Ciążowa rewolucja. Dziewięć miesięcy, które kształtują przyszłość twojego dziecka - Jessie Inchauspé

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (37,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Nie jesteś piekarnikiem Kilka słów tytułem wprowadzenia Moja historia Trzy trymestry Rozdział 1. Równanie z wieloma ciasteczkami Rozdział 2. Problem sześciu jajek Rozdział 3. Prawdziwe budowanie masy Rozdział 4. Skarb z głębin oceanu Rozdział 5. Uwagi końcowe Rozwiązanie Karmienie piersią i mleko modyfikowane Suplementy Podsumowanie poszczególnych trymestrów ciąży Wszystkiego dobrego! Podziękowania Literatura przedmiotu Przepisy

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25

Kilka słów tytułemwprowadzenia

Przede wszystkim musisz pamiętać, że nawet jeśli nie będziesz robić niczego, co opisałam w tej książce, twoje dziecko najprawdopodobniej urodzi się zdrowe. Gdy moja mama nosiła mnie w brzuchu, każdego ranka jadła na śniadanie płatki kukurydziane Special K posypane ogromną ilością cukru i popijała to dietetyczną Colą. Mimo to jestem zdrowa, pomijając jedynie niezdrową obsesję na punkcie kotów i codzienne kryzysy egzystencjalne, ale tak poza tym to wszystko w normie.

Tylko że... tak naprawdę doświadczałam w życiu wielu problemów natury fizycznej i psychicznej, od ataków paniki, przez depersonalizację (czujesz się obco we własnym ciele), po stan przedcukrzycowy w wieku dwudziestu kilku lat. Nadal się zastanawiam, czy niektóre z nich można by przypisać temu, co działo się w macicy. Może to dietetyczna Cola, a może los tak chciał. Może było mi pisane zostać wielbicielką kotów doświadczającą lekkiego lęku egzystencjalnego. Nigdy się tego nie dowiem na pewno i nie jest mi to do niczego potrzebne, ponieważ jestem dobrze funkcjonującą dorosłą osobą, cieszę się na ogół dobrym zdrowiem i świetnie sobie radzę w życiu.

Jeżeli więc urodziłaś dzieci, nie mając zawartej w tej książce wiedzy, albo gdy natknęłaś się na nią już w wysokiej ciąży, nie martw się. Najważniejsze rzeczy potrzebne do urodzenia zdrowego dziecka już masz: macicę, ciało oraz dostęp do tlenu i pożywienia.

Zawarte w tej książce informacje mogą ci się z początku wydawać przytłaczające, ale nie mają cię wpędzić w poczucie winy ani wzbudzić w tobie lęku. Przedstawiłam je po to, żebyś mogła dodatkowo zmienić coś na lepsze, gdybyś była tego ciekawa. Jeżeli zaczerpniesz z tej książki tylko kilka pomysłów i będziesz je stosować raz na jakiś czas, to świetnie. Nie musisz robić wszystkiego, co tu opisałam, i to codziennie (nawet mnie samej się to nie udawało).

Powinnam też dodać, że zgromadzona tu wiedza nie stanowi magicznego sposobu na ciążę idealną i perfekcyjnie zdrowe dziecko. Mogłabyś stosować się do wszystkich opisanych tu zasad co do joty, a mimo to doświadczyć problemów, na które nie masz wpływu (w dalszej części książki opisuję, co mnie samej niedawno się przydarzyło). Na zdrowie dziecka ma wpływ wiele czynników, nie tylko twoja dieta. Są to: dostęp do opieki medycznej, status społeczno-ekonomiczny, środowisko, w którym rodzi się dziecko, geny, szczęście lub przypadek oraz aspekty, których nawet jeszcze nie rozumiemy.

Ciąża to okres, w którym możesz czuć się tak, jakbyś nie miała wpływu na wiele zmian zachodzących w twoim organizmie, ale to, co jesz, jest jedną z niewielu rzeczy, które możesz kontrolować. Proste, oparte na naukowych podstawach zmiany, które ci proponuję, mogą zapewnić twojemu dziecku lepszy start. W dzisiejszych czasach rośnie liczba przypadków chorób przewlekłych, a coraz młodsi ludzie zmagają się z zaburzeniami psychicznymi, cukrzycą i nadciśnieniem, więc liczy się wszystko, co może polepszyć warunki panujące w macicy, zwłaszcza że - jak się wkrótce przekonasz - coraz więcej badań naukowych wskazuje na związki między życiem płodowym a ryzykiem powstania tych chorób. Chodzi o to, że dysponując tą wiedzą, możesz zwiększyć szanse swojego dziecka na lepsze życie. Nie musisz też czekać, aż zajdziesz w ciążę. Stosowanie tych zasad już wcześniej pomoże ci odnieść sukces w tej dziedzinie. Nigdy nie jest za wcześnie, by zacząć ich przestrzegać.

