Ciało huty - Anna Cieplak

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zo­rza huty

Ściany wo­je­wódz­kiego ośrodka kul­tu­ralno-oświa­to­wego pę­kały w szwach, a młody por­tier pa­lił szluga za szlu­giem, za­wie­sza­jąc oży­wiony wzrok na każ­dej dziew­czy­nie, która zbli­żała się do wej­ścia. Ewa szła z za­dar­tym no­sem, który uno­sił się jak boja na je­zio­rze peł­nym lu­dzi, i nie wie­działa jesz­cze, że jej obec­ność zmieni tem­pe­ra­turę tej zimy. Nie miała na gło­wie czapki, a jej roz­pięta kurtka po­wie­wała tro­chę jak suk­nia gwiazdy fil­mo­wej, a tro­chę jak po­domka dziew­czyny ze "Spo­łem". Po­cie­rała jedną dłoń o drugą, jakby miała pod skórą krze­mie­nie i chciała wy­krze­sać z sie­bie iskry. Mu­siała się po­rząd­nie wy­zię­bić w dro­dze z Dą­browy Gór­ni­czej, ale grzała ją eks­cy­ta­cja. Szyby PKS-ów o tej po­rze roku całe za­cho­dziły szro­nem, a pod­no­sić tem­pe­ra­turę mo­gły głów­nie wy­ziewy współ­pa­sa­że­rów, które były cie­plej­sze niż piec w domu Ewki. Wy­cho­wała się w drew­nia­nej cha­łu­pie, gdzie wciąż miesz­kała z ro­dzi­cami i dziad­kami, i gdyby nie to, że w cen­trum mia­sta, do któ­rego na­le­żała te­raz jej dziel­nica, wy­bu­do­wano Pa­łac Kul­tury Za­głę­bia i kilka in­nych no­wo­cze­snych bu­dyn­ków, to pew­nie da­lej ro­bi­łaby przy polu i w sa­dzie, za­miast tłuc się do Ka­to­wic w po­szu­ki­wa­niu szczę­ścia. Cią­gnęło ją do świata.

- Zimno we wa­chle, co? - za­py­tał por­tier, wy­nu­rza­jąc się z kłę­bów dymu. Był za­chwy­cony pul­su­jącą at­mos­ferą za­le­wa­jącą go z każ­dej strony i w chmu­rze klu­bo­wych ukry­wał bu­zu­jące w nim emo­cje. Ewa prych­nęła, jakby za­py­tał ją, czy sły­szała już kie­dyś au­dy­cję Lata z ra­diem. Była roz­grzana i go­towa do walki o swoje. Za­raz wy­śpiewa so­bie zwy­cię­stwo.

Nie ona je­dyna chciała dzi­siaj wy­grać.

Tego sa­mego dnia co prze­gląd pio­senki, w Sali Kon­gre­so­wej Pa­łacu Kul­tury i Na­uki w War­sza­wie od­by­wał się VI Zjazd PZPR. Edward Gie­rek cier­pli­wie tłu­ma­czył, dla­czego "po­trzeby kraju wy­ma­gają roz­po­czę­cia w obec­nej pię­cio­latce bu­dowy no­wego, du­żego obiektu hut­ni­czego oraz stwo­rze­nia wa­run­ków do mo­der­ni­za­cji sta­rego hut­nic­twa". I chciał, żeby huta, do któ­rej prze­ko­ny­wał to­wa­rzy­szy, wy­ro­sła za­raz przy domu Ewy. Ale ona nie miała o tym po­ję­cia, była te­raz sku­piona na czymś zu­peł­nie in­nym.

- Może to­bie - od­po­wie­działa chło­pa­kowi pew­nym sie­bie gło­sem i prze­cze­sała dło­nią dłu­gie brą­zowe włosy. On wy­rzu­cił szluga w stronę po­piel­niczki, spryt­nie pstry­ka­jąc, i za­gwiz­dał frag­ment pio­senki Gdy­byś ko­chał, hej. Gwiz­dali ją w tym cza­sie i jego ko­le­dzy ze szkoły gór­ni­czej, i po­łowa fre­lek z Cho­rzowa. Ewa za­trzy­mała wzrok na jego pal­cach i od­gwiz­dała z po­dzi­wem.

