawnię swoją obecność. Puls przyspieszył, a serce załomotało w piersi niebezpiecznie mocno.

Odłożyłam teczkę na bok. Podwinęłam nogi i usiadłam po turecku. Wpatrywałam się w punkt przed sobą, próbując uspokoić coraz szybszy oddech. Miałam wrażenie, że rzeczywistość powoli odjeżdża, pozostawiając ciemną pustkę. Dźwięki uciekły, zastąpiło je przeciągłe, irytujące piszczenie w uszach.

Zerwałam się z kanapy, szybkim krokiem przemierzyłam mieszkanie i wpadłam do łazienki. Od razu odkręciłam zimną wodę, ochlapałam nią twarz, by pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia odrealnienia. Torsje zaczęły wstrząsać moim ciałem. Odepchnęłam się od umywalki i padłam na kolana przy toalecie tuż obok.

Moje mięśnie drgały boleśnie, kiedy pozbywałam się treści żołądka, choć i tak nie znajdowało się w nim wiele. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz jadłam. Opierałam się rękami o muszlę jeszcze kilka dobrych minut, zanim zdecydowałam się podnieść z klęczek.

Poczłapałam zrezygnowana do salonu. Mieliłam w głowie treść raportu. To była jedynie część dokumentów, jakie znajdowały się w tej teczce. Oczami wyobraźni widziałam, jak wyrządzałam mu te wszystkie okropne rzeczy, choć wcale nie zrobił nic złego. Po prostu zgłosił się do kliniki, zgodnie z tym, o co prosiła notatka informacyjna umieszczona w gazecie - według raportu, oczywiście.

Nie przywykłam kłamać. Nie zdarzało mi się to po utracie pamięci, więc prawdopodobne było, że wcześniej również nie miałam takich zapędów. Zresztą, tego typu dokumenty tworzyło się po to, by nie fałszować ich treści, w przeciwieństwie do informacji podawanych publicznie. Znałam te techniki doskonale. Niejednokrotnie byłam świadkiem, jak Jean Luc dyktował notatki prasowe skorumpowanym detektywom i żołnierzom. To samo dotyczyło polityków i innych osób publicznych, które miały obowiązek zajmowania się nielegalnym handlem i zduszania go w zarodku. Cóż, w teorii.

Usiadłam i z powrotem zajęłam się wertowaniem dokumentów. Kolejny z nich był opatrzony karteczką "ściśle tajne". Znajdowały się w nich raporty związane z innymi moimi badaniami, ich przebieg i wyniki. W przeciwieństwie do tych dotyczących Russeau, w tych nagminnie przewijało się nazwisko Nicoli. Faktycznie współpracowaliśmy ze sobą i wyglądało na to, że ta współpraca była bardzo owocna. Pomagał mi w każdym eksperymencie. Wyciągał trafne wnioski, dodawał czasem coś od siebie. Niewiele z tego rozumiałam, notatki napisane profesjonalnym, naukowym językiem zdawały mi się na ten moment czarną magią. Jedyne, co z nich wyciągnęłam, to myśl, że oboje byliśmy piekielnie dobrzy w tym, czym się zajmowaliśmy. Tylko dwie notatki były okraszone zwięzłym zdaniem "eksperyment nieudany".

Im dalej w papiery, tym daty bliższe wojnie atomowej, by w końcu nastąpiła kilkuletnia przerwa. Coraz częściej nazwisko Russeau pojawiało się w papierach, powoli zastępowało Duboisa, aż to w końcu przestało się pojawiać niemal całkowicie. Nie mogłam dopatrzyć się informacji, która sugerowałaby w jakikolwiek sposób, jak doszło do tego, że zaczęłam współpracować z Jean Lukiem. Byłam pewna, że to tylko kropla w morzu raportów, jakie napisałam na przestrzeni tych wszystkich lat. Na samym końcu powitał mnie elegancki, odręczny napis, przez który moje serce stanęło na krótką chwilę.

Ezra Nakagawa.

Wstrzymałam oddech. Drżącymi palcami złapałam za krawędź kartki i przewróciłam ją na drugą stronę. Moim oczom ukazał się pokreślony czarnym markerem raport. Tylko niektóre słowa nie zostały ukryte pod warstwą czarnego tuszu, a i tak zacierały się pod wielkim czerwonym stemplem z napisem UTAJNIONO.

Tajne.

Tajne.

Poufne.

Tajne.

Przewracałam strona po stronie i jedyne, co mogłam odczytać, to nazwiska, daty i dni tygodnia. Każde słowo zostało wymazane z tych dokumentów, tak jakby ich właściciel bał się, że trafią w nieodpowiednie ręce. Czy to mogłam być ja? A może to Ezra zadbał o to, żeby nikt nie przeczytał, co się z nim działo podczas wyciągania go z choroby popromiennej.

Przez moją głowę przeszła jeszcze jedna, zupełnie inna myśl: A co, jeśli zrobiłam mu to samo, co Jean Lucowi Russeau?

Rozdział 12

Nicola

 

Trzaśnięcie drzwi wytrąciło mnie z płytkiego, regenerującego snu. Chwilę później usłyszałem szybkie kroki. Ciężki materiał spadł na moją twarz, a w czoło uderzyła metalowa sprzączka od paska. Zerwałem się i usiadłem, powstrzymując siarczyste przekleństwo chcące wydobyć się z moich ust. Rozmasowałem bolące miejsce i zamrugałem. Posłałem intruzowi złowieszcze spojrzenie.

Nie robiło to na Nakagawie żadnego wrażenia.

- Koniec opierdalania się, Dubois - mruknął, nie podnosząc nawet wzroku znad telefonu. Wystukał szybko wiadomość, po czym schował urządzenie do kieszeni płaszcza. Dopiero w tym momencie uraczył mnie beznamiętnym spojrzeniem. - Za chwilę dostaniesz wiadomość od Russeau. Wyczuł wybuch Madeleine i chce się z tobą spotkać.

- Kurwa, znowu on... - mruknąłem. Nim zdążyłem się ruszyć, powietrze przeszył dźwięk przychodzącej wiadomości. Nie sprawdzałem od kogo. Mimo jawnej niechęci wobec mojego rywala ufałem mu w kwestii byłego współpracownika. Ezra wystarczająco wiele razy udowodnił swoją lojalność wobec mnie, choć byłem przekonany, że robił to głównie dla Madeleine.

- Będę tam razem z nim - kontynuował. Podszedł do fotela, w którym zwykle czytałem i rozsiadł się na nim wygodnie. - Więc nie będę mógł kontrolować Maddie ani w razie czego ci pomóc.

- Ty miałbyś mi pomóc? - prychnąłem, przechylając głowę w bok. Ezra zmierzył mnie wzrokiem.

- Od trzech dekad ratuję twoją trimiską dupę, Dubois - warknął. - Nie przeginaj pały.

Zacisnąłem usta w wąską linię. Nie miałem ochoty na przekomarzanki. Znów mogłem dostać po mordzie, a nie czułem się jeszcze na siłach. Może i Cohen nie był nieśmiertelny, ale potrafił nieźle wyprowadzić prawy sierpowy.

Podniosłem się ociężale z łóżka i ruszyłem do łazienki, by zmyć z siebie pot regeneracji. Co chwilę słyszałem przez drzwi dzwonek telefonu i przychodzące do Nakagawy wiadomości. Ogarniał tak wiele rzeczy jednocześnie, że zastanawiałem się, czy na pewno wziął antidotum. Dawno nie widziałem, żeby pracował na tak wysokich obrotach, a przebywaliśmy ze sobą nie jeden raz.

W końcu dotarło do mnie imię Madeleine. Przestałem wykonywać jakiekolwiek czynności, by wyraźnie słyszeć, o czym z nią rozmawiał.

- Nie, Mad... - zaczął nerwowo przyciszonym głosem. Skubany wiedział, że dotrze do mnie wszystko przez wyczulony słuch. - Nie... Porozmawiamy o tym później, teraz muszę załatwić parę spraw. - Zamilkł, słuchał, co kobieta ma do powiedzenia. - Nie będę mógł... Tak, ale Russeau odwołał wszystkie inne dostawy, oprócz eteru... Będę musiał zostać, by nie nabrał... - Westchnął.

Więc Ezra nie pojedzie z nami do Paryża. Tak przypuszczałem, że wybuch mocy Madeleine wywołał chaos w siedzibie Jean Luca. Nie żebym miał z tym coś wspólnego, takie zachwianie energii nie wróżyło niczego dobrego. Jednak uśmiechnąłem się na tę myśl. To idealne rozwiązanie, jeśli chciałem, by Madeleine spojrzała na mnie trochę cieplejszym okiem. Wystarczająco długo trzymałem się na uboczu, by nie skorzystać z tej szansy.

Wyszedłem z łazienki. Nakagawa wpatrywał się tępo w niewielki ekran. Nawet nie zarejestrował mojego przybycia. Niespiesznie założyłem spodnie i koszulę, a on nie poruszył się nawet o milimetr. W pewnym momencie zerknąłem na niego, czy przypadkiem nie przestał oddychać.

- Dlaczego się przed nią nie broniłeś? - zapytał w końcu.

Sam się nad tym zastanawiałem. Nauki Jean Luca skutecznie gasiły temperament Madeleine i okiełznanie jej trimiskich zapędów nie powinno stanowić dla mnie żadnego problemu. Tym razem jednak było inaczej.

Coś się wydarzyło i nie do końca miałem pojęcie, do czego to zaklasyfikować. Nieświadomie zaczęła mnie spowalniać. Nie wiedziałem, kiedy dokładnie to się wydarzyło, ale zanim się zorientowałem, co jest grane, było już zdecydowanie za późno, żeby cokolwiek powstrzymać. Wdarła się do mojego umysłu tak niespodziewanie, że nim wyczułem jej obecność, ona dokopała się do najgłębszych zakamarków mojej świadomości.

Nie potrafiłem jej wyrzucić. Mogłem wspinać się na wyżyny swoich umiejętności, lecz nie przynosiło to żadnego efektu. Mieliła umysł tym wspomnieniem całymi godzinami, aż w końcu się poddałem. Gdyby w tamtej chwili ktoś chciał wyciągnąć ze mnie jakiekolwiek informacje, podałbym je bez wahania, byleby tylko przestała.

Retrospekcja, po którą sięgnęła, była jedną z boleśniejszych, jakie posiadałem. Wtedy uświadomiłem sobie, że nie miałem żadnych szans na odbudowanie tego, co było między mną a Madeleine. Odgrodziła się ode mnie grubym, solidnym murem. Widziałem to w jej spojrzeniu, kiedy zakładała koszulę. Coś przeskoczyło. Zgasł ten blask w jej oczach, który pojawiał się zawsze, gdy na mnie patrzyła.

- Nie wiem - odparłem po dłuższym milczeniu. Ezra przechylił głowę, mrużąc oczy. Westchnąwszy, przeczesałem palcami wilgotną grzywkę. - Myślę, że za każdym razem, kiedy odbieramy jej wspomnienia, ona rośnie w siłę. Nie należała przecież do najsłabszych, wręcz przeciwnie. Od dekad nie traci energii na magazynowanie pamięci, a to, co dał jej Russeau, to jedynie namiastka tego, co powinno znaleźć się w jej głowie. Więc moc miała czas i miejsce na kumulowanie się.

- Mówisz tak, jakbyś uważał trimisa za oddzielny byt.

- Madeleine tak uważała. - Spojrzałem na niego. Kiwnął głową, doskonale to wiedział. - Prowadziła obszerne badania nad tym tematem. - Zacisnąłem usta, przypominając sobie, kto był głównym obiektem tych eksperymentów.

Haker podniósł się z fotela, po czym poprawił klapy płaszcza. Zerknął na zegarek z przyzwyczajenia. Obaj wiedzieliśmy, że miał jeszcze trochę czasu.

- Zostawiłem jej teczkę, którą znalazłeś w archiwach w Down Town - oznajmił. Wyczułem w jego głosie nutkę zdenerwowania.

- Pozbyłeś się...

- Nie - przerwał mi ostro. Uniosłem brwi w zdziwieniu. Ezra poprawił nerwowo okulary. Ostatnio robił to coraz częściej. Jakby go paliły, nie należały do niego. - Żadnego ukrywania. Wystarczy.

Chciałem powstrzymać uśmiech wypływający na moje usta, ale ich kącik i tak się uniósł.

Bez słowa pożegnania ruszył ku drzwiom wyjściowym. Nie dał mi okazji do rozwinięcia tej rozmowy, a szkoda. Chętnie oglądałbym, jak się miota i topi we własnych machlojkach.

Prawda była taka, że nic na Ezrę nie miałem. Nie mogłem uczepić się niczego, co pozwoliłoby przekonać Madeleine, że to nie jest kandydat dla niej. Transparentność hakera wobec mojej Miłości działała na mnie jak płachta na byka. Robił tylko to, co uważał za słuszne, zawsze pilnował, by czuła się przy nim komfortowo, nawet kiedy musiał udawać, że nic ich nie łączyło. Zamiast kłamać, najczęściej milczał, i to doprowadzało mnie do szału.

Ja nie chciałem grać. Mierziło mnie to i gdy tylko okres zakładu minął, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Zgodnie z Nakagawą doszliśmy do wniosku, że wystarczy tych gierek. Russeau nie miał już nic, czym mógł nas zaskoczyć. Śmierć potwora, którego nasłał na miasto, jasno pokazała nam, że Madeleine dłużej nie może być pod jego wpływem. Poradziła sobie z jednym, z tuzinem i zapewne poradziłaby sobie z setką. Jednak powinna mieć do tego odpowiednie narzędzia.

Ezra Nakagawa nie był jedynym człowiekiem, nad którym prowadziła badania. Był pierwszym, który zaczął mutować z nieznanego nam powodu. Nasuwały mi się pewne wnioski, aż w końcu sam haker przyszedł z odpowiedzią. Latami próbowaliśmy odnaleźć ludzi, którzy współpracowali przy tym projekcie. Wszyscy okazali się przemienieni. Problem polegał na tym, że nie mieliśmy pojęcia, w jaki sposób Jean Luc ich kontroluje.

Oparłem się o materac łóżka, wygrzebałem telefon z pościeli, po czym sprawdziłem wiadomość. Russeau podał jedynie godzinę i miejsce spotkania. Świetnie.

Niczego więcej nie potrzebowałem.

 

***

 

Uwielbiałem oddychać powietrzem po burzy. W Down Town zwykle było ciężkie i gęste od wszechobecnego smogu, dlatego gdy spadło choć odrobinę deszczu i cały pył osiadał na ziemi, niemal każdy obywatel łapał oddech pełną piersią.

Tak było i tym razem. Ludzie wyszli na ulice, zostawili samochody i inne środki transportu na parkingach, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Sam szedłem spacerowym tempem, zaciągając się ozonem niemal z nabożną czcią. Wodziłem beznamiętnym spojrzeniem po odrapanych budynkach i dziurach w chodnikach, z trochę większym zainteresowaniem patrzyłem na obywateli tego miasta. Zastanawiałem się, czy którykolwiek z nich mógł stać się potworem.

Promieniowanie dotknęło każdego na tym globie. Minęło prawie sto lat od wybuchu, a mierniki skażenia radioaktywnego wciąż podawały względnie wysokie odczyty pomiarów. Jego widmo wisiało nad całym gatunkiem. Udawaliśmy, że możemy żyć normalnie, ale prawda była taka, że niemal każdy drżał na myśl o tym, że pewnego dnia po prostu straci czucie w palcach, a kilka tygodni później, już całkowicie nieświadomie, poodgryza swoim bliskim głowy.

W mediach pojawiało się niewiele informacji na ten temat. Z innych źródeł zaś wiedziałem, że takie przypadki były sprawnie eliminowane przez ludzi Russeau. Miał monopol na współpracę z wojskiem i ochoczo korzystał z tego przywileju, by pod ich nosem handlować eterem.

Przeszedłem na drugą stronę ulicy. Skorzystałem ze swoich umiejętności i rozwinąłem macki trimisa, by namieszać trochę przechodniom w głowie. Sunęły leniwie po chodniku, oplatając każdy żywy organizm, jaki napotkały na swojej drodze.

Spojrzenia, którymi mnie obdarzali, stały się mętne, przygaszone. Mijali mnie tak, jakbym wcale tam nie stał. Niektórzy obijali się o moje ramiona, pod wpływem mocy zachowywali się jak zombie z filmów, które widziałem w kinach jeszcze przed wojną. Omijałem ich swobodnie, aż w końcu wszedłem w ciemny zaułek.

Przystanąłem i oparłem się o omszałe cegły. Przywitał mnie zapach wilgoci i błota. Uśmiechnąłem się pod nosem. Wciąż nie mogłem się nadziwić, dlaczego Russeau nie zrobił tu chodnika, do zaułków i tak nikt się nie zapuszczał. Żandarmeria wojskowa doskonale zdawała sobie sprawę z tego, gdzie znajdowało się wejście do siedziby. Dla większości obywateli to była zwykła wnęka z dojściem prowadzącym do zwyczajnych mieszkań.

Spojrzałem w niebo. Znów kotłowały się na nim granatowe chmury, zwiastując kolejną ulewę. Wszystkie stacje radiowe ostrzegały przed kwaśnymi deszczami, tak powszechnymi o tej porze roku, choć od lat pogoda w ciągu trzystu sześćdziesięciu pięciu dni niemal w ogóle się nie zmieniała.

Podszedłem do wejścia i zapukałem w metal trzy razy. Byłem święcie przekonany, że wcześniej były drewniane. Zmarszczyłem brwi, kiedy włochaty osiłek w ciemnych okularach je otworzył. Również mogłem przysiąc, że poprzedni ochroniarz Russeau miał glacę gładką jak skorupka jajka.

Mężczyzna zlustrował mnie spod ciemnych szkieł od góry do dołu. Wyglądał jak naszpikowane testosteronem bydlę wyciągnięte z klatki, ale nawet odrobinę nie dorównywał mi wzrostem. Musiał zadrzeć głowę do góry, by spojrzeć na moją twarz. Przywdziałem uśmiech numer cztery i przechyliłem głowę w bok.

Show czas zacząć.

- Nicola Dubois - przedstawiłem się. - Gdzie ten pchlarz, Russeau?

Osiłek zacisnął szczęki i poczerwieniał na twarzy. Jak na takiego kwadraciaka, dość sprawnie sięgnął do tyłu, wyciągnął pistolet i wycelował w moją twarz. Przewróciłem oczami.

- Nie wiem, co tu robisz, ale spierdalaj - żachnął się, aż ślina pociekła mu po brodzie.

- Nie zostałeś poinformowany o naszym spotkaniu? - Zrobiłem zawiedzioną minę. Pochyliłem się i spojrzałem w otwór wylotowy lufy. - Wiesz, że możesz sobie zrobić tym krzywdę?

- Zaraz tobie ją zrobię, ty... - Zapowietrzył się, kiedy niespodziewanie wyszarpałem mu broń z ręki i rzuciłem ją za siebie. Zaczynał mnie nudzić.

- Tak, tak. - Pokiwałem głową. Zrobiłem krok do przodu. Osiłek cofnął się, wciąż zszokowany tym, jak łatwo odebrałem mu gnata. Położyłem mu rękę na ramieniu, drugą dłonią zdjąłem z twarzy okulary i pochyliłem się tak, by nasze spojrzenia były na jednej wysokości. Pozwoliłem mocy dotrzeć do moich oczu, płynne złoto zatańczyło w tęczówkach wesoło, a ochroniarz widocznie zapomniał, jak się oddycha, bo zaczynał robić się siny. - Prowadź do Russeau.

Osiłek otwierał i zamykał usta niczym ryba wyciągnięta z wody. Przeskakiwał wzrokiem z jednego mojego oka na drugie, jakby nie mógł się zdecydować, na które ma patrzeć. Czułem pod ręką, jak jego puls przyspiesza, a serce pompuje do organizmu krew i rozprowadza adrenalinę. Nagle ogarnęła mnie przyjemna myśl, co by było, gdybym teraz wyrwał mu mięsień z klatki piersiowej i zmiażdżył, zanim w ogóle zdążyłby się zorientować.

- Dubois! - Usłyszałem ostry, znajomy ton. Spojrzałem ponad ramieniem ochroniarza na postać stojącą u wzniesienia schodów. - Przestań się popisywać.

Uśmiechnąłem się najładniej, jak potrafiłem. Poklepałem osiłka po policzku i się wyprostowałem, wciąż przyglądając się Ezrze. Był zdecydowanie bardziej spięty, niż kiedy spotykaliśmy się we dwóch w Abbys lub w moim apartamencie. Włosy miał - wyjątkowo - zaczesane do tyłu, nawet kosmyk nie opadał na gładkie czoło. Koszulę i spodnie na kant zastąpił czarny uniform i kamizelka kuloodporna. Przy pasku wisiała kabura, z której wystawał dobrze mi znany colt.

Bez słowa minąłem marną podróbkę ochrony i ruszyłem ku schodom. Nakagawa odwrócił się na pięcie i wszedł na górę, nie zastanawiając się nawet zapewne, czy go dogonię. Oczywiście, że go dogoniłem. Miałem zdecydowanie dłuższe nogi i moc trimisa pod ręką.

Dotarł do drzwi na końcu korytarza. Zapukał w drewno i nie czekając na wezwanie, wszedł do środka. Podążyłem za nim. W moje nozdrza od razu uderzył ostry zapach eteru i seksu. Zmarszczyłem nos z niesmakiem. Rozejrzałem się po kiczowatym wnętrzu gabinetu Russeau. Nie zaskoczyły mnie czerwone ściany, neony pod sufitem czy Jean Luc rozwalony na welurowej kanapie. W zdumienie wprawiło mnie zupełnie coś innego.

- Gdzie dziwka? - zapytałem realnie zaciekawiony brakiem jakiejkolwiek kobiety klęczącej między jego nogami.

Russeau zlustrował mnie podejrzliwie, po czym pochylił się do przodu.

- Nie żyje. Madeleine wpakowała jej kulkę w łeb - odparł pozornie niewzruszony.

Wyszczerzyłem się nietaktownie, zadowolony z jego odpowiedzi.

- Moja dziewczynka - skwitowałem, kiwając głową z uznaniem.

Ezra odchrząknął znacząco. Byłem pewny, że ciska we mnie gromami, a gdybym spojrzał mu w oczy, niechybnie bym umarł.

Haker ruszył w stronę swojego szefa. Stanął za oparciem kanapy, splótł ręce za plecami i wyprostował się niczym struna. Wyglądał jak doberman czekający tylko na to, aż właściciel wyda komendę i będzie mógł rzucić się na niewinną ofiarę. Z jego twarzy nie biła absolutnie żadna emocja. W szkłach okularów korekcyjnych odbijały się niebieskie i różowe łuny neonów. Musiałem przyznać, że fantastycznie odgrywał swoją rolę prawej ręki Russeau. W pewnej chwili nawet przemknęło mi przez myśl, czy aby na pewno współpracował ze mną, czy to nie jest kolejna maska, którą przywdział, by wtopić się w moje kręgi.

Odpychając niepożądane podejrzenia, podszedłem do sofy stojącej tyłem do drzwi. Rozsiadłem się na niej wygodnie. Wydawała się względnie czysta, choć doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, co Russeau potrafił wyprawiać na meblach z kobietami. Nawet ja nie byłem taki lotny, mimo że przez prowadzenie Abbys w kręgach chodziły o mnie różne pogłoski.

Spojrzałem na stół. Zastawiony kilkoma pojemniczkami z podejrzaną zawartością prezentował się niczym wystawa produktów w jakimś domu towarowym. Wyczułem specyficzny zapach eteru i fentanylu, tuż obok zapewne znajdowała się kokaina - te trzy narkotyki Russeau uważał za najciekawsze i najlepiej prosperujące w zależności od kręgu, o jakim się wypowiadał. Reszta to zapewne jakieś pochodne amfetaminy, mefedronu i preparatu do udrażniania rur. Uzależniony wszystko przyjmie, zadowoliłby go nawet cukier puder.

- Szykujesz imprezkę? - spytałem z przekąsem, odwracając wzrok od stolika. Moją uwagę przykuł tlący się papieros w kąciku ust Jean Luca.

- Rozmowy bez odpowiedniego przygotowania zwykle nie kończą się dobrze - odparł. Pochylił się nad ławą, sięgnął po niewielką, srebrną łyżeczkę i wsadził ją do pierwszego pojemnika. Kopiasta działka po chwili zniknęła w jego nosie. Cmoknął z zadowoleniem i opadł na oparcie kanapy, zarzucił ręce do tyłu i zsunął się niżej, jakby eter od razu sprawił, że się rozluźnił. - Częstuj się.

- Gardzę tym - rzuciłem i machnąłem ręką. - Co chciałeś? Nie mam czasu.

- Czułeś wahanie mocy naszej małej gwiazdy?

- Byłem wtedy razem z nią.

Russeau wyraźnie spiął się na te słowa. Zerknął przez ramię na hakera, ale ten ani drgnął.

- Zaczęliście ze sobą współpracować?

- Skądże znowu. - Uśmiechnąłem się. - Chwilę wcześniej chciała odciąć mi głowę.

Nie było to do końca prawdą, ale nie tylko Nakagawa był świetnym aktorem. Już na początku ustaliliśmy, że jeśli Madeleine zechce odłączyć się od Jean Luca, absolutnie, pod żadnym pozorem nie będziemy go informować, że jest po naszej stronie. Dzięki temu zyskaliśmy trochę więcej czasu, zanim Russeau znów zażądałby odnowienia zakładu. Nie było to łatwe zadanie, ja nie miałem problemu z kłamaniem mu w żywe oczy, ale ta część mnie, która była trimisem, rwała się do tego, by wyśpiewać mu wszystko przy pierwszej lepszej okazji. Na szczęście cierpliwość była jedną z wielu zalet, jakie posiadałem.

Twarz Jean Luca wykrzywił mało urokliwy uśmiech, ale najwyraźniej był z siebie zadowolony.

- Czyli zakład trwa - oznajmił, kiwając powoli głową.

- Skończył się kilka tygodni temu. - Uniosłem brew. - Nie zmieniaj zasad, kiedy pali ci się dupa, Russeau.

- Nie zabiła mnie, nie dołączyła do ciebie, więc...

- Więc jest wolna - dokończyłem za niego, byłem przekonany, że jego wersja znacznie różniłaby się od mojej. - Spłaciła cię co do grosza. Powinieneś dać jej spokój. Zajmij się prawdziwymi problemami. Jak na przykład kradzież eteru.

Trimis cmoknął z dezaprobatą. Coś niebezpiecznego błysnęło w jego oczach. Wiedziałem, że wywoła to w nim pożądaną przeze mnie reakcję. Nawet gdy razem pracowaliśmy, wystarczyło jedno moje słowo, by odpalić go jak pochodnię, i mimo upływu lat nic się nie zmieniło.

- Och, Dubois - zaśmiał się donośnie. - Madeleine jest moim priorytetem. Nie mogę zrezygnować z tak skutecznej zabójczyni. Wciąż mam szansę ją przekonać, by skróciła cię o głowę.

Odpalił kolejnego papierosa i zaciągnął się nim głęboko. Zerknąłem na Ezrę, kiedy Jean Luc wypuszczał siwy dym. Hakerowi nie drgnęła nawet powieka przez cały czas trwania spotkania. Jakby został zamieniony w posąg. Skubany... dobry był.

- Musiałaby przestać mnie kochać. - Wzruszyłem ramionami. Zaczynała mnie nużyć ta rozmowa.

- Już ja się o to postaram. - Jean Luc poklepał się po torsie. Wraz z tymi słowami haker spiął się nieznacznie, jakby wywołały w jego czaszce głośny zgrzyt.

- Czyli właściwie po co się tu spotkaliśmy? - zapytałem, przechylając się do przodu. To, że słowa trimisa sprawiły, że krew we mnie zawrzała, byłoby zbyt wielkim niedopowiedzeniem. - Żeby wymienić się ploteczkami? Ponapinać mięśnie i sprawdzić, kto ma większego kutasa? - Zlustrowałem go zdegustowanym spojrzeniem. - Przecież wiadomo, że ja. Mam ponad dwa metry.

Russeau zignorował mój przytyk. Nawet nie zastanawiałem się nad tym, jaki nowy plan urodził się w jego głowie, czułem jednak, że Madeleine powinna odzyskać pamięć szybciej, niż zakładaliśmy.

Znałem Jean Luca wystarczająco dobrze i wystarczająco długo, by wiedzieć, że cokolwiek zaplanował, będzie zakrawało na sadyzm i tortury. Doskonale pamiętałem każdy trening Madeleine, zanim zaczęła służyć w jego szeregach. Przestraszonej, zdezorientowanej kobiecie łatwo było nawkładać do głowy masę zbędnych, niemoralnych rzeczy. Czyżby sądził, że tym razem będzie inaczej?

- Wiem, że to ty stoisz za kradzieżami dostaw i zabójstwami demonów. - Poprawił pozycję na kanapie. Również pochylił się do przodu, żeby nasze spojrzenia były na tej samej wysokości. - Zamierzam znów ją do siebie przekonać. Tyle razy mi się to udawało, że kolejny nie powinien być kłopotliwy. - Uśmiechnął się kącikiem ust. - Cudownie będzie patrzeć, jak twoja ukochana morduje cię z zimną krwią. Chociaż... - Podrapał się po głowie, jakby się nad czymś zastanawiał. - Będę kazał jej zostawić cię przy życiu, żebyś w ostatnich jego minutach patrzył, jak rżnę ją na tym biurku.

Po tym wszystko potoczyło się tak szybko.

Niczym w starych filmach akcji widziałem, jak żyły na szyi Nakagawy się uwydatniają, a krew odpływa z jego przystojnej azjatyckiej twarzy. Sięgnął do colta przy pasie, wyszarpnął go z kabury i odbezpieczył zamek. Nim zdążył przyłożyć pistolet do głowy Russeau, zareagowałem.

Złapałem Jean Luca za poły koszuli jedną ręką, drugą zwinąłem w pięść i posłałem prawy sierpowy w jego wykrzywiony w uśmiechu policzek. Trimis nie spodziewał się ciosu. Szarpnęło jego ciałem, spadł z kanapy i przeturlał się po podłodze.

W tym samym momencie padł strzał. Odrzuciło mnie do tyłu, po ramieniu rozszedł się piekący ból. Przycisnąłem rękę do miejsca, skąd dochodził. Ciepło powoli rozlewało się po skórze, tak samo jak po ubraniu. Zaczęło się przyklejać do ciała w zatrważająco szybkim tempie. Uniosłem dłoń do góry, metaliczny zapach posoki wymieszanej z wonią siarki uderzył w moje nozdrza.

Spojrzałem na Ezrę. Haker dyszał ciężko, wściekłość tańczyła w jego oczach wesoło, jakby od dawna czekała, aż puszczą mu wszystkie hamulce i w końcu uwolni jej pokłady. Wciąż miał ramię uniesione do góry, a ja mogłem podziwiać czarny niczym smoła wlot lufy. Dopiero po chwili zorientował się, co się wydarzyło, a jego ręka zaczęła drżeć od nadmiaru adrenaliny.

- Kurwa mać. - Dotarło do mnie niewyraźne przekleństwo wybełkotane przez Russeau. Dźwignął się na kolana z ciężkim sapnięciem. Usiadł i zakasłał jak gruźlik, wypluwając przy okazji kilka zębów.

Mimo bólu, rozchodzącego się po całej ręce, uśmiechnąłem się z satysfakcją. Sam dyszałem jak lokomotywa, w końcu coś ciekawego wydarzyło się na naszym spotkaniu.

Russeau spojrzał na mnie z niedowierzaniem wymalowanym na obitej mordzie. Policzek powoli pokrywał się cudownie czerwonym, nabrzmiałym krwiakiem.

- Przestań fantazjować o mojej byłej żonie - warknąłem, patrząc na niego spod byka. Doskonale wiedziałem, że w połączeniu z szalonym uśmieszkiem, który przywdziałem, zrobiło to na nim piorunujący efekt i sprawiło, że uwierzył w tę wersję wydarzeń.

 

***

 

Zatrzasnąłem za sobą drzwi i osunąłem się po ścianie. Ledwo dotarłem do apartamentu. Sądziłem, że dostałem w ramię, jednak kiedy zdjąłem płaszcz, okazało się, że było zdecydowanie gorzej. Krew sączyła się z klatki piersiowej, blisko pachy. Z każdą chwilą ubywało jej coraz więcej, a ja czułem, że odlatuję. Nie miałem pojęcia, co Ezra trzymał w tych nabojach, ale zdecydowanie mnie to zabijało.

Nieporadnie wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem pierwszy numer, jaki widniał w kontaktach. Wahałem się tylko przez chwilę, czy wykonać połączenie. Jeśli nikt by tu nie przyszedł, to wykrwawiłbym się w ciągu następnych kilku godzin.

- Halo? - Usłyszałem zaspany głos po drugiej stronie. Otworzyłem usta, ale byłem tak potwornie zmęczony, że jedynie westchnąłem ciężko. - Nicola?

Wziąłem głęboki wdech. Coś zabulgotało niebezpiecznie w płucach. Nie czułem się tak nigdy wcześniej. Jakby coś wysysało ze mnie duszę. Moc trimisa próbowała zasklepić ranę, ale ta nawet nie myślała się regenerować. W moim ciele wciąż tkwił nabój i zakładałem, że to on był głównym czynnikiem problemów z uleczeniem.

- Nie jest dobrze - wycharczałem, ledwo kończąc wypowiedź.

- Jesteś ranny?

Mruknąłem coś niezrozumiałego nawet dla mnie. Po drugiej stronie zaległa napięta cisza. Słyszałem, jak serce Madeleine dudniło jak szalone, ale już po chwili zorientowałem się, że to tylko mój organizm walczył o życie i pompował resztki krwi, desperacko próbując doprowadzić je do ładu.

- Kurwa, Dubois! - żachnęła się. Dotarły do mnie dźwięki szamotaniny, ale zdawały się dobiegać z oddali. Chciałem zapytać, co robi, ale tak bardzo potrzebowałem odpocząć, że nawet otwarcie ust było ogromnym wysiłkiem.

Przymknąłem powieki. Tylko na chwilę.

Rozdział 13

Wypadłam z mieszkania Ezry jak oparzona. W pośpiechu zakładałam kurtkę jedną ręką, a drugą wybierałam numer hakera. Pierwsze połączenie trwało w nieskończoność, aż w końcu usłyszałam dźwięk włączającej się sekretarki. Zaklęłam pod nosem siarczyście. Wykonałam kolejne, a potem następne, jednak Ezra nie odbierał. Wiedziałam, że jest w pracy, ale nigdy nie zdarzyła się sytuacja, w której nie odebrałby chociaż za drugim razem.

Przemierzając ulicę, wystukałam do niego krótką wiadomość, dokąd idę i żeby oddzwonił jak najszybciej. Schowałam urządzenie do kieszeni i puściłam się biegiem w stronę apartamentu Duboisa. Mięśnie wciąż boleśnie przypominały o tym, co niedawno przeżyłam, krew szumiała w uszach, a kark dawał jasno do zrozumienia, że dla mojego organizmu pośpiech nie jest wskazany.

Czułam, że muszę szybko odnaleźć Nicolę. Instynkt podpowiadał, że czasu było niewiele, a ja nie wiedziałam, co tak naprawdę się wydarzyło. Trimis brzmiał... tak ludzko, że aż mnie zmroziło. W pierwszej chwili pomyślałam, że był pijany albo pod wpływem narkotyków, ale te domysły odrzuciłam na bok. Ufałam swoim przeczuciom, nigdy mnie nie zawiodły.

Biegłam tak szybko, że obraz przed moimi oczami się rozmazywał. Przeklinałam samą siebie, że nie miałam takich samych umiejętności, co Dubois. Przynajmniej o tym nie pamiętałam. Na szczęście droga do wieżowca, w którym mieszkał, nie była wyjątkowo długa i kręta, dlatego już po dwudziestu minutach pojawiłam się na miejscu.

Czas w windzie dłużył się niemiłosiernie. Wyskoczyłam z niej jak z procy i od razu pobiegłam do drzwi opatrzonych liczbami czternaście, zero, osiem.

Zapukałam w nie nerwowo. Odpowiedziała mi martwa cisza. Wszystkie włoski na moim karku zjeżyły się, a moc zatańczyła w splocie słonecznym. Złapałam za klamkę i nacisnęłam ją. Zamek ustąpił bez protestów. Otworzyłam drzwi i zamarłam.

Nicola opierał się na wpółleżąco o ścianę korytarza. W ręku wciąż trzymał telefon z włączonym wyświetlaczem. Jego głowa opierała się o tors, przymknięte powieki podrygiwały co chwilę, jakby przechodził fazę REM. Oddychał płytko, a czas między jednym a drugim wdechem nieznośnie się dłużył. Nie podobało mi się to ani trochę.

Mój wzrok zjechał niżej. Chciałam przełknąć gulę formującą się w przełyku, ale ten zacisnął się mocniej, niż zwykł to robić.

Na podłodze wokół ciała Duboisa widniał wymalowany niczym od cyrkla szkarłatny okrąg. Krew powoli krzepła na krawędziach, przybierając ciemną, niemal czarną barwę. Wiodłam spojrzeniem od jego uda coraz wyżej, tą samą drogą, którą wybrała posoka. Błyszczała nieśmiało w jasnym świetle kinkietów. Koszula przykleiła się do jego ciała od bioder aż po klatkę piersiową.

Powoli podeszłam do trimisa i uklęknęłam obok. Wyciągnęłam rękę, by dotknąć jego policzka. Dłoń drżała, a ja nie mogłam tego opanować. Twarz miał chłodną, tak samo jak szyję. Przyłożyłam do niej dwa palce, szukając pulsu. Ledwo wyczuwalny.

Coś ścisnęło mnie boleśnie w mostku. Przecież trimisi to nieśmiertelne istoty, na Boga! Jak to możliwe, że pieprzony Nicola Dubois właśnie odbywał drogę do Królestwa Niebieskiego?!

W pośpiechu rozerwałam guziki koszuli w poszukiwaniu rany. Niezdarnie przyciągnęłam go do siebie, by zdjąć ubranie z jego barków. Był ciężki, nawet gdy posiadał jasność umysłu; nieprzytomny ważył chyba ze dwa razy więcej. Niemal od razu moim oczom ukazała się okrągła dziura po postrzale nieco poniżej pachy.

- Chryste Panie - jęknęłam załamana.

Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Rozejrzałam się dookoła, nie wiedząc, czego poszukuję, ale bardzo mocno tego potrzebowałam. Trimis w moim wnętrzu szarpał się niecierpliwie, więc puściłam go wolno. Wszystko zalało płynne złoto.

Podniosłam się z klęczek i cofnęłam o krok. Schyliłam się i złapałam Duboisa za kostki. Z głośnym sapnięciem pociągnęłam do siebie i jakież ogarnęło mnie zdziwienie, kiedy przesunięcie bezwładnego, ogromnego cielska okazało się łatwiejsze, niż na początku mi się wydawało. Już po kilku minutach Nicola leżał na podłodze w salonie. Ciągnęła się za nim szkarłatna smuga. Marszczył brwi co chwilę i wydawał z siebie bolesne jęknięcia, ale czułam, że nie mam czasu się nad tym zastanawiać.

Wpadłam do kuchni. Wciągnęłam głośno powietrze w płuca, kiedy moim oczom ukazała się sterylna, niemal laboratoryjna przestrzeń. Znów miałam ochotę jęknąć z niemocy, a najlepiej zapłakać nad sobą rzewnie. Jak miałam znaleźć cokolwiek w tym miejscu?!

Zaczęłam przeszukiwać szafki, jedna po drugiej, w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogłoby mi w opatrzeniu rany mężczyzny. Dosłownie nic się do tego nie nadawało. Nawet pieprzone ścierki były z jedwabiu! Zgarnęłam je z braku innego pomysłu. Na półce obok stały butelki z przeróżnymi alkoholami. Złapałam za wódkę, której nazwa brzmiała tak egzotycznie, że nie próbowałam nawet jej wymówić. Cena też pewnie była wyjątkowo orientalna. Zajrzałam do lodówki. Oprócz fiolek z antidotum i połówki awokado ziała pustką.

Wróciłam do salonu i spojrzałam z góry na Nicolę. Zacisnęłam usta w wąską linię. Butelka ślizgała mi się w spoconych dłoniach. Rzuciłam ścierki na podłogę, po czym odkręciłam korek i pociągnęłam solidny łyk trunku. Trimisowi prawdopodobnie by nie pomogła, za to mi dodała odwagi, by zrobić cokolwiek.

W chwili, w której przymierzałam się do toastu na drugą nóżkę, mój telefon zawibrował w kieszeni kurtki. Odebrałam połączenie, nawet nie sprawdzając, kto dzwonił.

- Nicola dostał z mojego colta. - Ezra wypluwał z siebie słowa niczym z karabinu. - W kuchni pod lodówką jest ukryta szuflada. Znajdziesz tam wszystko, czego będziesz potrzebowała do szycia oraz nabitą strzykawkę. Wyciągniesz nabój, zaszyjesz ranę, a później wstrzykniesz mu tę substancję w udo. Tylko pospiesz się, bo jak zapadnie w śpiączkę, to szybko się nie obudzi.

- Już jestem u niego - wychrypiałam. Nerwowy ton Ezry udzielił mi się w ułamku sekundy. Pobiegłam z powrotem do kuchni i padłam na kolana przy lodówce. Rzeczywiście był tam uchwyt. Przytrzymałam ramieniem telefon, po czym szarpnęłam za klamkę. Szuflada wysunęła się, a moim oczom ukazał się czytnik linii papilarnych i klawiatura numeryczna. - Ezra, to jest zabezpieczone szyfrem.

- Sześć, dziewięć, jeden, dwa, osiem, jeden, zero, dziewięć, cztery. - Podał mi ciąg cyfr, które od razu wstukałam. Czytnik zaświecił się na zielono. - Opatrz go i zostań, dopóki nie przyjadę.

- Czyli do kiedy?

- Nie wiem. Russeau jest wściekły. - Usłyszałam w tle, jak włącza kierunek. Prowadził samochód, dlatego zadzwonił. W innym wypadku raczej nie miałby takiej możliwości.

- Czemu go postrzeliłeś? - zapytałam, wyciągając z szuflady wszystko, czego potrzebowałam. Na samym końcu leżała strzykawka, o której wspominał Cohen.

- Przypadkiem. Ratował moją nierozsądną dupę. - Zamilkł, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Mój umysł trawił to zbyt mozolnie, żebym mogła cokolwiek z siebie wydusić. - Porozmawiamy, jak się spotkamy.

- Dobrze - szepnęłam. Docierał do mnie sens jego słów.

- Bądź czujna, Madness. I... - zawahał się. - Do zobaczenia.

Rozłączył się, zanim zdążyłam się pożegnać i dopytać, co chciał mi jeszcze przekazać. Dziwne mrowienie w potylicy nie dawało mi spokoju, że Ezra był w dużym niebezpieczeństwie. Nie miałam pojęcia, co planował Jean Luc, oprócz zagłady ludzkiej populacji. Skoro jednak Cohen postrzelił Duboisa, oznaczało to jedynie, że spotkali się we trzech i mój haker musiał grać ułożonego podwładnego.

Wróciłam do Nicoli. Usiadłam okrakiem na jego brzuchu. Zdjęłam z siebie kurtkę i bluzę, po czym sięgnęłam do butelki z alkoholem i polałam sobie nią ręce. Spojrzałam na klatkę piersiową trimisa. Na szczęście wciąż się poruszała, miałam wrażenie, że oddychał głębiej niż wcześniej, ale mogłam się mylić, napędzana nadzieją na to, że może jednak nie było tak źle, jak wyglądało.

Polałam obficie wlot rany postrzałowej wódką. Przechyliłam się, by wziąć cążki i gazę, po czym zaparłam się mocno o pierś Nicoli. Stresowałam się, choć to nie było pierwsze szycie, jakie musiałam wykonać w swoim życiu. Niejednokrotnie opatrywałam własne rany czy te, których nabawił się Ezra podczas "typowych zadań hakera w nielegalnej instytucji handlującej narkotykami". Dlatego nie wiedziałam, skąd wziął się w moim wnętrzu strach, że coś pójdzie nie tak.

Odpędziłam od siebie ponure myśli. Uporałam się z nabojem szybciej, niż przypuszczałam, i odłożyłam go na metalową nerkę leżącą obok. Nicola nie wydał przy tym z siebie żadnego dźwięku. Nawet się nie skrzywił. Powinnam dziękować losowi za to, że był grzecznym pacjentem, ale jakoś nie mogłam znaleźć w sobie tej cząstki poczucia humoru, która zwykle towarzyszyła mi w takich sytuacjach.

Przycisnęłam gazik do rany. Wciąż obficie krwawiła i zastanawiałam się, skąd w jego organizmie takie ilości posoki. Na moje wprawne oko, już dawno stracił odpowiednią ilość, przez którą zwykły śmiertelnik pożegnałby się z życiem. Powinien być pusty jak worek w centrum krwiodawstwa napadnięty przez stado wygłodniałych wampirów.

Nicola wydał mi się jakiś taki bardziej różowy, jeszcze zanim zaczęłam szyć. Robiłam to powoli, metodycznie, tak jak wykonywałam wszystkie swoje zadania: z należycie poświęconą temu uwagą. Co chwilę zerkałam na jego twarz, wciąż bladą i niemal całkowicie bez życia. Po pięciu minutach wróciły na nią kolory. Po kolejnych wziął głęboki wdech, a mi spadł z serca ogromny głaz. Oczyściłam ranę dookoła, nakleiłam opatrunek i zsunęłam się z ciała Nicoli najdelikatniej, jak potrafiłam, choć ten ruch i tak został okraszony przeciągłym, bolesnym jęknięciem.

Odwróciłam się do niego bokiem, rozerwałam materiał spodni na udzie i niemal gwizdnęłam z zachwytu. Miał nieziemsko umięśnione nogi i wiedziałam, że w takim momencie powinnam myśleć o zupełnie innych rzeczach, ale mój umysł nie mógł sobie odmówić tego komentarza.

Bez zastanowienia zdjęłam zabezpieczenie ze strzykawki. Moim oczom ukazały się dwie cienkie igły, miały na oko maksymalnie po pół centymetra. Tuż nad nimi znajdował się okrągły przycisk. Kiedy go nadusiłam, z igiełek zaczęła wypływać przezroczysta ciecz.

Wbiłam strzykawkę w mięsień na udzie Duboisa, tak jak poinstruował mnie Ezra. Nacisnęłam guzik i obserwowałam, jak powoli wpływa do organizmu trimisa.

Nicola już po chwili zerwał się z podłogi do pozycji siedzącej. Nie spodziewałam się tego ruchu. Z moich ust wyrwał się niekontrolowany pisk. Ciało zaalarmowane wyrzutem adrenaliny chciało się odsunąć, lecz nim zdążyłam wykonać jakikolwiek ruch, ręka Duboisa znalazła się na moim karku.

Zamarłam w oczekiwaniu. Byłam pewna, że znów skończę z głową wykręconą w przeciwną stronę, ale on po prostu przyciągnął mnie do siebie, oparł czoło w zgięciu mojej szyi, a ramię przewiesił przez bark z drugiej strony.

- Ja pierdolę... - sapnął ochryple. Jego ciałem targnął niekontrolowany wstrząs. - Z-zimno.

Rzeczywiście, skóra trimisa zaczynała mnie palić w miejscach, w których się stykaliśmy.

- Możesz wstać? - zapytałam. Kiwnął niemrawo głową, przez jego ciało przebiegało coraz więcej dreszczy. - Chodź.

Objęłam go wolnym ramieniem i pomogłam podnieść się w miarę do pionu. Starał się sam utrzymywać na nogach, jednak gdy próbowałam się od niego trochę odsunąć, natychmiast leciał do przodu. Powieki miał lekko rozchylone, wzrok wciąż nieprzytomny. Nad górną wargą utworzyła się warstewka potu. Złapałam go mocniej w pasie. Mięśnie Nicoli spięły się w kontakcie z moim dotykiem, ale tym razem nie miałam ochoty komentować tego w żaden sposób.

Poprowadziłam go do łazienki. Wtoczyłam na wpół bezwładne ciało pod prysznic. Przekręciłam kurek z zimną wodą i uniosłam go bez ostrzeżenia. Pod wpływem lodowatej cieczy, moje ciało pokryła gęsia skórka. Dubois syknął przeciągle, zacisnął zęby tak mocno, że mięśnie jego szczęki poruszyły się widocznie.

Osunął się powoli po ścianie wyłożonej płytkami, pociągnął mnie za sobą. Objął mocno ramionami, choć nie uszedł mojej uwadze bolesny grymas, kiedy podnosił do góry lewą rękę, naciągając tym samym uszkodzony mięsień. Odchylił głowę do tyłu. Zimna woda spływała mu po twarzy szerokimi strumieniami, ale wyglądało na to, że w ogóle się tym nie przejmował.

Chciałam wstać. Skoro znalazł stabilne podparcie, nie byłam mu do niczego potrzebna. Nicola miał całkowicie odmienne zdanie. Zacisnął ramiona jeszcze bardziej, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej. Wyraźnie słyszałam szybkie bicie jego serca. Tors poruszał się coraz śmielej z każdym kolejnym wdechem.

- Nawet się nie waż - mruknął, gdy podjęłam kolejną próbę wyplątania się z jego uścisku.

- Przytulanie się do ciebie to jak położenie się na rozżarzonych węglach.

Jego barki poruszyły się, jakby chciał się zaśmiać, ale z ust wyrwał się tylko krótki pomruk. Rozluźnił odrobinę ramiona, ale już nie próbowałam się uwolnić. Było w tej chwili coś dziwnego, czego nie potrafiłam opisać.

- Przyszłaś - szepnął po długich minutach milczenia. Mimo rozgrzanego ciała trimisa zaczynało mi się robić piekielnie zimno. Ubranie kleiło się nieprzyjemnie do ciała, czułam, że przemokłam aż do majtek.

- Po tak enigmatycznym telefonie każdy by przyszedł. - Przewróciłam oczami.

- Zawsze przychodziłaś. Nawet po tym, jak wykrzyczałaś mi w twarz, że nie chcesz mnie znać. - Nicola mówił, jakby w ogóle nie usłyszał mojej odpowiedzi. Odsunęłam się nieznacznie i przyłożyłam rękę do jego czoła. Było jeszcze gorętsze niż reszta ciała. - A kiedy cię potrzebowałem i tak się pojawiłaś.

- Widocznie ratowanie idiotów mam zakodowane w DNA.

Nie odpowiedział na zaczepkę. Spojrzałam na niego ze zmartwieniem. Sięgnęłam do kurka i zakręciłam wodę. Kątem oka zauważyłam strzykawkę, wciąż wystającą z jego uda. Ostrożnie wyciągnęłam igły z ciała, ale Dubois się nawet nie poruszył.

Wstałam i złapałam go za ręce. Spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech.

- Chodźmy. - Pociągnęłam go do góry. Wstał, krzywiąc się przy tym kilka razy. Oparł się o mnie, jakby pion sprawiał mu za dużo problemów. Złapałam za ręcznik, a drugą ręką objęłam mężczyznę w pasie.

Ruszyliśmy w stronę sypialni, zostawiając za sobą mokre ślady. Jeśli Nicola był takim pedantem, jak wskazywała jego kuchnia, to wpadnie w szał, gdy odzyska pełną świadomość.

- Jesteś mokra. Pochorujesz się - wybełkotał, pocierając moje ramię.

- Ty też - odparłam spokojnie. - Zaraz temu zaradzimy.

Upewniłam się, że Nicola stoi stabilnie, i odsunęłam się nieznacznie. Mimowolnie zerknęłam na opatrunek. Przemókł całkowicie i trzeba go natychmiast zmienić, ale najpierw musiałam doprowadzić nas do ładu.

Zarzucenie ręcznika na głowę Nicoli wcale nie było proste, nawet kiedy się pochylał. Z moim wzrostem metr sześćdziesiąt pięć mogłam, w jego przypadku, co najwyżej obciągnąć mu na stojąco, dlatego zrezygnowałam z tego pomysłu, dopóki miał na sobie mokre ubrania.

Sięgnęłam do paska w spodniach i rozprawiłam się z zapięciem w ułamku sekundy. Nicola wyartykułował coś bliżej nieokreślonego, gdy niechcący przejechałam opuszkami palców po napiętym brzuchu. Widziałam we wspomnieniu, co znajdowało się pod tymi mokrymi warstwami. Przygryzłam wargę na tę myśl, wzięłam głęboki wdech i odliczając od trzech do jednego, pospiesznie zsunęłam z niego spodnie i bokserki.

Z całych swoich sił starałam się nie podnosić wzroku.

Cóż, nie udało się.

Delikatnie pchnęłam go na materac. Poddał się temu, jakby był jedynie bezwładną, szmacianą laleczką. Usiadł posłusznie. Tak jak go Pan Bóg stworzył. I wciąż przyglądał mi się tym spojrzeniem spod wpół przymkniętych powiek. Miałam wrażenie, że stało się bardziej trzeźwe, rozgarnięte, ale nie mogłam tego stwierdzić na sto procent.

Nagi Nicola Dubois po prostu mnie onieśmielał. Czułam wypieki na policzkach, mrowienie pełzające po całym kręgosłupie i ten specyficzny ucisk w dołku, który czuje się, kiedy zawiesi się pożądliwe oko na kimś po raz pierwszy.

Wspięłam się na łóżko, by nie kusić losu, i opierając się delikatnie o jego plecy, osuszyłam go pospiesznie miękkim ręcznikiem. Kątem oka dostrzegłam, jak zaciska ręce w pięści, a jego ciało napina się nieznacznie, kiedy przesuwałam mokrą koszulką po rozpalonej, nagiej skórze.

Nie przemyślałam tego, zdecydowanie. Na pościeli i tak pojawiły się wilgotne plamy, ale tłumaczyłam to sobie tym, że moja uwaga została skutecznie rozproszona.

Pospiesznie zsunęłam się z materaca i ruszyłam do salonu. Już za drzwiami zdjęłam z siebie koszulkę i stanik, złapałam za bluzę i naciągnęłam ją sobie przez głowę. Zastanawiałam się tylko przez moment, krótszy niż jeden oddech, czy pozbyć się również spodni, ale zaczynały uwierać w miejscach, w których wolałabym nie mieć otarć, więc szybką kalkulacją wszystkie części garderoby wylądowały na grzejniku w łazience, a ja zostałam w kusej bluzie i majtkach, które definitywnie nie nadawały się do tego, by paradować w nich przed jakimkolwiek facetem.

Oprócz Ezry.

Poszłam do kuchni, wzięłam z tajnej skrytki kolejny opatrunek i gazik, w drodze powrotnej złapałam za butelkę z alkoholem i ruszyłam do sypialni Nicoli. Nadal siedział w tej samej pozycji. Odłożyłam wszystkie rzeczy obok i stanęłam między jego nogami.

- Muszę zmienić opatrunek - powiedziałam i zawiodłam się brakiem samokontroli. Mój głos trząsł się jak galareta.

- Śmiało. - Nicola podniósł głowę i spojrzał na mnie. Całkiem przytomnie.

Przełknęłam ślinę napływającą do ust. Drżącymi palcami oderwałam stary opatrunek, przemyłam miejsce dookoła gazikiem nasączonym alkoholem i nakleiłam nowy. Wygładziłam materiał przylepca delikatnie, po czym uniosłam wzrok na twarz trimisa. Wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem, jakby czegoś szukał, ale uciekało mu to za każdym razem, kiedy myślał, że chwycił to, czego potrzebował.

Cisza zaczynała powoli wprawiać mnie w dyskomfort. Powietrze zgęstniało, a moc skuliła się w splocie słonecznym pod wpływem atmosfery, jaka się między nami tworzyła. Musiałam to przerwać, w innym wypadku czekało mnie całkowite szaleństwo.

- Powinieneś zapaść w regeneracyjny sen - szepnęłam. Nie ufałam już sama sobie, by mówić głośno. Może i Nicola miał kiepski charakter, ale tego samego nie mogłam powiedzieć o jego aparycji. Moje myśli i odruchy ciała były tego idealnym przykładem.

Kącik ust mężczyzny uniósł się nieznacznie. Kiwnął głową, a potem niespodziewanie objął mnie w talii i wciągnął na łóżko. Nasze głowy wylądowały na poduszce, a nogi splątały się w bliżej nieokreślonej konfiguracji.

- Co ty robisz?! - krzyknęłam, zaskoczona jego ruchem. Czułam na udzie przyrodzenie Nicoli.

- Idę na regeneracyjną drzemkę - mruknął, po czym jeszcze bardziej owinął się wokół mnie, a brodę położył na czubku mojej głowy.

- Ale nie tak! - Próbowałam go odepchnąć, jednak nawet osłabiony trzymał mnie w żelaznym uścisku.

- Twój doberman prawie mnie zabił. Jesteś mi to winna.

- Ja? - Zagotowałam się. - Skoro to Ezra sprzedał ci kulkę, to on powinien teraz miziać się z tobą pod pościelą, nie ja!

Z gardła Duboisa wydobył się rozbawiony pomruk. Trimis przesunął się nieznacznie i przerzucił mnie na plecy. Pochylił się nad moją twarzą i spojrzał, mrużąc oczy. Te czarne jak otchłań gały przeszywające mnie na wylot...

Zamknęłam usta w ułamku sekundy. Bałam się mrugnąć, bo nie byłam pewna, co się wydarzy, jeśli chociaż na chwilę moje powieki opadną. Nicola zbliżył się, czubek jego nosa powoli przesunął się po moim policzku. Poczułam jego dłoń, leniwie sunącą po mojej talii, aż do nagiego uda.

- Chcesz się miziać, to będziemy się miziać, Madeleine - powiedział tak niskim tonem, że zmiękły mi nogi. Zbliżył się na tyle, że jego usta ocierały się o moje. Mój puls przyspieszył w mgnieniu oka. - Zrobimy, co zechcesz i na ile sposobów będziesz chciała, ale najpierw muszę odpocząć.

Odsunął się i zlustrował mnie raz jeszcze. Uśmiech zniknął z jego twarzy, więc nie miałam wątpliwości co do tego, czy mówił poważnie. Był piekielnie poważny, a ja się zastanawiałam, jak mogłam się w to wpakować.

Nicola opadł z powrotem na poduszki, po czym przyciągnął mnie do siebie. Odbiłam się od rozgrzanego torsu. Objął mnie jedną ręką w pasie, wtulił nos we włosy i już po chwili czułam, jak jego oddech stabilizuje się i staje coraz płytszy.

 

***

 

Całymi godzinami wpatrywałam się przed siebie, co jakiś czas próbując wyswobodzić się z uścisku Duboisa. Im bardziej się miotałam, tym bardziej zaciskał ramię na mojej talii. W końcu zrezygnowana rozluźniłam mięśnie i poddałam się temu niechcianemu ciepłu bijącemu od ciała trimisa.

Kilkukrotnie wstrząsały nim drgawki, czasem majaczył w gorączce. Wtedy zaciskałam swoją dłoń na jego nadgarstku, choć nie sądziłam, by cokolwiek to dawało. Miałam wrażenie, że robił się dzięki temu spokojniejszy. Wiele razy chciałam podnieść się i pobiec po mokry ręcznik, by trochę mu ulżyć, ale żelazny uścisk nawet w najgorszych chwilach nie tracił na sile.

Z jednej strony sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, absolutnie mi nie przeszkadzała. Nagi Nicola przyciskający mnie do swojego twardego torsu mi nie przeszkadzał. Zapach jego skóry zaczynał wydawać się przyjemny, zamiast drażnić uwrażliwione nozdrza. Rytmiczny oddech łaskotał moje ucho i część twarzy, wprawiając żołądek w lekkie drgania. Wciągnęłam ze świstem powietrze w płuca, gdy dłoń Duboisa przesunęła się z mojej talii na pośladek, a następnie popłynęła wyżej, przez biodro, niemal do wzgórka łonowego. Cudem powstrzymałam się przed zaciśnięciem ud.

Z drugiej strony to bardzo nie w porządku wobec Ezry. Nigdy niczego sobie nie obiecywaliśmy, przynajmniej w ostatnich dziesięciu latach, ale wiedziałam już, że nasze drogi skrzyżowały się dużo wcześniej. I były ze sobą ściśle powiązane.

Zbudowałam wokół siebie mur, przez który nie widziałam, jak Cohen na mnie patrzy. Co tak naprawdę kryło się w jego oczach. Czułość, z jaką do mnie podchodził, nie była podyktowana jedynie chęcią sprawienia mi przyjemności. Z jego strony to coś dużo głębszego. A ja... ja nie wiedziałam, co czuję. W ostatnim czasie wytworzyło się we mnie wiele odruchów, o które wcześniej bym siebie nie posądzała. W tej chwili nie było dla mnie jasne, czym zostały one spowodowane.

Ezra Cohen mnie kochał.

Ta myśl wydawała mi się tak abstrakcyjna, że nie potrafiłam przyjąć jej do wiadomości. Żołądek zawiązywał się w supeł, a w klatce piersiowej powstawał niebotyczny ucisk, odbierał dech. Nie umiałam nazwać tego uczucia, ale pojawiało się za każdym razem, gdy Ezra potencjalnie wpadał w jakieś kłopoty. Ta przejmująca pustka, kiedy nie było go obok, i niesamowita ulga i radość, gdy znów się pojawiał. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób odczuwa się miłość, dlatego nie byłam w stanie określić, czym to jest.

Nicola przeciągnął się i odnalazłam szansę na czmychnięcie z jego objęć. Niemal sturlałam się z materaca na podłogę, przed głośnym upadkiem uratował mnie jedynie refleks. Podparłam się ręką i już w całkowitej ciszy postawiłam stopy na podłodze. Zadrżałam, czując na skórze chłodne powietrze. Na palcach wyszłam z sypialni Duboisa, wstrzymując oddech, po czym zamknęłam za sobą drzwi.

Rozejrzałam się po pobojowisku, jakie zostawiłam w tamtym miejscu kilka godzin wcześniej. Zacisnęłam usta w wąską linię, widząc na jasnych panelach zaschniętą krew i stertę gazików. Ruszyłam do łazienki. Od razu zajrzałam do szafki pod umywalką. Uśmiechnęłam się złowrogo na widok pięciolitrowej bańki wybielacza, poukładanych w kostkę gumowych rękawiczek i wiadra ze sprzętem do czyszczenia.

Och, Nicola, ty złolu.

Wyciągnęłam wszystko na środek salonu i bez zbędnego zastanawiania się, padłam na kolana. Założyłam rękawiczki. Polałam obficie podłogę preparatem i zaczęłam szorować zaschniętą posokę. Zmarszczyłam brwi, kiedy dotarła do mnie rytmicznie powtarzająca się wibracja. Spojrzeniem odszukałam swoją kurtkę, z jej kieszeni wystawał fragment telefonu i świecący się na niebiesko ekran. Podpełzłam w tamto miejsce i nie ściągając rękawiczek, chwyciłam za urządzenie.

- Halo? - powiedziałam cicho, choć byłam pewna, że nie obudzę trimisa śpiącego za drzwiami.

- Kurwa, Madness. Próbuję się do ciebie dodzwonić od kilku godzin - rzucił Ezra tonem, który wskazywał, że był bliski zawału.

- Czuwałam przy Nicoli.

Nie było to nieprawdą, ale wolałam nie wchodzić w szczegóły. Nie zachowywali się jak najlepsi kumple, więc nie byłam do końca pewna, jak haker by zareagował. Przytrzymując telefon przy uchu ramieniem, wróciłam do czyszczenia podłogi.

- Co z nim?

- Wyliże się. Ma napady gorączki.

- To normalne. Też tak przechodzisz regenerację. - Miałam wrażenie, że jego głos stał się lżejszy. - Dobrze. Nie ruszaj się stamtąd. Nie wychodź nawet po zakupy.

Trimis w moim wnętrzu poruszył się niespokojnie. Usiadłam na piętach i wstrzymałam powietrze.

- Ezra, co się dzieje?

- Russeau ma nowy cel. Postawił wszystkie posiłki na nogi, żeby cię odnaleźć. Zamierza znów cię do siebie przekonać - wyjaśnił, a ja prychnęłam i pokręciłam głową. - Madness, on się nie cofnie przed niczym. Pamiętaj, że jest równie silny, co ty.

- Czego on tak właściwie ode mnie chce? - Zmarszczyłam brwi. - Miałam tylko zabić Nicolę, a zaczyna się robić z tego jakaś telenowela.

- Nadal tego chce. Jednak wcześniej nie planował wdrażać cię w plan unicestwienia ludzi. Teraz zmienił zdanie.

- Niech się pierdoli.

- Mam mu przekazać? - Oczami wyobraźni widziałam, jak kącik ust Cohena unosi się nieznacznie, a po chwili opada i znów na jego obliczu maluje się profesjonalna powaga. - Myślę, że on podejrzewa, gdzie Dubois ukrył twoje wspomnienia. Ma dostęp do laboratorium, w którym pracowaliście. Kilka razy przecież wyjeżdżał z Down Town, myślę, że właśnie tam gościł.

- I do czego będą mu potrzebne? Myśli, że sprzeda mi tylko część wspomnień, w których nie jest kutasem, wszystko mu wybaczę i pomogę zgładzić cywilizację?! - Ostatnie słowa niemal wykrzyczałam. Podniosłam się na równe nogi i wzięłam głęboki wdech. Moje serce zaczynało bić coraz szybciej. - Niech. Się. Pierdoli.

- Nie dopuszczę do tego, by cokolwiek ci zrobił.

- Ale tak naprawdę to nie ja jestem w niebezpieczeństwie, Ezra. Tylko ty.

Wraz z wypowiedzeniem tych słów na głos, mocno zakłuło mnie w mostku. Uświadomienie sobie po raz kolejny, że to tylko człowiek, zabolało mnie jeszcze bardziej niż dotychczas. Może był trochę silniejszy, nie starzał się i przewyższał inteligencją niejedną personę, ale wciąż jest śmiertelny.

- Jestem ostatnią osobą na tym świecie, o którą powinnaś się martwić - powiedział spokojnie. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że z moich ust wydobywają się urywane, drżące oddechy, zwiastujące łzy. Przełknęłam ślinę, by pozbyć się tego uczucia. Niewiele to dało. - Zabrałem twoje rzeczy z loftu. Jestem pewny, że pierwsze miejsce, jakie Russeau przeszuka, to moje mieszkanie. Niedługo przywiozę ci wszystko i ustalimy dalszy plan działania.

- Teczkę też?

W słuchawce zaległa cisza. Czułam, jak rośnie wokół mnie napięcie. To była idealna okazja do tego, by zapytać o wykreślone fragmenty.

- Tak.

- Dlaczego dokumentacja związana z tobą jest ocenzurowana? - Przycisnęłam szczotkę do podłogi i zaczęłam szorować panele. Musiałam zająć się czymkolwiek, by nie kreować niepotrzebnych, potencjalnych odpowiedzi.

- Naprawdę chcesz o tym rozmawiać przez telefon?

- Tak! - krzyknęłam, lecz natychmiast opanowałam swoje emocje. Wzięłam kolejny wdech. - Chcę się przygotować na... właściwie nie wiem. Chcę wiedzieć, czy będę mogła spojrzeć ci w oczy.

- Madeleine... - westchnął przeciągle, a mnie przeszedł dreszcz. Nigdy nie nazywał mnie moim pełnym imieniem.

- Ezra. - Z braku lepszego pomysłu powtórzyłam jego imię, naśladując głos hakera. Cisza między nami przedłużała się niekomfortowo, dlatego postanowiłam ją przerwać. - Zrobiłam ci to samo co Russeau?

Cohen wciągnął powietrze w płuca z głośnym świstem. Jeśli cokolwiek robił podczas tej rozmowy, to w tej chwili przestał. Bałam się tego, co powie, a jednocześnie nie mogłam się doczekać, aż będziemy mieć to za sobą. Układałam w swojej głowie strzępki informacji na osi czasu i - choć było tego niewiele - powoli dostawałam obraz samej siebie. Nie podobał mi się.

- To było... - zawahał się - ...zupełnie coś innego. Nie mogłaś robić na mnie eksperymentów tak jak na Russeau, bo groziła mi śmierć.

- Zapewne nie głaskałam cię po główce?

- Nie.

Westchnęłam. Oczywiście, że w mojej głowie pojawiło się milion różnych myśli i scenariuszy, które mogły się wydarzyć, a jednocześnie żaden nie pasował idealnie. Wspomnienie Nicoli i dokumentacja dotycząca Jean Luca jasno pokazały, że nie byłam najbardziej empatycznym trimisem na świecie, więc mogłam śmiało założyć, że Ezrę spotkało coś równie przykrego.

- Muszę kończyć, Maddie - zakomunikował, kiedy ja trawiłam kolejne nieciekawe obrazy podsuwane przez zbyt wybujałą wyobraźnię. - Porozmawiamy później.

Nim zdążyłam odpowiedzieć, Ezra się rozłączył. Coś ścisnęło mnie w dołku. Jednak nie dlatego, że z jego ust nie padło żadne pożegnanie, tylko dlatego, że w tle usłyszałam szczęk odbezpieczanej broni.

Rozdział 14

Kolejne dwa dni upłynęły na oczekiwaniu. Co chwilę sprawdzałam, jak się ma Nicola, zmieniałam opatrunki na jego klatce piersiowej. Gorączka nie ustąpiła, mimo że rana goiła się niemal na moich oczach. Przez ten czas ani razu nie uniósł powiek, choć odniosłam wrażenie, że odzyskiwał na krótko świadomość w momentach, w których go dotykałam.

Kilkukrotnie zmieniałam mokre ręczniki, aż w końcu musiałam nastawić pranie. Okazało się to o wiele łatwiejszą misją niż znalezienie czegokolwiek do opatrywania ran. Pedantyczność Nicoli po części mnie zadziwiała. Patrząc na trimisa przez pryzmat tego, czym się zajmował i jak wyglądał jego klub w centrum, nie przypuszczałam, że prywatnie okaże się takim czyściochem.

Wszystko ułożone w równych rzędach jak od linijki. Produkty posegregowane, a każde opakowanie opisane starannym, odręcznym pismem. Zastanawiało mnie, dlaczego apteczka była tak pilnie strzeżona, ale to najmniej nurtujące mnie pytanie w tym wszystkim. Przemknęło szybciutko przez mój umysł, dopisałam je do wyimaginowanej listy setek innych, które chciałam zadać, i przeszłam nad tym do porządku dziennego.

Przeszukałam garderobę Duboisa w poszukiwaniu czystej koszulki i jakichkolwiek dresów. Gdy otworzyłam drzwi, powitała mnie nieprzenikniona, ciemna otchłań, niewiele się zmieniło po zaświeceniu światła. Nicola chyba nie uznawał innych kolorów, jeśli chodziło o ubiór. Nie uznawał też dresów, bo nie znalazłam ani jednej pary.

Dlatego też zgarnęłam cokolwiek i udałam się do łazienki. Prysznic okazał się zbawieniem, choć żel do mycia, którego używał trimis, pachniał zupełnie inaczej niż on sam. Nijak nie pasował do orzeźwiającej, morskiej bryzy, którą wyczuwałam na jego skórze.

Osuszyłam się ostatnim czystym ręcznikiem, ubrałam się w prostą bluzkę i jeansy, po czym ścisnęłam je paskiem w pasie tak mocno, że zaczęły się marszczyć z tyłu. Nogawki były o wiele za długie, musiałam je podwinąć kilka razy, by nie ciągnęły się po ziemi.

Odświeżona przeszłam do salonu i rozejrzałam się po przestrzeni. Uśmiechnęłam się zadowolona. Doprowadzenie podłogi do ładu zajęło mi naprawdę dużo czasu, ale w końcu zaczęła błyszczeć czystością, a po krwi nie było nawet śladu. Tak, jakby nic się nie wydarzyło. Podeszłam do obszernego regału. Moje spojrzenie leniwie przesuwało się po tytułach, nie znalazłam jednak nic, co mogłoby mnie zainteresować.

Westchnęłam zrezygnowana, po czym usiadłam na kanapie i wzięłam telefon do ręki. Odczytałam kolejną, lakoniczną wiadomość od Ezry, wygasiłam ekran i położyłam się, opierając głowę o jeden z podłokietników. Od naszej ostatniej rozmowy nie zadzwonił ani razu. Śledziłam wiadomości w internecie, ale też niewiele się dowiedziałam. Nie byłam zaskoczona.

Brukowce rzadko pisały o akcjach antynarkotykowych, potworach czy morderstwach. Musiały w tym brać udział rzesze gapiów, żeby jakakolwiek notatka prasowa pojawiła się na stronie którejkolwiek z trzech gazet istniejących w Down Town. Jak wtedy, gdy potwór rzucił się na mnie w środku miasta.

Niespodziewanie usłyszałam hałas dochodzący z korytarza. Dźwięk rozległ się niebezpiecznie blisko drzwi. Wiedziałam, że Jean Luc mnie szuka, i nie miałam żadnej pewności, czy wie o mieszkaniu Nicoli, dlatego zakładałam wszystkie opcje: od listonosza aż po oddział wyszkolonych trimisów i demonów.

Zerwałam się z kanapy, pobiegłam do kuchni. Odsunęłam pierwszą szufladę i złapałam za nóż. Zważyłam go w dłoni; co prawda nie zabiłabym tym żadnego mutanta, ale przynajmniej mogłam się obronić.

Moje ciało niemal natychmiast przeszło w tryb walki. Pochylona przy ścianie podeszłam do drzwi. Spojrzałam na nie w poszukiwaniu wizjera, jednak były gładkie jak lustrzana tafla. Spięłam wszystkie mięśnie, gdy klamka poruszyła się gwałtownie. Zacisnęłam palce na rękojeści noża, pochyliłam się do przodu, gotowa rzucić się na przeciwnika.

Trimis w moim wnętrzu siedział spokojny, uśpiony. Zmarszczyłam brwi. Gdyby za drzwiami czyhało zagrożenie, od razu dałby mi znać. Choć z drugiej strony, w obecności Jean Luca nigdy się nie uaktywniał, a byłam niemal pewna, że mój były pracodawca osobiście zjawiłby się pod mieszkaniem swojego największego wroga.

Drzwi się uchyliły. Wystrzeliłam do przodu i zanim się zorientowałam, na kogo patrzę, jedyne, co mogłam zrobić, to wypuścić nóż z ręki, by go nie zranić. Wpadłam z impetem na obładowanego rzeczami Ezrę. Wypadliśmy na korytarz. Torba zsunęła się z jego ramienia, pudło wylądowało na podłodze, a kartki i dokumenty, które w nim były, rozsypały się niczym domek z kart na wietrze. Cohen sapnął boleśnie, kiedy jego plecy odbiły się z hukiem od posadzki. Cudem uniknął zderzenia głowy z betonowym podłożem. Zacisnęłam ręce na jego bluzie, czułam, jak kabura i krótkofalówka przy jego pasku wbijają mi się w brzuch.

- Kurwa, Maddie... - jęknął przeciągle, powietrze uwięzło mu w płucach. Skrzywił się i pobladł tak, że niemal zlewał się z kolorem ścian.

Dźwignęłam się na rękach. Serce biło mi jak oszalałe. Wodziłam wzrokiem po twarzy i klatce piersiowej mężczyzny, szukając ewentualnych obrażeń.

- Nic ci nie jest? - Przełknęłam ślinę, zaskoczona tym, że mój głos zadrżał. Zsunęłam się z mężczyzny. Fakt, że naciskałam kolanami na jego przeponę, zapewne nie ułatwiał komunikacji. Wyciągnęłam rękę do niego, by pomóc mu usiąść.

- Chryste, co cię opętało? - sarknął, rozcierając barki. Zdjął z twarzy okulary i obejrzał je dokładnie.

- Nie wiem, zrobiłam się jakaś nerwowa. - Wygięłam palce. Odkąd pojawiłam się w mieszkaniu Duboisa, odczuwałam nieustanne napięcie. - Boże, przepraszam, Ezra...

- Przepraszasz? - Zmrużył oczy i zmarszczył brwi. Coś ścisnęło mnie w mostku. Był zły.

- Tak, przepraszam!

- Tak?

- Tak.

- To mnie pocałuj. - Uśmiechnął się zadziornie. Zamrugałam. Spoglądałam na niego szeroko otwartymi oczami, ale on już przyciągał mnie do siebie.

Jego dłoń objęła stanowczo mój kark. Przejechał opuszką kciuka po krawędzi mojej żuchwy. Najpierw musnął ustami czubek mojego nosa, by po chwili wpić się w moje wargi. Od razu je rozchyliłam, by pogłębił pocałunek. Chłonęłam jego cedrowy zapach, delektując się tym.

Poczułam się lżejsza, gdy Ezra był tak blisko mnie, a kiedy się odsunął, ogarnęła mnie niesamowita pustka. Tylko przez chwilę wodził spojrzeniem po mojej twarzy, jakby chciał dodać coś jeszcze, lecz żadne słowo nie wyszło z jego ust.

Zabraliśmy się do zbierania porozrzucanych dokumentów. Wrzuciłam ostatnie kartki do pudła i weszliśmy do środka. Zamknęłam za nami drzwi, tym razem pamiętając, by przekręcić klucz w zamku.

Ezra odstawił pudło i torbę na podłogę w salonie, po czym odwrócił się na pięcie i zlustrował mnie od góry do dołu. Uniósł jedną brew, a mnie zrobiło się gorąco. Zaczęłam się zastanawiać, czy założenie ciuchów Nicoli to był dobry pomysł. Jednak Cohen po prostu rozłożył ramiona. I czekał.

Dopadłam go w dwóch krokach i objęłam mocno w pasie. Miałam wrażenie, że wraz z dłońmi hakera lądującymi na moich plecach, ulatuje ze mnie bliżej nieokreślony ciężar. Powieki stały się cięższe, poczułam, jak bardzo jestem zmęczona. Dopiero po chwili dotarł do mnie chłód przemakającej koszulki.

Odsunęłam się od Ezry i dotknęłam mokrego obszaru na piersi. Uniosłam dłoń do oczu, szkarłatna smuga odznaczała się na niej wyraźnie. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego. Cohen zacisnął usta, aż pobielały. Odwrócił wzrok, automatycznie sięgnął do miejsca po prawej stronie, nieco poniżej żeber.

- Ezra... - wydukałam z trudem. Krew odpłynęła mi z twarzy, chyba nawet z całego ciała, i umościła się wygodnie w okolicach stóp. Zrobiło mi się nieziemsko słabo. - Jesteś ranny!

- To nic takiego - mruknął, ale ja już pchałam go w stronę kanapy. Zmusiłam do tego, by usiadł, co zrobił z nieukrywaną niechęcią. Usiadłam tuż obok i podciągnęłam koszulkę do góry.

Rana była opatrzona, ale wyglądało na to, że bardzo się spieszył, kiedy zakładał opatrunki. Otworzyła się ponownie, zapewne pod wpływem naszego zderzenia. Zaczęła sączyć się krew.

- Co się stało? - Dotknęłam delikatnie skóry dookoła. Ezra skrzywił się nieznacznie.

- Zrobiło się dość... nerwowo. Russeau wysłał nas na patrol i natknęliśmy się na potwora niedaleko twojego mieszkania.

Chryste Panie.

- To po pazurach? - Spojrzałam mu w oczy. Milczenie Ezry było wystarczającą odpowiedzią. - Będzie się goić całymi miesiącami!

- To nic takiego, Maddie - powtórzył twardo.

Pokręciłam jedynie głową. Poszłam do kuchni, zgarnęłam z blatu butelkę wódki, z którą zaprzyjaźniłam się trzy dni wcześniej, plastry i zestaw do szycia. Nie wiedziałam, jak głębokie było to zadrapanie, dlatego wolałam być przygotowana na każdą ewentualność.

Wróciłam do salonu. Cohen już trzymał w dłoni telefon i stukał kciukiem w ekran. Odchrząknęłam, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Podniósł na mnie zmęczone spojrzenie, po czym oparł się z powrotem o zagłówek.

Zdjęłam stare bandaże i przyjrzałam się ranie. Wyglądała paskudnie. Żołądek podszedł mi do gardła. Próbowałam opanować drżenie rąk, lecz na niewiele się zdały moje starania.

Wcześniej nie martwiłam się tak bardzo tym, że Ezra mógłby zginąć, jednak od jakiegoś czasu moje myśli krążyły głównie wokół tego tematu. Nagle stał się kruchy niczym porcelana, a ja miałam nieodpartą chęć i potrzebę, by chronić go przed całym złem tego świata. Choć zapewne on myślał zupełnie inaczej.

Kiedy skończyłam, Ezra naciągnął koszulkę z powrotem i przyciągnął mnie do siebie. Wtuliłam się w jego tors. Objął mnie ramieniem, drugą ręką zaczął gładzić po włosach. Złożył na czubku głowy szybki pocałunek.

- Tęskniłem za tobą - szepnął. Wciągnęłam cedrowy zapach w płuca. - Jakieś zmiany w stanie Duboisa?

- Nie. Cały czas śpi - odparłam. Uniosłam brodę, by móc na niego spojrzeć. - Rozumiem, że w obecnej sytuacji naprawdę nie ma opcji, byśmy razem pojechali do Paryża?

Cohen pokręcił głową.

- Staję na głowie, by trzymać ludzi z dala od wieżowca, w którym się znajdujecie. Jean Luc nie przebiera w środkach. Ani w słowach. - To ostatnie zdanie wypowiedział z jawną odrazą.

- To znaczy? - Zmarszczyłam brwi.

Ezra przejechał językiem po wyschniętych wargach. Jego ciało napięło się znacznie, a puls przyspieszył. Czułam, jak serce hakera zaczyna obijać się o żebra. Wyglądało na to, że Jean Luc wpadł na pomysł, który mu się bardzo mocno nie podobał.

- Nieważne - powiedział w końcu. Jego ręce zacisnęły się w pięści. - Nie rozmawiajmy o tym.

- Nie chcesz, żeby Madeleine wiedziała, że twój szef ustawił się w kolejce do obmacywania jej ponętnego ciałka?

Podskoczyłam, gdy usłyszałam ochrypnięty głos Nicoli. Odwróciłam się w stronę drzwi do sypialni. Trimis stał oparty o futrynę, na szczęście założył ubrania, które dla niego przygotowałam, kiedy przeszukiwałam garderobę. W pierwszej chwili nie dotarł do mnie sens jego słów, lecz już po chwili gniew zawrzał w moich żyłach.

Jean Luc Russeau podpisywał właśnie na siebie wyrok śmierci.

 

***

 

Ezra wyszedł po zakupy zaraz po tym, jak sprawdził stan lodówki. Dopiero gdy wspomniał o jedzeniu, mój żołądek wywrócił się na drugą stronę i zaburczał złowrogo, jakby ostrzegał, że jeszcze chwila i zje sam siebie. Ja natomiast siedziałam na podłodze, oparta o kanapę, i słuchałam uważnie opowieści Nicoli, jak doszło do tego, że został postrzelony przez hakera. Z każdym kolejnym słowem trimisa krew odpływała mi z twarzy, a umysł zalewała czysta wściekłość.

Wiedziałam, co zrobiłam Russeau. Byłam pewna, że każdy krok, jaki podejmował, miał podstawy w tym, jak się nad nim znęcałam. Inaczej nie potrafiłam tego nazwać. Żyjąc ponad sto lat, Jean Luc na pewno był cierpliwą istotą.

Doskonale pamiętałam moment, w którym rozpoczęłam trening na tropiciela oraz łzy, pot i krew, jakie wtedy z siebie wylałam. Stał się moim oprawcą - torturował, więził, łamał psychicznie. Strzelał do mnie, dźgał, dusił, podtapiał. Posiadał cały wachlarz wymyślnych, bolesnych sposobów, by uodpornić mnie na ból. Mówił, że chciał przygotować mnie na każdą ewentualność. Myślałam, że to prawda, lecz kiedy już wiedziałam, jaki los mu zgotowałam, czułam, że zwyczajnie odpłacał się za wszystkie krzywdy, których doświadczył z mojej ręki.

Naprawdę rozumiałam jego wściekłość. Sama szukałabym zemsty, jeśli ktoś latami robiłby na mnie różnorakie eksperymenty. Być może fakt, że się postarzał, był moją zasługą. I nawet jeśli tego nie pamiętałam, to czułam się podle. Poczucie winy zaczynało zjadać mnie od środka. Powoli przesuwało swoje macki coraz dalej, w głąb mojej świadomości i oznaczało wszystko, co znalazło się na jego drodze. Cóż, nie było tego wiele, ale wystarczająco, by zaczęło ciążyć mi na sumieniu.

Mimo tego wszystkiego nie miał powodów rościć sobie prawa do mojego ciała i wolności.

Pytań miałam kilka: przede wszystkim chciałam odzyskać wspomnienia i musiałam wiedzieć, jak to zrobić, żeby ułożyć plan działania. Niestety - nie byłam w stanie poruszać się po uniwersum, w którym Nicola to sprzymierzeniec, a nie wróg, dopóki nie dowiem się więcej na swój temat.

Z kolei Jean Luc... Co tu dużo mówić, wiele się pozmieniało i czułam, że wcale nie na lepsze. Przemknęło mi nawet przez myśl, że zdecydowanie spokojniej mi się żyło przed dostaniem zlecenia na Nicolę.

Druga sprawa, która zajmowała moje myśli, to podejście Russeau do zwykłych ludzi. Przecież byli jego najbardziej dochodowymi klientami. Dlaczego postanowił się ich pozbyć? Co takiego wydarzyło się na przestrzeni tych stu lat, że jego marzeniem stało się wytępienie ludzkiej rasy?

Kolejne pytanie dotyczyło mnie, Ezry i Nicoli. Wyglądało na to, że ten chory trójkąt trwał w najlepsze od samego początku i obecnie byłam jedyną osobą, która miała z tym problem. Kiedy mężczyźni pojawiali się w tym samym pomieszczeniu, atmosfera robiła się napięta, powietrze można było ciąć nożem i za każdym razem miałam wrażenie, że jedno nieodpowiednie słowo rozpęta istne piekło.

- Jak to się stało, że współpracujecie ze sobą? - zapytałam po dłuższej chwili milczenia. Nicola wyglądał zdecydowanie lepiej niż wcześniej.

- Ja i Nakagawa? - zapytał. Kiwnęłam głową.. Trimis usadowił się wygodniej, poprawił koszulkę w miejscu, gdzie była rana. - Cóż, obaj mamy po prostu w tym interes. Nic nadzwyczajnego.

- Jaki?

Nicola zaśmiał się krótko i pokręcił głową.

- Ty, Madeleine. Obaj chcemy tego samego.

- Teraz to zwyczajnie ze mnie kpisz - sarknęłam, po czym założyłam ręce na piersi. Dubois podniósł się z ciężkim sapnięciem ze swojego miejsca. Podszedł do mnie i kucnął tuż obok. Sięgnął do mojej brody i ujął ją w dwa palce. Przełknęłam głośno ślinę. Przez moje ciało przebiegł niekontrolowany dreszcz, kiedy skrawki naszej skóry zetknęły się ze sobą.

Zbliżył się niebezpiecznie tak, że niemal stykaliśmy się nosami.

- Tak - wyszeptał. Na jego twarzy pojawił się ten charakterystyczny, nonszalancki uśmieszek.

- Jesteś chujem - syknęłam, marszcząc brwi. - Powiedz prawdę.

Odsunął się nieznacznie, jego dłoń powędrowała niżej i oparła się o zgięcie mojej szyi.

- Ani ja, ani Ezra nie chcemy, by Russeau wprowadził swój plan podboju świata w życie. Bez ludzi nie byłoby tak zabawnie. Poza tym jestem naukowcem. Nie pochwalam mordowania niewinnych dla zwykłej idei.

- Tak? - Uniosłam brew. - A demony, które pracowały dla Jean Luca? Co takiego zrobiły, że zasługiwały na śmierć?

- Wyjątek od reguły. - Machnął ręką.

- Ten trójkąt, który jest między nami, też jest wyjątkiem od reguły? - Nie planowałam iść w tę stronę z rozmową, ale nie mogłam się powstrzymać. Ciążyło to na moich barkach i musiałam się dowiedzieć, jak znalazłam się w tej sytuacji.

Dubois wyraźnie się spiął, jego oczy pociemniały, choć nie wydawało mi się, by to było możliwe. Spojrzał na mnie spod na wpół przymkniętych powiek. Przechyliłam lekko głowę w bok. Wpatrywałam się w jego oblicze z determinacją, oczekując odpowiedzi.

Niespodziewanie szarpnął się do przodu. Szybkim ruchem wyprostował moje nogi i usiadł na mnie okrakiem. Przycisnął się do mnie mocno. Jedną ręką złapał za twarz i przechylił moją głowę do tyłu tak, że oparłam się o siedzenie kanapy.

Moje serce zabiło szybciej, a trimis we wnętrzu zatańczył gwałtownie i rozlał się po całym ciele. Nie byłam do końca pewna, czy to on czy może adrenalina, ale nagle zabrakło mi tchu.

- Uważasz, że żyjemy w trójkącie? - zamruczał nisko. Czułam na swoich ustach, jak jego wargi się poruszają, był tak blisko.

- A nie? - sapnęłam. Nie sądziłam, że uda mi się wydusić cokolwiek. Oddech uwiązł mi w gardle.

Nicola przesunął językiem po moich wargach. Mimowolnie rozchyliłam je, miałam wrażenie, że całkowicie nie panuję nad odruchami swojego ciała. Byłam otumaniona charyzmą trimisa. Mogłabym porównać się do kukiełki, która robi wszystko, co rozkaże jej lalkarz. Uśmiechnął się, niemal kokieteryjnie. Musnął delikatnie moje usta, by po chwili zatopić się w nich całkowicie.

Całował obłędnie. Gdybym pomyślała inaczej, okłamałabym samą siebie. Sprawnie poruszał językiem, doprowadzając mój umysł do szewskiej pasji. Smakował czymś słodko-gorzkim, czego nie potrafiłam określić. Jego dłoń przesunęła się niżej, najpierw na szyję, a potem zgrabnie, poprzez pierś, popłynęła ku talii. Objął mnie i przyciągnął do siebie. Wygięłam się w łuk, przywarłam do jego klatki piersiowej. Czułam, jak jego serce obija się o żebra. Przygryzł moją dolną wargę, odrobinę za delikatnie, jak na mój gust, a potem niespodziewanie się odsunął.

Jęknęłam niezadowolona, choć chciałam, by z moich ust wyrwało się pogardliwe prychnięcie.

Pochylił się nade mną jeszcze bardziej.

- Gdyby nie fakt, że doberman może wrócić lada chwila, rżnąłbym cię na tej kanapie bez opamiętania - szepnął mi wprost do ucha, a po moich plecach przeszły ciarki. - Ale on nie lubi się za bardzo dzielić.

- Skoro tak się sprawy mają, to może lepiej, żebyś się odsunął - wychrypiałam. Jego słowa sprawiły jedynie, że pragnęłam jeszcze więcej, choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że powinno być zupełnie na odwrót.

- Nie chciałabyś sprawdzić, do czego twój słodki haker jest zdolny?

- N-nie wiem.

Och, sprawiał, że kręciło mi się w głowie. Serce już dawno zgubiło rytm, nieudolnie próbowałam je opanować, ale Nicola wciąż był za blisko. Czy używał na mnie mocy trimisa? Niby nie czułam jego wpływu, ale nie mogłam dopuścić do siebie myśli, że reakcje mojego organizmu były zupełnie odmienne od tego, czego chciałam.

Uderzyło to we mnie. Bo właściwie nie wiedziałam, czego chcę. Uczucia były takie skomplikowane! Od ostatniej rozmowy z Cohenem miałam wrażenie, że w moim wnętrzu trwała istna wojna. Czułam tak wiele rzeczy naraz, że miałam ochotę zapaść się gdzieś głęboko i wyjść dopiero, gdy to się skończy.

Nawet jeśli Dubois planował zrobić i powiedzieć coś więcej, nie było dane mi się tego dowiedzieć. Mój telefon zabrzęczał, a niespodziewany dźwięk sprawił, że podskoczyłam. Odepchnęłam trimisa od siebie i sięgnęłam po urządzenie.

- Nie możesz sobie poradzić z zakupami? - zapytałam bez ogródek, kiedy odebrałam połączenie.

- Spierdalajcie - warknął Ezra do słuchawki. Ton miał wyjątkowo nerwowy jak na zwykłe zakupy spożywcze.

- No już, spokojnie...

- Spierdalajcie stamtąd natychmiast, Maddie!

Zmarszczyłam brwi. Już miałam zapytać, o co mu chodzi, ale siedzący obok Nicola wyrwał mi telefon z ręki. Jego twarz w ułamku sekundy przybrała poważny wyraz.

- Co się dzieje? - Rzeczowy ton Duboisa nie napawał optymizmem. Ezra odpowiedział mu krótko.

Nie usłyszałam tego jednak. Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, Nicola stanął na równych nogach w tym samym momencie, w którym rozległ się przeogromny huk.

Odruchowo zasłoniłam uszy. Ściany apartamentu zadrżały, na szybach w oknach pojawiła się drobniutka pajęczyna pęknięć. Do moich nozdrzy dotarł zapach kruszonego betonu, a zaraz po nim w oczy zaczął szczypać szary pył.

Zerwałam się z miejsca. Adrenalina krążąca w żyłach w jednej chwili zmieniła tryb, miała posmak krwi i gotowości do walki. Nicola poruszał się szybko, ale zdecydowanie nie tak, jak zwykł to robić. Podszedł do regału z książkami, wyciągnął jedną i otworzył ją, a w jego dłoni pojawił się pistolet.

Rzucił broń w moją stronę. Złapałam ją automatycznie, wciąż nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Sprawdziłam, czy była naładowana.

Była.

Usłyszeliśmy drugi wybuch przy drzwiach. Nie wiedziałam, z czego były zrobione, tak samo jak ściany, skoro za pierwszym razem przeciwnikom nie udało się wejść do środka. Choć może to wszystko wcale nie trwało tak długo, jak mi się wydawało, i jedną eksplozję od drugiej dzieliło jedynie kilka sekund.

Już dotarło do mnie, że Jean Luc dowiedział się o mojej lokalizacji. Choć zapewne wiedział o niej od początku i po prostu czekał na odpowiedni moment, by uderzyć. Przez myśl przetoczyła się nieprzyjemna wizja o tym, że Russeau zdawał sobie doskonale sprawę z posunięć Ezry i jego podwójnej tożsamości. To, że mógł być w niebezpieczeństwie, tak bardzo zaprzątało mi głowę, że nie byłam w stanie poskładać myśli do kupy.

Głos Duboisa postawił mnie odrobinę do pionu.

- Ezra będzie czekał na dole w samochodzie - powiedział trimis, pospiesznie przejrzał dokumenty przyniesione przez Cohena, zgarnął kilka teczek, po czym przysunął sobie torbę i upchnął kartki w środku. Podszedł do mnie, wciąż z poważną miną, przełożył mi pasek przez głowę oraz ramię i poprawił go tak, by pakunek przylegał do moich pleców. To wszystko działo się tak szybko, wydawało mi się, że przestałam nadążać. - W razie gdybyśmy się rozdzielili, masz tam wszystko, czego potrzebujesz do odnalezienia walizki.

- Nie możesz nas po prostu przenieść?

- Nie mam jeszcze tyle siły. Musimy sobie radzić w tradycyjny sposób. Osłaniaj mnie. - Uklęknął przy ławie i sięgnął pod blat.

Wzięłam głęboki wdech. Odbezpieczyłam broń w tym samym momencie, w którym głośne tupanie butów militarnych rozniosło się po korytarzu. Chryste, czy Jean Luc wysłał po mnie całą armię? W napięciu przyglądałam się korytarzowi, w powietrzu wciąż unosił się pył i dym, więc nie byłam pewna, czy drzwi wciąż stoją, czy może pozostała po nich jedynie ogromna dziura.

Żółte ślepia, migające w białej ścianie mgły, rozwiały wszelkie moje wątpliwości. W ułamku sekundy dotarł do mnie odór gnijącego mięsa. Skrzywiłam się nieznacznie i opuściłam ramiona. Pistolet w niczym by mi nie pomógł w takiej sytuacji, więc zabezpieczyłam go i schowałam za pasek spodni. Poczułam za plecami ciepło, bijące od ciała Nicoli. Zamarł na krótką chwilę.

- Ja pierdolę - sapnął, a gałki oczne potwora poruszyły się gwałtownie.

Zacisnęłam usta w wąską linię. Zmarszczyłam brwi. Coś poniżej paskudnych ślepi migało wściekle, jakby biała dioda. Przechyliłam lekko głowę. Ani ja, ani Dubois nie poruszyliśmy się nawet odrobinę, cała odwaga nagle z nas uleciała. Nasze oddechy spowolniły, nawet najmniejszy dźwięk sprawiał, że oczy mutanta poruszały się gwałtownie. Odniosłam wrażenie, że nas nie widział, że hałas to jedyne, co pomagało mu w odnalezieniu celu.

Pył powoli opadał, a obraz przed oczami stawał się znacznie wyraźniejszy. Moje serce zatrzymało się na moment, kiedy cielsko potwora zaczęło nabierać kształtów. Gdyby drzwi wciąż stały na swoim miejscu, na pewno by się w nich nie zmieścił. Ogromna góra mięsa zahaczała o ostre zęby wyrwy przy samym suficie. Głowę miał zdecydowanie poniżej karku, jakby ktoś na siłę wcisnął ją w klatkę piersiową monstrum. Tym razem już wyraźnie widziałam, że w jego szyję zostało wciśnięte jakieś urządzenie.

- Przejebane. - Usłyszałam w myślach głos Nicoli. Zerknęłam na niego kątem oka. Pomyślałam, że chyba się boi, i tylko jego uniesione brwi i powolne kręcenie głową świadczyło o tym, że to usłyszał. - Potrzebujemy czegoś innego do obrony.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu noża, którego chciałam użyć wcześniej na rzekomym napastniku. Nigdzie jednak go nie dostrzegłam. Nie byłam pewna, czy go później podniosłam z podłogi. Haker tak pochłonął moje myśli, że kompletnie o nim zapomniałam. Powiodłam spojrzeniem po podłodze w stronę, gdzie powinien być, ale leżała tam jedynie kupa gruzu.

Nicola wyłapywał moje myśli. Bezszelestnie udał się w stronę kuchni, nie spuszczając wzroku z mutanta. Ja nie zamierzałam się ruszyć z miejsca. Bestia postąpiła krok do przodu, a zza wielkiego garbu wyłoniła się kolejna, znacznie mniejsza i niewątpliwie nie miała problemów ze wzrokiem. Skupiła na mnie spojrzenie rybich oczu i miałam wrażenie, że jej zniekształcone usta rozciągnęły się w przeraźliwym uśmiechu.

Przełknęłam ślinę. Ślepia mutanta podążyły za ruchem mojej szyi. Oblizał wargi fioletowym językiem, a z gardła wydarł się bliżej nieokreślony warkot. Krew w moich żyłach szumiała, zagłuszając większość dźwięków. Trimis we wnętrzu szarpał się gotowy do ataku, ale nie zamierzałam dać mu wolnej ręki i rzucić się pierwsza do ataku.

Zastanawiałam się, dlaczego one nie wykonały żadnego ruchu. Zwykle potwory, kiedy widziały potencjalną ofiarę, niemal od razu zaczynały na nią polować. Ich życie opierało się jedynie na tym, by się najeść, nie czekały na odpowiedni moment. Dopiero w tej chwili uświadomiłam sobie, że mutant, który zaatakował mnie w uliczce, również nie rzucił się od razu do ataku. Czekał tak jak teraz te dwa obleśne stwory. Czy były w jakiś sposób kontrolowane?

Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

Bestie zrobiły dwa niezdarne kroki do przodu. Poruszały się synchronicznie, jakby ktoś zmuszał je do tego. Korytarz w mieszkaniu Nicoli był szeroki, a mimo to ślepa bestia zajmowała niemal cały jego obszar. Przesunęła się ociężale, by stanąć bokiem, jej głowa górowała nad kompanem dobre trzydzieści centymetrów. Drugi potwór wykonał ten sam ruch, jego spojrzenie nagle zrobiło się puste, bez wyrazu.

Czyjeś kroki odbiły się echem od zewnętrznego korytarza. W szparze między bestiami dostrzegłam umundurowanych, uzbrojonych po zęby pracowników Jean Luca. Doliczyłam się trzech, ale byłam przekonana, że jest ich zdecydowanie więcej. Wstrzymałam oddech, gdy dźwięk kroków przybrał na sile, aż w wyrwie pojawił się ten, którego spodziewałam się najmniej.

Rozdział 15

Jean Luc zaciągnął się mocno papierosem. Żar z końcówki rozświetlił na moment jego twarz. Stanął pomiędzy mutantami, jedną rękę ukrył w kieszeni płaszcza. Spojrzał na mnie z błyskiem w oku, a usta rozciągnął w obrzydliwym uśmiechu.

Pochyliłam się do przodu. Kątem oka widziałam Nicolę; przywarł ramieniem do futryny, w jego rękach znalazł się cały arsenał przyborów kuchennych, które z łatwością weszłyby w miękkie mięso mutantów. Wychylił się na ułamek sekundy zza framugi, by sprawdzić, jak wyglądała sytuacja. Jean Luc chyba go nie zauważył. I dobrze, potrzebowaliśmy elementu zaskoczenia.

- Ciężko było śledzić Ezrę, cały czas gubił ogon, który za nim wysyłałem - zaczął, po czym wypuścił z płuc papierosowy dym. - Ale warto było się nie poddawać.

Uniosłam brew. Próbowałam uspokoić szalejące serce wolnymi oddechami, lecz nie było to najłatwiejszym zadaniem, kiedy patrzyłam na człowieka, do którego żywiłam tak skrajne uczucia. Z jednej strony byłam wściekła, a z drugiej zjadało mnie poczucie winy. Musiałam opanować obie te emocje, w innym wypadku nie skończyłoby się to dla mnie dobrze.

- Opowiedział ci o wszystkim? - podjął, gdy nie zaszczyciłam go żadną odpowiedzią. - Chyba nie muszę tłumaczyć mojej oferty.

- Cmoknij się - sarknęłam rozeźlona. Jego głos sprawiał, że zaczynałam się denerwować.

- Och, Madeleine, ale po co ta złość? - Postąpił krok do przodu. Jeden z potworów wydał z siebie bliżej nieokreślony pomruk. Russeau odwrócił głowę w jego stronę, ale nic więcej nie zrobił. Przynajmniej nic, co byłoby widoczne. Miałam wrażenie, że potwór... skrzywił się?

- O co ci chodzi, co? - Zrobiłam krok w stronę kuchni, choć z perspektywy Jean Luca wyglądało to tak, jakbym chciała się do niego zbliżyć. On również się poruszył, jego mięśnie znacznie się spięły, jakby przygotowywał się do walki. - Nie chcę z tobą pracować, Jean Luc. Okłamałeś mnie.

- Cel uświęcił środki. - Wzruszył ramionami. - Przecież umawialiśmy się, że wszystko ci powiem, jeśli pozbędziesz się Duboisa.

- Trochę za późno na stawianie warunków. Wiem o twoich planach. Nie pomogę ci przelać krwi niewinnych ludzi. - Zrobiłam kolejny krok, były szef powtórzył mój ruch. - Wolałabym umrzeć.

- Problem polega na tym, że nie możesz umrzeć. - Wyszczerzył zęby. Ja swoje zacisnęłam, czułam, jak wzbiera we mnie wściekłość.

Chciałam spojrzeć na Duboisa, ale tym razem Russeau na pewno zwróciłby na niego uwagę. Trimis nadal nie wyglądał dobrze i obawiałam się, że niewiele pomoże. To, jak sprawnie ogarnął wcześniej sprawy, odcisnęło piętno na jego twarzy, był wyraźnie wyczerpany.

- Więc pozostaje mi cię powstrzymać. - Kącik moich ust uniósł się nieznacznie. Czułam wibracje telefonu w kieszeni, ale nie odważyłam się po niego sięgnąć. Poruszyłam się odrobinę, by zniwelować dźwięk rozchodzącej się wibracji.

Jean Luc westchnął przeciągle. Przeczesał palcami jasne włosy i spojrzał w górę z niezadowoloną miną. W jego ustach pojawił się kolejny papieros, końcówka rozjarzyła się pomarańczowym żarem. Pstryknął palcami i wyciągnął rękę w stronę wejścia. Chwilę później pojawił się w nim umundurowany i uzbrojony po zęby demon. Poznałam go po wściekle błyszczących szkarłatem oczach. Zadrżał, kiedy przechodził obok mutantów. To jedyna reakcja na ich obecność, tak jakby to nie był pierwszy raz, gdy ze sobą obcowali.

Trzymał w ręku niewielkich rozmiarów walizkę. Podszedł do Russeau, ułożył pakunek na jego dłoni, a następnie wpisał krótki kod na wyświetlaczu. Ciche, potrójne piknięcie zakomunikowało, że zamek walizki został odblokowany. Jean Luc otworzył wieko z wyrazem twarzy, który miał sugerować, że nie robi to na nim wrażenia, ale zdradziło go drżenie rąk i błysk w oczach, który widziałam tylko wtedy, kiedy przeliczał swoje brudne pieniądze.

Wyciągnął z walizki niepozornie wyglądającą fiolkę z niebieskim płynem. Była solidnie zabezpieczona metalowym gwintem. Zważył niewielki pojemnik w dłoni, po czym złapał go w dwa palce i wyciągną rękę w moją stronę.

- Wiesz, co to jest, Madeleine? - zapytał. Brzmienie jego głosu zmieniło się na coś pomiędzy słodkim mruczeniem a wyrachowanym szeptem. Pokręciłam głową. Nie byłam pewna, czy chciałam wiedzieć.

- To wspomnienie, Madeleine. - Głos Nicoli uderzył w mój umysł niczym grom z jasnego nieba. Widocznie cały czas siedział w mojej głowie i patrzył na sytuację moimi oczami, bo nie wyczułam, jak się do niej wkradał. Nie wiedziałam, jakim cudem udało mi się zachować ten sam wyraz twarzy, ale w tej chwili dziękowałam sobie za swoje umiejętności teatralne.

Ta informacja sprawiła, że krew odpłynęła mi z twarzy, a po kręgosłupie przeszedł niekontrolowany dreszcz. Przełknęłam ślinę i wzięłam głęboki wdech nosem.

Russeau miał coś, czego chciałam od bardzo dawna, i zamierzał to wykorzystać przeciwko mnie. Inaczej sobie wyobrażałam wygląd wspomnienia, ale widocznie jako naukowiec nie grzeszyłam szczególną wyobraźnią. Zastanawiałam się, co to za płyn i jak umieściłam w tym niematerialną rzecz.

- Nie wiem, ale zapewne zaraz mi to wyjaśnisz - odparłam powoli. Mój głos zadrżał niebezpiecznie.

- Z przyjemnością. - Uśmiechnął się. - To twoje wspomnienie sprzed okresu w szpitalu. Ostatnie, jakie zostało ci odebrane. Chciałabyś je odzyskać?

Przygryzłam dolną wargę.

Oczywiście, kurwa, że chciałam. Niczego tak bardzo nie pragnęłam, jak wiedzieć, kim byłam wcześniej. Domyślałam się, czego zechce w zamian, więc zamiast pokiwać głową w potwierdzeniu, powiedziałam:

- Pieprz się, Jean Luc.

Russeau zaśmiał się, odchylając głowę do tyłu. Ten dźwięk miał w sobie coś przerażającego, odbijał się głośnym echem po przestrzeni. Wszystko wokół wydawało się zamrożone w czasie. Jedyny ruch, który rejestrowałam, to poruszająca się klatka piersiowa trimisa.

Wziął wdech, po czym otarł spod oka nieistniejącą łzę. Odłożył fiolkę do walizki i zamknął wieko; towarzyszył temu głośny szczęk, który wywołał w moim mózgu nieprzyjemny zgrzyt. Machnął na swojego podwładnego, a ten wycofał się pospiesznie.

- Mogę co najwyżej ciebie, skarbie - warknął przez zaciśnięte zęby. Jego dobry humor uleciał w ułamku sekundy. Spojrzał na mnie spod byka, jego jasne tęczówki przykrył cień podobny do burzowych chmur. - Zabiłaś Elle. Jesteś mi to winna.

Z moich ust wyrwało się niekontrolowane, rozbawione parsknięcie. Jednak Jean Luc minę miał poważną i wyglądało na to, że nie żartował w tym momencie. Z tyłu głowy wciąż miałam słowa Nicoli co do zamiarów byłego szefa wobec mnie. Wyciągnęło to ze mnie jedynie falę niepohamowanego śmiechu. Oczy zaszły łzami, a pusty brzuch rozbolał tak, że musiałam się za niego złapać.

Cudem udało mi się opanować. Brałam spazmatyczne wdechy, ocierając łzy rozbawienia. Im dłużej to trwało, tym wyraz twarzy Jean Luca przybierał coraz bardziej złowrogie kształty. Znacznie poczerwieniał, a mięśnie szczęki wyraźnie się napięły, kiedy zaciskał zęby. Jego oblicze malowało się feerią różnych emocji, od niedowierzania i zrezygnowania, aż po zwątpienie, szok i gniew tak wielki, że gdyby spojrzenie mogło zabijać, to padłabym trupem w niniejszej sekundzie.

- Nie jesteś w moim typie - rzuciłam, gdy w miarę się opanowałam. Poruszyłam ramionami, by rozluźnić mięśnie, po czym splotłam ręce na piersi. - Mogę ci co najwyżej dać wieczny odpoczynek.

- Myślę, że miałbym więcej argumentów, które by cię przekonały, Madness. - Przechylił głowę w bok. Znów schował rękę w kieszeni. Do moich uszu dotarł złowrogi bulgot. Chciałam spojrzeć na potwory, ale obawiałam się, że jeśli to zrobię, umknie mi coś ważnego. Miałam wrażenie, że Russeau w jakiś sposób kontroluje te bestie i to coś jest ukryte głęboko właśnie w kieszeni płaszcza.

- I co? Poszczujesz mnie swoimi zwierzątkami? - sarknęłam z przekąsem, kiedy mutanty poruszyły się niespokojnie i zwróciły w moim kierunku. - Nie masz jaj, żeby się ze mną zmierzyć?

- Nie lubię sobie brudzić rąk. - Wzruszył ramionami. - Poza tym ktoś musi zająć się twoją dupą, zaraz po tym, jak dostaniesz srogi wpierdol.

Usłyszałam w głowie pogardliwe parsknięcie. Przymknęłam powieki, by nie spojrzeć na Nicolę. Russeau chyba przestał mnie doceniać albo miał duże mniemanie o swoich zabawkach i sądził, że mnie to wystraszy. Nic bardziej mylnego.

Nie dane mi było jednak odpowiedzieć w jakikolwiek sposób. Huk wystrzału z broni poniósł się echem po korytarzu zewnętrznym. Padły trzy strzały i trzy głuche odgłosy upadających ciał, zanim dotarł do moich uszu dźwięk przeładowywanej broni. Po kolejnych sześciu usłyszałam szczęk magazynka upadającego na betonową podłogę.

- Nie dam rady, Madeleine. - Dotarł do mnie niemrawy szept Nicoli. Kątem oka dostrzegłam, że wycofuje się w głąb kuchni. Mignęło mi jedynie jego ramię, kiedy osuwał się po ścianie z drugiej strony. - Wciąż nie mam siły - dodał sennym głosem. Cholera, za wcześnie wstał.

- Spokojnie, będę cię osłaniać - powiedziałam w myślach z nadzieją, że moje słowa do niego dotarły. Nie byłam pewna, ale miałam dziwne przeczucie, że wycofał się z mojego umysłu, jeszcze zanim skończyłam mówić. Stres ścisnął moją klatkę piersiową.

Liczyłam na to, że chaos na korytarzu wywołała odsiecz, a nie kolejny problem. Walka z jednym potworem, ba! Nawet walka z samym Jean Lukiem byłaby nie lada wyzwaniem, a gdyby się okazało, że oprócz nich, jest ktoś jeszcze do odstrzału - nie wiem, czy dałabym radę. Skłaniałam się ku temu, że poniosłabym sromotną klęskę.

Długo nie musieliśmy czekać na odpowiedź. Dźwięki dochodzące z korytarza stawały się coraz głośniejsze, co oznaczało, że mistyczna postać się zbliżała. Jęki i stukot padających ciał przybierały na sile. Naliczyłam co najmniej tuzin. Cóż, chyba jednak nie miałam racji, kiedy posądzałam byłego szefa o to, że mnie nie doceniał.

Zwróciłam się ku wejściu, tak samo jak Russeau. Potwory nie ruszyły się nawet o milimetr, kiedy między nimi stanął...

- Ezra... - wyszeptałam przez zaciśnięte gardło. Zamrugałam, bo oczy niemal natychmiast zaszły łzami. Przeklinałam reakcje swojego organizmu w tym momencie. To nie czas ani miejsce na rozklejanie się. Problem polegał jednak na tym, że skoro tu był, to miałam kolejną osobę, na którą musiałam uważać.

Choć moje myśli krążyły wokół tego, jaki bezbronny jest Ezra, on wcale się tak nie prezentował. W pełnym umundurowaniu przypominał bardziej cyborga niż żywy organizm. Kamizelka kuloodporna ciasno opinała jego umięśnione ciało, rękawy czarnej koszuli były podwinięte trochę ponad łokciami, a na odsłoniętych przedramionach widniały opaski, w których zapewne kryła się broń, choć nie mogłam dojrzeć jaka. Czarne bojówki na sto procent naszpikowane były różnego rodzaju bronią, kieszenie niemal się pod nimi rozciągały. Zaczesane do tyłu włosy odsłaniały zamaskowaną, skupioną twarz; czoło i część okularów ochlapane były smugami ciemnej krwi. Podejrzewałam, że mogło być jej zdecydowanie więcej, lecz posoka nie odcinała się od ciemnego materiału munduru.

Powiódł beznamiętnym spojrzeniem po salonie. Zatrzymał wzrok na mnie, tylko na krótki moment, by wrócić nim do Russeau. Ten natomiast uśmiechnął się, jakby nie zarejestrował wcześniejszych odgłosów z korytarza, świadczących o tym, że Cohen nie przyszedł po to, żeby mu pomóc.

- Przyszedłeś przemówić młodej Russeau do rozsądku? - Jean Luc odpalił kolejnego papierosa. Chryste, czy ten człowiek miał płuca ze stali? Jarał jak smok! - Życie u mojego boku na pewno będzie pełne benefitów. - Poruszył sugestywnie brwiami.

Ezra w mgnieniu oka przeładował broń, wycelował i strzelił do Russeau. Odruchowo zasłoniłam uszy i ugięłam nogi w kolanach. Huk rozniósł się po niewielkiej przestrzeni salonu. Jean Luc upadł na podłogę odrzucony przez siłę pocisku. Jęknął przeciągle, wykrzywiając przy tym twarz w bólu, i chwycił się za ramię.

- Przestań marzyć o mojej kobiecie - warknął Cohen głosem tak niskim, że przez mój kręgosłup przebiegł zimny dreszcz. Zsunął maskę z twarzy. - I nazywa się Madeleine Sinclair, jebany ignorancie.

O Boże.

Ja pierdolę...

Wściekły był.

Ezra Cohen kipiał z wściekłości i tylko ton głosu świadczył o tym, jak bardzo było źle. Wyciągnął z ucha słuchawkę. Nie zauważyłam jej wcześniej. Drżącą ręką sięgnęłam do tylnej kieszeni po telefon. Spojrzałam na wyświetlacz, połączenie wciąż trwało. Musiałam przypadkiem odebrać, kiedy zwijałam się ze śmiechu. Przełknęłam głośno ślinę. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale drżały tak mocno, że nie wiedziałam, czy będę w stanie wydobyć z siebie jakiekolwiek słowa bez jąkania się.

Russeau dźwignął się na zdrowej ręce. Mieszanka bólu i niedowierzania odcisnęła się na jego twarzy, wpatrywał się w Ezrę szeroko rozwartymi oczami. Złotymi oczami.

Cohen zrobił kolejny krok, miałam wrażenie, że stawia je tak głośno, że zaraz cały budynek się zawali. Wściekłość sączyła się z każdej napiętej części ciała mężczyzny.

A kiedy dotarło do Russeau, co zrobił jego najbardziej zaufany człowiek, wszystko potoczyło się tak szybko.

Mutanty zaryczały wściekle, unosząc wykrzywione twarze ku sufitowi. Wydawało mi się, że dostrzegłam w ich oczach ból, lecz nie miałam czasu się nad tym rozwodzić.

Zerwałam się z miejsca, biegiem pokonując dzielącą nas odległość, i wpadłam z impetem na Ezrę. Przeturlaliśmy się po podłodze prosto pod drzwi prowadzące do sypialni Duboisa. W tej samej chwili zaciśnięta piącha garbatego potwora wylądowała w miejscu, w którym jeszcze przed momentem stał haker. Pył wzbił się w powietrze, dotarł do nas dźwięk pękających desek.

Nie mieliśmy czasu się rozglądać. Drugi potwór wyskoczył na nas ponad ramieniem olbrzyma. Nim zdążyłam wyciągnąć swoją broń, Ezra już słał serię pocisków w głowę mutanta. Ten zapiszczał przeciągle, czułam, jak skowyt istoty wżera się w moje kości. Mimowolnie się skrzywiłam.

- Zaprowadź Duboisa do samochodu i poczekajcie tam na mnie - sapnął Ezra, pospiesznie stając na równe nogi. Zrobiłam to samo. Sprawnym ruchem wyciągnął z jednej z kieszeni nóż myśliwski i wepchnął mi go do ręki. W dwóch szybkich ruchach pozbył się pustego magazynku i wcisnął kolejny. Wszystko robił tak szybko. - Zajmę się tym tutaj.

- Żartujesz sobie? - pisnęłam. Bestia rzuciła się na nas, więc odskoczyliśmy w dwie różne strony. Uderzyła głową w drewniane skrzydło i wpadła częścią cielska do środka. - Nie zostawię cię tu z...

- Rób, co mówię, do kurwy nędzy! - warknął, a mnie zamurowało. Nigdy go takiego nie widziałam.

Nim zdążyłam wyrzucić jakiekolwiek słowa protestu, Ezra sprawnie wspiął się na grzbiet potwora. Ten wił się wściekle, wydając z siebie bliżej nieokreślone powarkiwania. Nieudolnie próbował zrzucić z siebie hakera, ale on celnie unikał pokracznych ciosów. Twardo ignorowałam odór gnijącego mięsa, tak samo dźwięk, który wydawała bestia, gdy Cohen bez cienia obrzydzenia wbijał podeszwy butów w jej boki. Zbliżył się do karku, przycisnął mocno kolana do rozkładającego się cielska i sprawnymi ruchami niczym mistrz gastronomii, zajął się skracaniem mutanta o głowę.

Otrząsnęłam się z marazmu, gdy dotarły do mnie ciche, bolesne postękiwania Jean Luca. Spojrzałam na niego wymownie. Ostatnie, czego w tej chwili potrzebowałam, to kolejny kłopot, a on na pewno by nim był, gdyby zdołał stanąć na równe nogi.

Klęczał na pokrytej gruzem podłodze. Wbił we mnie wściekły wzrok, na jego szyi i twarzy rozsmarowana była krew. Posoka sączyła się z ramienia trimisa obficie. Byłam pewna, że Ezra celowo spudłował. Nie wiedziałam, czy w jego arsenale były dziś te same pociski, którymi poczęstował Duboisa, ale patrząc na to, z jaką precyzją posłał większość nowo przybyłych w diabły, nie był aż tak rozrzutny i używał raczej tych zwykłych.

Podeszłam do niego powoli. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo Jean Luc wzdrygnął się tak, jakbym pojawiła się przed jego obliczem znienacka. Złapałam go za kark i przycisnęłam do podłogi. Oparłam kolano o zranione ramię trimisa; ryknął boleśnie, szarpiąc się przy tym spazmatycznie.

- Uspokój się, bo będzie bolało bardziej - mruknęłam, nie zwracając uwagi na jego gwałtowne ruchy.

- Oboje mnie zdradziliście - sapnął między cierpiętniczymi jękami. - Zobaczycie, jeszcze tego pożałujecie!

- Och, skończ pierdolić. - Podrzuciłam w dłoni myśliwski nóż. Obrócił się zgrabnie w powietrzu, był idealnie wyważony. Cisnęłam nim w zranione ramię. Jean Luc ryknął ponownie, aż podwinął nogi z bólu. Dociskałam ostrze do podłoża, dopóki nie poczułam oporu desek. Podniosłam się i uderzyłam piętą z impetem w rękojeść. Nóż wbił się w drewno jeszcze głębiej. Wiedziałam, że to nie powstrzyma Jean Luca na długo, ale wystarczająco, żeby cała nasza trójka mogła wydostać się z budynku.

Russeau wił się w bolesnych konwulsjach, ale nie miało to już znaczenia. Zerknęłam na Ezrę. Wciąż mocował się z głową potwora, jednak nie to mnie najbardziej uderzyło. Żaden mięsień na twarzy hakera nawet nie drgnął. Nie byłam pewna, czy mrugał albo oddychał. Robił to tak, jakby to nie był jego pierwszy raz. I to mnie najbardziej przerażało.

Odpędziłam od siebie ponure, zbędne myśli i ruszyłam do kuchni po Nicolę. Trimis siedział na chłodnej posadzce, pogrążony we śnie, choć jego mina wskazywała na to, że cierpiał. Nie zauważyłam, by opatrunek przeciekał, byłam wręcz przekonana, że rana już się zagoiła. Po prostu nadwyrężył swoje ciało używaniem mocy, nic więcej.

Kucnęłam obok, po czym położyłam rękę na jego ramieniu. Nicola mruknął coś przez sen i zmarszczył brwi.

- Nicola, musisz się obudzić - szepnęłam, potrząsając go delikatnie. Wyciągnął ręce w moją stronę, gotowy opleść moją talię i przyciągnąć do siebie, ale złapałam go za nadgarstki, żeby powstrzymać ten ruch. - Nie, nie! Nicola, naprawdę, wstawaj!

- Jeszcze chwilka - wymruczał pociągająco i poprawił pozycję.

- Nie mamy chwilki! Zaraz tu zginiemy! - Próbowałam go dźwignąć, jednak na samych próbach się skończyło. Dwumetrowy kolos nie należał do najlżejszych.

Nie pomyliłam się dużo. Mimo warczącego i pojękującego Russeau, wyraźnie słyszałam kroki na korytarzu co najmniej kilku par butów. Cholera, mogłam poobcinać mu ręce, zamiast przygważdżać go do podłogi.

Gorączkowo rozglądałam się za czymś, co pomogłoby mi ocucić Duboisa, ale oprócz rozrzuconego wokół arsenału prowizorycznej broni kuchennej nic sensownego nie wpadło mi w oko. Postanowiłam zrobić najbardziej absurdalną rzecz, jaka przyszła mi do głowy.

Ugryzłam go.

Nicola zaklął siarczyście, wyrywając dłoń spomiędzy moich zębów. Spojrzał na równiutki półokrąg na wierzchu dłoni, po czym skierował na mnie zmrużone oczy. Uśmiechnęłam się szelmowsko.

- Co to miało być?! - sarknął rozeźlony. Był blady niczym kartka papieru.

- Nie mamy czasu, musimy się dostać do auta - panikowałam. Podniosłam się i wyciągnęłam rękę w jego stronę. Dźwignął się z cichym stęknięciem, a następnie rozejrzał po przestrzeni. Przywarł plecami do ściany i zajrzał za futrynę. Zacisnął usta niepocieszony.

- Co tam się dzieje?

- Później ci streszczę. Mamy się zawinąć stąd natychmiast. - Wyciągnęłam pistolet zza paska. Wyjęłam magazynek i przeliczyłam naboje. Na szczęście był pełny. - Na korytarzu roi się od sługusów Russeau.

Przycisnął palec wskazujący i kciuk do oczu, po czym przesunął je na grzbiet nosa. Westchnął teatralnie, poprawił kołnierz koszulki i sięgnął do pistoletu, który miał za paskiem. Drugą ręką chwycił mnie za przegub i pociągnął do salonu.

W ciągu tych paru chwil, jakie spędziłam za ścianą, krajobraz salonu zmienił się diametralnie. Właściwie to scena wydawała się wręcz komiczna. Karykaturalna w swojej przerażonej złożoności. Nie wiedziałam, gdzie mam zatrzymać wzrok.

Ezra stał przy ciele rozczłonkowanego mutanta. Mierzył z jednej broni do Russeau, któremu udało się wyswobodzić z prowizorycznego uwięzienia, choć to mnie akurat nie dziwiło, wiedziałam, że to nie zatrzyma go na długo. W drugiej ręce Cohen trzymał granat, ale nie wyglądał na zwyczajny wojskowy pocisk - mienił się kilkoma różnymi kolorami, jakby ktoś wlał do niego różne farby i wymieszał niedokładnie. Z trudem powstrzymałam wesołe prychnięcie. Przyszło mi na myśl, że ktokolwiek skonstruował tę broń, musiał pomyśleć, że zbawi świat tęczową miłością.

W otworze po drzwiach stało kilku uzbrojonych po zęby pracowników Jean Luca. Ich miny wyrażały więcej niż tysiąc słów. Byli w totalnej konsternacji. Widocznie, kiedy wpadli do pomieszczenia, już musieli zastać taki obrazek.

Nicola nie miał takich oporów jak ja. Zaśmiał się głośno, czym zwrócił uwagę zebranych. Przełknęłam ślinę, gdy napotkałam mrożące krew w żyłach spojrzenie Ezry. Nie musiał otwierać ust, wyraźnie widziałam, jak wrzeszczy, że mam się natychmiast ulotnić z tego miejsca.

Żołnierze Jean Luca od razu skierowali na nas swoją broń. Cohen nie poruszył się nawet odrobinę, byłam niemal pewna, że jeżeli coś wytrąci go z tego stanu skupienia, to Russeau wykorzysta to i go zabije.

Chryste, tak bardzo tego nie chciałam!

Dubois zagwizdał z udawanym uznaniem. Zrobił dwa kroki do przodu, cały czas wodził spojrzeniem od Jean Luca do jego podwładnych. Gdybym była mniej spostrzegawcza, nie zauważyłabym, że zatrzymuje się chwilę dłużej przy kontakcie wzrokowym z Cohenem.

Czy oni ze sobą... rozmawiają?

Zapytam o to później. Nicola wycelował wylot lufy w żołnierzy. Wzdrygnęli się niemal równocześnie, z ust jednego z nich wyrwało się przerażone jęknięcie. Cóż, najwyraźniej opinia przegoniła Nicolę Duboisa i w naszych kręgach każdy wiedział, kim jest. Lub Russeau ich na to przygotował.

Nagle Nicola zrobił coś, czego się kompletnie nie spodziewałam. Przesunął pistolet powolnym ruchem na Russeau i uśmiechnął się promiennie.

- I co? - prychnął Jean Luc, zerkając na niego kątem oka.

- Nic. - Nicola wzruszył ramionami. Odbezpieczył broń, a mi stanęło serce na moment.

Strzelił.

Russeau kucnął. Dźwięk kolejnych odbezpieczanych spustów przeszył powietrze. Szyba w oknie eksplodowała z głośnym hukiem. Powitała nas wysoka wyrwa, wpuszczając do środka chłodne, nocne powietrze. Dubois szarpnął moim przedramieniem i pociągnął w stronę dziury.

- Co ty robisz?! - wrzasnęłam przerażona, kiedy zdałam sobie sprawę, że chce przez nią wyskoczyć. - To będzie ze sto metrów!

- Dokładnie sto pięćdziesiąt - odparł poważnym tonem. Krew odpłynęła mi z wszystkich kończyn. Nogi zmiękły, odmawiając posłuszeństwa, ale Dubois już stał na krawędzi.

Rzucił się w przepaść.

Ostatnie, co zarejestrowałam, to niedowierzające spojrzenia wszystkich zebranych. Jedynie twarz Ezry nie zmieniła swojego wyrazu, jakby doskonale wiedział, co Dubois zamierza zrobić.

Uderzył we mnie chłodny podmuch powietrza. Skóra na twarzy zapiekła, ale tylko przez chwilę. Nicola przyciągnął mnie do siebie i ukrył między ramionami. Przylgnęłam do jego klatki piersiowej, zacisnęłam ręce na materiale koszulki tak mocno, że aż pobielały mi kostki. Czułam, jak Dubois napina wszystkie mięśnie pod wpływem oporu powietrza. Stęknął cicho, jednak nie wiedziałam dlaczego. Bałam się podnieść głowę.

Nagle chłód zelżał, a my przestaliśmy pędzić. Mróz nie szczypał tak mocno jak dotychczas. Odważyłam się zerknąć na Nicolę. Krzywił się w bolesnym grymasie. Opadaliśmy powoli, wiatr przestał gwizdać w uszach. Nie miałam pojęcia, jak długo to trwało, wydawało mi się, że całą wieczność.

Rozejrzałam się niepewnie. Czas jakby stanął w miejscu, leniwie mijaliśmy kolejne okna wieżowca. Zastanawiałam się, czy ktokolwiek zwrócił na nas uwagę; kilka świateł było zapalonych, ale nikt nie stał przy szybach. Prawdopodobnie po usłyszeniu dwóch wybuchów, ludzie wyszli na korytarze lub zaczęli się ewakuować. Nie miałam aż tyle odwagi, by sprawdzić, czy ktokolwiek stoi przed budynkiem.

Chwilę później moje stopy odbiły się cicho od betonowych płyt chodnikowych. Nicola wciąż obejmował mnie mocno, jego oddech był ciężki, mięśnie drżały z wysiłku, jakby włożył w ten skok i wyhamowanie lotu całą moc, jaką posiadał.

Nad naszymi głowami rozległ się huk. Poderwałam brodę do góry w tej samej chwili, w której po ziemi rozeszły się silne wibracje. Zmarszczyłam brwi. Z rozbitego okna unosiły się kłęby czarnego dymu, zaraz po nich pojawiły się czerwone języki ognia. Coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej tak mocno, że tylko cudem nie upadłam na kolana. Oczy zapiekły od nabiegających do nich łez.

Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że stamtąd nie wyszedł. Marne szanse, biorąc pod uwagę, że na korytarzu roiło się od pracowników Jean Luca. Mimowolnie rzuciłam okiem na przestrzeń wokół nas, ale nigdzie nie dostrzegłam czarnych uniformów. Być może zrobiłam to zbyt pospiesznie, ale moja głowa rwała się do tego, by spojrzeć w górę na płonący apartament.

- Ezra... - jęknęłam, jego imię ledwo przeszło mi przez gardło.

- ...właśnie stamtąd wyskoczył. - Nicola dokończył za mnie zdanie, po czym wskazał palcem na coś nad nami.

Nie miałam wątpliwości. Gdyby nie moc trimisa w życiu bym go nie zauważyła. Ezra Cohen leciał z rozpostartymi rękami ze stu pięćdziesięciu metrów bez trwogi w sercu. Byłam pewna, że nawet powieka mu nie drgnęła. Zmarszczyłam brwi, kiedy pieprzony Rambo poruszył z wolna ramieniem.

Co on, do diabła, wyprawiał?

Długo nie musiałam czekać na odpowiedź. Mój telefon zawibrował w kieszeni. Wzięłam go do ręki. Zachłysnęłam się powietrzem, gdy na wyświetlaczu zamigotało jego imię.

- Ty jesteś pojebany jakiś! - syknęłam do słuchawki. Odpowiedział mi huk wiatru.

- Dubois ma niecałe trzydzieści sekund, żeby mnie złapać - odparł spokojnym tonem, a ja już widziałam, jak zderza się z betonowym chodnikiem i zostaje z niego mokra, krwawa plama.

Nie musiałam nawet patrzeć na trimisa. Westchnął teatralnie, przeczesał włosy palcami i postąpił krok do przodu. W pierwszej chwili zniknął sprzed moich oczu, ale wystarczył moment, by cały świat zwolnił niemal całkowicie, a Ezra zawisł w powietrzu.

Nicola natomiast bawił się w baranka Shaun, o którym czytałam kiedyś w bibliotece; najpierw wszedł na pobliskie auto, następnie podskoczył i złapał się wystającej z budynku cegły. Podciągnął się z bolesnym jęknięciem i złapał za kolejną, aż dotarł do parapetu. Cohen zaczął opadać trochę szybciej. Moje serce zwalniało i przyspieszało co chwilę, jakby nie mogło się zdecydować, które emocje targały mną bardziej.

Nicola spojrzał na mnie zmrużonymi oczami. Przechyliłam lekko głowę w bok, chciałam mu powiedzieć, żeby przestał się na mnie gapić i pomógł hakerowi, jednak coś innego przykuło moją uwagę. Powietrze wokół mnie zawibrowało, cząsteczki nabrały gęstości, a ja poczułam dziwny ucisk na ciele, tak jakby świat przydusił mnie do podłoża. Moje nogi zadrżały, ledwie się na nich utrzymywałam.

- Uspokój się! - krzyknął do mnie Nicola, ale niczym w zwolnionym tempie. - Weź wdech i opanuj moc, bo zostaniemy w takim zawieszeniu!

Zamrugałam, nie rozumiejąc za bardzo, o co mu chodzi, lecz zaraz pojawiła się w głowie odpowiednia myśl. Tak bardzo pragnęłam, żeby Cohenowi nic się nie stało, że uwolniłam dodatkowe pokłady mocy trimisa, które do tej pory próbowałam ukryć w odmętach swojego organizmu.

Spowalniałam czas!

Wykonałam polecenie. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech nosem, po czym wypuściłam ustami. Trimis szalał we mnie w najlepsze, próbowałam się na nim skupić i wepchać go z powrotem w splot słoneczny. Głęboko zaciągałam się nocnym, chłodnym powietrzem, by ugasić płonące we mnie nerwy.

- Dobrze, Madeleine. - Usłyszałam w głowie głos Nicoli. - Już go prawie mam, oddychaj.

Pokiwałam głową. Żołądek zawinął się w ciasny supeł. Pokierowałam swoje myśli na zupełnie nieistotne tematy. Kiedy ostatni raz byłam w kinie? Ponad rok temu. Jaką książkę przeczytałam ostatnio? Nie pamiętałam dokładnego tytułu, bo był bardzo długi, ale traktowała o tym, jak odnajdywać różne rzeczy. Pamiętałam, że bardzo mi się podobała i obiecałam sobie sięgnąć po nią po raz kolejny. Myślałam o tym, co ostatnim razem jedliśmy z Ezrą na obiad i jak chciałam mu wtedy pomóc, ale kiepska ze mnie kucharka i spaliłam warzywa, których miałam pilnować.

Zacisnęłam mocniej palce na pasku torby przewieszonej przez moje ramię. Odtwarzałam te kilka rzeczy raz po raz, byleby nie poczuć znów tego dziwnego ucisku w piersi. W pewnym momencie dotarło do mnie, że w takim stanie byłam kompletnie bezużyteczna.

Roztargnienie i zagubienie wylewały się ze mnie hektolitrami, czułam się skołowana; emocje i wspomnienia, których doświadczyłam w ostatnim czasie, całkowicie wybijały mnie z rytmu, przysłaniały umiejętność logicznego myślenia. Niczym mała dziewczynka, którą dorośli muszą wziąć za rękę i poprowadzić przez drogę, której nie zna.

Głośne tąpnięcie wyrwało mnie z letargu. Moja głowa mimowolnie odwróciła się w stronę dźwięku. Ezra i Nicola leżeli na dachu jednego z samochodów. Dopiero wtedy dostrzegłam tłum gapiów w szlafrokach i niedbale pozakładanych kurtkach. Spięłam się, gdy zauważyłam, że większość spojrzeń była skierowana na mnie.

- Ożeż, kurwa... - wydukał Cohen, wciąż leżąc na plecach. Dźwignął się ciężko, maska pojazdu wygięła się do wewnątrz, kiedy się o nią oparł. Rozejrzał się pospiesznie, jego wzrok zatrzymał się na mnie. Zacisnął zęby.

- Dobra, potem. - Nicola szturchnął go w ramię. Był niemal zielony na twarzy. - Spierdalamy!

Rozdział 16

Stukałam nerwowo palcami o kierownicę SUV-a i co chwilę zerkałam w tylne lusterko, chcąc się upewnić, że chłopaki: po pierwsze - wciąż oddychają, po drugie - jeszcze się nie pozabijali, siedząc razem z tyłu. Nawigacja kierowała mnie na wschód, prosto do Paryża. Obok na siedzeniu pasażera leżała torba z dokumentacją. Śpiewała swoją cichą arię, przyciągała do siebie, ale nie mogłam do niej sięgnąć. Byłam jedyną osobą, która w miarę trzymała się na nogach, więc to mi przypadł przywilej prowadzenia samochodu Ezry. Byłam pewna, że Nicoli w życiu nie dałby kluczyków do ręki. Nawet nie wiedziałam, czy potrafił prowadzić.

Dubois siedział oparty całymi plecami o drzwi. Pogrążony we śnie wyglądał na całkowicie nieszkodliwego. Gdybym nie wiedziała, kim jest naprawdę, pomyślałabym, że to zwykły, zmęczony życiem, przystojny koleś, którym trzeba się zaopiekować. Używanie mocy totalnie go wykończyło i zanim dotarliśmy do auta, opierał się o Ezrę niemal całym ciężarem ciała.

Forma Ezry również pozostawiała wiele do życzenia. Siedział z głową opartą o zagłówek, powieki mu opadły. Oddychał głęboko, ale wyraźnie sprawiało mu to ból. Nie odezwał się ani słowem, odkąd wpakowaliśmy się do samochodu. Domyślałam się, że odniósł wiele ran, i bardzo chciałam się dowiedzieć, co się wydarzyło, kiedy Nicola wypchnął nas z okna, ale teraz nie wiedziałam nawet, od czego zacząć.

A właściwie wiedziałam. Odkąd opuściliśmy granice Down Town, poczułam się znacznie swobodniej, za nami nie ciągnął się żaden ogon, więc mogłam sobie pozwolić na redukcję biegu i trochę wolniejszą jazdę. Dzięki temu też mogłam pomyśleć. I pierwsze, co przychodziło mi do głowy, to: co tam się odkurwiło?

Coś się musiało zesrać prędzej czy później, ale zakładałam raczej tę drugą opcję. Napięcie wisiało w powietrzu, odkąd wygarnęłam Jean Lucowi, co myślę o nim i naszej współpracy. Nie sądziłam jednak, że to zajdzie tak daleko. Wciąż nie wiedziałam, co Russeau do mnie miał i chyba nie chciałam wiedzieć. Za każdym razem, gdy przypominałam sobie jego słowa, próbowałam się roześmiać, ale zamiast tego ogarniał mnie przedziwny lęk.

Odsunęłam od siebie tę myśl. Nie chciałam się zapuszczać w meandry planów Jean Luca, dopóki nie miałam pełnego obrazu powodów, które kierowały trimisem.

Wpłynęłam na niespokojne wody własnych problemów. Zerknęłam w lusterko wsteczne. Obaj mężczyźni oddychali miarowo, jakby spali i zapewne nie byłam daleka od prawdy.

Przeczesałam włosy palcami, po czym poprawiłam się na siedzeniu. GPS informował, że na miejsce powinniśmy dotrzeć za lekko ponad cztery godziny, jeżeli po drodze nie będzie większych ubytków w jezdni ani nie zrobimy żadnego przystanku. Niestety nie wchodziło to absolutnie w grę.

Adrenalina już dawno opuściła moje ciało i odczuwałam boleśnie skutki spinania wszystkich mięśni. Do mózgu dotarło również, że Nicola rzucił się w przepaść, ciągnąc mnie za sobą, a ja chyba dochodziłam do wniosku, że mam lęk wysokości. Każda mijana skarpa, wyższa niż kilka metrów, przyprawiała mnie o ucisk w klatce piersiowej.

Gorączkowo mieliłam w głowie wydarzenia ostatnich dni i informacje, jakie otrzymałam. Potrzebowałam poukładać je wszystkie i znaleźć w tym jakiś schemat. Nie było to łatwym zadaniem.

Przede wszystkim - cała nasza czwórka znała się doskonale w przeszłości. Łączyło nas więcej, niż przypuszczałam, i coraz bardziej skłaniałam się ku myśli, że nie żyliśmy w jakimś popieprzonym trójkącie, tylko czworoboku, a jego ramiona miały różną długość i nie w każdym przypadku uczciwą.

Byłam z Nicolą. Byłam z Ezrą. Nie sądziłam, że mogłabym być z Jean Lukiem, bo w ogóle nie był w moim typie, ale w pewnej chwili przestałam nie brać tego pod uwagę. Wyglądało na to, że stara Maddie była niesamowicie puszczalskim osobnikiem i nie przejmowała się uczuciami innych. Po trupach do celu. Bez względu na konsekwencje.

Zacisnęłam usta w wąską linię. Nie powinnam wyciągać pochopnych wniosków. Miałam w arsenale tylko jedno wspomnienie i w dodatku takie, które nie należało do mnie. Z mojej perspektywy mogło to wyglądać zupełnie inaczej i mając na uwadze, że Nicola wcale nie chciał naszego rozstania, ta jedna kartka z przeszłości mogła być zwyczajnie wypaczona przez złamane serce.

Wciąż nie docierało do mnie, że Dubois nie był zimnym draniem, który traktował innych, jak jednorazowe zabaweczki. Uważnie obserwowałam jego poczynania. Mimo chłodu i wyrachowania, jakie prezentował podczas tej jednej akcji nad morzem, był całkiem uczynnym i przyjemnym tworem. Próbował naprowadzić mnie na odpowiednie tory na swój pokrętny sposób, dążył do naszego spotkania, kiedy było to możliwe, i trzymał zapas antidotum dla Ezry.

Właśnie.

Nicola Dubois współpracował z Ezrą, choć ten odbił mu dziewczynę. O ile tak w ogóle można było powiedzieć o tym chorym układzie. Cały czas mieli ze sobą kontakt, przez lata próbowali wygrać zakład z Russeau, strzelając do jednej bramki. Trimis chciał oddać mi lek bez mrugnięcia okiem, choć miał tyle okazji do pozbycia się Ezry. Przecież gdyby go sprzątnął, miałby czystą, prostą drogę, by zrobić mi pranie mózgu. Nawet nie! Bez prania mózgu i tak spijałam każde słowo z jego ust, a moje nogi niemal same rwały się do tego, by się przed nim rozłożyć. Pieprzony Nicola Dubois!

Z całą mocą gniewu, jaki rozlał się po moim ciele, nadusiłam hamulec. Opony zapiszczały na mokrym asfalcie, wpadliśmy w lekki poślizg. Mężczyźni polecieli do przodu. Z ust jednego, jak i drugiego wydarło się siarczyste przekleństwo. Poczułam, jak czoło Nicoli odcisnęło się od zagłówka siedzenia kierowcy. Odbiłam kierownicą w drugą stronę i z pięknym półobrotem zatrzymaliśmy się na poboczu.

- Na Boga, Madeleine Sinclair, co ty wyprawiasz? - Ezra wpatrywał się we mnie wściekłym, aczkolwiek zaspanym wzrokiem.

- Wypierdalać z wozu! - warknęłam. Sama odpięłam pas i wyszłam na zewnątrz. Wściekłość kotłowała się pod moją skórą niczym wulkaniczna lawa. Czułam, że jeśli wybuchnę, to pokłosie tego wydarzenia osiądzie niczym pył na krajobrazie co najmniej w promieniu pięciu kilometrów.

Spoglądali na siebie przez chwilę, byłam pewna, że właśnie toczyli zażartą konwersację na temat tego, co tak bardzo mogło mnie zdenerwować, że postanowiłam się zatrzymać na środku pustkowia. W końcu obaj wyczołgali się z tylnego siedzenia i stanęli przede mną. Wyglądali jak jedno wielkie chodzące nieszczęście.

Podkrążone oczy, siniaki i drobne rany odznaczały się wyraźnie na pobladłych twarzach. Nicola oparł się o karoserię przygarbiony, przez co stracił odrobinę wzrostu i nie wydawał się już ogromną, niedostępną górą, a zwykłym człowiekiem, który mógłby mieć zwyczajnie kiepską noc. Cohen wyglądał zdecydowanie gorzej, powieki same mu opadały. Schował okulary do kieszeni na piersi. Kiedy się prostował, twarz wykrzywił w bolesnym grymasie. Rana, wcześniej przeze mnie opatrzona, na pewno się otworzyła. Zakładałam, że odniósł jeszcze kilka innych, o których nie było czasu porozmawiać.

Przymknęłam powieki i wzięłam głęboki wdech, by skupić się na tym, co chciałam zrobić. Byłam rozkojarzona, moje myśli samoistnie uciekały do innych spraw, ale miałam pewność, że jeśli w tej chwili odpuściłabym, to już nigdy nie dowiedziałabym się, co jest grane.

Mężczyźni znów zerknęli na siebie porozumiewawczo. Założyłam ręce na piersi. Przeskakiwałam wzrokiem od jednego do drugiego i z każdą chwilą nabierałam pewności, że moje przypuszczenia były słuszne.

- Od kiedy się kumplujecie? - zapytałam bez owijania w bawełnę. Ich postawa zmieniła się natychmiast. Spięli się niemal synchronicznie, wyprostowali kręgosłupy. Znów na siebie popatrzyli, a ja poczułam, jak zaczynam wrzeć. Zrobiłam krok w ich stronę. - Przestańcie ze sobą, kurwa, gadać w myślach!

- Przesadziliśmy. - Nicola pokręcił głową.

- No co ty nie powiesz? - Ezra przewrócił oczami. - Mówiłem, że to zły pomysł.

- Zawsze kończy się tak samo.

- Powtarzanie schematu nie prowadzi do niczego dobrego, powtarzam ci to za każdym razem. Jesteś naukowcem, powinieneś to wiedzieć. - Cohen zaklął pod nosem. - To, co mówię, to też schemat.

- To przez plemniki. Nadmiar spermy w jajach wyprostował mi zwoje mózgowe.

Ezra parsknął śmiechem, zanim zdążył opanować swoje odruchy. Natychmiast się jednak zreflektował, wciągnął powietrze ze świstem w płuca, po czym odwrócił głowę w drugą stronę i zacisnął wargi w wąską linię. Nicoli podniósł się jedynie kącik ust, choć wydawało mi się, że gdyby miał odrobinę więcej siły, to sam zacząłby śmiać się jak szalony.

Miałam wrażenie, że świat odjechał, a oni stali zdecydowanie dalej niż poprzednio. Krew odpłynęła mi do stóp, a w czaszce pojawiła się nieprzenikniona pustka.

- Wy się serio kumplujecie - powiedziałam i pokręciłam głową niedowierzająco. Nawet się nie zawahali, po prostu potwierdzili skinięciem. Odwróciłam się do nich plecami, masując skronie. - Przecież to jakiś cyrk - jęknęłam. - Jak?

- Przez ciebie, skarbie - mruknął Dubois, spojrzałam na niego. - Były dwa wyjścia z tej sytuacji: albo byśmy się pozabijali, albo mogliśmy zakopać topór wojenny i wyciągnąć z tego układu więcej, niż ktokolwiek by przypuszczał.

- Nie. - Znów pokręciłam głową. Czułam, że ból migrenowy ochoczo puka do drzwi mojej świadomości. - Nie, kurwa! To nie może się dziać. - Przeniosłam wzrok na Ezrę. Wpatrywał się we mnie niby beznamiętnie, ale w jego brązowych oczach dostrzegłam iskierki rozbawienia. - Ezra? Powiedz, że to nieprawda!

- Chcesz, żebym cię okłamał? - Uniósł brew.

Przygryzłam dolną wargę. Grunt zaczął mi się osuwać spod nóg.

- Ja pierdolę - jęknęłam. Przetarłam twarz otwartą dłonią. Miałam ochotę zapłakać nad sobą.

Niespodziewanie Ezra wystawił dłoń w stronę Duboisa.

- Płacisz - oświadczył, nawet nie spoglądając na trimisa.

- No weź! Czemu zawsze przegrywam te zakłady?! - obruszył się Nicola.

- Zimna kalkulacja.

Ręce mi opadły. W mgnieniu oka znalazłam się przy mężczyznach. Moje pięści zacisnęły się na ubraniach na ich klatkach piersiowych. Pociągnęłam ich, aż ramiona obu zetknęły się ze sobą. Jęknęli boleśnie.

- Przestańcie ze mną pogrywać! - warknęłam, przeskakując spojrzeniem od jednego do drugiego.

- Okej. - Ezra westchnął, po czym objął palcami mój nadgarstek. Zacisnęłam zęby i posłałam mu piorunujące spojrzenie. Nie zrobiło to na nim wrażenia. - Postaram się wszystko ci wyjaśnić, tylko musisz się uspokoić.

- Uspokoić się? - syknęłam przez zaciśnięte zęby. Puściłam Duboisa i pchnęłam hakera na maskę. - Uspokoić się, kurwa?! Jak mam się uspokoić, skoro dawaliście mi jasno do zrozumienia, że się nie cierpicie, do chuja pana! A okazuje się, że jesteście psiapsiółkami, co sobie plotkują telepatycznie o najnowszych trendach w kolorach paznokci!

Nicola zachichotał. Odwróciłam się na pięcie, by dać mu w twarz, ale zdążył zrobić kilka kroków do tyłu i moja dłoń przecięła jedynie powietrze. Wyprostował się, więc nie próbowałam powtórzyć tego manewru. Nie dosięgnęłabym.

- Maddie. - Ezra zwrócił na siebie moją uwagę. - Daj mu spokój, przecież widzisz, że ledwo stoi.

Miał rację. Nicola wyglądał marnie i miałam wrażenie, że regeneracja nie przebiegała tak, jak powinna. Zdecydowanie potrzebował odpoczynku, wydarzenia minionego dnia mogły pogorszyć jego stan.

Westchnęłam. Odeszłam od nich kilka kroków i oparłam się o głaz stojący nieopodal auta. Pochyliłam się, zacisnęłam palce na kolanach. Oddychałam głęboko, próbując opanować narastającą wściekłość.

Nie mogłam w to uwierzyć. To musiał być głupi żart, który postanowili mi zrobić ku własnej, chorej i nierozumianej przeze mnie satysfakcji. Nie widziałam innej odpowiedzi na to, czego byłam przed chwilą świadkiem.

Chrzęst żwiru pod ciężkim wojskowym obuwiem wyrwał mnie z potoku chaotycznych myśli. Ezra kucnął obok mnie, położył rękę na moim ramieniu i ścisnął je delikatnie.

Chaos. Inaczej nie potrafiłam określić tego, co działo się w moim umyśle. Wszystkie dotychczasowe informacje wirowały swobodnie, uderzając we mnie z siłą kowadła upuszczonego ze znacznej wysokości.

- Maddie - zaczął łagodnym tonem. - Nie chcieliśmy cię po prostu przytłaczać lawiną informacji.

- Fantastycznie - sarknęłam rozeźlona. - To pierwsza rzecz, o jakiej powinnam zostać poinformowana!

- Być może. Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu spraw i nie byliśmy przygotowani na twoje pytania. Do tej pory się to nie zdarzało. Po prostu się wściekałaś, świat płonął i jedynym rozwiązaniem był powrót do dawnego porządku.

Zmierzyłam go spojrzeniem. Rysy twarzy miał miękkie, patrzył na mnie z tym charakterystycznym błyskiem w oczach, zarezerwowanym tylko dla mojej osoby. Chciałam się wściec, byłam naprawdę bliska stanu, w którym wyrwałabym im serca i powieka nawet by mi nie drgnęła. Jednocześnie byłam tak bardzo skołowana, że nie wiedziałam, na co właściwie mam się złościć.

Bez pamięci ciężko było wkurzać się o cokolwiek. Wszyscy znali mnie lepiej niż ja sama siebie, całkowicie bezbronna wobec nich. Znali każdy mój ruch, każdą reakcję, sposób na to, bym zamilkła, a nerwy odeszły w niepamięć. Byłam bombardowana z dwóch stron tymi samymi zeznaniami, nawet jeśli różniły się w pewnym stopniu, to wciąż się pokrywały. Nie do końca wiedziałam, co powinnam z tym zrobić ani jak się zachować.

- Co się w takim razie zmieniło? - mruknęłam zrezygnowana. Miałam ochotę zapaść w sen i obudzić się, dopiero gdy cała ta farsa się skończy.

- Ciężko stwierdzić. - Ezra podniósł się, oparł o głaz i otoczył mnie ramieniem. - Tym razem zmiennych było całkiem sporo. We wcześniejszych latach ani razu nie rzuciłaś stwierdzeniem, że mogłaś znać Nicolę. Prawdopodobnie od tego momentu wszystko toczyło się innym torem niż zwykle.

- Skoro przeżywamy to średnio co dziesięć lat, to jak odbieraliście mi wspomnienia? Robiliście to w ogóle?

- Russeau się tym zajmował. - Ezra wyraźnie się spiął. Jego palce zacisnęły się mocniej na moim ramieniu. - Stąd miał twoje wspomnienie. Trzyma rząd za mordę, więc dostał twój wynalazek bez większego wysiłku. Dubois próbował je odtworzyć, ale brakowało mu zapisków bardzo uzdolnionego naukowca.

Posłał mi nieśmiały uśmiech. Kącik moich ust drgnął, ale powstrzymałam ten odruch. Chciałam chociaż udawać, że wciąż się złoszczę.

- Ciekawe, które to wspomnienie. - Spojrzałam w zachmurzone niebo. Zapowiadała się kolejna ulewa, chmury kłębiły się hardo nad nami. Wiatr ustał, a powietrze stało się cięższe od nadmiaru ozonu.

- Chciałabyś to sprawdzić?

Zamrugałam oszołomiona. Popatrzyłam na Cohena z uniesionymi brwiami. Haker wyprostował się, po czym sięgnął do jednej z kieszeni w spodniach. Po chwili ujrzałam małą, niepozorną fiolkę z niebieskim płynem.

- Czy to... - Wpatrywałam się w nią z szeroko otwartymi oczami. - Jak...?

- Dlatego nie wyskoczyłem zaraz za wami - zaczął wyjaśniać. Chwycił mnie za rękę i położył fiolkę na wewnętrznej stronie dłoni. - Sam kod nie był żadnym problemem, znam wszystkie hasła Russeau. Obezwładnienie tego demona było zdecydowanie trudniejsze.

- Och, Ezra... - Zabrakło mi słów.

- Pomyślałem, że chciałabyś to mieć. - Wzruszył ramionami.

Zacisnęłam palce na szkle. Odwróciłam się do niego całym ciałem i zarzuciłam ręce na kark. Objął mnie mocno w pasie, a nos ukrył w zgięciu szyi. Zaciągnął się moim zapachem i byłam pewna, że skrzywił się, czując woń żelu pod prysznic Duboisa.

Nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia. Wdzięczność, jaka zalała moje serce, była nie do opisania. Nawet nie pomyślałam o tej fiolce, odkąd uciekliśmy z apartamentu. Od razu założyłam, że to niedostępna dla mnie rzecz - skoro nie zgodziłam się na kontynuację współpracy z Russeau, nie odzyskam tego wspomnienia.

Odsunęłam się nieznacznie, ujęłam twarz Ezry w obie dłonie, po czym złożyłam na jego ustach pocałunek. Ręce hakera oplotły się wokół mnie jeszcze bardziej. Pochylił się do przodu, pogłębiając tym samym ten akt, lecz już po chwili odsunął się nieznacznie i oblizał wargi. Odchrząknął, jakby chciał odpędzić od siebie myśli o rzeczach, które w tej sytuacji były zdecydowanie nie na miejscu.

- To co, sprawdzamy? - zapytał, nie odrywając spojrzenia od moich ust. Byłam w stanie jedynie pokiwać głową. Czułam, jak rośnie we mnie ekscytacja, choć gdzieś tuż za nią czaiły się niepewność i strach, związane z tym, że właściwie nie wiedziałam, czego mogłam się spodziewać. - Odwróć się - polecił.

Posłusznie wykonałam jego prośbę. Opuściłam ręce wzdłuż ciała. Złapał mnie za ramiona. Przesuwał dłońmi powoli do dołu, aż trafił na zaciśnięte pięści. Wyplątał fiolkę spomiędzy drżących palców. Następnie odgarnął moje włosy na bok. Czułam, jak jego chłodne opuszki przesuwają się po krzywiźnie mojego barku i szyi. Przeszył mnie delikatny, przyjemny dreszcz. Przez chwilę badał subtelnie moją potylicę, aż natrafił na dwa pieprzyki, które tam miałam, odkąd pamiętam.

Charakterystyczny dźwięk odbezpieczanego pojemnika ginął w szumie liściastych drzew. Spięłam wszystkie mięśnie, serce przyspieszyło, a żołądek zacisnął się, jakby ktoś położył na nim coś ciężkiego. Poczułam z tyłu lekki opór.

A potem wszystko zalało białe światło.

 

***

 

Krew szumiała mi w uszach, jednak nie była na tyle głośna, by zagłuszyć huk wystrzałów. Serce waliło jak oszalałe, nogi trzęsły się przez nadmiar adrenaliny krążącej w żyłach. Opierałam się plecami o betonową ścianę, dłoń przyciskałam do jednego boku. Uniosłam rękę do twarzy - skóra zabarwiła się na czerwono, objęła nawet mankiet białej, wełnianej bluzki.

Kolejny strzał sprawił, że skuliłam się nieznacznie, lecz zaraz przywołałam się do porządku. Rozejrzałam się pospiesznie. Ruiny nieznanego mi budynku co chwilę trzęsły się w posadach. Dookoła leżały sterty porośniętego mchem gruzu. Gdzieniegdzie walały się świeże odłamki, domyślałam się, że to wynik starcia. Powybijane szyby wychodziły na niewielki kawałek zielonego terenu, większość krajobrazu pokrywały kłębiące się szare chmury. W powietrzu wyczuwałam zapach siarki i duszący dym. Przez to wszystko przebijała się ostra woń krwi. Pozostawiała metaliczny posmak na języku.

Mój wzrok spoczął na siedzącym obok Nicoli. Zacisnęłam usta w wąską linię. Czułam, jak całe moje ciało drży z nerwów. Powoli przesunęłam spojrzeniem z jego wykrzywionej bólem twarzy na miejsce poniżej splotu, skąd wystawał długi, metalowy pręt.

Dopadłam trimisa w mgnieniu oka. Delikatnie dotknęłam skóry wokół rany. Wyglądała paskudnie. Metal nie mógł go zabić, ale byłam pewna, że ta dziura będzie goiła się całymi miesiącami.

Wezbrało we mnie poczucie bezradności. Ból, rozpacz i strach zacisnęły szpony na moim sercu i wbiły w nie ostre pazury. Usta mi drżały, a oczy zachodziły mgłą. Powstrzymywałam się przed płaczem ostatkiem sił.

- Nick... - jęknęłam tak żałośnie, że nie poznałam własnego głosu. Nicola uśmiechnął się, choć wymagało to od niego nie lada wysiłku.

- Cii, mon chéri. - Jego szept ledwie przebijał się przez huk wystrzałów i wibracje spowodowane eksplozjami. - Ezra i Marie Ann poskładają mnie do kupy. Powinnaś uciekać.

Podparł się na rękach, po czym spróbował poprawić pozycję. Z jego ust wydobyło się przeciągłe, bolesne syknięcie. Złapałam go delikatnie za ramiona i spojrzałam mu w oczy. Kiwnął głową. Widziałam, jak zaciska szczękę, jeszcze zanim pochyliłam go odrobinę do przodu. Spojrzałam na jego plecy, a żołądek podjechał mi natychmiastowo do gardła.

- Na wylot - powiedziałam, choć ledwo przeszło mi to przez przełyk.

- To tylko draśnięcie. - Przewrócił oczami. W kącikach jego ust majaczył zadziorny uśmieszek. Wyglądał koszmarnie, upstrzony zaschniętymi plamami krwi.

- Nie ma nawet opcji, że cię tu zostawię! - Straciłam ostrość widzenia. Zamrugałam, chcąc odpędzić napływające łzy.

Coś boleśnie rozdzierało mnie od środka. Patrzyłam na Nicolę i miałam wrażenie, że to koniec. Że on naprawdę tego nie przeżyje. Nie tym razem. Jego obrażenia były zbyt rozległe, doskonale widziałam, w jakim miejscu został wbity pręt i szanse na to, że jakimś cudem ominęły serce, były absurdalnie niskie. Nawet jeśli wiedziałam, że kawałek żelastwa nie jest w stanie wysłać trimisa na drugą stronę, wiele podobnych myśli kotłowało się pod sklepieniem mojej czaszki.

Nicola wyciągnął rękę w moją stronę. Ujął delikatnie mój policzek, przejechał po nim kciukiem, ścierając łzę, której się tam nie spodziewałam. Przesunął dłoń na mój kark i przyciągnął do siebie. Jego urywany oddech omiótł moją twarz. Starałam się go nie dotykać, nie chciałam, by cierpiał bardziej, niż miało to miejsce. On jednak miał zupełnie inne plany.

Złączył nasze usta w delikatnym pocałunku. Mimo niewielkiej mocy, którą w niego włożył, czułam, jak wiele chciał tym przekazać. Oddałam ten czuły gest, chciałam powiedzieć mu to samo, lecz mój oddech drżał przy tym ze strachu, że już więcej się nie zobaczymy.

- Kłamałam - szepnęłam mu prosto w usta, kiedy nieznacznie się odsunął.

- Wiem, mon chéri. - Uśmiechnął się. - Idź już. Odnajdź Ezrę i powiedz mu, co się stało. Jesteś dużą dziewczynką, poradzisz sobie.

Jego dłoń zsunęła się z mojej szyi. Oparł potylicę o chropowatą ścianę i przymknął powieki. Jego oddechy były chrapliwe, coraz płytsze. Mimowolnie powiodłam spojrzeniem po jego ciele, ubranie przykleiło się do niego od nadmiaru spływającej krwi.

Serce nakazywało zostać przy nim, ale umysł krzyczał głośno, że nie tak należało postąpić. Sięgnęłam za plecy, wyciągnęłam colta zza paska. Ostatni raz przyjrzałam się wytartej, drewnianej rączce, po czym wyciągnęłam magazynek i przeliczyłam naboje. Sześć. Wiedziałam, że raczej do niczego mi się nie przydadzą, ale czułam się spokojniejsza, kiedy miałam przy sobie jakąkolwiek broń.

Ruszyłam w stronę ogromnej wyrwy. Widok na to, co dzieje się na zewnątrz, przysłaniała sterta gruzów. Wspięłam się po niej bez większego wysiłku, a potem położyłam się przy krawędzi i wyjrzałam, by ocenić sytuację.

Zdecydowanie nie znajdowaliśmy się w Down Town. Nie poznawałam tego miejsca, w zasięgu mojego wzroku nie było ani jednego wieżowca. Za to za linią drzew ciągnęło się morze zniszczonych, opuszczonych kompleksów mieszkalnych. Ogromne pęknięcie przecinające główną ulicę sunęło daleko poza zabudowany obszar.

Wszystko płonęło. Ponad zawalonymi dachami unosił się gęsty, siwy dym, języki pomarańczowego ognia lizały zawzięcie ramy okiennic. Gardłowe pomruki, przeciągłe wycie i bliżej nieokreślone syczenie niosły się echem po przestrzeni. Dostrzegałam ruch między budynkami, byłam jednak prawie pewna, że żaden kształt, który widziałam, nie należał do zwykłego człowieka.

Po ziemi ponownie rozeszły się wibracje, a po chwili do moich uszu dotarł dźwięk eksplozji. Mimowolnie nakryłam głowę rękami. Tuż po tym przestrzeń przeszyło kilka serii wystrzałów. Warkot silnika zbliżał się do ruin, w których się skryliśmy. Zaklęłam pod nosem.

Podpełzłam do prawej krawędzi wyrwy. Złapałam oburącz za ostry brzeg i podciągnęłam się do góry, przełożyłam jedną nogę na zewnątrz i wyjrzałam ostrożnie zza winkla.

Budynek dookoła porastał rzadki las. Mimo wszelkich hałasów nie wyłapałam śpiewu ptaków czy innych odgłosów zwierząt, tak naturalnych dla tego typu środowisk. Szum liści był znikomy, choć widziałam, jak poruszają się chaotycznie pod wpływem delikatnych podmuchów wiatru. Słońce nieśmiało przebijało się przez kłęby chmur. A może to był dym? Nie byłam w stanie tego określić.

Chrzęst żwiru zwrócił moją uwagę. Przełożyłam drugą nogę, po czym pospiesznie zeszłam z gruzowiska. Przylgnęłam do ściany. Dźwięk dochodził z lewej strony, dlatego postanowiłam pójść w przeciwną. Dotarłam do wnęki. Wcisnęłam się w nią i zawczasu odbezpieczyłam broń. Bok niemiłosiernie mnie bolał, czułam, że to paskudna rana, ale napędzane adrenaliną ciało trzymało się w miarę dobrze.

Niedługo później usłyszałam szelest w zaroślach. Spięłam wszystkie mięśnie i zamarłam. Trimis w mojej głowie krzyczał zawzięcie, że zbliża się niebezpieczeństwo. Nie miało znaczenia, w którą stronę zwróciłam głowę, czerwona lampka, migająca zawzięcie pod sklepieniem czaszki, nie gasła.

Silnik nadjeżdżającego samochodu zagłuszył go na chwilę. Opony ślizgały się na mokrej ściółce, nie widziałam go, ale coś podpowiadało mi, że to wóz terenowy. I nie było w nim przyjaciół.

W krzakach po drugiej stronie rozległo się złowrogie, niskie warknięcie. Organizm chciał rzucić się do biegu, wiedziałam, że wtedy mogę nie mieć żadnych szans. W końcu spomiędzy ciemnych, zielonych liści wyłonił się mutant. Od razu uderzył we mnie odór rozkładu. Skrzywiłam się i wstrzymałam oddech. Żołądek i tak zdążył zrobić fikołka, ostatkiem sił powstrzymywałam torsje, które zaczęły targać moim ciałem.

Wydałam z siebie bliżej nieokreślony jęk, przyłożyłam rękę do ust, żeby przypadkiem treść żołądka nie wydostała się poza wyznaczone jej miejsce. Potwór gwałtownie odwrócił się w moją stronę. Przylgnęłam do ściany we wnęce. Moje oczy rozwarły się szeroko.

Istota zrobiła krok w moją stronę. Wyciągnęła długą, chudą szyję i zaciągnęła się powietrzem. Tam, gdzie powinny znajdować się oczy, dostrzegłam dwie, zaropiałe narośle. Powoli wypuściłam oddech przez nos. Nie widział mnie. Słyszał i czuł. Podejrzewałam, że przez krew i bliżej nieokreśloną breję, w jakiej byłam utytłana, nie był w stanie wyczuć mojego prawdziwego zapachu, więc tym razem miałam jakąś przewagę.

Potwór zwrócił głowę w kierunku auta i ryknął przeciągle. Coś ścisnęło mnie w mostku, kiedy dotarł do mnie dźwięk odbijających się od podłoża podeszew. Jedna para. Druga. Trzecia... Szósta. Zdusiłam w sobie potrzebę krzyku, mimo wszystko nie chciałam ściągnąć na siebie uwagi potwora ani tych ludzi. Nie wiedziałam, czy są sprzymierzeńcami czy wrogami.

Mutant zaryczał obrzydliwie, aż zapiszczało mi w uszach. Zrobił kilka kroków do przodu z głową przy ziemi. Wygiął zdeformowany kręgosłup w łuk, jakby szykował się do ataku. Nie minęła chwila, krótsza niż jeden oddech, a istota jęknęła przeciągle. Przywodziła mi na myśl skamlącego, karanego psa.

- To nasz! - krzyknął ktoś, a bestia położyła się na mokrej ściółce. Zamrugałam oniemiała. Co znaczyło "nasz"?

- Wyślij go na łowy - powiedział ktoś. - Trzeba przeszukać teren. Zero Sześć, masz coś, co należy do celu?

Osoba, nazywana "Zero Sześć" nie odezwała się, za to podeszła do potwora i wyciągnęła z kieszeni kawałek szmatki. Wyglądała znajomo, jednak w tej chwili nie byłam w stanie stwierdzić, kogo przypomina.

Ezra!

Zachłysnęłam się powietrzem. Natychmiast przyłożyłam obie ręce do ust. Bestia poruszyła się nerwowo, ale nie zwróciła się ku mnie. Za to Cohen zerknął w stronę wnęki. Serce zamarło na moment, lecz on nie dał po sobie poznać, że mnie zauważył. Potwór skończył obwąchiwać przedmiot, który haker trzymał w ręce. Podniósł łeb do góry. Wodził nosem przez chwilę, jego zdeformowane małżowiny uszne poruszyły się, ale nie wykonał żadnego innego ruchu. Przynajmniej nie w moim kierunku. Zwrócił się w stronę zniszczonego miasteczka i ruszył powolnym krokiem przez błotnistą, wyjeżdżoną ścieżkę.

- Co jest? - zapytał pierwszy głos. - Poprzedni zaprowadził nas tutaj!

- Może już ich tu nie ma - odparł spokojnie Ezra. Zmienił pozycję. Teraz stał przodem do mnie. W rękach trzymał karabin. Przełożył go z jednej ręki do drugiej, a lufę skierował w stronę pojazdu. - Przeszukajcie teren. Sprawdzę to gruzowisko i północną część.

Oddalające się kroki sprawiły, że coś ciężkiego zaczęło spływać powoli z mojego kręgosłupa. Rozluźniłam mięśnie ramion. Cohen wodził wzrokiem za kompanami, dopóki tętent ciężkich, militarnych butów nie ucichł.

Dopiero wtedy Ezra wypuścił powietrze z płuc. Przewiesił broń przez ramię, po czym rozłożył ramiona szeroko. Zerwałam się z miejsca natychmiast. Wpadłam między nie z impetem, moje ręce oplotły ciasno klatkę piersiową mężczyzny. Z mojej piersi wydobył się niekontrolowany szloch.

Ulga wymieszana z poczuciem winy zalała cały mój umysł. Trzęsłam się, chcąc powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Ezra pogładził mnie po plecach. Przyłożył usta do czubka głowy, następnie odsunął mnie od siebie i objął moją twarz obiema rękami.

- Co tu jeszcze robisz? - szepnął. Spojrzał mi głęboko w oczy. - Mieliście uciec.

- Nicola jest ranny - jęknęłam. Głos mi się łamał. - Jest w tym budynku.

Cohen rozejrzał się nerwowo. Miałam wrażenie, że nasłuchuje kroków swoich kompanów. Przeskanował wzrokiem otoczenie, jego spojrzenie utkwiło w wyrwie, z której nie tak dawno wyszłam, ale trwało to zaledwie ułamek sekundy. Znów skupił na mnie całą swoją uwagę.

- Zajmę się Nicolą. - Wyciągnął z kieszeni na piersi telefon. Wystukał krótką wiadomość i od razu go schował. - Marie Ann będzie na ciebie czekała przy moim samochodzie. Pojedziecie do Moskwy. W schowku są pieniądze. Tam się spotkamy.

- Nie zgadzam się na to. - Zmarszczyłam brwi. - Zginiecie tutaj!

- Uspokój się. Nikt nie zginie. - Zmierzył mnie spojrzeniem, mrużąc przy tym oczy. - Wiesz, że muszę najpierw opanować sytuację. Nicola będzie potrzebował snu, żeby się zregenerować. Po prostu zrób to, o co proszę.

Zacisnęłam wargi tak mocno, że zaczęła boleć mnie skóra wokół. Nie chciałam tego robić. Wyjeżdżać bez nich. Potrzebowałam ich obu do tego, by funkcjonować, a wizja pozostawienia ich w tym miejscu na pastwę losu i ewentualnie żandarmerii wojskowej przyprawiała mnie o dreszcze i zawrót głowy.

- Ezra... - szepnęłam, czułam, że zaczyna brakować mi tchu. Mózg znów próbował zagłuszyć galop serca, jawnie kpił z emocji, które mną targały.

- Ufasz mi?

- Co? - Zamrugałam. Czułam, jak palce hakera mocniej zaciskają się na mojej skórze.

- Pytałem, czy mi ufasz?

- Tak! - odparłam bez wahania. Ezra przyciągnął mnie do siebie, po czym złożył na moich ustach krótki pocałunek.

- Więc idź i nie oglądaj się za siebie. Marie wie o wszystkim.

Zrobił krok do tyłu, a mnie ogarnął chłód, kiedy jego ramiona zniknęły z mojego ciała. Dotarły do nas pospieszne kroki. Chciałam spędzić z nim więcej czasu, porozmawiać, przeprosić, zrobić cokolwiek, nawet spróbować cofnąć czas. Wiedziałam, że nie jest to możliwe. Nawaliłam i jedyny sposób, by to naprawić, to posłuchać ludzi, którzy wiedzieli więcej ode mnie.

Cohen kiwnął głową w stronę ściany lasu. Cofnęłam się o krok, z przyzwyczajenia sprawdziłam, czy wciąż mam broń, by chwilę później wypuścić z płuc oddech nieskrywanej ulgi, że wciąż jest w moim ręku. Bez jakiegokolwiek pożegnania każde z nas ruszyło w przeciwnym kierunku. Ezra powolnym krokiem zbliżył się do samochodu, ja natomiast puściłam się biegiem między drzewa.

Moc trimisa zatańczyła we mnie wściekle, żądając uwolnienia. Wypuściłam ją bez większych wyrzutów sumienia. Jeśli miałam odnaleźć SUV-a Ezry w miarę szybko, potrzebowałam dodatkowej pomocy.

Chrzęst liści pod czymś ciężkim początkowo nie zwrócił mojej uwagi. Zgrabnie omijałam stare dęby, wyostrzone zmysły wspomagały koordynację. Zapomniałam o bólu w boku, adrenalina przyćmiła wszystko inne. Między drzewami malowały się niewyraźne kontury budynków.

Strzał nadszedł z lewej strony.

Potężny ból rozsadził mi czaszkę.

 

***

 

- Maddie? - Nerwowy ton zaatakował mnie od razu.

Biel powoli opuszczała moje oczy, a przed nimi malowała się zatroskana twarz Ezry. Trzymał mnie mocno w swoich ramionach. Jego prawa dłoń spoczywała na moim czole, a lewa mocno trzymała w pasie. Plecy przywierały silnie do twardego torsu mężczyzny.

Gwałtownie podniosłam się do pozycji siedzącej. Czułam zimno ciągnące od ziemi, nad nami kłębiły się ciemne chmury. Ile czasu minęło? Rozejrzałam się pospiesznie w poszukiwaniu czegokolwiek, co pozwoliłoby mi to określić. Jedyne, co dostrzegłam, to auto stojące na poboczu, mokra droga i poruszające się liście krzewów rosnących nieopodal.

- Chryste, Ezra... - Miałam wrażenie, że z moich ust zamiast słów wydobył się bełkot. Sięgnęłam dłonią do karku, ale fiolki już tam nie było. - Ja... ja nie wiem, co widziałam.

Ezra spojrzał na mnie z jawnie wymalowanym zmartwieniem. Myśli kotłowały się w mojej czaszce jak szalone, nie wiedziałam, od czego powinnam zacząć. Nicola. Ezra. Mutant. Żandarmeria wojskowa. Miasto w ogniu. To wszystko sprawiło, że czułam ciarki na plecach. Wspomnienie wirowało chaotycznie w mojej głowie, nasuwało mi się coraz więcej pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Chciałam natomiast wiedzieć jedno.

- Kim jest Marie Ann? - zapytałam bez ogródek. Ezra ewidentnie się spiął, zanim jeszcze skończyłam mówić. Uciekł wzrokiem w bok, a mięśnie jego żuchwy poruszyły się nerwowo. Obserwowałam go w milczeniu, oczekując odpowiedzi. - Ezra?

- Czy to wspomnienie z rannym Nicolą? - Zignorował mnie. Wydęłam usta. Skąd wiedział? Ostatecznie kiwnęłam niepewnie głową, a haker wciągał powietrze w płuca. - To nie ostatnie...

- Ezra! - sarknęłam, widząc, jak mężczyzna miota się nieporadnie między odpowiedzią na moje pytanie a próbą wyjścia z sytuacji. - Chcę wiedzieć cokolwiek!

Nie mogłam nic wyczytać z jego twarzy. W mgnieniu oka zamienił się w wypruty z emocji marmurowy posąg. Jakby uciekło z niego życie. Nie żeby wcześniej było w nim go wyjątkowo dużo, starcie z Russeau odcisnęło na nim piętno, które zamazałby jedynie porządny odpoczynek. Jednak coś się w nim zmieniło. Blask w oczach przygasł jeszcze bardziej, a skóra poszarzała. Skulił się w sobie, przymknął powieki. I wiedziałam, że to wszystko nie było spowodowane bólem obrażeń, jakich doznał.

- Marie Ann była moją siostrą - odparł w końcu chrapliwie. Odchrząknął niezgrabnie, jakby powstrzymywał żal krążący w jego żyłach.

- Była? - pisnęłam. Nagle zrobiło się niezręcznie.

- Tak. Zmarła dwadzieścia lat temu. Ze starości.

Kamień spadł mi z serca. W pierwszej chwili pomyślałam, że zginęła w walce. W końcu ten przeklęty zakład trwał od lat.

- Boże, Ezra... tak mi przykro.

- Wszystko w porządku. - Wyprostował się. Potarł wnętrzem dłoni o spodnie, po czym wypuścił z płuc powietrze. - To było do przewidzenia. Była tylko człowiekiem.

- Opowiesz mi o tym dniu? - Chciałam zmienić temat jak najszybciej. Ezra wyraźnie miał problem z mówieniem o Marie Ann, a ja nie chciałam tego drążyć, dopóki nie nabierze sił. - Byłam tam tylko ja i ranny Nicola w jakimś zrujnowanym budynku w lesie. Potem cię spotkałam. Kazałeś mi jechać do Moskwy...

- A potem zarobiłaś kulkę. - Dokończył za mnie, sięgając dłonią do mojej skroni. Moja ręka również tam powędrowała. Nagle blizna zaczęła swędzieć. - To dzień, w którym przestaliśmy z Nicolą bawić się w uprzejmości i układy. - Ezra uśmiechnął się kącikiem ust. Uniosłam brew. - No wiesz, jak wyjmiesz komuś metalowy pręt z ciała, to ten ktoś zaczyna postrzegać cię zupełnie inaczej.

- No tak. Typowe. - Przewróciłam oczami.

- Jak masz mankamenty w DNA, to tak. Ja wyciągnąłem pręt, on zrobił dla mnie antidotum, mimo że umowa obowiązywała tylko do momentu, w którym wyjedziesz z Europy. Zależało nam na tym samym, więc siłą rzeczy łatwiej było się zaprzyjaźnić.

Posłałam mu krzywy uśmiech. Wciąż nie docierało do mnie, że byli dobrymi, starymi kumplami.

- Czemu od razu mi o tym nie powiedziałeś, Ezra? - Ponowiłam pytanie. Haker westchnął, po czym przeczesał włosy palcami.

- To nie zależy tylko ode mnie, Madeleine. Nie wiedzieliśmy, co się stanie, kiedy dowiesz się o planach Russeau. O tym, że znałaś Nicolę. Zwykle kończyło się wybuchem i trzeba było cię pacyfikować. Któryś z nas na tym cierpiał. Musisz zrozumieć, że ta ostrożność jest spowodowana konkretnymi wydarzeniami.

- Posrane.

- Wiem. Chodź tu. - Wyciągnął rękę w moją stronę. Bez sprzeciwu wtuliłam się w jego ciepłe ciało. Skrzywił się, choć czułam, że próbował zdusić w sobie ten odruch. Zmartwiło mnie to. Musiał być bardzo poobijany. Gładził delikatnie moje plecy. - Teraz jest zupełnie inaczej. Nie wiem, czy to kwestia tego, że od dnia, w którym wyszłaś ze szpitala, jestem przy tobie, czy może wpłynęło na to coś zupełnie innego, jak wspominałem wcześniej.

- Nie wiem. Czuję się strasznie zagubiona. Nie wiem, co myśleć ani o co pytać.

- Pytaj, o co chcesz. Tym razem odpowiem na wszystko.

Spojrzałam na niego z uniesioną brwią, ale Ezra nawet nie drgnął. Wpatrywał się we mnie tymi dużymi, brązowymi oczami w kształcie migdałów i kusił. Na myśl przychodziły mi rzeczy, o których rozmawia się zwykle po północy, kiedy już wszystkie dzieci smacznie śpią, ale musiałam odsunąć od siebie te tematy. Potrzebowałam podstawowych informacji.

- Opowiedz mi o wszystkim, co wiesz.

Rozdział 17

Byłam zła.

Byłam najgorszym sortem człowieka, jaki chodził po ziemi zarówno przed wojną, jak i po niej. Po trupach do celu.

Jeśli wcześniej uważałam Duboisa za dupka, to przy mnie był prawdziwym aniołkiem, cnotliwym, grzecznym chłopcem, który mówił starszym sąsiadkom "dzień dobry" na klatce, a czasem nawet pomógł wnieść zakupy na piętro. IQ tak wysokie, że brakowało tlenu, wybitny naukowiec, specjalista w zakresie nauk biologicznych. Trimis, który chciał zmienić świat. Sprawić, że będzie lepszy. Dla wszystkich.

Złamałam go.

Jeśli przez myśl przeszło mi, że Ezra był kłamcą, to przy mnie wydawał się czysty jak łza. Zwykłe niedopowiedzenia. Rzeczy, które robił, by przetrwać i doprowadzić nas do miejsca, w którym się właśnie znajdowaliśmy. Niesamowicie mądry, utalentowany informatyk, inżynieria w małym palcu, a tego wszystkiego nauczył się podczas leczenia w Instytucie. Cud chłopak o sercu wielkim jak Mount Everest. Dopóki nie spotkał mnie.

Skrzywdziłam go.

Wszystko zniszczyłam.

To, co się wydarzyło, było jedynie moją winą. Namieszałam. Gdybym tylko od początku słuchała tego, co mówili Nicola i Ezra, Russeau nigdy nie czułby żalu do ludzi. Do świata. I choć Cohen jasno dał mi do zrozumienia, że to nie była moja wina, że Jean Luc postanowił wyeliminować znaczną część ludzkości, nie byłam w stanie przyjąć tego do wiadomości.

Ezra wyłączył emocje. Odsunął na bok uczucia i podał suche fakty. Opowiedział o Madeleine Sinclair - zawziętej, wschodzącej gwieździe nauki, która prowadziła badania nad DNA zakrojone na bardzo szeroką skalę.

Najpierw na sobie. Nie wiedziała, że na świecie istnieją tacy jak ona, myślała, że jest jedyna. Pięła się po szczeblach edukacji, pracowała ciężko, by trafić do Instytutu Nauk Stosowanych w Paryżu. Chciała się dowiedzieć, co właściwie jest z nią nie tak. Skąd pochodziła ta niezwykła siła, wyostrzone zmysły, odporność na zranienia, spowolniony proces starzenia i nieśmiertelność. To ostatnie interesowało ją najbardziej. Chciała tego dla wszystkich ludzi.

By przestali umierać.

Na Nicolę Duboisa wpadła zupełnie przypadkiem. Przyjechał na wymianę studentów aż z Kanady. Burzliwy związek skończył się równie burzliwym małżeństwem, ale nie zamierzali się rozchodzić. Stanowili niesamowicie dobrany zespół. Wtedy ich kariery zaczęły piąć się w górę, odnosili pierwsze, prawdziwe sukcesy. Zatrważająca liczba wynalazków, nowe, niekonwencjonalne metody leczenia, ale przynoszące pożądane skutki - to wszystko sprawiło, że droga do sławy stała przed nimi otworem.

Dopóki w ich życiu nie pojawił się Jean Luc Russeau.

Mieszkał w górskich lasach na terenach dawnej Polski, Czech i Słowacji. Doniesienia o dziwnym człowieku, który nie odczuwał zimna, docierały do nich już od jakiegoś czasu, ale dopiero kiedy zamordował grupę kłusowników, udało się go złapać i przetransportować do Instytutu.

Był dziki, nieokiełznany, nie potrafił mówić, nie wiedział, co to pismo i narzędzia codziennego użytku. Przestraszony wpatrywał się w ich twarze nierozumiejącym spojrzeniem, jakby jedyne, czego w swoim życiu doświadczył, to ból.

Madeleine i Nicola nauczyli go wszystkiego od podstaw. Był jak dziecko we mgle, które należało prowadzić za rękę, pokazać, jak działał współczesny świat, by w końcu stał się pełnoprawnym obywatelem. Liczne blizny na jego ciele wskazywały na to, że niejednokrotnie brany był za zwierzę.

Jean Luc jako niesamowicie pojętny uczeń szybko opanował podstawy i sięgnął po trudniejsze zagadnienia ze świata nauki. Miał czas. Trimis taki sam jak małżeństwo Dubois. Nieznający swojego pochodzenia. Piekielnie inteligentny, z zamiłowaniem do chemii i nie zawsze moralnych eksperymentów. Idealny partner dla dwójki żądnych wiedzy, młodych naukowców.

Stara Madeleine nie podzieliła się z Ezrą szczegółami konfliktu między nią i Nicolą. O tym wiedział obecnie tylko Dubois i nie chciał na ten temat rozmawiać. Zacisnął usta w wąską linię i odwrócił głowę w stronę okna. Zupełnie ignorował mój świdrujący wzrok, otoczył się mocą trimisa tak mocno, że na jego skórze pojawiła się delikatna, złota poświata.

Skrzywdziłam go swoją decyzją o rozwodzie i widać, że wciąż się z tym nie pogodził. Biorąc pod uwagę to, co widziałam we wspomnieniach, ja też nie do końca chciałam zamknąć ten rozdział. Czy tak samo wyglądało to przed wojną? Nie miałam pojęcia; w tej kwestii zarówno haker, jak i trimis milczeli niczym grób. O relacji naszej trójki miałam dowiedzieć się sama.

Zostawiłam Nicolę na rzecz współpracy z samym Russeau. Nie wiedziałam, w którą stronę trimis mnie prowadził ani jakie przyświecały mu cele. Według Ezry byłam ślepo zapatrzona w Jean Luca, z entuzjazmem podchodziłam do jego pomysłów, ale mimo tego wszystkiego, wciąż nie dzieliłam się z nim własnymi odkryciami, co go strasznie frustrowało. Zaprowadził mnie pewnego dnia do Nakagawy, który umierał w męczarniach na chorobę popromienną.

W naszej początkowej relacji nie było nic wyjątkowego. Prowadziłam badania, szukałam nowych rozwiązań, by wyciągnąć Ezrę z choroby, a potem niespodziewanej mutacji. I kiedy mi się to udało, coraz więcej czasu spędzaliśmy na zwykłych rozmowach, otoczeni różnymi przypadkami wszelakiej maści mutantów. Spisywaliśmy nasze myśli na kartkach, by nasze głosy nie prowokowały potworów, które - tak jak Ezrę - próbowałam na nowo uczłowieczyć. To ja wyłamałam się z tej nietypowej przyjaźni, przytłoczona władczym charakterem Russeau. Poprowadziłam hakera w milczeniu wprost w moje ramiona czułymi gestami i subtelnymi obietnicami czegoś, czego nie miał jeszcze okazji przeżyć.

Westchnęłam zrezygnowana, kiedy zamilkł. Ilość informacji przytłoczyła mnie, ale nie tak bardzo, jak przypuszczałam, że mogłaby.

Było mi źle. Myśli kotłowały się, pytań nawarstwiało coraz więcej, mimo odpowiedzi na niektóre wcześniejsze. Krok po kroku cofaliśmy się w czasie, aż w końcu ta historia nabrała sensu.

Ezra pominął wątek torturowania Russeau, o swoich przeżyciach też nie chciał mówić. Byłam pewna, że nasza początkowa więź wzięła się z pewnego rodzaju syndromu sztokholmskiego, niczego nie mogłam być pewna, dopóki się nie dowiedziałam, co tak naprawdę się wtedy wydarzyło. Ta historia była pełna luk i niedopowiedzeń, minęło ponad osiemdziesiąt lat i nawet fenomenalna pamięć, jaką Ezra dysponował, nie sprawiła, że pewne szczegóły nie uległy zatarciu.

Siedzieliśmy w SUV-ie w ciszy przerywanej jedynie nerwowym postukiwaniem palców Cohena o kierownicę. Wiatr ustał, powietrze stało się cięższe, zwiastując tym samym nadejście burzy. Zapach morskiej bryzy, tak mocno wyczuwalnej w Down Town, już dawno nas opuścił. Towarzyszyła nam jedynie woń ozonu i suchych traw, którymi były porośnięte pobocza.

Nie pamiętałam, czym były pory roku. To bez znaczenia. Tak jak miesiące czy tygodnie. Po pierwszym wybuchu bomby atomowej ludzkość przestała liczyć dni, ważne były godziny i prędkość, z jaką społeczeństwo było w stanie wynieść się ze skażonych terenów. Nie pamiętałam śniegu, upałów, drzewa zawsze wyglądały tak samo, jakby promieniowanie odcisnęło piętno również na nich. Zboże nie chciało rosnąć, z ryżem było łatwiej, wciąż odbiegał jakością od tego, co jedzono kiedyś i nadmierne spożywanie go wiązało się z konsekwencjami na starość w postaci nowotworów czy innych chorób, które polegały na mutacji komórek. Najgorszą z nich wszystkich była przemiana w potwora. Na to nikt nie wynalazł leku.

Zaśmiałam się. Uderzyła mnie absurdalność własnych myśli. Wystarczył zapach inny niż brudne, nadmorskie miasto, by uciec wspomnieniami do rzeczy, które w bieżącej chwili nie miały żadnego znaczenia.

Spojrzałam przez ramię na Nicolę. Wciąż wpatrywał się w krajobraz za szybą. Wyglądał jak zaklęty w posąg, z trudem wyłapywałam momenty, w których brał wdechy. Szczękę miał zaciśniętą, a w oczach czaiło się coś na kształt nostalgii i żalu.

- Chcesz zapytać o coś, czego nie powinien słyszeć Ezra? - Drgnęłam. Dotarł do mnie cichy, ledwo słyszalny szept. Nie odbijał się echem od mojej czaszki, jak zwykł to robić.

Mimowolnie zerknęłam na hakera, lecz ten niczego nie zauważył. Miał przymknięte powieki, głowę opartą o boczną szybę i wyglądało na to, że zapadł w płytki sen. Nie dziwiło mnie to. Gdy wróciliśmy do samochodu, Ezra zanurkował do bagażnika, żeby zdjąć z siebie cały ten sprzęt, którym był obładowany. Liczba broni i zapasowych magazynków, które przy sobie miał, była zatrważająca.

- Śpi. Mocno przyładował w ten dach, a nie jest aż tak wytrzymały, jak my. No i oberwał porządnie od tamtej mutacji - powiedział znów Nicola. Przeklęłam w myślach, całkowicie zapomniałam o zbudowaniu bariery, jednak w tej chwili nie była potrzebna. Kącik ust trimisa uniósł się nieznacznie. Odwrócił głowę w moją stronę i spojrzał prosto w oczy.

- No dalej, skarbie. Pytaj.

Przełknęłam ślinę. Nagle zrobiło mi się bardzo niewygodnie, dlatego poprawiłam się na fotelu pasażera. Dłoń Ezry zsunęła się z kierownicy i wylądowała na moim kolanie. Zawsze tak robił, kiedy wierciłam się w łóżku podczas wspólnych nocy. Mimo niezadowolonego grymasu, który pojawił się na twarzy Nicoli, mnie zrobiło się zdecydowanie lepiej.

- Czemu godzisz się na ten chory układ? Przecież widzę, że żadnemu z was kompletnie to nie odpowiada. - Ułożyłam pytanie w głowie, choć wcale nie było to najprostsze zadanie.

- Pytasz, czemu godzę się na to, żeby pieprzony Nakagawa trzymał teraz rękę na twoim udzie, i udaję, że mi to nie przeszkadza, chociaż mam ochotę skręcić mu kark? - Uniósł brew, ale nie spojrzał w moją stronę.

- Tak, dokładnie o to mi chodzi. I o jego nazwisko.

- Co do nazwiska, Russeau o to zadbał, żebyś się szybko nie połapała, kim jest, gdyby źle wyczyścił ci pamięć. A co do reszty... Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Z miłości? Może z desperacji, bo mam nadzieję, że jeśli dam ci wolność wyboru, to zawsze wrócisz? Przynajmniej do tej pory wracałaś. A może to po prostu świadomość, że skoro nic nie jest w stanie nas zabić, to nie przywiązuję wagi do tak przyziemnych rzeczy, jak wyłączność w relacji.

Zacisnęłam usta w wąską linię.

- Nigdy nie byłaś do nikogo szczególnie przywiązana, Madeleine - kontynuował. - Nigdy nie powiedziałaś, że kochasz, że zależy ci wystarczająco mocno, by trwać przy kimś na zawsze. Łatwiej było się pogodzić z twoimi decyzjami, niż z nimi walczyć.

Zabolało.

Poczułam wyraźne ukłucie w sercu. Więc to nie było tak, że szkolenie Russeau sprawiło, że wyzbyłam się emocji. Ja po prostu od zawsze ich nie czułam. Albo zwyczajnie ich nie wyrażałam. Spychałam na bok, uważałam za nieważne. Chłodna kalkulacja pomagała w pracy, w zabijaniu. Nie zżerały mnie wyrzuty sumienia, nie martwiłam się i nie bałam. Tak było po prostu wygodniej.

- Przepraszam - szepnęłam, przynajmniej tak sądziłam.

- Byłaś po prostu sobą. Nadal jesteś. - Uśmiechnął się. - To my jesteśmy głupi, że nie potrafimy odpuścić, lub na tyle mądrzy, żeby wiedzieć, że to najlepsze, co mogliśmy ugrać w takiej sytuacji. Choć każdy z nas ma swoje własne motywy. - Poprawił się na siedzeniu. Zmarszczył brwi, a jego twarz wykrzywiła się nieznacznie w grymasie bólu. Sięgnął ręką do rany po postrzale, po czym wbił spojrzenie w zagłówek siedzenia kierowcy. - Ezra to piekielnie inteligentny facet. Rzeczowy, konkretny. Lubię go. Przez wiele lat widziałem w nim siebie z czasów studiów. Wcale mnie nie zaskoczyło, że się nim zainteresowałaś w inny sposób niż ten czysto naukowy.

- Lubisz go? - zdziwiłam się. Nadal nie docierało do mnie, że mogli żywić do siebie jakiekolwiek inne uczucia niż czysta nienawiść. - Obiecałeś mu śmierć w męczarniach!

- Trochę się pozmieniało od tamtego czasu. - Westchnął. Wciąż był wyczerpany i potrzebował się zregenerować. - Uszczęśliwia cię, a mi to w zupełności wystarczy. I myślę, że on tracił za każdym razem dużo więcej niż ja, kiedy wracaliśmy do punktu wyjścia.

- Co? - powiedziałam. Na głos, bo ten dźwięk odbił się niemal echem, przynajmniej w moim odczuciu. Nicola zmierzył mnie wzrokiem i przechylił głowę w bok. Oczy błyszczały mu ze zmęczenia, uwydatniając przekrwione białka. Przymknął powieki, po czym oparł głowę o zagłówek.

Koniec rozmowy.

Trawiłam słowa Duboisa, przyprawiały mnie niemal o zgagę. Wżerały się w organizm niczym kwas, rozpuszczały wnętrzności, sprawiając tym samym ogromny ból. Nie miałam pojęcia. O niczym. Zastanawiałam się tak wiele razy, kim jestem, że w momencie, gdy otrzymałam swój obraz, przedstawiony z perspektywy ludzi, którym na mnie zależało, wstrząsnęło mną to, jak bardzo przegniłe musiałam mieć wnętrze.

Czy nienawidziłam siebie? Miałam wrażenie, że karałam się za coś właśnie w taki sposób. Może chciałam mieć więcej, niż mogłam? Może byłam tak bardzo zagubiona w uczuciach, które wciskałam do ogromnej skrzyni w swojej głowie, że sama nie potrafiłam zdecydować, czego chcę?

Jęknęłam, przecierając twarz. Nie mogłam pozwolić sobie na dalsze rozmyślania. Czekała nas długa droga, a fakt, że nie natknęliśmy się jeszcze na ani jednego potwora, nie uspokajał. Wręcz przeciwnie. To sugerowało, że albo ruszyły na łowy głębiej, albo to kwestia czasu, aż zauważą nasz pojazd i zaatakują.

Poza miastem nikt nie był bezpieczny.

Wysiadłam z samochodu i obeszłam go. Otworzyłam drzwi po stronie kierowcy, pochyliłam się, po czym delikatnie dotknęłam ramienia Ezry. Mężczyzna wzdrygnął się i zamrugał nerwowo. Spojrzał na mnie nieprzytomnie, ale już po chwili przeciągnął się na tyle, ile pozwalała niewielka przestrzeń.

- Hej - mruknęłam. Uśmiechnęłam się krzywo. - Zamieńmy się, ja poprowadzę.

Zlustrował mnie zmartwionym spojrzeniem.

- Wszystko w porządku? - zapytał. Nic nie odpowiedziałam, bo żadne słowa nie przychodziły mi do głowy. - Jeśli chcesz pogadać, to wiesz...

- Wiem - odparłam. Sięgnęłam do niego, nagle poczułam przeogromną potrzebę poczuć ciepło jego ciała. Splótł nasze palce i wygramolił się z pojazdu. Drugą dłonią założył mi kosmyk włosów za ucho. Przechylił lekko głowę w bok w oczekiwaniu na moje dalsze słowa, ale one nie chciały ze mnie wyjść.

- Więc?

- Nie wiem, Ezra. - Otuliła mnie przyjemna woń cedru razem z jego szerokimi ramionami. Też chciałam go objąć, ale bałam się, że sprawię mu tym ból. - Nie wiem, czy będę w stanie sobie to wszystko wybaczyć.

- Nie będziesz - odparował. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nigdy nie owijał w bawełnę. - Z czasem przejdziesz do porządku nad tym. Jak ze wszystkim.

- Ty przeszedłeś? - Podniosłam na niego wzrok.

- Poniekąd - mruknął. Widziałam, jak walczy ze sobą, by nie spojrzeć na Nicolę. - Jedźmy. I tak straciliśmy już sporo czasu.

 

***

 

Następne dwie godziny jechaliśmy w milczeniu. Kątem oka obserwowałam Ezrę. Zanim ruszyliśmy, wyciągnął z bagażnika laptop i urządzenie do ściągania połączenia internetowego. Jego palce poruszały się zwinnie po klawiaturze, w szkłach okularów odbijały się wiersze zdań i cyfr, ale nawet nie próbowałam zgadywać, nad czym pracował. Czasem mignęła mi mapa i nasza lokalizacja zaznaczona czerwonym punktem. Jak zwykle Ezra Cohen miał nad wszystkim kontrolę.

Nakagawa. Czy kiedykolwiek się nauczę?

Od czasu do czasu zerkałam w lusterko wsteczne, by sprawdzić, jak się miewa Nicola. Rozwalił się wygodnie na tylnym siedzeniu, głowę oparł o drzwi i splótł ręce na piersi. Nawet nie próbowałam rozszyfrować układu jego długich nóg. Mimo całkiem sporej przestrzeni wewnątrz SUV-a dla niego to wciąż było za mało.

Powstrzymałam chichot, chcący wyrwać się z mojej piersi. W pewnej chwili sytuacja, w jakiej się znalazłam, wydała się absurdalna i niedorzeczna. W którym momencie zlecenie na Nicolę Duboisa przekształciło się w powstrzymanie Jean Luca przed zgładzeniem ludzkości?

Ten pierwszy sprawiał, że nogi miękły mi, gdy tylko się zbliżał, a ten drugi... Miałam ochotę jedynie oderwać mu głowę gołymi rękami od reszty ciała i wrzucić gdzieś w głęboką toń oceanu, żeby zamilkł na zawsze.

Coraz lepiej rozumiałam jego pobudki, ale całkowicie się z nimi nie zgadzałam. Mnie również skrzywdzili ludzie. Nie raz i nie dwa po wykonanym zleceniu strzelano do mnie lub dźgano nożami. Na moim ciele widniało wiele blizn - pokłosie strachu i niezrozumienia. Nie dziwiła mnie niechęć zwykłych śmiertelników do trimisów i demonów. Bali się, nie wiedzieli, jak mieli reagować, jak się zachować. Doskonale zdawali sobie sprawę z naszych możliwości, a kiedy po wojnie się okazało, że jest nas więcej, wpadli w panikę.

Mimo to nie zasługiwali na zagładę. Być może asymilacja była ciężkim, długim i żmudnym procesem, ale wierzyłam, że ma sens. Byli potrzebni, to nieodłączny element ewolucji. W przypadku trimisów ciężko stwierdzić, jaki przyświecał im cel na tym świecie - pojawiliśmy się znikąd, nie pasowaliśmy do żadnego modelu, jaki do tej pory chodził po Ziemi.

I te plany Russeau wobec mnie... Szczerze chciałam wierzyć, że próbował jedynie sprowokować Duboisa, ale kiedy spotkaliśmy się twarzą w twarz i spojrzałam mu w oczy, odniosłam nieprzyjemne wrażenie, że on wcale nie żartował. Usiłowałam odnaleźć w pamięci jego relację z tamtą kobietą. Elle. Nigdy nie mogłam zapamiętać jej imienia, wydawała się taka zbędna, niepotrzebna. Tło dla zapracowanego Jean Luca.

Stała z tyłu, nie wychylała się ani nie ubierała się przesadnie wyzywająco, więc rzadko przyciągała uwagę kogokolwiek. Mało się odzywała. Miałam okazję zostać z nią sam na sam kilka razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat, ale wypowiedziała do mnie raptem kilka zdań. Spuszczała posłusznie oczy umalowane zielonym cieniem i pociągnięte czarną kreską, po czym opatrywała pobieżnie moje rany odniesione podczas treningów z Russeau. Fakt, że robiła to ona, a nie Ezra, jak działo się to po wykonanych przeze mnie misjach, zaczynał nabierać sensu. Gdyby haker zobaczył mnie w takim stanie po spotkaniach z naszym szefem...

Wyprostowałam się na siedzeniu, oparłam potylicę o zagłówek i wbiłam wzrok w jezdnię. Nie wiedziałam, kim była Elle, ale musiała być dla Russeau bardzo ważna. Z jego ust padły w moją stronę mocne słowa. Podejrzewałam, że kiedy rozmawiał z Duboisem, wybrzmiały zdecydowanie mocniejsze, skoro Ezra na nie zareagował. Przynajmniej tak układało się to w mojej głowie.

- Maddie? - Dotarło do mnie po chwili. Ocknęłam się z chaosu myśli, które kotłowały się pod sklepieniem mojej czaszki. Zerknęłam na Cohena. Wpatrywał się we mnie badawczo, głowę miał pochyloną lekko do dołu w taki sposób, że patrzył na mnie znad srebrnych oprawek. Przeszedł mnie nieoczekiwany dreszcz, a cichy głosik zakwilił w mojej głowie. - Czym się tym razem zarzynasz?

- Wszystkim - przyznałam szczerze. - Znowu zjebałam.

- Przecież to nie twoja wina, że Russeau postanowił zabawić się w Boga.

- Moja, Ezra. - Zacisnęłam lewą dłoń na kierownicy. - Sądząc po tym, co mi powiedziałeś, byłam żądną władzy pizdą, która nie liczyła się ze zdaniem kogokolwiek. Nawet własnego męża.

Nasze spojrzenia mimowolnie powędrowały na tył SUV-a. Trimis jednak spał, mocno pogrążony w regeneracji.

- Mnie posłuchałaś, Madness - odparł szeptem haker. Powróciłam do niego wzrokiem. On sam przyglądał mi się ze spokojem. - Uwierzyłaś, kiedy powiedziałem, że Russeau wcale nie ma dobrych intencji. Poszłaś do Nicoli i opracowaliście plan usunięcia twoich wspomnień. I mimo że w pewnym momencie wszystko się spieprzyło, zawsze czułaś, że możesz mi zaufać.

Oblizałam dolną wargę. Obraz przed oczami zamazał się niebezpiecznie. Zamrugałam, jeszcze brakowało, żebym spowodowała jakiś wypadek.

- Chciałabym to pamiętać... - Głos mi się załamał. Przełknęłam ślinę i wzięłam głęboki wdech, by opanować emocje. Ezra położył rękę na moim udzie, po czym zaczął gładzić je delikatnie. - Nie wiem, jak mam się zachować wobec tego wszystkiego. Wobec ciebie, Duboisa.

- Po prostu się z nim nie całuj na widoku, bo mu rozwalę łeb o krawężnik.

- Co? - Otworzyłam usta ze zdziwienia. Haker jedynie puścił do mnie oczko, a na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmieszek. - Ezra!

- Ktoś coś mówił o całowaniu? - Ramię Nicoli wylądowało na moim oparciu, aż drgnęłam. Popatrzył na nas nieprzytomnie, jakby jego mózg jeszcze spał.

Ezra parsknął, kręcąc przy tym głową.

- Wywołałem wilka z lasu - mruknął. Zacisnął palce na mojej skórze.

- Jak możecie tak lekko o tym mówić?! - oburzyłam się. Czułam, jak na moje policzki wypływa rumieniec.

- Lata praktyki - odparli zgodnie, niemal w jednym tonie, a mi serce zabiło mocniej na myśl o tym, co przez te wszystkie wspólne lata mogło się między nami wydarzyć.

Niespodziewanie Ezra zaciągnął hamulec ręczny. Odbiłam kierownicą w drugą stronę, opony zapiszczały, aż poczułam to w zębach. Samochód zgasł. Nicola poleciał do przodu, jego głowa prawie dotknęła kokpitu, telefon z GPS-em spadł z haka i gdyby nie to, że miałam zapięty pas, zaliczyłabym bliskie spotkanie z klaksonem.

- Co ty robisz, na Boga?! - ryknęłam, ale nim skończyłam mówić, Cohen zakrył mi usta ręką. Spojrzałam na niego wściekła. Kiwnął głową w stronę przedniej szyby, mój wzrok popłynął w tamtym kierunku.

Chryste Panie.

Nigdy nie widziałam takiego bydlaka.

Mutant stał na środku drogi jakieś dwadzieścia metrów dalej. Był przeogromny, niemal tak wysoki, jak skarpa po prawej stronie, która ciągnęła się wzdłuż autostrady od kilku kilometrów. Lewą stronę jezdni porastały gęste drzewa. Zakrywały niczym zielona pierzyna głęboki lej po jednej z atomówek. Potwór nie patrzył na nas, a przynajmniej tak sądziłam. Gały miał ogromne, ale z oczodołów wyzierało samo białko, nigdzie nie dostrzegłam żółtych tęczówek, tak charakterystycznych dla mutacji.

Wyglądał zupełnie inaczej niż potwory, które pojawiały się w obrębie miasta. Wielki, potężnie zbudowany, bez grama gnijącej skóry na uwydatnionych mięśniach. Długie, patykowate ręce podtrzymywały ciężki korpus obleczony w gęstą, czarną sierść. Podkulone tylne nogi napięły się znacznie, jakby właśnie szykował się do ataku. Długi pysk skierował w naszą stronę, rozwarł paszczę i zaprezentował nam rząd długich, ostrych zębów.

Przełknęłam ślinę. Żadne z nas nie ruszyło się nawet o milimetr, miałam wrażenie, że nawet nasze oddechy stały się płytsze, jakby ruch klatki piersiowej miał zwabić tę bestię.

- Madeleine - powiedział cicho Ezra tak nerwowym tonem, nawet na mnie nie patrząc, że krew przestała płynąć mi w żyłach. - Teraz powoli odepniesz pas i przesiądziesz się do tyłu.

- Jak powoli? - pisnęłam i sięgnęłam do zapięcia. Nie zamierzałam z tym dyskutować.

- Bardzo. Tak jakby Nicola spowolnił czas.

Skinęłam głową i wymacałam na oślep czerwony guzik. W otaczającej nas ciszy kliknął niesamowicie głośno. Myślałam, że z nadmiaru emocji, adrenaliny i nerwów pęknie mi serce. Potwór poruszył gwałtownie głową. Zastrzygł uszami. Pochylił pysk, jego nos prawie stykał się z mokrym, zniszczonym asfaltem. Zaciągnął się powietrzem, a po chwili z jego gardła wydobył się niski warkot.

- Jest bardzo wyczulony na dźwięki - powiedział Nicola w mojej głowie. Byłam przekonana, że Ezra usłyszał to samo, bo znacznie się spiął.

Bezszelestnie odłożyłam pas na bok, po czym wybiłam się delikatnie na nogach. Skrzywiłam się, kiedy postawiłam jedną stopę na siedzeniu. Ezra zapewne płakał w duchu, że jego skóry są tak kiepsko traktowane, ale na głos nie powiedział nic. Sytuacja wymagała milczenia. A cel uświęcał środki.

Nicola przesunął się, by zrobić mi miejsce. Złapał mnie pod ramię, gdy się zachwiałam, a łokieć lewej ręki leciał wprost na środek kierownicy. Powoli wypuściłam nosem drżący oddech.

Było blisko.

Atmosferę można było kroić nożem. Kiedy tylko przedostałam się korpusem na tył, Nicola natychmiast pociągnął mnie w swoją stronę. Ezra podniósł się ze swojego siedzenia i zgrabnie niczym kot przedostał się na miejsce kierowcy.

Zastanawiałam się, jak to zrobił. Był dużo większy ode mnie, a zajęło mu to ułamek sekundy; ruchy miał pewne, zdecydowane, jakby to nie był jego pierwszy raz. Chciałam o to zapytać, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język.

- Co planujesz? - Poruszyłam jedynie ustami, gdy haker spojrzał w lusterko.

- Spróbuję go ominąć - odpowiedział Nicola. Odwróciłam do niego głowę, oczy miałam szeroko rozwarte.

Jak?!

Zaraz miałam się o tym przekonać. Ezra odpalił silnik i wrzucił wsteczny. Mutant podniósł głowę i wbił w nas niewidzące spojrzenie. Cohen nie czekał, aż na nas ruszy. Przerzucił prawą rękę przez fotel pasażera i popatrzył w tylną szybę. Wbił pedał gazu w podłogę.

Szarpnęło nami, ruszyliśmy z piskiem opon. Potwór ryknął przeciągle, po czym zerwał się z miejsca. Parł na nas w długich susach, ziemia trzęsła się pod wpływem jego galopu. Dopiero w tej chwili dostrzegłam, jak duże pazury wieńczyły jego łapy.

- Colt pod siedzeniem - sapnął haker, wciąż manewrując kierownicą. - Będzie z lewej.

- A jak nie trafi? - Nicola się wyprostował, zacisnął jedną dłoń na rączce drzwi po prawej stronie. Przeskakiwał spojrzeniem między nami.

- Ona trafi. To najlepsza tropicielka, jaką znam.

Trafiłabym, bo Ezra nie mógł zginąć.

Sięgnęłam po broń, przeładowałam ją i odbezpieczyłam. Organizm w ciągu ułamka sekundy przestawił się na tryb walki. Poczułam, jak trimis w moim wnętrzu zatańczył wesoło, jakby tylko czekał na to, aż spożytkuję pokłady energii nagromadzone w ostatnim czasie. Cóż, tym razem nie miałam zamiaru uwalniać nawet skrawka mocy.

Nie może zginąć.

Ezra zatrzymał pojazd. Wrzucił pierwszy bieg i ruszył wprost na mutanta. Otworzył automatycznie szybę. Wychyliłam się na zewnątrz. Potwór wbił we mnie białe ślepia, z jego pyska kapała obficie ślina, błyszczała złowrogo jak obietnica powolnej, bolesnej śmierci.

Wyrównałam oddech. Przymknęłam powieki tylko na chwilę, by wciągnąć powietrze głęboko w płuca, tak jak uczyłam się podczas treningów.

Prawda była taka, że to ostatnie, o czym pomyślałam. W głowie dźwięczało mi jedynie imię hakera i to, że jeśli spudłuję, on zginie.

Wyciągnęłam rękę przed siebie, drugą przytrzymałam nadgarstek dla stabilizacji. Otworzyłam oczy i skupiłam się na miejscu między oczami potwora. Zbliżał się coraz szybciej, układ mięśni na jego ogromnych ramionach zmienił się, jakby zamierzał unieść wysoko jedną z morderczych łap.

Padł strzał.

Huk mnie ogłuszył

Bestia runęła na mokry asfalt. Przez chwilę sunęła do przodu, prosto na nas. Ezra odbił w prawo, by ominąć gigantyczne łapy. Ziemia wokół się zatrzęsła, a po przestrzeni poniósł się odgłos upadku.

Nie spodziewałam się tego. Wciąż trzymałam obie ręce na pistolecie. Zachwiałam się i wypadłam przez okno. Głośny, skrzypiący trzask zadzwonił mi między uszami. W ostatniej chwili zmieniłam pozycję. Ból rozszedł się po moich plecach, kiedy z impetem uderzyłam o jezdnię. Przeturlałam się po twardym asfalcie, czułam, jak skóra na rękach i boku zdziera się do krwi. Zacisnęłam zęby, bo nie wiedziałam, czy mój krzyk nie sprowadzi na nas czegoś jeszcze większego. W zaroślach mogły czaić się inne potwory.

Zatrzymałam się na miękkim futrze. Dotarła do mnie ciężka woń mokrej ziemi i psiej sierści. Otworzyłam szeroko oczy, po czym wystrzeliłam do pionu. Dłoń prawej ręki wciąż kurczowo zaciskałam na rękojeści colta. Położyłam palec na języczku spustowym i wycelowałam w mutanta.

Absolutnie nie przyniosłoby to żadnego efektu. Przed moimi oczami widniała ściana długiej, czarnej sierści. Przełknęłam głośno ślinę. Rozejrzałam się pospiesznie. Stałam mniej więcej w połowie łapy stwora. Miałam wrażenie, że bestia faluje, jakby parowała. Tuż przed ogromnym, lśniącym pazurem dostrzegłam tylne światła SUV-a.

Bez zbędnego zastanawiania się ruszyłam w tamtą stronę. Nie chowałam broni, nie miałam pojęcia, na jak długo unieruchomiłam tę bestię, ale zakładałam, że czasu miałam mniej niż więcej.

Nie minęła chwila, jak przed moimi oczami stanął przerażony Ezra. Dopadł mnie w dwóch długich krokach. Tuż za nim szedł Nicola z równie przestraszonym spojrzeniem.

- Chryste, Maddie, nic ci się nie stało? - Cohen złapał mnie za ramiona i obejrzał dokładnie. Jedną ręką sięgnął do mojej twarzy, po czym obrócił ją delikatnie, by obejrzeć policzek, którym przesunęłam po asfalcie. - Cholera...

- Jest dobrze - mruknęłam. Przyjrzałam się dokładnie jego obliczu. Dostrzegłam świeże rozcięcia na twarzy, a we włosach błyszczały nieśmiało drobne odłamki szkła. - Zniszczył nam samochód?

- Zahaczyliśmy o te szpony. - Ujął moją dłoń i pociągnął w stronę pojazdu. - Na szczęście tylko bokiem.

Spojrzałam na Duboisa. Włosy miał potargane, ale wyglądało na to, że jemu też nic się nie stało. Przyglądał mi się uważnie z głową pochyloną w bok. Tylko na ułamek sekundy spuścił wzrok na moją dłoń splecioną z ręką Ezry.

Nie do końca wiedziałam, jak miałam się zachowywać wobec trimisa. Szczątki informacji, jakie posiadałam, wcale nie ułatwiały tego zadania. Wciąż był obcy. Wciąż prędzej bym go dźgnęła, niż przytuliła z własnej woli. A mimo to w moim wnętrzu pojawiło się coś na kształt wstydu i poczucia winy. Natychmiast odpędziłam od siebie niechciane myśli.

Ezra jakby wyczuł to, że się miotam. Ścisnął moją dłoń, chcąc dodać mi otuchy. Zerknęłam na niego i wykrzywiłam usta w czymś na kształt uśmiechu. Nim dotarliśmy do Duboisa, ten bez słowa odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę samochodu.

SUV był w opłakanym stanie. Wybita szyba od strony kierowcy rozsypała się błyszczącymi drobinkami po asfalcie i siedzeniu. Metalowa powłoka na drzwiach została rozerwana, po czarnej farbie nie został nawet ślad.

- Jesteś w stanie prowadzić? - zapytał Ezra, również przyglądając się zniszczeniom. Kiwnęłam głową. Czułam, że wszystko zaczynało mnie boleć, ale trasa nie była tak długa, bym nie była w stanie tego znieść. - Dobrze.

- Jedźmy już. Hałas mógł zaalarmować inne potwory - powiedział Dubois i usadowił się wygodnie na miejscu z tyłu. Ani razu na mnie nie spojrzał. - Ta poczwara już odzyskuje świadomość.

 

***

 

Cohen kazał mi odbić w lewo. Podobno kilka kilometrów dalej znajdowała się rządowa stacja benzynowa, gdzie mogliśmy coś zjeść i się odświeżyć, a przede wszystkim zatankować. Kontrolka paliwa zaświeciła się już kilka kilometrów wcześniej. Chociaż ja nie byłam pewna, czy jeśli staniemy, to samochód ponownie odpali.

Odkąd ruszyliśmy, milczałam lub odpowiadałam mężczyznom półsłówkami. Cały czas omawiali plan działania, rzucali terminami, których nie znałam, i wymieniali się informacjami na temat Russeau i jego dalszych kroków. A mój żołądek z każdym kolejnym słowem wiązał się w supeł. Zaciskałam kurczowo palce na kierownicy, próbowałam skupić się na drodze i mapie GPS. Nie chciałam im przeszkadzać, w tej sytuacji nie byłam w stanie pomóc w żaden sposób.

- Bordeaux wie, że się zjawimy? - zapytał Nicola rzeczowo. Od kilku minut siedział z nosem w telefonie, a jego palce poruszały się nad wyraz sprawnie.

- Tak. Powiadomiłem go, jeszcze zanim wyjechaliśmy z Down Town.

Zmarszczyłam brwi. Doskonale znałam to nazwisko, pojawiało się nie raz na liście Jean Luca, kiedy trzeba było odbębnić jakąś służbową imprezę i domknąć interesy.

- Czy mówicie o tym Bordeaux, o którym myślę? - Zerknęłam na Ezrę. Haker kiwnął głową, nawet nie spuścił wzroku z ekranu monitora. - On nie pracuje dla Russeau?

- Pracuje dla mnie - odpowiedział i zamknął klapę laptopa. Poprawił okulary, po czym przeczesał włosy palcami. - Nigdy nie pracował dla Russeau. Tu skręć.

Wciągnęłam powietrze ze świstem w płuca. W ostatniej chwili wykonałam manewr kierownicą, lekko nami zarzuciło. Moi towarzysze złapali się uchwytów przy drzwiach, a gdy opanowałam samochód, spojrzeli na mnie z przerażeniem w oczach.

- Ezra - wysyczałam przez zaciśnięte zęby. - Co to znaczy, że nigdy dla niego nie pracował?

- Ooo, mama i tata będą się kłócić - skomentował Dubois. Posłałam mu mordercze spojrzenie. Odsunął się nieznacznie i uniósł obie ręce do góry, ale ten charakterystyczny uśmieszek, który miał przyklejony do twarzy przez większość czasu, wcale nie zniknął.

- Mama i tata nie potrzebują mediatora - sarknęłam.

- W tym samym czasie, kiedy Russeau budował swoje narkotykowe imperium, ja zajmowałem się siatką własnych kontaktów. - Ezra całkowicie zignorował Duboisa. - Powiedzmy, że jest... dość obszerna.

- To bardzo ogólne pojęcie. - Zmrużyłam oczy.

- Maddie, myślisz, że zgodziłbym się pracować pod przykrywką, gdybym się odpowiednio nie zabezpieczył? - Uniósł brew i spojrzał wymownie na drugiego trimisa. - Nie chcę teraz o tym rozmawiać.

W porządku, to miało sens. W razie gdyby relacja Nicoli i Ezry się zepsuła, haker musiał mieć odpowiednie zaplecze. Podejrzewałam, że Dubois też posiadał swoje tajemnice i zapewne nie plotkował o nich z przyjacielem. Ich drogi splatały się w pewnym stopniu, ale nie na wszystkich płaszczyznach.

Przyjaciele. Jak to brzmiało.

Wzięłam głęboki wdech. Przed nami wyrosło betonowe ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym i kilkoma wieżyczkami strażniczymi. Zatrzymałam się. Cohen otworzył okno, przechylił się przez otwór i zamachał. Dostrzegłam mężczyznę na wieży przy wjeździe. Przyjrzałam mu się lepiej, ale spod obszernego munduru wystawały jedynie oczy. Po chwili brama zaczęła się otwierać. Wrzuciłam pierwszy bieg.

- W porządku, porozmawiamy, jak zostaniemy sami - odparłam, ucinając tym samym jakąkolwiek dalszą konwersację.

- Czyli kiedy? - odezwał się Nicola. Znów oparł łokcie o przednie fotele, a głowę zwrócił w moją stronę i wbił we mnie świdrujące spojrzenie. W moim ciele znów zaległo to nieprzyjemne uczucie, które towarzyszyło mi przez dłuższy czas, odkąd opuściliśmy miejsce spotkania mutanta.

- Nie wiem, za chwilę, za godzinę. W Paryżu - odparłam nerwowo. Ból, zmęczenie i niezręczność sytuacji dawały mi się we znaki. Zerknęłam na Ezrę. Nie patrzył na mnie, ale po jego minie śmiało mogłam stwierdzić, że raczej nie zostaniemy sami.

- Myślisz, że pozwolę ci teraz zostać z nim sam na sam? - Usłyszałam w głowie głos Nicoli.

Kurwa mać.

Wcisnęłam hamulec z impetem. SUV stanął niedaleko dystrybutorów paliwa. Żołnierz, który wyszedł nam naprzeciw, zrobił zdziwioną minę, nie ruszył się jednak z miejsca.

Mężczyźni spojrzeli najpierw po sobie, a potem całą uwagę skupili na mnie.

- Posłuchajcie mnie uważnie - syknęłam przez zaciśnięte zęby. - Postawiliście mnie w bardzo niezręcznej sytuacji. Nie oswoiłam się z tym jeszcze i chciałabym przestać czuć presję z jednej, jak i z drugiej strony. Inaczej mnie popierdoli i wetrę wasze wnętrzności w asfalt. - Przesunęłam spojrzeniem powoli po obu twarzach. - Czy to jasne?

- Mad... - zaczął Ezra, ale przerwałam mu machnięciem ręki.

- Nie ma, kurwa, "Mad". - Wcisnęłam palec wskazujący w tors hakera. - Nie wierzę, że wrzuciłeś mnie na tak głęboką wodę z naszą relacją, a ty... - Przeniosłam uwagę na trimisa. - Zakaz telepatycznego porozumiewania się. Wyjątki stanowią spotkania z potworami albo omawianie strategii podczas walki. - Złapałam za klamkę i otworzyłam drzwi. - Dogadajcie się. Chcę przestać czuć się niezręcznie.

Wysiadłam z auta. Nicola oparł się o oparcie i uśmiechnął kącikiem ust. Miałam nieodparte wrażenie, że taka postawa trimisa nie zwiastowała niczego dobrego. Nie spuszczał ze mnie spojrzenia, czułam je na swoich plecach, dopóki nie ukryłam się w korytarzu całkowicie mi obcej jednostki wojskowej.

Prolog

Chryste.

Przywarłam do muru całymi plecami. Obojczyk palił wściekle, doprowadzając moje zmysły do szaleństwa. Ubranie przykleiło się do ciała od nadmiaru posoki wypływającej z rany. Moja klatka piersiowa poruszała się w zawrotnym tempie, szum krwi skutecznie zagłuszał wszystkie dźwięki dookoła. Miałam wrażenie, że mój oddech niesie się echem po przestrzeni i te bestie zaraz mnie odnajdą.

Cholera jasna!

Przymknęłam powieki. Nieznana substancja szczypała mnie w oczy. Przetarłam twarz dłonią i wciągnęłam ze świstem powietrze, kiedy się jej przyjrzałam.

Adrenalina tak we mnie uderzyła, że nawet nie poczułam, gdy mózg tego gościa rozbryzgał się na mojej twarzy.

Odskoczyłam od muru jak oparzona. Zdusiłam jęk. Czułam, jak chciał wydobyć się z mojej piersi. Desperacko próbowałam zdjąć z siebie kawałki narządu, ale tylko rozsmarowałam krew i mięso po skórze. Żółć podeszła mi do gardła. Zgięłam się wpół, oparłam ręce o kolana.

Zawartość żołądka wyszła ze mnie szybciej, niż się tam znalazła.

- Kurwa mać - zaklęłam i przetarłam usta dłonią.

Torsje wciąż mną targały, a świat przed oczami pociemniał. Do nosa wdarł się metaliczny zapach posoki i ostra woń wymiocin. Wszystko wokół zawirowało, karuzela kręciła się coraz bardziej, a moje ciało wraz z nią.

Padłam na kolana i oparłam się dłońmi o mokre podłoże. Opanujże się - skarciłam się w duchu. Wszystkie moje kończyny drżały jak po wielokilometrowym biegu. Musiałam jak najszybciej doprowadzić się do ładu, inaczej te bestie mnie dopadną.

- Madeleine! - Ochrypły, niski głos odbił się echem od betonowych murów. Moje serce zamarło w ułamku sekundy. - Nie chowaj się, skarbie! Tylko pogarszasz sprawę.

Cichy pisk wydostał się z moich ust. Nie zwracając uwagi na błoto i resztki organów denata, przycisnęłam do nich dłoń i pokracznie wycofałam się na miejsce przy ścianie. Skuliłam się, ściśnięta przerażeniem. Desperacko szukałam wyjścia z tej sytuacji, mój umysł był jednak całkowicie pusty.

Wpatrywałam się szeroko rozwartymi oczami w ścianę lasu znajdującą się dosłownie dziesięć metrów dalej. Problem polegał na tym, że jeśli chciałam się w nim skryć, musiałam przebiec przez szeroką połać krótko przystrzyżonej trawy. Byłam pewna, że od razu zarobię kulkę w plecy.

Biłam się ze swoimi myślami, wahałam się, czy nie zaryzykować, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Strach i stres nie pozwalały na to, żebym wykonała jakikolwiek ruch. Panika jeszcze bardziej rozgościła się w moim organizmie. Jeśli bym tu została, to prędzej czy później i tak by mnie znaleźli.

Szmer z prawej strony zwrócił moją uwagę. Nastawiłam uszu, bałam się jednak odwrócić głowę. Kolejna gula żółci utkwiła mi w przełyku, niemal siłą woli zmusiłam się do przełknięcia jej. Jeszcze chwila i pozbawiłaby mnie tlenu.

Powolnym ruchem zwróciłam się w tamtą stronę i zamarłam równie mocno, co świat wokół mnie.

Tęczówki w kolorze płynnego miodu wpatrywały się we mnie chłodno. Poniżej rozciągał się szyderczy uśmiech odsłaniający rząd równych, śnieżnobiałych zębów. Przydługa grzywka łaskotała mnie w nos, lecz nie miałam odwagi odgarnąć ciemnych kosmyków ręką.

Przełknęłam ślinę, gotowa krzyczeć wniebogłosy, ale przybysz przyłożył do swoich ust palec odziany w czarną rękawiczkę. Wpatrywałam się w niego jak zaczarowana. Naprawdę, odniosłam wrażenie, że przygwoździł mnie tym spojrzeniem do podłoża i wciskał w nie coraz bardziej, gniotąc przy okazji organy.

Wyciągnął rękę w moją stronę i delikatnie ujął brudny policzek. Przeszył mnie niespodziewany dreszcz. Miał tak chłodną dłoń, że uczucie szczypania przyszło niemal natychmiast. Przesunął ją niżej na szyję, a później na kark. Uśmiech nie schodził z jego twarzy, kiedy odrywał moją potylicę od muru.

Nie mrugnął ani razu w tym czasie, ani nawet w momencie, w którym postanowił szarpnąć mnie za włosy, obrócić głowę pod nienaturalnym kątem i uderzyć skronią w betonową ścianę.

A potem.

Ciemność.

Rozdział 18

Okazało się, że SUV nie nadaje się do dalszej jazdy. Cud, że w ogóle dotarliśmy do rządowej stacji benzynowej. Na pierwszy rzut oka był rozcięty tylko bok pojazdu, ale pazur potwora wszedł w metal głębiej, niż ktokolwiek przypuszczał, szczególnie jeśli chodziło o przód. Dlatego tak nami zarzuciło i wypadłam z okna.

Żołnierz, który wyszedł nas przywitać, poprowadził nas szerokimi schodami pod ziemię. Tam znajdowały się ich siedziby. Gdy dotarliśmy do katakumb, odebrało mi mowę. Miałam wrażenie, że znaleźliśmy się w małym, podziemnym miasteczku.

Powitał nas sporych rozmiarów salon, który zdawał się sercem całego kompleksu. Okalały go trzy odnogi długich, ciemnych korytarzy. Domyślałam się, że prowadziły do części sypialnej, pracowniczej i jadalnej. Żołnierz poprowadził nas w prawą stronę, wprost do biura generała Bordeaux. Kątem oka dostrzegłam szpitalik i zakodowałam w pamięci, by później zabrać do niego Ezrę. Musiałam sprawdzić, co z jego raną po spotkaniu z mutantem.

Nigdy nie miałam okazji znajdować się po drugiej stronie muru, choć niejednokrotnie przyjeżdżałam w tego typu miejsca z byłym pracodawcą. Trimisi nie mieli do nich wstępu, dlatego zostawałam w samochodzie i czekałam cierpliwie, aż Jean Luc załatwi swoje sprawy.

Bordeaux okazał się zupełnie innym człowiekiem, niż zapamiętałam ze służbowych imprez, na których bywałam z Russeau. Gdy tylko mnie zobaczył, jego pooraną zmarszczkami twarz rozciągnął szeroki uśmiech. Wstał od biurka, przy którym siedział ukryty pod stosem dokumentów. Miał na sobie wojskowe spodnie i buty, ale góra nie była aż tak oficjalna, nosił zwykłą, białą koszulę z dwoma rozpiętymi guzikami przy szyi.

- Madeleine! - Rozłożył szeroko ręce. - W końcu po właściwej stronie! - Spojrzał na Ezrę, który wszedł tuż za mną, a potem przeniósł wzrok na Nicolę. - Panie Nakagawa. Panie Dubois.

Uniosłam brwi. Czy byłam jedyną osobą w towarzystwie, która absolutnie nie wiedziała, co jest grane?

- Cześć, Pierre. - Ezra podał generałowi rękę. - Coś nowego?

Bordeaux wskazał zestaw wypoczynkowy, zapraszając nas tym gestem do zajęcia siedzeń. Moi towarzysze bez słowa sprzeciwu usadowili się na fotelach. Niepewnie usiadłam na kanapie. Czułam się niesamowicie spięta i obolała. Po zadrapaniach zostały jedynie ledwo widoczne blizny, więc to nie one były przyczyną mojego złego samopoczucia.

- Zatrzymaliśmy Russeau w Down Town dzięki nalotom ludzi Duboisa na hangary. - Generał podszedł do biurka, przekartkował stos dokumentów i wziął w końcu plik kartek, który go interesował. - Dostaliśmy nowe próbki narkotyku do badań, już pojechały do Paryża.

- A wyniki ostatnich? - Nicola wyciągnął rękę po dokumenty.

- Zgodnie z twoimi przypuszczeniami. - Bordeaux skrzywił się nieznacznie. - Ostatnia partia zawierała szczepy choroby zakaźnej, mianowicie szczepy wąglika. Jeśli trafiłoby to do obiegu...

Ja pierdolę.

Dlatego Nicola kradł eter...

Sytuacja wyglądała gorzej, niż mogłam się spodziewać. Russeau naprawdę chciał zdziesiątkować ludzkość. Biorąc pod uwagę, jak wielu wysoko postawionych ludzi zaopatrywało się u niego w narkotyk...

Przez mój kręgosłup przebiegł lodowaty dreszcz. Nagle zrobiło mi się niedobrze, a świat zawirował niebezpiecznie. Przymknęłam powieki, by trochę się uspokoić.

- Ezra, masz dostęp do listy jego klientów. To wychodzi poza Down Town? - Ton Nicoli zmienił się na bardziej rzeczowy.

- Żeby tylko. - Materiał fotela zaskrzypiał, kiedy haker poprawiał pozycję. - Większość spraw związanych z eterem Russeau załatwia albo osobiście, albo telefonicznie. Nie zapisuje żadnych informacji w chmurze czy na dysku laptopa, więc nie było łatwo odtworzyć mapę dostaw, do tej pory chłopaki nad tym pracują. - Nos trzymał w telefonie, przeglądał jakieś wykresy. - Ale wygląda na to, że trzyma łapę na całej Eurazji i części Afryki. Towar przypływa do dawnego Maroka, prawdopodobnie z Ameryki Południowej. Kontenerowce nie są oznaczone, więc ciężko to określić.

- Panie Nakagawa, celnie pan wskazał ostatnie miejsce dostawy. - Bordeaux wziął z biurka kolejny plik papierów. - Rozbiliśmy szajkę w Amtaque2 na terenie dawnej Holandii.

- Jakieś ofiary? - Ezra podniósł wzrok znad wyświetlacza telefonu.

- Czterech oficerów. Wpadli na mutanta.

- Kontrolowany?

- Nie inaczej.

Słuchałam ich rozmowy z wymalowanym niedowierzaniem na twarzy. Zrobiło mi się niedobrze. Treść żołądka podjechała do gardła. Skuliłam się, czym zwróciłam uwagę zebranych.

- Pani Sinclair, dobrze się pani czuje? - Generał pochylił się nad stolikiem. Pokręciłam głową. Uczucie odrealnienia znów mną zawładnęło.

- Jak mogło mi to wszystko umknąć - szepnęłam. Cała drżałam, a wraz ze mną mój głos. - Przecież wszędzie z nim jeździłam. Mogłam to powstrzymać...

- Nikt o tym nie wiedział, Maddie. - Ezra przysunął się bliżej. Poczułam ciepłą dłoń na plecach. Przeniosła się z lędźwi na ramię i ścisnęła je delikatnie. - Nasze działania są ściśle tajne. Tylko ta jednostka jest wtajemniczona w plan.

Podniosłam na niego wzrok. Patrzył na mnie miękko, choć jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Złote oczy trimisa odbijały się w szkłach okularów korekcyjnych. Zdusiłam w sobie jęk, nie miałam już żadnej kontroli nad mocą.

- Wszystko układa się w tak logiczną całość. - Przełknęłam ślinę, nagle zaschło mi w ustach.

Uświadomiłam sobie, jak wiele razy towarzyszyłam Russeau przy omawianiu planów unicestwienia całej ludzkości. Gdybym tylko dostała jakiś sygnał, uważniej przysłuchiwałabym się negocjacjom byłego szefa... Wydawało mi się, że cały czas mówił o samym narkotyku, a "władza nad światem" dotyczyła wytępienia konkurencji, a nie wszystkich ludzi.

Gula w moim przełyku rosła, słowa zostawiły gorzki posmak na języku. Kręciło mi się w głowie z nadmiaru emocji. Wszystkiego. Nagle zrobiło się niewyobrażalnie gorąco.

- Zabierz ją na zewnątrz - polecił Ezra. Nie wiedziałam komu, nie byłam w stanie podnieść głowy do góry.

Świat wirował coraz bardziej i miałam wrażenie, że zaraz zemdleję albo stracę nad sobą kontrolę. Moc gotowała się w moim wnętrzu niczym magma, powietrze zgęstniało, jakby ktoś pozbył się z niego jednego z pierwiastków. Jakby czas zwolnił.

Wciągnęłam to lepkie powietrze w płuca z głośnym świstem. Próbowałam się wyprostować, ale na ramionach siadło coś ciężkiego i zaczęło przyciskać do ziemi. Poczułam ciepłe ręce, oplatające się wokół mojej talii, a chwilę później mocne szarpnięcie obróciło moimi wnętrznościami.

Uderzyło we mnie chłodne, deszczowe powietrze. Niekontrolowany dreszcz przeszył moje ciało, a na skórze pojawiła się gęsia skórka. Nogi wisiały swobodnie kilka centymetrów nad ziemią. Wzięłam głęboki wdech, płuca podwoiły swoją objętość. Otulił mnie znajomy, orzeźwiający zapach. Zamrugałam i zmarszczyłam brwi, po czym uniosłam podbródek.

Twarz Duboisa znajdowała się niebezpiecznie blisko mojej. Uśmiechał się kącikiem ust, w oczach tańczyły iskierki rozbawienia. Drobna mżawka zacinała prosto w jego gładkie policzki, ale on nic sobie z tego nie robił.

- Już możesz mnie postawić - powiedziałam. Chciałam brzmieć pewnie, wyszło dość marnie.

- Nie wyglądasz - odparł beznamiętnym tonem. Miałam wrażenie, że ponownie założył swego rodzaju maskę. - Twoja moc znów robi się niestabilna, mon chéri.

Jęknęłam przeciągle i rozluźniłam mięśnie. Powoli spływałam między ramionami Duboisa. Zacisnął ręce pewniej na mojej talii. Nasze klatki piersiowe przylgnęły do siebie mocno, a twarze zbliżyły się jeszcze bardziej, niemal dotykaliśmy się ustami. Moje serce zwolniło, w uszach zapiszczało. Uderzenie niepożądanego gorąca na pewno odznaczyło się na mojej bladej twarzy.

Odsunęłam głowę do tyłu na tyle, ile pozwalała mi pozycja, w której się znajdowaliśmy.

- Jesteś za blisko, Nicola. - Musiałam użyć całych pokładów silnej woli, jakie miałam, by wypowiedzieć to krótkie zdanie.

- Czyżby? - Uniósł brew. Jego palce wpiły się w moją skórę na brzuchu. Przygryzłam dolną wargę, by ukryć jej drżenie. Niedobrze się działo, nie chciałam, by mój organizm tak na niego reagował.

- Tak - pisnęłam.

Na pewno go to przekonało.

Dubois zachichotał, jego ramiona uniosły się nieznacznie pod wpływem tego dźwięku.

- Podczas tańca byłem bliżej - wymruczał. - Byłem też bliżej, kiedy...

- Nie przypominaj mi - przerwałam mu. Odwróciłam głowę w bok. Serce waliło mi jak szalone, a krew w żyłach buzowała. Był za blisko. - Czemu? - zapytałam szeptem.

- Czemu co? - Mimo zawadiackiego i pewnego tonu, spiął się. Ostrożnie opuścił mnie na twardy grunt.

Kątem oka dostrzegłam zielone liście pobliskich drzew i krzewów. Zadrżałam pod wpływem chłodu, jaki mnie otulił, gdy ciało Nicoli odsunęło się od mojego. Trimis westchnął, przeczesał palcami włosy, po czym obrócił mnie plecami do siebie i objął mocno. Czułam, jak jego serce obija się o żebra. Spięłam się. Ta pozycja przyniosła jednak zamierzony efekt - zimno nie szczypało w ramiona tak mocno, jak wcześniej.

- Czemu inaczej się zachowujesz, kiedy jesteśmy sami, a inaczej, kiedy pojawia się Ezra? - doprecyzowałam. - Przecież skoro wiedzieliście...

- Nic skomplikowanego - przerwał mi. - Jestem taki jak ty, skarbie. Emocje nie są moją mocną stroną, nie potrafię współczuć, pocieszać. Podkręcam te emocje, które wyczuwam, zamiast łagodzić. Ezra jest w tym lepszy. Wolę się wtedy wycofać.

Zacisnęłam usta. No tak, to powinno być dla mnie oczywiste, że skoro ich machina działała i robiła to dobrze, to musieli się na jakimś polu uzupełniać. Nie zmieniało to faktu, że ja czułam się z tym wszystkim nieswojo.

- To źle na mnie działa, Nicola. Nie wiem, jak się w tym wszystkim połapać.

Dubois zaśmiał się krótko. Odsunął się, po czym stanął obok. Spojrzał na mnie z tym przeklętym, figlarnym uśmieszkiem. Musiałam zadrzeć głowę do góry, by móc na niego popatrzeć, a wtedy trimis pochylił się znacznie, by nasze twarze znajdowały się na jednej linii.

- Pamiętasz, mon chéri, co ci powiedziałem, kiedy przyszłaś do mnie po raz drugi? - zapytał. Kiwnęłam niepewnie głową. Atmosfera wokół stała się nagle bardzo napięta, gdy przypomniałam sobie tamten wieczór i to, co zrobił ludziom na parkiecie. - Czego chcesz, Madeleine? Powiedz, a ja ci to dam.

Ciepło spłynęło po moim kręgosłupie w okolice trzewi. Odniosłam wrażenie, że głos Duboisa rozchodził się echem pod sklepieniem mojej czaszki i uderzał w najczulsze miejsca, jakie posiadałam.

Problem polegał na tym, że już sama nie wiedziałam, czego chcę. Do pewnego momentu pragnęłam odzyskać wspomnienia. Tymczasem, gdy dowiedziałam się, kim poniekąd byłam, mój zapał ostygł, osiadł gdzieś w czeluściach umysłu i ucichł, jakby karcił sam siebie, że wymyślił taką głupotę. Zaczynało mi to niesamowicie ciążyć na duszy i sercu.

Moje myśli wirowały niczym tornado. Czego chciałam? Jak miałam odpowiedzieć mu na pytanie, na które sama nie znałam odpowiedzi? Nie potrafiłam odszukać tej jednej rzeczy, która sprawiłaby, że wszystko stałoby się jasne i klarowne. Miotałam się we własnym wnętrzu, pogubiona, wściekła i nieszczęśliwa. Nieświadomość była przez lata błogim przywilejem, z którego próbowałam się wyrwać, a kiedy to nastąpiło, desperacko usiłowałam do niego wrócić.

Poukładanie wszystkich spraw, nawet bez zrozumienia sedna ich problemu, było odległym marzeniem. Mogłam je spełnić dopiero wtedy, gdy odzyskałabym wszystkie wspomnienia. A to mogło jeszcze chwilę potrwać.

- Chciałabym... - zaczęłam, ważąc każde słowo - ...chciałabym, żeby chociaż jedna rzecz stała się dla mnie jasna.

Dubois zmierzył mnie wzrokiem. Włożył ręce w kieszenie spodni, po czym wyprostował się i spojrzał w niebo. Kąciki jego ust opadły, twarz przybrała poważną minę. Wyglądał, jakby zajrzał w głąb siebie i zastanawiał się nad czymś intensywnie, lecz nie było mi dane poznać tych myśli. Milczał, a mnie nachodziło coraz więcej wątpliwości, czy ta rozmowa powinna w ogóle się odbyć. Każda minuta ciszy sprawiała, że kolejna, niewygodna szpila wbijała się w moje ciało i przyciskała nerwy, wykręcając wnętrzności na drugą stronę. Czułam się, jakbym była pijana z nadmiaru myśli i emocji, a w ponowny stan trzeźwości mogła wprowadzić mnie jedynie wiedza.

Której się kurewsko mocno bałam.

 

***

 

Kiedy wróciliśmy do biura, Ezra i generał kończyli omawiać sprawy związane z kolejnym transportem. Przez nocne wydarzenia w apartamencie Duboisa Russeau musiał zapaść w regeneracyjny sen, dlatego też anulował dostawy eteru, które były zaplanowane na dwie najbliższe noce. Serwery w siedzibie Jean Luca zyskały nowe hasła i zabezpieczenia. To jasno sugerowało nam, że światek przestępczy Down Town już wiedział o tym, co zrobił Ezra Cohen, żeby Madeleine Russeau nie dostała się z powrotem w ręce byłego szefa.

Mimo to hakerowi udało się przedostać do części informacji i zapisów z wewnętrznych kamer siedziby. Dzięki temu mieliśmy jako taki obraz sytuacji. Zaniepokoił mnie trochę fakt, że po spotkaniu w mieszkaniu Nicoli Jean Luc nie wrócił do swojej kwatery. Prawdopodobnie zaszył się gdzieś, gdzie nie był wystawiony na celownik kogokolwiek z nas. Cóż, musiał mieć o sobie bardzo duże mniemanie, skoro myślał, że będziemy go teraz ścigać.

Wewnętrzne chaty hakerskie grzały się od gorączkowo przekazywanych informacji. Miasto gotowało się od plotek. Wszyscy chcieli wiedzieć, co łączy dwoje najbardziej pożądanych ludzi w podziemiu z właścicielem najbardziej obleganego klubu w Down Town. Żandarmeria wojskowa zrobiła nalot na Abbys w środku dnia. Według informatorów Duboisa jedyne, co po nim pozostało, to ściany zewnętrzne. Wynieśli wszystko, co wydawało im się podejrzane, przeszukali każdy zakamarek budynku i zatrzymali ludzi, którzy w nim pracowali. Trimisi zdążyli się ewakuować do poukrywanych siedzib i stamtąd wciąż pracowali nad rozbijaniem siatek Russeau.

Kontakty Ezry sięgały bardzo daleko, byłam przekonana, że to tylko wierzchołek góry lodowej znajomości i koneksji, jakie posiadał. Dzielił się tylko tym, czym chciał się podzielić w obecności Nicoli. Mimo bliskich relacji nie ufali sobie na tyle, żeby otwarcie mówić o tym, jak daleko dotarli i jak wielką władzę sprawowali.

Patrzyłam na nich zupełnie inaczej po tych rewelacjach. Ezra już nie był tylko fenomenalnym informatykiem, a Nicola przestał być jedynie butnym trimisem.

Oprócz przywrócenia mi wspomnień przez lata ciężko pracowali na swoje pozycje. Wyszli poza strefy swojego komfortu, nie tylko ja ich połączyłam. Mieli wspólny cel - pozbyć się Russeau i uratować świat od zagłady. Po wojnie i tak było ciężko, nikt dokładnie nie wiedział, ile istnień tak naprawdę udało się uratować. Przez pojawienie się mutacji, demonów i trimisów trudno było oszacować, jak wiele osób żyło na ziemi, choć rządzący mieli świadomość, że nie były to zawrotne liczby.

Bordeaux uścisnął moim towarzyszom dłonie, a mi posłał ciepły uśmiech, gdy wychodziliśmy z jego gabinetu. Podwładny generała poprowadził nas do północnego skrzydła, gdzie znajdowały się kwatery żołnierzy. Wcale mnie nie zdziwiło, że nasza trójka dostała tylko jedną. Wojskowych było sporo, miejsca pod ziemią niewiele do zagospodarowania. Poza tym przeczytałam wystarczająco dużo głupich książek, żeby wiedzieć, że to się nie mogło skończyć inaczej.

Zgodziłam się, że odpoczynek i wyruszenie nazajutrz będzie niezłą opcją. Nie mówiąc o tym, że nie mieliśmy samochodu i musieliśmy poczekać, aż generał Bordeaux znajdzie nam coś sensownego. Ja nie spałam od kilkudziesięciu godzin, rany po upadku co prawda już się zagoiły, ale wciąż czułam, że potrzebuję zamknąć oczy i najzwyczajniej w świecie się przespać. Uzdrawianie organizmu wymagało wykorzystania niesamowicie ogromnych pokładów energii i zaczynałam powoli odczuwać jej spadek.

Warunki jak na podziemia były fenomenalne. Przywitała nas trzydziestometrowa kwatera z kompletem wypoczynkowym, oddzielną sypialnią i łazienką. Wystrój był prosty i schludny, złożony głównie z tego, co udało im się znaleźć w opuszczonych domostwach. Widać było, że bardzo dbali o przedmioty, wcale mnie to nie dziwiło. Wokół roiło się od potworów i każda wycieczka poza teren stacji mogła się skończyć śmiercią. Nawet tu, głęboko pod ziemią, słychać było ich złowrogie porykiwania i warczenie. Sufit trząsł się od kroków potężnych mutacji, podobnych do tej, którą spotkaliśmy na drodze do Paryża.

Nim którykolwiek z moich towarzyszy zdążył otworzyć usta, rzuciłam się w stronę łazienki i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Przeszedł mnie dreszcz niepokoju, kiedy dotarły do mnie dwa, niemal zsynchronizowane westchnięcia. Zaczynało mnie to przerażać, jak bardzo byli do siebie podobni, i denerwować, że nie zauważyłam tego wcześniej.

Przed oczami stanął mi obraz Nicoli w samochodzie. Jego uśmiech zdawał się obiecywać coś, czego mogłabym żałować. Miałam wrażenie, że podobny dostrzegłam u Ezry, jednak jego mimika nie była tak ekspresyjna, jak trimisa, i ciężej było mi cokolwiek wyczytać z jego twarzy.

Rozebrałam się, po czym wskoczyłam pod prysznic. Woda nie była jakoś szczególnie gorąca, ale wystarczająco ciepła, by zmyć z siebie pot i brud całego tego dnia. Przymknęłam powieki i włożyłam głowę pod strumień. W kontakcie z ciepłą wodą na moich zmarzniętych ramionach pojawiła się gęsia skórka. Sięgnęłam po szare mydło i cała się namydliłam. Cieszyłam się, że zmyję z siebie zapach Nicoli. Miałam wrażenie, że osiadł na moim ciele, przykleił się i nie chciał w żaden sposób ulotnić.

Nie przesadzałam ze staniem pod prysznicem. Umyłam się szybko, a potem zawinęłam się w ręcznik. Lustro na ścianie nad umywalką zaparowało. Stanęłam naprzeciw, byłam tylko biało-czarną plamą na tle szarej, betonowej ściany. Przetarłam taflę dłonią i spojrzałam na swoje zniekształcone odbicie.

Nie wyglądałam źle, choć na pewno miałam w swoim życiu lepsze momenty. Zmęczenie odznaczało się wyraźnie na mojej twarzy w postaci sinych okręgów wokół oczu. Wachlarz gęstych rzęs ginął pod rażącym blaskiem płynnego miodu kotłującego się w tęczówkach. Przygryzłam dolną wargę, miałam wrażenie, że moje policzki zapadły się nieco, a skórze brakuje nawodnienia.

Odcisnęłam włosy w ręcznik i przeczesałam je palcami. Wciąż były mocne i gęste, choć byłam pewna, że w końcu zaczną mi wypadać ze stresu i nerwów. Rozejrzałam się po łazience, ale nie było w niej żadnej szafki, w której teoretycznie mogły znajdować się jakieś ubrania. Miałam nadzieję, że Ezra przyniósł moją torbę z SUV-a i będę w końcu mogła założyć własne ciuchy.

Weszłam do salonu i zamarłam. Powoli skanowałam wzrokiem otoczenie. Niewielki aneks z okrągłym stołem i dwoma krzesłami po lewej, tuż obok kanapa, ława i komoda. W rogu stał niewielki kwiatek i wołał o choć odrobinę wody, zanim całkiem zwiędnie. Po prawej drzwi do kolejnego pokoju.

Zaniepokoił mnie brak towarzyszy i ta nieprzenikniona cisza. W pierwszym odruchu trimis w moim wnętrzu szarpnął się niespokojnie. Przymknęłam powieki i wsłuchałam się w ten pozorny spokój. Gdzieś z oddali docierał do mnie szum wody, kroki stłumione grubą, betonową podłogą, jakieś niezrozumiałe rozmowy przyciszonymi głosami. Moją uwagę zwrócił szelest, docierał zza drzwi prowadzących do sypialni.

Ruszyłam w tamtą stronę. Nie określiliśmy, kto gdzie miał spać, i nie za bardzo wiedziałam, jak rozwiązać ten problem. Miałam nadzieję, że porozmawiamy o tym, jak doprowadzimy się wszyscy do porządku. Nie spodziewałam się, że rozproszymy się w jednej chwili.

Otworzyłam drzwi z impetem. Drugą ręką przytrzymałam ręcznik na piersiach, żeby się ze mnie nie zsunął. Stanęłam jak wryta, déja vu uderzyło mnie w twarz niczym obuch.

Nicola odwrócił się w moją stronę. Mokre kosmyki ciemnych włosów poruszyły się, drobne krople wody opadły na nagie ramiona i tors trimisa. Widocznie wziął prysznic gdzieś indziej. Moją uwagę przyciągnęła blizna nieco poniżej splotu słonecznego mężczyzny. Przełknęłam nerwowo ślinę.

Przed oczami stanęło mi wspomnienie, które Ezra odebrał Russeau. Nie znałam genezy tamtego wydarzenia, ale mogłam się domyślić, że również było moją winą. Zjechałam spojrzeniem nieco niżej, na umięśniony brzuch i krawędź ręcznika przewieszonego przez biodra. Nie wiedziałam, co za boska moc sprawiła, że nie przygryzłam wargi na wspomnienie tego, co się pod nim skrywało, ale dziękowałam jej za to.

Na twarzy trimisa zagościł ten charakterystyczny uśmieszek, o którym w tej chwili nie wiedziałam, co powinnam myśleć. Podszedł do łóżka, po czym usiadł na jego krawędzi. Wciąż nie spuszczał ze mnie wzroku. Podparł się z tyłu rękami. Ręcznik rozsunął się nieznacznie, kiedy poprawiał pozycję. Odwróciłam wzrok. Zaczynałam się rumienić.

Nerwowo przeczesałam włosy palcami. Dziwne uczucie zaległo gdzieś w okolicy moich trzewi i sunęło leniwie do góry, jakby zamierzało zacisnąć swoje szpony na klatce piersiowej. Miałam wrażenie, że zaraz stanie się coś, czego w tym momencie wcale się nie spodziewam.

- Gdzie Ezra? - zapytałam. Odchrząknęłam, kiedy usłyszałam swój niepewny głos. Nie wiedziałam, czy to trimis tak na mnie działał, czy moje emocje wyrwały się do przodu z niedoboru snu i stresu.

- Jestem tu. - Usłyszałam nad uchem.

Podskoczyłam przestraszona. Nie spodziewałam się, że będzie tuż za mną. Czyżby Dubois tak mocno rozproszył moją uwagę?

Zerknęłam na hakera przelotnie. Przynajmniej chciałam, bo nagi tors mężczyzny i zszyta rana przy żebrach skutecznie skupiły mój wzrok. Oblizałam usta, gdy spojrzeniem zjechałam niżej na wyraźne wcięcia przy kościach biodrowych. Tego już nie udało mi się powstrzymać.

Nie było dobrze. Jedno nagie męskie ciało wprowadzało moją duszę w lekkie drgania. Dwa to zdecydowanie zbyt wiele, szczególnie że zarówno trimis, jak i haker działali na mnie oszałamiająco. Każdy na swój wysublimowany sposób, co nie zmieniało faktu, że podwójna dawka półnagich sylwetek sprawiała, że ślina napływała mi do ust.

Ezra oparł się o futrynę i założył ręce na piersi. Zmierzył mnie spojrzeniem od góry do dołu, kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Dezorientacja ogarnęła mój umysł. Poczułam, jak zaczynają drżeć mi nogi, nie wiedziałam, czy ze strachu czy z ekscytacji. Intuicja podpowiadała mi, że chodzi zdecydowanie o to drugie.

- O-o co chodzi? - Cofnęłam się o krok. Przeskakiwałam wzrokiem między mężczyznami. Dziwny niepokój rozgościł się w moim wnętrzu, w powietrzu natomiast dało się wyczuć wyraźne napięcie.

- Chciałaś mieć jasność chociaż co do jednej rzeczy, mon chéri - powiedział Nicola, czym zwrócił na siebie moją uwagę. Zmarszczyłam brwi. Oczywiście, że chciałam, nie cierpiałam tego stanu, w którym żyłam od kilku tygodni. Życie między nimi dwoma doprowadzało mnie do szału.

- Jest jedna rzecz, z którą nie musimy czekać, aż odzyskasz wspomnienia - kontynuował Ezra. Przełknęłam ślinę, bo zaczynałam się domyślać, o co mogło chodzić.

- Nie wiem, czy dziś jest na to dobry dzień. - Wciągnęłam powietrze głośno w płuca, gdy usłyszałam swój piskliwy ton. Z ust mężczyzn równocześnie wyrwało się krótkie parsknięcie.

- Sprawdzimy? - Brew Nicoli poszybowała do góry. Znów się cofnęłam, ale za moimi plecami pojawiła się ściana. Po chwili moje ciało ogarnęło to charakterystyczne uczucie, którego doświadczyłam, kiedy Dubois po raz pierwszy użył na mnie swoich mocy.

Boże...

TAK!

Chciałam to wykrzyczeć, mieć w końcu pewność, lecz z moich ust wydostało się coś zupełnie innego.

- Ezra? - Spojrzałam na niego. Haker jedynie kiwnął głową. Wydawało mi się to niewłaściwe i abstrakcyjne. Czułam narastający stres w swoim wnętrzu, ale tylko przez chwilę. Dostrzegłam tę delikatną, złotą powłokę, która sunęła po mojej skórze, a potem wsiąknęła w nią i odpędziła negatywne emocje w ułamku sekundy.

Nagle świat zawirował albo tak mi się wydawało. Drgnęłam, kiedy niespodziewanie wyrósł przed moimi oczami tors Nicoli. Uniosłam podbródek, by móc spojrzeć na jego twarz. Nic nie potrafiłam z niej wyczytać, stał się dla mnie jedną wielką tajemnicą, zagadką, której nie byłam w stanie tak szybko rozwiązać, jak przedtem. Objął mnie jedną ręką w talii, drugą ujął mój podbródek i przyciągnął do siebie. Musiałam wspiąć się na palce, by nie lewitować w powietrzu.

Jego dłoń zsunęła się niżej, na mój pośladek. Zacisnął na nim boleśnie palce. Z gardła chciało się wydobyć syknięcie, lecz Nicola przywarł do mnie ustami i zdusił je, zanim zdołało ulecieć w przestrzeń. Zachłysnęłam się tym. To wydarzyło się tak szybko, że zanim przetrawiłam informacje, czułam na sobie tylko wargi trimisa.

Nie zdążyłam zaczerpnąć powietrza. Moje ciało pokryła gęsia skórka, a krew odpłynęła gdzieś w okolice trzewi. Nicola przesunął dłoń z brody na mój kark. Złapał moje włosy w garść i pociągnął gwałtownie do tyłu. Syknęłam z bólu przeplecionego nutką przyjemności. Odchyliłam głowę i rozchyliłam usta. Trimis pogłębił pocałunek. Przymknęłam powieki. Czułam, jak wargi mężczyzny rozciągają się w uśmiechu.

W końcu się poddałam, oddałam pieszczotę napędzana coraz większym pożądaniem. Czułam na sobie palący wzrok drugiego mężczyzny. Niespodziewany dreszcz przebiegł przez mój kręgosłup, kiedy dotarło do mnie, że cały czas na nas patrzył.

Nicola złapał mnie poniżej pośladka i sprawnym ruchem uniósł do góry. Mimowolnie oplotłam nogi wokół jego bioder. Przywarł do mnie całym ciałem. Wciąż nie odrywał ode mnie swoich ust, badał dokładnie, zachłannie, jakby robił to po raz pierwszy. Każda moja komórka łaknęła jego dotyku. Nie potrafiłam z tym walczyć, skóra mrowiła w miejscach, w których się stykaliśmy.

- Och, Madeleine, moja droga... - Dotarło do mojego umysłu. - Wiedziałem, że zgodzisz się na to z ochotą, ale nie sądziłem, że nastąpi to tak szybko.

Zignorowałam jawny przytyk, choć głosik w mojej głowie zakwilił cichutko, że ta sytuacja nie powinna mieć miejsca. Zbyt dobrze mi się zrobiło.

Objęłam rękami jego szyję. Ręcznik zsunął się z moich piersi, ale w tym momencie przestało mi to przeszkadzać. Nicola zabrał dłoń z moich włosów. Przesuwał powoli palcami po kręgosłupie. Miałam wrażenie, że skóra pali w miejscach, w których zostawiał ślady swoich chłodnych palców.

Niespodziewanie przerwał pocałunek. Przycisnął całą dłoń do moich pleców. Przeszedł mnie dreszcz. Wygięłam się w łuk, przez co przywarłam piersiami do nagiego torsu. Trimis pochylał się nade mną. Wpatrywał się we mnie czarnymi jak otchłań tęczówkami. Przeszywał mnie na wskroś.

- Więc powiedz mi, skarbie - wymruczał prosto w moje wargi, był tak blisko, że czułam kształty liter na swoich ustach, kiedy wymawiał te słowa. - Chcesz mieć jasność chociaż w jednej kwestii?

Zadrżałam. Wypuściłam z płuc powietrze. Spojrzałam mu w oczy i modliłam się, by wyczytał z nich cokolwiek, bo nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Spokój, jaki osiągnęłam dzięki jego sztuczkom, mieszał się z rosnącym pożądaniem. Nie byłam w stanie się mu oprzeć, chciałam, by mnie całował i błądził palcami po moim ciele przez całą wieczność.

Chyba do niego dotarło, bo ułamek sekundy później znów wpił się w moje usta. Odsunęliśmy się od ściany. Dubois lekko obrócił się ze mną w ramionach, jakbym nic nie ważyła. Jeśli jego krokom towarzyszyły jakieś dźwięki, to ich nie słyszałam. Szum krwi w uszach skutecznie mi to uniemożliwiał, szczególnie przy akompaniamencie szalejącego serca.

A tłukło się wściekle. Trimis w moim wnętrzu szarpał się równie mocno, jakby czekał na ten moment od dawna. Przy każdym spotkaniu z Duboisem czułam to specyficzne napięcie, wisiało w powietrzu, gromadziło się i szukało ujścia przy bliższym kontakcie. Moje ciało ochoczo oddawało się w jego posiadanie przy nawet najmniejszym muśnięciu skóra o skórę. Mogłam z tym walczyć lub się temu poddać. Mając świadomość, co między nami było wcześniej, doszłam do wniosku, że choć raz nie pójdę pod prąd.

Dubois pochylił się nieznacznie. Jego ręce zniknęły z mojego ciała, lecz już po chwili oplotły mnie drugie i przyciągnęły do rozgrzanego torsu. W nozdrza uderzyła ostra woń cedru. Zaciągnęłam się tym zapachem. Odchyliłam głowę do tyłu, kiedy miękkie, gorące usta Ezry wylądowały w zgięciu mojej szyi. Jęknęłam przeciągle, uwielbiałam, gdy składał pocałunki w tym miejscu, i wiedziałam, że on sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Sunął powoli palcami po obu stronach mojego ciała. Czułam, jak kładzie je we wgłębieniach między żebrami, skórę oblała gęsia skórka, a po kręgosłupie przeszedł kolejny dreszcz. Ezra dotarł do moich piersi i ścisnął je delikatnie, wciąż wodząc rozchylonymi wargami po szyi i ramieniu. Zawsze, kiedy to robił, miałam wrażenie, że odlatuję gdzieś wysoko ponad atmosferę.

Wciągnęłam haust powietrza w płuca, gdy poczułam drugą parę rąk na swoich udach.

Uchyliłam powieki. Palące spojrzenie Nicoli przeszywało mnie na wskroś. Popadłam w lekkie przerażenie, widząc głód w jego oczach. Dawał mi jasno do zrozumienia, jak długo czekał na tę okazję i nie zamierzał jej zmarnować. Uśmiechał się subtelnie, wodząc oczami po moim nagim ciele. Pozbawił mnie już ręcznika, dlatego tym razem rozbierał moją duszę na kawałki, rozkładał ją atom po atomie i składał na nowo, by za chwilę zrobić to samo. Drżałam pod wpływem dotyku chłodnych palców, tak bardzo kontrastującym z ognistym spojrzeniem.

Abstrakcyjność sytuacji uderzyła we mnie w tym samym momencie, w którym Cohen złapał między palce moje nabrzmiałe sutki. Z moich ust wyrwało się westchnienie. Ciepłe powietrze omiotło płatek mojego ucha. Przesunął prawą dłoń do góry, palcem wskazującym dotknął krawędzi żuchwy i zmusił mnie do przechylenia głowy w jego stronę.

Spojrzałam mu w oczy. Błyszczały, jak za każdym razem, kiedy mieliśmy wylądować w łóżku. Obiecywały niesamowite przeżycia i niemal narkotyczne uniesienia, i nie zdarzyło się, by kiedykolwiek w tej kwestii kłamały. Na ustach Ezry błądził tajemniczy uśmieszek. Przysunął się do mnie i musnął ustami moją dolną wargę.

- Zrelaksuj się, Madness - szepnął. Moja mina musiała być przezabawna, bo parsknął rozbawiony i pokręcił głową. Oblizał usta. Pewniej chwycił moją twarz, po czym wpił się w wargi tak mocno, że zabrakło mi tchu.

Relaksowanie się w momencie, w którym dobierało się do mnie dwóch piekielnie przystojnych facetów, nie było najłatwiejszą rzeczą do zrobienia. Miałam wrażenie, że oszaleję z nadmiaru emocji, jakie kotłowały się pod moją skórą. Każde, nawet najdrobniejsze muśnięcie ust czy palców któregoś z nich, przyprawiały mnie o obłęd i niekontrolowane drżenie mięśni. Żar w podbrzuszu zaczynał trawić wnętrzności, myślałam, że dostanę orgazmu od samej pozycji, w której się znajdowaliśmy.

- Jesteś gotowa, mon chéri? - Usłyszałam gdzieś na krawędzi własnej świadomości.

Oczywiście, że nie byłam gotowa. Cały czas kręciło mi się w głowie, mrowił mnie każdy fragment skóry, a włoski stawały dęba nawet przy najmniejszym ruchu.

Dłoń Ezry ocierała się o moje nabrzmiałe z podniecenia sutki. Nie mogłam powstrzymać żadnego westchnienia, jakie uciekało z moich ust. Przyjmował każde niemal z nabożną satysfakcją i tylko ręce Nicoli błądzące po moich drżących udach sprawiały, że nie mogłam unieść powiek, by spojrzeć na hakera.

Szarpnęłam się, kiedy niespodziewanie wargi Nicoli znalazły się niebezpiecznie blisko zbiegu moich ud. Poczułam jego smukłe palce nieco poniżej pępka. Przycisnął mnie do twardego materaca, jakby myślał, że zaraz ucieknę.

Nawet jeśli przeszło mi to przez myśl, to nie byłabym w stanie biec. Nogi miałam jak z waty.

Muskał delikatnie gorącymi ustami skórę po wewnętrznej stronie ud. Gdyby nie całujący mnie Ezra, przygryzłabym dolną wargę. Wszystkie moje mięśnie spięły się, kiedy Dubois złapał między zęby fragment miękkiego ciała. Wiódł językiem coraz niżej, zostawiając po drodze mokre, palące ślady. Dłoń trimisa przesunęła się z mojego brzucha na wzgórek łonowy. Drżałam przy każdym ruchu, miałam wrażenie, że robi to niesamowicie powoli, doprowadzając mnie tym samym do czystej pasji.

Nagle usta Ezry oderwały się od moich. Przyssał się do mojej szyi tuż pod krawędzią żuchwy. Wytyczał ścieżkę w dół po przeciwnej stronie do Nicoli. Siła obu doznań dosłownie zmiotła mnie z planszy. Powoli traciłam nad sobą kontrolę.

Dłoń Ezry zniknęła z mojej piersi, zastąpiona wprawnymi ruchami warg hakera. Jęknęłam przeciągle i wygięłam się w łuk. Wciąż opierałam się o niego, ale coraz trudniej było utrzymać taką pozycję. Zsunęłam się nieco niżej. Ezra również się poprawił, dzięki czemu mogłam oprzeć bark o jego kolano. Poczułam na plecach wzwód, ukryty pod materiałem ręcznika.

Jezu Chryste.

W tej samej chwili Dubois przejechał zimnymi palcami po mojej łechtaczce. Szarpnęłam się niekontrolowanie, ale Cohen objął mnie i unieruchomił, przytrzymując mocno drugą pierś. Przygryzłam wargi, chcąc powstrzymać kolejny jęk. Palce trimisa zjechały niżej, zatrzymały się tuż przy moim wejściu. Nie byłam do końca pewna, ale chyba usłyszałam parsknięcie, przebijało się nieśmiało przez szaleńcze bicie serca. Podmuch ciepłego powietrza owiał moje łono. Zadrżałam, po kręgosłupie przeszedł prąd i zatrzymał się dopiero w czubkach palców u stóp.

Syknęłam zaskoczona, kiedy Dubois przyłożył usta do mojej łechtaczki. Palce Ezry natychmiast znalazły się na moich wargach. Oderwał się od mojej piersi, zerknął przelotnie na drugiego mężczyznę, by za chwilę skupić na mnie błyszczące oczy.

- Cii, Maddie - szepnął, przysuwając się do mojego ucha. Właściwie to widziałam kątem oka jedynie, jak mięśnie na jego twarzy się poruszają; jeśli cokolwiek mówił, to pozostawało to poza zasięgiem moich uszu.

Jeszcze ktoś mógł nas usłyszeć.

Ezra nie czekał na żadną odpowiedź. Znów wytyczył ścieżkę od mojej szyi aż do piersi, drugą ściskał co jakiś czas, czym doprowadzał mnie do szaleństwa.

Nie mogłam się dłużej powstrzymywać. Sprawny język Nicoli miażdżył moją duszę doszczętnie. Wiłam się pod wpływem jego dotyku, a ucisk w dołku stawał się coraz silniejszy. Mocno przytrzymywał moje nogi, bym nie mogła ich złączyć. Zaciskał długie palce na rozgrzanej skórze i byłam pewna, że zobaczę w tamtym miejscu siniaki.

Nie musiałam długo czekać na orgazm. Stymulacja z dwóch stron szybko poskładała mnie jak domek z kart. W mgnieniu oka rozpadłam się w przypływie czystej ekstazy i nawet dłoń Ezry nie powstrzymała krzyku, który wydobył się z mojej piersi.

Przymknęłam powieki. Całkowicie opadłam z sił i gdyby nie to, że haker przytrzymywał mnie mocno, rozpłynęłabym się i wsiąknęła w materac w ciągu chwili.

- Och, skarbie. To jeszcze nie koniec. - Dotarło do mnie gdzieś na pograniczu świadomości. Próbowałam otworzyć oczy, jednak nie miałam na to siły. Uchyliłam je tylko nieznacznie, ale wystarczająco, by zobaczyć, jak Ezra wyswobadza się spode mnie i na jeden krótki moment odsłania Duboisa klęczącego między moimi nogami.

Osunęłam się całkowicie na materac. Przełknęłam głośno ślinę, gdy moim oczom ukazał się nagi trimis z brodą błyszczącą od orgazmu, którego chwilę wcześniej doznałam. Wpatrywał się we mnie świdrującym spojrzeniem, usta miał wykrzywione w triumfalnym uśmiechu. Ręcznik zniknął z jego bioder i mogłam podziwiać mężczyznę w całej okazałości.

A było co podziwiać.

Jego spojrzenie w okamgnieniu stało się chłodne. Niespodziewanie wszedł we mnie jednym, szybkim ruchem. Jęknęłam głośno, moje ciało wygięło się jeszcze bardziej niż wcześniej, kiedy poczułam go całego. Jego własne spięło się, uwydatniając tym samym mięśnie na brzuchu. Chwycił moje biodra i zacisnął na nich palce tak mocno, że wywołało to kolejny, niekontrolowany jęk bólu wymieszanego z przyjemnością.

Lawirowałam gdzieś na granicy wszystkiego. Cohen ujął mój nadgarstek, po czym poprowadził w stronę swojego nabrzmiałego członka. Objęłam go, zaczęłam wykonywać posuwiste ruchy w górę i w dół. Haker sapnął, zmarszczył brwi i przymknął powieki. Mięśnie jego szczęki zacisnęły się, a te na brzuchu i ramionach napięły. Jego palce sprawnie przesuwały się od mojej piersi do pępka, aż w końcu zatrzymały się na najbardziej wrażliwym miejscu w moim ciele. Zaczął wykonywać okrężne ruchy na mojej łechtaczce.

Myślałam, że mnie popierdoli.

Wiłam się, jakbym była przypalana żywym ogniem. Czułam, jak zaciskam się na Nicoli, doznania były potęgowane przez palce Ezry. Tylko po nacisku na łechtaczkę wiedziałam, że jemu też jest wyjątkowo dobrze. Żadne z nas już nie zwracało uwagi na głośne jęki czy posapywania. Jeśli ktokolwiek nas słyszał, to nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia.

Przyjemność i ekstaza mieszały się z bólem, kiedy nadchodził kolejny orgazm. Nicola przytrzymywał mnie mocno przy materacu, nie mogłam poruszyć biodrami, by przyspieszyć spełnienie. Czułam, że eksploduję, jeśli za chwilę go nie osiągnę. Zarówno haker, jak i trimis bawili się wyśmienicie, torturując mnie przeciąganiem tego momentu.

Wszystko wydawało się zamglone, świat uciekł gdzieś daleko, odgrodził nas od siebie grubą taflą mlecznej szyby. Nie byłam w stanie pojąć, jak bardzo zsynchronizowały się ruchy całej naszej trójki.

W końcu to poczułam. Orgazm nadszedł niczym wodospad. Silne doznanie sprawiło, że wydałam z siebie głośny krzyk. Zacisnęłam palce na penisie Cohena mocniej, jego ciałem wstrząsnął silny dreszcz. Zacisnął zęby na wrażliwym sutku. Ciepła ciecz spłynęła na wierzch mojej dłoni.

Nie minęła chwila, krótsza niż jeden oddech, a Nicola również jęknął przeciągle. Zgiął się wpół, wbił kciuki w moje podbrzusze, kiedy orgazm targnął jego mokrym od potu ciałem.

Oddychałam ciężko. Przyłożyłam rękę do czoła, było wilgotne. Serce waliło tak, jakbym przebiegła maraton, nie mogłam złapać tchu.

Ezra przyłożył czoło do mojego brzucha. Oddychał przez usta, równie szybko co ja. Niemal słyszałam, jak jego serce obija się o żebra. Nicola opadł wykończony na materac obok. Rozłożył ręce na boki, podniosłam głowę, by mógł włożyć pod nią jedno ramię. Z jego twarzy nie schodził zadowolony uśmieszek.

Jak wcześniej sprawiał, że mnie podniecał, tak teraz miałam ochotę dać mu przez to w mordę.

I dałabym, gdybym nie była aż tak załatwiona. Ręką odszukałam głowę Ezry, wplotłam palce w ciemne włosy. Przyłożył policzek do mojego brzucha i otoczył ramieniem. Na twarzy poczułam delikatny dotyk trimisa. Wodził opuszkami po mojej skórze, sprawiając, że obsypała mnie gęsia skórka.

- Ezra, podobno nie lubisz się dzielić - szepnęłam, nie miałam siły mówić głośniej. Poza tym gardło wyschło mi na wiór od krzyczenia.

- Tym razem musiałem. Przegrałem w uczciwej walce - mruknął.

Zmarszczyłam brwi.

- Jakiej walce?

- Papier bije kamień - odparł Nicola. Uniósł drugą rękę z palcami rozstawionymi szeroko.

- Co proszę? - Podniosłam się na łokciach. Obaj spojrzeli na mnie, a na ich ustach majaczyły złośliwe uśmieszki. - Graliście w kamień, papier, nożyce, żeby zdecydować o...

- Tak - powiedzieli zgodnie. Znów niemal w tym samym momencie.

Krew odpłynęła mi z twarzy. Nie mogłam w to uwierzyć. Miałam ochotę się wściec. Gdybym tylko miała na to siłę. Opadłam z powrotem na materac i ukryłam twarz w dłoniach.

Najbliższe dni zapowiadały się cudownie. Nie miałam pojęcia, czy to ironia czy ekscytacja.

Rozdział 19

Miałam wrażenie, że podczas śniadania każdy na mnie patrzył. Czułam na plecach spojrzenia wszystkich znajdujących się w części jadalnej. Nie zastanawiałam się, jak grube w tym miejscu są ściany, ani czy wydawałam z siebie nadzwyczajnie wysokie dźwięki. Jednak wyglądało na to, że każdy w tej pieprzonej stacji mnie słyszał.

Na samą myśl o tym, co wyprawialiśmy poprzedniej nocy, robiło mi się gorąco. Przyłożyłam ręce do policzków, łokcie oparłam o blat stołu i ukryłam twarz pod kaskadą włosów. Miałam przeogromny problem z tym, by je rozczesać. Może gdyby później Ezra nie ciągnął za nie tak mocno...

Jęknęłam, gdy dotarło do mnie, że to powtórzyliśmy.

Próbowałam to w jakiś sposób poukładać. Wyznaczyłam sobie piekielnie trudne zadanie, większość tamtej nocy pamiętałam jak przez mgłę. Jakbym oglądała urywki z filmu i próbowała je poskładać w jedną, logiczną całość. Nie dało się, nie miałam takiej mocy sprawczej. Szok i niedowierzanie odebrały mi zdolność logicznego myślenia i uporządkowania tego w jakiejś konkretnej, chronologicznej kolejności.

Przede wszystkim czułam dziwny niepokój. Poczucie, że to wszystko nie było prawdziwe, osiadło na mojej skórze ciężkim, oleistym filmem. Nawet gorąca woda przy porannym prysznicu nie zmyła nieprzyjemnego doznania. To wszystko było zbyt zamglone, niejasne, ale zrzucałam to na karb zmęczenia i emocjonalnych uniesień.

Ławka, na której siedziałam, kiwnęła się do przodu, kiedy obok mnie ktoś usiadł. Zerknęłam kątem oka na przybysza i westchnęłam z ulgą, gdy okazało się, że to haker. Poprawił okulary, oparł ręce o blat i posłał mi łagodny uśmiech.

- Jak tam, Sinclair? - zapytał. Chryste, myślałam, że spalę się ze wstydu. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio miałam takie zakwasy. - Czy sprawa naszej relacji nabrała dla ciebie sensu?

- Wciąż się nad tym zastanawiam... - mruknęłam, zakryłam usta dłonią, by nie dostrzegł uśmiechu krążącego w kącikach. Granie było łatwiejsze niż tłumaczenie mu, dlaczego wciąż tego nie czułam.

W jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Przysunął się bliżej, jego dłoń wylądowała u dołu moich pleców. Pochylił się nad moim uchem, ciepły oddech omiótł płatek. Żołądek podjechał mi do gardła.

- Byliśmy za mało przekonujący?

- Och, Ezra, kotku, byliście bardzo przekonujący. - Mój głos drżał tak bardzo, że zastanawiałam się, czy na pewno należy do mnie.

Nie mogłam zaprzeczyć. Udało im się, to jedno musiałam przyznać, że mimo moich wątpliwości to wszystko miało swego rodzaju sens. W bardzo dosadny sposób pokazali mi, dlaczego tkwiliśmy w tym trójkącie i dlaczego oni się na to tak ochoczo godzili. Doprowadzanie mnie na skraj wytrzymałości przynosiło im niesamowitą satysfakcję, ale oprócz nieziemskiego seksu, dostrzegałam w tym coś więcej.

Byli jak jeden organizm. Dopełniali się idealnie, ich ruchy były zsynchronizowane do takiego stopnia, że mogłabym siedzieć i po prostu to podziwiać. Jakby ktoś pomieszał ich charaktery. Podejrzewałam, że przekładało się to również na ich współpracę w terenie i niebawem mogłam się o tym przekonać.

To, że Ezra był świetnym kochankiem, to po prostu fakt. Równie dobry z niego towarzysz broni - jego analityczny, szybki mózg pozwalał sprawnie ocenić sytuację i ułożyć plan działania. Nie zastanawiał się zbyt długo, przetwarzał informacje i robił to, co należało. Niesamowicie to w nim ceniłam.

Natomiast Nicola... Widziałam, co potrafił. Wciąż wracałam myślami do wydarzeń na nabrzeżu i jego sylwetki skąpanej we krwi. Perfekcyjnie posługiwał się mocą trimisa, osiągnął poziom, o którym ja mogłam jedynie pomarzyć. Nie miał prawa jazdy, bo potrafił się przemieszczać dzięki naturalnym zdolnościom. Doskonale wtapiał się w tło, nie potrzebował słów, perfekcyjnie przewidywał ruchy przeciwników. Nie przeszedł takiego treningu jak ja czy Ezra, a mimo to był świetnie przygotowany do walki. Wciąż pracował nad eksperymentami i lekami, które wspólnie opracowaliśmy w przeszłości.

Razem z Cohenem Dubois tworzył dobrze działający zespół, ich siatki kontaktów przeplatały się i współpracowały bez zgrzytów czy niepotrzebnych niesnasek. Nicola kierował głównie trimisami, Cohen zwykłymi ludźmi. Jednak mogli żyć w symbiozie. Nie trzeba było nikogo eliminować.

Wciąż nie wiedziałam, co sądzić o Duboisie. Kiedy moje myśli schodziły na niego, od razu robiło mi się gorąco. Traktowanie go jak sprzymierzeńca, nie wroga, było ciężkim zadaniem. Wciąż z tyłu głowy miałam nauki Russeau, nie mogłam się ich pozbyć, a przynajmniej nie tak szybko, jak by wszyscy ode mnie tego oczekiwali. Byłam pewna, że sam seks nie załatwi sprawy.

Dłoń Ezry na moim policzku skutecznie wyrwała mnie z potoku myśli. Spojrzałam na niego. Czułam, że jego skóra była wyjątkowo chłodna w porównaniu z moją. I chwała mu za to - ktoś musiał ostudzić żar, który zaczął się kotłować w moim wnętrzu.

- Gdzie uciekłaś? - zapytał. Jego kształtna, ciemna brew uniosła się nieznacznie. Posłałam mu blady uśmiech.

- Wciąż nie wiem, co o tym wszystkim sądzić - mruknęłam, moje ramiona opadły. Wbiłam spojrzenie w talerz z jedzeniem i choć kiszki grały mi marsza, nie byłam pewna, czy w ogóle je tknę.

Ezra jakby czytał mi w myślach. Sięgnął po widelec i nawinął na niego makaron spaghetti.

- Niczego sobie nie narzucaj, Mad. Sam nie jestem do końca pewny, czy to odpowiedni moment. - Zamyślił się. Spojrzał ponad moim ramieniem; odwróciłam się, ale nikogo tam nie dostrzegłam, oprócz członków jednostki wojskowej. - Pobawiliśmy się, ale są rzeczy ważniejsze niż łóżkowe igraszki.

Zaśmiałam się.

- Jasne. Było nieźle.

Ezra zamrugał zaskoczony.

- Nieźle? - powtórzył za mną.

Ledwo powstrzymywałam wypływający na usta uśmiech. Byli świetni, ale nie mogłam im przecież tego powiedzieć. Nicola i tak chodził z wyjątkowo mocno nadmuchanym ego.

Jak na zawołanie pojawił się po drugiej stronie stołu. Tym razem nawet nie drgnęłam. Gdzieś w podświadomości wyczułam jego moc, otuliła mnie niczym miękki koc, a tuż za nią nadszedł intensywnie orzeźwiający zapach cytrusów. Usta Nicoli rozciągnęły się w uśmiechu, choć to chyba ogromne niedopowiedzenie. On najzwyczajniej w świecie szczerzył się na okrągło i mogłam policzyć na palcach jednej ręki, kiedy tego nie robił.

Zlustrował naszą dwójkę, przelotnie spojrzał na nieruszony posiłek i przez ułamek sekundy na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Nie skomentował tego w żaden sposób. Zatrzymał się na dłużej przy niedowierzającym obliczu Cohena.

- Co? - Trimis zmarszczył brwi.

- Powiedziała, że było nieźle - odparł Ezra. Widelec wylądował z powrotem na tacy z głośnym brzękiem, haker splótł ręce na piersi. Nicola otworzył usta i spojrzał na mnie równie szeroko rozwartymi oczami. Złapał się teatralnym gestem za pierś.

- Mon chéri! - zawodził. - Jak możesz?!

- Co nie? - wtórował mu Cohen.

Przewróciłam oczami. Kątem oka widziałam, jak żołnierze odwracają głowy w naszą stronę. Zakryłam oczy ręką i pochyliłam się nad jedzeniem.

- Pajace - wycedziłam. Przejechałam językiem po zębach. Modliłam się w duchu, żeby nie ciągnęli tego dalej. Prośby zostały wysłuchane.

- Chętnie byśmy naprawili swój błąd. - Nicola poprawił pozycję, łokciami oparł się ponownie o blat, po czym nachylił się nad stołem. - Nie mamy na to jednak czasu. Rozmawiałem z Bordeaux.

Ezra natychmiast spoważniał. Sama się wyprostowałam, wyczuwałam w słowach trimisa nutę powagi. Odznaczała się również na jego twarzy, bo w jednej chwili figlarny uśmiech i rozbawiony błysk w oku zniknęły.

- Coś nowego? - Haker natychmiast sięgnął do kieszeni na piersi i wyciągnął telefon.

- Poranny patrol dostrzegł kordon opancerzonych samochodów kierujący się na północny wschód. Jechał za nimi tir.

- Russeau? - zapytałam, nerwowość wkradła się w mój ton.

Dubois pokiwał głową.

- Szybko się zregenerował. - Ezra poprawił okulary. Cholera, oznaczało to tylko jedno. - Muszę sprawdzić GPS, zobaczymy, jaką trasę wybrali, ale znając go, to tę najprostszą i najbezpieczniejszą.

- Przecież ten idiota nie pokwapi się zboczyć z najłatwiejszej ścieżki. - Nicola przewrócił oczami. - Pojedzie nabrzeżem, tam jest najmniejsza szansa na spotkanie mutacji. I drogi wciąż są naprawiane. Skoro ma ze sobą duży pojazd, musi liczyć się z tym, że w innych częściach autostrad mogą być spore ubytki w jezdni.

- Też tak uważam. Sprawdzę to tak czy inaczej. Nie możemy się na nich natknąć.

Milczałam. Znów ogarnęło mnie to dziwne uczucie, że nie przydam im się do niczego, jeśli się odezwę. Nie potrafiłam tak dobrze planować, stawiać zasadzek; przez ostatnie lata mojego życia jedyne, co robiłam, to tropienie i zabijanie. Nie opuszczałam Down Town, nie potrzebowałam znać map. Historię poznałam z książek, które sama znalazłam w miejskiej bibliotece, i zapewne lwia część z tych informacji była zwyczajną propagandą. Przynajmniej ta o pochodzeniu trimisów.

- Madeleine? - Dotarł do mnie głos Duboisa. Podniosłam głowę i spojrzałam na niego. - Dlaczego nie jesz?

- Straciłam apetyt - przyznałam zgodnie z prawdą. Im dłużej o tym wszystkim myślałam, tym większe zrezygnowanie mnie ogarniało. Trimis przechylił głowę i zmarszczył brwi.

- Jedz - sapnął. Mięśnie na jego szczęce poruszyły się nerwowo. Poczułam na udzie dłoń Ezry. Ścisnął je, dając mi tym samym do zrozumienia, że również nie odpuści. - Nie jadłaś od kilku dni - kontynuował Dubois. - Na razie trzyma cię przy życiu moc, ale w razie jakiegokolwiek zranienia nie będziesz miała nawet siły, by uciec.

Miałam ochotę wstać i wyjść. Cohen męczył mnie posiłkami nieustannie, ostatnie lata głównie on dbał o to, żeby moja lodówka nigdy nie była pusta, i zawsze, gdy przychodził, wciskał we mnie jedzenie. Cóż, w tej chwili już mnie to nie dziwiło. Wiedział o wiele więcej o mnie niż ja sama.

- Boże - jęknęłam, wznosząc oczy ku górze. - Czemu mnie pokarałeś nie jednym, a dwoma panikarzami?

Nie skomentowali moich słów. Cierpliwie czekali, aż złapię za sztućce. Westchnęłam głośno, żeby dać im do zrozumienia, jak bardzo nie podobała mi się ta nieuzasadniona nadopiekuńczość. Wolałam, kiedy się nie do końca lubiliśmy i było między nami mniej emocji. Bez nich było łatwiej.

Zajęłam się swoim posiłkiem. I tak nie miałam nic do powiedzenia, dlatego jedyna słuszna rzecz, jaką mogłam zrobić w tej sytuacji, to zjeść to przeklęte spaghetti.

- Jaki samochód dostaliśmy? - zapytał Ezra. Jego palce sprawnie poruszały się po wyświetlaczu telefonu.

- Wojskowy SUV, zatankowany do pełna. Twoje ulubione. - Trimis uśmiechnął się kącikiem ust. Ezra posłał mu krótkie, beznamiętne spojrzenie. - Wziąłem też trochę broni, w razie gdybyśmy się ponownie natknęli na takiego potwora, jak wcześniej.

Coś ścisnęło mnie w mostku. Wspomnienie tej ogromnej mutacji zalało mój umysł w mgnieniu oka.

- Co to za mutacja w ogóle? - Spojrzałam najpierw na jednego, potem na drugiego. Obaj wyraźnie się spięli. - Nigdy nie widziałam tak ogromnego potwora.

- Nie mam pojęcia. - Nicola wzruszył ramionami. - Nawet w piku3 przemian nie zarejestrowaliśmy tego typu okazów.

- Może mutacja dotyka też zwierzęta? - zasugerował Cohen. - Właściwie nie wiadomo, co się działo w głębi lądu. A to bydlę nie wyglądało na człowieka.

- I szybko odzyskiwało siły - dodałam trochę pewniej. Akurat na tym się znałam. - Kulka między oczy załatwiła sprawę dosłownie na chwilę. - Przygryzłam dolną wargę. - Po drodze może być tego więcej.

- Zapewne tak - zgodził się trimis. Wodził spojrzeniem gdzieś ponad naszymi ramionami. - Niezależnie od tego, jaką trasę wybierzemy, będzie prowadziła przez ląd. Dlatego powinniśmy być dobrze przygotowani, jeśli chcemy dojechać na miejsce w jednym kawałku. Ty powinnaś być. - Przyszpilił mnie twardym spojrzeniem.

Uniosłam brew.

- Dlaczego ja? - Założyłam ręce na piersi.

- Bo jeśli nie znajdziemy kodu, ktoś będzie musiał włamać się do walizki. - Wskazał Cohena. - Będzie wtedy bardzo mało czasu na ucieczkę.

Popatrzyłam na niego nierozumiejącym wzrokiem. Nicola westchnął przeciągle, mogłam wywnioskować, że zaczynała go irytować moja niewiedza.

- Dubois chce tylko powiedzieć, że te zabezpieczenia to twój autorski projekt - wyjaśnił Ezra. - Jeśli ktoś będzie chciał się tam dostać bez odpowiednich narzędzi, może skończyć marnie. W tym wypadku to my byśmy tak skończyli. Poza tym jesteś wyszkolona do tego, by zabijać potwory.

Doskonale rozumiałam, co chciał przez to przekazać. Madeleine Sinclair była pierdolnięta.

Sprawiłam zawód wielu osobom. Nie patrzyłam na konsekwencje, szłam po trupach do celu. Byleby wyszło na moje, bylebym dopięła swego. Sądząc po pokreślonych zapiskach w dokumentach, dbałam mocno o to, by za wiele informacji nie wyszło poza laboratorium, w którym pracowałam. Nie wiedziałam, czy to rzeczywiście moja sprawka, jednak kiedy powoli składałam obraz Madeleine-naukowczyni ze skrawków informacji, jakie do tej pory otrzymałam, wyglądało na to, że mogłam to zrobić, zanim Nicola pozbawił mnie wspomnień.

A potem? Potem mój umysł był katowany różnymi sposobami na to, by tylko wyeliminować cel. Nigdy nie potrzebowałam planu, bo zawsze wyglądał tak samo: odnaleźć miejsce pobytu i zabić. Tylko tyle i aż tyle. W przypadku ludzi czy demonów sprawa była banalnie prosta, problem powstawał w momencie, w którym pod nos podsuwano mi zdjęcie trimisa lub mutanta. Zlecenie na te dwie istoty wymagało trochę więcej przygotowania i broni, ale też nie stanowiło większego problemu.

Madeleine - maszyna do zabijania.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że niemal zazgrzytały. Sięgnęłam z powrotem do jedzenia i pochyliłam się nad tacą, żeby mój grymas nie został zauważony przez któregokolwiek z towarzyszy. Nawet pochłonięci rozmową i planowaniem naszych dalszych kroków, zauważali najdrobniejsze zmiany w moim zachowaniu.

Nie byłam do tego przyzwyczajona. Mimo całkiem bliskiej relacji z Ezrą wciąż pozostawałam wolnym duchem, samotnikiem, który działał na własną rękę. Myśl o tym, że oprócz własnego bezpieczeństwa, musiałam zadbać o dwie inne osoby, przytłaczała mnie. Poczułam na plecach coś ciężkiego, jakby ktoś ułożył na nich stos cegieł i dokładał kolejne, by przycisnąć mnie do ziemi.

W zamyśleniu przysłuchiwałam się ich rozmowie. Docierało do mnie co trzecie słowo. Mechanicznie kiwałam głową w odpowiednich momentach, byleby tylko się nie zorientowali, że myślami wędruję gdzieś w odmęty nieprzyjemnych dla mnie tematów. Nie chciałam już o tym rozmawiać.

Wolałam wejść w tryb zadaniowy. Odbębnić to, co najważniejsze, przemieścić się z jednego punktu do drugiego, zgarnąć wspomnienia i dowiedzieć się, jak powstrzymać Jean Luca. Skoro był na tyle silny, że była do tego potrzebna pomoc Duboisa, to co takiego należało zrobić?

 

***

 

Stanęłam przy otwartym bagażniku. Po lewej stronie znajdowała się torba wypełniona po brzegi bronią różnej maści. Nie zabrakło również tej białej - dwie katany spoczywały na wierzchu wciśnięte w eleganckie, skórzane pochwy.

Od razu przez mój umysł przeczołgało się wspomnienie zbrojowni w siedzibie Russeau. Lubiłam tam przebywać, szczególnie po wykonanej pracy. Czyszczenie broni i olejowanie noży sprawiało mi nie lada przyjemność. Mogłam po prostu nie myśleć o niczym, wyciszyć się, a potem całymi godzinami wpatrywać się w wysoką ścianę pełną ostrzy i błyszczących luf. Miało to w sobie nutkę artyzmu.

Intensywna, cedrowa woń uderzyła w moje nozdrza. Ezra wrzucił moją torbę do środka, po czym pochylił się, odsunął suwak i wyjął dokumentację. W drugiej ręce trzymał coś ciemnego. Spojrzał na mnie przez ramię.

- Powinnaś mieć jedną katanę cały czas przy sobie - powiedział, kiwając głową w stronę broni. - Tak na wszelki wypadek.

- Aż tak niebezpieczna jest trasa, którą wybrałeś? - Uniosłam brew. Sięgnęłam do torby, złapałam za rękojeść. Jedwab, którym była opleciona, przyjemnie układał się w dłoni.

- Wybrałem tę, którą znam. - Wyprostował się i wyciągnął rękę w moją stronę. Spojrzałam w dół. Pasek. Świetnie. - W Paryżu byłem ostatnio trzydzieści lat temu, kiedy odwiedzałem Marie Ann. Nie wiem nawet, jak wygląda obecnie ta trasa. Być może będziemy musieli zawrócić w pewnym momencie. Za mało czasu, by dostać się do ONZ-owskiej satelity.

Zmarszczyłam brwi.

- Myślałam, że po wojnie ta organizacja została rozwiązana.

- Zeszła do podziemia. Tak jak niektóre laboratoria i kilka innych, wpływowych zrzeszeń.

Kolejne kłamstwo latami wtłaczane do głów obywateli Down Town. W końcu ktoś musiał rządzić tym popapranym światem. Na pierwszy rzut oka miasta w żaden sposób nie były ze sobą powiązane, ale kiedy wsiąkało się w to towarzystwo, można było dostrzec pewne zależności.

Nie było już krajów. Świat podzielił się na kontynenty, rzadko ze sobą korespondowały. W Europie ostała się największa społeczność, najprawdopodobniej dlatego, że spadło na nią mniej bomb niż na inne. Nie było do końca wiadomo, co stało się z Australią i czy rzeczywiście ktoś tam jeszcze żył oprócz trimisów. Z tego samego powodu mieliśmy w tej części świata największy odsetek mutacji. Ktoś musiał je odkryć, a potem zarządzić ich eliminację.

Ezra zaczepił pasek o pochwę katany, po czym przełożył go przez moją głowę. Ciężka stal oparła się o moje plecy, a ja mimo wszystko odczułam pewnego rodzaju spokój. W końcu coś, co znałam.

- Dobrze wyglądasz w stroju bojowym. - Haker zlustrował mnie od góry do dołu. W kącikach jego ust majaczył znajomy uśmiech. Mimowolnie wygładziłam materiał czarnej bluzki na brzuchu.

- Trochę brakuje mi mojego płaszcza - przyznałam. Niby to tylko ciuch, ale był naprawdę niezawodny. Nie dość, że chronił przed deszczem i wiatrem, to posiadał też masę ukrytych kieszonek, w których mogłam schować broń.

- Znajdziemy coś na miejscu. - Zamknął drzwi bagażnika. Sięgnął dłonią do mojej twarzy, złapał kosmyk ciemnych włosów i założył go za ucho. Gdybym była bardziej roztargniona, nie zwróciłabym uwagi na chwilowy, bolesny grymas, który przebiegł przez jego oblicze.

Chwyciłam go za nadgarstek, a potem splotłam nasze palce. Pociągnęłam hakera w stronę stacji. Już wcześniej miałam się tym zająć, ale skutecznie odwracał moją uwagę.

- Co robisz? - zapytał. Ścisnął moją dłoń, ciepło rozlało się po moim wnętrzu.

- Musimy opatrzyć twoją ranę.

Zatrzymał się. Skierowałam się w jego stronę i spojrzałam pytająco.

- Maddie, wszystko jest w porządku. - Posłał mi delikatny uśmiech. Próbował przyciągnąć mnie do siebie, ale zaparłam się nogami. Nie ze mną takie numery.

- Nie jest w porządku. Doskonale wiesz, że takie obrażenia strasznie źle się goją.

Pociągnęłam go w stronę wejścia. Przemknęliśmy przez korytarz; nie było żywej duszy, jakby poranek w tym miejscu sprawiał, że stacja wymierała. Część wojskowych wyruszyła na zwiady, inni jeszcze nocą wyjechali na kolejną akcję rozbicia szajki przemytników. Odkąd opuściłam jadalnię, miejsce coraz bardziej pustoszało. Zostało sześciu wojskowych na wieżyczkach strażniczych i kilku z administracji.

Przekroczyłam próg szpitalika, ale nie było tam nawet ducha. Z tego, co zrozumiałam z rozmów podczas posiłku, medycy pojechali razem z patrolami, w razie kłopotów. Domyślałam się, że wszyscy zgromadzeni mieli podstawowe szkolenie w tej dziedzinie i jeśli cokolwiek wydarzyłoby się na terenie stacji, potrafili o siebie zadbać.

Sama przeszłam takie szkolenie.

Poprowadziłam Cohena do najbliższego łóżka polowego i gestem nakazałam mu usiąść. Zrobił to bez zbędnego marudzenia. Podeszłam do szklanej gablotki, gdzie dojrzałam opatrunki, bandaże i rzeczy potrzebne do dezynfekcji. Kluczyk był w zamku, dlatego nie musiałam się posuwać do drastycznych środków. Wyciągnęłam metalową nerkę, wrzuciłam do niej niezbędne materiały, po czym wróciłam do mężczyzny.

- Ściągaj to - powiedziałam, wskazując brodą koszulkę i kamizelkę taktyczną. Bez słowa rozpiął zamek. Ciężki materiał opadł na prześcieradło z głuchym łoskotem. Sięgnął do krawędzi bluzki i ściągnął ją przez głowę.

Zlustrowałam go rozmarzonym spojrzeniem. Mimo opatrunku jego ciało wciąż prezentowało się fenomenalnie, idealnie wyrzeźbione mięśnie brzucha wręcz błagały, żeby przejechać po nich dłonią.

Przygryzłam mocno dolną wargę. Wzięłam głęboki wdech, po czym usiadłam obok hakera i zajęłam się tym, po co tu przyszliśmy. To nie był czas i miejsce na to, by fantazjować.

Delikatnie oderwałam plaster od skóry. Natychmiast zaczerwieniła się wokół. Ciało Ezry spięło się nieznacznie, wziął wdech, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Dotknęłam opuszkami tego miejsca, nacisnęłam delikatnie, by sprawdzić, czy nie zebrała się ropa.

Nawet w najlepiej opatrywane i odkażone rany po mutantach potrafiła wdać się infekcja, a potem przekształcała się w sepsę. Niestety to była jedna z tych chorób, gdzie wyleczone przypadki stanowiła jedynie połowa, a nawet po wygranej walce takie osoby mierzyły się z konsekwencjami i powikłaniami do końca swoich dni.

Cohen oparł się rękami o materac i odchylił się do tyłu. Czułam na sobie jego intensywne spojrzenie, kiedy odkażałam tamto miejsce. Jego ciało pokryła gęsia skórka, gdy wygładzałam delikatnie plaster na krawędziach.

Rana goiła się nad wyraz dobrze, nawet szybciej, niż powinna. Na mój prosty, logiczny rozum po zażyciu antidotum powinien pozostać człowiekiem i przechodzić tego typu procesy powoli. Zmartwiło mnie to, że było zupełnie inaczej.

Podniosłam wzrok na jego twarz. Przyglądał mi się uważnie zza srebrnych oprawek okularów korekcyjnych. Miałam wrażenie, że wpatruje się we mnie tak mocno, że za chwilę przewierci mnie na wylot.

Wyprostowałam się. Chciałam zabrać ręce, ale on też zmienił pozycję i chwycił mnie za nadgarstek. Doskonale wiedział, co tym razem zaprzątało moje myśli. Czytał ze mnie jak z otwartej księgi, dopytywał tylko po to, żebym nie czuła, że siedzi w mojej głowie i zna każdy strach, jaki się w niej zagnieździł.

- Tobie naprawdę to odpowiada? - zapytałam po chwili krępującej ciszy. Ezra pokręcił jedynie głową. - Czemu się na to godzisz?

- Bo tobie to odpowiada - odparł spokojnie, choć widziałam, jak mięsień na jego szczęce drga nerwowo.

- Wcale nieprawda - obruszyłam się. Chciałam wyrwać dłoń z jego uścisku, ale jedyny efekt, jaki to przyniosło, to palce hakera jeszcze bardziej zaciskające się na moim nadgarstku.

- Wiem, że teraz tak to nie wygląda. - Przesunął dłoń i splótł nasze palce. - Kiedy odzyskasz wspomnienia, będziesz wiedziała, dlaczego jest tak, a nie inaczej.

Westchnęłam przeciągle, po czym wzniosłam oczy ku górze. Ezra przyciągnął mnie do siebie i objął mocno. Poczułam ciepło jego skóry na plecach. Oparłam głowę o nagi tors mężczyzny i zaciągnęłam się zapachem cedru.

Czy to możliwe, żeby tak właśnie pachniał? Że to żadna mieszanka perfum, tylko woń jego skóry? Kojarzył mi się z dobrem i bezpieczeństwem, jakby długie, zielone igły oplatały mnie szczelnie, chciały uchronić przed otaczającym światem.

Jak mogłabym, chociaż na jeden krótki moment zrezygnować z tego na rzecz ostrej woni cytrusów i morskiej bryzy zapowiadającej nieunikniony sztorm?

Przymknęłam powieki. Łaknęłam chłonąć go całą sobą, póki miałam ku temu okazję.

- Chciałabym to wszystko cofnąć - szepnęłam, choć słowa wydobywające się z moich ust zaskoczyły mnie samą. - Chciałabym nigdy nie dostać tego zlecenia. Żeby było jak dawniej.

- To było konieczne. - Przeniósł rękę na moją potylicę i zaczął gładzić delikatnie włosy. - Zawsze jest konieczne. Jednak nigdy nie zaszliśmy aż tak daleko, jak tym razem.

- To znaczy? - Zmarszczyłam brwi. Ezra spiął się nieznacznie. Przyciągnął mnie jeszcze bliżej i poprawił pozycję swojego ciała. Chwycił mnie jedną ręką pod kolanami i przerzucił je przez swoje nogi.

- Dubois kategorycznie odmówił powrotu do Paryża, dopóki nie wyruszysz z nim. Ja też niechętnie tam wracałem, kiedy Mary Ann jeszcze żyła. Obawiałem się ruchów Russeau. Dubois nie zawsze był w stanie cię wyśledzić. - Nabrał powietrza w płuca, po czym wypuścił je powoli. - Russeau nie jest taki głupi, jak nam się wydaje. Podejrzewam, że wiedział od dawna, że współpracuję z Nicolą, albo przynajmniej się domyślał. Trzymał mnie blisko, bo wtedy mógł zbliżać się też do ciebie.

- Gdyby coś ci zrobił, zatłukłabym go. - Odchyliłam głowę, by móc na niego spojrzeć. Ezra posłał mi czuły uśmiech. - Nie wiem, ciągle mam wrażenie, że coś mi umyka. Nawet nie jestem w stanie określić, czy to brak jakiegoś elementu, czy może czegoś jest za dużo.

Musnął moje usta subtelnie, jakby tylko chciał dać mi znać, że wciąż jest tu, przy mnie, i całkowicie rozumie moje wątpliwości. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo potrzebowałam pobyć z nim sam na sam. By woń cytrusów nie mieszała się z cedrem. By nie czuć na sobie tego przewiercającego na wylot spojrzenia czarnych jak węgiel oczu.

To było dla mnie czymś normalnym. Zwyczajnym. Czymś, czego potrzebowałam, by zachować równowagę. Czułam spokój, mój umysł się wyciszał, w głowie nie szalał sztorm. Mogłam pozwolić sobie wypłynąć na spokojne wody, krążyć wokół tornada, jakim było w ostatnim czasie moje życie.

Ezra chciał się odsunąć, jednak uniemożliwiłam mu to; przesunęłam rękę na jego kark i wpiłam się mocno w wargi. Dłonie hakera natychmiast powędrowały na moją talię, palce zahaczyły o krawędź spodni. Zmieniłam pozycję, usiadłam na nim okrakiem i przycisnęłam pierś do torsu mężczyzny. Właściwie nie musiałam tego robić, Cohen i tak zamknął mnie w szczelnym uścisku, przyciągnął do siebie i chłonął obecność, jakby robił to po raz pierwszy.

Albo ostatni.

Całym sobą dawał mi do zrozumienia, że jemu też tego brakowało. Całował mnie powoli, leniwie, delektował się każdą sekundą, jakby chciał wyryć w pamięci ten moment. Sama przymknęłam powieki i upajałam się tą chwilą. Błądziłam powoli rękami po skórze mężczyzny, chcąc zapamiętać nawet najdrobniejszy szczegół budowy jego ciała.

Nie chodziło o seks. Nie czułam tego charakterystycznego mrowienia w dole kręgosłupa, żar nie trawił moich wnętrzności. W zupełności wystarczyła ta bliskość, jego ramiona i uzależniający zapach sosnowego drewna, którym cały emanował.

Po chwili zszedł ustami niżej, na moją brodę, zahaczył o żuchwę, po czym przeniósł wargi na szyję. Ukrył twarz w zgięciu i wziął głęboki wdech. Objęłam go jeszcze mocniej. Serce szamotało się w mojej piersi jak oszalałe. Miałam wrażenie, że krew gotowała się w moich żyłach, oddech niebezpiecznie przyspieszył. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co się ze mną działo, ale chciałam to wszystko w tej chwili czuć.

Gęsią skórkę na ciele.

Niekontrolowane drżenia pod wpływem jego dotyku.

Ciepłe palce przesuwające się delikatnie po moim kręgosłupie.

Gorący oddech w zgięciu szyi. Te drobne gesty sprawiały, że czułam się we właściwym miejscu.

W konkretnych ramionach.

Z oczywistymi zamiarami.

 

***

 

Zanim wyruszyliśmy w trasę, zatrzymałam Nicolę przy samochodzie. On wciąż pamiętał życie laboranta, więc jako jedyny mógł odpowiedzieć na moje pytania. Streściłam mu pokrótce moje obawy związane z szybką regeneracją ciała Ezry. Zmierzył mnie jedynie beznamiętnym spojrzeniem i mruknął, że przecież mimo działającego antidotum wciąż ma w sobie mutujący gen.

Problem polegał na tym, że wcześniej się to nie zdarzało. Nie raz opatrywałam rany Ezry. Niejednokrotnie je szyłam. Ta była głęboka, szarpana, a mimo to większość czynności niezbędnych do zatamowania krwawienia była niepotrzebna. Wystarczył zwykły plaster.

Tym razem prowadził haker. W razie niebezpieczeństwa chciał uniknąć takiej zamiany miejscami, której musieliśmy dokonać podczas spotkania ze zmutowanym zwierzęciem. Siedziałam na miejscu pasażera i przyglądałam się krajobrazowi za oknem. Tylko przez chwilę kierowaliśmy się autostradą na północny zachód. Po naszej lewej rozciągał się klif, cudownie porośnięty dzikimi roślinami. W miejscach, w których nie skupiali się ludzie, natura żyła własnym rytmem. Nie była tak okiełznana, jak wokół miast, nikt nie miał odwagi zapuszczać się głębiej w nowo powstałą dżunglę.

Spojrzałam na mapę w nawigacji. Co jakiś czas po wyświetlaczu przesuwały się zaznaczone stacje benzynowe, jak ta, w której zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć i podmienić wóz. Już po kilku kilometrach kierowca odbił w prawo.

Wjechaliśmy między ogromne drzewa. Nie byłam do końca pewna, co to za gatunek; podobne do dębów - szerokie i rozłożyste, rozpościerały swoje grube konary wysoko nad zniszczoną drogą. Szczelnie odcinały dopływ światła słonecznego, grube ciemnozielone liście poruszały się pod wpływem delikatnego wiatru.

Krajobraz wydawał się wręcz baśniowy. Przynajmniej w podobny sposób wyobrażałam sobie gaje i puszcze, o których czytałam w książkach. Porośnięte mchem liany zwisały swobodnie, ocierały się subtelnie o dach naszego samochodu. Po obu stronach zniszczonej drogi wiły się zmutowane, wysokie trawy, ich powykręcane liście przywodziły na myśl starcze szpony. Wyciągały je złowrogo, jakby chciały złapać za koła i zatrzymać nas w miejscu. Mimo swoich niepokojących zapędów łamały się z cichym kliknięciem, kiedy tylko stanęły na drodze szerokim oponom.

Pomiędzy ciemnymi pniami były jeszcze ciemniejsze przestrzenie. Nie raz miałam wrażenie, że coś porusza się między nimi lub migają żółte, wyłupiaste ślepia potworów. Każdy szelest, odbiegający od cichego pomrukiwania liści i skrzypienia suchej trawy, wprawiał moje ciało w drżenie. Wszystkie mięśnie spinały się automatycznie, a dłoń rwała się do tego, by chwycić za rękojeść miecza.

Po godzinie wyjechaliśmy z gęstwiny. Drzew było coraz mniej, coraz częściej przebijały się ściśle porośnięte trawami i dzikimi zbożami pola. W oddali majaczyły ruiny domów z zapadniętymi do środka dachami i powybijanymi oknami. Czerwone dachówki porośnięte pleśnią i żółtym mchem wyciągały się ku niebu, błagając o ratunek. Nadgniłe drzwi ledwo trzymały się pordzewiałych zawiasów. Wystarczył jeden większy podmuch wiatru, by całkiem się zerwały i upadły na podłoże z głuchym łoskotem.

Wszystko wydawało się martwe. Śpiew ptaków nie niósł się echem w powietrzu, nigdzie nie szczekał pies. Nie byłam pewna, czy jakiekolwiek jeszcze żyły. Na naszej drodze nie pojawiło się żadne inne zwierzę, choć tych również było stosunkowo niewiele. Z dużym prawdopodobieństwem zmutowały jak ludzie, biorąc pod uwagę to, co napotkaliśmy przed rządową stacją benzynową. Tych, które wyglądały jak dawniej, ostała się zaledwie garstka. Uchowały się głównie w miastach.

Według nawigacji do celu naszej podróży pozostało jedynie półtorej godziny drogi. Co jakiś czas zerkałam na panel, po czym przenosiłam spojrzenie na Ezrę. Łapał ze mną kontakt wzrokowy, a wtedy kącik jego ust drgał, gotowy, by rozciągnąć się w uśmiechu.

W lusterku wstecznym widziałam Nicolę. Rozwalił się na tylnym siedzeniu, oparł łokieć o drzwi i wbił wzrok w krajobraz za oknem. Byłam pewna, że wiedział, że mu się przyglądałam, lecz nie skomentował tego w żaden sposób. Nawet nie próbował przebić się przez mur w mojej głowie. Ba! Nie sprawdzał, czy w ogóle go postawiłam. Jakby był pewny, że dopiął swego i o nic się już nie musiał martwić.

Odniosłam wrażenie, że wiedział więcej, niż powiedział podczas śniadania. Być może tylko ja nie zostałam w to wtajemniczona, stąd moje podejrzenia. Skoro jednak byłam kluczem do powstrzymania Russeau, powinnam mieć większy ogląd na całą sprawę, nawet jeśli tego nie rozumiałam do końca.

Drgnęłam, kiedy poczułam na udzie dłoń Ezry. Wyrwał mnie tym gestem z potoku myśli. Nie dotykał mnie, odkąd opuściliśmy szpitalik. Zwolnił mocno, toczyliśmy się wręcz. Spojrzałam na niego z lekka skonsternowana.

Głos uwiązł mi w gardle, gdy na jego twarzy zobaczyłam strach wymieszany z niedowierzaniem. Powoli odwróciłam głowę ku przedniej szybie.

Ledwie zdusiłam okrzyk przerażenia. Przyłożyłam otwartą dłoń do ust. Zaciągnęłam się powietrzem przez nos, a serce wyrwało się do galopu. Przełknęłam głośno ślinę, ale niewiele to dało.

Mutanty były daleko. Jednak ich cielska przypominały raczej wieżowce i czołgi niż przemienionego człowieka zwykłych rozmiarów. Długie, umięśnione kończyny opierały się twardo o podłoże. Szerokie, powykręcane klatki piersiowe unosiły się w miarowych ruchach. Żółte ślepia całkiem przytomnie sondowały przestrzeń. Większość z nich wyglądała jak żylaste szkielety, obleczone w ciemną, napiętą do granic możliwości skórę. Doskonale widziałam drobne, cienkie włoski, rozsiane gdzieniegdzie. Byłam pewna, że są ostre jak brzytwy, lśniły pod wpływem nawet najmniejszego ruchu niczym wypolerowana broń.

- Ominiemy je? - zapytał Nicola. Jego głowa znalazła się między naszymi siedzeniami. Lustrował potwory znudzonym spojrzeniem.

- O ile jesteś w stanie przenieść cały samochód, to tak - odparł Ezra. Stanęliśmy w miejscu. Mimowolnie zacisnęłam rękę na rękojeści katany.

- Mało prawdopodobne. - Nicola oparł się z powrotem o zagłówek tylnego siedzenia.

Powoli wiodłam wzrokiem po przestrzeni dookoła. Po bokach drogi od dawna nie było barierek, nawet miejsca, w których prawdopodobnie stały; zatarły się, nadgryzione zębem czasu.

Problem polegał na tym, że nie wiedzieliśmy, co znajduje się poza granicami wyznaczonej trasy. O ile wojskowy samochód poradziłby sobie z ubytkami w jezdni czy wysokimi trawami, o tyle, jeżeli chodziło o głębokie rowy, mogliśmy mieć problem. Na mapach nie było mowy o tego typu oznaczeniach, te satelitarne również nie aktualizowały się na bieżąco, dlatego Ezra tym razem nie zaryzykowałby ucieczki.

Poza tym - było ich za dużo. Całe stado niecodziennych mutacji stało nam na drodze. Nie przebilibyśmy się. Nie byłabym w stanie ich pokonać, nawet z pomocą dwóch innych osób. Wpakowanie kulki jednemu skutkowałoby rozjuszeniem reszty. Nie wyglądały też na całkowicie bezmyślne.

- Widzieliście kiedyś stado mutacji? - zapytałam, wciąż wbijając wzrok w to nowe dla mnie zjawisko. Przesuwały się powoli do przodu, badały uważnie otoczenie przerośniętymi... łapodłońmi? - Poruszają się niemal synchronicznie. Jakby wiedziały, co robią.

- Nie wiedzą - zapewnił trimis. Zerknęłam przez ramię na Duboisa. Wpatrywał się twardo w bestie. - W ich umysłach zionie pustką.

- Więc o co chodzi? - Ezra zmarszczył brwi.

Długo nie musieliśmy czekać na odpowiedź. Jeden z potworów przechylił się lekko w lewą stronę, niemal stanął do nas bokiem. Na jego grzbiecie coś siedziało. A raczej ktoś. Postać ubrana od góry do dołu w skóry mierzyła nas uważnym spojrzeniem czerwonych ślepi. Tylko one wystawały spod warstw popękanego materiału. Wydawało mi się, że demon miał twarz przetartą węglem, jakby chciał stopić się ze swoim strojem w jedno.

- O kurwa. - Przekleństwo wyrwało się z ust Cohena.

Po chwili całe stado zwróciło się w tę samą stronę. Każdego mutanta dosiadała postać. Wszystkie łypały na nas wściekle krwistymi tęczówkami. Odcinały się na tle ciemnych uniformów. Widzieli nas. Wbijali ostre spojrzenia w nasz samochód. W przerażeniu próbowałam wcisnąć się bardziej w fotel, zaparłam się rękami o podłokietniki.

Żółć podeszła mi do gardła. Trimis w moim wnętrzu szarpnął się agresywnie, gotowy w każdej chwili rzucić się do ataku.

- Czy wy...

- Tak - odparli jednocześnie. Wpatrywali się szeroko otwartymi oczami w niecodzienne zjawisko. Cała nasza trójka zamarła w przerażeniu.

Czy to było możliwe, żeby jakakolwiek żywa istota na tym świecie była w stanie oswoić mutanta?

Byłam przekonana, że moi towarzysze myśleli o tym samym. Znałam się wyjątkowo dobrze na potworach. Potrafiłam je skategoryzować, określić czas przemiany, przydzielić do odpowiedniego rodzaju mutacji i wytropić. Wiedziałam, czego użyć, by zabić. Zwykle wystarczyło odciąć im głowę - mózg był jedynym, co utrzymywało ich przy życiu. Dla pewności należało go zmiażdżyć. Jeśli łączyły się w stada, to ze zwykłego przypadku. Ich jedynym celem było znaleźć pożywienie. Nawet Russeau używał jakiegoś urządzenia do kontrolowania przerośniętych, rozkładających się bestii.

Nie miałam więcej czasu na to, by dywagować nad hodowlą tych karykatur. Dźwięk odpinanego pasa przywołał mnie do porządku. Rzuciłam okiem na Ezrę, mocował się ze swoim zapięciem, a drugą dłonią ściskał colta. Dubois, odwrócony do nas tyłem, opierał się kolanami o siedzisko. Jego głowa i ramiona zniknęły za tylnym oparciem. Szczęk broni wypełnił niewielką przestrzeń samochodu.

Nicola rzucił drugą katanę w moją stronę. Złapałam ją w locie, to był odruch bezwarunkowy. Przesunęłam dłoń na rękojeść, po czym mocno zacisnęłam na niej palce. Wydawało mi się, że czas zwolnił, ale tylko w mojej głowie.

Tętent galopującego mutanta odbijał się echem od sklepienia mojej czaszki. Kątem oka widziałam, jak parł w naszą stronę, tumany kurzu i pyłu wzbijały się w powietrze pod wpływem ruchu ciężkiego, ogromnego cielska. Zbliżał się niebezpiecznie szybko, skupiał na nas spojrzenie żółtych ślepi. Pochylił przerośnięty łeb, nastroszył szczątki sierści. Spośród błyszczących pasm wyrastała sylwetka demona.

Bystre, krwistoczerwone oczy niemal się śmiały. Marszczył ciemne, krzaczaste brwi w rozbawieniu, jakby był pewien zwycięstwa. Jedną ręką trzymał się mocno grzbietu, w drugiej natomiast dzierżył jakąś broń, lecz z takiej odległości nie do końca mogłam rozpoznać, jakiego rodzaju. Trzymał ją blisko ciała, ostrze mignęło szybko w słońcu. Niczego nigdy nie byłam tak pewna, jak tego, że chciał nas zwyczajnie zeżreć. Widziałam to w jego oczach. Był drapieżnikiem i właśnie dostrzegł swoją ofiarę.

Nie różniliśmy się od siebie tak bardzo, jak można było przypuszczać. Życie poskąpiło mi pamięci, ludzi, którzy by mnie wspierali albo pokazali ścieżkę, jaką powinnam dążyć. Poskąpiło mi prawdy, wpychało w kolejne machlojki, przez brak emocjonalnej strony pływałam w tym bagnie jak ryba w wodzie. Pozostawiło mi jedno i upchało w tym cały mój potencjał.

Instynkt.

Chłodna kalkulacja zawsze mi towarzyszyła w ekstremalnych sytuacjach. Silna, podświadoma skłonność do dążenia do celu sprawiała, że nie wahałam się w chwilach, kiedy inni zastanawiali się nad kolejnymi ruchami. Dzięki instynktowi byłam tak skutecznym tropicielem. Cichy głosik w mojej głowie ciągle szeptał, że eliminacja celu pozwoli mi przetrwać.

Drapieżnik.

Zwierzę.

Świat zalał płynny miód.

Bez zastanowienia wysiadłam z samochodu. Jedną katanę zostawiłam w środku tak w razie czego, gdyby demonowi udało się wytrącić mi broń z ręki, choć nie zamierzałam zakładać nawet takiej opcji. Słyszałam za plecami niezadowolone okrzyki Ezry i Nicoli. Machnęłam jedynie wolną ręką.

Szybkim krokiem ruszyłam w stronę potwora. Od naszej lokalizacji dzieliło go wciąż sporo drogi, ale dzięki długim kończynom pokonywał tę trasę w mgnieniu oka. Trimis w moim wnętrzu szalał w najlepsze.

Demon przechylił głowę w bok. Zbiłam go z tropu postanowieniem o bezpośredniej konfrontacji. Mutant zwolnił nieznacznie, lecz tylko na chwilę. Dostrzegłam, jak jego jeździec poruszył kolanami tuż przy tułowiu. Bestia wystrzeliła do przodu. Długi, czarny jęzor wypadł z naszpikowanego ostrymi zębiskami pyska. Obfita strużka śliny skapywała na zniszczony asfalt. Z gardła istoty wydarł się bliżej nieokreślony warkot, jakby mnie ostrzegała.

Tyle że ja się nie bałam.

Nieważne jak wielkie miała cielsko. Jak wiele zębów znajdowało się w jej paszczy. To, jak świdrowała mnie wyłupiastymi gałami, nie miało żadnego znaczenia. Zginę ja albo to coś. Nie było nic pomiędzy.

Oprócz Ezry.

Bardziej niż własne życie pragnęłam chronić jego. Ciało Cohena było kruche, wątłe, mimo wielu godzin spędzonych na siłowni wciąż był tylko człowiekiem. Miał duszę, czas przydatności, który skończyłby się wraz z poważniejszym zranieniem. Wystarczyło wbić ostrze w jego klatkę piersiową, by zniknął na stałe. Zapewne nie poddałby się bez walki, zawsze przygotowany do starcia, na pewno miał w zanadrzu wiele sztuczek i broni, które przedłużyłyby jego czas.

To ja nie byłam na to gotowa, by odszedł.

Dubois zawsze dałby sobie radę. Był trimisem tak samo jak ja. Wystarczyło pstryknięcie smukłych palców, by uciekł zagrożeniu. Być może nie miał wystarczająco dużo sił, by przenieść naszą trójkę czy nawet siebie do samego Paryża, ale na pewno uniknąłby konfrontacji. Wysoko rozwinięte umiejętności posługiwania się własną mocą pozwoliłyby mu na to.

Potwór był coraz bliżej. Doskonale widziałam jego napinające się mięśnie. Zrobiłam kilka kroków do przodu i przyjęłam odpowiednią pozycję. Stanęłam w rozkroku, ugięłam kolana. Mocniej ścisnęłam rękojeść katany, była tak jedwabiście gładka, delikatna, że gdybym nie wiedziała, że trzymam w ręku broń, pomyliłabym ją z czymś innym.

Ściągnęłam łopatki. Odsunęłam jedno ramię do tyłu, zgodnie ze sztuką. Wolną rękę wyciągnęłam przed siebie. Potwór znów zaryczał gardłowo, bulgot poniósł się echem po przestrzeni. Rozwarł paszczę naszpikowaną kłami. Smród rozkładu uderzył w moje nozdrza. Zdusiłam w sobie szybko chęć wymiotowania. Wstrzymałam powietrze i wbiłam wzrok w demona. On również przyglądał mi się uważnie, z nutką ciekawości w oczach.

A patrz, parszywy gnoju, jak zdychasz.

Kiedy bestia była wystarczająco blisko, wyrwałam się do przodu. Przeniosłam ciężar ciała na jedną nogę, spięłam mięśnie, po czym zamachnęłam się porządnie. Potwór wyhamował gwałtownie. Cienkie, idealnie wyprofilowane ostrze celowało w sam środek paszczy mutanta. Syknęłam, kiedy nagłe pieczenie rozeszło się po mojej ręce. Kły potwora nie obiecywały jedynie szybkiej śmierci, one rzeczywiście były piekielnie ostre. Manewrowałam ręką tak, by jak najmniej ocierała się o zębiska.

Poczułam lekki opór. Ostrze weszło w ściankę gardła mutanta jak w masło. Zmieniłam kąt. Ciche plaśnięcie wbijającej się katany w miękki narząd sygnalizowało, że udało mi się dotrzeć do mózgu. Kącik moich ust uniósł się nieznacznie. Bestia zawyła przeciągle. Szybkim ruchem wyszarpałam broń z wnętrza mutacji. Miękkie tkanki i kości pękały pod wpływem cięcia.

Wydawało mi się, że zwierzę spojrzało na mnie z wyrzutem. Zmarszczyłam brwi. Po chwili mięśnie mutanta się rozluźniły, cielsko zachwiało się na długich, masywnych kończynach. Tylko kątem oka dostrzegłam, że jeździec zeskakuje z jego grzbietu.

Zadziałałam błyskawicznie. Odchyliłam głowę i wyciągnęłam wolną rękę do góry. W ostatniej chwili złapałam ostrze lecące w moją stronę. Jęknęłam boleśnie, kiedy chropowate krawędzie otarły się o wnętrze mojej dłoni. Ból przyćmił na chwilę zdolność myślenia. Jęknęłam drugi raz, gdy drzazgi drewnianego trzonu dzidy otarły się o zranienie. Nie byłam w stanie zgiąć palców, by ją złapać.

Grot odbił się od asfaltu, poczułam to nawet w zębach. Zachwiałam się i cofnęłam o krok. Przycisnęłam rękę do boku, miałam wrażenie, że rana pali mnie żywym ogniem. Nie było to coś znajomego, przez moje ciało przetoczył się bardziej szok niż strach. Pod wpływem adrenaliny i mocy trimisa nie zarejestrowałam, że coś może być nie tak.

Ciemna postać spadła na ziemię tuż przede mną. Demon był postawny, szeroki w barkach. Warstwy ciemnych ubrań dodawały mu objętości. Sięgnął ręką do twarzy, po czym zsunął z niej maskę. Złowrogi uśmiech rozciągał popękane usta. Oblicze miał pełne blizn, nie zdołał tego ukryć nawet obfity zarost. Świdrował mnie pożądliwym spojrzeniem, jakby widział kobietę po raz pierwszy od bardzo dawna.

Zignorowałam tępy, pulsujący ból ręki. Przyjęłam pozycję, gotowa do starcia. Uderzyło we mnie gorąco. Uniosłam brwi zaskoczona. Nagle przeciwnik wydał się dwa razy większy, niż był jeszcze chwilę temu. Trimis cofnął się do mojego wnętrza, jakby poszczuty batem.

Dezorientacja ogarnęła mnie całą. Rozejrzałam się pospiesznie na boki. Oblizałam spierzchnięte wargi, nagle zachciało mi się pić. Wszystkie dźwięki dookoła ustały, a świat pociemniał, mimo dość wczesnej pory.

Demon wciąż wbijał we mnie czerwone ślepia. Jego uśmiech rozciągał się coraz bardziej, stał się wręcz karykaturalny. Zrobił krok w moją stronę. Chciałam znów się cofnąć, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Ugięły się pode mną. Miałam wrażenie, że zaczynam się dusić. Serce przyspieszyło, a krew zawrzała w żyłach tak bardzo, że niemal zaczęła palić skórę.

Wypuściłam bezwiednie broń z drugiej ręki, kiedy świat zaczął wirować. Zamrugałam, ogarnięta paniką. Obraz przed moimi oczami kołysał się coraz bardziej.

Aż w końcu zgasł.

Rozdział 20

Nicola

 

Nakagawa był w połowie drogi między samochodem a Madeleine, kiedy spowolniłem czas. Stało się coś, czego bym się nie spodziewał - haker miał świadomość tego, że użyłem mocy. Z jego gardła wydarło się niezadowolone warknięcie. Podszedłem do niego wolnym krokiem. Przyjrzałem się uważnie zdeformowanej w złości twarzy.

Moją natomiast wykrzywił zadowolony uśmiech. Ezra wodził spojrzeniem od moich oczu do ust. Ostatkiem sił próbował zmarszczyć brwi w pytającym geście. Pokręciłem głową, wydymając wargi.

Nie chciałem dać po sobie poznać, że zaskoczyło mnie to, że jest świadomy wszystkiego. Możliwe, że wynikało to z ostatnio poniesionych obrażeń i przerywanej regeneracji. Postanowiłem to zignorować.

Odwróciłem się ku Madeleine. Ruszyłem w tamtą stronę. Coś było ewidentnie nie tak. Widziałem ją w akcji nie raz i w sytuacji, w której wróg stawał naprzeciwko, nigdy nie robiła kroku w tył. Przyjrzałem się dokładnie jej profilowi. Oczy uciekły w głąb czaszki, twarz poszarzała, ramiona opadły, a ręce zwisały bezwiednie po bokach ciała.

- Co do... - mruknąłem. Spojrzałem na demona. Nie miał twarzy, ostał się tylko kształt. Wyglądał, jakby ktoś naciągnął na suchy szkielet silikonową powłokę. Czy to właśnie tak przeraziło trimiskę?

Powietrze wibrowało dookoła. Odniosłem wrażenie, że temperatura wzrosła o kilka stopni. Pokręciłem głową. Przecież to niemożliwe podczas zwalniania czasu. Wtedy wszystko niemal staje w miejscu.

Wolnym krokiem okrążyłem ciało mutacji. Do moich nozdrzy dotarł zapach rozkładu i chemikaliów. O ile ten pierwszy nie był niczym wyjątkowym, tak ten drugi całkowicie nie pasował do okoliczności, w jakich się znajdowaliśmy.

Zastanawiałem się, co było przyczyną tego dziwnego zjawiska. Próbowałem znaleźć źródło niecodziennej woni, jednak dochodziła właściwie zewsząd. Ogarnęło mnie dziwne uczucie déja vu.

Wróciłem do Madeleine. Niemal zachłysnąłem się, kiedy demon, który wcześniej wyciągał po nią swoje łapy, prawie zniknął. Udało mu się obejść wyrzut mocy? To niemożliwe, demony nie miały tak rozwiniętych nadnaturalnych umiejętności jak trimisi. Owszem, dostrzegały więcej, były silniejsze i zwinniejsze, ale nie potrafiły manipulować ani czasem, ani materią. Znały kilka sztuczek, które pomagały im oszukiwać zwykłych śmiertelników, choć żaden z nich nie był nigdy w stanie przełamać stawianych przez trimisów barier.

Coraz mniej podobała mi się ta sytuacja. Dopadłem do Madeleine, złapałem ją za ramiona. Zwiotczała w mgnieniu oka, jej głowa opadła na bok. Delikatnie położyłem ją na ziemi, po czym odgarnąłem włosy z twarzy. Pod nosem widniała świeża strużka krwi. Powiodłem wzrokiem do zranionej dłoni kobiety.

Wyglądała paskudnie. Poszarpana skóra odsłaniała równie mocno pocięte mięśnie, byłem pewny, że straciła czucie w palcach. Krawędzie skaleczenia przybrały dziwny, sino-niebieski kolor. Siatka granatowych, cienkich żyłek rozprzestrzeniała się po jej ciele w zastraszającym tempie, biegła od nadgarstka i pod mankietem koszulki. Dostrzegłem ją nawet przy kołnierzu.

Nie miałem jednak zbyt dużo czasu, aby zastanowić się, co powinienem z tym zrobić. Poczułem dziwny ucisk na karku, gdzieś poniżej linii włosów. Zacisnąłem zęby, nieprzyjemne uczucie rozchodziło się po moim ciele falami.

Co się, do cholery, działo?

Zmrużyłem oczy. Przestrzeń dookoła niebezpiecznie pulsowała, chwiała się i drżała, jakbyśmy znajdowali się w śnieżnej kuli i ktoś właśnie nią potrząsał. Pył z pól wzbił się w powietrze, wszystko przykryła ziemista mgła; gęstniała, grożąc, że jeszcze chwila i odbierze nam dostęp do światła słonecznego. Krajobraz przed moimi oczami rozmazał się i wcale nie było to spowodowane łzami napływającymi do oczu, na dodatek piekły wyschnięte na wiór, jakbym od dawna nie mrugał.

Usiadłem obok Madeleine. Nie miałem siły dłużej utrzymywać się na nogach. Mięśnie zesztywniały, przywodziły na myśl czas, kiedy leżałem pogrążony w regeneracji i nie wykonywałem żadnych ruchów.

Przeżywałem coś dziwnego, czego nie byłem w stanie opisać. Przyglądałem się temu, co działo się dookoła z nieukrywanym przerażeniem. Jakby... jakby na otoczenie została nałożona jeszcze jedna warstwa. Całkowicie odmienna od szerokich połaci pól, porośniętych wysokimi, suchymi trawami i dzikimi zbożami.

Asfaltowa droga migała, walcząc z wyłożonym płytkami korytarzem, który chciał przecisnąć się na pierwszy plan. Przestrzeń pokryła się czterema śnieżnobiałymi ścianami, nad głową zamiast palącego słońca wisiała podłużna jarzeniówka. Zapach chemii i preparatów do dezynfekcji drażnił moje nozdrza.

Świat zakołysał się delikatnie. Głowa zmieniła nieco położenie. Wpatrywałem się w ostre, białe światło. Oślepiało mnie, ale nie byłem w stanie zamknąć oczu. Autostrada zniknęła całkowicie, zastąpiona wnętrzem sporego laboratorium.

Czy to wspomnienie?

Pikanie maszyn dotarło do moich uszu. Wwiercało się w czaszkę nieprzyjemnie, próbowało wyryć się na zwojach mózgowych. Jęknąłem boleśnie, ten dźwięk doprowadzał mnie do szału.

Próbowałem poruszać głową na boki. Okazało się to zdecydowanie łatwiejsze niż zamknięcie oczu, lecz moje ruchy wciąż były ograniczone, jakbym był unieruchomiony pasami.

Głośne kroki przecięły przestrzeń. Po chwili światło żarówki przyćmiły duże dłonie obleczone w lateksowe rękawiczki. Pospiesznie zbliżyły się do moich gałek ocznych. W pierwszym odruchu chciałem cofnąć głowę, ale przeszkadzało oparcie. Dyskomfort, który towarzyszył mi od kilku długich minut, zelżał. Moje powieki opadły. Zamrugałem i to był błąd. Pieczenie uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą, więc je zacisnąłem.

- Proszę poczekać, zaaplikuję krople. - Męski głos był cichy, ledwie słyszalny, gdyby nie wyostrzone zmysły na pewno bym nie zarejestrował nawet jednego słowa. Poczułem dwa palce rozsuwające fałdy skórne. Chłód rozszedł się po gałce, a ja odczułem nieopisaną ulgę. Powtórzył czynność z drugim okiem. - Powinno być lepiej.

- Co się dzieje? - sapnąłem. Mój przełyk błagał o odrobinę wody. Mężczyzna sięgnął trochę wyżej. Ciche kliknięcie sprawiło, że ucisk na czaszce zelżał całkowicie.

- Nastąpiły pewne komplikacje - wydukał nerwowym tonem. Podniosłem głowę i przyjrzałem mu się ze zmarszczonymi brwiami. Niepodobny do nikogo. Pospolita, pociągła twarz, czarne oprawki na nosie i lekki zarost upstrzony gdzieniegdzie jaśniejszymi pasmami wcale nie dodawał mu lat, wciąż wyglądał na wyjątkowo młodego mężczyznę. Śniada skóra naznaczona zmęczeniem. Wymięty fartuch był wymęczony równie mocno, co właściciel. Patrzył na mnie z przerażeniem w oczach. - Proszę nie mówić głośno. Przypominam, że to ciche miejsce.

Uniosłem brew. Mężczyzna odpiął resztę pasów, w końcu mogłem swobodnie poruszać kończynami. Usiadłem i rozejrzałem się niespiesznie.

Znałem to laboratorium. W takim właśnie pracowaliśmy razem z Madeleine. Byłem pewny, że za ścianą znajdują się cele z obiektami do badań, większość z nich zajmowały potwory. Przyzwyczajone do dźwięków maszyn nie zwracały na nie uwagi, jeśli jednak chodziło o głos... Uaktywniały się bardzo szybko. Wyły i szalały, skakały po wzmocnionych ścianach, gotowe przebić się przez nie, by tylko dopaść kolejnej ofiary. Pomocnicy zmieniali się szybko; czasem przez zwykłą bezmyślność stawali się obiadem któregoś z naszych obiektów.

Mięśnie wciąż miałem zastane, powoli wracało czucie w stopach i dłoniach. Zastanawiałem się, co to za wspomnienie. Nie należało na pewno do mnie.

Czy należało do Madeleine?

Chociaż gdyby tak było, to byłbym nią, tak jak ona mną podczas wyrzutu mocy.

Czyżby należało do Ezry?

- Gdzie moja żona? - zapytałem w końcu. Wyglądało na to, że jednak byłem sobą i to wspomnienie przynależało do mnie.

Laborant zmarszczył brwi.

- Pan nie ma żony. - Spojrzeniem uciekał na boki. Ręce wcisnął w kieszenie kitla, smród przerażenia wyczułem natychmiast.

- Madeleine - doprecyzowałem.

Mężczyzna wciągnął powietrze w płuca. Odwrócił się na pięcie, po czym ruszył w stronę biurka ustawionego przy oknie. Złapał plik papierów, przekartkował je pospiesznie.

- Ach, obiekt. Nastąpiły pewne komplikacje, jak wspominałem... - Spojrzał na mnie niepewnie. - Akurat miałem przerwę, więc nie monitorowałem przebiegu eksperymentu, został ten nowy, wie pan...

- Mhm. - Kiwnąłem głową, jakbym rzeczywiście wiedział, o co chodzi.

- Obiekt się zranił. No i ten nowy się przestraszył i zgodnie z procedurą w takiej sytuacji powinien podać inhibitor... - tłumaczył. Czym, do diabła, był ten pieprzony inhibitor? Nie to, że nie znałem tego pojęcia, zastanawiałem się, na co miał działać. - I tak się złożyło, że...

- No wyduś to z siebie wreszcie! - warknąłem rozeźlony. Ciekawiło mnie, co miał do powiedzenia, ale sposób, w jaki to przekazywał, nieziemsko mnie denerwował.

- Tak się złożyło, że pomylił ampułki i obiekt dostał katalizator. - Zamilkł. Podniósł na mnie przestraszony wzrok i czekał, aż coś powiem. Sęk w tym, że nie za bardzo wiedziałem, co powinienem powiedzieć. Nie wiedziałem, w czyim wspomnieniu się znalazłem. Wyglądało na to, że we własnym. Dlatego tylko spojrzałem na niego, oczekując dalszych wyjaśnień. Laborant przełknął ślinę nerwowo. - Podał za dużą dawkę i obiekt wybudza się przed czasem.

Posłałem niewielką wiązkę mocy w jego stronę. Próbowałem odczytać jakiekolwiek myśli krążące po jego głowie, lecz wirowały tak chaotycznie, że nie byłem w stanie złapać żadnej konkretnej. Dodatkowo czułem się strasznie zmęczony, jakby mój organizm pracował na pełnych obrotach od wielu dni. To, że działo się źle, huczało w jego umyśle niczym alarm przeciwpożarowy. Liczył na to, że załagodzę sytuację.

Nie miałem absolutnie pojęcia, co robić.

- To niedobrze - powiedziałem w końcu. - Znasz chyba odpowiednie procedury w takim przypadku? - Przechyliłem lekko głowę w bok. Miałem nadzieję, że tak było, bo w innej sytuacji musiałbym się tym zająć sam. A nawet nie wiedziałem, czym miałbym się zajmować.

- Tak, ale potrzebuję pańskiego podpisu. - Sięgnął po kolejny plik kartek. Podszedł do mnie, podał dokumenty, po czym wyciągnął z kieszeni długopis i srebrne okulary. Spojrzałem na niego spode łba.

Doskonale wiedziałem, do kogo należały.

Nie skomentowałem tego w żaden sposób. Patrzyłem na swoje ręce, z fotela zwisały moje nogi. Nie byłem Ezrą Cohenem, więc skąd ta nagła potrzeba korygowania wzroku?

Wsunąłem oprawki na nos. Wyciągnąłem dłoń po dokumenty. Laborant podał mi je bez słowa. Przerzuciłem plik dokumentów, chwyciłem za długopis i złożyłem zamaszysty podpis na ostatniej stronie. Niewyraźny, żeby w razie czego nie zorientował się, że rozmawia z kimś innym. To wspomnienie nijak nie pasowało do któregokolwiek, jakie znajdowało się w mojej głowie. Albo nie sięgałem pamięcią aż tak daleko. Oddałem mężczyźnie wszystkie rzeczy. Posłał mi grymas, zapewne miał przypominać uśmiech.

- Chce pan przerwać? - zapytał. Dopiero w tym momencie zerknąłem przez ramię. Przy białym fotelu stała pompa z wetkniętymi od góry kilkoma fiolkami. Przypominały te ze wspomnieniami Madeleine, ale były większe, zapełnione jedynie do połowy. Zmarszczyłem brwi. Laborant oblizał usta, po czym wytarł nerwowo spocone ręce w fartuch. - Widzę, że jest pan zdezorientowany. Sugerowałbym jednak kontynuację. Przerwanie w takim momencie może mieć katastrofalne skutki.

- Co?

O czym on do mnie mówił? Może to jakieś halucynacje i omamy wzrokowe? Zmęczenie, palące słońce, woń zgnilizny wydobywająca się z cielska mutanta mogły mieć wpływ na mój stan. Madeleine też nie wyglądała dobrze, może demon rozpylił jakąś truciznę wokół; skoro przerośnięte mutacje były możliwe, to dzikie plemiona demonów też mogły mieć rację bytu.

- Spokojnie, wiem, co robić, może pan wracać. - Laborant podszedł do mnie i sięgnął po coś, co leżało na skórzanym fotelu. Drugą ręką ścisnął moje ramię. Znów poczułem ten charakterystyczny ucisk z tyłu głowy.

Miałem wrażenie, że moje zmysły wyostrzyły się jeszcze bardziej. Dźwięki maszyn stały się głośniejsze; wyraźnie słyszałem, jak mężczyzna brał głębokie wdechy i robił długie wydechy. Światło jarzeniówek nieznośnie raziło. Laborant stanowczo pchnął mnie z powrotem na leżankę. Poddałem się bez zbędnego gadania, ułożyłem z powrotem w takiej samej pozycji jak wcześniej. Następnie zapiął moje nadgarstki i kostki w skórzane pasy. Przymknąłem powieki, by światło nie wypaliło mi oczu. Poczułem na głowie kolejny pas, a po chwili ciche kliknięcie unieruchomiło ją w jednej pozycji.

- Proszę na siebie uważać - szepnął, choć mnie wydawało się to wyjątkowo głośne. Uruchomił pompę. Buczenie odbiło się echem od gładkich ścian.

Znów miałem wrażenie, że świat wiruje. Jakby ktoś wrzucił mnie do bębna pralki i włączył najwyższe obroty. Żołądek podjechał do gardła. Zacisnąłem zęby, wziąłem głęboki wdech przez nos, żeby odpędzić od siebie to uczucie.

Wpadłem w ciemną toń. Woda wciągała mnie pod powierzchnię szybko, bez ostrzeżenia. Ciągnęła w dół, a mnie robiło się coraz zimniej, kolorów ubywało, aż w końcu zrobiło się ciemno.

Odpłynąłem.

 

***

 

Dźwięk rozpędzonych samochodów i klaksonów dotarł do mnie znienacka. Chłodna kropla zderzyła się z moim czołem. Zmarszczyłem brwi i sięgnąłem do niego ręką, by ją zetrzeć. Uniosłem powieki. Biały sufit nie wyróżniał się niczym szczególnym. Kątem oka dostrzegłem otwarte okno. Deszcz zacinał do środka, kilka kolejnych kropel odbiło się od mojej twarzy.

Podniosłem się do pozycji siedzącej. Głowa pulsowała w dziwnym rytmie, zwiastując silny ból, przełyk wysechł na wiór. Oblizałem usta z nadzieją, że trochę mi to pomoże. Czułem się, jakbym był na kacu. Totalne odrealnienie i dezorientacja uderzyły we mnie z podwójną mocą.

Podniosłem się na drżących nogach, ból w potylicy był coraz silniejszy, jakby korniki wierciły dziurę w czaszce. Zakląłem pod nosem, po czym odwróciłem się i chwyciłem za klamkę. Chciałem zamknąć okno, lecz zanim to zrobiłem, wyjrzałem na zewnątrz.

Paryż.

Rozciągał się hen daleko aż do samego horyzontu. W niewielkiej odległości od okna majaczyły resztki wieży Eiffla. Co prawda nie zniszczyła jej bomba atomowa, a zwykła, rzucona kilka dni wcześniej, i z tego, co pamiętałem, nikt nie kwapił się do tego, by uprzątnąć odłamki leżące na ziemi. Po pewnym czasie bezdomni zrobili sobie z nich lokum.

Mieszkania i kamienice nigdy nie należały do najwyższych w tym mieście, dlatego wybuch bomby, która spadła na Niemcy, nie miał znaczącego impaktu na centrum kraju. Kilka budynków doznało szkód, jednak nie tak ogromnych, jakich się wszyscy spodziewali.

Większe spustoszenie siały mutacje, gangi i handlarze narkotyków. Organizacje państwowe przeniosły się bliżej wybrzeża, gdzie było zdecydowanie bezpieczniej i tam też koncentrowały się jednostki wojskowe.

Trzy dekady po wojnie sprowadzono do Paryża oddziały żandarmerii wojskowej, wjechał sprzęt bojowy. Próbowano zapanować nad społeczeństwem, ale było już za późno. Miasto określiło nowe prawa, nie do końca zgodne z tym, czego chcieli rządzący. Powstały samozwańcze organizacje, porządku pilnowały gangi handlarzy narkotyków. Mimo upływu lat wciąż wybuchały zamieszki i pomniejsze bitwy, żołnierze chodzili po ulicach w pełnym uzbrojeniu. Strzelaniny - dzień jak co dzień, a szpitale pękały w szwach.

Russeau miał w Paryżu całkiem spore wpływy. Wiedziałem, że budował kolejną siatkę w tym miejscu, werbował tutejsze demony i angażował się aktywnie w pozbywanie mutacji, czym zdobywał coraz większe poparcie wśród zdegenerowanego społeczeństwa. Przejmował również uczelniane laboratoria - jeśli będzie miał ich wystarczającą liczbę, rozpocznie produkcje narkotyków w centrum kraju. Odejdą spore koszty przeładunków i zmieniania składu eteru i fentanylu. Zainfekowanie uzależnionych obywateli śmiertelnym wirusem stałoby się jeszcze łatwiejsze.

W każdym razie Paryż nie różnił się szczególnie od pozostałych miast zamierzchłej Francji. Jako jeden z nielicznych pozostał przy poprzedniej nazwie, jakby widmo minionych lat rozpościerało nad nim swoje skrzydła. Od dawna też nie mówiło się w języku francuskim; pamiętali go nieliczni, ci co wciąż żyli. Znajdowałem się w tym niewielkim procencie.

Docierała do mnie mieszanka bliżej nieokreślonego dialektu, jakim posługiwano się w Eurazji od kilkudziesięciu lat. Mrowie ludzi kotłowało się na chodnikach, siąpiący z nieba deszcz nie zniechęcił ich w żaden sposób. Samochody tłoczyły się na ulicy, stały tak blisko siebie, że wystarczył jeden nieostrożny kierowca i spowodowałby niezły karambol.

Mimowolnie uniosłem kąciki ust. Kochałem to miasto od dnia, w którym przyjechałem tu na studia. Miało w sobie pewien romantyzm, jednocześnie było tajemnicze i mroczne, jakby skrywało coś w samym sercu wielkiej metropolii niczym dawne kamieniołomy Denfert-Rochereau4, których korytarze były jedną wielką niewiadomą po dziś dzień.

Westchnąłem, po czym zamknąłem okno, nie chciałem, żeby napadało do środka. Rozejrzałem się po pomieszczeniu; wysokie, szare ściany zdobiły stylowe sztukaterie w tym samym kolorze. Elegancka, drewniana szafa na wygiętych nóżkach stała w rogu pokoju, po przeciwnej stronie znajdowała się równie fikuśna sofa z drapowanym obiciem i dębowa ława.

Znajome.

Towarzyszyło mi dziwne uczucie odrealnienia i dezorientacji. Zastanawiałem się, jak znalazłem się w pokoju gościnnym w mieszkaniu Mary Ann. Niewyraźne wspomnienia majaczyły gdzieś w odmętach świadomości. Ostatnie, co pamiętałem, to trasa opuszczoną autostradą prowadzącą przez dawne Rennes i Le Mans. Czyżbym znowu odpłynął w międzyczasie? Nie czułem się aż tak wyczerpany, byłem skłonny stwierdzić, że gdy opuszczaliśmy stację, trzymałem się nawet nieźle.

Otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Ciszę przerywało jedynie ledwie słyszalne postukiwanie palców o klawiaturę. Ruszyłem do pomieszczenia, z którego docierał dźwięk. Cohen siedział w fotelu, pochylony nad szeroką ławą. Ekran odbijał się w szkłach okularów korekcyjnych. Tylko na chwilę podniósł na mnie wzrok, po czym wrócił do pracy.

Salon wyglądał tak, jakby Mary Ann wciąż tu mieszkała.

- Gdzie jest Madeleine? - zapytałem, podchodząc do kanapy. Rozsiadłem się na niej wygodnie, spanie na podłodze sprawiło, że miałem zastane kości i zdrętwiały kark.

- W drugiej sypialni - odparł, a potem sięgnął po telefon i wystukał krótką wiadomość. Wyprostował się, mierząc mnie wzrokiem. - Szybko się zregenerowałeś.

Uniosłem brew.

- Po czym?

- Nie pamiętasz? - zdziwił się. Pokręciłem głową. - Zaatakowały nas dwa potwory. Ledwo uszliście z życiem. Jak ściągałem cię z ulicy, to bardziej przypominałeś worek kości niż pełnoprawnego trimisa.

Otworzyłem usta, by za chwilę je zamknąć. Jak mogłem coś takiego wyprzeć z pamięci? Choć może wcale nie wyparłem, po prostu mój umysł nie dotarł jeszcze do tych wydarzeń. Wciąż czułem się nieco otępiony. Być może ból, który odczuwałem, też nie był spowodowany niewygodną pozycją.

Przyjrzałem się dokładnie swoim ciuchom, jednak nie znalazłem na nich żadnych oznak minionych wydarzeń. Co więcej, wcale nie należały do mnie.

- Przebrałeś mnie w dresy? - sapnąłem z obrzydzeniem. Z ust Ezry wyrwało się rozbawione prychnięcie.

- Tylko to miałem. - Posłał mi złośliwy uśmieszek. Skrzywiłem się z niesmakiem. Cząstka mnie, która odpowiadała za dobry gust, właśnie umierała. Haker odchrząknął i poprawił okulary na nosie. - Przeżyjesz. Kiedy wy się regenerowaliście, ja sprawdziłem, gdzie dokładnie jest Russeau. Nie myliliśmy się, jechał do Paryża. Zatrzymał się w jednostce wojskowej we wschodniej części miasta. My wjechaliśmy od południa, tam zamieniłem samochód na mniej rzucający się w oczy. Problem leży natomiast w tym, że odkąd tu jesteśmy, już trzy razy miasto zostało zaatakowane przez dziwną mutację, niewystępującą w tej części kraju.

- Przywiózł tego potwora ze sobą - stwierdziłem. Nakagawa jedynie nieznacznie kiwnął głową. Wziął laptop i wyciągnął rękę w moją stronę. Zabrałem od niego urządzenie. Na ekranie wyświetlało się kilka ujęć z kamer rozrzuconych w różnych częściach miasta. Niewyraźne obrazy przedstawiały barczystego, wysokiego potwora z migającą diodą wciśniętą na wysokości szyi.

Zastanawiałem się, jak Russeau to robił. Jak kontrolował te mutacje. Nie był najwybitniejszym naukowcem, wiele rzeczy mu nie wychodziło, szczególnie jeśli chodziło o budowanie różnego typu urządzeń. Fenomenalnie odnajdywał się w chemii, tym się głównie zajmował podczas prowadzenia wspólnych badań. Cóż, możliwe, że zakres jego obowiązków się poszerzył po tym, jak Madeleine odcięła mnie od swoich eksperymentów. Choć nie sądziłem, że działało to w jego przypadku na taką skalę.

- Skontaktowałem się ze swoimi ludźmi. Laboratorium Maddie jest pilnowane przez żandarmerię całą dobę. Spróbuję zebrać tylu ludzi, ilu zdołam, ale jeśli tam wpadnie ten potwór...

- Zbiorę kilku trimisów - odparłem. Przeczesałem włosy palcami i poprawiłem pozycję na kanapie. Oddałem hakerowi laptop. - Na kiedy?

- Kiedy tylko Maddie się obudzi. - Zacisnął usta w wąską linię. Zmarszczyłem brwi i sięgnąłem do jego umysłu, ale natrafiłem na porządny mur. Posłał mi jedynie znudzone spojrzenie. Dziwne uczucie niepokoju przeszyło mnie na wylot.

- Co z Madeleine? - zapytałem, choć zapewne nie musiałem.

Ezra podniósł się z fotela i machnął na mnie ręką. Podążyłem za nim w głąb korytarza. Minęliśmy ciasną kuchnię, aż dotarliśmy do ostatnich drzwi. Pamiętałem, że ta konkretna sypialnia należała do Mary Ann i nikt nie miał do niej wstępu. Owa kobieta to furiatka, tak przynajmniej ją zapamiętałem. Była zdecydowanie bardziej stanowcza niż jej brat, choć jemu też nie brakowało uporu.

Tym razem jednak nie trzeba było pukać. Wysoka, smukła Francuzka o kaukaskich rysach nie stanęła w drzwiach i nie spojrzała na nas pogardliwie. Nie przerzuciła kruczoczarnych włosów przez ramię ani nie podparła się pod boki.

Uczucie smutku i nostalgii zakłuło mnie w klatkę piersiową.

Weszliśmy do jasnego pomieszczenia w ciszy. Uderzył we mnie brak jakiegokolwiek dźwięku, w powietrzu nie unosiły się nawet senne oddechy Madeleine, choć wyglądała, jakby rzeczywiście spała. Wszystko znieruchomiało, jak gdyby czas zupełnie się zatrzymał. Zerknąłem na zaciągnięte roletami okno, ale dźwięk odbijających się kropel o szybę nie docierał do moich uszu.

- Też to wyczuwasz? - zapytał szeptem mój towarzysz. Kiwnąłem głową, wróciłem spojrzeniem do trimiski. Nakagawa podszedł do łóżka i przewrócił ją na plecy. Wziął głęboki wdech i przytrzymał w płucach nieco dłużej, jakby obawiał się tego, co zamierzał mi pokazać. - Mutacja zraniła Maddie, a potem świat się zatrzymał. Podobnie jak teraz.

Zmarszczyłem brwi. Nie bardzo rozumiałem, o co mu chodzi.

- Jak to "zatrzymał się"?

- Tak jak teraz. Jakby wokół Maddie utworzyła się jakaś bańka i trzymała ją w zawieszeniu. Tylko dzięki temu udało nam się stamtąd odjechać. Nie dopadło mnie odrętwienie, dlatego że wylądowała na masce samochodu i znalazłem się w zasięgu tego pola. Przynajmniej tak przypuszczam.

Przechyliłem głowę w bok. To było co najmniej dziwne. Próbowałem odnaleźć w odmętach wspomnień choćby podobną akcję, ale nie przychodziło mi nic do głowy. Nijak się to miało do ostatniej sytuacji, w której moc Madeleine wymknęła się spod kontroli i prawie wyhamowała czas. Patrzyłem na nią i wyglądała zupełnie inaczej, choć nic się w niej nie zmieniło.

- Dobra, dojdziemy do tego - powiedziałem ostatecznie, po czym podszedłem bliżej i oparłem się o materac. - No to rzucaj tą bombą, Nakagawa.

Haker sięgnął do twarzy kobiety i rozsunął powiekę lewego oka. Źrenica zmniejszyła się pod wpływem białego światła, ale nie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Tęczówka Madeleine żarzyła się krwistą czerwienią. Odsunąłem się, wciągając powietrze w płuca ze świstem.

- Co do... - Głos uwiązł mi w gardle. Żyłem długo, widziałem wiele i nie sądziłem, że coś było w stanie mnie jeszcze zaskoczyć. Jednak widok demonicznego ślepia w ciele najpotężniejszego trimisa, jakiego znałem, wprawił mnie w osłupienie.

- Też chciałbym wiedzieć. - Sięgnął do drugiego oka, ale tamto wyglądało zupełnie normalnie. - Nie mam pojęcia, Dubois. Nawet w laboratorium nie mieliśmy tego typu przypadków. Nie wiem, co się wydarzyło ani jak to jest możliwe. To ty kończyłeś studia kierunkowe z biomechaniki i mikrobiologii, więc powiedz mi, co tu jest grane.

Przymknąłem powieki. Pulsowanie w skroniach zapowiadało przepotężny ból głowy.

Szukałem w odmętach pamięci rozwiązania, jednak po chwili się zatrzymałem. Nie potrzebowałem go. Najpierw należało się dowiedzieć czegokolwiek, a dopiero później postawić kropkę nad "i".

Coś się wydarzyło.

Według Ezry trimiska została zraniona przez mutację. Nie znaliśmy tych z głębi lądu, nikt ich nigdy nie badał, dlatego gdy spotkaliśmy pierwszą na swojej drodze, doznaliśmy niezłego szoku. Domyślałem się, że te, które nas zaatakowały, mogły być podobnej wielkości, ale nie byłem pewny tego, że ich DNA wyglądało podobnie.

Być może całkowicie się różniło. Być może zmutowały jeszcze bardziej i posiadały dodatkowe umiejętności, których na próżno szukać w potworach atakujących miasta. DNA ludzi wcale nie różniło się zbytnio od tego zwierzęcego, wystarczyło trochę więcej promieniowania, by mordercze geny wysunęły się na prowadzenie i opanowały cały organizm.

Coraz ciężej mi się oddychało w obecności Sinclair. Jakby całe powietrze w pomieszczeniu weszło w stan zamrożenia. Zimne igiełki kłuły złośliwie w płuca, domagając się wycofania, inaczej skończyłbym źle.

Spojrzałem na Ezrę, on również miał problem z wzięciem głębszego wdechu. Szturchnąłem go w ramię. Wyszliśmy z pomieszczenia. Ciche kliknięcie zamykanych drzwi przecięło przestrzeń. Oparliśmy się o ściany wąskiego korytarza i trwaliśmy tak przez dobre kilka minut. Nakagawa wyciągnął telefon z kieszeni.

- Ile rzeczy potrzebujesz do badania? - zapytał. Dokładnie wiedział, co chodziło mi po głowie, choć sam jeszcze nie wyklarowałem odpowiedniego planu. Skubany, szybki był.

Westchnąłem ciężko.

- Probówki, rękawiczki, strzykawka, igła. Najlepiej dwie, w razie zanieczyszczenia pierwszej próbki. - Wzniosłem oczy ku górze, wertując swoją pamięć. Od dawna niczego nie badałem. - Mikroskop, mieszadło i...

- ...dezynfekcja - dokończył za mnie. Kiwnąłem głową. Czego się spodziewałem? Przecież Ezra doskonale wiedział, czego będę potrzebował, był równie dobrze przeszkolony, co ja. Zapytał z przyzwyczajenia. Wystukał krótką wiadomość na urządzeniu, po czym schował je do kieszeni. Powiódł spojrzeniem do drzwi sypialni.

Próbowałem dostać się do jego głowy. Nawet jeśli udawało mi się odbić od zbudowanej w umyśle ściany, nie dał po sobie tego poznać. Rodziło się we mnie nieodparte wrażenie, że coś przede mną ukrywał i miało to związek z wydarzeniami owianymi grubym pasmem mgły, przez którą nie byłem w stanie się przebić.

Coś ciężkiego osiadło na moich barkach. Ból w czaszce rozprzestrzeniał się coraz bardziej, wiercił dziurę w twardej kości bez opamiętania. Przymknąłem powieki, chciałem odpędzić od siebie to dziwne uczucie, jednak nie dawało mi spokoju.

Odbiłem się od ściany i ruszyłem do kuchni. Znałem to miejsce niemal jak własne mieszkanie. Nalałem wody do szklanki i wypiłem duszkiem. Kroki Ezry oddalały się, a chwilę później trzaśnięcie drzwi oznajmiło, że wyszedł na zewnątrz.

Nakagawa się w tańcu nie pierdolił. Rzeczy niemożliwe załatwiał od ręki.

 

***

 

Wpatrywałem się tępo w dwie probówki obracające się z wolna w mieszadle. Roztwór soli fizjologicznej łączył się z próbką na szkiełku. Miałem wrażenie, że to wszystko odbywało się zbyt wolno. Wyczuwałem wibracje mocy Madeleine, rozpływały się równomiernie okręgami, jakby leżała na spokojnej tafli i poruszała delikatnie rękami.

Coś było zdecydowanie nie tak. Nie potrafiłem tego określić w żaden sposób, próbowałem złapać tę myśl, ale gdy tylko się zbliżałem, ona uciekała w popłochu i chowała się w innym, zupełnie niedostępnym dla mnie miejscu. Oddalała się ode mnie tak długo, aż w pewnym momencie zapomniałem w ogóle, co mnie niepokoiło. Pozostało jedynie to nieprzyjemne uczucie odrealnienia i dyskomfortu.

Spojrzałem przez okular mikroskopu na próbkę krwi Madeleine. Na pierwszy rzut oka wyglądała całkowicie normalnie. Dopiero po kilku sekundach dostrzegłem zmiany zachodzące w trombocytach, których nigdy wcześniej nie widziałem. Jakby została zanieczyszczona.

Zakląłem pod nosem. Usunąłem bezużyteczne szkiełko, po czym przygotowałem następne, tym razem bez roztworu soli fizjologicznej. Być może to ono stanowiło problem. Mimo upływu lat wciąż zdarzały się zanieczyszczone preparaty, a nie miałem pojęcia, skąd Ezra wziął akurat te.

No bo przecież nie z laboratorium. Byłyby oznaczone.

Niestety kolejna próbka również zachowywała się dziwnie pod mikroskopem. Cienkie, złote nici mocy trimisa oplatały się niemal czule wokół płytek krwi, ale pomiędzy nimi dostrzegłem coś nadzwyczajnego. Dodatkowy składnik, którego nie uwzględniała ani krew ludzka, ani ta po mutacji. Jakby ktoś podał coś Madeleine i organizm próbował to zwalczyć, lecz nie za wszelką cenę. W pewnym momencie traktował intruza jak swojego.

- I co? - Dotarło do mnie, kiedy wpatrywałem się w mikroskop ze zmarszczonymi brwiami.

- Moje przypuszczenia chyba się potwierdziły - mruknąłem. Przetarłem oczy palcami, po czym oparłem łokcie na blacie. - Wydaje mi się, że mutacje w tych stronach wytworzyły jakąś formę trucizny, by łatwiej im było polować. - Czułem, jak haker spiął się wyraźnie na te słowa. - Jednak trimis to nie człowiek. Jej organizm poradzi sobie z tym, ale potrzebuje czasu.

- Którego nie mamy. - Usiadł po przeciwnej stronie stołu. Przysunął mikroskop do siebie i spojrzał w okular. Trwał w takim zawieszeniu zdecydowanie dłużej niż ja. Zdusiłem w sobie parsknięcie. Po chwili odsunął się i oparł o oparcie krzesła. Spojrzał na mnie badawczo znad srebrnych oprawek. - Wygląda jak jakiś nośnik.

Zamrugałem zdegustowany. Badacz się znalazł.

- Niby jaki nośnik? - Uniosłem brew. - Pierwszy raz coś takiego widzę.

- Podobnie działają te w sieciach komputerowych. Kiedy chcesz podrzucić komuś program szpiegowski, w pierwszej fazie system będzie go traktował jak jakiegoś wirusa. Jednak im dłużej będzie sortował dane, tym rzadziej komunikat o potencjalnym zagrożeniu będzie się pojawiał, aż w końcu system zacznie traktować go jak zwykły program, który był tam od zawsze - wytłumaczył ze stoickim spokojem. - W rzeczywistości trwa to ułamek sekundy i zwykle właściciel się nawet nie orientuje, że cokolwiek zostało mu podrzucone.

- I jaki to ma związek z tym, co się dzieje pod mikroskopem? - Założyłem ręce na piersi.

- Myślę, że właśnie taki proces zachodzi w organizmie Maddie. Komórki zwalczają tę truciznę, czy czym tam oberwała, ale tylko przez chwilę. Zakładam, że jakbym spojrzał teraz w okular, to nie działoby się tam nic nadzwyczajnego.

Nie musiałem tego sprawdzać, żeby wiedzieć, że proces tolerancji immunologicznej hulał na szkiełku w najlepsze. Zapach posoki się zmieniał. Drażnił moje nozdrza coraz bardziej, sprawiał, że czułem się skołowany, bo charakterystyczny aromat Madeleine zanikał, a ja nie miałem pojęcia, jak to odkręcić.

- Ty to nie jesteś taki głupi, Nakagawa. - Ledwo przeszło mi to przez gardło, ale musiałem to przyznać na głos. Należało mu to oddać. - Masz rozwiązanie na ten problem?

Ezra przewrócił oczami. Przeskakiwał spojrzeniem między mną a mikroskopem, intensywnie myślał nad odpowiedzią i powoli zaczynałem rozumieć, jak do tego doszło, że zaszedł tak daleko. Łączył kropki w niebanalny sposób, robił to nad wyraz szybko. Wątpiłem, że to sprawka zmutowanego DNA, potwory raczej cofały się na szczeblach mentalnej ewolucji.

- Może wcale nie trzeba tego problemu rozwiązywać? - zapytał w końcu. Odwrócił głowę w stronę okna. - Nie wiemy, czy to będzie miało jakikolwiek wpływ na Maddie, dopóki się nie obudzi.

Jedynie mruknąłem w odpowiedzi. Również spojrzałem na szare, paryskie niebo. Chmury kłębiły się nad miastem, obłoki stawały się coraz większe, jakby chciały przygnieść postapokaliptyczny świat. Groziły obfitymi opadami. W Down Town nie było to czymś niezwykłym, natomiast w tym mieście zwykle panował ukrop i potworne susze. Mimo że kamienice wciąż pozostawały te same, klimat mógł się diametralnie zmienić.

Siedzenie i oczekiwanie na jakąkolwiek reakcję ze strony Sinclair mijało się z celem. Traciliśmy czas, a nie mieliśmy go przecież zbyt wiele. Potwór pustoszący miasto został do niego wpuszczony w konkretnym celu, to nie był przypadek. Przekonany o tym, że były współpracownik intensywnie nas szukał, czułem silną potrzebę robienia czegokolwiek.

Podniosłem się z miejsca, po czym pozbierałem porozrzucane przedmioty ze stołu. Zużyte szkiełka, strzykawki i igły zgarnąłem do kubła na śmieci, kodując z tyłu głowy, że ten konkretny worek trzeba zanieść od razu do palarni. Kto wiedział, co grasowało po śmietnikach. Wyłączyłem mieszadło, wypiąłem probówki i umieściłem je w lodówce. Mogłem jeszcze wpaść na jakiś fenomenalny pomysł.

Ostatnie, czego chciałem, to ponowne wchodzenie do sypialni, w której znajdowała się Sinclair. Powietrze w tamtym pomieszczeniu było tak gęste, że niemal przybrało materialną formę. Obawiałem się, że popadłbym w pewnego rodzaju katatonię, jeśli pozostałbym tam choćby chwilę dłużej, i nie umiałbym się z niej wyrwać. Świadoma Madeleine miała kłopot z panowaniem nad swoją mocą, nieprzytomna z kolei... Cóż, wolałem nie sprawdzać, co jeszcze mogło się wydarzyć.

Nakagawa wodził za mną spojrzeniem. Wydawał się całkowicie spokojny, ale w jego tęczówkach dostrzegłem burzę i mógłbym przysiąc, że trzymał się podobnych myśli do moich. Czasem odnosiłem wrażenie, że wcale nie różniliśmy się od siebie tak bardzo, jakbym sobie tego życzył. Ta wizja pozostawiała nieprzyjemny posmak na języku, sprawiała, że czułem się niekomfortowo. Mogłem go darzyć sympatią, mogłem się z nim kumplować, mogłem dzielić ciało Madeleine, jednak to tylko pozory. Chciałem jej dla siebie, na wyłączność. Znienawidziłaby mnie, gdybym się go pozbył, sama musiała podjąć tę decyzję, a ja nie byłem w stanie w żaden sposób na nią wpłynąć.

Jeszcze.

Ezra zapewne myślał podobnie. Uważnie obserwował tę kobietę, potrafił na tej podstawie określić, czego potrzebowała i co powinna usłyszeć, żeby załagodzić jej złość. Był w tym piekielnie dobry.

Przełknąłem rozgoryczenie. Oparłem się o blat roboczy przy lodówce i założyłem ręce na piersi. Haker spojrzał na mnie podejrzliwie, ale wystarczyło jedno mrugnięcie, by przybrał neutralny wyraz twarzy.

Pieprzony robot.

- Wybadam teren - oznajmiłem. Atmosferę w mieszkaniu można było kroić nożem. - Do jednostki, w której stacjonuje Jean Luc, zapewne się nie dostanę, tak samo do wnętrza laboratorium, ale może uda mi się ustalić, jak wielu żołnierzy kręci się dookoła.

- Jakby udało ci się podpiąć do sieci miejskiej, mógłbym sprawdzić kamery wewnątrz Instytutu. - Wyciągnął telefon. Wiedział, że się zgodzę, im bardziej ułatwimy sobie zadanie, tym lepiej. - Serwerownia znajduje się w ratuszu, a ten nie posiada tak zaawansowanych zabezpieczeń.

- Bułka z masłem.

Miasta na pewno nie było stać na technologie, na których opierały się systemy obronne w Instytucie Nauk Stosowanych. Zresztą, sami je wymyśliliśmy, a dostęp do materiałów był ściśle tajny.

Przez "ściśle tajny" miałem na myśli, że znajdował się we wspomnieniach Madeleine.

Nakagawie zajęło jedynie chwilę, by wcisnąć mi w rękę małego, niepozornego pendrive'a z programem, który otworzyłby przed nim piękny, nieskalany dobrem świat wszystkich paryskich ulic.

Bez słowa ruszyłem w głąb korytarza, tylko przelotnie zerknąłem na wieszak, by utwierdzić się w przekonaniu, że nie wisi na nim mój płaszcz. Oczami wyobraźni widziałem, jak niszczeje pod gruzami w apartamencie w Down Town.

Wyszedłem na klatkę schodową. Kręte, wąskie schody kusiły obietnicą złamanego karku przy jednym nieostrożnym kroku. Uśmiechnąłem się kącikiem ust. Ciepłe, lekkie echa przeszłości zamajaczyły pod sklepieniem mojej czaszki i towarzyszyły mi, dopóki nie postawiłem nogi na betonowej płycie. Oczy zaczęły szczypać od duszącego kurzu, przypominając tym samym o mniej komfortowych wspomnieniach.

Granica między nimi się zacierała.

Tak samo jak myśl o tym, dlaczego to Madeleine musiała odzyskać swoje.

Rozdział 21

Ból rozszedł się po mojej ręce w ułamku sekundy. Jęknęłam zaskoczona tą niespodziewaną pobudką. Czułam, że jest coś mocno nie tak, i jak zwykle moja intuicja mnie nie zawiodła.

Do moich uszu dotarł przeraźliwy krzyk Ezry.

Nie, nie, nie. Nie było dobrze, cholera!

Szarpnęłam się wściekle. Więzy na moich nogach puściły chyba za setnym razem, machałam nimi w powietrzu jak opętana, raz nawet udało mi się trafić w coś i pękło z głuchym tąpnięciem. Przypominało czaszkę, ale nie byłam do końca pewna. Miałam zakryte oczy, jednak dochodziły do mnie różne dźwięki.

Pikanie maszyn.

Powarkiwanie mutacji.

Zdesperowane posapywania ludzi.

Szum przelewającego się płynu.

Doskonale słyszałam szaleńczo bijące ludzkie serca i stukot upadającego na ziemię ciała, gdy udało mi się owinąć nogi wokół czyjejś szyi i skręcić kark. Cały mój organizm krzyczał, że jestem w stanie zagrożenia życia, a odcięcie od jednego ze zmysłów sprawiało, że walczyłam o nie jak nigdy dotąd.

Skórzane pasy wbijały się boleśnie w skórę na nadgarstkach. Zacisnęłam mocno zęby, licząc na to, że kolejne szarpnięcie uwolni mnie z okowów, lecz nie przynosiło to żadnego rezultatu. Miałam wrażenie, że moja szamotanina dawała odwrotny efekt niż zamierzony i więzy zacieśniały się na mojej skórze coraz bardziej.

Czułam się jak zwierzę zamknięte w klatce. Zapach detergentów drażnił moje nozdrza. Zaraz za nim ciągnął się długi ogon woni rozgrzanego asfaltu i spalin. Wyczuwałam obecność innych ludzi. Ich płytkie, przestraszone oddechy odbijały się od gładkich ścian pomieszczenia. Ten dźwięk mieszał się z szumem wiatru i rykiem samochodowych silników.

Moje serce łomotało o żebra, pompowało zawzięcie posokę do całego organizmu i rozprowadzało horrendalne pokłady uwolnionej adrenaliny. Opadłam na leżankę. Wzięłam głęboki wdech przez nos, musiałam jakoś uspokoić szalejące myśli i zdusić strach, który się we mnie kotłował. Walcząc z więzami, nie będę miała sił pomóc Cohenowi.

- Obudźcie Duboisa! - szepnął ktoś przez zaciśnięte zęby.

Zamarłam na moment.

Spanikowane szumy poniosły się po przestrzeni. Kilka par butów przebiegło obok, lecz żadna z tych osób ani myślała się do mnie zbliżyć. Trzymali odpowiedni dystans, by nie skończyć jak ich towarzysz. Smród śmierci niósł się coraz wyżej, aż pod sufit.

Mrugałam zawzięcie, licząc na to, że w końcu przegonię ciemność, nic takiego się nie wydarzyło. Nie byłam pewna, czy miałam opaskę na oczach, czy to jakaś forma oślepienia, bo nie czułam nic na skórze, co mogłoby zasłonić widok.

Coś wbiło mi się w udo. Warknęłam wściekle. Piekący ból rozszedł się po moim ciele w mgnieniu oka. Przygryzłam dolną wargę, by zdławić cisnące się na usta przekleństwo. Przeraźliwy ryk skutecznie zniechęcił mnie do wydawania jakichkolwiek dźwięków.

Mutacja.

Coś było mocno nie tak. Wytężyłam słuch. Miałam nadzieję, że znów usłyszę Ezrę i będę wiedziała, skąd dochodził jego krzyk. Coś mocno ścisnęło mnie w mostku na myśl o tym, że cierpiał.

Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Świat zawirował niebezpiecznie mocno, gwałtownie. Mimo że leżałam, miałam wrażenie, że tracę równowagę. Kołysałam się bezwładnie niczym liść na wietrze. Moja świadomość zaczynała się sypać, myśli ulatywały w zatrważającym tempie. Próbowałam złapać którąkolwiek z nich, lecz wymykały mi się z wyimaginowanych rąk.

Nie chciałam tracić przytomności. Walczyłam z tym niekomfortowym uczuciem spadania, ile miałam sił. Nie mogłam zostawić Ezry. Jeśli działa mu się krzywda, musiałam mu pomóc.

 

***

 

Zerwałam się do pozycji siedzącej, biorąc porządny haust powietrza. Otworzyłam szeroko oczy, zdezorientowana rozejrzałam się po ciemnym pomieszczeniu. Mokre włosy przykleiły mi się do twarzy, przetarłam spocone czoło dłonią i z powrotem opadłam na poduszki. Westchnęłam z ulgą.

To tylko sen.

Przetarłam oczy palcami, po czym przekręciłam się na bok. Spojrzałam w wysokie okno zasnute niedbale koronkową firanką. Rzadko spotykaną w domach tyle lat po wojnie. Okrągła tarcza księżyca próbowała przebić się przez gęste, granatowe chmury.

Podniosłam się ociężale z łóżka. Moje stopy zatopiły się w miękkim dywanie. Uśmiechnęłam się pod nosem, skojarzyło mi się to z czymś niesamowicie przyjemnym, czego nie doświadczałam już od dawna. Podeszłam do okna i uchyliłam je nieznacznie. Zapach ozonu otulił mnie wraz z chłodnym, nieśmiałym zefirkiem.

Zmarszczyłam brwi. Uczucie déja vu osiadło ciężko na moich ramionach. Wróciłam myślami do snu, by przeanalizować go raz jeszcze, dopóki nie zatarł się całkowicie w pamięci. Jednak to nie nadchodziło.

Przełknęłam gulę rosnącą w przełyku, kiedy uderzył we mnie zapach detergentów, nadzwyczaj wyraźny jak na zwykły sen. Echo nazwiska Nicoli odbijało się od sklepienia mojej czaszki. Uczucie niepokoju rozlało się po klatce piersiowej, a trimis w moim wnętrzu szarpnął się gwałtownie, gdy dotarła do mnie pewna rzecz.

Jak się tu znalazłam?

Rzuciłam się w stronę drzwi. Szarpnęłam niecierpliwie za klamkę i wypadłam na korytarz. Krew szumiała mi w uszach, bez zastanowienia uwolniłam pokłady mocy trimisa. Podeszwy bosych stóp zapiekły w kontakcie z chłodną posadzką. Przyjęłam pozycję, by w każdej chwili rzucić się do walki.

Nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Nienaturalna cisza panująca dookoła nie uspokajała mnie nawet w najmniejszym stopniu. Serce tłukło się jak szalone, kiedy skanowałam uważnie otoczenie. Ciemne ściany korytarza ciągnęły się kilka metrów, aż w końcu od mroku odcięła je mdła, szara poświata wydostająca się z jednego z pomieszczeń.

Powolnym krokiem ruszyłam w tamtą stronę. Zacisnęłam usta, by nie wydostał się z nich żaden dźwięk. Czułam, jak drżę z nerwów, żołądek zwinął się w supeł, a ręce pociły niemiłosiernie.

Zaklęłam w myślach. Nigdy nie miałam objawów strachu. Całe moje dotychczasowe życie wciskano mi do głowy, że to zbędna emocja. Inaczej podchodziłam do obawy o życie Ezry; to było dla mnie zrozumiałe, w końcu nieśmiertelność nie należała do puli jego cech. Jednak strach przed walką lub obroną? Coś, czego do tej pory nie doświadczałam.

Gdzieś z tyłu głowy załaskotało nieprzyjemne uczucie i myśl, że to wiązało się ze snem. Być może to jedynie nadinterpretacja, ale wszystko wydawało się zbyt realne, by było jedynie wymysłem mojej wyobraźni. Szczególnie że nigdy nie gościłam w takim miejscu, znałam je z opowieści Ezry i Nicoli.

Próbowałam sobie przypomnieć, co się działo, zanim tutaj trafiłam. Skrawki wspomnień próbowały ułożyć się w jednolitą całość, ale brakowało kilku puzzli w układance, przez co obraz miał wiele dziur, a ja nie potrafiłam ich w żaden sposób załatać. Ucisk w skroni sugerował, że im dłużej zastanawiałabym się nad tym, tym większe prawdopodobieństwo bólu głowy, a na niego nie miałam w tej chwili najmniejszej ochoty.

Zatrzymałam się przed jasną smugą na podłodze. Przylgnęłam ramieniem do ściany i zerknęłam w głąb pokoju. Wypuściłam powietrze z ulgą, gdy okazało się, że w fotelu siedzi Ezra, pochylony nad ekranem laptopa. Przełknęłam ślinę i rozluźniłam mięśnie. Stanęłam w progu. Ukłuła mnie dziwna niepewność, że ten mężczyzna nie jest prawdziwy, ale odpędziłam od siebie te niedorzeczne myśli.

Wyczuwałam intensywną woń cedru. Widziałam dokładnie każdą zmarszczkę na jego twarzy, czułam badawcze spojrzenie na swoim ciele, kiedy przeniósł na mnie wzrok znad monitora, i słyszałam westchnienie ulgi, kiedy dotarło do niego, że to ja.

Nie mogłam się ruszyć. Trimis w moim wnętrzu szarpał się niespokojnie, nogi natomiast wrosły w parkiet i twardo odmawiały postawienia kolejnego kroku. Zlustrowałam go od góry do dołu, jednak nie zauważyłam niczego niepokojącego. Panika rozlała się po moim ciele w ułamku sekundy, zdecydowanie więcej czasu zajęło mi wciśnięcie jej z powrotem gdzieś głęboko w podświadomość.

- Maddie? - zapytał szeptem, a jego brew uniosła się nieznacznie. Fotel wydał charakterystyczny dźwięk, gdy się odchylał.

Przełknęłam gulę formującą się w przełyku. Tak bardzo chciałam do niego podejść! Przytulić, poczuć to przyjemne ciepło bijące z jego ciała, lecz nie byłam w stanie się ruszyć. Zamurowało mnie, nagle dostałam paraliżu. Obraz przede mną rozmazał się, zamrugałam, by odpędzić nadchodzące łzy. Nie do końca rozumiałam, co się działo. Ostatnie, co pamiętałam, to ukrop ciągnący od metalowej maski wojskowego SUV-a, wystarczyło jedynie mrugnięcie, by rzeczywistość przybrała zupełnie inne barwy.

Ezra podniósł się z fotela i w dwóch długich krokach znalazł się tuż przede mną. Bez zbędnych pytań objął mnie mocno ramionami. Moje natomiast spięły się, ale trwało to tylko krótką chwilę. W następnej moje ręce oplatały się mocno wokół jego talii. Z mojego gardła wydarł się niekontrolowany szloch. Nie byłam w stanie go powstrzymać.

- Już dobrze - wymamrotał w moje włosy. Gładził mnie delikatnie po plecach w uspokajającym geście.

- Nie rozumiem, co... - załkałam. Słowa uwięzły mi w gardle. Poczucie zagubienia stawało się nie do zniesienia. Zacisnęłam palce mocniej na materiale jego bluzy. Trimis szarpał się w moim wnętrzu, jednak próbowałam ostudzić jego zapędy. W końcu to był Ezra!

- Cii, zaraz ci wszystko wyjaśnię, ale musisz się uspokoić.

Wzięłam głęboki wdech. Zaciągnęłam się cedrową wonią i przytrzymałam ją w płucach. Policzyłam do dziesięciu i wypuściłam oddech. Cała moja skóra mrowiła, lecz im dłużej wykonywałam tę czynność, tym spokojniejsza się robiłam. Ezra cały czas gładził mnie po plecach, cierpliwie czekał, aż odzyskam jasność umysłu.

Moja reakcja była nad wyraz emocjonalna. Sama byłam zaskoczona tym, jak szybko z trybu walki przeszłam do paniki. To coś nowego, coś niespodziewanego, czego nie mogłam do końca opisać. I chyba to przerażało mnie najbardziej.

Intuicja krzyczała, że było źle, że sytuacja, w jakiej się znalazłam, nie należała do normalnych. Nie potrafiłam jednak określić, co rzeczywiście było nie tak. Wpatrywałam się w oblicze Cohena i nie mogłam dostrzec żadnych zmian. Wciąż taki sam, z tym samym miękkim, uważanym spojrzeniem i tą samą delikatnością, zarezerwowaną jedynie dla mnie.

Posadził mnie na kanapie, a potem ruszył w głąb korytarza. Zadrżałam z zimna, kiedy jego ramiona przestały mnie obejmować. Skuliłam się na miękkim siedzeniu i objęłam kolana rękami. Ezra wrócił po chwili ze szklanką wody w ręku. Usiadł obok i przyjrzał mi się uważnie. Zdecydowanie najwięcej czasu poświęcił mojej twarzy. Zmarszczył brwi, przygryzając dolną wargę, po czym poprawił okulary.

I wtedy to zobaczyłam.

- Moje oko - jęknęłam niedowierzająco. Nie mogłam oderwać wzroku od fosforyzującego odbicia w gładkich szkłach okularów korekcyjnych. Przysunęłam się bliżej, ale wtedy refleks zniknął. Odsunęłam się i znów zobaczyłam to samo. - Moje oko jest czerwone, Ezra.

- Wiem. - Zacisnął usta w wąską linię. Wciąż trzymał szklankę w ręce, postanowił ją odstawić na ławę. Westchnął i przeczesał włosy palcami. - Co pamiętasz?

- Ja... - Spuściłam głowę, próbując przypomnieć sobie ostatnią rzecz, jaką robiliśmy. Koszmar. Zapach detergentów przylgnął do mojej skóry i nawet woń perfum Ezry nie była w stanie go pokonać. Objęłam się i przejechałam dłońmi po skórze ramion. - Byliśmy w wojskowej stacji benzynowej - zaczęłam, elementy układanki próbowały wskoczyć na swoje miejsce, lecz opornie im to szło. - Później ruszyliśmy do Paryża. Wjechaliśmy w głąb lądu. I... walczyłam. Z mutacją.

Ezra kiwnął głową. Posłał mi pokrzepiający uśmiech.

- Pamiętasz coś jeszcze?

Zmarszczyłam brwi. Naprawdę chciałam sobie przypomnieć cokolwiek, ale mój umysł był jedną wielką czystą kartką. Ścisnęłam palcami nasadę nosa. Ból zapukał w skronie całkiem śmiało.

- Powinnam? - Przechyliłam głowę na bok. Sięgnęłam po szklankę z wodą, po czym upiłam z niej spory łyk. Opadłam na oparcie kanapy i spojrzałam w sufit.

- Mutacja cię zraniła, Maddie - wyjaśnił. Zerknęłam na hakera. - Wydaje mi się, że oko demona to rezultat tego wydarzenia.

- Potwór mnie zainfekował? - Ezra kiwnął głową. - Nie powinnam w takim razie zmieniać się w potwora?

- Nie wiem. To tylko teoria w dodatku zmontowana na szybko. - Zdjął okulary i przetarł oczy palcami. Zrobiło mi się jakoś lżej. - Nicola zbadał twoją krew. To coś bardzo szybko przystosowało się do twoich komórek.

Przygryzłam dolną wargę. Absolutnie nie kupowałam tego wyjaśnienia. Może było to spowodowane szokiem, a może tym dziwnym przeczuciem, które osiadło ciężko na moim kręgosłupie i nie byłam w stanie w żaden sposób się go pozbyć?

Postanowiłam podzielić się z mężczyzną czymś jeszcze.

- Ezra - zaczęłam niepewnie. Spojrzał na mnie pytająco. - Miałam sen i... nie wiem, skąd to przeczucie, ale wydaje mi się, że to nie był do końca sen.

Jeśli wywołałam w nim jakąkolwiek reakcję, to nie dał po sobie tego poznać. Opowiedziałam mu wszystko ze szczegółami. Zatrzymywałam się kilka razy, by przypomnieć sobie dokładną chronologię wydarzeń. Nieco więcej czasu poświęciłam części, gdzie ktoś wzywał Duboisa. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakieś wspomnienie, ale to nie było możliwe. W końcu moje wspomnienia spoczywały ukryte w walizce, gdzieś w tym mieście.

Cohen słuchał mnie uważnie. Niezwykle sprawnie przeszłam od koszmarów do tego, co podpowiadała mi intuicja. Mężczyzna sam pokrótce opowiedział o tym, co się wydarzyło, wspomniał również o zanikach pamięci Nicoli. Wciąż nie mogłam przyjąć do wiadomości, że zostałam zraniona przez mutację. Owszem, było to możliwe, lecz nie sądziłam, że mogłaby w jakikolwiek sposób wpływać na DNA.

Nie żebym była znawczynią tematu. W tej kwestii miałam najmniej do powiedzenia. Jednak cichy, nieznośny głosik w mojej głowie podpowiadał, że to nie było tak. Tam wydarzyło się coś zupełnie innego i zamierzałam stanąć na głowie, by przypomnieć sobie, co takiego.

Ezra spoglądał na mnie z czystym politowaniem na twarzy. Przejechałam językiem po zębach, złość zaczynała włazić pod skórę i rozprzestrzeniać się po całym organizmie.

- Nie wierzysz mi - sarknęłam rozeźlona. W zwykłych okolicznościach sama bym sobie nie uwierzyła, ale liczyłam na to, że może jednak udawał i wiedział więcej, niż mówił.

- Czy ty siebie słyszysz, Maddie? - Potarł nerwowo kark. - Naprawdę chciałbym powiedzieć ci coś innego, ale tak właśnie było. Przywiozłem was tutaj. Opatrywałem twoją ranę. - Chwycił moją dłoń i odwrócił ją wewnętrzną stroną do góry. Sporych rozmiarów różowa blizna błyszczała w mdłym świetle laptopa. - Miałaś przerwane ścięgna, a ten potwór naprawdę ogromne zębiska. Szczęście, że nie odgryzł ci ręki.

- Dlaczego ty wszystko pamiętasz? - Wyrwałam się i zacisnęłam mocno palce na bluzie. - Skoro moja moc działała na wszystko dookoła, włącznie z Nicolą, dlaczego miałeś swobodę ruchu?

- Wpadłaś na maskę. Możliwe, że znalazłem się wystarczająco blisko, by oprzeć się oddziaływaniu twojej mocy. - Wzruszył ramionami. Zmienił pozycję, zdjął okulary, po czym oparł łokcie na kolanach. - Odkąd Nicola się obudził, zachowuje się... dziwnie. Wydaje mi się, że ma podobne odczucia, co ty.

- To znaczy? - Mimo że ta informacja wzbudziła moją czujność, to mięśnie się rozluźniły.

- Też był zdezorientowany, błądził gdzieś myślami. Nie był w stanie powiedzieć, co takiego dzieje się z twoją krwią, a przecież jest specjalistą. Zapytał mnie o rozwiązanie, choć nie mam tak obszernej wiedzy w tej dziedzinie. Jakby na chwilę znalazł się w innej rzeczywistości.

Przygryzłam dolną wargę. W mojej głowie rozwył się alarm tak głośny, że nie sposób go zignorować. Czy to możliwe, że doświadczyliśmy tego samego? Lub chociażby podobnego, skoro on też czuł się totalnie zagubiony?

Historia Ezry miała sens, nie mogłam się w niej doszukać niczego, co mogłoby nie być prawdą. Te mutacje były ogromne, a moja potrzeba chronienia Cohena na tyle duża, że byłabym w stanie rzucić się sama na takie bydlę. Z kolei Nicola był na tyle rozsądny, by w takiej sytuacji przyjść z odsieczą.

Odpędziłam od siebie wspomnienie przeniesienia mnie do opuszczonego budynku i pozostawienia z tuzinem potworów. To było inne, nowe. Mutacje z głębi lądu to coś, z czym nie mieliśmy wcześniej do czynienia, i mimo że Duboisa znałam krótko, nie sądziłam, że zignorowałby zagrożenie tego typu.

- Gdzie on jest? - zapytałam, zamiast znów dzielić się swoimi teoriami i przypuszczeniami.

- Poszedł na zwiady. - Haker spojrzał na zegarek, raczej tylko z przyzwyczajenia. - Jakieś cztery godziny temu.

Kiwnęłam głową. Między nami zaległa niekomfortowa cisza. Kolejna nowa rzecz, która mnie mierziła niemiłosiernie. Trimis przestał się miotać w obecności Ezry, uspokoiło to nieco moje rozbiegane myśli, lecz masa niedopowiedzeń wisiała w powietrzu. Haker również oparł się o zagłówek i wbił wzrok w sufit.

Zerkałam co chwilę na jego profil. Był tak znajomy, a jednocześnie obcy. Coś się zmieniło, a ja wciąż nie potrafiłam doprecyzować, co to takiego. Powoli zalewała mnie ogromna fala frustracji.

- Jakie są nasze dalsze kroki? - zapytałam w końcu, chcąc rozwiać nerwowość i kłótnię wiszącą w powietrzu. Ezra wyprostował się z cichym stęknięciem, po czym sięgnął po okulary.

Wtedy stało się coś, co zaskoczyło nawet mnie.

W momencie, w którym srebrne oprawki zetknęły się z grzbietem nosa hakera, trimis w moim wnętrzu szarpnął się wściekle. Nim zdążyłam powściągnąć emocje, rzuciłam się w jego stronę. Moje ciało było gotowe do ataku. Oplotłam go ciasno nogami i przycisnęłam do kanapy. Mebel zaskrzypiał złowrogo. Krew szumiała w uszach, puls znacznie przyspieszył. Ręka poszybowała do góry i zacisnęła się w pięść.

Zamarłam w takiej pozycji. Wpatrywałam się w szeroko rozwarte, przestraszone oczy Ezry. Srebrne oprawki zniknęły z jego twarzy, prawdopodobnie spadły pod wpływem gwałtownego ruchu. Oddychałam szybko, nerwowo. Trimis wił się w moich żyłach, ale zdecydowanie mniej niż wcześniej.

- M-maddie? - zająknął się. Przełknął ślinę głośno, aż zadzwoniło mi w uszach. Odskoczyłam od niego niczym oparzona. Poczułam zimny mur za plecami. Serce obijało się szaleńczo o żebra, a w głowie huczała tylko jedna myśl.

Zrobiłabym mu krzywdę.

Przecież to uderzenie mogło go zabić.

Boże...

Rzuciłam się z pięściami na Ezrę!

Osunęłam się bezwiednie po ścianie. Cohen był równie zaskoczony, co ja. Dźwignął się z kanapy, nie odrywając ode mnie wzroku. Po omacku zaczął szukać okularów, a kiedy podniósł je z ziemi, moc od razu we mnie zawrzała. Jakby mnie przed nimi ostrzegała. Przed kawałkiem metalu i szkła! To było niedorzeczne, jednak nie potrafiłam w tej chwili tego wyjaśnić.

- Nie! - Wyciągnęłam ręce przed siebie. Ezra zwrócił się w moim kierunku. - Nie zakładaj ich.

- Maddie...

- Nie rób tego, błagam. - Zadrżałam. Wbiłam spojrzenie w oprawki i nie potrafiłam go od nich oderwać. Alarm w mojej głowie wył wściekle, trimis gotował się pod skórą, która swędziała tak bardzo, że musiałam podrapać się po ramionach. - Nie zakładaj tych okularów, Ezra, proszę cię... - Głos mi się załamał. Zaciągnęłam się spazmatycznie powietrzem, by powstrzymać nadchodzący szloch. Nie miałam pojęcia, co się ze mną działo. Przeszło mi nawet przez myśl, że zaczynałam wariować i rana odniesiona podczas walki miała w tym swój udział.

- Dobrze. - Cohen odłożył okulary na blat stolika, po czym podniósł się z kanapy. Wyciągnął obie ręce przed siebie. Zrobił krok w moją stronę. Uważnie obserwowałam jego ruchy, wodziłam spojrzeniem od dłoni do twarzy i czekałam, aż niepożądana rzecz pojawi się w obrębie jego oblicza. - Już dobrze, Mad.

Stawiał nogę za nogą, powoli, metodycznie, jakby podchodził do dzikiego zwierzęcia. Na jego miejscu odwróciłabym się na pięcie i wyszła z tego mieszkania albo nawet wyjechała z miasta czy tego kraju, byleby tylko nigdy nie znaleźć się w takiej sytuacji ponownie. A on szedł w moją stronę ze zmartwieniem wymalowanym na przystojnej twarzy, bez zastanowienia klęknął przede mną i złapał za ramiona, by przyciągnąć do siebie i zamknąć w szczelnym uścisku.

Siedzieliśmy tak, całkowicie bez ruchu. Jedynym dźwiękiem słyszalnym w pomieszczeniu były nasze oddechy. Ten należący do Ezry był spokojny, miarowy. Mój natomiast urywany, przyspieszony, jakbym przebiegła bardzo długi dystans. Nie byłam nawet w stanie określić, jak długo to trwało.

Nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia. Cedrowa woń otuliła mnie niczym ochronny płaszcz. Ramiona Ezry znów stały się bezpieczną przystanią, koiły zszargane myśli. Oplotłam go rękami i przylgnęłam do szerokiego torsu. Poczułam, jak się rozluźnia, a na jego twarz wypływa delikatny uśmiech.

Podniosłam głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy. W brązowych tęczówkach czaił się jedynie spokój i nieopisana pewność, że nic mu nie zrobię. Właściwie to czułam to w każdym geście, nawet tym najdrobniejszym. Coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Ezra Cohen ufał mi bezgranicznie i nawet ten niespodziewany atak tego nie zmienił.

- Jak długo go jeszcze nie będzie? - zapytałam. Liczyłam na to, że zrozumie, o kogo mi chodziło. Mężczyzna wzruszył ramionami. Oblizałam dolną wargę. - Możemy wyjaśnić sobie kilka rzeczy, zanim wróci?

Ezra odsunął się nieznacznie, jego brwi uniosły się w pytającym geście. Przeczuwałam, że możemy nie mieć drugiej takiej szansy, a bardzo potrzebowałam ułożyć sobie wszystkie sprawy na nowo. Bez wspomnień. Bez tego, co było, zanim straciłam pamięć. Bez oskarżania kogokolwiek o cokolwiek.

Tylko ja i Ezra.

 

***

 

Rozejrzałam się uważnie po oświetlonym salonie. W ciemnościach wydawał się bardziej ascetyczny, niż był w rzeczywistości. To, że urządzała go kobieta, było widoczne gołym okiem. Miękka, welurowa kanapa w granatowym odcieniu idealnie pasowała do musztardowych foteli na wygiętych nóżkach. Reszta mebli, mimo że nie do kompletu, komponowała się w jeden spójny organizm jedynie detalami, tak łatwymi do przeoczenia. Włochate dywany i ciemne lamele na ścianach były czymś, czego zdecydowanie brakowało w męskich pomieszczeniach. Zresztą, w moim domu też. Zbyt dużo się działo we współczesnym świecie, by myśleć o dekoracjach.

Znajdowaliśmy się w mieszkaniu Mary Ann. Ezra wypowiedział te słowa z sentymentem i wyczuwalną w głosie nostalgią. Powiódł spojrzeniem tuż za mną, zamyślony zawieszał wzrok na różnych przedmiotach.

Położyłam rękę na jego kolanie. Drgnął i odwrócił głowę w moją stronę. Przechylił ją lekko w bok, zadając tym samym nieme pytanie. Wzięłam głęboki wdech. Chciałam dobrze skonstruować swoje pytania, potrzebowałam jasnych informacji, wcale niezwiązanych z naszą obecną sytuacją.

- Co znajduje się w tych specjalnych nabojach, którymi poczęstowałeś Nicolę? - zapytałam w końcu. Cohen zamrugał zaskoczony. - Wiem, że zapewne to samo, co było w tamtym granacie. Chcę wiedzieć, co to jest i jak to skonstruowałeś.

- Nie skonstruowałem. Mam je od dawna. - Podrapał się po karku. - Nie wiem skąd, nie mam pojęcia, jak działają ani kto je wykonał.

- Nie wydaje ci się to dziwne? - Przygryzłam wnętrze policzka. Już otwierał usta, by odpowiedzieć, jednak ubiegłam go: - Masz niesamowicie dobrą pamięć, Ezra. Czemu akurat tego nie pamiętasz? Czemu nosisz okulary? Równie dobrze widzisz bez nich. Twoja przyjaźń z Nicolą też wyszła niespodziewanie, przynajmniej z mojej perspektywy. Jesteś świetnym aktorem, ale znam cię. Wiem, kiedy grasz. Gdy go szukałeś, nie miałeś tych charakterystycznych tików, które pozwalały mi odgadnąć, że to, co robisz, nie jest prawdziwe.

Ezra lustrował mnie uważnie spojrzeniem. Zacisnął szczęki, jego mięśnie pracowały mocno. Przymknął powieki, po czym założył ręce za głowę i opadł na zagłówek kanapy.

Intuicja podpowiadała mi, że zadawałam dobre pytania. Nie wiedziałam, czego szukałam tak naprawdę. Nie ufałam Nicoli już wcześniej, pojawił się nagle, niespodziewanie, jakby tylko czekał na odpowiednią scenę, akt, by wejść i odegrać swoją rolę.

Zbyt łatwo go odnalazłam, równie szybko poddałam się jego słowom. Zaufanie Ezry wobec trimisa uśpiło moją czujność, ale kiedy trwałam w tym dziwnym, bolesnym zawieszeniu, które nie wiadomo czym było, alarm w mojej głowie rozwył się na nowo.

Ezra wciąż milczał, dlatego postanowiłam kontynuować:

- Nie wydaje ci się dziwne, że nasze życia są zapętlone w jednej dekadzie? Ciągle przeżywasz to samo i wszystko kończy się w tym samym momencie. Jakby ktoś przełączał jakiś guzik, kiedy idzie nie po jego myśli.

- Co sugerujesz? - Uniósł brew i spojrzał na mnie. Przygryzłam wargę boleśnie. Metaliczny posmak zaatakował moje kubki smakowe. Oblizałam usta i wyprostowałam się, aż strzeliły kości.

- Nie wiem, czy to, co powiem, będzie miało sens - zawahałam się, lecz jedno spojrzenie w oczy Ezry wystarczyło, bym nabrała pewności co do swoich przypuszczeń. On zawsze słuchał, nigdy nie oceniał. W wielu kwestiach się ze mną nie zgadzał, a mimo to, mogłam mu powiedzieć o wszystkim. - Wydaje mi się, że Dubois nie jest do końca tym, za kogo go mamy. Nikt z nas nie jest.

Cohen odchylił się i zamrugał. Jego twarz wyrażała totalną dezorientację. Z nerwów zaczęłam się bawić palcami. Niemal widziałam, jak mechanizm w jego głowie się porusza, zębatki ocierają się o siebie w zawrotnym tempie, próbując ułożyć moje słowa w coś logicznego.

- W sensie, że Russeau wcale cię nie wykupił po odebraniu wspomnień? - Ważył każde słowo.

- Nie wiem. Na przykład. Skąd pewność, że w ogóle ktoś mi je odebrał?

- Nicola - zaczął, ale zaraz zacisnął usta w wąską linię. Spiął barki, po czym przejechał językiem po zębach. - Nicola mi o tym powiedział.

Posłałam mu grymas, który miał przypominać uśmiech, lecz nie byłam pewna, czy tak właśnie wyglądał.

- Może to głupie, ale naprawdę mam wrażenie, że wcale mi się to nie śniło. To wszystko było tak wyraźne... Wciąż czuję ucisk na przegubach. I twój krzyk... - Zachłysnęłam się na wspomnienie przeraźliwego skowytu hakera. Głos uwiązł mi w gardle.

Cohen przysunął się do mnie natychmiast i otoczył ramieniem. Zastanawiałam się, jak mam go chronić, skoro nawet nie wiedziałam, przed czym powinnam. W tej chwili towarzyszyło mi poczucie, że to on bardziej dba o mnie niż ja o niego. A przecież nie byłam ani bezbronna, ani w niebezpieczeństwie. Nawet jeśli coś mi groziło, poradziłabym sobie. Bo nie można mnie zabić.

Nieśmiertelność to przekleństwo. W walce lub podczas pracy była nieocenioną cechą, za którą dziękowałam wszystkim bogom, jacy mogli ją na mnie zesłać. Jednak w przypadku gdy trzeba było ją przehandlować - znajdowałam się na straconej pozycji.

Gdybym mogła oddać życie za Ezrę, zrobiłabym to bez wahania. Zasługiwał na to, by dożyć starości, o ile w ogóle miał na to perspektywę. Wierzyłam, że tak. I za wszelką cenę chciałam przyłożyć do tego rękę.

Jego krzyk ponownie odbijał się echem od sklepienia mojej czaszki. Być może doświadczyłam halucynacji, może to był rzeczywiście koszmar. Intensywność doznań uderzyła we mnie niczym fala tsunami i wciąż trzymała na mojej duszy swoje oślizgłe macki.

- Nie wyciągałbym pochopnych wniosków, Maddie - szepnął w moje włosy. Ton miał kojący, jakby mówił do dziecka. - Może zwyczajnie zbyt duża ilość informacji, stres i zmęczenie sprawiają, że trochę szalejesz?

- Nie wiem. To wszystko jest takie... za bardzo.

- Naprawdę wiele czasu poświęciliśmy na to, żeby doprowadzić cię do tego miejsca, Madness. Dla bezpieczeństwa innych cofaliśmy się i zaczynaliśmy wszystko od nowa, bo na tym właśnie najbardziej nam zależało. Żeby nie ucierpieli niewinni. A przynajmniej nie wszyscy. - Odsunął się nieznacznie. Chwycił moją twarz w obie dłonie i uniósł do góry, by spojrzeć mi w oczy. - Rozumiem, że może cię to przerastać, ale nie jesteś sama, kochanie.

Obraz przede mną rozmazał się niebezpiecznie. Paląca łza spłynęła po moim policzku, lecz kciuk Ezry starł ją pospiesznie, zanim dotarła do krawędzi żuchwy.

Nienawidziłam stanu, w którym się znajdowałam. Doprowadzał mnie do szału, sprawiał, że miałam ochotę wrzeszczeć z bezsilności. Byłam zdana na łaskę innych, takich, którzy pamiętali. Problem polegał na tym, że nie wiedziałam, kto mówił prawdę. Jean Luc? Nicola? Kim w tym wszystkim był w takim razie Ezra?

Cierpliwie tłumaczył każdą rzecz, rozwiewał wątpliwości, pocieszał, przepraszał, dbał. Potrafił znaleźć wyjście z każdej sytuacji, przynosił ukojenie i dawał spokój. Wiedział chyba najwięcej ze wszystkich otaczających mnie osób i jako jedyny nie bawił się moimi uczuciami.

Kiwnęłam głową, chciałam naprawdę wierzyć w to, co mówił haker, jednak w moim sercu już zasiało się ziarno niepewności. Powstała zadra, której nie mogłam ignorować. Właściwie to nie myślałam nawet o niej zapominać. Cichy głosik w mojej głowie szeptał zawzięcie, że naprawdę nie mogę ufać ani Russeau, ani Duboisowi. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł - kiedy ryczał, to z konkretnego powodu.

Zamierzałam dowiedzieć się prawdy.

Wspomnienia już nie miały znaczenia. Biorąc pod uwagę, jak bardzo złym człowiekiem byłam, ostatnie, czego pragnęłam, to je odzyskać. Musiałam je mieć, żeby pozbyć się zagrożenia. O tym mówił zarówno Ezra, jak i Nicola. Pytanie, jakie powinnam sobie zadać na początku tej historii to: kto tak naprawdę był tym zagrożeniem?

Może byłam nim ja sama?

Skoro tylko mnie ich pozbawiono, to musiała się znaleźć jakaś konkretna przyczyna. Nie kupowałam bajki o tym, że sama się ich pozbyłam. Skoro tak dobrze pracowało mi się z Jean Lukiem, to na pewno podzieliłabym się z nim chociaż częścią odkryć, jakich dokonałam.

Wzięłam głęboki wdech.

- Znałeś mnie najlepiej - zaczęłam, patrząc hakerowi twardo w oczy. - Naprawdę nie dzieliłam się z Russeau żadnymi dokonaniami?

Wzruszył ramionami.

- W tej kwestii nie byłaś nigdy zbyt wylewna. Czasem prosiłaś o pomoc, ale kazałaś nie zadawać pytań. Pracowałaś nad jednym zagadnieniem w ostatnich latach, związanym właśnie z manipulacją wspomnień, ale nie znam szczegółów. Po tym, jak się do siebie zbliżyliśmy, przestałaś robić na mnie eksperymenty.

- Więc co robiliśmy przez ten cały czas? - zastanawiałam się. Ezra uśmiechnął się, unosząc brew. W jego oczach pojawił się błysk, który obiecywał bardzo dużo rzeczy. A ja zgodziłabym się na nie bez wahania.

Brakowało mi go. Jego samego, jego jako Ezry Cohena, hakera, współpracownika, który zjawiał się w moim mieszkaniu za każdym razem, kiedy wysyłałam mu wiadomość, i zostawał w nim do rana lub dopóki nie powiedziałam, że mam już dość, że wystarczająco się nim nasyciłam. Tak dobrze mnie znał. Nie musiałam nic mówić, zawsze wiedział, czego potrzebowałam.

Przysunął się w moją stronę. Jego rozchylone usta otarły się o mój policzek, ciepły oddech omiótł płatek ucha. Zadrżałam, po kręgosłupie przeszedł niespodziewany dreszcz. Uwielbiałam to.

- Chętnie bym ci pokazał, Madness - szepnął, czym przyprawił mnie o gęsią skórkę. - Ale wyglądasz jak jedno wielkie chodzące nieszczęście. - Odsunął się i założył ręce na klatce piersiowej. Posłałam mu niezadowolone spojrzenie. - Nie patrz tak na mnie! Jesteś obłędnie piękna i pociągająca, ale też wyglądasz na zmęczoną. Powinnaś wciąż odpoczywać.

Warknęłam rozeźlona i oparłam się o zagłówek kanapy. Wydęłam usta skonsternowana, chciałam dać mu do zrozumienia, że jestem bardzo niepocieszona z takiego obrotu spraw.

- Nie zaszkodziłaby mi odrobina relaksu - mruknęłam, kiedy pokręcił głową rozbawiony moim zachowaniem.

Szczęk otwieranych drzwi sprawił, że oboje się spięliśmy. Moje zmysły otuliła wiązka mocy drugiego trimisa, tak doskonale mi znana, że nie miałam wątpliwości, kto właśnie wchodził do mieszkania. Mimo że Ezra próbował ostudzić mój zapał i uciszyć podejrzenia, w powietrzu wyczuwalne było napięcie z tym związane.

Ciche kroki z korytarza przybierały na sile. We mnie natomiast rodziło się nieprzyjemne uczucie niepokoju. Moc drugiego trimisa przestała delikatnie sunąć po moim ciele, naciskała coraz bardziej, sprawiając, że płuca kurczyły się nieprzyjemnie i odbierały potrzebny do funkcjonowania tlen. Moja własna energia skumulowała się w klatce piersiowej, jakby chciała ochronić serce przed nadchodzącym niebezpieczeństwem.

Nicola Dubois stanął w progu, po czym rozejrzał się beznamiętnie po salonie. Poświęcił hakerowi krótką chwilę, by zawiesić wzrok na mojej osobie. Coś groźnego i nieprzyjemnego błysnęło w jego ciemnych oczach. On również nie wyglądał najlepiej - na bladej twarzy malowały się ciemne sińce, spojrzenie miał nieco zamglone, jakby nie do końca kontaktował. Zmęczenie i niemoc odznaczały się w jego postawie, jakby nie spał od wielu dni. A przecież doskonale wiedziałam, że obudził się dosłownie kilka godzin przede mną.

Czułam, jak Nicola próbuje dostać się do mojego umysłu, lecz organizm sam postawił wokół niego wysoki mur, zanim jeszcze w ogóle wpadłam na to, by samej to zrobić. Cierpliwie czekał, aż wpuszczę go i będzie mógł powiedzieć parę słów, przeznaczonych jedynie dla mnie. Nie zamierzałam na to pozwolić.

Spiorunowałam go spojrzeniem. Trimis przechylił lekko głowę w bok i oparł się o framugę. Ręce wcisnął głęboko w kieszenie, a w kącikach ust zamajaczył złośliwy uśmieszek, choć bardzo starał się go ukryć.

- Sprawa z ratuszem załatwiona - mruknął, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku. Kątem oka widziałam, jak Cohen kiwa głową i sięga po laptop leżący na ławie. Przełknęłam ślinę, nie podobała mi się postawa Duboisa. - A my, Madeleine... - Zawiesił głos i wypuścił głośno powietrze z płuc. - Chyba powinniśmy porozmawiać.

Rozdział 22

Wpatrywałam się w szerokie plecy Nicoli, kiedy prowadził mnie do drugiego pomieszczenia. Okazało się niewielkim pokojem gościnnym o ścianach tak szarych i smutnych jak Down Town. Podszedł do okna, po czym otworzył je na oścież.

Chłodne, nocne powietrze wpadło do środka. Harmider ulicy wcale nie stracił na sile, mimo późnej pory. Szuranie kół o asfalt i rozwścieczone, niecierpliwe klaksony wybrzmiewały raz po raz, a stukot obcasów o bruk rozbrzmiewał echem, odbijając się od ścian pomieszczenia.

Nicola oparł się o parapet i wyjrzał przez okno. Rozglądał się dookoła bez pośpiechu, zaciągnął się zimnem i wypuścił je przez nos. Stanęłam obok drzwi i oparłam się o ścianę. Nie wiedziałam, co zrobić z rękami, dlatego założyłam je na klatce piersiowej. Wpatrywałam się w sylwetkę trimisa i czekałam, aż w końcu się odezwie. To on chciał porozmawiać, więc to on powinien zacząć.

Długo nie musiałam czekać.

- Ostatni raz gościłem tu trzydzieści lat temu - powiedział z wyraźną nostalgią w głosie. - Mary Ann szpiegowała dla nas ludzi Russeau, choć nie była już pierwszej młodości. Przez wiele lat wychodziła z domu, z laską w ręku i w kapeluszu z obszernym rondem, i przechadzała się w okolicach laboratorium. Potem pisała długie listy, opisywała ludzi, którzy tam wchodzili i wychodzili. Lub nie.

Na dźwięk imienia siostry Ezry moje serce zabiło mocniej. Mimo to twardo milczałam, czekając na dalszą część opowieści.

- Ona i Cohen wcale się od siebie nie różnili aż tak, jak mówili - kontynuował. - Oboje bystrzy i dociekliwi. Niewiele również im umykało. Cóż, nie powinno mnie to dziwić, ich rodzice zginęli jeszcze przed zrzuceniem pierwszej bomby na Europę, więc siłą rzeczy Mary go wychowała. Cudowna kobieta.

- Do rzeczy, Dubois - sarknęłam zniecierpliwiona, choć na moje usta cisnęły się pytania dotyczące tej kobiety. Ciało jasno dawało do zrozumienia, że nie powinnam przebywać z tym mężczyzną sam na sam. Skóra mrowiła, a moc kotłowała się pod nią wściekle. Mięśnie spięły się gotowe na ewentualną obronę. Co się, do cholery, działo?

- Też to czułaś, prawda? - Zerknął na mnie przez ramię. Zacisnęłam usta w wąską linię, udawałam, że nie rozumiem. - Miałaś tę dziwną wizję, w której każdy jest kimś innym.

- Nie wiem, o czym mówisz. - Wzruszyłam ramionami. Skierował się do mnie przodem. Uniósł brew, wpatrując się intensywnie. Nie odwróciłam wzroku, choć bardzo chciałam, ale wtedy od razu zorientowałby się, że kłamię. - Obudziłam się niedawno, to oko mnie przeraziło...

- Nie tylko ciebie. - Oparł się o parapet plecami. - Otoczenie wokół również przeżywało pewnego rodzaju trans, jakby to, co stało się z tobą, miało wpływ na rzeczywistość. Nie okłamuj mnie, mon chéri. Wiem, że też tam byłaś.

Chryste.

Poczułam się jeszcze bardziej niekomfortowo niż wcześniej. Wspomnienie stanęło przed moimi oczami bez pozwolenia. Zacisnęłam zęby tak mocno, że zazgrzytały. "Obudźcie Duboisa" - ponownie odbiło się echem od sklepienia mojej czaszki, a zapach detergentów wżarł się w nozdrza. Trimis w moim wnętrzu wił się niespokojnie, alarm wył głośno i tylko siłą woli powstrzymywałam swoje ciało przed rzuceniem się do ataku.

Tu działało wszystko.

Intuicja.

Szkolenie.

Lata tropienia.

"Jeśli chcesz przetrwać, musisz zaatakować pierwsza, Madness" - słowa Russeau wybrzmiały w mojej głowie z taką mocą, że trudno było mi je zignorować. Szarpnęłam się do przodu i natychmiast się cofnęłam pod ścianę. Oparłam się o nią całymi plecami. Wzięłam głęboki wdech, by choć trochę uspokoić szalejące serce, pompujące adrenalinę do całego ciała.

- Co się dzieje, Madeleine? - Dubois zrobił krok w moją stronę. Pokręciłam głową.

Nie chciałam, żeby się zbliżał. Nie ufałam mu, choć jego opowieści składały się w logiczną całość, pokrywały z tym, co mówił Ezra i z niewielkimi szczątkami informacji, którymi karmił mnie Russeau.

- Jesteś zagrożeniem, Nicola - wydusiłam. Gardło miałam zaciśnięte, żołądek skręcał się w supeł. Czułam, że przestaję panować nad sobą. Wiedziałam, że potrzebuję go do odzyskania wspomnień. Ezra miał rację, nie mogłam dawać się ponosić zwykłym, sennym marom, nawet jeśli początki znajomości z trimisem były dość nerwowe. Przecież później pokazał, że jest po mojej stronie i zamierza pomóc. - Całe moje ciało krzyczy, że powinnam cię wyeliminować.

A on zrobił coś, co całkowicie zbiło mnie z pantałyku.

Uśmiechnął się. Złowieszczo.

- Kiedykolwiek w to wątpiłaś, skarbie? - Zrobił kolejny krok. Po moim ciele przeszedł dreszcz niepokoju. - Czy kiedykolwiek byłem czymś innym? - Zbliżał się nieubłaganie. Próbowałam wcisnąć się w ścianę, nie byłam pewna, czy dałabym radę się powstrzymać przed atakiem, jeśli by do mnie podszedł. Świdrował mnie wzrokiem, przeszywał nim na wylot. Byłam pewna, że czytał ze mnie jak z otwartej księgi, a ja nie byłam w stanie nic zrobić. - Nasze wspólne życie to jedno wielkie pieprzone pole walki, Madeleine. Zawsze ktoś cierpiał, kogoś bolało. Seks albo armagedon, nie było nic pomiędzy.

- Nicola...

- Wiem, że też to czułaś - przerwał mi. Właściwie to nawet nie miałam pojęcia, czy mnie słyszał. - Też tam byłaś i coś się stało. Chcę wiedzieć, co się wydarzyło i do czegoś to zaklasyfikować. A potem możemy się zniszczyć. Tak jak zawsze.

Wielka gula żółci urosła w moim przełyku. Próbowałam się jej pozbyć, lecz na marne. Zacisnęłam mocno powieki. Chciałam uciec, odciąć się od ciemnych jak sam kosmos tęczówek, ale spojrzenie trimisa wciąż paliło żywym ogniem.

Nie było tak.

I było jednocześnie.

Czułam to w kościach. Prawda biła mnie po głowie i nie mogłam temu nawet zaprzeczyć, choć bardzo pragnęłam. Brakowało mi wspomnień, ale ciało doskonale wiedziało, jak było. Przyznanie tego na głos równałoby się ze zgodą. Nie chciałam się zgadzać. Nie chciałam niczego, co oferował mi Nicola Dubois. Wciągnięto mnie w to siłą, wyrwano z błogiej nieświadomości życia zabójcy na zlecenie i kazano się dostosować. W bestialski, bezpardonowy sposób. Nie miałam nad tym żadnej kontroli. Bolało.

Jęknęłam przeciągle, łapiąc się za głowę. Mętlik. Chaos. Cierpienie zapukało do mojego wnętrza i nie czekało, aż je zaproszę. Wdarło się surowo, bez gracji i zaczęło swój śmiercionośny taniec.

- Przestań - jęknęłam. Nie chciałam słyszeć żadnej z tych rzeczy. - Zróbmy, co mamy zrobić, i rozejdźmy się każde w swoją stronę.

- To niemożliwe, mon chéri. - Świeża morska bryza oplotła się wokół mojej skóry. Nicola podszedł jeszcze bliżej. Drżałam cała, ostatkiem sił powstrzymywałam się przed rzuceniem mu się do gardła, choć moc szalała we mnie nieubłaganie. - Zawsze stałem na twojej drodze i zawsze będę. Nawet pieprzony Ezra tego nie zmienił. Jeśli będzie trzeba, pozbędę się wszystkich przeszkód, ale się nie poddam.

W ułamku sekundy wyprostowałam się i nabrałam powietrza w płuca. Spojrzałam na niego spod byka, świat zalała krwista wściekłość. Chyba zaczynałam rozumieć, jak doszło do tego, że wciąż się spotykaliśmy, mimo rozwodu.

Pieprzony Nicola Dubois!

- Spróbuj, kurwa! - warknęłam. Wypuściłam moc z klatki piersiowej, płynne złoto zatańczyło w moich oczach, a przynajmniej w jednym, niezainfekowanym. - Spróbuj go chociaż, kurwa, dotknąć, a urwę ci łeb i nakarmię nim pierdolone mutanty!

Trimis parsknął rozbawiony moją postawą. Pokręcił głową z niedowierzaniem, po czym pochylił się tak, by nasze spojrzenia były na jednej wysokości. Iskierki rozbawienia tańczyły w dwóch bezdennych studniach. Miałam ochotę mu przywalić, już poza naturalnymi odruchami mojego ciała.

- Widzisz, skarbie - wymruczał i ujął mój podbródek między kciuk a palec wskazujący, lecz natychmiast się wyrwałam. Cmoknął z dezaprobatą. - Znam twoje słabe strony i wiem, w które klawisze należy uderzyć, żebyś zatańczyła tak, jakbym sobie tego życzył. W przeciwieństwie do ciebie.

- Więc tak to się odbywało przez cały ten czas? Szantażowałeś mnie życiem Ezry, żebym nie mogła odejść od ciebie na dobre?

- Szantaż to zbyt mocne słowo, Madeleine. - Wyprostował się. Złośliwy uśmieszek nie schodził z jego twarzy. - Zawarliśmy umowę. Kochasz umowy, nieprawdaż?

Milczałam. Wodziłam spojrzeniem od oczu do ust trimisa. Wszystkie moje mięśnie spinały się boleśnie. Miałam ochotę wrzeszczeć.

- To chore. Po tak wybitnej personie spodziewałam się czegoś więcej niż podstępu. - Nie wierzyłam, że to się dzieje. Nie docierało do mnie, że ze zwykłej rozmowy o tym, co się wydarzyło podczas podróży, przeszliśmy do tego, co działo się między nami wcześniej. To jakiś koszmar!

- "Najprostsze rozwiązania są najlepsze". Twoje słowa.

- Przestań ze mną pogrywać, Dubois!

Nim się zorientowałam, co robię, wyrzuciłam ręce do przodu, by go pchnąć. Złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Nasze klatki piersiowe zderzyły się, objął mnie w talii, a ja zawisłam kilka centymetrów nad ziemią. Trimis pokręcił głową.

- Nie pogrywam z tobą. - Wziął głęboki wdech. Opuścił mnie na ziemię, jednak nie zabrał rąk, wciąż trzymał mnie blisko. Wyrwałam się i cofnęłam o krok. Spojrzał na mnie z udawanym niezadowoleniem. - Cały czas chciałaś, żeby wszystko było dla ciebie jasne, a kiedy to dostajesz, wściekasz się. To do ciebie niepodobne, Madeleine.

- Nie. - Pokręciłam głową. - Nie wierzę ci, Nicola.

- To nie ma znaczenia. Nie potrzebuję twojej wiary, tylko odpowiedzi.

- Moja odpowiedź to: "cmoknij się w dupę" - sarknęłam, po czym założyłam ręce na piersi. Mięśnie na twarzy Nicoli poruszyły się nerwowo. - To zbędne. Niepotrzebne. Załatwmy to, co mamy załatwić, i niech ten horror się skończy.

Wyprostowałam się i strzepnęłam niewidzialny pyłek z bluzy. Odwróciłam się na pięcie, gotowa wyjść z pokoju i dołączyć do Ezry, by dowiedzieć się o naszych dalszych krokach. Jednak Nicola miał inne plany.

- Jeszcze nie skończyliśmy.

Oplótł palce wokół mojego nadgarstka, zatrzymując mnie tym samym w miejscu. Spojrzałam na niego przez ramię. Minę miał nietęgą, odniosłam wrażenie, że cała jego postawa zmieniła się diametralnie. Zmarszczki wokół oczu wygładziły się, skóra pobladła, stał się niemal posągowy niczym Adonis wykuty w marmurze. Po moim kręgosłupie przeszedł nieoczekiwany dreszcz. Strach wymieszany z podnieceniem kotłował się gdzieś w okolicach trzewi.

Sięgnęłam do jego ręki i delikatnie odgięłam palce. Być może on nie skończył, ale ja tak. Nie chciałam z nim rozmawiać, przebywać w tym samym pomieszczeniu. Atmosfera stawała się coraz cięższa, odbierała zdolność swobodnego oddychania. Ubranie zaczynało nieprzyjemnie lepić się do skóry, jakby temperatura wzrosła o kilka stopni, choć co chwilę owiewało mnie chłodne powietrze wpadające przez otwarte okno.

Bez słowa ruszyłam ponownie ku wyjściu. Byłam pewna, że jeśli się odezwę, to znów zaczniemy się kłócić i ta rozmowa naprawdę nie będzie miała końca.

Silne szarpnięcie uniemożliwiło mi dalsze kroki. Świat zawirował niebezpiecznie, obróciło mnie o sto osiemdziesiąt stopni. Plecy boleśnie odbiły się od ściany. Głośny dźwięk zatrzaskujących się drzwi zadzwonił w uszach. Chłodna dłoń Nicoli zacisnęła się na moim ramieniu. Skuliłam się, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Spojrzałam na trimisa spod na wpół przymkniętych powiek. Mimo beznamiętnego wyrazu twarzy dostrzegłam w jego oczach gotującą się wściekłość.

- Powiedziałem, że jeszcze nie skończyliśmy - syknął przez zaciśnięte zęby.

- Może ty nie skończyłeś, ale ja tak - sarknęłam. Strzepnęłam jego rękę. Znów próbował ją położyć na moim ramieniu. Złość rozlała się po ciele w ułamku sekundy.

Spoliczkowałam go. Odepchnęłam z impetem, po czym zacisnęłam ręce w pięści. Nicola zatoczył się, ledwo zdołał utrzymać równowagę. Szok malujący się na jego obliczu był czymś nowym, czego wcześniej nie widziałam. Szybko jednak zamienił się w furię.

Ryknął wściekle i rzucił się w moją stronę. Chciałam zrobić unik, lecz jedynie odbiłam się ponownie od twardej ściany. Zamknęłam oczy i skuliłam się w oczekiwaniu na nadchodzący cios.

Nic takiego się nie wydarzyło.

Czas się zatrzymał.

Uchyliłam niepewnie powieki. Pierwsze, co zobaczyłam, to długie nogi Duboisa, dlatego podniosłam głowę. Moje oczy rozwarły się szeroko. Nicola wbijał we mnie wściekłe spojrzenie, jego zwinięta w pięść ręka zawisła dosłownie centymetry od mojej twarzy. Nadgarstek trimisa oplatały smukłe palce. Zaciskały się tak mocno, że aż pobielały kostki.

Powiodłam wzrokiem na przedramię i dalej na napięte ramię Ezry. Stał do mnie przodem, gdyby przesunął się kilka centymetrów, śmiało mógłby zakryć mnie całym swoim ciałem. Głowę miał zwróconą w stronę Nicoli, wbijał w niego wściekłe spojrzenie brązowych oczu.

W ułamku sekundy scena nabrała rozpędu. Ezra pociągnął Nicolę do dołu. Druga ręka zacisnęła się i poszybowała w stronę twarzy trimisa. Przysięgam, echo uderzenia odbiło się od ścian. Dubois zatoczył się, obróciło nim nieznacznie. W powietrzu niemal natychmiast pojawiła się metaliczna woń krwi.

- Powiedziała wyraźnie, że nie chce już z tobą rozmawiać. - Ton Cohena przyprawił mnie o gęsią skórkę. Przerażenie obiło się o moją klatkę piersiową. Wściekły Ezra to niebezpieczny Ezra.

- Ty... - sarknął Nicola. Sięgnął ręką do wargi. Obficie krwawiła.

- Co się z tobą dzieje, Nicola? - Haker uniósł brew. Spojrzał na mnie z niemym pytaniem wymalowanym na obliczu. Kiwnęłam jedynie głową, więc ponownie zwrócił się do trimisa. - Ogarnij się, kurwa.

Nicola łypnął na mnie złowrogo. Parsknął pod nosem, po czym wyprostował się i pstryknął palcami. Tym razem świat naprawdę się zatrzymał, jednak tylko dla Cohena. Doskonale widziałam, jak Dubois rusza w stronę wyjścia, obdarza mnie krótkim, beznamiętnym spojrzeniem, a później znika w ciemności korytarza.

 

***

 

Ezra postawił przede mną kubek parującej herbaty, następnie usiadł naprzeciwko i splótł palce na blacie. Wbił we mnie spojrzenie zmęczonych oczu. Dopiero kiedy przestał nosić okulary, dostrzegłam, jak bardzo miał przekrwione białka. Wykończenie biło z każdego fragmentu jego twarzy. Nie tylko ja czy Nicola byliśmy skrajnie wyczerpani.

Przygryzłam dolną wargę, uświadomiwszy sobie, jak wiele zdrowia Ezra Cohen poświęcał. Dla mnie. Dla kogoś, kto traktował go jak rzecz. Inaczej nie potrafiłam tego określić. Bawiłam się nim przez te wszystkie lata, balansowałam na skraju, przeciągałam linę, na której haker stał między mną a Duboisem. Boleśnie uderzyło to w moją świadomość i rozwinęło kolczaste pnącza. Zacisnęło się wokół klatki piersiowej. Miałam ochotę jęknąć.

- Madness - zwrócił się do mnie. Wyciągnął rękę w moją stronę i chwycił dłoń. Podniosłam na niego udręczone spojrzenie. - Co się dzieje? Co tam się wydarzyło?

- Nie wiem. Mam tego wszystkiego po dziurki w nosie - stęknęłam. Oparłam policzek o ramię i przymknęłam powieki. Zaczynały szczypać.

- Niedługo odzyskasz wspomnienia i wszystko się ułoży.

- Nie chcę ich - rzuciłam rozemocjonowana. Cohen zamrugał zaskoczony. - Naprawdę, Ezra. Nie chcę tych pieprzonych wspomnień. Chcę świętego spokoju.

Podniósł się ze swojego miejsca i obszedł prostokątny stół. Podszedł do mnie i kucnął obok. Ściągnął moje ręce z blatu, ścisnął je delikatnie, chcąc dodać otuchy. Spojrzałam na niego, choć się przed tym zawzięcie broniłam. Czułam, że się rozpadnę, jeśli popatrzę w te duże, brązowe ślepia, w których było więcej miłości do mojej osoby niż nienawiści. A powinno być na odwrót.

Powinien mnie nienawidzić.

Robiłam wszystko, by było inaczej. Nieświadomie popychałam go w objęcia złości i gniewu, a on z uporem maniaka nie chciał w nie wpaść i zatonąć. Może doskonale zdawał sobie z tego sprawę? Może właśnie dlatego, że go odpychałam od siebie, on tylko utwierdzał się w przekonaniu, że nie chcę go krzywdzić, i lgnął do mnie niczym ćma do światła.

- Tak daleko zaszłaś, Maddie - szepnął, wciąż wpatrując się we mnie miękko. - Nie daj się pochłonąć wątpliwościom.

- To wszystko zaczyna mnie przytłaczać. - Opuściłam ramiona. Zrezygnowane westchnienie wypłynęło spomiędzy moich warg. - Boję się. Wcześniej było łatwiej. Lepiej.

Cohen zacisnął usta w wąską linię. Zataczał kciukami niewielkie okręgi na skórze moich dłoni. Chciałam się do niego przytulić, potrzebowałam tego, a jednocześnie nie mogłam się ruszyć, jakby zniechęcenie zamieniło mnie w posąg.

- Cokolwiek postanowisz. Chociaż nie będę ukrywał, zależy mi na powstrzymaniu Russeau.

No tak, jeszcze on... Wyswobodziłam jedną rękę z uścisku hakera i przeczesałam palcami włosy.

Myśl o tym, że mógłby unicestwić ludzi, sprawiała, że coś ciężkiego osiadało na moim żołądku. Nie byłam do końca przekonana, czy rzeczywiście tak to wyglądało, ale minione wydarzenia składały się w jedną logiczną całość bardziej niż cokolwiek innego, co wydarzyło się w moim życiu w ostatnim czasie. Myśl o Elle jednak nie dawała mi spokoju. Tak naprawdę to jej śmierć była pierwszą upuszczoną kostką domina i popchnęła inne, tworząc efekt śnieżnej kuli. Wszystkie problemy urosły do tak ogromnej rangi, że w momencie, kiedy siedziałam w staromodnie urządzonej kuchni siostry Ezry, nachodziła mnie masa wątpliwości i ogarniał strach.

- Powstrzymamy go - powiedziałam słabym głosem. - Wiesz, jedna rzecz nie daje mi spokoju.

- Co takiego? - Ezra podniósł się i oparł pośladkami o stół.

- Elle. Po jej śmierci wszystko nabrało rozpędu.

Atmosfera w pomieszczeniu zmieniła się w ułamku sekundy. Cohen wyraźnie się spiął. Zapewne od razu pomyślał o tym, jak sprzedałam jej kulkę w łeb bez mrugnięcia okiem. Z tego, co wiedziałam, on też nie miał z nią wyjątkowo bliskiej relacji.

- Nie wiem o niej zbyt wiele, Madness - odparł powoli, jakby zastanawiał się nad doborem słów. - Russeau znalazł ją w jakimś zapuszczonym budynku kilka lat przed opuszczeniem przez ciebie szpitala. Od tamtego czasu nigdy nie wyszła poza mury siedziby. Ba! Nigdy nie zaszła dalej niż jego mieszkanie na drugim poziomie i gabinet.

- To nieprawda - wpadłam mu w słowo. Zmarszczył brwi. - Elle opatrywała moje rany po treningach z Jean Lukiem. Nie odbywały się w siedzibie.

Cohen przechylił lekko głowę, a kiedy dotarło do niego, co powiedziałam, jego źrenice zwęziły się, dostrzegłam to pomimo ciemnego koloru tęczówki. Przez jego oblicze przebiegło kilka bliżej nieokreślonych emocji, lecz jedną byłam w stanie rozpoznać. Znałam ją aż nazbyt dobrze.

Złość.

Nigdy nie powiedziałam Cohenowi, co działo się za drzwiami sali szkoleniowej. Nie spotykaliśmy się też po moich treningach, szczególnie tych prowadzonych przez byłego szefa. To Elle zaproponowała, żebym tego nie robiła. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, uznałam, że chodzi o to, bym nie przemęczała organizmu. W końcu na początkowym etapie naszej znajomości - w tym życiu - spotykaliśmy się jedynie na seks.

Podniosłam się ze swojego miejsca. Położyłam rękę na ramieniu mężczyzny, by zwrócić na siebie uwagę i dać mu znać, że wszystko jest w porządku. To już było. Przeszłość, którą chciałam zostawić za sobą. Blizny na ciele to wystarczający dowód tego, co robił ze mną Jean Luc. Myślałam, że to normalne, że tak właśnie trzeba. Jednak w tym momencie już wiedziałam, czym było to spowodowane.

- Jej śmierć go wkurzyła - powiedział w końcu, gdy otrząsnął się z pierwszego szoku i powściągnął emocje. - Nie sądzę też, by naprawdę chciał od ciebie czegoś więcej niż posłuszeństwa i mordowania tych, których wskaże palcem. Nigdy nie patrzył na ciebie w taki sposób.

- Skąd wiesz? - Uniosłam brew.

- Zauważyłbym.

Nie dodał nic więcej, bo nie musiał. Z perspektywy czasu mogłam śmiało przyznać, że Ezra obserwował uważnie każdego mężczyznę, który się koło mnie kręcił. Nie miało znaczenia, czy to współpracownik czy koleś stojący przy barze w klubie. Zawsze czułam na plecach spojrzenie hakera, choć przez większość czasu zwyczajnie je ignorowałam.

Ezra zawsze wiedział, gdzie byłam i co się ze mną działo. Nagminnie korzystał ze swoich umiejętności i technologii, ale nie dlatego, żeby mnie śledzić. Martwił się. Po tym, jak wyznał, co tak naprawdę czuje do mnie od lat, stało się to tak oczywiste, że miałam ochotę parsknąć z własnej ignorancji.

- Nie da się przywrócić nikogo do życia, prawda? - zapytałam, choć wiedziałam, że to niemożliwe. Nikt jeszcze nie wymyślił leku na śmierć. Naszła mnie myśl, że skoro pracowałam nad czymś, co pozwalałoby ludziom żyć wiecznie, to może prowadziłam również badania nad przywoływaniem zmarłych zza grobu. To stwierdzenie wydało mi się niesamowicie absurdalne, choć w świetle ostatnich informacji i wydarzeń, wcale nie było takie głupie.

- Niestety nie - odparł, kręcąc głową. - Możemy teraz jedynie go powstrzymać. A do tego potrzebny jest Nicola.

Skrzywiłam się na dźwięk tego imienia. Czy Cohen słyszał naszą rozmowę w szarym pokoju? Nie byłam w stanie odgadnąć. Nawet jeśli, to nie dawał po sobie tego poznać. Nie zamierzałam brnąć w kolejną, niewygodną serię pytań, by się tego dowiedzieć.

Objęłam go mocno w pasie i przylgnęłam do klatki piersiowej. Potrzeba dotknięcia hakera stała się zbyt silna, bym mogła ją ignorować. Cedrowa woń otuliła moje zmysły, ciepło drugiego ciała sprawiło, że zaczęłam rozluźniać mięśnie.

Jego dłonie powędrowały na moje plecy. Przycisnął mnie do siebie i ukrył twarz we włosach. Wciągnął powietrze w płuca, poczułam, jak jego usta rozciągają się w uśmiechu.

Dotyk to jedyny sposób, w jaki mogłam mu powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczy. Nie znalazłabym słów, żeby opisać uczucie, które towarzyszyło mi, kiedy był obok. Były chwile, gdy uważałam, że nie potrzebuję nikogo więcej oprócz Ezry - jego wyrozumiałości, troski i czułości, jakimi mnie otaczał. Mogłam mu się odwdzięczyć tylko w taki sposób.

Jednak wciąż pukała do mojej świadomości szara rzeczywistość, w której za jedną rękę trzymał mnie Nicola Dubois. Mocno, aż bielały mu kostki, a na przedramionach pojawiały się fioletowe żyły. Z sadystycznym uśmiechem karmił się moim strachem o Cohena i robił wszystko, bym tkwiła w tym popieprzonym trójkącie, którego nie chciałam.

Przed oczami stanął mi obraz nagiego Nicoli w jednym z pokoi wojskowej stacji benzynowej. To, jak moje ciało reagowało na jego dotyk i jakie opanowanie towarzyszyło trimisowi. Chłód w jego oczach. I wyrachowanie. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że kontrolował mnie, jeszcze zanim zaczynałam to wyczuwać.

- Kontaktowałeś się z nim? Z Nicolą? - zapytałam szeptem, by odpędzić od siebie niewygodne wspomnienie. Wżarło się boleśnie w skroń i nie chciało odpuścić.

- Tak. Wróci nad ranem, by omówić plan - odparł spokojnie haker, choć jego mięśnie wyraźnie się spięły.

Idealnie. Fantastycznie.

Przesunęłam dłonią po boku hakera, moje palce zatrzymały się na krawędzi spodni. Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Zmarszczył brwi, ale wystarczyło, że stanęłam na palcach i musnęłam delikatnie ustami jego wargi, by wiedział, czego pożądam.

Jego.

Zjechał rękami niżej, na moje pośladki. Jednym sprawnym ruchem dźwignął mnie do góry. Oplotłam nogi wokół jego talii, a dłonie przeniosłam na jego kark. Ezra poprawił chwyt i zamarł. Wpatrywał się we mnie intensywnie, przeskakiwał między moimi oczami, jakby się nad czymś zastanawiał.

- Madness - zaczął, ale uniemożliwiłam mu dalszą część wypowiedzi pocałunkiem. Doskonale wiedziałam, co mu chodziło po głowie, i zamierzałam zdusić to w zarodku.

- Nic nie mów - mruknęłam, ocierając się wargami o jego własne. - Nie obchodzi mnie układ między tobą a nim. Chcę CIEBIE. Zaraz. Teraz. Natychmiast. - Ponownie musnęłam delikatnie jego usta. Rozchylił je nieznacznie i wypuścił drżący oddech. - Nikogo więcej, tylko CIEBIE.

Gwałtownie ruszył do przodu. Mimowolnie zacisnęłam nogi wokół jego bioder, nie spodziewając się takiego ruchu z jego strony. Moje plecy z impetem uderzyły o ścianę. Ezra wpił się w moje usta zachłannie, nieoczekiwanie, jakby uwolnił wszystkie pokłady żarliwości uśpione od momentu, w którym między nami pojawił się Nicola.

Rozchyliłam wargi, pogłębiając pocałunek. Nasze języki splotły się ze sobą w dzikim, namiętnym tańcu. Miałam wrażenie, że za sobą zatęskniły jak kochankowie, którzy nie widzieli się od tygodni. Oddawałam się tej chwili z nieskrywaną ulgą. Po kręgosłupie przebiegł dreszcz i skumulował się w podbrzuszu.

Dłonie Ezry zacisnęły się na moich pośladkach jeszcze bardziej. Oderwał mnie od ściany i ruszył w głąb korytarza. Lewitowałam i nie byłam do końca pewna, czy to kwestia tego, że mnie niósł, czy jego gorące usta sprawiały, że unosiłam się nad ziemią.

Oderwał się ode mnie na chwilę, po czym postawił z powrotem na podłodze. Otworzył drzwi, prowadzące do sypialni, w której wcześniej spałam. Chwycił mnie za rękę i poprowadził do środka. Drewniane skrzydło zamknęło się za nami z cichym skrzypnięciem. Haker przekręcił klucz w zamku. Stanął do mnie bokiem. Jasny księżyc oświetlał delikatnie jego sylwetkę.

Brązowe oczy błyszczały z podniecenia. Lustrował uważnie moją twarz, jakby czekał tylko, aż cofnę to, co powiedziałam chwilę wcześniej. Nie zamierzałam tego robić. Pierwszy raz, przynajmniej odkąd pamiętałam, byłam szczera. Z nim. Sama ze sobą. Nie udawałam, że to jedynie pożądanie, że nie ma we mnie żadnych uczuć czy emocji.

Czy to właśnie była miłość? Czy to się właśnie czuło, kiedy się kogoś kochało? Obezwładniającą lekkość po wypowiedzeniu kilku słów, które wydawały się niczym, lecz w odpowiedniej intonacji nadawało się im rzeczywisty sens? Wypowiedziane do konkretnej osoby nabierały mocy, miały w sobie coś magicznego, dzięki czemu dusza wzbijała się w powietrze i kluczyła między chmurami.

Nie miałam pojęcia. Po prostu wiedziałam, że tylko dotyk Ezry sprawi, że zapomnę o wszystkim. Chociaż na chwilę. To moja bezpieczna przystań, osoba, przy której czułam całkowity spokój i przy której nic nie mogło mi grozić.

Osoba, która właśnie pożerała mnie wzrokiem. Odzierała z wszelkich barier, rozkładała moje ciało i duszę na czynniki pierwsze. Poddałam się temu bez wahania. Pozwoliłabym mu na wszystko, gdyby tylko chciał, poprosił, cokolwiek. Byłam gotowa otworzyć się przed nim całkowicie, nawet jeśli przez brak pamięci miałam niewiele do zaoferowania.

Ezra stanął przede mną i musiałam podnieść głowę, by mój nos nie ocierał się o jego klatkę piersiową. Wciąż przyglądał mi się uważnie, wciąż miał wątpliwości, więc postanowiłam je rozwiać. Za wszelką cenę.

Ujęłam jego dłoń i pociągnęłam w stronę łóżka. Zamieniłam się z nim miejscami, następnie pchnęłam delikatnie, dając tym samym znak, by usiadł. Wykonał nieme polecenie bez protestu.

Położyłam obie ręce na jego ramionach. Przesuwałam powoli opuszkami palców po twardym torsie mężczyzny aż po brzuch, dopóki nie zatrzymałam się przy krawędzi ciemnej koszulki. Pociągnęłam ją do góry. Ezra posłusznie przełożył ją przez głowę, po czym wyręczył mnie i rzucił ją gdzieś z boku, na podłogę.

Oparł się dłońmi o materac i wbił we mnie wyczekujące spojrzenie. Przygryzłam dolną wargę. Cudownie było patrzeć na wyrzeźbione ciało Ezry. Twarde mięśnie wyraźnie odcinały się na tle jasnej pościeli skąpanej w delikatnej, srebrzystej poświacie wpadającej do pomieszczenia przez wysokie okno. Napawałam się tym widokiem przez jeden krótki moment, póki nie otworzył ust.

- Rozbierz się. - Polecenie było ciche, niemal w błagalnym tonie, a mimo to zadrżałam. Przyjemny dreszcz ogarnął całe moje ciało.

Sięgnęłam do krawędzi koszulki. Trzęsącymi się dłońmi zdjęłam ją i przymknęłam powieki. Niemal natychmiast poczułam na skórze chłód bijący od murowanych ścian. Ramiona pokryły się gęsią skórką, a sutki stwardniały pod wpływem zimna.

Miałam ochotę się zakryć. Nie dlatego, że wstydziłam się mężczyzny, który uważnie śledził każdy mój ruch, tylko przez niespodziewaną różnicę temperatur, jaką odczułam. Rozgrzana skóra niemal szczypała, lecz mimo to powstrzymałam ten odruch. Zamiast tego przesunęłam dłonią po brzuchu, aż trafiłam na zapięcie spodni. Uporałam się z nim w ułamku sekundy. Zsunęłam materiał z nóg, po czym wyswobodziłam stopy.

Wyprostowałam się. W kącikach ust Ezry majaczył bliżej nieokreślony uśmieszek, którego nie potrafiłam sklasyfikować. W dwóch krokach znalazłam się tuż przy nim. Chciałam stanąć między szeroko rozstawionymi nogami hakera, ale jego dłoń niemal natychmiast oplotła się wokół mojej talii i pociągnęła w jego stronę.

Usiadłam okrakiem na jego biodrach. Dotyk Ezry sprawiał, że skóra paliła w miejscach, w których nasze ciała się stykały. Cienki materiał bielizny zaczął niespodziewanie uwierać. Cohen wyprostował się, druga ręka mężczyzny powędrowała na mój kark. Przyciągnął mnie jeszcze bliżej i wpił się w moje usta zachłannie. Intensywność pocałunku sprawiła, że spomiędzy moich warg wydobył się cichy jęk.

Moje dłonie błądziły po rozgrzanej skórze hakera. Badałam opuszkami każdy skrawek, chciałam wyryć każdą krzywiznę w swojej pamięci, zapamiętać układ gładkich mięśni już na zawsze.

Ezra zacisnął palce na mojej talii. Ja natomiast swoje przesunęłam na krawędź jego spodni i rozpięłam guzik. Jak na zawołanie uniósł biodra, twarda męskość otarła się o mój wzgórek łonowy. Sapnęłam z podniecenia. Ciepło rozlewało się po moim ciele falami, ostatkiem sił powstrzymywałam się przed tym, by się o niego nie otrzeć niczym kotka.

Sprawnym ruchem pozbyłam się obu części jego garderoby, rozgrzana skóra przylgnęła do mojej. Jego biodra wpasowały się w moje rozchylone uda, jakby były stworzone do tego, byśmy trwali w takiej pozycji.

Niespodziewanie Cohen obrócił nas, moje plecy uderzyły o materac. Chwycił moje dłonie w nadgarstkach jedną ręką, po czym uniósł je nad moją głowę i splótł nasze palce. Przejechał językiem po mojej dolnej wardze. Jęknęłam przeciągle, kiedy przygryzł delikatną skórę. Zjechał ustami niżej, na krawędź żuchwy. Odchyliłam lekko głowę. Ciepłe powietrze omiotło moją szyję, sprawiając, że cały organizm się spiął. Wygięłam plecy w łuk.

Pocałunkami wytyczał ścieżkę w dół mojego ciała. Naznaczał skórę powoli, rozkoszował się każdym dźwiękiem wydobywającym się z moich ust. Znów mówił do mnie, nie używając słów. Czułam się jednak całkowicie inaczej niż wtedy. Niepewność odeszła w niepamięć, chłonęłam tę niemą historię całą sobą i chciałam jeszcze więcej.

- Uwielbiam cię, Madness - mruknął między żarliwymi pocałunkami na mojej szyi. Miałam wrażenie, że skóra pali w miejscach, w których zostawiał mokre ślady, a jego głos docierał do mojego umysłu jakby z daleka. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo.

Oparł się łokciami o materac po obu stronach mojej głowy. Zawisł nade mną i spojrzał prosto w oczy. Przymknęłam łagodnie powieki, jego wzrok przenikał moją duszę na wylot. Opuszkami palców dotknęłam policzka mężczyzny. Przekręcił delikatnie twarz w tamtą stronę, łaknął mojego dotyku tak bardzo, jak ja pragnęłam jego.

- Pokaż mi - szepnęłam, choć miałam wrażenie, że dźwięk mojego głosu odbił się echem od wysokiego sufitu.

Nie musiałam dwa razy powtarzać. Ezra przechylił się i oparł cały ciężar ciała na jednym ramieniu. Drugą ręką sięgnął do mojej szyi i dotknął jej delikatnie opuszkami dwóch palców. Zadrżałam niekontrolowanie. Sunął nimi wzdłuż mojego ciała, ledwo dotykał skóry, a mnie ten gest doprowadzał do szaleństwa.

Zahaczył o krawędź delikatnej koronki przy kości biodrowej. Dźwięk rozrywanego materiału przeszył ciszę. Rozwarłam oczy szeroko i spojrzałam w dół. Kącik ust hakera uniósł się nieznacznie. W oczach mężczyzny błysnęło coś drapieżnego. Położył otwartą dłoń na moim udzie, po czym przejechał nią powoli w stronę mojego krocza.

Ten gest coś przestawił w mojej głowie, nie potrafiłam tego nazwać. Przewróciłam oczami i przymknęłam powieki. Przygryzłam mocno wargi, chcąc powstrzymać głośny jęk. Palce Ezry zatoczyły subtelne koło wokół mojego wejścia. Wciągnęłam głośno powietrze w płuca, całe pożądanie, jakie ogarnęło moje ciało, w jednej chwili skumulowało się u zbiegu ud.

Szarpnęłam się, chciałam sięgnąć dłońmi do podbrzusza, lecz Ezra mi na to nie pozwolił. Zamknął moje nadgarstki w szczelnym uścisku i przycisnął je do materaca. Przywarł do mnie ponownie ustami. Rozluźniłam mięśnie, chciałam oddać mu całkowitą kontrolę nad swoim ciałem.

Potrzebowałam go poczuć, całą tę miłość, którą w sobie nosił. Dawał mi do zrozumienia, jakie uczucia się w nim kotłują każdym gestem, pocałunkiem, dotykiem, tym jak błądził dłonią po moim ciele, jak delikatnie przygryzał moją wargę. Szeptał czułe słowa, ocierając nabrzmiałymi wargami o moje, a ja wiłam się pod nim, prosząc o więcej.

A on te prośby spełniał. Cierpliwie, jedna po drugiej, oznaczając każdą na moim nagim, spragnionym ciele.

Wszedł we mnie płynnym ruchem. Sapnęłam, choć spodziewałam się tego, co nastąpiło. Ezra ukrył twarz w zgięciu mojej szyi. Puścił moje nadgarstki, które mimowolnie sięgnęły szerokich pleców hakera. Wbiłam paznokcie w rozgrzaną skórę. Warknął niekontrolowanie i spiął łopatki.

Jęknęłam w przestrzeń, nasze biodra obijały się o siebie w powolnym rytmie. Serce szalało, pompowało wściekle krew do całego mojego organizmu, a przyjemność rozlewała się po każdym jego skrawku równymi falami. Chciałam, by ta chwila trwała wiecznie, by nasze ciała zostały splecione już na zawsze. Nie trzeba było słów, innych czynów, jakichkolwiek aktów heroizmu. Cedrowa woń jego skóry otulała moje zmysły, koiła zszargany umysł, sprawiała, że doznania stawały się jeszcze silniejsze.

Kumulujące się podniecenie zastąpił orgazm. Zacisnęłam zęby na ramieniu Ezry, mimo to jęk wydobył się spomiędzy moich ust. Palce Ezry wbiły się mocno w moje biodro. Kilka pchnięć później jego ciałem również wstrząsnął dreszcz. Opadł na mnie, oddychając ciężko. Czułam, że opiera się na jednym łokciu, by mnie nie zgnieść.

Nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Liczyła się jedynie jego bliskość, ciepło naszych ciał i głośne, urywane oddechy przecinające martwą ciszę zalegającą wokół.

Rozdział 23

Przemknęłam po cichu z łazienki z powrotem do sypialni. Wytarłam się pospiesznie ręcznikiem i złapałam pierwszą napotkaną przez moją rękę koszulkę. Naciągnęłam ją przez głowę, po czym kucnęłam przy torbie, by poszukać czystej bielizny. Mój wzrok zatrzymał się na opasłej teczce z dokumentami. Chwyciłam ją bez zastanowienia, mimowolnie spojrzałam na pogrążonego we śnie Ezrę.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Wyglądał tak uroczo w objęciach Morfeusza, że miałam ochotę usiąść i mu się przyglądać, dopóki się nie obudzi. Zdusiłam w sobie tę myśl. Musiałam w końcu zająć się sprawami, przez które przyjechaliśmy do Paryża. Po wszystkim na pewno będę miała czas, by przyglądać się mężczyźnie całymi godzinami.

Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Wcisnęłam teczkę pod pachę i ruszyłam do kuchni. Mój organizm domagał się kawy lub czegokolwiek, co miałoby wodnistą konsystencję. Świt nastał niedawno. Doszłam do wniosku, że zanim Nicola się pojawi, a Ezra obudzi, będę miała chwilę na przestudiowanie dokumentów. Liczyłam na to, że znajdę w nich chociaż niewielką podpowiedź, gdzie powinnam szukać kodu.

Stara Maddie nie była głupia, musiała się domyślać, że prędzej czy później trzeba będzie podać hasło, dlatego też cała nasza trójka zgodnie stwierdziła, że musiała znajdować się jakaś wskazówka, która ułatwiłaby nam zadanie.

Nicola siedzący przy stole w kuchni z kubkiem w ręku skutecznie rozwiał wszystkie moje plany. Zamarłam w progu, gdy moje spojrzenie napotkało rozczochrane ciemne włosy. Zachłysnęłam się powietrzem. Dubois odwrócił twarz w moją stronę, podbródek opierał na drugiej dłoni. Zlustrował mnie beznamiętnym spojrzeniem od góry do dołu.

- Dzień dobry, mon chéri - mruknął wypranym z emocji głosem. Uniosłam brew, wydawał się całkowicie pozbawiony energii. - Dobrze spałaś?

Wiedział.

Prychnęłam jedynie w odpowiedzi. Wciąż byłam zła za wczorajszą sytuację. Zła i pełna obaw, że się powtórzy. Trimis w moim wnętrzu poruszył się niespokojnie, alarm w głowie krzyczał, lecz już nie tak głośno, jak poprzednim razem. Uspokajałam samą siebie, nieważne, jak bardzo mój organizm dawał do zrozumienia, że mężczyzna był zagrożeniem, zduszenie tego przeczucia w zarodku to jedyna rzecz, jaką mogłam w tym momencie zrobić.

Podeszłam do blatu roboczego i nastawiłam wodę na kawę. Teczkę położyłam obok, po czym oparłam się o krawędź i zacisnęłam na nim mocno palce. Chciałam ukryć drżenie rąk, na widok trimisa adrenalina rozeszła się po całym moim ciele i nawet głębokie wdechy nie ostudziły jej zapału.

- Madeleine. - Usłyszałam, a ułamek sekundy później poczułam na plecach chłodne spojrzenie. Zerknęłam na Nicolę przez ramię. Wydawał się przybity. - Jeśli chodzi o wczorajszą sytuację...

- To nie ma znaczenia. - Odwróciłam się do niego przodem i założyłam ręce na piersi. - Podobno niszczymy siebie nawzajem od zawsze.

Kiwnął głową. Zaległa między nami niewygodna cisza. Pełzała po mojej skórze, sprawiając, że robiło mi się coraz ciężej. Osiadła na ramionach i przygniatała do ziemi, jakby chciała zmiażdżyć mnie całą.

- Po prostu załatwmy to i...

- Byłem w laboratorium - przerwał mi. Doskonale wiedział, co zamierzałam powiedzieć. Nie chciał tego słuchać. Dostrzegłam to w wyrazie jego twarzy, ból przebiegł po niej w ciągu chwili, lecz w mgnieniu oka zdusił w sobie tę emocję. - W tym... śnie. Wybudziłem się i rozmawiałem z młodym laborantem. Nazwał cię obiektem. Następnie kazał mi podpisać jakiś dokument, a potem znów wprowadził w pewnego rodzaju śpiączkę.

Ach, więc wróciliśmy do punktu wyjścia.

Zacisnęłam usta w wąską linię. Ciało pokryła gęsia skórka, a przerażenie zapukało do klatki piersiowej. Pojawiły się mroczki przed oczami, świat zaczął odjeżdżać niebezpiecznie szybko i tylko sekundy dzieliły mnie od utraty przytomności.

Otoczenie wirowało. Chłodne ręce oplotły się wokół moich ramion i jeden, urywany oddech później siedziałam na krześle oparta łokciami o blat stolika. Przed moimi oczami pojawiła się szklanka napełniona wodą. Podniosłam otępiałe spojrzenie na Duboisa. Bez słowa wrócił do blatu roboczego, wyciągnął z szafki kubek i nasypał do niego świeżej kawy.

Chwyciłam drżącą dłonią za szklankę i upiłam łyk wody. Zimno rozeszło się po moim przełyku, jednak to nie powstrzymało galopu serca. Obijało się gwałtownie o żebra, jakby chciało wyskoczyć.

Obiekt.

Byłam obiektem.

Nie mogłam pozostać obojętna na jego słowa. Zbyt dobrze łączyło się z tym, co sama przeżyłam podczas regeneracyjnego snu. Tak się właśnie czułam, jakbym była przedmiotem jakichś badań. Drażniący zapach detergentów znów wdarł się do mojego nosa i umysłu. Ból rozlał się po udzie. Sięgnęłam do niego dłonią i mocno zacisnęłam palce na skórze.

Dubois usiadł naprzeciwko. Przysunął parujący kubek w moją stronę. Nie zabrał ręki od razu. Miałam wrażenie, że się waha, czy mnie dotknąć. Odsunęłam się, moje plecy przylgnęły do oparcia krzesła. Skutecznie powstrzymałam go niniejszym ruchem przed tym, co zamierzał.

Nie chciałam, żeby mnie dotykał. Trimis w moim wnętrzu wił się wściekle, ciało znów było gotowe do ataku i wystarczyła chwila nieuwagi, byśmy wrócili do tego, co wydarzyło się poprzedniego dnia.

Postanowiłam zrobić to, o czym mówił Ezra - zignorować nieprzyjemne myśli i uczucia, skupić się na misji, którą mieliśmy do wykonania. W tej chwili priorytetem było powstrzymanie Jean Luca przed zniszczeniem wszystkiego, co społeczeństwo od lat próbowało odbudować.

- Też byłam w laboratorium. - Wzdrygnęłam się, słysząc swój własny głos. Odchrząknęłam, by pozbyć się guli zalegającej w przełyku. - To halucynacje. Nie znamy mutacji z głębi lądu, możliwe, że wytwarzają pewnego rodzaju truciznę, która wrzuciła nas w te wizje - skłamałam.

Dubois prychnął rozbawiony.

- Ezra już nawkładał ci do głowy swoje teorie. - Pokręcił głową i założył ręce na piersi. - Nie wiem jak ty, ale ja wciąż jestem na pograniczu jawy i snu. Ten świat faluje. Miesza się z tamtym. Ciągle słyszę warkot mutacji i pikanie maszyn. Te dźwięki wżarły się w mój umysł i nie odpuszczają. Ani na moment.

Spojrzałam na niego niepewnie. Rzeczywiście wyglądał jak siedem nieszczęść. Jego skóra stała się jeszcze bardziej szara, worki pod oczami uwydatniły się, spojrzenie zmętniało, a przekrwione białka zdawały się błagać o choćby odrobinę snu. Włosy pozostawały w nieładzie, a ubranie nie widziało żelazka chyba od momentu, w którym zjawiliśmy się w tym mieście.

Nicola wyglądał zwyczajnie źle. Byłam skłonna uwierzyć, że coś go męczy. Wiecznie idealny Dubois przestał być idealny. Zadziorny uśmiech nie pojawił się na przystojnej twarzy od dawna. Aparycja trimisa, która ciągnęła mnie do niego jak ćmę do światła, wyparowała w ciągu kilku chwil.

- Nie mam takich... objawów - mruknęłam. Rzeczywiście tak było. Trwałam tu i teraz, w powojennym Paryżu.

Mimowolnie mój wzrok powędrował do otwartej dłoni, na której widniała podłużna, różowa blizna. Poruszyłam lekko palcami. Drżały pod wpływem tego ruchu, czułam, że moje mięśnie jeszcze do końca się nie zregenerowały.

Trimis przyglądał się uważnie moim poczynaniom. Choć tak naprawdę miałam odczucie, że odpłynął gdzieś na dalekie wody swoich myśli. Dryfował na powierzchni i tylko czekał, aż umysł go pochłonie całkowicie.

- Oszalałem? - rzucił pytanie w przestrzeń. Patrzył w moją stronę, ale mnie nie widział. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie, że równie dobrze mogłabym wyjść z tego pomieszczenia, a on by nawet nie zauważył.

- Nie mam pojęcia, Nicola. - Przygryzłam wargę. Powinnam coś zrobić. Dotknąć go, pocieszyć w jakiś sposób, powiedzieć, że wcale nie oszalał i że potrzebuje po prostu odpoczynku, lecz nie byłam w stanie się na to zdobyć. Moc w moim wnętrzu skutecznie uniemożliwiała mi jakikolwiek gest w stronę mężczyzny. - Powinniśmy się skupić na zadaniu, a nie roztrząsać krótki incydent z trasy.

- Doprowadza mnie to do szału. - Potarł nerwowo skronie. Jego spojrzenie stało się bardziej świadome. Nie dodał nic więcej. Zwrócił się ku wejściu do kuchni i wbił wzrok w ciemny korytarz. Chwilę później szczęk otwieranych drzwi przeciął przestrzeń.

Ezra pojawił się w przejściu i obrzucił nas zaspanym spojrzeniem. Rozbudził się, gdy jego wzrok padł na trimisa. Zerknął na zegarek na nadgarstku. Domyślałam się, że jest wyjątkowo wcześnie, słońce wciąż wisiało nisko na nieboskłonie.

Przesunęłam po blacie kubek w stronę hakera. Byłam pewna, że nie ruszyłabym już tej kawy, rozmowa z Nicolą skutecznie rozbudziła zaspany umysł. Znów naszły mnie wątpliwości. Z jednej strony chciałam mu wierzyć, z drugiej - absolutnie nie przyjmowałam do wiadomości tego, co mówił. Tak było łatwiej, lżej na duszy. Mieliśmy wystarczająco problemów na głowie, dokładanie następnego byłoby skazaniem się na całkowitą porażkę.

Cohen zgarnął kawę i upił z niej solidny łyk. Posłał mi delikatny uśmiech, chciał nim przekazać rzeczy, których nie mógł powiedzieć na głos w obecności Duboisa.

Odwzajemniłam ten drobny gest. Tym samym przypieczętowałam nasze dalsze kroki.

Pora wziąć się do roboty.

 

***

 

Wpatrywałam się w ekran laptopa uważnie. Na wyświetlaczu widniał obraz z sześciu kamer, każda z nich pokazywała laboratorium ze wszystkich możliwych stron. Obstawiony był co najmniej niczym pałac króla lub prezydenta, choć dom głowy Down Town nie posiadał tak licznej ochrony. Czarno-białe obrazy nie odkrywały przede mną wszystkiego, ale też nie musiały. Jeśli Jean Luc miał dostęp do laboratorium, byłam przekonana, że bezpieczeństwem zajmują się demony.

Z tego, co zrozumiałam, wygląd zewnętrzny budynku zmienił się znacznie, odkąd ktoś z nas był tam ostatnim razem. Wokół Instytutu wybudowano wysoki mur wzmocniony żelazną wkładką. Odcięto dostęp do połaci lasu, znajdującej się nieco dalej. Wydał mi się dziwnie znajomy, ale nie zaprzątałam sobie tym głowy. Okna Instytutu zostały zamurowane, przy każdym z trzech wejść wyrosły wykrywacze metali, prawdopodobnie w środku wcale nie było inaczej. Systemy zostały unowocześnione, w żadnym miejscu nie dostrzegłam zamka. W futryny wbudowane były panele dostępowe, należało posiadać kartę wstępu, by wejść do środka.

Według Nicoli wewnątrz Instytutu było tylko dwóch ochroniarzy. Zmieniali się raz dziennie i wtedy przez pięć minut obiekt pozostawał całkowicie pusty. Oprócz pracujących tam naukowców rzecz jasna. Chociaż oni byli najmniejszym problemem. Łatwe cele do wyeliminowania, szczególnie kiedy w grę wchodziły umiejętności manipulowania czasem. I moje atrybuty tropiciela.

Plan był prosty. Ezra miał wyłączyć zdalnie wszystkie zabezpieczenia. Okazało się, że system zewnętrzny był podłączony do miejskiej sieci elektrycznej, dlatego samo odłączenie go miało być najprostszym zadaniem. Nie dysponowaliśmy jednak czasem. Po pięciu minutach włączały się zapasowe agregaty prądotwórcze i wszystko wracało do normy. Dlatego musieliśmy załatwić temat dość sprawnie, a potem - w środku - liczyć na to, że żaden z naukowców nie był wyszkolonym trimisem. Następnie musiałam odnaleźć dokument, w którym zapisałam ciąg cyfr odbezpieczający walizkę ze wspomnieniami.

- Bułka z masłem - mruknęłam bez przekonania i opadłam na zagłówek kanapy. Spojrzałam w sufit zrezygnowana. Czułam w kościach, że to nie wypali.

- Nicola zmanipuluje czas, kiedy będziesz przeszukiwała gabinety - powiedział Ezra. Wyciągnął w moją stronę teczkę z dokumentami. Wzięłam ją od niego i otworzyłam na pierwszej stronie. - Niestety, biorąc pod uwagę jego stan, nie chciałbym, by korzystał z mocy na wcześniejszych etapach.

Kiwnęłam głową i spojrzałam na trimisa. Wydawał się nieobecny. Nie byłam do końca pewna, czy w ogóle powinien iść z nami. Mógłby być zbyt dużym obciążeniem dla powodzenia całej akcji.

- Myślę, że lepiej byłoby, gdybym odnalazł walizkę w tym czasie - odparł nagle, jakby czytał mi w myślach, choć dbałam o to, by bariery w moim umyśle nie opadały nawet na sekundę. - Madeleine jest wystarczająco dobrze przeszkolona, by wykonać to zadanie samodzielnie. - Spojrzał na mnie przytomnym, acz zamglonym wzrokiem.

Ezra zamrugał, jego brew uniosła się nieznacznie.

- Nie zna układu pomieszczeń - skontrował. Zabrał laptop sprzed moich oczu, po czym wystukał na klawiaturze nieznany mi ciąg liter. - No i nie mamy dostępu do planów Instytutu. Były tak ściśle tajne, że nie zostały skopiowane na serwery.

- A ty, co o tym sądzisz, mon chéri? - zwrócił się do mnie trimis.

Wzruszyłam jedynie ramionami. Nie miało znaczenia, czy pójdę sama czy z Nicolą. Wszystkie znaki na niebie, jak i na ziemi mówiły o tym, że to będzie totalna katastrofa. Było nas troje, z czego jedno z nas ginęło od zwykłego pocisku. I mojego myślenia nie zmieniły nawet ostatnie wydarzenia i to, jak dobrze do walki przygotowany był Ezra.

Troje.

Trzy osoby.

Z kolei za plecami Russeau stała cała armia demonów i trimisów. W dodatku panował nad mutacjami. Wciąż nie wiedzieliśmy, w jaki sposób to robił. Jasne, domyślaliśmy się, że te urządzenia na ich szyjach generowały jakieś impulsy, które pozwalały Jean Lucowi nimi sterować, jednak to wciąż było za mało. Żadne z nas nie wiedziało, jak to wyłączyć. Nawet Ezra.

Zarówno Cohen, jak i Dubois zmobilizowali swoich ludzi do pomocy i o ile trimisi poradziliby sobie w starciu bez problemu, o tyle, kiedy myślałam o współpracownikach hakera, włos jeżył mi się na głowie. Nie chciałam, by ktokolwiek ginął w tym starciu. To nie była ich wojna. Ba! To nawet nie była wojna. Prawda była taka, że powinnam to załatwić sama, bez narażania innych na niebezpieczeństwo.

Byłam coraz bliżej podjęcia decyzji o samotnym wypadzie do Instytutu. Skóra mrowiła mnie na całym ciele, krew gotowała się w żyłach z nadmiaru napięcia i adrenaliny. Akcja nawet się nie rozpoczęła, a ja już odchodziłam od zmysłów. Wcale mi się to nie podobało.

Opanowanie i zachowywanie spokoju w sytuacjach stresowych to moja super moc. Jej brak odczuwałam niemal jak odcięcie którejś kończyny. Czułam się bezbronna, słaba i niepotrzebna. Ostatnie, czego chciałam, to żeby ktoś załatwiał sprawy za mnie. Irytowało mnie to niemiłosiernie, sprawiało, że miałam ochotę wrzeszczeć i rwać włosy z głowy.

- Moi ludzie otoczą laboratorium - zaczął wyjaśniać haker, kiedy nie uzyskał ode mnie żadnej odpowiedzi. - Postawię ich w strategicznych miejscach, w razie czego będą ściągać trimisów, o ile się jakieś pokażą.

- Zawsze coś - mruknął Nicola. Poprawił się w fotelu i założył ręce na piersi. - Trimisi pracujący dla mnie będą czekali na znak. Im mniej osób będzie w to zaangażowanych, tym lepiej. Może obejdzie się bez zamieszek.

Och, jednak nie było nas troje. Wcale mnie to nie uspokajało.

- Fakt. - Ezra dotknął mojego kolana. Podniosłam głowę znad notatek, z którymi miałam się zapoznać, i spojrzałam na niego skonsternowana. - Masz dwie godziny, żeby się z tym zapoznać. Dasz radę?

- Jasne. - Uśmiechnęłam się, choć zapewne wyszedł mi bardziej grymas niż coś przyjaznego. - Będę potrzebowała broni i...

- ...ubrań - dokończył za mnie. - Tak, wiem. Właśnie wszystko jest kompletowane.

Kiwnęłam głową. Zacisnęłam palce na tekturowej teczce. Niespodziewanie coś ścisnęło mnie w mostku. Bliżej nieokreślona obawa, że wydarzy się coś naprawdę złego. W tej chwili już nie byłam pewna, czy alarm w mojej głowie wył dlatego, że Nicola jest blisko, czy może dlatego, że próbował mnie ostrzec przed czymś znacznie niebezpieczniejszym.

Nie powiedziałam jednak o swoich obawach chłopakom. Po prostu wstałam i bez słowa poczłapałam do sypialni Mary Ann, by zapoznać się z własnymi zapiskami po raz kolejny.

 

***

 

Madeleine Sinclair bardzo skrupulatnie prowadziła dokumentację dotyczącą badań nad mutacjami. Zapisywała właściwie każdą rzecz, każde spostrzeżenie i myśl, jakie przyszły jej do głowy. Jednocześnie nie była wylewna, jeśli chodziło o opisy. Suche fakty to był jej konik i ulubiona forma przekazywania informacji. Problem polegał na tym, że oprócz wagi mutacji i ilości podanych substancji, nie widniały w tych zapiskach żadne inne cyfry.

Próbowałam odnaleźć w nich jakiś schemat, lecz na marne. Przekładałam dokumenty kartka po kartce i nie znalazłam niczego, co mogłoby być sześciocyfrowym kodem czy choćby w jakimś stopniu miało naprowadzić mnie na miejsce, w którym ów ciąg cyfr mógł się znajdować.

Opadłam na poduszki z przeciągłym jękiem i zakryłam teczką twarz. Zapach kurzu i tuszu do drukarki wpełzł do mojego nosa natychmiast. Skrzywiłam się nieznacznie, zsunęłam dokumenty na klatkę piersiową i wbiłam wzrok w jasny sufit.

Madeleine Sinclair skrupulatnie prowadziła swoje zapiski i równie skrupulatnie ukrywała pożądane przez innych informacje. W pewnym momencie dopadła mnie mało pokrzepiająca myśl, że zabraliśmy ze sobą nie tę teczkę, co trzeba, i nigdy nie natrafimy na żaden ślad.

Podniosłam się do pozycji siedzącej i mimo umierającej nadziei, wróciłam do pierwszej strony dokumentacji. Nie wiedziałam, który raz już ją czytam, niektóre zdania znałam na pamięć. Miałam jeszcze czterdzieści pięć minut, dlatego postanowiłam, że wykorzystam je na zapamiętanie jak największej ilości szczegółów. Być może pomogą mi się odnaleźć w miejscu, które stara Maddie mogła traktować niemal jak drugi dom.

W sekcji, którą dzierżyłam w dłoniach, opisywała każdą chwilę spędzoną w laboratorium. Od zapalenia świateł o godzinie ósmej rano, po zgaszenie ich równo o północy. Zapiski aktualizowała co godzinę, miałam wrażenie, że trzymam w rękach dziennik, a nie akta prowadzonych badań. Wiedziałam z nich, z jakiego kubka piła kawę, co jadła i czy w ogóle jadła, jakie dokumenty wyciągała z szaf, czym się kierowała przy oznaczaniu sygnaturami konkretnych przypadków.

To jej przyszło prowadzić badania nad pierwszymi dostrzeżonymi mutacjami. Szybko odnalazła dodatkowe chromosomy i zmiany w ludzkim DNA, które prowadziły do przemiany. Niestety, większość uaktywniała się i tworzyła w momencie, w którym mutowanie komórek było już na zaawansowanym poziomie.

Często też wracała do tych pierwotnych przypadków. Szukała w nich odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Mimo że układ cząsteczek wyglądał tak samo, potwory różniły się od siebie znacznie pod względem siły czy stopnia rozkładu. Bo przemiana właśnie do tego prowadziła - rozkładania się organów, aż w końcu pozostawał jedynie poruszający się szkielet ze względnie sprawnym mózgiem nastawionym na polowanie i pożywianie się.

Wszystko wydawało mi się dziwne. Takie nijakie, mechaniczne. Mogłam uwierzyć w to, że stara Maddie trzymała się jedynie prawdy, ale jej zapiski były pozbawione jakiejkolwiek głębi. Brakowało w nich dosadniejszych wniosków. Te dokumenty znacznie różniły się od opisów badań nad Russeau czy różnej maści urządzeniami. Jakby ktoś usunął te ważniejsze rzeczy i zostawił jedynie to, co nie zdradzało żadnych detali.

Dostrzegałam jednak plusy. W mojej głowie układał się szczegółowy obraz wnętrza laboratorium. I jeśli nie było tam generalnego remontu z burzeniem ścian, wiedziałam mniej więcej, co gdzie się znajduje. Westchnęłam po raz kolejny w przeciągu ostatnich dwóch godzin i przeczesałam włosy palcami. Cóż, musiało mi to w zupełności wystarczyć. Miałam dziwną, wręcz niemożliwą do zaakceptowania nadzieję, że kiedy postawię nogę w gabinecie starej Maddie, nagle dostanę olśnienia i będę wiedziała, gdzie szukać.

Ciche pukanie do drzwi zmusiło mnie do podniesienia wzroku znad notatek. Skrzydło się uchyliło, a w szparze poja­wiła się głowa Ezry. Kark zawył boleśnie, przez co zamiast posłać hakerowi uśmiech, skrzywiłam się.

Rozmasowałam spięte mięśnie. Dopiero w tym momencie poczułam, jak bardzo jestem obolała od siedzenia w jednej pozycji. Ezra wszedł do środka, drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. W ręku trzymał czarną, materiałową torbę. Rzucił ją obok mnie i usiadł na materacu naprzeciw.

- I co?

- Nie mam pojęcia - przyznałam szczerze. - Mam nadzieję, że mnie oświeci. Inaczej jesteśmy w ciemnej dupie.

- Poradzisz sobie, Madness. - Sięgnął dłonią do mojej twarzy, po czym założył zbłąkany kosmyk za ucho. - Jestem pewien, że znajdziesz tę skrytkę.

- Jak się sprawy mają? - Postanowiłam zignorować jego pozytywne nastawienie. Wiedziałam, że wynikało z tego, że nigdy wcześniej nie zaszliśmy tak daleko, jednak mimo wszystko we mnie przeważał sceptycyzm.

- Bordeaux wysłał kilku żołnierzy. Wtopią się w tłumy na ulicach i będą nas osłaniać z bezpiecznych odległości. - Wzniósł oczy, jakby szukał w pamięci innych informacji. - Kilkoro z nich pracuje pod przykrywką w szeregach paryskich wojsk. Wzięli warty pod Instytutem na dzisiaj.

- To miłe z jego strony - rzuciłam sarkastycznie. - To wszystko nie sprawi niestety, że uwierzę w powodzenie tej akcji.

- Skąd ten nagły pesymizm? - Zmarszczył brwi.

- Nie wiem. Jestem przerażona. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam.

I w tym momencie nie mijałam się z prawdą. Piekielnie bałam się iść do Instytutu. Bałam się tego tworu, był tak blisko dawnej mnie, że napawał mnie tym nieprzyjemnym uczuciem. Miałam zmierzyć się z własną przeszłością, wciąż posiadając jedynie strzępy wspomnień, w dodatku nie moich. Koszmar poprzedniego dnia nie chciał dać o sobie zapomnieć, krążył wokół myśli, szukał miejsca, w które mógłby wbić długie szpony i zagnieździć się na amen. Nie potrafiłam zatrzymać tej karuzeli.

- Dużo się ostatnio wydarzyło - powiedział powoli, ważąc każde słowo. - Być może to jakaś forma obrony twojego organizmu przed stresem?

- Być może. - Przygryzłam wnętrze policzka. Ezra był taki spokojny, miałam wrażenie, że ktoś go podmienił. Zwykle to on przecież nie zgadzał się na szalone pomysły, a tymczasem pchał mnie w objęcia totalnego szaleństwa. - Wciąż czuję się źle przy Duboisie. Mam ochotę wyrwać mu serce, gdy go widzę.

- To akurat mnie cieszy.

- Ezra! - Szturchnęłam go w ramię, marszcząc gniewnie brwi. Uśmiechnął się kącikiem ust. - To w niczym nie pomaga. Czuję, że to prosta droga do katastrofy.

- On też na pewno odczuwa napięcie. Sprawa jest poważna i jest tyle rzeczy, które mogą pójść nie tak, że każdemu udziela się nerwowa atmosfera.

Pocieszające.

Ezra nie dodał nic więcej. Bez słowa podsunął torbę w moją stronę, po czym wyszedł z pomieszczenia. W końcu dotarł do mnie harmider panujący na korytarzu. Coraz więcej osób przetaczało się przez mieszkanie, wszyscy przygotowywali się do osłaniania mnie. Powiedzieć, że czułam presję, to jakby nic nie powiedzieć.

Tylu ludzi na mnie liczyło. Śmiertelników. Istot przemijających niczym dzień i noc szybciej niż cokolwiek innego na tym pozbawionym piękna świecie. Latami próbowali odbudować to, co sami zniszczyli, i wciąż trwali w tym procesie, mozolnie pchali życie do przodu, by stanąć na nogi.

Nasuwała mi się jedna myśl: dlaczego pokładali swoje nadzieje w trimisie? W tym samym gatunku, który próbował ich zniszczyć? To było tak absurdalne, że nie byłam w stanie powstrzymać parsknięcia. Czekali na mnie i na to, aż pozbędę się Russeau. Zrzucili na moje barki odpowiedzialność, a ona przygniatała mnie do ziemi coraz bardziej, jakby chciała zetrzeć mnie na proch.

Dążyłam jedynie do prawdy o sobie. W momencie, w którym dostałam jej skrawek, przestałam chcieć czegokolwiek. Madeleine Sinclair z przeszłości napawała mnie obrzydzeniem i odrazą. Zastanawiałam się, czy po tym wszystkim nie poprosić Duboisa o ponowne wyczyszczenie pamięci. Wolałam tę wersję siebie. Wersję, która tropiła i eliminowała cele, a po godzinach robiła maślane oczy do pewnego hakera.

Nie chciałam tego. Miałam ochotę wcisnąć się w kąt i zapłakać nad sobą. Jedno, nic nieznaczące pragnienie sprowadziło na mnie problem na skalę światową. Polowało na mnie wszystko: Russeau, mutanty, demony, ludzie, Dubois. Jedni chcieli mnie zabić, inni wykorzystać do zabijania, a jeszcze inni - po prostu mnie samej. Bez względu na to, czego pragnęłam ja.

Byłam bliska rozpłakania się i zrealizowania planu, który zakiełkował w mojej głowie chwilę wcześniej. Zamiast tego sięgnęłam do materiałowej torby, założyłam czarny mundur i zaplotłam włosy w ciasny warkocz.

Ostatni raz przyjrzałam się swojemu odbiciu w niewielkim lusterku stojącym na komodzie. Wyglądałam marnie i tak też się czułam. Czerwona tęczówka wprawiała mnie w zakłopotanie i dyskomfort. Musiałam to zignorować. Nikt nie wiedział, co się stało, a oprócz wizualnych mankamentów, nie odczuwałam żadnych innych skutków.

Nie zastanawiając się dłużej, ściągnęłam łopatki i wyszłam z sypialni Mary Ann.

Wyjątkowo mieszkanie tętniło życiem. Gwar rozmów docierał zarówno z kuchni, jak i z salonu. Stukanie palców o klawisze odbijało się echem od wąskich ścian korytarza. Przyciszone rozmowy i zdławione śmiechy sprawiały, że coś zaciskało się mocno w moim żołądku.

Minęło mnie kilka osób. Nie wyczułam nawet grama mocy trimisa. Posyłali mi ukradkowe spojrzenia, lecz nie odezwali się nawet słowem. Wzięłam głęboki wdech. Ruszyłam do salonu z nadzieją, że tam odnajdę Ezrę i Nicolę.

Dużo się nie pomyliłam. Haker rzeczywiście siedział w fotelu i klepał w klawiaturę w najlepsze. W jego ucho wciśnięta była słuchawka, kiwał co chwilę głową, choć jego rozmówca nie był w stanie tego zobaczyć.

Wokół zaległa cisza. Wszystkie spojrzenia zwróciły się w moją stronę. Poczułam na sobie ciężar, miałam ochotę odwrócić się na pięcie i wyjść. Dwa tuziny oczu wbiły we mnie zaniepokojony wzrok. Swąd przerażenia uderzył w moje nozdrza ze zdwojoną siłą.

Oni wszyscy się mnie bali.

- Madness. - Ezra podniósł wzrok znad monitora. Skupiłam na nim całą swoją uwagę, by nie czuć się dalej tak, jakbym miała zaraz zostać rozstrzelana. - Broń jest w kuchni. Weź wszystko, czego potrzebujesz. Dubois czeka na dole. Ruszymy zaraz za wami.

W jednej chwili powietrze w pomieszczeniu stężało. Miałam wrażenie, jakby ktoś zaczął je wysysać. Nic dziwnego, że atmosfera stała się jeszcze bardziej napięta. Większości społeczeństwa trimis kojarzył się z czymś niebezpiecznym, złowrogim. Z mordercą. Tym razem musieli zaufać jednemu z nich. W dodatku dać mu do ręki narzędzia, którymi bez problemu mógłby zdziesiątkować ich w okamgnieniu.

Tylko nieliczni wiedzieli, że nie potrafiłabym ich zamordować z zimną krwią. Nie bez odpowiedniej kwoty.

Ruszyłam do kuchni. Przywitało mnie chłodne spojrzenie zielonych tęczówek. Kobieta zlustrowała mnie wzrokiem od góry do dołu, po czym uśmiechnęła się zadziornie. Mysie włosy zakrywały część zabliźnionej twarzy. Miałam wrażenie, że już ją kiedyś spotkałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć okoliczności.

- Takiego wywrotowca to jeszcze nie widziałam - skomentowała, przeskakując między moimi oczami.

Zacisnęłam zęby, by powstrzymać równie złośliwy przytyk. Nie miałam czasu na przekomarzanki. Im prędzej trafiłabym do laboratorium i odnalazła kod do walizki, tym szybciej oni wszyscy wróciliby do domu i obeszłoby się bez rozlewu krwi.

Stanęłam przy blacie roboczym, gdzie leżały dwie duże torby. Liczyłam na to, że znajdę tam katanę - poprzednia mi odpowiadała. Jednak przywitały mnie jedynie krótkie noże i sztylety. Niezadowolona sięgnęłam po dwa noże okopowe, po czym przytwierdziłam je do paska spodni.

Zanurkowałam w drugiej torbie. Ku uciesze wydobyłam z niej colta należącego do Ezry. Znałam tę broń, idealnie układała się w mojej dłoni. Przyjrzałam się wytartej, drewnianej rączce i uśmiechnęłam się pod nosem szczerze. Złapałam za dodatkowy magazynek i kaburę. Przewiesiłam ją sobie przez barki, zapięłam pod piersiami, a naboje wrzuciłam do kieszeni spodni. Zabezpieczyłam broń i wcisnęłam w pochwę.

Nie potrzebowałam niczego więcej. Jeśli przyjdzie nam walczyć, żadna z tych rzeczy nie zabije trimisa, co najwyżej unieruchomi na chwilę.

Czułam na sobie uważne spojrzenie blondynki, jakby szukała punktu zaczepienia, czegokolwiek, czym mogłaby mnie sprowokować. Zerknęłam na nią przez ramię. Opierała się o blat stolika, a przed jej rękami leżał plik papierów. Nie zwróciłam na niego wcześniej uwagi.

Odwróciłam się całym ciałem i założyłam ręce na piersi.

- Co? - sarknęłam, przechylając głowę na bok. Jak na człowieka, niewiele w niej było strachu, w przeciwieństwie do kolegów.

- Ezra kazał dać ci telefon. - Sięgnęła do kieszeni, wyciągnęła z niej urządzenie i przesunęła nim po stole. Ten świdrujący wzrok zaczynał mnie denerwować.

Przejechałam językiem po zębach.

W jej ustach imię hakera brzmiało obrzydliwie.

Złapałam za telefon i bez słowa ruszyłam ku wyjściu. Niespodziewanie przed moimi oczami wyrosła szeroka klatka piersiowa, zmysły otulił dobrze mi znany zapach cedru. Podniosłam głowę do góry. Cohen uśmiechnął się do mnie nieznacznie, w uchu wciąż tkwiła słuchawka, a w oczach czaiła się determinacja.

- Gotowa? - zapytał wystarczająco cicho, bym tylko ja usłyszała jego słowa. Kiwnęłam głową i również posłałam mu nikły uśmiech.

Nie zaszczycił mnie werbalną odpowiedzią. Po prostu objął mnie w talii, przyciągnął do siebie i wpił się w moje usta zachłannie, jakby robił to po raz ostatni w swoim życiu. Przymknęłam powieki, delektując się miękkością jego warg. Nie trwało to długo, zaledwie ułamek sekundy, ale wystarczyło, by rozpalić we mnie ogień.

Drugą ręką ujął delikatnie moją twarz, po czym przyłożył chłodne czoło do mojego.

- Nie daj się złapać, Madness.

Rozdział 24

Suche, zakurzone powietrze Paryża uderzyło mnie w twarz. Był środek dnia, ogromna masa ciemnych koszulek i płaszczy przemieszczała się z jednego punktu do drugiego w zastraszająco szybkim tempie. Ktoś obił się o moje ramię i zaklął pod nosem siarczyście. Zmarszczyłam brwi, wodząc za przechodniem spojrzeniem.

Nikt, absolutnie nikt nie zwracał na mnie większej uwagi. Jakbym była zwykłym człowiekiem. Przemknęło mi nawet przez myśl, że zamieszkanie w tak ogromnej aglomeracji nie byłoby wcale głupim pomysłem.

Niespodziewanie wszystko zwolniło. Z zafascynowaniem przyglądałam się, jak buty coraz opieszalej odbijały się od betonowych płyt, aż w końcu zamarły na stałe. Stukot obcasów nadszedł z lewej strony. Wyczułam w powietrzu orzeźwiającą, cytrusową bryzę, a trimis w moim wnętrzu poruszył się niespokojnie. Mimowolnie spięłam wszystkie mięśnie, zanim zerknęłam na Duboisa.

- Podobno miałeś nie używać mocy, dopóki nie dotrzemy do Instytutu - zauważyłam, kiedy jego spojrzenie spoczęło na moim profilu.

- Bez znaczenia - odparł beznamiętnie. Blada skóra uwydatniała niemal granatowe sińce pod oczami. - W laboratorium i tak się nie przydadzą. Jest odpowiednio zabezpieczone przed takimi jak my.

- I dopiero teraz o tym mówisz?! - Stanęłam jak wryta. Nicola jedynie wzruszył ramionami.

Westchnęłam przeciągle.

No tak, w jakiś sposób musieliśmy się bronić przed nami samymi. Nic dziwnego, że Russeau nie rozpoczął swojego katharsis od tamtego miejsca i nie powyrzynał nas w pień przy pierwszej lepszej okazji. Mogłam wpaść na to zdecydowanie wcześniej, szczególnie że w notatkach starej Maddie nie znalazłam nawet jednej wzmianki o używaniu mocy przez trimisów.

Ruszyliśmy na paryskie ulice. Niewiele różniły się od tych w Down Town - równie brzydkie, zaniedbane, popękane i pełne dziur. Krzywe chodniki tworzyły swoisty labirynt, znikały nagle w wąskich, śmierdzących uliczkach pełnych śmieci i szczurów. Ściany pozbawione elewacji prosiły o odświeżenie starych ornamentów, szyby w oknach błagały o mycie, a ich okiennice o odrobinę farby. Wyglądało na to, że w Paryżu nikt nie bawi się w renowację budynków, nawet w centrum.

Droga do Instytutu nie była spektakularnie długa. Pojawił się przed naszymi oczami po dwudziestu minutach szybkiego spaceru. Stanęliśmy w cieniu jednej z opustoszałych kamienic. Gwar głównej drogi ucichł momentalnie, jakby nad całym budynkiem rozpościerała się swego rodzaju kopuła. Między wąskimi przejściami doskonale widziałam, jak spieszące się społeczeństwo wraca do poprzedniego stanu. Stukot gumowych podeszew ginął pomiędzy rykiem silników i szumiącej wody w Sekwanie. Jednak przy samym Instytucie wszystko zamierało na nowo. Nawet wiatr zamilkł. Przyprawiało mnie to o niepokój.

Nicola oparł się o ścianę, po czym wcisnął ręce w kieszenie płaszcza. Wbił wzrok gdzieś daleko, ponad wysokie wieże Instytutu. Objęłam się ramionami i chwilę trwaliśmy w milczeniu. Nie stawałam blisko Duboisa. Im dalej byłam, tym mniej głosik w mojej głowie się odzywał.

Czułam się niezręcznie, kiedy był taki. Jeszcze bardziej niż wtedy, gdy otaczał mnie całą swoją osobą bez choćby krzty wstydu. Wydawał się cieniem samego siebie, jakby cała energia, jaką posiadał, uleciała gdzieś wysoko ponad chmury.

- Kiedy dostaniesz sygnał od dobermana, nasze drogi się rozdzielają, mon chéri - mruknął, wciąż na mnie nie patrząc.

- Ale Ezra powiedział...

Zamilkłam, kiedy przeniósł na mnie beznamiętne spojrzenie. Było wyjątkowo puste, nawet jak na niego.

- Odnajdę w tym czasie walizkę. Układ pomieszczeń w laboratorium jest prosty. Gdy wejdziesz do środka, przemkniesz korytarzem na sam koniec - zaczął tłumaczyć. - Tam powinny znajdować się przeszklone drzwi. Będą otwarte jeszcze przez minutę po uruchomieniu agregatów prądotwórczych. Twój gabinet znajdował się po prawej stronie.

Wciągnęłam ze świstem powietrze. Nie podobało mi się to, co robił. Zostawiał mnie na pastwę losu bez jakiejkolwiek ochrony w miejscu, którego nie znałam.

- To nie jest dobry pomysł, Dubois. - Zakołysałam się na piętach. - Przecież kiedy będziemy mieć ten kod, znalezienie walizki będzie jedynie wisienką na torcie.

Zlustrował mnie od góry do dołu. Niemy wiatr poruszył kosmykami ciemnych włosów trimisa. W oczach pojawiła się niewielka wiązka płynnego miodu, lecz już po chwili zniknęła, jakby siłą zmusił ją do ukrycia się.

- Nie mogę tam wejść, Madeleine. - Wypuścił powietrze z płuc, po czym przeczesał zwichrzone włosy palcami. - Im bliżej tego miejsca się znajduję, tym bardziej odnoszę wrażenie, że to wszystko jest jedynie wyobrażeniem. Niczym więcej.

Przygryzłam wargę. Zmusiłam się do tego, by do niego podejść i położyć rękę w zgięciu jego łokcia. Zrobiło mi się go piekielnie szkoda. Przeżywał coś strasznego, czego nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić ani nie wiedziałam, jak mu pomóc.

Wahałam się, czy powiedzieć Nicoli o tym, że mnie też męczy tamten koszmar. Że woń detergentów i płynów do dezynfekcji wżarł się w moje nozdrza na stałe. Ciągle słyszałam pikanie maszyn i ciche powarkiwania mutacji. Starałam się ignorować te dźwięki i zapachy, ale kiedy tylko brakło zajęć, one powracały ze zdwojoną siłą.

Poczułam ciepło jego dłoni na swojej własnej. Kącik ust trimisa uniósł się nieznacznie.

- Zrobiłeś mi wiele złych rzeczy, Nicola - powiedziałam, patrząc prosto w czarne niczym dna dwóch studni oczy. - Musisz tam ze mną pójść. Jeśli mnie złapią, nigdy się nie dowiem, co tak naprawdę było między nami.

- Dokładnie to, co powiedziałem.

- Nie wierzę ci. - Odsunęłam się od niego o krok i wyswobodziłam rękę spomiędzy jego dłoni i zgięcia łokcia. - Nie wierzę, że przez tyle lat mnie szantażowałeś.

Niespodziewanie przygwoździł mnie do ściany. Powietrze z moich płuc uleciało ze świstem, nierówny tynk wbijał się boleśnie w plecy. Wyraźny ucisk na szyi sprawiał, że nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Wbiłam w Duboisa przerażone spojrzenie. Pochylił się tak, by nasze twarze były na tej samej wysokości. Dwie ciemne otchłanie świdrowały mnie na wylot, nos trimisa otarł się o mój policzek.

- Nie musisz mi wierzyć - warknął. - Nic nie musisz. W tej chwili chcę tylko, żeby to się, kurwa, skończyło.

Przełknęłam ślinę z trudem. Dubois przesunął drugą ręką po mojej talii i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej wibrujący telefon, przesunął palcem po ekranie i przyłożył urządzenie do ucha.

- Halo? - Wciąż nie spuszczał ze mnie wzroku. Nagle zrobiło mi się zimno. - Ile ma czasu? - Rozłączył się i wcisnął komórkę z powrotem w moją kieszeń. Ucisk na przełyku zelżał, a po chwili jedyne, co po nim pozostało, to chłód i nieprzyjemne mrowienie. - Przygotuj się. Za minutę system zostanie wyłączony.

Odwrócił się do mnie plecami i ruszył w przeciwną do laboratorium stronę. Moja ręka mimowolnie powędrowała do szyi. Odprowadziłam go wzrokiem, wściekłość wymieszana ze strachem kotłowała się pod moją skórą. Trimis wił się niespokojnie, gotowy rzucić się na przeciwnika, lecz skutecznie udawało mi się go utrzymać w ryzach.

Wzięłam głęboki wdech, choć miałam wrażenie, że na moje płuca zostało nałożone imadło i nie mogły urosnąć, by wprowadzić do organizmu życiodajny tlen. Nie wiedziałam, czy to z powodu adrenaliny i stresu, związanych z misją, czy zachowanie Nicoli Duboisa sprawiło, że przestałam panować nad swoim organizmem.

 

***

 

Dostanie się do laboratorium nie było wcale trudne. Wejścia nikt nie pilnował. Zgodnie z tym, co mówił Cohen, w ciągu minuty żołnierze opuścili swoje posterunki i plac przed budynkiem opustoszał całkowicie. Przemknęłam niezauważona aż pod ścianę Instytutu. Pochylona do przodu podbiegłam do drzwi.

W tej samej chwili wszystkie światła i panele sterujące zgasły. Pchnęłam ciężkie, metalowe drzwi. Wewnątrz alarm wył w najlepsze, jednak na korytarzu nie było nawet jednej żywej duszy.

Wydobyłam colta z kabury. Sprawnym ruchem wyciągnęłam magazynek, by sprawdzić, ile miałam kul. Zaklęłam w myślach, gdy się okazało, że w środku znajdują się specjalne naboje, a nie te zwykłe. Szybko je podmieniłam i ruszyłam przed siebie.

Szeroki, surowy korytarz ciągnął się przez dobre sto metrów. Po obu jego stronach widniały setki białych drzwi. Wytężyłam zmysł słuchu. Docierały do mnie niewyraźne szmery pracującej na wysokich obrotach maszynerii, lecz nic poza tym. Jakby w środku nie było nikogo.

Zdusiłam w sobie uczucie niepokoju. Szłam tuż przy ścianie, trzymając oburącz broń. Skanowałam uważnie przestrzeń. Stawiałam nogę za nogą bezszelestnie. Przemierzałam korytarz z dziwnym uczuciem na ramieniu. Cichy głosik w mojej głowie przybierał na sile, tak jakby ostrzegał mnie przed tym, co miało znajdować się za skrzydłem, do którego kazał mi wejść Dubois.

Skutecznie drania ignorowałam.

W końcu je znalazłam. Podłużne lampy sufitowe zamigotały w tej samej chwili, a po sekundzie korytarz zalała rażąca biel. Zmrużyłam oczy, światło oślepiło mnie jedynie na moment. Dwa oddechy później wbijałam twarde spojrzenie w szklane drzwi. Za nimi wciąż panowała ciemność.

Bez zastanowienia pchnęłam skrzydło. Nie miałam zbyt wiele czasu, by się im przyglądać. Zamknęły się za mną z cichym kliknięciem. Rozległ się krótki pisk, sygnalizujący, że drzwi zostały odpowiednio zabezpieczone.

Trimis w moim wnętrzu zwinął się w splocie słonecznym i ucichł. Rozwarłam szeroko oczy, miałam wrażenie, że ktoś wyrwał moc z mojej piersi. Mimowolnie moja ręka powędrowała do klatki piersiowej. Zadrżałam pod wpływem tego niespodziewanego uczucia pustki, jakie mną zawładnęło. Oddech przyspieszył, serce zaczęło obijać się boleśnie o żebra.

Przełknęłam ślinę i przymknęłam powieki, chcąc się uspokoić. Zacisnęłam dłoń w pięść, wbiłam paznokcie w jej wnętrze i skupiłam się na bólu. Pistolet w prawej ręce zaczął nagle ciążyć, jakby przestał pasować do sytuacji, w której się znalazłam.

Ruszyłam przed siebie. Złapałam za klamkę drzwi po prawej stronie. Nacisnęłam ją pospiesznie, zanim przyszłoby mi do głowy się wycofać. Wpadłam do środka z impetem i zamarłam.

Dwójka laborantów podniosła głowy znad mikroskopów. Ich twarze natychmiast pobladły, kiedy mnie dostrzegli. Wyglądali na piekielnie młodych, jakby dopiero co rozpoczynali swoje kariery. Jęknęłam przeciągle. Ręce mi opadły.

Przecież to było oczywiste, że ktoś tu będzie! Nie mogło pójść gładko!

Jeden z nich podniósł się z miejsca. Moje ramię natychmiast poszybowało do góry. Odbezpieczyłam broń i położyłam palec na języczku spustowym. Wbiłam w chłopaka chłodne spojrzenie. Niemal natychmiast w mojej głowie coś przeskoczyło i włączył się tryb walki.

- Nawet się nie waż - warknęłam przez zaciśnięte zęby. Laborant uniósł drżące ręce ku górze. Z ust drugiego wydobył się przerażony pisk. Zerknęłam na niego kątem oka. Wydawał się jeszcze bardziej wystraszony niż jego kolega. - Pod ścianę. - Kiwnęłam lufą w bok. Obaj posłusznie się wycofali, ich plecy przykleiły się do muru, usta drżały, a rozszerzone źrenice błagały o litość.

Schowałam colta do kabury. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Jego układ niemal natychmiast zamienił się w opisy, które studiowałam w mieszkaniu Mary Ann. Wysokie, metalowe półki ciągnęły się przez całą długość gabinetu. Wszystkie starannie opisane technicznym pismem. Dwa biurka pod zabitymi blachą oknami stały w poprzek pomieszczenia. Gdybym się odwróciła, zapewne dostrzegłabym kanapę i stolik kawowy, przy którym stara Maddie pisała swoje obszerne raporty.

Podeszłam do jednego z biurek, po czym oparłam się o nie pośladkami. Założyłam ręce na piersi, wciąż przyglądając się pomieszczeniu z uwagą. Laboranci stali pod ścianą jak dwa słupy soli. Byłam pewna, że żaden z nich nie odważyłby się ruszyć nawet odrobinę.

Westchnęłam przeciągle.

Myśl, Madeleine - powtarzałam sobie w głowie. Myśl, to ty ukryłaś te papiery. Gdzie byś je wsadziła?

Ponownie przeskanowałam przestrzeń. Problem polegał na tym, że nie miałam bladego pojęcia, gdzie mogły się znajdować tak ważne dla mnie akta. Zatrzymałam się na regale z teczkami. Miałam ochotę zapłakać nad sobą. Jednak taka była prawda - gdybym chciała coś ukryć, zostawiłabym to na wierzchu w takim miejscu, że przejrzenie tego "wierzchu" skutecznie zniechęciłoby nawet najwytrwalszego zawodnika.

- Kiedy ostatni raz ktoś przeglądał te dokumenty? - Spojrzałam na laborantów. Ich wzrok przeskakiwał między moimi oczami. - No dalej, nie mam całego dnia.

- N-nikt - wyjąkał ten, który podniósł się z krzesła. - M-mamy zakaz...

- Wspaniale.

Podeszłam do regału i przyjrzałam się plakietkom. Nic nadzwyczajnego; dokumentacja posegregowana alfabetycznie. Niektórych oznaczeń było po dwa - w tych wypadkach pod spodem widniały daty. Zacisnęłam usta w wąską linię, kiedy zdałam sobie sprawę, że większość z nich pochodziła z czasów przed wojną.

Przeszłam powoli przed szufladami, szukając daty mniej więcej sprzed osiemdziesięciu lat. Nie wiedziałam dokładnie, jak dawno odebrano mi wspomnienia, więc mogłam jedynie przypuszczać, że stało się to niedługo przed zakładem między Russeau a Duboisem.

Wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam numer hakera. Odebrał po trzech ciągnących się w nieskończoność sygnałach. Przynajmniej tak mi się wydawało.

- W którym roku mniej więcej Dubois odebrał mi wspomnienia? - zapytałam bez ogródek.

- O cholera... - sapnął Ezra. Oczami wyobraźni widziałam, jak drapie się po karku. - W dwa tysiące sto trzydziestym siódmym? Może ósmym?

Zmarszczyłam brwi. Wpatrywałam się w drobne napisy, dopóki literki nie zaczęły tańczyć przed moimi oczami. Warknęłam ze zdenerwowania. Och, to byłoby zdecydowanie łatwiejsze, gdyby Dubois był tu ze mną! Znał to laboratorium równie dobrze, co stara Madeleine.

- Nie ma takiego roku - odparłam, łapiąc w dwa palce nasadę nosa. Nerwy zaczynały brać nade mną górę. Podświadomie czułam, że nie miałam zbyt wiele czasu. Russeau na pewno zdawał sobie sprawę z tego, dokąd zmierzaliśmy i czego poszukiwaliśmy. Również siedział w tej sprawie od początku i to, że już dawno odnalazł ten kod, było bardziej niż prawdopodobne.

- Dubois też nie znalazł tej szuflady?

- Duboisa tu nie ma.

Cisza, która zaległa na linii, przyprawiła mnie o zawrót głowy. Byłam pewna, że na twarzy Cohena pojawił się cały wachlarz emocji, od niedowierzania aż po gniew i wściekłość. Spazmatyczne sapnięcie uleciało spomiędzy jego warg, a tuż po nim usłyszałam siarczyste przekleństwo.

- Czy on kiedykolwiek zrobi cokolwiek zgodnie z planem? - zapytał, ale raczej retorycznie. Przez krótką chwilę docierała do mnie jedynie szamotanina. - Skup się, Maddie, może ta szuflada została oznaczona w jakiś inny sposób. Albo ten dokument wcale nie znajduje się w szufladzie. To byłoby zbyt proste.

- Proste rozwiązania są przecież najlepsze. - Przewróciłam oczami.

Nie odpowiedział.

Głośna eksplozja przeszyła przestrzeń. Instytut zatrząsł się w posadach. Paniczny krzyk wydarł się z ust dwóch laborantów. Zachwiałam się, ale tylko na krótki moment. Ugięłam nogi w kolanach, spięłam mięśnie i rozłożyłam ręce na boki. Tynk z sufitu posypał mi się na głowę. Spojrzałam w górę. Długie, ciemne pęknięcie wiodło od rogu pomieszczenia do samych drzwi wejściowych.

Przyłożyłam telefon z powrotem do ucha. Uderzyły we mnie spanikowane krzyki i nerwowe przekleństwa. Stukot wojskowych butów o betonowe płyty odbijał się echem od sklepienia mojej czaszki. Żołądek zawiązał się w supeł i podjechał do gardła.

- Ezra? - zająknęłam się. Przełknęłam głośno ślinę. Haker wciąż się nie odzywał, za to kolejna eksplozja ponownie wstrząsnęła murami laboratorium.

Dźwięk wystrzałów przeszył przestrzeń. Moje serce zgubiło rytm. Zerwałam się do biegu. W mgnieniu oka dopadłam przeszklonych drzwi. Nacisnęłam klamkę, ale te ani drgnęły. Ryknęłam z wściekłości i uderzyłam pięściami w szkło. Zadrżało, lecz nic poza tym.

Wróciłam pędem do gabinetu. Doskoczyłam do jednego z chłopców, złapałam go za poły kitla i przyciągnęłam do siebie. Gdyby nie był ode mnie wyższy o głowę, lewitowałby dobre kilka centymetrów nad ziemią.

- Jak stąd wyjść?!

- K-karta... - Drżącą dłonią sięgnął do kieszeni. Wyciągnął plastikowy identyfikator na czarnej smyczy.

Wyrwałam mu ją z ręki, odwróciłam się na pięcie i ponownie ruszyłam w stronę drzwi. Przyłożyłam plastik do panelu bocznego. Drzwi wydały z siebie charakterystyczny dźwięk, po czym dioda nad nimi zaświeciła się na zielono.

Puściłam się biegiem przez korytarz. Hałasy dobiegające z komórki świadczyły o tym, że wydarzyło się coś złego. Musiałam wiedzieć co. Nie podobał mi się fakt, że Ezra nie odpowiadał. Przez to stres i nerwy brały nade mną górę.

Jeśli coś by mu się stało, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Nie wybaczyłabym sobie, że tak bardzo mu zaufałam, uśpiłam swoją czujność i naraziłam go na niebezpieczeństwo.

Przeraźliwie głośny dzwonek sprawił, że nim dotknęłam drzwi wyjściowych, moje dłonie powędrowały do uszu. Zacisnęłam mocno powieki. Ciśnienie zaczęło rozrywać mi czaszkę. Skuliłam się, jęcząc donośnie, miałam wrażenie, że moje bębenki pękają pod wpływem tego dźwięku.

Rozejrzałam się, marszcząc brwi. Rzeczywistość pulsowała niebezpiecznie, wszystko zalała wściekła czerwień. Drzwi po obu stronach korytarza otwierały się jedne po drugich, jakby ktoś nadusił guzik alarmu przeciwpożarowego. Skrzydło prowadzące na zewnątrz również się uchyliło. Modliłam się w duchu, żeby to była sprawka Cohena. Że to nie oni zostali zaatakowani, że wydarzyło się coś nieopodal i uznał, że powinnam wydostać się z Instytutu.

Nie dane mi było sprawdzić, czy miałam rację. Gdy tylko przekroczyłam próg budynku, przed moimi oczami wyrosła ogromna góra rozkładającego się mięsa. Ziemia drżała pod wpływem galopu potwora. Parł prosto na mnie, z łbem przy samej ziemi. Strużka paskudnej śliny wydobywała się spomiędzy jego poczerniałych warg. Wbijał we mnie wściekłe spojrzenie żółtych ślepi. Tumany kurzu wzbijały się w powietrze spod wielkich, ciężkich łap.

Dookoła panował chaos. Świst pocisków i pomniejsze wybuchy przecinały przestrzeń. W powietrzu była wyczuwalna wyraźna woń siarki i dymu. Żołnierze pilnujący Instytutu przeładowywali swoje karabiny, miałam wrażenie, że strzelali na oślep do niewidzialnego wroga.

Sięgnęłam ręką do noża przy pasku. Wyszarpałam go z pochwy i przyjęłam odpowiednią pozycję. Jeśli potwór tylko byłby wystarczająco blisko, mogłabym pod nim zanurkować i zranić. Taka góra mięcha nie była wyjątkowo zwrotna, zanim mutacja zorientowałaby się, gdzie jestem, pozbawiłabym ją głowy.

Nim zdążyłam zrobić jakikolwiek ruch, ciemna masa rzuciła się w stronę bestii. Ta zaryczała wściekle i padła na rozgrzany beton jak długa. Sunęła po chropowatej powierzchni, a mi mignął przed oczami profil Ezry.

Westchnienie ulgi opuściło moje usta. Żył. Ezra Cohen żył i właśnie rzucił się na mutanta. Niestety nie mogłam podziwiać go w akcji. Kątem oka dostrzegłam ruch z prawej strony. Cios nadszedł znienacka. W ostatniej chwili osłoniłam się ramieniem.

Czerwone ślepia mignęły przed moją twarzą. Demon zrobił obrót w powietrzu i stanął z gracją naprzeciwko mnie. Wbił zdziwione spojrzenie w moją twarz. Ta chwila roztargnienia dała mi czas, by go zaatakować. Podcięłam mu nogi. Padł na ziemię jak długi. Bez zastanowienia wbiłam ostrze w jego klatkę piersiową. Demon zawył wściekle, nim całkowicie znieruchomiał. Nie zabiłam go, demony miały wysoką tolerancję na zranienia i ból. Nie regenerowały się tak szybko, jak trimisi, ale trzeba było się postarać, żeby je unicestwić.

Wytarłam ostrze o spodnie, podniosłam się i rozejrzałam pospiesznie. Mój wzrok padł na Ezrę w momencie, w którym głowa mutacji turlała się po brudnym betonie. Znalazłam się tuż obok hakera w dwóch susach. Spojrzał na mnie rozbieganym spojrzeniem, wyszarpał swój pistolet z kabury przy pasku i wycelował w moją stronę.

- Na ziemię! - krzyknął. Nawet się nie zastanawiałam. Przylgnęłam do podłoża. Nieopatrznie zaciągnęłam się pyłem i kurzem. Kaszel nie zdołał jednak zagłuszyć huku wystrzału. Oparłam się na łokciu i spojrzałam za siebie. Ciało żołnierza właśnie padało na ziemię. W samym centrum jego czoła ziała równa okrągła dziura wlotowa po kuli.

- Dzięki - wycharczałam. Wciąż czułam drapanie w przełyku. Podniosłam się i otrzepałam ubranie. Ezra złapał mnie za ramiona i przyciągnął do siebie na jedną krótką chwilę. To wystarczyło, bym poczuła, jak szaleje jego serce. Sytuacja nie wyglądała dobrze. - Co się dzieje?

- Russeau. - Złapał mnie za rękę i rzucił się biegiem w stronę kamienic. Między budynkami dojrzałam rozstawionych ludzi w czarnych mundurach. Kule świszczały nam nad głowami. Odwróciłam się, by spojrzeć na Instytut. Nad płaskim dachem kotłowała się hebanowa chmura dymu. - Wiedziałem, że się pojawi, ale nie sądziłem, że tak szybko.

- Nie mam tego kodu, Ezra - wysapałam. Wyswobodziłam dłoń z jego uścisku. W naszą stronę biegło czterech napastników.

- Ten kod nie ma znaczenia, jeśli cię złapie. - Odbezpieczył pistolet i nim zdążyłam mrugnąć, zdjął wszystkie demony biegnące w naszą stronę.

Przylgnęliśmy do obdrapanych z tynku murów. Na otwartej przestrzeni nie mieliśmy zbyt dużych szans. Wyczuwałam na skórze drgania mocy innych trimisów. Westchnęłam w duchu z ulgi, że chociaż z tego Dubois się wywiązał i przysłał swoich współpracowników.

Przelotnie rejestrowałam to, co działo się na placu przed Instytutem. Część osób, które spotkałam w mieszkaniu Mary Ann, biegało po zabetonowanej przestrzeni, skutecznie unikając kul posyłanych w ich strony przez żołnierzy Jean Luca. Kilka ciał leżało na ziemi. Niektóre podrygiwały w ostatnich chwilach agonii. Demony atakowały naszych z bliska, wymachiwały nożami i zadawały szybkie ciosy. Na ich nieszczęście śmiertelnicy przeszli fenomenalne szkolenie. Parowali ataki, unikali ich z gracją niczym tancerze. Jakby urodzili się z tymi umiejętnościami.

Weszliśmy w jedną z alejek. Schroniliśmy się w cieniu kamienicy. Cohen pochylił się do przodu, oparł ręce o kolana i wziął kilka głębokich wdechów. Ogromna żyła pulsowała na jego skroni, pot sprawił, że ciemne kosmyki przyklejały się do czoła.

- Nie mogę się skontaktować z Duboisem - wysapał między oddechami. Spojrzał na mnie twardo, zaciskając usta.

- Cholera. - Kucnęłam obok niego. Strach o życie hakera powoli się ulatniał. Pozostawała adrenalina i gotująca się w żyłach krew. Trimis w moim wnętrzu już nawet nie udawał, że się powstrzymuje, wił się wściekle niczym wąż, gotowy kąsać i pożerać wrogów. Mimo jego nadmiernej aktywności tylko część świata była zalana płynnym miodem. - Poradzimy sobie bez niego.

- Maddie, to nie...

Zamilkł, kiedy powietrze przeszył kolejny, przepotworny ryk.

A po nim kolejny.

I jeszcze jeden.

Spojrzeliśmy na siebie szeroko otwartymi oczami. Podniosłam się mechanicznie, przenosząc wzrok na dziurę między kamienicami. Strzały ucichły, powietrze zamarło. Ziemia wibrowała pod wpływem ciężkich kroków mutacji.

Russeau się nade mną znęcał. Torturował całymi tygodniami, wmawiając, że to, co robił, robił dlatego, bym była gotowa na wszystko. W tym ostatnim nie kłamał. Stworzył tropiciela idealnego, zabójcę, przed którym drżało całe Down Town. Zamierzałam wykorzystać te nauki do pokonania go.

Niemal synchronicznie schowaliśmy pistolety do kabur. Zastąpiliśmy je nożami. Zważyłam swoje w rękach. Mimo że nie były robione specjalnie dla mnie, doskonale układały się w dłoniach. Poprawiłam chwyt. Cohen wyciągnął słuchawkę z ucha, po czym wykonał te same ruchy co ja. Widocznie był równie dobrze wytrenowany.

Ruszyliśmy z powrotem na plac. Betonowa połać niemal całkowicie opustoszała. Zostało kilku śmiałków dzierżących broń białą. Jednak nie parli na mutacje. Przerażeni spoglądali w ich stronę, nogi wrosły im w ziemię.

Potwory były wyjątkowo duże, nawet jak na twory z nadmorskiego miasta. Jakby zostały specjalnie przygotowane do sytuacji, w której się wszyscy znaleźliśmy. Stawiały ociężale kroki, łypały ogromnymi, żółtymi ślepiami na prawo i lewo, łby miały nisko przy ziemi. Zaciągały się duszącym powietrzem i szukały. Tropiły.

Wyszłam na sam środek z głową podniesioną wysoko. Tuż za mną kroczył haker. Uważnie obserwował przestrzeń dookoła. Rozejrzał się po wyższych kondygnacjach. Domyślałam się, że rozstawił część ludzi na snajperskich pozycjach.

Mutacje zamarły. Podniosły synchronicznie głowy, kiedy tylko dotarł do nich mój zapach. Gardłowy warkot wydobył się z ich trzewi. Spięłam wszystkie mięśnie i przyjęłam pozycję.

Niespodziewanie wiatr rozwiał kosmyki, które uciekły z warkocza. Dym znad Instytutu dotarł na plac i pokrył cały obszar śmierdzącymi chemikaliami. Wtedy właśnie dostrzegłam migające, białe diody na szyjach mutacji. W jasnym słońcu były całkowicie niewidoczne, lecz gdy przestrzeń pokrył siwy obłok, nie miałam wątpliwości, do kogo należały te istoty. A to oznaczało, że Russeau również był blisko.

Próbowałam go odnaleźć. Różne energie trimisów kotłowały się wokół, żadna nie była jednak na tyle silna, by należała do Jean Luca. Znów ją ukrywał? A może przypuszczenia mijały się z prawdą i wcale nie musiał być na miejscu, by sterować potworami?

Bestie ruszyły do ataku. Ziemia zatrzęsła się, kiedy popędziły galopem w naszą stronę. Kolejne wystrzały przeszyły przestrzeń, doskonale słyszałam, jak pociski wżerały się w rozkładające się ciała mutacji, ale nie robiły na nich żadnego wrażenia. Nawet ich wyjątkowo nie spowolniły.

Ruszyłam przed siebie. Kątem oka dostrzegłam, że Ezra zrobił to samo. Zatoczyliśmy półokrąg, żeby nie wbiec między potwory, tylko wyeliminować je po kolei. Nie wiedziałam, czy kierowały się słuchem czy wzrokiem, jednak to nie miało znaczenia. Nawet bez wszystkich zmysłów były piekielnie niebezpieczne.

Swąd rozkładu dotarł do moich nozdrzy. Skrzywiłam się nieznacznie. Treść żołądka podjechała niebezpiecznie do góry. Nigdy się nie przyzwyczaiłam do zapachu potworów, mimo wielu starć z nimi wciąż miałam odruch wymiotny przy każdym spotkaniu z takim osobnikiem.

Nie spodziewałam się, że jeden z nich odbije w moją stronę. Zaatakował szybko, bez cienia zawahania. Rozwarł szeroko paszczę naszpikowaną ogromnymi siekaczami. Udało mi się zrobić unik w ostatniej chwili. Śmierdząca ślina ochlapała mi twarz i ramiona. Czułam, jak plwocina wsiąka w moje ubranie i spływa po policzku. Z odrazą starłam ją wierzchem dłoni.

Obróciłam się na pięcie i skoczyłam na potwora. Ten zamachnął się, ale zanurkowałam pod jego ramieniem i raniłam w nogę. Bestia zawyła wściekle. Jak na sporych rozmiarów cielsko poruszała się całkiem zgrabnie. Próbowała mnie dosięgnąć kilkukrotnie, czasem cudem unikałam jej długich, pozawijanych paluchów. Cięłam nożem przestrzeń między nami. W pewnej chwili zaklęłam pod nosem siarczyście, kiedy po raz kolejny nie udało mi się jej trafić. Odskoczyłam od mutacji, ciężko dysząc. Włosy przykleiły mi się do czoła, po plecach całymi kaskadami spływał pot.

Wyprostowałam się i spojrzałam na nią spod przymrużonych powiek. Coś mi nie pasowało w jej zachowaniu. Zwykle mutacje rzucały się na inne istoty bez zastanowienia, a ta - wydawało się - analizowała każdy mój ruch.

Tak też było i tym razem. Bestia stała naprzeciwko i czekała, aż zaatakuję. Wodziła wytrzeszczonymi ślepiami od moich rąk do twarzy, drgała za każdym razem, kiedy poruszyłam dłonią lub nogą, ale nie rzucała się pierwsza.

Zrobiłam krok do przodu. Ona zrobiła to samo. Przechyliłam głowę w bok. To nie miało całkowicie żadnego sensu.

Pozwoliłam mocy trimisa opleść całe moje ciało. Naparłam na bestię ponownie. Zanurkowałam pod jej torsem i wbiłam ostrze tuż pod wystającymi kośćmi żebrowymi. Mutacja zawyła wściekle i zrobiła coś, czego całkowicie się nie spodziewałam. Usiadła.

Przygniotła mnie ogromnym cielskiem. Powietrze uleciało z moich płuc. Jęknęłam, czując, jak miażdży mi organy. Klinga ostrza wbijała się niewygodnie w zgięcie szyi. Zbłąkana kula świsnęła mi koło ucha i zatopiła się w miękkim mięśniu uda mutacji. Nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.

Powoli traciłam kontakt z rzeczywistością. Mroczki przelatywały przed oczami coraz częściej. Walczyłam o każdy oddech. Wiedziałam, że mnie to nie zabije, ale utrata przytomności w takim momencie była najgorszym, co mogłoby mi się przytrafić.

Próbowałam wyswobodzić się spod ciężkiego cielska, ale na marne. Już po kilku minutach niemal całkowicie opadłam z sił. Kręciło mi się w głowie, brud betonowego chodnika wdzierał się do mojego nosa, mieszał nieprzyjemnie ze zgniłą wonią potwora i osadzał się na ściankach. Gdyby treść mojego żołądka miała którędy się wydostać, zrobiłaby to natychmiast.

Niespodziewanie ucisk zelżał. Wzięłam porządny haust powietrza. Z trudem obróciłam się na plecy i rozłożyłam szeroko ręce. Przed oczami zamajaczyła mi sylwetka Ezry i jeszcze jedna, znacznie mniejsza. Nawet nie próbowałam rozpoznać jego pomocnika. W tej chwili cieszyłam się, że po prostu ktoś mi pomógł.

Docierał do mnie szczęk ostrzy i niskie powarkiwania. Świst kul był równie częsty co wcześniej, gdzieś w oddali huczał rozprzestrzeniający się ogień. Dym zawisł nad całym placem, zdawało się, że było go coraz więcej.

Przymknęłam powieki. Dałam sobie jeszcze kilka chwil na wyrównanie oddechu. Mimo że powietrze nie było najlepszej jakości, dziękowałam za nie wszystkim znanym i nieznanym bogom, jacy tylko mogli istnieć.

Silne ręce złapały mnie za ramiona i ustawiły do pionu. Spojrzałam na Ezrę, twarz miał całą we krwi. Sięgnęłam do niej i przetarłam rękawem jej część, by posoka nie właziła mu do oczu.

- Wszystko w porządku? - zapytał z wyraźnym przejęciem w głosie. Kiwnęłam głową. Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch za jego plecami.

Zmarszczyłam brwi. Wyciągnęłam szyję, by móc oszacować zagrożenie. Zamarłam. Złote ślepia Jean Luca Russeau wpatrywały się w nas wściekle, z odrazą. W wyciągniętej ręce dzierżył broń. Czarny wylot lufy wyraźnie odcinał się od srebrnej obwódki. Uśmiechnął się przeraźliwie, odbezpieczył broń, po czym nacisnął spust.

Nim zdążyłam pomyśleć, obróciłam nas o sto osiemdziesiąt stopni. Potworny ból rozlał się po moich plecach. Jęknęłam przeciągle, nogi się pode mną ugięły. Wpadłam w ramiona Ezry przez siłę odrzutu. Złapał mnie i objął mocno, nim runęłam na ziemię.

- Maddie? - Usłyszałam jakby zza szyby. Zamrugałam, marszcząc brwi, z każdą chwilą moje powieki stawały się cięższe. - Madeleine?!

Spojrzałam na niego, ale był rozmazany. Okrywała go dziwna, ciemna powłoka, jakby znikał. Czułam, jak osunęliśmy się na ziemię. Traciłam siły, coś nieprzyjemnego zbierało się w moim przełyku.

- Maddie, słyszysz mnie?! - Ezra potrząsnął moimi ramionami. Nie miałam siły, moja głowa stała się taka ciężka. Chciałam mu odpowiedzieć, ale z mojego gardła wydostało się jedynie bulgotanie. - Maddie, zostań ze mną, słyszysz?!

Słyszę cię, Ezra.

Po prostu muszę odpocząć.

Ciepłe dłonie objęły moją twarz. Wtuliłam się w nie i uniosłam kąciki ust. Uwielbiałam zasypiać otoczona cedrem i gorącem jego ciała. Czułam się wtedy najbezpieczniej na świecie.

- Madeleine, błagam!

Wszystko w porządku, Ezra. Ja po prostu muszę odpocząć. Tylko chwilę.

Spadałam. Z jednej strony czułam ciepło bijące od ciała Cohena, a z drugiej wstrząsały mną dreszcze. Głos mężczyzny oddalał się ode mnie coraz bardziej, świat stawał się ciemniejszy. Aż w końcu w ogóle przestałam go słyszeć. Wpadałam w objęcia mroku i obiecywałam sobie, że robię to tylko na chwilę.

Miałam wrażenie, że unoszę się na tafli jeziora. Chłodna woda powoli obmywała moje ciało. Rozpostarłam szeroko ręce, choć doskonale wiedziałam, że nie uchroni mnie to przed znalezieniem się pod powierzchnią.

Właściwie nie chciałam wypływać. Nie czułam potrzeby łapania spazmatycznych haustów powietrza, nie czułam właściwie niczego, oprócz spokoju. Tak bardzo mi go brakowało w ostatnim czasie, że teraz, gdy go uzyskałam, chciałam pozostać w takim zawieszeniu na zawsze.

Woda pochłonęła mnie w końcu całą. Niewidzialna ręka ciągnęła w dół, aż w końcu opadłam na samo dno, gdzie była tylko ciemność.

Rozdział 25

Ezra

 

- Madeleine!

Szarpnąłem się gwałtownie. Dźwięk pękającej skóry odbił się od sklepienia mojej czaszki. Wyswobodziłem ręce i nogi, chciałem się podnieść, ale moja głowa wciąż była unieruchomiona. Sięgnąłem do niej, wymacałem szeroki pas i sprzączkę. Sprawnie się z niego uwolniłem i skoczyłem na równe nogi.

Zachwiałem się, mięśnie zadrżały niebezpiecznie. Chwyciłem się fotela i odczekałem chwilę, aż nieprzyjemne uczucie mrowienia minie.

Nie miałem na to czasu. Madeleine potrzebowała pomocy natychmiast. Tak szybko bladła. Czułem, jak w moje ubranie wsiąka coraz więcej krwi. Przymknąłem powieki, kiedy obraz umierającej trimiski stanął mi przed oczami. Łzy niebezpiecznie zaszczypały, gdy wróciłem do momentu, w którym z jej ust wyciekła brunatna strużka posoki.

Przetarłem twarz dłonią. Jednostajny, wkurwiający dźwięk wwiercał się w mój umysł nieubłaganie. Docierało do mnie coraz więcej bodźców.

Podniesione głosy i harmider dookoła nie pomagały w skupieniu. Zakląłem pod nosem. Powoli uniosłem powieki. Jasne światło oślepiło mnie, lecz już po chwili obraz zaczął nabierać kształtów.

Rozejrzałem się, niewiele rozumiejąc. Kilka par oczu wbijało we mnie przerażony wzrok. Nie znałem tych ludzi. Białe ściany raziły, blask jarzeniówek odbijał się od nich, przez co wszystko było okryte dziwną poświatą. Zamrugałem, by pozbyć się tego nieprzyjemnego efektu.

- Gdzie Madeleine? - zapytałem. Nie poznałem własnego głosu, przełyk palił niemiłosiernie, jakbym nie miał wody w ustach co najmniej od kilku dni. Nieznajomi spojrzeli po sobie niepewnie. - Gdzie jest Madeleine, do cholery?!

Wzdrygnęli się. Każdy na swój unikatowy sposób. Parsknąłem pod nosem. Ruszyłem przed siebie, ale poczułem opór i nieprzyjemny ucisk na szyi. Sięgnąłem ręką do karku. Wymacałem dwie silikonowe rurki. Jednym ruchem pozbyłem się ich, skóra zapiekła. Syknąłem, zaciskając zęby. Zerknąłem przez ramię, by dowiedzieć się, co było przyczyną mojego dyskomfortu.

Ogromna maszyna migała wielkim białym napisem ERROR na wyświetlaczu. Na wierzchu przymocowane były fiolki z niebieskim płynem. Migotał delikatnie w jasnym świetle. Przypominały wspomnienie Madeleine, ale były zdecydowanie większe.

Zdębiałem. Opuściłem ręce wzdłuż ciała. Absolutnie nie miałem pojęcia, co się dzieje. Ponownie powiodłem wzrokiem po pomieszczeniu. Wysokie okna wpuszczały do środka tylko ciemność nocy. Biurka ustawione przy ścianie zawalone były różnej maści dokumentami. W rogu pokoju siedział kolejny mężczyzna, zamarł z dłońmi nad klawiaturą i świdrował mnie równie przestraszonym spojrzeniem co reszta.

Harmider docierający zza drzwi zwrócił moją uwagę. Po kilku sekundach skrzydło otworzyło się, a do pomieszczenia weszło trzech żołnierzy. W rękach dzierżyli pokaźne, pachnące świeżością karabiny.

Przyjąłem pozycję. Nie miałem żadnych szans, ale nie zamierzałem umierać bez walki. W końcu by mnie zastrzelili, ale zanim to by się stało, próbowałbym odnaleźć Maddie za wszelką cenę. Russeau chyba wciąż mnie nie doceniał.

Mundurowi zmienili pozycje i rozstąpili się na boki. Wciąż nie spuszczali ze mnie oczu, nawet kiedy na korytarzu rozległy się miarowe kroki. Spiąłem się nieznacznie. Wstrzymałem powietrze w płucach, napięcie było wyraźnie wyczuwalne w powietrzu. Zacisnąłem dłonie w pięści. Próbowałem w głowie na szybko ułożyć plan działania.

Jakież było moje zdziwienie, gdy w drzwiach pojawiła się postawna sylwetka Duboisa. Spojrzał na mnie zza srebrnych oprawek okularów korekcyjnych i wykrzywił usta z niesmakiem. Uniosłem brwi.

Co tu się, do cholery, wyprawiało?!

- Niedobrze, panie Nakagawa. - Cmoknął niezadowolony. Zrobił kolejny krok w moją stronę. - Nie tak miało wyjść.

- O czym ty mówisz? - Całkowicie zbił mnie z tropu. Czułem się skołowany i przytłoczony. Zapach dymu i posoki wciąż drażnił moje nozdrza, ale nie pamiętałem, jak znalazłem się w tym miejscu.

Dubois założył ręce na plecy i westchnął teatralnie.

- Madeleine nie może za każdym razem pana ratować. Nie taki przecież był plan. - Pochylił lekko głowę. Ciemne oczy świdrowały mnie na wylot. - Umawialiśmy się na coś zupełnie innego.

Świat kręcił się i wirował niesamowicie szybko. Potarłem palcami skronie, ból już pukał gotowy się rozgościć, jakby był u siebie.

- Na nic się nie umawialiśmy, Nicola. Sprawa była jasna i klarowna. Oddać jej wspomnienia i powstrzymać Russeau.

Trimis zachichotał niekontrolowanie. W okamgnieniu doprowadził się do porządku, poprawił biały kołnierzyk wystający spod swetra i ponownie ukrył ręce za plecami.

- Wciąż w tym tkwisz, prawda? - Uniósł brew. - Czujesz swąd płonącego budynku i nieprzyjemnie lepką krew na rękach. Wciąż myślisz, że jesteś człowiekiem?

Cofnąłem się o krok. Irytujące mrowienie pojawiło się na całym moim ciele. Zacisnąłem usta w wąską linię. Nie docierały do mnie jego słowa.

Wiedziałem, że oprócz Abbys wciąż pracował w nielegalnym laboratorium, utworzonym w katakumbach pod Down Town. To tam właśnie tworzył dla mnie antidotum, ale nigdy w nim nie byłem. Jego lokalizacja była ściśle tajna, tak samo jak miejsce mojej siedziby, z której kierowałem większością akcji przeciwko Russeau.

- Gdzie Madeleine? - powtórzyłem. Sytuacja zaczynała mnie co najmniej denerwować.

Nicola jednak tylko wzruszył ramionami.

Krew zawrzała pod moją skórą. Przejechałem językiem po zębach, by się opanować. Stałem na przegranej pozycji. Nawet po tych katorżniczych treningach moje ciało nie miało żadnych szans z karabinem.

Postanowiłem podejść do tego najspokojniej, jak potrafiłem. Dubois od zawsze przejawiał znamiona szaleństwa i odklejenia. Lata badań nad samym sobą zrobiły swoje. Maddie nie raz opowiadała o tym, do czego był w stanie się posunąć i jak wiele poświęcić, byleby uzyskać jakikolwiek rezultat. Zawsze czegoś chciał i w wielu przypadkach dopinał swego.

Dopóki nie pojawiłem się na jego drodze.

Och, gdybym tylko wiedział, do czego jest zdolny. Nigdy nie stanąłbym między Madness a nim. Nie szantażowałby jej, bo nie miałby czym. Mogłem zaraz po leczeniu opuścić Instytut i dać jej święty spokój, ale złapałem się na te ogromne, ciemne jak dno samego piekła oczy i zostałem. Stałem się jej największym przekleństwem i jednocześnie wybawieniem.

Russeau też o tym wiedział. Był taki sam jak Dubois. Wiedział, w które klawisze uderzyć, bym padł przed nim na kolana i błagał o litość. Pamiętałem. To on dał mi te naboje, które zabijają trimisów. Zagroził, że jeśli nie będę dla niego pracował, poczęstuje takim Mad.

Tańczyłem między dwoma wariatami, byleby nie stała się jej krzywda. A ona i tak umierała mi ostatecznie na rękach, a ja nie mogłem nic zrobić!

- Słyszę, jak trybiki w twojej głowie pracują - powiedział Nicola wypranym z emocji głosem. Ekscytacja błyszczała jedynie w jego oczach. Miałem wrażenie, że coś błysnęło w ciemnych tęczówkach. Moc. Jednak zdusił ją szybko w zarodku, zanim rozprzestrzeniła się na dobre. - Nie myśl już o tym. Żadna z tych rzeczy tak naprawdę się nie wydarzyła.

- Co?

- To syntetyk. - Podszedł do jednego z biurek i rozsiadł się na nim ostentacyjnie. - To właśnie zawierała umowa. Przestanę wykonywać na twojej Madeleine inne eksperymenty, jeśli poddacie się badaniom nad syntetycznymi wspomnieniami.

Zmarszczyłem brwi. On naprawdę oszalał. Peron mu odjechał już dawno. Może rzeczywiście tamta mutacja otruła go mocniej niż Sinclair? Ostatnie kilka godzin zachowywał się naprawdę dziwnie, nie wyglądał też najlepiej, jakby cały czas coś go dręczyło.

- Przecież... - Próbowałem znaleźć odpowiednie słowa. - Przecież mieliśmy odzyskać wspomnienia Maddie, żeby...

- Och, daj spokój! - Machnął ręką. - To nowe oprogramowanie. Myślałem, że kiedy zsyntetyzuję część prawdziwych wspomnień z tymi sztucznymi, zgodzi się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Wciąż wielu rzeczy przede mną nie odkryła. - Przejechał palcem po blacie, jakby chciał sprawdzić, czy jest wystarczająco czysty. - Niestety jej uczucia do ciebie w tym przeszkadzają, wiesz? Jak bym się nie starał i czego bym jej nie wgrał, ona zawsze leci do ciebie. Zaczynam się robić zazdrosny.

- Ty? Zazdrosny? - Uniosłem brew. Trimis kiwnął głową. - Przecież miałeś zawsze taki sam dostęp do Ma...

I wtedy do mnie dotarło.

Sięgnąłem ręką do karku. Zebrałem ze skóry resztki niebieskiego płynu. Zbliżyłem palce do oczu, by móc się mu przyjrzeć. Powoli opuszczał mój organizm przez dwa niewielkie otwory, które pozwalały dostać się do rdzenia. W klatce piersiowej coś szarpnęło się wściekle i to nie było skołatane serce. Rzeczywistość uderzyła we mnie niczym obuch. Prawdziwe wspomnienia zalały mój umysł dzikim wodospadem. Wszystkie lata, które przeżyłem, były tylko wytworem chorej wyobraźni mężczyzny siedzącego przede mną. Przynajmniej ich część.

- Incepcja - szepnąłem. Wciąż nie dowierzałem, jednak im więcej prawdziwych wspomnień przetaczało się przez mój umysł, tym więcej rozumiałem. Świat zalewał płynny miód.

- Bingo, kochasiu. - Dubois klasnął w dłonie.

- Wykorzystywałeś nasze wspomnienia i je modyfikowałeś na swoją korzyść...

- Nie inaczej.

- Przecież to... - zaciąłem się.

- Genialne! - Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. - Madeleine zawsze miała najlepsze pomysły, prawda?

Podniósł się z biurka, po czym podszedł do mnie dziarskim krokiem. Strzepnął niewidzialny pyłek z mojego ramienia i spojrzał mi w oczy. Srebrne oprawki okularów korekcyjnych błysnęły w świetle jarzeniówek.

Dlatego się ich bała.

Coś się wydarzyło podczas spotkania z mutacją i rzeczywistość zmieszała się ze wspomnieniami. Nicola musiał wybudzić się całkowicie, skoro miał problem z powrotem do postapokaliptycznego Paryża. Dlaczego tego nie odczułem? Co się wtedy działo ze mną?

Złapałem go za nadgarstek. Ostatnią rzeczą, jakiej od niego chciałem, to żeby mnie dotykał. Przeklęty zdrajca! To przez niego znaleźliśmy się w tej popieprzonej sytuacji!

- Gdzie ona jest? - Mój głos drżał niebezpiecznie. Trimis przyglądał mi się ze spokojem. - Ona tam umiera! Trzeba ją wybudzić!

Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie. Ten gest sprawił, że coś przestawiło się w mojej głowie, było jak zapalnik, niewielkie ognisko polane benzyną. Wpadłem w furię.

Rzuciłem się na trimisa i powaliłem go na ziemię. Moja dłoń automatycznie zwinęła się w pięść i zanim się zorientowałem, okładałem jego twarz raz z jednej, a raz z drugiej strony. Zbłąkana kropla krwi znalazła się na moim policzku i spłynęła krętą ścieżką na wargę. Otarłem ją mechanicznie, a wtedy dwie pary silnych rąk złapały mnie za ramiona i pociągnęły do tyłu.

Szarpałem się, chcąc wyrwać z żelaznego uścisku, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Nicola oparł się na łokciach i spojrzał na mnie z satysfakcją. Lekkie skinienie głowy było zielonym światłem dla trzeciego mundurowego. Przewiesił broń przez ramię i podszedł do mnie z beznamiętnym wyrazem twarzy.

Silny kopniak w brzuch sprawił, że zgiąłem się wpół. Powietrze uleciało z moich płuc, przed oczami pociemniało. Kolejne kopnięcie odrzuciło mnie na bok, wyrwało z żelaznych objęć kompanów żołnierza. Mimowolnie zwinąłem się w kłębek, lecz niewiele to dało.

Ciosy nadchodziły z różnych stron. Zaciskałem zęby, próbując zdusić w sobie bolesne jęknięcia i posapywania. Nie chciałem, żeby myśleli, że prawidłowo wykonywali swoje zadanie. Jeśli nie wydałbym z siebie więcej żadnego dźwięku, ich też spotkałaby kara.

Jeden z nich złapał mnie za ramiona i podniósł do góry. Twarda pięść spotkała się z moim policzkiem, poczułem w ustach metaliczny posmak. Wyplułem ślinę wymieszaną z posoką wprost pod eleganckie buty Duboisa. Spojrzał pod nogi z obrzydzeniem.

Ucisk na skórze zelżał. Padłem na posadzkę bez siły. Bolał mnie każdy skrawek skatowanego ciała, starałem się z całych swoich sił nie stracić przytomności. Miałem ograniczone pole widzenia, czułem, jak moja twarz puchnie, pulsowała wściekle od celnych uderzeń.

Nicola kucnął tuż obok mnie. Całkiem wyraźnie widziałem, jak zapraski w eleganckich spodniach prostują się na jego kolanach. W ręku trzymał białą, materiałową chusteczkę. Szturchnął mnie palcem. Przewróciłem się na plecy. Kosmyki czarnych włosów ginęły w rażącym świetle sufitowych lamp.

Przyłożył chusteczkę do ust. Skrzywił się nieznacznie, kiedy natrafił na rozcięcie. Policzek trimisa zachodził czerwienią i fioletem. Gdybym miał choć odrobinę siły, uśmiechnąłbym się z taką samą satysfakcją, jak on jeszcze kilka minut temu.

- Żyjesz tylko dlatego, że uwielbiam umowy - warknął. Wkurzyłem go. I dobrze, należało mu się. - Wszyscy je uwielbiamy, to chyba przypadłość każdego trimisa, wiesz?

Milczałem. Krew zbierała się w moich ustach. Przełknąłem ją razem ze śliną.

- Oczywiście, że nie dam jej umrzeć. Nie poznałem jeszcze wszystkich sekretów Madeleine. Nie podzieliła się nimi nawet z tobą. Czyż to nie smutne?

Prowokował mnie. Obserwował uważnie po każdym wypowiedzianym słowie, sprawdzał reakcje i zapisywał je w swojej porąbanej głowie. Liczył na to, że cokolwiek mu powiem, ale obaj wiedzieliśmy, jak to się skończy. Zawsze kończyło się tak samo.

Prychnął niezadowolony.

- Nie musisz nic mówić, Nakagawa. W końcu z niej to wyciągnę. Każdą rzecz, każde odkrycie i każdą myśl, jaka znajduje się w tej małej, ślicznej główce. Mam na to całą wieczność. - Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi. Za nim kroczyły trzy postawne cienie z rękami ubrudzonymi krwią. Stanął w progu i spojrzał na mnie przez ramię. - Opatrzcie go, zanim przystąpicie do wybudzania drugiego obiektu. I przyprowadźcie mi tego idiotę, który podał jej katalizator. Muszę się z nim rozmówić.

Nie dodawszy nic więcej, wyszedł z sali. Nieprzyjemna cisza rozeszła się po pomieszczeniu, jedynie buczenie jarzeniówek ją mąciło. Żadna z osób znajdujących się w tym miejscu, nie ruszyła się nawet o centymetr. Jakby byli pieprzonymi posągami.

Czułem na sobie ich spojrzenia. Wodzili niespokojnie po moim poobijanym ciele i liczyli w duchu, że sam się zregeneruję, wstanę i wyjdę. Następnie ruszę korytarzem do swojej celi i tam cierpliwie poczekam na kolejny, chory eksperyment Nicoli Duboisa. Gdyby poczekali odpowiednio długo, zapewne tak właśnie by się to potoczyło.

Rzeczywistość wciąż mieszała się z tym, co przeżywałem jeszcze chwilę wcześniej. Czułem się zdradzony, oszukany. Martwiłem się o Maddie, choć doskonale wiedziałem, że absolutnie nic jej nie grozi.

O ile samo tkwienie w tym miejscu nie było wystarczającym zagrożeniem.

To jak sen. Wszystko było snem, jedynie wyobrażeniem wymieszanym z rzeczywistymi wydarzeniami. Kolejny pomysł, którego Dubois nie potrafił dopracować. Madeleine dzieliła się z nim tylko tym, co było konieczne, by przetrwać. Targował się moim życiem, a ona nie potrafiła przejść obok tego obojętnie. Zależało jej za bardzo, nawet jak na trimisa.

Z głośnym stęknięciem przewróciłem się na bok. Mięśnie błagały o litość, głowa natomiast krzyczała, że potrzebuję regeneracyjnej drzemki.

Będę jej potrzebny. Ona skończyła zapewne zdecydowanie gorzej ode mnie.

To był nieodłączny element życia Madeleine.

Cierpienie.

 

Madeleine

 

Równomierne pulsowanie skroni nie pozwalało mi na dalsze dryfowanie w eterze. Czułam na czole coś chłodnego. Uniosłam rękę, by sprawdzić, co to, ale wokół mojego nadgarstka oplotły się przyjemnie ciepłe palce.

- Nie ruszaj się - szept poniósł się echem po przestrzeni. Zmarszczyłam brwi, uderzył we mnie niczym tajfun. Ból rozszedł się po moim ciele szerokimi pasmami. - Jesteś bardzo poobijana.

Znałam ten głos. Wiedziałam to, na pewno należał do kogoś bardzo mi bliskiego, lecz w tej chwili nie byłam w stanie sobie przypomnieć, kto to był. Chłodny materiał obmywał moje czoło i skroń bardzo delikatnie, niemal z nabożną czułością. Próbowałam się skupić, przypomnieć sobie, co się wydarzyło, jednak za każdym razem bolesne stukanie pod sklepieniem czaszki mi to uniemożliwiało.

Uchyliłam powieki. Ostre światło zaatakowało źrenice. Prawie krzyknęłam, nie spodziewając się jaskrawego blasku jarzeniówki. Mężczyzna podniósł się z materaca, ten ugiął się pod jego ciężarem, kiedy odpychał się od podłoża, po czym usłyszałam charakterystyczne kliknięcie.

Ciężkie kroki były coraz bliżej. Materac znów się ugiął, a po chwili moje dłonie ogrzało przyjemne ciepło drugiej pary rąk.

- Już możesz otworzyć - powiedział, znów szeptem. Tym razem rozchodzący się po kręgosłupie ból, rezonujący od czaszki, był jedynie delikatną wibracją.

Z rezerwą ponownie podniosłam powieki. Pomieszczenie było skąpane w półmroku, jedynie światło wpadające przez zakratowane okno rzucało powłóczyste cienie na podłogę i oblicze mężczyzny.

- Cohen... - Głos uwiązł mi w gardle. Wyglądał zupełnie inaczej, ale wiedziałam, że to on. Tych brązowych oczu w kształcie migdałów nie pomyliłabym z żadnymi innymi.

- To nie jest moje prawdziwe nazwisko. - Uśmiechnął się kącikiem ust. - Ale tak, to ja.

Zerwałam się do pozycji siedzącej, jednak to nie był zbyt dobry pomysł. Od razu zakręciło mi się w głowie. Ezra chwycił mnie za ramiona i przytrzymał. Opuściłam głowę. Wzięłam kilka głębokich wdechów, by opanować tę karuzelę. Cierpiałam strasznie przez wysuszone gardło, próbowałam przełknąć ślinę, choć miałam wrażenie, że przez przełyk przetoczyło się stado świeżo naostrzonych noży.

Ezra pochylił się w moją stronę i sięgnął po coś za moim ramieniem. Po chwili przed oczami miałam szklankę pełną krystalicznie czystej wody. Chwyciłam ją oburącz, przystawiłam krawędź do ust i pociągnęłam solidny łyk. Uczucie, które towarzyszyło cieczy przepływającej przez moje gardło, było nie do opisania. Jakby sam Chrystus bosą stópką po nim hasał. Wychyliłam zawartość do ostatniej kropli. Tylko siłą woli powstrzymałam się przed wylizaniem ścianek.

Odetchnęłam z ulgą, gdy przyjemny chłód rozszedł się po moim organizmie. Oddałam szklankę hakerowi. Puścił mnie, a kiedy się upewnił, że siedzę stabilnie, ruszył w stronę przejścia, którego wcześniej nie zauważyłam, ale wyraźnie odcinało się prostokątem czerni na jasnej ścianie pomieszczenia.

Rozejrzałam się ostrożnie. Pokój, w którym się znajdowałam, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Przy ścianie stało jeszcze jedno łóżko. Zwykła, metalowa rama, biała pościel. Siedziałam na takim samym prześcieradle. Tuż obok stała szafka nocna. Po przeciwnej stronie były jeszcze jedne drzwi, zapewne prowadziły do łazienki, a pomiędzy nimi tkwiła biała komoda.

Nic więcej.

Zanim zaczęłam się zastanawiać, co to za miejsce, Ezra już stał obok. Odstawił pełną szklankę wody na szafkę i kucnął przy mnie. Sięgnął dłonią do mojej skroni. Syknęłam, kiedy nasze skóry weszły ze sobą w kontakt, i poczułam pieczenie. Mężczyzna nie zareagował jednak na to w żaden sposób. Delikatnie dotykał opuszkami tamtego miejsca, skupił na nim całą swoją uwagę.

- Zawroty głowy? Mdłości? - zapytał rzeczowym tonem i spojrzał na mnie przenikliwie. Zastanowiłam się przez chwilę, ale nie czułam żadnej z tych rzeczy, więc pokręciłam jedynie głową. Wypuścił wstrzymywane dotąd powietrze. Nawet tego nie zarejestrowałam, że jego klatka piersiowa przestała się poruszać. - Dobrze. Fantastycznie.

- O co chodzi? Gdzie my jesteśmy? - Rozejrzałam się raz jeszcze po niewielkiej przestrzeni.

- Co? - Uniósł brwi.

- Co to za miejsce? - Zwróciłam się do niego przodem, nogi opuściłam na podłogę. Patrzył na mnie z pytającym wyrazem twarzy. - Przecież byliśmy w Paryżu!

Cohen zaklął pod nosem. Podniósł się z cichym stęknięciem. Dopiero w tym momencie przyjrzałam mu się dokładniej.

To wciąż był Ezra. Tylko odrobinę inny. Mniejszy, mniej umięśniony. Jego przedramiona i szyję pokrywały blizny, skrywały się pod mankietami białej bluzki i dekoltu w serek. Spodnie w tym samym kolorze zwisały luźno z bioder. Włosy nie błyszczały w delikatnym świetle, jak to miały w zwyczaju. Były zdecydowanie krótsze, nie mógł zaczesać ich do tyłu, choć ten nawyk w nim pozostał. Chyba nieświadomie do nich sięgał i poprawiał. Podkrążone oczy, przesuszone usta, delikatny zarost, do którego przecież nigdy nie dopuszczał.

Usiadł znów obok mnie, zapach cedru otulił moje zmysły. Przysunęłam się do niego, chciałam go przytulić, ale złapał mnie w połowie drogi. Spojrzałam na niego, nic nie rozumiałam.

- Nie rób tego - szepnął drżącym głosem. - Też bym chciał cię przytulić, ale nie wolno nam tego robić. Wszędzie są kamery. - Kiwnął głową. Odwróciłam się i spojrzałam w róg. Rzeczywiście, przy samym suficie wisiał niewielki aparat. Malutka, okrągła dioda migała na czerwono.

Nagle jakby czas stanął w miejscu. Rzeczywistość powoli zaczęła odjeżdżać. Oblał mnie zimny pot. Próbowałam odnaleźć w swoim umyśle moment, w którym przestaliśmy żyć w dawnej stolicy Francji, a znaleźliśmy się... gdzieś. Czy znów odebrano mi wspomnienia? Tylko dlaczego nie wszystkie?

- Co tu się odpierdala? - sarknęłam rozeźlona. Czułam, że zaczyna mi brakować powietrza.

- Cholera, tobie też to zrobili.

- Ale co?

- Nafaszerowali cię tym gównem. - Wskazał palcem na swój kark. Odruchowo sięgnęłam ręką do swojego. Dwie wypustki poniżej linii włosów wciąż tam były.

I wtedy się zorientowałam, że moje długie, kruczoczarne pasma nie są już długie. Krew odpłynęła mi z twarzy. Wyprostowałam się i przejechałam obiema rękami po głowie. Z przodu moje włosy kończyły się na wysokości brody, ale z tyłu były niemal całkowicie ścięte. Poczułam piasek pod powiekami, obraz rozmazywał się niebezpiecznie szybko.

- Co...

- Obcinają tak wszystkie żeńskie jednostki. Łatwiej dostać się do rdzenia podczas eksperymentów. - Ezra zacisnął usta w wąską linię.

- Żeńskie jednostki? - Miałam wrażenie, że grunt osuwa mi się spod nóg. - Ezra, o czym ty mówisz, do cholery?!

- Co pamiętasz? Kim byłaś? Kogo kochałaś? Kogo miałaś zabić?

- Ja... - Nie wiedziałam, co powiedzieć. Bardzo dużo myśli i emocji cisnęło się na zewnątrz mojej głowy. Naraz. Próbowały wyleźć i się rozgościć, a jednocześnie nie mogłam pochwycić nawet jednej, by się wydostać z tego morza... wszystkiego. Przymknęłam powieki, by móc się skupić, choć nie wiedziałam, czy to przyniesie jakikolwiek efekt. - Ja... byłam trimisem. Zabijałam na zlecenie.

- Dla kogo? - dopytywał. Jego rzeczowy ton przyprawił mnie o gęsią skórkę.

- Dla Jean Luca Russeau.

- W porządku. To prawda. - Westchnął z ulgą. - Co jeszcze?

- Byłam tam z tobą. I Nicolą.

- Nicolą? - Uniósł brwi w zaskoczeniu. - Nicolą Duboisem?

Kiwnęłam głową. Strach zaczynał pukać do mojego serca. Coraz mniej mi się to podobało.

- To źle? - zapytałam drżącym głosem. Ezra nie odpowiedział od razu. Pochylił głowę, oparł łokcie o kolana, palce splótł między nogami. Nie był tak masywny, jak wcześniej, ale mięśnie wciąż odznaczały się mocno pod cienkim materiałem koszulki. Przeniosłam spojrzenie na swoje spodnie. Były dokładnie takie same jak jego.

- Coś na nas testują. Nie jestem do końca pewny, co to takiego i po co. Ale zawsze po badaniach mam mętlik w głowie. Nie wiem, co jest prawdą, a co syntetykiem.

- Nie rozumiem... - zająknęłam się. Ezra podniósł na mnie ciężki wzrok. Było w nim tak wiele bólu, że miałam ochotę rozpłakać się za niego.

- Pracują tutaj nad syntetycznymi wspomnieniami - wyjaśnił. - Nie mamy praw, dlatego trzymają nas w tych klatkach i robią, co im się żywnie podoba. Jean Luc siedzi w celi naprzeciwko. Podobno. Od lat go nie widziałem.

- Co? - Chyba się przesłyszałam.

- Nigdy nic cię nie łączyło z Nicolą Duboisem, Maddie. Nic oprócz...

- Zlecenia. - Dokończyłam za niego. Cohen kiwnął głową.

Czułam, jak żołądek podjeżdża mi do gardła. Mężczyzna położył rękę na moim udzie i ścisnął je delikatnie. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Próbowałam sobie poukładać wszystkie informacje, jakich mi dostarczono. Przez potok myśli i wspomnień - tych prawdziwych czy też nie - przebijało się coś na kształt wstążki. Trzepotała, niesiona podmuchami urywków niczym z filmu.

Szczekanie psów.

Wielki mur.

Las. Pusta przestrzeń.

Myśl, że jeśli spróbuję uciec, to mnie zastrzelą.

Oślizgły głos.

Złote oczy...

Ciemność.

Wspomnienie ucieczki z tego więzienia uderzyło we mnie, jakbym dostała z liścia cegłówką. Opuściłam ręce bezwiednie po bokach ciała. Świat zawirował. Tylko szybka reakcja Ezry sprawiła, że nie przyładowałam potylicą o ścianę. Usiadł za mną w mgnieniu oka i objął ramionami mocno, gdybym zaczęła dygotać. Jak zwykle miał gdzieś zasady rządzące tym miejscem.

Nie, ja naprawdę zaczęłam się telepać. Nie wiedziałam, czy z zimna, szoku czy może nerwów. Prawdziwe wspomnienia zalewały mój umysł niczym wodospad, nie miały dla mnie żadnej litości. Poczułam pod nosem coś ciepłego. Do ust wpadła kropla, smakowała metalem. Sięgnęłam drżącą ręką do górnej wargi, po czym przystawiłam palce do oczu. Krew.

Ezra otarł ją wierzchem dłoni. Drugą ściskał delikatnie moje ramię, jakby doskonale wiedział, co w takiej sytuacji należało zrobić.

To wszystko kłamstwo.

Nigdy nie byliśmy razem.

Nigdy nie współpracowaliśmy ze sobą.

To nie Jean Luc chciał zniszczyć świat.

Ezra Nakagawa nigdy nie nazywał się Cohen i nigdy nie był hakerem.

Nie mutował.

Był trimisem tak jak ja. I Russeau.

Żaden demon nie handlował narkotykami.

Nikt nimi się nie zajmował.

To nie do tego służyła organizacja Jean Luca.

Mdłości coraz bardziej mi doskwierały. Sięgnęłam ręką do szafki nocnej, ale za pierwszym razem nie trafiłam. Ezra wyciągnął swoją dłoń i podał mi szklankę z wodą. Upiłam niewielki łyk, ciecz nie chciała przepłynąć przez zaciśnięte gardło.

- Boże... - wysapałam, kiedy ochłonęłam. - Boże, Ezra...

- Co tym razem ci zafundował? - szepnął mi wprost do ucha. Nie wiedziałam, czy oprócz obrazu w kamerze jest również dźwięk, ale zakładaliśmy oboje, że tak. Teraz już pamiętałam.

- On chyba próbuje zrobić z siebie bohatera - powiedziałam cicho. Oparłam się o ramię Ezry, żeby szeptać mu do ucha. - We wspomnieniach współpracowaliśmy ze sobą, rozbijaliśmy siatkę handlarzy narkotyków i próbowaliśmy powstrzymać Jean Luca przed zniszczeniem ludzkości.

- Więc dostaliśmy ten sam zestaw - odparł spokojnym tonem, czułam jednak, że się spiął. - Wiedział, że wspomnienia ze mną związane są zbyt silne, nie mógł mnie z nich usunąć, dlatego ograł to w inny sposób. Pomieszał nasze osobowości, żeby łatwiej było ci wmówić, że jest po naszej stronie.

- Tak... - Przełknęłam ślinę. - On też jest trimisem.

- Co? - Ezra odwrócił głowę w moją stronę. Chyba nie dowierzał temu, co słyszał.

- On też jest trimisem - powtórzyłam.

W tym samym momencie pomieszczenie rozbłysło ostrym, białym światłem. Wyprostowałam się i spojrzałam na Ezrę. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie wymieszane z szokiem. Przygryzłam dolną wargę.

Nie wiedział. Nikt nie wiedział.

Do moich uszu dotarł charakterystyczny, dobrze znany mi dźwięk. Odwróciłam głowę w lewo. Ściana, przy której stał zagłówek łóżka Ezry, poruszyła się; zgrzyt przekładni i kół zębatych sprawiał, że przegrzewały mi się styki.

Od razu go zauważyłam. Najpierw długie nogi w drogich, skórzanych butach i ciemnych spodniach na kant. Spod czarnego swetra wystawała krawędź koszuli, a na to wszystko starannie zarzucony biały kitel. Ręce założone miał na piersi. Na ustach majaczył ten charakterystyczny, cwaniacki uśmieszek, choć nie tak szeroki jak zwykle, przez całkiem świeże rozcięcie na wardze. Zatrzymałam się na jego oczach. Czarne niczym węgle przewiercały mnie na wylot spod srebrnych oprawek okularów korekcyjnych. Kosmyk ciemnych włosów opadał mu na czoło.

Podniosłam się z łóżka. Na drżących nogach podeszłam do szyby. Zlustrowałam go uważnie od dołu do góry i przyjęłam tę samą pozycję, w której stał. Nie mogłam dać po sobie poznać, że wywołuje we mnie strach. Wykorzystałby to przy pierwszej lepszej okazji.

- Klaus. Raport - powiedział do laboranta, który trzymał się z tyłu. Mężczyzna drgnął, przerażenie miał wypisane na twarzy.

- O-obiekt w czasie badań wykazywał szczególnie wysoki stopień agresji - przeczytał zaraz po tym, jak przerzucił kilka kartek. - Wyswobodził się ze stacji, po czym zbiegł. Próba wszczepienia syntetyku skończyła się niepowodzeniem. Obiekt wciąż posiada poprzednie wspomnienia.

Dubois kiwnął głową. Nawet na moment nie spuścił ze mnie wzroku.

- Dlaczego z tobą są zawsze takie problemy, Madeleine? - Przechylił głowę w bok. - Wiesz, co się stanie, jeśli nie będziesz współpracowała?

- Pierdol się, Nicola - sarknęłam rozeźlona. Mięsień na jego twarzy drgnął, to była jedyna oznaka tego, że w jakikolwiek sposób moje słowa do niego trafiły.

- Tylko z tobą, mon chéri. Przecież wiesz. - Uśmiechnął się szerzej. Wyciągnął rękę do laboranta. Mężczyzna podał mu dokumenty. Dubois przekartkował je szybko, wydawać się mogło, że niedbale, ale doskonale wiedziałam, że czyta każde słowo uważnie. Oddał pomocnikowi plik, po czym splótł ręce z tyłu. - Widzisz, Madeleine, kiedy mówiłem, że dam ci wszystko, czego pragniesz, nie skłamałem. Dlaczego odrzucasz moją propozycję?

- Traktujesz nas jak zwierzęta! - warknęłam. Przywarłam do szyby. Moc trimisa zatańczyła w moim wnętrzu, ale się nie uwolniła. Pieprzone eksperymentalne leki! - Znęcasz się nad nami, a sam jesteś taki! Tak nie wolno!

Z jego ust wyrwał się niekontrolowany chichot. Zrobił krok do przodu i pochylił się tak, że nasze oczy znalazły się na jednej wysokości.

- Wielkie słowa jak na kogoś tak małego - szepnął złowrogo. Jego tęczówki drgnęły. Płynne złoto mignęło jedynie na ich krawędziach. Wciągnęłam ze świstem powietrze. Miałam rację! - Nie krzycz, mon chéri. To ciche miejsce.

Zanim jednak zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Dubois odsunął się od szyby i wyprostował. Odwrócił się do mnie plecami. Ostatni raz spojrzał na mnie przez ramię. Kącik jego ust uniósł się jeszcze bardziej. Przeszedł mnie zimny dreszcz, stróżka potu spłynęła po kręgosłupie. Ten uśmiech nie zwiastował niczego dobrego.

- Notuj - polecił laborantowi. Ten wyciągnął długopis z kieszeni kitla, jego dłoń zawisła nad dokumentami. - Powtórzyć eksperyment. Jeśli ponownie skończy się niepowodzeniem: wyeliminować...

- Nie możesz! - zaczęłam, ale uciszył mnie machnięciem dłoni.

- Wyeliminować obiekt EN Zero Szesnaście - dokończył. Opuściłam ręce wzdłuż ciała. Odwróciłam się i spojrzałam na Ezrę. Pobladł. Nie ruszył się z miejsca, odkąd wstałam. Chyba wciąż nie był w stanie przetrawić moich słów albo obecność Duboisa tak na niego wpływała.

Nie...

Nie mógł...

Nie mógł tego zrobić...

Dubois odchrząknął, czym zwrócił ponownie moją uwagę.

- Widzisz, obiekcie MS Zero Piętnaście, ja zawsze dostaję to, czego chcę. A teraz chcę, żebyś współpracowała. Czy to jasne? - Spojrzał na mnie z uniesioną brwią. Nie byłam w stanie odpowiedzieć, głos uwiązł mi w gardle. Wciąż nie docierały do mnie jego słowa. Rozumiałam, co powiedział, lecz sens wypowiedzi pozostawał nieznany. - I przestań krzyczeć. To ciche miejsce.

 

 

KONIEC TOMU 1

Rozdział 1

Wiatr rozwiewał włosy, sprawiając, że właziły mi do oczu. Odgarnęłam kosmyki, przeklinając w duchu, że ich nie związałam. Szarówka popołudnia nie sprzyjała spacerom, więc kiedy tylko się rozpadało, ulice Down Town opustoszały. Neony pobliskich sklepów i barów odbijały się w kałużach rozrastających się leniwie na dziurawym asfalcie. Kilku śmiałków przemierzało Hold Street szybkim truchtem, kulili się pod prowizorycznymi osłonami z gazet lub aktówek. Jednak żadna z tych osób nie zwracała na mnie większej uwagi.

Ot, zwykła dziewczyna, która wybrała się na spacer w brzydką pogodę.

Deszcz zacinał prosto w twarz, był mroźny; miałam wrażenie, że przeszywał mnie na wylot, mimo płaszcza spoczywającego na moich ramionach. Owinęłam się nim szczelniej, po czym postawiłam kołnierz, chcąc ochronić się przed pogodą.

Rozejrzałam się i przecięłam ulicę szybkim krokiem. Przeskoczyłam przez krawężnik i nie zastanawiając się za długo, weszłam między budynki. Uliczka jak zwykle była ciemna, żarówki w latarniach już dawno się przepaliły, a miasto nie było skore do tego, by je wymienić. Uderzył we mnie zapach stęchlizny i wilgoci. Weszłam w mrok bez mrugnięcia okiem, moje kroki odbijały się echem od ceglastych ścian.

Zrobiłam dokładnie pięćdziesiąt osiem kroków, nim stanęłam przed znajomymi drzwiami. Lubiłam je liczyć, wypełniały pustkę w moim umyśle. Pchnęłam drewniane skrzydło. Otworzyło się z cichym jękiem. Ciepło owiało moje ciało, sprawiając, że zmarznięte dłonie zaczęły mrowić. Skierowałam się ku schodom, rozcierając ręce jedna o drugą.

Ciszę mąciło jedynie szuranie papieru o blat. Nie rozglądałam się, nie kiwałam nikomu na powitanie ani nie łapałam kontaktu wzrokowego. Takie były zasady. Nie pytałam dlaczego, po prostu się temu poddałam. Poza tym, w tym wypadku, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Nie chciałam mieć nic wspólnego z tymi demonami.

Przeszłam przez szeroki korytarz, z daleka widziałam dwóch rosłych osiłków. Wpatrywali się w ścianę przed sobą, niewzruszeni odgłosami wydobywającymi się zza ściany. Włożyłam wciąż skostniałe ręce do kieszeni płaszcza. Posłałam obu firmowy uśmiech.

- Podobno Jean Luc chciał się ze mną widzieć - oświadczyłam bez ogródek. Ochroniarz spojrzał na mnie znad przyciemnionych szkieł, zlustrował od góry do dołu, po czym zapukał do drzwi.

- Szefie, Russeau już jest!

Wzdrygnęłam się, słysząc doniosły głos. Odgłosy zza drzwi ustały na chwilę.

- Wchodź!

Nie czekając dłużej, nacisnęłam klamkę. Ciężki zapach eteru, potu i seksu wdarł się do moich nozdrzy. Zamrugałam, zamroczona gęstym, papierosowym dymem. Zdusiłam w sobie chęć kaszlu i ruszyłam w głąb pomieszczenia.

Gabinet Jean Luca przypominał bardziej pokój uciech niż miejsce, w którym robiło się poważne interesy. Ściany pokryte miękką, czerwoną tapetą już dawno przesiąknęły tytoniem i alkoholem, eter1 unosił się w powietrzu, jakby wciąż tu był. Co chwilę zerkałam w dół, by sprawdzić, czy nie sunie między moimi butami. Wściekle różowe, ledowe paski oświetlały jasny sufit. Dookoła paliło się kilka mniejszych, rustykalnych lamp, ale w pomieszczeniu wciąż było mrocznie przez ciemne abażury, które dawały niewiele światła.

Mój pracodawca siedział na eleganckiej kanapie, odwrócony do mnie plecami. Ręce miał szeroko rozciągnięte na oparciu, głowę delikatnie odchyloną do tyłu. Wiedziałam, że gdybym obeszła mebel, to moim oczom ukazałaby się jedna głowa bądź dwie, pochylone nad jego kroczem.

Jean Luc zerknął na mnie przez ramię. Jasne, zaczesane jak zwykle do tyłu włosy opadły mu na czoło. Spojrzenie miał lekko zamglone, wciąż widziałam w nim ten błysk, dozę sprytu, dzięki której zajmował tak wysoką pozycję w półświatku.

- Wzywałeś? - zapytałam, przystając w bezpiecznej odległości. Skrzywiłam się, kiedy kolejny teatralny jęk wydarł się z gardła prostytutki.

- Mam dla ciebie robotę, tropicielko. - Skinął na mnie ręką, bym podeszła bliżej.

Zdusiłam w sobie chęć ucieczki i opanowałam mimikę, by nie było na niej przypadkiem obrzydzenia. Za jakikolwiek grymas inny niż neutralny można w tym gabinecie stracić życie. Przynajmniej tak tu szeptali.

Obeszłam kanapę i stanęłam przed znudzonym obliczem Jean Luca. Lustrował mnie uważnie, a ja walczyłam sama ze sobą, by nie spojrzeć w dół.

- Jaką? - wydusiłam z siebie, zaciskając ręce w pięści, ukryte w kieszeniach płaszcza.

Rytmicznie poruszająca się blond głowa skutecznie uniemożliwiała mi koncentrację. Usilnie starałam się skupić na błyszczących, szarych oczach swojego pracodawcy. Nieopatrznie na jeden krótki moment mój wzrok powędrował w dół, co nie uszło jego uwadze. Prychnął rozbawiony, złapał towarzyszkę za włosy i szarpnął do tyłu. Kobieta pisnęła, zaskoczona tym ruchem, jej nagie piersi zafalowały mi przed oczami.

Mokre plaśnięcie rozległo się w moich uszach. Zacisnęłam mocno usta i spojrzałam w dół, na własne obuwie, akurat w momencie, w którym mętna stróżka spermy postanowiła spłynąć po jego czubku.

- Spierdalaj. - Jean Luc podniósł się z kanapy, by schować przyrodzenie w spodniach. Na obliczu mężczyzny malowały się pogarda i odraza, kiedy patrzył na blondwłosą kobietę w rozmazanym makijażu. Wycofała się pospiesznie z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi, najciszej jak się dało. Poprawił się i wyciągnął z kieszeni marynarki paczkę papierosów. - Nicola Dubois - powiedział, patrząc tym razem na mnie. - Wymyka mi się od lat, choć wydawał się na początku łatwym celem. Pokazałaś, że jesteś godna zaufania, dlatego przydzielam ci jego sprawę.

- Nie miałam za bardzo wyjścia. - Wzruszyłam ramionami, wciąż skupiona na białej plamie na moich czarnych butach. - Co robi ten cały Dubois, że tak bardzo chcesz go wyeliminować?

Jean Luc zaśmiał się głośno i ponownie rozsiadł się na kanapie. Zaciągnął się mocno papierosem. Wypuścił kłąb dymu prosto w moją twarz. Zmarszczyłam oczy, chcąc dać tym samym wyraz swojego niezadowolenia.

- Nie chcę go wyeliminować. Potrzebuję go żywego.

Uniosłam brew. Zostawianie ludzi przy życiu nie było tym, czym się zajmowałam dla Jean Luca na co dzień, dlatego nie zamierzałam ukrywać, jak bardzo zdziwiła mnie ta informacja.

- To chyba nie jest zadanie dla mnie - stwierdziłam, wzruszając ponownie ramionami.

- Jest wyłącznie dla ciebie. - Wycelował we mnie palcem z sygnetem. - Pan Dubois ma prawdopodobnie takie umiejętności jak ty, moja droga. Nie widzę innego wytłumaczenia na to, że jest tak nieuchwytny.

Wydęłam usta i spojrzałam w górę. Wypuściłam powoli powietrze z płuc. Nie lubiłam, kiedy ktokolwiek wytykał mi moje "umiejętności", miałam wtedy wrażenie, że wciąż żyłam tylko dlatego, że byłam jakimś niewyjaśnionym tworem natury.

- Jakieś wskazówki? - zapytałam w końcu. Nie chciałam dłużej ciągnąć tej rozmowy. Najważniejsze było to, że wiem, jakie mam zadanie, rozwodzenie się nad innymi aspektami nie miało sensu.

- Ktoś podrzuci ci dokumenty. Wyśpij się, przygotuj odpowiednio i znajdź tego człowieka czy demona, czy chuj wie, czym on jest.

Kiwnęłam głową i ruszyłam ku wyjściu. Dopiero kiedy postanowiłam zrobić krok, zorientowałam się, że moja noga cały czas podryguje nerwowo. Widocznie regeneracja po ostatnim zadaniu jeszcze się nie skończyła.

Odpędzane do tej pory bodźce uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Mieszające się zapachy i ostre neonowe światło sączące się spod sufitu sprawiały, że ból czaił się pod sklepieniem czaszki. Chciałam jak najszybciej opuścić gabinet Jean Luca i zaszyć się w swojej samotni, z której tak bestialsko mnie wyrwał.

- Ach, jeszcze jedno. - Dotarł do mnie jego przytłumiony głos. Zatrzymałam się z ręką opartą o klamkę i spojrzałam w stronę pracodawcy. Przyglądał mi się znudzonym wzrokiem, w kąciku jego ust wisiał kolejny papieros. - Nicola Dubois morduje na potęgę pracujące dla mnie demony. Bardzo niebezpieczny okaz.

W jednej chwili zrobiło mi się bardzo gorąco, miałam wrażenie, że cała krew odpłynęła mi z twarzy i umościła sobie ciepłe gniazdko gdzieś w okolicy trzewi.

Ponownie kiwnęłam głową, nie chciałam dać po sobie poznać, że to mną wstrząsnęło. Przekroczyłam próg gabinetu, nie oglądając się za siebie. Echo szybkich kroków odbijało się w mojej głowie niczym tykanie zegara. W nozdrza wżarł się papierosowy dym. Unosząca się woń czystego eteru sprawiała, że kręciło mi się w głowie. Desperacko potrzebowałam świeżego powietrza, choć byłam pewna, że nie ukoi moich zszarganych nerwów.

 

***

 

Wyszłam spod prysznica i otuliłam się miękkim ręcznikiem. Stanęłam przed zaparowanym lustrem, po czym przetarłam dłonią taflę, by móc się w niej przejrzeć. Zamrugałam kilkukrotnie, widząc wściekle złote tęczówki, by wróciły do swojego naturalnego, hebanowego odcienia. Westchnęłam z ulgą, gdy tak się stało, a potem zajęłam się rozczesywaniem mokrych włosów. Kosmyki opadały powoli, ukrywając szeroką bliznę szpecącą mój obojczyk i zgięcie szyi.

To, że w tym świecie istniały potwory i demony, nie było niczym nadzwyczajnym. Od lat ludzie zabijali tych pierwszych, a z drugimi robili interesy. Handel wszelkiej maści narkotykami kwitł w najlepsze, kiedy okazało się, że demony szalały za nimi niczym fanki boysbandów za pięknymi, zniewieściałymi chłopcami pokazującymi swoje wdzięki na scenie. Jednak najlepiej w tej materii miał się eter i fentanyl. Nawet ludzie byli w stanie zabijać dla tych używek, byleby dostać upragnioną działkę.

Świat nieuchronnie kroczył ku zagładzie. Prawo od dawna nie istniało, władze pozostawiły miasta w rękach gangów, a te stały się ogromnymi korporacjami rozprowadzającymi swoje towary nawet w najdalsze zakamarki kontynentu, by zdobyć jak największą liczbę klientów. Państwo zajęło się natomiast walką z potworami. Te również ewoluowały, łącząc się w większe stada, raczej z przypadku, i napadały na społeczności, zatopione w eterze po sam czubek głowy.

Łatwy cel.

Dlatego koncerny zaczęły interesować się wynaturzeniami takimi jak ja. Coś pomiędzy człowiekiem, demonem a potworem. Istota nieprzynależąca do żadnego znanego im gatunku. Ciężka do zranienia, niemal niemożliwa do wytropienia, pozbawiona moralnych zahamowań, rodziny i wspomnień. Każde z nas ich nie miało, a przynajmniej ci, których poznałam, ze mną na czele.

Trimis - tak nazwał mnie Jean Luc Russeau, kiedy stanął w nogach łóżka, w którym się obudziłam. Nie wiedziałam, kim jestem, czym jestem, ani jak znalazłam się w szpitalu. W głowie miałam pustkę, każde wspomnienie było nagrobkiem ze zdartym napisem, a wiatr hulał między nimi, zawodząc złowieszczo. Zabierał okruch po okruchu, aż w końcu pozostało jedynie puste, wyschnięte pole, gotowe przyjąć nowe, niezwiązane z poprzednim życiem.

Tylko przez chwilę miałam potrzebę odnalezienia własnej tożsamości. Zatraciłam się w tym tak bardzo, że w pewnym momencie mój "wybawiciel" postanowił położyć temu kres. Do dziś pamiętam przestraszony wzrok mężczyzny, którego kazał mi odnaleźć i zabić. Każde nerwowe drgnięcie kącików jego ust, gdy błagał o litość, zdesperowany ton głosu, drżące ręce i stróżkę potu spływającą po jego skroni. Wycelowanie broni w jego zmarszczone czoło i naciśnięcie spustu okazało się bardzo oczyszczające.

Odpędziłam wspomnienia w zakurzony kąt umysłu, ubrałam się pospiesznie w czarny dres i udałam się do kuchni. Deszcz przyjemnie bębnił o metalowy parapet, wprowadzając mnie w swego rodzaju trans. Uwielbiałam ten stan, kiedy rytmicznie dudniące krople pomagały ukoić rozszalały umysł. Wpatrywałam się w krajobraz za oknem, choć znałam go na pamięć.

Dziewiąte piętro pozwalało mi na podziwianie Down Town z góry. Miasto było jak pogoda, która zwykle tu panowała - szare, brzydkie i smutne. Przemoc w tym miejscu miała się świetnie, choć za dnia było zdecydowanie spokojniej. Żandarmeria patrolowała ulice nieustannie aż do zachodu słońca, dlatego wtedy Down Town tętniło życiem. Jednak tuż po zmroku wszystkie państwowe oddziały zbierały się na granicach miasta, gotowe bronić je przed potworami.

Wtedy ulice pustoszały, ze wszystkich możliwych obskurnych miejsc wyłaniali się dealerzy, zabójcy, zwykli kieszonkowcy i ci, który potrzebowali towaru. Wtedy też pracę rozpoczynałam ja i inni trimisi. Nocą najłatwiej było wtopić się w tło, ciemność pochłaniała nas, otulała niczym matczyne ramię, gotowe chronić przed niebezpieczeństwem. Jakby sam księżyc był naszym Stwórcą i szedł z pomocą, zmuszając naturę do tego, by nam służyła.

Wzdrygnęłam się, kiedy telefon leżący na blacie zawibrował. Nie sprawdzając nawet, kto to, nacisnęłam zieloną słuchawkę.

- Pracujesz? - Usłyszałam znajomy głos i uśmiechnęłam się pod nosem.

- Nie - powiedziałam zgodnie z prawdą. Oparłam się o krawędź stołu, a moją uwagę przykuła para unosząca się z dzióbka czajnika. Wyłączyłam kuchenkę i sięgnęłam do szafki po słoik z herbatą oraz kubek. Po krótkim namyśle wyciągnęłam też drugi.

- Świetnie. Niedługo będę.

Nim zdążyłam odpowiedzieć, Ezra Cohen rozłączył się, więc odłożyłam telefon i zajęłam się naparem. Zdecydowanie wolałam kawę, ale tym razem potrzebowałam się ogrzać, a nie rozbudzić. Wysunęłam szufladę z przyprawami. Woń cynamonu, kardamonu i szafranu otuliła mój umysł przyjemnie. Zaciągnęłam się tym zapachem, wrzuciłam ulubioną mieszankę razem z herbatą do kubka i zalałam wodą.

Przekroczyłam próg salonu, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Rozsiadłam się wygodnie na kanapie, odstawiłam jedną herbatę na stolik, a drugi kubek złapałam oburącz, by ogrzać zimne dłonie. Nie musiałam otwierać Ezrze, dawał mi jedynie znak, że już jest. Posiadał swój klucz od pół roku.

Uśmiechnęłam się, gdy ujrzałam jego potargane kasztanowe włosy we wnęce. Mrużył oczy zakryte eleganckimi okularami, na szkłach rozpływały się leniwie deszczowe krople. Zdjął je, ukazując prześliczne, czekoladowe tęczówki. Niemal od razu zrobiło mi się cieplej. Na gładkiej twarzy wykwitł uśmiech, przez który innym kobietom miękły nogi. Mnie zresztą też. Ezra był niesamowicie przystojnym mężczyzną i całkowicie zdawał sobie z tego sprawę.

Pomachał mi białą teczką przed oczami, rzucił ją na ławę i pospiesznie ściągając kurtkę, usiadł tuż obok mnie.

- To dla mnie? - Wskazał drugi napój, a ja kiwnęłam głową w potwierdzeniu. Posłał mi całusa, zanim sięgnął po naczynie. - Dzięki.

- Ależ chłodne przywitanie. - Przewróciłam oczami w udawanym oburzeniu.

Ezra zaśmiał się pod nosem. Zabrał ode mnie kubek i odstawił oba z powrotem. Bez ostrzeżenia objął mnie w talii, niemal natychmiast moje ciało obsypała gęsia skórka w kontakcie z jego zimnymi, mokrymi dłońmi. Przyciągnął mnie bliżej i musnął moje wargi swoimi ustami. Omiótł mnie miętowy zapach pasty do zębów i elektryzująca woń cedrowych perfum.

- Hej, Mad... - szepnął ochrypłym głosem, a mnie nagle opuściły wszystkie pozostałości zdrowego rozsądku. Przejechał językiem po dolnej wardze, zanim wpił się w moje usta. Zachłannie, z pasją, która chwilami sprawiała, że miałam ochotę zerwać z niego ubranie. - Lepiej? Czy przywitać się z tobą bardziej?

Plotę głupoty... Za każdym razem tak jest.

- Hej - mruknęłam, łapiąc oddech. Moje dłonie niebezpiecznie wędrowały po umięśnionym brzuchu mężczyzny.

Ezra się odsunął, sięgnął po napoje i wsunął mi kubek w ręce. Rozparł się wygodnie na kanapie, po czym upił łyk. Lustrował mnie uważnie dużymi, okrągłymi oczami, choć zapewne niewiele mógł dostrzec bez dodatkowych soczewek. Zmieszana, nie wiedziałam, gdzie podziać wzrok, więc sięgnęłam po teczkę.

Ten mężczyzna działał na mnie bardzo odurzająco i nasz szef miał tego pełną świadomość. Jeżeli Jean Lucowi zależało na czymś wyjątkowo mocno, wysyłał Cohena, by uśpił wszystkie świecące na czerwono światełka w moim mózgu i bym czym prędzej wzięła się do pracy, by móc spotkać się z nim ponownie.

To, co nas łączyło, właściwie nie miało nazwy. Nie byliśmy sobie ani wyjątkowo bliscy, ani dalecy. Nie właziliśmy w nasze prywatne sfery zanadto, wiedzieliśmy o sobie nieco więcej niż inni współpracownicy, ale wciąż nie można było nazwać tego żadną relacją. Ot, dwoje ludzi w podobnym wieku, pracujący dla tego samego człowieka, z potrzebą bliskości od czasu do czasu. Nie zmieniało to jednak faktu, że darzyłam Ezrę niesamowitą sympatią i obawiałam się dnia, w którym dostanę zlecenie właśnie na niego.

Przejrzałam akta. Nie było tego zbyt wiele. Kilka notatek o skradzionym eterze, szczegółowe opisy morderstw dokonanych na demonach, parę wpisów, gdzie był ostatnio widziany Nicola Dubois. Żadnych znaków szczególnych, żadnego ulubionego miejsca, adresu - czegokolwiek, od czego mogłabym zacząć. Na ostatniej stronie majaczyło jedynie niewyraźne zdjęcie z miejskiego monitoringu. Przysunęłam akta bliżej i zmarszczyłam brwi. Klasyczna męska sylwetka, ciemne włosy, nic szczególnego.

Spojrzałam na Ezrę.

- To wszystko? - zapytałam z wyczuwalną nutą rezygnacji w głosie.

- Tak. Co więcej, uważam, że wiele z tych dokumentów nie dotyczy Nicoli Duboisa. - Pochylił się nad aktami i położył rękę na moim udzie. - Nawet nie jestem w stanie stwierdzić, czy na tej fotografii rzeczywiście jest on. Ktokolwiek przeżył spotkanie z Nicolą, nie jest w stanie go opisać.

- Jak to? - Zmarszczyłam brwi.

- Wydaje mi się, że może być trimisem tak jak ty. Z tym że opanował manipulację ludzkim umysłem do perfekcji.

Mimowolnie się spięłam, kiedy Ezra wypowiedział słowo "trimis". Mimo wszystko wolałam wciąż myśleć o sobie jak o zwykłym człowieku, a nie wynaturzeniu, za jakie uważało nas społeczeństwo.

Z posiadaniem nadnaturalnych mocy wiązało się wiele nakazów i zakazów, których należało przestrzegać. Prawo traktowało trimisów zupełnie inaczej niż zwykłych obywateli. Pozwalano nam żyć między ludźmi, ale nie wolno nam było zakładać rodzin, czy wiązać się z innymi trimisami. Wciąż nie wiadomo było, w jaki sposób powstają, dlatego, żeby nie ryzykować, dzieci takich istot były natychmiast eliminowane. Dzieci z mieszanych par również, by nie kusić losu.

Osobiście nie znałam żadnego trimisa, który miałby dzieci. Ani z innym trimisem, ani z człowiekiem. Byłam skłonna uwierzyć, że nie możemy ich mieć, a zapisy w prawie powstały tylko po to, by uspokoić zwykłych śmiertelników.

Zacisnęłam usta w wąską linię. Gdzieś głęboko pod skórą czułam, że to nie będzie zwykłe zlecenie i nie wykonam go tak szybko, jakbym sobie tego życzyła. Szkolenie Jean Luca zrobiło ze mnie wysokiej klasy tropiciela, ale zawsze miałam jakiś punkt zaczepienia: adres, włos, kawałek materiału czy przedmiot należący do celu. Wtedy mogłam użyć swoich nadnaturalnych zdolności i sprawnie pozbyć się problemu, nawet się nie męcząc. Tym razem nie miałam nic, oprócz niewyraźnego screena z kamery.

Kim jesteś, Nicola Dubois? I czy naprawdę masz tak na imię?

Rozdział 2

Jeżeli ja byłam najlepszym tropicielem w oddziałach Jean Luca, to Ezra na pewno należał do czołówki hakerów, których ten mężczyzna posiadał, o ile nie był najlepszym z nich wszystkich.

Nim się podniosłam z ciepłego łóżka, zauważyłam na szafce nocnej plik druków przygotowanych z myślą o moim zleceniu. Dźwignęłam się z cichym stęknięciem i rozejrzałam, jeszcze trochę zamroczona. Zatrzymałam się na szerokich, nagich plecach Ezry. Stukanie palców o klawiaturę odbijało się delikatnie od ciszy. Podpełzłam do niego w momencie, w którym nacisnął enter, a chwilę później drukarka oznajmiła, że rozpoczyna pracę. Objęłam go w pasie i położyłam brodę na ramieniu.

- Która godzina? - wymamrotałam, zerkając na ekran, jednak ciąg cyfr i innych znaków absolutnie nic mi nie mówił.

- Niewiele po trzeciej. - Odwrócił się i cmoknął mnie w skroń. - Możesz jeszcze śmiało spać.

- Przecież ja tego nie przejrzę do wieczora.

- Przejrzysz. Włamałem się do sieci miejskiej w poszukiwaniu tego gościa. Większość dokumentów to zdjęcia z monitoringu.

Sięgnął po kolejny druk, by mi go pokazać. Tym razem mężczyzna z fotografii, na którego patrzyłam, był zdecydowanie wyraźniejszy niż ten w aktach. Stał na przejściu dla pieszych, między mieszkańcami. Górował nad nimi wzrostem dobre piętnaście centymetrów. Na głowie miał okulary przeciwsłoneczne, choć pogoda w tym mieście nie zachęcała, by je w ogóle zakładać, nawet jako element stylizacji. Ciemne kosmyki opadały lekko na równie hebanowe oczy. Gładka, przystojna twarz rozciągała się w nieco przesadzonym uśmiechu. Głowę pochylał nieznacznie w bok, czarny płaszcz wtapiał sylwetkę w tło. Miałam wrażenie, że patrzy prosto w obiektyw, mimo iż kamery były poukrywane na terenie całego miasta.

- To on? - zapytałam, choć wiedziałam, że tak. Ezra kiwnął głową.

Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Było w nim coś... hipnotyzującego, przyciągało uwagę, a jednocześnie miałam wrażenie, że jest tak pospolity, jak każdy inny w Down Town. Mogłam całymi godzinami studiować te rysy, zachwycać się nimi, próbować zapamiętać każdy dołeczek i zmarszczkę, jaka tworzyła się na jego twarzy, a jednocześnie, pod koniec dnia nie byłabym w stanie nawet zapamiętać, na kogo patrzyłam. Zupełnie jak...

- Trimis - powiedział Ezra, jakby był w mojej głowie i dokończył myśl. - Cień, jest wszędzie i nigdzie jednocześnie. Sprawdziłem daty i godziny nagrań. Gdyby był człowiekiem lub potworem, nie byłby w stanie tak szybko się przemieścić z punktu a do punktu b. - Odwrócił się, by wziąć papiery leżące na szafce nocnej. Niechętnie się odsunęłam, kiedy rozkładał przede mną najwcześniejsze fotografie. Jedna przedstawiała Nicolę na Hold Street, a druga tego samego mężczyznę, jednak był na drugim końcu miasta. - Spójrz na datę i godzinę.

Pochyliłam się nad zdjęciami. Różnica pięciu minut i dwunastu sekund. Wciągnęłam ze świstem powietrze w płuca, zaskoczona tą liczbą. Zamrugałam, nie dowierzając.

- Przecież to niemożliwe. - Pokręciłam głową. - Trimisi nie poruszają się aż tak szybko. Sama nim jestem.

- Tak, tylko ty jesteś nim prawdopodobnie od dziesięciu lat. Ile lat ma on? I czy urodził się taki, czy został trimisem przez promieniowanie?

Wpatrywałam się w Ezrę oniemiała. Fakt był taki, że mój seksowny informatyk miał fioła na punkcie potworów, demonów i trimisów. Wiedział o nich dosłownie wszystko. To on podsunął pomysł Russeau, by zaczął werbować takich jak ja do pracy. Dzięki temu Jean Luc właściwie wyeliminował konkurencję, jednego po drugim, i nawet nie ubrudził sobie rączek.

Byłam jego ostatnim i chyba najważniejszym nabytkiem. Przygarnął mnie, nauczył wszystkiego, co sam wiedział, dał dach nad głową i otoczył opieką, o jakiej większość nastolatków mogła w tamtym czasie tylko pomarzyć. Mimo moralnie czarnej roboty byłam mu wdzięczna, za wszystko.

W każdym razie, jeśli Jean Luc był moim opiekunem, to Ezra został mentorem i skarbnicą wiedzy na temat trimisów. Straciłam pamięć, więc siłą rzeczy nikt nie był pewny, czy taka się właśnie urodziłam, ale zakładał, że tak. Byłam za młoda, by żyć w czasach wielkiego radioaktywnego wybuchu. Badania krwi nie były w stanie określić, czy posiadam ludzkie geny, dlatego bezpieczniej było założyć, że to nie czynniki zewnętrzne. Przynajmniej według lekarzy.

Ezra miał również teorię, że trimisi byli przez kogoś tworzeni, choć sama w nią nie wierzyłam. To wszystko było jakieś takie... śliskie, niemożliwe. Dzieci wynaturzeń podobno zdarzały się rzadko, w wielu przypadkach rodzice sami je zabijali, jeżeli kobieta donosiła ciążę. Lwią część abortowano zaraz po potwierdzeniu ciąży przez lekarza. Kontrolowanie niczego nieświadomych maluchów byłoby piekielnie trudne i prędzej czy później ich istnienie wyszłoby na światło dzienne, skazując na śmierć całe rodziny.

Dłoń Ezry objęła mój podbródek i uniosła go do góry. Spojrzałam w ciepłe, błyszczące oczy i uśmiechnęłam się mimowolnie.

- Zdjęcia to jedno - zaczął poważnym tonem, kiedy już był pewny, że skupiłam na nim swoją uwagę. - Nicola Dubois nie ma żadnej kartoteki. Nie istnieje żaden akt urodzenia, nigdy nie był w szpitalu, nie ma praw wyborczych, konta w banku, karty kredytowej, nic, co pomogłoby go odnaleźć.

- Chcesz mi powiedzieć, że mam tylko to?

Mężczyzna posłał mi pokrzepiający uśmiech. Westchnęłam przeciągle i wzięłam od niego resztę zdjęć. Przejrzałam je pospiesznie, nic nie przykuło jakoś szczególnie mojej uwagi.

Mimo wszystko Ezra odwalił kawał dobrej roboty. Przecież wcale nie musiał tego dla mnie robić, mógł przynieść mi te akta, spędzić ze mną noc i rano zniknąć, jak miał w zwyczaju. Jednak został, przejrzał godziny materiałów, nawet nie wiem, z jakiego okresu, i przygotował podłoże, które dawało mi jako takie pole manewru.

Pochyliłam się nad dzielącymi nas wydrukami i musnęłam delikatnie jego pełne, kształtne usta. Niemal natychmiast dłoń Ezry wylądowała na moim karku, odbierając mi możliwość odsunięcia się. Rozchyliłam wargi, pozwoliłam mu zatopić się w nich jeszcze bardziej. Przesunął się do przodu, zmuszając mnie tym samym do zmiany pozycji na półleżącą. Ciepła dłoń Ezry sunęła po moim nagim udzie. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz.

- Zostawmy to na chwilę - mruknął i zrzucił plik dokumentów na podłogę. Prychnęłam rozbawiona jego nagłą zmianą obiektu zainteresowania.

Zebrał moje włosy i zacisnął na nich pięść. Pociągnął stanowczo do dołu, zmuszając do odchylenia głowy. Z moich ust wyrwał się jęk, którego nie zdążyłam zdusić. Ezra sunął ustami po mojej szyi, zostawiał na skórze mokrą, gorącą ścieżkę. Zadrżałam pod wpływem tej pieszczoty, czułam, jak sutki mi twardnieją, a pożądanie kumuluje się gdzieś w okolicach ud.

Przymknęłam powieki. Chciałam chłonąć jak najwięcej z tych drobnych pieszczot, bo może nasze następne spotkanie będzie bardzo odległe w czasie. Próbowałam zapamiętać każde muśnięcie jego gorących ust, palce zaciskające się na moich udach, to przeszywające, pożądliwe spojrzenie, sprawiające, że po kręgosłupie przebiegał elektryzujący dreszcz.

Dźwięk wibrującej komórki wyrwał mnie z tego cudownego stanu. Uniosłam się na łokciach i spojrzałam na Ezrę. Zaciśnięte w wąską linię usta wskazywały na to, że jest tak samo niezadowolony, jak ja.

- Kurwa - sarknął przez zaciśnięte zęby. Sięgnął po telefon, który zdążył już raz zakończyć połączenie i rozdzwonić się na nowo. Ezra spojrzał na wyświetlacz i opadł obok na materac, przyciskając knykcie do oczu. - To Russeau.

- Jean Luc nie lubi czekać. - Uśmiechnęłam się smutno, zawiedziona takim obrotem spraw.

Ezra podniósł się z posłania i zaczął się ubierać. Opadłam z powrotem na poduszki, podziwiając wyrzeźbiony brzuch, delikatnie zarysowane ramiona i idealne wcięcie na biodrach, zanim zniknęło pod warstwami luźnych ubrań. Przeczesał ciemne włosy i zaklął siarczyście pod nosem, kiedy aparat zawibrował ponownie.

- Już jadę - zakomunikował, przykładając telefon do ucha. Rozłączył się i schował urządzenie do kieszeni spodni. Spojrzał na mnie, lustrując od góry do dołu. Pochylił się nad łóżkiem i pocałował mnie, choć trwało to zdecydowanie zbyt długo jak na pożegnalnego buziaka. - A ty się nakryj, bo nie ręczę za siebie.

Zaśmiałam się i podciągnęłam kołdrę pod brodę. Ezra natychmiast się rozpogodził, gniew w jego ślicznych oczach zastąpił szelmowski błysk.

- Do zobaczenia - szepnął i znów mnie pocałował, po czym szybkim krokiem ruszył ku wyjściu.

Takiego go lubiłam najbardziej. To spojrzenie ciemnych tęczówek ciągle prowokujące do niebezpiecznej gry, w którą mnie wciągnął kilka lat wcześniej. I urocze dołeczki, kiedy się uśmiechał, gdy już doskonale wiedział, że dałam złapać się w pułapkę.

Ezra był delikatnym powiewem normalności w popapranym świecie pełnym przemocy, w jakim przyszło mi żyć. Pozwalał na odrobinę swobody - mogłam odetchnąć pełną piersią, gdy znajdowałam się w jego ramionach, i zapomnieć, choć na chwilę, że nie jestem zwykłym człowiekiem. I mimo że już dawno oboje zostaliśmy całkowicie wyprani z emocji, gdzieś tam w środku tlił się delikatny, nieśmiały płomień pełen ciepła, kiedy haker znajdował się tuż obok.

 

***

 

Przykleiłam do ściany ostatnie zdjęcie z monitoringu, które wydrukował dla mnie Cohen. Okazało się, że jest tego znacznie więcej, niż powiedział. Oprócz fotografii zrobił również listę miejsc, gdzie Dubois pojawiał się najczęściej: hotele i punkty spotkań demonów, które zginęły najprawdopodobniej z jego ręki, oraz listę skradzionych dostaw, przypisane dziełu Nicoli. Naprawdę byłam pod wrażeniem.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu pinezek. Ostatnie, co miałam na dziś do zrobienia, to oznaczenie tych wszystkich miejsc na mapie i, być może, rozszyfrowanie jakiejś rutyny nieznajomego, która pozwoliłaby mi na dotarcie do celu.

Zastanawiałam się w międzyczasie, jak pochwycić takiego trimisa bez obcinania mu głowy. Eter był całkowitym niewypałem w tym wypadku. Nie działał na mnie i mi podobnych, dlatego dla Jean Luca byliśmy idealnymi pracownikami. Kokaina z kolei była niczym proszki na ból głowy. Najbardziej obiecująca opcja to fentanyl - trudno dostępny po wielkim wybuchu, zresztą jak większość organicznych opioidów, a ten pozyskiwany syntetycznie przynosił marne efekty.

Wychodziło na to, że musiałam go po prostu pozbawić przytomności i zaciągnąć do siedziby, zanim się obudzi. Ciężki przypadek, i to dosłownie: mierzyłam niewiele ponad sto sześćdziesiąt pięć centymetrów, a Nicola wydawał się górować nad większością mieszkańców tego miasta.

Czy to był jedynie efekt iluzji? Ezra wspominał, że zaawansowani trimisi potrafili manipulować nie tylko wolą, swoją siłą czy czasem, ale również materią. Wtedy Nicola musiałby być bardzo, ale to bardzo starym osobnikiem, a z tego, co wyczytałam, te zostały wybite praktycznie do zera zaraz po promieniowaniu.

Wielka wojna mocarstw zdziesiątkowała ludność Ziemi ponad osiemdziesiąt lat temu. Idioci zaczęli zrzucać na siebie atomówki, aż w końcu któryś z nich nacisnął nie ten guzik, co trzeba, i na Eurazję spadła przeogromna bomba biologiczna. Ludzie zaczęli zamieniać się w potwory. Za dnia ciężko było je odróżnić od zwykłych śmiertelników, nocą natomiast zmieniali się w krwiożercze bestie, atakujące wszystko, co popadnie. W końcu przestali przeobrażać się w ludzi za dnia. Nikt nie zwracał wtedy uwagi na tych napromieniowanych, którzy dziwnym trafem przeżyli. Ich DNA mutowało całymi tygodniami, tworząc z nich nadludzi, właściwie niemożliwych do pokonania.

Trimisów zdradzały błyszczące oczy w kolorze płynnego miodu, ujawniające się w momencie użycia mocy. Większość zwieziono w jedno miejsce gdzieś daleko w Stanach i wybito. Części udało się przeżyć i zanim doszło między nimi i ludźmi do porozumienia, władze zdążyły ujawnić znaczne więcej, niż trimisi by sobie życzyli.

Wielu ludzi odkrywało moce dopiero po ukończeniu pełnoletności, dlatego władze przestały ich eliminować, nadali im odpowiednie - według nich - prawa i pozwoliły żyć wśród zwykłych śmiertelnych. I tak została nas na świecie garstka, lepiej było nie pogarszać sytuacji.

To jednak tylko wiedza zaczerpnięta z książek. Wierzyłam w to, bo nie widziałam żadnej innej opcji. Ezra czasem sugerował, że to jedynie propaganda i że ludziom łatwiej żyć ze świadomością, jak powstają różne mutacje, dlatego stworzono publikacje tego typu. Nieśmiało przyznawałam, na razie sama przed sobą, że mi też było lżej, kiedy wiedziałam, skąd się wzięłam. To pomagało radzić sobie z utratą pamięci.

Wkładałam pinezki w odpowiednie miejsca, przypisując konkretny kolor do konkretnej sprawy. Zielone dla miejsc, w których bywał Dubois, czerwone tam, gdzie zginęły demony, niebieskie dla kradzieży eteru. Kiedy skończyłam, cofnęłam się dwa kroki, by móc przyjrzeć się swojemu dziełu. Wydęłam usta z dezaprobatą. Niby układało się to w jakiś sensowny system, ale wciąż nie widziałam absolutnie żadnej zależności.

W moim brzuchu zagrało wygłodniałe tango i w tym samym momencie wyświetlacz telefonu zamigotał niebieskim światłem. Specjalnie położyłam go na kanapie, żeby jego wibracje nie przeszkadzały mi w pracy. Zerknęłam na ekran i westchnęłam przeciągle, kiedy zobaczyłam na nim znany numer.

Nacisnęłam zieloną słuchawkę i ustawiłam głośnomówiący.

- Jakiś progres? - Głos mojego pracodawcy mroził krew w żyłach. Chyba nie był w najlepszym humorze.

- Niewielki - odparłam zgodnie z prawdą. Spojrzałam na zegarek i uświadomiłam sobie, że minęło osiem godzin, odkąd zabrałam się za to przedsięwzięcie. - To jest prawdziwy cień, Jean.

- Lepszy niż ty?

- Tak.

Zaległa niewygodna cisza. Przestępowałam z nerwów z nogi na nogę. Mimo że byłam we własnym mieszkaniu, czułam się, jakbym znów stała w jego gabinecie, sperma tryskała mi na buty, a papierosowy dym wżerał się w nozdrza. Niezadowolony Jean Luc Russeau roztaczał ciężką, mroczną aurę nawet na odległość. Wszyscy podwładni drżeli przed jego spojrzeniem, o konsekwencjach źle wykonanych zadań nikt nawet nie chciał myśleć.

A ja przez pewien czas sunęłam za nim niczym klon i chłonęłam każdy grymas oraz tik, którymi się posługiwał. Wiedział, że tak będzie, dlatego naznaczył mnie własnym nazwiskiem. Mój niemal całkiem pusty umysł chłonął wszystko jak gąbka. Włącznie ze strachem, jakim raczył podwładnych, choć w głębi duszy wcale się go nie bałam. Było zdecydowanie na odwrót.

- Przyślę kogoś do pomocy - powiedział po czasie. Ciche skrobanie długopisu o kartkę dotarło do moich wrażliwych uszu nawet z takiej odległości.

- Nie ma takiej potrzeby. Ezra już mi pomógł.

Właściwie to bardzo chciałam, żeby wrócił do mojego mieszkania, ale Jean Luc wcale nie musiał o tym wiedzieć. Sam fakt, że zaproponował kogoś do współpracy, świadczył o tym, że Nicola nie jest zwykłym zleceniem, i mój szef miał tego pełną świadomość. Niestety, zawsze pracowałam sama i prawdopodobnie nieuchwytny cel nie był dla mnie żadnym wyjątkiem. Odnajdę go prędzej czy później.

Jean Luc zakończył połączenie bez pożegnania. Ból głowy czaił się gdzieś z tyłu, mózg wysyłał już jawne sygnały, że organizm potrzebuje energii. Z trudem oderwałam wzrok od dzieła wiszącego na ścianie i powlokłam się do kuchni. Otworzyłam lodówkę, ale odnalazłam w niej tylko światło. Wpatrywałam się w puste półki jeszcze przez chwilę, zanim doszłam do wniosku, że nie obejdzie się bez wypadu do marketu.

Pogoda za oknem wciąż nie zachęcała. Mimo wczesnej pory było szaro i ponuro, chmury kłębiły się ponad miastem, grożąc kolejnymi, obfitymi opadami. Nie było to coś, z czym mieszkańcy Down Town nie mieli wcześniej do czynienia. Latami kwaśne deszcze siały spustoszenie i nawet kiedy przestały nawiedzać cały kraj, ludzie drżeli na widok czarnych kłębów kotłujących się nad miastem.

Narzuciłam na ramiona płaszcz i przezornie sięgnęłam po parasol. Szybkim krokiem przemierzyłam korytarz, stanęłam przy windzie i guzikiem przywołałam metalową klitę. Głośne, niemal bolesne jęknięcie zakomunikowało, że sunęła powoli do góry. Miałam nieodparte wrażenie, że ktoś cały czas mi się przygląda, odkąd zamknęłam za sobą drzwi mieszkania. Rozejrzałam się dyskretnie, nikogo jednak nie zauważyłam.

Chłodny wiatr uderzył mnie w twarz. Postawiłam kołnierz płaszcza i ruszyłam przed siebie, nie zwracając większej uwagi na przechodniów. Miasto tętniło życiem, przynajmniej tak, jak pozwalały warunki. Harmider wdzierał się do mojej głowy bez zaproszenia. Ryk silników rozbrzmiał wraz ze zmieniającym się na zielono światłem.

Szare, smutne samochody idealnie pasowały do apokaliptycznego obrazu zapuszczonego Down Town, o którym chyba zapomniał nawet sam Bóg. Betonowe bloki dawno oblazły z tynku, ukazując rzędy zapleśniałych cegieł. Większość wieżowców już jakiś czas temu przestała nadawać się do zamieszkania, ale władze nie przejmowały się tym zbytnio. Miały do wyboru dać ludziom dach nad głową albo posłać ich poza granice miasta na pewną śmierć. Chodniki były nierówne, w wielu miejscach brakowało kostki, a dziury pospiesznie zasypywano żwirem z pobliskiej kopalni. Tony śmieci upychane między budynkami przerażały swoimi rozmiarami. Moją uwagę zwracał równy tupot żołnierskich butów, jakby przecinali drogę z niemal szwajcarską precyzją, mimo że Szwajcaria przestała istnieć zaraz po wielkim wybuchu.

Stanęłam na środku chodnika, porażona dziwnym uczuciem niepokoju. Rozejrzałam się, tym razem uważnie, jednak moje oczy nie zarejestrowały nic, co mogłoby wywołać niepożądaną emocję. Ruszyłam dalej, lecz nerwowość przybrała na sile, mrowiła pod skórą, wbijała szpilki pod paznokcie, zaznaczając boleśnie swoją obecność.

Kilka par oczu zwróciło się w moją stronę. Schyliłam głowę i przerzuciłam włosy do przodu, domyślając się, co było tego przyczyną. Sama poczułam to, jak natura trimisa przepływa przez moje ciało, a ja nie byłam w stanie tego opanować.

Postanowiłam podążyć za tym niepokojem. Większość nauk Jean Luca sprowadzała się do jednej prostej zasady: zawsze idź w przeciwną stronę do tej, w którą ludzie uciekają. Wtedy masz pewność, że trafisz na cel, który należy wyeliminować.

Jean Luc Russeau nie był filantropem. Liczyły się dla niego przede wszystkim interesy i pieniądze, jakie na nich zarabiał. A ja byłam jednym z narzędzi, które te pieniądze zarabiało. Niejednokrotnie zlecenia dostawał od samych władz Down Town, szczególnie kiedy żandarmeria nie radziła sobie z napływającymi hordami potworów czy wyjątkowo nieznośnymi trimisami, które nie należały do podwładnych mojego pracodawcy. Za każdą głowę potwora, jaką przyniosłam, był obficie nagradzany, czym szczodrze się ze mną dzielił.

Skręciłam w jedną z uliczek. Przecisnęłam się przez wąski pasek, niezarzucony workami pełnymi śmieci, i czym prędzej oparłam się o betonową ścianę. Niepokój całkowicie zawładnął moim ciałem, czerwona lampka w głowie migała raz po raz, dając tym samym znak, że niedaleko czai się niebezpieczeństwo.

Zmarszczyłam brwi, sondując niewielką przestrzeń. Rytmiczne kapanie odbijało się echem od wysokich ścian. Gwar ulicy jakby przycichł, stłumiony klaustrofobiczną wnęką. Niewiele światła docierało do tego miejsca, mrok pożerał kształty przedmiotów, które znajdowały się w uliczce, pozostawiając jedynie ich niewyraźny zarys.

Spięłam się, dostrzegając ruch w głębi. Automatycznie sięgnęłam do kabury - zwykle przewieszonej przez ramiona - i zaklęłam siarczyście, widząc oczami wyobraźni, jak wisi na haku przy wyjściu z mieszkania.

Trudno, użyję pięści.

Weszłam w głąb uliczki z rękami uniesionymi na wysokości twarzy, gotowa w każdej chwili rzucić się do ataku. Przesuwałam się do przodu, starając się nie odrywać nóg od podłoża; mogłam trafić na jakąś wyrwę, a tracenie koncentracji nie było najlepszą opcją w momencie, kiedy moje zmysły szalały niczym tornado.

Coś zaszeleściło z lewej strony. Spojrzałam w mrok między śmietnikami, spinając się na całym ciele jeszcze bardziej. Pochyliłam się do przodu i wstrzymałam oddech. Chwilę później z niewielkiej wnęki wyłonił się mały, chudy kot.

Stanęłam jak wryta. Moje ramiona opadły z rezygnacją, tak samo, jak naszykowane do walki pięści. Zaśmiałam się z własnej przezorności i pokręciłam głową z niedowierzaniem. Czyżbym była aż tak rozkojarzona przez głód, że mój mózg uznał bezdomne zwierzę za niebezpieczeństwo?

A może zaczynał mutować? Choć wydawało mi się to niedorzeczne, nie słyszałam nigdy o innych mutacjach niż ludzie.

Odwróciłam się ku wyjściu, gotowa wrócić do wyznaczonego sobie zadania zapełnienia lodówki. Czerwona lampka w mojej głowie jednak nie przestawała migać wściekle, wręcz miałam wrażenie, że świeci jeszcze bardziej niż poprzednio. Postanowiłam zignorować alarm i ruszyłam w stronę wąskiego pasma ulicy.

Świdrujące na wylot piszczenie w uszach nie dawało za wygraną. Cichy głosik w mojej głowie stawał się donioślejszy, nakazywał mi spojrzeć w górę. Dla świętego spokoju zadarłam głowę i zamarłam w mgnieniu oka.

Pokraczna, zmutowana bestia wisiała uczepiona ceglanego parapetu. Czarno-żółte ślepia wpatrywały się we mnie intensywnie, twarz już od dawna nie przypominała ludzkiej, bliżej jej było do rozpuszczonej brei, upstrzonej ropnymi wykwitami. Szerokie, rybie usta rozciągały się, prawdopodobnie w złowieszczym uśmiechu, ukazując dwa równe rzędy ostrych zębów. Nienaturalnie wygięte kończyny napinały się pod wpływem poruszanego wiatrem cielska. Całkiem wyraźnie widziałam stróżkę śliny płynącą po zdeformowanej brodzie.

Przełknęłam gulę narastającą w przełyku. Ciało znów się spięło, gotowe do walki. Powolnym ruchem sięgnęłam do kieszeni po jedyną rzecz, którą miałam przy sobie, oprócz telefonu. Nie uszło to uwadze potwora. Z gardłowym skrzekiem odbił się od ściany. Leciał prosto na mnie. Bez zastanowienia wyciągnęłam parasolkę i otworzyłam ją nad głową.

Padłam na ziemię przygnieciona ogromnym cielskiem. Powietrze uleciało z moich płuc, przyprawiając na chwilę o bezdech. Szkielet parasola wbił się głęboko w nadgniłe mięso, przebijając je na wylot.

Potwór ryknął przeraźliwie, miotając się na wszystkie strony. Zamroczona odepchnęłam bydlę i skoczyłam na proste nogi. Adrenalina gotowała się w moich żyłach. Nie myśląc za wiele, przycisnęłam butem mutanta do podłoża. Szarpnęłam za rączkę parasola, ale materiał utkwił zbyt głęboko, bym mogła go wyciągnąć.

- Szlag by to! - zaklęłam, kiedy śmierdząca, czarna breja wylądowała na mojej twarzy, gdy siłowałam się z jedyną bronią, którą posiadałam.

Bestia powoli odzyskiwała siły. Czułam, jak moja noga drży, wkładałam w nacisk tyle siły, ile byłam w stanie. Odnalazłam w sobie pokłady mocy trimisa i wcisnęłam but jeszcze bardziej. Coś pękło, ten dźwięk odbił się echem od ścian. Ciche plaśnięcie świadczyło o tym, że przebiłam się przez warstwy skóry i mięśni. Spojrzałam w dół na swoją stopę, która tkwiła po kostkę w nadgniłym mięsie.

Zdusiłam w sobie odruch wymiotny i sprawnym ruchem złamałam trzon parasola. Potwór wił się i jęczał, ale doskonale wiedziałam, że rany, jakie odniósł, nie sprawią, że zdechnie. Wyswobodziłam nogę z ciała i przełożyłam ją na drugą stronę. Usiadłam na klatce piersiowej przeciwnika. Spojrzał na mnie wściekle, z jego gardła wydobył się bliżej nieokreślony bulgot.

Zamachnęłam się i wbiłam ułamany trzon w oko bestii. Ta ponownie ryknęła, niemal pozbawiając mnie słuchu. Zacisnęłam zęby i z impetem dźgałam głowę potwora raz za razem, celując w oczy, czoło i szyję. Miękkie, zmutowane kości nie miały szans z siłą trimisa. Pękały, wydając przy tym bliżej nieokreślony odgłos. Czułam, jak czarna krew ochlapuje moją twarz, włazi do oczu i ust, ale nie miałam czasu na to, by przetrzeć ją z obrzydzeniem. Jeżeli przestałabym, choć na jeden krótki moment, potwór mógłby mnie zaatakować, a drugi raz nie zamierzałam do tego dopuścić.

W końcu, po długich minutach, głowa niemal całkowicie wsiąknęła w rozmokłe podłoże, błotnista woda z kałuży obmywała resztki zmutowanego mózgu. Dźwignęłam się ciężko do góry. Łapałam powietrze w płuca głośno, jakbym przebiegła właśnie maraton.

Cofnęłam się kilka kroków i padłam przy przeciwległej ścianie, po czym zarzuciłam zmęczone ręce na kolana. Przymknęłam powieki, chcąc uspokoić szalejącą w moim organizmie adrenalinę. W nos wżarł się zgniły odór potwora, przyprawiając mnie o zawroty głowy. Automatycznie żołądek zawiązał się w supeł. Tego dnia raczej już nic nie włożyłabym do ust.

- Jasny gwint...

Uniosłam powieki i odwróciłam głowę w stronę głosu. Zebrał się pokaźny tłum gapiów. Trzech żołnierzy stało we wnęce z szeroko otwartymi oczami. Przenosili spojrzenia raz na mnie, a raz na cielsko bestii podrygujące w ostatnich chwilach agonii.

- W porę - sarknęłam rozeźlona.

Czułam, jak opuszczają mnie wszystkie siły. Pozbywanie się innych trimisów, demonów czy zwykłych śmiertelników nie męczyło tak, jak walka z potworami - były zdecydowanie silniejsze i zwinniejsze niż ktokolwiek, kto żył jeszcze na tej planecie, a ja nie zostałam wyszkolona do tego, by z nimi walczyć bez broni. Nie należało to do puli moich codziennych obowiązków. Szczególnie wtedy, gdy nie byłam do tego odpowiednio przygotowana.

Żołnierze ruszyli ostrożnie w naszą stronę. Kątem oka dostrzegłam, jak jeden z nich wyciąga z kieszeni munduru telefon. Drugi wycelował broń w potwora i obejrzał dokładnie z każdej strony, okrążając truchło. Trzeci natomiast kucnął obok mnie, wyraźnie spięty, jakby podchodził do dzikiego zwierzęcia. Zlustrował mnie od góry do dołu z poważnym wyrazem twarzy. Mój oddech powoli się stabilizował.

- Dane - zażądał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

- Madeleine Russeau - wysapałam i splunęłam na ziemię gęstą, ciemną breją, która zalegała mi do tej pory w ustach.

- Ja pierdolę, Russeau, masz jaja.

Uniosłam brew i przechyliłam głowę na bok. Żołnierz sięgnął do przedniej kieszeni munduru, wyciągnął chusteczkę złożoną w równy kwadrat i podał mi ją bez zbędnego tłumaczenia. Przyjęłam kawałek materiału z wdzięcznością i przetarłam nim twarz. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zapach rozkładu przestał tak drażnić mój nos.

Nie dane nam było ciągnąć dalej tej wymiany zdań. Chwilę później uliczkę rozświetliło czerwono-niebieskie światło policyjnego radiowozu.

Oznaczało to tylko jedno.

Miałam przesrane.

Rozdział 3

Dwóch skorumpowanych policjantów odprowadziło mnie pod same drzwi gabinetu Jean Luca. Wycofali się, jeszcze zanim ochroniarze mojego pracodawcy rzucili mi pełne współczucia spojrzenie i otworzyli drzwi.

Przywitała mnie dymna ciemność, rozświetlona mdłym, różowym neonem. Zapach papierosów wymieszał się z wonią zgniłego mięsa, przesiąknęło nim całe moje ubranie. Wypuściłam powietrze z płuc i weszłam do środka.

Jean Luc siedział przy biurku, rozwalony wygodnie na krześle. Zmierzył mnie spojrzeniem pełnym obrzydzenia, po czym oparł się łokciami o blat i położył brodę na splecionych dłoniach.

- Potwór w biały dzień? - zapytał bez ogródek. Przejechał językiem po zębach i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, kontynuował: - I akurat ty musiałaś na niego trafić?

- Uwierzysz, że wyszłam tylko po zakupy? - Uśmiechnęłam się, ale chyba mało przekonująco, bo mój pracodawca zmrużył jedynie oczy.

- Ciesz się, że nosisz moje nazwisko, inaczej skończyłabyś w izolatce - warknął niskim głosem. Wziął głęboki wdech i przymknął powieki, zapewne po to, by powściągnąć swoje emocje. - Masz już zadanie do wykonania, nie pchaj się w kłopoty. Następnym razem masz się odwrócić na pięcie i spierdalać.

- Żeby zaatakował kogoś innego? - Skrzyżowałam ręce na piersi.

- Obchodzi cię to?

Wzruszyłam ramionami.

Szczerze powiedziawszy, nie obchodziło mnie to ani trochę, jednak sam fakt, że w okolicy, w której mieszkam, kręcił się potwór, przyprawiał mnie o zawrót głowy. Przed potworami nie dało się skryć. Nie było możliwości zamknąć za sobą drzwi wieżowca, przejść ciemnym korytarzem, a potem zamknąć się we własnych czterech kątach i udawać, że jest się zwykłym obywatelem. Przed potworami nie bywało się cieniem, postacią owianą tajemnicą tak wielką, że dla wielu jarzyła się jako mityczne stworzenie, które znali jedynie ze słyszenia. Dla potwora każdy żyjący na tym świecie był tylko kolejnym posiłkiem z dwoma nogami, na których ich obiad uciekał. Zwykle za wolno.

Nie chciałam zostać przekąską.

Jean Luc odsunął się od biurka, po czym sięgnął po paczkę fajek. Wyciągnął jednego papierosa, odpalił i zaciągnął się mocno dymem. Jego klatka piersiowa urosła chyba dwukrotnie.

- Następnym razem natychmiast powiadom służby i nie pakuj się w kłopoty. Teraz trafiłaś na naszych - powiedział, kiedy uznał, że nie zamierzam udzielić mu żadnej odpowiedzi. - W innym wypadku moje nazwisko mogłoby pozbawić cię głowy.

Wywróciłam oczami. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że kłamał. Macki Jean Luca sięgały dosłownie wszędzie. Nie zliczyłabym, jak wiele razy towarzyszyłam mu na bankietach w domostwach ludzi z naprawdę wysokiego szczebla. Robił interesy z każdym, choć nie każdy o tym wiedział. Lawirował między politykami, urzędnikami i służbami, rozdając im ochoczo eter, uzależniając od narkotyku i swojej osoby. Bawił się władzami niczym lalkarz swoimi marionetkami. Nie ingerował zbytnio w politykę, interesowało go jedynie to, by biznes działał dobrze, a ze strony państwa nie pojawiały się żadne komplikacje.

- Naprawdę bardziej zmartwiło cię to, że widzieli mnie żandarmi, a nie to, że potwór pojawił się w mieście w biały dzień? - zapytałam zniecierpliwiona. Zakrwawione ubranie zaczynało sztywnieć i irytować.

Mój pracodawca zerknął w stronę kanapy. Ponad oparciem wystawała blond głowa jego dziwki. Nie poruszyła się ani razu, odkąd znalazłam się w gabinecie, nawet nie zarejestrowałam tego, że tu była. Prawdopodobnie odurzona eterem odkrywała meandry swojego pustego umysłu.

- To nie jest nasza sprawa. Zajmij się Duboisem. - Stracił zainteresowanie moją osobą. Wziął telefon do ręki, wystukał krótką wiadomość i odłożył z powrotem na blat. Dwa ruchy później jego twarz oświetliło niebieskie światło laptopa. Był nieziemsko wściekły. - Na poziomie minus dwa jest moje prywatne mieszkanie. Idź, ogarnij się i wracaj do domu. Chyba nie muszę ci przypominać o tym, byś nie zwracała na siebie więcej uwagi.

 

***

 

Kolejny gburowaty ochroniarz wpuścił mnie bez pytania do prywatnych pokoi Jean Luca. Domyślałam się już, że mój pracodawca poinformował go, że się zjawię.

Przez dziesięć ostatnich lat, które spędziłam u jego boku, ani razu nie byłam w tym miejscu. Nie wiedziałam, że istnieje. Nawet kiedy zadania nie kończyły się dla mnie najlepiej, zawsze - ale to zawsze - Jean Luc kazał odeskortować mnie do mieszkania w centrum. Przez dwanaście miesięcy po wyjściu ze szpitala nawet mieszkał tam ze mną, wprowadzając powoli w tajniki swojej pracy. Wiedziałam, że gdzieś mieszka, ale nie spodziewałam się, że będzie to tak blisko siedziby jego prężnie działającego interesu.

Nie różniło się zbytnio od jego gabinetu. Ciemne, oświetlone jedynie marnym światłem ledowych lampek. Ciężkie, skórzane meble niemal zlewały się z kolorem ścian, przepych wyłaził z każdego zakątka tego mieszkania. Wymacałam na ścianie włącznik światła. Nie byłam w stanie uwierzyć, że można żyć cały czas w takich ciemnościach, i niemal krzyknęłam, gdy pomieszczenie rozjaśniło się od blasku żarówki.

Nie wydawało się już takie ciężkie jak wcześniej. Centralną część mieszkania stanowił sporych rozmiarów salon połączony z kuchnią. Po prawej znajdowało się troje drzwi. Uznałam, że te pierwsze prowadzą do łazienki, bo jako jedyne przyozdobione były prostokątną, mleczną szybką.

Zrzuciłam z siebie ubranie tuż po przekroczeniu progu i wskoczyłam pod ogromną deszczownicę. Odetchnęłam z ulgą, gdy ciepła woda otuliła moje ciało. Brud, krew i kurz spływały szarymi pasmami, tworząc niewielki wir wokół odpływu. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio brałam prysznic z takim namaszczeniem, ale zakrawało to niemal o erotyzm.

Nie miałam pojęcia, jak długo tak stałam, ale z tego stanu wyrwało mnie uporczywe pukanie do drzwi. Zakręciłam wodę i sięgnęłam po ręcznik, który leżał na blacie umywalki, starannie zwinięty w rulon.

- Przyniosłem ci ciuchy na zmianę, Madness. - Usłyszałam stłumiony głos ochroniarza.

Powstrzymałam kolejne przewrócenie oczami.

- Dzięki! - odkrzyknęłam, a chwilę później dotarło do mnie trzaśnięcie drzwi.

Madeleine. Maddie. Madness. Mad.

W tym miejscu miałam wiele imion i mimo dekady stażu wciąż nie rozumiałam, dlaczego ci, którzy mnie znali chociaż odrobinę, nazywali mnie szaleńcem. Wykonywałam swoje zadania sumiennie tak jak inni tropiciele i zabójcy, którzy byli na usługach Jean Luca. Nie byłam też jedyną kobietą w tym gronie, ale to właśnie do mojej osoby przylgnęła łatka psychopatki. W głębi duszy liczyłam na to, że to tylko wariacje i skrót od pełnego imienia. I jedynej rzeczy, którą pamiętałam.

Ubrania rzeczywiście czekały na mnie w salonie, a tuż obok nich czarny worek. Jasna bluza i dresowe spodnie nie przypominały żadnej z rzeczy, którą posiadałam w swojej garderobie. Zorientowałam się, do kogo należą, kiedy przeciągałam bluzę przez głowę; przyjemny, cedrowy zapach otulił moje zmysły i mimowolnie uśmiech wykwitł na mojej twarzy.

Zgarnęłam telefon do kieszeni czystych spodni. Pospiesznie pozbierałam stare, zakrwawione ubrania i wrzuciłam je do worka. Zawiązałam go szczelnie, odcinając tym samym możliwość dotarcia zgniłego odoru do mojego nosa i pustego żołądka. Byłam pewna, że jeżeli dzisiaj jeszcze choć raz poczuję ten smród, zwymiotuję na piękne, jasne panele, którymi było wyłożone mieszkanie Jean Luca.

Wyszłam na korytarz, wcisnęłam wór w ręce ochroniarza i zanim zdołał cokolwiek odpowiedzieć, puściłam się pędem w stronę schodów. Poczułam, jak moc trimisa przepływa przez całe moje ciało, jeszcze nim zdążyłam o niej pomyśleć. Przeskakiwałam po dwa schodki, by jak najszybciej opuścić ten przybytek przesiąknięty eterem i innymi substancjami, które mieszały się w jedną wielką chemiczną chmurę.

 

***

 

Wypadłam na zewnątrz, witając świeże powietrze z wdzięcznością. Zaciągnęłam się ozonem zwiastującym kolejną burzę i ruszyłam ku głównej ulicy, by zrobić w końcu te przeklęte zakupy. Nie cierpiałam chodzić do marketu w takim stanie, byłam pewna, że będę kupowała oczami. Skręciłam w prawo, by wtopić się między ludzi na Hold Street, choć w tym stroju mogłoby to graniczyć z cudem.

- Mad! - Usłyszałam swoje imię w skróconej formie.

Zerknęłam przez ramię. Ezra machał do mnie, oparty o czarnego SUV-a, o którym większość w tym mieście mogła jedynie pomarzyć.

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w jego stronę. Obszedł samochód i otworzył drzwi po stronie pasażera. Wślizgnęłam się na miejsce, delektując się ciepłem nagrzanego pojazdu. Dopiero wtedy odczułam różnicę w temperaturze panującej tu i na zewnątrz.

- Odwiozę cię - oświadczył, siadając po stronie kierowcy i zapinając pas. Zlustrował mnie uważnie, a uśmiech, który majaczył na jego przystojnej twarzy, zgasł natychmiast. - Maddie, oczy.

Zerknęłam w lusterko wsteczne i zamrugałam od razu, widząc płynne złoto, wywijające wesoło w tęczówkach. Skupiłam się na trimisie tańczącym w moim organizmie radosne tango, złapałam go za poły wyimaginowanego płaszcza i cisnęłam w otchłań umysłu, by zamknąć w klatce, z której nie powinien wychodzić za dnia. Przyjrzałam się dokładnie ciemnej tęczówce w poszukiwaniu złotych refleksów, ale na powrót wyglądały jak dwie czarne studnie.

Samochód ruszył. Dłoń Ezry wylądowała na moim udzie i ścisnęła je delikatnie. Zerkał na mnie co chwilę, zamiast skupić się na drodze. Robiło się coraz ciemniej, granatowe chmury przysłoniły zwykle smutne niebo, sprawiając, że noc nie jawiła się już jak coś odległego, a jak najbardziej realnego.

- Umieram z głodu - jęknęłam, kiedy mój żołądek po raz kolejny dał o sobie znać. Ezra prychnął wesoło pod nosem i zmienił pas, by zamiast do mojego mieszkania, zahaczyć najpierw o sklep. Jedno nie dawało mi spokoju. - Russeau po ciebie dzwonił?

- Nie. - Mięśnie jego szczęki napięły się nieznacznie. Dopiero wtedy zauważyłam, jak mocno linia żuchwy Ezry jest zarysowana. - Widziałem cię na monitoringu.

- Śledziłeś mnie? - Zmarszczyłam brwi. Mężczyzna zacisnął wargi w wąską linię. Jego dłoń na moim ciele zaczęła palić żywym ogniem, a puls przyspieszył momentalnie. - Ezro Cohenie, odpowiedz!

- Nie! - uniósł się i zatrzymał z piskiem opon, nim nieopatrznie wjechał innemu uczestnikowi ruchu w tył pojazdu. - Szukałem tego całego Duboisa. Zobaczyłem, że wychodzisz z wieżowca i podążyłem za tobą.

- Śledziłeś mnie. - Zmrużyłam oczy i skrzyżowałam ręce na piersi.

Ezra przejechał dłonią po twarzy, wypuszczając z płuc drżący oddech, po czym przeczesał włosy. Grzywka znów opadła mu na czoło.

Nie mogłam uwierzyć, że wykorzystał swoje umiejętności do śledzenia mnie! Do tej pory nasza relacja była dla mnie klarowna i oczywista. Żadnego martwienia się, głębszych uczuć czy jakichkolwiek ruchów, które mogłyby sugerować, że komuś zaczyna zależeć bardziej, niż powinno. Pracowaliśmy w niebezpiecznym środowisku, każdy dzień mógł być naszym ostatnim i nie potrzebowaliśmy dodatkowych zmartwień w postaci drugiej połówki.

Cohen wrzucił pierwszy bieg i ruszył wraz z pojawieniem się zielonego światła. Jechaliśmy w napiętej ciszy. Oparłam się o drzwi i oglądałam krajobraz za oknem. Wjechaliśmy do mniej zniszczonej części miasta. Zresztą, władze regularnie dbały o część handlową. Była motorem napędowym Down Town i to właśnie z handlu pozyskiwano największe podatki. W końcu każdy musiał jeść, ubrać się czy zadbać o higienę osobistą.

Wciąż szare, lecz zadbane budynki przesuwały się przed moimi oczami, rzucając krzykliwymi nazwami sklepów, salonów urody i restauracji. Niemal w każdym oknie wisiał ogromny neon, niektóre z nich migały w równych odstępach, przyprawiając mnie o jeszcze większy ból głowy.

Ezra skręcił w prawo i zaparkował na parkingu przy jednym z większych marketów, do którego ja rzadko zaglądałam. Znajdował się stosunkowo daleko od mojego mieszkania, a ja nie potrzebowałam wiele, dlatego zwykle wybierałam ten skromny, na Hold Street.

Czułam jego spojrzenie, więc zwróciłam się w stronę hakera. Wpatrywał się we mnie tymi czekoladowymi, przenikliwymi tęczówkami, a ja przeklinałam sama siebie w duchu, że nie potrafiłam patrzeć mu w oczy i denerwować się na jego coraz śmielsze poczynania.

- Maddie, posłuchaj - zaczął, ważąc każde słowo. - Po prostu mam wrażenie, że ten Dubois zrobi ci krzywdę. Mam złe przeczucia co do tego zlecenia.

- Przecież nie masz wpływu na decyzje Jean Luca. - Wzruszyłam ramionami. - Poza tym ustaliliśmy na początku, że...

- Tak, wiem, co ustaliliśmy - przerwał mi. Jego ręka znów wylądowała na moim kolanie. Ścisnął je delikatnie. - Nadal uważam, że nie powinnaś wykonywać tego zlecenia sama. Jeśli Nicola cię zabije, to będziesz ogromną stratą dla całej firmy. Nie mamy drugiego takiego cienia jak ty.

W mojej klatce piersiowej coś zakłuło boleśnie. Z jednej strony cieszyłam się, że nie kierował się wyłącznie swoimi uczuciami, a z drugiej, gdzieś tam w środku miałam nadzieję, że nie traktuje mnie jedynie jak idealnej maszyny do eliminowania potencjalnych wrogów Jean Luca Russeau. Mimo tego, co sobie obiecaliśmy, kiedy zaczynaliśmy się spotykać, pragnęłam przy nim czuć się po prostu chciana, nie dlatego, że byłam cennym narzędziem, a dlatego, że komuś zwyczajnie na mnie zależało.

Nie miałam innych bliskich niż Jean Luc. Nikt nigdy się o mnie nie upomniał, nie martwił, nie troszczył, nie zastanawiał się co u mnie i czy przypadkiem nie jestem zmęczona. Byłam prawdziwym cieniem. Trimisem bez korzeni, przyjaciół czy jakichkolwiek innych bliskich. Spotkania z Cohenem to jedyny moment, w którym mogłam zapomnieć o tym wszystkim, poczuć ciepło drugiego człowieka i zatracić się w tym, zapaść po sam czubek głowy.

Ezra chyba wyczuł, że mój zapał do kłótni przygasł, bo pochylił się, ujął mój podbródek w dwa palce i zmusił do ponownego spojrzenia mu w oczy. Wodził miękko wzrokiem po mojej twarzy, powstrzymując uśmiech powoli wpełzający na jego usta.

- Zabiłam potwora trzonkiem od parasolki - powiedziałam w końcu, gdy spojrzenie Ezry zaczęło mnie krępować. Chciałam, a wręcz musiałam mu uświadomić, że nic mi nie grozi ze strony kogokolwiek.

- Widziałem. Właściwie to cała ekipa widziała. - Przechylił delikatnie głowę, prezentując rząd równych, białych zębów.

- Więc o co ci chodzi?

- Kiedy oni "ochali" i "kurwiali", ja zwróciłem uwagę na coś innego na tym nagraniu i zamierzam ci to pokazać. Może w końcu zrozumiesz, dlaczego uważam, że Dubois stanowi zagrożenie.

 

***

 

Może mój gorący informatyk zrobił się nadopiekuńczy w ciągu ostatnich siedemdziesięciu trzech godzin, ale kiedy stanął w mojej kuchni i zaczął kroić warzywa, nie byłam w stanie oderwać od niego wzroku.

Zapomniałam o bożym świecie, nawet o tym, że roztrzaskałam łeb potworowi w biały dzień.

Jak na kogoś, kto całe dnie spędzał przed monitorem komputera, Ezra prezentował się nad wyraz znakomicie. Pod obszernymi ubraniami skrywał idealnie zarysowane mięśnie ramion i płaski, wyrzeźbiony brzuch. Spod pozornie niechlujnie założonej koszulki na ramiączkach wystawały dwa dołeczki u dołu pleców, tuż nad linią jeansów, luźno zwisających z wąskich bioder. Na szyi zawsze nosił srebrną pancerkę i okrągłą zawieszkę na czarnym rzemyku, której historii nigdy nie poznałam, choć wydawała się bardzo stara.

Wiedziałam, że Jean Luc wymagał od wszystkich pracowników niebywałej kondycji, w końcu pracowaliśmy w specyficznych warunkach, jednak żaden z informatyków, których poznałam, nie poświęcał tyle czasu na treningi, co Cohen. Wydawać by się mogło, że robi znacznie więcej niż wyszukiwanie informacji w sieci i usuwanie niewygodnych nagrań, które mogłyby zaszkodzić jego pracodawcy.

Ezra postawił przede mną talerz z parującym daniem. Zamrugałam, zaskoczona tym, jak szybko udało mu się przygotować posiłek, albo to ja tak bardzo zapatrzyłam się na niego, że nawet się nie zorientowałam, jak dużo czasu minęło. Uderzył mnie cudowny zapach ryżu smażonego z warzywami. Nie czekając na nic, wzięłam się za jedzenie i kiedy tylko włożyłam pierwszą porcję do ust, rozpłynęłam się niczym kostka lodu wrzucona do ognia.

- O Boże... - jęknęłam, bliska oralnego orgazmu. - Jakie to dobre!

Ezra zaśmiał się pod nosem, widząc moją reakcję. Siedział naprzeciwko mnie, w spokoju pałaszując swoją porcję.

- Na zdrowie.

- Gdybym wiedziała, że potrafisz tak dobrze gotować, to wykorzystałabym tę wiedzę dużo wcześniej. - Wycelowałam w niego widelcem.

- Gdybym wiedział, że potrzebujesz mnie bardziej w kuchni niż w łóżku, zaprosiłbym cię na kolację, a nie do klubu - odgryzł się, a w jego oczach pojawił się figlarny błysk.

- Trudne się wylosowało. - Wzniosłam oczy ku górze i udawałam, że się nad tym zastanawiam. - Da radę tu i tu?

- Pod warunkiem że zaczniesz z kimś współpracować przy sprawie Duboisa.

Momentalnie jedzenie stanęło mi w przełyku i nie chciało przejść dalej. Użyłam chyba całej swojej woli, by przełknąć narastającą, nerwową gulę. Odłożyłam widelec na blat i spojrzałam na niego z wyrzutem. Mina Ezry była poważna, w żadnym zakamarku gładkiej twarzy nie czaił się zawadiacki uśmiech czy błysk rozbawienia. Miałam wręcz wrażenie, że jego tęczówki pociemniały, a ciało napięło się, gotowe w każdej chwili odeprzeć werbalny atak. A ja wcale nie miałam ochoty go atakować, po prostu nie rozumiałam, dlaczego na to naciskał.

- Ezra, znamy się o tylu lat, dlaczego nagle zapragnąłeś doprowadzić mnie do szewskiej pasji? - sarknęłam. Czułam, że moc trimisa zaczyna majaczyć pod moją skórą. Nawet jeśli nie zamierzałam się wykłócać, to mój organizm miał całkowicie inne plany.

- Dobrze, że to podkreśliłaś. - Jego ton był spokojny. Przetarł usta chusteczką, po czym splótł ręce pod brodą. - Skoro znamy się tyle lat, to powinnaś wziąć pod uwagę moje zdanie, bo wiesz, że nigdy nie naciskam na coś bez powodu.

- Słucham więc. - Opadłam na oparcie krzesła i skrzyżowałam ręce na piersi.

Ezra westchnął i pokręcił głową, następnie podniósł się i ruszył w stronę korytarza. Nie powiodłam za nim spojrzeniem ani się nie odwróciłam. Wpatrywałam się za to w kwadratowe okno naprzeciw. Deszcz uderzał o szybę z taką siłą, jakby chciał ją rozbić. Aura nie sprzyjała dobremu nastrojowi, wręcz przeciwnie. Im dłużej przyglądałam się burzowym chmurom, tym bardziej miałam ochotę powlec się do sypialni i naciągnąć kołdrę po sam czubek głowy.

Po krótkiej chwili Ezra wyłonił się z ciemności korytarza, dzierżąc w rękach swój laptop. Odsunął mój talerz i postawił urządzenie przede mną. Pochylił się ponad moim ramieniem, a mnie omiotła ta obezwładniająca, cedrowa woń jego perfum. Wystukał kombinację cyfr na klawiaturze, ekran rozbłysł niebieskim światłem.

Dwa kliknięcia w touchpada później moim oczom ukazało się nagranie z kamery miejskiego monitoringu z momentu, w którym weszłam w ciemną uliczkę. Kolejne kliknięcie przełączyło na inną kamerę, znajdującą się wewnątrz wnęki między budynkami.

Moją uwagę przykuły wściekle błyszczące oczy. Było ciemno, ale kamera działała na podczerwień, więc obraz był czarno-biały. Błysk trimisowych tęczówek odcinał się wyraźnie od reszty otoczenia. Ba! Byłam pewna, że potwór doskonale je widział, w tym mroku jarzyły się jak latarnia morska wskazująca statkom ich cel podróży.

Ezra odchrząknął, wyrywając mnie z zamyślenia.

- Spójrz tu. - Zatrzymał nagranie i wskazał palcem miejsce naprzeciw jednego ze śmietników.

Zmarszczyłam brwi i przysunęłam twarz bliżej monitora. Z szarówki nagrania powoli wyłaniała się długa sylwetka, oparta o przeciwległy mur. Mężczyzna miał ręce założone na piersi i przyglądał mi się uważnie.

Wciągnęłam ze świstem powietrze w płuca, identyfikując tego człowieka. Przejrzałam dziesiątki zdjęć z nagrań, na których się pojawiał, rozpoznałabym go wszędzie. Tym razem krew odpłynęła mi z twarzy, a serce zwolniło praktycznie do zera.

- Czy to... - Głos uwiązł mi w gardle. Nie mogłam uwierzyć, że Nicola Dubois tam był i nawet się nie zorientowałam!

- Tak, ale poczekaj. - Ezra ponownie puścił nagranie.

Widziałam, jak mały kot wyłazi spomiędzy śmietników. Nicola odbił się od ściany i w dwóch krokach znalazł się tuż za mną. W tej samej chwili zamarłam i rozejrzałam się pospiesznie. Czułam, że coś jest nie tak, a mimo to nie spostrzegłam, że był tam ktoś jeszcze oprócz mnie. Dubois nachylił się ponad moim ramieniem i trwał tak przez moment, po czym się odsunął, a ja... Ja ruszyłam w stronę wyjścia, by po chwili odwrócić się i spojrzeć w górę. Później wszystko potoczyło się tak, jak zapamiętałam.

Mój puls przyspieszył niebezpiecznie, zakręciło mi się w głowie. Doskonale pamiętałam moment, w którym coś kazało mi podnieść głowę do góry. To nie był głos, coś nieznanego w moim wnętrzu niemal zmusiło mnie do tego ruchu.

Z szeroko otwartymi oczami odsunęłam się gwałtownie od blatu. Pokręciłam głową z niedowierzaniem, wpatrując się tępo w prostokątny ekran, w nagranie, na którym Nicola Dubois ze stoickim spokojem się przygląda, jak walczę z potworem, a później, jak gdyby nigdy nic, odchodzi niezauważony przez kogokolwiek.

Nie wiedziałam, ile czasu minęło, ale wyświetlacz w końcu zgasł, a Ezra odsunął się i oparł o blat wyspy z założonymi rękami. Patrzył na mnie z poważnym wyrazem twarzy, ale się nie odezwał. Czekał na moją reakcję, a ja właściwie nie wiedziałam, co ma powiedzieć. Zatkało mnie.

- Jak... - wydukałam w końcu, cały czas odtwarzałam w głowie nagranie niczym zacięta płyta. - Ktoś go widział oprócz ciebie?

- Nikt nie zwrócił na niego uwagi - odparł w końcu, a jego ramiona opadły. - Wydaje mi się, że dostrzegłem go jedynie dlatego, że o nim pomyślałem. Kiedy pokazałem nagranie Russeau, też go nie zauważył, dopóki mu nie powiedziałem.

Przygryzłam wargę skonsternowana. Jak miałam odnaleźć kogoś, kogo nie zauważyłam nawet w momencie, w którym stał obok mnie?

- Czym on, do diabła, jest? - jęknęłam i ukryłam twarz w dłoniach. Czułam wiercenie w skroni, ból głowy zbliżał się nieuchronnie.

- Nie mam pojęcia. Nie sprawdzałem jeszcze, ale jestem pewny, że znajdę go też na nagraniach z dostaw eteru, które zostały rzekomo przez niego skradzione. I uważam, że on doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dostałaś na niego zlecenie.

Szok powoli zamieniał się we wściekłość. Złość i gniew ogarniały całe moje ciało, łaskotały w koniuszki palców, powoli wypełniały wnętrze, sprawiając, że krew zaczynała wrzeć w żyłach. Powietrze dookoła naelektryzowało się delikatnie, nie byłam pewna, czy to przez moc trimisa, która uwolniła się bez większych przeszkód, czy przez pioruny, które przecięły granatowe od chmur niebo.

Ezra przywarł do mnie w mgnieniu oka, objął mocno silnymi ramionami. Cedr uderzył w moje nozdrza, ale nie miało to większego znaczenia.

Nicola Dubois się mną bawił. Zapewne z tym głupkowatym uśmiechem na ustach przyglądał się, jak byłam zmuszona roztrzaskać łeb zmutowanemu człowiekowi. Silniejszemu ode mnie, większemu. Z zainteresowaniem oglądał, jak walczę z torsjami wywołanymi odorem zgniłej krwi potwora. A ja go nie zauważyłam. Nie wyczułam jego energii, włoski na skórze nie stanęły dęba, tak jak to zwykle miało miejsce, kiedy inny trimis pojawiał się w mojej przestrzeni. Czym on jest, do cholery?!

Nie miałam więcej czasu na zastanawianie się i gotowanie we własnej wściekłości.

Ciepłe, miękkie wargi Ezry wylądowały na moich ustach. Nieświadomie, wręcz machinalnie rozchyliłam je bardziej, zapraszając jego język do gry, którą sam zaproponował. Przesunął ręce w dół i wcisnął je pod moje pośladki, po czym podniósł mnie i oparł o swoje biodra. Unosiłam się w powietrzu, lecz jedno przygryzienie dolnej wargi Ezry później, moje plecy odbiły się od ściany i przywarły do niej niemal w całości. Mężczyzna warknął złowrogo na ten agresywny gest, zacisnął mocno palce na skórze ud, a z mojego gardła wydarł się niekontrolowany jęk. Czułam, jak usta Ezry rozciągają się w triumfalnym uśmiechu, wypukłość między nogami uwydatniła się, jeszcze bardziej niż wcześniej.

Jeżeli Cohen nie był jednym z lepszych hakerów w tym mieście, to na pewno był mistrzem w odwracaniu mojej uwagi od niewygodnych tematów.

Kilka przyspieszonych oddechów później siedziałam na łóżku, pospiesznie pozbywając się kolejnych warstw ubrań z ciała Ezry. Mężczyzna nie był mi dłużny - chaotycznie błądził rękami po całym moim ciele, odrywając od niego usta tylko na chwilę, by pozbyć się niepożądanych części garderoby.

Odchyliłam głowę do tyłu, by dać mu lepszy dostęp do mojej szyi. Przygryzał ją całkowicie niedelikatnie, fragment po fragmencie, a przez moje ciało przepływały przyjemne dreszcze. W ruchach Ezry nie było żadnej delikatności, agresywnie badał każdą część mojego jestestwa, doprowadzając i tak skołatane myśli do szału.

Bez ostrzeżenia wciągnął mnie na swoje kolana i wypełnił mnie całą, nie dając nawet chwili do namysłu. Zacisnął palce na moich biodrach, jakby się bał, że zaraz ucieknę. Z moich ust wydobył się kolejny jęk, poprzedzony przyjemnym dreszczem rozlewającym się po kręgosłupie. Wygięłam się w łuk, wbijając paznokcie w nagie ramiona i poruszyłam biodrami, żądając więcej.

Chciałam jeszcze więcej.

I Ezra mógł mi to w tej chwili dać.

Rozdział 4

Resztę wieczoru, noc i niemal cały następny dzień kotłowałam się w łóżku, uprawiając seks z Ezrą w krótkich przerwach, kiedy akurat nie musiał spędzać czasu przed laptopem, wykonując powierzone mu przez Russeau zadania. Wpatrywałam się długimi godzinami w jego profil oświetlony niebieskim światłem monitora.

Skupiony wzrok wodził po ekranie. Ezra co jakiś czas zerkał na mnie z ukosa. Wtedy na przystojną twarz wypływał ledwo widoczny uśmiech, poprzedzony odgarnięciem przez niego niesfornego kosmyka z mojej twarzy, który usilnie wracał na swoje miejsce, bez względu na to, jak często Ezra zakładał go za ucho.

W końcu zwykła ludzka fizjologia zmusiła mnie do podniesienia się z łóżka. Skierowałam kroki od razu do łazienki, ogarnęłam potrzeby i wskoczyłam pod prysznic, by zmyć z siebie pot i kurz poprzedniego dnia. Wciąż czułam się poirytowana, ale byłam w stanie opanować emocje na tyle, by nie wrzeć z wściekłości. Dostrzegłam na półce żel pod prysznic Ezry, który zwykle znajdował się w szafce pod umywalką. Musiał się odświeżyć, kiedy zasnęłam.

Moje myśli wciąż krążyły wokół Nicoli. Nachodziło mnie coraz więcej wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście był trimisem, tak jak twierdzili Jean Luc i Ezra.

Przez dziesięć ostatnich lat poznałam ich wielu i żaden, nawet najstarszy z nich, nie miał tak rozwiniętych umiejętności. Trimisi dysponowali nadludzką siłą i szybkością, potrafili nagiąć czyjąś wolę, owinąć sobie zwykłego śmiertelnika wokół palca, wtapiać się w mrok. Wyczuwali niebezpieczeństwo z wielu kilometrów, bezbłędnie rozpoznawali demony nawet wtedy, gdy te ukrywały swoje moce. W końcu były jedynie kolejną mutacją ujawnioną po wielkim wybuchu, nijak miały się do biblijnych mieszkańców piekieł. Swoją nazwę zawdzięczały jedynie krwiście czerwonym tęczówkom. Potrafiliśmy rozpoznać potwory, kiedy te jeszcze przybierały ludzką postać. Odpowiednio wyszkoleni trimisi pomagali żołnierzom je wyeliminować.

Jednak żaden z moich pobratymców nie był na tyle zdolny, by oszukać któregokolwiek z nas. Czym więc był Nicola Dubois? Może Ezra miał rację i powinnam mieć kogoś do pomocy przy tym zadaniu? Niemniej, co zmieni dodatkowa osoba, skoro facet jest całkowicie poza czyimkolwiek zasięgiem?

Jedno było natomiast pewne - ja nie byłam dla niego żadną niewiadomą. Skoro odszukanie go graniczyło z cudem, należało sprawić, by to on chciał przyjść do mnie. Zabawa w kotka i myszkę nie leżała w mojej naturze, lecz tym razem nie miałam za bardzo wyboru.

Owinęłam się pospiesznie ręcznikiem i wybiegłam z łazienki, pozostawiając na podłodze mokre plamy. Wpadłam do sypialni, ale Ezry w niej nie było. Dopiero po chwili dotarł do mnie cudowny zapach świeżo parzonej kawy. Wytarłam się niedokładnie i zgarnęłam z poręczy krzesła koszulkę, która wylądowała na nim poprzedniego wieczoru. Naciągnęłam ją przez głowę, kierując się w stronę kuchni.

Ezra stał podparty ręką o blat wyspy kuchennej i wciąż wpatrywał się w ekran laptopa. W drugiej dłoni trzymał kubek z parującym naparem. Podniósł na mnie swoje śliczne oczy, podkreślone dodatkowo srebrnymi oprawkami. Przeszedł mnie niepokojący dreszcz, ale postanowiłam go zignorować. Haker uśmiechnął się, a na jego policzkach pojawiły się dwa urocze dołeczki.

- Dla ciebie też zrobiłem - powiedział, wskazując głową blat znajdujący się po przeciwnej stronie.

- Potrzebuję pół kilograma czystego, organicznego fentanylu i litr soli fizjologicznej - oświadczyłam, zanim zaczęło docierać do mnie, jak głupio to musiało zabrzmieć.

Ezra wyprostował się, odstawił kawę na blat, zdjął okulary i przetarł oczy, by na końcu ścisnąć dwoma palcami grzbiet nosa. Milczał, a ja przestępowałam z nogi na nogę, czekając na jego odpowiedź.

- Chcesz pozbawić życia połowę populacji tego miasta? - zapytał w końcu.

- Chcę ukołysać do snu tylko jednego człowieka - odpowiedziałam poważnym tonem.

Jedna brew Cohena poszybowała ku górze.

- Chyba do snu wiecznego.

Nie skomentowałam tego. Ezra parsknął i pokręcił głową z niedowierzaniem. Moja zacięta mina musiała uświadomić mu, że ja wcale nie żartuję, bo natychmiast spoważniał. Usiadł i wskazał drugie krzesło. Bez gadania zajęłam miejsce. Przysunął mi kubek z gorącym jeszcze napojem.

- Organiczne opioidy są bardzo ciężkie do zdobycia. I bardzo drogie - podsumował prawdopodobnie własne procesy myślowe, jakie zaszły w jego mózgu przez tę krótką chwilę, w której delektowałam się kawą.

- Wiem.- Po co ci aż pół kilo?

- Nie wiemy, czym jest Nicola Dubois. Nie wiem, ile będę potrzebowała, żeby go obezwładnić. - Wzruszyłam ramionami.

- Wystarczy niecałe trzy miligramy, żeby uśmiercić człowieka mojej postury.

- Ale on nie jest twojej postury. I prawdopodobnie nie jest człowiekiem. Skoro mnie śmiertelna dawka fentanylu jedynie otumania nieznacznie, to ile będzie potrzebował ktoś taki, jak on?

Ezra wydął usta. Niemal widziałam, jak trybiki w jego głowie się przesuwają, pracują na najwyższych obrotach, żeby tylko odkopać z czeluści umysłu jakiekolwiek dane, które pozwolą odwieść mnie od tego pomysłu.

- Na kiedy? - Wziął do ręki telefon i przesunął palcem po ekranie, zapewne wybierając numer do Jean Luca.

- Na... - Spojrzałam na cyfrowy zegarek znajdujący się przy piekarniku. - Na za cztery godziny.

Palec Ezry zamarł nad ekranem. Mężczyzna spojrzał na mnie jak na wariatkę. Otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale natychmiast je zamknął. Chyba zabrakło mu słów.

- No dobra. Zacznijmy od początku. - Wstał, obszedł wyspę i oparł się o blat jednym ramieniem, zrównując tym samym swoją twarz z moją. - Co się urodziło w tej twojej ślicznej główce?

 

***

 

Gdy już wszystko mu wyjaśniłam, mimo obiekcji Ezra zadzwonił do Jean Luca i złożył zamówienie na pół kilograma fentanylu. Nasz szef nie był zbytnio zadowolony z niniejszego pomysłu, a szczególnie z tego, w jakim czasie trzeba było zorganizować towar, obiecał jednak, że postara się zrobić wszystko, co w jego mocy, by dostarczyć narkotyk na czas.

Kiedy mówił, że mam dorwać Duboisa za wszelką cenę i przyprowadzić go żywego, to chyba rzeczywiście nie kłamał.

Ezra siedział na kanapie w salonie i uważnie wsłuchiwał się w każde moje słowo. Na ścianę ze zdjęciami i mapą trafiły kolejne wydruki - te z mojego starcia z potworem i dwa dodatkowe z przerzutów eteru w porcie - na których Cohen rzeczywiście odnalazł Nicolę. Powoli tłumaczyłam całą skomplikowaną siatkę moich podejrzeń.

Wpięliśmy dodatkowe pinezki w mapę. Zgodnie z moimi przypuszczeniami okazało się, że Nicola bardzo często kręcił się przy jednym z klubów w części miasta oddalonej od Hold Street o jakieś dwadzieścia pięć minut jazdy samochodem. Tam zamierzałam go złapać. A raczej się z nim spotkać.

- Jak daleko sięgają te dane? - zapytałam Ezrę, gdy mój wzrok przesuwał się powoli po mapie domniemanych wizyt Nicoli w mieście.

- Ostatni tydzień - odparł haker, stukając w klawiaturę. Ciąg liczb przesuwał się po szkłach jego okularów. - Dane z monitoringu co siedem dni są zrzucane na dyski zewnętrzne i przechowywane w archiwach ratusza.

- I zdołałeś zdobyć tego aż tyle? - Byłam w szoku.

Ezra kiwnął głową.

- Jeśli dobrze poszperam, to pewnie znajdę tego więcej. Dubois beztrosko przechadza się po mieście, pewny, że nikt nie będzie w stanie go odnaleźć.

Zastanowiłam się nad tym. Skoro do tej pory był taki nieuchwytny, to dlaczego nagle tak łatwo można było go namierzyć na kamerach?

- Jak długo Jean Luc próbuje go złapać? - Spojrzałam na niego znad kartek.

- Od lat. Jesteś ósmym zleceniobiorcą. Wszyscy inni albo się poddali, albo zniknęli.

Zacisnęłam usta w wąską linię. Stanęłam naprzeciw zdjęcia z przejścia dla pieszych, na którym Nicola wpatrywał się wprost w oko kamery i uśmiechał złowieszczo. Miałam poczucie, że patrzy wprost na mnie i kpi z moich poczynań. Było w nim coś znajomego, a równocześnie tak odległego, że nie byłam w stanie tego nazwać w żaden sposób.

Czy już się kiedyś spotkaliśmy?

Wydawało mi się, że doskonale znałam ten twór, który patrzył na mnie z kartki, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Być może to tylko złudzenie wywołane wieloma godzinami wpatrywania się w te zdjęcia.

Wiedziałam, jak wygląda, gdzie bywa i czym się zajmuje. Powoli stawaliśmy się kompanami w tej chorej grze, mimo że nie było mi dane stanąć z nim twarzą w twarz. Jednak sam Nicola nie miał problemu z tym, aby odnaleźć mnie. Nagranie z uliczki było na to ewidentnym dowodem. Wiedział, że go szukałam. Co, jeśli wiedział o każdym ruchu, jaki wykonywałam? Nie pamiętałam nic sprzed pobudki w szpitalu. Co, jeśli już kiedyś rzeczywiście się spotkaliśmy?

Próbowałam odnaleźć chociaż strzępki wspomnień sprzed wypadku, lecz jedyne, co dostałam, to ćmiący ból w potylicy. Skoro według lekarzy byłam trimisem od urodzenia, dlaczego nie posiadałam żadnych wspomnień? Mimowolnie sięgnęłam ręką do blizny na skroni. Po tylu latach nie była już tak widoczna jak kiedyś, ale pod palcami wciąż mogłam wyczuć wypukłość, którą pozostawiło uderzenie o... właśnie, o co?

- Myślę, że mogłam znać Nicolę Duboisa - powiedziałam w końcu bardziej do siebie niż do mojego towarzysza. Dotarł do mnie świst wciąganego w płuca powietrza. Odwróciłam się ku mężczyźnie. Ezra przyglądał mi się uważnie znad srebrnych oprawek. - Może zabrzmi to tak, jakbym miała ego wyjebane w kosmos, ale tak właśnie uważam. On czekał, aż ja dostanę to zlecenie.

Haker odłożył laptop na ławę i splótł ręce, opierając łokcie o uda. Jeżeli moje wyznanie w jakikolwiek sposób nim wstrząsnęło, nie dał po sobie tego zbytnio poznać. Jego twarz wciąż pozostawała niewzruszona, a oczy patrzyły na mnie przenikliwie.

- Właściwie to Jean Luc zaskoczył mnie, kiedy kazał podrzucić ci dokumenty. Już przy trzeciej próbie zaproponowałem mu, żebyś to ty odnalazła Duboisa, ale bardzo mocno się przed tym wzbraniał. A teraz, gdy już się poznaliśmy wystarczająco dobrze, wolałbym, żebyś tego nie robiła.

Zmarszczyłam brwi.

- Dlaczego?

- Bo widziałem, co robił z demonami. - Poprawił się na kanapie. - Wiesz, że zakres moich obowiązków jest dużo szerszy niż wyszukiwanie informacji.

Nie wiedziałam, choć się domyślałam.

- Po co Jean Luc dzwonił do ciebie wtedy, w nocy? - Mimowolnie wstrzymałam powietrze, choć po tym wyznaniu domyślałam się, jaka będzie odpowiedź.

- Kolejna dostawa eteru została splądrowana, a demony rozsmarowane po całym hangarze. Trudno było określić, kto zginął. Ustalaliśmy to po zebranych włosach i badaniach genetycznych, by władze mogły wykreślić te demony z rejestru obywateli, a i tak część z nich nie została zidentyfikowana. Trochę się obawiam, że możesz skończyć tak samo...

Szczęka opadła mi chyba na samą podłogę. Nie spodziewałam się, że Ezra okaże się taki wylewny w kwestii pracy. Nie miał problemu z opowiadaniem o tym, czym się zajmuje jako haker, ale pełny zakres jego obowiązków do tej pory był dla mnie jedną wielką niewiadomą. Tak samo jak wiedza na temat tego, czym dokładnie zajmuję się ja, nie leżała w obrębie jego zainteresowań.

Zastanawiałam się nad tym, dlaczego ktoś tak potężny jak Nicola potrzebuje eteru. Przecież na trimisów w ogóle nie oddziaływał. Może w dużych dawkach działał podobnie jak alkohol, ale ten przecież był ogólnodostępny. Drugą sprawą było likwidowanie demonów. Nie stanowiły dla trimisów żadnego zagrożenia ani dla ludzi, właściwie dla kogokolwiek. Trochę mniej udana mutacja po promieniotwórczym wybuchu, nic więcej.

Skoro miał jakieś porachunki z Jean Lukiem i wiedział, że jego sprawa została przydzielona mnie, dlaczego nie pozbył się mnie w tej ciemnej uliczce? Może liczył na to, że ten potwór załatwi sprawę za niego?

- O co mu chodzi? - zastanawiałam się na głos.

- Nie wiem, ale mam złe przeczucia. - Ezra wyciągnął rękę w moją stronę. Podeszłam do kanapy i opadłam obok niego, zatapiając się między poduszkami. Nie na długo jednak. Mężczyzna przyciągnął mnie do siebie i objął mocno w pasie. - Olej to, Jean Luc nie wyciągnie żadnych konsekwencji. Jesteś dla niego zbyt cennym towarem, by ryzykował twoje życie.

- Przecież śmierć jest wpisana w zawód tropicieli - mruknęłam, wyczuwając w jego słowach nutę hipokryzji. - Wcześniejszym zleceniobiorcom też to odradzałeś?

- Nie sypiałem z wcześniejszymi zleceniobiorcami - odbił piłeczkę i posłał mi zawadiacki uśmiech. - Nie byli tacy seksowni jak ty.

Zaśmiałam się pod nosem i ukryłam twarz w dłoniach. Ezra potrafił być niesamowicie przekonujący, ale nie tym razem. Im bardziej on namawiał mnie do zrezygnowania z tego zlecenia, tym bardziej ja chciałam je wykonać. Od dekady nie porzuciłam żadnego zadania i tym razem też nie zamierzałam tego robić.

Szczególnie że przez tego faceta zwyczajnie się zagotowałam. Perfidnie stał i mnie obserwował, a mi nawet przez myśl nie przeszło, że mógł być w tamtym miejscu ktoś jeszcze. Zastanawiałam się, czy alarm, który rozległ się w mojej głowie w tym momencie, dotyczył Nicoli Duboisa czy tego potwora, którym użyźniłam ziemię.

Cóż... Miałam nadzieję, że niebawem się tego dowiem.

 

***

 

Abbys mieściło się w tej obrzydliwie bogatej części Down Town. Specjalnie rozebrano kilka pobliskich bloków, by był centralną częścią Harper Street. Przyciągał uwagę właściwie każdego, kto tędy przechodził. Niestety, większość śmiertelników nie miała szansy nigdy znaleźć się w środku.

W Abbys bawiła się śmietanka całego podziemia i większość polityków, którzy mieli powiązania z półświatkiem. Lwia część trimisów i demonów również stanowiła nieodłączny element tego miejsca. Tu każdy mógł pozostać sobą, nikt nie pytał o status, bo było wiadomo, że to najwyższe szczeble hierarchii, do której nadludzie się nie zaliczali. Jak wskazywała nazwa, byli "nad".

Do tego klubu po raz pierwszy zajrzałam, kiedy Ezra zaprosił mnie na drinka. Wtedy stawiał sprawę bardzo jasno: wpisywałam się w jego preferencje wizualne i intelektualne, a jemu czasem przeszkadzało puste łóżko. Wspólne miejsce pracy ułatwiało sprawę, bo nie trzeba było tłumaczyć dziwnych pór, w jakich powinno się czasem tam zjawić. Pasowało mi takie rozwiązanie. Szczególnie że nad naturą trimisa nie dało się do końca zapanować, a lwia część mężczyzn, z którymi się spotykałam, po prostu uciekała, gdy zauważała tęczówki w kolorze płynnego miodu. Ezra nie miał z tym problemu, odniosłam nawet wrażenie, że fakt, iż byłam trimisem, kręcił go bardziej, niż powinien.

Wysiadłam z taksówki niedaleko Abbys i rozejrzałam się niespiesznie. Poprawiłam tren zbyt krótkiej, jak na mój gust, sukienki, po czym przeczesałam włosy, by sprawdzić, czy fiolka z fentanylem wciąż jest w nie wplątana, i ruszyłam w stronę wejścia. Nie usypiałam mocy w swoim wnętrzu, wręcz przeciwnie. Pozwoliłam jej dzisiejszej nocy przepływać przez ciało swobodnie. Nie mogłam zabrać ze sobą żadnej broni, przy wejściu natychmiast zostałaby mi odebrana, dlatego tego wieczoru byłam zmuszona polegać jedynie na swoich mocach i umiejętnościach. O ile w ogóle cokolwiek się wydarzy.

Zgodnie z tym, co obiecał Ezra, moje nazwisko znalazło się na liście VIP-ów i zostałam wpuszczona do środka bez zbędnych pytań. Nie obyło się bez przeszukania, ale tego się przecież spodziewałam. Pracownik odebrał ode mnie płaszcz zaraz za drzwiami. Zlustrował mnie od góry do dołu. Posłałam mu pytające spojrzenie, jednak nie uzyskałam żadnej odpowiedzi.

Otworzył przeszklone drzwi, a we mnie uderzył huk basów, typowy dla takich miejsc. Powstrzymałam się przed zakryciem rękami nadwrażliwych uszu i ruszyłam przed siebie.

Wnętrze Abbys było przemyślanym miksem nowoczesnego designu i klasycznej elegancji. Podłoga z czarnego marmuru połyskiwała w świetle kryształowych żyrandoli. Zwisały z wysokiego sufitu, choć były jedynie dodatkiem do ledowych, niebiesko-różowych pasków rozciągniętych pod sklepieniem. Wzdłuż ścian ciągnęły się aksamitne sofy w głębokich odcieniach bordo i szmaragdu, tworząc intymne zakątki dla rozmów i spotkań. Na środku sali znajdował się ogromny bar z podświetlanym onyksowym kontuarem, za którym stało pięciu niesamowicie eleganckich barmanów.

Trochę głębiej w odosobnionych lożach, ukrytych za ciężkimi zasłonami, toczyły się poważne rozmowy i negocjacje. Szeptane sekrety i podpisywane kontrakty były tutaj na porządku dziennym, a dyskrecja - świętością. Kelnerzy, ubrani w klasyczne, eleganckie uniformy, poruszali się bezszelestnie, dbając o to, by nikomu nie brakowało ani kropli eteru czy najlepszych przysmaków serwowanych przez kuchnię. I nie miałam tu na myśli jedzenia.

Część dla VIP-ów interesowała mnie najbardziej, sądziłam, że tam właśnie mogłabym odnaleźć Nicolę. Jean Luc nie zaopatrywał Abbys w narkotyki, z reguły ich dostawy były owiane tajemnicą, więc uznałam za wielce prawdopodobne, że to właśnie Dubois zarządza tym przybytkiem i jego towarem.

Muzyka zmieniła się na bardziej stonowaną, więc parkiet się przerzedził. Ruszyłam w stronę baru, żeby poobserwować najpierw otoczenie, a potem wślizgnąć się niepostrzeżenie między loże i poszukać swojego celu. Usiadłam na wysokim stołku. Uśmiechnięty barman podszedł do kontuaru i bez pytania o to, co podać, zaczął mieszać różnego rodzaju ciecze. Machnął kilka razy shakerem i przelał drinka do wysokiej szklanki, po czym postawił go przede mną.

- Na koszt firmy. - Puścił mi oczko i uśmiechnął się zawadiacko. - Klasyczna Bloody Mary.

Uniosłam brew i posłałam mu bliżej nieokreślony grymas. Pochyliłam się nad szklanką, wciągnęłam w płuca doskonale wyczuwalną woń eteru. Cóż, jednak nie była tak klasyczna, jak mówił.

Westchnęłam i obróciłam się bokiem do kontuaru, by rozejrzeć się po parkiecie. Muzyka ponownie przyspieszyła tempa, goście znów zbili się niemal w jeden organizm. Poruszali się w rytm piosenki, kobiety ocierały się o swoich partnerów, wyginając się niczym kocice, te ruchy zakrawały niemal na erotyzm. Właściwie nie zdziwiłoby mnie to, gdyby po kolejnych, eterycznych drinkach zaczęli się pieprzyć na środku. Bas dudnił w uszach, wprawiając w ruch nawet krew w moich żyłach.

W klubie robiło się coraz goręcej. Klimatyzatory nie były w stanie przemielić wystarczającej ilości powietrza. Sukienka już po kilku minutach zaczęła przyklejać mi się do pleców. Powoli, metodycznie sondowałam przestrzeń w poszukiwaniu Duboisa. Dostrzegłam kilka znajomych twarzy, ale nie tę, o którą mi chodziło.

Poczułam na plecach czyjąś obecność, nie zamierzałam się jednak odwracać. Sądząc po reakcji barmana na moje przybycie, ktoś najprawdopodobniej zawiesił na mnie oko. Nie byłam w Abbys po to, by się zabawić. Postanowiłam zignorować interesanta, zanim jeszcze cokolwiek zdecydował zrobić.

- Zatańczymy? - szepnął mi do ucha, pochyliwszy się nad moim ramieniem. Omiótł mnie całkiem przyjemny, orzeźwiający zapach cytrusów.

- Nie mam ochoty, poza tym czekam na kogoś - odparłam i odsunęłam się nieznacznie. Chciałam dać mu do zrozumienia, że naprawdę nie jestem zainteresowana.

- Wiem, czekasz na mnie.

Co za arogant!

Zmarszczyłam brwi i zerknęłam w stronę mężczyzny, gotowa zgasić jego entuzjazm. Gwałtownie wciągnęłam powietrze w płuca, zjechałam z hokera i przycisnęłam plecy do kontuaru.

Dobrze mi znana, przystojna twarz rozciągała się w delikatnym uśmiechu, ciemne oczy w kształcie migdałów przyglądały mi się z rozbawieniem. Po lewej stronie nad górną wargą miał niewielki pieprzyk, którego nie zauważyłam na żadnym ze zdjęć monitoringu. I był naprawdę wysoki. Sięgałam mu co najwyżej do piersi.

Nicola zaczesał zdecydowanie zbyt długą grzywkę do tyłu, po czym splótł ręce za plecami. Czarna koszula idealnie przylegała do smukłej sylwetki, w mdłym świetle klubu niemal stapiała się z równie ciemnymi spodniami.

Spięłam wszystkie mięśnie, gotowa się bronić, gdyby mnie zaatakował. Nie wiedziałam, jak daleko sięgają jego macki, więc nie byłam do końca pewna, czy ktokolwiek zwróciłby uwagę, jeśliby wysmarował moimi wnętrznościami podłogę.

- Nie daj się prosić, Madeleine. - Usłyszałam niski głos we własnej głowie, choć Nicola nie poruszył ustami ani razu. - Tylko jeden taniec.

- Chyba żartujesz - wydukałam zdezorientowana. Rozejrzałam się po sali, chcąc sprawdzić, czy ktoś oprócz mnie zauważył Duboisa, ale albo był tak częstym bywalcem Abbys, że nie robił na nikim wrażenia, albo rzeczywiście nikt go nie widział.

- Wszyscy mnie widzą - odpowiedział Nicola na moje wewnętrzne wątpliwości.

Zadarłam głowę do góry i zmrużyłam oczy.

- Wyjdź - warknęłam przez zaciśnięte zęby. Nie byłam pewna, czy naprawdę był w moim umyśle.

Mężczyzna zaśmiał się i potrząsnął głową. Wyciągnął rękę w moją stronę i czekał.

Czy on naprawdę chciał ze mną zatańczyć?

Przygryzłam wargę, zastanawiając się, czy to aby na pewno nie była pułapka i nie wyrwie mi rąk przy pierwszej lepszej okazji. Dotarło do mnie, że moje palce cały czas zaciskały się na krawędzi blatu, aż pobielały kostki. Opuściłam ręce wzdłuż ciała. Cały organizm dawał znać, że w pobliżu czai się niebezpieczeństwo, natomiast alarm w mojej głowie milczał zawzięcie. Nawet jednego czerwonego mignięcia, żadnego wściekłego wycia. Nic, co moc trimisa zwykle wyłapywała w ciągu kilku sekund, kiedy cokolwiek mogło stanowić dla mnie jakiekolwiek zagrożenie.

Dubois westchnął teatralnie i przewrócił oczami. Widocznie zastanawiałam się zbyt długo. Nieznana siła oplotła moje ramiona i posunęła się powoli w dół, by dotrzeć do nóg. Po chwili, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, całe moje ciało przemieściło się do przodu.

Szarpnęłam się, ale jedynie wewnętrznie. Otworzyłam szerzej oczy, kiedy moja ręka sama powędrowała ku wyciągniętej dłoni Nicoli. Ujął ją delikatnie i przyciągnął mnie do siebie. Drugą objął mnie w talii i poprowadził na sam środek parkietu.

Czułam się jak w pułapce. Panicznie próbowałam wydostać się spod jego wpływu, nie byłam jednak w stanie. Chciałam krzyczeć, ale usta się nie otwierały. Żołądek ścisnął się w supeł, serce podeszło do gardła.

Orzeźwiający zapach perfum Nicoli znów uderzył w moje nozdrza, gdy mężczyzna przyciągnął mnie do siebie. Jego dłoń zaczęła powoli sunąć po mojej talii ku górze. Przeszedł mnie dreszcz, kiedy chłodne palce musnęły obojczyk i szyję, by znaleźć się na mojej brodzie i unieść ją delikatnie ku górze. Spojrzał mi w oczy i w tej samej chwili moc trimisa zwinęła się w kłębek w samym środku mojej klatki piersiowej, a uczucie braku kontroli opuściło moje ciało. Zachłysnęłam się tym niespodziewanym doznaniem.

- Co ty... - zaczęłam, ale właściwie nie miałam pojęcia, czym było to doświadczenie.

- Mówiłem, że chcę tylko z tobą zatańczyć, Madeleine. - Sprawnie obrócił mnie o sto osiemdziesiąt stopni i przywarł do moich pleców całym ciałem. Miałam wrażenie, że odbiłam się od betonowego muru. Subtelnym ruchem odgarnął włosy z mojej szyi i pochylił się tak, że nasze twarze były niemal na równej wysokości. - Prosiłem o zbyt wiele?

- Jesteś bezczelny - syknęłam. W środku gotowałam się z wściekłości. - Mam na ciebie zlecenie.

- Owszem.

- Nie boisz się?

- Wiem, że nic mi nie zrobisz - odparł pewnym tonem.

- Niby skąd? - Moja brew poszybowała do góry. Jego ręce niebezpiecznie mocno zaciskały się na mojej talii. Znów obrócił mnie przodem do siebie, po czym wplótł palce we włosy na karku i sprawnym ruchem wyciągnął fiolkę z fentanylem.

- Wiem o tobie wszystko, Madeleine. - Uśmiechnął się, lecz ten uśmiech nie dotarł do jego oczu, ciemniejszych niż sama otchłań. Wyrzucił fiolkę za siebie i na powrót objął mnie obiema rękami.

Przyłożyłam dłonie do torsu Nicoli, by chociaż w niewielkim stopniu zachować dystans. Wciąż nie wiedziałam, jakie ma zamiary. Zacisnęłam usta, całkowicie zbita z tropu.

Niebezpieczny osobnik, złodziej, morderca, trimis, wróg numer jeden Jean Luca. Obracał mnie właśnie po raz kolejny w rytm klubowej muzyki. Wpatrywał się we mnie tymi ciemnymi, przenikliwymi oczami, jakby znał każdą myśl, każdy kolejny ruch, jaki zamierzałam wykonać.

- Skoro wiesz o mnie wszystko, to na pewno wiesz też o tym, że moje zadania zawsze kończą się sukcesem - skontrowałam.

- Nie tym razem, skarbie.

- Czyżby?

Nicola chwycił moją rękę, uniósł do góry i okręcił mnie wokół własnej osi. Ten ruch był tak niespodziewany, że się zachwiałam. Muzyka ustała.

Silne uderzenie w klatkę piersiową wyrwało powietrze z moich płuc. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, kiedy desperacko próbowałam je zaczerpnąć. Moje plecy obiły się o ścianę. Bolesne jęknięcie opuściło moje usta, a chłodne palce zacisnęły się na mojej szyi.

Zamrugałam. To nie mnie się zrobiło ciemno przed oczami, tylko w pomieszczeniu naprawdę panował mrok. Mokry zapach wilgoci i chłód zaatakowały wyostrzone zmysły.

- Och, Madeleine... - Szept rozszedł się po moim ciele niczym lodowaty podmuch. - Kiedyś wiedziałaś, na co mnie stać, a teraz mnie nie doceniasz.

- Co ty... - zaczęłam, ale palec wylądował na moich ustach. Ogarnął mnie bezbrzeżny niepokój, całkowicie straciłam orientację, nie wiedziałam, co się dzieje.

- Cii. To ciche miejsce. - Palec z ust zjechał powoli niżej, na brodę.

Coś ciężkiego osiadło w moim umyśle. Jakby Nicola nałożył na moją głowę grube szkło w kolorze karmazynu. Widziałam go wyraźnie, choć w szkarłatnych barwach. Wpatrywał się we mnie z tym głupim uśmiechem, który doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Warknęłam zezłoszczona i w tym samym momencie coś poruszyło się nad ramieniem Duboisa. Wyciągnęłam szyję, by sprawdzić, co to było.

Moje serce zwolniło, nogi miałam jak z waty i gdyby nie to, że Nicola przyciskał mnie do ściany, upadłabym na podłogę z głośnym hukiem. Co najmniej tuzin potworów znajdowało się za plecami Duboisa, kiwały się z prawej do lewej niczym w transie. Zgarbione, lekko pochylone do przodu, zdeformowane do granic możliwości. Ich pokraczne, wyciągnięte szpony haczyły o betonową posadzkę, te, które miały oczy, mimo że jak u śniętej ryby, wpatrywały się w bliżej nieokreślony punkt.

Przełknęłam głośno ślinę. Mutanty wyprostowały się natychmiast, a ich głowy skierowały się w stronę dźwięku. Zakryłam usta dłonią, by powstrzymać pisk, chcący wydobyć się z mojego gardła. Krew odpłynęła mi z twarzy i umościła się gdzieś w okolicy stóp.

Pomieszczenie znów ogarnęła ciemność. Nicola zachichotał, dźwięk odbił się echem od wysokich ścian. Jednak zmutowane istoty nie zareagowały. Jego dłoń zniknęła z mojej szyi, pozostawiając po sobie jedynie nieprzyjemne uczucie pustki. Odcięta od najważniejszego w tej sytuacji zmysłu zadrżałam niekontrolowanie.

- Wiesz, Madeleine, wydaje mi się, że powinnaś poważnie porozmawiać ze swoim pracodawcą, bo mam wrażenie, że nie powiedział ci wszystkiego.

Głos Duboisa dochodził zewsząd. Rozejrzałam się, choć wiedziałam, że nie ma to zbyt dużego sensu. Chciałam mu odpowiedzieć lub zadać jakiekolwiek pytanie, widząc jednak, jak bardzo te potwory miały wyczulony słuch, wolałam nie ryzykować.

Jak my się, do cholery, w ogóle znaleźliśmy w tym miejscu?

- Powiem ci coś, kochanie. - Tym razem szept dotarł do mnie z lewej. Odwróciłam głowę w tamtą stronę, a ciepły oddech omiótł moją twarz, kiedy Nicola mówił dalej: - Gdyby nie ja, od dawna użyźniałabyś glebę swoim ponętnym ciałkiem. Myślisz, że Russeau trafił na ciebie przez przypadek? Nic, co od dziesięciu lat działo się w twoim życiu, nie było przypadkiem.

Wielki gwóźdź wbijał się w moją czaszkę, powodując potworny ból. Piszczało mi w uszach, umysł zionął pustką, a klatka piersiowa zacisnęła się dotkliwie, jakby znalazła się w imadle. Dłoń mężczyzny wylądowała na moich ustach, zanim wydobył się z nich koszmarny ryk. Wściekłość odbierała mi zdolność myślenia, kontrolowania swoich odruchów. Niespodziewanie poczułam łzy na policzkach. Spływały powoli, mocząc mankiet koszuli Duboisa.

O czym ten psychopata mówił?! Byłam pewna, że nabija się ze mnie, specjalnie prowokuje, by ogarnęła mnie złość. I udało mu się to. Udało mu się to w momencie, w którym zobaczyłam go na kamerach monitoringu, jak stoi i przygląda mi się bez cienia skrępowania. W jeszcze większy szał wpadłam, gdy podszedł mnie w klubie bez najmniejszego problemu. A teraz... Teraz próbował zniszczyć mój światopogląd, który budowałam przez całą tę dekadę. Pstryknął palcami, jakby moje jestestwo było jedynie domkiem zbudowanym z kart i zburzył go jednym prostym ruchem, wykonanym wręcz od niechcenia.

- Wściekaj się, Madeleine - mruknął mi wprost do ucha. Jego dłoń przesunęła się powoli z moich ust z powrotem na szyję. Jeden spazmatyczny oddech później ciepło ciała Nicoli rozeszło się po moich plecach. Objął mnie szczelnie ramionami, orzeźwiająca bryza zmąciła moje zmysły. Ostre światło oślepiło mnie, lecz już po chwili wyraźnie widziałam przed sobą tuzin powykręcanych, zaropiałych ciał. - Wściekaj się jak nigdy dotąd. Wtedy jesteś najskuteczniejsza, skarbie. Pokaż, na co cię stać.

Dubois wsunął w moją dłoń owalny przedmiot. Chwyciłam go pewnie, palcem wymacałam początek ostrza. Po co Nicola dawał mi nóż?

Nie dane mi było się długo nad tym zastanawiać. Mężczyzna pchnął mnie delikatnie do przodu. Potknęłam się, ale zdołałam utrzymać równowagę. Spojrzałam na niego wściekła i już byłam gotowa go zaatakować, kiedy zrobił coś niespodziewanego.

Klasnął.

Dźwięk poniósł się echem po pomieszczeniu. Ciszę przerwało przeraźliwe szuranie szponów o beton. Przełknęłam głośno ślinę i powoli odwróciłam się z powrotem w stronę potworów. Dwanaście owrzodziałych twarzy wpatrywało się we mnie, a przynajmniej te, które miały oczy. Jednak każda z nich była zwrócona w moją stronę.

Nie wiem, skąd miałam pewność, że Nicola Dubois już za mną nie stoi. Po prostu czułam to w kościach. Tak samo jak moc trimisa rozlewającą się po moim ciele. Moje oczy rozbłysły złotym światłem. Przyjęłam pozycję, wyciągnęłam nóż przed siebie i wzięłam głęboki wdech.

Nicola Dubois właśnie pozostawił mnie sam na sam z tuzinem wygłodniałych mutantów.

Rozdział 5

- Dane.

- Madeleine Russeau.

- Często się spotykamy, Russeau. - Żołnierz spojrzał na mnie znad wyświetlacza telefonu. Wzruszyłam ramionami i syknęłam. Wszystko mnie bolało. - Co tu robiłaś? To teren wysoce skażony.

- Uwierzysz, jeśli powiem, że to sprawka Nicoli Duboisa? - Uniosłam brew, a kawałek nadgniłego mięsa zsunął się z czubka mojej głowy. Zgarnęłam go niedbale i otrzepałam rękę z resztek.

Żołnierz wpatrywał się we mnie przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale nie odpowiedział na moje pytanie. Prawą stronę jego oblicza oświetlały niebieskie światła radiowozu. Część służb kręciła się po opuszczonym budynku, z którego wyszłam. Inni ciągali nosze z resztkami mutantów, jeszcze inni robili im zdjęcia i zapisywali coś skrzętnie w swoich małych, skórzanych notesikach.

Nie wiedziałam, czy to pech czy może łut szczęścia, że na nich trafiłam. Bezpiecznie założyłam, że to nie był przypadek. Budynek znajdował się zbyt daleko od miasta, by ktokolwiek patrolował tę okolicę. Zresztą, tak jak powiedział żołnierz - teren był wysoce skażony i należał przede wszystkim do potworów.

- Masz szczęście, Russeau, że znam się z twoim szefem, bo skończyłabyś w celi już dawno - powiedział żołnierz i wystukał coś na telefonie. Przerwałam mu w połowie szybkim ruchem dłoni. Byłam niemal pewna, że wybierał numer Jean Luca. Zmarszczył brwi.

- Zadzwoń do kogoś innego - poprosiłam. Mój głos wydawał się taki obcy i odległy. Wyprany z emocji.

Żołnierz westchnął i przetarł czoło ręką.

- Nazwisko?

- Ezra Cohen.

Brew służbisty się uniosła, ale nie zadawał dodatkowych pytań. Spędził nad wyświetlaczem odrobinę więcej czasu niż poprzednio i wykonał szybki telefon z rozkazem odnalezienia kontaktu do Ezry. Rozłączył się i kiwnął głową w moją stronę. Konkretny facet. Może byśmy się nawet polubili.

Podniosłam się z omszałego pustaka, na którym spędziłam ostatnie dwie godziny, i okryłam się szczelniej przeogromną kurtką. Należała do jednego z wojskowych. Zastanawiałam się, czy wszystkich traktują tak miło, czy jestem jakimś wyjątkowym przypadkiem.

Bolesne stęknięcie opuściło moje usta. Zgięłam się wpół, czując promieniujący ból w prawym boku. Adrenalina zaczęła ze mnie schodzić i w tym momencie uświadomiłam sobie, jak wiele ran odniosłam.

Spojrzałam na horyzont. Szarówka powoli przeistaczała się w brzoskwiniowo-różowy wschód słońca. Wysoko na sklepieniu wciąż wisiał granat upstrzony setkami drobniutkich, białych kropeczek. Trawa była tu wysoka, soczyście zielona, pachniało ziemią, mchem i mokrą korą drzew. Tak odmienne zapachy od tego, co czułam w Down Town.

Przywodziły mi na myśl coś. Nie byłam pewna, co takiego, ale po mojej głowie krążyła taka właśnie myśl. Zaskoczyło mnie to, bo nigdy wcześniej nie doświadczyłam niczego podobnego. Mój umysł był pusty, miałam niewiele wspomnień, które chciałam kolekcjonować.

Wciąż frapowałam się, co Nicola Dubois miał na myśli, mówiąc, że nic w moim życiu po wypadku nie było przypadkiem. Pociągał za sznurki? Przyczynił się do utraty przeze mnie pamięci? Czy podsunął Jean Lucowi pomysł, by mnie zwerbował?

Miałam masę pytań do mojego pracodawcy. Wyglądało na to, że znali się z Duboisem doskonale, a ja dostałam jedynie strzępki informacji. Nic dziwnego zatem, że poprzedni zleceniobiorcy nie mieli szans w starciu z Nicolą albo się poddawali, skoro sam zleceniodawca utrudniał im pracę.

Najbardziej jednak bolało mnie to, że Nicola wiedział o mnie coś, czego nie wiedziałam ja. Miał nade mną przewagę nie tylko jako trimis, choć coraz mniej wierzyłam w to, że nim jest. Trimisi nie mieli takich umiejętności.

Miał informacje, których zwyczajnie potrzebowałam od lat. Czułam, że nie kłamał. Nie miałam pojęcia, skąd we mnie ta pewność, ale gdzieś w środku tliło się to silne przeczucie, nagrzewało coraz bardziej, mąciło spokój i ćmiło z tyłu czaszki, doprowadzając do szału.

- Madness! - Ezra wyrwał mnie bestialsko z potoku myśli, przez co się wzdrygnęłam. Słońce wisiało już całkiem wysoko na niebie. Odwróciłam się. Cohen zamknął za sobą drzwi SUV-a i już pędził w moją stronę. Przerażenie wymalowane na jego obliczu pozwalało mi twierdzić, że musiałam wyglądać okropnie. - Chryste, Maddie...

Objął mnie mocno, nie zważając na resztki mutantów i krew, które miałam na sobie. Jęknęłam z bólu, a on odsunął się na długość ramienia i próbował obejrzeć pobieżnie. Czułam, że nie tylko bok miałam porządnie przetarty.

- Jest dobrze - mruknęłam, ale w moim głosie brakowało pewności. Wciąż wydawał się odległy, czułam się całkowicie odrealniona, jakby wraz z odebraniem kontroli nad ciałem, Nicola Dubois zabrał mi coś jeszcze.

- Nie wyglądasz, jakby było dobrze. - Cohen zsunął z moich ramion żołnierską kurtkę, po czym zacisnął usta, a krew odpłynęła mu z twarzy. - Maddie, co ci się stało?

- Potwory - odparłam mechanicznie.

- Walczyłaś z potworem? Znowu?

- Z potworami. Dwunastoma.

Ezra zamrugał, jakby nie zrozumiał, co do niego powiedziałam. Bez rozwlekania tematu ruszyłam w stronę samochodu, choć to za dużo powiedziane. Mimo że moje ciało już się regenerowało, to wciąż potrzebowało dłuższej chwili, by ten proces się zakończył. Powinnam umyć się i położyć do łóżka, przespać następne dwanaście godzin i zjeść porządny posiłek.

Miałam jednak ważniejsze rzeczy do załatwienia. To nie mogło zwyczajnie poczekać.

 

***

 

Dłuższą chwilę jechaliśmy w milczeniu. Ezra co jakiś czas zerkał w moją stronę, ale nie rozpoczynał tematu. Uznał, że nie chcę rozmawiać albo po prostu wyglądałam tak źle, że zastanawiał się nad tym, czy przypadkiem nie odwieźć mnie do szpitala.

Spojrzałam w końcu w lusterko. Moja zwykle blada twarz była teraz jedną wielką ciemną plamą, upstrzoną brejowatymi kawałkami. Krew mutantów zaschła na włosach, sklejając je w grube pasma. Płynny miód poruszał się chaotycznie po moich tęczówkach niczym dzikie, zniecierpliwione zwierzę, gotowe w każdej chwili zaatakować.

Na moim obliczu tyle się działo, a ja nie czułam absolutnie nic. Puste naczynie, opakowanie na wnętrzności, nic więcej. Wyczuwałam gdzieś w meandrach swojego umysłu odrobinę gniewu, lecz nie był tak samo silny, jak w momencie, w którym Nicola zostawił mnie w tamtym budynku.

Pieprzony Nicola Dubois!

- Gdzie leży broń? - zapytałam, spoglądając w okno. Wjeżdżaliśmy właśnie do miasta. Po lewej majaczyło Abbys.

- Skąd wiesz, że mam w samochodzie broń? - rzucił niespokojnie. Zerknęłam na niego i zacisnęłam usta w wąską linię. Patrząc na charakter jego pracy, nie miałam wątpliwości, że ma w samochodzie spluwę. - Z tyłu. Pod siedzeniem.

Odpięłam pas i wychyliłam się za oparcie kierowcy. Podparłam się jedną ręką o ramię Ezry, a drugą wymacałam pistolet. Elegancki colt z drewnianą rączką wyglądał na często używany.

- Zatrzymaj się pod siedzibą - zażądałam, sprawdzając, czy był naładowany.

Był.

- Co ty chcesz zrobić? - Cohen zatrzymał samochód na poboczu. Nie zamierzałam mu odpowiadać, więc wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę, nim znów zaczął mówić. - Mad, cokolwiek się tam stało, nie powinnaś działać pod wpływem emocji.

- Emocji? - parsknęłam. - Jestem "wykurwiście" spokojna, Ezra. Muszę tylko zasięgnąć informacji.

- I potrzebujesz do tego broni? Od razu cię zdejmą!

- Nie zdążą. - Trimis pod moją skórą zatańczył nad wyraz agresywnie.

Ezra na przemian zaciskał i rozluźniał dłonie na kierownicy. Delikatne światło poranka odbijało się jasną łuną od srebrnych oprawek okularów korekcyjnych. Na jego twarzy odmalowało się zmęczenie, oczy miał zaszklone, a pod nimi całkiem spore sińce. W pewnym momencie zdjął z nosa oprawki, a drugą ręką ścisnął jego nasadę. Wziął głęboki wdech, po czym powoli wypuścił powietrze z płuc.

- Co tam się wydarzyło? - zapytał poważnym tonem. - Miałaś być w Abbys.

- Byłam. - Opadłam na fotel pasażera i podparłam głowę ręką. - Spotkałam Duboisa.

- I to miejsce jeszcze stoi? - zdziwił się.

- Chciał ze mną zatańczyć. - Zaśmiałam się. To brzmiało tak absurdalnie. - Powiedział, że wie o mnie wszystko. I że to dzięki niemu znalazłam się pod opieką Russeau. A potem przeniósł nas do tego opuszczonego budynku i zostawił mnie samą razem z tuzinem wygłodniałych, zmutowanych potworów.

- Kurwa...

- Żebyś wiedział.

Cohen wrzucił pierwszy bieg i ruszył dalej. Jechaliśmy w milczeniu następne piętnaście minut, by zatrzymać się na Hold Street między dwoma obskurnymi budynkami handlowymi. Przynajmniej oficjalnie.

Bez zbędnych słów wysiadłam z samochodu i ruszyłam ku dobrze mi znanym, mahoniowym drzwiom. Mój organizm powoli wracał do ustawień fabrycznych, w boku kłuło coraz mniej. Dlatego doszłam do wniosku, że cokolwiek się wydarzy, dam radę. Nacisnęłam klamkę, ale drzwi nie ustąpiły. Nie zdziwiło mnie to zbytnio, było bardzo wcześnie, szansa na to, że oprócz ochrony i Jean Luca znajdował się tu ktoś jeszcze, była znikoma.

Wzięłam głęboki wdech i cofnęłam się o krok. Trimis załaskotał mnie w podbrzuszu, miałam wrażenie, że moja zmutowana natura była bardziej podekscytowana niż ja sama. Wykonałam półobrót i wyrzuciłam nogę do przodu. Drzwi zaskrzypiały złowieszczo, ale nie ustąpiły. Czułam, jak ponownie zaczynam gotować się z wściekłości.

Zamordowałam tuzin pierdolonych potworów, nie pokona mnie jebany kawałek deski!

Zamachnęłam się po raz drugi, włożyłam w ten ruch całą swoją moc, jaką udało mi się skumulować w ciągu tych kilku sekund. Drzwi nie stawiały tym razem żadnego oporu, rozpadły się na dwie, niemal równe części. Echo pękającego drewna poniosło się po ciemnej uliczce.

Weszłam do środka. Cisza wypełniła błogo moje uszy, eter uderzył w nozdrza ze zdwojoną siłą, wentylatory wciąż były wyłączone. Dopiero za kilka godzin przyjdzie ktoś, kto pomyśli o tym, by je odpalić i wygonić nieprzyjemny, chemiczny zapach. Chociaż na chwilę, zanim pracownicy znów zaczną go pakować.

W pierwszym odruchu chciałam pójść na górę, prosto do gabinetu mojego pracodawcy, ale zmieniłam zdanie. Byłam pewna, że skoro nocą pracuje na najwyższych obrotach, o tej porze będzie się przewracał w łóżku na drugi bok.

Spojrzałam na drzwi prowadzące na klatkę schodową. Mogłam się tamtędy dostać bezszelestnie na poziom minus dwa, ale przecież nie o to mi chodziło. Nacisnęłam przycisk na panelu windy i cierpliwie czekałam, aż drzwi rozsuną się przede mną. Szeroka pierś wyrosła przed moimi oczami wraz z charakterystycznym piknięciem przesuwanych, metalowych paneli. Ochroniarz wycelował broń prosto w moją klatkę piersiową, jednak jego czoło zmarszczyło się okrutnie, kiedy zorientował się, do kogo mierzy.

- Madness? - zapytał zszokowany i opuścił broń. Weszłam do windy, nacisnęłam na panelu przycisk podpisany "minus dwa". Ochroniarz wpatrywał się we mnie przez chwilę, więc posłałam mu krzywy uśmiech. - Czemu...

Nie dokończył. Zamachnęłam się szybciej, niż on zdążył mrugnąć, i wycelowałam pięścią prosto w jego nos. Kość chrupnęła nieprzyjemnie, mężczyzna zatoczył się do tyłu na ścianę windy i osunął się po niej, nieprzytomny.

Trochę się zawiodłam. Nie sądziłam, że padnie od jednego ciosu.

