Ciało w procesie psychoterapii - James I. Kepner

Kup ebooka

70.00 zł

-
Proszę czekać

WSTĘP DO WYDANIA POLSKIEGO

Ciało w procesie psychoterapii Jamesa Kepnera to książka, która towarzyszy mi od początku mojej drogi zawodowej. Była jedną z pierwszych, z których poznawałam podstawy modalności Gestalt - pamiętam, jak robiłam staranne notatki i uważnie analizowałam opisy sesji psychoterapeutycznych. Zachwycały mnie podane interwencje, fenomenologiczne opisy doświadczenia, świadomość "tu i teraz", która przenika każdą stronę.

Dziś, po wielu latach pracy, wiem, że niektóre publikacje czytamy, by zdobyć wiedzę, a inne towarzyszą nam w procesie stawania się psychoterapeutą, superwizorem, nauczycielem - a przede wszystkim Człowiekiem. Do takich wracamy, by odkrywać głęboki sens tego, co dzieje się w kontakcie, w relacji, w ciele i świadomości. Nie tyle dla konkretnych narzędzi - choć one też są cenne - ile po to, by przypominały, że psychoterapia to Spotkanie żywego organizmu z Drugim organizmem, na granicy kontaktu.

Chyba nikt inny w tak przejrzysty i przystępny sposób nie wyjaśnia tematów, takich jak: figura i tło, samoregulacja, zjawisko oporu, twórcze przystosowanie, biegunowość czy style kontaktu.

Warto zauważyć różnicę pomiędzy pierwszym a wznowionym wydaniem.

Okładka. Kiedy dowiedziałam się o pomyśle na lustrzaną okładkę, poczułam dreszcz i wzruszenie. Trudno było mi ubrać w słowa, jak bardzo ten pomysł jest spójny z duchem i treścią tej książki. Bo przecież spotkanie z nią jest także spotkaniem z samym sobą - z ciałem, ze spojrzeniem sobie w oczy, które są zwierciadłem naszej duszy, w których to my sami, jak nikt inny na świecie, możemy odkryć swoją Prawdę.

Czasem mniej słów znaczy więcej - i mam poczucie, że tutaj właśnie tak jest. Ta okładka staje się metaforą, w której każdy czytelnik odnajdzie swój sens i znaczenie.

Zmiana tytułu w tym wydaniu - czyli usunięcie bezpośredniego odniesienia do Gestalt - wcale nie oznacza odejścia od tej tradycji. Wręcz przeciwnie: Kepner pokazuje, że praca przez ciało jest fundamentem współczesnej psychoterapii i że jej znaczenie wykracza poza granice poszczególnych nurtów. Każdy terapeuta, niezależnie od stosowanej modalności, znajdzie tu inspirację, by lepiej zrozumieć, jak ciało uczestniczy w procesie kontaktowania, jak integrować ten często wyparty aspekt "ja".

Książka jest uniwersalna - może służyć wszystkim psychoterapeutom, którzy chcą docenić rolę ciała w kontekście całego człowieka, a nie traktować go w oderwaniu od jego doświadczenia.

Moje osobiste przekonanie jest takie, że przyszłością psychoterapii, zarówno w Polsce, jak i na świecie, jest terapia przez ciało. Może pojawić się tu pytanie o semantykę specyficzną dla języka polskiego. Spotykamy bowiem terminy: "praca z ciałem", "praca przez ciało", "terapia ciała", "trening pracy z ciałem". Według mnie, terapia Gestalt zawiera w sobie aspekt ciała z samej już definicji. Tak naprawdę nie potrzebujemy zaznaczać pracy przez ciało jako jakiejś wąskiej specjalizacji danego gestaltysty. Nasza egzystencja realizuje się w ciele i doświadczony gestaltysta wie, że człowiek dąży do integracji myśli, uczuć i zachowań, ale wszystkie te aspekty człowieka nieustannie realizują się w ciele. Ciało pamięta, ciało wie pierwsze, ciało zna odpowiedź. Mam wrażenie, że Kepner przypomina nam o tym na swych kartach w sposób niezwykle klarowny.

Wzrost zainteresowania zjawiskami cielesnymi w psychoterapii obecnie jest bardzo duży. Kultura fizyczna jest wszechobecna (joga, bieganie, tai-chi, pilates crossfit itp.), terapeuci poszukują dla siebie co rusz to nowszych metod i narzędzi do pracy z klientem (TRE, Somatic Experiencing, rolfing, feldenkrais, Alexander Technique, terapia kranio-krzyżowa, Movement Medicine, NARM itp.), jednocześnie pragnę zauważyć, że żyjemy w świecie, w którym desensytyzacja jest najbardziej dominującym stylem kontaktowania się wielu z nas. Używamy smartwatchy, które mówią nam, kiedy wstać z krzesła, bo za długo tkwimy w bezruchu, kiedy się położyć, czy jesteśmy wyspani; używamy butelek z podziałką godzinową, aby to zewnętrzne źródło podpowiadało nam, kiedy doświadczamy pragnienia; mamy dostęp do kuchni z całego świata, na jedno kliknięcie kciukiem, a tak naprawdę nie umiemy odpowiedzieć na proste pytanie, czego ja naprawdę teraz potrzebuję, na co ja naprawdę teraz mam ochotę do zjedzenia, czy i czego jestem teraz głodna/-y.

Książka podzielona jest na dwie części. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pojawia się tu subtelna analogia do pierwszego i drugiego tomu PHG (Perls, Goodman, Hefferline Terapia Gestalt tom I i II). Także i u Kepnera w pierwszej części przebijamy się przez meandry teorii, analizujemy zależności i złożoności merytoryczne po to, by w drugiej oddać się doświadczeniu i praktyce. Mam takie wyobrażenie, że Kepner puszcza oko do ojców założycieli i czytelnika.

Pierwsza część, Ciało w procesie psychoterapii, opisuje zależności między procesem ciała i "Ja", podkreślając holistyczne podejście do osoby. Omawia adaptacyjną strukturę ciała - jej naturę i sposób powstawania.

Autor pokazuje swoje rozumienie człowieka z wielką czułością i delikatnością. Krok po kroku odsłania istotę swojej myśli: ciało bywa źródłem naszego cierpienia - zapisuje historię traumy, bólu i nadużyć. Często traktujemy "ja" i ciało jak osobne części. Redukujemy ciało do objawów, które można diagnozować lub leczyć (farmakologicznie), podczas gdy naszą uwagę skupiamy głównie na konfliktach umysłowych i problemach poznawczych, jakby istniały w oderwaniu od całego organizmu.

Co szczególnie poruszające, autor z odwagą podaje, że wielu z nas podejmuje się prowadzenia terapii, pozostając w podobnym jak nasi pacjenci stanie wewnętrznego rozszczepienia. To dla mnie, jako terapeutki i nauczycielki prowadzącej podyplomowe studium pracy przez ciało, główny punkt wyjścia na pierwszych zajęciach ze studentami.

James Kepner pisze: jesteśmy produktem systemów edukacyjnych, programów treningowych, gdzie intelekt uważany jest za jedyne właściwe narzędzie służące człowiekowi. [...] dalej widać to w sposobie pracy terapeuty, który godzinami siedzi bez ruchu w fotelu, ledwo oddycha, słucha i reaguje na pacjenta jedynie w sferze intelektualnej".

Dopóki my, terapeuci, nie ożywimy naszych ciał, oczu, stóp i nóg, rąk, miednicy, gardła i głowy jako części ciała, a nie tylko nośnika naszego intelektu, nie uświadomimy sobie naszego "nieodczuwania", nie zaczynajmy pracy z ciałami naszych klientów.

Autor kładzie nacisk na świadomość jako źródło zdrowia. Porównuje człowieka do lądu, czyli JA, i wody, czyli nieświadomych części. Potrzebna jest zdrowa proporcja lądu do wody, a także umiejętność czerpania pożywienia z wody, to znaczy włączania nieświadomych aspektów JA do naszego życia. Jednak w procesie zaburzenia swojej żywotności i kontaktu ze sobą sprawiliśmy, że stajemy się małymi wyspami oblanymi wodą i te małe wyspy nauczyliśmy się dość brawurowo nazywać JA, a jednak sama możliwość czerpania pożywienia z morza bywa dla nas przerażająca.

Dopóki nie zrozumiemy, że wspieranie tej dychotomii prowadzi nas na manowce, będziemy - często nieświadomie - utrwalać rozszczepienie, zamiast je integrować.

Oddzielenie od ciała jest wynikiem adaptacji do trudnych zdarzeń życiowych doświadczanych także fizycznie. Warto zauważyć, że dzięki pracy nad świadomością tu i teraz nasz układ mięśniowo-szkieletowy i postawa, nie tylko ta fizyczna, ale i psychologiczna, życiowa, będą się zmieniały.

Kepner wprowadza pojęcia biegunowości i holistycznego podejścia do osoby. Człowiek to coś więcej niż suma jego części składowych. "Całość nie jest jedynie wynikiem połączenia ze sobą fragmentów. To tak jak słowo obok słowa nie tworzy zdania, nabiera ono znaczenia dzięki swojej specyficznej strukturze, a nie sumie liter czy wyrazów".

I tu płynnie przechodzimy do kolejnego zjawiska, na które Kepner zwraca naszą uwagę: język jako sposób komunikowania i kontaktowania się ze światem. Dla mnie, jako dziennikarki i psychoterapeutki, szczególnie ważne jest to, że Kepner zwraca uwagę na funkcjonowanie naszego języka i słów w procesie psychoterapii. Według mnie praca przez ciało zaczyna się od języka. Można znać miliony słów, ale jeśli nie są one ucieleśnione - jeśli nie pochodzą z żywego, świadomego ciała - brzmią sucho, mechanicznie, a nawet obco, jak te wyprodukowane przez AI. Wprawny czytelnik od razu wyczuje, że słowa nie są zakotwiczone w realnym doświadczeniu osoby, lecz pozostają intelektualnym konstruktem (jak w przypadku defleksji czy egotyzmu). W terapii liczy się, by język był nośnikiem życia, obecności i świadomości ciała, a nie jedynie suchym opisem rzeczywistości.

Autor mówi o tym, jak sposób, w jaki mówimy o sobie i świecie, wpływa na nasze poczucie sprawczości i kontaktu z ciałem i otoczeniem. Jednym z przykładów może być mówienie o sobie w trzeciej osobie lub np. stosując uogólnienia "ludzie przecież tak mają...", "człowiek zawsze tak ma....", może to umniejszać nasze JA, uprzedmiotawiać ciało i osłabiać odpowiedzialność za własne doświadczenia.

Czytając całą publikację, odczuwam silny wpływ egzystencjalizmu i jego głównych założeń, takich jak: odpowiedzialność, świadomość, wybór, wiara, szacunek do człowieka, wolność czy samotność.

Niezwykle poruszający jest dla mnie szacunek autora dla człowieka, przebijający się niemal w każdym rozdziale. Na przykład pisząc o integracji jako procesie rozwoju, Kepner podkreśla, że nie możemy zmuszać klienta do integracji w celu osiągnięcia naszego sukcesu - byłby to błąd. Proces ten musi zaczynać się od solidnej bazy: wystarczającej świadomości ciała i sygnałów, które z niego płyną, warto podkreślić, że zarówno naszego ciała, jak i klienta. Praca nad integracją ma sens dopiero wtedy, gdy klient potrafi lepiej odczuwać siebie i odróżniać się od innych. Bez wyraźnego wczucia się w swoje JA nie ma możliwości uświadomienia sobie istnienia własnego JA cielesnego.

Autor cały czas przypomina nam, że zmiana w strukturze charakteru nie bierze się z charyzmy terapeuty ani z jego dyrektyw instruujących, jak oddychać, stać czy chodzić. Takie podejście uczy pokory i ustawia terapeutę na właściwej pozycji w relacji terapeutycznej - ramię w ramię, a jednocześnie pół kroku w tle, za klientem. Zmiana staje się możliwa dzięki własnej świadomości klienta, poddanej eksperymentowaniu tu i teraz. Takie podejście zaprasza nas również do refleksji nad odpowiedzialnością w procesie psychoterapii.

Ważną część książki autor poświęca zjawisku oporu. Nie traktuje go jako przeszkody, którą należy usunąć, albo jako mechanizmu czy narzędzia per se, ale jako ekspresję "ja", która została kiedyś wyparta i która dziś domaga się zauważenia, uznania i ponownej integracji.

Opór uważany jest za samo "ja", zarówno obrona, jak i broniący należą do "ja". Dla terapeuty Gestalt zniszczenie lub wyeliminowanie oporu byłoby tożsame z wyeliminowaniem samego "ja". Opór jest po prostu ekspresją "ja", jest wyrazem siły życiowej, twórczym przystosowaniem, kreacją osoby.

To podejście jest mi szczególnie bliskie - widzę w nim coś niezwykle twórczego i żywego. Opór przestaje być problemem, a zaczyna być drogą. Drogą, która - jeśli tylko pozwolimy jej się ujawnić w świadomości - może prowadzić do większej wolności i realnej zmiany.

Dla mnie osobiście i czytelnika, zorientowanego w swojej praktyce na ciało, ważny jest rozdział o dotyku w procesie psychoterapii.

Myślę, że nie będzie on tak użyteczny dla psychoterapeuty reprezentującego klasyczne podejście psychoanalityczne, ale dla humanistycznego egzystencjalisty jest, śmiem twierdzić, jednym z nielicznych, jak nie jedynym, źródłem wiedzy.

Praca przez ciało i dotyk w procesie psychoterapii Gestalt ma dla mnie znaczenie także z punktu widzenia etyki zawodowej. Jesteśmy przedstawicielami zawodu zaufania publicznego, to na nas spoczywa ogromna odpowiedzialność, za profesjonalizm i etyczną pracę. Zapewne wielu z was zgodzi się z tymi zdaniami, jednak co to oznacza w praktyce? Moją uwagę zajmuje każdy rodzaj dotyku w pracy psychoterapeutki. Choćby podanie ręki na przywitanie nowego klienta jest w moim poczuciu znaczącą interwencją psychoterapeutyczną i nie można zostawić jej bez omówienia, mentalizacji i osadzenia w procesie diagnozowania. Zgadzam się z Kepnerem, że udział dotyku w terapeutycznej pracy nie zawsze jest niezbędny, a nawet pożądany. Można naprawdę bardzo wiele zrobić w pracy przez ciało, nie stosując dotyku, a jedynie kierując werbalnie uwagę klienta na jego wrażenia.

Zasadne jest wielopoziomowe podejście do tematu dotyku - filozoficzne, religijne, kulturowe... Autor odważnie i wprost, bez pozostawiania miejsca na spekulacje, niedopowiedzenia czy uwodzenie mówi o tym, że jesteśmy seksualni i że seksualność pojawia się w gabinecie. Dzięki temu, że robi to tak klarownie, nie ma żadnych dwuznaczności ani nieporozumień, a my uczymy się etyki pracy i szacunku wobec siebie i drugiego człowieka.

W tym rozdziale Kepner ponownie zachęca nas, terapeutów, do autopoznania i zrozumienia własnych przekonań oraz nastawienia do dotyku. Zrozumienie swojego "ja" i źródeł swoich introjektów jest podstawowym warunkiem każdego oddziaływania terapeutycznego, a zwłaszcza tak intymnego i bezpośredniego jak kontakt z ciałem drugiego człowieka.

Kepner w niezwykle obrazowy sposób, czerpiąc ze swojego doświadczenia, podaje przykłady i opisuje różne formy dotyku. To prawdziwa kopalnia wiedzy, zarówno dla młodego, początkującego terapeuty, jak i dla doświadczonego praktyka.

Żałuję jednak, że twórca nie rozwinął tego wątku o to, jak płeć i tożsamość terapeuty oraz klienta wpływają na jakość kontaktu i znaczenie dotyku w relacji terapeutycznej.

W pierwszej części książki znajdujemy także niejako wstęp do podstaw teoretycznych Gestalt. Kepner opisuje system kontaktowania się i relacji ze środowiskiem, który u zdrowej osoby jest elastyczny i zmienia się w zależności od wymagań organizmu i kontekstu. "Ja" pojawia się tutaj jako system funkcji kontaktu. Parafrazując Frederica Perlsa: system pobudzenia, orientacji, manipulacji, kontaktu i wycofania się sprawia, że sami organizujemy siebie tak, by przygotować się do zaspokojenia potrzeb. W relacji ze światem manipulujemy, czyli działamy w kierunku własnych potrzeb, a poprzez identyfikację włączamy je do naszego doświadczenia, tworząc "Ja". Jednocześnie, dzięki procesowi alienacji, odrzucamy to, co obce naszej naturze i nie powinno być przyswojone.

Kiedy mamy pełny dostęp do wrażeń płynących z ciała, naprawdę wykorzystujemy cały swój potencjał i kontaktujemy się ze światem w sposób satysfakcjonujący. Ale kiedy nasze funkcje kontaktu pozostają poza świadomością, pojawiają się fragmenty nas samych (wyspy zalane wodą), z którymi nie umiemy się spotkać ani zidentyfikować. To tak jakbyśmy, parafrazując autora, mieli cały dom, ale nie używali jednego pokoju. A przecież on w nas jest, nie możemy go usunąć! Przez to, że zabijemy go deskami, zasłonimy zasłoną i przystawimy szafą, nie zniknie. Jest integralną częścią nas samych. Nie możemy udawać bez końca, że nie ma naszej emocjonalności, naszego seksualnego, witalnego ciała, naszej ekspresji, spontanicznych ruchów; nie możemy zabić deskami naszych potrzeb i pragnień. Jaki jest koszt utrzymywania w izolacji naszych części, skoro one i tak są!

Im bardziej zaburzone i ograniczone są nasze możliwości w kontakcie, tym bardziej nasze doświadczenie siebie i otoczenia staje się fragmentaryczne, chaotyczne i podatne na powstanie oporu. To jest właśnie ten przepiękny moment, kiedy cykl samoregulacji potrzeb staje się czytelny - widać, jak ciało i wrażenia z niego płynące są źródłem naszej równowagi i spokojnego zdrowia.

Zajmując się pracą przez ciało w ujęciu Gestalt, nie sposób sięgnąć do naszych źródeł.

Osobiście jestem wielką miłośniczką prac Wilhelma Reicha i Aleksandra Lowena. Od lat zastanawiam się, jak - i czy w ogóle - można integrować te podejścia z psychoterapią Gestalt. Jestem świadoma zarówno różnic, choćby w podejściu do relacji czy oporu, jak i wspólnych korzeni. Czy integrowanie wiedzy o strukturach charakteru, typach zawieszenia, zbroi mięśniowej, taśmach napięciowych z podstawowymi założeniami Gestalt, dotyczącymi koncepcji zaburzeń człowieka, to już eklektyzm, czy może raczej poszanowanie źródeł i korzeni naszego nurtu? Kepner tłumaczy to w następujący sposób: "Struktura ciała człowieka jest sumą jego organizmicznych adaptacji życiowych. Nasze ciała adoptują się do emocjonalnych i cielesnych urazów, do chorób, operacji i innych zranień [...] i przechodzą w usztywnienia, kiedy zranienia trwają zbyt długo".

Ten sposób myślenia dobrze osadza się w szerszym kontekście podejść pracy z ciałem. Wilhelm Reich - który, co warto przypomnieć, był psychoanalitykiem Fredericka Perlsa i niewątpliwie wywarł wpływ na jego myślenie - wprowadził rozumienie ciała jako nośnika doświadczenia i napięcia. Perls wielokrotnie odnosił się w Głód, ego i agresja do prac Freuda i Reicha, w tym także do jego publikacji wybitnej książki Mordercy Chrystusa.

Kepner uchwycił sedno podobieństw i różnic obu podejść. To od Reicha pochodzi samo sformułowanie metody somatycznej, rozumianej jako praca z ciałem - dziś częściej nazywanej pracą przez ciało. Jednocześnie Kepner odnosi się do dorobku Alexandra Lowena i jego publikacji z lat 1965-1983, wpisując je w szerszy kontekst rozumienia ciała w psychoterapii.

Główna różnica polega jednak na tym, że sam Perls rozumiał ekspresję fizyczną i powstrzymywanie się od niej zawsze w kontekście kontaktu ze środowiskiem i zaspokajania potrzeb organizmicznych. Reich natomiast ujmował je przede wszystkim w odniesieniu do konfliktów wewnętrznych.

Cała praca psychoterapeutyczna polega na tym, aby wspierać zmianę usztywnionych lub zautomatyzowanych struktur w aktywne procesy organizmu i ułatwiać integrację Ja. Celem nie jest usunięcie struktury, lecz jej przekształcenie, zaciekawienie się historią, która się pod nią kryje, oraz zintegrowanie tego, co kiedyś zostało odrzucone i wyparte. Dzięki temu nasze "małe wyspy" mogą powiększyć się, stając się trwałym, stabilnym lądem.

Niemniej cenna jest druga część.

Samoregulacja i cykl doświadczania to jeden z tych modeli, które wyrastają z klasycznych założeń Gestalt - z myśli Perlsa, Goodmana i Hefferline'a - a później były rozwijane i opisywane przez kolejnych terapeutów, między innymi Josepha Zinkera.

Dowiadujemy się tutaj o relacji pomiędzy figurą a tłem, o jej cielesnym podłożu, o tym, jak doświadczenie wyłania się z organizmu i jak bywa przerywane. I właśnie te zakłócenia cyklu - te momenty zatrzymania, zawieszenia, utraty kontaktu, próby ominięcia, zamrożenia, zrobienia bypassu - stają się podłożem trudności i zaburzeń emocjonalnych.

Niesamowitą wartość edukacyjną ma odnoszenie się do stylów kontaktowania się projekcji, introjekcji czy retrofleksji w połączeniu z poszczególnymi etapami cyklu.

Dla mnie osobiście patrzenie na siebie i klienta podczas sesji terapeutycznej w taki sposób porządkuje bardzo wiele. To, co wcześniej wydawało się chaotyczne, niezrozumiałe, bardziej intuicyjne niż ustrukturyzowane, ma swoją dynamikę, swój rytm, swój początek i swoje możliwe domknięcie. Cykl doświadczania czy cykl samoregulacji potrzeb jest według mnie podstawowym "narzędziem" diagnostycznym w procesie psychoterapii Gestalt. Oczywiście, korzystając z perspektywy teorii pola, przejdzie on raczej do tła niż stanie się figurą.

W kolejnych podrozdziałach uutor poświęca dużo wnikliwej uwagi na przeanalizowanie każdego elementu cyklu. Dowiadujemy się, że odzyskiwanie cielesności i wrażliwości to długotrwały proces - proces przywracania człowiekowi poczucia rzeczywistości i świadomości istnienia. Kolejne karty to nie tylko teoria, ale przede wszystkim zaproszenie do eksperymentu i doświadczania. Przerwy w cyklu, opór, przykłady sesji - a wszystko to osadzone w procesie ciała - staje się żywym, podstawowym i niezbędnym narzędziem każdego psychoterapeuty Gestalt.

Wisienką na torcie jest opis przypadku Kevina, gdzie możemy niemal na żywym organizmie zobaczyć teorię w praktyce - z przypisami autora, z metapoziomowymi didaskaliami, z dialogiem, który toczy się "tu i teraz" i odsłania się przed nami krok po kroku.

W podsumowaniu posłużę się myślą Fritza Perlsa, która jak widzę, towarzyszyła Kepnerowi w jego dziele. "Pierwszą rzeczą, od której należy rozpocząć terapię, jest badanie możliwości odbierania wrażeń przez pacjenta i przywracanie wrażliwości jego ciała, a dopiero później - usuwanie tłumienia mięśniowego [...]. Naszym celem jest skoncentrowanie się na funkcjach ego i ich odtworzenie oraz pozbycie się sztywności ciała i rozpuszczenia charakteru, będącego skamieniałą postacią ego [...]. Poprzez pełny kontakt z objawem neurotycznym zyskacie możliwość jego usunięcia".

W książce nie znajdziemy pełnej teorii ani konceptualizacji Gestalt. Czytelnikom, studentom szkół psychoterapii Gestalt i innych modalności zalecam uzupełnienie wiedzy literaturą dodatkową, choćby tą cytowaną w publikacji i wymienioną w obszernej bibliografii. Praca ta jest rozwinięciem terapii Gestalt i esencją jej podejścia, ale nie wyczerpuje całej teorii. Cennym uzupełnieniem będzie studiowanie m.in. takich zagadnień, jak: teoria self, style kontaktu, teoria pola, paradoksalna teoria zmiany czy koncepcja zaburzeń człowieka.

Nieocenionym zasobem tej książki są fragmenty doświadczeń, eksperymentów i procesów terapeutycznych, którymi James Kepner tak hojnie dzieli się z nami. Pomagają nie tylko poszerzyć naszą świadomość i przywrócić kontakt z naszym ciałem, ale mogą stać się prawdziwą inspiracją w pracy gabinetowej. Czytając je, przypominam sobie, że psychoterapia to żmudny, powolny proces, jak koronkowa robota - cierpliwa, wymagająca precyzji, a jednocześnie pełna możliwości zachwytu. Każdy fragment można odbierać jak małą lekcję sztuki kontaktu - odkrywając, jak tworzyć prawdziwą jakość spotkania z drugim człowiekiem, krok po kroku, tu i teraz. I za każdym razem, gdy do tego wracam, rodzi się we mnie fascynacja tym, jak subtelne gesty, oddech czy obecność mogą zmieniać jakość całego procesu terapeutycznego.

W podziękowaniach Kepner pisze: "...i to najważniejsze: dziękuję mojej żonie Mary Ann za jej miłość i troskę podczas wzlotów i upadków pisania. Ona zawsze dbała o to, abym podążał ścieżką serca". Obecność autora wyczuwalna jest nie tylko w słowach, ale również w tempie i sposobie odsłaniania kolejnych fragmentów. Nienachalnie, z empatią wobec czytelnika - jakby w cichym dialogu z nim.

Mam nadzieję, że i Ty, Czytelniku - podobnie jak ja - odnajdziesz w tej książce serce i głęboki namysł. To publikacja, która ma nie tylko wymiar edukacyjny i merytoryczny, ale także konfrontuje nas z nieznanymi dotąd obszarami nas samych, nieświadomymi wysepkami w oceanie nieświadomości.

Jestem niezmiernie wdzięczna Wydawnictwu Oficyna Związek Otwarty, Ani i Kasi, że zdecydowały się wznowić wydanie tej książki. To publikacja, która uczy pokory, przypomina o znaczeniu świadomości ciała, oporu i eksperymentu w pracy psychoterapeutycznej - i pozostaje źródłem inspiracji dla tych, którzy chcą rozwijać siebie i swoje umiejętności, stając się coraz bardziej obecni w kontakcie ze sobą i innymi.

Marta Wołowska psychoterapeutka, superwizorka, założycielka Szkoły Psychoterapeutów Gestalt i podyplomowej szkoły pracy z ciałem w ujęciu GestaltDom Psychoterapii i Edukacji Gestaltwww.domgestalt.pl

PROLOG

Od momentu pierwszej publikacji tej książki w 1987 roku, w specjalistycznej serii niewielkiego wydawnictwa psychologicznego, miałem przyjemność obserwować, jak z czasem zaczęto ją uważać za pozycję podstawową w tej dziedzinie. Trzeba przyznać, że wciąż istnieje zaskakująco niewiele książek obejmujących pogłębioną wiedzę praktyczną. Dlatego cieszy mnie, że zarówno profesjonaliści, jak i osoby spoza środowiska dostrzegli znaczenie i siłę podejścia zorientowanego na ciało w psychoterapii - w szczególności w ujęciu przedstawionym w książce Ciało w procesie psychoterapii Gestalt.

Oczywiście ogromnie raduje mnie tak pozytywny odbiór. Sądzę jednak, że recepcja tej książki wynika tylko częściowo z jej merytorycznego wkładu. Wydaje mi się, że dzieje się tu coś więcej - coś związanego z siłą tej często nieuznawanej strony naszego istnienia: ludzkiego doświadczenia jako istot ucieleśnionych. Ten sam nurt niegdyś skłonił mnie do zgłębiania życia i natury fizycznego "ja".

Ciało w procesie psychoterapii Gestalt (Body Process) dołącza do tradycji, która próbuje skierować światło w mrok zaprzeczenia i nieświadomości, ku czemuś fundamentalnemu dla naszej natury - czemuś tak istotnemu dla naszego funkcjonowania, że aż zdumiewa, iż pomijaliśmy to w tak wielu próbach zrozumienia samych siebie. Chodzi o nasze życie jako istot ucieleśnionych.

Nasza cielesna natura pozostawała "w ciemności" tak długo, ponieważ wywodzimy się z kultury, która rozdzieliła ludzkie doświadczenie, a w konsekwencji wszelkie badania i wyjaśnienia dotyczące człowieka również uległy temu podziałowi. Rozszczepienie ludzkiego doświadczenia i funkcjonowania na "umysł" i "ciało", wraz z innymi sztucznymi podziałami zakorzenionymi w naszym dziedzictwie kulturowym, jak podział na "człowieka" i "naturę", pozostawia nas bez dostępu do całej sfery naszego istnienia, która została dziś zredukowana do poziomu czystego mechanizmu.

A przecież z dziedzictwa Zygmunta Freuda dobrze wiemy, że gdy coś tak fundamentalnego zostaje zignorowane lub wyparte, wcale nie znika. Przeciwnie - jeszcze silniej wzywa nas z ciemności, często w sposób jedynie intuicyjnie odczuwany, pośrednio dostrzegalny, a czasem wyrażany w formach zniekształconych i wypaczonych przez naszą wewnętrzną desperację. To, co jest wpisane w naszą naturę, może zostać zignorowane, stłumione lub ukryte, lecz nie może zostać zniszczone - bo oznaczałoby to zniszczenie nas samych.

Potrzeba uznania całościowej natury problemów "psychicznych" i "emocjonalnych" jest dziś pilniejsza niż kiedykolwiek. Wreszcie jako kultura jesteśmy w stanie przyjąć i wesprzeć pierwotną intuicję Freuda, której - jak zauważa Judith Herman - nie był on w stanie utrzymać pod presją realiów swojej epoki: że zaburzenia psychiczne mają związek z realnym urazem, którego źródło nie może zostać rozpoznane (Herman, 1992). Uraz ten bywa często seksualny lub fizyczny, lecz w szerszym sensie także emocjonalny. Na realny uraz reaguje realna osoba - dziecko, które kształtuje wokół niego swoje ciało, umysł i emocje. Jako terapeuci musimy umieć nie tylko stawić czoło rzeczywistej naturze tych zranień, lecz także zobaczyć w osobach, które do nas przychodzą, kogoś, kto użył całego zasobu swoich dziecięcych możliwości, by poradzić sobie z doświadczeniem urazu: swojego ciała, umysłu i duszy.

Drugie pilne wezwanie do dalszego badania, rozumienia i integrowania wizji człowieka jako istoty ucieleśnionej płynie z rosnącej świadomości, że zdrowie i choroba są w subtelny, lecz fundamentalny sposób zależne od naszych postaw, napięć, oddechu i uczuć. Coraz trudniej utrzymywać pogląd, że człowiek jest czymś innym niż integralną całością. Myśli i postawy są zjawiskami cielesnymi i mięśniowymi - wpływają na wydzieliny naszych organów, rytm komórek oraz nasze nastroje.

