Dwa
Wraz z zachodem słońca wioskę spowił blask Woalu, który sprawił, że nie mogłam zmrużyć oka. Lśniąca w świetle księżyca bariera przyciągała mnie do okna mojej małej, ciasnej sypialni. Byłam tak blisko szkła, że mój oddech osadzał się na szybie. Ostatnie słowa ojca rozbrzmiewały w mojej głowie jak zawsze o tej porze, wzywając mnie do bezkresu nocy i pokusy tego, co może mnie czekać poza tą nędzną wioską.
Leć wolna, Ptaszyno.
Owinęłam podniszczoną kołdrę wokół ramion, próbując przegonić chłód późnojesiennego powietrza. Mróz przesączał się przez szczeliny w krawędziach okna. Wiele zim temu, po śmierci ojca, wepchnęłam w nie skrawki starego materiału z wyciągniętych sukienek, żałośnie próbując uchronić się przed chłodem najzimniejszych nocy. Jesienią mogłam nawet niemal przekonać samą siebie, że tyle wystarczy, kiedy jednak nadchodziła prawdziwa zima, dołączałam do brata na podłodze przed kominkiem, niedaleko matki, śpiącej nieopodal w fotelu na kółkach, który lord Byron dla niej zorganizował wkrótce po złożeniu mojego ojca w ofierze.
Moja sypialnia była niemal pusta, skromny dobytek prawie nie zajmował miejsca w pokoiku niewiele większym od szafy. Łóżko zostało wyrzeźbione ręką mojego ojca, a gnijąca podłoga była wielokrotnie łatana przez brata.
Dotknęłam palcami chłodnego, popękanego okna, kreśląc okrąg, który przez lata przecierałam rękawem więcej razy, niż potrafiłabym zliczyć. Kiedy drżącymi palcami w końcu dotknęłam zatrzasku pośrodku, tylko raz zerknęłam przez ramię, aby upewnić się, że brat nie pojawił się w drzwiach, żeby przyłapać mnie na ponownym wymykaniu się po nocy, i otworzyłam okno na oścież.
Wiatr niemal wyrwał je z zawiasów, gdy gwałtownie wtargnął do naszego lichego domku. Uderzył tak nagle, że chłodne powietrze odebrało mi oddech. Z ogromnym trudem udało mi się złapać skrzydła okna, ale na szczęście obyło się bez wybudzenia wszystkich w domu. Wiatr zdmuchnął mi z twarzy kosmyki ciemnych włosów, które wyrwały się z ciasnego warkocza. Podniosłam się na parapet i przerzuciłam nogi na zewnątrz. Światło księżyca całowało moje nagie dłonie, skóra mrowiła.
Nie mogłam ścierpieć ani chwili dłużej mojego więzienia, budynku, który był zbyt zniszczony, by tak naprawdę nazywać go domem. Nie chciałam w nim dłużej przebywać, słyszałam, jak nocne niebo wzywa moje imię, a dochodzący z drugiej strony parapetu przyjemny zapach sosen wypełniał mi nozdrza.
W tych buntowniczych nocnych spacerach po lesie było coś niemal uzdrawiającego. Coś pociągającego w sposobie, w jaki sprzeciwiały się one rygorom nałożonym przez skorumpowane społeczeństwo, zdeterminowane, by utrzymać kobiety czyste i cnotliwe dla mężów, których nawet im jeszcze nie wybrano. Dobrzy mężczyźni byli w Mistfell prawdziwą rzadkością. Nie śmiałam mieć nadziei na takie małżeństwo, jakie spotkało moich rodziców, i na życie wypełnione szczęściem i miłością.
Zrzuciwszy kołdrę na podłogę pokoju, opuściłam się na trawę i zanurzyłam w ciemności, pozwalając oczom się do niej przyzwyczaić, a jednocześnie po omacku szukając przygotowanej na takie eskapady gałęzi. Oparłam dłoń o ziemię, poczułam między palcami suche i piaszczyste grudki gleby, w której, jak mi się wydawało, nigdy nic nie rosło. Podniosłam się na nogi i zamknęłam za sobą okiennice. Wsunęłam gałązkę w szczelinę w parapecie pod nimi i obróciłam, aż zaczepiła się po drugiej stronie. Dzięki temu okno pozostało otwarte, a ja mogłam spokojnie wrócić później i zakraść się z powrotem do środka, zanim brat odkryje, że znów się wymknęłam.
Mieszanka drewnianych desek, wikliny i gliny, która tworzyła zewnętrzne ściany domu, wypaczyła się i popękała przez lata zaniedbań, a kryty strzechą dach wymagał naprawy w miejscach, przez które czasami przeciekał deszcz. W budynku były tylko dwa szklane okna, popękane i gdzieniegdzie rozbite. Ojciec i brat dostali je w prezencie po tym, jak pomogli jednej z bogatszych rodzin wymienić szyby na nowe.
Zostawiając dom za sobą, ruszyłam w kierunku zagajnika, który rósł tuż za obrzeżami wioski. Gdzieś w oddali słyszałam, jak coś wyło do księżyca, kusząc mnie, by wejść głębiej w ciemność. Pod gwiazdami wędrowały przeróżne stworzenia, wzbudzając pośród mieszkańców wioski powszechne przerażenie. Ja jednak zamiast strachu, który powinien pulsować w moich żyłach, czułam tylko jedno; coś, czego nigdy nie mogłam doznać za dnia, kiedy ludzie wędrowali po ulicach.
Wolność.
Oczywiście była to jedynie tymczasowa iluzja, oszustwo, na które sobie pozwalałam, aby łagodzić bolesną rzeczywistość, w której nie miałam przywileju dokonywania własnych wyborów. Na razie o moim życiu decydował władca Mistfell i elitarny oddział strażników mgły, którzy zapomnieli o swoim pierwotnym celu i przekształcili się w dziwaczną armię, gotową wykonać każdy rozkaz swojego lorda. Mogłam słuchać brata i zgadzać się z jego opiniami, ale jego słowa były na drugim miejscu, zaraz po decyzjach lorda i jego armii. Wybory brata dyktowały moje życie w zastępstwie ojca, którego lord Byron i arcykapłan złożyli w ofierze Woalowi.
Pewnego dnia, prędzej, niż sama chciałam to przed sobą przyznać, o moim losie zadecyduje nowy mężczyzna, mój mąż. Dopiero wtedy moje życie przeistoczy się w prawdziwą grozę.
W końcu dotarłam na skraj lasu. Przeciągnęłam dłonią po korze najbliższego drzewa. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby obejrzeć się za siebie, gdy je okrążyłam i weszłam między pnie. Szybko otoczyła mnie ciemność, otulając mocnym uściskiem, który zachęcał, by iść przed siebie, wzywając tę część mnie tak bardzo różniącą się od tych, którzy bali się nocy.
Nawet odgłosy małych stworzeń przemykających przez zarośla u moich stóp nie były w stanie zmusić mnie do odwrotu, ani też chłodne powietrze na skórze, które sprawiało, że czerwieniła się skóra na moich policzkach. Liczyła się jedynie otaczająca mnie ciemność i prywatność, jaką zapewniała noc. Jedynie tutaj nie musiałam wbrew swojej woli tolerować wścibskich oczu ludzi lorda Byrona, czujnie obserwujących mnie w poszukiwaniu oznak, że znów mogę coś przeskrobać.
Weszłam głębiej w las, zbierając się na odwagę, by oddalić się od wioski bardziej niż zwykle. Na rynku mówiło się, że czasami skalne trolle przychodziły aż tu ze swoich siedlisk, chętnie wybierając ofiary, które były na tyle nierozważne, by wejść na ich tereny w poszukiwaniu schronienia. Nie chciałam kusić losu i natknąć się na jedno z tych stworzeń. Ta chwila upragnionej wolności okazałaby się mało znacząca, gdybym spędziła ją uwięziona w podgardlu jakiejś trzykrotnie większej ode mnie bestii, z ciałem rozerwanym na strzępy i ochłapami leżącymi w kałużach krwi na ziemi.
Trzymałam się z dala od ścieżek, które bez wątpienia patrolowała straż mgły. Przeciągałam palcami po mijanych drzewach, jakbym mogła zapamiętać każde z nich i w razie czego znaleźć drogę powrotną do domu. Bywałam już w tych okolicach - więcej razy, niż mogłam zliczyć - a za przewodników służyły mi jedynie blask księżyca i gwiazd.
