5
Kobieta w szopie
Czekasz na obiad, parę kropel letniej wody. Cokolwiek. Choćby zgrzyt rozpinanego i zapinanego suwaka.
Ale on nie przychodzi.
Wizualizujesz sobie szopę od zewnątrz, zaszytą pośród drzew. Musi być już jesień. Kilka tygodni temu wyniósł wiatrak i zamienił go na grzejnik. Zamykasz oczy. Co pamiętasz z tej pory roku? Krótkie dni, słońce zachodzące o szóstej po południu. Nagie gałęzie na tle ciemniejącego nieba. Co sobie wyobrażasz? W pewnej odległości, ukryty przed tobą, jego dom. Żółte kwadraty światła w oknach, pomarańczowe liście rozrzucone po podwórzu. Może gorąca herbata. Może pączki o smaku cydru.
W oddali słychać cichy warkot jego furgonetki. Jest tutaj, u siebie. Żyje swoim życiem. Zaspokaja swoje potrzeby. Ale nie twoje. Czekasz i czekasz, a on wciąż nie przychodzi.
Próbujesz medytować, żeby oszukać napady głodu. Przeglądasz książki, które przyniósł ci do szopy bez wyraźnej myśli przewodniej. To Stephena Kinga. Złachany egzemplarz A Tree Grows in Brooklyn Betty Smith, w miękkiej oprawie. Zatańcz z mordercą Mary Higgins Clark. Wszystkie są używane, z oślimi uszami, notatkami na marginesach. Któregoś razu, dawno temu, spytałaś, czy to jego książki. Pokręcił głową. Kolejne bibeloty, uznałaś. Rzeczy zabrane tym, które nie miały tyle szczęścia co ty.
Kucasz w rogu szopy. Nie masz innego wyjścia, skoro nie przyniósł wiadra. Kiedy się pojawi, będzie wściekły. Zmarszczy nos, rzuci w ciebie butelką wybielacza. "Bierz się do szorowania i nie przestawaj, póki niczego nie poczuję".
Starasz się nie martwić, bo martwienie się nie pomaga, kiedy starasz się pozostać przy życiu.
Zostawiał cię już wcześniej. Ale nie tak jak teraz. Gdy upłynęło pierwszych dziewięć miesięcy w zamknięciu, mężczyzna, który trzymał cię w szopie, poinformował, że wyjeżdża. Przyniósł wiadro, pudełko batoników zbożowych i zgrzewkę małych butelek z wodą.
- Potrzebuję wyjechać - powiedział. Nie "chcę wyjechać". Nie "muszę wyjechać". "Potrzebuję". - Nie zrobisz niczego głupiego. Nie ruszysz się stąd. Nie będziesz krzyczeć. Wiem, że nie będziesz.
Złapał cię za ramiona, a ty zapragnęłaś odwzajemnić ten gest. Oprzeć się na nim, choćby na chwilę. Jesteś Rachel. On cię znalazł. On nauczył cię wszystkiego, co wiesz. On dał ci wszystko, co masz.
Potrząsnął tobą, a ty się temu poddałaś.
- Jeśli będziesz coś kombinować, dowiem się o tym. I nie skończy się to dla ciebie dobrze. Rozumiesz?
Przytaknęłaś. Na tamtym etapie wiedziałaś już, jak przytakiwać, żeby ci uwierzył.
Nie było go przez trzy dni, a gdy wrócił, wyglądał jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi. Chodził energicznym krokiem, przez jego kończyny zdawał się przepływać prąd. Brał głębokie, żarłoczne oddechy, jakby powietrze nigdy jeszcze nie smakowało mu tak słodko.
To nie był mężczyzna, którego znałaś. Człowiek z wieloma zadaniami i obowiązkami.
Zrobił to, co zazwyczaj przychodził zrobić. Pełen ożywienia. Nieco dziki.
A potem ci powiedział. Nie mówił wiele. Tylko tyle, że się zgodziła. Że była idealna. Że o niczym nie wiedziała... aż się dowiedziała, ale wtedy było już za późno.
Potem zdarzyło się to znowu. Zaraz przed ostatnim Świętem Dziękczynienia. Zorientowałaś się, bo przyniósł ci resztki ze świątecznego stołu. Tak jak co roku. Nie jesteś pewna, czy on wie, że w ten sposób pilnujesz kalendarza. Podejrzewasz, że o tym nie pomyślał.
To razem dwie. Dwie, które zabił w czasie, gdy tobie pozwalał dalej żyć. Dwie potwierdzające regułę, od której ty jesteś wyjątkiem.
Za każdym razem, kiedy cię opuszczał, robił przygotowania. Tym razem nie zostawił ci niczego. Czy to znaczy, że o tobie zapomniał? Znalazł inny projekt, któremu się poświęcił?
Bez jego wizyt trudno jest odliczać dni. Wydaje ci się, że słyszysz piknięcie alarmu w jego samochodzie, gdy wyjeżdża rano, i drugie, gdy wraca wieczorem, ale nie masz pewności. Twoje ciało mówi ci, kiedy zasnąć i kiedy się obudzić. Dotykając dłonią ściany, starasz się wyczuć ciepło słońca i zimno nocy. Zgadujesz, że minął jeden dzień, potem drugi.
Pod koniec dnia drugiego, według twoich obliczeń, twoje usta przypominają papier ścierny. W twoim mózgu krążą nietoperze. Ssiesz palce, żeby wytworzyć ślinę, liżesz ścianę w poszukiwaniu skroplonej pary, czegokolwiek, co ugasi pragnienie. Wkrótce stajesz się wyłącznie ciałem, czaszką, kręgosłupem i miednicą, i stopami przywierającymi płasko do drewnianych desek; twoja skóra jest wilgotna, twój oddech ciężki.
Może przecenił twoją wytrzymałość. Może zabije cię, nie mając takiego zamiaru. Wróci, otworzy szopę i zobaczy, jak leżysz zimna i bez życia, tak jak od początku było ci pisane.
Trzeciego - jak ci się wydaje - dnia słyszysz zgrzyt kłódki. Widzisz jego sylwetkę w drzwiach, w jednej ręce wiadro, w drugiej butelka. Powinnaś usiąść, wyrwać mu wodę, odkręcić korek i pić, pić, pić, aż świat znów stanie się wyraźny. Ale nie możesz. To on musi podejść, kucnąć przy tobie, umieścić szyjkę butelki na wysokości twoich ust.
Przełykasz wodę. Wycierasz wargi wierzchem dłoni. On wygląda nieswojo. To mężczyzna, który zwykle dba o prezencję. Na skórze policzków i szyi ma czasem zacięcia od maszynki do golenia. Jego włosy pachną trawą cytrynową. Białe zęby, zdrowe dziąsła. Nigdy tego nie widziałaś, ale jesteś pewna, że codziennie rano i wieczorem gorliwie je nitkuje, a na koniec płucze płynem. Ale dzisiaj wygląda gorzej. Jego broda jest zaniedbana, spojrzenie skacze niespokojnie po szopie.
- Jedzenie? - rzucasz chrapliwym głosem.
Kręci głową.
- Nadal nie śpi. Pakuje się.
Zakładasz, że mówi o córce.
- Więc nie ma nic? Zupełnie nic?
Zdajesz sobie sprawę z ryzyka, ale minęły trzy dni i kiedy zaspokajasz pragnienie, które paraliżowało organizm, zaczynasz czuć wszystko: otchłań głodu pod klatką piersiową, ból w plecach, tysiąc sygnałów alarmowych wysyłanych przez wszystkie poranione części twojego ciała.
Podnosi ręce.
- No co? Myślisz, że mogę po prostu odgrzać ci obiad w mikrofalówce i wyjść, a ona nie będzie zadawać żadnych pytań?
Przynoszone przez niego jedzenie jest zawsze częścią większej całości. Porcja lasagne, miska gulaszu, kawałek zapiekanki wykrojony ze środka. Posiłki, których ubywanie trudno zauważyć. Dużo bardziej dyskretne niż kawałek pizzy, cheeseburger czy nóżka kurczaka. Od początku gotuje potrawy na kilka dni, chowa porcje dla ciebie i przynosi je do szopy. To jedna z metod, które obmyślił, żebyś pozostała jego sekretem.
Siada obok ciebie ze stęknięciem. Czekasz, aż złapie za suwak twojej bluzy i pociągnie w dół, obejmie dłońmi twoją szyję. Zamiast tego sięga do swojego paska. Mignięcie, błysk metalu.
Rozpoznajesz tę broń. To ta sama, z której mierzył do ciebie pięć lat temu: czarny pistolet przedłużony błyszczącym tłumikiem.
Palce twoich stóp drgają, jakby szykowały się do biegu. Łańcuch, zimny i ciężki, napina się przy kostce. Ciągnie cię w dół, jakby chciał wcisnąć cię w ziemię, najpierw stopy, a potem całą resztę.
Skup się. Obserwuj go.
Jego pierś porusza się w górę i w dół, jeden głęboki wdech za drugim. Gdy już pozbyłaś się zamroczenia spowodowanego odwodnieniem, jesteś w stanie czytać go wyraźniej. Zmęczony, ale nie wyczerpany. Oszołomiony, ale nie chory. Jest sterany, owszem, ale szczęśliwy. Jak po ukończeniu forsownego zadania, po długim biegu albo stromej wspinaczce.
Jak po zabiciu kogoś.
Wsuwa rękę do kieszeni i rzuca coś w twoją stronę - kot ofiarowujący zdechłą mysz.
Okulary przeciwsłoneczne. Designerskie, sądząc po ciężkich oprawkach i logo na boku. Kompletnie bezużyteczne wewnątrz szopy, ale nie o to chodzi. Sęk w tym, że te okulary do kogoś należały i ta kobieta już ich nie potrzebuje.
Teraz to czujesz. Bijący od niego triumf. Bezgraniczny dreszcz emocji po udanym polowaniu.
Ta kobieta woła do ciebie. Jaką pracę wykonywała, że mogła sobie pozwolić na takie okulary? Jak wyglądała jej dłoń, gdy poprawiała je na nosie? Czy używała ich, żeby przytrzymać sobie grzywkę? Czy założyła je pewnego słonecznego popołudnia, gdy siedziała na fotelu pasażera otwartego kabrioletu, a rozpuszczone włosy obijały się o jej policzki na wietrze?
Nie możesz iść w tę stronę. Nie możesz o niej myśleć. Nie masz czasu na to, żeby być zszokowana czy wstrząśnięta.
To twoja szansa. Dziś rozpiera go pycha. Wierzy, że jest zdolny do wszystkiego.
- Posłuchaj - mówisz.
Bierze z powrotem okulary przeciwsłoneczne, prawdopodobnie się rozmyślił. Mogłabyś rozbić szkła, użyć ich jako broni.
- Dużo myślałam. O twojej przeprowadzce.
Jego ręce nieruchomieją. Ryzykujesz tym, że właśnie psujesz mu zabawę. Zaprzątasz go z powrotem problemami codzienności, podczas gdy jedyne, czego pragnie, to być na haju najdłużej, jak to możliwe.
- Mógłbyś wziąć mnie ze sobą.
Patrzy w górę i chichocze.
- Daj spokój - mówi. - Chyba nie rozumiesz.
Ale ty rozumiesz. Znasz jego blaski i jego cienie. Wiesz, że przychodzi do ciebie niemal co wieczór, na pewno w każdy wieczór, kiedy jest na miejscu. Wiesz, że przyzwyczaił się do pewnych rzeczy. To nie tak, że lubi ciebie - lubi mieć cię do dyspozycji. Lubi dostawać od ciebie, cokolwiek chce, kiedykolwiek chce.
Co zrobi, kiedy zabraknie cię pod ręką?
- Mówię tylko - podejmujesz - że wciąż możemy się widywać. To nie musi się skończyć. Nie ma takiej potrzeby.
Krzyżuje ramiona na piersi.
- Mogłabym być tam. - Wskazujesz głową w stronę drzwi. W stronę świata zewnętrznego, z którego cię zabrał, i niezliczonej rzeszy ludzi, którzy w nim pozostali. - I nikt by się o tym nie dowiedział.
Uśmiecha się. Zbliża rękę do twojej głowy i gładzi cię delikatnym, opanowanym ruchem mężczyzny, który wie, że jest bezpieczny. A potem ciągnie. Na tyle, żeby zabolało.
- I oczywiście proponujesz to ze zwykłej troski - mówi.
Jego dotyk cię paraliżuje.
Wymyka się, otwiera zasuwę, wpuszcza do szopy zimne nocne powietrze. Na zewnątrz kłódka zatrzaskuje się na swoje miejsce. On rusza z powrotem, do córki, do resztek światła i ciepła, które pozostały jeszcze w tym domu.
Trzecia zasada przetrwania w tej szopie brzmi: jesteś najczystszym elementem jego świata. Wszystko, co się dzieje, musi się przydarzyć wam obojgu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki