Sobota, 25 listopada 2017
Jedynymi dźwiękami w domu było tykanie zegara w salonie i regularne
klikanie jej drutów, przeciągających włóczkę przez gładkie, jasne
pętelki. Mały sweterek był prawie gotowy. Kiedy Ása zamknęła oczka i pochowała wystające końcówki włóczki, położyła sweter na kanapie i wygładziła go. Włóczka, mieszanka alpaki i jedwabiu, była miękka i lekka
jak puch ostu. Przymierzyła do swetra kilka różnych guziczków, zanim
zdecydowała się na białe z masy perłowej, które pasowały do jasnej
wełny. Przyszyje je później, po praniu. Gdy włożyła mały sweterek do
pralki, włączyła czajnik, nasypała liści herbaty do sitka, zalała je
wrzątkiem, dodała cukier i odrobinę mleka. Potem usiadła przy kuchennym
stole. Weekendowa gazeta leżała nieotwarta, ale zamiast ją przejrzeć,
chwyciła oburącz gorący kubek i patrzyła niewidzącym wzrokiem przez
okno.
Kiedy robiła na drutach, zawsze miała zimne dłonie. Włóczkę nawijała na
palec wskazujący tak ciasno, że nie dopływała do niego krew i drętwiał.
Ale te robótki to jej hobby, a chłodne palce były niewielką ceną za
przyjemność, którą sprawiało jej to, że włóczka przekształcała się w kolejne ładne ubranko. Stos pięknych rzeczy w szafie powiększał się.
Hendrik zawsze narzekał na jej ekstrawagancję. Włóczka nie była tania,
zwłaszcza miękka wełna najwyższej jakości połączona z jedwabiem. Ale ona
mimo to dziergała dalej, ignorując zrzędzenie Hendrika. Przecież mogli
sobie na to pozwolić. Całe życie była oszczędna i pilnowała każdego
grosza. Tak została wychowana. Jednak teraz mieli dużo pieniędzy, o wiele więcej niż potrzebowali. W rzeczywistości nie wiedziała, na co je
wydawać. Kupiła więc wełnę. Czasami zastanawiała się, czy nie powinna
sprzedawać tych ubranek lub oddać ich, aby ktoś mógł je nosić, ale coś
zawsze ją powstrzymywało.
Spojrzała na ogród, gdzie wśród krzewów skakały kosy zwabione jabłkami,
które dla nich wywiesiła. Czas jakby stanął w miejscu. Odkąd
zrezygnowała z pracy, dni robiły się tak długie, że wydawały się nie
mieć końca.
Ása usłyszała, jak frontowe drzwi otwierają się i zamykają, po czym
Hendrik wszedł do kuchni bez słowa powitania. Wciąż codziennie chodził
do biura. Ása wątpiła, żeby kiedykolwiek całkowicie porzucił pracę, choć
teraz, skoro Bjarni przejął władzę, zamierzał pracować krócej. Kiedy nie
był w firmie, większość czasu spędzał na polu golfowym, ale ją golf
zawsze śmiertelnie nudził.
- Co się z tobą dzieje? - Hendrik usiadł przy stole i sięgnął po gazetę,
nie patrząc na nią.
Ása bez słowa dalej patrzyła przez okno. Kosy hałasowały, wyśpiewując w krzakach przeraźliwe nuty ostrzegawcze. Coraz głośniej i natarczywiej.
Hendrik pokręcił głową i parsknął, jakby chciał powiedzieć, że to nie ma
znaczenia, jak ona się czuje lub co myśli.
Bez słowa odstawiła filiżankę tak gwałtownie, że herbata rozprysła się
po stole. Potem wstała i szybko weszła do sypialni, udając, że nie widzi
zdziwionego wyrazu twarzy męża. Siadając na łóżku, skoncentrowała się na
opanowaniu oddechu. Zazwyczaj nie traciła kontroli nad sobą. Zawsze była
taka uległa, taka cicha, najpierw jako mała dziewczynka dorastająca na
wsi na wschodzie, a później jako kobieta pracująca w przetwórni rybnej w Akranes. Przeprowadziła się młodo do Reykjavíku i jak wiele wiejskich
dziewcząt uczęszczała do Szkoły Gospodarstwa Domowego. Kiedy zamieszkała
w mieście, dość szybko odkryła, że życie w stolicy oferuje wszelkiego
rodzaju atrakcje, których na wsi brakowało: nowych ludzi, pracę i różnorodne rozrywki. Sklepy, szkoły i ulice, które prawie nigdy nie
pustoszały. Światła, które rozświetlały noc, i port pełen statków. To
spotkanie z Hendrikiem sprowadziło ją do Akranes. Pracował na łodzi
rybackiej, która pewnej sierpniowej nocy zawinęła do portu w Reykjavíku.
Załoga wyszła na miasto; Ása poznała go w klubie nocnym, w którym
imprezowała z przyjaciółmi ze szkoły.
Od pierwszej chwili wiedziała, że znalazła męża, mężczyznę, z którym
chciała spędzić resztę życia. Był wysoki i ciemnowłosy, a inne
dziewczyny patrzyły na niego zazdrośnie. Było to bardzo zaskakujące,
ponieważ ze swoimi rudymi włosami i cerą, na której letnie słońce
uwydatniało piegi, nigdy nie była uważana za atrakcyjną.
Myśląc o tym później, była przekonana, że pociągała go jej bezbronność.
Widział, że jest dziewczyną, która sama się nie obroni. Zamiast tego
uśmiechała się nieśmiało i splatała skromnie ręce na podołku; zawsze
nakrywała do stołu i zawsze szła pół kroku za nim, gdy gdzieś
wychodzili; prasowała mu koszule bez proszenia i zawsze bez
podziękowania. Kiedy ona i Hendrik się poznali, powiedział, że urzekła
go przede wszystkim jej nieśmiałość. Nie znosił zdecydowanych kobiet,
nazywał je "bezczelnymi krowami", ale ona była dziewczyną, która
przypadła mu do serca, która wiedziała, kiedy milczeć i pozwalać innym
mówić. Która była miła i uległa. Która będzie dobrą matką.
Otarła łzy spływające po policzkach. Co do licha się z nią działo?
Dlaczego nagle tak łatwo wpadła w złość? W końcu radziła sobie z wieloma
sprawami przez lata. I miała Bjarniego. Nie był dla niej złym synem -
wręcz przeciwnie. Chociaż z wyglądu przypominał ojca, był łagodniejszy,
pozbawiony hardości Hendrika. Miał prawie czterdzieści lat, ale zachował
chłopięcy wygląd. Kiedy się uśmiechał, świat wydawał się piękniejszy.
Kiedy Ása zobaczyła go wśród chłopców na treningu piłkarskim, poczuła,
że coś w niej pękło.
Wiedziała, że chciał mieć dzieci. Nie żeby o tym wspominał, oczywiście,
ale wiedziała o tym. W końcu była jego matką i znała go lepiej niż
ktokolwiek inny. Jedynie ona stała temu na przeszkodzie. Była zbyt
egocentryczna, aby mieć dzieci. I przez nią ich ród wygaśnie na Bjarnim.
Ása nie wiedziała, czy to zniesie, ale jaki miała wybór?
Zaciągnęła zasłony, przebrała się w koszulę nocną, położyła do łóżka i naciągnęła na siebie kołdrę, chociaż nie nadszedł jeszcze wieczór. To
nie bezdzietność Bjarniego sprawiła, że przed chwilą zareagowała tak
gwałtownie, ale wizyta, którą jej złożono tego ranka. Tak bardzo ją
zdenerwowała, że musiała się położyć. Była za stara, żeby ponownie
otwierać zabliźnione rany. Wystarczająco dużo wycierpiała. Teraz chciała
tylko spać. Spać i nigdy więcej się nie obudzić.
Szafa była do granic możliwości wypchana ubraniami. Stare sukienki i płaszcze wisiały ściśnięte na wieszakach, a na podłodze piętrzyła się
sterta butów i toreb. Elma nie przypuszczała, że kiedykolwiek jeszcze
coś z tego założy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przewodnik po wymowie islandzkiej
W języku islandzkim występuje kilka liter nieznanych w innych językach
europejskich i czasami trudnych do odtworzenia. Literę ? zasadniczo
zastępuje polskie d, jednak zdecydowaliśmy się używać islandzkich
liter, aby pozostać bliżej oryginalnych nazwisk. Jej dźwięk jest
zbliżony do "d" i "w" - układamy usta jak do "d", a mówimy "w", jak w dźwięcznym angielskim "th".
Islandzka litera ? jest wymawiana między "t" i "f", tak jak w wyrazie
"Thorgeir": układamy usta jak do "t", a mówimy "f", jak w bezdźwięcznym
"th". Litera r zazwyczaj wymiana jest twardo z językiem wibrującym o podniebienie. W islandzkich nazwach własnych akcent zawsze pada na
pierwszą sylabę. Imiona takie jak Elma, Begga i Hendrik, które wymawiamy
mniej więcej tak jak po polsku, nie znajdują się na tej liście.
A?alhei?ur - AATH-al-HAYTH-oor
Akranes - AA-kra-ness
Aldís - AAL-deess
Andrés - AND-ryess
Arnar Arnarsson - ARD-naar ARD-naarsson
Arnar Helgi Árnason - ARD-naar HEL-kee OWRD-nasson
Ása - OW-ssa
Ásdís Sigur?ardóttir (Dísa) - OWS-deess SIK-oorthar-DOEH-teer (DEE-ssa)
Berg?óra - BERG-thoera
Bjarni - BJAARD-nee
Björg - BYURRG
Dagný - DAAK-nee
Daví? - DAA-veeth
Eiríkur - AY-reek-oor
Elísabet Hölludóttir - ELL-eessa-bet HURT-loo-DOEH-teer
Ernir - ERD-neer
Fjalar - FYAAL-aar
Gígja - GYEE-ya
Gréta - GRYET-a
Grétar - GRYET-aar
Gu?laug - GVOOTH-loig
Gu?rún - GVOOTH-roon
Halla Sn?björnsdóttir - HAT-la SNYE-byurs-DOEH-teer
Hrafn (Krummi) - HRAPN (KROOM-mi)
Hvalfjör?ur - KVAAL-fyurth-oor
Hör?ur - HURTH-thoor
Ingibjörn Grétarsson - ING-ibjurdn GRYET-arsson
Jón - YOEN
Jökull - YUR-kootl
Kári - COW-rree
Magnea Arngrímsdóttir - MAG-naya ARD-greems-DOEH-teer
Nói - NOE-ee
Rúnar - ROO-naar
Sara - SAA-ra
Silja - SILL-ya
Skagi - SKAA-yee
Sólveig - SOEL-vayg
S?var - SYE-vaar
Tómas - TOE-maas
Vi?ar - VITH-aar
?órný - THOERD-nee
Elma się nie bała, choć uczucie, które ją teraz ogarnęło, objawiało się
podobnie jak strach: spoconymi dłońmi, przyspieszonym biciem serca. I nie było to też zdenerwowanie. Robiła się nerwowa, kiedy musiała
wystąpić publicznie. Wtedy krew barwiła jej skórę - nie tylko twarz,
gdzie mogła ukryć zaczerwienienie pod grubą warstwą makijażu, ale
również szyję i dekolt, gdzie tworzyły się brzydkie czerwono-białe
plamy.
Tak jak wtedy, gdy umówiła się na randkę ze Steinarem w dziesiątej
klasie. Piętnastoletnia dziewczyna z plamami na dekolcie i zdecydowanie
za grubą warstwą tuszu do rzęs; wyszła z domu na palcach, modląc się,
aby jej rodzice nie usłyszeli zamykających się za nią drzwi. Czekała na
niego na rogu. Siedział na tylnej kanapie samochodu - jeszcze był za
młody, aby prowadzić, ale miał przyjaciela, który już miał prawo jazdy.
Nie odjechali jeszcze daleko i ledwo zamienili słowo, kiedy on pochylił
się i wsadził jej język do gardła. Nigdy wcześniej z nikim się nie
całowała, ale chociaż jego język wydawał się bardzo duży i nachalny, nie
odsunęła się. Oni się całowali, a jego kolega spokojnie jeździł po
okolicy. Od czasu do czasu przyłapywała go na podglądaniu ich we
wstecznym lusterku. Pozwoliła też Steinarowi dotykać się przez ubranie i udawała, że sprawia jej to przyjemność. Jechali wtedy tą samą ulicą,
przy której teraz zaparkowała. Wtedy z głośników leciał Lifehouse, a z bagażnika dobiegało dudnienie basu. Wzdrygnęła się na to wspomnienie.
Chodnik przed domem rodziców był popękany. Zaparkowała samochód i przez
moment siedziała, wpatrując się w szczeliny. Wyobrażała sobie, że się
poszerzają, pogłębiają i w końcu pochłaniają jej stare volvo. Te
pęknięcia były tam, już gdy była małą dziewczynką. Tyle że wtedy trochę
mniej rzucały się w oczy. Silja mieszkała w niebieskim domu naprzeciwko
i często bawiły się na tym chodniku. Raz udawały, że największa szpara
to ogromna szczelina wulkaniczna, pełna rozgrzanej do czerwoności lawy,
a w ich kierunku pełzną języki ognia.
Ten niebieski dom - który dzisiaj już nie był niebieski, tylko biały -
zamieszkiwała teraz rodzina z dwójką chłopców, ostrzyżonych identycznie
na pazia blondynów. Nie wiedziała, gdzie teraz mieszka Silja. Minęły
chyba cztery lata, odkąd ostatnio z nią rozmawiała. Być może więcej.
Wysiadła z samochodu i podeszła do domu rodziców. Zanim otworzyła drzwi,
spojrzała na pęknięcia w chodniku. Teraz, ponad dwadzieścia lat później,
myśl, że szczeliny ją pochłoną, nie wydawała się już taka przerażająca.
Kilka tygodni później - sobota, 18 listopada 2017
Elmę obudził wiatr. Leżała długo, wsłuchując się w jego lament za oknem
i wpatrując się w biały sufit. Kiedy w końcu wstała z łóżka, było już za
późno na cokolwiek, poza automatycznym wciągnięciem na siebie jakichś
ciuchów, sięgnięciem po poczerniałego banana i wyjściem. Poczuła na
policzkach ostry wiatr, gdy tylko przestąpiła próg domu. Zapięła kurtkę
pod szyję, naciągnęła kaptur i szybkim krokiem ruszyła przez ciemność.
Szary asfalt chodnika połyskiwał w blasku latarni. Skrzypienie butów na
mrozie niosło się echem w ciszy - w sobotni poranek w połowie listopada
na ulicy było mało ludzi.
Kilka minut po wyjściu z ciepłego mieszkania Elma zatrzymała się przed
prostym, bladozielonym budynkiem, w którym mieścił się posterunek
policji w Akranes. Próbując uspokoić oddech, chwyciła lodowatą klamkę.
Tuż przy wejściu była recepcja, gdzie starsza kobieta o kręconych blond
włosach i opalonej, pomarszczonej twarzy rozmawiała przez telefon.
Podniosła palec zwieńczony pomalowanym na czerwono paznokciem, dając
znak Elmie, aby zaczekała.
- W porządku, Jói, powiem mu. Wiem, że to niedopuszczalne, ale raczej
nie jest to sprawa policji... to zdziczałe koty, więc polecam skontaktować
się dezynsektorem... W każdym razie, Jói... - Kobieta odsunęła nieco telefon
od ucha i uśmiechnęła się przepraszająco do Elmy. - Słuchaj, Jói,
niewiele mogę teraz z tym zrobić. Pamiętaj, żeby zamknąć okno, gdy
następnym razem pójdziesz do sklepu... Tak, wiem, te marokańskie dywany
kosztują fortunę. Posłuchaj, Jói, będziemy musieli omówić to później.
Muszę kończyć. Do widzenia.
Z westchnieniem odłożyła słuchawkę.
- Problemy z dzikim kotami w Ne?ri-Skagi to nie żart. Biedaczyna
zostawił otwarte okno i wyszedł do sklepu, a jakieś małe bestie weszły
do domu i narobiły na jego cenny dywan w salonie. Biedny, stary Jói -
mówiła kobieta, kręcąc głową. - No ale wystarczy o tym; co mogę dla pani
zrobić?
- Ee, dzień dobry. - Elma odchrząknęła, przypominając sobie, że nie
umyła zębów: wciąż czuła smak banana, którego zjadła po drodze. - Mam na
imię Elma. Jestem umówiona na spotkanie z Hör?urem.
- Tak, wiem, kim jesteś - powiedziała kobieta, wstając i wyciągając
rękę. - Jestem Gu?laug, ale proszę, mów do mnie Gulla. Radziłabym nie
zdejmować kurtki. W recepcji jest zimno. Od tygodni nie mogę się
doprosić, aby naprawili grzejnik. Najwyraźniej nie jest to priorytet dla
pozbawionej funduszy policji. - Najwyraźniej nie podobała jej się ta
sytuacja, ale od razu dodała żywszym głosem: - Tak przy okazji, jak się
mają twoi rodzice? Muszą bardzo się cieszyć, że znów jesteś w domu, ale
tak to już jest z Akranes, po prostu nie da się go nie kochać i większość ludzi wraca, gdy zorientują się, że na południu w Reykjavíku
trawa nie jest bardziej zielona. - Mówiła pośpiesznie, ledwo robiąc
przerwę na oddech. Elma czekała cierpliwie, aż skończy.
- Wszystko w porządku - powiedziała, gdy tylko udało się jej wtrącić
słowo, cały czas zastanawiając się, czy Gulla jest kimś, kogo powinna
znać. Odkąd wróciła do Akranes przed pięcioma tygodniami, ludzie,
których nie rozpoznawała, zatrzymywali ją na ulicy, aby porozmawiać.
Zwykle wystarczyło skinąć głową i uśmiechnąć się.
- Przepraszam - dodała Gulla. - Gaduła ze mnie. Przyzwyczaisz się.
Możesz mnie nie pamiętać, ale kiedyś mieszkałam przy tej samej ulicy co
ty. Byłaś mała, miałaś tylko sześć lat. Wciąż pamiętam, jak słodko
wyglądałaś, dźwigając ten wielki plecak pierwszego dnia szkoły. -
Zaśmiała się na to wspomnienie.
- O tak... coś kojarzę... mam na myśli plecak - powiedziała Elma. Jak przez
mgłę przypomniała sobie, jak zakładano jej na ramiona duży żółty wór.
Ważył co najmniej jedną czwartą masy jej ciała.
- A teraz wróciłaś - ciągnęła Gulla rozpromieniona.
- Tak, na to wygląda - odparła niezręcznie Elma. Nie była przygotowana
na tak ciepłe powitanie.
- Dobrze, cóż, chyba lepiej zaprowadzę cię prosto do Hör?ura; mówił, że
się ciebie spodziewa. - Gulla skinęła na Elmę, aby poszła za nią
wyłożonym linoleum korytarzem. Zatrzymały się przed drzwiami, gdzie na
skromnej, metalowej tabliczce wygrawerowano nazwisko "Hör?ur
Höskuldsson".
- O ile znam Hör?ura, to słucha radia przez słuchawki i nas nie usłyszy.
Nie może pracować, jak nie ma ich na uszach. Nigdy nie rozumiałam, jak
może się skoncentrować. - Gulla westchnęła głośno, zastukała
zdecydowanie w drzwi i otworzyła je, nie czekając na reakcję.
W pokoju za biurkiem siedział mężczyzna, wpatrując się uważnie w ekran
komputera. Słuchawki były na miejscu, tak jak przewidziała Gulla.
Zauważywszy ruch, podniósł wzrok i zdjął je szybko.
- Cześć, Elmo. Witamy - powiedział z przyjaznym uśmiechem. Wstał i wyciągnął do niej rękę, po czym wskazał jej krzesło. Wydawał się być
grubo po pięćdziesiątce; siwiejące włosy opadały rozwichrzonymi lokami
po obu stronach jego pociągłej twarzy. W przeciwieństwie do fryzury
dłonie miał zadbane, ze starannie wypielęgnowanymi paznokciami. Elma
wyobraziła sobie, jak siedzi wieczorami przed telewizorem z pilniczkiem
do paznokci i instynktownie ukryła swoje ręce, żeby nie dojrzał
obgryzionych skórek.
- Więc zdecydowałaś się wrócić do Akranes, abyśmy mogli skorzystać z twojej wiedzy - powiedział, odchylając się do tyłu z palcami splecionymi
na piersi i przyglądając się jej. Miał głęboki głos i niezwykle
bladoniebieskie oczy.
- Cóż, sądzę, że można tak to ująć - powiedziała Elma, prostując
ramiona. Czuła się jak mała dziewczynka, która zachowała się
niegrzecznie i została wezwana do gabinetu dyrektora. Poczuła gorąco
napływające do policzków i miała nadzieję, że Hör?ur nie zauważy
rumieńców. Co było mało prawdopodobne, ponieważ przed wyjściem nie
zdążyła nałożyć pudru.
- Wiem, że pracowałaś w Wydziale Śledczym w Reykjavíku. Na szczęście
jeden z naszych chłopaków postanowił spróbować swoich sił w wielkim
mieście, więc przejmiesz jego biurko. - Hör?ur pochylił się do przodu,
podpierając głowę jedną ręką. - Muszę przyznać, że byłem dość
zaskoczony, kiedy zadzwonił do mnie twój ojciec. Co cię skłoniło do
powrotu tutaj po tylu latach w mieście, jeśli wybaczysz mi to pytanie?
- Chyba stęskniłam się za Akranes - odpowiedziała Elma, starając się, by
zabrzmiało to przekonująco. - Od wieków myślałam o powrocie do domu -
dodała. - Cała moja rodzina jest tutaj. Potem na rynku pojawiło się
mieszkanie, które mi się spodobało, więc skorzystałam z okazji.
Uśmiechnęła się z nadzieją, że ta odpowiedź mu wystarczy.
- Rozumiem - powiedział Hör?ur, powoli kiwając głową. - Oczywiście nie
możemy ci zaoferować takich samych bonusów ani szybkiego tempa, do
jakich przyzwyczaiłaś się w mieście. Ale mogę ci obiecać, że chociaż
Akranes wydaje się spokojne, mamy aż nadto spraw na głowie. Dużo się tu
dzieje pod powierzchnią, dzięki czemu nie będziesz siedzieć i się
nudzić. Odpowiada ci to?
Elma skinęła głową, niepewna, czy Hör?ur mówi poważnie. Jej zdaniem
Akranes było tak spokojne, na jakie wyglądało.
- Jak zapewne wiesz - powiedział Hör?ur - jestem tu szefem wydziału
śledczego, więc będę twoim przełożonym. Pracujemy w systemie zmianowym.
Czterej oficerowie dyżurni non stop i oficer przełożony na każdej
zmianie. W Akranes jesteśmy odpowiedzialni za cały region zachodni.
Pracujemy zwykle rotacyjnie według grafiku, do czego pewnie przywykłaś w stolicy. Oprowadzić cię szybko po posterunku? - Wstał, podszedł do drzwi
i otwierając je, skinął na Elmę, by podążyła za nim.
Posterunek policji w Arkanes, poza tym, że był znacznie mniejszy,
przypominał jej komendę w mieście. Miał ten sam urzędowy klimat co inne
biura sektora publicznego: beżowe linoleum na podłodze, białe rolety w oknach, jasne zasłony, brzozowe meble.
Hör?ur wskazał cztery cele na drugim końcu budynku.
- Jedna z nich jest w tej chwili zajęta. Wczoraj niektórzy trochę zbyt
dobrze się bawili, ale miejmy nadzieję, że nasz gość obudzi się wkrótce
i odeślemy go do domu.
Uśmiechnął się mimowolnie, głaszcząc gęstą, starannie przystrzyżoną
brodę. Potem otworzył drzwi, aby pokazać Elmie pustą celę, która
wyglądała bardzo podobnie jak te w Reykjavíku: mała, prostokątna, z wąskim łóżkiem.
- Standardowe wyposażenie, nic specjalnego - skwitował.
Elma ponownie skinęła głową. Straciła rachubę, ile razy widziała takie
same cele w mieście: szare ściany i twarde łóżka, na których mało kto
chciałby spędzić więcej niż jedną noc. Podążyła za Hör?urem z powrotem
korytarzem, na końcu którego znajdowały się biura. Mężczyzna zatrzymał
się przy drzwiach, otworzył je i wprowadził ją do pokoju. Elma
rozejrzała się. Chociaż biurko było małe, wystarczyło na nim miejsca na
komputer i wszystkie inne potrzebne przedmioty; miało również zamykane
na klucz szuflady. Ktoś postawił na nim roślinę w doniczce. Na szczęście
okazało się, że to kaktus wymagający niewiele troski. Choć zdarzało się
jej się ususzyć nawet kaktusy.
- To jest miejsce, w którym będziesz się bawić - powiedział Hör?ur
żartobliwie. - Gulla posprzątała je kilka dni temu. Pétur, twój
poprzednik, zostawił po sobie górę dokumentacji i innych śmieci, ale
powinno być gotowe do poniedziałku, zanim rozpoczniesz pracę.
- Wygląda dobrze - odparła Elma, uśmiechając się do niego.
Podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Poczuła chłód szyby i dostała
gęsiej skórki na ramionach. Widok był przygnębiający: rząd ponurych
bloków mieszkalnych. Kiedy była mała, bawiła się w ich piwnicach.
Korytarze były szerokie i puste, czuć było stęchliznę i zapach opon
samochodowych przechowywanych w komórkach na rowery. Idealne miejsce
zabaw dla dzieci.
- No cóż, to właściwie wszystko - powiedział Hör?ur, zacierając ręce. -
Sprawdźmy, czy kawa gotowa. Musisz się z nami napić, zanim wyjdziesz.
Weszli do kuchni, gdzie mężczyzna, który przedstawił się jako Kári,
jeden z funkcjonariuszy, siedział przy stoliku. Poinformował ich, że
pozostali członkowie jego zmiany pojechali na wezwanie - impreza w jednym z bloków przeciągnęła się do rana, ku niezadowoleniu sąsiadów.
- Witamy, oto nasza wieś spokojna, wieś wesoła - dodał Kári. Kiedy się
uśmiechnął, zmrużył ciemne oczy, aż widać było tylko błyszczące czarne
źrenice. - Nie żeby naprawdę Arkanes można było nazwać wsią przy tych
wszystkich inwestycjach w okolicy. Domy znikają z rynku. Podobno wszyscy
chcą tu teraz mieszkać. - Zaśmiał się głośno.
- W każdym razie dla mnie to odmiana - odpowiedziała Elma i musiała
odwzajemnić uśmiech. Kiedy Kári się śmiał, wyglądał jak postać z kreskówki.
- Dobrze będzie mieć cię w zespole - powiedział Hör?ur. - Mówiąc
szczerze, trochę martwiliśmy się utratą Pétura, bo był starym wygą. Ale
chciał zmienić otoczenie po ponad dwudziestu latach tutaj. Ma teraz żonę
w Reykjavíku, a jego dzieci wyleciały z gniazda. - Hör?ur napełnił dwie
filiżanki kawą i podał jedną Elmie. - Pijesz z mlekiem czy z cukrem? -
zapytał, podsuwając jej fioletowy karton.
Kiedy Elma wyszła z posterunku, niebo było wyraźnie bledsze, choć
latarnie wciąż się paliły. Na ulicach pojawiło się więcej samochodów, a wiatr ucichł. Gdy wróciła do swojego rodzinnego miasta na półwyspie
Skagi, uderzyło ją, jak płaskie i odsłonięte wydawało się w porównaniu z Reykjavíkiem. Idąc cichymi uliczkami, miała wrażenie, że nie ma tu
miejsca, gdzie można by się ukryć przed wścibskimi oczami. W przeciwieństwie do stolicy, pełnej starych drzew i ogrodów łagodzących
miejski krajobraz i chroniących mieszkańców przed ostrymi wiatrami
Islandii, w Akranes nie było wiele zieleni, a wrażenie posępności
pogarszał zły stan wielu domów i ulic. Bez wątpienia niedawne zamknięcie
jednej z lokalnych przetwórni ryb pogłębiło atmosferę upadku. Jednak
okoliczny krajobraz wciąż zapierał Elmie dech w piersiach: otaczające
miasteczko z trzech stron morze, dominująca nad nim góra Akranes z charakterystycznym zagłębieniem pośrodku, ciągnące się wzdłuż wybrzeża
na północ łańcuchy górskie i widoczna z zatoki Faxaflói na południu łuna
nad Reykjavíkiem.
Akranes zmieniło się od czasów jej dzieciństwa. Rozrosło się, przybyło
mu mieszkańców, ale mimo to czuła, że zasadniczo jest takie samo. To
wciąż to samo małe siedmiotysięczne miasteczko, w którym codziennie
widywało się te same twarze. Kiedyś ta myśl ją przytłaczała, jakby była
uwięziona w maleńkiej bańce, chociaż świat oferował tak wiele. Jednak
teraz ta perspektywa miała odwrotny efekt. Elma nie miała nic przeciwko
wycofaniu się do bańki i zapomnieniu o zewnętrznym świecie.
Szła powoli, myśląc, ile pracy czeka jeszcze na nią w domu. Wciąż się
urządzała - klucze do swojego mieszkania odebrała zaledwie w poprzedni
weekend. Było ono jednym z ośmiu mieszkań w małym, piętrowym bloku.
Kiedy Elma była mała, nie było tu żadnych budynków, tylko wielkie pole,
gdzie czasami biegały konie, które karmiła czerstwym chlebem. Ale od
tamtego czasu wyrosło na nim nowe osiedle pełne domów i bloków; było tu
nawet przedszkole. Jej mieszkanie znajdowało się na parterze i miało
duży taras. W budynku były dwie klatki schodowe, każda z czterema
mieszkaniami dzielącymi małą część wspólną. Elma jeszcze dobrze nie
poznała swoich sąsiadów. Wiedziała, że lokal naprzeciwko niej zajmuje
młody mężczyzna, jednak jeszcze go nie spotkała. Na górze mieszkał
starszy pan imieniem Bár?ur, przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej,
oraz bezdzietna para w średnim wieku, która zawsze kłaniała się jej
przyjaźnie przy spotkaniu.
Przez tydzień urządzała mieszkanie i większość mebli znajdowała się już
na swoim miejscu. Wyposażenie było mieszaniną różnych przedmiotów, które
wybrała w sklepie charytatywnym: stara komoda z rzeźbionym wzorem
kwiatowym, pozłacana lampa stojąca i cztery kuchenne krzesła, które
ustawiła wokół starego stołu rodziców. Uznała, że mieszkanie wygląda
całkiem przytulnie, ale kiedy przyszła mama, po wyrazie jej twarzy można
było sądzić, że się z tym nie zgadza.