W oddali zauważyłam migoczące światła poruszające się pośród drzew w kolistym wzorze, który od razu przyciągnął moją uwagę. Zatrzymałam się, spoglądając przez ramię w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak, że ktoś mnie śledził lub lord Byron i jego strażnicy mgły schowali się gdzieś pośród drzew i czekali, by złapać mnie w pułapkę jak ciekawską kotkę błąkającą się tam, gdzie nie powinna się pałętać. Za plecami nie widziałam jednak niczego poza lasem, który już przemierzyłam. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad zawróceniem, ale w końcu schyliłam się nisko i podpełzłam do przodu, by zbliżyć się do dziwnych świateł.
Gdy na nie patrzyłam, przychodziły mi na myśl światła wróżek, o których opowiadali rodzice, kiedy byłam mała. Straszyli mnie historiami o migoczących smugach wabiących ludzkie dzieci, by schwytać je, a w ich miejsce podstawić zmiennokształtne istoty. Tak miało być jeszcze w czasach przed Woalem. W tamtych stuleciach fae szaleli po ludzkim królestwie, zagrabiając, co i na kogo mieli ochotę, a resztę pozostawiając na pastwę losu.
Nie mogłam odwrócić wzroku od wątłych świateł poruszających się po polanie przede mną. Kiedy zbliżyłam się wystarczająco, zaparło mi dech w piersi na widok ludzi ubranych na biało.
Na lśniącej, beżowej czaszce na środku polany spoczywała pojedyncza świeca, wokół której przechadzały się postacie, rozmawiające cicho tajemniczymi szmerami, tak jakby bały się zostać usłyszane. Przykucnęłam nisko u podstawy świerku, przyciskając policzek do szorstkiej kory i obserwując ich rytmiczne ruchy. Ciekawość walczyła ze strachem, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca, aż zaczęłam się martwić, że pewnie wkrótce usłyszą to kołatanie.
Cicho śpiewając, krążyli wokół czaszki. Poruszali się w obrębie granicy, którą oznaczyli gałązkami. Głowa truposza stała w centrum niczym tarcza strzelnicza, a zewnętrzna granica okręgu była oddalona od niej o kilkanaście kroków.
Co jakiś czas jeden z nieznajomych zwracał się w moją stronę, a biel ich zębów lśniła w migoczącym świetle, gdy podnosili i opuszczali świece trzymane przed sobą. Moje oczy nie mogły przestać wędrować do spoczywającej na ziemi czaszki i sposobu, w jaki wszystko skupiało się na niej. Zastanawiałam się, kogo spotkało takie nieszczęście, że jej lub jego kości zostały użyte w jakimś tajemniczym rytuale.
Nie miałam pojęcia, czego jestem świadkinią, ale nie było wątpliwości, że to coś zgoła innego niż kult Ojca i Matki usankcjonowany przez Koronę. Minęły wieki, odkąd król Bellham I uwolnił nas od starych bogów, przez których ludzkie życie było pełne grzechu i rozpusty, a następnie poprowadził ku cnocie, którą odnaleźliśmy w ramionach nowych bogów.
Jedna z odzianych w szaty postaci przestała się poruszać w kręgu i odwróciła się; zobaczyłam kobiece kształty. Głowa dziewczyny skierowała się w moją stronę, a spojrzenie padło na mnie tak wyraźnie, że nie miałam żadnych wątpliwości, że zostałam zauważona. Mimo że mogłam spodziewać się po niej wrogości i odczuwać strach, ponieważ kult starych bogów był surowo zabroniony przez Koronę, kobieta obdarzyła mnie uprzejmym uśmiechem i westchnęła, przechylając głowę. Jej ciemny warkocz opadł na ramię.
Wyłamała się z grupy, przekraczając krąg, który wyznaczyli wokół siebie patykami i gałęziami. Wszyscy się zatrzymali, gdy zauważyli, że ruszyła w moją stronę. Moje nogi zdawały się za żadne skarby nie chcieć ruszyć, nawet mimo tego, że w tym przypadku byłoby to najrozsądniejszą decyzją. Ciekawość mogłaby doprowadzić mnie do śmierci, gdyby to osobliwe towarzystwo uznało, że pozostawienie mnie przy życiu wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem. Gdybym doniosła na nich strażnikom mgły, mogliby wszyscy zostać spaleni na stosie za herezję.
Oddech drżał mi w płucach, a przed twarzą raz po raz pojawiała się para, która szybko znikała w nocnym powietrzu. Kobieta się zbliżała, a z jej twarzy nie schodził uśmiech. Poruszała się powoli, jakby zbliżała się do płochliwego zwierzęcia. Gdy w końcu stanęła tuż przede mną, wiedziałam już bez wątpienia, że nie pochodzi z Mistfell. Rozejrzałam się po jej towarzyszach, którzy pasowali do niej wyglądem - ich ubrania były w dobrym stanie, a skóra i włosy czyste. Skądkolwiek przybyli, na pewno nie z brudnej wioski, którą nazywałam domem.
- Nic ci tu nie grozi - powiedziała w końcu, a jej głos zawisł w powietrzu między nami. Przełożyła świecę do jednej ręki, a drugą wyciągnęła, by zachęcić mnie do podejścia bliżej. - Bogowie witają wszystkich, którzy chcą poznać ich zwyczaje.
- Ojciec i Matka nigdy by tego nie pochwalili - odpowiedziałam, kręcąc głową i wpatrując się w jej dłoń. Coś w tym geście do mnie przemawiało, ciągnęło mnie do przodu, aż poczułam dotyk jej palców na moich i zdałam sobie sprawę, że to nie ona się poruszyła, ale ja.
Zimno uszczypnęło mnie w policzek, gdy jesienne powietrze dotknęło skóry, która otarła się o korę drzewa. Lewa ręka przesunęła się po szorstkich gałęziach, gdy oddalałam się od iluzji bezpieczeństwa, którą zapewniały drzewa.
- Nie mówię o bogach czczonych w waszych domach, gdzie błagacie o łaskę na kolanach przed istotą obiecującą zbawienie tylko tym, którzy robią to, co im się każe. - Coś w jej głosie brzmiało żałośnie i smutno, jakby bolało ją, że nie wiedziałam o alternatywach dla wiary, którą wbijano mi do głowy, odkąd tylko pamiętałam.
- Oddawanie czci starym bogom jest niezgodne z prawem. Jeśli was złapią... - Urwałam, gdy nieznajoma bez strachu spojrzała mi w oczy, jakby wiedziała, co chciałam powiedzieć.
- Znamy konsekwencje odkrycia tego, co tu robimy, a mimo to decydujemy się czcić starych bogów. Czasami wiara jest większa niż życie - powiedziała, przysuwając dłoń do mojej, aż mogła chwycić mnie mocniej. Delikatnie odciągnęła mnie od drzewa, które stanowiło moją bezpieczną przystań, i poprowadziła w stronę kręgu na środku polany.
- Przynajmniej opuśćcie Mistfell. Strażnicy są naprawdę niedaleko - próbowałam ich ostrzec, ale skrzywiłam się jedynie, widząc uśmiech, który w odpowiedzi posłała mi ubrana na biało kobieta.
- A jednak sama jesteś tutaj, narażając się na karę za przebywanie poza domem o tak późnej porze. Myślę, że rozumiesz lepiej niż większość ludzi, dlaczego musimy zaryzykować. Jest pewne piękno w świadomości tego, że wiesz, kim naprawdę jesteś, i że możesz to w sobie zaakceptować pomimo potencjalnych konsekwencji. Przybywamy tu, by być bliżej bogów, by poczuć energię płynącą z samego Woalu - wyjaśniła, kiwając głową w stronę granicy oddzielającej Nothrek od Alfheimru, która skręcała się, tańcząc w powietrzu, gdy patrzyłyśmy na nią spomiędzy pni drzew. Jej migoczące światło nieustannie mnie przyciągało, pomimo niebezpieczeństw, które za nią czyhały.
Plotka głosiła, że ci, którzy dotknęli magii Woalu, oddawali mu swoje życia, karmiąc mocą, dzięki której wciąż istniał. Majstrowanie przy jedynej rzeczy, która chroniła nas przed fae z Alfheimru, było zabronione i uważane za najgorszy ze wszystkich występków przeciwko ludzkości. Jednak w trosce o zachowanie Woalu i zasilanie podtrzymującej go energii arcykapłan wybierał co roku jedną osobę, którą składał w ofierze w podzięce za kolejny rok bezpieczeństwa. Ostatniego dnia jesiennych żniw przelewano krew nieszczęśnika, a ta wsiąkała w ziemię przed barierą.
Dokładnie tak skończył mój ojciec.
- Tak nie wolno - powiedziałam, zatrzymując się przy kręgu patyków rozłożonych na ziemi. Nie mogłam się zmusić do cofnięcia, ale wejście do wewnętrznego kręgu, w którym oddawano cześć starym bogom, wydawało się takie niewłaściwe. Czułam się, jakbym miała zdradzić wszystko, co wpajano mi przez lata. Cnoty, które powinny mieć dla mnie ogromne znaczenie, ale tak naprawdę nigdy do mnie nie przemawiały.
To nie byłaby już niewinna obserwacja ciekawskiej dziewczyny, która natknęła się na tajemniczy rytuał w środku lasu. Wiedziałam, że jeśli przekroczę tę granicę, stanę się aktywną uczestniczką ceremonii, której nie rozumiałam.
- Nie powinnaś oceniać czegoś, czego nigdy nie doświadczyłaś - powiedziała kobieta, przekraczając krąg, ale jednocześnie mnie obserwując. Nasze wciąż splecione dłonie unosiły się nad gałązkami, gdy czekała, aż postawię krok. - Bez względu na to, w co teraz wierzysz, nie ma nic złego w doświadczaniu wiary innej niż twoja własna. Możesz poznać inne wierzenia bez nawracania się. Jeśli do rana nadal będziesz uważała nas za pogan, powiedz strażnikom mgły, co widziałaś, i uwolnij się od tego grzechu.
Wciągając głęboko powietrze, podniosłam stopę i weszłam do kręgu, nie mogąc dłużej ignorować tego, jak mnie to kusiło. Zupełnie jakbym zanurkowała pod wodę, wszystko spoza polany zdawało się znikać. Kobieta sięgnęła po wolną świecę, odpaliła ją od swojej i podała mi, podczas gdy kilkanaście osób wciąż czekających w kręgu zrobiło miejsce, abym stanęła pośród nich.
- Do kogo należała? - zapytałam, spoglądając na czaszkę w centrum kręgu.
- Miał na imię Jonab - odpowiedziała, również skupiając na niej wzrok. - Za życia był bogiem zmiany pór roku. Zginął podczas pierwszej wojny fae między dworami Świetlistym a Mrocznym, kiedy Mab walczyła przeciwko swojemu bratu Rheaghanowi.
- Jakim cudem udało się wam zdobyć jego czaszkę? - Aż głowa zaczynała boleć, gdy próbowałam sobie wyobrazić, jak dawno temu musiała mieć miejsce pierwsza wojna fae.
- W taki sam sposób, jak udało się zachować nasze tradycje. Wszystko przekazywano po cichu z pokolenia na pokolenie, a artefakty chroniono - odpowiedziała, odwracając się do mnie plecami i ruszając przed siebie. Krąg ludzkich postaci przeszedł wokół czaszki, tuż przy wyznaczonej granicy, podążając za jej przykładem i wciągając mnie między siebie.
Przełknęłam ślinę, podnosząc i opuszczając świecę w dłoniach, tak jak robili to inni, starając się naśladować ruchy, których znaczenia nie znałam. Nie mogłam się powstrzymać. Jeśli miałam już zasłużyć na wieczne cierpienie za udział w zakazanym rytuale, to równie dobrze mogłam dać z siebie wszystko i się w niego zaangażować. Już dużo wcześniej uzmysłowiłam sobie, że nie zgadzam się z wierzeniami w nowych bogów i że czegoś mi brakuje w ich obietnicach.
Minuty mijały, przechodząc w mgliste godziny. Nogi rozbolały mnie na długo przed tym, jak się zatrzymaliśmy, a ciche śpiewy płynęły z moich ust do rytmu reszty zgromadzonych, gdy zapadłam w stan przypominający sen. Jedynie zmieniające się nocne niebo nad nami sugerowało upływ czasu, a słowa pieśni wyryły się w duszy, stały się częścią mnie w sposób, którego nie byłam w stanie zrozumieć.
Od śmierci ku życiu.Od zimy ku wiośnie.Z popiołu i pyłuCzas niesie odnowę.
Kiedy w końcu przestaliśmy chodzić w kółko, kobieta, z którą rozmawiałam, odwróciła się, schyliła i wyjęła z kieszeni szaty kamień. Położyła go na ziemi, a pozostali poszli w jej ślady, tworząc kolejny krąg. Ustawiła swoją świecę na skale, po czym sięgnęła do drugiej kieszeni i podała mi kamień, abym zrobiła to samo.
- Jeśli tej nocy świeca spadnie z kamienia, oznaczać to będzie, że dana osoba nie przetrwa zimy - wyjaśniła, po czym poprosiła mnie o postawienie świecy w centralnej części kamienia. Niekoniecznie wierzyłam we wróżby, przepowiednie czy starych bogów, ale wolałam nie kusić losu.
Kobieta zachichotała pod nosem, obserwując, jak męczyłam się z ustawieniem świecy. W końcu się wyprostowałam i dołączyłam do grupy, która stanęła poza zewnętrznym kręgiem z patyków. Zebrali się na skraju polany, po czym usiedli na ziemi z uśmiechami na twarzach.
- Czy spotykacie się tak regularnie? - zapytałam, zajmując miejsce obok kobiety. Bardzo trudno było określić jej wiek.
- Raz w roku - odpowiedziała, zniżając z gracją głowę. - Tylko w Samhain, czyli dzień, w którym witamy długą zimę.
- Koniec obchodów żniw nastąpi dopiero za dwa dni - zauważyłam, wpatrując się w niebo w oddali. Już za dwa dni znowu będziemy zmuszeni patrzeć, jak arcykapłan podrzyna gardło wybranej przez siebie ofierze. Za dwa dni zostanę bez pracy i będę musiała znaleźć w wiosce jakieś dorywcze zajęcie, żeby wyżywić rodzinę.
- Może według lorda Mistfell - odezwał się jeden z mężczyzn. - Czciciele nowych bogów nienawidzą wszystkiego, co ma związek z fae, i dlatego wieki temu opóźnili obchody ze złości. Wszyscy jednak dobrze wiedzą, że to dzisiaj powinno być święto żniw.
- Jak możecie nie żywić nienawiści do fae? Po tym wszystkim, co zrobili? - zapytałam sceptycznie.
- Należy zawsze pamiętać, że historię piszą zwycięzcy. Może i nie wygraliśmy wojny, ale nasze ziemie od wieków są wolne od fae. Po tej stronie nie pozostał nikt poza ludźmi, którzy z nimi walczyli. Nie znamy innej wersji tej historii prócz naszej. Jak myślisz, co fae powiedzieliby o nas i roli, jaką odegraliśmy w tamtej wojnie? Gdyby mogli się podzielić swoją perspektywą, wątpię, by była tak czarno-biała, jak nam się wydaje - dodała inna kobieta, szperając w swoim plecaku. W końcu wyciągnęła zawiniątko z materiału i położyła je na ziemi. Znajdowało się w nim zbite ciasto, które pokroiła na kawałki. - Myślę, że Adelphia powinna wyjaśnić, co symbolizuje to ciasto, zanim je zjesz. Po tym, jak całe wieki zajęło ci ustawienie świecy, myślę, że możesz nie chcieć brać udziału w tym rytuale - powiedziała, spoglądając w stronę kobiety, która wciągnęła mnie do kręgu. Czyli miała na imię Adelphia.
- W cieście znajdują się różne przedmioty - wyjaśniła z chichotem. - Zgodnie z tradycją, jeśli wybierzesz kawałek i znajdziesz w nim jakiś przedmiot, będzie on symbolizował to, co cię spotka przed następnym Samhain.
Jeden z mężczyzn stojących najbliżej pochylił się i sięgnął po kawałek. Podniósł go do ust, żuł przez chwilę w zamyśleniu, po czym wypluł ręcznie wyrzeźbione malutkie dziecko na otwartą dłoń.
- Nożeż do kurwy nędzy! Jakbym właśnie tego potrzebował. Kolejnej gęby do wykarmienia.
- W takim razie lepiej trzymaj kutasa w spodniach - zażartował inny mężczyzna, klepiąc go po plecach.
Drgnęłam, a moje ciało zesztywniało na dźwięk tych prymitywnych słów. Mężczyźni z mojego otoczenia nieczęsto wypowiadali się równie swobodnie przy kobietach, które powinny przecież być pobożne i cnotliwe. Wiedziałam, czym jest kutas, widziałam jednego, a nawet go doświadczyłam pewnej nocy, w ukryciu przed czujnymi oczami.
Poza Byronem i jego podbojami w zaciszu biblioteki nikt nigdy nie mówił przy mnie o tej części ciała, może poza prywatnymi lekcjami z korepetytorką, która pragnęła przekazać mi wiedzę, czego się spodziewać w noc poślubną. Nie miała świadomości, jak bardzo za późno było na tę lekcję.
Adelphia również wzięła kawałek ciasta, a reszta poszła w jej ślady. Bez zastanowienia sięgnęłam do ściereczki, zanim rozsądek zdołał mnie powstrzymać. Kobieta chichotała u mojego boku, gdy okazało się, że jej kawałek jest wolny od jakichkolwiek wróżb na przyszłość. Gdy na nią spojrzałam, wycierała ręce o trawę, by pozbyć się z nich okruchów.
Wzięłam pierwszy kęs ciasta, czując na języku smaki wanilii i cynamonu. Nic w nim nie ukryto prócz słodyczy samego wypieku. Przyglądałam się, jak inni wokół mnie przeżuwają swoje kawałki.
Przy drugim kęsie coś uderzyło mnie w ząb. Podniosłam rękę do ust, by wyciągnąć znalezisko. Pierścionek połyskiwał brązem na mojej dłoni. Z pewnością musiał sugerować kajdany, o których istnieniu przecież i tak już wiedziałam. W końcu towarzyszyły mi przez całe życie.
Śmierć lub prostytucja były jedynymi drogami ucieczki od małżeństwa w królestwie Nothrek. Mimo to wyraźny symbol na mojej dłoni był niczym pętla na szyi, jak namacalny dowód czekającej mnie śmierci.
- Widzę, że należą ci się gratulacje? - zasugerowała Adelphia niepewnym głosem. Na mojej twarzy nie było śladu radości z perspektywy zbliżających się zaślubin. Nie miało znaczenia, że nawet nie wiedziałam, kto mógłby zostać moim mężem.
Koniec końców wszyscy mężczyźni są niemal tacy sami. Szukają w nas ciepłego miejsca, żeby wsadzić kutasa, zdobyć kobietę jako trofeum i zasiać w niej swoje nasienie.
- Na to wygląda - zgodziłam się. Uśmiechnęłam się i spróbowałam otrząsnąć ze strachu pędzącego mi w żyłach. Nigdy nie wierzyłam wróżbitom, którzy co tydzień przechadzali się po miejscowym targu, przepowiadając, w którym z trzynastu wcieleń akurat znajduje się dana osoba w długim cyklu reinkarnacji przed ostateczną śmiercią. Nigdy też nie wierzyłam w magiczne przedmioty, które można było kupić, wypowiadając odpowiednie słowa przy odpowiednich stoiskach. Nie planowałam zacząć wierzyć w przepowiednie tylko dlatego, że jedna z nich przewidziała coś, o czym i tak zawsze wiedziałam, że mnie spotka.
Za nami rozległo się ciche tąpnięcie o ziemię, a grupa zamilkła, spoglądając na krąg. Odwróciłam się powoli, podążając za ich spojrzeniami do miejsca, gdzie pojedyncza świeca spadła z kamienia i zgasła w chwili, gdy dotknęła trawy, jakby za sprawą niewidzialnej siły.
Przełknęłam, zastanawiając się, czego tak naprawdę byłam świadkiem, aż w końcu odwróciłam się znów do grupy z drżącym oddechem. Cisza między nimi, gdy patrzyli, jak wstaję, mówiła wiele o ich wierze w tradycje Samhain i ich sposoby przepowiadania przyszłości.
- Powinnam wracać do domu - zauważyłam, patrząc na wschodzące słońce przebijające się przez drzewa.
Adelphia skinęła głową, nie zadając sobie nawet trudu, by wchodzić w tej sprawie w dyskusję. Nie było już nic więcej do dodania.
Jedyną świecą, która się przewróciła, była moja.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.