Ciche kroki na schodach - Eva Björg gisdottír

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sobota, 25 listo­pada 2017

Jedy­nymi dźwię­kami w domu było tyka­nie zegara w salo­nie i regu­larne kli­ka­nie jej dru­tów, prze­cią­ga­ją­cych włóczkę przez gład­kie, jasne pętelki. Mały swe­te­rek był pra­wie gotowy. Kiedy Ása zamknęła oczka i pocho­wała wysta­jące koń­cówki włóczki, poło­żyła swe­ter na kana­pie i wygła­dziła go. Włóczka, mie­szanka alpaki i jedwa­biu, była miękka i lekka jak puch ostu. Przy­mie­rzyła do swe­tra kilka róż­nych guzicz­ków, zanim zde­cy­do­wała się na białe z masy per­ło­wej, które paso­wały do jasnej wełny. Przy­szyje je póź­niej, po pra­niu. Gdy wło­żyła mały swe­te­rek do pralki, włą­czyła czaj­nik, nasy­pała liści her­baty do sitka, zalała je wrząt­kiem, dodała cukier i odro­binę mleka. Potem usia­dła przy kuchen­nym stole. Week­en­dowa gazeta leżała nie­otwarta, ale zamiast ją przej­rzeć, chwy­ciła obu­rącz gorący kubek i patrzyła nie­wi­dzą­cym wzro­kiem przez okno.

Kiedy robiła na dru­tach, zawsze miała zimne dło­nie. Włóczkę nawi­jała na palec wska­zu­jący tak cia­sno, że nie dopły­wała do niego krew i drę­twiał. Ale te robótki to jej hobby, a chłodne palce były nie­wielką ceną za przy­jem­ność, którą spra­wiało jej to, że włóczka prze­kształ­cała się w kolejne ładne ubranko. Stos pięk­nych rze­czy w sza­fie powięk­szał się. Hen­drik zawsze narze­kał na jej eks­tra­wa­gan­cję. Włóczka nie była tania, zwłasz­cza miękka wełna naj­wyż­szej jako­ści połą­czona z jedwa­biem. Ale ona mimo to dzier­gała dalej, igno­ru­jąc zrzę­dze­nie Hen­drika. Prze­cież mogli sobie na to pozwo­lić. Całe życie była oszczędna i pil­no­wała każ­dego gro­sza. Tak została wycho­wana. Jed­nak teraz mieli dużo pie­nię­dzy, o wiele wię­cej niż potrze­bo­wali. W rze­czywistości nie wie­działa, na co je wyda­wać. Kupiła więc wełnę. Cza­sami zasta­na­wiała się, czy nie powinna sprze­da­wać tych ubra­nek lub oddać ich, aby ktoś mógł je nosić, ale coś zawsze ją powstrzy­my­wało.

Spoj­rzała na ogród, gdzie wśród krze­wów ska­kały kosy zwa­bione jabł­kami, które dla nich wywie­siła. Czas jakby sta­nął w miej­scu. Odkąd zre­zy­gno­wała z pracy, dni robiły się tak dłu­gie, że wyda­wały się nie mieć końca.

Ása usły­szała, jak fron­towe drzwi otwie­rają się i zamy­kają, po czym Hen­drik wszedł do kuchni bez słowa powi­ta­nia. Wciąż codzien­nie cho­dził do biura. Ása wąt­piła, żeby kie­dy­kol­wiek cał­ko­wi­cie porzu­cił pracę, choć teraz, skoro Bjarni prze­jął wła­dzę, zamie­rzał pra­co­wać kró­cej. Kiedy nie był w fir­mie, więk­szość czasu spę­dzał na polu gol­fo­wym, ale ją golf zawsze śmier­tel­nie nudził.

- Co się z tobą dzieje? - Hen­drik usiadł przy stole i się­gnął po gazetę, nie patrząc na nią.

Ása bez słowa dalej patrzyła przez okno. Kosy hała­so­wały, wyśpie­wu­jąc w krza­kach prze­raź­liwe nuty ostrze­gaw­cze. Coraz gło­śniej i natar­czy­wiej.

Hen­drik pokrę­cił głową i par­sk­nął, jakby chciał powie­dzieć, że to nie ma zna­cze­nia, jak ona się czuje lub co myśli.

Bez słowa odsta­wiła fili­żankę tak gwał­tow­nie, że her­bata roz­pry­sła się po stole. Potem wstała i szybko weszła do sypialni, uda­jąc, że nie widzi zdzi­wio­nego wyrazu twa­rzy męża. Sia­da­jąc na łóżku, skon­cen­tro­wała się na opa­no­wa­niu odde­chu. Zazwy­czaj nie tra­ciła kon­troli nad sobą. Zawsze była taka ule­gła, taka cicha, naj­pierw jako mała dziew­czynka dora­sta­jąca na wsi na wscho­dzie, a póź­niej jako kobieta pra­cu­jąca w prze­twórni ryb­nej w Akra­nes. Prze­pro­wa­dziła się młodo do Reykjavíku i jak wiele wiej­skich dziew­cząt uczęsz­czała do Szkoły Gospo­dar­stwa Domo­wego. Kiedy zamiesz­kała w mie­ście, dość szybko odkryła, że życie w sto­licy ofe­ruje wszel­kiego rodzaju atrak­cje, któ­rych na wsi bra­ko­wało: nowych ludzi, pracę i róż­no­rodne roz­rywki. Sklepy, szkoły i ulice, które pra­wie ni­gdy nie pusto­szały. Świa­tła, które roz­świe­tlały noc, i port pełen stat­ków. To spo­tka­nie z Hen­dri­kiem spro­wa­dziło ją do Akra­nes. Pra­co­wał na łodzi rybac­kiej, która pew­nej sierp­nio­wej nocy zawi­nęła do portu w Reykjavíku. Załoga wyszła na mia­sto; Ása poznała go w klu­bie noc­nym, w któ­rym impre­zo­wała z przy­ja­ciółmi ze szkoły.

Od pierw­szej chwili wie­działa, że zna­la­zła męża, męż­czy­znę, z któ­rym chciała spę­dzić resztę życia. Był wysoki i ciem­no­włosy, a inne dziew­czyny patrzyły na niego zazdro­śnie. Było to bar­dzo zaska­ku­jące, ponie­waż ze swo­imi rudymi wło­sami i cerą, na któ­rej let­nie słońce uwy­dat­niało piegi, ni­gdy nie była uwa­żana za atrak­cyjną.

Myśląc o tym póź­niej, była prze­ko­nana, że pocią­gała go jej bez­bron­ność. Widział, że jest dziew­czyną, która sama się nie obroni. Zamiast tego uśmie­chała się nie­śmiało i spla­tała skrom­nie ręce na podołku; zawsze nakry­wała do stołu i zawsze szła pół kroku za nim, gdy gdzieś wycho­dzili; pra­so­wała mu koszule bez pro­sze­nia i zawsze bez podzię­ko­wa­nia. Kiedy ona i Hen­drik się poznali, powie­dział, że urze­kła go przede wszyst­kim jej nie­śmiałość. Nie zno­sił zde­cy­do­wa­nych kobiet, nazy­wał je "bez­czel­nymi kro­wami", ale ona była dziew­czyną, która przy­pa­dła mu do serca, która wie­działa, kiedy mil­czeć i pozwa­lać innym mówić. Która była miła i ule­gła. Która będzie dobrą matką.

Otarła łzy spły­wa­jące po policz­kach. Co do licha się z nią działo? Dla­czego nagle tak łatwo wpa­dła w złość? W końcu radziła sobie z wie­loma spra­wami przez lata. I miała Bjar­niego. Nie był dla niej złym synem - wręcz prze­ciw­nie. Cho­ciaż z wyglądu przy­po­mi­nał ojca, był łagod­niej­szy, pozba­wiony har­do­ści Hen­drika. Miał pra­wie czter­dzie­ści lat, ale zacho­wał chło­pięcy wygląd. Kiedy się uśmie­chał, świat wyda­wał się pięk­niej­szy. Kiedy Ása zoba­czyła go wśród chłop­ców na tre­ningu pił­kar­skim, poczuła, że coś w niej pękło.

Wie­działa, że chciał mieć dzieci. Nie żeby o tym wspo­mi­nał, oczy­wi­ście, ale wie­działa o tym. W końcu była jego matką i znała go lepiej niż kto­kol­wiek inny. Jedy­nie ona stała temu na prze­szko­dzie. Była zbyt ego­cen­tryczna, aby mieć dzieci. I przez nią ich ród wyga­śnie na Bjar­nim. Ása nie wie­działa, czy to znie­sie, ale jaki miała wybór?

Zacią­gnęła zasłony, prze­brała się w koszulę nocną, poło­żyła do łóżka i nacią­gnęła na sie­bie koł­drę, cho­ciaż nie nad­szedł jesz­cze wie­czór. To nie bez­dziet­ność Bjar­niego spra­wiła, że przed chwilą zare­ago­wała tak gwał­tow­nie, ale wizyta, którą jej zło­żono tego ranka. Tak bar­dzo ją zde­ner­wo­wała, że musiała się poło­żyć. Była za stara, żeby ponow­nie otwie­rać zabliź­nione rany. Wystar­cza­jąco dużo wycier­piała. Teraz chciała tylko spać. Spać i ni­gdy wię­cej się nie obu­dzić.

Szafa była do gra­nic moż­li­wo­ści wypchana ubra­niami. Stare sukienki i płasz­cze wisiały ści­śnięte na wie­sza­kach, a na pod­ło­dze pię­trzyła się sterta butów i toreb. Elma nie przy­pusz­czała, że kie­dy­kol­wiek jesz­cze coś z tego założy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prze­wod­nik po wymo­wie islandz­kiej

W języku islandz­kim wystę­puje kilka liter nie­zna­nych w innych języ­kach euro­pej­skich i cza­sami trud­nych do odtwo­rze­nia. Literę ? zasad­ni­czo zastę­puje pol­skie d, jed­nak zde­cy­do­wa­li­śmy się uży­wać islandz­kich liter, aby pozo­stać bli­żej ory­gi­nal­nych nazwisk. Jej dźwięk jest zbli­żony do "d" i "w" - ukła­damy usta jak do "d", a mówimy "w", jak w dźwięcz­nym angiel­skim "th".

Islandzka litera ? jest wyma­wiana mię­dzy "t" i "f", tak jak w wyra­zie "Thor­geir": ukła­damy usta jak do "t", a mówimy "f", jak w bez­dź­więcz­nym "th". Litera r zazwy­czaj wymiana jest twardo z języ­kiem wibru­ją­cym o pod­nie­bie­nie. W islandz­kich nazwach wła­snych akcent zawsze pada na pierw­szą sylabę. Imiona takie jak Elma, Begga i Hen­drik, które wyma­wiamy mniej wię­cej tak jak po pol­sku, nie znaj­dują się na tej liście.

A?alhei?ur - AATH-al-HAYTH-oor

Akra­nes - AA-kra-ness

Aldís - AAL-deess

Andrés - AND-ryess

Arnar Arnars­son - ARD-naar ARD-naars­son

Arnar Helgi Árnason - ARD-naar HEL-kee OWRD-nasson

Ása - OW-ssa

Ásdís Sigur?ardóttir (Dísa) - OWS-deess SIK-oor­thar-DOEH-teer (DEE-ssa)

Berg?óra - BERG-tho­era

Bjarni - BJA­ARD-nee

Björg - BYURRG

Dagný - DAAK-nee

Daví? - DAA-veeth

Eiríkur - AY-reek-oor

Elísabet Hölludóttir - ELL-eessa-bet HURT-loo-DOEH-teer

Ernir - ERD-neer

Fja­lar - FYAAL-aar

Gígja - GYEE-ya

Gréta - GRYET-a

Grétar - GRYET-aar

Gu?laug - GVO­OTH-loig

Gu?rún - GVO­OTH-roon

Halla Sn?björnsdóttir - HAT-la SNYE-byurs-DOEH-teer

Hrafn (Krummi) - HRAPN (KROOM-mi)

Hvalfjör?ur - KVAAL-fyurth-oor

Hör?ur - HURTH-thoor

Ingibjörn Grétars­son - ING-ibjurdn GRYET-ars­son

Jón - YOEN

Jökull - YUR-kootl

Kári - COW-rree

Magnea Arngrímsdóttir - MAG-naya ARD-gre­ems-DOEH-teer

Nói - NOE-ee

Rúnar - ROO-naar

Sara - SAA-ra

Silja - SILL-ya

Skagi - SKAA-yee

Sólveig - SOEL-vayg

S?var - SYE-vaar

Tómas - TOE-maas

Vi?ar - VITH-aar

?órný - THO­ERD-nee

Elma się nie bała, choć uczu­cie, które ją teraz ogar­nęło, obja­wiało się podob­nie jak strach: spo­co­nymi dłońmi, przy­spie­szo­nym biciem serca. I nie było to też zde­ner­wo­wa­nie. Robiła się ner­wowa, kiedy musiała wystą­pić publicz­nie. Wtedy krew bar­wiła jej skórę - nie tylko twarz, gdzie mogła ukryć zaczer­wie­nie­nie pod grubą war­stwą maki­jażu, ale rów­nież szyję i dekolt, gdzie two­rzyły się brzyd­kie czer­wono-białe plamy.

Tak jak wtedy, gdy umó­wiła się na randkę ze Ste­ina­rem w dzie­sią­tej kla­sie. Pięt­na­sto­let­nia dziew­czyna z pla­mami na dekol­cie i zde­cy­do­wa­nie za grubą war­stwą tuszu do rzęs; wyszła z domu na pal­cach, modląc się, aby jej rodzice nie usły­szeli zamy­ka­ją­cych się za nią drzwi. Cze­kała na niego na rogu. Sie­dział na tyl­nej kana­pie samo­chodu - jesz­cze był za młody, aby pro­wa­dzić, ale miał przy­ja­ciela, który już miał prawo jazdy. Nie odje­chali jesz­cze daleko i ledwo zamie­nili słowo, kiedy on pochy­lił się i wsa­dził jej język do gar­dła. Ni­gdy wcze­śniej z nikim się nie cało­wała, ale cho­ciaż jego język wyda­wał się bar­dzo duży i nachalny, nie odsu­nęła się. Oni się cało­wali, a jego kolega spo­koj­nie jeź­dził po oko­licy. Od czasu do czasu przy­ła­py­wała go na pod­glą­da­niu ich we wstecz­nym lusterku. Pozwo­liła też Ste­ina­rowi doty­kać się przez ubra­nie i uda­wała, że spra­wia jej to przy­jem­ność. Jechali wtedy tą samą ulicą, przy któ­rej teraz zapar­ko­wała. Wtedy z gło­śni­ków leciał Life­ho­use, a z bagaż­nika dobie­gało dud­nie­nie basu. Wzdry­gnęła się na to wspo­mnie­nie.

Chod­nik przed domem rodzi­ców był popę­kany. Zapar­ko­wała samo­chód i przez moment sie­działa, wpa­tru­jąc się w szcze­liny. Wyobra­żała sobie, że się posze­rzają, pogłę­biają i w końcu pochła­niają jej stare volvo. Te pęk­nię­cia były tam, już gdy była małą dziew­czynką. Tyle że wtedy tro­chę mniej rzu­cały się w oczy. Silja miesz­kała w nie­bie­skim domu naprze­ciwko i czę­sto bawiły się na tym chod­niku. Raz uda­wały, że naj­więk­sza szpara to ogromna szcze­lina wul­ka­niczna, pełna roz­grza­nej do czer­wo­no­ści lawy, a w ich kie­runku peł­zną języki ognia.

Ten nie­bie­ski dom - który dzi­siaj już nie był nie­bie­ski, tylko biały - zamiesz­ki­wała teraz rodzina z dwójką chłop­ców, ostrzy­żo­nych iden­tycz­nie na pazia blon­dy­nów. Nie wie­działa, gdzie teraz mieszka Silja. Minęły chyba cztery lata, odkąd ostat­nio z nią roz­ma­wiała. Być może wię­cej.

Wysia­dła z samo­chodu i pode­szła do domu rodzi­ców. Zanim otwo­rzyła drzwi, spoj­rzała na pęk­nię­cia w chod­niku. Teraz, ponad dwa­dzie­ścia lat póź­niej, myśl, że szcze­liny ją pochłoną, nie wyda­wała się już taka prze­ra­ża­jąca.

Kilka tygo­dni póź­niej - sobota, 18 listo­pada 2017

Elmę obu­dził wiatr. Leżała długo, wsłu­chu­jąc się w jego lament za oknem i wpa­tru­jąc się w biały sufit. Kiedy w końcu wstała z łóżka, było już za późno na cokol­wiek, poza auto­ma­tycz­nym wcią­gnię­ciem na sie­bie jakichś ciu­chów, się­gnię­ciem po poczer­nia­łego banana i wyj­ściem. Poczuła na policz­kach ostry wiatr, gdy tylko prze­stą­piła próg domu. Zapięła kurtkę pod szyję, nacią­gnęła kap­tur i szyb­kim kro­kiem ruszyła przez ciem­ność. Szary asfalt chod­nika poły­ski­wał w bla­sku latarni. Skrzy­pie­nie butów na mro­zie nio­sło się echem w ciszy - w sobotni pora­nek w poło­wie listo­pada na ulicy było mało ludzi.

Kilka minut po wyj­ściu z cie­płego miesz­ka­nia Elma zatrzy­mała się przed pro­stym, bla­do­zie­lo­nym budyn­kiem, w któ­rym mie­ścił się poste­ru­nek poli­cji w Akra­nes. Pró­bu­jąc uspo­koić oddech, chwy­ciła lodo­watą klamkę. Tuż przy wej­ściu była recep­cja, gdzie star­sza kobieta o krę­co­nych blond wło­sach i opa­lo­nej, pomarsz­czo­nej twa­rzy roz­ma­wiała przez tele­fon. Pod­nio­sła palec zwień­czony poma­lo­wa­nym na czer­wono paznok­ciem, dając znak Elmie, aby zacze­kała.

- W porządku, Jói, powiem mu. Wiem, że to nie­do­pusz­czalne, ale raczej nie jest to sprawa poli­cji... to zdzi­czałe koty, więc pole­cam skon­tak­to­wać się dezyn­sek­to­rem... W każ­dym razie, Jói... - Kobieta odsu­nęła nieco tele­fon od ucha i uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco do Elmy. - Słu­chaj, Jói, nie­wiele mogę teraz z tym zro­bić. Pamię­taj, żeby zamknąć okno, gdy następ­nym razem pój­dziesz do sklepu... Tak, wiem, te maro­kań­skie dywany kosz­tują for­tunę. Posłu­chaj, Jói, będziemy musieli omó­wić to póź­niej. Muszę koń­czyć. Do widze­nia.

Z wes­tchnie­niem odło­żyła słu­chawkę.

- Pro­blemy z dzi­kim kotami w Ne?ri-Skagi to nie żart. Bie­da­czyna zosta­wił otwarte okno i wyszedł do sklepu, a jakieś małe bestie weszły do domu i naro­biły na jego cenny dywan w salo­nie. Biedny, stary Jói - mówiła kobieta, krę­cąc głową. - No ale wystar­czy o tym; co mogę dla pani zro­bić?

- Ee, dzień dobry. - Elma odchrząk­nęła, przy­po­mi­na­jąc sobie, że nie umyła zębów: wciąż czuła smak banana, któ­rego zja­dła po dro­dze. - Mam na imię Elma. Jestem umó­wiona na spo­tka­nie z Hör?urem.

- Tak, wiem, kim jesteś - powie­działa kobieta, wsta­jąc i wycią­ga­jąc rękę. - Jestem Gu?laug, ale pro­szę, mów do mnie Gulla. Radzi­ła­bym nie zdej­mo­wać kurtki. W recep­cji jest zimno. Od tygo­dni nie mogę się dopro­sić, aby napra­wili grzej­nik. Naj­wy­raź­niej nie jest to prio­ry­tet dla pozba­wio­nej fun­du­szy poli­cji. - Naj­wy­raź­niej nie podo­bała jej się ta sytu­acja, ale od razu dodała żyw­szym gło­sem: - Tak przy oka­zji, jak się mają twoi rodzice? Muszą bar­dzo się cie­szyć, że znów jesteś w domu, ale tak to już jest z Akra­nes, po pro­stu nie da się go nie kochać i więk­szość ludzi wraca, gdy zorien­tują się, że na połu­dniu w Reykjavíku trawa nie jest bar­dziej zie­lona. - Mówiła pośpiesz­nie, ledwo robiąc prze­rwę na oddech. Elma cze­kała cier­pli­wie, aż skoń­czy.

- Wszystko w porządku - powie­działa, gdy tylko udało się jej wtrą­cić słowo, cały czas zasta­na­wia­jąc się, czy Gulla jest kimś, kogo powinna znać. Odkąd wró­ciła do Akra­nes przed pię­cioma tygo­dniami, ludzie, któ­rych nie roz­po­zna­wała, zatrzy­my­wali ją na ulicy, aby poroz­ma­wiać. Zwy­kle wystar­czyło ski­nąć głową i uśmiech­nąć się.

- Prze­pra­szam - dodała Gulla. - Gaduła ze mnie. Przy­zwy­cza­isz się. Możesz mnie nie pamię­tać, ale kie­dyś miesz­ka­łam przy tej samej ulicy co ty. Byłaś mała, mia­łaś tylko sześć lat. Wciąż pamię­tam, jak słodko wyglą­da­łaś, dźwi­ga­jąc ten wielki ple­cak pierw­szego dnia szkoły. - Zaśmiała się na to wspo­mnie­nie.

- O tak... coś koja­rzę... mam na myśli ple­cak - powie­działa Elma. Jak przez mgłę przy­po­mniała sobie, jak zakła­dano jej na ramiona duży żółty wór. Ważył co naj­mniej jedną czwartą masy jej ciała.

- A teraz wró­ci­łaś - cią­gnęła Gulla roz­pro­mie­niona.

- Tak, na to wygląda - odparła nie­zręcz­nie Elma. Nie była przy­go­to­wana na tak cie­płe powi­ta­nie.

- Dobrze, cóż, chyba lepiej zapro­wa­dzę cię pro­sto do Hör?ura; mówił, że się cie­bie spo­dziewa. - Gulla ski­nęła na Elmę, aby poszła za nią wyło­żo­nym lino­leum kory­ta­rzem. Zatrzy­mały się przed drzwiami, gdzie na skrom­nej, meta­lo­wej tabliczce wygra­we­ro­wano nazwi­sko "Hör?ur Höskuldsson".

- O ile znam Hör?ura, to słu­cha radia przez słu­chawki i nas nie usły­szy. Nie może pra­co­wać, jak nie ma ich na uszach. Ni­gdy nie rozu­mia­łam, jak może się skon­cen­tro­wać. - Gulla wes­tchnęła gło­śno, zastu­kała zde­cy­do­wa­nie w drzwi i otwo­rzyła je, nie cze­ka­jąc na reak­cję.

W pokoju za biur­kiem sie­dział męż­czy­zna, wpa­tru­jąc się uważ­nie w ekran kom­pu­tera. Słu­chawki były na miej­scu, tak jak prze­wi­działa Gulla. Zauwa­żyw­szy ruch, pod­niósł wzrok i zdjął je szybko.

- Cześć, Elmo. Witamy - powie­dział z przy­ja­znym uśmie­chem. Wstał i wycią­gnął do niej rękę, po czym wska­zał jej krze­sło. Wyda­wał się być grubo po pięć­dzie­siątce; siwie­jące włosy opa­dały roz­wi­chrzo­nymi lokami po obu stro­nach jego pocią­głej twa­rzy. W prze­ci­wień­stwie do fry­zury dło­nie miał zadbane, ze sta­ran­nie wypie­lę­gno­wa­nymi paznok­ciami. Elma wyobra­ziła sobie, jak sie­dzi wie­czo­rami przed tele­wi­zo­rem z pil­nicz­kiem do paznokci i instynk­tow­nie ukryła swoje ręce, żeby nie doj­rzał obgry­zio­nych skó­rek.

- Więc zde­cy­do­wa­łaś się wró­cić do Akra­nes, aby­śmy mogli sko­rzy­stać z two­jej wie­dzy - powie­dział, odchy­la­jąc się do tyłu z pal­cami sple­cio­nymi na piersi i przy­glą­da­jąc się jej. Miał głę­boki głos i nie­zwy­kle bla­do­nie­bie­skie oczy.

- Cóż, sądzę, że można tak to ująć - powie­działa Elma, pro­stu­jąc ramiona. Czuła się jak mała dziew­czynka, która zacho­wała się nie­grzecz­nie i została wezwana do gabi­netu dyrek­tora. Poczuła gorąco napły­wa­jące do policz­ków i miała nadzieję, że Hör?ur nie zauważy rumień­ców. Co było mało praw­do­po­dobne, ponie­waż przed wyj­ściem nie zdą­żyła nało­żyć pudru.

- Wiem, że pra­co­wa­łaś w Wydziale Śled­czym w Reykjavíku. Na szczę­ście jeden z naszych chło­pa­ków posta­no­wił spró­bo­wać swo­ich sił w wiel­kim mie­ście, więc przej­miesz jego biurko. - Hör?ur pochy­lił się do przodu, pod­pie­ra­jąc głowę jedną ręką. - Muszę przy­znać, że byłem dość zasko­czony, kiedy zadzwo­nił do mnie twój ojciec. Co cię skło­niło do powrotu tutaj po tylu latach w mie­ście, jeśli wyba­czysz mi to pyta­nie?

- Chyba stę­sk­ni­łam się za Akra­nes - odpo­wie­działa Elma, sta­ra­jąc się, by zabrzmiało to prze­ko­nu­jąco. - Od wie­ków myśla­łam o powro­cie do domu - dodała. - Cała moja rodzina jest tutaj. Potem na rynku poja­wiło się miesz­ka­nie, które mi się spodo­bało, więc sko­rzy­sta­łam z oka­zji.

Uśmiech­nęła się z nadzieją, że ta odpo­wiedź mu wystar­czy.

- Rozu­miem - powie­dział Hör?ur, powoli kiwa­jąc głową. - Oczy­wi­ście nie możemy ci zaofe­ro­wać takich samych bonu­sów ani szyb­kiego tempa, do jakich przy­zwy­cza­iłaś się w mie­ście. Ale mogę ci obie­cać, że cho­ciaż Akra­nes wydaje się spo­kojne, mamy aż nadto spraw na gło­wie. Dużo się tu dzieje pod powierzch­nią, dzięki czemu nie będziesz sie­dzieć i się nudzić. Odpo­wiada ci to?

Elma ski­nęła głową, nie­pewna, czy Hör?ur mówi poważ­nie. Jej zda­niem Akra­nes było tak spo­kojne, na jakie wyglą­dało.

- Jak zapewne wiesz - powie­dział Hör?ur - jestem tu sze­fem wydziału śled­czego, więc będę twoim prze­ło­żo­nym. Pra­cu­jemy w sys­te­mie zmia­no­wym. Czte­rej ofi­ce­ro­wie dyżurni non stop i ofi­cer prze­ło­żony na każ­dej zmia­nie. W Akra­nes jeste­śmy odpo­wie­dzialni za cały region zachodni. Pra­cu­jemy zwy­kle rota­cyj­nie według gra­fiku, do czego pew­nie przy­wy­kłaś w sto­licy. Opro­wa­dzić cię szybko po poste­runku? - Wstał, pod­szedł do drzwi i otwie­ra­jąc je, ski­nął na Elmę, by podą­żyła za nim.

Poste­ru­nek poli­cji w Arka­nes, poza tym, że był znacz­nie mniej­szy, przy­po­mi­nał jej komendę w mie­ście. Miał ten sam urzę­dowy kli­mat co inne biura sek­tora publicz­nego: beżowe lino­leum na pod­ło­dze, białe rolety w oknach, jasne zasłony, brzo­zowe meble.

Hör?ur wska­zał cztery cele na dru­gim końcu budynku.

- Jedna z nich jest w tej chwili zajęta. Wczo­raj nie­któ­rzy tro­chę zbyt dobrze się bawili, ale miejmy nadzieję, że nasz gość obu­dzi się wkrótce i ode­ślemy go do domu.

Uśmiech­nął się mimo­wol­nie, głasz­cząc gęstą, sta­ran­nie przy­strzy­żoną brodę. Potem otwo­rzył drzwi, aby poka­zać Elmie pustą celę, która wyglą­dała bar­dzo podob­nie jak te w Reykjavíku: mała, pro­sto­kątna, z wąskim łóż­kiem.

- Stan­dar­dowe wypo­sa­że­nie, nic spe­cjal­nego - skwi­to­wał.

Elma ponow­nie ski­nęła głową. Stra­ciła rachubę, ile razy widziała takie same cele w mie­ście: szare ściany i twarde łóżka, na któ­rych mało kto chciałby spę­dzić wię­cej niż jedną noc. Podą­żyła za Hör?urem z powro­tem kory­ta­rzem, na końcu któ­rego znaj­do­wały się biura. Męż­czy­zna zatrzy­mał się przy drzwiach, otwo­rzył je i wpro­wa­dził ją do pokoju. Elma rozej­rzała się. Cho­ciaż biurko było małe, wystar­czyło na nim miej­sca na kom­pu­ter i wszyst­kie inne potrzebne przed­mioty; miało rów­nież zamy­kane na klucz szu­flady. Ktoś posta­wił na nim roślinę w doniczce. Na szczę­ście oka­zało się, że to kak­tus wyma­ga­jący nie­wiele tro­ski. Choć zda­rzało się jej się usu­szyć nawet kak­tusy.

- To jest miej­sce, w któ­rym będziesz się bawić - powie­dział Hör?ur żar­to­bli­wie. - Gulla posprzą­tała je kilka dni temu. Pétur, twój poprzed­nik, zosta­wił po sobie górę doku­men­ta­cji i innych śmieci, ale powinno być gotowe do ponie­działku, zanim roz­pocz­niesz pracę.

- Wygląda dobrze - odparła Elma, uśmie­cha­jąc się do niego.

Pode­szła do okna i wyj­rzała przez nie. Poczuła chłód szyby i dostała gęsiej skórki na ramio­nach. Widok był przy­gnę­bia­jący: rząd ponu­rych blo­ków miesz­kal­nych. Kiedy była mała, bawiła się w ich piw­ni­cach. Kory­ta­rze były sze­ro­kie i puste, czuć było stę­chli­znę i zapach opon samo­cho­do­wych prze­cho­wy­wa­nych w komór­kach na rowery. Ide­alne miej­sce zabaw dla dzieci.

- No cóż, to wła­ści­wie wszystko - powie­dział Hör?ur, zacie­ra­jąc ręce. - Sprawdźmy, czy kawa gotowa. Musisz się z nami napić, zanim wyj­dziesz.

Weszli do kuchni, gdzie męż­czy­zna, który przed­sta­wił się jako Kári, jeden z funk­cjo­na­riu­szy, sie­dział przy sto­liku. Poin­for­mo­wał ich, że pozo­stali człon­ko­wie jego zmiany poje­chali na wezwa­nie - impreza w jed­nym z blo­ków prze­cią­gnęła się do rana, ku nie­za­do­wo­le­niu sąsia­dów.

- Witamy, oto nasza wieś spo­kojna, wieś wesoła - dodał Kári. Kiedy się uśmiech­nął, zmru­żył ciemne oczy, aż widać było tylko błysz­czące czarne źre­nice. - Nie żeby naprawdę Arka­nes można było nazwać wsią przy tych wszyst­kich inwe­sty­cjach w oko­licy. Domy zni­kają z rynku. Podobno wszy­scy chcą tu teraz miesz­kać. - Zaśmiał się gło­śno.

- W każ­dym razie dla mnie to odmiana - odpo­wie­działa Elma i musiała odwza­jem­nić uśmiech. Kiedy Kári się śmiał, wyglą­dał jak postać z kre­skówki.

- Dobrze będzie mieć cię w zespole - powie­dział Hör?ur. - Mówiąc szcze­rze, tro­chę mar­twi­li­śmy się utratą Pétura, bo był sta­rym wygą. Ale chciał zmie­nić oto­cze­nie po ponad dwu­dzie­stu latach tutaj. Ma teraz żonę w Reykjavíku, a jego dzieci wyle­ciały z gniazda. - Hör?ur napeł­nił dwie fili­żanki kawą i podał jedną Elmie. - Pijesz z mle­kiem czy z cukrem? - zapy­tał, pod­su­wa­jąc jej fio­le­towy kar­ton.

Kiedy Elma wyszła z poste­runku, niebo było wyraź­nie bled­sze, choć latar­nie wciąż się paliły. Na uli­cach poja­wiło się wię­cej samo­cho­dów, a wiatr ucichł. Gdy wró­ciła do swo­jego rodzin­nego mia­sta na pół­wy­spie Skagi, ude­rzyło ją, jak pła­skie i odsło­nięte wyda­wało się w porów­na­niu z Reykjavíkiem. Idąc cichymi ulicz­kami, miała wra­że­nie, że nie ma tu miej­sca, gdzie można by się ukryć przed wścib­skimi oczami. W prze­ci­wień­stwie do sto­licy, peł­nej sta­rych drzew i ogro­dów łago­dzą­cych miej­ski kra­jo­braz i chro­nią­cych miesz­kań­ców przed ostrymi wia­trami Islan­dii, w Akra­nes nie było wiele zie­leni, a wra­że­nie posęp­no­ści pogar­szał zły stan wielu domów i ulic. Bez wąt­pie­nia nie­dawne zamknię­cie jed­nej z lokal­nych prze­twórni ryb pogłę­biło atmos­ferę upadku. Jed­nak oko­liczny kra­jo­braz wciąż zapie­rał Elmie dech w pier­siach: ota­cza­jące mia­steczko z trzech stron morze, domi­nu­jąca nad nim góra Akra­nes z cha­rak­te­ry­stycz­nym zagłę­bie­niem pośrodku, cią­gnące się wzdłuż wybrzeża na pół­noc łań­cu­chy gór­skie i widoczna z zatoki Faxa­flói na połu­dniu łuna nad Reykjavíkiem.

Akra­nes zmie­niło się od cza­sów jej dzie­ciń­stwa. Roz­ro­sło się, przy­było mu miesz­kań­ców, ale mimo to czuła, że zasad­ni­czo jest takie samo. To wciąż to samo małe sied­mio­ty­sięczne mia­steczko, w któ­rym codzien­nie widy­wało się te same twa­rze. Kie­dyś ta myśl ją przy­tła­czała, jakby była uwię­ziona w maleń­kiej bańce, cho­ciaż świat ofe­ro­wał tak wiele. Jed­nak teraz ta per­spek­tywa miała odwrotny efekt. Elma nie miała nic prze­ciwko wyco­fa­niu się do bańki i zapo­mnie­niu o zewnętrz­nym świe­cie.

Szła powoli, myśląc, ile pracy czeka jesz­cze na nią w domu. Wciąż się urzą­dzała - klu­cze do swo­jego miesz­ka­nia ode­brała zale­d­wie w poprzedni week­end. Było ono jed­nym z ośmiu miesz­kań w małym, pię­tro­wym bloku. Kiedy Elma była mała, nie było tu żad­nych budyn­ków, tylko wiel­kie pole, gdzie cza­sami bie­gały konie, które kar­miła czer­stwym chle­bem. Ale od tam­tego czasu wyro­sło na nim nowe osie­dle pełne domów i blo­ków; było tu nawet przed­szkole. Jej miesz­ka­nie znaj­do­wało się na par­te­rze i miało duży taras. W budynku były dwie klatki scho­dowe, każda z czte­rema miesz­ka­niami dzie­lą­cymi małą część wspólną. Elma jesz­cze dobrze nie poznała swo­ich sąsia­dów. Wie­działa, że lokal naprze­ciwko niej zaj­muje młody męż­czy­zna, jed­nak jesz­cze go nie spo­tkała. Na górze miesz­kał star­szy pan imie­niem Bár?ur, prze­wod­ni­czący wspól­noty miesz­ka­nio­wej, oraz bez­dzietna para w śred­nim wieku, która zawsze kła­niała się jej przy­jaź­nie przy spo­tka­niu.

Przez tydzień urzą­dzała miesz­ka­nie i więk­szość mebli znaj­do­wała się już na swoim miej­scu. Wypo­sa­że­nie było mie­sza­niną róż­nych przed­mio­tów, które wybrała w skle­pie cha­ry­ta­tyw­nym: stara komoda z rzeź­bio­nym wzo­rem kwia­to­wym, pozła­cana lampa sto­jąca i cztery kuchenne krze­sła, które usta­wiła wokół sta­rego stołu rodzi­ców. Uznała, że miesz­ka­nie wygląda cał­kiem przy­tul­nie, ale kiedy przy­szła mama, po wyra­zie jej twa­rzy można było sądzić, że się z tym nie zga­dza.

- Och, Elmo, tu jest tro­chę... kolo­rowo - powie­działa oskar­ży­ciel­skim tonem. - Co się stało z tymi wszyst­kich meblami ze sta­rego miesz­ka­nia? Były takie piękne i gustowne.

Elma wzru­szyła ramio­nami i udała, że nie dostrzega miny matki, kiedy oznaj­miła od nie­chce­nia, że sprze­dała je przed prze­pro­wadzką.

- Cóż, mam nadzieję, że przy­naj­mniej dosta­łaś za nie przy­zwo­itą cenę - zauwa­żyła matka. Elma tylko się uśmiech­nęła, ponie­waż nie mogło to być dal­sze od prawdy. Poza tym lubiła te stare, nie­do­pa­so­wane do sie­bie przed­mioty; nie­które pamię­tała z dzie­ciń­stwa, inne wyda­wały się mieć swoją wła­sną histo­rię.

Przed prze­pro­wadzką miesz­kała z Daví?em, swoim wie­lo­let­nim part­ne­rem, w atrak­cyj­nej, zachod­niej czę­ści Reykjavíku. Ich miesz­ka­nie, które było małe, ale przy­tulne, znaj­do­wało się w dziel­nicy Melar, na pierw­szym pię­trze trzy­kon­dy­gna­cyj­nego budynku. Teraz bra­ko­wało jej wyso­kiej jarzę­biny za oknem. Drzewo było jak obraz, który zmie­niał kolory wraz z porami roku, jasno­zie­lone latem, czer­wo­nawo-poma­rań­czowe jesie­nią i brą­zowe lub białe zimą. Tęsk­niła nie tylko za tam­tym miej­scem, ale też - przede wszyst­kim - za Daví?em.

Zatrzy­mała się przed drzwiami miesz­ka­nia, wyjęła tele­fon i napi­sała SMS. Usu­nęła go, a następ­nie ponow­nie napi­sała tę samą wia­do­mość. Stała nie­ru­chomo przez chwilę, po czym wybrała numer Daví?a. Wie­działa, że to nic nie da, ale i tak wysłała wia­do­mość, po czym weszła do środka.

Był sobotni wie­czór. Naj­po­pu­lar­niej­sza restau­ra­cja w Akra­nes była wypeł­niona po brzegi, co nie było zaska­ku­jące, bo kon­ku­ren­cja prak­tycz­nie nie ist­niała. Mimo mało obie­cu­ją­cego wyglądu z zewnątrz, w środku lokal oka­zał się współ­cze­sny i ele­gancki, z czar­nymi meblami, sza­rymi ścia­nami i korzyst­nym oświe­tle­niem. Magnea nieco się wypro­sto­wała, lustru­jąc pozo­sta­łych gości. Wie­działa, że tego wie­czoru wygląda świet­nie w pod­kre­śla­ją­cym figurę czar­nym kom­bi­ne­zo­nie i była świa­doma, że wszyst­kie oczy mimo­cho­dem błą­dzą wokół jej dekoltu. Bjarni sie­dział naprze­ciwko niej, a ile­kroć ich spoj­rze­nia się spo­ty­kały, widziała w jego oczach obiet­nicę tego, co się sta­nie, gdy wrócą do domu. Odda­łaby wszystko, żeby tę kola­cję zjeść z nim sam na sam, bez jego rodzi­ców tkwią­cych po obu jej stro­nach.

Świę­to­wali prze­ka­za­nie Bjar­niemu zarzą­dza­nia rodzinną firmą. Był tam zatrud­niony od ukoń­cze­nia szkoły, ale mimo że był synem szefa, musiał ciężko pra­co­wać, by zasłu­żyć na tytuł dyrek­tora zarzą­dza­ją­cego. Czę­sto spę­dzał w fir­mie wiele czasu, także wie­czo­rami i w week­endy. W prak­tyce pro­wa­dził ją wraz z ojcem już od kilku lat, lecz dopiero teraz ofi­cjal­nie obej­mo­wał sta­no­wi­sko. To ozna­czało dwu­krot­nie wyż­szą pen­sję i dwa razy więk­szą odpo­wie­dzial­ność. Ale przy­naj­mniej tego wie­czoru posta­no­wił odpo­cząć.

Kel­ner przy­niósł butelkę czer­wo­nego wina i nalał odro­binę do kie­liszka Bjar­niego. Gdy ten spró­bo­wał i zaapro­bo­wał smak trunku, kel­ner napeł­nił pozo­stałe kie­liszki, po czym wyco­fał się, zosta­wia­jąc butelkę na stole.

- Skál! - Ojciec Bjar­niego, Hen­drik, pod­niósł kie­li­szek. - Za Bjar­niego i jego nie­okieł­znaną ener­gię. Teraz może dodać do swo­jej listy osią­gnięć tytuł dyrek­tora zarzą­dza­ją­cego. Jako jego rodzice jeste­śmy z niego jak zawsze nie­zmier­nie dumni.

Stuk­nęli się kie­lisz­kami i skosz­to­wali dro­giego wina. Magnea uwa­żała, aby wypić tylko mały łyk, pozwa­la­jąc sobie na nie wię­cej niż kilka kro­pel, które zwil­żyły jej poma­lo­wane na czer­wono usta.

- Nie dotarł­bym tu, gdzie dzi­siaj jestem, bez tej wspa­nia­łej dziew­czyny obok mnie - powie­dział Bjarni nieco nie­wy­raź­nym gło­sem. Gdy cze­kali na jego rodzi­ców, wypił whi­sky i jak zawsze alko­hol poszedł mu pro­sto do głowy. - Stra­ci­łem rachubę tych wszyst­kich razy, kiedy wra­ca­łem do domu późno z biura i ni­gdy, ani razu, moja kochana żona nie narze­kała, cho­ciaż sama ma aż nadto pracy. - Spoj­rzał z uwiel­bie­niem na Magneę, a ona posłała mu całusa.

Hen­drik spoj­rzał z pobłaż­li­wo­ścią na Ásę, ale ta zamiast odwza­jem­nić jego uśmiech, odwró­ciła oczy, zaci­ska­jąc usta z dez­apro­batą. Magnea wes­tchnęła w duchu. Dawno zre­zy­gno­wała z prób zdo­by­cia przy­chyl­no­ści teścio­wej. Już jej na tym nie zale­żało. Kiedy ona i Bjarni zamiesz­kali razem, naprawdę sta­rała się zaim­po­no­wać Ásie, dba­jąc o dom, pie­kąc cia­sto, ile­kroć jego rodzice ich odwie­dzali, i gene­ral­nie sta­jąc na gło­wie, by zdo­być apro­batę teścio­wej. Ale to była prze­grana sprawa. Jej wysiłki były nie­zmien­nie nagra­dzane tym samym kry­tycz­nym spoj­rze­niem, które mówiło, że cia­sto jest za suche, łazienka nie­wy­star­cza­jąco lśni czy­sto­ścią, a pod­ło­dze przy­da­łoby się dodat­kowe mycie.

Prze­sła­nie było jasne: choćby nie wia­domo jak bar­dzo się sta­rała, Magnea ni­gdy nie będzie wystar­cza­jąco dobra dla Bjar­niego.

- Jak idzie naucza­nie, Magneo? - zapy­tał Hen­drik. - Czy te łobuzy dobrze się spra­wują? - W prze­ci­wień­stwie do swo­jej żony on zawsze miał sła­bość do syno­wej. Być może to był jeden z powo­dów wro­go­ści Ásy. Hen­drik ni­gdy nie prze­ga­pił oka­zji, by dotknąć Magnei, wziąć ją w ramiona, objąć w talii albo poca­ło­wać w poli­czek. Był dużym męż­czy­zną, w prze­ci­wień­stwie do jego drob­nej żony, a w Akra­nes cie­szył się repu­ta­cją rekina biz­nesu. Miał cza­ru­jący uśmiech, który odzie­dzi­czył po nim Bjarni, i potężny, nieco ochry­pły głos. Od regu­lar­nego picia jego twarz stała się szorstka i czer­wona, ale Magnea lubiła go bar­dziej niż Ásę, więc zno­siła obła­pia­nie i flir­to­wa­nie, które wyda­wały się jej zupeł­nie nie­szko­dliwe.

- Na moich zaję­ciach prze­waż­nie potra­fią się zacho­wać - odpo­wie­działa Magnea z uśmie­chem. W tym momen­cie wró­cił kel­ner, aby przy­jąć zamó­wie­nie.

Wie­czór prze­bie­gał cał­kiem gładko: Bjarni i Hen­drik roz­ma­wiali o pracy i piłce noż­nej, Ása sie­działa w mil­cze­niu, naj­wy­raź­niej pogrą­żona we wła­snych myślach, a Magnea od czasu do czasu uśmie­chała się do obu męż­czyzn i wtrą­cała jakieś słowo, ale poza tym mil­czała jak Ása. Ode­tchnęła z ulgą, kiedy posi­łek się skoń­czył i mogli wyjść. Zimne nocne powie­trze dostało się pod jej cienki płaszcz, gdy stali na zewnątrz; wzięła Bjar­niego pod rękę, przy­tu­la­jąc się do niego.

Resztę wie­czoru mieli dla sie­bie.

Dopiero gdy Bjarni zasnął obok niej w łóżku, przy­po­mniała sobie tę twarz. Znowu zoba­czyła parę ciem­nych oczu, które napo­tkały jej spoj­rze­nie, kiedy roz­glą­dała się po restau­ra­cji. Przez więk­szość nocy leżała roz­bu­dzona, pró­bu­jąc ode­pchnąć wspo­mnie­nia, które poja­wiały się w jej gło­wie z nie­zwy­kłą wyra­zi­sto­ścią, gdy zamy­kała powieki.

Ponie­dzia­łek, 20 listo­pada 2017

Pierw­szego dnia Elma sie­działa przy swoim nowym biurku w nowym biu­rze, sta­ra­jąc się mieć oczy sze­roko otwarte na wszystko. Świa­doma, że się garbi, pro­sto­wała się i zmu­szała do sku­pie­nia na ekra­nie kom­pu­tera. Cały poprzedni wie­czór krę­ciła się nie­spo­koj­nie po miesz­ka­niu, aż w końcu zde­cy­do­wała się prze­ma­lo­wać salon. Puszki z emul­sją stały nie­tknięte, odkąd się wpro­wa­dziła. W rezul­ta­cie poszła spać nad ranem i była zbyt wyczer­pana, by zmyć plamy farby z rąk.

Przy­po­mniała sobie SMS, który wysłała do Daví?a, i wyobra­ziła sobie, jak go czyta, a na jego ustach poja­wia się lekki uśmiech, zanim wyśle odpo­wiedź. Ale to było myśle­nie życze­niowe; wie­działa, że Daví? nie odpo­wie. Na krótko zamknęła oczy, czu­jąc, że jej oddech staje się szybki i płytki. Znowu doświad­czyła uczu­cia dusz­no­ści, jakby ściany zamy­kały się wokół niej. Skon­cen­tro­wała się na głę­bo­kim i powol­nym oddy­cha­niu.

- Ehm.

Otwo­rzyła oczy. Przed nią stał męż­czy­zna i wycią­gał do niej rękę.

- S?var - przed­sta­wił się.

Elma pospiesz­nie zebrała się w sobie i uści­snęła wielką, owło­sioną dłoń, która oka­zała się nie­spo­dzie­wa­nie deli­katna.

- Widzę, że zna­leźli dla cie­bie dom. - S?var uśmiech­nął się do niej. Miał na sobie ciem­no­nie­bie­skie dżinsy i koszulę z krót­kimi ręka­wami odsła­nia­jącą gęste owło­sie­nie na ramio­nach. Wyglą­dał jak jaski­nio­wiec - ciemne włosy, gęsty zarost, cięż­kie brwi i szorst­kie rysy, ale to wra­że­nie łago­dziła przy­jemna nuta wody po gole­niu.

- Tak, nie jest źle. Wła­ści­wie nawet cał­kiem nie­źle - odpo­wie­działa Elma, odgar­nia­jąc włosy z twa­rzy.

- Jak ci się żyje tutaj, w tej zapa­dłej dziu­rze? - spy­tał S?var, na­dal uśmiech­nięty. Musiał być tym dru­gim detek­ty­wem, o któ­rym wspo­mniał Hör?ur. Elma wie­działa, że męż­czy­zna pra­cuje w poli­cji w Akra­nes od dwu­dzie­stego roku życia, ale nie przy­po­mi­nała sobie jego twa­rzy, choć musiał być zale­d­wie kilka lat star­szy od niej. Mia­sto miało tylko dwie szkoły i jedno liceum, i było tak małe, że w zasa­dzie prę­dzej czy póź­niej pozna­wało się wszyst­kich swo­ich rówie­śni­ków - przy­naj­mniej tak uwa­żała Elma.

- Bar­dzo dobrze - odpo­wie­działa, sta­ra­jąc się zabrzmieć opty­mi­stycz­nie, ale oba­wiała się, że zacho­wuje się raczej jak idiotka. Miała nadzieję, że nie widać za bar­dzo czar­nych krę­gów pod jej oczami, ale wie­działa, że świa­tło jarze­nió­wek bez­li­to­śnie wydo­bę­dzie wszel­kie oznaki zmę­cze­nia po nie­prze­spa­nej nocy.

- Sły­sza­łem, że pra­co­wa­łaś w wydziale śled­czym w Reykjavíku - mówił S?var. - Co spra­wiło, że zde­cy­do­wa­łaś się na zmianę miej­sca i przy­je­cha­łaś do tego mia­steczka?

- Cóż, dora­sta­łam tutaj - powie­działa Elma - więc... chyba stę­sk­ni­łam się za rodziną.

- Tak, to naj­waż­niej­sze w życiu - powie­dział S?var. -Kiedy zaczy­nasz się sta­rzeć, uświa­da­miasz sobie, że tak naprawdę liczy się tylko rodzina.

- Sta­rzeć? - Elma spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem. - Nie możesz być aż tak stary.

- Nie, może nie. - S?var uśmiech­nął się. - Mam trzy­dzie­ści pięć lat. Naj­lep­szy czas jesz­cze przede mną.

- Mam taką nadzieję - powie­działa Elma. Z reguły sta­rała się nie roz­pa­mię­ty­wać swo­jego wieku. Wie­działa, że jest jesz­cze młoda, a jed­nak czuła się nie­swojo, uświa­da­mia­jąc sobie, jak szybko mijają lata. Kiedy ktoś pytał ją o wiek, pra­wie zawsze musiała się nad tym zasta­no­wić, więc prze­waż­nie poda­wała rok uro­dze­nia. Rocz­nik... jakby była samo­cho­dem albo winem.

- To zna­czy, że jest nas dwoje - powie­dział S?var. - Jestem tutaj dzi­siaj, bo ode­bra­li­śmy w week­end wezwa­nie; sąsie­dzi usły­szeli krzyk kobiety w miesz­ka­niu na pię­trze, gło­śne wrza­ski i łomot. Kiedy tam dotar­li­śmy, był nie­zły bała­gan. Męż­czy­zna tak mocno pobił swoją dziew­czynę, że knyk­cie mu krwa­wiły. Kobieta nie chciała wno­sić skargi, ale spo­dzie­wam się, że i tak zostaną posta­wione zarzuty. Jed­nak łatwiej jest, jeśli ofiara jest gotowa zło­żyć zezna­nia, mimo że mamy opi­nię leka­rza i inne dowody w spra­wie. Wyszła już ze szpi­tala, więc pomy­śla­łem, że dobrze by było z nią poroz­ma­wiać, ale chyba lepiej, gdyby była przy tym obecna kobieta-ofi­cer. I nie zaszko­dzi­łoby, gdyby miała za sobą stu­dia psy­cho­lo­giczne - dodał z bły­skiem w oku.

- Tylko dwa lata - mruk­nęła Elma, zasta­na­wia­jąc się, skąd on wie, że stu­dio­wała aku­rat ten kie­ru­nek, zanim porzu­ciła uni­wer­sy­tet i prze­nio­sła się do Wyż­szej Szkoły Poli­cyj­nej. Nie poru­szali tego tematu, więc praw­do­po­dob­nie musiał prze­czy­tać jej CV. - Jasne, pójdę z tobą, ale nie mogę obie­cać, że moja zna­jo­mość psy­cho­lo­gii przyda się na coś.

- Och, daj spo­kój. Ufam ci cał­ko­wi­cie.

Gdy dotarli pod drzwi domu, przy­wi­tał ich silny zapach gotu­ją­cego się jedze­nia. Zapu­kali i po chwili ocze­ki­wa­nia usły­szeli docho­dzące ze środka oznaki życia. S?var powie­dział Elmie po dro­dze, że kobieta, z którą chcą poroz­ma­wiać, mieszka obec­nie ze swoją wie­kową bab­cią.

Kilka chwil póź­niej drzwi otwo­rzyły się z cichym skrzy­pie­niem i w szpa­rze poja­wiła się drobna, zasu­szona kobieta o mocno pomarsz­czo­nej twa­rzy. Skórę miała pokrytą brą­zo­wymi pla­mami wątro­bo­wymi, ale przy­trzy­my­wane przez spinkę siwe, się­ga­jące ramion włosy były jak na jej wiek nie­zwy­kle gęste i błysz­czące. Unio­sła pyta­jąco brwi.

- Szu­kamy Ásdís Sigur?ardóttir. Jest w domu? - spy­tał S?var. Sta­ruszka odwró­ciła się bez słowa, dając im znak, by poszli za nią.

Elma domy­śliła się, że dom nie­wiele się zmie­nił od czasu jego budowy, praw­do­po­dob­nie w latach sie­dem­dzie­sią­tych. Na pod­ło­dze leżał dywan - rzadki widok na Islan­dii, gdzie dywany uważa się za sta­ro­modne i nie­hi­gie­niczne, a ściany wyło­żono boaze­rią z ciem­nego drewna. W środku zapach gula­szu był jesz­cze bar­dziej przy­tła­cza­jący.

- Ten dupek - wybuch­nęła sta­ruszka, zaska­ku­jąc Elmę. - Ten żało­sny drań jak dla mnie może zgnić w pie­kle. Ale Dísa mnie nie słu­cha. Nawet nie chce o tym roz­ma­wiać. Więc powie­dzia­łam jej, że może się pako­wać. Jeśli nie będzie mnie słu­chać, może się wyno­sić z mojego domu. - Sta­ruszka odwró­ciła się bez ostrze­że­nia i chwy­ciła Elmę za ramię. - Ale muszę przy­znać... też zawsze byłam łatwo­wierna, więc pew­nie ma to po mnie. Nie mogę jej wyrzu­cić, nie po tym, co się stało. Może wy dotrze­cie do niej. Jest tam, w swoim sta­rym pokoju.

Wska­zała w głąb kory­ta­rza sękatą dło­nią w brą­zowe plamy, po czym poczła­pała w swoją stronę i zosta­wiła ich, mam­ro­cząc pod nosem.

Elma i S?var stali przez chwilę, pró­bu­jąc usta­lić, które drzwi miała na myśli. Pokoje były cztery i Elma zasta­na­wiała się, jak sta­ruszka może sobie pozwo­lić na tak duży dom, skoro, o ile wie­dzieli, zwy­kle miesz­kała sama. Po chwili S?var zastu­kał nie­pew­nie do jed­nych z drzwi. Nie było żad­nej reak­cji, więc otwo­rzył je ostroż­nie.

Dziew­czyna sie­dząca na łóżku była znacz­nie młod­sza, niż Elma się spo­dzie­wała. Pochy­lała się nad kom­pu­te­rem trzy­ma­nym na kola­nach, ale gdy weszli, pod­nio­sła głowę. Nie mogła mieć wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat, a gra­na­towa bluza z kap­tu­rem i biała piżama w różowy wzór potę­go­wały wra­że­nie, że jest bar­dzo młoda. Pod­kre­ślone czar­nym ołów­kiem brwi były znacz­nie ciem­niej­sze od jej brą­zo­wych wło­sów upię­tych w pro­sty kucyk. Trudno było zwró­cić uwagę na cokol­wiek innego poza jej posi­nia­czoną twa­rzą. Wargi miała pęk­nięte, a opu­chli­zna wokół oczu mie­niła się kolo­rami.

- Można? - spy­tała Elma, wska­zu­jąc na krze­sło obok łóżka. Wcze­śniej usta­liła z S?varem, że głów­nie to ona będzie mówić. Dziew­czy­nie będzie łatwiej roz­ma­wiać z kobietą po tym, co zro­bił jej ten męż­czy­zna. Kiedy dziew­czyna ski­nęła głową, Elma usia­dła.

- Wiesz, kim jestem? - zapy­tała.

- Nie, skąd mam wie­dzieć?

- Jestem z poli­cji. Poma­gamy pro­ku­ra­to­rowi w spra­wie prze­ciwko two­jemu chło­pa­kowi.

- Nie wniosę oskar­że­nia. Powie­dzia­łam im to w szpi­talu - rzu­ciła sta­now­czo nie­zno­szą­cym sprze­ciwu tonem, lekko się pro­stu­jąc.

- Oba­wiam się, że decy­zja nie należy do cie­bie - wyja­śniła Elma, sta­ra­jąc się, by jej głos brzmiał przy­jaź­nie. - Poli­cja ma prawo popro­wa­dzić śledz­two i wnieść oskar­że­nie, jeśli uzna to za konieczne.

- Ale nie rozu­miesz... nie chcę wno­sić oskar­że­nia - powie­działa dziew­czyna gniew­nie. - Tommi po pro­stu... miał ciężki okres. Nie chciał tego zro­bić.

- Rozu­miem, ale to na­dal nie uspra­wie­dli­wia tego, co ci zro­bił. Wielu z nas ma pro­blemy, ale nie wszy­scy reagu­jemy w ten spo­sób. - Elma pochy­liła się na krze­śle, spo­glą­da­jąc w oczy Ásdís. - Czy zda­rzało się to już wcze­śniej?

- Nie - odparła pospiesz­nie dziew­czyna, po czym dodała po cichu: - Ni­gdy wcze­śniej mnie nie ude­rzył.

- Lekarz zna­lazł stare siniaki. Takie sprzed mie­siąca.

- Nie wiem, gdzie je sobie nabi­łam. Czę­sto się prze­wra­cam - upie­rała się Ásdís.

Elma przy­glą­dała się jej uważ­nie, nie chcąc wywie­rać zbyt dużej pre­sji. Dziew­czyna wyglą­dała na taką małą i bez­bronną, gdy sie­działa na łóżku w ubra­niu, które wyda­wało się o wiele za duże.

- Jest pra­wie czter­dzie­ści lat star­szy od cie­bie, prawda?

- Nie, ma sześć­dzie­siąt lat. Ja mam pra­wie dwa­dzie­ścia dzie­więć - popra­wiła ją dziew­czyna.

- Naprawdę pomo­głoby, gdy­byś poje­chała z nami na poste­ru­nek i zło­żyła ofi­cjalne zezna­nie - powie­działa Elma. - Wtedy będziesz miała szansę na przed­sta­wie­nie wła­snej wer­sji.

Ásdís pokrę­ciła głową, głasz­cząc ini­cjały wyha­fto­wane na koł­drze. Elma dostrze­gła litery Á.H.S.

- Wiesz, jest wiele rodza­jów pomocy dostęp­nej dla kobiet w takiej sytu­acji jak twoja - kon­ty­nu­owała Elma. - Mamy doradcę, z któ­rym możesz poroz­ma­wiać, a w Reykjavíku jest schro­ni­sko dla kobiet, które pomo­gło już wielu... - Elma urwała, gdy dostrze­gła wyraz twa­rzy Ásdís.

- Co ozna­cza H? - zapy­tała zamiast tego po krót­kiej prze­rwie.

- Harpa. Ásdís Harpa. Ale zawsze nie­na­wi­dzi­łam tego imie­nia. Moja matka miała na imię Harpa.

Elma nie kon­ty­nu­owała tego tematu. Musiał ist­nieć jakiś powód, dla któ­rego Ásdís nie chce imie­nia po matce, mimo że kobieta nie żyje. I dla któ­rego, mając pra­wie trzy­dzie­ści lat, wciąż pomiesz­kuje z bab­cią albo ze znacz­nie star­szym męż­czy­zną, który trak­tuje ją jak worek bok­ser­ski. Elma widziała, nie­stety, wiele gor­szych przy­pad­ków. Wie­działa, że Ásdís nie jest jesz­cze gotowa, by zro­bić cokol­wiek. Elma miała tylko nadzieję, że dziew­czyna odważy się na dzia­ła­nie, zanim będzie za późno. Ásdís prze­nio­sła uwagę z powro­tem na ekran lap­topa, jakby w pokoju nie było nikogo poza nią. Elma unio­sła brwi, patrząc na S?vara ze zre­zy­gno­waną miną, i wstała. Nie mogła już nic wię­cej zro­bić.

Mimo to, gdy wycho­dzili, sta­nęła w drzwiach i odwró­ciła się.

- Wró­cisz do niego?

- Tak - odpo­wie­działa Ásdís, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu.

- Więc powo­dze­nia. Nie wahaj się zadzwo­nić, jeśli... jeśli będziesz nas potrze­bo­wać - powie­działa Elma, wycią­ga­jąc rękę do klamki.

- Niczego nie rozu­mie­cie - mruk­nęła ze zło­ścią Ásdís. Elma zatrzy­mała się i ponow­nie spoj­rzała na dziew­czynę. Ásdís wahała się, po czym dodała cicho: - Nie mogę wno­sić zarzu­tów. Jestem w ciąży.

- W takim razie to jesz­cze jeden powód, aby trzy­mać się od niego z daleka - powie­działa Elma, patrząc jej w oczy. Mówiła powoli i z roz­my­słem, pod­kre­śla­jąc każdą sylabę w nadziei, że jej słowa zapadną Ásdís w pamięć. Ale tak naprawdę w to nie wie­rzyła.

Minęła szes­na­sta i na zewnątrz zaczęło się już ściem­niać, kiedy Elma weszła do kuchni. Kawa w ter­mo­sie oka­zała się let­nia i sma­ko­wała tak, jakby stała tam od rana. Elma wylała zawar­tość kubka do zlewu i zaczęła otwie­rać szafki w poszu­ki­wa­niu her­baty.

- Jest w szu­fla­dzie. - Głos za nią ode­zwał się tak nagle, że aż pod­sko­czyła. To była młoda ofi­cer, którą Elma poznała wcze­śniej tego dnia. Pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie jej imię: Begga, wła­śnie tak. Wyglą­dała na sporo młod­szą od Elmy; w każ­dym razie była dobrze poni­żej trzy­dziestki. Wysoka i gru­bo­ko­ści­sta, miała się­ga­jące do ramion, mysie włosy i nos, któ­rego nie powsty­dziłby się rzym­ski cesarz. Elma zauwa­żyła, że ma też dołeczki, nawet kiedy się nie uśmie­chała.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam cię prze­stra­szyć - powie­działa Begga. Otwo­rzyła szu­fladę i poka­zała Elmie pudełko z her­batą w toreb­kach.

- Dzięki - powie­działa Elma. - Ty też chcesz?

- Tak, pro­szę. Chęt­nie do cie­bie dołą­czę. - Begga usia­dła przy małym sto­liku. Elma pocze­kała, aż woda się zago­tuje, po czym napeł­niła wrząt­kiem dwa kubki. Wyjęła kar­ton mleka z lodówki i posta­wiła go na stole wraz z cukier­nicą z cukrem w kost­kach.

- Znam cię skądś. - Begga przy­glą­dała się Elmie z namy­słem, mie­sza­jąc her­batę. - Uczy­łas się w Grundi?

Elma ski­nęła głową. Szkoła, do któ­rej cho­dziła, znaj­do­wała się w połu­dnio­wej czę­ści mia­sta.

- Chyba cię pamię­tam. Musia­łaś być kilka klas wyżej ode mnie. Uro­dzi­łaś się w 1985 roku?

- Tak - odparła Elma, upi­ja­jąc łyk paru­ją­cej her­baty. Begga była jed­nak znacz­nie star­sza niż się wyda­wało; miała pra­wie tyle lat, co ona.

- Pamię­tam cię - powie­działa Begga. Gdy się uśmie­chała, jej dołeczki sta­wały się wyraź­niej­sze. - Bar­dzo się ucie­szy­łam, że dołą­cza do nas jesz­cze jedna kobieta. Jak mogłaś zauwa­żyć, jeste­śmy tutaj w poważ­nej mniej­szo­ści. To tro­chę męski świat.

- Z pew­no­ścią. Ale jak dotąd nie mogę narze­kać na pracę z face­tami - powie­działa Elma. - Można się z nimi z łatwo­ścią doga­dać.

- Tak, z więk­szo­ścią. I tak jestem tu szczę­śliwa - powie­działa Begga. Dołeczki w jej policz­kach spra­wiały, że wyda­wała się wiecz­nie uśmiech­nięta, nawet gdy się nie cie­szyła.

- Zawsze tu miesz­ka­łaś? - spy­tała Elma.

- Tak, zawsze - odpo­wie­działa Begga. - Podoba mi się tutaj. Miej­scowi są wspa­niali, nie ma ruchu i wszę­dzie jest bli­sko. Nie mam powodu, by się prze­pro­wa­dzać gdzie­kol­wiek indziej. I jestem abso­lut­nie pewna, że moi przy­ja­ciele, któ­rzy wyje­chali, w końcu wrócą. Więk­szość tych, któ­rzy się wypro­wa­dzili, wraca wcze­śniej czy póź­niej - dodała zde­cy­do­wa­nie. - Na przy­kład ty.

- Na przy­kład ja - powtó­rzyła Elma, wbi­ja­jąc wzrok w kubek.

- Dla­czego zde­cy­do­wa­łaś się na powrót? - zapy­tała Begga.

Elma zasta­na­wiała się, jak czę­sto będzie musiała odpo­wia­dać na to pyta­nie. Miała wła­śnie wyre­cy­to­wać tę samą histo­rię co zawsze, ale się zawa­hała. Begga wyda­wała się tak przy­ja­zna, że to zachę­cało do zwie­rzeń. - Bra­ko­wało mi rodziny i oczy­wi­ście dobrze jest uciec od ruchu ulicz­nego, ale... - Zawa­hała się. - Tak naprawdę to wła­śnie zakoń­czył się mój zwią­zek.

- Rozu­miem. - Begga przy­su­nęła bli­żej pudełko her­bat­ni­ków, czę­stu­jąc się przy oka­zji jed­nym. - Długo byli­ście razem?

- Chyba tak... dzie­więć lat.

- Ojej, ni­gdy nie udało mi się wytrzy­mać dłu­żej niż sześć mie­sięcy - wykrzyk­nęła Begga z zaraź­li­wym chi­cho­tem. - Cho­ciaż obec­nie jestem w bli­skim związku ze wspa­nia­łym gościem. Jest bar­dzo puszy­sty i uwiel­bia się przy­tu­lać wie­czo­rami.

- Pies? - domy­śliła się Elma.

- Nie­zu­peł­nie - uśmiech­nęła się Begga. - Kot.

Elma odwza­jem­niła uśmiech. Natych­miast polu­biła Beggę, któ­rej naj­wy­raź­niej nie obcho­dziło, co myślą o niej inni ludzie. Była ory­gi­nalna, cho­ciaż nie podej­mo­wała żad­nego świa­do­mego wysiłku w tym celu.

- Więc co się stało? - zapy­tała Begga.

- Z czym?

- Z tobą i dzie­wię­cio­lat­kiem.

Elma wes­tchnęła. Nie chciała teraz myśleć o Daví?zie.

- Zmie­nił się - odpo­wie­działa. - A może to ja się zmie­ni­łam. Nie wiem.

- Zdra­dził cię? Facet, z któ­rym spo­ty­ka­łam się przez sześć mie­sięcy, zdra­dzał mnie. Cóż, wła­ści­wie nie prze­le­ciał innej kobiety, ale dowie­dzia­łam się, że korzy­stał z ser­wi­sów rand­ko­wych i miał pro­fil na Tin­de­rze. Natknę­łam się tam na niego przy­pad­kiem.

Elma uchwy­ciła jej spoj­rze­nie.

- Więc sama weszłaś na Tin­dera?

- Tak, ale tylko w celach badaw­czych. To było czy­sto aka­de­mic­kie zain­te­re­so­wa­nie - powie­działa Begga z uda­waną powagą. - Powin­naś spró­bo­wać. Tin­der jest cudowny. Byłam już na dwóch rand­kach.

- Jak poszło?

- Udało się za dru­gim razem... jeśli wiesz, co mam na myśli. - Begga mru­gnęła do niej, a Elma roze­śmiała się wbrew sobie. - Ale wła­ści­wie nie szu­kam nikogo - cią­gnęła Begga. - Cie­szę się życiem sin­gielki, w każ­dym razie tym­cza­sowo. A moje serce należy do mojego maleń­stwa.

- Maleń­stwa?

- Tak, mojego kocura - wyja­śniła Begga i zanio­sła się śmie­chem.

Elma prze­wró­ciła oczami i uśmiech­nęła się. Begga zde­cy­do­wa­nie była wyjąt­kowa.

Akra­nes 1989

Dziecko przy­szło na świat w maju, w piękny i sło­neczny dzień. Po nie­bie pły­nęła zale­d­wie jedna chmurka. Kiedy wyszła na zewnątrz, wil­gotne od noc­nego desz­czu powie­trze pełne korzen­nego zapa­chu świe­żej zie­leni uno­szą­cego się nad ogro­dem zała­sko­tało ją w nosie. Morze poru­szało się leni­wie, a daleko poza zatoką widziała białą kopułę lodowca Sn?fellsjökull wzno­szącą się na hory­zon­cie. Przy­brzeżne rafy co chwilę wynu­rzały się z fal. Miała na sobie sprane dżinsy i żółtą koszulkę z tęczą z przodu. Włosy spięła z tyłu w luźny kucyk, ale jej loki wciąż wysu­wały się spod gumki, więc stale musiała odgar­niać kosmyki wło­sów z twa­rzy.

Była sobota i wstały wcze­śnie, a potem zja­dły tosty z dże­mem na śnia­da­nie, słu­cha­jąc radia. Pogoda była tak dobra, że zde­cy­do­wały się pójść na spa­cer po plaży w poszu­ki­wa­niu musze­lek. Zna­la­zły w domu pusty pojem­nik po lodach, żeby mieć je do czego zbie­rać. Usia­dła na huś­tawce, cze­ka­jąc, aż mamu­sia skoń­czy swoje obo­wiązki. Gdy mama wie­szała pra­nie, ona koły­sała się w przód i w tył, się­ga­jąc sto­pami do nieba. Roz­ma­wiały, a mamu­sia się do niej uśmie­chała. Pod­nio­sła wła­śnie ręce, żeby powie­sić białe prze­ście­ra­dło, gdy nagle zła­pała się za brzuch i zgięła w pół. Prze­stała się huś­tać i z nie­po­ko­jem obser­wo­wała mamę.

- Wszystko w porządku. To tylko małe ukłu­cie - powie­działa mamu­sia, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć. Ale kiedy się wypro­sto­wała, ból wró­cił i musiała usiąść na mokrej tra­wie.

- Mamo? - powie­działa z nie­po­ko­jem, pod­cho­dząc do niej.

- Pobie­gnij do Solli i poproś ją, żeby przy­szła. - Matka wzięła głę­boki oddech i skrzy­wiła się. Po jej czole spły­wały kro­ple potu. - Pospiesz się.

Nie zwle­ka­jąc, pobie­gła tak szybko, jak tylko mogła do domu Solli. Zapu­kała do drzwi, a potem je otwo­rzyła, zanim ktoś odpo­wie­dział.

- Halo! Solla! - krzyk­nęła. Sły­szała włą­czone radio, a w drzwiach kuchni poja­wiła się postać.

- Co się dzieje? - spy­tała Solla, patrząc na nią ze zdzi­wie­niem.

- Dziecko... - wydy­szała. - Mama rodzi.

Kilka dni póź­niej mama wró­ciła do domu z małym zawi­niąt­kiem w nie­bie­skim kocu. Ni­gdy nie widziała nic pięk­niej­szego: ciemne wło­ski i pulchne, nie­wia­ry­god­nie mięk­kie policzki. Ostroż­nie pogła­skała maleń­kie palce, dzi­wiąc się, że można być tak małym. Ale naj­lep­szy był zapach. Maluch pach­niał mle­kiem i czymś słod­kim, czego nie potra­fiła nazwać. Nawet małe białe krostki na jego policz­kach były tak drobne i deli­katne, że czy­stą przy­jem­no­ścią było prze­su­wać po nich pal­cem. Miał mieć na imię Arnar, tak jak tata.

Ale jej piękny młod­szy bra­ci­szek miesz­kał w ich domu nad morzem tylko przez dwa tygo­dnie. Pew­nego dnia nie otwarł oczek, cho­ciaż mamu­sia usil­nie pró­bo­wała go obu­dzić.