Winda zatrzymała się z lekkim szarpnięciem. Nogi skierowały się wprost pod drzwi mieszkania Jean Luca. Ku mojemu zaskoczeniu klamka ustąpiła od razu. Weszłam do środka. Mrok obszernego salonu połknął mnie niczym potwór morski, oplótł mnie swoimi mackami, a jedynym źródłem światła była wąska linia pod drzwiami obok łazienki. I zapewne moje oczy.

Otworzyłam drzwi do sypialni. Ciepłe światło padło na moją sylwetkę. Prychnęłam zażenowana komizmem sytuacji. Jean Luc leżał rozwalony na łóżku z rękami założonymi za głowę, a naga prostytutka pochylała się nad jego nabrzmiałym penisem. Jej rozmazany makijaż świadczył o tym, że ich zabawa zaczęła się już jakiś czas temu. Podniosła głowę. Przerażone spojrzenie blondynki błądziło po mojej twarzy, by za chwilę zjechać w dół. Źrenice kobiety rozszerzyły się, kiedy jej wzrok spoczął na colcie, którego trzymałam w prawej ręce.

- Kurwa, mówiłem, żeby mi nie przeszkadzać! - ryknął Jean Luc, wciąż nie otwierając oczu.

Milczałam zawzięcie, czekając, aż w końcu otworzy te przeżarte eterem gały.

- Ru-russeau... - jęknęła jego towarzyszka, jej twarz pobladła jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie pomagały nawet czarno-zielone plamy, kiedyś zapewne były starannie wykonanym makijażem oka.

- Zamknij się i wróć do roboty! - warknął, wiercąc się niespokojnie.

- Ona mówiła o mnie - powiedziałam wypranym z emocji głosem.

Jean Luc podniósł się z głośnym sapnięciem. Jego oczy rozszerzały się coraz bardziej z każdą kolejną sekundą, a przez twarz przeszła cała paleta barw od jasnych, niezdrowych zieleni, aż po czerwień i fiolet.

Czekałam, aż na nowo zacznie oddychać. Rozejrzałam się niespiesznie po pokoju. Sypialnia mojego szefa była równie nudna, co każde inne pomieszczenie, gdzie spędzał większość swojego czasu. Skórzana kanapa naprzeciwko wielkiego - zbyt wielkiego jak na mój gust - łóżka, dwie szafki po jednej i po drugiej stronie, barek z ciemnego, lakierowanego drewna i grube, welurowe zasłony na całej ścianie, przeciwnej do drzwi, choć były całkowicie zbędne. Znajdowaliśmy się przecież dziesięć metrów pod ziemią.

- A ty, Elle, kurwa, co? - Jean Luc szarpnął prostytutkę za włosy, aż jej twarz odbiła się od jego bioder. - Pozwoliłem ci przerwać?!

On naprawdę zamierzał kontynuować łóżkowe igraszki w takim momencie?

Westchnęłam teatralnie.

- Proponowałabym jednak, by Elle wyszła - mruknęłam, przechylając głowę delikatnie w prawo, miałam nadzieję, że szef zauważy w końcu, że trzymam w ręku broń.

Jean Luc zlustrował mnie od góry do dołu, ale nie zatrzymał się na dłużej w miejscu, na którym mi zależało. Z uporem maniaka wpatrywał się w moją krótką, podartą i zakrwawioną sukienkę, po czym przeniósł wzrok na twarz - w równie opłakanym stanie.

- Wyglądasz jak gówno - rzucił i założył ręce z powrotem za głowę. Szarpnął biodrami do góry w stronę Elle. - A ty się nie waż ruszyć.

Przewróciłam oczami. On się zwyczajnie prosił. Nie zamierzałam się hamować w tej sytuacji, a Jean Luc nie lubił, kiedy naszym ostrym wymianom zdań towarzyszyły osoby trzecie. Postanowiłam więc zrobić jedyną rzecz, która w tym stanie przychodziła mi do głowy.

Odbezpieczyłam pistolet, wycelowałam i strzeliłam blondwłosej prostytutce w skroń. Huk wystrzału odebrał mi na chwilę zdolność słyszenia, widząc jednak jego zaskoczoną twarz, byłam w stanie wyobrazić sobie, jak głośno Jean Luc wrzeszczał. Ciało Elle gwałtownie przechyliło się na bok, przetoczyło przez krawędź łóżka i spadło na podłogę z głośnym łoskotem.

Jean Luc wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą była z szeroko otwartymi oczami. Część krwi i resztki mózgu denatki rozbryzgały się na jego twarzy i nagim ciele.

Wolnym krokiem podeszłam do kanapy i rozsiadłam się na niej wygodnie, założyłam nogę na nogę, broń położyłam bardzo sugestywnie na kolanie, a mój palec wciąż leżał na języczku spustowym. W tej chwili byłam gotowa nacisnąć go bez mrugnięcia.

- Musimy porozmawiać, Jean Luc. - Pochyliłam się odrobinę do przodu. Miękkie wypełnienie kanapy sprawiało, że przez myśl przeszło mi, że może powinnam się zdrzemnąć, zanim tu przyszłam.

Russeau podniósł na mnie zszokowane spojrzenie. Zamrugał, po czym zacisnął szczękę. Na jego szyi pojawiły się czerwone plamy. Był wściekły.

- Co to miało być, do kurwy nędzy?! - warknął rozeźlony. - Zapłaciłem za nią kupę forsy!

- Nicola Dubois. - Postanowiłam zignorować jego pytanie, w tej chwili nie miało to znaczenia. - Jak długo się znacie?

Jean Luc zmarszczył brwi. Sięgnął do szafki nocnej, ale zatrzymał się w połowie drogi. Moja wyciągnięta ręka w jego stronę i palec na spuście skutecznie odwiodły go od wykonywania gwałtownych ruchów. Być może sięgał po paczkę papierosów, nie obchodziło mnie to. Naprawdę byłam gotowa go zabić. Wściekłość gotowała się we mnie już w najlepsze, przyćmiewając każde wspomnienie, jakie było z nim związane.

Jean Luc nigdy nie zrobił mi celowo krzywdy ani nie obraził mnie w żaden sposób. Na początku otoczył mnie niemal ojcowskim ramieniem, kiedy nie radziłam sobie z nową rzeczywistością, zalana amnezją. Madeleine - tyle pamiętałam z poprzedniego życia, reszta została brutalnie wymazana, jakby Stwórca wziął gumkę i wytarł całą moją historię. Jean Luc pomógł mi napisać nową i możliwe, że nie był najbardziej przykładnym obywatelem nowego świata, ale wciąż zawdzięczałam mu więcej niż komukolwiek innemu.

Tymczasem szanse na to, że przekreślił dziesięć lat współpracy jednym kłamstwem, były przeogromne. Gdzieś w głębi liczyłam na to, że jednak się myliłam. Że Nicola Dubois zmanipulował moim umysłem i tak naprawdę nie ma nic wspólnego z tym, że zostałam tropicielem, ani nie znają się z Jean Lukiem tak dobrze, jak mogło się wydawać.

Oblicze mojego szefa natychmiast rozwiało wszelkie wątpliwości.

- Pracowaliśmy razem jeszcze przed wybuchem - odparł tak cicho, że gdyby nie trimis szalejący w moim organizmie, nie byłabym w stanie go usłyszeć.

- Słucham? - Odebrało mi dech. Mieliłam w głowie te słowa dłuższą chwilę, zanim do mnie dotarły. - Chcesz powiedzieć, że...

- Ja i Dubois jesteśmy trimisami. Prawdopodobnie jednymi z pierwszych odkrytych.

Odchyliłam się do tyłu. Byłam pewna, że moje oczy zrobiły się ogromne niczym spodki. Na potwierdzenie swoich słów Jean Luca zamrugał, a jego tęczówki zalał płynny miód. Wciągnęłam ze świstem powietrze. Palec na spuście colta zadrżał niebezpiecznie.

Poczucie odrealnienia stało się jeszcze silniejsze, niż było dotychczas. Murowany domek w mojej głowie, na którego drzwiach widniał napis: "Jean Luc", zachwiał się w posadach i zaczął rozpadać powoli, kawałek po kawałku, cegła po cegle.

- Jean, ja poważnie pytam - sarknęłam, wciąż nie dowierzałam.

- A ja poważnie odpowiadam. - Bez skrępowania sięgnął do szafki i wziął z niej paczkę fajek. Po chwili przechylił się przez krawędź łóżka i podniósł z podłogi spodnie. Naciągnął je niedbale na biodra, po czym włożył papierosa do ust i odpalił go... siłą woli?

Jak? Jak mogłam się nie zorientować przez tyle lat?!

- Widzisz, Madeleine, problem polega na tym, że poróżniliśmy się jakiś czas temu i już się nie kolegujemy - kontynuował po tym, jak zaciągnął się porządnie papierosowym dymem. - Dlatego należy go wyeliminować.

- Ile on ma lat? - zapytałam przez zaciśnięte zęby. - Ile ty masz lat?

Jean Luc wzruszył ramionami. Podniósł się z łóżka, a moja ręka w okamgnieniu poszybowała do góry. Spojrzał na mnie i przechylił głowę na bok. Zrobił krok nad truchłem prostytutki i znalazł się przede mną. Niespodziewanie. Podniosłam się równie szybko, nie wiedziałam, co zamierza. Prychnął, kiedy przyłożyłam wylot lufy do jego podbródka.

- Nie zabijesz mnie tym gównem.

- Ale zaboli - sarknęłam. Gotowałam się cała z nerwów. Miało być łatwiej, a zamiast tego sprawa skomplikowała się jeszcze bardziej. Jean Luc odchylił się nieznacznie. - Jak mam, do kurwy, złapać pierwszego trimisa i go przyprowadzić?! Coś ty sobie myślał?!

- Że wykonasz zadanie.

- Kurwa mać, Russeau! - Cisnęłam w niego tym pieprzonym coltem. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Cała drżałam, adrenalina w moich żyłach gotowała się wściekle. Miałam wrażenie, że wszystko zalało czerwone światło, a na moim ciele powoli zaciskają się grube, stalowe łańcuchy, odcinając dostęp powietrza. - Facet przeniósł mnie z jednego budynku do drugiego w ułamku sekundy i się nawet nie zasapał! Zostawił na pożarcie tuzinowi potworów!

- Podrywa cię - mruknął i zaciągnął się po raz kolejny papierosem.

Ręce mi opadły.

- Jak mam to skomentować? - Całkowicie zbił mnie z tropu.

- Wykonaj zadanie, Russeau. Nie potrzebuję twoich komentarzy. - Znów zlustrował mnie od góry do dołu. - I się ogarnij.

- Nie wyjdę stąd, dopóki mi nie powiesz o wszystkim - warknęłam i wycelowałam palec wskazujący w jego klatkę piersiową. - Nie obchodzi mnie geneza waszej znajomości. Co Dubois miał na myśli, kiedy mówił, że wie o mnie wszystko?

- Właśnie to miał na myśli.

- Znał mnie wcześniej?

Jean Luc milczał, a mój poukładany świat rozpadał się kawałek po kawałku. Czułam, że wodzi mnie za nos, byleby tylko nie powiedzieć zbyt wiele. Jego oczy znów stały się stalowe, zdusił w sobie moc, choć cały czas ją wyczuwałam. Tyle lat nie byłam w stanie się zorientować. Jak on to robił? Wydawał się taki... ludzki. Nie, nie wydawał się. On BYŁ człowiekiem. Do dzisiaj.

Zrobiłam krok w stronę drzwi. Poczucie zdrady, które we mnie urosło, było nie do opisania. Jakby ktoś wsadził moje serce w imadło i zacisnął mocno jego ścianki, a ono pękło niekontrolowanie, pozostawiając jedynie strzępy i kałużę szkarłatnej krwi.

Russeau chwycił mnie za rękę. Spojrzałam na niego przez ramię. Włożył colta z powrotem w moją dłoń. W jego oczach coś się zmieniło. Nie byłam w stanie określić, co takiego, ale patrzył na mnie bardziej... ostro. Chłód tęczówek mężczyzny przestał przenikać mnie na wskroś. Wbijał się we mnie niczym piekielnie ostry sztylet. Odniosłam wrażenie, że widzę w nich nawet odrobinę nienawiści.

Wyszarpałam się z jego uścisku.

- Albo ty mi powiesz, albo pójdę z tym do niego - oświadczyłam, licząc na to, że wyciągnę z niego jakiekolwiek informacje.

- Przysięgałem, że nic ci nie powiem, dopóki Nicola żyje. Wiem, jak go zabić, dlatego potrzebuję cię, byś go wytropiła i przyprowadziła do mnie.

- Jak niby mam to zrobić? - Wściekłość znowu we mnie zawrzała. - Nie mam z nim żadnych szans.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz, Madeleine. - Padł na kanapę z ciężkim sapnięciem. Miedzy jego wargami znalazł się kolejny papieros, którego końcówka po chwili zaczęła się żarzyć pomarańczowym światłem. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nigdy nie miał przy sobie zapalniczki. - Przyprowadź mi Duboisa, a dowiesz się o wszystkim.

- Chcesz jeszcze ze mną negocjować? - ryknęłam. Odruchowo odbezpieczyłam pistolet i przyłożyłam go do czoła Jean Luca. - Mam ochotę rozszarpać cię, kurwa, na kawałki. Nieważne, jak wiele rzeczy ci zawdzięczam, zadzwoń do mnie choć raz, a nie ręczę za siebie.

- To się okaże - odbił piłeczkę, głos miał niski, ale pewny. Zbyt pewny, jak na kogoś, kto ma lufę przyłożoną do czaszki. - Jesteś mi winna jeszcze dziwkę.

No tak, prostytutka najważniejsza.

Palec umieszczony na języczku spustowym zadrżał. Naprawdę chciałam go nacisnąć. Jednak fala wspomnień zalała mój umysł wartkim wodospadem. Nie był to wpływ trimisa. Racjonalna strona mojego jestestwa chciała śmierci Jean Luca Russeau, ale ta emocjonalna miała zupełnie odmienne zdanie.

Akurat w momencie, w którym powinna siedzieć cicho.

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam ku wyjściu. Wzięłam do ręki mentalną poduszkę i cisnęłam nią w tę wyimaginowaną falę tsunami. Chciałam przycisnąć ją do twarzy, którą przybrały wspomnienia, i trzymać, aż najpierw przestaną się szarpać, później drżeć w konwulsjach, a potem znieruchomieją na zawsze i nic nie powstrzyma mnie przed tym, by wpakować Russeau kulkę w łeb. Nawet gdyby go to nie zabiło, to mnie przynajmniej by usatysfakcjonowało.

W windzie wciąż leżał ochroniarz. Korytarz nadal był pusty, drzwi wyważone. Ezra czekał w samochodzie. Zgiełk ulicy nie docierał do moich uszu, nie było mi ani zimno, ani ciepło. Usiadłam na miejscu pasażera, a haker ruszył przed siebie bez słowa. Wpatrywałam się w szarą, podziurawioną i popękaną drogę. I chciało mi się śmiać.

Absurd. Jeden wielki cyrk - tym było moje życie. Wiedziałam, że muszę mieć jakąś tożsamość, ale co takiego działo się ze mną przed wypadkiem, że Jean Luc nie chciał się tym podzielić? I jak bardzo był w moje życie zaangażowany Dubois, jeśli mój pracodawca naciskał na to, by się go pozbyć, a wtedy będę mogła poznać prawdę.

Adrenalina powoli opuszczała mój organizm. Ogarnęło mnie przeogromne zmęczenie i nie byłam pewna, czy dotrę do mieszkania o własnych siłach. Powieki powoli opadały, a pod nimi znajdowała się wykrzywiona w ironicznym uśmieszku twarz Nicoli Duboisa.

Rozdział 6

Następne kilka dni było jedynie mglistym wspomnieniem zmartwionej twarzy Ezry i jego rąk opatrujących moje rany. Stałam gdzieś na skraju świadomości, myśli wirowały swobodnie, by znikać co jakiś czas, pozostawiając jedynie pustkę. Czułam, jak moja skóra zrasta się nad wyraz powoli, powodowało to ból porównywalny z tym, który czułam zaraz po rozmowie z Jean Lukiem.

Powoli podniosłam ciężkie powieki. Głowa pulsowała tępym bólem, rozejrzenie się po sypialni stanowiło nie lada wyzwanie. Na biurku pod oknem dostrzegłam szklankę wody i blister leków przeciwbólowych. Z głośnym stęknięciem podniosłam się z łóżka, wzięłam od razu dwie tabletki i popiłam. Gardło miałam tak wysuszone, że przełykanie sprawiało mi ból.

Spojrzałam w swoje odbicie w oknie. Byłam czysta, na twarzy majaczyło kilka pożółkłych sińców i zadrapań. Ramię i bok miałam zawinięte w bandaże, założone całkiem profesjonalnie. Podeszłam do szafy, wyciągnęłam z niej o wiele za dużą, czarną koszulkę i naciągnęłam ją przez głowę. Zacisnęłam zęby, bo mięśnie paliły mnie tak bardzo, że miałam ochotę nad sobą zapłakać.

Powlokłam się do kuchni. Marzyłam o tym, by napić się kawy, mimo ciemności panujących za oknem. Nie wiedziałam, jak długo spałam, w tej chwili, bez względu na porę, potrzebowałam czegoś ciepłego.

Stanęłam w progu. Ezra siedział odwrócony do mnie plecami. Wokół jego sylwetki powstał jasny obrys od świecącego ekranu laptopa. Miałam wrażenie, że rozpływa się w moich oczach niczym czarny dym, sunie po podłodze i zlewa z otoczeniem. Zamrugałam, by odpędzić ten nieprzyjazny obrazek. Podeszłam do Ezry i zajrzałam mu przez ramię. Klasycznie, ciąg liczb i znaków absolutnie nic mi nie mówił.

Mężczyzna zerknął na mnie i wrócił do pracy, lecz już po chwili wciągnął powietrze w płuca i wyprostował się, zdając sobie sprawę z tego, kto za nim stoi.

- Hej - przywitałam się. Natychmiast odchrząknęłam, mój głos brzmiał jak drapanie paznokciami o tablicę szkolną.

Ezra bez słowa objął mnie ramieniem w talii i przyciągnął do siebie, po czym zamknął w szczelnym uścisku. Zesztywniałam na moment, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.

- Już myślałem, że się nie obudzisz - wymruczał prosto w moje włosy, a następnie odsunął na długość ramienia. Patrzył na mnie z iskrą w oku, której wcześniej nie dostrzegłam albo nie chciałam jej widzieć. Wyraz twarzy Ezry zmienił się w ułamku sekundy z nieopisanej ulgi na przeraźliwą wściekłość. Jego palce zacisnęły się mocniej na moich ramionach. - Coś ty sobie, kurwa, myślała?

Zamrugałam oszołomiona.

- Przepraszam? - wydukałam.

Ezra prychnął rozgniewany.

- Zabiłaś dwie osoby. Jean Luc jest wściekły. Masz poważne kłopoty.

- Pierdoli mnie Jean Luc! - ryknęłam, krew we mnie zawrzała. Odepchnęłam ręce Cohena i cofnęłam się, aż poczułam wpijający się w lędźwie blat. - Ukrywał swoją tożsamość przez tyle lat! Mam go głęboko w poważaniu!

- To wciąż twój szef!

- Już nie - wyplułam z siebie szybciej, niż było to konieczne. Poczułam, jak moc trimisa opanowuje moje ciało. Łzy zapiekły, zbierały się w kącikach oczu, choć wcale ich nie chciałam. - Nie będę już dla niego pracowała. Dla nikogo.

Nigdy nie podjęłam tak szybko decyzji, jak tym razem. Być może targały mną emocje, byłam jednak pewna, że nie chciałam dłużej pracować dla Jean Luca Russeau. Nieważne, jak wiele mu zawdzięczałam, nie mogłam znieść tego, że przez cały czas mnie okłamywał.

Byłam wściekła, zraniona, zdradzona. Te emocje tliły się we mnie nieśmiało, im dłużej o tym wszystkim myślałam, tym bardziej ten płomień rozpalał się i szalał. Pożoga trawiła każde wspomnienie, jakie zatrzymałam w swoim umyśle i niewiele dzieliło je od tego, by spłonęły raz na zawsze.

Chciałam tego tak bardzo, że nawet się nie zorientowałam, kiedy trimis przejął nad moim ciałem kontrolę.

- Mad, to chore, trzeba to wszystko naprostować. - Ezra nie dawał za wygraną. - Ogarnij temat Duboisa i Russeau zapomni o wszystkim.

- Nie - prychnęłam poirytowana. - Nie wykonam dla niego ani jednego zlecenia więcej. Jest trimisem. Bardzo starym.

Ezra wyprostował się na krześle i wbił we mnie zaskoczony wzrok.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zazgrzytały. Barwy na twarzy Ezry zmieniały się niczym w kalejdoskopie, coś w jego oczach przygasło, jakby uciekł w głąb własnej duszy i ważył moje słowa, rozkładał na czynniki pierwsze, walczył sam ze sobą, czy wierzyć w moje zapewnienia, czy nie.

Nie zamierzałam jednak wciąż patrzeć, jak toczy bój. Zapaliłam światło. Podeszłam do lodówki i otworzyłam drzwi z nadzieją, że znajdę tam coś do jedzenia. Czułam głód od momentu, w którym otworzyłam oczy, ale w tej chwili już miałam wrażenie, że żołądek pożera sam siebie.

Trimis tylko potęgował to uczucie. Na szczęście Ezra wypełnił moją lodówkę aż po brzegi. Wzięłam do ręki pudełko leżące najbliżej i usiadłam po drugiej stronie wyspy, naprzeciw mężczyzny.

- Skąd wiesz? - zapytał w końcu, kiedy byłam w połowie pochłaniania ryżu z warzywami, mimo że był zimny, to wciąż smakował rewelacyjnie. Spojrzałam na niego pytająco, bo właściwie nie wiedziałam, o który fragment mojej wypowiedzi mu chodzi. - Skąd wiesz, że jest trimisem? - doprecyzował.

- Pokazał mi - wymamrotałam między kęsami. Emocje w moim wnętrzu powoli opadały na dno żołądka razem z posiłkiem. Wahałam się tylko krótką chwilę nad tym, co chciałam powiedzieć. - Zamierzam się wyprowadzić z tego mieszkania i całkowicie zerwać kontakt z Jean Lukiem. Chcę się dowiedzieć, kim byłam, zanim trafiłam pod jego skrzydła. Czuję, że ma to bezpośredni związek z Nicolą.

Ezra zamknął laptop, przesunął go na bok i oparł się o blat łokciami. Pochylił się nad nim tak, by nasze spojrzenia były na równi. Mogłam dokładnie przyjrzeć się temu, co dostrzegłam w jego oczach wcześniej. To był strach. Ogromny, pierwotny, jakiego nigdy wcześniej nie zarejestrowałam u nikogo, oprócz moich własnych ofiar.

- To się nie skończy dobrze, Maddie. - Przygryzł dolną wargę tak mocno, że pobielała.

- Nie musisz brać w tym udziału. - Odłożyłam widelec na bok i sięgnęłam po serwetkę. - Nie jesteś mi nic winien.

Przymknął powieki i westchnął przeciągle. Ścisnął palcami grzbiet nosa, wyczuwałam to, jak niespokojny się stał.

Zastanawiałam się, co Ezra wciąż robił w moim mieszkaniu. Dlaczego nie opatrzył moich ran i nie wrócił do siebie, tylko został tutaj i pracował zdalnie z mojej kuchni, zamiast ułatwić sobie wszystko odpowiednim sprzętem znajdującym się w siedzibie.

Właściwie to się domyślałam, lecz nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. W moim świecie nie było miejsca na uczucia, a zwłaszcza takie. W postapokaliptycznym Down Town królowały złość, wściekłość i gniew, nie sympatia.

Patrzyłam na Ezrę i nie widziałam nic innego. Coś ścisnęło mnie w dołku, a dopiero co zjedzony posiłek podjechał do gardła niebezpiecznie, chcąc się jak najszybciej wydostać. Przełknęłam żółć i odchrząknęłam, czując nagłą suchość w ustach.

- Ezra... - zaczęłam, a głos zadrżał mocniej, niż tego chciałam. Mężczyzna podniósł na mnie wzrok, jego ciemne tęczówki przenikały mnie na wskroś. Pochylił się jeszcze bardziej nad blatem, dzieliły nas dosłownie centymetry

- Wchodzę w to. Cokolwiek to jest. - Przeczesał włosy dłonią. Koszula na jego ramionach napięła się wyjątkowo mocno.

Spuściłam głowę i wbiłam wzrok w pojemnik. Jego spojrzenie wpędzało mnie w dyskomfort i jeszcze coś, czego nie potrafiłam nazwać. Jakby mój żołądek zaciskał się w mocny supeł coraz bardziej i odpuszczał jedynie wtedy, gdy Ezry nie było w pobliżu. Nie podobało mi się to.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł, byś mieszał się w moje sprawy - powiedziałam tak niepewnym głosem, że aż się zachłysnęłam. Natychmiast przywołałam się do porządku. To tylko Ezra Cohen, na Boga! Wyprostowałam się i podniosłam głowę wysoko. - Możesz przez to mieć problemy z Russeau.

- Nie pierwszy raz. - Wzruszył ramionami. Widziałam, że chciał dodać coś jeszcze, dlatego zacisnęłam usta i czekałam, aż wykrztusi to z siebie. Mimo że czułam, że będę tego żałowała. - Zależy mi na tobie, Madeleine. Chcę pomóc ci odzyskać wspomnienia. Być może późno to odkryłem, ale wiem od dawna, jak bardzo chcesz je z powrotem, dlatego ci pomogę, bez względu na konsekwencje.

Pokręciłam głową.

- Ezra, nie możesz...

- Mogę i zrobię to. Pieprzę wcześniejsze ustalenia, Madness. To wszystko zrobiło się tak posrane, że nie jestem w stanie ogarnąć tego umysłem. Nie wiem, co się wydarzyło między tobą a Jean Lukiem i jaki związek ma z tobą Nicola, ale zrobię co w mojej mocy, byś się tego dowiedziała.

To było niebezpieczne. Nicola Dubois był niebezpieczny. Bałam się go, choć nie chciałam sama przed sobą tego przyznać. Darzyłam Ezrę sympatią na tyle dużą, by nie próbować wikłać go w tę sprawę, ale nie miałam żadnego wpływu na to, co sam zadecyduje. Mogłam go odtrącać, przepędzać, udawać, że między nami nic nie ma, a on i tak wracał.

Coraz częściej. Coraz bardziej.

Ezra jawił mi się czasem jako anioł stróż. Mój własny, prywatny obrońca, choć doskonale wiedzieliśmy oboje, że w razie zagrożenia, to ja broniłabym jego. Tym razem jednak sprawy zabrnęły za daleko, wymknęły się spod kontroli.

Nie chciałam już współpracować z Russeau. Przynajmniej nie teraz. Chęć odzyskania wspomnień ponownie mną zawładnęła. Skoro Dubois mógł być kluczem, to zamierzałam wykorzystać tę szansę. Potem Jean Luc mógł z nim zrobić, co tylko chciał.

Szeroka klatka piersiowa oparła się o moje plecy, a ramiona Ezry objęły mocno w pasie. Czułam bijące od niego ciepło, które otuliło zszargany umysł niczym puszysta chmurka. Przymknęłam powieki i wzięłam głęboki wdech, delektowałam się cedrową wonią przez dłuższą chwilę. Ezra położył brodę na moim ramieniu.

- Jean Luc wie? - zapytałam szeptem, w razie gdyby pracodawca miał mnie usłyszeć.

- Jean Luc nie wie o wielu rzeczach - mruknął, a po moim ciele rozeszła się przyjemna wibracja. - I nie o wszystkim musi wiedzieć.

Czułam, jak jego mięśnie napinają się nieznacznie. Przesunął dłonią po moim ramieniu i odgarnął włosy z szyi. Musnął delikatnie opuszkami skórę, a mnie przeszedł dreszcz i obsypała gęsia skórka.

W sytuacji, w której Ezra był tak blisko, moje zadanie mogło poczekać. Wszystko mogło poczekać.

 

***

 

Plan zakładał, że ponownie skonfrontuję się z Nicolą w Abbys. Największe szanse miałam na odnalezienie go właśnie w tamtym miejscu, dlatego kilka dni później znów zrobiłam się na bóstwo, a Ezra wciągnął nas na listę gości. Niestety, nie udało mi się odwieść go od tego, by mi pomagał, koniecznie chciał mi towarzyszyć.

Czułam, że nie powinien ze mną iść i że wydarzy się coś niedobrego. Mogłam zaakceptować własne obrażenia, ale gdyby Ezra jakieś odniósł... Przecież to tylko człowiek - nie jest w stanie wytrzymać tego samego co trimis. W dodatku człowiek, którego darzyłam przeogromną sympatią.

Ostatni raz przejrzałam się w lustrze. Byłam przezorna, założyłam obcisłe spodnie, krótki top i wysokie buty, w których łatwo można było schować nóż. Nie miałam pewności, czy mogłam zrobić Nicoli jakąkolwiek krzywdę, ale byłabym równie mocno usatysfakcjonowana, gdyby chociaż na chwilę ten parszywy uśmieszek zlazł z jego przystojnej gęby.

Ekran telefonu zaświecił się, kiedy przyszła wiadomość od Ezry, że jest już na miejscu. Poprawiłam włosy, złapałam za skórzaną kurtkę i wyszłam z mieszkania. Gdzieś w odmętach pamięci zanotowałam, by zapytać o mój płaszcz, który został w Abbys ostatnim razem. Miałam do niego ogromny sentyment. I dużo kieszeni na broń.

- Wciąż uważam, że to pojebany pomysł - powiedział Ezra na dzień dobry, kiedy wsiadałam do samochodu. Zlustrowałam go od góry do dołu, moja mina musiała wyrażać więcej niż tysiąc słów, bo mężczyzna westchnął jedynie przeciągle.

- Masz lepszy? - Moja brew uniosła się nieznacznie. Ezra wciąż milczał. - Właśnie. Dlatego zrobię to po swojemu.

Zostawiliśmy samochód przecznicę dalej. Widziałam, jak Cohen spiął się nerwowo, kiedy ochroniarz nas przeszukiwał. Był zdecydowanie niezadowolony z tego, że znalazł się w Abbys nie po to, by schlać się w trupa.

Gorące powietrze i głośna muzyka ponownie uderzyły we mnie, gdy drzwi klubu otworzyły się szeroko. Bicie mojego serca zrównało się z rytmem melodii wybrzmiewającej z głośników. Chwyciłam Ezrę za rękę, po czym pociągnęłam go w stronę baru. Goście tańczyli, zbici ciasno na parkiecie. Odniosłam wrażenie, że to jeden organizm sterowany przez niewidzialną dłoń. Żaden ruch nie był przypadkowy, ułożenie rąk i nóg mieli podobne, nawet głowami poruszali synchronicznie.

Udało nam się przejść zaledwie jedną trzecią drogi, kiedy wyrosła przede mną szeroka klatka piersiowa, a rześki zapach otumanił moje zmysły. Zadarłam brodę do góry. Nicola Dubois przyglądał mi się z głową przechyloną na bok, na twarzy majaczył uśmieszek. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie. Przeniósł spojrzenie na mojego towarzysza.

- To on? - Ezra pochylił się nad moim uchem, jednak twardo wpatrywał się w oblicze Duboisa.

- We własnej osobie - mruknęłam. Byłam pewna, że mój głos nie przebił się przez rytmiczny bas. - Szybko poszło.

- Czekałem na ciebie, Madeleine. - Nicola ukłonił się nieznacznie. - Nie musiałaś brać ze sobą kolegi.

Uniósł rękę i pstryknął palcami. Moja dłoń, która do tej pory obejmowała Ezrę, zamknęła się niespodziewanie. Gwałtownie odwróciłam głowę, ale miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się haker, ziało pustką. Otworzyłam szerzej oczy.

- Co mu zrobiłeś?! - Żółć podeszła mi do gardła, a serce przyspieszyło, adrenalina rozchodziła się po moim ciele w zawrotnym tempie.

- Nic takiego - odparł Dubois. Poczułam, jak ogarnia mnie chłód, ten sam, co ostatnim razem, kiedy przejmował nade mną kontrolę. Tym razem jednak mięśnie wciąż słuchały moich poleceń, po prostu zalał mnie niezmącony spokój. - Zatańczymy?

Zmrużyłam oczy, lustrując go uważnie.

- Zostawiłeś mnie na pewną śmierć - syknęłam przez zaciśnięte zęby. Jego sztuczki albo nie działały, albo osłabły na moment. Nicola zachichotał i przeczesał niedbale włosy. - Co cię, kurwa, tak śmieszy?!

- Nie zależy mi na twojej śmierci, skarbie. - Założył kosmyk włosów za moje ucho, po czym wprawnym ruchem objął w talii i przyciągnął do siebie. Piosenka właśnie zmieniała się na coś zdecydowanie bardziej klubowego niż wcześniej. Wraz z "Vamos" mężczyzna przeniósł ciężar ciała na jedną nogę, wprawiając nasze ciała w ruch.

Nie wierzyłam, że to się znowu działo. Nicola Dubois zachowywał się tak niedorzecznie, że nie byłam w stanie pojąć tego umysłem. Jakby nasza rozmowa się nie odbyła, nic się nie wydarzyło.

Traktował mnie jak dobrą znajomą, z którą ma mnóstwo wspólnego. Czułam to w tańcu. Wiedział, kiedy się odsunąć, objąć mnie, obrócić, jakby znał każdy mój ruch. Nie sądziłam, że był w stanie przewidywać przyszłość, nawet trimisi mieli ograniczenia. Nie miałam innego pomysłu, jak po prostu popłynąć wraz z Nicolą i obserwować, jak rozwinie się ta sytuacja.

To, że był wyśmienitym tancerzem, to jakby nic nie powiedzieć. Jego ciało poruszało się wraz z muzyką tak płynnie, że odnosiłam wrażenie, jakby był jedynie plastyczną masą w rękach DJ-a, który rozciąga go wraz z kolejnymi taktami. Potrafił prowadzić, jak nikt dotąd mnie nie prowadził w tańcu. Błądził po moim ciele rękami wtedy, kiedy wymagała tego muzyka, zakrawało to niemal na erotyzm.

Wraz z ostatnimi dźwiękami piosenki przeszedł po moim ciele elektryzujący dreszcz. Nicola niespodziewanie pociągnął mnie w stronę baru, jednak nie zatrzymaliśmy się przy nim. Minąwszy nawet loże dla VIP-ów, odbił w lewo i pchnął dwuskrzydłowe drzwi. Ciemność i cisza uderzyły we mnie niczym obuch. Dubois pstryknął palcami, chłodne światło błysnęło dookoła sufitu, odsłaniając przede mną przytulny, choć bardzo skromny pokój.

W rogach ustawione były wąskie głośniki, po przeciwnej stronie do drzwi stała konsola wraz ze sprzętem muzycznym, a tuż przed nią znajdowała się elegancka, granatowa kanapa w kształcie litery "U". Okrągły dywan ścielił się miękko w samym centrum, przygnieciony szeroką ławą ze srebrnymi okuciami.

Dubois podszedł do kanapy i rozsiadł się na niej wygodnie, przerzucając ręce przez oparcie. Sondował chłodno całą moją sylwetkę, a ja czułam się tak, jakbym stała przed nim naga. Jakby w tańcu rozebrał mnie z każdej części stroju, od butów aż po samą bieliznę, i przyglądał się teraz uważnie swojemu dziełu. Uciekłam wzrokiem w bok, nie wiedząc zbytnio, co ze sobą począć.

- Jesteś gotowa ze mną rozmawiać, Madeleine? - wymruczał niczym kociak, a gęsia skórka pokryła całe moje ciało. Moje imię w jego ustach brzmiało bardzo, bardzo wulgarnie.

- Dlaczego Jean Luc chce się ciebie pozbyć? - zapytałam bez owijania w bawełnę. Skoro już mieliśmy się bawić, to bez krążenia wokół.

- Założyliśmy się o coś. - Jego noga powędrowała na kolano. - Zakład skończył się kilka dni temu, więc chcę odebrać mu to, co mi się należy.

- To znaczy? - Założyłam ręce na piersi. Czułam, że nie spodoba mi się ta odpowiedź.

- Czy to nie jest oczywiste? - Skinął na mnie głową, bym usiadła, ale nie zamierzałam się ruszać z miejsca. W razie kłopotów szybciej wydostałabym się stamtąd, będąc blisko drzwi. Nicola prychnął, widząc mój opór. - Ciebie, skarbie. Myślisz, że odnalazłabyś mnie tak szybko, gdybym tego nie chciał?

Krew odpłynęła mi z twarzy, a szok odebrał na chwilę dech. Przełknęłam głośno gulę, która formowała się w przełyku. Trimis w moim wnętrzu zadrżał nerwowo, poczułam to aż w opuszkach palców. Skóra zaczęła mrowić nieprzyjemnie.

- Kłamiesz - wydukałam. Byłam pewna, że nie kłamie, ale nie wiedziałam, co właściwie powiedzieć. Nie chciałam wierzyć, że chodziło o mnie.

- Dlaczego miałbym to robić? - Nicola pochylił głowę do przodu, ten ruch sprawił, że jego tęczówki stały się jeszcze ciemniejsze, niż były dotychczas.

Było w nim coś... osobliwego, jakby znajomego, ale nie byłam w stanie odnaleźć w umyśle niczego, co pozwoliłoby mi na określenie Nicoli w jakikolwiek sposób. Mimo że było to nasze drugie spotkanie, wiedziałam, że za chwilę przechyli głowę w bok, splecie palce i opuści delikatnie ramiona. Wodził spojrzeniem po mojej twarzy, oczekując odpowiedzi.

A ja nie wiedziałam, co się ze mną działo. Powinnam się wściec. Nie byłam towarem jak eter czy inny narkotyk. Przed Nicolą Duboisem stał człowiek z krwi i kości. Nie worek, którym można było rzucać z kąta w kąt. Czy Jean Luc miał aż tyle tupetu, by założyć się o mnie i nawet o tym nie poinformować?

Mój umysł zionął pustką. Przecież przyszłam do Abbys w konkretnym celu, z konkretnymi pytaniami i planem. A mimo to, nie byłam teraz w stanie wydusić z siebie nawet jednego słowa.

Coraz mniej byłam pewna całej sytuacji. Jean Luc dał mi do zrozumienia, że nasza trójka znała się już wcześniej, ale sam nie chciał wyjawić żadnych tajemnic, związanych z poprzednim życiem. Człowiek za informację. Zwykle za zlecenia otrzymywałam wynagrodzenie, tym razem jednak nie zależało mi na pieniądzach.

Nie miało to już zbyt dużego znaczenia. Nie zamierzałam wracać do tego przeklętego kłamcy. Jeśli musiałabym siłą z kogokolwiek wyciągnąć prawdę, zrobiłabym to bez wahania.

Zastanawiałam się nad odpowiedzią zdecydowanie za długo, bo Nicola podniósł się z kanapy i w mgnieniu oka znalazł się tuż przede mną. Uniosłam podbródek do góry, marszcząc brwi.

Mężczyzna spoważniał. Uśmiech nie zdobił już jego oblicza, mrużył oczy, jakby próbował dostać się do mojej głowy. Wpatrywał się we mnie przenikliwie, czułam, jak moje żyły skuwa lód, a żołądek zawiązuje się w supeł.

- Czego chcesz, Madeleine? - zapytał. Jego oddech pachniał miętą. - Określ, czego tak naprawdę chcesz, a ja ci to dam.

- Ja... - Głos uwiązł mi w gardle. Dezorientacja i panika powoli wypychały determinację, z jaką przyszłam na to spotkanie. Trimis w moim wnętrzu wił się niespokojnie, skonsternowany takim obrotem spraw. Opadłam z sił, niepewność sprawiła, że ramiona zadrżały niekontrolowanie, a nogi się ugięły, jakby przygniótł mnie ogromny ciężar.

Czy to sprawka Duboisa? Nie czułam, by kontrolował mnie w jakikolwiek sposób. Mając na uwadze to, jak łatwo się maskował, kiedy ja biłam się z potworem, nie mogłam ufać swoim odczuciom. Z drugiej strony, czy ja sama byłam w stanie coś takiego czuć? Nigdy nie zaobserwowałam u siebie tak wielkiej niepewności, jak tym razem.

Co się ze mną dzieje, na Boga?!

Nicola prychnął niezadowolony. Czy słyszał moje myśli?

Niespodziewanie objął mnie w pasie. Świat zawirował i ponownie znaleźliśmy się na sali. Wszyscy goście oblegali parkiet, zbici ciasno niczym jeden ogromny organizm. Gęsto stłoczone kształty poruszały się harmonijnie w tym samym rytmie co światła zsynchronizowane z muzyką. Moje wyostrzone zmysły zadrżały z ekscytacji, kiedy do nosa dotarł zapach potu i seksu, ściekający z rozgrzanych ciał.

Nicola pochylił się, zrównując tym samym swoje usta z moim uchem.

- Jednym pstryknięciem palca mogę sprawić, że oni wszyscy umrą - wymruczał kusząco, wypuścił powietrze nosem, a ciepło przyjemnie połaskotało moje ramię. - Mogę sprawić, że znikną albo zaczną się śmiać. Mogę dać ci wszystko, czego tylko zapragniesz, Madeleine. Powiedz tylko, że tego chcesz.

Przełknęłam ślinę zalegającą w przełyku. Usta wyschły na wiór, więc przejechałam po nich językiem, lecz niewiele to dało. Nicola stanął za mną, po czym położył dłonie na moich ramionach. Zacisnął na nich delikatnie palce, niemal z czułością.

- Ze mną cały świat będzie leżał u twoich stóp, skarbie. - Usłyszałam ponownie niski, melodyjny głos. Klatka piersiowa mężczyzny napierała na moje plecy. Przesunął dłońmi wzdłuż ramion. Poczułam kolejny dreszcz ciągnący po kręgosłupie. Mimowolnie zacisnęłam uda, pożądanie spłynęło w okolice podbrzusza. Głos Nicoli sprawiał, że robiło mi się gorąco.

Goręcej niż zwykle.

- Tylko spójrz na nich - kontynuował. Poczułam moc trimisa wijącą się między naszymi ciałami. - Zrobią wszystko, co zechcę.

Uniosłam wzrok na parkiet.

Niespodziewanie ludzie zaczęli się rozbierać w rytmie zdecydowanie bardziej sensualnej muzyki wybrzmiewającej z głośników. Fala namiętności przetoczyła się po sali. Coraz więcej nagich ciał ocierało się o siebie, dłonie błądziły po odkrytej skórze chaotycznie.

Wciągnęłam głośno powietrze do płuc.

Ruchy ludzi stawały się coraz bardziej śmiałe, zdecydowanie płynniejsze. Usta spotykały się w przypadkowych pocałunkach, coraz głośniejsze postękiwania i westchnienia przebijały się przez muzykę. Światła przygasły nieznacznie, melodia zdawała się dyktować akcję sceny, na którą patrzyłam. Parkiet zmienił się w przestrzeń pełną zmysłowych doznań. Orgia dziesiątek osób trwała w najlepsze. W tej chwili nie miał znaczenia status i poziom upojenia eterem. Goście wymieniali się partnerami, ocierali o siebie, nie zwracali uwagi na coraz głośniejsze pojękiwania i okrzyki wywoływane kolejnymi orgazmami. Nagie piersi podskakiwały, włosy przyklejały się do spoconych ciał.

Wpatrywałam się w ten obraz z szeroko otwartymi oczami. I ustami. Szok odebrał mi zdolność kontrolowania mimiki. Zamrugałam pospiesznie, byłam pewna, że to jedynie przywidzenia, że Nicola manipulował moim umysłem. Jednak po chwili zdałam sobie sprawę, że nie odczuwałam działania jego mocy. Ja nie, ale... oni wszyscy zdecydowanie byli pod jej wpływem.

Dubois znalazł się tuż przede mną. Kątem oka wciąż widziałam nagie, spocone ciała. Ujął moją brodę dwoma palcami i pchnął delikatnie ku górze. Skupiłam wzrok na jego twarzy, lecz wciąż nie byłam w stanie wydobyć z siebie nawet jednego słowa. Płynny miód tańczył w jego oczach, okolony czarną obwódką. Nawet nie uwolnił pełni swojej mocy, a był w stanie zmusić dziesiątki osób do uprawiania grupowego seksu.

Nagle usta mężczyzny znalazły się na moich wargach. Zamarłam, zaskoczona tym ruchem. Położyłam dłonie na klatce piersiowej Nicoli z mocnym postanowieniem, by go odepchnąć, ale włożyłam w ten ruch zdecydowanie za mało siły, bo ręce zsunęły się po umięśnionym torsie na równie umięśniony brzuch, po czym zatrzymały się na krawędzi spodni. Chłodna sprzączka od paska przylgnęła do mojego ciała, kiedy Nicola objął mnie drugą ręką i przyciągnął do siebie.

Ku własnemu zaskoczeniu zamiast spróbować się odsunąć, rozchyliłam usta jeszcze bardziej, dając mu tym samym przyzwolenie, by pogłębił pocałunek. Przymknęłam powieki, gdy poczułam, jak rozciągnął usta, zadowolony. Jego język powoli przesunął się po mojej dolnej wardze. Miętowy oddech Nicoli wdarł się do mojego nosa, kiedy chciałam zaczerpnąć tchu.

Dłoń, którą przytrzymywał do tej pory mój podbródek, przesunął na kark. Smukłe palce wpiły się w moją skórę, powodując ból. Płynęłam niemal na skraju świadomości, smakując miękkie wargi człowieka, na którego miałam zlecenie.

Świat zawirował. Nie miałam pojęcia, czy z doznań, czy znów przenieśliśmy się w inne miejsce. Muzyka przestała drażnić moje uszy, do nosa wdarł się nowy, nieznany zapach, świeży i chłodny niczym woda z lodowca.

Ciało zmieniło pozycję z pionowej na poziomą, opadło gwałtownie na miękki materac. Ręka Nicoli, która do tej pory oplatała mnie ciasno w pasie, sprawnym ruchem wysunęła się spod moich pleców, przesunęła gładko po biodrze i zatrzymała na udzie. Mężczyzna zacisnął zgrabne palce na mojej nodze, niekontrolowany jęk wydobył się z moich ust.

Nicola wciąż mnie całował, jednak robił to coraz bardziej agresywnie, niecierpliwie, jakby czekał na ten moment od lat. Zacisnęłam palce lewej ręki na materiale koszuli mężczyzny, a prawa automatycznie powędrowała na jego kark. Kosmyki przydługich włosów połaskotały wierzch mojej dłoni.

Czy ja straciłam rozum? Tak wiele emocji kotłowało się we mnie, lecz brakowało tej jednej, najważniejszej. Całkowitego sprzeciwu dla takiego obrotu spraw. Odniosłam wrażenie, że to, co się działo, było czymś całkowicie naturalnym, normalnym, jedynie kwestią czasu. Każdy ruch, jaki do tej pory został wykonany, już wcześniej się wydarzył i odtwarzaliśmy jedynie doskonale znany nam układ.

W pewnej chwili wszystko ustało.

Zachłysnęłam się powietrzem, nie byłam gotowa na nagłą przerwę. Opadłam całkowicie na materac, zatapiając się w miękkiej pościeli. Zamrugałam skonsternowana, po czym podparłam się na łokciach. W pomieszczeniu było ciemno i nawet moc trimisa nie była w stanie rozgonić tego mroku.

- Dubois? - Krótkie pytanie odbiło się echem od ścian pogrążonych w cieniu.

Odpowiedziała mi jedynie nieprzenikniona cisza. Podniosłam się i usiadłam, przeklinając pod nosem. Moje dłonie zacisnęły się na materiale satynowej pościeli. Teraz już dokładnie czułam jej fakturę.

Zniknął. W pierwszym odruchu pomyślałam, że wyszedł, ale przecież nie słyszałam pospiesznych kroków, trzaśnięcia drzwiami czy czegokolwiek, co sugerowałoby, że zostawił mnie tylko na chwilę.

Czułam, jakbym przeżywała déja vu. Jednak tym razem metaliczny posmak nie łaskotał mnie po dziąsłach, a woń pleśni i wilgoci została zastąpiona zapachem lakierowanego drewna oraz czegoś świeżego, czego nie byłam w stanie określić, targana wzbierającymi we mnie, nowymi emocjami. Tak odmiennymi od pożądania, które czułam jeszcze kilka chwil wcześniej.

Ukryłam twarz w dłoniach. Miałam ochotę krzyczeć. Powstrzymywało mnie jedynie to, że nie byłam pewna, czy znajduję się w pomieszczeniu sama, czy może kilka kroków ode mnie stoi przerośnięty, wywrócony na drugą stronę człekokształtny potwór, który rzuciłby się na mnie od razu po tym, jak wydam z siebie jakikolwiek głośniejszy dźwięk.

Dlatego westchnęłam tylko, zrezygnowana. Opadłam z powrotem na pościel, zaciskając szczękę tak mocno, że jeszcze chwila i popękałyby mi wszystkie zęby. Rozrzuciłam ręce po bokach, a wzrok wbiłam w sufit. Moc trimisa zatańczyła pod moją skórą wesoło, by po chwili skumulować się w splocie słonecznym.

Kształty niewyraźnie zamajaczyły nade mną, choć ciemność wciąż próbowała szczelnie oblepiać wszystko dookoła. Zapowietrzyłam się, kiedy na suficie ujrzałam własne odbicie. Lustro. Oczy błyszczały wściekle płynnym miodem, rozświetliły twarz wykrzywioną w niezadowoleniu. Moja klatka piersiowa poruszała się szybko, nierównomiernie. Czułam, jak zalewa mnie złość i gniew. Byłam tylko o krok od wybuchu, gdzieś z tyłu głowy czaił się ćmiący ból.

Wpatrywałam się w swoje oblicze i zastanawiałam nad tym, co się właściwie wydarzyło. Usta wciąż miały miętowy posmak, gdy przejechałam po nich językiem. Moja dłoń sięgnęła do szyi, a następnie spłynęła powoli w dół, ścieżką wytyczoną przez ręce Nicoli.

Ciepło sprawiło, że na ciele pojawiła się gęsia skórka. Pożądanie na nowo zapukało w okolice moich trzewi, podsuwając nieśmiało pewną myśl.

Przełknęłam ślinę, po czym poderwałam się z pościeli. Podeszwy moich butów stuknęły o drewniany parkiet, a moc trimisa spotęgowała ten dźwięk do delikatnej, ale wyczuwalnej wibracji. Rozejrzałam się pospiesznie. Ścianę po prawej stronie stanowił rząd wysokich okien, dlatego ruszyłam w przeciwną, w poszukiwaniu wyjścia. Intuicja mnie nie zawiodła i już po chwili szybkim krokiem przemierzałam ciemny korytarz, na którego końcu jasno świecił się szyld z napisem: "EXIT".

Aż tak bardzo mnie nie pojebało, żeby masturbować się do wspomnienia dotyku Nicoli Duboisa.

Rozdział 7

Nicola

Madeleine Sinclair miotała się wściekle dosłownie kilka chwil, zanim jej szybkie kroki stały się jedynie echem odbijającym się od sklepienia mojej czaszki. Cichym wspomnieniem, które miało towarzyszyć mi przez następne godziny.

Przeszła obok, całkowicie nieświadoma mojej obecności. Zaciągnąłem się słodko-gorzkim, korzennym zapachem. Zatrzymałem go w płucach na dłużej, a kiedy zabrakło mi tchu, wypuszczenie tej woni było niemal bolesnym doświadczeniem.

Wróciłem do Abbys. Stanąłem na środku parkietu, po czym rozejrzałem się leniwie. Z moich ust wyrwało się pogardliwe parsknięcie. Nic się nie zmieniło przez ostatnią godzinę. Wiodłem spokojnie spojrzeniem po wykrzywionych w bólu i strachu twarzach. Nagie ciała wciąż obijały się o siebie, jęki rozkoszy przerodziły się w rozpaczliwe zawodzenie. Część osób straciła przytomność. Do moich uszu docierał cichy dźwięk łamanych kości i pękających czaszek. Towarzyszyły temu nieprzyjemne plaśnięcia mózgów rozsmarowywanych po parkiecie. Pot i zapach krwi drażniły moje nozdrza, skóra mrowiła nieprzyjemnie.

Zaczynałem się denerwować.

Przeklinałem sam siebie w duchu za ten pocałunek. Nie miałem pojęcia, co we mnie wstąpiło. Zawsze byłem opanowany, cierpliwy. Nie wychylałem się niemal przez cały wiek, za każdym razem trzymałem emocje na wodzy, aż nagle...

- Enculé - wyrwało się z moich ust niekontrolowanie. Moc wylała się ze mnie szerokimi pasmami. Muzyka ucichła, a ludzie znieruchomieli niczym kiepskiej jakości posągi. - Wypierdalać!

Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę gabinetu. Odprowadziły mnie niepewne spojrzenia zebranych i znudzone twarze pracowników, którzy bez słowa zabrali się za usuwanie stratowanych gości. Uwijali się przy tym niczym mrówki, w całkowitym milczeniu. Wiedzieli, co mają robić, w końcu zajmowali się tym od lat.

Zatrzymałem się na moment przy kontuarze. Sięgnąłem po butelkę. Bursztynowy trunek błysnął w świetle niebiesko-różowych neonów. Nie zawracałem sobie głowy szklanką, nie była mi potrzebna.

Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi, wszystkie dźwięki ucichły. Zostałem sam z głuchą ciszą zalegającą w pomieszczeniu i huraganem myśli kotłującym się w głowie. W dwóch krokach znalazłem się przy kanapie z butelką whisky w ręce. Opadłem na nią z ciężkim westchnięciem. Odkręciłem korek i rzuciłem gdzieś za siebie. Pociągnąłem solidny łyk. Skrzywiłem się z odrazą, kiedy moje kubki smakowe wyczuły w alkoholu posmak eteru.

Mogłem się tego spodziewać.

Odstawiłem butelkę na stolik, po czym przetarłem twarz dłonią. Oparłem się o oparcie kanapy i, zgodnie ze swoim zwyczajem, przewiesiłem przez nie ramiona. Spojrzałem w sufit. Był nudnie biały, wręcz mdlący. Chłodne światło sprawiało, że drobinki brokatu mieniły się przy każdym, nawet najmniejszym poruszeniu. Wkurwiały mnie. W tym momencie wszystko mnie denerwowało tak bardzo, że miałem ochotę obrócić to miejsce w ruinę.

Madeleine. Madness. Maddie.

Zaśmiałem się pod nosem na wspomnienie jej szeroko otwartych, przerażonych oczu. Pięknych, czarnych niczym bezdenna otchłań. Miałem ukryte gdzieś głęboko w pamięci, jak wyglądały za dnia. Tak naprawdę nie były tak ciemne. Wystarczyło odrobinę światła, by dostrzec ich głęboką, czekoladową barwę. Skutecznie odwracały uwagę od niewielkiego pieprzyka, który znajdował się nieco poniżej. Tak skrzętnie go ukrywała pod korektorem, chociaż ja wolałem, kiedy był widoczny.

Był czymś charakterystycznym tak jak jej kruczoczarne, lśniące włosy. Odkąd wyszła ze szpitala po raz pierwszy, nigdy ich nie związywała. Próbowała ukryć bliznę, którą miała na skroni. Nie raz obserwowałem ją, jak przyglądała się sobie w lustrze, skupiała wzrok w tym jednym miejscu i patrzyła na siebie z obrzydzeniem. Jakby to, że posiada takie znamię, umniejszało jej wartości.

Nie miało to znaczenia.

Żaden mankament wizualny nie był w stanie sprawić, że będzie warta mniej niż jakikolwiek inny trimis. Była pierwszym i najlepszym eksperymentem, więcej nie udało nam się tego powtórzyć. Gdyby tylko wiedziała... Gdyby pamiętała...

Skrzypienie zawiasów wyrwało mnie z chaosu myśli. Otworzyłem jedno oko i zerknąłem w stronę drzwi. Dźwięki krzątaniny obiły się o mój umysł, przyprawiając o grymas obrzydzenia.

Nakagawa stał w przejściu z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni. Przyglądał mi się bacznie zza przezroczystych szkieł okularów. Zaciskał wargi, a ja miałem wrażenie, że zaraz dotrze do mnie chrzęst pękających zębów.

Spojrzenie miał tak puste, że gdybym go wcześniej nie spotkał, pomyślałbym, że jest tylko figurą woskową, którą ktoś zostawił na pastwę losu, blokując tym samym wejście. Jednak znałem go na tyle dobrze, by nie bagatelizować sygnałów, które wysyłał całym sobą.

- Panie Nakagawa. - Wyprostowałem się na kanapie i skinąłem mu głową. Nieznacznie drgnął mu kącik ust. - Co pana tu sprowadza?

- Sam bym wyszedł, nie musiałeś mnie przenosić do slumsów - sarknął, wyraźnie poirytowany moim wcześniejszym zachowaniem.

Czułem, jak na moją twarz wypływa uśmiech zadowolenia. Wyprowadzić Nakagawę z równowagi to coś, co udawało się niewielu. Odkąd zaczął pojawiać się w Abbys, unikał bezpośredniej konfrontacji. Był raczej niczym cień, uważnie sondował otoczenie znad drinka, którego nigdy nie wypijał. Byłem pewny, że domyślał się, że pracownicy mieszają alkohol z eterem.

Eter uzależniał takich jak on. Takich jak ja. Właściwie nie był łaskawy dla nikogo. Zbierał w moim klubie żniwo, o jakim handlarze innych uzależniaczy mogli jedynie pomarzyć. Z trimisami miał zdecydowanie trudniej. To, co działało na ludzi i demony, nas jedynie osłabiało w niewielkim stopniu. Droga do uzależnienia od eteru była długa i naznaczona całymi kilogramami narkotyku.

Założyłem nogę na nogę, po czym pochyliłem się nieco do przodu. Na miejscu Ezry każdy by się spocił i drżał ze strachu, ale nie on. W całym swoim studwudziestoletnim życiu nie widziałem odważniejszego człowieka od niego. Czasem nawet zastanawiałem się, czy naprawdę jest człowiekiem, a nie kolejnym, wyśmienitym eksperymentem, ale należącym do zupełnie kogoś innego. Jego azjatyckie rysy sugerowały bardzo mocno, że nie pochodzi z dawnej Francji czy Belgii.

Lustrował mnie uważnie, rejestrował każdy ruch. Mięśnie na jego szyi napinały się nieznacznie, kiedy gwałtownie poprawiałem pozycję, jednak twarz nie wyrażała żadnych emocji. Może był robotem? To, że miasta wyglądały jak wylęgarnia żywych trupów, wcale nie oznaczało, że nauka i rozwój stanęły w miejscu. Były po prostu niedostępne dla opinii publicznej.

Sięgnąłem po raz kolejny po butelkę chrzczonej whisky. Uniosłem szkło w stronę Nakagawy, ale tylko nieznacznie pokręcił głową w odmownym geście. Wzruszyłem ramionami i przyłożyłem szyjkę do ust. Zapach eteru drażnił w nozdrza, mimo to pociągnąłem solidny łyk. Potrzebowałem tego jak nigdy dotąd.

Ezra ruszył w stronę kanapy, po chwili opadł na nią z cichym stęknięciem. Łokcie oparł o uda, a dłonie splótł między nogami. Wydawał się całkowicie pozbawiony emocji, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Dostrzegłem, jak jego źrenice rozszerzają się, kiedy odkładałem butelkę z powrotem na blat.

Mięśnie szczęki Nakagawy napięły się nieznacznie, gdy odchylał się do tyłu, by oprzeć się i usadowić wygodniej.

- Gdzie Madeleine? - Poważny ton, jakim mnie uraczył, nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Był gotowy ukręcić mi łeb, gdyby coś stało się Sinclair.

- Spokojnie, bodyguardzie, nic jej nie jest.

- Gdzie ona jest?

Westchnąłem teatralnie i przetarłem twarz dłonią.

- Na drugim końcu miasta. - Posłałem mu wyćwiczony uśmiech. Nie odwzajemnił go. - Myślisz, że mógłbym coś jej zrobić? Nigdy w życiu!

- Pozostawienie jej z tuzinem wygłodniałych mutantów świadczy o czymś zupełnie innym.

Z moich ust wyrwało się niekontrolowane parsknięcie. Czyżby Ezra Cohen aż tak bardzo wątpił w naszą cudowną Madeleine? Nakagawa nigdy nie miałby takich obiekcji. Fascynowało mnie to, jak zmiana nazwiska wpływała na charakter.

Oczywiste dla mnie było, że Madeleine poradzi sobie świetnie, w końcu do tego przygotowywała się całe życie. Ezra doskonale zdawał sobie sprawę z jej umiejętności, więc skąd w jego głosie nutka zdenerwowania?

- Misiu, przestań umniejszać naszej małej gwieździe. To nie przystoi. - Wydąłem usta, udając urażonego jego słowami. - Jestem pewny, że niebawem znów się tu zjawi. Byłoby niezręcznie, gdyby zobaczyła, że ze sobą rozmawiamy.

Moja brew uniosła się nieznacznie. Ezra odchylił głowę, jakby chciał spojrzeć na mnie z góry. Skanował mnie spod wpół przymkniętych powiek. Przejechał językiem po zębach, kątem oka dostrzegłem kaburę pod połami jego płaszcza. Byłem pewny, że w magazynku nie znajdują się zwykłe kule. Nie mówiło mi o tym jedynie przeczucie, moja moc zadrżała niespodziewanie, kiedy utkwiłem spojrzenie na rękojeści.

- Uważasz, że to zabawne? - syknął przez zaciśnięte zęby. Zmrużył oczy, światła ledowych żarówek odbiły się od eleganckich, srebrnych oprawek. - Jak coś spierdolisz, znowu będziecie musieli wymazać jej pamięć. Chcesz tego?

Tym razem to ja zacisnąłem szczękę tak mocno, że niemal popękały mi zęby. Byłem pewny, że wytknie mi potknięcia, ale nie spodziewałem się, że nastąpi to tak szybko. Choć nie sądziłem, że wiedział, co naprawdę się wydarzyło. W głębi duszy wiedziałem, że ma rację. Jeśli stracę czujność i zagalopuję się tak, jak z tym pocałunkiem, będziemy musieli zacząć cały proces od nowa.

Problem polegał na tym, że wiedziałem, co pieprzony Ezra Nakagawa-Cohen wyprawiał z moją Madeleine, kiedy byli sam na sam. Dlatego gdy pojawili się razem w Abbys, nie byłem w stanie opanować całkowicie emocji. To, jak złapał ją w talii, kiedy szli chodnikiem. Pogardliwe spojrzenie, którym mnie obdarzył, gdy mnie mijali. I jak splotła ich palce, by przecisnąć się przez tłum naćpanych klubowiczów...

Odpędziłem od siebie natrętne myśli. Ostatnie, co chciałem widzieć tego wieczoru, to Ezra obmacujący Madeleine. Jeszcze przyszłoby mi do głowy, by go zabić, a nie mogłem tego zrobić. Jeszcze nie. Był cenny, niemal tak samo jak Sinclair.

- Ogarnij się - powiedział, wstając z kanapy. Poprawił klapy płaszcza. Zamachnął się nim wystarczająco mocno, by colt, którego skrywał pod nim, był widoczny w całej okazałości. - Nie chciałbym zmarnować kolejnych dziesięciu lat.

Zaśmiałem się. Tak głośno, że echo tego dźwięku odbiło się niczym grom od ścian. W moim wnętrzu rozległ się niski warkot, kiedy uwalniałem swoją moc. Czułem, jak rozchodzi się po ciele szerokimi pasmami, dociera do oczu i barwi je na złoto. Płynny miód zalał całe pomieszczenie swoją ciepłą barwą.

Podniosłem się ze swojego miejsca i w okamgnieniu znalazłem przed Nakagawą. Ława przesunęła się z bolesnym dla uszu jękiem. Zacisnąłem palce na jego koszuli i przyciągnąłem bliżej. Patrzyłem na niego z góry, w szkłach okularów odbijało się moje zniekształcone oblicze, wykrzywione grymasem gniewu. Dopiero po chwili dostrzegłem błysk w ciemnych tęczówkach mężczyzny. Nie odnalazłem w nich strachu, wręcz przeciwnie. Kipiał z wściekłości tak samo jak ja.

- Ty nie chciałbyś zmarnować? - Wyrwało się z moich ust, zanim w ogóle pomyślałem o tym, co chciałbym powiedzieć. - Przechodzę to ósmy raz, jebany gnoju. I nie zamierzam po raz kolejny tracić okazji.

Poczułem przez koszulę chłód metalowej lufy. Ezra wciskał ją między moje czwarte i piąte żebro. Dźwięk odbezpieczanej broni przeciął ciszę, która zaległa dosłownie na chwilę. Sapnąłem, zażenowany. Facet doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tym posunięciem mógł mnie jedynie rozjuszyć.

- Odsuń się - warknął, przyciskając colta jeszcze mocniej. - Jestem ostatnią osobą na tym świecie, do której powinieneś się sadzić.

- Strzelaj. - Uśmiechnąłem się. Jego zachowanie tylko mnie napędzało. Dawno nikt mi się nie postawił i na myśl o tym, że mógłby to zrobić, niemal gotowałem się z ekscytacji. Jednak Nakagawa-Cohen się zawahał. Jego mięśnie spięły się na jeden krótki moment, krótszy niż oddech, po czym odrobinę odsunął dłoń, w której dzierżył pistolet. Cmoknąłem niezadowolony i pokręciłem głową. - No dalej, czekam na to od wieków. Wiem, co masz w tej spluwie. Więc strzelaj, do kurwy nędzy!

Ezra sapnął poirytowany. Drugą ręką złapał mnie za nadgarstek. Próbował wyrwać się z mojego uścisku, ale bardzo opornie mu to szło. Zawiodłem się jego brakiem konsekwencji. Prawda była taka, że gdyby strzelił, a mnie przeczucia nie myliły, miałby jeden problem z głowy. I to właściwie ten największy, bo Russeau nie stanowił dla niego żadnego kłopotu.

W przeciwieństwie do mnie.

Od lat toczyliśmy z Russeau cichą wojnę, okraszoną setkami litrów krwi jego podwładnych, tylko po to, by mniej więcej co dekadę zaczynać wszystko od nowa. Jednak nie byłem w stanie się przełamać i zgodzić na warunki, które proponował.

W końcu zimna lufa przestała drażnić moją skórę. Ezra opuścił obie ręce i westchnął ze zrezygnowaniem. Zastanawiałem się, o czym myślał, ale ostatecznie nie wszedłem do jego głowy. Zdecydowanie ciekawiej było, gdy jego umysł pozostawał dla mnie zamknięty.

- Madness powinna zdecydować. Jeszcze nie przyszła na to pora, pojebie - mruknął. Poluźniłem uścisk, wyrwał się z niego niemal natychmiast. - Rób, co do ciebie należy. Będę trzymał rękę na pulsie.

- Wszystko mam pod kontrolą - odparłem, robiąc krok do tyłu. - Twoje zadanie jest zgoła inne i nie obejmuje spędzania czasu między nogami Madeleine, czyż nie?

Zacisnął ręce w pięści. Kostki tej, w której trzymał broń, pobielały. Uśmiechnąłem się pod nosem. Czyżbym trafił w czuły punkt?

- Przynajmniej nie muszę posuwać się do użycia siły, żeby je rozłożyła - odparował.

- Oż ty... - Przygryzłem wnętrze policzka. Korciło mnie, żeby go poskładać jak origami. Czasem Ezra pozwalał sobie na zbyt wiele, lecz łączyła nas umowa, której żaden z nas nie zamierzał złamać. Choć czasem bywało bardzo, bardzo blisko.

Zmieliłem grad obelg w ustach. Nużyła mnie ta rozmowa i chciałem ją zakończyć, zająć się innymi, niecierpiącymi zwłoki sprawami. Jeśli wszystko miało pójść zgodnie z moimi założeniami, musiałem zadbać o każdy, nawet najmniejszy szczegół.

Cohen bez pożegnania wyszedł z mojego gabinetu. Nie omieszkał ostentacyjnie trzasnąć przy tym drzwiami. Skrzywiłem się, kiedy do moich uszu dotarł ten niepożądany dźwięk.

Nie dane mi było cieszyć się samotnością zbyt długo. Kilka minut później poczułem wibrację. Wyciągnąłem telefon z kieszeni. Ekran rozświetlił się, czarne cyfry numeru, który próbował się ze mną skontaktować, kontrastowały z wściekle białym tłem. Przymknąłem powieki, ścisnąłem palcami nasadę nosa. Drugą ręką odebrałem telefon i przyłożyłem słuchawkę do ucha.

- Co znowu? - mruknąłem. Mój głos brzmiał na wyjątkowo zmęczony.

- Kolejna dostawa jutro o dwudziestej trzeciej. Szczegóły prześlę później. Nie daj się ponieść. - Ezra wypluł z siebie informację z prędkością światła i zakończył połączenie.

Sapnąłem, rzucając telefon obok. Odbił się głucho od oparcia kanapy, po czym niemal z gracją początkującej baletnicy zsunął się po siedzisku na gruby dywan.

- Do mnie - mruknąłem niewerbalnie, kiedy tylko wyczułem młodego trimisa przechodzącego przez korytarz, nieopodal gabinetu. Chwilę później dudniące kroki wypełniły cichą przestrzeń, drzwi uchyliły się z delikatnym skrzypnięciem i stanął w nich młody chłopak. Jego oczy błyszczały niczym gotująca się magma.

- Klaus - przedstawił się od razu, choć niepotrzebnie. Za dwa oddechy jego imię uleci z odmętów mojej pamięci i znów stanie się tylko bezimiennym trimisem na usługach Nicoli Duboisa.

- Bądźcie gotowi jutro na dwudziestą trzecią. Wystarczy pięciu.

Brwi Klausa poszybowały do góry.

- P-pięciu? - Jego głos zadrżał niespodziewanie, jakbym prosił o coś niemożliwego. Kiwnąłem głową, po czym odwróciłem się do niego tyłem.

Spojrzałem na ścianę, skinąłem delikatnie dłonią. Dźwięk przesuwanych prowadnic wypełnił pomieszczenie. W tym samym czasie ledowe światła przygasły odrobinę, dostrzegłem swoje odbicie w coraz szerszej szybie. Wokół czarnych tęczówek wyraźnie malowała się miodowa łuna.

- Do transportu towaru. Resztą sam się zajmę - dopowiedziałem, żeby nie miał żadnych wątpliwości, wyczuwałem w jego emocjach ogromny niepokój.

Nie zdarzyło się, bym naraził swoich ludzi na niebezpieczeństwo, o ile praca dla mnie nie była przeciwieństwem bezpiecznych warunków. Żyłem wystarczająco długo, by narobić sobie wrogów, którzy tylko czekali na to, aż powinie mi się noga.

Młody trimis wycofał się z pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Zrobił to całkowicie bezszelestnie, po prostu czułem, jak jego energia oddalała się pospiesznie. Jakbym nagle miał zmienić zdanie i rzucić go demonom na pożarcie lub mój humor pogorszył się drastycznie i postanowiłbym skrócić go o głowę.

Moc przepływała przeze mnie swobodnie. Od dawna nie próbowałem z nią walczyć, dusić w sobie, jak robiła to Madeleine. Rozczulała mnie jej wewnętrzna walka ze swoją naturą. Jakby starała się oszukać samą siebie, że trimis to tylko dodatek do jej życia. Że może być zwykłym obywatelem, być jak każdy inny w Down Town.

Nigdy nie była kimś takim. Była czymś więcej. Nie tylko dla mnie, dla całego świata. Madeleine Sinclair była kluczem do rozwiązania problemów współczesnej rzeczywistości. I tylko jedna osoba stała na drodze do tego, by osiągnąć cel.

Podszedłem do okna. Down Town, szczególnie po tej stronie, wydawało się spokojne i pozbawione trosk. Budynki pogrążone w mroku przywodziły na myśl śpiące, skalne potwory; wystarczyłby jeden niewłaściwy ruch i przebudziłyby się wściekłe, skołowane, całkowicie rozdrażnione. Kamienne kolosy podniosłyby się, rycząc w szaleństwie, po czym starłyby to miasto na proch.

Okna rozświetlone żółtym światłem niczym ślepia demonów z piekieł, łypały złowrogo, sondowały przestrzeń, jakby szukały ofiary, z którą zatańczyłyby śmiercionośne tango i pozbawiły jej duszy raz na zawsze.

Nienawidziłem tego miejsca tak bardzo, że miałem ochotę je zdeptać, zgnieść, polać benzyną, zapalić papierosa i wrzucić go w tę gęstą kałużę. Niech, kurwa, spłonie.

Z gonitwy myśli wyrwał mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Zerknąłem przez ramię w stronę, gdzie powinien się znajdować telefon. Westchnąłem z dezaprobatą, przeczesałem niedbale włosy i podszedłem do ławy, ominąwszy uprzednio kanapę. Podniosłem urządzenie z dywanu, odblokowałem ekran, by odczytać krótką notatkę, która sprawiła, że krew zawrzała mi w żyłach.

Wcisnąłem go w kieszeń płaszcza. Omiotłem spojrzeniem pomieszczenie, jakby nagle mój wróg miał się w nim zmaterializować i rzucić się do ataku. Uniosłem dłoń do góry, po czym niedbale pstryknąłem palcami, by niepostrzeżenie przenieść się pod wskazany w wiadomości adres.

Show czas zacząć.

 

***

 

Z góry Down Town wyglądało na znacznie mniejsze, niż było w rzeczywistości. Po wielkiej wojnie ludzie przestali budować wysokie wieżowce; wielu obywateli zginęło pod gruzami zawalonych drapaczy chmur, jeszcze więcej zniknęło wskutek wybuchów bomb atomowych i wysokiego promieniowania. Garstka Europejczyków, która przeżyła ten horror, skupiła się dosłownie w kilku miejscach, głównie blisko mórz i oceanów. Obszary położone w głębi lądu przejęły mutanty, które nie potrafiły pływać, jak się okazało niedługo później.

W każdym razie w całym Down Town wieżowców było raptem sześć. Rozrzucone w strategicznych miejscach niczym baszty obronne sprawiały wrażenie ceglanych rycerzy, gotowych objąć czule cały zabudowany obszar w razie niebezpieczeństwa.

Stałem na dachu jednego z nich. Wiatr targał mi włosy, poły płaszcza trzepotały pod wpływem silnych podmuchów. Ciemne chmury kłębiły się nad moją głową, grożąc obfitymi opadami. Ozon wisiał w powietrzu, jakby czekał tylko, aż obywatele wyłonią się ze swoich mieszkań, by pozwolić naturze przemoczyć ich ubrania na wylot. Wpatrywałem się w panoramę miasta, znudzony oczekiwaniem. Down Town powoli budziło się do życia, hałas ulicy stawał się coraz donośniejszy i rozchodził się echem między betonowymi ścianami zabudowań.

Kroki Jean Luca mieszały się z szumem wiatru. Zrównał się ze mną i wbił spojrzenie w krajobraz rozciągający się przed nami. Kątem oka dostrzegłem papierosa między jego wargami, końcówka rozżarzyła się jasnym płomieniem, by po chwili przygasnąć nieznacznie. Wyciągnął dłoń w moją stronę. Spojrzałem na paczkę czerwonych Marlboro i pokręciłem głową.

- Rzuciłeś? - zapytał, po czym wypuścił biały dym, zalegający w jego płucach.

- Cztery dekady temu - odparłem beznamiętnym tonem. Pokiwał głową ze zrozumieniem. Zaciągnął się i ponownie wypuścił dym z ust.

- Słusznie. To straszne gówno.

- Spotkaliśmy się, by dywagować na temat palenia, czy przejdziemy do właściwego tematu? - rzuciłem oschle, strzepując z ramienia niewidzialny pyłek.

Jean Luc Russeau odwrócił się w moją stronę i zlustrował beznamiętnym spojrzeniem wypranym niemal z wszystkich emocji. Trimis zawrzał w jego ciele, wyczuwałem to doskonale. Powietrze zgęstniało, wiatr ustał, a dźwięki dochodzące z ulicy nagle przestały do nas docierać. Niebo pociemniało, choć zrzucałem to na karb nadchodzącego deszczu niż na jego moc.

Przewróciłem oczami i odwróciłem głowę w bok. Pokaz siły Jean Luca nie robił na mnie żadnego wrażenia już od dawna. Byłem lepszy. Silniejszy.

- Dopiąłeś swego, Dubois - zaczął szyderczym tonem, wyrzucając niedopałek poza krawędź dachu. - Madeleine nie chce ze mną pracować. Zamierza wyprowadzić się z mieszkania.

- W końcu. Jest kiepsko urządzone. - Uśmiechnąłem się. Powieka Russeau drgnęła, jednak nie dał się sprowokować.

- Do ciebie też nie zamierza dołączyć. Według mojego współpracownika chce odzyskać wspomnienia na własną rękę. Więc tobie też się wymyka.

Wbiłem w niego wzrok. Byłem przekonany, że Ezra stanie na głowie, by doprowadzić Sinclair do mnie, a mimo to słowa Jean Luca zasiały we mnie ziarno niepewności. Czy mogłem ufać hakerowi w stu procentach? Przecież widziałem, jaki ma do niej stosunek, jak blisko ze sobą byli. Skąd mogłem wiedzieć, że zgodził się współpracować tylko po to, bym nie wyeliminował go przy pierwszej lepszej okazji?

- Myślę, że się mylisz.

- Myślę, że twojej słodkiej Madeleine już od dawna nie ma w tym ponętnym ciałku. - Jean Luc uśmiechnął się złośliwie, wyciągnął kolejnego papierosa i wsadził go do ust. Miałem ochotę wepchnąć mu go do gardła.

Wzruszyłem jedynie ramionami.

- To wszystko? Nie mam czasu na pogawędki - odparłem. Miałem nadzieję, że nie wyczuł w moim głosie tego subtelnego drżenia, które wskazywałoby jakiekolwiek wątpliwości.

- Nie. - Zwrócił się ku krawędzi dachu. Westchnął teatralnie, a moje ciśnienie z każdą chwilą rosło. Wystarczyłoby tylko pchnąć go do przodu, by spadł. Jeden prosty ruch i rozbiłby się o chodnik... Leczyłby się całymi miesiącami, a ja miałbym czas przekonać do siebie Madeleine. - Wiem, że to ty stoisz za kradzieżami eteru z moich dostaw. Nie wiem tylko, kto jest twoim informatorem.

Uniosłem brew. Czyżby Jean Luc aż tak bardzo ufał swoim współpracownikom, że nie sprawdzał ich myśli? Co prawda Cohen fantastycznie chronił swój umysł przed wpływem trimisa. To by wyjaśniało siatkę kontaktów, jaką latami budował pod nosem Jean Luca, a on się nawet nie zorientował.

- Nic na mnie nie masz - odpowiedziałem w końcu, by jak najszybciej zakończyć tę niepotrzebną wymianę zdań. - I nie potrzebuję informatora, przecież wiesz.

Russeau pokiwał głową. Wyglądał tak, jakby zastanawiał się nad czymś. Mielił filtr od papierosa między wargami, wydawać by się mogło, że nawet nie zarejestrował, że wypalił się do końca. Miałem wrażenie, że się mocniej postarzał, mimo że ten proces u trimisów trwał jedynie do pewnego momentu. Nawet u tych, na których były wykonywane badania. Twarz przecinało kilka zmarszczek mimicznych, policzki opadły nieco, a oczy pojaśniały, choć nie byłem pewny, czy w przypadku jego stalowych tęczówek to w ogóle możliwe. Plecy miał zgarbione, jakby przygniatało go zmęczenie.

- Nie mam, ale będę miał. Pamiętaj, że ta gra jeszcze się nie skończyła. - Spojrzał na mnie, uśmiechając się cierpko. - Być może tym razem któryś z nas wygra.

- Być może.

- Do zobaczenia za jakiś czas. - Russeau odwrócił się do mnie i wyciągnął rękę. Spojrzałem na nią, a potem na jego twarz. Coś czaiło się w jego obliczu, coś złowrogiego, nie byłem jednak w stanie do końca tego określić. Wiedziałem o każdym jego ruchu dzięki hakerowi, nie musiałem go obserwować. Zresztą, byłem pewny, że wyczułby mnie od razu, gdybym pojawił się w siedzibie.

Kiedy Jean Luc zrozumiał, że nie zamierzam uścisnąć jego dłoni, prychnął z niesmakiem i schował ją do kieszeni płaszcza. Bez słowa odwrócił się na pięcie i ruszył ku schodom prowadzącym do wyjścia. Dlaczego nie użył mocy?

Zaczynałem mieć coraz więcej wątpliwości. Obserwowałem Madeleine od lat i nic nie wskazywało na to, że jej światopogląd mógłby się zmienić. Mimo iż straciła pamięć, jej ruchy, nawyki, mowa ciała - wszystko, co sprawiało, że Maddie była sobą, pozostało takie samo. Więc co się stało, że tym razem miałoby być inaczej?

Ściana deszczu uderzyła we mnie niespodziewanie. Przymknąłem oczy i uniosłem twarz do nieba. Zimne krople szczypały nieprzyjemnie w policzki, spływały po szyi za kołnierz koszuli. Wziąłem głęboki wdech. Przeczesałem palcami włosy, by nie przyklejały mi się do czoła.

Moc zatańczyła w moim ciele i chwilę później leżałem we własnym apartamencie, na jedwabnej pościeli. Tej samej, w której kilka godzin wcześniej próbowałem rozebrać do naga Madeleine Sinclair.

 

***

 

- Szefie?

Zerknąłem przez ramię na trimisa stojącego za mną. Wszystko miało kolor posoki. Oddychałem szybko, nierówno. Koszulka przykleiła się do mojego torsu od nadmiaru krwi. Czułem, jak spływała po ciele, bo nie mogła wsiąknąć w nasycony materiał.

- Wszystko gotowe, szefie - odezwał się znów. Kiwnąłem głową, po czym powoli się rozejrzałem.

Niemal cały hangar, aż po metalowy sufit, przybrał kolor czerwieni. Rozsmarowałem ciała demonów po każdej możliwej powierzchni. Zmiażdżone twarze, wypływające mózgi i powykręcane w stawach kończyny słały się po otoczeniu niczym zmyślna wystawa artysty. Od ścian wciąż odbijało się echo ich błagalnych krzyków, próśb i agonalnych jęków.

Kiedy tylko usłyszałem, że paleta z towarem dotknęła podłogi budynku, uwolniłem całą swoją moc. Podsycana emocjami zapłonęła we mnie z siłą, nad którą ciężko było zapanować. Właściwie nie chciałem nawet tego robić. Wolałem wyrzucić z siebie całą złość i niepewność, by na nowo zacząć trzeźwo myśleć.

Madeleine zajmowała znaczną część moich pragnień. Dokąd się udała, gdy opuściła mój apartament? Czy rozmawiała już z Russeau? Czy wszystkie informacje, jakie miała, otrzymała od Cohena? Niecierpliwiłem się tak bardzo, że aż było to do mnie niepodobne.

Przecież potrafiłem czekać całymi latami na rozwój wydarzeń. Przechodziliśmy to nie pierwszy raz. Być może to nie Maddie się zmieniła, tylko ja? Zakład z Jean Lukiem dobiegł końca, nie udało mu się mnie powstrzymać, więc powinien dać mi wolną rękę, jeżeli chodzi o tę kobietę. Dlaczego znów tak bardzo się przed tym wzbraniał?

Chciał spokoju. Niczego tak bardzo nie cenił w swoim marnym życiu, jak wygodnej posady narkotykowego giganta, monopolisty. A jednak mimo to kurczowo trzymał Madeleine przy sobie i nie chciał mi jej zwrócić. Przecież ze swoimi planami poradziłby sobie bez niej.

To wszystko tylko podsycało moją złość. Świat zalała poświata w kolorze płynnego miodu. Moje ciało samo doskonale wiedziało, co miało robić. Mordowałem podwładnych Russeau, jednego po drugim. Jedyne, co po nich zostało, to krwawe smugi na posadzce.

W końcu wokół mnie zaległa cisza, mącona jedynie przez mój własny, przyspieszony oddech.

Wyszedłem z baraku. Nozdrza wciąż drażnił metaliczny zapach posoki. Przetarłem twarz dłonią, ale nie przyniosło to zamierzonego efektu. Westchnąłem ostentacyjnie, po czym ruszyłem opustoszałą drogą prowadzącą do wyjścia. Po obu jej stronach ciągnęły się metalowe hangary, ich konstrukcje jęczały przeraźliwie przy każdym, nawet najmniejszym podmuchu wiatru.

Zastanawiałem się, jak długo jeszcze będą stały w tym miejscu. Tajfuny i huragany rzadko nawiedzały zachodnią część Down Town, znajdującą się niemal nad samym Oceanem Atlantyckim. Jednak gdy to następowało, siały niesamowite spustoszenie. Rozejrzałem się leniwie. Po dawnym Brest i jego złocistych plażach oraz porośniętych bujną trawą klifach nie było nawet śladu.

Po wybuchu bomby atomowej miejsce, do którego co roku zjeżdżały całe masy turystów, zostało zrównane z ziemią. Piękne, średniowieczne zamki i skalne zapory rozpadły się niczym domek z kart przy maleńkim podmuchu wiatru. Chaos wojny pozwolił handlarzom ludźmi i innego nielegalnego towaru przejąć ten obszar. Kolebka przerzutów przeróżnych substancji powstała właśnie w tym miejscu. Na szybko wybudowany port po wielu latach zaniedbań obrosła rdza, jednak to nie przeszkadzało szefom największych karteli w Down Town układać się z Amerykanami.

Podobno tam niewiele się zmieniło. Podobno tam było normalne życie, pozbawione całej tej brutalności, mutantów, trimisów i śmierci. Taką wersję przynajmniej przedstawiano Europejczykom. "Nowy Wspaniały Świat" - krzyczały ulotki propagandystów, którzy prężnie zbierali żniwo wśród tych najbardziej poszkodowanych. Nie zawracali sobie głowy bogaczami; doskonale wiedzieli, że elity nie spojrzą nawet w stronę Ameryki, zbyt dobrze im się tu wiodło.

W końcu zbudowali imperium na naiwności tych samych idiotów, którym wmawiano, że istnieją jeszcze na tym świecie miejsca, gdzie życie jest spokojne, a na świat nałożony jest różowy filtr.

Coś ciągnęło mnie do wody. Skręciłem między hangary i poszedłem w zupełnie inną stronę, niż zamierzałem. Do moich uszu dotarł szum nocnego, niespokojnego morza. Niemal czułem w zakończeniach nerwowych, jak wściekłe fale odbijają się od kamiennych, naturalnych wałów. Kurz i żwir chrzęściły pod ciężarem moich kroków. Do nosa dotarły zapachy ryb i morskiej bryzy. Widziałem horyzont malujący się złoto-granatową, gradientową łuną. Prawie idealnie odcinał czerń wody od jaśniejącego nieba. Jeszcze kilka godzin i nastanie świt.

Zmrużyłem oczy, kiedy wyraźny kontur sylwetki pojawił się na mojej drodze ku pozornej wolności. Stanąłem w miejscu, trimis szarpnął się niespokojnie i zalał wszystko miodowo-złotą poświatą. Tym razem dokładnie widziałem, kto przede mną stoi. Uśmiechnąłem się i przechyliłem głowę na bok.

- Madeleine - powiedziałem, chowając ręce w kieszeniach płaszcza. Spięła się, gdy dotarł do niej dźwięk mojego głosu, lecz twarz nie zdradzała żadnych emocji.

Wyglądała zjawiskowo. Odziana w czerń prezentowała się iście złowrogo. Jej włosy zlewały się z kolorem stroju, tworzyły perfekcyjną, harmonijną całość. Jasny odcień szyi wyraźnie odcinał się od tego spójnego obrazka, zaróżowione policzki nadawały jej uroczy, niemal kokieteryjny wygląd. Wiedziałem jednak, że nie przyszła tu ze mną flirtować, zdradzały to błyszczące oczy trimisa.

- Nicola - mruknęła. Opuściła ręce wzdłuż ciała i zacisnęła dłonie w pięści. - Znów mnie zostawiłeś.

Nie wyczułem w jej głosie ani krzty żalu.

- Wybacz mi moją przewidywalność, mon chéri. - Ukłoniłem się teatralnie w przepraszającym geście.

Parsknęła pod nosem. Ruszyła w moją stronę sprężystym krokiem, odbijał się echem od wykonanych z falowanej blachy ścian hangarów. Nie spuszczała ze mnie wzroku, poruszała się jak drapieżnik, lwica, gotowa w jednej chwili rzucić się do ataku. Dostrzegałem to w każdym spiętym mięśniu i wstrzymywanym oddechu.

Zatrzymała się, dzielił nas tylko jeden jej krok. Zadarła głowę do góry, by móc spojrzeć mi w oczy. Miałem ochotę się zaśmiać, widząc, jak walczy ze swoją mocą, jak nie chce utracić nad nią kontroli.

Próbowałem wejść do jej głowy, dowiedzieć się, co ją sprowadza i jak mnie namierzyła, ale natrafiłem na solidny mur. Pochyliłem się nieznacznie, zdumiony tym, jak szybko go zbudowała i z jaką łatwością utrzymywała, tym samym chroniąc swój umysł. Czyżby nie wszystkie poprzednie nauki zostały zapomniane? Czy może zdążyła się spotkać z Ezrą, który podpowiedział jej, jak mogła obronić się przede mną?

- Co tu robisz, Madeleine? - zapytałem. Czułem, jak na moją twarz wypływa uśmiech zadowolenia. Byłem poniekąd dumny i zafascynowany tym, jak szybko pracował jej mózg, kiedy trzeba było wyciągnąć lekcje z porażek.

- Dokończ - odparła. Uniosłem jedną brew. Westchnęła, wznosząc oczy ku niebu. - Dokończ to, co zacząłeś w tamtym apartamencie. To twój dom?

- Jeden z wielu - wydukałem oszołomiony. Zaskoczyła mnie swoimi słowami. Spodziewałem się, że zaatakuje bez ostrzeżenia, zbombarduje agresją, opanowaną wściekłością, której nie powstydziłby się nawet najlepszy zabójca.

Czekałem na jej odpowiedź, jednak Madeleine milczała. Wpatrywała się we mnie intensywnie, oczekując, że znów ją pocałuję. Nie zamierzałem tego robić. Zaciekawiła mnie zmianą swojego nastawienia, więc ja również czekałem.

- Jaki będzie twój następny ruch, Madeleine? - posłałem pytanie, patrząc jej prosto w oczy. Nie byłem pewny, czy je usłyszała, czy odbiło się od tego wysokiego, złotego muru.

Podeszła bliżej. Czubki naszych butów się stykały. Musiała jeszcze bardziej zadrzeć głowę do góry, by móc na mnie patrzeć. Wyciągnęła prawą dłoń w stronę mojej twarzy. W pierwszym odruchu drgnąłem, chcąc ją powstrzymać, lecz ona jedynie dotknęła mojego policzka.

Przeszedł mnie dreszcz. Jej skóra była przyjemnie chłodna, miałem wrażenie, że stanowi ogromny kontrast do mojego rozgrzanego ciała. Setki małych igiełek wbijających się w mój policzek tworzyły tak dobrze znany mi kształt. Wiele nocy spędziłem, wyobrażając sobie, jak to robi. Jak jej zapach dociera do mojego mózgu, doskonale wyraźny, nigdy nie był tak intensywny, jak w tej chwili. Jak gładzi delikatnie moją twarz, zjeżdża pewnym ruchem niżej i zatrzymuje się na linii żuchwy.

Przymknąłem powieki, chciałem chłonąć to doznanie. Całym sobą. Być może następna okazja nadarzy się dopiero za kilka lat, choć nie dopuszczałem do siebie takiego scenariusza. Tym razem miało być inaczej. Wszystko miało pójść zgodnie z planem.

Poruszyła się delikatnie. Wyraźnie czułem jej oddech na swoich ustach. Mimowolnie je rozchyliłem, choć kilka godzin wcześniej obiecałem sobie, że nie dopuszczę do tego, by Madeleine zbliżyła się do mnie w taki sposób, dopóki nie odzyska wszystkich wspomnień.

Nie byłem w stanie się jej oprzeć. Tak długo czekałem, że nie mogłem odmówić sobie tej chwili przyjemności i pozornego spokoju.

- Dokończ - szepnęła i choć jej ton był niczym góra lodowa na otwartym oceanie, w tym momencie odmówienie tej kobiecie graniczyło z cudem.

- Nie - wychrypiałem ostatkiem silnej woli.

Chciałem, ale nie mogłem. Tak bardzo chciałem znów ją pocałować, że uśpiłem swoją czujność, a niemal wszystkie szare komórki, które wrzeszczały jak opętane, że powinienem odwrócić się na pięcie, jeszcze zanim pozwoliłem jej się zbliżyć, upchnąłem w ciemnych zakamarkach swojego umysłu. Tylko te pojedyncze, najwytrwalsze alarmowały, że nie tak powinny się potoczyć sprawy między nami. Spiąłem wszystkie mięśnie, gotowy odejść.

Wtedy zrobiła coś niespodziewanego.

Jej dłoń znalazła się na moim karku. Silnym szarpnięciem pociągnęła mnie do dołu, łącząc tym samym nasze usta. Wciągnąłem powietrze ze świstem, moje płuca wypełnił intensywny zapach kawy i korzennych perfum, których używała od lat. Krew buzowała w żyłach wraz z coraz szybszymi uderzeniami serca. Madeleine wbiła paznokcie w moją skórę, w tym samym czasie przygryzając moją wargę. Czułem, jak zarzuca drugą dłoń na moją szyję i przyciąga mnie bliżej.

Poddałem się temu natychmiast, nie potrafiłem walczyć z pożądaniem, które rosło we mnie z każdą kolejną sekundą. Przylgnąłem do niej bardziej, objąłem mocno w pasie, chcąc zatrzymać ją tak blisko i tak długo, jak to było możliwe. Napierała na mnie, badając językiem moje usta. Jej puls też przyspieszył, tak samo jak oddech, uderzenia serca stały się nierówne.

Powietrze przeciął huk, który towarzyszył zderzeniu moich pleców z cienką, metalową ścianą hangaru. Całowaliśmy się tak, jak ze sobą walczyliśmy - niepewnie, z odrobiną ciekawości, w napięciu i oczekiwaniu na to, jaki ruch wykona to drugie. Opuściłem ramiona, zamierzałem złapać ją za biodra i unieść, by pozycja była wygodniejsza.

I to był błąd.

Madeleine niespodziewanie szarpnęła się, po czym przełożyła lewą rękę nad moją głową. Poczułem, jak wokół mojej szyi zaciska się cienka metalowa żyłka. Wbiła się w skórę na wysokości jabłka Adama. Otworzyłem szeroko oczy, zaskoczony. Jej były zmrużone, a twarz wykrzywiał triumfalny, złośliwy uśmieszek.

Przełknąłem ślinę, kiedy żyłka zacisnęła się odrobinę mocniej. Jeszcze chwila i odcięłaby mi dostęp powietrza albo co gorsze - obcięła głowę. Chciałem się wyszarpać, jednak ona była szybsza. Złapała mnie za nadgarstki, owinęła końcówkę metalowego sznurka wokół nich i uniosła ponad moją głowę.

Pociągnęła mnie do dołu. Bez słowa protestu padłem na kolana. I tak nie byłem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, zbyt zaskoczony tym, co się właśnie wydarzyło. Ostre kamienie wbijały się w skórę, powodując jeszcze większy dyskomfort. Klęczałem przed kobietą, która bez mrugnięcia okiem mogłaby mnie w tej chwili zabić.

Ależ to seksowne.

Sinclair spoglądała na mnie z góry. Oblizała dolną wargę, po czym przygryzła ją delikatnie.

Z mojego gardła wydobył się nerwowy chichot.

- I co teraz? - zapytałem, a przynajmniej próbowałem. Odniosłem wrażenie, że zrozumiała sens moich słów, bo jej brew uniosła się delikatnie.

- Teraz cię, kurwa, zajebię z zimną krwią - syknęła. Parsknąłem. Chciałem pokręcić głową, ale wbijająca się w skórę żyłka skutecznie uniemożliwiała jakikolwiek gwałtowniejszy ruch. - Nie pogrywaj ze mną, Dubois!

- Nie zrobisz tego - odparłem spokojnie. Moc szalała w jej ciele, tęczówki niemal się gotowały od nadmiaru płynnego złota.

Zacisnęła linkę odrobinę mocniej. Na chwilę wstrzymałem powietrze, którego i tak nie miałem zbyt wiele.

- Założymy się?

- Śmiało - wycharczałem. Odrobinę poluźniła zacisk. - Nie zrobisz tego, bo mam coś, czego ty też potrzebujesz.

Zlustrowała mnie nonszalancko. Po prawdzie byłem przekonany o tym, że bez wahania pozbawiłaby mnie życia, gdyby tylko wiedziała, jak to zrobić. Jednak brakowało jej wspomnień, czyli tego, co tylko ja mogłem jej dać.

Widziałem, jak mechanizm w jej głowie pracował na pełnych obrotach. Wpatrywała się we mnie złotymi oczami, kipiąc z wściekłości. Próbowała ukryć to, jak bardzo drży na całym ciele. Serce biło nierówno, a puls gnał jak szalony. Usiłowała go ustabilizować, oddychając głęboko przez nos. Kalkulowała, co zdecydowanie bardziej jej się opłaca; gdyby mnie zabiła, Jean Luc opowiedziałby jej o wszystkim, a przynajmniej o tym, co chciałby, żeby wiedziała. Podczas naszych wcześniejszych spotkań zasiałem w niej ziarno niepewności co do prawdomówności Russeau.

I słusznie. Ten gnój nie był w stanie wykrzesać z siebie nawet odrobiny szczerości, liczyły się dla niego tylko pieniądze i władza. Gdybym miał je wtedy, kiedy trzeba było ratować Maddie, nigdy nie znaleźlibyśmy się w tej sytuacji.

Znów poczułem, jak Sinclair zaciska mocniej żyłkę. Uniosłem na nią wzrok i przechyliłem odrobinę głowę.

- Tak naprawdę, jeśli pozbędę się ciebie i Jean Luca, to będę wolna - powiedziała, cedząc każde słowo. - Mam gdzieś wasze porachunki.

- Nie możesz mieć ich gdzieś, skarbie, bo jesteś jednym z nich.

- Kłamstwo. - Poruszyła się niespokojnie.

- Czy wyglądam na kogoś, kto by kłamał?

Zlustrowała mnie od góry do dołu. Zmarszczyła brwi, jej mózg ponownie wszedł na najwyższe obroty. Wodziła wzrokiem po mojej twarzy, szukając chociażby jednego gestu, drgnięcia mięśnia czy powieki, które świadczyłyby o tym, że nie mogła mi ufać.

- Nie. - Ramiona Maddie opadły nieznacznie. - Nie wyglądasz na kogoś takiego.

Poruszyłem nadgarstkami. Niespodziewanie puściła linkę, jej ręce opadły swobodnie wzdłuż ciała. Wbiła wzrok w ziemię. Wyswobodziłem się z więzów. Przełknąłem ślinę z zadowoleniem, powstrzymując się od skrzywienia, bo nieprzyjemna suchość drażniła złośliwie przełyk. Podniosłem się z kolan i przeciągnąłem, na dobre przepędzając odrętwienie z ramion.

Spojrzałem na Sinclair. Zdusiłem w sobie westchnienie. Wyglądała jak niewinna dziewczynka, która czekała na reprymendę od rodzica. Kosmyki ciemnych włosów powiewały delikatnie na morskim wietrze, zakrywając część jej twarzy.

Wyciągnąłem ku niej dłoń, objąłem podbródek i uniosłem go do góry, by móc spojrzeć jej w oczy. Przypominały dwie czarne dziury, które były gotowe pochłonąć mnie całego. Złoto prawie całkowicie w nich przygasło, pozostała jedynie cienka obwódka wokół źrenicy.

- Powiedz mi zatem, Madeleine - wypowiedziałem, pochylając się odrobinę. - Czego pragniesz?