Na tym tle widać wyraźnie inne trendy w psychoterapii. Współcześnie dominujące podejście kładzie nacisk na podejścia mentalne i werbalne, takie jak: terapia poznawcza, psychoanaliza relacji z obiektem, krótkoterminowe terapie strategiczne i zorientowane na problem czy terapia systemowa. Medykalizacja psychoterapii oraz rosnąca presja ekonomiczna na standaryzację i technologizację leczenia sprawiają, że pole to staje się coraz bardziej konwencjonalne - a więc coraz bardziej poznawcze w orientacji. Być może jednak to tylko naturalne wahnięcie wahadła. Tendencja do dzielenia i rozszczepiania człowieka jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze - podobnie jak w naszej organizacji psychicznej i fizycznej.

Aczkolwiek w historii psychoterapii można dostrzec wczesne uznanie znaczenia życia cielesnego w związku z problemami "psychicznymi". Wilhelm Reich, wczesny uczeń Freuda, badał mechanizmy obronne charakteru przejawiające się w postawie i napięciach mięśniowych. Jego prace uznaje się za klasyczne w psychoanalizie, mimo późniejszego zerwania z nurtem oraz tragicznego końca jego życia. Nacisk Reicha na znaczenie oddechu, postawy, "pancerza mięśniowego" i energii życiowej w adaptacji emocjonalnej podtrzymywał świadomość, że emocje, ruch i ekspresja cielesna mają wpływ na zdrowie psychiczne, nawet gdy psychoanaliza stawała się coraz bardziej zdystansowana, intelektualna i mentalistyczna.

To właśnie ta mentalistyczna tendencja stworzyła warunki do pojawienia się w latach 60. podejść kładących nacisk na ruch, ekspresję emocjonalną i świadomość ciała w ramach psychologii humanistycznej. Alexander Lowen oraz Fritz Perls, obaj uczniowie Reicha, włączyli wyraźny akcent cielesny odpowiednio do bioenergetyki i terapii Gestalt.

W tym samym czasie pojawiło się silne zainteresowanie terapią tańcem, rolfingiem, masażem, komunikacją niewerbalną, świadomością sensoryczną, tai-chi i innymi sztukami pracy z ciałem jako wsparciem procesu wzrostu i zdrowienia. Choć część tej fali była buntem wobec konformizmu lat 50., odzwierciedlała ona także głębszą potrzebę - dążenie do jedności ciała, umysłu i "ja", znanej intuicyjnie, lecz trudnej do uchwycenia z powodu ograniczeń kulturowych.

Jak przy każdej dychotomii, gdy nie potrafimy zintegrować aspektów całości, ulegają one polaryzacji. Terapia zorientowana na ciało bywała postrzegana jako chwilowa moda lub spychana na margines jako "terapia alternatywna". A jednak nasze cielesne istnienie nie przestaje domagać się miejsca w rozumieniu ludzkiego doświadczenia. Mimo dominujących tendencji mentalistycznych, "wezwanie" płynące z naszej natury fizycznej znajduje drogę wyrazu w psychoterapii.

Nadszedł czas na poważniejszą pracę nad integracją. Książka Ciało w procesie psychoterapii Gestalt jest jedną z takich prób. Co ciekawe, również nurty jungowski (Mindell) i psychoanalityczny (McDougall) coraz częściej uznają fundamentalną rolę cielesności w życiu człowieka.

Podejście opisane w tej książce, oparte na doświadczeniu i procesie, nie zamyka klienta w typologii ciała ani nie narzuca interpretacyjnych schematów. Terapeuta pozostaje otwarty na sposób bycia klienta, na nowe możliwości i na twórcze rozwiązania pojawiające się w spontaniczności procesu.

Szczególnie istotnym obszarem zastosowania tej pracy stała się w ostatnich latach terapia dorosłych osób, które doświadczyły przemocy w dzieciństwie. Wiele z tego, co jest "pamiętane" z tych doświadczeń, przechowywane jest w pamięci ciała: w napięciach, doznaniach, objawach somatycznych i wzorcach ruchu. Praca z procesem cielesnym pomaga rozjaśniać te obszary i wspierać zdrowienie z urazu zapisanego w ciele.

Inny ważny obszar stanowi praca z osobami wychodzącymi z uzależnień, gdzie uzależnienie stanowi formę nadużycia wobec własnego ciała, próbę regulowania doznań i uczuć poprzez substancję. Powrót do ciała jest niezbędny do dalszej integracji.

Nowym polem eksploracji jest także zastosowanie tej pracy w chorobach przewlekłych, w kontekście rodzącej się psychoneuroimmunologii. Coraz wyraźniej dostrzegamy, że doświadczenie ciała może wpływać na przebieg choroby.

Witam więc nowych i dawnych czytelników tego wydania Ciało w procesie psychoterapii Gestalt. Zapraszam do przygody integracji, do szerszej wizji ludzkiego funkcjonowania i do tradycji, która przypomina, że nasze cielesne istnienie nie może zostać zapomniane.

Cleveland, OhioJames I. KepnerMaj 1993

PRZEDMOWAMyślenie syntetyczneJopseph C. Zinker

Żyjemy w czasach, w których terapie uległy daleko idącej specjalizacji. Na pierwszy plan wysuwają się indywidualna kreatywność i innowacyjność, a może nawet improwizacja. Z wysiłków praktyków pragnących pogodzić własną potrzebę przetrwania w gabinecie z wolą reagowania na potrzeby klientów rodzi się coś w rodzaju oddolnego eklektyzmu. Stąd mamy więc terapie "poznawcze", terapie "uwrażliwiające", warunkujące, psychoanalityczne, transakcyjne, terapie zorientowane na pary i rodziny, grupowe. Są zwolennicy Reicha, neoreichianie, rolferzy, wyznawcy poglądów Alexandra i Feldenkraisa oraz hipnotyzerzy. Są egzystencjaliści, przedstawiciele szkoły rogeriańskiej, reprezentanci analizy transakcyjnej, behawioryści, a także nowe generacje błyskotliwych ekspertów oferujących zmianę za cenę krótkiej wycieczki przez czyjś neurolingwistyczny software; tutaj jednostka może zupełnie pominąć świadomość i odnaleźć chwilową ulgę od codziennego stresu. Wszyscy oni tu są, dobrze prosperujący i wychodzący naprzeciw ludzkim potrzebom jasności, ekspresji uczuć, odprężenia, ruchu i przywrócenia swobody napiętym mięśniom.

W książce tej, opierając się na teorii Gestalt i korzystając z doświadczeń własnej praktyki, Jim Kepner stawia przed sobą ogromne zadanie - zobaczenia pacjenta i przedstawienia go jako tworzącej jedność istoty ludzkiej. To właśnie terapia Gestalt, tkwiąca swymi korzeniami w teorii pola Lewina i kładąca nacisk na jedność układu figura/tło, wydaje się kierunkiem, który może sobie najlepiej poradzić ze zbudowaniem poszerzonej, zintegrowanej wizji całego człowieka.

Interwencja w proces

Co ja, jako terapeuta Gestalt, robię, siedząc naprzeciw drugiej osoby? Jakich przemyśleń dokonuję? Jaki model konstruuję wewnątrz siebie, aby przeprowadzić znaczącą interwencję?

Przede wszystkim patrzę. Widzę mężczyznę siedzącego przede mną, pochylonego do przodu, mówiącego z pasją. Patrzę, jak ten ciemnooki, delikatnie zbudowany mężczyzna próbuje, najlepiej jak tylko potrafi, nadać sens swojemu doświadczeniu. Mogę także słuchać: odbieram jego zachrypnięty od papierosów głos - napięty i z trudem wydobywający się z zaciśniętego gardła. Słyszę także, jak oddycha i jak ciężko pracuje jego klatka piersiowa. Jeśli zechcę, mogę skupić swoją uwagę na jego zapachu lub dotknąć go.

Jestem świadom jego języka, jego chłopięco-dziecięcych fantazji i nerwowej tendencji do powtarzania ulubionych słów. Wiem, że przynajmniej w tym momencie w pełni zainwestował w to, by być ze mną właśnie tutaj. Zdaję sobie sprawę, że jest nas tu dwóch, z całą armią innych postaci "stojących" za każdym z nas (nasi rodzice, wujowie, ciotki, nauczyciele, przyjaciele), poganiających nas, krytykujących, wypowiadających uwagi i żądania, chwalących, zadających pytania itd.

Mogę skupić się, jeśli chcę, na jego "chorobie", jego bólu i dyskomforcie, lub też na jego pomysłowości, kompetencji i miłym wyglądzie. Mogę także mieć na uwadze to wszystko razem. Cała ta ogromna liczba danych, z jakimi się konfrontuję, jeśli jednocześnie widzę, słyszę, wącham, dotykam, analizuję i próbuję zrozumieć daną osobę - jest oszałamiająca. Dzięki Bogu, mój klient lubi dochodzić do własnych wniosków. Może przyłączę się w tym do niego. Jasne myślenie jest tym, co ja mogę mu oferować.

Ale w chwili gdy odpowiadam na same jego słowa, nie widzę go tak wyraźnie: moja wizja (jego) jest filtrowana przez jego koncepcję siebie lub moje diagnostyczne rozważania na jego temat. To tak, jakbyśmy stawali się dwiema małymi czarnymi skrzynkami przymocowanymi do aparatów głosowych. Jego oczy rozbłysły wglądem. Włączam się w lingwistyczną perspektywę pacjenta, podążam tym samym torem, którym pędzi jego pociąg, zaprzęgam się jak koń do wozu jego percepcji. A co w tym czasie dzieje się z jego klatką piersiową? Co porabiają matka i ojciec "stojący" za nim w tyle? Co dzieje się z "nami" w pokoju? Jak możemy sobie z tym wszystkim poradzić, nie rozpraszając się i nie popadając w konfuzję?

Mogę skonstruować obraz jego osoby, który będzie zawierał wszystko, co o nim mogę w tej chwili powiedzieć. Zaczynam zadawać sobie pytanie: Jaki jest jego temat (którym zajmiemy się w toku terapii - przyp. tłum.)? Jaka historia jego życia? Jakie dane mogą okazać się użyteczne do zbudowania sobie znaczącego wyobrażenia obecności tego mężczyzny w moim gabinecie?

I kiedy tak integruję w jedną całość rozmaite elementy: historię jego życia, głos, język, widok jego naprężonej szyi, sposób, w jaki się ku mnie nachyla i desperacko wpatruje we mnie, tym, co mnie przede wszystkim uderza, jest jakby błaganie skierowane ku mnie i prośba o wsparcie. Podążając za tym tematem, spoglądam na niego ponownie i zaczynam znacznie wyraźniej dostrzegać te rzeczy, które przed chwilą zauważyłem zaledwie wyrywkowo: jego ramiona wyciągnięte ku mnie, głos, który o coś prosi, głowę, która na cienkiej szyi nachyla się w moją stronę. Oczyma wyobraźni widzę pisklę z otwartym dziobem, błagające matkę o robaka. Gdzie jest mama? Jeśli istnieje żebrak, to gdzież są te osoby, które miały tak wiele, a nic mu nie dały?

Metafora

Opowiada, jak prosi swego szefa o to, by "mógł tu przychodzić raz w tygodniu na trzecią". Mówię mu więc: "Ron, gdy ciebie słucham, mam wrażenie, że żebrzesz o coś" i nagle udaje mi się scalić tysiące pozornie niezwiązanych ze sobą informacji. Na moją wypowiedź reaguje wspomnieniem matki błagającej ojca, by nie wyjeżdżał tak często. Milknie nagle i pyta o coś. Przestaje mówić. Sprawia wrażenie smutnego. Oczy ma wilgotne. Zauważam to wszystko i po pewnych zabiegach przygotowawczych proszę go, aby przyjął teraz w tym pokoju taką pozę, jakby był prawdziwym żebrakiem. Zastanawia się przez chwilę i postanawia spróbować.

Gdy podnosi się z krzesła, uginają mu się kolana i porusza się sztywno jak osiemdziesięcioletni staruszek. "Może rzeczywiście jest we mnie coś z żebraka, choć zwykle zachowuję się dumnie - przypomina mi to wujka Melvina. Wujek Melvin sprawia wrażenie, jakby zawsze był starcem. Teraz trochę ja sam się tak czuję. Wiem, że nie mam, nigdy nie będę miał i że nawet jeśli coś otrzymam, to nie będę na to zasługiwał... skazany jestem, by zawsze żebrać i nigdy nie czuć, że coś mi się należy!".

Po kilku próbach odgrywania wujka Melvina przerywa. Siedzi na podłodze i zaczyna cichutko płakać. "Straciłem swoją dumę" - szepce. Brzuch kurczy mu się od szlochu i głębokiego zawodzenia. Siadam przy nim, podczas gdy on przeżywa żałobę po utraconej części własnego Ja. O wiele później, w następnej sesji, znów mi opowiada o tym, jak jego ciało czuje się żebrakiem. Ja z kolei zastanawiam się głośno, jak wyglądałby on w roli tego "dumnego", który przechodzi obok, nie troszcząc się o to, by rzucić sobie choćby marny grosik. Co wtedy zmieniłoby się w kształcie jego ramion, piersi, kolan czy miednicy?

Jakim obrazem możemy się posłużyć, by ogarnąć całokształt drugiego człowieka? Jest to obraz procesu. Jest to wizja metafor, które nam przychodzą do głowy w związku z tym człowiekiem, których on sam nie dostrzega, ponieważ jest mocno zaangażowany we własną wersję swojej historii.

W jaki sposób dochodzimy do właściwej interwencji w proces? Musimy odsunąć się od pacjenta, oderwać od tego, co on widzi, a jednocześnie być z nim. Musimy zanurzyć się we własnej twardości, tam, gdzie nie jest on w stanie do nas dotrzeć, by móc stworzyć bez kompromisów nowy obraz jego osoby.

"Odwracając się" chwilowo od naszego pacjenta, stwarzamy dogodne warunki do tego, by połączyć się z nim w samym jego "zarodku", w jego "jądrze", do którego jeszcze nie dotarł własną świadomością. Tym razem łączymy się z nim za pomocą metafory.

Skąd pochodzi metafora żebraka? Czy on cały nim jest? Oczywiście, że nie: jest on żebrakiem, którego widziałem na ulicy starej dzielnicy Jerozolimy; jest żebrakiem, o którym czytałem w pewnej powieści; jest tym, który pochodzi z mojego dzieciństwa, gdy w czasie wojny odważyłem się podejść do kogoś i prosić o kilka kromek spleśniałego chleba. Mówię mu o jego żebraku, sam będąc ekspertem w tej dziedzinie, człowiekiem, którego klatka piersiowa wciąż chciałaby się zapaść, którego ramiona kulą się, by uchronić serce, a kolana zginają się w pozie starca z Jerozolimy.

Na poziomie egzystencjalnym obaj jesteśmy teraz w tej samej roli. Ja, "starszy żebrak", witający nowego przybysza w naszym bractwie. On, "młodszy", który - jak się zdawało - chwilowo uniknął swego żałosnego losu, lokując siebie w świecie w roli początkującego menedżera korporacji.

Jeżeli stworzymy sobie jego "procesualny" obraz, na który składać się będą wypowiadane przez niego słowa, brzmienie głosu, ruchy ciała oraz smętne wejrzenie, wtedy obraz ten, to nasze wyobrażenie czy metafora przyczyni się do zobaczenia części jego całości. Metafora w tym wypadku zorganizuje jego doświadczenie w otwierający oczy wgląd, który będzie się różnił od jego własnego, małego, spójnego z ego poglądu na świat. Zostanie on wtedy wepchnięty w przestrzeń wewnętrzną, w której niegdyś przebywał i gdzie całe jego ciało i cała dusza były żywe. Dla przykładu - pacjent przypomina sobie scenę z dzieciństwa, kiedy to błagał swego ojca, by wziął go ze sobą do pracy, i wizualizuje ojca, jak w ciemnym zimowym płaszczu odwraca się od niego i samotnie odchodzi w zimny rosyjski poranek.

Zdarzenie, które opisuje, jest dla niego bardzo starą historią. Jeżeli ukierunkujesz tam jego uwagę - dokładnie tam, w jego żyjącą przeszłość, wtedy dołączysz do kolekcji występujących w niej osób. Jeżeli staniesz obok i spojrzysz na niego raz, drugi i dziesiąty, ze świeżym zdumieniem dziecka, być może ujrzysz żebraka, mordercę, mądrego starca, hultaja czy też małe dziecko proszące o cukierek. Linia twojej własnej historii, czerpiąca zarówno z twoich wewnętrznych doświadczeń, jak i z żywych wspomnień twojego pacjenta, pozwoli zainscenizować sztukę, która spowoduje reorientację w jego sposobie widzenia siebie.

Budowanie Ja

Nie ma możliwości prawidłowego stosowania terapii Gestalt i "naprawiania" procesów ciała bez stworzenia sobie bogatego i wielostronnego obrazu własnego życia. Tego typu pracą może zajmować się tylko terapeuta, który jest świadomy swojego procesu.

Dawno temu Carl Rogers skonstruował model świadomości procesu ciała, gdzie jednym z głównych pojęć była zgodność pomiędzy tym, co jest wyrażane, a tym, co doświadczane wewnętrznie, pomiędzy działaniem, a tym, jakim się jest. Zgodność pomiędzy odczuwaniem a myśleniem.

Własna terapia psychoterapeuty wymaga od niego życia w sposób pełny. Dobry terapeuta jest nauczycielem, który umie żyć. Całą tę umiejętność, to swoje bogactwo przynosi on do gabinetu terapeutycznego i tam praca polega już na odnajdywaniu zgodności pomiędzy tym, co było wcześniej doświadczane, a tym, co jest odczuwane aktualnie.

A zatem metafory i to, co staje się tematem dla drugiej osoby, nie bierze się z powietrza. Wszystko to pochodzi z bogatego wnętrza jednostki, z jej wewnętrznego zmysłu poezji, bogactwa wyobraźni, żywego kontaktowania się ze światem, czystej ciekawości i odwagi, aby odbierając wypowiedzi rozmówcy, z rzeczy prostej uczynić coś niezwykłego lub uprościć coś, co jest pozornie złożone. Metafora płynie więc z samych trzewi, z wiedzy, która jest ostatecznie na tyle dojrzała, że może zostać sformułowana w postaci słów, wypowiedzianych wyraźnie, prosto i śmiało - bez udawania i pompatyczności.

Na temat tego rodzaju wiedzy1 Rilke powiedział:

Poezje nie są bowiem, jak ludzie sądzą, uczuciami (uczucia miewa się dość wcześnie) - są doświadczeniami. Gwoli jednej strofy trzeba wiele miast zobaczyć, ludzi i rzeczy, trzeba znać zwierzęta, trzeba czuć, jak latają ptaki, i znać gest, z jakim małe kwiaty otwierają się o świcie. Trzeba umieć myśleć wstecz o drogach w nieznajomych stronach, o niespodzianych spotkaniach i rozstaniach, których nadejście widziało się dawno - o dniach dzieciństwa jeszcze nie wyjaśnionych, o rodzicach, których się martwić musiało, skoro dziecku radość nieśli, a dziecko jej nie rozumiało (była to radość dla kogoś innego), o dziecięcych chorobach, co poczynają się tak dziwnie w tylu ciężkich i głębokich przemianach, o dniach w cichych, bezszmernych izbach i o rankach nad morzem, o morzu w ogóle, o morzach, o nocach podróżniczych, co w dal szumiały hen w górze i z wszystkimi gnały gwiazdami - a to jeszcze nie dosyć, jeżeli komuś wolno myśleć o tym wszystkim! Trzeba mieć wspomnienia wielu nocy miłosnych, z których żadna nie była równa drugiej, krzyku rodzących i wspomnienia lekkich, białych, śpiących położnic, które się zamykają. Ale i przy konających trzeba było spędzać czas, przy zmarłych trzeba było siedzieć w izbie z otwartym oknem i miarowymi szmerami. A nie wystarcza i to jeszcze, że się ma wspomnienia. Trzeba je umieć zapomnieć, jeśli jest ich wiele, i trzeba mieć tę wielką cierpliwość czekania, póki nie wrócą. Bo wspomnienia same to jeszcze nie to. Dopiero kiedy krwią się staną w nas, spojrzeniem i gestem, czymś bezimiennym i nie dającym się odróżnić od nas samych, dopiero wtenczas zdarzyć się może, iż w jakiejś bardzo odosobnionej godzinie pierwsze słowo poezji wstanie pośrodku nich i z nich wyjdzie2.

Działając z tego poziomu, mamy szansę poruszyć pacjenta, dotknąć go, przeniknąć w głąb jego umysłu i serca. Aby w końcu poczuł i doświadczył siebie w swoich kościach, stawach, mięśniach i ścięgnach, gałkach ocznych i kanalikach łzowych, ustach i ślinie. Jest to ten rodzaj interwencji, w którym, jak to świetnie opisuje Jim Kepner, następuje tak dokładne organizowanie naszej świadomości wokół wszystkich okoliczności, że uruchamia to zintegrowany proces.

Porównując pracę Perlsa z podejściem Reicha, Jacobsona i Alexandra, Kepner pokazuje, jak terapia Gestalt wychodzi naprzeciw uczuciom i świadomości jednostki nie na drodze pomijania oporu, ale poprzez włączanie doświadczeń pracy z ciałem w świadomość pacjenta i w obszar jego wyborów.

Praca Kepnera, podobnie jak klasyczna terapia Gestalt, bazuje na świadomości. Fenomenologia jego sesji terapeutycznej wygląda następująco: pacjent rozpoczyna pracę, mając jakąś własną świadomość siebie, włącznie z doświadczeniem sensorycznym wpisanym w jego fizyczne Ja. W czasie terapii zmienia się strona fizyczna i w tym samym czasie zmienia się świadomość: "Gdy rozszerzam klatkę piersiową, czuję się potężnym, twardym człowiekiem". Pacjent, jeśli zechce, może wypuścić powietrze z klatki piersiowej i doświadczyć pewnego rodzaju "ustępliwości" i podatności na zranienie lub też ją nadąć i doświadczyć dumy i siły. Układ mięśniowo-szkieletowy i postawa zmieniają się wraz z rosnącą świadomością i poczuciem własnej złożoności, bogactwa i możliwości wyboru. Są to zmiany całościowe, obejmujące cały organizm i wydają się trwałe przez wiele lat.

Zmiana w strukturze charakteru nie bierze się z charyzmy terapeuty i z jego instrukcji, jak oddychać, stać czy chodzić, ale z poddanej eksperymentowaniu własnej świadomości pacjenta. W wyniku mojej własnej terapii z autorem, jak i po przeczytaniu niniejszego treściwego tomu, jestem głęboko przekonany, że Kepner odnosi się z ogromnym szacunkiem zarówno do tego, co dzieje się na bieżąco z pacjentem, jak i do jego integralności i niezawisłości jako odrębnej istoty ludzkiej. Terapeuta i pacjent są zespołem pracującym wspólnie, starającym się w toku terapii odkrywać i rozumieć dawne, zapomniane doświadczenia pacjenta oraz z nimi eksperymentować.

Doktor Kepner przypisuje szczególne znaczenie oporowi, będącemu według niego integralną częścią Ja i stanowiącemu "głos somatyczny", pozwalający pacjentowi nauczyć się czegoś niezmiernie ważnego. Traktuje on opór jako ekspresję Ja, które ma prawo wyłonić się świadomie, zgodnie z własnym wyborem, w sposób przemyślany. Opór jest postrzegany jako wyparta część Ja cielesnego, które musi zostać wprowadzone do świadomości i zintegrowane z funkcjonowaniem jednostki, dając jej pełnię. Już samo podejście do zagadnienia oporu, sposób jego rozumienia i traktowania wystarcza, by uznać, że dzieło autora stanowi niezwykle istotny wkład w rozwój psychoterapii, a w szczególności terapii Gestalt.

Książka ta jest pierwszym znaczącym wysiłkiem w kierunku zintegrowania tzw. poznawczo-świadomościowych terapii z rozmaitymi kierunkami zajmującymi się procesem ciała i manipulującymi ciałem. Autor prezentuje terapię Gestalt w jej najszerszym wymiarze: przedstawia holistyczne podejście do organizmu i opisuje relację pomiędzy terapeutą a pacjentem, która realizuje się poprzez kierowanie, dotykanie i eksperymentowanie w atmosferze intymnego kontaktu.

Szeroko ujmująca temat, a jednocześnie zwięźle napisana, książka ta nie obiecuje niczego więcej ponad to, co może zaoferować. Bez dramatu, przesady czy fanfar Kepner zamieszcza w niej szczegółowe kliniczne przykłady stosowania wszystkich omawianych zasad i technik. Mimo że nie posługuje się często nadużywanym słowem "twórczy", demonstruje prawdziwie kreatywne podejście do życia i spraw drugiego człowieka.

Instytut Gestalt w Cleveland i jego grono profesorskie mają przyjemność z dumą zaprezentować czytelnikowi tę pięknie napisaną książkę.

Dr Joseph C. Zinker

Mikroskopijne formy krwotoków sercowych bardzo się w naszych czasach rozpowszechniły. Nie wszystkie są śmiertelne. Niektórzy wyżywają. Jest to choroba najnowszych czasów. Myślę, że przyczyny jej są moralnej natury. Od większości nas wymaga się ciągłej obłudy, podniesionej do rangi systemu. Bez szkody dla zdrowia nie można co dzień wyrażać uczuć będących odwrotnością tych, jakich się doznaje, bronić tego czego się nie lubi, i cieszyć się z tego, co przynosi nieszczęście. Nasz system nerwowy nie jest czczym wymysłem, ale fizycznym ciałem złożonym z włókien. Dusza mieści się w nas jak zęby w jamie ustnej. Nie można bezkarnie gwałcić jej w nieskończoność. Ciężko mi było słuchać tego opowiadania o zsyłce, Innokentij, o tym jak ty w tej zsyłce wyrosłeś i przeszkoliłeś się. Wyglądało to tak, jak gdyby koń opowiadał jak sam się ujeździł w maneżu.

Boris Pasternak, Doktor Żiwago

tłum. Paweł Hostowiec, Instytut Literacki, Paryż 19673.

WSTĘPProces ciała a psychoterapia

Główne kierunki psychoterapeutyczne zwykle definiują proces terapeutyczny jako pracę nad problemami psychicznymi i ich uwarunkowaniami. Wszystkie one kładą nacisk na "psychiczny" aspekt terapii - na werbalizacje, myśli, idee, sny itp. Nawet emocje są postrzegane jako zjawisko umysłowe. Niezależnie od tego, czy cel ujmowany jest jako "zredukowanie konfliktu emocjonalnego", "poprawienie obrazu siebie" czy "rekonstrukcja percepcji", nasze teorie i metody psychoterapeutyczne tradycyjnie przywiązują małą wagę do zjawisk zachodzących w ciele. Taki sposób widzenia człowieka jest odbiciem ogólnych nastawień charakterystycznych dla naszej kultury, a mianowicie znacznego przeceniania roli intelektu i rozumu. Psychoterapia jest przecież częścią składową danej kultury i pogląd na nią jest limitowany aktualnie panującymi tendencjami w tej dziedzinie.

Ten jednostronny nacisk na poznawczą stronę natury ludzkiej, chociaż w tej sytuacji zrozumiały (z wymienionych wyżej powodów), zawsze mnie dziwił, zważywszy na głównie cielesną naturę tego całego bagażu, który ludzie przynoszą do nas, rozpoczynając terapię. Takie problemy, jak: otyłość, dolegliwości psychosomatyczne, emocjonalne tłumienie, chroniczne napięcie, brak ekspresji emocjonalnej, bóle głowy, problemy seksualne i uszkodzenia ciała wskutek przemocy fizycznej i seksualnej - wszystko to świadczy o podstawowym fakcie, że nasza egzystencja realizuje się w ciele. To, co przydarza się nam jako ludziom, dotyczy zarówno naszej fizycznej, jak i psychologicznej natury. To, że żyjemy, przejawia się nie tylko w tym, że myślimy i wyobrażamy sobie, ale także w tym, że poruszamy się, przyjmujemy jakąś postawę ciała, czujemy i wyrażamy siebie. Jak możemy więc ignorować coś tak fundamentalnego jak fizyczna natura człowieka, w zawodzie, którego celem jest leczenie Ja4, a więc całej osoby?

A jednak zmiany zachodzą. Coraz częściej zwolennicy głównych kierunków psychoterapeutycznych, ludzie różnych profesji i o różnym przygotowaniu teoretycznym zaczynają traktować zjawiska zachodzące w ciele jako istotne informacje w procesie terapii, nawet jeśli nie dysponują żadnym spójnym podejściem, które by je wyjaśniało. Zmianę tę dostrzegłem także, prowadząc od wielu lat warsztaty treningowe, na których uczę terapeutów, jak rozumieć i jak wykorzystywać procesy ciała w terapii. Kiedyś musiałem długo przekonywać moich studentów, że postawa pacjenta, jego sposób poruszania się i doznania cielesne to ważna sprawa w terapii. Obecnie uważają to za całkiem racjonalne i uzasadnione.

Wydaje się, że wzrost zainteresowania zjawiskami cielesnymi w psychoterapii w ostatnich latach nastąpił pod wpływem dwóch nowych czynników. Jednym z nich jest rozwijanie metod terapeutycznych ukierunkowanych na ciało i różnych dyscyplin cielesnych przez takie kierunki jak psychologia humanistyczna i ruchy rozwoju potencjału człowieka.

Możemy tu wymienić: przywracanie życia organizmowi w metodach terapeutycznych typu reichiańskiego, ukierunkowanie na ciało w terapii Gestalt, a także hatha-jogę, wschodnie sztuki walki, techniki Alexandra i Feldenkraisa oraz rolfing (integrację strukturalną). Drugim czynnikiem jest docenianie roli, jaką niewerbalne zachowanie odgrywa w komunikowaniu się. To rzekomo nowe podejście5 wykorzystują takie metody psychoterapeutyczne jak hipnoza Eriksona i nowoczesne psychoterapeutyczne szkoły komunikowania się (np. trening porozumiewania się w związkach).

Ta fala wzmożonego zainteresowania zjawiskami ciała nie jest jednorodna. Wśród zwolenników nowych metod obserwujemy duże zróżnicowanie, jeśli chodzi o sposób rozumienia procesu ciała w kontekście psychoterapii. Różnice te reprezentowane są przez 4 różne podejścia:

1. metody terapeutyczne, takie jak psychoanaliza i terapia poznawcza, które mało uwagi poświęcają zjawiskom cielesnym z wyjątkiem tych, które są objawami jakichś problemów psychicznych leżących u ich podłoża;

2. metody rozwijające dyscypliny cielesne (wyżej wymienione), które zajmują się wyłącznie procesami fizycznymi - podobnie jak psychoanaliza zajmuje się wyłącznie procesami psychicznymi;

3. behawioralne szkoły komunikowania się, postrzegające zjawiska z poziomu ciała głównie jako zestaw sygnałów, które można kontrolować, lub jako pewne sposoby zachowania się, które można modyfikować;

4. metody terapeutyczne głębi ciała, takie jak szkoła Gestalt i reichiańska, które traktują ciało jako istotny aspekt Ja, a człowieka jako całość.

Celem mojej książki jest przedstawienie i omówienie pewnego szczególnie "głębokiego" podejścia do zjawisk cielesnych. Wyjaśnia ono istotę tych zjawisk i informuje, jak nad nimi pracować w procesie terapeutycznym. Chciałbym podać ogólny zarys tego podejścia, tak aby zwolennicy różnych metod terapeutycznych mogli lepiej docenić znaczenie procesów ciała w kontekście funkcjonowania całego człowieka, a nie w oderwaniu od niego. Spróbuję opisać, jak się to dzieje, że ciało z samej swojej istoty jest częścią Ja, a co za tym idzie, jest w sposób znaczący związane z naszym życiem emocjonalnym, z naszymi stałymi lejtmotywami życiowymi i stanowi fizyczny fundament naszej egzystencji w świecie.

Tym terapeutom, którzy w swojej pracy interesują się przede wszystkim psychiką pacjenta, chciałbym udowodnić, że zajęcie się procesem ciała, a więc doznaniami cielesnymi, świadomością, ekspresją i ruchem, może uczynić ich pracę terapeutyczną nad emocjami i myśleniem znacznie skuteczniejszą. Mam nadzieję, że praktycy zajmujący się różnymi dyscyplinami cielesnymi po przeczytaniu tej książki docenią, jak dużą rolę odgrywa postawa ciała i jego doznania w funkcjonowaniu emocjonalnym i psychologicznym. Terapeutom, których specjalnością jest komunikowanie się, spróbuję wykazać, że znaczenie procesu ciała polega nie tylko na przekazywaniu informacji, lecz także na jego podstawowej, egzystencjalnej ekspresji Ja. I wreszcie liczę na to, że terapeuci, którzy znają już pracę zorientowaną na głębię ciała, otrzymają w tej książce pewien spójny pogląd na człowieka, uzasadniający konieczność jednoczesnego oddziaływania zarówno na ciało, jak i na świadomość pacjenta i jego zdolność do odczuwania własnego Ja.

Do powstania tej książki przyczyniły się moje własne frustracje, a materiał w niej zawarty jest wynikiem integracji różnych kierunków zorientowanych na ciało oraz moich doświadczeń terapeutycznych. Uzasadnienie teoretyczne pochodzi z terapii Gestalt, szczególnie z publikacji Perlsa (1947/1969), Perlsa i in. (1951/2022) oraz z tego, czego nauczyłem się w Instytucie Gestalt w Cleveland, gdzie byłem zarówno studentem, jak i pracownikiem. Chociaż główny nacisk w książce położyłem na sprawy związane z ciałem, nie starając się podać pełnego opisu terapii Gestalt, to jednak czytelnicy, którzy nie znają tego podejścia, znajdą w niej wystarczające wprowadzenie w jej zasady. Ci, którzy pragnęliby dowiedzieć się nieco więcej o istocie terapii Gestalt, powinni zapoznać się z literaturą cytowaną w książce. Pracę tę uważam za rozwinięcie terapii Gestalt, a nie za "nową" szkołę terapii.

Autorzy piszący na temat psychoterapii mają podwójne zadanie do wykonania: podać jasny i szczegółowy opis przypadków ilustrujących zastosowanie teorii w praktyce i jednocześnie chronić prywatność pacjentów i ich prawo do pozostawiania ich tajemnic nieujawnionymi. Starałem się respektować jedno i drugie, zmieniając w sposób istotny szczegóły tak, aby nie można było poznać, o kogo chodzi, nie fałszując równocześnie obrazu klinicznego. W wielu miejscach przedstawiając jakiś dialog, tworzyłem go z fragmentów wypowiedzi różnych pacjentów.

ROZDZIAŁ 1Ja i utożsamianie się z ciałem

Wielu ludzi dziwi stwierdzenie, że zajmowanie się doświadczeniami z poziomu ciała, czy to własnego, czy innych ludzi, może być ważnym czynnikiem w rozwiązywaniu problemów dnia codziennego, radzenia sobie z napięciem, układania wzajemnych kontaktów z innymi, rozumienia uczuć. Jeszcze bardziej może dziwić sugestia, że doznania cielesne mają swoje odniesienie do znacznie głębszych problemów Ja, takich jak: zaburzenia tożsamości, konflikty emocjonalne lub poczucie wewnętrznej fragmentacji. Normalnie uważamy, że "ciało" to coś innego niż Ja, a więc coś, co nie ma nic wspólnego z nami, którzy borykamy się na co dzień z prawdziwymi problemami życia.

Ludzie, którzy odczuwają pewien rodzaj niezadowolenia czy cierpienia skłaniający ich do szukania pomocy, często chcą uwolnić się od jakichś niewygodnych dla siebie doznań cielesnych. Pragną, aby wyleczono ich z palpitacji serca i przyspieszonego oddechu, które towarzyszą niepokojom. Chcieliby, aby znikły napady złości i doznania związane z lękiem. Chcą, aby uwolnić ich od napięcia w mięśniach czy nieustannych bólów głowy. Ale cierpią nie tylko z powodu dolegliwości i różnych objawów cielesnych. Często także w ogóle nie akceptują swojej fizycznej natury, uważają, że są brzydcy i niedostosowani. Mogą też dojść do wniosku, że zajmowanie się swoimi doznaniami cielesnymi jest zbyt seksualne i zwierzęce. Skupianie uwagi na ciele może być u nich tak skojarzone z bólem, chorobą lub przemocą, że wolą tego unikać. Dlatego też, początkowo, zachęcanie do zainteresowania się tym właśnie aspektem siebie może się wydawać sprzeczne z pragnieniem wyleczenia z problemów, z którymi zgłosili się do terapii.

Większość z nas podejmuje się prowadzenia terapii, będąc w podobnym jak pacjenci stanie rozszczepienia wewnętrznego, choć z nieco innych powodów. Teorie i metody, których nas nauczono, oferują możliwość dokonywania zmian głównie poprzez pracę nad konstruktami umysłu, zajmowanie się konfliktami, problemami poznawczymi, trudnościami w kontaktach z innymi ludźmi, obrazem świata i własnej osoby. Zgodnie z nimi zjawiska cielesne to tylko objawy, które można diagnozować, sposoby zachowania, które się modyfikuje, i sposoby komunikowania się, które można próbować zrozumieć lub które uważa się za symbole procesów poznawczych leżących u ich podłoża.

Do tego dochodzą trudności, jakie każdy z terapeutów może mieć w kontaktowaniu się ze swoim ciałem. My, terapeuci, mamy często takie same kłopoty z doznaniami cielesnymi jak nasi pacjenci. Jesteśmy produktem systemów edukacyjnych i programów treningowych, gdzie intelekt jest uważany za jedyne właściwe narzędzie służące człowiekowi do radzenia sobie z problemami. Widać to w sposobie pracy terapeuty, który godzinami siedzi bez ruchu, ledwo oddycha oraz słucha i reaguje na pacjenta tylko w sferze intelektualnej.

Ale styl pracy terapeutycznej to nie jedyny czynnik naruszający jedność ciała i Ja. Podobnie funkcjonuje nasz język. Nie istnieje przecież żadne pojedyncze słowo, które odnosiłoby się do pojęcia "Ja-ciało". Najczęściej mówimy "moje ciało", tak samo jak "mój wóz", dając tym do zrozumienia, że uważamy je za swoją własność, a nie za siebie. Nasz język utwierdza nas w tym, że ciało jest tylko obiektem.

Zważywszy na powszechność tego zjawiska, trudno się dziwić, że sugestie, aby traktować ciało i jego doznania jako doświadczenie siebie, wywołują zakłopotanie. Co właściwie mam na myśli, mówiąc coś takiego?

Doświadczanie ciała jako doświadczanie Ja

Zaproponuję ci teraz pewien eksperyment. Twoim zadaniem będzie skupienie całej uwagi na doznaniach płynących z ciała. Następnie postaraj się uświadomić sobie, czy istnieje spójność pomiędzy odczuwaniem siebie a odbieraniem sygnałów z ciała.

Tak jak teraz siedzisz, nie zmieniając świadomie pozycji, którą przyjąłeś, zacznij siebie obserwować. Jakie są twoje fizyczne odczucia? Czy odczuwasz jakieś napięcia mięśni? Gdzie? Jak oddychasz: szybko, wolno, głęboko? Jaką pozycję przyjęło twoje ciało? Czy "trzymasz" je wyprostowane, czy pozwalasz mu oprzeć się o krzesło? Czy sposób siedzenia jest niedbały, swobodny, wyprostowany czy sztywny? Jak to wpływa na oddech?

W ten sposób zacząłeś uczestniczyć w doświadczaniu swojego ciała. Wielu ludzi mówi mi, że w takiej sytuacji niczego nie czują. Jeśli tak jest z tobą, to ten brak odczuwania jest już sam w sobie ważną wskazówką na temat twojej świadomości siebie. Większość osób odbiera jednak pewne wrażenia związane z procesami ciała; jeżeli będziesz cierpliwy, z czasem odbiór ten stanie się bogatszy i pełniejszy.

Jeśli masz ochotę kontynuować eksperyment, wypowiadaj głośno lub po cichu zdanie typu: "Stwierdzam, że w tym momencie mój oddech jest płytki i powierzchowny" lub "W tej chwili zdaję sobie sprawę z ciepła w moim brzuchu". Nie spiesz się. Pozwól, aby te wypowiedzi pomogły ci skupić uwagę na doznaniach płynących z ciała w tym właśnie momencie.

Być może zauważysz, że pewne wrażenia są silniejsze niż inne. Możesz być na przykład bardziej świadomy swojego oddechu albo postawy ciała, napięcia w szyi lub w nogach. Zgodnie z terminologią Gestalt te właśnie wrażenia stanowią figurę, która wyłania się z ogólnego tła, jakim jest doświadczanie swojego ciała. Wokół tej figury, jeśli jest ona ważna dla Ja, zacznie skupiać się twoja uwaga i gromadzić energia.

A teraz spróbuj zmienić w poprzednio wypowiadanych zdaniach słowa "stwierdzam..." itp. na "jestem...", tak aby dokonać połączenia pomiędzy Ja a doznaniami w ciele. Na przykład zamiast: "Stwierdzam napięcie w barkach", powiedz: "Napinam barki" lub zamiast: "Widzę, że moje ramiona są słabe" - "Jestem słaby w ramionach". Kontynuuj to na kilku (5-6) przykładach.

Co się dzieje, gdy zaczynasz używać terminu "Ja" w odniesieniu do doznań cielesnych? Niektórzy ludzie protestują przeciwko takiemu stawianiu sprawy: "To nie ja napinam moje barki, one już takie są". Jeśli poczułeś taką chęć protestu, wówczas mógłbym zapytać: "Któż więc napina twoje barki, jeśli nie ty sam?". Napięcie jest czymś, co sami sobie robimy w odpowiedzi na coś. Ale być może nie odbierasz jeszcze swojego napięcia na tyle wyraźnie, aby poczuć, że to właśnie ty je tworzysz. Wróćmy więc do eksperymentu, aby przekonać się, czy możemy nieco silniej odczuć swoje Ja w procesach ciała.

Skup swoją uwagę na 2 lub 3 miejscach w ciele, gdzie napięcia odczuwasz wyraźniej. Zastanów się nad każdym z osobna i spróbuj opisać ich charakter. Które z nich odczuwasz jako uciskanie? Napinanie? Związywanie? Ściskanie? To pomoże ci świadomie wyolbrzymić każde z nich, a tym samym wyraźniej poczuć ich charakter.

Zaproponuję ci teraz dodatkowy eksperyment i poproszę, abyś wykorzystał w nim te słowa, którymi określiłeś swoje napięcia. Na użytek eksperymentu przyjmij, że twoje ciało jest twoim Ja. Jeśli na przykład jedno z napięć określiłeś jako "uciskanie", użyj tego słowa do stworzenia dwuczłonowego stwierdzenia na swój temat: "Uciskam siebie i w taki sposób istnieję".

Powtórz te zdania parę razy, aby w pełni ocenić, jakie mają one dla ciebie znaczenie. Poczuj, że zajmując się stanem ciała, jednocześnie określasz stan egzystencjalny.

Jeśli naprawdę uczestniczyłeś w eksperymencie, a nie tylko czytałeś o nim, to 2 lub 3 wybrane przez ciebie stwierdzenia mogą okazać się dla ciebie niezwykle istotne. Mogło ci się udać wyrazić bezpośrednio coś takiego, co przedtem odczuwałeś niejasno i niewyraźnie. Mogłeś też nagle uchwycić jakieś przyczynowe powiązania pomiędzy twoim doznaniem fizycznym a obecną lub przeszłą sytuacją życiową.

A jeśli zmęczyłeś się, usiłując znaleźć cośkolwiek istotnego w ciele i przerwałeś eksperyment w połowie? Albo "nie zauważyłeś niczego" lub miałeś tylko "nic nieznaczące" odczucia? Wtedy poprosiłbym cię, abyś utworzył zdania mówiące o tych trudnościach i abyś zrobił to w taki sam sposób jak poprzednio, gdy wypowiadałeś stwierdzenia na temat doznań cielesnych:

Nie czuję się dobrze w sytuacji, w której zajmuję się swoim ciałem i w taki sposób istnieję.

Niezbyt dobrze odczuwam siebie i w taki sposób istnieję.

Moje ciało nic dla mnie nie znaczy i w taki sposób istnieję.

Zdania, które wypowiadałeś, mówiące o twoim oporze, złym samopoczuciu czy niedocenianiu siebie, a także inne podobne, są stwierdzeniami świadczącymi o twej postawie wobec cielesnego Ja.

Ucieleśnienie

Powyższy eksperyment pozwala lepiej zrozumieć podstawowe założenia terapii Gestalt - że Ja jest w równym stopniu Ja cielesnym, co Ja myślącym. Istniejemy, badamy, pracujemy i wychodzimy naprzeciw naszym stale zmieniającym się potrzebom poprzez naszą naturę fizyczną i za pomocą interakcji ze światem. Doznawanie naszego ciała w równym stopniu jak myśli, wyobrażenia i idee jest częścią nas.

Jeśli mówiąc o wrażeniach cielesnych, zamiast pierwszej osoby (ja) używamy trzeciej osoby, to znaczy że "umniejszamy" siebie. W ten sposób siebie osłabiamy. Im bardziej usuwamy naszą tożsamość z naszego ciała, tym więcej spraw nam się "przydarza". Czujemy, że nie kontrolujemy tego, co się z nami dzieje, że jesteśmy wewnętrznie rozszczepieni i podzieleni na części. Tracimy kontakt z tym, co stanowi absolutną podstawę doświadczeń ludzkich - z naszą cielesną realnością. Jest to oczywiście banalny opis trudności, które my, terapeuci, powinniśmy leczyć. Ale nie różni się on zbytnio od ogólnego stanu naszego społeczeństwa: jesteśmy wewnętrznie rozbici na części, odcięci od naszych uczuć, pozbawieni umiejętności odbierania wrażeń cielesnych i kontroli nad sobą. Czy nie jest przypadkiem tak, że to społeczne zjawisko ma swoje korzenie w naszym stosunku do własnych ciał?

W kolejnych rozdziałach mojej książki spróbuję wyjaśnić, jak to się dzieje, że nasza natura cielesna odgrywa tak ważną rolę w naszym stosunku do świata i jest podstawą naszego kontaktu ze środowiskiem - nie tylko fizycznym, ale przede wszystkim ludzkim - umożliwiając realizację naszych potrzeb i przyczyniając się do naszego wzrostu. Praca z ludźmi nad ich coraz lepszą identyfikacją z ciałem pomaga nam, terapeutom, urealnić nasze abstrakcyjne pojęcie Ja, egzystencji i istnienia i utwierdza nas w słuszności naszego postrzegania człowieka jako całości.

Integracyjna rola Ja

Ponieważ w tekście będę często używał terminu Ja (self), postaram się opisać bardziej szczegółowo, co rozumiem pod tym pojęciem. Koncepcja Ja w literaturze dotyczącej terapii Gestalt jest dość złożona i wieloznaczna, ale dla nas istotna. Złożoność tego pojęcia wynika z jego statusu nieuchwytnej i efemerycznej części organizmu, a jego niejednoznaczność spowodowana jest używaniem tego terminu na wiele różnych sposobów. Terapia Gestalt uznaje Ja nie za rzecz ani nie za strukturę statyczną, ale za płynny proces. Ja nie jest utrwalonym zestawem charakterystycznych właściwości ("Jestem taki i tylko taki"). Możliwości i jakości Ja u zdrowej osoby są elastyczne i zmieniają się w zależności od wymagań organizmu i środowiska. Ja samo w sobie nie ma jakiejś określonej natury, a przyjmuje ją, nawiązując kontakt lub wzajemną relację ze środowiskiem. Określano je jako system kontaktowania się i relacji ze środowiskiem. W tym sensie Ja może być uważane za czynnik integrujący nowe doświadczenia.

Ja dysponuje tym, co nazywamy funkcjami kontaktu, tj. wyspecjalizowanymi możliwościami i sposobami działania. Z tego punktu widzenia należałoby stwierdzić, że Ja to nic innego jak tylko system funkcji kontaktu. Ja opisywane jest jako "system pobudzenia, orientacji, manipulacji oraz różnych identyfikacji i alienacji..." (Perls i in., 1951/2022, s. 213). Te główne kategorie funkcji kontaktu określają podstawowe sposoby, za pomocą których wchodzimy w interakcję ze środowiskiem, aby zaspokoić nasze potrzeby i dostosować się do jego zmian. Dzięki pobudzeniu odczuwamy nasze potrzeby. Za pomocą orientacji sami siebie organizujemy tak, aby przygotować się do zaspokojenia tych potrzeb w relacji ze środowiskiem. Manipulacja to działanie na rzecz naszych potrzeb. Poprzez identyfikację wprowadzamy do naszego organizmu (tworząc Ja) to, co może być zasymilowane, a dzięki alienacji odrzucamy (tworząc nie-Ja) to, co jest obce naszej naturze i nie powinno być przyswojone.

Pełne i adaptacyjne funkcjonowanie organizmu zależy od jego możliwości wykorzystywania funkcji kontaktu tak, aby mógł on sprostać zmieniającym się warunkom, w jakich dochodzi do interakcji ze środowiskiem. Kiedy funkcje kontaktu są poza obrębem świadomości, wówczas organizm nie potrafi już dłużej przystosowywać się płynnie do świata. Te aspekty naszego funkcjonowania, z którymi się nie identyfikujemy - tzn. te, które nie są doświadczane jako Ja - nie mogą być w pełni wykorzystane w kontakcie ze środowiskiem. Im silniej zaburzone i ograniczone są możliwości człowieka w zakresie kontaktu, tym bardziej fragmentaryczne, zdezorganizowane i podatne na powstawanie oporu jest jego doświadczanie siebie i środowiska.

Opierając się na tej definicji Ja, pragnę wykazać znaczenie podłoża cielesnego dla funkcji kontaktu i wyjaśnić, jak rozmaite niedomagania psychologiczne związane są z ubytkiem tych funkcji wskutek ignorowania naszej cielesnej natury. Książka składa się z dwóch części. W pierwszej staram się wyjaśnić, jak się to dzieje, że to, co jest w sposób istotny i niewątpliwy częścią Ja - nasze ciało, ulega wyobcowaniu (wyalienowaniu) i zaczyna być przez nas traktowane jako nie-Ja. Omawiam także kliniczne metody leczenia tego typu rozszczepień. Druga część książki jest szczegółowym, teoretycznym i klinicznym opisem cielesnej natury takich funkcji kontaktu, jak: pobudzenie (odczuwanie), orientacja (wyodrębnianie figury z tła i mobilizacja), manipulacja (działanie), identyfikacja (kontakt) i alienacja (wycofanie i asymilacja).

ROZDZIAŁ 2Ciało i odrzucone Ja6

Opis zdrowia i choroby psychicznej jest prosty. Jest to kwestia identyfikacji i alienacji self: jeśli człowiek utożsamia się ze swoim kształtującym się self, nie hamuje własnego twórczego pobudzenia i sięga ku nadchodzącemu rozwiązaniu; i odwrotnie: jeśli odrzuca to, co nie jest organicznie jego własne, i w związku z tym nie może być dla niego życiowo ważne, lecz raczej zakłóca figurę/tło, to jest to człowiek psychologicznie zdrowy, bo korzysta ze swoich najlepszych władz i w trudnych warunkach życiowych zrobi to, co potrafi najlepiej. Jeśli natomiast człowiek jest sam sobie obcy i ze względu na błędne identyfikacje próbuje podbić własną spontaniczność, to wtedy tworzy sobie życie nużące, zagmatwane i bolesne.

(Perls i in., 1951/2022, s. 96)

Większość z nas nie identyfikuje się ze swoim ciałem jako z Ja lub nie umie go w ten sposób odbierać. Często mamy wrażenie, jakbyśmy żyli w ciele lub zupełnie nie mieli z nim kontaktu. Z punktu widzenia terapii Gestalt (zgodnie z powyższym cytatem) choroba psychiczna pojawia się wtedy, gdy człowiek odrzuca to, co jest organicznie z nim związane, tym samym zaburzając swoje funkcjonowanie. Jak to się dzieje, że stajemy się jakby wyobcowani z własnych ciał (lub sami się takimi czynimy), a identyfikujemy się wyłącznie z naszym umysłowym, bezcielesnym Ja?

Sposoby adaptowania się do wymagającego środowiska

Model rozwoju człowieka w terapii Gestalt zakłada, że wzrost i formowanie się Ja następuje poprzez kontakt (interakcję) ze środowiskiem. Tą drogą wyszukujemy i znajdujemy to wszystko, co jest nam potrzebne do przeżycia i rozwoju, asymilujemy wszystkie nasze doświadczenia, które mogą być spożytkowane dla naszego wzrostu i zmiany oraz odrzucamy te, które nie mogą zostać przyswojone (Perls, 1947/1969). W trakcie tego procesu wzrostu i rozwoju niektóre aspekty lub jakości naszego Ja mogą w warunkach określonego środowiska fizycznego lub społecznego okazać się problematyczne. Na przykład wyrażanie przez dziecko potrzeby miłości może spotkać się z odrzuceniem, agresja z karą, wrażliwość z okrucieństwem, ciekawość z postawą obronną lub brakiem zainteresowania.

Istota ludzka jest odporna i wytrzymała, a pojedyncze wypadki odrzucenia lub karania rzadko powodują trwałe jej uszkodzenie. Aby się rozwijać, nie potrzebujemy idealnego środowiska, ale takiego (parafrazując Winnicotta, 1960), które jest "wystarczająco dobre" dla zdrowego rozwoju. Istnieją jednak także takie oddziaływania ze strony środowiska, których skutek nie jest korzystny. Na przykład stała krytyka i dezaprobata ze strony otoczenia wywierają niebagatelny wpływ na rozwijającą się osobę. Dotyczy to także niektórych pojedynczych zdarzeń, gdy naturalne instynkty dziecka napotykają na tak poważne zagrożenie, jakim jest pozbawienie pożywienia - gdy rodzic zmęczony i przeciążony pracą reaguje wściekłością na płaczące z głodu niemowlę. Podobny wpływ mają relacje na zasadzie "podwójnego wiązania" - gdy rodzic karze dziecko za jego naturalne seksualne zabawy, nazywając je "brudnymi i wstrętnymi", a jednocześnie zachowuje się wobec niego kokieteryjnie i uwodzicielsko.

Tego rodzaju okoliczności stawiają człowieka wobec konfliktu pomiędzy potrzebą przeżycia a "jakością" jego rozwijającego się Ja. Tak jak organizm odrzuca niekorzystne i niechciane aspekty środowiska, tak też pewne aspekty Ja odrzucane przez środowisko ulegają wyobcowaniu. Takie właściwości Ja, jak: potrzeba zaspokojenia ciekawości, pragnienie miłości, wrażliwości, uczucia związane z seksem, zostają wyobcowane lub zgodnie z klinicznym słownictwem wyparte7 z Ja.

Wyparcie się jakichś istotnych aspektów swojego Ja - potrzeb, uzdolnień lub sposobów zachowania - to jakby podjęcie decyzji pozbycia się któregoś z pokoi w swoim domu. Ponieważ jednak nie można go usunąć ze względu na integralność całego budynku, zabija się go deskami i udaje, że go nie ma. Możemy usunąć pewne części nas samych do "zabitej deskami" i ciemnej podświadomości, ale one tam w dalszym ciągu istnieją, nawet jeśli będziemy udawać, że są dla nas "nieważne". Mogę powstrzymywać się od okazywania swojej emocjonalności i mogę usunąć ją z obrazu samego siebie, ale nie mogę całkowicie wydrzeć emocji ze swojego wnętrza. One (ale już nie ja) funkcjonują tam w dalszym ciągu, choć nie są już przeze mnie zauważane.

Co się dzieje z wypartymi aspektami naszego Ja - uczuciami, potrzebami, ekspresją, ruchami i wyobrażeniami? Jak udaje się je utrzymać poza zasięgiem naszego wzroku i naszej świadomości? Na jakim terenie owe funkcje Ja - teraz już nienależące do Ja - działają?

Odszczepienie Ja od ciała

Nieuznawane aspekty Ja w znacznym stopniu mogą w nas przetrwać dzięki ich powiązaniu z funkcjami i procesami ciała. Odnosząc do swojego ciała słowo "ono" zamiast słowa "ja" i utożsamiając siebie z umysłem, przyczyniamy się do tego, że nasze ciało staje się w pewnym sensie odrzuconym Ja. Rozszczepiamy nasz organizm na Ja, które myśli i werbalizuje, oraz na "ono", które czuje i przejawia ekspresję niewerbalną. Większość tego, co wyrzuciliśmy z naszego Ja i uznaliśmy za irracjonalne, dociera do nas w formie wrażeń cielesnych. Ale przede wszystkim odbieramy to, co napływa do nas w formie myśli i ekspresji werbalnej, a więc jest racjonalne, a tym samym nadające się do zaakceptowania przez nasz obraz samych siebie. Zlanie się wypartego Ja z ciałem wynika stąd, że wiele funkcji organizmicznych, których nie mogliśmy zaakceptować, tkwi korzeniami w naszej naturze fizycznej. A zatem rezygnacja przez nas z pewnych aspektów lub funkcji Ja pociąga za sobą wyparcie się odpowiednich, związanych z nimi funkcji lub przejawów cielesnych.

Utrzymanie rozszczepienia, a więc sytuacji, w której "niechciane", wyparte Ja jest poza naszą świadomością, zapewnia cielesny charakter samego stłumienia. Dla terapeutów Gestalt tłumienie nie jest tylko mechanizmem "umysłowym". Możemy utrzymać wyparte Ja z dala od naszej świadomości poprzez hamowanie odpowiednich ruchów fizycznych. Na przykład unikając ruchów sięgania służących nawiązywaniu bliższych kontaktów z innymi ludźmi, zapewniamy sobie niezależność - cechę Ja, z którą się identyfikujemy. Możemy fizycznie tłumić (poprzez odpowiednie napięcia mięśni) i spłycać te doznania cielesne, które są częścią składową takich uczuć, jak: miłość, gniew czy współczucie.

Język Ja dostarcza innych środków do utrzymania wyparcia i nieświadomości. Słownik tej części Ja, z którą się utożsamiamy, staje się w przeważającej mierze werbalny, podczas gdy słownik ciała jest kinestetyczny. Wiadomo, że jeśli na co dzień nie używamy jakiegoś języka, wtedy powoli i systematycznie go zapominamy. Podobnie jest z ekspresją naszego ciała - z czasem przestaje "mieć ona jakikolwiek sens". Język ciała jest bezsłowny, słabo wzmacniany społecznie i trudno o nim mówić. Czyż należy się więc dziwić, że sposób komunikowania się naszego odrzuconego Ja - język ciała - wydaje się irracjonalny i pozbawiony znaczenia? Na dodatek zaburzona jest harmonia, jedność naszego doświadczania, ponieważ uczucia i komponenty ruchowe (aspekty cielesne) towarzyszące, czy to przeszłym, czy obecnym doświadczeniom, są oddzielone od ich aspektów werbalnych i wyobrażeniowych. A jeśli brak w nich wewnętrznej spójności, jeśli nie są jednolitą całością, wówczas mamy trudności z przywoływaniem wspomnień, a zgodnie z teorią Gestalt, zaburzony jest kontakt zarówno z przeszłością, jak i teraźniejszością. To tak, jakby kolejno wycinać części jakiegoś obrazu tak długo, aż nie da się go już rozpoznać.

Jak już powiedziałem, następuje utożsamienie pomiędzy ciałem i nieuznawanymi za swoje aspektami Ja, ponieważ wiele z tego, co staramy się usunąć, oddzielić od naszego Ja, ma silną komponentę fizyczną lub najczęściej jest samo w sobie procesem fizycznym. Terapeuta zorientowany na ciało dobrze wie, jak znaczna część nas samych ma swoje ugruntowanie w ciele, wbrew powszechnej opinii, że nasze rzeczywiste Ja to umysł. Przyjrzyjmy się, które przejawy naszego Ja somatycznego mogłyby podlegać wyparciu.

Ja, które czuje

Powszechnie uważa się uczucia za funkcje umysłu, ale Webster, określając je jako "doznania emocjonalne", wyraźnie sugeruje, że pomiędzy procesami kinestetycznymi a uczuciami istnieje ścisły związek. Traktując człowieka w sposób holistyczny, nie sposób nie zauważyć, że naszym odczuciom towarzyszą jakieś doznania somatyczne8. Odczuwanie smutku związane jest z wrażeniem ciepłego ciężaru w klatce piersiowej, napięciem w przeponie, ściskaniem w gardle i łzami w oczach. Podniecenie powoduje unoszenie ku górze klatki piersiowej, burczenie w brzuchu, mrowienie i "przepływ prądu" w kończynach9.

Spróbuj wykonać na sobie eksperyment polegający na wyraźnym i plastycznym wyobrażeniu sobie jakiejś sytuacji wywołującej w tobie silne uczucia - na przykład wyobraź sobie, że pragniesz spotkać się z kimś kochanym, że wykonujesz jakąś ulubioną czynność lub spierasz się z szefem. Zwróć uwagę na odczucia i reakcje ciała. Jakie są fizyczne komponenty twoich uczuć?

Czasem pojawienie się jakiegoś uczucia rodzi wewnętrzny konflikt - na przykład smutek, który nas ogarnia, jest nie do wytrzymania (tzn. brak wystarczającego podtrzymania albo w samym organizmie, albo ze strony środowiska) lub też słyszymy wypowiedź typu: "My, Johnsonowie, nie poddajemy się takim uczuciom" (a więc ryzykujemy odrzucenie ze strony ważnych dla nas osób). Wtedy z konieczności oddzielamy nasze uczucia od normalnego kontaktu, a w ślad za tym usuwamy je z naszego Ja. Często oznacza to także nasze odseparowanie się od doznań fizycznych związanych z danym uczuciem. Czy próbując wykonać na sobie proponowany przeze mnie niewielki eksperyment, miałeś jakieś trudności? Mogło się zdarzyć, że brak było w tobie jakichkolwiek doznań cielesnych albo że pewnym uczuciom one towarzyszyły (umiałeś je dostrzec), a innym nie. Mogłoby to wskazywać na utratę kontaktu z własnym ciałem i nieuznawanie za swoje Ja cielesnego w związku z przeżywaniem pewnych uczuć10.

Ja, które się porusza

Działanie mięśni jest niezbędną składową naszych relacji ze środowiskiem. To za pomocą ruchu wyrażamy nasze uczucia, manipulujemy środowiskiem, kształtujemy je, wchodzimy w relacje z innymi i reagujemy na nich, tworzymy i zmieniamy nasze granice oraz bronimy naszej organizmicznej integralności.

Słowo "emocja" pochodzi z łaciny: e (poza, na zewnątrz) i movere (poruszać), czyli poruszać na zewnątrz. Trzewny i sensoryczny odbiór uczucia przekształca się w ruch w kierunku lub w obrębie środowiska. Odczuwanie smutku spowoduje płacz - nastąpi to, gdy pozwolimy doznaniom rozwijać się w sposób naturalny, prowadzący do skurczu mięśni oddechowych, do szlochu i do ekspresji żalu na twarzy. Uczucie tęsknoty, jeśli pozwolimy mu przekształcić się w ruch, spowoduje fizyczne poszukiwanie kochanej osoby. Tak naprawdę dopiero poprzez ruch uczucia uzyskują swoje pełne znaczenie. Tylko ruch zapewnia połączenie pomiędzy potrzebą, którą ujawnia uczucie, a środowiskiem, które tę potrzebę może zaspokoić.