- A wy śpiy­wo­cie a ca­pella abo­ście stra­ciyli ta ka­pela? - za­py­tał. Nio­sła na ra­mie­niu gi­tarę, któ­rej nie za­uwa­żył, więc ła­ska­wie, bez słowa zsu­nęła ją z ra­mie­nia.

- No to gro i bucy, byda su­choł - rzu­cił.

- Słu­chaj, a może się cze­goś do­słu­chasz - od­pa­ro­wała. Była już zmę­czona tym wścib­skim Ślą­za­kiem i chciała iść da­lej, w głąb sali, gdzie od kil­ku­na­stu mi­nut trwał prze­gląd pio­senki, na który się spóź­niła przez roz­kle­ko­tany au­to­bus. W tym sa­mym mo­men­cie próg domu kul­tury prze­kro­czyła roz­chi­cho­tana dziew­czyna z krót­kimi blond lo­kami i grzywką a la Ję­dru­sik. To­wa­rzy­szyło jej czte­rech chło­pa­ków z wło­sami do ra­mion. Ewa rzu­ciła do por­tiera z nie­po­ko­jem:

- Tu­taj wszy­scy z ca­łym in­stru­men­ta­rium?

- Niy ma­szina, ino tech­nika. To, że ma­j?m sprzynt, to jesz­cze nic niy zna­czy. Co by­dziesz śpiy­wać?

- Pa­mię­tasz, była je­sień.

Por­tier pró­bo­wał ukryć roz­cza­ro­wa­nie i zmie­sza­nie, żeby nie stra­cić oka­zji do lep­szego po­zna­nia Ewy. Ko­ja­rzyła mu się z zu­peł­nie inną me­lo­dią. Prze­gra z taką mru­czanką. Na prze­glą­dzie pa­no­wały szum, gwar i ra­dość, a lu­dzie wy­gwiz­dy­wali wszystko, co było go­rzej na­gło­śnione i me­lan­cho­lijne. Nie te emo­cje.

- I jesz­cze na tym wio­śle? - za­py­tał cał­kiem szcze­rze i na gra­nicy współ­czu­cia. - To mosz recht, to sie może niy udać. Prze­gląd Pio­sen­ka­rzy i Ze­spo­łów Ama­tor­skich to niy plac na take mr?n­czy­nie. Moga do­grać na ba­sie Gdy­byś ko­chał, hej, przido sie tyż moja li­nijo. Śpiy­w?m niy noj­go­rzij. Po­dej swoja.

Ewa spoj­rzała na niego, jesz­cze z drob­nymi śla­dami iry­ta­cji w ką­ci­kach ust, i za­śpie­wała pierw­szy wers. Kiedy spo­tkali się w har­mo­nii przy "he­eej", plan za­czął jej się wy­da­wać sen­sowny. Sami wy­glą­dali na zdzi­wio­nych ta­kim szyb­kim zgra­niem. Ewa nie chciała jed­nak cał­kiem zdać się na in­tu­icję nie­zna­jo­mego.

- Mam lep­szy po­mysł - po­wie­działa. - Wy­stą­pimy z Usta me ogrzej. Twoją pio­senkę za­grają wszy­scy, zo­ba­czysz. Jesz­cze bę­dziemy mieli jej dość. W to nikt inny nie pój­dzie. Ty chcesz śpie­wać to, czego ocze­kują. Ja chcę śpie­wać coś, co za­sko­czy.

Spoj­rzał na nią.

- Ale to jo m?m śpiy­wać? A wtyn­czos ty co? Tam je ino li­nijo ôd chopa.

Ewa prze­wró­ciła oczami.

- Li­nia mę­ska, od kiedy? To się na­zywa li­nia ba­sowa i ja też po­tra­fię ją za­śpie­wać, bo mam nie­złą skalę.

Po­ki­wał głową z apro­batą. Ewa już miała iść, ale po­sta­no­wiła wy­ka­zać się cho­ciaż mi­ni­malną ini­cja­tywą i za­py­tać o coś i jego.

- A ty, por­tie­rze, jak masz na imię...?

Oży­wił się i po­dał jej rękę.