Poza tym jestem biochemiczką, a nie lekarką. Możesz mnie sobie wyobrazić w roli tłumaczki badań naukowych albo nauczycielki. Zbieram wiedzę zawartą w wynikach badań publikowanych przez naukowców z całego świata i w podręcznikach fizjologii oraz wytyczne organów zajmujących się zdrowiem publicznym, a następnie przekładam je na proste, praktyczne porady, które możesz zastosować w swoim życiu. Dzięki temu wszystkie zawarte w tej książce informacje opierają się na danych i wytycznych populacyjnych, a więc mają służyć celom informacyjnym i poznawczym, a nie diagnostycznym czy leczniczym. Nie uwzględniają twojego indywidualnego stanu zdrowia i nie stanowią porad o charakterze medycznym, więc zanim wprowadzisz do swojej diety jakiekolwiek zmiany, skonsultuj się ze swoim lekarzem prowadzącym ciążę.

Nie jesteś piekarnikiem

Czy kiedykolwiek piekłaś coś w piekarniku? Ciasto, bochenek chleba albo warzywa? Nastawiasz tryb, temperaturę, czas pieczenia, a twoje sprawdzone urządzenie spełnia pokładane w nim nadzieje - podgrzewa swoje wnętrze do zadanej temperatury przez wskazany czas.

Powiedzmy, że pieczesz pyszne ciasto. Wybierasz, kupujesz, odmierzasz i przygotowujesz składniki. Przesiewasz je, topisz, ubijasz i mieszasz. Gdy ciasto jest odpowiednio wyrobione i jesteś zadowolona z efektu, przekładasz je na blachę i wkładasz do piekarnika. Co istotne, podczas pieczenia nie da się już niczego zmienić. Piekarnik nie zamieni murzynka w chlebek bananowy. Nie doda cukru, nie zmniejszy ilości wanilii ani nie dołoży bananów. Nie wpłynie na jakość mąki ani na rodzaj jajek. Jeśli się nie zepsuje ani przypadkowo nie zmieni wybranej przez ciebie temperatury pieczenia, będzie robił to, do czego służy, czyli piekł. Wszystkie składniki ciasta trafiły do niego już wcześniej.

Nie odbiegając daleko od tematu, pomówmy teraz o twojej macicy. Czy wiesz, co twoja macica ma wspólnego z piekarnikiem? Niewiele. Chociaż anglojęzyczne ciężarne mówią o sobie, że mają "bułkę w piekarniku", jest to nietrafione porównanie, ponieważ sugeruje, że cechy dziecka zostały w pełni określone, gdy plemnik połączył się z jajeczkiem. Płynie z niego wniosek, że wystarczy utrzymywać temperaturę trzydziestu siedmiu stopni Celsjusza i nie robić nic, co mogłoby zaszkodzić dziecku (nie palić papierosów, nie brać narkotyków i nie skakać na bungee po wódce), tylko poczekać około czterdziestu tygodni. Można by pomyśleć, że jesteś inkubatorem zapewniającym dziecku tlen, składniki odżywcze i ciepło i zwyczajnie pozwalasz mu się rozwijać. Komunikat, jaki z tego płynie, sprowadza się do tego: nie denerwuj się i pozwól naturze działać. Jest to jednak nieprawidłowe podejście.

