1.
Pedagogiczne ciało Elizy ledwie wyrabiało na zakrętach. U schyłku maja, miesiąc przed wakacjami, jej humanistyczny umysł brał się ostro za matematyczne obliczenia. Pozostało pięć poniedziałków z klasą siódmą i tyle samo wtorków z pierwszakami, cztery środy, odliczając Dzień Dziecka, kiedy nie ma zajęć dydaktycznych, cztery czwartki, minus bożociałowy, wolny od pracy, i cztery piątki na świetlicy. W sumie dwadzieścia jeden dni, a więc pełne trzy tygodnie męczarni.
- Tyle to damy radę - pociesza ją Ewa, z którą Eliza jeździ co drugi dzień do pracy.
Łatwo jej mówić. Ma etat logopedy i pracuje z dziećmi indywidualnie. Nie szarpie się z dwudziestką nastolatków naraz. Eliza też oczywiście tylko w przenośni, ale jednak.
- Najgorsza ta siódma klasa. Chodzę do nich z bólem serca, wychodzę z bólem głowy, a za rok egzamin. Staję na rzęsach, żeby ich zmotywować do nauki, a oni mają to nie powiem gdzie.
- W głębokim poważaniu - uściśla Ewa. - Homo pyskatus, normalna sprawa w tym wieku. Nie powinnaś brać tego do siebie. Wszyscy na nich narzekają. Rozwalają lekcje nawet Bartkowi. Może jedynie na historii z dyrektorem siedzą cicho.
- I na matmie. Nie wiem, jak Gabrysia to robi, ale u niej zawsze jest cisza jak makiem zasiał.
- Lata doświadczenia. Po trzydziestym roku pracy też wyrobisz sobie pozycję. - Ewa mruga do Elizy przyjaźnie.
- Myślisz, że wytrzymam w szkolnictwie do emerytury? Do końca roku szkolnego ciężko mi wytrwać, a co dopiero kolejne trzydzieści lat?
- Zawsze są jeszcze inne opcje. Skończyłaś filologię angielską, jesteś kreatywna i masz szerokie horyzonty: wszędzie znajdziesz pracę.
- Na Podhalu? Jedynie w turystyce...
- No i wcale nie byłoby ci źle. Moja szwagierka na recepcji w Belvederze zarabia więcej niż my. Bez studiów, po technikum hotelarskim, cztery i pół na rękę.
- Hm. Może po mianowaniu też dobijemy do tej kwoty.
- Na szczęście, póki co, mnie ratuje prywatny gabinet, a ciebie korepetycje.
Podjeżdżają właśnie ostro pod górę do jednej z najwyżej położonych polskich wsi.
"Nasze wysokie położenie zobowiązuje" - przypominał często dyrektor i dzieciakom, i nauczycielom, niby to żartem, ale wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę ma przerost ambicji i wymaga od każdego wciąż więcej i więcej, a najlepiej to absolutnego oddania się pracy i nauce. Chciał błyszczeć w gminie jak Gwiazda Polarna, chwaląc się egzaminacyjnymi, bądź innymi, sukcesami uczniów albo organizując eventy, o których by się głośno i pochlebnie mówiło. Pewnie dlatego, że sam nie miał rodziny, spędzał w pracy całe dnie, w tym i wolne soboty, więc nie mieściło mu się w głowie, że inni mają poza szkołą jakieś życie. Co rusz angażował pracowników w pozalekcyjne zajęcia, zawody, konkursy, festyny i inne cuda wianki. A kiedy ktoś próbował się wymigiwać, mniej lub bardziej pomysłowymi wymówkami, posępniał i ściągał surowo krzaczaste brwi. "Wyjątkowo przymknę oko, ale następnym razem proszę pamiętać, że pracujemy w wymiarze czterdziestu godzin tygodniowo, a nie tyle, ile jest w pensum".
Eliza miała wrażenie, że praca zajmuje jej dużo więcej niż czterdzieści godzin tygodniowo. Gdyby dodać do zajęć dydaktycznych te wszystkie szkolenia, posiedzenia rady, zebrania, wyjazdy na konkursy, turnieje, przygotowywanie akademii, sprawdzanie testów, przygotowywanie się do zajęć, a przede wszystkim myślenie o szkole, to wyszłoby siedemdziesiąt godzin jak nic.
- Pogoda dzisiaj wymarzona na wycieczkę w góry, a nie na siedzenie w murach szkoły. - Eliza podziwia panoramę Tatr. Przejrzystość jest idealna. Skaliste grzbiety są pięknie oświetlone przez coraz mocniej grzejące słońce. - Dobrze, że przynajmniej widoki mamy bajeczne.
- Fakt. Chyba tylko dla tych widoków nadal tu pracuję. - Ewa skręca na szkolny parking.
- No cóż, trzeba zacząć ten dzień. - Eliza odpina pas i wysiada z czerwonego Suzuki, które Ewa nazwała Stefanem. - Dzięki za podwiezienie na plac boju!
- Dzień dobry! - witają się grzecznie dzieciaki z młodszych klas. Za to starsi, zwłaszcza ósmoklasiści, mijają nauczycielki w posępnym milczeniu. Obrażeni na cały świat, zbuntowani nastolatkowie. Homo pyskatus, jak nazywa ich Ewa.
- Lecę szybciej, bo mam dyżur w szatni. - Eliza zarzuca na ramię ciężką od szkolnych szpargałów torebkę. - Do zobaczenia później.
- Pa, miłego dnia, mimo wszystko.
Eliza czuje w ciele narastające napięcie. Ściśnięte gardło, przyspieszony oddech. Stresuje się bez wyraźnego powodu. I tak prawie każdego ranka od trzech lat. Zdecydowała się na pracę w szkole, bo wydawało się jej, że ma do tego dryg. Na studiach, podczas praktyk, zajęcia z dziećmi dawały jej dużo satysfakcji i czuła, że jest na właściwym miejscu. Metodyczka, pod okiem której pisała pracę magisterską, nie mogła się jej nachwalić. "Pani Elizo, pani odmieni oblicze szkoły" - mawiała z nieudawaną aprobatą. Eliza rzeczywiście miała nowatorskie pomysły, a metody aktywizujące to był jej konik. Wchodziła na zajęcia z szerokim uśmiechem i zarażała dzieciaki entuzjazmem do pracy.
Co się nagle odmieniło, kiedy dostała etat i umowę na stałe? Tym bardziej powinna czuć się bezpiecznie. Niezmienna pensja, umowa na czas nieokreślony, wakacje dłuższe, niż miałaby, pracując w jakiejś korporacji czy choćby w turystyce, więc co jest nie tak? Tym bardziej że podejmując tę pracę, przeprowadziła się do Zakopanego, w samo serce Podhala, do którego od dziecka miała sentyment. Nie to, żeby lubiła góralszczyznę, wręcz przeciwnie, ale bliskość gór, tego cudu natury, wydawała się argumentem za. Za spakowaniem walizek, za wyprowadzką od rodziców, za wynajęciem maleńkiej kawalerki, na którą było ją stać dzięki udzielanym popołudniami korepetycjom, no i w końcu za stawieniem się pierwszego września trzy lata wcześniej na uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego w wiejskiej szkole w Trzonowcu Górnym.
"Jak jakaś Siłaczka" - dogadywał jej rok starszy brat, kiedy oznajmiła w domu, że wyjeżdża do pracy w góry. "Bylebyś tylko nie skończyła jak ona".
"Przynajmniej nie na garnuszku u rodziców jak ty, braciszku. Biorę ster we własne ręce" - odgryzła mu się.
"To żegluj tam, hej, po Morskim Oku, he, he".
Paweł jest sarkastycznym, przemądrzałym cwaniaczkiem, ale kocha go bardzo i to do niego dzwoni w chwilach zwątpienia czy słabości. Przed rodzicami gra silną i pewną swej decyzji, samodzielną, niezależną córkę.
Kiedy znalazła w Zakopanem mieszkanie do wynajęcia, w starym bloku na ulicy Kasprowicza, czuła podekscytowanie. Wreszcie samodzielność, własne decyzje, samostanowienie. I przez kilka pierwszych miesięcy pozostawała na tym hormonalnym haju, więc co się nagle stało, że już ani niezależność, ani bycie sobie sterem, żeglarzem i całą resztą nie dawało jej radości?
- Dzień dobry, pani Elizo!
- A dzień dobry.
Woźna Bożenka tryska energią mimo swoich chyba stu lat. Jak ci ludzie to robią? - zastanawia się Eliza, przemierzając korytarz szatni w tę i we w tę. Ręce skrzyżowane na piersiach jak jakiś generał. Podobno to pozycja zamknięcia, niechęci, ale i obrony oraz próby uspokojenia.
Jeszcze tylko sześć i pół godziny i będę wracać do domu - Eliza liczy w myślach. Spokojnie, dasz radę, zawsze dajesz.
Piętnastominutowy dyżur wreszcie się kończy. Równo z dzwonkiem Eliza powinna z podziemnej szatni teleportować się na trzecie piętro, gdzie ma pierwszą lekcję z "drobiem", jak żartobliwie nazywa ich pan Kruczek od informatyki. Biegnie po dwa schody, żeby dzieciaki jak najszybciej wpuścić do klasy. Inaczej rozniosą całe piętro. Słyszy ich wrzaski już w połowie drugiego. Kilka mamuś odprowadzających swoje dzieci pod samą salę niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę, wypatrując wiecznie spóźniającej się pani Elizy. Skąd mogą wiedzieć, że to przebieżka z dyżuru do klasy przez trzy piętra jest powodem spóźnień, a nie lekceważący stosunek do pracy. Opieszałość lepiej się kojarzy z pracą nauczycieli, tych darmozjadów, leni i nierobów.
- Dzień dobry - kłania się wszystkim Eliza i uśmiecha przepraszająco.
- Proszę pani, Kacper powiedział, że mi przypierdoli, a to jest przekleństwo. Nie wolno tak przeklinać, prawda, pani?
- To nie ja powiedziałem, że mu przypierdolę, tylko Antek!
- Mam dla pani laurkę.
- O, dziękuję, Madziu. Sit down, please!
- Przypnie pani do tablicy?
- Później, Madziu, teraz zaczniemy lekcję. Sit down, everyone!
Kiedy wreszcie wszyscy siedzą, Eliza wita się po angielsku i... każe dzieciom wstać. Śpiewa z nimi parę piosenek ruchowych, jakieś Head and shoulders, My little finger i inne If you're happy i czuje, że powoli ustępuje z niej napięcie. Skoro dzień się zaczął, to się potoczy, aż w końcu minie ostatnia lekcja i wszystko będzie dobrze.
- Dlaczego nie kolorujesz? - Eliza pochyla się nad rudym Jasiem.
- Nie chce mi się.
- Z kolorowych ćwiczeń będzie ci się przyjemniej uczyć.
- Nie lubię się uczyć.
- A co lubisz robić?
- Chodzić z dziadkiem na bacówkę - wtrąca się wszystkowiedząca Ola. - Jasiek lubi wyłącznie owce. Mówił, że będzie bacą i nie musi znać angielskiego, bo owce nie mówią po angielsku.
- Aha. - Eliza odpuszcza i dalej przechadza się między ławkami, podpatrując, jak dzieci wykonują zadania.
Nie ma dziś siły na pozytywne czy jakiekolwiek inne motywowanie przyszłych baców. To najbardziej zatwardziałe i uparte przypadki. Nie uczą się, bo po co. "Z owcami po angielsku gadać nie będę". Eliza zna tę argumentację, słyszała ją od niejednego Jaśka czy Józka. A niechże kultywują rodzinną tradycję, co jej do tego. Jest maj, sama by z chęcią posiedziała na halach i policzyła pasące się owce. Niekoniecznie po angielsku.
- Mam pomysł! - Eliza uśmiecha się do dzieci. - Na następnej lekcji utrwalamy liczby, więc każdy będzie liczyć to, co lubi najbardziej.
- Ja pociągi! - wrzeszczy Kacper.
- Ja kotki! - wtóruje Ola.
- Ja owce - ożywia się Jaś, który podobno nie potrzebuje angielskiego do szczęścia.
- Świetnie. Przygotujcie rysunki ze swoimi ulubieńcami albo przynieście rekwizyty i zrobimy test z liczb.
- Dostanę szóstkę - cieszy się zawczasu Ola.
- Mam nadzieję, że wszyscy dostaniecie. - Eliza znów szeroko się uśmiecha. - Uwaga, pora się pożegnać. Stand up and let's sing our "Goodbye song".
Równo z dzwonkiem na przerwę wybrzmiewa ostatnie bye, bye. Dzieciaki wylatują jak z katapulty na korytarz. Eliza znów dyżuruje. Tym razem w totalnym hałasie, który tylko klasy pierwsze potrafią uczynić. Na drugim końcu korytarza widzi Karolinę, szkolną psycholożkę. Macha na powitanie, ale nawet nie podchodzi. W tym hałasie i tak nie zamienią ani słowa.
Druga lekcja to jej ulubieńcy, szósta A. Przynajmniej chwilę odpocznie, a może nawet uda jej się usiąść, bo przy pierwszakach to ani mowy nie ma. Cały czas pytania, prośby o podejście, tańce, hulanka, swawola, no i wzmożona czujność, czy ktoś komuś czymś akurat oka nie wybija.
- Good morning, everyone!
- Good morning, teacher!
Szósta A to klasa pani Gabrysi. Zdyscyplinowani, ale i sympatyczni. Naprawdę fajny, zgrany zespół. W dodatku kilka bardzo ambitnych uczniów, którzy niczym lokomotywy ciągną resztę naprzód. Gdyby wszystkie klasy były tak ułożone, ta praca faktycznie byłaby przyjemna. Człowiek się tu nigdy nie denerwuje i nie spala. Można po prostu uczyć.
- Proszę pani, na dzisiaj były scenki - przypomina jedna z dziewczyn.
- I remember. Are you ready to start?
- Certainly.
I to rozumiem - myśli Eliza i pomaga chłopakom zaaranżować scenę do zadanych na poprzednich zajęciach etiud. Przesuwanie ławek nie obywa się bez lekkiego rumoru, na który od razu reaguje wicedyrektorka. Wpada do sali z odwiecznym: "Co tu się dzieje?".
- Przygotowujemy się do odgrywania scenek - wyjaśnia Eliza, lecz z gulą w gardle, jakby przyłapano ją na jakimś braku kompetencji albo niedopełnieniu obowiązków, albo i na morderstwie ze szczególnym okrucieństwem
- To proszę ciszej, bo ja za ścianą wszystko słyszę.
Szósta A patrzy na panią Elizę z niemym współczuciem. Nie znoszą wicedyrektorki, o czym nie raz głośno mówili. Nie ma dnia, żeby się do czegoś nie przyczepiła. Zamiast pochwalić za kreatywne zajęcia, zaangażowanie uczniów, niestandardowe metody nauczania, to zawsze "co tu się dzieje" i "proszę ciszej, bo ja wszystko słyszę". Ciekawe, czy usłyszała później, jak dzieciaki świetnie odegrały role, wcielając się w kelnerów i gości restauracji. Eliza aż biła brawo każdej z grup. Są absolutnie rewelacyjni. Nawet chorobliwie nieśmiały Kamil dał radę.
- I'm really proud of you - chwali na koniec lekcji nauczycielka, hojnie wpisując szóstki do Librusa. - Your English is almost perfect.
Wszystkowiedząca narratorka
No, muszę się wtrącić, bo przecież jeśli będziemy tak skrupulatnie opisywać lekcję za lekcją, to ta historia rozwlecze się na siedemset stron, a któż teraz czyta takie opasłe tomiska? Czy nie wystarczy powiedzieć, że nasza niezłomna Eliza, czy też Eliza Niezłomna, ma przechlapane w swojej nędznej pracy, i postawić kropkę? (A sama stawiam znak zapytania). Dyrektor na smyczy pani wójt, o której tu jeszcze będzie sporo, wicedyrektorka zołza, klasa pierwsza pełna oszołomów, klasa szósta A marzenie dekapitowanej głowy. Aha, i jeszcze przestępujące z nogi na nogę zniecierpliwione mamuśki, które będąc fryzjerkami, recepcjonistkami, urzędniczkami, w każdym razie niebędące nauczycielkami, krytycznie przyglądające się zbyt powolnemu sprintowi Elizy z dyżuru w szatni na trzecie piętro. Ot, i pierwsza część historii w pigułce. Najlepiej w pigułce na migrenę, bo z takąż właśnie Eliza opuszcza mury szkoły tamtego zwyczajnego dnia, jednego z wielu do siebie podobnych.
Aha, może dorzucę jeszcze równie zwięzłą charakterystykę naszej bohaterki, bo pewnie chcielibyście jako czytelnicy mieć na jej temat jakieś większe wyobrażenie. Skupię się zaledwie na fizjonomii, bo osobowość dało się już nieco poznać (lękliwa, masochistyczna, introwertyczna i tak dalej). A zatem - Eliza nie należy do wysokorosłych, ale nie jest też niska. Taka w sam raz, jak na moje oko. Szczupła, a nawet uznałabym, że zgrabna, chociaż ciężko to zaobserwować, bo najczęściej wkłada luźne koszulki lub tuniki do dżinsów, a więc stawia na wygodę, a nie podkreślanie swojego sex appealu. Jasne włosy do ramion, zazwyczaj rozpuszczone, lekko faliste. Oczy niebieskie, sztucznych rzęs brak, paznokcie bez tipsów, krótko obcięte, niekiedy pociągnięte jasnym lakierem. W uszach maleńkie kolczyki, na szyi delikatny, srebrny łańcuszek, jako pamiątka po ekschłopaku, którego zostawiła w rodzinnym Zawierciu, kiedy podjęła decyzję o przeprowadzce w góry. Znaków szczególnych brak. Buzia przyjemna, sympatyczna, może nawet i ładna - chociaż Eliza nigdy o sobie tak nie mówi - rzadko tknięta kosmetykami do makijażu, poza tuszem do rzęs (nie sztucznych, podkreślam). Podsumowując: mocne osiem na dziesięć (ale kim ja jestem, żeby oceniać?).