- Na por­tierni sie­dza ino bez to, że wach­tyrz po­szoł za ku­lisy. Bezma tam le­j?m czy­sto. Pań­stwowa Szkoła Gór­ni­cza w Cho­rzo­wie, Zyg­munt Siw­czyk. Ale jo byda tech­nik me­cha­nik, a niy gru­biorz. Jo tyż dzi­siaj wy­stym­puja ze ka­pe­l?m. - Wska­zał głową swój bas, który le­żał za­mknięty w po­szar­pa­nym fu­te­rale. - Uczest­nicy to z wiynk­sza przi­jezdni, ze ka­tow­skigo bezma ino dzie­siyńć ka­pel. Ci, co prze­cho­dziyli kole nos ze in­stru­myn­tami, na zi­cher ze rze­szow­skigo. Wi­dzioł żech ich pod­jyż­dżać jed­nym ika­ru­sym, ich sam je cołko gr?mada. A tyś je ze Zo­głym­bio, pra? Sły­chać za­roz, żeś je zza Bry­nice. Zn?m tam pora we­rk?w, faj­nie sie tam bu­duje. I wiyn­cyj nad ziy­mi?m ani­żeli pod. Mo­cie tam ja­śnij. My sie już chyba tre­fiyli we fi­nale wo­je­w?dz­kim.

- Tak? Zu­peł­nie nie pa­mię­tam - skła­mała Ewa, bo wła­śnie so­bie przy­po­mniała, z kim wtedy prze­grała: z czte­rema iry­tu­jąco pew­nymi sie­bie chło­pa­kami w stylu Po­lan, do któ­rych wzdy­chał nie­mały tłu­mek dziew­czyn wi­ją­cych się pod sceną jak glony na Po­go­rii. - Je­stem z Dą­browy. Za­sad­ni­cza Szkoła Han­dlowa. Ewa. Poza tym nie je­stem ama­torką. Wy­gra­łam już kilka prze­glą­dów i śpie­wam w sek­cji mu­zycz­nej w na­szej szkole.

- Ele­gancko, to by­dziesz szum­nie han­dlo­wać.

Ewa zbyła jego ko­lejny nie­udany żart i w końcu we­szła z im­pe­tem do środka, da­jąc Zyg­mun­towi sy­gnał, że mimo wszystko bie­rze jego słowa i har­mo­nię ich wspól­nych gło­sów na po­waż­nie. Prawda była taka, że przede wszyst­kim chciała wy­grać i Zyg­munt mógł jej w tym po­móc.

Chwilę póź­niej zna­la­zła się na wiel­kiej za­ciem­nio­nej sali, gdzie czuć było za­pach potu, a nad sceną wid­niał pa­pie­rowy na­pis: "VIII Ogól­no­pol­ski Prze­gląd Pio­sen­ka­rzy i Ze­spo­łów Ama­tor­skich". W uszach za­dźwię­czał jej znów ję­zyk ślą­ski, jak ten Zyg­munta, ale tuż obok ktoś do­dat­kowo ma­zu­rzył. Na­prawdę zje­chali się tu­taj z róż­nych stron. Za­raz po­tem wy­ło­wiła z tłumu kon­fe­ran­sjera i po­pro­siła go na słówko. Męż­czy­zna wy­glą­dał na roz­sza­la­łego ka­owca, który do­piero roz­grzewa się przed ak­cją i gdzieś za dwa utwory za­cznie wszyst­kich iry­to­wać po­mył­kami w za­po­wie­dziach wo­ka­li­stów. Ewa nie ko­ja­rzyła go z fi­nału wo­je­wódz­kiego, przez który mu­siała przejść, żeby do­stać się tu­taj. Pew­nie ktoś ścią­gnął go ze sto­licy.

- Chcę zmie­nić utwór wpi­sany w zgło­sze­niu. Za­gram ra­zem z ko­legą - po­wie­działa z uśmie­chem i pew­no­ścią sie­bie, pro­stu­jąc się do szczytu moż­li­wo­ści. Ka­owiec był od niej wyż­szy o głowę i zda­wał się na­wet nie pa­trzeć w jej stronę.

- A ten ko­lega skąd się na­gle urwał? - wy­mam­ro­tał, roz­glą­da­jąc się po sali. - Zgod­nie z za­rzą­dze­niem Mi­ni­ster­stwa Kul­tury i Sztuki do Ka­to­wic przy­je­chali naj­lepsi i wy­ty­po­wani przez wo­je­wódz­kie domy kul­tury. Jak pani sama wy­grała w wo­je­wódz­twie, to sama musi śpie­wać. Inna sprawa, mię­dzy nami mó­wiąc, że domy kul­tury chyba nie do końca do­brze zro­zu­miały swoje po­słan­nic­two i mamy tu, za prze­pro­sze­niem, nie za­wsze naj­wyż­szy po­ziom. Od rana sły­sza­łem różne rze­czy, a pu­blika po­trafi wy­gwiz­dać, więc ra­dzę uwa­żać. Jakby nie­któ­rym ko­mi­sjom wo­je­wódz­kim słoń na ucho na­dep­nął. Na za­ba­wach, które pro­wa­dzę, cza­sami sły­chać mniej fał­szu niż tu, przy­się­gam. W każ­dym ra­zie, je­śli cho­dzi o pani wnio­sek, nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści.

Ewa spoj­rzała na niego, ła­piąc się ner­wowo za ko­smyk wło­sów.

- Jak to: nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści? Z kim mogę to usta­lić?

- Te­raz już z ni­kim. Chyba że się ko­le­żanka do­sta­nie do przed­sta­wi­cieli wo­je­wódz­kiego domu kul­tury.

Kon­fe­ran­sjer prze­szedł obok Ewy, mi­ja­jąc ją jak po­ciąg z War­szawy do Wied­nia, który nie chce się za­trzy­mać w So­snowcu, a ona za­wie­siła wzrok na ze­spole roz­kła­da­ją­cym sprzęt: pa­ra­pet, per­ku­sja, gi­tara. Nie ma szans z tą całą ar­ty­le­rią. Na jed­nej gi­ta­rze tego nie udźwi­gnie. Zyg­munt miał ra­cję. Na­gle uchwy­ciła spoj­rze­nie dziew­czyny a la Ję­dru­sik, z którą wcze­śniej mi­nęła się w drzwiach. Tamta stała te­raz pod sceną i uśmie­chała się do Ewy, naj­wy­raź­niej pró­bu­jąc zna­leźć w tłu­mie ko­goś, kto bę­dzie ją wspie­rał z pierw­szego rzędu. Za chwilę miała roz­po­cząć wy­stęp i zdać się na ka­prys zgro­ma­dzo­nych na wi­downi.

- Po­wo­dze­nia, ja się bar­dzo de­ner­wuję - po­wie­działa, żeby do­dać so­bie sa­mej otu­chy. W tym cza­sie Ewa zo­ba­czyła, że za ko­tarą coś drgnęło i do ka­owca, który nie chciał z nią roz­ma­wiać, pod­szedł Zyg­munt. Uści­snęli so­bie mocno dło­nie.

Ewa spoj­rzała wy­raź­niej w stronę dziew­czyny.

- To­bie też. Co śpie­wasz?

- Zgad­nij.

- Gdy­byś ko­chał, hej?

Dziew­czyna zro­biła za­kło­po­taną minę. Już miała po­twier­dzić, że Ewa zga­dła, kiedy jej ko­lega za­wo­łał:

- Ulka! Chodź, za­raz za­czy­namy.

Ewa po­ka­zała, że tak czy ina­czej trzyma kciuki za ich ograny nu­mer. Nie chciała psuć dziew­czy­nie na­stroju. Stała jesz­cze chwilę, przy­glą­da­jąc się za­mie­sza­niu na sce­nie. Raz na ja­kiś czas kie­ro­wała wzrok w stronę zie­lo­nej ko­tary, za którą Zyg­munt ener­gicz­nie dys­ku­to­wał z ka­ow­cem. Miała wra­że­nie, że gdzieś bły­snęła li­te­ratka. W pew­nym mo­men­cie ze­spół zszedł za ku­lisy, a na sce­nie po­ja­wił się kon­fe­ran­sjer. Za­po­wie­dział ich wy­stęp i znowu za­mie­nili się miej­scami.

Na­gle za ple­cami Ewy jak duch po­ja­wił się Zyg­munt. Zła­pał ją za ra­mię i wy­szep­tał jej do ucha:

- My s?m p? nich. Wi­dzioł żech na roz­pi­sce, boch ja s?m przed chwi­l?m prze­ro­bi?ł. K?n­fe­ran­sy­jer już je leko chy­c?ny, bo za ku­li­sami pra­wie cze­sto­wali doś szczo­drze, t?ż za­po­wiy tak, jak tam stoji, abo m?m pe­dzieć, jak jo mu na­pi­soł.

Ewa po­czuła, że wszystko wraca na wła­ściwe tory. Zmo­bi­li­zo­wała się i po­mysł przy­szedł do niej sam, jak olśnie­nie:

- Plan jest taki: wcho­dzę na scenę, a ty grasz zza ku­lis na ba­sie. Nie wi­dać cię. Cze­kamy, aż zrobi się ci­sza, bo po ta­kim in­stru­men­ta­rium jak ich - wska­zała głowę na Ulę, która te­raz wdzięcz­nie po­ru­szała się po sce­nie, pod­czas gdy tłum fa­lo­wał ryt­micz­nie w taki spo­sób, że wszystko było po­prawne i we­sołe - lu­dzie będą gło­śni. Opóź­niamy po­czą­tek, żeby pu­blicz­ność za­częła się nie­cier­pli­wić, za­nim wejdę z pierw­szym wer­sem.

- Czyli za­czniesz śpie­wać do­piero, jak oni będą ci­cho?

Ewa ski­nęła głową.

- No to sie po­cze­k?my. Ale do­bre. Ty sam rz?ń­dzisz. To jo wejda ze mo­j?m li­ni­j?m do­piyro we dru­gij zwrotce - zła­pał jej po­mysł Zyg­munt.

- To ma sens. Ja prze­sko­czę wtedy z dołu na górę, a na po­czą­tek po­trzy­mam dół. Umó­wieni? - Ewa wal­czyła z my­ślami i sama była za­sko­czona, że od­dała mu tak duży frag­ment pio­senki. Ale głupi nie był. Do­dała: - I pa­mię­taj, że przy­je­cha­łam tu sama i to moja scena. Ty do­gry­wasz.

- No i sama st?nd wy­je­dziesz. Chyba że już niy by­dziesz w sztań­dzie ô mie za­p?m­nieć. - Rzu­cił jej ko­lejny prze­lotny uśmiech. Nie po­zna­wał sie­bie. Zwy­kle nie plótł ta­kich głu­pot i był ra­czej wy­co­fany w re­la­cjach z ko­bie­tami. Ale ta Za­głę­biaczka miała w so­bie tyle za­czep­no­ści, że nie mógł się po­wstrzy­mać.

Ewa wes­tchnęła. Coś jej pod­po­wia­dało, że ina­czej nie wy­gra i ten cały Zyg­munt jed­nak spadł jej z nieba. Musi za­brać ze sobą na scenę przy­szłego tech­nika me­cha­nika. Prze­cież umie­jęt­ność łą­cze­nia i szu­ka­nia roz­wią­zań spra­wia tech­ni­kom przy­jem­ność i daje na­pęd ich ży­ciu. Wieczni kom­bi­na­to­rzy. On bę­dzie wie­dział, co z czym po­łą­czyć. Kiw­nęła głową. Klamka za­pa­dła. Zo­stali du­etem.

***

Kiedy głosy Ewy i Zyg­munta zbie­gły się w wer­sie "Na sie­bie cze­kać w chło­dzie nocy"[3], nie mieli po­ję­cia, że znaj­dują się wła­śnie w chwili no­wego po­czątku. Ich usta były bli­sko sie­bie, cho­ciaż dzie­liły ich mi­kro­fony i Ewa do­piero po ostat­niej nu­cie ba­so­wej uśmiech­nęła się do Zyg­munta. To było wię­cej niż po­kaz zdol­no­ści tech­nicz­nej, w ich gło­sach było coś po­nad me­cha­nikę - ja­kaś lek­kość, która ulat­niała się jak za­pach krze­mieni po­cie­ra­nych je­den o drugi. Nie chciało się, aby ten aro­mat znikł, jakby ka­mie­nie wy­dzie­lały woń naj­lep­szych per­fum Ko­bako. Na sali za­pa­dła ci­sza.

W pierw­szym rzę­dzie stała Ula, która po wy­stę­pie Ewy i Zyg­munta pod­sko­czyła w miej­scu i za­częła bić brawo, jakby to ro­biła dla sa­mej sie­bie. Mu­zyka obu­dziła w niej nie­ja­sną tę­sk­notę. Choć tego dnia na prze­glą­dzie pio­senki było wię­cej ciał i gło­sów niż tylko Ewy i Zyg­munta, to w wy­stę­pie tych dwojga coś wy­ry­wało się po­nad ko­lek­tywną prze­cięt­ność. Ich bli­skość była osobna i przez to bar­dziej wy­ra­zi­sta. Cały ze­spół Uli nie po­tra­fił zła­pać ta­kiego na­pię­cia i har­mo­nii dźwię­ków jak te, które Ewa i Zyg­munt utrzy­mali na sce­nie od po­czątku do końca utworu. Od nich le­ciały iskry, pod­czas gdy wy­stęp Uli i jej kom­pa­nów był po pro­stu do­brze wy­ko­naną pio­senką.

Tym­cza­sem Ewa stała da­lej na sce­nie na­prze­ciwko Zyg­munta i przez ośle­pia­jące re­flek­tory nie wi­działa jesz­cze, co robi pu­blicz­ność. Dźwięk jed­nak mó­wił sam za sie­bie - wy­wo­łali aplauz jak Gie­rek po swoim prze­mó­wie­niu na zjeź­dzie par­tii. Czuła, że palce ma go­rące, a jej gar­dło drży. I że do­okoła sły­chać nie tylko brawa, lecz także pi­ski i gwizdy. Tłum już wie­dział. Ten duet ewi­dent­nie zmie­nił sy­tu­ację w ran­kingu i wzbił się na sam szczyt. Czy zwy­cięży? Kon­fe­ran­sjer wszedł na scenę, aby sko­men­to­wać ich wy­stęp, ale pu­blicz­ność nie dała mu szansy, bo już wie­działa, kto jest no­wym fa­wo­ry­tem. Ewa i Zyg­munt ze­szli za ku­lisy i do­piero za ko­ta­rami ode­zwali się do sie­bie.

- I co? Niy ża­łu­jesz? - za­czął, ocze­ku­jąc po­chwały.

Ewa spoj­rzała na jego dło­nie i opuszki, na któ­rych było jesz­cze wi­dać od­ci­ski strun, jakby chciała spraw­dzić, czy Zyg­munt na­dal jest tą samą osobą co na sce­nie. Była w lek­kim le­targu.

- W trze­ciej li­nijce ci nie po­szło - rzu­ciła z więk­szą nie­pew­no­ścią niż wcze­śniej. - Ale na­pra­wimy to.

Na­stęp­nie po­szła do ubi­ka­cji, gdzie kil­ka­na­ście in­nych dziew­czyn po­wie­działo jej, że na ich wy­stę­pie miały ciarki. Py­tały o Zyg­munta. Nie wy­glą­dały na za­zdro­sne, tylko pełne dzi­kiej fa­scy­na­cji, jakby Ewa nie przy­je­chała tu­taj z Za­głę­bia, tylko z in­nej pla­nety. Część do­py­ty­wała, czy są parą. Ewa skła­mała, że jest jego dziew­czyną, żeby dały jej spo­kój i w końcu prze­pu­ściły ją do WC. We­szła do ka­biny i zo­ba­czyła, że ma mo­kre majtki. Uśmiech­nęła się do nich jak do słod­kiej ga­la­retki z kuchni, gdzie była na stażu. Nie po­tra­fiła jesz­cze okre­ślić, co czuła, ale przez naj­bliż­szych kilka go­dzin przed ogło­sze­niem wy­niku chciała za­cho­wać to uczu­cie dla sie­bie i ob­ra­cać je w gło­wie jak bły­skotkę albo drogą sło­dycz.

Jej eks­cy­ta­cja zbie­gła się z inną, po­tężną wie­ścią, która już krą­żyła po sali. W War­sza­wie Gie­rek osią­gnął to, czego chciał. Huta bę­dzie tu­taj. Nie na Po­mo­rzu i nie w cen­tral­nej Pol­sce, po­mimo że miała się na­zy­wać "Cen­tralną". Po­wsta­nie w Za­głę­biu i wy­zna­czy nowy śro­dek cięż­ko­ści świata. Za­zna­czono krzy­żyk na ma­pie i ogło­szono, że przy­szłość okre­śli kom­bi­nat w Dą­bro­wie Gór­ni­czej. I cho­ciaż huta do­piero miała się tu wy­ło­nić z ziemi jak lo­kalna pra­matka, było ja­sne, że będą ją bu­do­wać rów­nież ci obecni w sali kon­cer­to­wej.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki