Uwaga! W tym rozdziale opisuję poronienie. Jeżeli nie masz dzisiaj ochoty na takie tematy, pomiń go i przejdź do następnego.
Szanowna czytelniczko, jeżeli się jeszcze nie znamy, to mam na imię Jessie. Miło mi cię poznać. Większą część tej książki napisałam, będąc w ciąży z moim pierwszym dzieckiem - synem. Nie była to jednak moja pierwsza ciąża. Chciałabym się z tobą podzielić tą opowieścią, ponieważ w tamtym czasie czułam się bardzo samotna i pragnęłam poznać podobne historie innych osób.
W pierwszą ciążę zaszłam w wieku trzydziestu jeden lat, dwa miesiące po usunięciu spirali antykoncepcyjnej. Razem z mężem bardzo się cieszyliśmy, że tak szybko nam się udało. Rozgłosiłam tę nowinę od razu (dosłownie tego samego dnia, w którym zrobiłam test ciążowy) i z marszu rozpoczęłam przygotowania do tego, że nasze dziecko urodzi się w grudniu.
Zaczęłam się interesować tematem żywienia w czasie ciąży i napisałam kilka pierwszych stron tej książki. Na USG chodziłam z wielkim entuzjazmem i nawet nie przeszło mi przez myśl, że coś mogłoby pójść nie tak. Nie martwiłam się o zdrowie dziecka, tylko o to, o co zwykle martwią się przyszłe mamy: który szpital wybrać na poród, czy powinniśmy się przeprowadzić i tak dalej. Szybko poczułam, że to realna zmiana. Pierwsze USG miałam już w piątym tygodniu ciąży. Ujrzeliśmy na nim maleńką, bezkształtną istotkę. Na kolejnym USG, miesiąc później, czyli mniej więcej w dziesiątym tygodniu, usłyszeliśmy bicie serduszka i zobaczyliśmy zarodek, nieco większą maleńką, bezkształtną istotkę. To było wspaniałe doświadczenie.
Mimo że zaczęłam już wtedy odczuwać mdłości, nadal byliśmy bardzo podekscytowani, wybieraliśmy imiona i zastanawialiśmy się, jakiej płci będzie dziecko. Mniej więcej w czternastym tygodniu ciąży zjawiliśmy się w gabinecie ginekologa na kolejne rutynowe badanie. Jak zwykle położyłam się na leżance, lekarz nałożył mi żel na podbrzusze, a ja z nadzieją patrzyłam na monitor aparatu. Gdy pojawił się na nim obraz, wiedziałam już, że to koniec - malutki zarodek nie zmienił się od poprzedniej wizyty i znajdował się na dnie macicy, zgnieciony i bez życia, niczym martwa ryba na dnie akwarium.
Po dziesięciu sekundach ciszy lekarz potwierdził to, co przeczuwałam - serce płodu przestało bić. Ciąża obumarła trzy tygodnie wcześniej (czyli po dziesięciu i pół tygodnia), a ja niczego nie zauważyłam. Niczego nie poczułam ani nie miałam objawów poronienia. Nazywa się to poronieniem "zatrzymanym", ponieważ zarodek przestaje się rozwijać i obumiera, ale organizm matki go nie wydala.
Poczułam się tak, jakby uszło ze mnie życie. Kiedy lekarz oznajmił mi, że muszę się poddać zabiegowi, zaczęłam płakać. Byłam w ciężkim szoku. Jeszcze chwilę temu byłam pewna, że za pół roku zostanę mamą, a teraz musiałam się pogodzić z tym, że to koniec. Poczułam tak silny żal, że chciałam paść na ziemię i nie wstawać. Pamiętam, że później, w domu, krzyczałam na cały głos i prosiłam wszechświat, żeby zwrócił mi dziecko. Kłóciłam się, że lekarz musiał się pomylić, że popełnił jakiś horrendalny błąd. Dziwiłam się swojemu ciału - w końcu nosiłam w sobie martwy zarodek przez prawie miesiąc, a nic o tym nie wiedziałam, i co gorsza, musiałam z nim dalej żyć aż do zabiegu. Nie mogłam uwierzyć w to, co mnie spotkało.
Wydaje mi się, że jednym z powodów, dla których byłam w tak wielkim szoku i nie wierzyłam w to, co się dzieje, był fakt, że w ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli o poronieniu. Miałam oczywiście znajomych starających się o dziecko w ramach procedury in vitro, którym się to przydarzyło, ale nie wiedziałam, że jest to równie powszechne wśród osób starających się o dziecko przez naturalne poczęcie. Nie byłam na to przygotowana po części dlatego, że rzadko porusza się ten temat. Myślałam sobie, że skoro jestem młoda i zdrowa, wszystko pójdzie dobrze. Nie zdawałam sobie sprawy, że poronienie może się przydarzyć każdej z nas, w końcu tak kończy się średnio jedna na pięć ciąż. I chociaż dowiedziałam się później, że ciążę straciłam najprawdopodobniej przez wady genetyczne płodu, na które nie miałam wpływu, oczywiście i tak zastanawiałam się, czy jednak nie zrobiłam czegoś źle.
Znaleźliśmy szpital. Kiedy poinformowano mnie, że zabieg (aspiracja próżniowa) musi się odbyć w znieczuleniu ogólnym, zrobiło mi się jeszcze ciężej na duszy. Bardzo nie lubię znieczulenia ogólnego, ponieważ przypomina mi traumę związaną z operacją kręgosłupa, którą przeszłam w wieku dziewiętnastu lat.
Gdy przekazywałam smutną wiadomość znajomym, ich reakcje były albo pomocne i wspierające, albo bezduszne: "Nie myśl o tym". Żeby poczuć się mniej osamotniona, wpisałam w wyszukiwarkę internetową: "celebrytki po poronieniu". Może brzmi to naiwnie, ale desperacko pragnęłam poczuć z nimi jakąś więź. Chciałam wiedzieć, że inni też przechodzili przez to, co ja. Im więcej o tym mówiłam, tym częściej ludziom rozwiązywały się języki. Dowiedziałam się, jak wielu z moich znajomych doświadczyło utraty ciąży, ale o tym nie mówiło. Wydało mi się to okropne. Czułam się opuszczona, jak wrak człowieka.
Zabieg wyznaczono mi na piątek o godzinie trzynastej. Już wcześniej zaproszono mnie, abym w wieczór poprzedzający wizytę w szpitalu wzięła udział w jednym z najpopularniejszych francuskich programów telewizyjnych nadawanych na żywo. Bardzo chciałam tam być. Mogłam to odwołać, ale tego nie zrobiłam. Z punktu widzenia mojej kariery zawodowej był to jeden z najważniejszych dla mnie tygodni, a z perspektywy życia prywatnego - najgorszy. Idąc na plan, udawałam, że wszystko jest w jak najlepszym porządku (3... 2... 1... wchodzimy na antenę!). Trzymałam się z całych sił, starając się nie dać po sobie poznać, że w mojej macicy znajduje się martwy zarodek, a jednocześnie oddać w programie sprawiedliwość mojej pracy zawodowej.
Nadszedł termin zabiegu. Cały czas powtarzałam sobie słowa, które powiedziała do mnie przyjaciółka: "Niech to będzie spokojne pożegnanie". To zdanie nadal wywołuje u mnie łzy. Wybudziłam się ze znieczulenia. Byłam bardzo smutna i wściekła, czułam pustkę.
To był czerwiec. Tydzień później wypadały moje urodziny. W tamtym czasie rozpacz zamieniła się u mnie w gniew. Dlaczego u innych kobiet ciąża przebiega prawidłowo, nie stresują się, nie mają żadnych problemów, a ja muszę przechodzić przez coś takiego? To był trudny proces. Czułam niewyobrażalny ból i musiałam powstrzymywać łzy, ilekroć zobaczyłam na ulicy ciężarną kobietę.
Spadający poziom hormonów w połączeniu z żałobą wyłączyły mnie z życia na kilka tygodni. Doświadczałam wszystkich emocji naraz. Musiałam na nowo zaprogramować swój umysł, swoje oczekiwania i nasze plany. Czułam też wstyd. Ludzie nie umieją rozmawiać o stracie ciąży. Widziałam wyraźnie, że znajomi czują się w mojej obecności niekomfortowo. Popadałam w skrajności - od zastanawiania się, czemu nikt nie pyta, jak się czuję, po nadzieję, że nikt o tym nie wspomni. Tak więc oprócz wściekłości na cały świat czułam też gniew na rodzinę i przyjaciół, że nie wiedzą, jak się wobec mnie zachowywać. Wspaniale.
Piłam hektolitry kawy i rzuciłam się w wir pracy. Pomagały mi pisanie, śpiew i rozmowy z ludźmi, którzy przeszli przez to samo co ja i potrafili o tym otwarcie mówić. Ulgę przynosiło mi też czytanie historii innych. I sama obecność przy mnie męża. Nie pomagało natomiast czytanie radosnych postów ogłaszających czyjąś ciążę (pytałam wtedy sama siebie, czemu nagle wszyscy muszą mieć dzieci).
Po jakimś czasie dostałam od mojego ginekologa zielone światło. Z początku pomyślałam, że zanim zacznę się od nowa starać o dziecko, muszę całkowicie dojść do siebie po poronieniu. Szybko jednak zrozumiałam, że taki dzień nigdy nie nadejdzie. Już zawsze będę odczuwać żałobę po tej stracie, równocześnie z tym, co akurat będzie się działo w moim życiu. Zaczęliśmy więc od nowa i było to dla nas bardzo trudne. Ta niepewność, zastanawianie się, czy tym razem nie potrwa to kilka lat, niezliczone testy ciążowe, nadzieja i stres. To był trudny sprawdzian dla duszy.
Trzy miesiące później nadal byłam w żałobie, gdy test ciążowy ponownie dał wynik pozytywny. Wiedziałam, że mam szczęście, bo wszystko potoczyło się bardzo szybko, jednak w myślach nie mogłam pogodzić radosnych wieści z nadal przeżywaną żałobą. Nie pozwoliłam sobie więc na radość. Nawet nie pozwoliłam sobie uwierzyć, że jestem w ciąży. Byłam absolutnie przekonana, że znowu poronię. Tym razem nie podzieliliśmy się z nikim radosną nowiną. Nie nawiązaliśmy z dzieckiem więzi emocjonalnej. Czułam się zbyt słaba, żeby to zrobić.
Pierwszy trymestr był dla mnie bardzo trudny, i to nie z powodu mdłości, które tym razem były mniej dokuczliwe, ale przez nieustający, obezwładniający lęk. Będąc w ubikacji, za każdym razem sprawdzałam, czy na bieliźnie nie ma śladów krwi, szukałam w internecie rozmaitych informacji ("Czy jeśli jednego dnia mam mdłości, a drugiego nie, to czy miałam poronienie zatrzymane?"), płakałam, odczuwałam stres (a lekarz kazał mi się właśnie nie denerwować - dzięki, to bardzo pomogło).
Przed każdym USG płakałam przez całą dobę z obawy, że znowu zobaczę na monitorze martwy zarodek. Za każdym razem jednak wieści były dobre: "Wszystko w porządku", "Wyniki badań krwi w normie", "Płód rozwija się prawidłowo, do zobaczenia za miesiąc", a ja byłam szczęśliwa przez dwa dni. Potem jednak lęki wracały. Marzyłam o tym, żeby codziennie chodzić na USG, żeby się tak nie zamartwiać. Po trzecim miesiącu postanowiłam zmienić sposób myślenia. Chciałam sobie pozwolić uwierzyć w to dziecko, a nie tylko stale się przejmować, że wydarzy się najgorsze. Moja terapeutka powiedziała mi coś pięknego, co naprawdę mi pomogło: "Nie wiesz, co będzie, ale możesz pozwolić sobie kochać to dziecko tak długo, jak ono z tobą jest". Powoli otworzyłam swoje serce na nieśmiałą radość. Pierwszy raz, kiedy poczułam, jak kopie, był niesamowitym doświadczeniem... Ale potem przez dwa tygodnie nie czułam niczego. Stare lęki wróciły ze zdwojoną siłą.
W piątym miesiącu ciąży zaczęłam spokojniej oddychać. Poczułam, że wszystko może być dobrze, a codzienne kopniaki bardzo mi w tym pomagały. Mniej więcej wtedy powiedzieliśmy o ciąży znajomym. Wróciłam do pisania tej książki.
Wspominam o tym, ponieważ mimo że uważam się za osobę o dużej wiedzy o ciąży, na poronienie zupełnie nie byłam przygotowana. Uderzyło mnie jak obuchem w łeb. Mam nadzieję, że to się zmieni i utrata ciąży przestanie być tematem tabu, a my wszyscy nauczymy się wspierać osoby, które przez to przechodzą. A jeśli dotyczy to również ciebie i też czułaś się w tym osamotniona, to mam nadzieję, że lektura mojej opowieści chociaż trochę ci pomogła.
Doświadczenie utraty pierwszej ciąży dogłębnie mnie odmieniło. Dzięki temu zdałam sobie sprawę, jak cenny i kruchy może być proces dawania życia. Owszem, nie na wszystko mamy wpływ, chociażby na to, jak długo będziemy się starać o dziecko, jak się będziemy wtedy czuć i czy dotknie nas strata. Jest też jednak wiele rzeczy, nad którymi mamy kontrolę. A najważniejszą z nich jest to, co jemy w trakcie dziewięciu najważniejszych miesięcy, czyli ciąży. Czym odżywiamy swoje ciało i swoje dziecko każdego dnia. Wybory żywieniowe, których dokonujemy, to nasze ciche supermoce. To możliwości, jakich nie mamy w życiu zbyt często. O nich właśnie jest ta książka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki