4
Holmby Hills to najdroższa dzielnica Los Angeles, mały skrawek bogactwa wciśnięty między Beverly Hills a Bel Air. Finansowo oddalony ode mnie o całe lata świetlne, a terytorialnie - około mili na południe.
Według mojej mapy La Mar Road znajduje się w samym sercu okręgu, kawałek krętej, ślepej uliczki, kończącej się wśród pagórków, z których widać Country Club Los Angeles. Niedaleko rezydencji "Playboya", ale nie przypuszczam, by Hef został zaproszony na tę imprezę.
O czwartej piętnaście włożyłem letni garnitur i ruszyłem na piechotę. O tej porze jezdnie były zatłoczone - amatorzy jazdy na nartach wodnych i amatorzy słońca wracali właśnie z plaży, a gamonie z mapą przed nosem jechali w kierunku wschodnim, by odszukać rezydencje znanych gwiazd. Pięćdziesiąt jardów w głąb Holmby Hills zgiełk ucichł - zapanowała sielska atmosfera.
Rezydencje były olbrzymie, ukryte za wysokimi murami, zabezpieczone systemami alarmowymi, a w tle - zieleń lasków. Tylko wąskie odcinki dachówki lub wieżyczka w stylu hiszpańskim wyłaniająca się z zieleni świadczyły, że gdzieś tam ktoś mieszka. I jeszcze dostojne i groźne szczekanie niewidzialnych psów obronnych.
La Mar pojawiło się za łagodnym zakrętem; prowadząca w górę asfaltowa dróżka kończyła się przed murem wysokich eukaliptusów. Zamiast znaku drogowego do jednego z drzew przybity był krążek sosny, nad szyldami towarzystw ubezpieczeniowych i czerwono-białą odznaką straży powietrznej. Rustykalne litery ryte w krążku układały się w słowa: "La Mar, posiadłość prywatna, wstęp wzbroniony". Jadąc czterdzieści mil na godzinę, łatwo było go przeoczyć, choć rolls-royce corniche, który przemknął obok mnie, zatrzymał się przed wejściem bez wahania.
Ruszyłem ledwie widocznym tropem royce'a. Dwadzieścia stóp w kierunku posesji i dwa bliźniacze kamienie polne po obu stronach bramy, z kolejnym ostrzeżeniem, że to droga prywatna, wbudowane w mur wysokości ośmiu stóp, którego szczyt zwieńczały trzy stopy pozłacanego kutego żelaza. Owo żelazo oplatały rozmaite gatunki winnej latorośli, angielskiego bluszczu, passiflory, róży jerychońskiej, wistarii. Dzięki obfitości zieleni środki zabezpieczające wyglądały całkiem naturalnie.
Za murem droga była wysadzana wysokimi na prawie siedem pięter, szarozielonymi eukaliptusami. Ćwierć mili dalej liście tworzyły coraz grubszą przesłonę, robiło się coraz ciemniej i chłodniej. Plamy mchu i innej roślinności zdobiły polne kamienie. Powietrze było wilgotne i mentolowo czyste. Ćwierkające nieśmiało ptaki odzywały się coraz rzadziej.
Droga skręciła, wyprostowała się i dobiegła kresu. Zaokrąglony łukowato kamienny mur znaczyły pieczęcie bram z kutego żelaza. Stały tu liczne samochody - dwa rzędy chromu i lakieru.
Gdy podszedłem bliżej zorientowałem się, że podział nie był przypadkowy; błyszczące auta w jednym rzędzie; w drugim - wozy combi oraz inne, o plebejskim rodowodzie. Jako pierwszy samochód-marzenie stał biały mercedes coupe, zrobiony na zamówienie, o zwiększonej mocy silnika, odpowiednio zabezpieczonych zderzakach i pozłacanych częściach metalowych, i oczywiście jeszcze z tabliczką z inicjałami nazwiska i tytułu naukowego.
Przystrojeni w czerwone surduty kamerdynerzy kręcili się wokół podjeżdżających wozów niczym muchy na końskim grzbiecie, rzucali się, by otworzyć drzwiczki samochodów i odebrać kluczyki. Ruszyłem ku bramie i stwierdziłem, że jest zamknięta. Po jednej jej stronie przyczepiony był domofon, słuchawka telefonu i guziki systemu alarmowego.
Któryś z czerwonych surdutów dostrzegł mnie i wyciągnął rękę w moim kierunku.
- Kluczyki - oznajmił.
- Nie mam kluczyków. Przyszedłem pieszo.
Oczy mu się zwęziły. W ręku trzymał olbrzymi klucz przymocowany łańcuchem do politurowanej płytki drewna. Na owej płytce wyryte były litery: Brama fr.
- Zajmujemy się parkowaniem - nalegał. Był gruby, miał ciemną cerę, okrągłą twarz, kędzierzawą brodę, mówił z akcentem śródziemnomorskim, słowom towarzyszyła ożywiona gestykulacja.
- Nie przyjechałem samochodem - oświadczyłem. - Przyszedłem pieszo. - Patrzył na mnie z kamienną twarzą, więc poruszyłem palcami, by pokazać na migi proces chodzenia.
Obrócił się do drugiego kamerdynera, niskiego, chudego czarnego chłopaka, i coś mu szepnął. Obaj wytrzeszczyli na mnie oczy.
Spojrzałem na zwieńczenie bramy i zobaczyłem złote litery: Skylark.
- To jest posiadłość pani Blalock, tak?
Milczenie.
- Przyjęcie uniwersyteckie? Doktor Kruse?
Brodaty wzruszył ramionami i pospieszył ku perłowoszaremu cadillacowi. Czarny chłopak postąpił krok w moją stronę.
- Ma pan zaproszenie?
- Nie. A jest potrzebne?
- Hmmm. -Uśmiechnął się i na jego twarzy odmalowała się męka myślenia. - Nie przyjechał pan samochodem, nie ma pan zaproszenia.
- Nie wiedziałem, że muszę mieć przy sobie zaproszenie.
Mlasnął językiem.
- Czy tak samo jak zaproszenie potrzebny jest panu samochód? - zapytałem.
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Całą drogę przeszedł pan na pieszo?
- Tak.
- A gdzie pan mieszka?
- Niedaleko stąd.
- W sąsiedztwie?
- Jestem zaproszony. Nazywam się Alex Delaware.
- Chwileczkę. - Podszedł do głośnika, podniósł słuchawkę, przemówił. Odkładając słuchawkę, powtórzył: - Chwileczkę - i pobiegł otwierać drzwi długiego, białego lincolna.
Rozglądałem się. Coś brązowego i bliskiego sercu przykuło mój wzrok: prawdziwie wzruszający pojazd zatrzymał się przy krawężniku, z dala od innych wozów. Osamotniony.
Łatwo było odgadnąć przyczynę. Chropowaty wehikuł starego rocznika marki Chevy, typu combi, z plamami rdzy na karoserii i łatami dawnego lakieru. Opony wyraźnie potrzebowały powietrza. Tylne siedzenia zawalone były zwiniętymi ubraniami, butami, jakimiś kartonami, puszkami z żywnością i pogniecionymi kubkami jednorazowego użytku. Na tylnej szybie widniała żółta nalepka, a na niej napis kursywą: Mutanty na pokładzie.
Uśmiechnąłem się. Zauważyłem, że ten stary gruchot ustawił się tak, że nie będzie go można wycofać. Kilkanaście aut musiałoby odjechać, by umożliwić mu opuszczenie stanowiska.
Z białego lincolna wysiadła modnie ubrana para w średnim wieku - brodaty kamerdyner odprowadził ich do bramy. Włożył do zamka swój ogromny klucz, nacisnął guziki systemu kodowego i żelazna brama stanęła otworem. Wśliznąłem się przy okazji i ruszyłem za ową parą wspinającą się po podjeździe wyłożonym, metodą rybiej łuski, czarnym klinkierem. Gdy mijałem kamerdynera, kiwnął mi głową, ale bez entuzjazmu, i nie próbował mnie zatrzymać.
Wskazałem mu chevy i rzekłem:
- Ten brązowy wóz combi, coś panu o nim powiem.
- Co takiego?
- Jego właściciel to najbogatszy facet na tym przyjęciu. Traktujcie go jak należy, słynie z dużych napiwków.
Pokiwał głową i popatrzył na starego grata. Odszedłem. Gdy po chwili obejrzałem się, stwierdziłem, że dyryguje samochodami, tak by kierowca brązowego chevy miał możliwość manewrowania.
Sto jardów za bramą eukaliptusy rozwarły się, ukazując niebo nad wypielęgnowanym polem golfowym. Strzegły je uformowane w kolumny włoskie cyprysy wśród gazonów z bylinami. Dalej wznosiły się sztucznie usypane pagórki i doliny. Najwyższy kurhan dotykał chyba granicy posiadłości, a na jego szczycie rosły czarne sosny; jałowce kalifornijskie były idealnie przycięte, tak by mogły stawić opór podmuchom wiatru.
Droga dojazdowa wyłożona rybią łuską wznosiła się pod górę. Zza jej wierzchołka dobiegały dźwięki muzyki. Zespół smyczkowy grał jakiś barokowy utwór. Gdy doszedłem do szczytu, zobaczyłem idącego ku mnie starszego faceta w liberii majordomusa.
- Czy pan doktor Delaware?
Jego akcent lokował go gdzieś między Londynem a Bostonem; rysy twarzy miał delikatne, szlachetne, policzki nieco obwisłe; cerę koloru łososia z puszki. Pęczki trzcinowatych włosów okalały twarz. Biały goździk zdobił butonierkę.
- Tak.
- Jestem Ramey, będę dalej panu towarzyszył. Proszę wybaczyć wcześniejsze niedogodności.
- Drobiazg. Kamerdynerzy nie mają widać do czynienia z piechurami.
Przekroczyliśmy już najwyższy punkt podjazdu. Powędrowałem wzrokiem ku horyzontowi. Spojrzałem na zielone, pokryte miedzią daszki, dwa piętra białego stiuku, zielone żaluzje, kolumnadę portyków, balkony z balustradami, werandy, łukowato sklepione drzwi i okna w kształcie wachlarza. Monumentalny tort weselny wśród akrów zielonego lukru.
Przed rezydencją rozciągał się park - utrzymany wedle obowiązującej konwencji; żwirowane ścieżki, cyprysy, gmatwanina żywopłotów z bukszpanu, fontanny, sadzawki dekoracyjne, setki klombów róż o tak lśniących płatkach, jakby emanowały fluoryzacyjnym blaskiem. Goście, dzierżąc w garści szklanice o podłużnym kształcie, przechadzali się po ogrodzie, podziwiając rośliny i podziwiając siebie w lustrzanych taflach sadzawek.
Szedłem w milczeniu, ugniatając stopami żwir. Słońce prażyło, powietrze było gorące i gęste jak rozpuszczone masło. W cieniu największej fontanny zasiadał zespół filharmoników w pełnej obsadzie - mieli ponure twarze i przepisowe stroje. Dyrygent, młody długowłosy Azjata, podniósł batutę i rozległy się tony szacownej muzyki Bacha.
Z dźwiękami instrumentów mieszał się dźwięk szkła i utrzymany w tonacji basowej szmer rozmów. Po lewej stronie parku znajdowało się duże, wyłożone płytami kamiennymi patio - pod osłoną żółtych parasoli stały tam białe okrągłe stoliki. Na każdym lilie, purpurowe irysy i białe goździki. W namiocie w biało-żółte pasy, takich rozmiarów, że zmieściłby się w nim cyrk, ustawiono długi, biało lakierowany bar, obsługiwany przez dwojących się i trojących barmanów. Około trzystu ludzi siedziało przy stolikach i piło. Połowa z nich oblegała bar. Kelnerzy z tacami drinków i kanapek lawirowali wśród gości.
- Czy mogę służyć panu drinkiem?
- Wystarczy woda sodowa.
- Proszę mi wybaczyć. - Ramey przyspieszył kroku, wyprzedził mnie i zniknął w tłumie przy barze; po chwili wyłonił się niosąc szklankę z zamrożonym napojem wraz z żółtą płócienną serwetką. Wręczył mi je, gdy właśnie wchodziłem do patio.
- O, jest pan tutaj. Jeszcze raz przepraszam za wszelkie niedogodności.
- Nieważne. Dziękuję.
- Życzy pan sobie coś do zjedzenia?
- Nie, na razie nie.
Ukłonił się z godnością i odmaszerował. Zostałem sam, sączyłem wodę sodową i szukałem wzrokiem jakiejś znajomej twarzy.
Jak się niebawem zorientowałem, towarzystwo było podzielone na dwie odrębne grupy - podział społeczny odpowiadający dwu rzędom zaparkowanych aut.
Scenę centralną zdominowali wielcy bogacze, stado królewskich łabędzi. Opaleni i smukli w konserwatywnych haute couture, witali się muśnięciem w policzek, śmiali się cicho i dyskretnie, pili ostro i nie tak dyskretnie i nie zwracali najmniejszej uwagi na obcych etnicznie ludzi siedzących w pobliżu.
Środowisko uniwersyteckie to gaduły, zapaleńcy, niezmordowani dyskutanci. Skupiali się najchętniej w niewielkich grupkach; obgadywali jeden drugiego, rozglądając się uważnie wokół. Niektórzy byli w zwracających uwagę, nieskazitelnych, prosto ze sklepu strojach, w sukniach i garniturach na specjalną okazję; inni postawili sobie za punkt honoru, by wyglądać niedbale. I niemal wszyscy, z mieszaniną bolesnego łaknienia i wzgardy, obserwowali rytuał królewskich łabędzi.
Kończyłem właśnie wodę sodową, gdy szmer poprzedzający pojawienie się samego Paula Kruse przebiegł przez patio, przez obie strefy. Kroczył z wdziękiem wśród "gawiedzi i luminarzy nauki". U jego ramienia wisiała drobna, ładna srebrzysta blondynka w czarnej sukni bez ramiączek i na wysokich, chyba dziesięciocentymetrowych obcasach. Była już po trzydziestce, ale włosy miała upięte jak królowa studenckiej potańcówki - opadały poniżej ramion, ekstrawagancko zakręcone na końcach. Suknia opinała jej ciało jak skóra jaszczurki. Szyję zdobiła brylantowa kolia. Nie odrywała wzroku od Kruse'a, który uśmiechał się, obracając głowę ku gościom.
Dobrze się przyjrzałem nowemu dziekanowi. Na pewno dobiegał sześćdziesiątki - wciąż jednak był przystojny, dzięki chemii i diecie. W dalszym ciągu miał długie włosy o wątpliwym żółtawym odcieniu, modnie ostrzyżone, opadające falą na jedno oko. Niegdyś przypominał modela - reprezentował ten typ pospolitej urody, która świetnie wypada na fotografii; traci natomiast w zestawieniu z rzeczywistością. Na twarzy znać jednak było upływ czasu; dolna szczęka jak gdyby trochę opadła, ostre dawniej rysy zwiotczały, co nadawało mu wyraz znudzenia i zblazowania. Był tak mocno opalony, że wyglądał, jakby się spiekł. Upodobniło go to do jego forsiastych gości, podobnie jak szyty na zamówienie garnitur. A garnitur był lekki niczym puch, choć niewątpliwie tweedowy, z wywatowanymi ramionami - śmieszne ustępstwo na rzecz akademików. Obserwowałem, jak uśmiecha się promiennie do kolegów naukowców, wymienia uścisk dłoni z mężczyznami, panie całuje, po czym rusza do następnego zestawu swoich sympatyków.
- Gładki, prawda? - odezwał się ktoś za moimi plecami.
Rozejrzałem się, spojrzałem w dół na dwieście funtów faceta o złamanym nosie i krzaczastych wąsach, przyodzianego w brązowy garnitur w kratkę, różową koszulę, czarny krawat z dzianiny i tanie, sfatygowane mokasyny.
- Czołem, Larry. - Wyciągnąłem do niego rękę, ale spostrzegłem, że on ma obie zajęte: w lewej trzymał kufel piwa, w prawej - talerz z kurzymi skrzydełkami, jajkami w szynce i częściowo obgryzionym żeberkiem.
- Byłem przy różach - powiedział Daschoff. - Usiłowałem dociec, jak im się udało tak je wyhodować. Użyźniają chyba glebę starymi banknotami. - Uniósł brwi, obracając głowę w stronę rezydencji. - Całkiem przyjemna chałupka.
- Owszem, przytulna.
Skierował wzrok ku dyrygentowi.
- To Narahara, wunderkind. Wyobrażam sobie, ile kosztuje taki występ. - Upił nieco piwa. Dolną partię jego wąsów ozdobiła piana. - Budweiser -oznajmił. - Liczyłem na coś bardziej egzotycznego. Ale przynajmniej jest mocne.
Usiedliśmy przy wolnym stoliku. Larry z widocznym wysiłkiem założył nogę na nogę i znów łyknął spory haust piwa. Jego klatka piersiowa niebezpiecznie napęczniała, zagrażając guzikom marynarki. Rozpiął ją i usiadł wygodniej. Do paska przyczepiony miał pager.
Larry mierzy prawie tyle samo wszerz co wzdłuż i chodzi jak kaczka; typowe dla grubasów. Lecz w spodenkach kąpielowych wygląda krzepko, jak kawał zamrożowej wołowiny - interesujące połączenie mięśni poprzerastanych łojem. To jedyny facet o wzroście poniżej sześciu stóp, który był obrońcą w drużynie Uniwersytetu Arizona. Kiedyś, jeszcze w szkole, obserwowałem, jak na zajęciach gimnastycznych podnosił ciężar dwukrotnie cięższy niż on sam i nawet specjalnie się nie zasapał, po czym pchnięciem jednej ręki uniósł go do góry.
Krótkimi palcami przejechał po swojej stalowo-wełnistej czuprynie, wytarł wąsy, nie przestając obserwować Kruse'a, który z wdziękiem przeciskał się przez tłum. Trasa nowego dziekana przebiegała w pobliżu naszego stolika - na tyle blisko, że mogliśmy śledzić mechanizm błyskotliwej wymiany zdań, lecz za daleko, by słyszeć co mówią. Pewien typ gry towarzyskiej.
- Twój mentor jest w dobrej formie - powiedziałem.
Larry napił się piwa, a potem wyciągnął przed siebie obie dłonie.
- Mówiłem ci już, Di, że jestem absolutnie załatwiony. Pracowałbym dla samego diabła. Ubiłbym interes jak Faust.
- Nie musisz mi tłumaczyć, doktorze.
- Czemu nie? Stale mnie to dręczy, że jestem takim gównianym towarem. - Jeszcze łyk piwa. - Ostatni semestr przepadł. Właściwie to nie mam z Kruse'em wiele do czynienia - od dawna nie zamieniłem z nim chyba nawet dziesięciu zdań. Nie lubię go, bo to płytki i fałszywy facet. A on też nie ma do mnie przekonania, bo jestem mężczyzną - jego załoga to same asystentki.
- To dlaczego cię zatrudnił?
- Ponieważ przedmiotem jego badań są mężczyźni, którzy w towarzystwie pilnych studentek nie rozluźniliby się w pełni. I przypuszczalnie nie chcieliby udzielić odpowiedzi na pytania, jak często na przykład im staje, jakie przedkładają rodzaje masturbacji. Czy robią to w publicznych toaletach. Jak często i z kim się pieprzą i ile czasu im potrzeba do wytrysku. I jaki mają naprawdę stosunek do wątróbki w puszce.
- Granice seksualizmu człowieka - zacytowałem.
- A mogłoby to przynieść pożytek - ciągnął potrząsając głową. - Popatrz na wyniki Mastersa i Johnsona. Ale Kruse nie przywiązuje wagi do gromadzenia danych klinicznych. Jak gdyby zależało mu tylko na dobrnięciu do końca.
- A sponsorzy nie wykazują zainteresowania?
- Nie. To gnojki, bogaci amatorzy pornosów. A on po prostu temu hobby nadął akademicką rangę.
Odwróciłem się i spojrzałem na Kruse'a. Blondynka w czarnej sukni chybotała się przy nim na tych swoich wysokich szpilkach.
- Co to za babka u jego boku?
- Pani K. Nie pamiętasz Suzanne?
Potrząsnąłem przecząco głową.
- Suzy Straddle. Cały wydział o niej plotkował.
- Jakoś mi to umknęło.
- Poważna luka, Di. Sławna w campusie osoba. Eks-aktoreczka porno. Nosiła przezwisko nawiązujące, powiedzmy, do jej... giętkości. Kruse poznał ją na jakimś przyjęciu w Hollywood, na którym był "służbowo". Miała wówczas najwyżej osiemnaście albo dziewiętnaście lat. Porzucił dla niej swoją drugą żonę... czy może trzecią, kto się w tym połapie. Zapisał ją na uniwersytet, na anglistykę. Wytrzymała chyba trzy tygodnie. Zaskoczyłeś teraz?
- Nie. Kiedy to było?
- W siedemdziesiątym czwartym.
- Byłem wtedy w San Francisco. W Langley Porter.
- Prawda, jesteś niezły as - absolutorium i dysertacja w tym samym roku. Twój przedwczesny rozwój dał ci szansę wkroczenia na rynek pracy dwanaście miesięcy przed nami, ale za to ominęła cię Suzy. Naprawdę dobrze się zapowiadała. Pracowałem z nią - przez cały tydzień. Kruse zatrudnił ją jako sekretarkę. Tylko że nie umiała pisać na maszynie i narobiła bałaganu w teczkach z dokumentami. Słodkie dziecko. Lecz w pewnym sensie prymitywne.
Szacowny gospodarz wraz z małżonką zbliżali się do naszego stolika. Suzanne Kruse dreptała tuż za mężem jakby prowadził ją na sznurku. Była wątła - stawy ramion wyraźnie się zaznaczały, szyja ściśnięta obrożą brylantowego naszyjnika, prawie płaska pierś, zapadnięte policzki, ostro zarysowany podbródek. Przedramiona miała kształtne, choć zbyt muskularne; kościste dłonie, cienkie palce. Długie paznokcie polakierowane na czerwono. Uczepiła się nimi mężowskiego rękawa, wpijając się niemal w tweed.
- Wygląda mi to na wielką miłość - powiedziałem. - Tyle lat jej się trzyma.
- Nie dałbym głowy za jego monogamię. Kruse ma opinię pierwszoligowego jebaki, a Suzy jest znana z tolerancji. - Odchrząknął. - Uległa niewiasta.
- W sensie dosłownym?
- Skinął głową. - Pamiętasz te przyjęcia u Kruse'a w Mandeville Canyon, tego roku, kiedy tu przyszedł? Ach prawda, byłeś wtedy we Frisco. - Zamilkł, jadł jajko w szynce, przeżuwał dokładnie. - Czekaj, zdaje się, że w siedemdziesiątym piątym te przyjęcia jeszcze się odbywały. Wróciłeś w siedemdziesiątym piątym, tak?
- Po dyplomie - odparłem. - Dostałem pracę w szpitalu. Wtedy go poznałem. Nie przypadliśmy sobie do gustu. Więc mnie nie zapraszał.
- On nikogo nie zapraszał, Alex. Prowadził tak zwany dom otwarty. Pod każdym względem. - Chwycił mnie za podbródek. - Ty byś prawdopodobnie tam nie poszedł, bo byłeś porządnym chłopcem, poważnym. Szczerze mówiąc, to ja dalej niż za próg nie doszedłem. Brenda tylko rzuciła okiem i wyciągnęła mnie stamtąd za kołnierz. Ale ci, co tam chodzili, opowiadali, że byli na kilku orgiach, jeśli można sobie wyobrazić pieprzenie innych psycholi. Chłosta, co za okropny pomysł, nie sądzisz? A Suzy Straddle - główna atrakcja - związana i zakneblowana.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
- Wydziałowe plotki. Wszyscy o tym wiedzieli - żadna tajemnica. Wówczas nikomu nie przyszło do głowy, że to po prostu koszmar. Premikrobowe czasy - swoboda seksualna, uwolnione id , poszerzenie granic świadomości, et caetera. Nawet radykalne feministki w naszej grupie uważały, że Kruse jest o krok od czegoś bardzo znaczącego. Albo może dawało im to asumpt do dominacji. Tak czy owak, chłostanie Suzy było z egzystencjalnego punktu widzenia do zaakceptowania, ponieważ zaspokajało jej wewnętrzną potrzebę.
- Kruse też ją chłostał?
- Wszyscy. Było to prawdziwie gangsterskie widowisko - każdy miał wobec niej równe szanse. I popatrz tylko na nią, jak przywarła do niego. Co za uległość! Prawdopodobnie jest osobowością pasywnie uzależnioną - doskonale dopasowaną do takiego żądnego władzy byka jak Kruse.
Według mnie wyglądała na zalęknioną. Tak, stała tuż przy mężu, ale jakby trochę z tyłu. Widziałem, jak stawiała krok do przodu i uśmiechała się, gdy ktoś coś do niej mówił, lecz zaraz się cofała. Ruchem głowy odrzuciła do tyłu długie włosy, spojrzała na paznokcie. Uśmiech jej był sztuczny, bez wyrazu, oczy nienaturalnie błyszczące.
Stanęła pod takim kątem, że słońce zapaliło brylanty w jej naszyjniku, aż posypały się iskry. Pomyślałem o obroży.
Kruse obrócił się gwałtownie, aby uścisnąć czyjąś dłoń, i małżonka straciła równowagę. Nieoczekiwanie pozbawiona oparcia chwyciła męża za rękaw, owijając się niemal wokół niego. Nie przestawał masować jej nagiego ramienia, choć uwaga, jaką jej poświęcał, była raczej bezosobowa.
"Miłość! Obojętne, do cholery, jak się ona przejawia!"
- Niedowartościowanie - powiedział Larry. - Można trafić na siebie nawet w takim kurewskim pornosie.
- Właśnie.
Przytknął kufel do ust.
- Idę dolać. Przynieść ci coś?
Wyciągnąłem ku niemu rękę ze szklanką.
- To samo.
Wzruszył ramionami i poszedł do baru.
Kruse'owie zawrócili od naszego stolika i skierowali ku temu, przy którym siedziały same gaduły. Szmer krótkiej wymiany zdań; po czym gospodarz się roześmiał - z głębi serca płynący, pełen samozadowolenia śmiech. Powiedział coś do abiturienta, uścisnął mu zamaszyście dłoń, a jego oczy powędrowały ku jego ładnej młodej żonie. Suzanne Kruse nie przestawała się uśmiechać.
Wrócił Larry.
- Jak ci leci? - zapytał sadowiąc się obok.
- Wspaniale.
- Hm. Mnie też. Właśnie dlatego, że jesteśmy tu bez naszych pań, prawda?
Sączyłem wodę i patrzyłem na niego. Wytrzymał moje spojrzenie, a potem zajął się skwapliwie skrzydełkiem kurczęcia.
Spojrzenie terapeuty. Pełne troski.
Szczerej troski. Ale ja nie chciałem być jej przedmiotem. Nagle poczułem pragnienie ucieczki. Szybki krok w stronę sklepionej, kamiennej bramy i żegnaj, Gatsbylandzie!
Zamiast tego wykonałem ruch psychologa - odrzuciłem piłeczkę.
- Jak idzie Brendzie na uczelni?
Wyczuł pismo nosem, ale odpowiedział:
- Dziesięć procent czołówki zaliczyło rok.
- Musisz być z niej dumny.
- Oczywiście. Z wyjątkiem tego, że zajmie jej to cały przyszły rok. Wpadnij do mnie czasem i sprawdź, czy jeszcze funkcjonuję.
- Słyszałem, że to drański wydział.
Jego uśmiech stracił całe swoje ciepło.
- Każda instytucja produkująca prawników jest drańską, zgodzisz się ze mną? Coś jak przetwarzanie polędwicy w gówno. Najbardziej lubię, jak po powrocie do domu Brenda bierze mnie w krzyżowy ogień pytań na temat domu i dzieciaków. - Wytarł usta i przysunął się do mnie. - Połowa mojej osoby wykazuje w tej kwestii pełne zrozumienie - ona jest inteligentna, inteligentniejsza ode mnie, zawsze podejrzewałem, że praca w domu jej nie wystarczy. Tymczasem ona sama powiedziała - nie; jej matka pracowała na pełnym etacie, a Brendą zajmowały się opiekunki. I potem miała żal. Zaszła w ciążę podczas naszego miodowego miesiąca, dziewięć miesięcy później przyszedł na świat Steven, potem reszta, co rok prorok. I teraz nagle, ni stąd, ni zowąd poczuła potrzebę odnalezienia się. - Potrząsnął ze smutkiem głową. - Problem tkwi w synchronizacji. Mogę dziś tu być, bo doszedłem do punktu, w którym nie muszę się spieszyć, lecieć wszędzie na złamanie karku. Mam rzetelnych współpracowników, w istocie rzeczy, tylko odcinam kupony... W przyszłym roku najmłodsze idzie do szkoły, moglibyśmy mięć dla siebie trochę wolnego czasu, podróżować. Tymczasem ona dwadzieścia godzin na dobę jest poza domem, a ja odgrywam rolę przykładnej mamusi. - Wykrzywił się. - Uważaj, przyjacielu, choć z Robin jest pewnie inaczej, ona już zrobiła karierę, teraz może śmiało się ustatkować.
- Rozeszliśmy się - powiedziałem.
Wytrzeszczył na mnie oczy, znów potrząsnął głową. Potarł brodę z cichym westchnieniem.
- Cholerą, przepraszam. Kiedy to się stało?
- Przed pięcioma tygodniami. Czasowa rozłąka, która ma tendencję przedłużania się.
Ciągnął piwo.
- Naprawdę bardzo mi przykro. Uważałem was zawsze za doskonałą parę.
- Ja też tak sądziłem, Larry. - W gardle mi zaschło, w piersi czułem dojmujący ciężar. Byłem pewien, że wszyscy mi się przyglądają, choć gdy rozejrzałem się wokół, zobaczyłem tylko zajętych sobą ludzi. Jeden Larry patrzył na mnie oczami poczciwego spaniela.
- Mam nadzieję, że da się to naprawić - powiedział.
Zajrzałem do szklanki. Lód całkiem się rozpuścił.
- Może bym spróbował coś mocniejszego?
Utorowałem sobie łokciami drogę do baru i zamówiłem podwójny dżin z tonikiem, co w efekcie dało umiarkowaną moc. Gdy wracałem spotkałem się twarzą w twarz z Kruse'em. Spojrzał na mnie. Oczy miał jasnobrązowe w zielone cętki, tęczówki nienaturalnie powiększone. Rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy mnie zobaczył. Poznał mnie niewątpliwie. Stanął bokiem i utkwił wzrok gdzieś poza moimi plecami. Jednocześnie wyciągnął ku mnie rękę, mocno uścisnął mi dłoń, nakrył ją drugą ręką i machając moją jedną, a swoimi dwiema, z góry na dół, wykrzyknął:
- Jak to miło, że przyszedłeś!
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, przepchnął się za mną, wykorzystując siłę uścisku naszych dłoni, obrócił mnie dookoła, a dopiero potem puścił moją rękę i odszedł.
Pośpiech polityka. Zręczne.
Znów.
Obejrzałem się i zobaczyłem oddalające się plecy w świetnie skrojonej marynarce, a tuż za nimi połyskująca srebrem fala włosów małżonki, kołysząca się rytmicznie na jej małej, jędrnej derri?re.
Zrobili kilka kroków, gdy rzuciła się na nich wysoka pani w średnim wieku.
Szczupła, nienagannie zbudowana, w jasnożółtej jedwabnej koktajlowej sukni, bukiecik białych róż i strategicznie porozmieszczane brylanty - śmiało mogłaby być pierwszą damą kraju. Włosy o kasztanowym odcieniu z połyskiem stali miała zaczesane do tyłu, upięte w kok, twarz podłużną o wydatnych szczękach. Usta wąskie, uchylone w półuśmiechu.
Uśmiech wystudiowany. Ogłada zakodowana w genach.
Usłyszałem Kruse'a.
- Jak się masz, Hope. Piękna w każdym calu.
- Dziękuję, Paul. Jeśli masz chwilkę czasu, to jest tutaj kilka osób, które powinieneś poznać.
- Oczywiście, kochanie.
Jakby recytowali kwestie z marnej sztuki. Suzanne Kruse była wyłączona z ich spektaklu. Cała trójka skierowała się do patio, Kruse z pierwszą damą ramię w ramię, a Suzy z tyłu, jak służąca. Podeszli do grupy królewskich łabędzi wygrzewających się w odbitym świetle jednego z basenów. Ich nadejście poprzedziło nagłe wyciszenie gwaru pogawędek oraz brzęk odstawianych szklanek. Lekkie poruszenie i w ciągu sekundy wszystkie łabędzie słuchały Kruse'a z zapartym tchem. Dama w żółci miała natomiast znudzoną, wręcz urażoną minę.
Wróciłem do stolika i wypiłem spory haust dżinu. Larry uniósł szklankę, trącił się ze mną.
- Za zdrowie staroświeckich dziewczyn, Di. Niechaj żyją nam cholernie długo.
Wysączyłem resztkę dżinu. Przez cały dzień nic nie jadłem, zaszumiało mi trochę w głowie, potrząsnąłem nią, żeby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia. W tej chwili w polu mego widzenia pojawiła się kremowa żółć.
Pierwsza dama u boku Kruse'a. Szła rozglądając się dokoła, ale po kilku krokach zatrzymała się i popatrzyła na żółtą plamkę na trawniku. Zużyta serwetka. W mgnieniu oka zjawił się kelner. Niczym kapitan na dziobie fregaty kobieta o kasztanowych włosach przesłoniła oczy dłonią i uważnie lustrowała teren. Podpłynęła do klombu z różami, pochyliła się nad jedną i bacznie jej się przyglądała. Kelner z sekatorem w ręku stał już przy niej. Po chwili różę miała we włosach. Odeszła.
- Czy to jest gospodyni? - zapytałem. - Ta w jasnożółtej sukni?
- Nie mam pojęcia, Di. W każdym razie nikt, kogo mógłbym znać.
- Kruse mówił do niej Hope.
- No to ona. Hope Blalock. Niewyczerpane źródło. - Po chwili dodał: - W pewnym sensie pani domu. Zauważ, że wszyscy goście są na zewnątrz, nikogo nie wpuszcza się do rezydencji.
- Jesteśmy jak nie wytresowane psy obrończe trzymane na dworze.
Roześmiał się. Przesunął się na krześle, usiadł bokiem i wydał z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Następnie położył niemal głowę na blacie stolika. - Skoro mowa o tresurze zwierząt, to obserwuj tę ludzką gmatwaninę.
Ośmiu lub dziewięciu studentów otaczało mężczyznę pod sześćdziesiątkę. Chłopcy mieli na sobie sztruksowe spodnie bądź dżinsy i zwykłe bawełniane podkoszulki; włosy długie, okulary w drucianych oprawkach. Ich mentor był człowiekiem zgarbionym, łysym i nosił białą, podstrzyżoną brodę. Był ubrany w szare workowate ubranie, o parę numerów za duże. Spowijało go jak zakonny habit. Bez przerwy mówił, dźgając palcem powietrze. Studenci wyglądali, jakby byli na rauszu.
- To "Szczurek" we własnej osobie - powiedział Larry. - I jego wesoła banda rakieterów. Prawdopodobnie rzecz idzie o czymś bardzo seksy, jak na przykład korelacja między nakłonieniem przez wstrząs elektryczny do defraudacji a stymulacją woltażem, czego następstwem jest wprowadzona eksperymentalnie frustracja z powodu częściowego uchylania się od odpowiedzialności. Siedzi po uszy w takich wariactwach.
Roześmiałem się.
- Wygląda na to, że schudł. Może między innymi opracowuje program walki z otyłością?
- Nie. W zeszłym roku przeszedł zawał serca i dlatego zrezygnował z funkcji dziekana, przekazując ją Kruse'owi. Taśmami wideo zajął się zaraz potem. Pieprzony hipokryta. Pamiętam, jak załatwił kilku asystentów, bo jego zdaniem nie powinniśmy traktować doktoratów jak legitymacji związkowej, uprawniającej do prywatnej praktyki. Co za dupek! Żebyś zobaczył ogłoszenia, jakie zamieszcza, uprawiając tę swoją hałaśliwą kampanię antynikotynową.
- Gdzie się ukazują?
- W brukowych piśmidłach. Jeden cal kwadratowy, czarno-biały druk, na ostatniej stronie, obok szkół wojskowych, rupieci i korespondencyjnych porad jak-szybko-zdobyć-fortunę i wyznań orientalnych kumpli po piórze. A wiem o tym od jednego z moich pacjentów. "Wypracuj pozytywny stosunek do rzucenia palenia i zachęcaj do tego innych", a na plastiku po prawej stronie nazwisko "Szczurka" i jeszcze marna broszurka odbita na powielaczu z listą jego akademickich uwierzytelnień. A teraz opowiada o tych cholernych bzdurach pompatyczno-monotonnym głosem. Usiłuje być ciepły i przyjacielski, jakby przez te wszystkie lata pracował z ludźmi, a nie z gryzoniami. - Popatrzył na niego z niesmakiem. - Legitymacja związkowa!
- Czy on zarabia jakąś forsę?
- Jeśli zarabia, to na pewno nie wydaje jej na ubranie.
Odezwał się pager Larry'ego. Wyciągnął go zza paska, popatrzył. - Służba nie drużba, wybacz.
Zatrzymał kelnera, zapytał, skąd może zadzwonić, i kelner wskazał mu dłonią wielki biały dom. Obserwowałem jego kaczy chód, gdy grubas przemierzał park, po czym wstałem, zamówiłem następny dżin z tonikiem i sączyłem go powolutku, rad z własnej anonimowości. Zacząłem już odczuwać przyjemny szmerek w głowie, gdy nagle uszu moich dobiegło coś, co wstrząsnęło mną do głębi.
Znane dźwięki, ta sama modulacja.
Głos z przeszłości.
Pomyślałem, że to gra wyobraźni. I wówczas znów usłyszałem. Szukałem jej wzrokiem wśród tłumu.
Zobaczyłem ją - za kilkoma rzędami ramion.
Wehikuł czasu cofnął mnie o ileś tam lat. Usiłowałem patrzeć w inną stronę, ale nie mogłem.
Sharon. Wytworna jak zwykle.
Bez problemu wyliczyłem jej wiek. Trzydzieści cztery. Urodziny w maju. Piętnastego, aż dziw, że to pamiętam...
Podszedłem parę kroków w jej stronę, żeby się przyjrzeć; dojrzałość, ale piękna jak zwykle.
Twarz jak kamea.
Owalna, idealny kształt głowy, piękne rysy. Włosy gęste, układające się w fale, czarne, o połysku kawioru, zaczesane do tyłu i opadające na ramiona, czoło wysokie, bez jednej zmarszczki. Mlecznobiała karnacja, ani śladu modnej opalenizny. Wyraźnie, lecz delikatnie zarysowane kości policzkowe, naturalne, jakby z lekka przydymione rumieńce. Małe kształtne uszy ozdobione dwiema perłami. Łuki czarnych brwi nad szeroko rozstawionymi, intensywnie niebieskimi oczami. Wąski prosty nos o wzdętych chrapkach.
Pamiętam dotyk jej skóry, jasna jak porcelana, ale ciepła, zawsze ciepła. Wyciągnąłem szyję, by lepiej jej się przyjrzeć.
Była ubrana w płócienną jasnogranatową suknię do kolan, z krótkim rękawem. Nieudany kamuflaż: kształt jej ciała walczył z materią i wygrał. Pełne piersi, talia cienka jak u osy, kształtne biodra, długie nogi, kostki nad stopami jak wyrzeźbione. Ramiona białe, gładkie. Nie zdobiły ich bransoletki, nie zauważyłem pierścionków na palcach. Tylko perłowe kolczyki i taki sam sznur owalnych pereł, który spływał ukosem na wydatne piersi. Niebieskie buciki na średnim obcasie dodawały cal do pięciu i pół stóp, bo tyle miała wzrostu. W jednej dłoni trzymała niebieską torebkę, drugą ją gładziła.
Nie miała obrączki.
Cóż z tego?
Gdybym był tu z Robin, zwróciłbym na nią przelotną uwagę.
Ale tylko tak myślałem.
Nie mogłem oderwać od niej wzroku.
Ona natomiast wzrok miała utkwiony w mężczyźnie - jednym z tych królewskich łabędzi, starszym panu, który śmiało mógłby być jej ojcem. Dużą, kwadratową, smagłą twarz żłobiły głębokie bruzdy. Wąskie wodniste oczy, włosy ostrzyżone na jeża miały barwę metalowych opiłków. Jak na swoje lata był dobrze zbudowany i doskonale się prezentował w dwurzędowej niebieskiej marynarce i szarych flanelowych spodniach.
Zadziwiająco chłopięcy - zaliczał się do tych młodzieżowych starszych panów, którzy zaludniają co lepsze kluby i lokale, i bez specjalnego ryzyka mogą sypiać z młodymi kobietami.
Kochanek?
Co to mnie obchodzi?
Wciąż się w nią wpatrywałem. Nie wyglądało mi to na romans. Stali z boku i ona wyraźnie o coś się z nim spierała, usiłowała go przekonać. Robiła to bardzo dyskretnie, nie poruszała niemal ustami, czyniła wysiłki, by nie zwracać na siebie uwagi. A on tylko stał i słuchał.
Sharon na przyjęciu. Coś mi tu nie gra. Nienawidziła przyjęć tak samo jak ja.
Ale to było dawno. Ludzie się zmieniają. Może ona też...
Podniosłem szklankę do ust, patrząc, jak pociąga się za ucho - pewne gesty pozostają niezmienione.
Przesunąłem się jeszcze bliżej, potrącając rozłożyste biodro jakiejś matrony - spojrzała na mnie znacząco. Wymamrotałem słowa przeprosin i parłem do przodu. Tłum niełatwo dawał się sforsować. Z trudem torowałem sobie drogę w poszukiwaniu dogodnego punktu obserwacji - chciałem być blisko, ale tak, żeby mnie nie zauważyła. Wmawiałem sobie, że powoduje mną tylko ciekawość, nic więcej.
Nagle odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Zarumieniła się, uchyliła usta. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Jak w tańcu...
"Taniec na tarasie. Światła w oddali, bezkształtne, ulotne..."
Byłem oszołomiony i znowu na kogoś wpadłem. Znowu to przepraszanie.
A Sharon nie spuszczała ze mnie oczu. Jej towarzysz patrzył w innym kierunku i wyglądał na zamyślonego.
Cofnąłem się, wchłonął mnie tłum i prawie bez tchu wróciłem do stolika; ściskałem szklankę tak mocno, że poczułem ból w palcach.
- Dzieci - powiedział Larry. - Pobiły się. Moja córeczka ma napad złego humoru i chce wracać do domu. Matka jej koleżanki mówi, że obie wpadły w histerię - są przemęczone. Muszę moją zabrać. Przepraszam, Di.
- Nie ma sprawy. Ja też wolałbym już pójść.
- Dlaczego jesteś taki nadęty? A ja obejrzałem sobie hol La Grande Maison - wielki, można jeździć na wrotkach. Zrobiliśmy kiepski biznes, Di?
- A co byłoby dobrym biznesem?
- Należało ożenić się z nim za młodu i do końca życia mieć wszystko w dupie.
Popatrzyłem na białe domostwo, objąłem wzrokiem park.
- Bardzo się cieszę, Alex, że się spotkaliśmy; łączy nas męskie kumplostwo bez wzajemnej wrogości. Co ty na to, żebyśmy za parę tygodni pograli sobie w bilard w klubie fakultetu i zwiększyli zawartość cholesterolu we krwi?
- Wspaniały pomysł!
- Fantastyczny. Zadzwonię do ciebie.
- Będę czekał, Larry.
Podtrzymani na duchu odrobiną niewinnego kłamstwa opuściliśmy przyjęcie. Spieszyło mu się, ale zaproponował, że mnie podrzuci. Powiedziałem, że wolę się przejść - odczekałem aż brodaty kamerdyner wręczy mu kluczyki. Jego wóz stał na swoim miejscu, ale wokół było pusto, by właściciel bez problemu mógł się wycofać. I był umyty. Kamerdyner przytrzymał otwarte drzwiczki, szafując szczodrze słowem "sir"; czekał, aż Larry zasiądzie wygodnie za kierownicą. Kiedy ten ostatni włożył kluczyk do stacyjki, kamerdyner zamknął drzwiczki z wyczuciem i uśmiechając się wyciągnął rękę.
Larry spojrzał na mnie. Pomachałem mu na pożegnanie. Uśmiechnął się, opuścił szybę i uruchomił silnik. Szedłem powoli wzdłuż zaparkowanych wozów, gdy usłyszałem sapanie silnika i po chwili przekleństwa miotane w jakimś śródziemnomorskim języku. Brzęk i pisk, i Larry przemknął z wigorem obok mnie, wystawił przez okno lewą rękę i pomachał mi całym ramieniem.
Przeszedłem kilka jardów, gdy usłyszałem, że ktoś kogoś woła. Nie podejrzewając, że to o mnie chodzi, szedłem dalej.
- Alex!
Obejrzałem się. Jasnogranatowa suknia. Czarne włosy. Długie nogi poruszające się w przyśpieszonym tempie.
Dopadła mnie, zasapana, kropelki potu nad górną wargą.
- Alex! To naprawdę ty? Nie mogę w to uwierzyć!
- Cześć, Sharon. Jak się miewa pani doktor Dowcipna?
- Świetnie. - Dotknęła małżowiny usznej, potrząsnęła głową. - Nie, jesteś jedyną osobą, przed którą nie muszę udawać. Nie, nie miewam się świetnie, absolutnie nie.
Łatwość, z jaką zdobyła się na poufały ton, i to, że bez najmniejszego wysiłku przeszła do porządku dziennego nad tym, co stało się między nami, wzmogło moją czujność.
Zbliżyła się. Poczułem zapach jej perfum - mydło z wodą zmieszaną ze świeżą trawą i wiosennymi kwiatami.
- Przykro mi - powiedziałem.
- Och, Alex! - Położyła dwa palce na przegubie mojej dłoni. - Niech tam, co mi to szkodzi.
Poczułem ciepło jej ciała, a także gwałtowny przypływ energii w moich dolnych rejonach. Nagle twardy jak skała. Byłem na niego wściekły. Od dłuższego czasu tak się nie zachowywał.
- Cieszę się, że cię spotkałam, Alex. - Głos miała słodki, śmietankowy. Ciemnoniebieskie oczy błyszczały.
- Też się cieszę - powiedziałem zdławionym głosem. Nie wypadło to zdawkowo, jak chciałem. Jej palce wypaliły dziurę w mojej dłoni. Odsunąłem je, włożyłem rękę do kieszeni.
Jeśli nawet poczuła się urażona, nie okazała tego po sobie, tyle że jej ramię opadło, ale uśmiech nie zniknął.
- Czy to nie zabawne, Alex, że wpadliśmy tak na siebie, niesamowita historia. Chciałam do ciebie zadzwonić.
- Po co?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.