- Och, Elmo, tu jest trochę... kolorowo - powiedziała oskarżycielskim
tonem. - Co się stało z tymi wszystkich meblami ze starego mieszkania?
Były takie piękne i gustowne.
Elma wzruszyła ramionami i udała, że nie dostrzega miny matki, kiedy
oznajmiła od niechcenia, że sprzedała je przed przeprowadzką.
- Cóż, mam nadzieję, że przynajmniej dostałaś za nie przyzwoitą cenę -
zauważyła matka. Elma tylko się uśmiechnęła, ponieważ nie mogło to być
dalsze od prawdy. Poza tym lubiła te stare, niedopasowane do siebie
przedmioty; niektóre pamiętała z dzieciństwa, inne wydawały się mieć
swoją własną historię.
Przed przeprowadzką mieszkała z Daví?em, swoim wieloletnim partnerem, w atrakcyjnej, zachodniej części Reykjavíku. Ich mieszkanie, które było
małe, ale przytulne, znajdowało się w dzielnicy Melar, na pierwszym
piętrze trzykondygnacyjnego budynku. Teraz brakowało jej wysokiej
jarzębiny za oknem. Drzewo było jak obraz, który zmieniał kolory wraz z porami roku, jasnozielone latem, czerwonawo-pomarańczowe jesienią i brązowe lub białe zimą. Tęskniła nie tylko za tamtym miejscem, ale też -
przede wszystkim - za Daví?em.
Zatrzymała się przed drzwiami mieszkania, wyjęła telefon i napisała SMS.
Usunęła go, a następnie ponownie napisała tę samą wiadomość. Stała
nieruchomo przez chwilę, po czym wybrała numer Daví?a. Wiedziała, że to
nic nie da, ale i tak wysłała wiadomość, po czym weszła do środka.
Był sobotni wieczór. Najpopularniejsza restauracja w Akranes była
wypełniona po brzegi, co nie było zaskakujące, bo konkurencja
praktycznie nie istniała. Mimo mało obiecującego wyglądu z zewnątrz, w środku lokal okazał się współczesny i elegancki, z czarnymi meblami,
szarymi ścianami i korzystnym oświetleniem. Magnea nieco się
wyprostowała, lustrując pozostałych gości. Wiedziała, że tego wieczoru
wygląda świetnie w podkreślającym figurę czarnym kombinezonie i była
świadoma, że wszystkie oczy mimochodem błądzą wokół jej dekoltu. Bjarni
siedział naprzeciwko niej, a ilekroć ich spojrzenia się spotykały,
widziała w jego oczach obietnicę tego, co się stanie, gdy wrócą do domu.
Oddałaby wszystko, żeby tę kolację zjeść z nim sam na sam, bez jego
rodziców tkwiących po obu jej stronach.
Świętowali przekazanie Bjarniemu zarządzania rodzinną firmą. Był tam
zatrudniony od ukończenia szkoły, ale mimo że był synem szefa, musiał
ciężko pracować, by zasłużyć na tytuł dyrektora zarządzającego. Często
spędzał w firmie wiele czasu, także wieczorami i w weekendy. W praktyce
prowadził ją wraz z ojcem już od kilku lat, lecz dopiero teraz
oficjalnie obejmował stanowisko. To oznaczało dwukrotnie wyższą pensję i dwa razy większą odpowiedzialność. Ale przynajmniej tego wieczoru
postanowił odpocząć.
Kelner przyniósł butelkę czerwonego wina i nalał odrobinę do kieliszka
Bjarniego. Gdy ten spróbował i zaaprobował smak trunku, kelner napełnił
pozostałe kieliszki, po czym wycofał się, zostawiając butelkę na stole.
- Skál! - Ojciec Bjarniego, Hendrik, podniósł kieliszek. - Za
Bjarniego i jego nieokiełznaną energię. Teraz może dodać do swojej listy
osiągnięć tytuł dyrektora zarządzającego. Jako jego rodzice jesteśmy z niego jak zawsze niezmiernie dumni.
Stuknęli się kieliszkami i skosztowali drogiego wina. Magnea uważała,
aby wypić tylko mały łyk, pozwalając sobie na nie więcej niż kilka
kropel, które zwilżyły jej pomalowane na czerwono usta.
- Nie dotarłbym tu, gdzie dzisiaj jestem, bez tej wspaniałej dziewczyny
obok mnie - powiedział Bjarni nieco niewyraźnym głosem. Gdy czekali na
jego rodziców, wypił whisky i jak zawsze alkohol poszedł mu prosto do
głowy. - Straciłem rachubę tych wszystkich razy, kiedy wracałem do domu
późno z biura i nigdy, ani razu, moja kochana żona nie narzekała,
chociaż sama ma aż nadto pracy. - Spojrzał z uwielbieniem na Magneę, a ona posłała mu całusa.
Hendrik spojrzał z pobłażliwością na Ásę, ale ta zamiast odwzajemnić
jego uśmiech, odwróciła oczy, zaciskając usta z dezaprobatą. Magnea
westchnęła w duchu. Dawno zrezygnowała z prób zdobycia przychylności
teściowej. Już jej na tym nie zależało. Kiedy ona i Bjarni zamieszkali
razem, naprawdę starała się zaimponować Ásie, dbając o dom, piekąc
ciasto, ilekroć jego rodzice ich odwiedzali, i generalnie stając na
głowie, by zdobyć aprobatę teściowej. Ale to była przegrana sprawa. Jej
wysiłki były niezmiennie nagradzane tym samym krytycznym spojrzeniem,
które mówiło, że ciasto jest za suche, łazienka niewystarczająco lśni
czystością, a podłodze przydałoby się dodatkowe mycie.
Przesłanie było jasne: choćby nie wiadomo jak bardzo się starała, Magnea
nigdy nie będzie wystarczająco dobra dla Bjarniego.
- Jak idzie nauczanie, Magneo? - zapytał Hendrik. - Czy te łobuzy dobrze
się sprawują? - W przeciwieństwie do swojej żony on zawsze miał słabość
do synowej. Być może to był jeden z powodów wrogości Ásy. Hendrik nigdy
nie przegapił okazji, by dotknąć Magnei, wziąć ją w ramiona, objąć w talii albo pocałować w policzek. Był dużym mężczyzną, w przeciwieństwie
do jego drobnej żony, a w Akranes cieszył się reputacją rekina biznesu.
Miał czarujący uśmiech, który odziedziczył po nim Bjarni, i potężny,
nieco ochrypły głos. Od regularnego picia jego twarz stała się szorstka
i czerwona, ale Magnea lubiła go bardziej niż Ásę, więc znosiła
obłapianie i flirtowanie, które wydawały się jej zupełnie nieszkodliwe.
- Na moich zajęciach przeważnie potrafią się zachować - odpowiedziała
Magnea z uśmiechem. W tym momencie wrócił kelner, aby przyjąć
zamówienie.
Wieczór przebiegał całkiem gładko: Bjarni i Hendrik rozmawiali o pracy i piłce nożnej, Ása siedziała w milczeniu, najwyraźniej pogrążona we
własnych myślach, a Magnea od czasu do czasu uśmiechała się do obu
mężczyzn i wtrącała jakieś słowo, ale poza tym milczała jak Ása.
Odetchnęła z ulgą, kiedy posiłek się skończył i mogli wyjść. Zimne nocne
powietrze dostało się pod jej cienki płaszcz, gdy stali na zewnątrz;
wzięła Bjarniego pod rękę, przytulając się do niego.
Resztę wieczoru mieli dla siebie.
Dopiero gdy Bjarni zasnął obok niej w łóżku, przypomniała sobie tę
twarz. Znowu zobaczyła parę ciemnych oczu, które napotkały jej
spojrzenie, kiedy rozglądała się po restauracji. Przez większość nocy
leżała rozbudzona, próbując odepchnąć wspomnienia, które pojawiały się w jej głowie z niezwykłą wyrazistością, gdy zamykała powieki.
Poniedziałek, 20 listopada 2017
Pierwszego dnia Elma siedziała przy swoim nowym biurku w nowym biurze,
starając się mieć oczy szeroko otwarte na wszystko. Świadoma, że się
garbi, prostowała się i zmuszała do skupienia na ekranie komputera. Cały
poprzedni wieczór kręciła się niespokojnie po mieszkaniu, aż w końcu
zdecydowała się przemalować salon. Puszki z emulsją stały nietknięte,
odkąd się wprowadziła. W rezultacie poszła spać nad ranem i była zbyt
wyczerpana, by zmyć plamy farby z rąk.
Przypomniała sobie SMS, który wysłała do Daví?a, i wyobraziła sobie, jak
go czyta, a na jego ustach pojawia się lekki uśmiech, zanim wyśle
odpowiedź. Ale to było myślenie życzeniowe; wiedziała, że Daví? nie
odpowie. Na krótko zamknęła oczy, czując, że jej oddech staje się szybki
i płytki. Znowu doświadczyła uczucia duszności, jakby ściany zamykały
się wokół niej. Skoncentrowała się na głębokim i powolnym oddychaniu.
- Ehm.
Otworzyła oczy. Przed nią stał mężczyzna i wyciągał do niej rękę.
- S?var - przedstawił się.
Elma pospiesznie zebrała się w sobie i uścisnęła wielką, owłosioną dłoń,
która okazała się niespodziewanie delikatna.
- Widzę, że znaleźli dla ciebie dom. - S?var uśmiechnął się do niej.
Miał na sobie ciemnoniebieskie dżinsy i koszulę z krótkimi rękawami
odsłaniającą gęste owłosienie na ramionach. Wyglądał jak jaskiniowiec -
ciemne włosy, gęsty zarost, ciężkie brwi i szorstkie rysy, ale to
wrażenie łagodziła przyjemna nuta wody po goleniu.
- Tak, nie jest źle. Właściwie nawet całkiem nieźle - odpowiedziała
Elma, odgarniając włosy z twarzy.
- Jak ci się żyje tutaj, w tej zapadłej dziurze? - spytał S?var, nadal
uśmiechnięty. Musiał być tym drugim detektywem, o którym wspomniał
Hör?ur. Elma wiedziała, że mężczyzna pracuje w policji w Akranes od
dwudziestego roku życia, ale nie przypominała sobie jego twarzy, choć
musiał być zaledwie kilka lat starszy od niej. Miasto miało tylko dwie
szkoły i jedno liceum, i było tak małe, że w zasadzie prędzej czy
później poznawało się wszystkich swoich rówieśników - przynajmniej tak
uważała Elma.
- Bardzo dobrze - odpowiedziała, starając się zabrzmieć optymistycznie,
ale obawiała się, że zachowuje się raczej jak idiotka. Miała nadzieję,
że nie widać za bardzo czarnych kręgów pod jej oczami, ale wiedziała, że
światło jarzeniówek bezlitośnie wydobędzie wszelkie oznaki zmęczenia po
nieprzespanej nocy.
- Słyszałem, że pracowałaś w wydziale śledczym w Reykjavíku - mówił
S?var. - Co sprawiło, że zdecydowałaś się na zmianę miejsca i przyjechałaś do tego miasteczka?
- Cóż, dorastałam tutaj - powiedziała Elma - więc... chyba stęskniłam się
za rodziną.
- Tak, to najważniejsze w życiu - powiedział S?var. -Kiedy zaczynasz się
starzeć, uświadamiasz sobie, że tak naprawdę liczy się tylko rodzina.
- Starzeć? - Elma spojrzała na niego ze zdziwieniem. - Nie możesz być aż
tak stary.
- Nie, może nie. - S?var uśmiechnął się. - Mam trzydzieści pięć lat.
Najlepszy czas jeszcze przede mną.
- Mam taką nadzieję - powiedziała Elma. Z reguły starała się nie
rozpamiętywać swojego wieku. Wiedziała, że jest jeszcze młoda, a jednak
czuła się nieswojo, uświadamiając sobie, jak szybko mijają lata. Kiedy
ktoś pytał ją o wiek, prawie zawsze musiała się nad tym zastanowić, więc
przeważnie podawała rok urodzenia. Rocznik... jakby była samochodem albo
winem.
- To znaczy, że jest nas dwoje - powiedział S?var. - Jestem tutaj
dzisiaj, bo odebraliśmy w weekend wezwanie; sąsiedzi usłyszeli krzyk
kobiety w mieszkaniu na piętrze, głośne wrzaski i łomot. Kiedy tam
dotarliśmy, był niezły bałagan. Mężczyzna tak mocno pobił swoją
dziewczynę, że knykcie mu krwawiły. Kobieta nie chciała wnosić skargi,
ale spodziewam się, że i tak zostaną postawione zarzuty. Jednak łatwiej
jest, jeśli ofiara jest gotowa złożyć zeznania, mimo że mamy opinię
lekarza i inne dowody w sprawie. Wyszła już ze szpitala, więc
pomyślałem, że dobrze by było z nią porozmawiać, ale chyba lepiej, gdyby
była przy tym obecna kobieta-oficer. I nie zaszkodziłoby, gdyby miała za
sobą studia psychologiczne - dodał z błyskiem w oku.
- Tylko dwa lata - mruknęła Elma, zastanawiając się, skąd on wie, że
studiowała akurat ten kierunek, zanim porzuciła uniwersytet i przeniosła
się do Wyższej Szkoły Policyjnej. Nie poruszali tego tematu, więc
prawdopodobnie musiał przeczytać jej CV. - Jasne, pójdę z tobą, ale nie
mogę obiecać, że moja znajomość psychologii przyda się na coś.
- Och, daj spokój. Ufam ci całkowicie.
Gdy dotarli pod drzwi domu, przywitał ich silny zapach gotującego się
jedzenia. Zapukali i po chwili oczekiwania usłyszeli dochodzące ze
środka oznaki życia. S?var powiedział Elmie po drodze, że kobieta, z którą chcą porozmawiać, mieszka obecnie ze swoją wiekową babcią.
Kilka chwil później drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem i w szparze pojawiła się drobna, zasuszona kobieta o mocno pomarszczonej
twarzy. Skórę miała pokrytą brązowymi plamami wątrobowymi, ale
przytrzymywane przez spinkę siwe, sięgające ramion włosy były jak na jej
wiek niezwykle gęste i błyszczące. Uniosła pytająco brwi.
- Szukamy Ásdís Sigur?ardóttir. Jest w domu? - spytał S?var. Staruszka
odwróciła się bez słowa, dając im znak, by poszli za nią.
Elma domyśliła się, że dom niewiele się zmienił od czasu jego budowy,
prawdopodobnie w latach siedemdziesiątych. Na podłodze leżał dywan -
rzadki widok na Islandii, gdzie dywany uważa się za staromodne i niehigieniczne, a ściany wyłożono boazerią z ciemnego drewna. W środku
zapach gulaszu był jeszcze bardziej przytłaczający.
- Ten dupek - wybuchnęła staruszka, zaskakując Elmę. - Ten żałosny drań
jak dla mnie może zgnić w piekle. Ale Dísa mnie nie słucha. Nawet nie
chce o tym rozmawiać. Więc powiedziałam jej, że może się pakować. Jeśli
nie będzie mnie słuchać, może się wynosić z mojego domu. - Staruszka
odwróciła się bez ostrzeżenia i chwyciła Elmę za ramię. - Ale muszę
przyznać... też zawsze byłam łatwowierna, więc pewnie ma to po mnie. Nie
mogę jej wyrzucić, nie po tym, co się stało. Może wy dotrzecie do niej.
Jest tam, w swoim starym pokoju.
Wskazała w głąb korytarza sękatą dłonią w brązowe plamy, po czym
poczłapała w swoją stronę i zostawiła ich, mamrocząc pod nosem.
Elma i S?var stali przez chwilę, próbując ustalić, które drzwi miała na
myśli. Pokoje były cztery i Elma zastanawiała się, jak staruszka może
sobie pozwolić na tak duży dom, skoro, o ile wiedzieli, zwykle mieszkała
sama. Po chwili S?var zastukał niepewnie do jednych z drzwi. Nie było
żadnej reakcji, więc otworzył je ostrożnie.
Dziewczyna siedząca na łóżku była znacznie młodsza, niż Elma się
spodziewała. Pochylała się nad komputerem trzymanym na kolanach, ale gdy
weszli, podniosła głowę. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat,
a granatowa bluza z kapturem i biała piżama w różowy wzór potęgowały
wrażenie, że jest bardzo młoda. Podkreślone czarnym ołówkiem brwi były
znacznie ciemniejsze od jej brązowych włosów upiętych w prosty kucyk.
Trudno było zwrócić uwagę na cokolwiek innego poza jej posiniaczoną
twarzą. Wargi miała pęknięte, a opuchlizna wokół oczu mieniła się
kolorami.
- Można? - spytała Elma, wskazując na krzesło obok łóżka. Wcześniej
ustaliła z S?varem, że głównie to ona będzie mówić. Dziewczynie będzie
łatwiej rozmawiać z kobietą po tym, co zrobił jej ten mężczyzna. Kiedy
dziewczyna skinęła głową, Elma usiadła.
- Wiesz, kim jestem? - zapytała.
- Nie, skąd mam wiedzieć?
- Jestem z policji. Pomagamy prokuratorowi w sprawie przeciwko twojemu
chłopakowi.
- Nie wniosę oskarżenia. Powiedziałam im to w szpitalu - rzuciła
stanowczo nieznoszącym sprzeciwu tonem, lekko się prostując.
- Obawiam się, że decyzja nie należy do ciebie - wyjaśniła Elma,
starając się, by jej głos brzmiał przyjaźnie. - Policja ma prawo
poprowadzić śledztwo i wnieść oskarżenie, jeśli uzna to za konieczne.
- Ale nie rozumiesz... nie chcę wnosić oskarżenia - powiedziała dziewczyna
gniewnie. - Tommi po prostu... miał ciężki okres. Nie chciał tego zrobić.
- Rozumiem, ale to nadal nie usprawiedliwia tego, co ci zrobił. Wielu z nas ma problemy, ale nie wszyscy reagujemy w ten sposób. - Elma
pochyliła się na krześle, spoglądając w oczy Ásdís. - Czy zdarzało się
to już wcześniej?
- Nie - odparła pospiesznie dziewczyna, po czym dodała po cichu: - Nigdy
wcześniej mnie nie uderzył.
- Lekarz znalazł stare siniaki. Takie sprzed miesiąca.
- Nie wiem, gdzie je sobie nabiłam. Często się przewracam - upierała się
Ásdís.
Elma przyglądała się jej uważnie, nie chcąc wywierać zbyt dużej presji.
Dziewczyna wyglądała na taką małą i bezbronną, gdy siedziała na łóżku w ubraniu, które wydawało się o wiele za duże.
- Jest prawie czterdzieści lat starszy od ciebie, prawda?
- Nie, ma sześćdziesiąt lat. Ja mam prawie dwadzieścia dziewięć -
poprawiła ją dziewczyna.
- Naprawdę pomogłoby, gdybyś pojechała z nami na posterunek i złożyła
oficjalne zeznanie - powiedziała Elma. - Wtedy będziesz miała szansę na
przedstawienie własnej wersji.
Ásdís pokręciła głową, głaszcząc inicjały wyhaftowane na kołdrze. Elma
dostrzegła litery Á.H.S.
- Wiesz, jest wiele rodzajów pomocy dostępnej dla kobiet w takiej
sytuacji jak twoja - kontynuowała Elma. - Mamy doradcę, z którym możesz
porozmawiać, a w Reykjavíku jest schronisko dla kobiet, które pomogło
już wielu... - Elma urwała, gdy dostrzegła wyraz twarzy Ásdís.
- Co oznacza H? - zapytała zamiast tego po krótkiej przerwie.
- Harpa. Ásdís Harpa. Ale zawsze nienawidziłam tego imienia. Moja matka
miała na imię Harpa.
Elma nie kontynuowała tego tematu. Musiał istnieć jakiś powód, dla
którego Ásdís nie chce imienia po matce, mimo że kobieta nie żyje. I dla
którego, mając prawie trzydzieści lat, wciąż pomieszkuje z babcią albo
ze znacznie starszym mężczyzną, który traktuje ją jak worek bokserski.
Elma widziała, niestety, wiele gorszych przypadków. Wiedziała, że Ásdís
nie jest jeszcze gotowa, by zrobić cokolwiek. Elma miała tylko nadzieję,
że dziewczyna odważy się na działanie, zanim będzie za późno. Ásdís
przeniosła uwagę z powrotem na ekran laptopa, jakby w pokoju nie było
nikogo poza nią. Elma uniosła brwi, patrząc na S?vara ze zrezygnowaną
miną, i wstała. Nie mogła już nic więcej zrobić.
Mimo to, gdy wychodzili, stanęła w drzwiach i odwróciła się.
- Wrócisz do niego?
- Tak - odpowiedziała Ásdís, nie odrywając wzroku od ekranu.
- Więc powodzenia. Nie wahaj się zadzwonić, jeśli... jeśli będziesz nas
potrzebować - powiedziała Elma, wyciągając rękę do klamki.
- Niczego nie rozumiecie - mruknęła ze złością Ásdís. Elma zatrzymała
się i ponownie spojrzała na dziewczynę. Ásdís wahała się, po czym dodała
cicho: - Nie mogę wnosić zarzutów. Jestem w ciąży.
- W takim razie to jeszcze jeden powód, aby trzymać się od niego z daleka - powiedziała Elma, patrząc jej w oczy. Mówiła powoli i z rozmysłem, podkreślając każdą sylabę w nadziei, że jej słowa zapadną
Ásdís w pamięć. Ale tak naprawdę w to nie wierzyła.
Minęła szesnasta i na zewnątrz zaczęło się już ściemniać, kiedy Elma
weszła do kuchni. Kawa w termosie okazała się letnia i smakowała tak,
jakby stała tam od rana. Elma wylała zawartość kubka do zlewu i zaczęła
otwierać szafki w poszukiwaniu herbaty.
- Jest w szufladzie. - Głos za nią odezwał się tak nagle, że aż
podskoczyła. To była młoda oficer, którą Elma poznała wcześniej tego
dnia. Próbowała przypomnieć sobie jej imię: Begga, właśnie tak.
Wyglądała na sporo młodszą od Elmy; w każdym razie była dobrze poniżej
trzydziestki. Wysoka i grubokoścista, miała sięgające do ramion, mysie
włosy i nos, którego nie powstydziłby się rzymski cesarz. Elma
zauważyła, że ma też dołeczki, nawet kiedy się nie uśmiechała.
- Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć - powiedziała Begga.
Otworzyła szufladę i pokazała Elmie pudełko z herbatą w torebkach.
- Dzięki - powiedziała Elma. - Ty też chcesz?
- Tak, proszę. Chętnie do ciebie dołączę. - Begga usiadła przy małym
stoliku. Elma poczekała, aż woda się zagotuje, po czym napełniła
wrzątkiem dwa kubki. Wyjęła karton mleka z lodówki i postawiła go na
stole wraz z cukiernicą z cukrem w kostkach.
- Znam cię skądś. - Begga przyglądała się Elmie z namysłem, mieszając
herbatę. - Uczyłas się w Grundi?
Elma skinęła głową. Szkoła, do której chodziła, znajdowała się w południowej części miasta.
- Chyba cię pamiętam. Musiałaś być kilka klas wyżej ode mnie. Urodziłaś
się w 1985 roku?
- Tak - odparła Elma, upijając łyk parującej herbaty. Begga była jednak
znacznie starsza niż się wydawało; miała prawie tyle lat, co ona.
- Pamiętam cię - powiedziała Begga. Gdy się uśmiechała, jej dołeczki
stawały się wyraźniejsze. - Bardzo się ucieszyłam, że dołącza do nas
jeszcze jedna kobieta. Jak mogłaś zauważyć, jesteśmy tutaj w poważnej
mniejszości. To trochę męski świat.
- Z pewnością. Ale jak dotąd nie mogę narzekać na pracę z facetami -
powiedziała Elma. - Można się z nimi z łatwością dogadać.
- Tak, z większością. I tak jestem tu szczęśliwa - powiedziała Begga.
Dołeczki w jej policzkach sprawiały, że wydawała się wiecznie
uśmiechnięta, nawet gdy się nie cieszyła.
- Zawsze tu mieszkałaś? - spytała Elma.
- Tak, zawsze - odpowiedziała Begga. - Podoba mi się tutaj. Miejscowi są
wspaniali, nie ma ruchu i wszędzie jest blisko. Nie mam powodu, by się
przeprowadzać gdziekolwiek indziej. I jestem absolutnie pewna, że moi
przyjaciele, którzy wyjechali, w końcu wrócą. Większość tych, którzy się
wyprowadzili, wraca wcześniej czy później - dodała zdecydowanie. - Na
przykład ty.
- Na przykład ja - powtórzyła Elma, wbijając wzrok w kubek.
- Dlaczego zdecydowałaś się na powrót? - zapytała Begga.
Elma zastanawiała się, jak często będzie musiała odpowiadać na to
pytanie. Miała właśnie wyrecytować tę samą historię co zawsze, ale się
zawahała. Begga wydawała się tak przyjazna, że to zachęcało do zwierzeń.
- Brakowało mi rodziny i oczywiście dobrze jest uciec od ruchu
ulicznego, ale... - Zawahała się. - Tak naprawdę to właśnie zakończył się
mój związek.
- Rozumiem. - Begga przysunęła bliżej pudełko herbatników, częstując się
przy okazji jednym. - Długo byliście razem?
- Chyba tak... dziewięć lat.
- Ojej, nigdy nie udało mi się wytrzymać dłużej niż sześć miesięcy -
wykrzyknęła Begga z zaraźliwym chichotem. - Chociaż obecnie jestem w bliskim związku ze wspaniałym gościem. Jest bardzo puszysty i uwielbia
się przytulać wieczorami.
- Pies? - domyśliła się Elma.
- Niezupełnie - uśmiechnęła się Begga. - Kot.
Elma odwzajemniła uśmiech. Natychmiast polubiła Beggę, której
najwyraźniej nie obchodziło, co myślą o niej inni ludzie. Była
oryginalna, chociaż nie podejmowała żadnego świadomego wysiłku w tym
celu.
- Więc co się stało? - zapytała Begga.
- Z czym?
- Z tobą i dziewięciolatkiem.
Elma westchnęła. Nie chciała teraz myśleć o Daví?zie.
- Zmienił się - odpowiedziała. - A może to ja się zmieniłam. Nie wiem.
- Zdradził cię? Facet, z którym spotykałam się przez sześć miesięcy,
zdradzał mnie. Cóż, właściwie nie przeleciał innej kobiety, ale
dowiedziałam się, że korzystał z serwisów randkowych i miał profil na
Tinderze. Natknęłam się tam na niego przypadkiem.
Elma uchwyciła jej spojrzenie.
- Więc sama weszłaś na Tindera?
- Tak, ale tylko w celach badawczych. To było czysto akademickie
zainteresowanie - powiedziała Begga z udawaną powagą. - Powinnaś
spróbować. Tinder jest cudowny. Byłam już na dwóch randkach.
- Jak poszło?
- Udało się za drugim razem... jeśli wiesz, co mam na myśli. - Begga
mrugnęła do niej, a Elma roześmiała się wbrew sobie. - Ale właściwie nie
szukam nikogo - ciągnęła Begga. - Cieszę się życiem singielki, w każdym
razie tymczasowo. A moje serce należy do mojego maleństwa.
- Maleństwa?
- Tak, mojego kocura - wyjaśniła Begga i zaniosła się śmiechem.
Elma przewróciła oczami i uśmiechnęła się. Begga zdecydowanie była
wyjątkowa.
Akranes 1989
Dziecko przyszło na świat w maju, w piękny i słoneczny dzień. Po niebie
płynęła zaledwie jedna chmurka. Kiedy wyszła na zewnątrz, wilgotne od
nocnego deszczu powietrze pełne korzennego zapachu świeżej zieleni
unoszącego się nad ogrodem załaskotało ją w nosie. Morze poruszało się
leniwie, a daleko poza zatoką widziała białą kopułę lodowca
Sn?fellsjökull wznoszącą się na horyzoncie. Przybrzeżne rafy co chwilę
wynurzały się z fal. Miała na sobie sprane dżinsy i żółtą koszulkę z tęczą z przodu. Włosy spięła z tyłu w luźny kucyk, ale jej loki wciąż
wysuwały się spod gumki, więc stale musiała odgarniać kosmyki włosów z twarzy.
Była sobota i wstały wcześnie, a potem zjadły tosty z dżemem na
śniadanie, słuchając radia. Pogoda była tak dobra, że zdecydowały się
pójść na spacer po plaży w poszukiwaniu muszelek. Znalazły w domu pusty
pojemnik po lodach, żeby mieć je do czego zbierać. Usiadła na huśtawce,
czekając, aż mamusia skończy swoje obowiązki. Gdy mama wieszała pranie,
ona kołysała się w przód i w tył, sięgając stopami do nieba. Rozmawiały,
a mamusia się do niej uśmiechała. Podniosła właśnie ręce, żeby powiesić
białe prześcieradło, gdy nagle złapała się za brzuch i zgięła w pół.
Przestała się huśtać i z niepokojem obserwowała mamę.
- Wszystko w porządku. To tylko małe ukłucie - powiedziała mamusia,
próbując się uśmiechnąć. Ale kiedy się wyprostowała, ból wrócił i musiała usiąść na mokrej trawie.
- Mamo? - powiedziała z niepokojem, podchodząc do niej.
- Pobiegnij do Solli i poproś ją, żeby przyszła. - Matka wzięła głęboki
oddech i skrzywiła się. Po jej czole spływały krople potu. - Pospiesz
się.
Nie zwlekając, pobiegła tak szybko, jak tylko mogła do domu Solli.
Zapukała do drzwi, a potem je otworzyła, zanim ktoś odpowiedział.
- Halo! Solla! - krzyknęła. Słyszała włączone radio, a w drzwiach
kuchni pojawiła się postać.
- Co się dzieje? - spytała Solla, patrząc na nią ze zdziwieniem.
- Dziecko... - wydyszała. - Mama rodzi.
Kilka dni później mama wróciła do domu z małym zawiniątkiem w niebieskim kocu. Nigdy nie widziała nic piękniejszego: ciemne włoski i pulchne, niewiarygodnie miękkie policzki. Ostrożnie pogłaskała maleńkie
palce, dziwiąc się, że można być tak małym. Ale najlepszy był zapach.
Maluch pachniał mlekiem i czymś słodkim, czego nie potrafiła nazwać.
Nawet małe białe krostki na jego policzkach były tak drobne i delikatne,
że czystą przyjemnością było przesuwać po nich palcem. Miał mieć na imię
Arnar, tak jak tata.
Ale jej piękny młodszy braciszek mieszkał w ich domu nad morzem tylko
przez dwa tygodnie. Pewnego dnia nie otwarł oczek, chociaż mamusia
usilnie próbowała go obudzić.