Są jednak okoliczności, w których czyjeś emocje - sensoryczny przejaw afektu, muszą ulec stłumieniu lub wyparciu. Także ich ujawnianie może stać się trudne. Jeżeli nasze próby sięgania po coś, uzyskiwania czegoś od innych, są stale krytykowane lub odrzucane, wtedy ujawnianie potrzeby miłości zacznie się wydawać wielkim ryzykiem. Rezultatem będzie stałe napięcie mięśni ramion i klatki piersiowej (w okolicy serca), uniemożliwiające sięganie po miłość. Jeśli nawet niewielka ekspresja złości spotyka się ze sprzeciwem, wtedy ruchy związane z jej wyrażaniem ulegają wyhamowaniu. Gdy dziecko stale dowiaduje się, że chłopcy w jego wieku nie płaczą i że powinno być "silne", to jego mięśnie będą stawiały opór i nie pozwolą mu na okazywanie słabości i na szloch. W taki oto sposób niektóre ruchy jako obce i zagrażające Ja zostają wyparte i przestają spełniać funkcję kontaktowania.

Ruch pojawia się nie tylko w wyniku emocji - jest on niezbędny w każdej interakcji ze środowiskiem. Jeśli badamy ruch i jego funkcje organizmiczne i choć trochę wiemy o środowisku, do którego organizm musi się dostosować, to wkrótce staje się dla nas oczywiste, że nasze zdolności ruchowe muszą podlegać różnym wpływom.

Ponieważ potrzeby organizmu muszą się ostatecznie wyrazić w formie ruchowej (np. potrzeba wchodzenia w jakąś relację i reagowania, określania granic, bronienia integralności, dążenia do czegoś, sięgania i zdobywania pożywienia), to dostosowanie się do wymagań środowiska może spowodować nieujawnianie takich potrzeb i brak ekspresji motorycznej.

Weźmy dla przykładu potrzebę zaspokajania ciekawości - nie ujawni się ona, jeśli nie będzie możliwości manipulowania środowiskiem. A tymczasem rodzice, obawiając się, że dziecko może się od nich uniezależnić, mają tendencję do ograniczania jego aktywności i nie pozwalają mu na zbytnie oddalanie się od siebie. Dziecko więc unika takiego zachowania i boi się go, ponieważ rodzice się go obawiają. I w ten sposób szansa na zaspokojenie jakichś innych istotnych jego potrzeb i na nauczenie się wielu nowych ruchów ciała zostaje zaprzepaszczona. Ponieważ nie możemy zrezygnować z potrzeb, które są tak bardzo związane z naszą naturą, pozbywamy się przynajmniej ich komponenty ruchowej11.

Ja, które cierpi

Okres naszego wzrostu i rozwoju to nie tylko normalne, codzienne sprawy, ale także szereg bolesnych zderzeń ze światem. Przeszkody, na jakie napotykamy, będąc dziećmi, to: krawędzie stołu, gorące piece kuchenne, wyboiste drogi i granice tolerancji dorosłych. Same w sobie nie są one szkodliwe dla naszego rozwoju, jeśli tylko potrafimy je odpowiednio zasymilować z naszym codziennym funkcjonowaniem. Matka całuje zranienie i zmniejszając w ten sposób ból i strach dziecka, "leczy" je. Przewracając się i kalecząc, dziecko być może nauczy się bardziej uważać lub zręczniej poruszać. Spotykając się z gniewem rodziców, zacznie rozpoznawać jego symptomy oraz okoliczności, które do niego doprowadzają. Takie sytuacje dają się zasymilować, ponieważ dziecko może przystosować się i nauczyć radzić sobie z nimi, nie wyrzekając się w żadnej mierze swojej podstawowej integralności, niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania.

Czasami jednak bywa inaczej: cierpienie jest na tyle poważne i długotrwałe, że wymaga większej siły przystosowawczej albo stopniowo ogranicza funkcjonowanie. Znane przykłady to nadużywanie siły fizycznej: ostre bicie, poniżające kary, nieustanna groźba przemocy fizycznej oraz różne manipulacje i działania na ciele drugiej osoby. Jednego z moich pacjentów rzadko bito, ale nieustannie mu tym grożono i przez to zaczął przybierać taką postawę ciała, jakby był stale gotów do uchylenia się od ciosu. Inna osoba często bita przez ojca, mogła znieść ten ból tylko poprzez psychologiczne oddzielenie się (dysocjację) od swojego ciała. Innych pacjentów zmuszano do stania całymi godzinami w kącie tak długo, aż nogi nie mogły ich dłużej utrzymać lub wpychano ich do ciemnego pomieszczenia, gdzie cierpieli z powodu bólu emocjonalnego, samotności i przerażenia. Podobnie przykre i upokarzające (choć nie bolesne) są wszelkie działania i manipulacje dorosłych związane z ciałem dziecka: lewatywy, różne czynności związane z toaletą i in.

We wszystkich tych sytuacjach nieustannego, trudnego do zniesienia cierpienia lub zagrożenia bólem widać wyraźnie, że narażanie na szwank czyjegoś Ja ma niewątpliwy aspekt somatyczny. Dziecko reaguje na takie zranienia wycofaniem z kontaktu powierzchni swojej skóry i mięśni. W przypadku powtarzania się tego typu zdarzeń reakcja dziecka idzie dalej. Oddziela ono swoje poczucie Ja od własnego ciała, nie utożsamiając się z tym obszarem, w którym zlokalizowany jest ból, co zmniejsza jego cierpienie. Skutki tego często obserwuję u ludzi, którzy przychodzą do mnie po pomoc. Ludzie ci rozpaczliwie szukają miłości i bliskich związków z innymi, ale są tak oddzieleni od własnego ciała, że nie mogą pokonać przepaści, jaka powstała między ich Ja, tak głęboko wepchniętym do wnętrza, a innymi ludźmi, z którymi chcą wejść w bliższy kontakt. Własne ciało, które normalnie gra tu rolę pośrednika, nie jest już przez nich identyfikowane jako Ja. Zamiast tego wchodzą w niekorzystne związki, które wzmacniają i utwierdzają konieczność wyparcia się ciała i utrzymują postawę obronną wobec bólu i zranienia.

Chcąc stworzyć warunki, w których pacjent zaryzykuje powrót do swojego ciała, terapeuta musi pracować z takimi uczuciami jak miłość i przywiązanie. Trzeba wejść na nowo w kontakt z każdą warstwą Ja cielesnego i otworzyć wszystkie emocjonalne rany, tak aby wyparte doświadczenia ponownie wyciągnąć "na światło dzienne" i poddać leczeniu. Zmierzenie się z taką sytuacją, w której odnajdując na nowo związek ze swoim ciałem, człowiek wylewa z siebie całą emocjonalną "ropę", jest ciężką próbą zarówno dla pacjenta, jak i terapeuty. Na dodatek osoby mające tak bolesne doświadczenia w kontaktach z ludźmi będą nieustannie testowały granice troski terapeuty i będą rzutowały na niego cechy swoich dawnych prześladowców. Nierzadko bywa też tak, że gdy tacy nieufni i wrażliwi pacjenci uparcie odrzucają okazywaną przez terapeutę troskę i chęć pomocy, to ten, dopasowując się do ich projekcji, sam odreagowuje własny problem12.

Innym przykładem utraty identyfikacji z cielesnymi aspektami Ja wskutek przeżytego bólu są przypadki chorób lub bolesnych zabiegów medycznych. Pewna kobieta, w celu korekcji różnych defektów powstałych przy jej urodzeniu, poddawana była od 3. miesiąca do 18. roku życia corocznym zabiegom chirurgicznym. Jej rodzice i krewni starali się jak tylko mogli zminimalizować uraz związany z operacjami i pomagali jej znosić przykre, ale konieczne leczenie. Nawet przy tak znacznej pomocy ból jest bólem i jej sposoby radzenia sobie z nim doprowadziły w pewnym stopniu do "oderwania" się od swojego ciała. Powoli, w trakcie naszej pracy zaczęła dostrzegać, jak bardzo ten "rozbrat" z ciałem zmniejszył jej możliwości odczuwania i przeżywania życia i jak jej postawa "zadowolę się czymkolwiek" wstrzymywała ją przed sięganiem po wsparcie psychiczne i pociechę, gdy ich potrzebowała.

Seksualne Ja

Seksualność, podobnie jak inne aspekty naszego cielesnego Ja, może być zintegrowana z naszym funkcjonowaniem albo odrzucona. Jeśli u kogoś seksualność jest wyparta lub egodystoniczna, wtedy kontakt z ciałem, szczególnie z okolicami erogennymi, jak również sam fakt fizyczności zostaje usunięty z Ja. Freud podkreślał, że istotny wpływ na seksualność człowieka ma emocjonalne uwiedzenie przez rodziców, które nazwał kompleksem Edypa i Elektry. Reich poruszał ten problem, omawiając wpływ surowych społecznych nastawień moralnych na rozwój psychoseksualny i charakter. Istniejące pomiędzy rodzicem i dzieckiem seksualne emocjonalne uwodzenie i moralne potępianie potrzeb seksualnych wywołują lęk, reakcję odrzucenia i obawy związane z cielesnością.

W takich warunkach Ja seksualne zostaje wkrótce odrzucone jako "ciało" (przestaje być Ja, jest raczej "nim" - przedmiotem). Czy coś, co jest "nieczyste" lub "wstrętne" (w przypadku struktur moralnych dotyczących seksualności) lub też wywołujące strach przed odrzuceniem albo kastracją (w przypadku uwodzenia dziecka przez rodzica), może być częścią mojego Ja? Zaakceptowanie tego czegoś oznaczałoby, że to ja jestem nieczysty i wstrętny lub też że moje uczucia seksualne będą wywoływać we mnie lęk. A więc pewne aspekty mojego organizmu, moja natura cielesna i organy seksualne muszą zostać odrzucone. To teraz "moje ciało" (a nie ja) ma seksualne potrzeby albo moja żona, wobec której muszę spełnić "swój małżeński obowiązek", tego ode mnie wymaga, podczas gdy dla mnie seks jest nieważny lub nie istnieje.

Jeszcze większe spustoszenie powoduje kazirodztwo i przymus seksualny. Jak seksualność może stanowić jedną z funkcji Ja, jeśli organy będące własnością jednej osoby są na każde zawołanie innej osoby? Jak ktoś może być "właścicielem" swojego ciała, jeśli ktoś inny zdobywa i opanowuje je siłą? Jedna z moich pacjentek powiedziała: "Byłam zawsze wykorzystywana seksualnie i dlatego stworzyłam wewnątrz siebie takie miejsce, którego oni nigdy nie mogli dotknąć... Trzymałam je zamknięte i niedostępne, z dala od tego wszystkiego, co robili z moim ciałem". Stworzenie w sobie takiego bezpiecznego miejsca stało się możliwe dzięki oddzieleniu przez kobietę tych aspektów jej samej, wobec których stosowano przemoc, a więc swojego cielesnego Ja, od tego Ja, które odczuwała jako własne.

Ale nie tylko przemoc cielesna narusza kontakt funkcji cielesnych z Ja. Wyparcie może powstać także wskutek straszliwego chaosu emocjonalnego w sferze wrażeń cielesnych, popędów i impulsów. Rodzic będący pod wpływem sprzecznych uczuć i uwikłany w różne sprzeczne działania związane z miłością i karmieniem z jednej strony, a seksualnością z drugiej, wywołuje podobny zamęt w dziecku. Dla przeciętnej rodziny pomiędzy seksualnością a uczuciem miłości istnieje niewielka różnica, dlatego też członkowie rodziny nie wiedzą, jak prosić o miłość, nie prosząc jednocześnie o seks lub go nie obiecując.

Często w rodzinach przemilcza się fakt istnienia nadużyć seksualnych. Dziecko, które jest krzywdzone przez jednego z rodziców, nie może u drugiego znaleźć żadnej pociechy w swojej ciężkiej sytuacji, a często nawet jest zmuszane do ukrywania prawdy. Jeśli trzeba zaprzeczać prawdzie o przemocy, to jedynym rozwiązaniem jest "oderwanie się" od ciała i od "jego" realności. Klinicznym przykładem takiego zjawiska jest depersonalizacja i zupełne zerwanie kontaktu z ciałem u pacjentów tak traktowanych w dzieciństwie. Widziałem wielu pacjentów, którzy nie pamiętali, aby jakieś tego typu zdarzenia miały miejsce w ich latach dziecięcych i którzy przypominali je sobie w trakcie pracy terapeutycznej z ciałem.

Dodatkowy problem leży w tym, że czyny, do których zmusza się dziecko, mogą mu jednocześnie sprawiać przyjemność. Może to być konkretna przyjemność seksualna - u starszego dziecka albo radość, że dzięki niemu "tatuś poczuł się lepiej". Taka sytuacja rodzi w nim jeszcze większy konflikt. Odczuwając przyjemność, dziecko może czuć się faktycznie odpowiedzialne za to, co się stało, a jednocześnie nie orientować się, że nienawidzi tego, co robi, i boi się. Ofiara nadużyć seksualnych przestaje uznawać swoje ciało za swoje nie tylko z powodu bezpośrednich skutków przymusu seksualnego, lecz także w wyniku konfliktowych, niedających się pogodzić uczuć, wywołanych zarówno samą sytuacją, jak i naturalnymi reakcjami dziecka. Próba pogodzenia gniewu z powodu doznawanej przemocy z miłością do rodzica, seksualnej przyjemności z cierpieniem, bezradności z poczuciem siły i sprawczości, poczucia własnej wartości w sojuszu z rodzicem z nienawiścią do siebie za uległość wobec niego - zmuszają dziecko do zaprzeczenia i wyparcia się swojego ciała, "w którym" wszystko to naraz się pojawia.

Pewna pacjentka, wykorzystywana seksualnie w dzieciństwie, często odczuwała pociąg seksualny do osób pełniących wobec niej role "opiekuńczo-rodzicielskie". W jej domu rodzinnym nie różnicowano tych spraw i pewnie stąd później w życiu takie osoby, jak: nauczyciele, przełożeni i opiekuńczy przyjaciel, budzili w niej uczucia i fantazje seksualne. Ponieważ źle się z tym czuła, a do tego uważała, że jest to nieprzyzwoite i złe, nauczyła się traktować siebie jako coś odrębnego i niezależnego od własnego ciała. Dzięki temu nie musiała już "doświadczać" swojego seksualnego Ja. Ponadto utyła i przez to stała się mniej pociągająca dla mężczyzn. Czasami jednak jej uczucia stawały się tak silne, że ujawniały się, a wtedy nie chcąc ich uznać za swoje, alienując je i bojąc się ich, pacjentka "radziła sobie z nimi", wpadając w psychozę. Odseparowała samą siebie nie tylko od swojego ciała, ale i od rzeczywistości, która wywoływała w niej uczucia.

Skala doznań

Stopnie utożsamiania się z ciałem wahają się od umiarkowanego zdystansowania się wobec niektórych wrażeń cielesnych, poprzez znacznie silniejsze i rozleglejsze zaprzeczanie im, przejawiające się w postaci konfliktu związanego z rozmaitymi odczuciami cielesnymi i różnymi sposobami działania, i dalej poprzez depersonalizację i nieco ostrzejsze zaburzenia, aż do zupełnego zerwania kontaktu z ciałem w postaci psychozy. Stopień wyparcia procesu ciała w istotny sposób wiąże się ze stopniem zaburzenia i z możliwością kontaktu z rzeczywistością (rys. 2-1).

Rys. 2-1. Stopnie utożsamiania się z ciałem

Im silniej funkcje kontaktu zostają zrepresjonowane, tym bardziej zawęża się skala zachowań wobec środowiska. Ja staje się sztywniejsze i ulega skrępowaniu, mając mniejszy obszar, w którym wolno mu działać. Dzieje się tak dlatego, że coraz większa część Ja (jego uczuć i sposobów funkcjonowania) zostaje wyalienowana, a więc nie można jej wykorzystywać.

W krańcowych przypadkach następuje zupełne zerwanie kontaktu z ciałem, co obserwujemy w psychozach, kiedy pacjent odseparowuje się niemal całkowicie od odczuć cielesnych i żyje w fantazjach. Sprawa przebiega łagodniej, w formie depersonalizacji, gdy percepcja ciała jest zaburzona lub nieco osłabiona. Ma to miejsce w schorzeniu określanym jako anorexia nervosa, w którym występuje poważne zaburzenie percepcji ciała; w kryzysie neurotycznym - tam odczucia cielesne są, ale istnieją jakby w oderwaniu od człowieka; i w zaburzeniach z pogranicza (borderline), w których ważne elementy Ja cielesnego przestały istnieć w świadomości, dając w rezultacie poczucie fragmentacji i okresowe załamania, gdy człowiek mozolnie usiłuje osiągnąć jedność.

Neurotyk ma większą możliwość kontaktowania się z cielesnym Ja, ale przeszkadza mu w tym poważny wewnętrzny konflikt, związany z niektórymi uczuciami i sposobami działania. Nieprzyznawanie się do niektórych procesów ciała doprowadza u niego do: depresji - w przypadku silnego ich wycofania z kontaktu, lęku - gdy istnieje groźba pojawienia się takich funkcji kontaktu, objawów psychosomatycznych - kiedy pojawiają się one częściowo, ale w sposób zaburzony. Jednakże w kryzysie neurotyk zmuszony jest sięgać po znacznie poważniejsze sposoby radzenia sobie z funkcjami kontaktu i może u niego wystąpić czasowa depersonalizacja. Przy braku stresu neurotyk funkcjonuje "normalnie", a jego potrzeby, uczucia i sposoby zachowania, które stanowią dla niego jakiś problem, pozostają "w uśpieniu". Człowiek taki "kontroluje siebie".

Pomiędzy znerwicowanym a "normalnym" możemy umieścić przeciętnego człowieka o średnim stopniu identyfikacji z ciałem. Ciało jest tu odczuwane, ale często nie jest w pełni uznawane za Ja. Widzimy to zazwyczaj u ludzi, którzy traktują swoje ciało jak maszynę - ćwicząc je, przekarmiając, popędzając i zamęczając pracą - "je", a nie "siebie". Brak identyfikacji jest tutaj subtelny i dość ogólny w formie. Przeciętny człowiek jest nieco zdystansowany wobec swoich doznań cielesnych, a więc ma też tylko trochę stępione uczucia i wrażenia.

Osoba "normalna" doświadcza pewnych skutków nieutożsamiania się z ciałem, ale występują one w bardzo niewielkim stopniu. Jest ona raczej świadoma swojego Ja. Ważne doznania somatyczne i sposoby zachowania są w pełni utożsamiane z Ja, ma ona także możliwości ponownego identyfikowania się z tymi aspektami Ja cielesnego, które wyparła dawniej w procesie twórczego przystosowywania. Waham się przed użyciem terminu "normalny", gdyż jest on trochę niezgodny z duchem terapii Gestalt, ale uważam go za lepszy niż "optymalny", który oznacza standard lub całkowity ideał. Mój punkt widzenia jest taki, że najwłaściwszy stopień identyfikacji z własnym ciałem to ten, który przynajmniej częściowo wynika również z kontekstu. Nie ma takiej identyfikacji z ciałem, która byłaby dobra w każdej sytuacji. Dobra i pożądana jest taka, która jest funkcją najwłaściwszego twórczego przystosowania się do danej sytuacji.

Na lewym krańcu umieściłem materializm somatyczny, z którym zetknąłem się wielokrotnie. Jest to sytuacja, gdy człowiek tak bardzo koncentruje się na swojej rzeczywistości fizycznej, że ignoruje inne aspekty siebie samego. Jego Ja, to tylko "Ja-ciało" nieuwzględniające żadnych innych aspektów człowieka, takich jak na przykład poznawcze, wyobrażeniowe, duchowe. W takich przypadkach ciało staje się utrwaloną, niezmienną "figurą" na tle naszej świadomości, eliminującą z niej wszystko inne. Nawiedzeni entuzjaści terapii ciała mogą być ofiarami tej postawy.

Metaforycznie możemy przedstawić siebie jako twór składający się z lądu (Ja) i wody (nieuznawane aspekty Ja). Zdrowe funkcjonowanie wymaga, aby istniała właściwa proporcja lądu do wody i aby było możliwe czerpanie pożywienia z morza - to znaczy kontaktowania się z mniej znanymi aspektami Ja. Problemy życiowe spowodowały u niektórych ludzi taką "erozję", że to, co było lądem, stało się wodą. Ludzie ci są jak wyspy i tę niewielką część lądu, która w nich pozostała, nazywają Ja. Często samo umożliwienie jakichkolwiek kontaktów z morzem lub nawet uświadomienie sobie istnienia wody jest tak przerażające, że człowiek woli skierować spojrzenie do wewnątrz i udawać, że wcale nie znajduje się na wyspie. Jeśli już zarówno jego ciało, jak i w znacznym stopniu jego możliwości poznawania staną się nieznaną i zakazaną wodą, gdzież jeszcze może się on schronić, jeśli nie w fantazjach? Na rysunku 2-1 znajduje się punkt oddalony od obu krańców kontinuum, gdzie wzajemne relacje nieuznawanych i świadomych aspektów Ja przyjmują formę objawów często o charakterze somatycznym.

Przypadek jednego z pacjentów, którego będę nazywał Thomas, pomoże zilustrować powyższą sytuację. Thomas zgłosił się do mnie z powodu chronicznych bólów mięśniowych i silnego napięcia. Pomimo braku jakichkolwiek schorzeń organicznych postawa jego ciała była tak "wykoślawiona", jak u żadnej znanej mi osoby. Wiele elementów jego ciała było jakby w opozycji: kołkowate nogi, wąska talia, nieruchoma miednica, wklęsła i zapadnięta klatka piersiowa, nadmiernie rozrośnięte i podniesione do góry ramiona, zwieszona głowa i szyja. Był on jakby w niektórych miejscach dosłownie zawiązany na supełki i ból, jaki sprawiały mu te przeciwstawne siły, bardzo mu dokuczał w ciągu dwu lat poprzedzających jego przyjście do mnie. Próbował on różnych metod leczenia, ale wszystkie dawały tylko chwilową, pozorną ulgę.

Cierpienie Thomasa i zniekształcenie jego sylwetki nie miały żadnego racjonalnego uzasadnienia. Był on człowiekiem inteligentnym, miał dobrą posadę, kochającą rodzinę, całkiem niezłą pozycję materialną. Przez jakiś okres nie lubił swojej pracy, ale czyż nie można tego powiedzieć o każdym? Uważał siebie za człowieka, któremu udało się osiągnąć wiele celów w życiu i niewątpliwie mu się powiodło. Skąd więc te wszystkie bóle i napięcia?

Zastosowaliśmy wobec Thomasa bezpośrednią pracę z ciałem, aby pomóc mu wejść w kontakt z procesami, które w nim zachodzą. Słabo pozostawał świadomy swojego ciała i poza bólem i dolegliwościami nie wiedział nic o jego uczuciach lub potrzebach. Nasza wstępna praca koncentrowała się wyłącznie na lepszym rozumieniu przez pacjenta różnych procesów cielesnych, a nie tylko bólu i napięcia. Po pewnym czasie zacząłem pomagać mu w dobieraniu właściwych słów do określenia doznań ze strony ciała. Jego wypowiedzi typu "Jestem powiązany w supły" lub "Czuję się tak, jakbym był cały wypełniony przeciwstawnymi siłami" wskazywały na to, że zaczął już zauważać, że jest teraz więcej takich fragmentów jego ciała, które świadomie odczuwa, i że jego ciało potrafi mu coś o nich powiedzieć.

Stopniowo oczom naszym ukazał się zupełnie inny Thomas. Zwolnienie napięcia z klatki piersiowej i uwolnienie oddechu pozwoliło mu wejść w kontakt z przerażającym poczuciem pustki, z jego "spragnionym sercem", które było w konflikcie z obrazem "szczęśliwego małżeństwa". Praca z jego plecami i nogami wyzwoliła ruchy agresywne - kopanie, szturchanie, walenie rękami. Dotychczas musiał je powstrzymywać, ponieważ uważał, że nie jest człowiekiem, który "mógłby się tak zachowywać". Gdy energia zaczęła płynąć wzdłuż jego ramion i dotarła do serca, uświadomił sobie ogromną potrzebę dawania i troszczenia się o innych. Jednak musiał kontrolować te impulsy, ponieważ jego rodzina nie akceptowała ich, a on, mając niezbyt wysokie mniemanie o sobie, sądził, że nie ma nic interesującego do zaoferowania.

Niektóre nieznane mu aspekty jego Ja usiłowały się ujawnić poprzez ruch i uczucie, jednocześnie ich ekspresja, będąca w konflikcie z sytuacją życiową i niskim mniemaniem o sobie, musiała być hamowana. Współistnienie obu tych tendencji powodowało występowanie symptomów cielesnych. Gdy powoli poznawaliśmy jego sytuację życiową, wiele spraw stało się oczywistych. Thomas był człowiekiem biernym i wycofanym, miał ogromne trudności z powiedzeniem "nie" w pracy. W rezultacie często podejmował się zajęć, które nie zawsze należały do jego obowiązków, nie okazując przy tym złości. Podobnie wyglądały jego kontakty z żoną, której się nigdy nie przeciwstawiał. W domu panowała zgoda, ale pod przykrywką spokoju aż kipiało od nagromadzonych uraz. Thomas uważał wzajemne kontakty z żoną za oschłe, raczej pozbawione zaangażowania i miłości, ale bał się, że jeżeli to uczucie jej ofiaruje lub będzie się go od niej domagał, spotka się z odrzuceniem.

Thomas słabo zdawał sobie sprawę ze swoich możliwości życiowych - siły swoich rąk, gdy dotykały, ciepła swego serca, życzliwości w spojrzeniu, siły muskulatury w gniewie i miednicy w seksualności. Bez fizycznego ukorzenienia tych swoich możliwości w ciele nie miał żadnego podtrzymania i bał się próbować czegoś nowego, bał się naruszyć swoje ograniczenia i poszerzyć kontakty z innymi.

Z czasem zaczął pozwalać sobie na więcej ekspresji w ruchach ciała i werbalizacji, ujawniając agresję i siłę, głębokie uczucie smutku, pragnienie, by sięgać po coś, i długo hamowany popęd seksualny. Od tego momentu rozpoczął się proces ponownego uznawania za swoje tych aspektów siebie, którym dotąd zaprzeczał. Odzyskiwanie utraconych części Ja przyniosło nowe możliwości i pełniejsze odczuwanie siebie, lecz także zmusiło go do dokonywania bolesnych wyborów oraz podejmowania trudnego i wywołującego lęk ryzyka, które zagrażało status quo jego dotychczasowego życia - jego małżeństwu, pracy i wyobrażeniom na swój temat. Odkrywanie tego, z czym przestał się kiedyś utożsamiać, niekoniecznie uczyniło jego życie łatwiejszym, chociaż zmniejszyło napięcie w ciele i ból. Ale na pewno sprawiło, że stało się ono pełniejsze w zakresie możliwości odczuwania (włączając w to uczucie bólu) i działania oraz dokonywania wyborów. Pacjent nie musiał już dłużej tkwić bezradnie pośrodku sił, których nie znał ani nie umiał uzewnętrznić. Perls i jego współpracownicy określali to w sposób następujący:

Ale wzrastając, self ryzykuje - ryzykuje cierpienie, jeśli przez długi czas unikało ryzyka i dlatego musi zniszczyć wiele przesądów, introjekcji, więzi z utrwaloną przeszłością, zabezpieczeń, planów i ambicji; ryzykuje to wszystko z ekscytacją, jeśli tylko potrafi zgodzić się na życie w teraźniejszości (1951/2022, s. 288).

Proces ciała i biegunowości Ja

Chociaż w terapii Gestalt przyjmuje się, że Ja samo w sobie lub samo z siebie nie ma jakichś szczególnych właściwości, to wiadomo, że gdy Ja jest w akcji, ludzie wydają się działać zgodnie ze specyficznymi właściwościami i postawami. Dziecko wie, że mamusia jest dla niego łagodna, a ojciec trzyma je krótko. Jest oczywiste, że gdy ludzie opisują siebie, używając werbalnych i wyobrażeniowych symboli, mają tendencję do przypisywania sobie pewnego zestawu cech i właściwości: "Jestem silny i twardy" lub "Czuję się jak żebrak". W każdym z takich określeń ukryta jest przeciwna jakość. Na przykład przeciwieństwem do silny i twardy jest słaby i miękki, do słowa żebrak - król.

To w formie takiego zestawu biegunowości lub przeciwstawnych wyobrażeń Ja organizuje i definiuje swoje działanie i jedne z nich przypisuje sobie (utożsamia się z nimi), a inne stara się odrzucić i zaprzecza im. Zamieszczone poniżej rysunki (Zinker, 1977) przedstawiają takie właśnie spolaryzowane właściwości.

1 W oryginale blood learning, nieprzetłumaczalny idiom opisujący płynącą z głębi osobistego doświadczenia wiedzę (przyp. tłum.).

2 Rainer Maria Rilke (1927). Malte. Pamiętniki Malte-Lauridsa Brigge. Przeł. W. Hulewicz. Warszawa: Wydawnictwo Ludwika Fiszera, https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/rilke-malte.html#sec4 (dostęp 03.03.2026).

3 Cytat dodany przez redaktora naukowego pierwszego polskiego wydania tej książki.

4 W oryginale self, czyli jaźń. Przyjęliśmy tłumaczyć to pojęcie jako Ja (przyp. red.). Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od autora.

5 Często zapomina się, że już Wilhelm Reich zwracał uwagę na znaczenie mowy ciała w swojej książce Character Analysis (1945/1972) napisanej w początkowym okresie rozwoju psychoanalizy.

6 Autor używa nośnego w znaczenie, ale trochę mylącego po przełożeniu w tym kontekście na język polski terminu "disowned self" ("wywłaszczone Ja"); (przyp. red.).

7 Używam częściej terminu "wyparte" czy "odrzucone" zamiast prawdziwego "wyalienowane", ponieważ ten ostatni ma zbyt wiele ujemnych konotacji w codziennym życiu, na przykład "młodzież wyalienowana". Słowo "wyparte" dokładniej określa subiektywne odczucie typu "to nie ja".

8 Dla celów dyskusji różnicuję doznawanie uczucia jako pewnego wrażenia (omawiam to w niniejszym rozdziale) od zewnętrznej ekspresji uczucia (którą omówię w rozdziale następnym). Są to dwie części tego samego zjawiska, powszechnie nazywanego emocją, ale dla jasności opisuję je oddzielnie.

9 W terapii Gestalt mówimy, że egzystencjalne zdarzenie nazywane "uczuciem" jest pewną całością, w skład której wchodzą wrażenia cielesne, pewne funkcje umysłowe, jak wyobrażenia i myśli (werbalne Ja), ruchy i środowisko. Ale oczywiście ważną częścią tej całości są doznania fizyczne.

10 Powstawanie i utrzymywanie się takiego zjawiska (oporu polegającego na znieczuleniu) omówię szczegółowo w jednym z następnych rozdziałów.

11 W rozdziale 10: Działanie a proces ciała zajmuję się bardziej szczegółowo procesem, w wyniku którego ruch zostaje zrepresjonowany.

12 Por. artykuł Identyfikacja projekcyjna O. Kernberga (1990). W: J. Santorski (wybór i red.), Rezonans, dialogi i zakłócenia kontaktu w pomaganiu, cz. II, Materiały szkoleniowe Laboratorium Psychoedukacji, Warszawa (przyp. red.).