Zawodowo zajmuję się prowadzeniem badań naukowych. Wcześniej analizowałam, jak poziom cukru we krwi wpływa na nasze ciało i umysł. Napisałam dwie książki, w których podzieliłam się z czytelnikami wiedzą na temat drobnych nawyków pozwalających utrzymywać glukozę na stałym poziomie, żeby poprawić swój stan zdrowia i dobrze się czuć. Bardzo pomogły one mnie i wielu ludziom. Kiedy zaszłam w ciążę, nadal korzystałam z tych umiejętności. Zagłębiłam się w wyniki najnowszych badań nad żywieniem w czasie ciąży prowadzonych przez naukowców z całego świata. Znalazłam dane publikowane od dziesiątek lat, wyniki badań populacyjnych i świetne książki pełne ważnych informacji, które powinna znać każda matka. Dowiedziałam się, że w ogóle nie przypominamy piekarników, ponieważ przez to, co jemy, a czego nie jemy w ciągu tych dziewięciu miesięcy, wywieramy ogromny wpływ na dziecko, jego zdolności poznawcze i zdrowie w ujęciu długofalowym.

Dotarłam do wielu zaskakujących informacji, na przykład tego, że 90 procent ciężarnych nie przyjmuje z pokarmem wystarczającej ilości choliny. To ważny związek chemiczny (występujący na przykład w wątróbce i jajach), z którego w macicy powstają komórki mózgowe płodu, w pozytywny sposób oddziałuje on również na pamięć i zdolność koncentracji uwagi u dziecka. 70 procent z nas je zbyt mało białka, co może nie tylko przełożyć się na spadek naszej masy mięśniowej, ale i zaprogramować organizm dziecka na tworzenie mniejszej ilości tkanki mięśniowej i rozwój słabszych organów wewnętrznych. Inne ciekawe badania pokazują, że nieposkromiona ochota na cukier w czasie ciąży może być pochodną pradawnego mechanizmu biologicznego, mającego niegdyś zagwarantować dostarczanie płodowi wystarczającej ilości energii. Tyle że w dzisiejszych czasach, gdy pożywienia mamy pod dostatkiem, ten mechanizm, zamiast pomagać - szkodzi. Rzeczywiście większość z nas je w ciąży więcej słodyczy (po części przez takie przesądy, jak na przykład: "teraz jesz za dwoje", przez które spożywamy więcej cukru, niż potrzebujemy). Jednak jedzenie cukru w czasie ciąży może negatywnie odbić się na rozwoju mózgu dziecka i wiązać się ze zwiększonym prawdopodobieństwem powstania u niego w późniejszym życiu zaburzeń psychicznych, cukrzycy, nadciśnienia i otyłości. A to dość ponura perspektywa.

Cukrzyca ciążowa to częsta choroba ciężarnych. Objawia się ona zbyt wysokim poziomem glukozy i poważnie oddziałuje na długofalowe zdrowie dziecka. Większość ciężarnych przyjmuje też w czasie posiłków zbyt mało DHA. Jest to kwas tłuszczowy omega-3, który pomaga neuronom (komórkom mózgowym przetwarzającym informacje) łączyć się ze sobą. Jednocześnie wpływa na obniżenie ryzyka wystąpienia alergii i zmniejsza prawdopodobieństwo przedwczesnego porodu, czyli komplikacji, której częstotliwość rośnie na całym świecie i niesie ze sobą różne długoterminowe konsekwencje. Odkryłam przy okazji fascynujące wytłumaczenia wielu typowych objawów ciążowych, poczynając od nowej wiedzy na temat nudności w pierwszym trymestrze, a kończąc na tym, jak zmienia się skład ciała po porodzie.

Dowiedziałam się też czegoś, co na zawsze zmieniło moje podejście do ciąży: w chwili narodzin sto miliardów neuronów dziecka jest już ostatecznie ukształtowanych i nie zostanie zastąpionych nowymi. A to oznacza, że składniki odżywcze, które mu dostarczasz przez te dziewięć miesięcy, pomagają stworzyć podwaliny jego mózgu na całe życie.

Kolejna ważna informacja dotyczy DNA dziecka. Nie możesz zmienić kodu genetycznego, który dziecko otrzymuje od obojga rodziców (połowę od mamy, połowę od taty), ale to nie koniec. DNA nie jest scenariuszem wyrytym w kamieniu w momencie poczęcia. W czasie ciąży dzieje się coś niesamowitego: to ty masz wpływ na to, które geny dziecka ulegają ekspresji, a które nie. Proces ten, nazywany epigenetyką, odbywa się w drodze zmian chemicznych, które włączają bądź wyłączają poszczególne geny. Naukowcy nazywają to zjawisko programowaniem płodowym, a jednym z głównych czynników odgrywających w tym rolę jest dieta ciężarnej. W praktyce oznacza to, że dziecko rodzi się z profilem epigenetycznym ukształtowanym przez to, co jesz. Jeśli urodzisz kilkoro dzieci, a podczas każdej ciąży będziesz się inaczej odżywiać, twoje dzieci będą zupełnie inaczej zaprogramowane.

Jaki wniosek płynie z przedstawionych tu wyników badań naukowych? Że dieta kobiety w ciąży wpływa na całe życie dziecka.

Trzeba sobie przyswoić bardzo dużo informacji, więc się nie przejmuj - to nie twoja wina, że tego wszystkiego nie wiesz. Ja też nie wiedziałam. Jeżeli masz już dzieci, na pewno nic im nie jest, bo twój organizm skutecznie potrafi kompensować rozmaite niedobory, aby zapewnić dziecku zdrowy rozwój. Jednak to, jak ważne jest odpowiednie żywienie, zbyt rzadko jest przedmiotem rozmowy z ciężarnymi w ramach standardowej opieki medycznej w czasie ciąży. Jeżeli akurat nie zajmujesz się zawodowo przeglądaniem wyników badań naukowych, prawdopodobnie nie będziesz mieć do tych informacji dostępu. Ponadto nauka ma dla nas jasny, ekscytujący komunikat: dieta kobiety w ciąży odgrywa kluczową rolę w dalszym rozwoju dziecka. Z całą pewnością nie sprawdza się tu podejście typu "nastaw i zapomnij", jak przy pieczeniu ciast w piekarniku.

Równie powszechnym i zdecydowanie lepszym porównaniem opisującym relację matki i dziecka jest nasiono zasadzone w ziemi. Takie nasiono zawiera podstawowe instrukcje genetyczne, czyli informację, czy wyrośnie z niego palma, róża czy pomidor. Jak wie jednak każdy dobry ogrodnik (czyli nie ja), najważniejsza jest gleba. Nie wystarczy zasiać rośliny, by wyrosła zdrowa i wysoka. Na bogatej w składniki odżywcze, gęstej, zróżnicowanej i regularnie nawożonej glebie wyrośnie okazalsze drzewo niż na takiej, o którą nikt nie dba. Gleba determinuje również plan genetyczny drzewa, które dostosuje się do środowiska, w jakim żyje, zadowalając się mniejszą ilością składników odżywczych, jeśli ich większa ilość będzie niedostępna.

Tak samo jest w czasie ciąży. Twoje dziecko nie zawsze będzie dostawało to, czego potrzebuje, a to, kim jest, będzie zależało od tego, do czego będzie miało dostęp i na co będzie narażone w twojej macicy. Masz o wiele większą moc, niż sobie wyobrażasz. Na nasiono nie masz wpływu, ale możesz decydować o jakości gleby.

Kiedy zagłębiłam się w lekturę wyników badań, byłam wstrząśnięta i nadgorliwa, chciałam więc na przykład połykać kawałki zamrożonej wątroby wołowej (więcej na ten temat w drugim rozdziale). Przede wszystkim byłam jednak zafascynowana tym, czego się dowiedziałam, i zdeterminowana, aby zastosować najbardziej przydatne zasady w praktyce. Nowo nabytą wiedzę przekułam więc w kilka nawyków, które pomogłyby mi poprawić zdrowie dziecka i które dałabym radę wcielić w życie mimo ciągłych napadów płaczu z powodu burzy hormonalnej, nawału pracy, przeprowadzki i poczucia przytłoczenia całym tym planowaniem przyjścia dziecka na świat.

Kilka miesięcy później zaczęłam dzielić się nowo nabytą wiedzą z ciężarnymi znajomymi. Ich emocjonalne reakcje, czyli na początku zdumienie, a następnie radość, pokazały mi, jak bardzo tego potrzebowały. Właśnie wtedy podjęłam decyzję o napisaniu tej książki - żeby z tej wiedzy mogło skorzystać jak najwięcej osób.

Układ książki jest prosty. Zaczynamy od tego, jak dieta wpływa na dziecko w pierwszym trymestrze, kiedy mamy mdłości, a jak w pozostałym okresie ciąży. Później przechodzimy do sedna sprawy - to cztery rozdziały, z których każdy jest poświęcony jednej regule żywieniowej zapewniającej twojemu dziecku zdrowie na całe życie. Nazywam te reguły "cegiełkami zdrowej ciąży". W każdym rozdziale opisałam wyniki najnowszych badań naukowych, a na koniec - plan działania zawierający praktyczne porady i zalecenia, które możesz od razu zacząć stosować. Pod koniec książki zamieściłam rozdział dotyczący pomniejszych tematów, takich jak kawa czy alkohol, później opisuję poród (i co mi w jego trakcie pomagało), wytyczne dotyczące karmienia piersią i mlekiem modyfikowanym, suplementy diety i całą ciążę w podziale na poszczególne trymestry, a także przedstawiam literaturę przedmiotu. Na samym końcu książki znaleźć można przepisy spełniające przedstawione wcześniej wytyczne.

Pierwszy rozdział jest poświęcony temu, co dzieje się z poziomem cukru we krwi w trakcie ciąży. Po zjedzeniu skrobi albo cukrów poziom glukozy we krwi rośnie. Tego typu wzrosty nazywamy skokami glukozy. W czasie ciąży twój organizm gorzej sobie z nimi radzi, więc mogą być wyższe i bardziej długotrwałe. To ważne, ponieważ mogą zaprogramować DNA twojego dziecka na pewne wyniki, a nawet wzmóc u niego ochotę na cukier w ciągu całego życia. Dowiesz się, co zrobić, kiedy masz niepohamowaną ochotę na słodkie, i dlaczego nieuleganie tego typu zachciankom pomaga ograniczyć ryzyko wystąpienia u dziecka chorób takich jak cukrzyca typu 2. W drugim rozdziale przedstawiam cholinę - niezwykły składnik odżywczy ukrywający się tam, gdzie bardzo łatwo można go znaleźć. W wymierny sposób oddziałuje on na rozwój mózgu płodu. Rozdział trzeci zmieni twoje podejście do białka, dowiesz się z niego również, dlaczego ważna jest twoja masa mięśniowa w czasie ciąży i czemu to, że większość z nas je zbyt mało białka, może przekładać się na skład ciała dziecka nawet po porodzie. W rozdziale czwartym odkrywam przed tobą tajemnice DHA - kwasu tłuszczowego omega-3 pozyskiwanego z alg oceanicznych, który pomaga neuronom dziecka łączyć się i komunikować ze sobą. To bardzo ważne z punktu widzenia rozwoju mózgu dziecka w macicy. Większość matek nie przyjmuje wystarczającej ilości tych trzech cegiełek - choliny, białka i DHA. Wyniki badań naukowych pokazują, że w krajach wysoko rozwiniętych optymalny poziom tych składników osiąga mniej niż 10 procent ciężarnych. Jak już wspomniałam, nie jest to jeszcze ogólnodostępna wiedza.

Podsumowując ten wstęp, pragnę podkreślić, że gdy jesteś w ciąży, stajesz się jednocześnie naukowczynią, magiczką i dawczynią życia, wyposażoną w nadludzkie zdolności. Jeżeli umiesz z nich korzystać, możesz wywrzeć pozytywny wpływ na zdrowie swojego dziecka w całym jego życiu. Bierzmy się więc do roboty.

Moja historia

Uwaga! W tym rozdziale opisuję poronienie. Jeżeli nie masz dzisiaj ochoty na takie tematy, pomiń go i przejdź do następnego.

Szanowna czytelniczko, jeżeli się jeszcze nie znamy, to mam na imię Jessie. Miło mi cię poznać. Większą część tej książki napisałam, będąc w ciąży z moim pierwszym dzieckiem - synem. Nie była to jednak moja pierwsza ciąża. Chciałabym się z tobą podzielić tą opowieścią, ponieważ w tamtym czasie czułam się bardzo samotna i pragnęłam poznać podobne historie innych osób.

W pierwszą ciążę zaszłam w wieku trzydziestu jeden lat, dwa miesiące po usunięciu spirali antykoncepcyjnej. Razem z mężem bardzo się cieszyliśmy, że tak szybko nam się udało. Rozgłosiłam tę nowinę od razu (dosłownie tego samego dnia, w którym zrobiłam test ciążowy) i z marszu rozpoczęłam przygotowania do tego, że nasze dziecko urodzi się w grudniu.

Zaczęłam się interesować tematem żywienia w czasie ciąży i napisałam kilka pierwszych stron tej książki. Na USG chodziłam z wielkim entuzjazmem i nawet nie przeszło mi przez myśl, że coś mogłoby pójść nie tak. Nie martwiłam się o zdrowie dziecka, tylko o to, o co zwykle martwią się przyszłe mamy: który szpital wybrać na poród, czy powinniśmy się przeprowadzić i tak dalej. Szybko poczułam, że to realna zmiana. Pierwsze USG miałam już w piątym tygodniu ciąży. Ujrzeliśmy na nim maleńką, bezkształtną istotkę. Na kolejnym USG, miesiąc później, czyli mniej więcej w dziesiątym tygodniu, usłyszeliśmy bicie serduszka i zobaczyliśmy zarodek, nieco większą maleńką, bezkształtną istotkę. To było wspaniałe doświadczenie.

Mimo że zaczęłam już wtedy odczuwać mdłości, nadal byliśmy bardzo podekscytowani, wybieraliśmy imiona i zastanawialiśmy się, jakiej płci będzie dziecko. Mniej więcej w czternastym tygodniu ciąży zjawiliśmy się w gabinecie ginekologa na kolejne rutynowe badanie. Jak zwykle położyłam się na leżance, lekarz nałożył mi żel na podbrzusze, a ja z nadzieją patrzyłam na monitor aparatu. Gdy pojawił się na nim obraz, wiedziałam już, że to koniec - malutki zarodek nie zmienił się od poprzedniej wizyty i znajdował się na dnie macicy, zgnieciony i bez życia, niczym martwa ryba na dnie akwarium.

Po dziesięciu sekundach ciszy lekarz potwierdził to, co przeczuwałam - serce płodu przestało bić. Ciąża obumarła trzy tygodnie wcześniej (czyli po dziesięciu i pół tygodnia), a ja niczego nie zauważyłam. Niczego nie poczułam ani nie miałam objawów poronienia. Nazywa się to poronieniem "zatrzymanym", ponieważ zarodek przestaje się rozwijać i obumiera, ale organizm matki go nie wydala.

Poczułam się tak, jakby uszło ze mnie życie. Kiedy lekarz oznajmił mi, że muszę się poddać zabiegowi, zaczęłam płakać. Byłam w ciężkim szoku. Jeszcze chwilę temu byłam pewna, że za pół roku zostanę mamą, a teraz musiałam się pogodzić z tym, że to koniec. Poczułam tak silny żal, że chciałam paść na ziemię i nie wstawać. Pamiętam, że później, w domu, krzyczałam na cały głos i prosiłam wszechświat, żeby zwrócił mi dziecko. Kłóciłam się, że lekarz musiał się pomylić, że popełnił jakiś horrendalny błąd. Dziwiłam się swojemu ciału - w końcu nosiłam w sobie martwy zarodek przez prawie miesiąc, a nic o tym nie wiedziałam, i co gorsza, musiałam z nim dalej żyć aż do zabiegu. Nie mogłam uwierzyć w to, co mnie spotkało.

Wydaje mi się, że jednym z powodów, dla których byłam w tak wielkim szoku i nie wierzyłam w to, co się dzieje, był fakt, że w ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli o poronieniu. Miałam oczywiście znajomych starających się o dziecko w ramach procedury in vitro, którym się to przydarzyło, ale nie wiedziałam, że jest to równie powszechne wśród osób starających się o dziecko przez naturalne poczęcie. Nie byłam na to przygotowana po części dlatego, że rzadko porusza się ten temat. Myślałam sobie, że skoro jestem młoda i zdrowa, wszystko pójdzie dobrze. Nie zdawałam sobie sprawy, że poronienie może się przydarzyć każdej z nas, w końcu tak kończy się średnio jedna na pięć ciąż. I chociaż dowiedziałam się później, że ciążę straciłam najprawdopodobniej przez wady genetyczne płodu, na które nie miałam wpływu, oczywiście i tak zastanawiałam się, czy jednak nie zrobiłam czegoś źle.

Znaleźliśmy szpital. Kiedy poinformowano mnie, że zabieg (aspiracja próżniowa) musi się odbyć w znieczuleniu ogólnym, zrobiło mi się jeszcze ciężej na duszy. Bardzo nie lubię znieczulenia ogólnego, ponieważ przypomina mi traumę związaną z operacją kręgosłupa, którą przeszłam w wieku dziewiętnastu lat.

Gdy przekazywałam smutną wiadomość znajomym, ich reakcje były albo pomocne i wspierające, albo bezduszne: "Nie myśl o tym". Żeby poczuć się mniej osamotniona, wpisałam w wyszukiwarkę internetową: "celebrytki po poronieniu". Może brzmi to naiwnie, ale desperacko pragnęłam poczuć z nimi jakąś więź. Chciałam wiedzieć, że inni też przechodzili przez to, co ja. Im więcej o tym mówiłam, tym częściej ludziom rozwiązywały się języki. Dowiedziałam się, jak wielu z moich znajomych doświadczyło utraty ciąży, ale o tym nie mówiło. Wydało mi się to okropne. Czułam się opuszczona, jak wrak człowieka.

Zabieg wyznaczono mi na piątek o godzinie trzynastej. Już wcześniej zaproszono mnie, abym w wieczór poprzedzający wizytę w szpitalu wzięła udział w jednym z najpopularniejszych francuskich programów telewizyjnych nadawanych na żywo. Bardzo chciałam tam być. Mogłam to odwołać, ale tego nie zrobiłam. Z punktu widzenia mojej kariery zawodowej był to jeden z najważniejszych dla mnie tygodni, a z perspektywy życia prywatnego - najgorszy. Idąc na plan, udawałam, że wszystko jest w jak najlepszym porządku (3... 2... 1... wchodzimy na antenę!). Trzymałam się z całych sił, starając się nie dać po sobie poznać, że w mojej macicy znajduje się martwy zarodek, a jednocześnie oddać w programie sprawiedliwość mojej pracy zawodowej.

Nadszedł termin zabiegu. Cały czas powtarzałam sobie słowa, które powiedziała do mnie przyjaciółka: "Niech to będzie spokojne pożegnanie". To zdanie nadal wywołuje u mnie łzy. Wybudziłam się ze znieczulenia. Byłam bardzo smutna i wściekła, czułam pustkę.

To był czerwiec. Tydzień później wypadały moje urodziny. W tamtym czasie rozpacz zamieniła się u mnie w gniew. Dlaczego u innych kobiet ciąża przebiega prawidłowo, nie stresują się, nie mają żadnych problemów, a ja muszę przechodzić przez coś takiego? To był trudny proces. Czułam niewyobrażalny ból i musiałam powstrzymywać łzy, ilekroć zobaczyłam na ulicy ciężarną kobietę.

Spadający poziom hormonów w połączeniu z żałobą wyłączyły mnie z życia na kilka tygodni. Doświadczałam wszystkich emocji naraz. Musiałam na nowo zaprogramować swój umysł, swoje oczekiwania i nasze plany. Czułam też wstyd. Ludzie nie umieją rozmawiać o stracie ciąży. Widziałam wyraźnie, że znajomi czują się w mojej obecności niekomfortowo. Popadałam w skrajności - od zastanawiania się, czemu nikt nie pyta, jak się czuję, po nadzieję, że nikt o tym nie wspomni. Tak więc oprócz wściekłości na cały świat czułam też gniew na rodzinę i przyjaciół, że nie wiedzą, jak się wobec mnie zachowywać. Wspaniale.

Piłam hektolitry kawy i rzuciłam się w wir pracy. Pomagały mi pisanie, śpiew i rozmowy z ludźmi, którzy przeszli przez to samo co ja i potrafili o tym otwarcie mówić. Ulgę przynosiło mi też czytanie historii innych. I sama obecność przy mnie męża. Nie pomagało natomiast czytanie radosnych postów ogłaszających czyjąś ciążę (pytałam wtedy sama siebie, czemu nagle wszyscy muszą mieć dzieci).

Po jakimś czasie dostałam od mojego ginekologa zielone światło. Z początku pomyślałam, że zanim zacznę się od nowa starać o dziecko, muszę całkowicie dojść do siebie po poronieniu. Szybko jednak zrozumiałam, że taki dzień nigdy nie nadejdzie. Już zawsze będę odczuwać żałobę po tej stracie, równocześnie z tym, co akurat będzie się działo w moim życiu. Zaczęliśmy więc od nowa i było to dla nas bardzo trudne. Ta niepewność, zastanawianie się, czy tym razem nie potrwa to kilka lat, niezliczone testy ciążowe, nadzieja i stres. To był trudny sprawdzian dla duszy.

Trzy miesiące później nadal byłam w żałobie, gdy test ciążowy ponownie dał wynik pozytywny. Wiedziałam, że mam szczęście, bo wszystko potoczyło się bardzo szybko, jednak w myślach nie mogłam pogodzić radosnych wieści z nadal przeżywaną żałobą. Nie pozwoliłam sobie więc na radość. Nawet nie pozwoliłam sobie uwierzyć, że jestem w ciąży. Byłam absolutnie przekonana, że znowu poronię. Tym razem nie podzieliliśmy się z nikim radosną nowiną. Nie nawiązaliśmy z dzieckiem więzi emocjonalnej. Czułam się zbyt słaba, żeby to zrobić.

Pierwszy trymestr był dla mnie bardzo trudny, i to nie z powodu mdłości, które tym razem były mniej dokuczliwe, ale przez nieustający, obezwładniający lęk. Będąc w ubikacji, za każdym razem sprawdzałam, czy na bieliźnie nie ma śladów krwi, szukałam w internecie rozmaitych informacji ("Czy jeśli jednego dnia mam mdłości, a drugiego nie, to czy miałam poronienie zatrzymane?"), płakałam, odczuwałam stres (a lekarz kazał mi się właśnie nie denerwować - dzięki, to bardzo pomogło).

Przed każdym USG płakałam przez całą dobę z obawy, że znowu zobaczę na monitorze martwy zarodek. Za każdym razem jednak wieści były dobre: "Wszystko w porządku", "Wyniki badań krwi w normie", "Płód rozwija się prawidłowo, do zobaczenia za miesiąc", a ja byłam szczęśliwa przez dwa dni. Potem jednak lęki wracały. Marzyłam o tym, żeby codziennie chodzić na USG, żeby się tak nie zamartwiać. Po trzecim miesiącu postanowiłam zmienić sposób myślenia. Chciałam sobie pozwolić uwierzyć w to dziecko, a nie tylko stale się przejmować, że wydarzy się najgorsze. Moja terapeutka powiedziała mi coś pięknego, co naprawdę mi pomogło: "Nie wiesz, co będzie, ale możesz pozwolić sobie kochać to dziecko tak długo, jak ono z tobą jest". Powoli otworzyłam swoje serce na nieśmiałą radość. Pierwszy raz, kiedy poczułam, jak kopie, był niesamowitym doświadczeniem... Ale potem przez dwa tygodnie nie czułam niczego. Stare lęki wróciły ze zdwojoną siłą.

W piątym miesiącu ciąży zaczęłam spokojniej oddychać. Poczułam, że wszystko może być dobrze, a codzienne kopniaki bardzo mi w tym pomagały. Mniej więcej wtedy powiedzieliśmy o ciąży znajomym. Wróciłam do pisania tej książki.

Wspominam o tym, ponieważ mimo że uważam się za osobę o dużej wiedzy o ciąży, na poronienie zupełnie nie byłam przygotowana. Uderzyło mnie jak obuchem w łeb. Mam nadzieję, że to się zmieni i utrata ciąży przestanie być tematem tabu, a my wszyscy nauczymy się wspierać osoby, które przez to przechodzą. A jeśli dotyczy to również ciebie i też czułaś się w tym osamotniona, to mam nadzieję, że lektura mojej opowieści chociaż trochę ci pomogła.

Doświadczenie utraty pierwszej ciąży dogłębnie mnie odmieniło. Dzięki temu zdałam sobie sprawę, jak cenny i kruchy może być proces dawania życia. Owszem, nie na wszystko mamy wpływ, chociażby na to, jak długo będziemy się starać o dziecko, jak się będziemy wtedy czuć i czy dotknie nas strata. Jest też jednak wiele rzeczy, nad którymi mamy kontrolę. A najważniejszą z nich jest to, co jemy w trakcie dziewięciu najważniejszych miesięcy, czyli ciąży. Czym odżywiamy swoje ciało i swoje dziecko każdego dnia. Wybory żywieniowe, których dokonujemy, to nasze ciche supermoce. To możliwości, jakich nie mamy w życiu zbyt często. O nich właśnie jest ta książka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki